Chwała Bogu

OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Herezja antyliturgiczna – Dom Prosper Guéranger OSB

Trzeba przyznać, że wypowiedzenie wojny świętemu językowi było mistrzowskim posunięciem protestantyzmu. Jeżeli kiedykolwiek uda mu się go zniszczyć, będzie to wielki krok ku całkowitemu zwycięstwu herezji.

Pierwszym znamieniem herezji antyliturgicznej jest nienawiść do Tradycji wyrażonej w sformułowaniach używanych w kulcie Bożym. Nie da się nie zauważyć tej szczególnej cechy wszystkich heretyków — od Wigilancjusza po Kalwina ­a przyczyna tego jest łatwa do wyjaśnienia. Każdy sekciarz, który pragnie wprowadzenia nowej doktryny, niezawodnie staje w obliczu liturgii będącej najgłębszym, najlepszym wyrazem Tradycji, i od tej pory nie spocznie, dopóki nie zagłuszy tego głosu, dopóki nie porwie na strzępy owych stronic przypominających wiarę minionych stuleci.

DOM Prosper Ludwik Pascal Guéranger, odnowiciel zakonu benedyktynów we Francji i pierwszy po rewolucji antyfrancuskiej opat Solesmes, napisał w 1840 r. swoje Instytucje liturgiczne, , chcąc odbudować wśród kleru wiedzę i zamiłowanie do liturgii rzymskiej. Przedstawiamy naszym czytelnikom fragment tego dzieła, w którym dom Gueranger podsumowuje to, co określa mianem herezji antyliturgicznej: jest to streszczenie doktryny i praktyk liturgicznych sekty protestanckiej od XIV do XVIII wieku. Jak łatwo zauważyć, wiele z tych zasad jest uderzająco podobnych do posoborowych reform liturgicznych.

W istocie, w jaki sposób mogły zainstalować się i przejąć kontrolę nad masami luteranizm, kalwinizm, anglikanizm? Wszystko, co musieli zrobić, to zastąpić stare księgi i wyrażenia nowymi – i dzieło to zostało dokonane. Pozbyli się w ten sposób wszystkiego, co mogłoby niepokoić nowych kaznodziejów; mogli oni nauczać czegokolwiek chcieli, a wiara ludzi została w ten sposób pozbawiona wszelkiej obrony.

Luter pojął tę prawdę z przebiegłością godną jansenistów, skoro u zarania swoich innowacji, gdy jeszcze sądził, że powinien zachować przynajmniej po części zewnętrzne formy rytu łacińskiego, stworzył następujące zasady zreformowanej liturgii: „Przyjmujemy i zachowujemy introity na niedziele oraz święta Pana naszego, czyli Wielkanoc, Zielone Świątki i Boże Narodzenie. Powinniśmy obstawać przy używaniu całego psalmu w introicie, tak jak to było w dawnych czasach, ale z ochotą dostosujemy się do dzisiejszego zwyczaju. Nie ganimy nawet tych, którzy pragną zachować introity w święta Apostołów, Matki Boskiej oraz innych świętych, ponieważ te trzy introity zaczerpnięto z Psalmów i innych ksiąg Pisma”.

Luter śmiertelnie nienawidził świętych śpiewow, które sam Kościół skomponował dla zamanifestowania swojej wiary. Herezjarcha wyczuwał w nich siły witalne Tradycji, których pragnął się pozbyć. Gdyby pozostawił Kościołowi prawo mieszania podczas zgromadzeń wiernych głosu Tradycji z proroctwami Pisma św. musiałby narazić się na konieczność słuchania, jak pieśń miliona ust potępia jego fałszywe dogmaty. Stąd jego nienawiść do wszystkiego w liturgii, co nie wynika bezpośrednio z Pisma św.

I to jest, w rzeczy samej, druga zasada sekty antyliturgicznej: zastępowanie sformułowań nauczania Kościoła czytaniami z Pisma Św. Przynosi im to dwie korzyści: po pierwsze, wycisza głos Tradycji, której sekciarze zawsze tak się obawiają. Po drugie, propaguje i wspiera ich dogmaty drogą negacji i afirmacji. Drogą negacji — gdy pomijają wyrachowanym milczeniem teksty, które wyrażają naukę przeciwną propagowanym błędom; droga, afirmacji — gdy akcentują wyjęte z kontekstu wersety, które ukazują tylko jedną stronę prawdy, zakrywając inne jej aspekty przed oczyma ludzi prostych.

Wiadomo od wielu stuleci, że pierwszeństwo przyznawane przez heretyków Pismu św. przed definicjami Kościoła nie ma innego uzasadnienia, jak tylko ułatwienie uczynienia Słowa Bożego według ich własnych wyobrażeń i manipulowanie nim do woli.

Protestanci zredukowali niemal całą liturgię do czytania Pisma św. połączonego z kazaniami, w których tłumaczy się Pismo metodą racjonalistyczną. Jeżeli chodzi o wybór i określanie kanoniczności ksiąg, wszystko poddano kaprysom reformatora, który ostatecznie określa literalne znaczenie Pisma św.

Tak więc Luter dochodzi do przekonania, że w jego systemie religijnym idea bezużyteczności dobrych uczynków oraz zbawienie wyłącznie przez wiarę powinny stać się dogmatami, a zatem od tej chwili stwierdza, to List św. Jakuba jest „słomianym listem”, a nie pismem kanonicznym, z tego prostego powodu, to list ten naucza o konieczności dobrych uczynków do zbawienia.

W każdej epoce, w każdej formie sekciarstwa będzie tak samo: żadnych kościelnych formuł wiary, tylko Pismo św. ­ ale interpretowane, wybrane i prezentowane przez osoby, które wyglądają zysku z innowacji.

Pułapka ta jest niebezpiecz­na dla ludzi prostych, którzy dopiero po długim czasie mogą spostrzec, że zostali oszukani oraz że Słowo Boże — ten „miecz obosieczny”, jak nazywali je Apostołowie — zadało im głębokie rany, gdyż zostało zmanipulowane przez synów zatracenia.

Trzecią zasadą heretyków co do reformy liturgii jest, gdy już wyeliminowali sformułowania kościelne i proklamowali absolutną, konieczność korzystania wyłącznie z treści Pisma św., a zauważywszy, to Pismo — mimo ich chęci — nie zawsze daje się nagiąć do ich potrzeb, trzecią, powiadam, ich zasadą jest tworzenie i wprowadzanie rozmaitych formuł, pełnych podstępu, sprawiających, że ludzie jeszcze łatwiej wpadają. w sidła błędu, a przez to struktura bezbożnej reformy umacnia się na całe wieki.

Trudno się dziwić sprzecznościom, które herezja ukazuje w swych dziełach, gdy się wie o czwartej zasadzie, czy może czwartej konieczności narzucającej się sekciarzom przez samą naturę ich buntu, ­jest to wrodzona sprzeczność w ich własnych zasadach.

Musi tak być, aby byli zawstydzeni w owym wielkim dniu, który prędzej czy później zaświta, gdy Bóg ujawni ich nagość przed oczyma tych, których zwiedli; co więcej, w samej naturze ludzkiej nie leży uporządkowanie. Tylko prawda może być uporządkowana.

Wszyscy oni bez wyjątku zaczynają od powrotu do starożytności. Chcą oczyścić chrześcijaństwo ze wszystkich ludzkich błędów i sentymentów, które mogły się z nim zmieszać; chcą je oczyścić ze wszystkiego, co „fałszywe” i „niegodne Boga”. Wszystko, czego chcą, to powrót do źródeł, dlatego też stwarzają pozory powrotu do kolebki chrześcijańskich instytucji. W tym celu skracają, wymazują, wycinają; wszystko biorą w swoje ręce. Ktoś, kto czekał na ukazanie się pierwotnej czystości kultu Bożego, w pewnej chwili orientuje się, że został zasypany nowymi formułami, powstałymi poprzedniej nocy, niezaprzeczalnie ludzkimi, ponieważ ten, kto je stworzył, wciąż stąpa po ziemi.

”Tracimy mowę wieków chrześcijaństwa, stajemy się jakby intruzami i profanami w literackim zakresie wyrażania przeżyć sakralnych, i w ten sposób utracimy znaczną część tego zdumiewającego niezrównanego faktu artystycznego i duchowego, jakim jest śpiew gregoriański. Naprawdę, mamy powód do użalania się i pewnego lęku: czym zstąpimy ten język anielski? Jest to ofiara z wartości nieocenionej. A dla jakiego celu? Co może być droższe nad te ogromne wartości naszego Kościoła?
Odpowiedź wydaje się banalna i prozaiczna: ale jest ona przekonywująca, bo ludzka, apostolska. Ważniejsze jest zrozumienie modlitwy niż dawne jedwabne szaty, w jakie się ona po królewsku przyoblekała; ważniejsze jest uczestniczenie ludu, tego ludu nowoczesnego, nasyconego słowami jasnymi, zrozumiałym, dającym się przetłumaczyć w konwersacji świeckiej.
Gdyby boska łacina miała trzymać z daleka od nas dziatwę, młodzież, świat pracy i spraw doczesnych: gdyby miała być ciemną przesłoną zamiast przezroczystym kryształem, to czy my, rybacy dusz, zrobilibyśmy dobrą kalkulację, zastrzegając jej wyłączne panowanie w konwersacji modlitewnej i religijnej?”
(fragmenty przemówienia Pawła VI pt. Novus ordo Missae (Nowy obrzęd Mszy), 26 listopada 1969)

Każda sekta przechodzi tę drogę. Widzieliśmy to u monofizytów i nestorian — to samo znajdziemy w każdym odłamie protestantyzmu. Ich żądza nauczania wyłącznie „starożytności” doprowadziła ich jedynie do odcięcia się od całej przeszłości. Wówczas stanęli przed tymi, których zwiedli, i zaklinali się, że teraz wszystko jest już dobrze, dodatki papistów znikły, a Boski kult wrócił do swego pierwotnego kształtu…

Ponieważ zaś reforma liturgiczna została powzięta z tym samym zamiarem, co reforma dogmatów, których jest konsekwencją, dlatego protestanci, którzy wyłamali się w tym celu, aby mieć mniej prawd do wierzenia, dążą do usunięcia z liturgii wszystkich ceremonii, wszystkich sformułowań, które wyrażają tajemnice. Nazywają przesądami i bałwochwalstwem wszystko, co nie wydaje im się całkowicie racjonalne, a przez to ograniczają, wyrażanie wiary, zaciemniając przez wątpienie, a nawet przez negację, każde spojrzenie otwarte na świat nadprzyrodzony.

Dlatego dość już sakramentów — poza chrztem — co wytyczyło ścieżki socjalistom, którzy swoich zwolenników uwolniłi nawet od chrztu. Dość już sakramentaliów, błogosławieństw, obrazów, relikwii świętych, procesji, pielgrzymek etc. Koniec z ołtarzem, wystarczy tylko stół; dość już ofiary tak jak w każdej religii, wystarczy jedynie posiłek. Koniec z kościołem, wystarczy dom zgromadzeń. Dość architektury religijnej, gdyż brak już tajemnicy. Dość chrześcijańskiego malarstwa czy figur, gdyż nie ma już religii doświadczanej zmysłami. A wreszcie dość poezji w kulcie, którego nie chroni już miłość ani wiara.

Stłumienie pierwiastka mistycznego w liturgii protestanckiej musiało nieomylnie wywołać całkowity zanik prawdziwego ducha modlitwy, który w katolicyzmie zwiemy namaszczeniem.

Zbuntowane serce nie potrafi już miłować, a serce pozbawione miłości może jedynie wydać z siebie mierny wyraz uszanowania lub lęku, zatruty zimną pychą faryzeusza. Taka jest właśnie liturgia protestancka.

Udając pełen czci kontakt z Bogiem, liturgia protestantów nie potrzebuje pośredników. Zwracać się o pomoc do Matki Bożej bądź prosić o wstawiennictwo świętych oznacza dla nich brak szacunku dla Najwyższego.

Ich liturgia wyklucza całą tę „idolatrię papistów”, która prosi stworzenie ziemskie o to, o co powinno się prosić wyłącznie Boga. Oczyszcza kalendarz z imion tych wszystkich, których Kościół Rzymski tak zuchwale wymienia zaraz po Bogu. Szczególną odrazę żywi do imion mnichów i innych ludzi późniejszych czasów, które figurują zaraz obok imion wybranych przez Jezusa Chrystusa Apostołów. To na nich Chrystus Pan zbudował pierwotny Kościół, który — jak mówią heretycy — jedynie był czysty w swej wierze, wolny od wszelkich zabobonów w swym kulcie i wszelkiego rozluźnienia w swych obyczajach.

Ponieważ jednym z głównych celów reformy liturgicznej było zniesienie czynności i formuł o mistycznym znaczeniu, stało się logiczną konsekwencją, że autorzy reformy musieli podkreślać konieczność użycia w kulcie języków ojczystych.

W oczach heretyków to rzecz najważniejsza. Kult nie może być czymś tajemniczym. Ludzie — powiadają — muszą rozumieć to, co śpiewają. Nienawiść do łaciny wrosła w serca wszystkich przeciwników Rzymu. Postrzegają ją jako więź scalającą wszystkich katolików z całego świata, jako arsenał ortodoksji wymierzony przeciw zagadkom ducha sekciarskiego.

Duch buntu, który kazał im przerabiać uniwersalną modlitwę na mowę każdego człowieka, każdej prowincji i stulecia, wreszcie zrodził owoce, a zreformowani na własne oczy przekonują się, że katolicy, pomimo swoich łacińskich modlitw, lepiej spełniają swe obowiązki kultu i bardziej się w nich radują niż protestanci. Każdej godziny w kościołach katolickich odbywa się Boski kult. Wierny katolik, który włącza się w ten kult, zostawia swój język ojczysty przed drzwiami kościoła. Poza kazaniem słyszy jedynie tajemnicze słowa, a nawet nie słyszy ich wcale w najuroczystszej chwili — kanonie Mszy św. Mimo to owa tajemniczość pociąga go tak mocno, iż nie jest nawet odrobinę zazdrosny o protestanta, którego ucho nie słyszy nic, czego znaczenia by nie znał.

Trzeba przyznać, że wypowiedzenie wojny świętemu językowi było mistrzowskim posunięciem protestantyzmu. Jeżeli kiedykolwiek uda mu się go zniszczyć, będzie to wielki krok ku całkowitemu zwycięstwu herezji. Liturgia wystawiona na wzrok gapiów, jak zbezczeszczona dziewica, straciła wiele ze swego świętego charakteru, a ludzie bardzo szybko stwierdzili, że nie warto odkładać swojej pracy czy przyjemności po to, żeby iść i słuchać tego, co się mówi w taki sam sposób, jak rozmawia się na targu.

Odzierając liturgię z upokarzającego rozum misterium, protestantyzm postarał się nie zapomnieć o praktycznych konsekwencjach, to znaczy o uwolnieniu od trudu i wysiłku dla cielesnej natury, nałożonych przez reguły „liturgii papistów”. A zatem, po pierwsze i najważniejsze, koniec z postami, koniec ze wstrzemięźliwością, koniec z klękaniem na modlitwie. Koniec z codziennymi obowiązkami sług świątyni, nigdy więcej kanonicznych modlitw do odmówienia w imieniu Kościoła. — To jest właśnie jeden z najważniejszych owoców wielkiej protestanckiej swobody: zmniejszenie skarbca publicznych i prywatnych modlitw.
Bieg wydarzeń pokazał, że wiara i miłość, które żywią się modlitwą, szybko wyparowały z szeregów reformatorów, podczas gdy wśród katolików cnoty te nieustannie karmią wszelkie akty poświęcenia Bogu i człowiekowi, ponieważ chronią je niewyczerpane skarby liturgicznej modlitwy kleru diecezjalnego i zakonnego, w której ma swój udział cała społeczność wiernych.

Ponieważ protestantyzm musiał ustanowić regułę, która pozwoliłaby wskazać wśród instytucji „papistów” te, które są. najbardziej wrogie jego zasadom, czuł się zmuszony dokopać się do fundamentów katolickiej budowli, aby znaleźć kamień węgielny, na którym wszystko się opiera. Jego instynkt wskazał mu oczywiście dogmat nie do pogodzenia z wszelkimi innowacjami: władzę papieską. Gdy Luter napisał na swoim sztandarze: „Nienawiść do Rzymu i jego praw”, po raz kolejny tylko potwierdził podstawową zasadę każdego odłamu sekty antyliturgicznej. Od tej chwili musiał odrzucić wszystko, zarówno kult, jak i ceremonie, jako „rzymskie bałwochwalstwo”. Język łaciński, Święte Oficjum, kalendarz, brewiarz — wszystko stało się dlań ohydą Nierządnicy Babilonu. Biskup Rzymu pognębia umysły dogmatami, a zmysły rytuałami, dlatego protestantyzm orzekł, że dogmaty są jedynie bluźnierczymi błędami, a liturgia — środkiem do wzmocnienia despotycznej władzy uzurpatora.

Warto to wspomnieć o doskonałym spostrzeżeniu, jakie zawarł Józef de Maistre w swym dziele Papież ; głęboko i przenikliwie wykazał, że pomimo wszystkich różnic, jakie winny dzielić rozmaite sekty, jest jedno, w czym są do siebie tak podobne, aż niemal nie do odróżnienia — wszystkie są antyrzymskie.

Herezja antyliturgiczna, chcąc ostatecznie ustanowić swą władzę, musiała jeszcze zarówno co do zasady, jak i faktycznie zniszczyć chrześcijańskie kapłaństwo. Czuła bowiem, że gdzie jest kapłan, tam ołtarz, a gdzie ołtarz, tam poświęcenie i pełen tajemnic ceremoniał.

Obaliwszy urząd Najwyższego Kapłana, musieli jeszcze unicestwić znamię biskupstwa, z którego płynie mistyczne nałożenie rąk, uwieczniające świętą hierarchię. Z tego właśnie zrodził się powszechny prezbiterianizm, jako nieomylny skutek odrzucenia władzy papieskiej. Od tej pory, ściśle biorąc, nie mają kogoś takiego jak ksiądz. Jak zwykłe mianowanie, bez konsekracji, może sprawić, że jest się wyświęconym? Wśród luteran czy kalwinistów są jedynie ministrowie [słudzy] — Boga lub ludzi, jak kto woli. Ale to nie wszystko. Wybrany spośród i przez świeckich minister jest tylko laikiem, któremu przydzielono pewne funkcje w zborze. W protestantyzmie są tylko świeccy — i nie może być inaczej, bo nie ma już liturgii.

Takie są właśnie zasady i hasła sekty antyliturgicznej. W tym, co napisaliśmy, nie ma żadnej przesady. Ujawniliśmy jedynie stokroć razy potwierdzone nauki, zawarte w pismach Lutra, Kalwina i wielu im podobnych. Łatwo sprawdzić to samodzielnie. To, co z nich wynika, jest jawne dla całego świata. Uznaliśmy, że warto rzucić trochę światła na podstawowe zasady tej sekty. Warto się uczyć na błędach.

Dom Prosper Guéranger OSB

1. Prezbiterianizm — od prezbiter, ‘kapłan’, stopień święceń hierarchii katolickiej; autor prawdopodobnie ma na myśli, po pierwsze, wynikającą z braku biskupstwa w protestantyzmie nieobecność ściśle pojętej hierarchii, a z drugiej — rozkwit „kapłaństwa powszechnego”, i imię którego każdy czuje się tam upoważniony do pełnienia obowiązków kaznodziei, egzorcysty czy przewodnika duchowego.

16 kwietnia 91 urodziny Benedykta XVI

Benedykt XVI urodził się 16 kwietnia 1927 w Wielką Sobotę — w tym samym dniu został ochrzczony – dzisiaj kończy 91 lat

Boże błogosław Benedykta XVI

Benedykt XVI ustąpił w 2013 roku,

Benedykt XVI opublikował poruszający list we włoskim dzienniku „Corriere della Sera”.

Benedykt XVI w liście na łamach dziennika „Corriere della Sera” podziękował wiernym za towarzyszenie mu w ostatnim odcinku drogi. – To wielka łaska dla mnie. W powolnym zmniejszaniu się sił fizycznych wewnętrznie pielgrzymuję do Domu – napisał emerytowany papież. Benedykt XVI jest wzruszony, że tak wielu wiernych chce wiedzieć, jak spędza ostatni okres swojego życia. „To wielka łaska dla mnie, że jestem otoczony na tym ostatnim odcinku drogi, niekiedy trochę męczącym, przez taką miłość i dobroć, jakich nie mógłbym sobie wyobrazić” – napisał Benedykt XVI.
6 febbraio 2018 (modifica il 9 febbraio 2018 | 18:49)
© RIPRODUZIONE RISERVATA

http://www.corriere.it/cronache/18_febbraio_07/benedetto-xvi-lettera-corriere-papa-emerito-pellegrinaggio-verso-casa-ab335152-0b79-11e8-8265-d7c1bfb87dc9.s html? refresh_ce-cp

Pamięć – Ewa Polak – Pałkiewicz

Jak każde wielkie wydarzenie, to, co zdarzyło się pod Smoleńskiem osiem lat temu posiada treść podwójną: konkretną, „widzialną”, nagłe unicestwienie dziewięćdziesięciu sześciu Polaków, którzy wyruszyli w podróż ku prochom swoich braci, zamordowanym i pochowanych w katyńskim lesie – i treść głębszą, symboliczną, ukazującą coś ważnego i wyjątkowego w historii.

Polacy, którzy przez te osiem lat dochowali wierności pamięci polskich bohaterów, ofiar nie „ślepego losu”, ale czyjegoś zbrodniczego planu, rozumieją i czują tę podwójność wymowy smoleńskiej tragedii. Wiedzą, że niesie ona ważny komunikat. Jest przekazem dla nas, żyjących. Mówi o tym, że skrajnie niebezpieczna jest dla kogoś, dla jakichś ciemnych sił działających w świecie polska pamięć historii, więź z przodkami, polska wspólnota etyczna i duchowa. Ona jest prawdziwą potęgą, ona tak naprawdę rozbija jakiś mroczny plan, dla którego realizacji owe siły nie wahają się użyć okrutnych, unicestwiających życie ludzkie metod.

Jesteśmy więc o tę katastrofę historyczną w sensie doczesnym, politycznym, osłabieni, ale i wzmocnieni, w sensie moralnym, duchowym. Nasza świadomość „samych siebie” jako wspólnoty i wzajemna duchowa więź uległa zacieśnieniu, pogłębieniu, stała się bogatsza.

Jest też trzeci element, który jest opatrznościowym rezultatem tego tragicznego wydarzenia: widzimy, co stało się z ludźmi, innymi Polakami, którzy negują i wyśmiewają pamięć Smoleńska. Jaki osiągnęli duchowy stan. Słysząc i widząc to wszystko, co produkują ich umysły w związku z żałobą po naszych rodakach, jacy zostali strąceni tego kwietniowego ranka na „nieludzką ziemię”, otrzymujemy jedyny w swoim rodzaju materiał do przemyśleń, w jakim miejscu znajduje się człowiek pozbawiony wiary, a wraz z tą stratą – elementarnych ludzkich uczuć współczucia i solidarności, patriotyzmu i więzi z kulturą naszego kraju i naszej cywilizacji. Nie jest to obraz budujący. Jest to przestroga. To oni runęli w otchłań, nieznaną dotąd naszym pokoleniom, w której szydzenie z czyjejś śmierci spotyka się nie z potępieniem innych, ale z aprobatą, uznaniem, komplementami całego środowiska. Jest to coś w naszej kulturze nowego, nieobecnego nigdy wcześniej. Geneza tego zjawiska powinna być przedmiotem uważnej refleksji zwłaszcza katolików i ludzi Kościoła.

Na polskiej ziemi odbywa się bowiem oto konfrontacja między cywilizacją chrześcijańską a agresywnym pogaństwem. Smoleńsk ‚2o10 był swego rodzaju katalizatorem tego zjawiska, ujawnił je oczom opinii publicznej, wydobył z cienia.

Już w latach trzydziestych XX wieku katoliccy myśliciele byli jednak świadomi, że ono nadciąga, że staje się czymś wyczuwalnym w świecie. Hilaire Belloc pisał: „Sądząc po wszystkich podobieństwach historycznych oraz według ogólnych praw, jakie rządzą powstawaniem i rozkładem organizmów, można dojść do wniosku, że aktywna rola katolicyzmu w sprawach tego świata się skończyła, że w przyszłości, być może w najbliższej przyszłości, katolicyzm zginie. Obserwator katolicki zaprzeczyłby możliwości całkowitego wymarcia Kościoła. Jednak musi także śledzić historyczne paralele, musi także akceptować ogólne prawa rządzące wzrostem i rozpadem organizmów i musi skłaniać się – biorąc pod uwagę wszystkie zmiany, jakie zaszły w umysłowości człowieka – ku wyciągnięciu tragicznego wniosku, że nasza cywilizacja, która już przestała w głównej mierze być chrześcijańska, utraci całkowicie swój ogólny chrześcijański wydźwięk. Przewidywana przyszłość jest przyszłością pogańską i to przyszłością pogańską z nową i odpychającą formą pogaństwa, tym niemniej potężną i wszechobecną, mimo całej swej ohydy”.

W dalszej części wywodu autor nie wyklucza jednak, że w historii świata, w historii Europy wydarzy się coś, co pozwoli słabnącemu katolicyzmowi zebrać siły i dokonać nowego odrodzenia się, zachowując i odradzając naszą ginącą cywilizację.

Nasi bracia polegli w polskim samolocie rankiem 10 kwietnia 2010 roku wiedzą już, jaki będzie finał. My zaś musimy wytrać w tej walce i z Bożą pomocą nie dać się pokonać. Pamiętając, że skarbem najcenniejszym na tej ziemi, jakim zostaliśmy obdarowani – dziś zagrożonym, atakowanym, wyśmiewanym jak nigdy – jest nasza wiara w nadprzyrodzoną Bożą moc, w Jego opatrznościowy plan dla świata, w Jego miłość do nas, ludzi.

Wspomnienie

Dzień był chłodny, wietrzny, nijaki,

resztki śniegu leżały wśród pól,

gdy raptownie zamilkły ptaki,

gdy zatrzymał się oddech i puls.

I stalowe niebo upadło

na codzienność bezpieczną i sytą,

coś w nas wtedy nagle umarło,

coś w nas wtedy bezkarnie zabito.

Gdy półślepi w czasie ponurym

krążyliśmy strwożeni i niemi –

kiełkowały flagami mury

i wschodziły znicze spod ziemi.

Powracała znów solidarność,

a z nią wiara, nadzieja i miłość.

Coś w nas wtedy, w kwietniu umarło,

ale coś się także zbudziło.

Marcin Wolski

(za: Nowe Państwo, kwiecień/2018)

Redaktor Stanisław Michalkiewicz jest chory.

Proszę o modlitwę wstawienniczą do Boga, za powrót do zdrowia Pana St.Michalkiewicza,wybitnego pisarza i publicysty,który od wielu lat stanowi naszą podporę w wielu trudnych sprawach naszego kraju,przestrzegania zasad naszej wiary,objaśniając w sposób przejrzysty, gdzie jest prawda i dlaczego należy się o nią walczyć.

Wszechmogący, wieczny Boże, Ojcze i dawco życia, wiekuisty Lekarzu wierzących, spojrzyj na Stanisława, członka naszej rodziny, który choruje. Wejrzyj na jego cielesne i duchowe cierpienia. Udziel mu swojej pomocy, aby, jeśli zgadza się to z Twoją najświętszą wolą, mógł on znowu służyć Tobie i ludziom.
Wszechmogący, wieczny Boże, miłosierny Lekarzu dusz i ciał Twoich dzieci, wysłuchaj nasze prośby zanoszone za chorego, dla którego upraszamy Twoje zmiłowanie, aby odzyskawszy zdrowie złożył Ci dziękczynienie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

W-wa,Marian Retelski

59 senatorów USA żąda “ustawy reprywatyzacyjnej sprawiedliwej wobec polskich Żydów”

Grupa 59. czołowych amerykańskich senatorów w liście wystosowanym do premiera Mateusza Morawieckiego zaapelowała o przyjęcie ustawy reprywatyzacyjnej sprawiedliwej wobec polskich Żydów, którzy przeżyli Holokaust i ich rodzin.

Wyraża też rozczarowanie, że “Polska jest jedynym poważnym państwem Europy, które do tej pory nie przyjęło narodowej, kompleksowej ustawy przewidującej restytucję mienia bądź odszkodowania za własność prywatną”, jednak “żywią nadzieję, że wkrótce to nastąpi”.

Politycy poparli stanowisko World Jewish Restitution Organization (WJRO) przedstawione w październiku ub. roku bezpośrednio po opublikowaniu przez Ministerstwo Sprawiedliwości projektu ustawy reprywatyzacyjnej. (World Jewish Restitution Organization z siedzibą w Jerozolimie została utworzona w 1992 przez World Jewish Congress w celu pomocy w odzyskaniu mienia żydowskiego w Europie – z wyjątkiem Niemiec i Austrii).

Senatorzy, w tym przywódca mniejszości demokratycznej Senatu senator Chuck Schumer, demokrata z Nowego Jorku i wpływowy republikanin sen. John McCain, wśród wad projektu ustawy reprywatyzacyjnej wymieniają fakt, że wyklucza ona możliwość zwrotu pierwotnie posiadanej własności; przewiduje tylko częściowe odszkodowanie za utracony majątek i wyklucza możliwość otrzymania odszkodowania za udziały posiadane w zniszczonych firmach.

Projekt ustawy ponadto nie daje możliwości dochodzenia roszczeń majątkowych przez obywateli tych państw, które nie podpisały powojennych układów regulujących odszkodowania za utraconą własność takich jak np. układ Polski ze Stanami Zjednoczonymi.

Jak podkreślił przewodniczący WJRO Ronald Lauder w oświadczeniu opublikowanym w reakcji na upublicznienie w ub. roku projektu ustawy, takie ustalenia są krzywdzące dla większości polskich Żydów, którzy przeżyli Holokaust, a po wojnie znaleźli schronienie poza granicami Polski.

Dodatkowe zastrzeżenia przywódców WJRO i amerykańskich senatorów do projektu Dużej Ustawy Reprywatyzacyjnej jaki Ministerstwo Sprawiedliwości przedstawiło w październiku ub. roku wzbudza fakt, że prawo do dziedziczenia roszczeń będą mieli tylko najbliżsi krewni pierwotnych właścicieli (dzieci, rodzice) w linii prostej.

Senatorzy w swoim liście do premiera Morawieckiego apelują o jak najszybsze przyjęcie przez polski parlament ustawy reprywatyzacyjnej zgodnej zasadami tzw. Deklaracji Terezińskiej z 30 czerwca 2009 wydanej po zakończeniu “Konferencji ds. majątków okresu Holokaustu” w Pradze (Holocaust Era Assets Conference) została przyjęta przez przedstawicieli 46. państw świata, w tym przedstawiciela Polski. Deklaracja Terezińska nie zawiera wiążących prawnie zobowiązań, wyraża jedynie intencje uczestników konferencji.
usa-senat-restytucja1.jpg
usa-senat-restytucja2.jpg

usa-senat-restytucja3.jpg

cały dokument (link zewnętrzny)

źródło:

interia.pl (link zewnętrzny)
Za: prawica.net (27 marca 2018)

Żydzi grają w otwarte karty. Amerykańscy senatorowie piszą list do Morawieckiego w sprawie roszczeń

Sprawa żydowskich roszczeń w stosunku do Polski znów nabiera rumieńców. Choć rząd premiera Morawieckiego – milczący w tej sprawie niczym kamienny posąg – udaje, że problemu nie ma, to inaczej patrzą na sprawę senatorowie USA.

Wysłali oni właśnie do szefa polskiego rządu list, w którym domagają się rychłego uchwalenia ustawy reprywatyzacyjnej. Amerykańscy senatorowie – zarówno Demokraci jak i Republikanie – nie troszczą się w nim bynajmniej o skrzywdzonych przez Niemców i komunistów Polaków, którzy do dziś nie doczekali się zadośćuczynienia, lecz o Żydów. Piszą w liście, że ustawa ta powinna być “sprawiedliwa wobec polskich Żydów” i powinna wychodzić na przeciw tzw. Deklaracji Terezińskiej, podpisanej m.in. przez Polskę 30 czerwca 2009 po zakończeniu w Pradze i Terezinie “Konferencji ds. majątków okresu Holokaustu”. Choć Deklaracja ta nie rodzi żadnych skutków prawnych i formalnie do niczego nie zobowiązuje, jest dziś – jak widać – narzędziem, po które “Przedsiębiorstwo Holokaust” zaczyna bardzo chętnie sięgać. Warto przytoczyć kilka jej fragmentów:

“(…) Mając na uwadze niewiążący prawnie charakter niniejszej Deklaracji i jej moralną odpowiedzialność, i z zastrzeżeniem postanowień obowiązującego prawa międzynarodowego i zobowiązań,
1. Uznając, że osoby, które przeżyły Holokaust (Shoah) i inne ofiary nazistowskiego reżimu i jego kolaborantów, przeszły bezprecedensową fizyczną i emocjonalną traumę podczas swojej ciężkiej próby, Państwa Uczestniczące biorą pod uwagę specjalne społeczne i medyczne potrzeby wszystkich, którzy przeżyli, mocno popierają zarówno
publiczne, jak i prywatne starania w swoich krajach mające na celu umożliwienie im życia w godności przy niezbędnej podstawowej opiece, jakiej ona wymaga.
2. Uznając ważność restytucji nieruchomości wspólnotowych i prywatnych, które należały do ofiar Holokaustu (Shoah) i innych ofiar nazistowskich prześladowań, Państwa Uczestniczące wzywają do podjęcia wszelkich starań mających na celu naprawienie konsekwencji bezprawnych przejęć majątków, takich jak konfiskaty, wymuszone sprzedaże i sprzedaże pod przymusem, które stanowiły element prześladowań tych niewinnych ludzi i grup, z których olbrzymia większość zmarła nie pozostawiając spadkobierców.
(…) Wzywamy, by tam, gdzie nie zostało to skutecznie osiągnięte, zostały podjęte wszelkie możliwe starania na rzecz restytucji byłego żydowskiego wspólnotowego i religijnego majątku w drodze albo restytucji inrem albo rekompensaty, tak jak to będzie właściwe; i
(…) 2. Uważamy, że ważne jest, tam gdzie nie zostało to jeszcze skutecznie osiągnięte, zajęcie się prywatnymi roszczeniami ofiar Holokaustu (Shoah) dotyczącymi nieruchomości byłych właścicieli, spadkobierców lub ich następców, w drodze albo restytucji in rem albo rekompensaty, tak jak to będzie właściwe, w sprawiedliwy, wszechstronny i niedyskryminacyjny sposób, zgodny z prawem krajowym i odpowiednimi regulacjami, jak również umowami międzynarodowymi. Proces takiej restytucji lub rekompensaty powinien być szybki, prosty, dostępny, transparentny i
ani uciążliwy ani kosztowny dla osoby występującej z roszczeniem; oraz zauważamy inną pozytywną legislację w tej dziedzinie.
3. Wiemy, że w niektórych państwach majątek, dla którego nie ma spadkobierców mógłby służyć jako podstawa do spełnienia potrzeb materialnych znajdujących się w potrzebie ofiar Holocaustu (Shoah) i zapewnienia ciągłej edukacji o Holokauście (Shoah), jego przyczynach i konsekwencjach (…)”.

Amerykańscy senatorowie w swoim liście wyrażają poparcie dla kierowanej przez Ronalda Laudera Światowej Organizacji Restytucji Mienia Żydowskiego. Lauder jeszcze w październiku 2017 roku skrytykował przedstawiony przez wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego projekt reprywatyzacji. Sam Jaki już kilka tygodni temu wycofał się z tego projektu, podobnie jak właśnie wycofuje się z nowelizacji ustawy o IPN. Jak widać, im bardziej kurczy się “ortodoksja” PiS w – wydawało się dotąd – fundamentalnych sprawach, tym bardziej rosną apetyty żydowskich organizacji “Przemysłu Holokaustu”.

A co odpowie premier Morawiecki?

K

Za: proKapitalizm (27 marca 2018 )

59 senatorów USA żąda “ustawy reprywatyzacyjnej sprawiedliwej wobec polskich Żydów”

Grupa 59. czołowych amerykańskich senatorów w liście wystosowanym do premiera Mateusza Morawieckiego zaapelowała o przyjęcie ustawy reprywatyzacyjnej sprawiedliwej wobec polskich Żydów, którzy przeżyli Holokaust i ich rodzin.

Wyraża też rozczarowanie, że “Polska jest jedynym poważnym państwem Europy, które do tej pory nie przyjęło narodowej, kompleksowej ustawy przewidującej restytucję mienia bądź odszkodowania za własność prywatną”, jednak “żywią nadzieję, że wkrótce to nastąpi”.

Politycy poparli stanowisko World Jewish Restitution Organization (WJRO) przedstawione w październiku ub. roku bezpośrednio po opublikowaniu przez Ministerstwo Sprawiedliwości projektu ustawy reprywatyzacyjnej. (World Jewish Restitution Organization z siedzibą w Jerozolimie została utworzona w 1992 przez World Jewish Congress w celu pomocy w odzyskaniu mienia żydowskiego w Europie – z wyjątkiem Niemiec i Austrii).

Senatorzy, w tym przywódca mniejszości demokratycznej Senatu senator Chuck Schumer, demokrata z Nowego Jorku i wpływowy republikanin sen. John McCain, wśród wad projektu ustawy reprywatyzacyjnej wymieniają fakt, że wyklucza ona możliwość zwrotu pierwotnie posiadanej własności; przewiduje tylko częściowe odszkodowanie za utracony majątek i wyklucza możliwość otrzymania odszkodowania za udziały posiadane w zniszczonych firmach.

Projekt ustawy ponadto nie daje możliwości dochodzenia roszczeń majątkowych przez obywateli tych państw, które nie podpisały powojennych układów regulujących odszkodowania za utraconą własność takich jak np. układ Polski ze Stanami Zjednoczonymi.

Jak podkreślił przewodniczący WJRO Ronald Lauder w oświadczeniu opublikowanym w reakcji na upublicznienie w ub. roku projektu ustawy, takie ustalenia są krzywdzące dla większości polskich Żydów, którzy przeżyli Holokaust, a po wojnie znaleźli schronienie poza granicami Polski.

Dodatkowe zastrzeżenia przywódców WJRO i amerykańskich senatorów do projektu Dużej Ustawy Reprywatyzacyjnej jaki Ministerstwo Sprawiedliwości przedstawiło w październiku ub. roku wzbudza fakt, że prawo do dziedziczenia roszczeń będą mieli tylko najbliżsi krewni pierwotnych właścicieli (dzieci, rodzice) w linii prostej.

Senatorzy w swoim liście do premiera Morawieckiego apelują o jak najszybsze przyjęcie przez polski parlament ustawy reprywatyzacyjnej zgodnej zasadami tzw. Deklaracji Terezińskiej z 30 czerwca 2009 wydanej po zakończeniu “Konferencji ds. majątków okresu Holokaustu” w Pradze (Holocaust Era Assets Conference) została przyjęta przez przedstawicieli 46. państw świata, w tym przedstawiciela Polski. Deklaracja Terezińska nie zawiera wiążących prawnie zobowiązań, wyraża jedynie intencje uczestników konferencji.
usa-senat-restytucja1.jpg
usa-senat-restytucja2.jpg

usa-senat-restytucja3.jpg

cały dokument (link zewnętrzny)

źródło:

interia.pl (link zewnętrzny)

Za: prawica.net (27 marca 2018)

Życie kontra wiara – Ewa Polak-Pałkiewicz

„I wzejdzie w obliczu Jego niby latorośl, i jako korzeń z wyschniętej ziemi: nie ma On piękna ani krasy. I widzieliśmy Go, a nie było w Nim okazałości. (…) Prawdziwie słabości nasze On sam niósł i cierpienia nasze On sam dźwigał. A myśmy Go uważali jakby za trędowatego i rażonego przez Boga, i poniżonego. On zaś zraniony jest dla nieprawości naszych, starty jest dla naszych zbrodni…” (Iz 53, 1-12)

Na ile sposobów można odrzucać Naszego Pana, Jezusa Chrystusa, który dla naszego zbawienia stał się Człowiekiem? Pomysłowość ludzka nie zna granic.

Na początek, pozornie odległe pytanie. Co łączy dwie, wydawałoby się, całkowicie różne grupy ludzi: tych najbardziej oddanych sprawie obrony życia – i najenergiczniej zarazem oskarżających posłów PiS o to, że to ich postawa jest przyczyną, że w Polsce zabija się dzieci nienarodzone – oraz tych polityków, aktywistów i publicystów, dla których Prawo i Sprawiedliwość jest największym zagrożeniem Polski? Jest nieszczęściem kraju oraz ich osobistym? Czy jest coś, co te grupy upodobnia do siebie? Czy nie jest to bałwochwalczo wyznawana religia „praw człowieka”?

I jeszcze jedno drażniące, nieuprzejme i aroganckie pytanie: dlaczego gwałtowne żądania przyspieszenia prac nad obywatelskim projektem ustawy zakazującej aborcji eugenicznej, a nawet coraz bardziej gromkie nawoływania hierarchów w tej sprawie brzmią dziś tak blado, tak… nieprawdziwie?

Wbrew powszechnemu mniemaniu to nie różnice w kwestiach politycznych najbardziej dzielą ludzi. Tym, co wyznacza naprawdę głęboką linię podziału jest stosunek ludzi do Boga, do Prawdy. A zatem – do katolickich prawd wiary. W Polsce wciąż żyje wielu ludzi posiadających tradycyjną wiarę w Boga Trójcę Świętą i w dogmaty Kościoła. Ale już coraz częściej – posiadających ją wcale nie d z i ę k i dzisiejszemu nauczaniu ludzi Kościoła, zwłaszcza wyższych hierarchów, ale p o m i m o tego nauczania. Posiadających ją jako wiarę wyznawaną przez rodziców, dziadków, odnalezioną w starych katechizmach, w dawnych modlitewnikach. Nauczanie posoborowe stało się bowiem tak wewnętrznie sprzeczne, że umysł normalnego człowieka nie jest w stanie go przyswoić. A jeśli w tym, co mówi osoba obdarzona instytucjonalnym autorytetem jest coś sprzecznego, umysł człowieka odrzuca to, woli tego nie słyszeć. Woli udawać, że tego nie ma. Wierzyć można tylko rozumnie. Wiara i rozum idą razem.

Jak natomiast nauczają hierarchowie? Parę dni temu w homilii jednego z nich, o obowiązku obrony życia nienarodzonych, padły następujące słowa: „Kościół broni prawa do życia nie tylko ze względu na Majestat Boga, który jest tego życia pierwszym Dawcą, ale równocześnie ze względu na podstawowe dobro człowieka”. To cytat z homilii Jana Pawła II wygłoszonej w 1979 roku w Nowym Targu. To „nie tylko” i „ale równocześnie” nie są figurą retoryczną, nie są przypadkowym sąsiedztwem. Wydaje się, że to one są sednem przesłania.

W dalszym wywodzie hierarcha cytujący słowa papieża powoływał się na „prawa człowieka” i na „cywilizację miłości”.

W myśleniu osobistości Kościoła, które intensywnie obcowały z nauczaniem ostatnich papieży, nastąpiły znamienne zmiany w pojmowaniu prawd filozoficznych, teologicznych i moralnych. Znalazło to swoje odzwierciedlenie w logice tych wywodów. To dlatego „prawo do życia” jawi się dziś wielu ludziom w Polsce jako coś o wiele istotniejszego i bardziej realnego, niż „Majestat Boga” – albo przynajmniej coś równorzędnego. Nie słyszy się bowiem od dawna już przestróg: „Nie zabijajcie, bo Bóg jest święty! Bóg nie pozwala zabijać”. „Nie zabijajcie, bo straszliwe grzechy człowieka przeciwko Bogu stały się przyczyną niesłychanej męki Boga-Człowieka, Drugiej Osoby Trójcy Świętej, i śmierci na krzyżu naszego Zbawiciela!” Słyszymy stale: „Nie zabijajcie, bo życie jest święte. Prawo do życia jest nienaruszalnym prawem człowieka”. No cóż, zdają się mówić tego rodzaju nauczyciele prawd moralnych, Pan Bóg nie lubi gdy się zabija, ale Pana Boga nasze uczynki specjalnie nie interesują. Nasze uczynki s ą naprawdę złe, gdy godzą w podstawowe prawa człowieka. Pan Bóg jest tu umieszczony tylko jako niewyraźne tło dla wywodów, których podstawową troską jest troska o życie i godność osoby ludzkiej.

Inny ważny polski hierarcha (pomińmy nazwisko, bo nie o wytykanie palcami ludzi tu chodzi) powiedział kilka dni temu, na zakończenie obrad Konferencji Episkopatu:
„Apelujemy o to, żeby podjąć prace legislacyjne, ponieważ zrelatywizowanie prawa do życia grozi zrelatywizowaniem wszystkich innych praw człowieka., w tym czy późniejszym czasie. To jest równia pochyła, po której będziemy się staczali”.

Czy ta różnica w argumentacji, tak wyraźne uchylanie się ludzi Kościoła od przypominania o Bogu, na rzecz trąbienia o prawach człowieka – utonęliśmy przecież od dawna w języku humanistycznym, a antropocentryzm zdaje się być prawdziwą nową teologią – jest czymś drugorzędnym? Bo chodzi przecież w istocie o jedno i to samo, o „dobro”, o to, żeby nie zabijać…

Zwolennicy „prawa kobiet do własnego brzucha” odpowiadają na to, posługując się tą samą logiką: „Aha, no to moje życie też jest święte, przecież nie jestem wyjątkiem; moje prawa nie mogą być łamane! Dlaczego życie biologiczne, które nie wiadomo, czy ma już świadomość, czy czuje [o duszy się tu nie wspomina] ma być ważniejsze niż moje życie? A skoro życie to także moje zdrowie, moja praca, zarobki, zadowolenie, spokój, wolność, wakacje, to wszystko co daje mi poczucie bezpieczeństwa? Zgoda, zabijanie jest złe, ale czy mnie powoli też nie zabija moja rozterka, szamotanina, niepokój, który tylko pogłębi pojawienie się przy mnie nowego człowieka? Nie, w moim życiu nie ma dla niego miejsca! Mam prawo traktować moje życie jako ważniejsze niż życie innych ludzi. Jeśli moje życie jest święte to mam także prawo chronić je – za wszelką cenę!

W ten sposób rozpoczyna się prawdziwa równia pochyła moralnego relatywizmu. Ludzie współcześni, którzy na tej równi pochyłej się znaleźli lubią prześcigać się w materialnych zabezpieczeniach swojego życia; stało się to rodzajem sportu.

Ludzie z przeciwnej Prawu i Sprawiedliwości strony politycznej barykady, domagający się zniesienia zakazu aborcji, wyciągają po prostu wszelkie logiczne wnioski z dzisiejszego nauczania tych Pasterzy, którzy uczynili się „obrońcami człowieka”, a nie Boga! Stali się nauczycielami naciąganej etyki sytuacyjnej, a nie Prawdy, która ze swojej natury jest niezmienna. A Bóg jest Bytem absolutnym. Od Niego zależymy. W Jego ręku spoczywają losy świata, również naszej ojczyzny. A zatem to do Niego powinniśmy się odwoływać, nie zaś do „wartości chrześcijańskich”, czy do „świętości życia” albo „praw osoby ludzkiej”. Uznanie „wartości chrześcijańskich” i „świętości życia” nic nam nie da, jeśli będziemy ignorować Boga. Człowiek uzyskuje godność przez uznanie za fakt bezsporny, że całkowicie zależy od Boga. Jest Jego dzieckiem, Jego stworzeniem. Człowiek jest z woli Boga obdarzony wolną wolą. Może wybierać. Jest wolny. Nikt nie jest go stanie go zniewolić, o ile nie zrobi tego on sam. Człowiekowi, który posługuje się rozumem i wolną wolą, nie da się narzucić – wbrew jego woli – uznania, że istnieje coś takiego jak prawo człowieka do wolności religijnej, czy „wolności do własnego brzucha”. Przeczy temu rzeczywistość.

Religia, która pochodzi od człowieka

W pierwszym roku Soboru Watykańskiego II sędziwy kardynał Luigi Carlo Borromeo, biskup Pescaro, jeden z ojców soborowych i członek konserwatywnej grupy Coetus Internationalis Patrum, po jednej z ostrych dyskusji podczas pierwszej sesji soboru, zanotował w swoim Dzienniku (pod datą 3 grudnia 1962 rok) słowa, które wtedy mogły wydawać się złowieszczo prorocze, dziś posiadają jeszcze bardziej dramatyczną wymowę:

„Jesteśmy w pełnym modernizmie. Nie modernizmie naiwnym, otwartym, agresywnym i wojowniczym czasów Piusa X, nie. Dzisiejszy modernizm jest bardziej subtelny, pełen hipokryzji, lepiej zakamuflowany i bardziej przenikający. Nie chce stworzyć kolejnej burzy, tylko chce, aby cały Kościół stał się modernistyczny, nie zdając sobie z tego sprawy (…). Tradycja jest akceptowana również przez nowy modernizm, ale ma być oparta na Piśmie, pochodząca z Pisma i magisterium, czerpiąc ostateczne swe źródło tylko w Piśmie. Chrystus ocala siebie w modernizmie, ale nie jest Chrystusem historycznym; jest Chrystusem, którego opanowała świadomość religijna, ludzką postacią dobrze określoną i konkretną, nośnikiem doświadczeń religijnych, które nie mogłyby być wyrażone w ich bogactwie i intensywności drogą czystych racjonalnych i abstrakcyjnych pojęć. (…) W taki sposób dzisiejszy modernizm ratuje całe chrześcijaństwo, jego dogmaty i jego organizację, a przy tym całe je wypróżnia i wywraca do góry nogami. To nie jest już religia przychodząca od Boga, ale religia, która pochodzi bezpośrednio od człowieka, a pośrednio od boskości, która jest w człowieku”.

W tym kontekście szczególnie groteskowo brzmią pokrzykiwania ludzi, którzy zaklinają się, „że jako katolicy są obrońcami życia” i nie przestaną grzmieć przeciwko aktualnie rządzącym, bo to „przez nich”, „dzieci w Polsce są zabijane”. Gdyby PiS tylko przyjął ustawę zaostrzająca przepisy w kwestii aborcji krew w Polsce przestałaby się lać. Na pewno? Pomijając osobliwe wykluczenie w projekcie obywatelskim ustawy dzieci poczętych w wyniku gwałtu – choć musi to budzić pytania o intencje autorów dokumentu – ci, tak skłonni do uroczystych i nie przebierających w słowach potępień polityków, którzy obecnie sprawują władzę, zachowują się jak dzieci, które wrzeszczą do dorosłych: „Dlaczego pozwalacie ludziom grzeszyć? Zróbcie coś, zamknijcie wreszcie ich wszystkich, żeby już więcej nie grzeszyli! Jak zbudujecie dla nich wielkie więzienia i wszędzie postawicie straże, grzechu nie będzie, będzie spokój”. Taki jest efekt zamieszania w ludzkich głowach, jakie czyni z jednej strony liberalizm, z drugiej, w jeszcze większym stopniu, religijny modernizm.

W czasach tak dawnych, że na pewno nie pamiętają ich ludzie chodzący w szkołach na religię, gdzie tak wielu katechetów – nie wszyscy, zdarzają się chwalebne wyjątki! – woli z dziećmi grać, śpiewać, skakać, podsuwać im kolorowanki, zamiast mówić o Bogu, który nie jest wcale nieskończenie miłosierny, ale w sposób doskonały sprawiedliwy, za zło karze, dobro wynagradza – w Kościele słyszeliśmy prostą, przez każdego łatwą do zapamiętania naukę: złe życie, złe uczynki prowadzą do śmierci wiecznej. Istnieje śmierć dla ciała, ale nie dla duszy. Dusza idzie na Sąd Boży i po nim trafia albo do nieba, albo do czyśćca lub do piekła. Każdy kto tę naukę sobie przyswoił był w stanie zrozumieć, co to bojaźń Boża. Jeśli popełnił zbrodnię, był świadom kary, która spadnie na niego, gdy nie będzie żałował i nie zadośćuczyni za nią, nie odbędzie pokuty. Rozum pracował, ludzie myśleli. Choć grzeszyli, wiedzieli, że życie to nie zabawa.

Pogromcy obecnych władz politycznych naszego państwa z tej drugiej grupy chcą, by to właśnie państwo wymierzało sprawiedliwość – za życia – tym, którzy uważają, że aborcja powinna być dozwolona. Zapominają, że państwo nie jest już nominalnie katolickie, jak było to jeszcze przed wojną, bo Kościół po soborze zażyczył sobie, by żadna religia nie była przez państwo preferowana, by wszystkie były tak samo szanowane, bo… to jest zgodne zasadą wolności religijnej, która z kolei wynika z „wielkiej i niezbywalnej godności człowieka”. Człowiek ponad wszystkim! Redaktorzy pism katolickich, felietoniści i działacze pro life – nie wszyscy na szczęście – nie chcą o tym pamiętać. Zamiast domagać się od ludzi Kościoła, od hierarchów, by bezkompromisowo przypominali o grzechu, jako czymś nieskończenie obrażającym Boga, o karze, która na sądzie Bożym nie może być już cofnięta, znaleźli winnego całego zła: polskie państwo, obecne władze polityczne, które rzekomo „sprzyjają procederowi aborcyjnemu”. A kto, tak naprawdę, odpowiada za to, że mamy w naszym kraju dziś tak wielu prawdziwych pogan? Nie łagodnych „bezwyznaniowców”, dla których Dziesięcioro Przykazań posiadało jeszcze jakieś moralne znaczenie, ale szczerych, namiętnych pogan, którzy chlubią się tym, że zabicie człowieka to dla nich nic? Że lżenie konstytucyjnych władz państwa to nic! Wyśmiewają się z ofiar Smoleńska! Oni są gotowi rozsadzić wspólnotę etyczną, jaką nasze państwo pod obecnymi władzami pragnie stanowić. Dla nich państwo także nie jest żadnym dobrem. Jest balastem, jest czymś zbędnym.

Znamienny głos osoby z tytułem profesorskim, z wielkim nazwiskiem, humanisty, subtelnego intelektualisty, jak to się jeszcze niedawno określało, zwolennika Solidarności i Okrągłego Stołu, autora wielu głośnych książek: Jego zdaniem mamy dziś w Polsce „tyranię kłamców i głupców”, a partia rządząca jest „uosobieniem zła”. Uczony wzywa więc innych Polaków, by sprawujących władzę „po prostu przepędzić”. Minął czas rozmów, liczyć się teraz powinna „tylko siła”. Ilu nominalnych inteligentów, ludzi nauki, sztuki, teatru, filmu, literatury mówi dziś w Polsce właśnie takim językiem? Nikt już nie przestrzega – nie uczynił tego żaden z polskich biskupów – by nie ulegać uczuciom pogardy i nienawiści, by uchronić społeczeństwo od przemocy. Co mają wspólnego postawy tego rodzaju z naszą cywilizacją, z kulturą, która nas uformowała? Czy to także Prawo i Sprawiedliwość, a osobliwie prezes Kaczyński za to zjawisko odpowiada? To on i cały PiS jest winien temu rozpowszechnieniu się nienawistnych emocji? To oni stworzyli kastę ludzi, którzy pogardzają christianitas, nie chcą się identyfikować z naszą przeszłością, z naszą kulturą?

To są dwa oblicza tego samego zjawiska: skrajny egoizm i skrajna pycha. Oba posuwają się aż do apoteozowania przemocy i zbrodni – na nienarodzonych, którzy pojawili się w „nieodpowiednim momencie” i chcą zakłócić konsumpcyjny spokój ich rodziców, i na rządzących, których są winni temu, że rządzą, temu, że istnieją.

Hilaire Belloc doskonale sportretował grupę butnych pogan w Cesarstwie Rzymskim, pyszałków nie znoszących chrześcijan i pogardzających nimi. W jej cechach można odnaleźć dziś rysy tych intelektualistów, pisarzy i naukowców, z których przecież większość była entuzjastycznymi zwolennikami Solidarności i biła brawo słuchając homilii polskiego papieża! „Była to silna mniejszość wysoce inteligentnych i zdeterminowanych pogan”, pisze Belloc. „Mieli oni po swojej stronie nie tylko tradycje zamożnej klasy rządzącej, ale także ogromną większość najlepszych pisarzy i oczywiście posiadali coś, co ich wzmacniało – ludzką pamięć ich długiej dominacji nad społeczeństwem”. To oni z czysto pragmatycznych względów poparli ze wszystkich sił pierwszą wielką herezję chrześcijaństwa, arianizm, który zaczął się szerzyć w cesarskiej armii, właśnie dlatego, by osłabić znienawidzone chrześcijaństwo. Było wśród nich wielu członków starych arystokratycznych rodów, posiadaczy wielkich majątków, intelektualistów, snobów i idealistycznie nastawionych konserwatystów. Belloc podkreśla, że byli oni dumni ze swojej kultury. „Rozpamiętywali z żalem miniony prestiż pogańskich filozofów. Sądzili, że ta wielka rewolucja od pogaństwa do katolicyzmu zniszczy stare tradycje kulturalne i ich własną pozycję w kulturze”. Choć zwykli snobi byli w tych czasach podzieleni, to jednak „zawsze znajdowała się pewna ilość ludzi, którzy uważali za bardziej szykowne, bardziej na topie wyrażanie solidarności ze starymi pogańskimi tradycjami, wielkimi starymi pogańskimi rodzinami, od dawna dziedziczoną i czczoną kulturą i literaturą pogańską oraz całą resztą z tym związaną”. To coś na kształt naszych dzisiejszych oskarżycieli PiS o wszystkie możliwe zbrodnie, ludzi, którzy dawno już temu, w czasach stanu wojennego, albo i przedtem, zawarli duchowy mariaż z marksizmem i liberalizmem, lekko tylko zamaskowany przynależnością wielu z nich do Solidarności. Z tego właśnie powodu odbudowa w Polsce wspólnoty etycznej jest dla nich perspektywą nadzwyczaj niemiłą, kłopotliwą, jeśli nie duszącą moralnie i wręcz przerażającą. Obnaża pustkę, głęboki dół upokorzeń, życia w infamii, w jakim się niechybnie znajdą, jak sądzą, gdy ją zaakceptują.

Wspólnota etyczna, którą są niektóre narody to coś wyjątkowego w dziejach. Cała nasza europejska cywilizacja była zbudowana na niej. Wspólnota etyczna swoją tożsamość budująca na katolicyzmie, nigdy nie napada na innych, nie chce zguby innych. Tam gdzie jest taka wspólnota istnieje rozróżnienie dobra i zła. Co nie znaczy, że nie ma tam grzechu, ale grzechu nikt wynosi na sztandary, jak dzieje się to dziś na ulicach naszych miast w czasie publicznych manifestacji. Taka wspólnota wie, że zło to zło i że zło nie jest dobrem; jest brakiem dobra. Wspólnota etyczna kieruje się w swoich działaniach rzetelnym moralnym rozróżnieniem, które prowadzi do tego, co nazywamy roztropną troską o dobro wspólne, a co jest celem polityki państwa, które taką wspólnotą zawiaduje. I ludzie wiedzą wtedy, jakie są ich obowiązki, jakie wynikające z tych obowiązków prawa. Jak mówiła jedna z polskich pisarek z przełomu XIX i XX wieku, Maria Rodziewiczówna: „Spadek ojczyzny wziąć, wiary dochować. My żywi nic więcej nie mamy do roboty. Wiarę zachować, obowiązek spełnić, trwać i przetrwać. No i tyle! Resztę decyduje Bóg.”

Z kolei wspólnota etniczna kieruje się nie etyką, nie rozróżnieniem dobra i zła, nie roztropną troską o dobro wspólne, ale naturalizmem. Instynktami i namiętnościami. Dobre jest to, co jest dla mnie w danej chwili dobre! Dobre jest to, co służy moim interesom! Co mi się opłaca, w sensie materialnym lub prestiżowym, co schlebia mojemu ego, co podnosi moją wartość we własnych oczach, co daje mi komfort, poczucie całkowitej wolności wyborów. Tu nie mówi się nigdy o „większej sprawie”, o „dobru wspólnym”, tu mówi się co najwyżej o „wspólnym interesie” grupy, mylnie nazywając go niekiedy „interesem narodowym”. Ma on swoje czysto pragmatyczne oblicze. W imię „interesu narodowego” można eliminować słabszych – był temu bliski nawet, przez pewną część swojego życia, Roman Dmowski – i wyrzucać z kraju „obcych”. Można być okrutnym, bezlitosnym, cynicznym, można kłamać i zdradzać, szydzić z czyjejś śmierci, z czyjegoś nieszczęścia, liczyć tylko na nagą siłę i w niej upatrywać swoją przewagę i swoje zwycięstwo. Dlatego po stronie grupy etnicznej, która trudno nazwać wspólnotą, tak często spotykamy nawiązania do pierwotnego pogaństwa, do tradycji pierwotnej. I tak często – ludzi bardzo podatnych na ideologię.

Ewa Polak – Pałkiewicz

W I E L K A N O C 2018

W E S O Ł E G O A L L E L U J A !!!
Niechaj biją wszystkie dzwony,
I nie milkną zawstydzone,
Kiedy Jezus dziś zmartwychwstał
I cierniową zdjął koronę!
Płótna zwinął i porzucił,
Kamień grobu sam odwalił,
A zstąpiwszy do piekieł
Od grzechu nas ocalił.
Zbawco świata, Ty jedyny,
Nie pamiętasz naszej winy,
Ani wartych potępienia czyny!
Z radością dzisiaj do Ciebie się tulimy,
I wyznając Twoje zmartwychwstanie
Oczekujemy Twego przyjścia w chwale,
Z mocą wielką, wspaniałością wszelką,
Sprawiedliwym sądem ostatecznym…
I teraz nic już nie będzie nam straszne,
Kiedy Twoje bóstwo zajaśnieje
Jak dzisiaj, tej nocy – jedynej,
Tej Wielkiej Noc

Warszawa,kwiecień 2018
Marian RETELSKI

W I E L K A N O C 2018

W E S O Ł E G O A L L E L U J A !!!
Niechaj biją wszystkie dzwony,
I nie milkną zawstydzone,
Kiedy Jezus dziś zmartwychwstał
I cierniową zdjął koronę!
Płótna zwinął i porzucił,
Kamień grobu sam odwalił,
A zstąpiwszy do piekieł
Od grzechu nas ocalił.
Zbawco świata, Ty jedyny,
Nie pamiętasz naszej winy,
Ani wartych potępienia czyny!
Z radością dzisiaj do Ciebie się tulimy,
I wyznając Twoje zmartwychwstanie
Oczekujemy Twego przyjścia w chwale,
Z mocą wielką, wspaniałością wszelką,
Sprawiedliwym sądem ostatecznym…
I teraz nic już nie będzie nam straszne,
Kiedy Twoje bóstwo zajaśnieje
Jak dzisiaj, tej nocy – jedynej,
Tej Wielkiej Nocy

Warszawa,kwiecień 2018
Marian RETELSKI

W Wielki Czwartek rozpoczyna się Triduum Paschalne

Od Wielkiego Czwartku, który w tym roku przypada 29 marca, Kościół rozpoczyna uroczyste obchody Triduum Paschalnego, w czasie którego będzie wspominać mękę, śmierć i zmartwychwstanie Pana Naszego Jezusa Chrystusa.

Wielki Czwartek jest szczególnym świętem kapłanów. Rankiem, jeszcze przed wieczornym rozpoczęciem Triduum Paschalnego, ma miejsce szczególna Msza św. We wszystkich kościołach katedralnych biskup diecezjalny wraz z kapłanami odprawia Mszę św. Krzyżma. Podczas niej biskup święci oleje (chorych i krzyżmo), które przez cały rok służą przy udzielaniu sakramentów chrztu, święceń kapłańskich, namaszczenia chorych. Kapłani koncelebrujący ze swoim biskupem odnawiają przyrzeczenia kapłańskie.

Wieczorem w kościołach parafialnych i zakonnych Mszą Wieczerzy Pańskiej rozpoczyna się Triduum Paschalne. Po liturgii opróżnia się tabernakulum, w którym przez cały rok przechowywany jest Najświętszy Sakrament. Odtąd aż do Nocy Zmartwychwstania pozostaje ono puste. Msza św. ma charakter bardzo uroczysty. Jest dziękczynieniem za ustanowienie Eucharystii i kapłaństwa służebnego.

W liturgii podczas śpiewu hymnu “Chwała na wysokości Bogu”, którego nie było przez cały Wielki Post, biją dzwony. Po homilii ma miejsce obrzęd umywania nóg. Główny celebrans (przeważnie jest to przełożony wspólnoty – biskup, proboszcz, przeor), umywa i całuje stopy dwunastu mężczyznom. Przypomina to gest Chrystusa i wyraża prawdę, że Kościół, tak jak Chrystus, jest nie po to, żeby mu służono, lecz aby służyć. Po Mszy św. rusza procesja do tzw. ciemnicy. Tam rozpoczyna się adoracja Najświętszego Sakramentu.

Wielki Piątek

Wielki Piątek to dzień Krzyża. Po południu odprawiana jest niepowtarzalna wielkopiątkowa Liturgia Męki Pańskiej. Celebrans i asysta wchodzą w ciszy. Przed ołtarzem przez chwilę leżą krzyżem, a po modlitwie wstępnej czytane jest proroctwo o Cierpiącym Słudze Jahwe i fragment Listu do Hebrajczyków. Następnie czyta się lub śpiewa, zwykle z podziałem na role, opis Męki Pańskiej według św. Jana. Po homilii w bardzo uroczystej modlitwie wstawienniczej Kościół poleca Bogu siebie i cały świat, wyrażając w ten sposób pragnienie samego Chrystusa: aby wszyscy byli zbawieni. Szczególnie przejmujące są modlitwy o jedność chrześcijan, prośba za niewierzących i za Żydów.

Centralnym wydarzeniem liturgii wielkopiątkowej jest adoracja Krzyża. Zasłonięty fioletowym suknem Krzyż wnosi się przed ołtarz. Celebrans stopniowo odsłania ramiona Krzyża i śpiewa trzykrotnie: “Oto drzewo Krzyża, na którym zawisło zbawienie świata”, na co wierni odpowiadają: “Pójdźmy z pokłonem”. Po liturgii Krzyż zostaje w widocznym i dostępnym miejscu, tak by każdy wierny mógł go adorować. Jest on aż do Wigilii Paschalnej najważniejszym punktem w kościele. Przyklęka się przed nim, tak, jak normalnie przyklęka się przed Najświętszym Sakramentem. Po adoracji Krzyża z ciemnicy przynosi się Najświętszy Sakrament i wiernym udziela się Komunii.

Ostatnią częścią liturgii Wielkiego Piątku jest procesja do Grobu Pańskiego. Na ołtarzu umieszczonym przy Grobie lub na specjalnym tronie wystawia się Najświętszy Sakrament w monstrancji okrytej białym przejrzystym welonem – symbolem całunu, w który owinięto ciało zmarłego Chrystusa. Cały wystrój tej kaplicy ma kierować uwagę na Ciało Pańskie. W wielu kościołach przez całą noc trwa adoracja. W Wielki Piątek odprawiane są także nabożeństwa Drogi Krzyżowej. W wielu kościołach rozpoczyna się ono o godzinie 15.00, gdyż właśnie około tej godziny wedle przekazu Ewangelii Jezus zmarł na Krzyżu.

Wielka Sobota

Wielka Sobota jest dniem ciszy i oczekiwania. Dla uczniów Jezusa był to dzień największej próby. Według Tradycji apostołowie rozpierzchli się po śmierci Jezusa, a jedyną osobą, która wytrwała w wierze, była Bogurodzica. Dlatego też każda sobota jest w Kościele dniem maryjnym.

Po śmierci krzyżowej i złożeniu do grobu wspomina się zstąpienie Jezusa do otchłani. Wiele starożytnych tekstów opisuje Chrystusa, który “budzi” ze snu śmierci do nowego życia Adama i Ewę, którzy wraz z całym rodzajem ludzkim przebywali w Szeolu.

Tradycją Wielkiej Soboty jest poświęcenie pokarmów wielkanocnych: chleba – na pamiątkę tego, którym Jezus nakarmił tłumy na pustyni; mięsa – na pamiątkę baranka paschalnego, którego spożywał Jezus podczas uczty paschalnej z uczniami w Wieczerniku oraz jajek, które symbolizują nowe życie. W zwyczaju jest też masowe odwiedzanie różnych kościołów i porównywanie wystroju Grobów. Wielki Piątek i Wielka Sobota to jedyny czas w ciągu roku, kiedy Kościół nie sprawuje Mszy św.

Wielkanoc – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego

Wielkanoc zaczyna się już w sobotę po zachodzie słońca. Rozpoczyna ją liturgia światła. Na zewnątrz kościoła kapłan święci ogień, od którego następnie zapala się Paschał – wielką woskową świecę, która symbolizuje zmartwychwstałego Chrystusa. Na paschale kapłan żłobi znak krzyża, wypowiadając słowa: “Chrystus wczoraj i dziś, początek i koniec, Alfa i Omega. Do Niego należy czas i wieczność, Jemu chwała i panowanie przez wszystkie wieki wieków. Amen”. Umieszcza się tam również pięć ozdobnych czerwonych gwoździ, symbolizujących rany Chrystusa oraz aktualną datę. Następnie Paschał ten wnosi się do okrytej mrokiem świątyni, a wierni zapalają od niego swoje świece, przekazując sobie wzajemnie światło. Niezwykle wymowny jest widok rozszerzającej się jasności, która w końcu wypełnia cały kościół. Zwieńczeniem obrzędu światła jest uroczysta pieśń (Pochwała Paschału) – Exultet, która zaczyna się od słów: “Weselcie się już zastępy Aniołów w niebie! Weselcie się słudzy Boga! Niech zabrzmią dzwony głoszące zbawienie, gdy Król tak wielki odnosi zwycięstwo!”.

Dalsza część liturgii paschalnej to czytania przeplatane psalmami. Przypominają one całą historię zbawienia, poczynając od stworzenia świata, przez wyjście Izraelitów z niewoli egipskiej, proroctwa zapowiadające Mesjasza aż do Ewangelii o Zmartwychwstaniu Jezusa. Tej nocy powraca po blisko pięćdziesięciu dniach uroczysty śpiew “Alleluja”. Celebrans dokonuje poświęcenia wody, która przez cały rok będzie służyła przede wszystkim do chrztu. Czasami, na wzór pierwotnych wspólnot chrześcijańskich, w noc paschalną chrzci się katechumenów, udzielając im zarazem bierzmowania i pierwszej Komunii św. Wszyscy wierni odnawiają swoje przyrzeczenia chrzcielne wyrzekając się grzechu, Szatana i wszystkiego, co prowadzi do zła oraz wyznając wiarę w Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego.

Wigilia Paschalna kończy się Eucharystią i procesją rezurekcyjną. Procesja ta pierwotnie obchodziła cmentarz, który zwykle znajdował się w pobliżu kościoła, by oznajmić leżącym w grobach, że Chrystus zmartwychwstał i zwyciężył śmierć. Ze względów praktycznych w wielu miejscach w Polsce procesja rezurekcyjna nie odbywa się w Noc Zmartwychwstania, ale przenoszona jest na niedzielny poranek.

Oktawa Wielkiej Nocy

Ponieważ cud Zmartwychwstania jakby nie mieści się w jednym dniu, dlatego też Kościół obchodzi Oktawę Wielkiej Nocy – przez osiem dni bez przerwy wciąż powtarza się tę samą prawdę, że Chrystus Zmartwychwstał. Ostatnim dniem oktawy jest Biała Niedziela, nazywana obecnie także Niedzielą Miłosierdzia Bożego. W ten dzień w Rzymie ochrzczeni podczas Wigilii Paschalnej neofici, odziani w białe szaty podarowane im przez gminę chrześcijańską, szli w procesji do kościoła św. Pankracego, by tam uczestniczyć w Mszy św. Jan Paweł II ustanowił ten dzień świętem Miłosierdzia Bożego, którego wielką orędowniczką była św. Faustyna Kowalska.

Wielkanoc jest pierwszym i najważniejszym świętem chrześcijańskim. Apostołowie świętowali tylko Wielkanoc i każdą niedzielę, która jest właśnie pamiątką Nocy Paschalnej. Dopiero z upływem wieków zaczęły pojawiać się inne święta i okresy przygotowania aż ukształtował się obecny rok liturgiczny, który jednak przechodzi różne zmiany.

Obchody Triduum Paschalnego, choć trwają od Wielkiego Czwartku do Niedzieli Wielkanocnej, wbrew pozorom nie trwają cztery, lecz trzy dni. Jest to związane z żydowską rachubą czasu. Każde święto rozpoczyna się już poprzedniego dnia wieczorem po zachodzie słońca.

Tak więc pierwszy dzień świętego Triduum (Trzech Dni) Paschalnego rozpoczyna się od Mszy Wieczerzy Pańskiej w czwartek a kończy Liturgią Męki Pańskiej w piątek jeszcze przed wieczorem. Jest to zgodne z Ewangelią, która mówi, że Ciało Jezusa spoczęło w Grobie jeszcze przed nastaniem szabatu.

Drugi dzień to czas liturgicznej ciszy i smutku. Kościół nie sprawuje Mszy św., a Komunię św. mogą, w formie wiatyku, przyjmować jedynie umierający. Właściwie nie sprawuje się żadnych sakramentów, choć m.in. polskie doświadczenie uczy, że to czas wzmożonej posługi kapłanów sprawujących sakrament pojednania. Wieczorem kończy się “dzień żałoby”.

Rozpoczyna się trzeci dzień, w którym Chrystus zmartwychwstał. Nastaje święta Noc Zmartwychwstania, podczas której powstaje z martwych Chrystus Pan – Słońce, które nie zna zachodu. Noc Paschalna oraz cała Niedziela Wielkanocna to największe święto chrześcijańskie, pierwszy dzień tygodnia, uroczyście obchodzony w każdą niedzielę przez cały rok.

KAI