Chwała Bogu

OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Konrad Rękas: O ratowaniu Żydów

Czy koniecznie trzeba było ratować Żydów?

Jeśli Szanowny Czytelnik sądzi, że tytułowe pytanie jest retoryczne – to jest łaskaw się mylić.

Dyskusja na ten temat zadzierzgnęła się przy okazji wspomnienia przez prof. Adama Wielomskiego osoby marszałka Filipa Petaina, podczas II wojny światowej szefa Państwa Francuskiego. Obok rytualnie stawianych mu (Petainowi, nie Wielomskiemu) jawnie absurdalnych zarzutów „zdrady” czy nawet „tchórzostwa” (sic!) pojawia się też cyklicznie krytyka za niedostateczne wysiłki na rzecz ratowania francuskich Żydów, czy wręcz współudział (choćby bierny) w ich zagładzie. W istocie niektórzy Polacy potrafią przyłączać się w takich momentach do propagandystów przemysłu holocaustu w ewidentnym rozżaleniu: „Francja to za okupacji miała życie jak w Madrycie, wymordować ich nie chcieli, strat takich nie ponosili, a jeszcze tak wielu Francuzów oficjalnie pomagało w likwidacji Żydów, a tak mało się o tym mówi, nikt Francji wciąż publicznie nie upokarza, nie piętnuje, nie domaga się zapłaty ogromnych rekompensat, TO NIE FAIR!”. Ha, oczywiście można by takie żale zbyć wzruszeniem ramion i banalną uwagą, że przecież życie (zwłaszcza polityczno-finansowe) z całą pewnością fair nie jest, nie będzie i być nie zamierza. A jednak – skoro już przykład francuski się pojawił, to może powinniśmy wyciągnąć z niego jakąś naukę, niechby i tylko historyczną?

Obcy w naszym kraju

Przejdźmy bowiem od rozżalenia do ustalenia faktów: my nie mieliśmy w Polsce Petaina, ponieśliśmy ogromne straty, bez żadnego sensu w naszej masie narodowej staraliśmy się chronić ludność żydowską – i jesteśmy publicznie upokarzani i piętnowani oraz zapłacimy ogromne odszkodowania środowiskom żydowskim. To nie lepiej było mieć Petaina?

Spójrzmy zresztą na konkrety. Sędziwy marszałek starał się wszak chronić Żydów-obywateli francuskich, w tamtejszej specyfice zresztą przeważnie zasymilowanych, natomiast nie widział podstaw i możliwości by szerzej interweniować w ochronie żydowskiej ludności napływowej. Pod tym względem podobną politykę prowadził również np. regent Węgier Miklos Horthy. Na ziemiach polskich nawet osiadła ludność żydowska – miała charakter napływowy, w perspektywie co najwyżej jednego-dwóch pokoleń. Byli to bowiem w ogromnej mierze tak zwani litwacy, wygrani na tereny na przełomie XIX/XX z rosyjskiej strefy osiedlenia, też w dużej mierze utworzonej na obszarach zagarniętych Rzeczypospolitej w trakcie rozbiorów. Odziedziczyliśmy te tysiące żydowskiej biedoty i średniaków wprost po zaborcy, otrzymując ludność całkowicie obcą polskości czy nawet jakiejkolwiek miejscowej kulturze mniejszościowej, nie poczuwającą się do żadnych obowiązków wobec Polski – czemu więc Polska i Polacy mieliby mieć jakiekolwiek obowiązki wobec tych ludzi?

Ochrona Żydów francuskich czy węgierskich przez tamtejsze rządy tradycjonalistyczne wynikała także z pobudek klasowo-towarzyskich, tj. przede wszystkim ze skutecznej asymilacji, a w każdym razie upodobnienia przeprowadzonego przez bogate oraz inteligenckie rodziny żydowskie Paryża i Budapesztu (gdzie było to z kolei dziedzictwo po monarchii habsburskiej, która przejęła po dawnej Rzeczypospolitej pozycję Paradisus Judaeorum). Wbrew popularnym przesądom zaś, zasymilowane żydostwo nie było wszak wyłącznie bazą dla komunistów. Żydowskie sfery majętne we Francji, na Węgrzech, we Włoszech, ale i w Polsce chętnie wspierały… konserwatystów. Konserwatywne dyktatury nie były bynajmniej zainteresowane pozbywaniem się swoich przyjaciół, sponsorów, a niekiedy wręcz krewnych. Znowu jednak – czy to był czynnik mogący zainteresować szerokie masy w którymkolwiek z tych krajów? Jeśli nawet, to raczej zniechęcająco, w łatwym do podsycenia, ale i zrozumienia odczuciu wrogości wobec plutokracji, niezależnie od jej narodowości.

Nawet we Francji więc – realny udział Francuzów w usuwaniu Żydów z kraju, zwłaszcza w strefie okupowanej miał charakter naturalny, spontaniczny i oddolny, zaś relacje Petaina z organizacjami prowadzącymi czynną akcję anty-żydowską (jak Milice Française) były nader chłodne. Fakt, że z czasem nacisk niemiecki skłonił organy Państwa Francuskiego do coraz większego zaangażowania, ale nawet najsłynniejsze tego przejawy, jak eksploatowana dziś przeciw Francji Operacja Vel d’Hiv, czyli udział policji francuskiej podległej rządowi w Vichy w obławie na żydowskich imigrantów unikających obowiązku rejestracyjnego – nadal miała być tylko ceną za uratowanie Żydów-obywateli francuskich (ceną, jak się okazało zwłaszcza po wejściu Niemców do zony nieokupowanej – niewystarczającą). Czy argumentujący na rzecz bezwzględnego obowiązku ochrony Żydów właśnie jako obywateli RP – nie powinni więc zrozumieć tego argumentu petainistów (bo nawet nie samego marszałka)? Skoro liczyć się miała przynależność państwowa – to takie były właśnie logiczne konsekwencje tego podejścia. A skoro okazało się, że nawet wobec Francji w oczach niemieckich argument państwowy musiał ustąpić wobec nadrzędności faktora ogólnie antyżydowskiego – to czy należało w takim razie równo próbować ratować wszystkich czy… nikogo?

Wariant rumuński

Dla porządku warto przy tym zauważyć, że odmienną drogę wybrała np. inna konserwatywna dyktatura w orbicie niemieckiej – Rumunia, czyli kraj o podobnej strukturze i skali problemu żydowskiego, co Polska. Niezasymilowani Żydzi stanowili wprawdzie jedynie ok 5 proc. całej populacji Rumunii, co jednak dawało średnio blisko 15 proc. mieszkańców miast, zaś w miastach Mołdawii – ok. 35 proc. (w Jassach nawet ok. 45 proc.). Występował więc podobny jak w Polsce mechanizm monopolu drobnego handlu i usług przez żydowską biedotę, przy jednocześnie silnej pozycji zasymilowanej/upodobnionej żydowskiej inteligencji i sfer finansowych, mających znaczne wpływy w państwie, zwłaszcza w okresie dyktatury króla Karola II i rządów jego kochanki, współczesnej Estery – Eleny (Magdy) Lupescu z domu Wolff. W takich realiach, przejąwszy władzę marszałek Ion Antonescu zdecydował się wykorzystać trudną sytuację międzynarodową swego państwa, by przynajmniej jednego kłopotu się pozbyć. Nic z tego, co podczas wojny wydarzyło się na okupowanych terenach polskich, żadna mityczna stodoła – nawet nie zbliżyły się skalą do pogromów w Jassach, w Bukareszcie, w Kiszyniowie czy w oddanej Rumunom Odessie. Czy dzięki temu obecnie położenie Rumunii jest gorsze niż Polski? Nie, naciski są bowiem mniej więcej zbliżone, fizycznie potencjalnych roszczeniobiorców występuje nieco mniej, a i tak realnie beneficjentami chcą zostać te same światowe organizacji wspierane przez USA i „Izrael”. Czy więc należało robić podczas wojny to samo co Rumuni? Niekoniecznie, ale jak się okazuje polska ofiarność i rumuński odwet ostatecznie doprowadziły nasze narody niemal do tej samej sytuacji międzynarodowej. W istocie bowiem nie ma większego znaczenia kto ilu Żydów uratował, a kto ilu zabił – skoro zostało ich dość, wystawiać rachunki i mają jeszcze za sobą osiłka, który dopilnuje spłaty.

Wracając więc do sporu rozpoczętego osobą Petaina, gdyby nawet podczas wojny uformowała się jakakolwiek polska reprezentacja polityczna wobec Niemców, to czy „dobry polski przywódca powinien pozwolić na wymordowanie części społeczeństwa?!” – bo i takie mocno oderwane od realiów pytanie padło. Oderwane, bo choćby do kolaboracji polskiej doszło – to przecież polskim „pozwalaniem” nikt, a już najmniej Niemcy – głowy by sobie nie zawracał. Kolaborując, jak widać – być może można by było wybierać w tej kwestii między drogą Petaina, drogą Antonescu, księdza Józefa Tiso albo (dajmy na to) nawet szlakiem kolejnego przywódcy Węgrów, Ferenca Szálasiego (zmieniającego także w kwestii żydowskiej politykę Horthy’ego) – a może żadnego wyboru by nie było, a wówczas kluczowe byłoby ratowanie substancji polskiej. Znacznie ważniejsze jest jednak nie gdybanie, tylko zastanowienie się nad historycznym przebiegiem zdarzeń, w którym i struktury polskiego państwa podziemnego, i Kościół katolicki, i organizacje obywatelskie, i wreszcie zwykli Polacy, spontanicznie nieśli pomoc ludności żydowskiej na skalę nieznaną reszcie Europy – i to pomimo represji przekraczających wyobrażenie kogokolwiek na świecie. Wobec tych powszechnie (ale, niestety tylko w Polsce i wśród Polaków) znanych faktów, najwyższy czas zadać pytanie:

CZY BYŁO WARTO?

Tak czy siak, mowa wszak o ludności, co do której nikt (może poza komunistami i socjalistami) przed wojną nie miał złudzeń – musiała z Polski zniknąć albo nigdy nie mielibyśmy szansy na rozwój. Historyczne zapóźnienie gospodarcze i cywilizacyjne Polski wynikało przecież także ze struktury społecznej charakteryzującej się m.in. nadmiarem i określonymi funkcjami ekonomicznymi ludności żydowskiej. Dalej – przedwojenny Wielki Kryzys był szczególnie dotkliwy dla Polski nie tylko ze względu na błędy decydentów polityki finansowej i gospodarczej kraju, ale również znowu przez strukturę społeczną, dodatkowo utrudniającą (przy braku reformy rolnej i uprzemysłowienia) rozładowanie kryzysu demograficznego polskiej wsi. I tak dalej. Niewidzenie roli czynnika żydowskiego w historii Polski jest tak samo głupie, jak jego przecenianie. A może głupsze – bo wynika nie z niewiedzy, tylko z czynnego oporu przed wiedzą. Żydzi, bez żadnej demonizacji, stanowili dla II RP ogromne cywilizacyjne, gospodarcze, społeczne i polityczne obciążenie i chociaż nikt nie zamierzał ich mordować, ani nawet szczególnie turbować – to po prostu w Polsce zostać nie mogli. Najliberalniej mówiąc – przynajmniej nie w takiej masie.

Czy więc ochroniło ich tylko (?) polskie chrześcijaństwo, miłosierdzie i solidaryzowanie się z ofiarami? Zapewne działało także poczucie wspólnoty wobec wspólnego wroga, wspólnotowe przekonanie, że nikt za nas zwłaszcza tak trudnych spraw załatwiać nie powinien (choć sami ich załatwić nie umieliśmy i pewnie po wojnie też byśmy tej zdolności nie nabyli…). Przede wszystkim jednak chyba skuteczny okazał się po prostu… czynnik ludzki. Często chroniło się nie anonimowych, niemal abstrakcyjnych Żydów – ale Ryfkę, koleżankę z klasy, czy tego miłego doktora Izraela z pierwszego piętra. To zawsze rozbrajało mityczny czy prawdziwy „polski antysemityzm” – nawet mając świadomość fundamentalnej, strategicznej sprzeczności interesów nie umieliśmy i nie chcieliśmy jej przenosić na relacje indywidualne, osobiste. To jak w tym jakże prawdziwym szmoncesie, w którym dla przeciętnego Polaka Żydzi to dranie, które zabiły Pana Jezusa i w dodatku rządzą, ale każdy z osobna znany osobiście Icek czy Mosiek do dusza człowiek, mistrz krawiecki i uczciwy kupiec – podczas gdy dla standardowego Żyda jego rodacy jako całość, to oczywiście naród wybrany, ale każdy z osobna jego członek, wspomnianych Icków i Mośków nie wyłączając – to oszust, złodziej i zakała, żeby go klątwa faraona wytłukła.

Ratowaliśmy więc po prostu… sąsiadów. Stąd właśnie tytuł osławionego antypolskiego paszkwilu obrócić się powinien przeciw jego autorowi i innym zwolennikom tezy rzekomej „winy polskiej”. Powinien, gdyby… faktyczna wina miała jakiekolwiek znaczenie. Mówmy bowiem poważnie: czegokolwiek by nie uczynili nasi przodkowie podczas wojny, ilu jeszcze żydowskich sąsiadów nie udałoby się uratować, ilu Polaków by przy tym nie zginęło – rachunek byłby DOKŁADNIE TAKI SAM. Na tym bowiem polega genialność tego interesu – że cena nie zmienia się w zależności od ilości towaru… wydanego. Ba, nie zależy nawet od tego czy nie została już wcześniej uiszczona. Jest nadawana odgórnie i może już tylko rosnąć. Będzie już tylko rosnąć.

Stąd też, nie oceniając niczyich indywidualnych wyborów, wynikających przeważnie z głębokiego przekonania, że po prostu wypada zachować się przyzwoicie – nie sposób nie nabrać do całego tego mechanizmu choć odrobiny zdrowego dystansu. Choćby zadając kolejne pytania – a co, gdy osobista decyzja o ukrywaniu żydowskiego kolegi, sąsiadów itd. – wywoływała szersze niż osobiste skutki? Jeśli w odwecie życie tracił nie tylko ukrywający, ale wszyscy mieszkańcy danej kamienicy? Albo cała wieś? Przecież to też było naruszenie absolutnie priorytetowej zasady ekonomii krwi i to naruszenie wręcz rabunkowe!

Tego zaś zawsze i za wszelką cenę należało unikać. A jeśli nie udało się wtedy – to przynajmniej na przyszłość. Aha, skoro zaś już jesteśmy przy ekonomii – to cudzych rachunków oczywiście nie płaćmy. Ni teraz, ni w przyszłości. No chyba, że tych, co przyjdą wyłudzać – też chcemy… ratować.

Konrad Rękas

Po co Polsce Izrael? – prof. Anna Raźny

Po co Polsce Izrael? To pytanie, które zadaje sobie w ostatnich dniach każdy rozumny i uczciwy Polak. Towarzyszy mu równie istotne drugie: czy Izrael zrobił kiedykolwiek coś dla Polski i dla polskich wartości cywilizacyjnych – czyli chrześcijańskich? Odpowiedź na drugie pytanie w świetle faktów jest negatywna i daje podstawę do negatywnej odpowiedzi na pierwsze. Jeśli Izrael – w przeciwieństwie do Polski, która realizuje jego interesy na forum międzynarodowym i w polityce wewnętrznej – nigdy niczego nie uczynił dla nas i dla naszych wartości cywilizacyjnych – to do czego jest nam potrzebny? Przecież wieki całe Polska istniała i rozwijała się pomyślnie bez Izraela. Tylko dlatego mamy popierać jego politykę, że egzotyczny i szkodliwy dla nas „strategiczny sojusz” z tym państewkiem bliskowschodnim zawarł Lech Kaczyński? Pora więc zrewidować jego sens na gruncie polskich interesów. Pora także przyjrzeć się potężnemu lobby żydowskiemu w Polsce, realizującemu interesy Izraela sprzeczne z polskimi. Być może w lobby tym jest więcej Polaków niż przypuszczamy, ponadto – nie obejmuje ono wszystkich polskich Żydów, wśród których są także lojalni wobec państwa polskiego i Polaków. „Strategicznego sojuszu” z Izraelem nie usprawiedliwia jeszcze bardziej „strategiczny sojusz” z USA. Wystarczy przypomnieć w tym miejscu samodzielną politykę Turcji należącej do NATO czy innych członków tego bloku i jednocześnie członków UE, popierających wbrew tandemowi USA-Izrael walkę Palestyńczyków o własne państwo, a także sprzeciwiających się zerwaniu paktu nuklearnego z Iranem. To, że w ramach „polsko-amerykańskiego sojuszu” nie ma miejsca na polską politykę wobec Izraela, Iranu i całego Bliskiego Wschodu – podobnie jak wobec Rosji i Ukrainy – jest winą wymienionego lobby, łączącego się w swych działaniach z lobby amerykańskim.

Trzeba zatem w różnych środowiskach dokonać odważnego rachunku zysków i strat w relacjach z Izraelem i uzależnić je wyłącznie od polskich korzyści i polskich wartości cywilizacyjnych. W tym miejscu rodzi się jednak pytanie fundamentalne: czy są możliwe jakiekolwiek polskie korzyści we współpracy z państwem terrorystycznym, okupującym cudze ziemie, obarczonym winą ludobójstwa dokonanego na Palestyńczykach, odpowiadającym wraz z USA i ich sojusznikami arabskimi za zniszczenie chrześcijaństwa na Bliskim Wschodzie (nade wszystko w Iraku i Syrii), posiadającym niekontrolowaną przez żadną instytucję międzynarodową broń nuklearną, łamiącym prawo międzynarodowe?” Czy jest możliwe osiągnięcie polskich korzyści z państwem, które uprawia w swojej polityce antypolonizm, zamanifestowany ostatnio przez jego najwyższe władze na – i po – antyirańskiej konferencji w Warszawie? Służalczy sojusz Polski z Izraelem jest potrzebny lobby izraelsko-żydowskiemu i amerykańskiemu w naszym kraju i poza nim. Te dwa środowiska czerpią bowiem z niego korzyści, nie zaś Polska. One też starają się utrzymywać polskie społeczeństwo w posłuszeństwie i strachu wobec swojej polityki, wykorzystując w dyscyplinowaniu Polaków trzy maczugi, opatrzone hasłami: 1. walka z antysemityzmem, 2. pamięć o II wojnie światowej to wyłącznie pamięć o holokauście oraz jego sprawcach głównych (Niemcy) i pomocniczych (Polska), 3. Zagrożeniem dla Polski jest Rosja, która przygotowuje się do wojny z nami.

Obecny kryzys na linii Polska-Izrael jest sprawdzianem siły tych dwóch lobby. Albo zwycięży ich interes, albo Polski. I tu wystarczy na wstępie odważne myślenie w świetle prawdy oraz rozumne działanie, aby Polska zachowała swoją godność i wypracowała suwerenność w polityce nie tylko bliskowschodniej, ale również wschodniej i unijnej. Nasza historia po 1989 roku mówi jednak, że elit rządzących naszym krajem nie stać ani na odważne myślenie w prawdzie, ani na rozumne działanie. Jest im całkowicie obca dewiza sapere auso. Jedynie zatem suweren może je wymienić przy urnie. Musi jednak podjąć trud samodzielnego myślenia według wartości, a co za tym idzie – odrzucenia paradygmatu amerykańsko-izraelskiego w polityce jako bezalternatywnego.

Najważniejsze nie dać się zastraszyć kłamstwom, intrygom, pogróżkom. Nie dać się na nowo zniewolić mitom o wybraniu przez ducha dziejów w historii ludzkości jednego narodu ponad inne narody i jednego państwa ponad inne państwa. Trzeba nieodmiennie powtarzać, że idea narodu wybranego ma znaczenie wyłącznie teologiczne, ale nawet na gruncie teologii nie jest zrozumiała wobec faktu, iż naród ten skazał Boga-Człowieka na śmierć krzyżową. Na każdym innym poziomie wszystkie narody są jednakowo równe w statusie swojego istnienia. Nie ma narodów złych i dobrych. Są jedynie narody, które – jak podkreślał prymas tysiąclecia Stefan Wyszyński – wciąż na nowo stają się w swym działaniu złe bądź dobre. Jeśli naród wybrany ma znaczenie wyłącznie teologiczne, to tym bardziej nie można mówić o analogicznym dla jego istoty „państwie wybranym”. Izrael powstał na gruncie prawa międzynarodowego i tylko w kategoriach tego prawa powinien być traktowany.

Oddzielny problem dla zastraszanego przez obcą propagandę polskiego społeczeństwa stanowi fałszywa – wymyślona przez wrogie chrześcijaństwu środowiska – koncepcja cywilizacji judeochrześcijańskiej, jakoby bliskiej Izraelowi. Wystarczy pobieżna wiedza z zakresu historii i teorii cywilizacji, aby odrzucić tę koncepcję. Nie było bowiem i nie ma takiej formy cywilizacyjnej i nie można jej stworzyć, gdyż nie pozwalają na to czynniki kształtujące cywilizację – całkowicie różne na gruncie judaizmu i chrześcijaństwa, wynikające z odmiennej filozofii człowieka i filozofii wartości. Poświadcza to choćby quincunx – pięciomian bytu zdefiniowany przez Feliksa Konecznego – łączący wartości podstawowe zarówno dla życia jednostki, jak i społeczeństwa: prawdę, dobro, piękno oraz zdrowie i dobrobyt. Każda z tych wartości na gruncie chrześcijaństwa ma chrystocentryczny wymiar, odrzucany przez judaizm. I to wystarczy, aby przestać mówić o cywilizacji judeochrześcijańskiej.

Aby nadać partnerski, oparty na prawie międzynarodowym, charakter stosunkom Polski z Izraelem należy zweryfikować polską dyplomację i szukać dróg naszego umocnienia na forum międzynarodowym. Nasza samotność w konflikcie z Izraelem to czerwona kartka dla elit rządzących Polską w imię obcych interesów. Nawet osławiona Grupa Wyszehradzka porzuciła Polskę, oskarżaną przez Izrael i USA o współudział w holokauście. Jej premierzy pojechali bez Polski do Jerozolimy – nieuznawanej przez ONZ stolicy Izraela – aby w prowokujący sposób załatwiać z nim swe drobne interesy. Tu nie wystarcz sama świadomość cynizmu jerozolimskich rozmówców, faktu, iż gospodarz spotkania bezpodstawnie oskarża Polskę o współudział w holokauście, a jego goście reprezentują państwa współpracujące z hitlerowskimi Niemcami. Tu jest konieczna dobrze przemyślana reakcja Warszawy. Możliwości mamy znikome, ale trzeba wziąć pod uwagę każdą. Najpoważniejszą i pozytywną dla nas w skutkach byłoby nawiązanie współpracy z Rosją. W sposób spektakularny należałoby wycofać się z antyrosyjskich pozycji. W zakresie minimum oznaczałoby to wykonalne w najbliższym czasie przyjęcie wobec Moskwy postawy Węgier czy Włoch. Współpraca Polski z Rosją byłaby dla nas kartą przetargową w relacjach nie tylko z USA i Izraelem, ale jednocześnie z Niemcami i Francją. Do tego trzeba jednak męża stanu na czele Polski, a nie prezesa jednej partii, który skoncentrował się ostatnio na budowie bliźniaczych wież w stolicy Polski ku czci swojego rodu – równolegle do postawienia w centrum Warszawy pomnika swojego brata, przyćmiewającego pomniki św. Jana Pawła II i Józefa Piłsudskiego. Do tego trzeba nade wszystko radykalnej wymiany składu polskiego parlamentu. Czy Polacy zdadzą historyczny egzamin przy urnie wyborczej? To pytanie wciąż otwarte.

Anna Raźny

Żydowscy mordercy gen. Fieldorfa „Nila” – Zamordowali i uciekli do Izraela

Generał August Emil Fieldorf „Nil” został aresztowany przez funkcjonariuszy UB 10 listopada 1950 r.

Dopiero 11 dni później Naczelna Prokuratura Wojskowa wydała formalny nakaz aresztowania Generała, podpisa ny przez prokurator ppłk. Heleną Wolińską.

15 lutego 1951 r.Wolińska – również bezprawnie – przedłużyła areszt gen. Fieldorfowi. Do jej wniosku w tej sprawie przychylili się sędziowie Wojskowe- go Sądu Rejonowego w Warszawie: płk Aleksander Warecki, mjr Mieczysław Widaj i mjr Zygmunt Wizelberg.

Helena Wolińska – Brus (Felicja (Fajga Mindla) Danielak), ps. Lena, ur. 28 lutego 1919 r. w Warszawie, zm. 26 listopada 2008 w Oksfordzie

– polska działaczka komunistyczna pochodzenia żydowskiego, prokurator, polityk, nauczyciel akademicki, oskarżająca w procesach politycznych okresu stalinizmu w Polsce Ludowej, w tym w tzw. mordach sądowych. Przedwojenna komunistka, w latach okupacji sowieckiej szefowa biura Sztabu Głównego Gwardii Ludowej i Armii Ludowej, zaraz po woj nie kierująca Wydziałem Ogólnym Komendy Głównej MO.

Do pracy w prokuraturze wojskowej przeszła zaraz po ukończeniu studiów prawniczych na UW w 1949 r. W ciągu 5 lat pracy w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej (do 1954 r.) była kolejno szefową kilku wydziałów tej instytucji, w tym Wydziału Kadr i Wyszkolenia.

Następnie przeszła do Prokuratury Generalnej, a później przez wiele lat wykładała w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR. Pierwszy komendant główny MO Franciszek Jóźwiak był jej ówczesnym mężem.

Po 1968 r. wyjechała z Polski wraz z kolejnym mężem, znanym żydowskim ekonomistą prof. Włodzimierzem Brusem, w jej pierwszym i trzecim związku małżeńskim.

Wolińska zmarła w Oksfordzie. Nie była sądzona w Polsce, Wielka Bry- tania odmówiła jej ekstradycji.

Prof. Włodzimierze Brus ( Beniamin Zylberberg) ur. 23 sierpnia 1921 w Płocku, zm. 31 sierpnia 2007 w Oksfordzie)

– ekonomista żydowskiego pochodzenia, wykładowca Oksfordu. Głównym dziełem Brusa jest książka „Od Marksa do rynku” (ang. „From Marx to the Market” 1989, wydanie polskie 1992) opracowana wspólnie z profesorem ekonomii Kazimierzem Łaskim,

Prof. Kazimierz Łaski urodził się w rodzinie żydowskiej jako Hendel Cygler.

— W okresie wojennym należał do Gwardii Ludowej. W latach 1945 – 19- 50 pracował w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, w którym od stanowiska referenta doszedł do funkcji naczelnika wydziału w Departamencie IV MBP. Służbę zakończył w stopniu majora.

W 1950 r. został oddelegowany do dyspozycji KC PZPR i skierowany do Instytutu Kształcenia Kadr Naukowych.

Sędzia Aleksander Warecki ( Warenhaupt),

— przedwojenny aplikant adwokacki w Krakowie, pochodzenia żydowskiego. W latach 1944-1945 był członkiem Sądu Polowego 4. Dywizji Piechoty Ludowego Wojska Polskiego, następnie kierował sądami wojskowymi w Katowicach i Wrocławiu, a w latach 1948 – 1952 był szefem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie. Zmarł w 1986 roku.

„Życie Warszawy” w nekrologu podało: „…odszedł płk A. Warecki, prawy, ofiarny i skromny…”.

Sędzia Mieczysław Widaj służył w Ludowym Wojsku Polskim.

— W latach 1949- 1952 był wiceszefem, następnie szefem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie, zaś w latach 1954-1956 wiceprezesem Na czelnego Sądu Wojskowego.

mjr Zygmunt Wizelberg urodzony 10.11.1914 r. w Krakowie.

— Absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie (1935 r.). Do wybuchu wojny (1939 r.) pracował jako aplikant adwokacki. Od 1941 r. w Armii Czerwonej pracował w Kazachstanie. Od maja 1944 r. w Ludowym Wojsku Polskim zajmował stanowiska w aparacie oświatowym i polityczno-wychowawczym.

Od 1946 r. w Wojskowej Prokuraturze Okręgowej na stanowiskach: asesora, oficera śledczego, podprokuratora i wiceprokuratora. Od 1951 r. w sądownictwie wojskowym na stanowisku sędziego w Wojskowym Sądzie Rejo nowym w Warszawie. W latach 1952 – 1957 pracował w Najwyższym Sądzie Wojskowym oraz Izbie Wojskowej Sądu Najwyższego w Warszawie.

Sędzia Wizelberg chcąc wykonać wcześniej przewidzianą „normę”, po sprawdzeniu danych personalnych podsądnego, zaczynał pisać uzasadnienie wyroku. Nie słuchał wyjaśnień oskarżonych ani mowy prokuratora i obrońcy, jeżeli tacy brali udział w procesie. Przez rok pracy jako sędzia zdążył skazać na śmierć co najmniej kilka osób, oraz wielu ludzi na pobyt w więzieniu.

13 grudnia 1950 r., na rozkaz dyrektora Departamentu Śledczego MBP płk . Józefa Różańskiego (Józefa Goldberga), gen. Fieldorf został osadzony w więzieniu przy ul. Rakowieckiej.

płk. Józef Różański (Józef Goldberg)

— oficer NKWD I Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP), członek nielegalnej Komunistycznej Partii Polski (KPP), gdzie pracował w Centralnym Biurze Żydowskim.

Już w czasie studiów rozpoczął współpracę z NKWD. Sam we własnoręcznym życiorysie podał swoje stanowisko w NKWD:

pracownik „gosudarstwiennoj biezopasnosti”.

W 1940 r. został wezwany do Lwowa, gdzie rozpoczął pracę w Oddziale Po litycznym NKWD dla polskich jeńców wojennych.

W 1939 r. – pełnił funkcję oficera polityczno-wychowawczego oraz służył za tłumacza. Słynął z donosicielstwa do NKWD na wszystkich, w tym tak- że swoich towarzyszy, za różne odchylenia. W tym czasie zaskarbił sobie względy późniejszego założyciela bezpieki – gen. NKWD Iwana Sierowa. 22 czerwca 1941 r. dobrowolnie wstąpił do Armii Czerwonej, a 27 czerwca został rozkazem Berii odwołany z powrotem do NKWD.

Po ataku Niemiec na ZSRR udał się wraz z lwowskim NKWD do obozu jeńców w Starobielsku, a następnie do Sarańska i Samarkandy. Latem 1941 r. w czasie ewakuacji więzień, jako funkcjonariusz NKWD brał udział w rozstrzeliwaniu więźniów, również Żydów, w kaźniach NKWD.

Łącznie NKWD zamordowało ok. 35 tys. uwięzionych. Np. w lwowskich kaźniach NKWD – Brygidki (więzienie), więzienie śledcze NKWD – Zamarystynów, więzienie na ulicy Łąckiego we Lwowie wymordowano ok 7 tys. więźniów,w Łucku ofiarą masakry padło około 2 tys. więźniów, w Wilnie około 2 tys., w Złoczowie około 700, w Dubnie około 1000, w Prawieniszkach 500 więźniów, oprócz tego w Drohobyczu, w Borysławiu, w Czortkowie, w Berezweczu, w Samborze, w Oleszycach, w Nadwórnej, w Brzeżanach.

W ciągu tygodnia, w czerwcu 1941 roku NKWD wymordowało w więzieniach co najmniej 14700 więźniów, na szlakach ewakuacyjnych zostało zamordowanych przeszło 20 tysięcy.

Różański później zbiegł w głąb ZSRR, gdzie aż do 1943 r. pracował w NKWD. Szybki awans w strukturach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego zawdzięczał temu, iż będąc dyspozycyjny wobec Bolesława Bieruta i Iwana Sierowa wykonywał posłusznie ich polecenia.

Ponurą sławę zdobyły metody śledcze Różańskiego – sprowadzały się one do dopasowywania materiału śledczego do wcześniej opracowanych tez oskarżenia. Zeznania były wydobywane za pomocą tortur, które Różański stosował powszechnie. Zyskał sobie miano człowieka bezwzględnego i nie- zwykle brutalnego – osoby przez niego przesłuchiwane mówiły, że był sadystą.

Jest absolutnie bezsporne, że Różański sam bił do krwi, tolerował bicie i podżegał do niego podwładnych mu funkcjonariuszy, bijąc w ich obecności. Jego istotną umiejętnością „zawodową” było psychiczne dręczenie ludzi w śledztwie i wydostawanie od nich tą drogą informacji, często fałszywych, których wcześniej nie podaliby nawet podczas tortur w katowniach gestapowskich.

Setki osób, przesłuchiwanych przez Różańskiego lub jego podwładnych, straciło życie lub zostało kalekami. Jego ofiarami byli również więźniowie Żydzi.

Różański osobiście nadzorował śledztwo w sprawie Witolda Pileckiego i jest faktycznym sprawcą skazania go na karę śmierci.

Swoimi „metodami śledczymi” (również torturami) Różański objął członków partii, których postanowiła wyeliminować ekipa Bieruta.

Jego ofiarami w tej wewnętrznej rozgrywce w PZPR stali się m.in. Marian Spychalski, Włodzimierz Lechowicz (sowiecki agent w aparacie Delegatury Rządu na Kraj, aresztowany 13 października 1948 roku na osobiste polecenie Bolesława Bieruta), Piotr Jaroszewicz.

Od jego nazwiska powstał termin „różańszczyzna” – stalinowskie metody śledczych, preparowania dowodów i fingowania procesów sądowych.

Zmarł 21 sierpnia 1981 roku w wyniku choroby nowotworowej, pochowany na cmentarzu żydowskim przy ulicy Okopowej w Warszawie.

Śledztwo w sprawie gen. Fieldorfa, za zgodą naczelnika Wydziału Śledcze go Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego ppłk. Ludwika Serkowskie- go, przejął ppor. Kazimierz Górski.

Ludwik Serkowski (ur. 13 sierpnia 1919 w Kłodnem, zm. 13 września 1990 w Warszawie)

– podpułkownik UB, oficer śledczy, zastępca szefa WUBP w Katowicach w latach 1952-1954.

W 1944 r. przeszedł szkolenie w ośrodku NKWD w Kujbyszewie. Od 2 wrze śnia 1944 r. pracownik Sekcji Śledczej Resortu Bezpieczeństwa Publiczne- go, od grudnia 1945 kierował sekcją jednego z wydziałów MBP.

Od 1947 r. zastępca naczelnika, a od 1949 r. naczelnik Wydziału II Departamentu Śledczego MBP. W latach 1951-1952 naczelnik Wydziału III tego departamentu. W listopadzie 1952 r. przeniesiony do Katowic na zastęp- cę szefa WUBP, 1 VII 1954 r. powrócił do centrali MBP w Warszawie. W latach 1954-1956 służył w MO.

Uchwałą Prezydium KRN z 17 września 1946 r. odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Kazimierz Górski

– śledczy, przesłuchiwał i torturował generała Fieldorfa i sporządził akt oskarżenia. Mieszkał do śmierci w Warszawie ani razu nie będąc wzywany na przesłuchanie w sprawie zbrodni, której się dopuścił, nie mówiąc już nawet o postawieniu go w stan oskarżenia.

Sporządził też kłamliwy akt oskarżenia, w którym zarzucił Fieldorfowi wydawanie rozkazów likwidowania, względnie rozpracowywania, przy współpracy z Niemcami, komórek PPR, oddziałów Gwardii Ludowej i Armii Ludowej oraz partyzantki radzieckiej.

Dokument ten zatwierdził wicedyrektor departamentu śledczego MBP Wiktor Leszkowicz, a podpisał 22 października 1951 r. wiceprokurator Prokuratury Generalnej PRL Benjamin Wajsblech. On też prowadził ostatnie przesłuchanie gen.Fieldorfa 25 lipca 1951 r., a kilka miesięcy później oskarżał go przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie.

Wiktor Leszkowicz (ur. 17 października 1918, Żyźniewo)

– wicedyrektor Departamentu Śledczego MBP od 15 listopada 1951 do 8kwietnia 1954, naczelnik Wydziału III Departamentu Śledczego MBP , podpułkownik bezpieki.

Beniamin Wejsblech (Beniamin Wajsblech) (ur. 22 grudnia 1908 r. zm. 13 marca 1991 r. w Warszawie)

– wiceprokurator Generalnej Prokuratury PRL, oskarżyciel w procesach politycznych w czasach stalinizmu.

Pochodził z zamożnej, żydowskiej rodziny kupieckiej. Przed wybuchem II wojny światowej sprzedał majątek, pieniądze lokując w szwajcarskich ban kach.

We wrześniu 1939 udał się do Związku Radzieckiego, stając się komunistą. Po agresji ZSRR na Polskę (17 września 1939 r.) zajął posadę prokuratora we Lwowie.

Po wojnie był stalinowskim prokuratorem w Polsce, żądał m.in. kary śmierci dla Jana Stachniuka oraz był oskarżycielem generała Augusta Emila Fieldorfa „Nila”.

Bezpodstawnie wydawał nakazy aresztowań i przetrzymywał „podejrzanych” w areszcie, pomimo braku uzasadnionych przyczyn. Usuwał z akt śledztw protokoły zeznań korzystne dla aresztowanych, bezpodstawnie rozdzielał sprawy, które powinny być rozpatrywane łącznie, psychicznie i fizycznie upokarzał i maltretował osoby przesłuchiwane, które podawały, że zachowanie Wajsblecha było gorsze niż oficerów śledczych

Uchwałą Rady Państwa z 6 lipca 1954 r. odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Zmarł w 1991 r.

16 kwietnia 1952 r. po kilkugodzinnym procesie sąd w składzie: przewodniczący Maria Gurowska oraz ławnicy Michał Szymański i Bolesław Malinowski, uznał gen.generała Augusta Emila Fieldorf „Nila” winnym czynów zarzucanych mu w akcie oskarżenia i skazał na karę śmierci.

Sędzia Maria Gurowska, do końca życia twierdziła, że wyrok na gen. Fieldorfa był słuszny.

Maria Gurowska vel Maria Górowska vel Maria Sand vel Genowefa Maria Danielak z domu Zand (ur. 1 października 1915 r., zm. 31 sierpnia 1998 r.)

– polska sędzia pochodzenia żydowskiego w okresie PRL. Urodziła się w Łodzi. Córka Moryca (Mariana) i Frajdy (Franciszki) z Eisenmanów. Oj- ciec był buchalterem, pośrednikiem handlowym (zmarł w 1941 r.)

W czasie okupacji niemieckiej używała „aryjskich” dokumentów na nazwisko Genowefa Maria Danielak. Owe dokumenty zostały wydane dla niej przez Polaków ratujących życie Żydom z organizacji „Żegota”, narażających własne życie i swoich rodzin. Posiadała wystawioną przez „Żegotę” kennkartę ( dowód osobisty) na nazwisko Genowefa Maria Danielak, jak również wydaną przez parafię rzym-kat. metrykę chrztu. Duchowni para- fii rzym-kat. również narażali swoje życie w wydawaniu metryk chrztu, ratując w ten sposób życie ukrywającym się Żydom.

Do wydania niemieckiej kennkarty niezbędne były: wniosek ubiegającego się, metryka, dowód osobisty, ewentualne świadectwo ślubu. Polaków obowiązywało złożenie pod przysięgą oświadczenia o aryjskim pochodzeniu.

W lutym 1940 r. wraz z rodzicami opuściła nielegalnie Łódź. Przez rok mieszkała w Żyrardowie, następnie w Warszawie.. Od 1943 r. była w szere-gach Gwardii Ludowej i PPR.

W styczniu 1945 r. została skierowana do pracy w Zarządzie Miejskim w Częstochowie na stanowisko kierownika Wydziału Informacji i Propagandy. W marcu 1945 r. powróciła do Łodzi, gdzie została instruktorem propagandy KW PPR.

Dwa miesiące później zorganizowała tam Wojewódzką Szkołę Partyjną i została jej dyrektorką. W marcu 1946 r. otrzymała polecenie zorganizowania w Łodzi Szkoły Prawniczej Ministerstwa Sprawiedliwości i objęcia stanowiska dyrektora.

Od 4 I 1951 r. była sędzią Wydziału IV Karnego Sądu Wojewódzkiego dla województwa warszawskiego z jednoczesnym utrzymaniem w mocy delegacji do Ministerstwa Sprawiedliwości.

W latach 1950-1954 Gurowska zasiadała w składach sędziowskich sekcji tajnej Sądu Wojewódzkiego w Warszawie – ferującej wyroki w sprawach politycznych, zleconych do realizacji przez kierownictwo Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, w sekcjach tajnych istniejących przy Sądzie Apelacyjnym w Warszawie, Sądzie Wojewódzkim w Warszawie i Sądzie Najwyższym.

Aktywnie uczestniczyła w kilku głośnych procesach politycznych okresu stalinowskiego.

M.in. na podstawie sfabrykowanych przez prokurator Helenę Wolińską dowodów skazała na karę śmierci gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”.

5 V 1992 r. Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskie mu wszczęła śledztwo w sprawie zbrodni popełnionej na gen. Auguście Emilu Fieldorfie „Nilu”, a po jego zakończeniu 10 VIII 1995 r. Prokuratura Wojewódzka w Warszawie postawiła Gurowskiej zarzut popełnienia przestępstwa z art. 225 § 1 kodeksu karnego.

Podczas przesłuchania w Prokuraturze Rejonowej w Szczytnie 25 VIII 1995 r. Gurowska podtrzymała zasadność wyroku wydanego na gen. Fieldorfa, uznając nadal wyrok śmierci na generała za słuszny.

W 1995 r. w piśmie do ministra sprawiedliwości napisała, że wymierzając karę, opierała się na dowodach, na podstawie obowiązującego wówczas prawa.

Proces karny przeciwko Gurowskiej rozpoczął się 22 grudnia 1997 r. w gmachu sądów przy alei Solidarności w Warszawie. W wyznaczonym terminie rozprawy, oskarżona nie stawiła się przed sądem i aż do śmierci konsekwentnie nie zgłaszała się na rozprawy.

______________________________

20 października 1952 r. sędziowie Sądu Najwyższego:

Igor Andrejew, Gustaw Auscaler i Emil Merz, podtrzymali wyrok śmierci wydany na gen Fieldorfa /;Nila”.

Gustaw Auscaler, żydowski morderca sądowy,w 1968 r. wyjechał do Izraela.

Od kilku lat jest poszukiwany przez Interpol międzynarodowym listem gończym.

Sędzia Andrejew

— przez 35 lat (do 1985 r.) był pracownikiem naukowo-dydaktycznym Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, w 1954 r. został profesorem nadzwyczajnym, a 10 lat później zwyczajnym. Współtworzył uchwalny w 1969 r. Kodeks Karny, na początku lat 70. przewodniczył Komitetowi Nauk Prawnych PAN, jego podręczniki do niedawna obowiązywały na polskich uczelniach. Zmarł w 1994 r.

Emil Merz – adwokat, żydowski morderca sądowy,

funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, sędzia Sądu Najwyższego PRL.

Sędzia Emil Merz orzekał najczęściej oraz był sędzią sprawozdawcą spośród sędziów tajnej sekcji Sądu Najwyższego. Z 34 wyroków kar śmierci orzeczonych w I instancji utrzymał 14. W tym samym roku uczestniczył w utrzymaniu 10. orzeczonych wcześniej kar śmierci.

Istotną rolę pełnił między innymi w mordzie sądowym na gen. Fieldorfie.

________________________________

Nie żyją sędziowie Merz i Auscaler. Obaj po zakończeniu kariery sądowej wyjechali do Izraela, gdzie zmarli.

Emigrantką do Izraela była również wiceprokurator Generalnej Prokuratury PRL – Żydówka Paulina Kern, która oskarżała gen. Fieldorfa przed Sądem Najwyższym. Także i ona zmarła w Izraelu w 1980 r.
Wyrok na “Nilu” wykonano 24 lutego 1953 r.

Egzekucję nadzorowali prokurator Witold Gatner i wicedyrektor Departamentu Sądowego Prokuratury Generalnej Alicja Graff. Oboje jeszcze żyją, podobnie jak śledczy UB Kazimierz Górski. W przeciwieństwie do Wolińskiej, nie są jednak objęci żadnym śledztwem w sprawie mordu na gen. Fieldorfie.
Generał August Emil Fieldorf “Nil” (ur.20 marca 1895 r. – zamordowany przez stalinowskich oprawców 24 lutego 1953 r.) był jedną z najwspanialszych postaci polskiej konspiracji: Związku Walki Zbrojnej, Armii Krajowej i Nie.
NIE

– kadrowa organizacja wojskowa, której zadaniem było kontynuowanie walki o niepodległość Polski po wkroczeniu Armii Czerwonej. Nazwa może być tłumaczona na dwa sposoby

– NIE jako skrót od słowa „Niepodległość” lub jako symbol sprzeciwu wobec ZSRR. Komendantem Głównym NIE został generał Leopold Okulicki przyjmując pseudonim „Nowak”.

Na mocy wyroku sądów PRL opartych na monstrualnym oskarżeniu o współpracę z okupantem, Generał „Nil” skazany został na śmierć, a wyrok wykonano 24 lutego 1953.

Generał „Nil” był najwyższym stopniem i autorytetem dowódcą Armii Krajowej i po akowskiej konspiracji, który znalazł się w rękach powojennego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i który za swoją wierność wolnej Polsce zapłacił życiem.
“Męczeństwo Generała Augusta Emila Fieldorfa „Nila” jest symbolem losów całego pokolenia”.

_____________________________________

Dokumenty, źródła, cytaty:

http://wzzw.wordpress.com/2013/02/28/mordercy-gen-fieldorfa-nila/

http://alexdegrejt.salon24.pl/489268,rocznica-smierci-gen-nila-czyli-mordercy-wciaz-bezkarni

http://www.wykop.pl/ramka/562439/zydowscy-mordercy-generala-nila/

Za:http://www.blogopinia24.pl/polityka/1007-ydowscy-mordercy-gen-fieldorfa-qnila

Za; http://wolna-polska.pl/wiadomosci/zydowscy-mordercy-gen-fieldorfa-nila-2013-11

Dzieje gospodarczej głupoty w Polsce

Dzieje gospodarczej głupoty w Polsce

Jeśli coś złego dzieje się z Polską – już kiedyś z pewnością się wydarzyło. A skoro tak – to zostało opisane przez Aleksandra Bocheńskiego.

W jednej ze swych najważniejszych, chociaż najrzadziej komentowanych prac, „Przemyśle polskim w dawnych wiekach” – mój świętej pamięci Mistrz opisał m.in. mechanizm, który wypchnął Polskę poza główny nurt rozwoju gospodarczego czasów nowożytnych.

Leseferyzm zabijał Polskę

Myśląc o zapóźnieniu ekonomicznym ziem polskich – ludzi powierzchowni i głupi lubią zadowalać się opowieściami o „dziedzictwie komunizmu” i co najwyżej wszechwiecznym „Kryzysie”.

Nie dość głębocy, choć nie tak głupi – gotowi są uznawać dłuższą jeszcze niezmienność położenia Polski i uważać ją za taki sam margines Europy w wieku, powiedzmy, X – co u szczytu jagiellońskiej potęgi w stuleciu XVI, gdy nasze społeczeństwo należało do najbogatszych w świecie, bez żadnych jednak długofalowych skutków gospodarczych.

Bocheński, jak to miał w zwyczaju – pisał do tych chcących sięgać głębiej i widzieć więcej – a także czynić coś ze zdobytą wiedzą. Każdą zaś poprawna analiza zacząć się winna od opisu i oceny postępków własnych (w tym przypadku, rzecz jasna, narodowych, a ściślej narodowej klasy rządzącej dotyczących).

Po pierwsze więc, uznając zresztą błąd ten za wymuszony obiektywnymi warunkami – za jedną z pierwszych przyczyn gospodarczego upadku I Rzeczypospolitej Bocheński uważał szlachecki leseferyzm, zabójczy mix odrzucania samej idei podatków z nieograniczoną niechęcią do inwestowania nadwyżek kapitałowych – ale przede wszystkim przy miażdżącym założeniu, że jakikolwiek przemysł własny jest po prostu zbędny, skoro wszystko, co klasie rządzącej potrzebne i miłe – wygodniej można sprowadzić z zagranicy. A działo się to już wówczas, kiedy państwa wcale nie bogatsze od Rzeczypospolitej – kładły podwaliny pod przyszłe potęgi przemysłowe inwestycjami państwowymi i bezwzględną ochroną celną…

Dalej – nieszczęściem drugim był towarzyszący pro – liberalizmowi szlacheckiemu – nadmierny fiskalizm obciążający wieś polską. Nie pańszczyzna bowiem, wbrew utartym schematom, choć faktycznie upokarzająca, uciążliwa i niegodna – ale podatki gotówkowe i ekwiwalentne wysysały wieś, niegdyś bogatą i napędzającą wymianę handlową tak z pieniądza, jak i produktów.

W podobny sposób, w dodatku także handlarstwem szlacheckim i żydowskim zniszczono i miasta, cierpiące nie tylko od tegoż nierównego fiskalizmu, dotykającego słabszych, a pozostawiającego nietkniętymi bogatych i nadmiernie wręcz płynnych.

Ciążyło również i to, że wszelki kapitał polski – czy to szlachecki, czy nawet (do czasu…) mieszczański, miast inwestować – uciekał we własność ziemską, bezpieczną, prestiżową i długo (do początków XVIII wieku, do pojawienia się konkurencji rosyjskiej i obniżenia kosztów produkcji rolnej Zachodu) dającą niewyobrażalnie szybką i wysoką stopę zwrotu.

Z kolei zaś bodajże jeszcze większy, całkiem już wolny kapitał żydowski – był wyprowadzany wprost na Zachód, do kantorów Amsterdamu i Londynu.

„Co raz było – ciągle się powtarza…”

Czy zaczynacie już państwo wyłapywać powtarzalność procesu? Jak okrutnie wyliczył Aleksander Bocheński – aż 80 proc. społeczeństwa I Rzeczypospolitej… w ogóle nie stanowiło rynku, rynku wewnętrznego, najważniejszego dla rozwoju gospodarczego kraju.

Przecież to już zupełnie jak dzisiaj! Nie miejmy złudzeń – również i dziś nie może być mowy o żadnym otworzeniu masowej produkcji przemysłowej w Polsce, bynajmniej nie (tylko) ze względu na globalizację i uwarunkowania cywilizacyjne. Nie będzie w Polsce przemysłu (mniejsza, rodzimego czy obcego – BO NIE MA RYNKU! Nie ma podatków od konsumpcjonistycznych pożeraczy, wysyłających tym sposobem kolejne nadwyżki finansowe zagranicę – a ogół, faktyczna biedota, dusi się od ucisku fiskalnego i kosztów, od niedoboru pieniądza. Kapitały zaś – swobodnie odpływają…

Tymczasem wiedząc, że bogactwo bierze się z handlu – musimy też rozumieć, że nie z każdego i nie zawsze w takim samym stopniu. Bo też choćby dla państw ościennych, pozbawionych handicapu kolonii – mechanizm wygenerowania własnego bogactwa opierał się na dwóch podstawowych krokach: zamknięciu granic cłami i budowy własnego przemysłu ze środków państwowych. I niczego lepszego przez następne stulecia (nawet rzekomo leseferystyczne, a w istocie nader bariero-celne XIX) nie wymyślono.

Bądźmy zresztą szczerzy – czy względny skok PRL-u, przedsięwzięta wówczas forsowna industrializacja – nie dały efektów właśnie dzięki politycznej, ale i ekonomicznej izolacji Bloku Wschodniego? Czy nie tak rodziła się nie tylko w XIX stuleciu potęga USA, ale i XXI-wieczna wielkość Chin?

Tak pisał nie tylko w pierwszej połowie XIX wieku wielki Niemiec, Fryderyk List, ale i 100 lat przed nim Szkot, James Stueart, a przed nimi dwoma… Polak, Stefan Garczyński… Wszyscy oni trzej widzieli korzyści z handlu, w tym oczywiście z dodatniego bilansu handlowego – ale też rozumieli, że nie tylko zyski, ale zdrowie ekonomiczne i potencjał gospodarczy wynikają przede wszystkim z rozwiniętego rynku wewnętrznego. Ideałem miałoby więc być „społeczeństwo ludzi produkujących dużo i dużo zarabiających by dużo kupować [i]” – podsumowywał Bocheński, trafnie zauważając, że musiały minąć stulecia, by nauka ekonomii powtórnie odkryła coś, co ochrzczono mnożnikiem inwestycyjnym Keynesa i Kaleckiego…

Pułapka (anty)rozwojowa, którą sami sobie wybudowaliśmy – miała, rzecz jasna, więcej jeszcze sideł, z chronicznym… niedoborem rezerw ludzkich, w stosunku do wielkości państwa. To także czynnik znany – Fryderyk Wielki nie musi już bowiem porywać w Polsce chłopów, sami wyjeżdżają, m.in. na ziemie jego dawnych poddanych.

Przede wszystkim jednak, obok powtarzaniem tych samych mechanizmów antyrynkowych (czasem zresztą udrapowanych na „liberalizm”) – przez wieki ciążył nam i ciąży jeden element, który Bocheński (śledząc swym zwyczajem wiele jednostek wybitnych, pomysłowych, a nawet w pewnej skali skutecznych) – podsumował krótko:

„Wyniszczenie gospodarcze – pogłębiła martwota intelektualna”[ ii].

I to też się do dziś, niestety, w Polsce nie zmieniło.

Konrad Rękas

[i] Aleksander Bocheński, Przemysł polski w dawnych wiekach, Warszawa, 1984, str. 261
[ii] Op. cit. str. 248

Prezydencie Dudo, czas na order dla Stanisława Michalkiewicza!

Izrael kreujący Polskę na sprawcę Holokaustu to wróg Polski. Obserwując bezładną szamotaninę „przyjaciół Izraela” z PiS, którzy nagle dowiedzieli się, że są sprawcami Holocaustu mam wrażenie, że przypomina to nieco zachowania polskich polityków sanacyjnych po 1 września 1939 r. Tyle umów przecież podpisali, tyle gwarancji dostali, taką armię zbudowali i nagle się okazało, że wszystko to jest nic nie warte.

Czy wcześniej nie było wiadomo, że to jest nic nie warte? Ależ oczywiście że było wiadomo. Pisał o tym na przykład Stanisław Cat Mackiewicz. Ale to przecież był oszołom, którego co najwyżej można wsadzić do aresztu i skonfiskować mu artykuł czy nawet całą gazetę, bo jesteśmy aż nadto „zwarci i gotowi”.

Dla polityków sanacyjnych był to kres karier. Różni „premierzy”, „ministrowie”, „mężowie stanu” kończyli potem w rozmaitych przytułkach bez grosza przy duszy. I z poczuciem winy, że to oni doprowadzili Polskę swą głupotą na skraj zagłady. Chociaż nie, pewnie bez poczucia winy. Bo przecież oni kazali Polakom wierzyć w swoją propagandę nawet w chwili, gdy uciekali już z Polski przez Zaleszczyki. Niestety nikt tych zdrajców przykładnie nie ukarał.

Teraz oczywiście zagrożenie nie ma charakteru zagłady biologicznej. Ale Polska ma najlepsze szanse by zostać uznana za światowego „czarnego luda” i na tej podstawie obrabowana ekonomicznie co może doprowadzić ją do takiego stanu bezbronności, który zagrozi jej suwerenności. Niestety obecna klasa rządząca robi wszystko by to zagrożenie pogłębić.

Powstaje klasyczne pytanie: głupota to czy zdrada? Jeśli to drugie, to tej klasy politycznej trzeba się pozbyć. Jeśli to pierwsze – to warto może w kilku prostych słowach wytłumaczyć tym ludziom w jakiej sytuacji się znaleźli, bo jak zrozumieją, to może się opamiętają.

Teza 1

Izrael może być państwem przyjacielskim, obojętnym albo wrogim. Niestety zachowuje się jak państwo wrogie

Izrael to państwo jak każde inne. Może być wobec Polski przyjacielem, wrogiem albo pozostawać bez żadnego szczególnego stosunku. Kiedy państwo jest wrogiem? Kiedy wykonuje wrogie kroki, zwłaszcza na poziomie propagandy. Kiedy jest przyjacielem? Wtedy kiedy zachowuje się przyjaźnie. Czy Izrael zachowuje się przyjaźnie czy wrogo? Nie są niestety znane żadne inne działania Izraela wobec Polski poza próbą rewindykacji majątku na podstawie kryteriów rasowych oraz oskarżeniami Polski o rozmaite zbrodnie. Logiczny wniosek jest prosty: Izrael zachowuje się wobec Polski wrogo.

Teza 2

Tu nie chodzi o żadne „polskie obozy śmierci”. Chodzi o to, że Polska wg władz Izraela jest jedynym narodem sprawcą Holocaustu

Najbardziej zadziwiające jest to, że polskim politykom rządzącym wydaje się, że w całej tej sprawie chodzi o sprawę sformułowania „polskie obozy śmierci”. Oczywiście, że nie o to chodzi. Chodzi o to, że, jak to wprost powiedział były izraelski minister finansów, „Polska jest współodpowiedzialna za Holocaust”. A skoro jest współodpowiedzialna to znaczy, że odpowiada też za obozy śmierci. Nie ma sensu walka ze sformułowaniem „polskie obozy śmierci” tak długo jak nie będzie walki ze współodpowiedzialnością Polski za Holocaust, którą już zostaliśmy na trwałe obciążeni.

Polacy są w dodatku jedynym narodem winnym holocaustu. Bo kto jest jeszcze winny? Naziści. A kim są naziści? To ponadnarodowa kategoria oznaczająca antysemitów. A kim są antysemici? To katolicy od lat walczący z Żydami. A gdzie jest najwięcej katolików? Oczywiście w Polsce. Czyli kim są naziści? Polakami. I proszę, udowodnił to nawet TVN24 odkrywając, że w polskich lasach, polscy naziści obchodzą urodziny Hitlera i palą swastyki.

Może ktoś zarzucić, że logika w tych rozumowaniach zbyt prymitywna. Ale kto powiedział, że propaganda ma być subtelna? Kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą jak twierdził klasyk i tak staliśmy się mordercami Żydów po tych wszystkich „Sąsiadach”, „Pokłosiach”, „Idach”, Kwaśniewskich, Komorowskich, Bartoszewskich i po Lechu Kaczyńskim niestety też.

Teza 3

Polska się nie obroni przed oskarżeniem o sprawstwo Holocaustu tak długo jak długo da się szantażować „antysemityzmem”

Określenie „antysemityzm”, jak to określił prof. Bogusław Wolniewicz, to „słowotłuk”. Czyli sformułowanie, przed którym nie można się obronić, w wyjątkowo fałszywy sposób łączące uzasadnioną i potrzebną krytykę Żydów i Izraela z oskarżeniem o chęć palenia ich w stodole w Jedwabnem. Działa to bardzo prosto: jeżeli krytykujesz Izrael za zabijanie Palestyńskich dzieci to znaczy, że jesteś antysemitą, a to z kolei oznacza, że chcesz wszystkich Żydów spalić w stodole czyli jesteś współsprawcą Holocaustu.

Ponieważ takie jest działanie tego sformułowania polscy politycy nie powinni nigdy ulegać szantażowi propagandowemu zawartemu w oskarżeniach o antysemityzm i z góry zapowiedzieć, że tam gdzie pada to słowo – kończy się jakakolwiek dyskusja, gdyż jest to nieuzasadniona i wyjątkowo krzywdząca obelga bez żadnego merytorycznego znaczenia.

Teza 4

Fetyszyzowanie obecności Żydów w Polsce jest objawem paranoi albo podatności na szantaż

Polska i Polacy na przestrzeni swojej wielowiekowej historii wchodziła w interakcje z rozmaitymi krajami i narodami. Kończyło się to dobrze albo źle. Przez wieki mieszkali w Polsce Niemcy, Rosjanie, Rusini, Litwini, Żydzi, Ormianie i wiele innych narodów. Nie ma żadnego powodu, żeby spośród tych narodów wybierać jeden, Żydów, i w jakiś specjalny sposób czcić niemalże ich przeszłość, wynosić na piedestał, w jakiś szczególny sposób upamiętniać czy szczególnie ich obecność podkreślać.

Takie zachowanie ma wszelkie cechy rasizmu czyli wynoszenia jednego narodu ponad pozostałe. Bo przecież każdy z wymienionych narodów miał swój lepszy i gorszy udział w historii Polski. Ale tylko dla Żydów budowane są muzea i pomniki. Każdy kto usprawiedliwia taką politykę musi rozumieć, że popiera w ten sposób zachowania rasistowskie uznające szczególność i wyjątkowość jednego narodu. A przecież dla rasizmu, nawet żydowskiego, nie ma w Polsce miejsca.

Teza 5

Każdy appeasement kończy się wojną

Polscy rządzący politycy jak dotąd tylko cofali się przed wrogą polityką Izraela, aż, właśnie teraz to następuje, zostali postawieni pod ścianą. Być może można było ten proces stawiania pod ścianą wcześniej jakoś zatrzymać. Ale niestety nic takiego nie zaszło. A teraz nie ma już miejsca na kolejny krok do tyłu, bo jest jasne, że skoro jesteśmy współwinni Holocaustu to musimy ponieść odpowiedzialność – zarówno symboliczną jak i materialną. Taka jest logika całego procesu. Trzeba więc powiedzieć nie i odeprzeć atak. A jak wiadomo: A la guerre comme à la guerre.

Teza 6

W Polsce istnieją ludzie, którzy swój interes upatrują w upadku Polski i podporządkowaniu jej obcemu zwierzchnictwu by zebrać premię za pośrednictwo w sprawowaniu władzy. Czas ich wskazać oraz wskazać narzędzia, którymi się posługują.

Tę skłonność do podporządkowywania się by rządzić, urzędniczo praktykowany kompleks wyższości zagranicy, któremu ludzie ulegają by ciągnąć z niego zyski jest zapewne spadkiem z okresu PRL-u, zaborów i wcześniejszego masowego jurgielnictwa klasy rządzącej. Niestety ta tradycja trwa w Polsce w najlepsze – a jej szczególnym dowodem było oddanie Polski pod władzę Unii Europejskiej i pociąg do zajmowania w niej wynaradawiających stanowisk. I objawia się mentalnym antypolonizmem, którego objawy widać nie tylko u lewicowych dziennikarzy i polityków ale nawet artystów, którzy ssąc pieniądze z kiesy polskiego podatnika równocześnie nienawidzą go do szpiku kości.

A swą nienawiść realizują w kreowaniu i rozpowszechnianiu rozmaitych antypolskich oskarżeń. Szczególnym tego przykładem jest kłamstwo jedwabieńskie, które do dziś stanowi czołowy antypolski argument i jest głęboko zakorzenione w świadomości Polaków, choć nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Przez lata ich antypolskie zachowania były powszechnie tolerowane, a nawet doceniane przez rozmaite władze. Czas z tym skończyć. Czas wskazać formację umysłową i polityczną, która jest antypolska. Bo polska władza nie powinna walczyć z antysemityzmem, tylko z antypolonizmem.

Teza 7

Stanisławowi Michalkiewiczowi należą się przeprosiny i order

Ile to rozmaitych mądrali wypowiadało się przez lata o kwestiach polsko-żydowskich to aż żal wyliczać. Niemal nikt jednak nie chciał o nich pisać prawdy. Prawdę pisał tylko „Najwyższy CZAS!” a w szczególności Stanisław Michalkiewicz, który zresztą był za pisanie tej prawdy poddany powszechnemu ostracyzmowi. Ale cóż, taka jest dola głosicieli prawdy. Teraz, gdy przyszedł czas próby może warto nagrodzić tego człowieka, który widział nieco dalej i miał odwagę opowiedzieć o tym co zobaczył.

Panie Prezydencie Andrzeju Dudo, może warto redaktorowi Stanisławowi Michalkiewiczowi przyznać jakiś order, by jego kasandryczna rola nie został zapomniana?

https://nczas.com

Zabójstwo Pawła Adamowicza.

Dzielę się moimi uwagami, które mogą wydawać się niesłuszne i w obecnej chwili niestosowne, a nawet, że mogą być one odebrane jako … niechrześcijańskie, zwłaszcza przez osoby bywające w kościele trzy razy w życiu (na swoim chrzcie, ślubie i pogrzebie).

Kolejność poniższych uwag jest dość przypadkowa.

1.W KK modlimy się o zachowanie każdego z nas od nagłej i niespodziewanej śmierci, bo ta nie pozwala na dobre przygotowanie się do niej oraz na uporządkowanie tego, co zostawiamy po sobie. Śmierć p. Adamowicza była niewątpliwie przedwczesna i niepotrzebna.

2.Na dawnych nagrobkach spotyka się łacińską inskrypcję „hodie mihi, cras tibi (sic transit gloria mundi)” – dziś moja kolej, jutro twoja (tak przemija chwała świata). Każdy z nas może paść ofiarą bandyty czy szaleńca.

Godną rzeczą jest przekazać rodzinie zmarłego kondolencje i wsparcie, choć wysyłanie po wdowę rządowego samolotu do Londynu jest kretyńskim pijarem – akurat w tej sprawie ani PiS ani PO nie muszą niczego udowadniać, bo jak słusznie napisał jeden Kolegów: to kronika kryminalna, a nie polityka.
Sprawą dla katolika ważniejszą jest msza święta i modlitwa za duszę zmarłego, który w tym przypadku może jej szczególnie potrzebować. Św.p. prezydent Adamowicz był bowiem za życia kłamcą niemogącym doliczyć się własnych mieszkań, jako wieloletni prezydent był promotorem dewiacji seksualnych, zaś jego lojalność wobec państwa polskiego była najdelikatniej to ujmując wątpliwa. Niech dobry Pan Bóg przyjmie go w poczet zbawionych, ale nie stawiajmy na piedestał osoby na to niczym niezasługującej.

5.Na przedwczesnej śmierci prezydenta Adamowicza lansują się teraz różne kanalie i kreatury, np. co miał na myśli folksdojcz Tusk mówiąc na wiecu w Gdańsku (dla niego pewnie Friee Stand Danzig): “Chcę ci dzisiaj, kochany Pawle obiecać w imieniu nas wszystkich – gdańszczan, Polaków i Europejczyków – że dla Ciebie i dla nas wszystkich obronimy nasz Gdańsk, naszą Polskę i naszą Europę przed nienawiścią i pogardą”? Obiecywać to on może w imieniu swoich oficerów prowdzących z BND oraz swojej patronki Adolfiny. A co do nienawiści i pogardy, to ja akurat znakomicie pamiętam, jak broniliście przed nią starsze osoby chcące pomodlić się za ofiary katastrofy smoleńskiej na Krakowskim Przedmieściu. Jednocześnie minister Brudziński dostał sraczki i aresztował kilku niezrównoważonych internautów za groźby karalne. Myślę że w kwietniu tego roku, szczególnie w okolicy rocznicy urodzin wybitnego przywódcy narodu niemieckiego, polskie służby zostaną postawione w stan gotowości i wspólnie z Mossadem i naszymi leśnikami będą przeczesywać lasy na okoliczność niezgłoszonych pikników.

6.Przez Polskę przetaczają się teraz ‘spontaniczne” marsze przeciwko przemocy i nienawiści (a faszyzm to rybka?) – gdyby nie zima, to można by zaimplementować francuski zwyczaj malowania kredkami po asfalcie. A kto sieje tę przemoc i nienawiść – a tego to już dowiedzą się Państwo z Wyborczej i TVN-u. No cóż, obrzezano nam mózgi i tak już chyba pozostanie. Polacy są – jak to widać choćby po WOŚP – jednym z najbardziej wytresowanych i potulnych narodów w Europie, a tymczasem polskojęzyczne media wciąż chłostają nas batem za rzekomą anarchię i swawolę (tak samo jak z rzekomym polskim nacjonalizmem: najwięksi – bo najgłupsi – euroentuzjaści, nacjonalizmu jak na lekarstwo, ale od ćwierćwiecza wmawia nam się, że największym polskim grzechem jest … nacjonalizm właśnie).

7.Głos w sprawie zabrał również Światowy Kongres Żydów ustami wybitnego przedstawiciela przemysłu holokaustycznego, „filantropa” Ronalda Laudera, syna Estee Lauder (a propos jakby ktoś nie wiedział, jakich kosmetyków unikać):

„Prezydent Adamowicz był wiodącym głosem sprzeciwu wobec skrajnie prawicowego ekstremizmu i orędownikiem równych praw i bezpieczeństwa dla wszystkich obywateli Polski. Był prawdziwym przyjacielem społeczności żydowskiej, głośno i wyraźnie wypowiadając się przeciwko antysemityzmowi w Polsce”

Szkoda, że nie był prawdziwym przyjacielem społeczności polskiej i nigdy wyraźnie się nie wypowiadał przeciw antypolonizmowi w Izraelu.

Czekając na potepienie nienawiści, pogardy i polskiego antysemityzmu przez papieża Franciszka ( bo chyba jeszcze tylko jego brakuje do kolekcji), polecam:

A.Zapałowski: Morderca to morderca.

MacGregor

Za: MacGregor – neon24.pl (15.01.2019)

Skąd się wziął „dzień judaizmu”? Skąd pochodzą „starsi bracia”? – Ewa Polak-Pałkiewicz

Żeby ułatwić odpowiedź na to pytanie – która zarazem jest odpowiedzią na inne pytanie: dlaczego mnożą się dziś z różnych stron, także ostatnio ze strony izraelskiej, absurdalne oskarżenia Polaków o współudział w Holokauście – proponuję lekturę zamieszczonego poniżej fragmentu szkicu czeskiego autora, dr Pavla Zahradnika o genezie dziwacznego zjawiska traktowania żydów jako naszych „starszych braci w wierze”.

Dokąd nie zrozumiemy, jako ludzie wierzący w Chrystusa, że jest kompletnym nieporozumieniem mówienie o religijnym „dialogu z judaizmem”, zamiast nawracania żydów, dotąd będziemy także – jako państwo – brnąć w niekończące się spory polityczne (pod pretekstem odmiennych wizji historii) z krajami (nie chodzi tylko o Izrael), które jako swoj cel uznają wyłącznie doczesność i materialny sukces. Nie ma ceny, która byłaby za wysoka, by cel ten osiągnąć. Właśnie to widzimy. Ustanowienie hegemonii, polityczne i gospodarcze podporządkowanie sobie innych państw traktują one jako swój naturalny obowiązek, swój modus vivendi. W tej konkurencji niestety najgenialniejsza nawet strategia polityczna może nie zostać uwieńczona powodzeniem, bo nie jest odpowiednim remedium. Faktyczne współistnienie państw oparte może być tylko i wyłącznie na uznaniu prawdy filozoficznej i religijnej. Nie ma dwóch różnych historii świata, bo nie ma dwóch prawd. Tak jak nie ma dwóch Bogów. Jest tylko jeden Bóg – Trójca Święta. Sprawa „polskich obozów śmierci” ma swój odpowiednik w Deklaracji soborowej Nostra Aetate, która – jak przypomniał ostatnio jeden z Czytelników – „nieopatrznie (?) otwiera furtkę do kolejnego, choć jeszcze nie wypowiedzianego expressis verbis stanowiska, że prawdziwym źródłem (a nie interpretacją) antysemityzmu są Ewangelie. Takie stanowiska już się pojawiły”.

Dla narodu żydowskiego istnieje tylko jedna droga – nawrócenie. Postulat „jednoczenia się ludzkości” wokół idei „światowego pokoju” („miłości do człowieka”, „czystego środowiska” etc.) jest bzdurą i oszustwem. Godzącym zarówno w katolików jak i w żydów – oraz w wyznawców „innych religii” („inna religia” to po prostu religia falszywa). Tym groźniejszym, że angażują się weń dziś ludzie Kościoła, pozostający dla wielu z nas, współczesnych Polaków, głównym autorytetem. Wielu Żydów bardzo dobrze ten absurd rozumie. Najwyższa pora, by pojęli to obecni hierarchowie Kościoła katolickiego. I by w ten sposób pomogli politycznym władzom Rzeczpospolitej i społeczeństwu polskiemu toczyć dziś bój o prawdę. O pamięć o naszych bohaterskich przodkach i o honor naszej ojczyzny. Prawda historyczna nie istnieje bez prawdy religijnej, to rzecz oczywista. Żeby zwyciężyła trzeba odrzucić zakłamany język, także ten dopuszczający takie pojęcia jak „starsi bracia w wierze”, „dialog z judaizmem”, „prozelityzm” (zamiast „nawracanie”). To jest obowiązek synów i córek Kościoła, Mistycznego Ciała Chrystusa.

Byt niepodległego państwa polskiego bardziej niż mogłoby się to wydawać zależy od tego, czy obronimy, wobec niechętnego nam świata, traktującego nas jako konkurencję, jeśli nie zagrożenie, prawdę o Bogu Trójcy Świętej.

Pavel Zahradnik – „Skąd się wzięli starsi bracia?”

„Wśród wielu popularnych frazesów przedziwnej formacji religijnej, którą nazywamy «katolicyzmem posoborowym», ważne miejsce zajmuje ten, który współczesnych wyznawców judaizmu talmudycznego określa «starszymi (?!) braćmi» chrześcijan.

Nie chcemy tu polemizować z dziwacznym konceptem, który ewidentnie talmudyczny judaizm, to wyznanie bez świątyni, bez kapłanów i bez ofiary, powstałe — tak samo jak islam — w reakcji na chrześcijaństwo, zamienia miejscami ze starozakonnym żydostwem; jego nonsensowność jest oczywista dla każdego katolika. Możemy tylko pokrótce odwołać się do trafnych słów szwajcarskiego teologa Karola Journeta, wybitnego dwudziestowiecznego tomisty, później mianowanego kardynałem, który pisał: „Żydowski błąd jest pomyłką łodygi, która w chwili, gdy zakwitnie, nie poznaje samej siebie, skonsternowana odrzuca kwiat i zwraca się ku korzeniom. Oto powstaje nowa formacja religijna. Jest nią obecne żydostwo. Ma dwa tysiące lat”‘. 1Journet dodaje dalej, że judaizm wraz z islamem to dwaj skłóceni bracia, nawzajem do siebie podobni, którzy „wzajemnie głoszą Bożą transcendencję, wykluczając Trójcę i Wcielenie” i którzy „Bożemu objawieniu o duchowym zbawieniu świata stawiają na drodze doczesne losy własnego narodu”2.

Spróbujmy teraz prześledzić powstanie inkryminowanego powiedzenia. Pierwszym człowiekiem, który w czasach nam współczesnych wypowiedział się o talmudycznych żydach jako o „starszych braciach” chrześcijan, był Jan Paweł II. Stało się to 13 kwietnia 1986 r. podczas papieskiej wizyty w synagodze rzymskiej, w której papieża przyjął ówczesny naczelny rabin Rzymu Eliasz Toaff. Dosłowna wypowiedź papieża brzmiała: „Siete i nostri fratelli prediletti e, in un certo modo, si potrebbe dire, i nostri fratelli maggiori“3,zatem: „Jesteście naszymi szczególnie umiłowanymi braćmi i w pewnym sensie, jeśli można tak powiedzieć, naszymi starszymi braćmi”. Bliższego uzasadnienia tego zaskakującego sformułowania, które możemy eufemistycznie nazwać niefortunnym, już w papieskim przemówieniu nie znajdujemy.

Przyjrzyjmy się wszakże bliżej papieskim słowom. Wiadomo, że sposób mówienia Jana Pawła II często obfitował w niejednoznaczności i że odległa mu była scholastyczna klarowność; w swej niepewności papież opatrywał potem często własne słowa cudzysłowami czy nawet jakimiś usprawiedliwiającymi „słownymi podpórkami”, którymi osłabiał czy wręcz kwestionował pewne stwierdzenia w tym samym momencie, w którym je wypowiadał. O wyjątkowo wysokim stopniu niepewności, którą papież czuł, gdy wygłaszał sentencję o „starszych braciach”, świadczy to, że stosunkowo krótkie zdanie opatrzył zaraz dwiema swoistymi podpórkami, mianowicie wyrażeniami „in un certo modo” (`w pewnym sensie’) oraz „si potrebbe dire” (jeśli można tak powiedzieć; że tak powiem’); jego niepewność była ewidentnie tak wielka, że niebezpiecznie zbliżała się do przekonania, iż dopuszcza się czegoś niewłaściwego. Wszakże nie oparł się pokusie i coś go skłoniło do tego, że ostatecznie zdanie o „starszych braciach” rzeczywiście wypowiedział — trudno orzec, czy było to jego znane upodobanie do szokujących wystąpień, czy też inne, raczej polityczne powody; nie sposób przy tym nie zauważyć, że sentencja ta jest całkiem zgodna z o wiele szerszą „posoborową” praktyką, która zuchwale ignoruje tradycyjne nauczanie Kościoła o stosunku chrześcijaństwa do żydostwa.

Wypowiedź papieża naturalnie wzbudziła niezwykły entuzjazm wszystkich wrogów religii katolickiej, którzy aż do dziś dnia nieustannie tłuką nią zawstydzonych katolików po głowach. Sam papież, pobudzony aplauzem mediów, pozbył się początkowego zażenowania i gdy później wprost nawiązywał do własnej wypowiedzi, czynił to już w przerobionej postaci, zatem bez tych usprawiedliwiających słówek, którymi przedtem ją opatrzył. Podczas wizyty w Ziemi Świętej w marcu 2000 r. (tak, chodzi o tę słynną wizytę w Jerozolimie, gdy Jan Paweł II z drżeniem wtykał kartki w szczeliny ściany świątyni Heroda…), podczas spotkania z naczelnym rabinem Izraela, które odbyło się 23 marca 2000 r., już niezupełnie w zgodzie z prawdą stwierdził, że wówczas, do żydów zgromadzonych w rzymskiej synagodze, powiedział jednoznacznie: „Siete i nostri fratelli maggiori“4.

Skąd jednak Jan Paweł II wziął to wyrażenie? Starali się to od pierwszej chwili ustalić komentatorzy papieskiego wystąpienia w rzymskiej synagodze; poprawnie przy tym przeczuwali, że istniało niewielkie prawdopodobieństwo, by to sformułowanie pochodziło od jakiegoś ortodoksyjnego teologa katolickiego, dlatego szukali w źródłach niekatolickich. Początkowo wyrażano opinię, że praprzyczyny należy szukać u żydowskiego filozofa Marcina Bubera, który w Chrystusie widział swego „wielkiego brata”5. Jest jednak oczywiste, że w tym przypadku chodziło tylko o powierzchowne skojarzenie wywołane słowem „brat” — od Chrystusa jako „wielkiego brata” żydowskiego myśliciela do talmudycznego żyda jako „starszego brata” katolicyzmu wiedzie doprawdy bardzo daleka droga.

Dopiero młoda polska historyczka literatury Agnieszka Zielińska6 zwróciła uwagę na rzeczywiste źródło, z którego czerpał Jan Paweł II — mianowicie na heterodoksyjne nurty w polskim romantyzmie, z którym przyszły papież zapoznał się bliżej w młodości jako student polonistyki w Krakowie. „Starszego brata Izraela” spotykamy u Adama Mickiewicza w jego Składzie zasad z roku 1848, piętnastopunktowym programie, którym miała kierować się najpierw Mickiewiczowska legia włoska, ale później także życie w oswobodzonej Polsce. W punkcie dziesiątym czytamy: „Izraelowi, bratu starszemu, uszanowanie, braterstwo i pomoc na drodze ku jego dobru wiecznemu i doczesnemu”. Mickiewicz nie był jednakże inicjatorem tego zwrotu — przejął go bowiem od swego „Mistrza” i duchowego wodza, Andrzeja Towiańskiego.

Andrzej Towiański (1799 – 1878)7 był postacią dosyć zagadkową, o której do dziś panują rozmaite opinie — niektórzy uznają go za wizjonera, inni za oszusta, a są też tacy, którzy uważają, że pozostawał na usługach polityki rosyjskiej, starając się spowodować ideowy rozkład polskiej emigracji. Bezsporne jest jednak to, że chodzi o postać, która miała znaczny wpływ na duchową historię emigracji polskiej po nieudanym powstaniu listopadowym roku 1831. Drobny szlachcic z Litwy, poddany cara rosyjskiego, opuścił swoją ojczyznę w 1840 r., a w lipcu 1841 r. osiadł w Paryżu, centrum polskiej emigracji, gdzie głosił, że otrzymał specjalne objawienie. Bardzo szybko skupił wokół siebie krąg zwolenników; pomogła mu w tym zapewne okoliczność, że od samego początku wśród jego stronników znalazł się także powszechnie szanowany Adam Mickiewicz, którego małżonkę Towiański rzekomo uzdrowił ze sporadycznych zaburzeń psychicznych.
„Koło”, jak nazywała się grupa czcicieli Towiańskiego, miało wszelkie zewnętrzne oznaki sekty — były tu histeryczne kobiety, ale też nie mniej histeryczni mężczyźni (w okresie romantyzmu nie było to niczym niezwykłym), nie brakowało całowania stóp „Mistrza”, „sióstr” donoszących na „braci” czy nawet pewnego elementu erotycznego, jaki do zgromadzenia wniosła młoda i powabna Ksawera Deybel, „księżniczka Nowego Jeruzalem”, którą „Mistrz” przywiózł sobie z domu. Najbardziej egzaltowani spośród zwolenników Towiańskiego prowadzili całkiem poważnie dyskusje na temat, czy „Mistrz” jest Duchem Świętym, Chrystusem Pocieszycielem, drugim wcieleniem Słowa czy też raczej jakimś sakramentem.

Nauczanie Towiańskiego, które pozostawało pod wpływem Swedenborga, Saint-Martina oraz innych współczesnych mu pseudomistyków i teozofów, najwyraźniej wywodziło się w znacznej mierze z Kabały. Świat był według niego przeniknięty eonami, duchami pośredniczącymi między Bogiem a stworzeniem; człowiek winien więc doskonalić się przy pomocy duchów jasnych i w stałej walce z duchami ciemnymi, z którymi mógł się kontaktować według własnej woli. Bóstwu Chrystusa „Mistrz” ewidentnie zaprzeczał — Chrystus był dla niego jakimś „najwyższym Bożym urzędnikiem” czy „najwyższym ministrem” — tym samym więc nie wierzył bynajmniej w Jego zmartwychwstanie. W nauce Towiańskiego nie brak nawet wędrówki dusz. Nic zatem dziwnego, że wielki przeciwnik towianizmu, ks. Piotr Semenenko, uważał ten system za „kompletne zaprzeczenie” chrześcijaństwa. Nauka Towiańskiego nie jest jednak całkiem jednoznaczna; „Mistrz” nieraz wygłaszał wzajemnie sprzeczne poglądy, ponadto z biegiem czasu zmienił swoje nauczanie, a jego ezoteryczną część powierzał tylko wybranym studentom.

Towiański twierdził sam o sobie, że jego misją jest odnowienie Kościoła chrześcijańskiego, bo Kościół współczesny jest tylko „martwym drzewem” czy „grobem pobielanym”; natomiast on sam jest pierwszym z siedmiu wysłanników, którzy zainaugurują siedem epok rozwoju ludzkości. Kiedy indziej jednak, jak się zdaje, za pierwszego wysłannika uważał Chrystusa, za drugiego Napoleona (pierwszy cesarz Francuzów w ogóle był przez członków „Koła” otoczony nadzwyczajnym kultem religijnym), a siebie — aż za trzeciego. Podobnie jak średniowieczni joachimici, także Towiański glosii nadejście „trzeciego piętra Kościoła”, które nastąpi po piętrze pierwszym (żydostwie starozakonnym) i drugim (chrześcijaństwie); miała je zapoczątkować nowa rewolucja chrześcijańska, na czele której powinni stać papież i naczelny rabin.

Do tych reform próbował Towiański zjednać papieża Grzegorza XVI, ale też barona Rothschilda czy cara Mikołaja I. Z usiłowań o zjednanie po swojej stronie papiestwa nie zrezygnował zresztą aż do śmierci; w tym też celu stopniowo łagodził (przynajmniej pozornie) niektóre szczególnie ekscentryczne strony swego nauczania. Naturalnie jego starania zakończyły się niepowodzeniem i książki Towiańskiego znalazły się na indeksie (znaczna część z nich została jednak wydana dopiero po jego śmierci). Wielkie zasługi dla umysłowego pokonania heterodoksyjnego nauczania Towiańskiego — pod którego wpływ tak łatwo dostawali się nieszczęśni polscy emigranci, pozbawieni odpowiedniej edukacji religijnej — mieli członkowie nowo powstałego wówczas polskiego zakonu zmartwychwstańców, na czele ze swym długoletnim przełożonym generalnym ks. Piotrem Semenenką.

Zmartwychwstańcy obawiali się, że w osobie Towiańskiego wystąpił „nowy Luter”, niebawem okazało się jednak, że przeceniali zagrożenie — podczas gdy Luter odwiódł od Chrystusa i Jego Kościoła miliony wierzących, sekta Towiańskiego liczyła swoich wiernych tylko na setki, a po śmierci założyciela stopniowo zanikła. Gdyby nie zdarzyło się, że do zwolenników „Mistrza” należeli przez jakiś czas także dwaj najwięksi poeci polskiego romantyzmu, Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki (obaj jednak ostatecznie rozeszli się z Towiańskim), dziś o Towiańskim nawet w Polsce wiedziałaby tylko garstka specjalistów. Indywidualnych sympatyków Towiańskiego nie brak jednak także w dzisiejszych czasach. Należy do nich również wspomniana Agnieszka Zielińska, która jest wielką wielbicielką nie tylko Towiańskiego, ale także II Soboru Watykańskiego i Jana Pawła II, samego Towiańskiego zaś uważa za prekursora soboru (ewolucjonistyczne elementy w jego nauczaniu mogą zresztą przypominać Teilharda de Chardin) i szuka tajemniczych paralel między jego życiem a życiem polskiego papieża…

Jaki był stosunek Towiańskiego do żydostwa? Towiański uznawał trzy wielkie narody Bożego ludu, wypełniające stopniowo zadania, które zostały im powierzone. Pierwszym z tych narodów byli Żydzi, drugim Francuzi, a trzecim Polacy, tzn. Słowianie (w swoim Wielkim Periodzie Towiański używał sformułowań „Izrael Żyd”, „Izrael Francuz” i „Izrael Słowianin”), którzy mieli odgrywać wiodącą rolę w owym „trzecim piętrze Kościoła”, naprawiając nieustannie poprzednie dwa piętra. Żydom jako „starszym braciom”, „duchowo najstarszym wiekiem”, których zadaniem było „prowadzenie młodszych braci na Bożej drodze”, poświęcał wszakże Towiański coraz więcej uwagi: starał się nawracać ich na chrześcijaństwo i, oczywiście, również na towianizm. Pierwszym Żydem, którego udało mu się pozyskać, był Gerson Ram, syn żydowskiego kupca z Litwy, który potem działał misyjnie wśród innych Żydów; Rama posyłał też Towiański jako swego wysłannika do Rothschilda, ale i do Grzegorza XVI. Jeśli jednak przyjrzymy się bliżej terminologii Towiańskiego, jego słowom o „braterstwie Izraela z młodszymi braćmi”, „człowieku późniejszym”, „nowych narodach”, a także innym podobnym wypowiedziom, okaże się, że terminu „starsi bracia” nie odnosił Towiański do religii judaistycznej, a raczej do narodu żydowskiego, zatem do narodu, który naprawdę jest starszy niż Francuzi, Polacy czy inne narody chrześcijańskie. Towiańskiego pojmowanie Żydów jako „starszych braci” Francuzów czy Polaków nie powinno zatem być, jak się wydaje, wrogie dla katolickiego chrześcijanina; wszelako absolutnie wrogie pozostaje znamiennie bulwersujące pojmowanie tego zwrotu, z którym spotykamy się w obecnych czasach, począwszy od 13 kwietnia 1986 r.
Zapoznanie się z dziełem Andrzeja Towiańskiego daje nam zatem możliwość stwierdzić, z jak mętnego źródła zaczerpnął Jan Paweł II swoją sentencję, wypowiedzianą po raz pierwszy w obecności naczelnego rabina Rzymu i potem kilkakrotnie powtórzoną. Pozostańmy jednak jeszcze przez chwilę przy tej papieskiej wizycie w synagodze rzymskiej i spróbujmy odgadnąć sens całej tej akcji, rzeczywiście starannie zorganizowanej i od tej pory wielokrotnie przypominanej i medialnie opiewanej. Chyba nie pomylimy się, wyrażając domniemanie, że przynajmniej jednym z celów, do których dążyli organizatorzy tej papieskiej drogi do Canossy, była próba stłumienia wspomnień katolików o innym papieżu i o innym naczelnym rabinie Rzymu. Było to ponad 40 lat przed niefortunnym wydarzeniem z kwietnia 1986 r. w październiku 1944 r., w święto Jom Kippur, kiedy naczelnemu rabinowi Rzymu, Izraelowi Zollemu, również w synagodze rzymskiej objawił się Jezus Chrystus; rabin Zolli przyjął chrzest 13 lutego 1945 r., przy czym jako wyraz wdzięczności za to, co papież Pius XII zdziałał dla ludności żydowskiej w latach II wojny światowej, przyjął chrzestne imię Eugeniusz, a więc chrzestne imię Piusa XII8. Rabina Zollego już od wielu lat wiązała z Piusem XII przyjaźń, która po chrzcie rabina zyskała jeszcze na sile; obu ich od tej pory łączył już nie tylko subtelny zmysł sztuki, podziw dla poezji Rilkego czy Wagnerowskiego Parsifala, ale w pierwszym rzędzie wspólna wiara. Nawrócenie rabina spotkało się oczywiście z ogromną niechęcią czołowych przedstawicieli judaizmu włoskiego i światowego. Zapewne jednym z powodów ogólnoświatowej kampanii rozpętanej o wiele później przeciwko osobie Piusa XII był wpływ papieża na konwersję Zollego. […]”

Naczelny Rabin Rzymu, Israel Eugenio Zoll

Z języka czeskiego przełożyła Krystyna Grań

Dr Paweł Zahradnik stale współpracuje z czeskim pismem tradycyjnych katolików „Te Deum”.

PRZYPISY
1 K. Journet, Promluvy o milosti („Rozmowy o łasce”). Krystal OP, Praga 2006, s. 98.
2 Ibid., s. 99. Całkiem na marginesie zauważmy, że czeski przekład tej książki był opatrzony przedmową Tomasza Machuli; zaskoczony czytelnik dowiaduje się z niej, że praca Journeta, z której „problematycznego” wydania Machula się usprawiedliwia, ma niewiele do powiedzenia „współczesnemu czytelnikowi” i zasługuje na odrzucenie ewentualnie wyśmianie (patrz: krytyka Machuli żartująca z „przesadnego” ujęcia tytułu maryjnego „Pośredniczka wszelkich łask”); pozostaje w takim razie absolutną zagadką, dlaczego w ogóle wydawnictwo Krystal OP książkę tę wydało.
3 www.nostreradici.it/papa_sinagoga. htm
4 www.nostreradici.it/osservatore.htm
5 Marcin Buber, Werke, t. I. Monachium — Heidelberg 1962, s. 657.
6 generationjp2.com/…/item.php 140 (Agnieszka Zielińska, „Starsi bracia” Towiańskiego).
7 Teksty Towiańskiego w trzech tomach wydali w 1882 r. w Turynie jego wielbiciele; łatwiej dostępne są dwa wybory jego tekstów, które na początku lat dwudziestych XX w. opracowali Andrzej Boleski i Stanisław Pigoń. Przez długi czas jego dziełu poświęcał się prof. Stanisław Pigoń, który był nauczycielem akademickim młodego Karola Wojtyły.
8 W języku czeskim mamy do dyspozycji biografię E. Zollego: Judyta Cabaud, Rabin, kterśho piśmohl Kristus. Pilbśh Eugenia Zolli, hlavniho ilmskśho rabina za druhś svśtoyś va.1- ky („Rabin, którego pokonał Chrystus. Opowieść Eugenia Zollego, głównego rabina Rzymu podczas drugiej wojny światowej”), Wydawnictwo Paulinka, Praga 2003. Autobiografia Zollego Before the Dawn w języku czeskim nie została jeszcze wydana (w języku polskim książka E. Zollego została wydana dwukrotnie: „Przed świtem. Naczelny Rabin Rzymu: dlaczego zostałem katolikiem?”, Fronda, 1999; Byłem rabinem Rzymu, Salwator, 2007 przyp. tł. i red. ZAWSZE WIERNI.
Za: „Zawsze Wierni” 12/2009 (127)

Przedruk: ewapolak-palkiewicz.pl/skad-sie-wzial-…

50 lat minęło…

Jak ten czas leci! Kto by pomyślał, że minął już 50 rok od wykonania w kościele w Podkowie Leśnej pod Warszawą „Mszy beatowej”, do której muzykę napisała Katarzyna Gaertner, zaś teksty kolęd – oczywiście te spoza mszalnego kanonu – napisała Joanna Kulmowa i nieżyjący już od prawie 20 lat Kazimierz Grześkowiak (czy nie we współpracy z innym lubelskim satyrykiem, Kazimierzem Łojanem?), bardziej znany z utworu „Chłop żywemu nie przepuści!” Proboszczem w Podkowie Leśnej był wówczas ksiądz Leon Kantorski. To był bardzo oryginalny ksiądz, za pierwszej komuny nękany przez SB, no a teraz – kto wie? – może u jakiegoś pana red. Tomasza Piątka z żydowskiej gazety dla Polaków, obstalowana została książka demaskująca go jako podejrzanego o pedofilię – bo jużci – bardzo się angażował w pracę z dziećmi i młodzieżą. Takie bowiem mamy etapy; na jednym etapie żydokomuna się „nawraca” i „chrzci”, albo siebie, albo swoje potomstwo, podczas gdy na innym, gdy okazuje się, że forsa płynie już innymi kanałami, bije na alarm z powodu zagrożenia „państwem wyznaniowym”, które instalują tu „ajatollahowie”, no a na obecnym, zgodnie z rozkazem – zapamiętale demaskuje wśród księży pedofilów i molestantów nowoorleańskich dziewic. Byłbym tedy zdziwiony, gdyby pan red. Michnik, oczywiście za jurgielt od starego żydowskiego finansowego grandziarza, czegoś nie obstalował – bo przecież już Lenin mówił o organizatorskiej roli prasy. Co prawda ksiądz Kantorski już nie żyje, więc jego samego finansowo wyszlamować się już nie da – ale gdyby tak jakiś niezawisły sąd, wzorem pani sędzi Anny Łasik, przylutował milion złotych odszkodowania od tamtejszej parafii, to na pewno mnóstwo ofiar by sobie coś przypomniało, zwłaszcza gdyby pamięć pobudzili im obrotni jegomoście z fundacji „Nie Lękajcie Się”, co to właśnie kładzie w Polsce fundamenty pod przemysł molestowania.

Wtedy jednak, to znaczy – w grudniu 1968 roku – jeszcze nie było takiej mody i nawet sławni buntownicy musieli uwzględniać w swoich protest-songach wskazania cenzury. Na przykład w kultowym utworze „Dziwny jest ten świat” autor stwierdzał, że „wiele zła” mieści się na świecie „jeszcze wciąż” – co wychodziło naprzeciw zatwierdzonej opinii, że jeśli nawet zdarzają się jakieś „niedociągnięcia”, to tylko „tu i owdzie” – bo generalnie jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej – niczym pod rządami „dobrej zmiany”. Podobnie w słynnym podówczas utworze antywojennym, w którym autorzy nawoływali „Zawróćcie samoloty, latające fortece, piaskiem bunkry zasypcie, niech każdy spokojnie patrzy w niebo!” – jak to dziecko, co „spogląda w gęstwinę białych chmur, bo wie, że z nich – tylko deszcz!”. A wszystko dlatego, że jest „pod skrzydłami ptaków” – oczywiście stalowych, ale naszych, znaczy się – nadwiślańskich, podczas gdy „latające fortece” były jakieś takie nie nasze, tylko amerykańskie – bo komuna najbardziej nienawidziła wtedy „imperialistów”, nawet bardziej, niż „reakcyjnego kleru” – bo teraz rozkłada nienawiść mniej więcej po równo. Oczywiście nie dotyczy to tak zwanych „twórców”, bo ci najbardziej nienawidzą „kleru”, jako że za okazywanie nienawiści „imperialistom” nikomu „Oskara” nie dają. Już choćby na tym przykładzie widać, że nawet w trzecim pokoleniu komuny i sympatie i nienawiści są takie same, jak 50 lat temu. Myślę, że powinni tę sprawę gruntownie przebadać jacyś weterynarze, żeby spenetrować mechanizmy dziedziczenia sympatii i nienawiści w kolejnych pokoleniach ubeckich dynastii.

Toteż 50 lat temu bigbitowcy nawet nie próbowali na własną rękę filozofować, bo od filozofowania to byli zatwierdzeni przez partię profesorowie, w rodzaju Tadeusza Kotarbińskiego. W „Pleplutkach Teofoba Doro” czytamy, jak to „Na wieść, że Piotra męczy starość i zgrzybiałość, ogarnia Jana litość i serdeczna żałość. Więc powiada do niego: Piotrze, masz sklerozę. Czas po temu byś zażył cyjankali dozę…” – i tak dalej. Do legendy zaś przeszła odpowiedź prof. Kotarbińskiego na pytanie, dlaczego postępuje etycznie, w ramach etyki niezależnej. Odparł, że dlatego, bo tak dyktuje mu „serce”. Czegóż chcieć więcej? Dzisiaj, to co innego, dzisiaj filozofuje nawet panna Margaret, oczywiście wedle stawu grobla, ale przecież nie od razu Kraków zbudowano i nawet starożytni Rzymianie, co to każde spostrzeżenie zaraz ubierali w postać pełnej mądrości sentencji, twierdzili, że omnia principia parva sunt. W ogóle w ciągu ostatniego półwiecza pracownicy przemysłu rozrywkowego nie tylko się wyemancypowali, ale na niespotykany wcześniej poziom podnieśli poczucie własnej wartości – co potwierdza trafność spostrzeżenia francuskiego aforysty Franciszka ks. de La Rochefoucauld, który zauważył, że „nikt nie jest zadowolony ze swojej fortuny, każdy – ze swego rozumu”.

Wracając tedy do słynnej „Mszy beatowej” sprzed 50 lat, to warto dodać, iż jej wykonanie odbyło się wkrótce po zakończeniu II Soboru Watykańskiego, kiedy światło jeszcze nie zostało dokładnie oddzielone od ciemności, w związku z czym w Kościele katolickim eksperymentował, kto tylko mógł. W Polsce prymas Wyszyński trochę ten pęd ku nowoczesności hamował, ale nie był przeciwny wszelkim innowacjom – o czym świadczy prezentacja ten Mszy prymasowi i Episkopatowi w 1969 roku. Dopiero niedawno używanie instrumentów takich, jak gitara, perkusja, fortepian czy syntetyzator zostało Kościele katolickim w Polsce zakazane – bo na przykład w Meksyku jest akurat odwrotnie – i sam słyszałem podczas Mszy w katolickim kościele w Monterey utwór imitujący parową lokomotywę – a gwizdali nie tylko wykonawcy, ale i ksiądz, nie mówiąc o wiernych. Podobnie jest w Taize, którym od lat nasładzają się rozmaici postępakowie. Wynika z tego, że wykonanie w jakimś kościele Mszy beatowej nie byłoby możliwe, bo grano tam na gitarach i innych zakazanych instrumentach. Kto wie, czy wkrótce nie doczekamy się jeszcze innych przejawów odwrotu od postanowień II Soboru Watykańskiego – chociaż oczywiście bez rozgłosu. Tymczasem wtedy z przyjemnością słuchało się pastorałki Joanny Kulmowej: „Słuchajcie w podziwieniu o Bożym Narodzeniu, o Bożym o Człowieczym, o przenajświętszej rzeczy. A my, ludkowie prości…” – i tak dalej. No a potem, już po protektoratem prymasa Wyszyńskiego, zainaugurowane zostały Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej. Na pierwszym, w ramach „Koncertu Jednego wiersza”, Halina Mikołajska deklamowała utwór Kazimiery Iłłakowiczówny: „Nie można tego obejść: Bóg jest wszędzie! W każdym dziwnym i strasznym obrzędzie. Wywołuje go nie tylko modlitw kadzidlany kwiat, ale i szubienica i topór i kat. Bóg jest w sędzi, który sądzi krzywo i w świadku, co przysięga na prawdę fałszywie, nie może nie być. I to mnie przestrasza, bo jeśli w świętym Piotrze, to także – w Judaszu; jeśli w Żydzie zamęczonym niewinnie przez Niemców, to także w Niemcach tych?…” Co tu dużo gadać; były czasy!

Stanisław Michalkiewicz
Ps.Wszystkie materiały mszy beatowej, uległy spaleniu podczas pożaru w styczniu 2012r.

Jak ten czas leci! Kto by pomyślał, że minął już 50 rok od wykonania w kościele w Podkowie Leśnej pod Warszawą „Mszy beatowej”, do której muzykę napisała Katarzyna Gaertner, zaś teksty kolęd – oczywiście te spoza mszalnego kanonu – napisała Joanna Kulmowa i nieżyjący już od prawie 20 lat Kazimierz Grześkowiak (czy nie we współpracy z innym lubelskim satyrykiem, Kazimierzem Łojanem?), bardziej znany z utworu „Chłop żywemu nie przepuści!” Proboszczem w Podkowie Leśnej był wówczas ksiądz Leon Kantorski. To był bardzo oryginalny ksiądz, za pierwszej komuny nękany przez SB, no a teraz – kto wie? – może u jakiegoś pana red. Tomasza Piątka z żydowskiej gazety dla Polaków, obstalowana została książka demaskująca go jako podejrzanego o pedofilię – bo jużci – bardzo się angażował w pracę z dziećmi i młodzieżą. Takie bowiem mamy etapy; na jednym etapie żydokomuna się „nawraca” i „chrzci”, albo siebie, albo swoje potomstwo, podczas gdy na innym, gdy okazuje się, że forsa płynie już innymi kanałami, bije na alarm z powodu zagrożenia „państwem wyznaniowym”, które instalują tu „ajatollahowie”, no a na obecnym, zgodnie z rozkazem – zapamiętale demaskuje wśród księży pedofilów i molestantów nowoorleańskich dziewic. Byłbym tedy zdziwiony, gdyby pan red. Michnik, oczywiście za jurgielt od starego żydowskiego finansowego grandziarza, czegoś nie obstalował – bo przecież już Lenin mówił o organizatorskiej roli prasy. Co prawda ksiądz Kantorski już nie żyje, więc jego samego finansowo wyszlamować się już nie da – ale gdyby tak jakiś niezawisły sąd, wzorem pani sędzi Anny Łasik, przylutował milion złotych odszkodowania od tamtejszej parafii, to na pewno mnóstwo ofiar by sobie coś przypomniało, zwłaszcza gdyby pamięć pobudzili im obrotni jegomoście z fundacji „Nie Lękajcie Się”, co to właśnie kładzie w Polsce fundamenty pod przemysł molestowania.

Wtedy jednak, to znaczy – w grudniu 1968 roku – jeszcze nie było takiej mody i nawet sławni buntownicy musieli uwzględniać w swoich protest-songach wskazania cenzury. Na przykład w kultowym utworze „Dziwny jest ten świat” autor stwierdzał, że „wiele zła” mieści się na świecie „jeszcze wciąż” – co wychodziło naprzeciw zatwierdzonej opinii, że jeśli nawet zdarzają się jakieś „niedociągnięcia”, to tylko „tu i owdzie” – bo generalnie jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej – niczym pod rządami „dobrej zmiany”. Podobnie w słynnym podówczas utworze antywojennym, w którym autorzy nawoływali „Zawróćcie samoloty, latające fortece, piaskiem bunkry zasypcie, niech każdy spokojnie patrzy w niebo!” – jak to dziecko, co „spogląda w gęstwinę białych chmur, bo wie, że z nich – tylko deszcz!”. A wszystko dlatego, że jest „pod skrzydłami ptaków” – oczywiście stalowych, ale naszych, znaczy się – nadwiślańskich, podczas gdy „latające fortece” były jakieś takie nie nasze, tylko amerykańskie – bo komuna najbardziej nienawidziła wtedy „imperialistów”, nawet bardziej, niż „reakcyjnego kleru” – bo teraz rozkłada nienawiść mniej więcej po równo. Oczywiście nie dotyczy to tak zwanych „twórców”, bo ci najbardziej nienawidzą „kleru”, jako że za okazywanie nienawiści „imperialistom” nikomu „Oskara” nie dają. Już choćby na tym przykładzie widać, że nawet w trzecim pokoleniu komuny i sympatie i nienawiści są takie same, jak 50 lat temu. Myślę, że powinni tę sprawę gruntownie przebadać jacyś weterynarze, żeby spenetrować mechanizmy dziedziczenia sympatii i nienawiści w kolejnych pokoleniach ubeckich dynastii.

Toteż 50 lat temu bigbitowcy nawet nie próbowali na własną rękę filozofować, bo od filozofowania to byli zatwierdzeni przez partię profesorowie, w rodzaju Tadeusza Kotarbińskiego. W „Pleplutkach Teofoba Doro” czytamy, jak to „Na wieść, że Piotra męczy starość i zgrzybiałość, ogarnia Jana litość i serdeczna żałość. Więc powiada do niego: Piotrze, masz sklerozę. Czas po temu byś zażył cyjankali dozę…” – i tak dalej. Do legendy zaś przeszła odpowiedź prof. Kotarbińskiego na pytanie, dlaczego postępuje etycznie, w ramach etyki niezależnej. Odparł, że dlatego, bo tak dyktuje mu „serce”. Czegóż chcieć więcej? Dzisiaj, to co innego, dzisiaj filozofuje nawet panna Margaret, oczywiście wedle stawu grobla, ale przecież nie od razu Kraków zbudowano i nawet starożytni Rzymianie, co to każde spostrzeżenie zaraz ubierali w postać pełnej mądrości sentencji, twierdzili, że omnia principia parva sunt. W ogóle w ciągu ostatniego półwiecza pracownicy przemysłu rozrywkowego nie tylko się wyemancypowali, ale na niespotykany wcześniej poziom podnieśli poczucie własnej wartości – co potwierdza trafność spostrzeżenia francuskiego aforysty Franciszka ks. de La Rochefoucauld, który zauważył, że „nikt nie jest zadowolony ze swojej fortuny, każdy – ze swego rozumu”.

Wracając tedy do słynnej „Mszy beatowej” sprzed 50 lat, to warto dodać, iż jej wykonanie odbyło się wkrótce po zakończeniu II Soboru Watykańskiego, kiedy światło jeszcze nie zostało dokładnie oddzielone od ciemności, w związku z czym w Kościele katolickim eksperymentował, kto tylko mógł. W Polsce prymas Wyszyński trochę ten pęd ku nowoczesności hamował, ale nie był przeciwny wszelkim innowacjom – o czym świadczy prezentacja ten Mszy prymasowi i Episkopatowi w 1969 roku. Dopiero niedawno używanie instrumentów takich, jak gitara, perkusja, fortepian czy syntetyzator zostało Kościele katolickim w Polsce zakazane – bo na przykład w Meksyku jest akurat odwrotnie – i sam słyszałem podczas Mszy w katolickim kościele w Monterey utwór imitujący parową lokomotywę – a gwizdali nie tylko wykonawcy, ale i ksiądz, nie mówiąc o wiernych. Podobnie jest w Taize, którym od lat nasładzają się rozmaici postępakowie. Wynika z tego, że wykonanie w jakimś kościele Mszy beatowej nie byłoby możliwe, bo grano tam na gitarach i innych zakazanych instrumentach. Kto wie, czy wkrótce nie doczekamy się jeszcze innych przejawów odwrotu od postanowień II Soboru Watykańskiego – chociaż oczywiście bez rozgłosu. Tymczasem wtedy z przyjemnością słuchało się pastorałki Joanny Kulmowej: „Słuchajcie w podziwieniu o Bożym Narodzeniu, o Bożym o Człowieczym, o przenajświętszej rzeczy. A my, ludkowie prości…” – i tak dalej. No a potem, już po protektoratem prymasa Wyszyńskiego, zainaugurowane zostały Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej. Na pierwszym, w ramach „Koncertu Jednego wiersza”, Halina Mikołajska deklamowała utwór Kazimiery Iłłakowiczówny: „Nie można tego obejść: Bóg jest wszędzie! W każdym dziwnym i strasznym obrzędzie. Wywołuje go nie tylko modlitw kadzidlany kwiat, ale i szubienica i topór i kat. Bóg jest w sędzi, który sądzi krzywo i w świadku, co przysięga na prawdę fałszywie, nie może nie być. I to mnie przestrasza, bo jeśli w świętym Piotrze, to także – w Judaszu; jeśli w Żydzie zamęczonym niewinnie przez Niemców, to także w Niemcach tych?…” Co tu dużo gadać; były czasy!

Stanisław Michalkiewicz

Ps.Wszystkie materiały źródłowe – teksty i nuty – spaliły się podczas pożaru, który wybuchł w styczniu 2012r.

Życie jest chwilą.

Jeszcze maleńka chwila -
A stary rok skryje się za widnokręgiem
I stanie się jedynie wspomnieniem.
Odejdzie na zawsze i nigdy już nie wróci
Zostawiając wolne miejsce dla nowego,
Nieznanego, promieniejącego energią.
My zostaniemy sami, wytężając jedynie wzrok
W otchłań nadchodzącego, nowego roku,
W niewiadomą.
Ktoś to kiedyś policzy, nazwie przemijaniem,
Zamieni w reguły historii, znajdzie pierwiastki,
Zasady, które określił Stwórca, jako znaki
Na naszej drodze, wytyczonej rytmem mijanego czasu…
Tu jesteśmy wszyscy sobie równi,
Od poczęcia aż do śmierci,
To tu musimy baczyć, aby znać swój cel
I do niego dążyć, z wiarą i nadzieją,
Uczciwie, aby na końcu czasu
Spełniło się nasze zadanie, które
Nie potrzebuje lat, bo będzie wiecznością !

Z życzeniami szczęścia i wielu łask Bożych w 2019 roku -
Marian Retelski
Warszawa, Sylwester 2018/2019