Chwała Bogu

OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Hańba i zdrada – chyba bez precedensu!

To co się wydarzyło, to jest hańba i zdrada.

Przeszły dwie ustawy, w których pierwsza dotyczyła służb specjalnych.

Grzegorz Braun zgłaszał poprawkę do pkt. 15, aby w służbach specjalnych mogły służyć osoby tylko narodowości polskiej mieszkające na terenie Polski, ale błyskawiczne głosowanie dało odrzucenie tej poprawki; jedyny głos prawdopodobnie Brauna, był za – cała reszta przeciw.

Nie mamy już w parlamencie i rządzie żadnych Polaków, bo Polak by tak nie zagłosował. Ta ustawa powoduje, że w służbach specjalnych będzie mógł służyć ktokolwiek.

Przygotowują zarząd pod to, aby przejąć Polskę, czego dowodem jest uchwalenie ustawy o prawie geologicznym i górniczym, gdzie sprzedano nasze zasoby naturalne.

Więcej informacji na ten temat w filmie Wiedza dla Wszystkich:

 

https://ewinia-nowyekran-pl.neon24.pl

 

 

Duch Święty a Jego demoniczny falsyfikat.

Duch Święty jest najbardziej tajemniczą Osobą Trójcy Świętej.

Dlatego jest wykorzystywany przez heretyków do niszczenia zdrowej i autentycznej pobożności. Działaniem tej tajemniczej Osoby Boskiej są uzasadniane w ostatnich dziesięcioleciach najbardziej nieracjonalne i szalone zmiany wiary. Jego Osobą uzasadnia się porzucanie przykazań Bożych. Jego Osobą uzasadnia się najbardziej głupie i zdradzieckie zniszczenia doktryny katolickiej, i przekonuje, że kto nie przyjmuje tych zmian, nie poddaje się działaniu Ducha Świętego. Tak się używa autorytetu Ducha Świętego, jakby mógł On wprowadzać niepokój i niszczyć jedność w Kościele, którego sam jest duszą, porządkiem i Stwórcą.

Kto nie zgadza się na rzeczy bezrozumne i nielogiczne, temu zarzuca się, że nie poddaje się działaniu Ducha Świętego, który przecież wieje kędy chce, jest nieprzewidywalny jak wtedy, kiedy tchnął w dusze Apostołów i zaczęli oni mówić we wszystkich językach świata. Jest to tak tajemnicze, że dzisiaj bełkot, który nie ma żadnej treści, jest tylko bezrozumną ekspresją szaleńców, heretyckie ruchy wpuszczone do Kościoła zrzucają na działanie tej tajemniczej Trzeciej Osoby Trójcy Świętej. Katolicy zaś, jak owce bez pasterza dają się zwodzić wilkom, głoszącym doktryny demonów.

Tymczasem sam dzień zstąpienia Ducha Świętego jest wskazówką, Kim On jest i co czyni. Najstarsze święto żydowskie, święto Paschy, było wspomnieniem dnia, w którym naród żydowski wyszedł z niewoli egipskiej. W przeddzień tego święta, w wigilię Paschy, został zamordowany Zbawiciel świata, Jezus Chrystus, uwalniając ludzkość od kary za grzechy, śmierci.

Pięćdziesiąt dni po wyjściu z Egiptu Bóg dał swojemu narodowi Dziesięć Przykazań na Górze Synaj. W tym samym dniu, w którym kilka tysięcy lat wcześniej świat otrzymał Dekalog, ta Święta Osoba Boska utworzyła mistyczne Ciało Chrystusa, mające być jedno z Bogiem Ojcem, i Synem Bożym poprzez trwanie w nauce Chrystusa.

W Tradycyjnym Rycie Rzymskim Kościół, Matka nasza, Tradycją Świętą podaje nam Słowo Boże, które mówi:

J 14:23-31

In illo témpore: Dixit Iesus discípulis suis: Si quis díligit me, sermónem meum servábit, et Pater meus díliget eum, et ad eum veniémus et mansiónem apud eum faciémus: qui non díligit me, sermónes meos non servat. Et sermónem quem audístis, non est meus: sed eius, qui misit me, Patris. Hæc locútus sum vobis, apud vos manens. Paráclitus autem Spíritus Sanctus, quem mittet Pater in nómine meo, ille vos docébit ómnia et súggeret vobis ómnia, quæcúmque díxero vobis. Pacem relínquo vobis, pacem meam do vobis: non quómodo mundus dat, ego do vobis. Non turbétur cor vestrum neque formídet. Audístis, quia ego dixi vobis: Vado et vénio ad vos. Si diligerétis me, gauderétis útique, quia vado ad Patrem: quia Pater maior me est. Et nunc dixi vobis, priúsquam fiat: ut, cum factum fúerit, credátis. Iam non multa loquar vobíscum. Venit enim princeps mundi huius, et in me non habet quidquam. Sed ut cognóscat mundus, quia díligo Patrem, et sicut mandátum dedit mihi Pater, sic fácio.

Czyli po polsku:

Onego czasu rzekł Jezus uczniom swoim: «Jeśli mnie kto miłuje, będzie przestrzegał nauki mojej i Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i przebywać u niego będziemy. Kto mnie nie miłuje, nauki mojej nie przestrzega. A nauka, którą słyszeliście, nie jest moja, ale Tego, który mnie posłał, Ojca. To wam powiedziałem, wśród was przebywając. Lecz Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w imię moje, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, cokolwiek wam powiedziałem.
Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam, nie jako daje świat, ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka. Słyszeliście, żem ja wam powiedział: odchodzę i przychodzę do was. Gdybyście mnie miłowali, zaiste radowalibyście się, że idę do Ojca. Bo Ojciec większy jest niźli ja. I teraz powiedziałem wam, zanim się to stanie, abyście, gdy się stanie, uwierzyli. Już o wielu rzeczach wam mówić nie będę. Nadchodzi bowiem książę tego świata, lecz nie ma on nic we mnie. Ale, żeby świat poznał, że miłuję Ojca i jak Ojciec mi rozkazał, tak czynię».

Pan Jezus mówił o sobie, że nie przyszedł znieść prawa ale je wypełnić. W powyższym fragmencie mówi, że nie stanowi swego prawa, ale przekazuje wolę Ojca. W dniu zesłania Ducha Świętego, w dniu powstania Kościoła mówi o Prawie, jakie Bóg ustanowił dla ludzkości.

W stare ramy prawa Bóg sam tchnął ogień miłości, umiejętności, rozumu, męstwa, roztropności, który nie był porzuceniem prawa Bożego, ale miłością wypełniającą je doskonale. I nie dlatego stare prawo przeminęło, że zostało zastąpione przez haotyczno histeryczne tchnienie nie wiadomo czego, ale dlatego, że Bóg dając Kościołowi Ducha Świętego dał nadprzyrodzone łaski mądrości nie znanej światu i nie osiągalnej dla zmysłów ani intelektu. Duch Święty, napełniając dusze Apostołów i dzieci Kościoła, dał istnienie dziełom intelektu i ducha, mistyki chrześcijańskiej, jakich świat nigdy by nie zyskał bez działania samego Boga. Duch ten przebóstwił dusze świętych Pańskich, wyniósł ich na wyżyny zrozumienia rzeczy boskich, tajemnic duchowych niemożliwych do wyobrażenia dla nikogo, kto posługuje się tylko wykształconym intelektem i wolą skierowaną ku dobremu. Duch Święty wlał w Kościół dary nadprzyrodzone. Bez tchnienia Ducha Świętego człowiek nie jest w stanie uporać się z tchórzostwem, głupotą, wadami i słabościami. Tym, który porządkuje, wypełnia miłością, obdarza nieziemską mądrością, napełnia doskonałością siedmioraką i niemożliwą do osiągnięcia naturalnymi środkami, jest właśnie Duch Święty.

Nie jest On burzycielem i chaosem, ale jest świętym porządkiem duchowym, niepojętym dla świata. Dlatego ludzie napełnieni Duchem Świętym nie są zrozumiani przez ludzi zmysłowych. Duch Święty, którego działanie nie pochodzące ze zmysłów jest niezrozumiałe dla świata, jest prześmiewczo wykrzywiony przez szatańską przewrotność do sprawcy zjawisk szaleńczych, głupich i bezrozumnych. Szatan niczego innego nie mógł wymyślić, więc nie rozumiejąc Boga, i nienawidząc Go chciał wykrzywić obraz Ducha Świętego w oczach ludzi. Chciał ich sprowadzić z drogi duchowego porządku i nadprzyrodzonej harmonii do najgłupszych, poniżających, zmysłowych, bezrozumnych zachowań i działań. Stąd upadki, chichoty, śmiechy, bełkoty, drżenia, i inne wariactwa, które dzisiaj przypisuje się działaniu Ducha Bożego. Zmiany wiary, działalność wrogów Kościoła wewnątrz struktur kościelnych niszczące doktrynę, moralność i Tradycję, także są przypisywane działaniu Ducha Świętego jako „odnowa” Kościoła.

Dlaczego szatanowi tak udało się okaleczyć wizerunek Ducha Świętego całym masom ludzi? Ponieważ człowiek posiadający Ducha Świętego nie jest zrozumiany przez ludzi świata. Ludzie świata bojąc się epidemii uciekają z kościoła aby się nie zarazić. Człowiek napełniony Duchem Świętym idzie do kościoła po sakramenty, żeby umocnić duszę i przygotować na spotkanie z Bogiem w każdej chwili.

Człowiek zmysłowy zaprze się Boga, by ocalić życie fizyczne, człowiek pełen Ducha Świętego przełamie lęk, aby Boga nawet za cenę życia nie stracić.

Postawa osoby pełnej męstwa i wiary nadprzyrodzonej nie będzie zrozumiana przez człowieka myślącego światowo. Niejeden, patrząc na wierzącego, kwalifikuje go jako szaleńca i wariata, tak też patrzyli na Apostołów ludzie im współcześni, widząc ich działania i słowa, natchnione mocą z Nieba, całkowicie niezmysłową i nie dającą się wytłumaczyć żadnym ziemskim interesem.

Żerując na tej tajemnicy, nie rozumiejąc nic z Jej świętego działania, szatan wykrzywił obraz Ducha Świętego jako mocy bezrozumnej, nielogicznej, im bardziej szalonej, tym lepiej. I taki obraz Ducha Świętego, pochodzący od herezji, szatan  przekazuje ludziom zebranym na stadionach, przewracającym się, bełkocącym, dostającym drgawek i epatującym zjawiskami sprzecznymi z rozumem, godnością i umiarkowaniem. Również pod pozorami Ducha Świętego wmawia się ludziom, że Bóg już człowieka odkupił bez wypełniania prawa Bożego a Duch Święty to tylko sprawca uzdrowień i upadków, bełkotów i dziwnych stanów świadomości.

Tak przewrotnie szatan wykoślawił piękno, wielkość i potęgę nadprzyrodzonych darów, ognia miłości, jakimi przenikał Kościół od jego powstania Duch Boży.

Kościół dzisiaj przypomina, że kto miłuje Boga, będzie wypełniał Boże przykazania, a wtedy cała Trójca Święta będzie mieszkać w ludzkiej duszy. Królestwo Boże będzie miało siedzibę w sercu człowieka, który wypełnia Boże prawo, a Duch Święty jest Tym, który uzdalnia człowieka do wypełnienia Go doskonale, w sposób nieosiągalny dla samej woli i rozumu. Duch Święty przebóstwia władze duchowe człowieka i sprawia, że człowiek staje się zdolny żyć mądrością duchową, której świat zmysłowy, podległy szatanowi, nie pojmuje.

Tak, jak św. Piotr nie rozumiał, że Chrystus po to się narodził, aby umrzeć, i złożyć ofiarę sprawiedliwości Ojca za ludzkie grzechy i tym uzyskać dla człowieka życie wieczne. Ta prawda jest dla wielu niepojęta. Gdy Piotr oburzył się, usłyszał wówczas od Zbawiciela: idź precz, szatanie!

Świat nie zrozumie tych, którzy napełnieni Duchem Świętym, są nie do odszyfrowania nawet dla najtęższych intelektów ludzi żyjących zmysłami.

Ludzie światowi usiłując coś zrozumieć, a nie idący przez wąską drogę wypełniania przykazań Bożych, choćby wzywali Ducha Świętego, pokrzykiwali na Niego, rozkazywali Mu, pozostaną ofiarą szaleństwa własnych zmysłów i pożądań, zwiedzeni przez falsyfikat Ducha Świętego, który im podstawi szatan. Bowiem nikt, kto nie oczyści się z grzechów, nie pokutuje, nie posiądzie Ducha Świętego. Ani cudzołożnik, ani sodomita, ani złodziej, ani morderca, ani wyznawca bożków, nie stanie się siedzibą Ducha Bożego, który spoczywa w sercu czystym: Święty Duch karności ujdzie przed obłudą, usunie się od niemądrych myśli, wypłoszy Go nadejście nieprawości –  jak poucza Księga Mądrości 1,5.

Początkiem mądrości Bożej jest trwanie w łasce uświęcającej, wypełnianie przykazań. Nadzwyczajne znaki działające w tłumie ludzi, którzy grzech mają za nic, z nawrócenia się śmieją, nie pokutują, są demonicznym falsyfikatem, który prowadzi na zatracenie. Duch Święty jest Duchem, który porządkował żywioły u zarania stworzenia, oddzielał światłość od ciemności, lądy od wód, i dzisiaj oddziela grzech i świętość, oczyszcza to, co brudne, umacnia co słabe, uświęca, co nieświęte, jeśli tylko człowiek przykłada wolę do tego, by okazać miłość Bogu wypełniając Boże przykazania.

Duch Święty jest Tym, który człowieka do tego uzdalnia, by nikt nie mógł powiedzieć, że nie był w stanie tego uczynić. Dlatego Duch Święty jest duszą Kościoła, miłością oczyszczającą, doskonalącą, uzdalniającą Kościół do zjednoczenia z największą Miłością, Czystością i Świętością, jaką jest sam Bóg.

Duchu Święty, bądź duszą naszych dusz!

Święta Tradycja versus ocean przeciwności.

Najświętsza Ofiara Mszy Świętej Wszechczasów.

Domykanie protektoratu

Kolejne decyzje i ruchy władz Polski potwierdzają, że w dobie nasilania się dekonstrukcji dotychczasowego ładu międzynarodowego stawiają one wszystko na bycie protektoratem Stanów Zjednoczonych – pisze Karol Kaźmierczak.

5 maja ogłoszono, że Microsoft pomoże przygotować tak zwaną Chmurę Krajową czyli ogólnie dostępną chmurę obliczeniową, która ma być dostępna dla instytucji publicznych i polskiego biznesu. Nie dziwi entuzjazm z jakim inwestycja ta została odebrana wśród prorządowych komentatorów, ale nawet ci nie podzielający entuzjazmu wobec obozu Prawa i Sprawiedliwości nie dostrzegają geopolitycznej wagi tej decyzji.

W komentarzach użytkowników portali społecznościowych przebijał ekonomizm, próby podsumowania zawartego z Microsoftem porozumienia przez proste podliczenie sumy zainwestowanych dolarów.

A przecież inwestycja ta niesie bardzo znaczące skutki polityczne. Obejmuje ona zaawansowane technologicznie narzędzie, od którego zależeć będzie dalszy rozwój sektora cyfrowego w Polsce, mechanizm, który będzie akumulował olbrzymie ilości danych Polaków i tworzonych przez nich struktur.

Jak silne jest dążenie władz USA i ich służb specjalnych do masowego pozyskiwania i wykorzystywania danych cudzoziemców wykazał już kilka lat temu Edward Snowden. Trudno przypuszczać aby i tym razem amerykańskie specsłużby nie skorzystały z drzwi już nie uchylonych lecz szeroko otwartych. Jednak, w kontekście dotychczasowej polityki obozu PiS, decyzja o wyborze wykonawcy tak ważnego a zarazem dotyczącego wrażliwej sfery projektu ma znaczny ciężar geopolityczny.

Przekazanie Microsoftowi głównej roli w organizowaniu Chmury Krajowej to kolejny element realizacji koncepcji Polski jako protektoratu USA. Polski całkowicie uzależniającej swoje bezpieczeństwo i politykę zagraniczną od gwarancji i preferencji Waszyngtonu. Współgra on z zeszłorocznym odwołaniem w Warszawie przez wiceprezydenta USA Mike’a Pence’a planów polskiego rządu w zakresie opodatkowania gigantów cyfrowych oraz z podpisaniem deklaracji w sprawie tworzenia sieci 5G o antychińskim ostrzu. Podpisanie umowy z Microsoftem nastąpiło zresztą wkrótce po opublikowaniu przez Wessa Mitchella artykule „Chiny liczą na Europę Środkową”.

Reprymenda zza oceanu

Prominentny przedstawiciel amerykańskiej elity, były wicesekretarz stanu ds. Europy i Eurazji napisał ten tekst dla The American Interest, dwutygodnika łączącego w sferze politycznego centrum głównonurtowych zwolenników demokratów i republikanów. Wyraził w nim dezaprobatę dla tego, że „przez lata” państwa z Europy Środkowej „przyjmowały chińskie inwestycje, podpisywały umowy z państwowymi koncernami chińskimi i brały gwarantowane przez Pekin pożyczki”.

Jako cel swojej krytyki Mitchell wymienił z nazwy kraje Grupy Wyszehradzkiej w tym Polskę, a także Serbię i Czarnogórę. Ocenił nawet, że „niektórzy” przywódcy z naszego regionu uznali już chiński system „autokratyczny” za wzór do wdrażania we własnych państwach, w czym mogą pobrzmiewać nuty kampanii propagandowej jaką od lat zachodni liberałowie prowadzą przeciwko Viktorowi Orbánowi.

Mitchell napisał wręcz, że USA i Unia Europejską musza „równoważyć” wpływy Chin w Europie Środkowej, wśród tutejszych „prochińskich krajów”. „USA i UE muszą wysłać mocne, skoordynowane sygnały państwom, które pogłębiają swoją zależność gospodarczą od Chin, umożliwiając de facto kolonizację technologiczną i naśladują styl rządów Pekinu, że nie będą postrzegane jako wiarygodne” – ostrzegł amerykański polityk.

Wezwał przy tym do zwiększenia inwestycji w naszym regionie nie tylko Amerykanów ale Unię Europejską, wyraźnie oczekując, że także państwa zachodnioeuropejskie będą nadal wpisywać się w strategię Stanów Zjednoczony. Mitchell napisał te słowa mimo, że chińskie inwestycje w przypadku Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji czy Włoch są w każdym z tych państw kilkukrotnie większe niż w całej Grupie Wyszehradzkiej.

Z samego środka głównego nurtu amerykańskiej elity, z portalu pisma Foreign Affairs wybrzmiała z kolei krytyka Polski ze stanowiska ideologicznego. Autorka polskiego pochodzenia oskarżyła obóz PiS o demontowanie demokracji, ograniczanie praw jednostki w tekście o wymownym tytule Demokratyczna pauza w ogarniętej pandemią Polsce. „Zagrożenie dla polskiej demokracji jest oczywiste” – zawyrokowała Marta Figlerowicz. Wskazuje to wyraźnie, że amerykańskie elity nadal zamierzają legitymizować swoje wpływy poprzez przyjmowanie roli globalnego strażnika liberalnej demokracji i praw człowieka.

Oczywiście system liberalny ze swojej natury jest o wiele mniej szczelny, o wiele bardziej podatny na wpływy z zewnątrz, toteż ideologia jest w tym przypadku zarówno uzasadnieniem jak i środkiem dla wpływania na inne państwa. Do tego ideologicznego dyskursu będzie się odwoływał i będzie się nią posługiwał także obóz republikanów. Przecież właśnie w te tony uderzyła Georgette Mosbacher, kiedy obsztorcowała media państwowe za ostre materiały krytyczne pod adresem polskojęzycznej amerykańskiej telewizji TVN, oczywiście pod hasłem „wolności słowa”.

Kilka lat temu nieżyjący już senator John McCain nazywał Viktora Orbána „faszystowskim dyktatorem”, a Donald Trump używa agendy „praw osób LGBT” do ataków na Iran. Ambasada USA w Warszawie nie omieszkała zresztą 17 maja podkreślić znaczenia „Dnia Przeciw Homofobii, Transfobii i Bifobii”.

Na wojnę z Chinami

Tymczasem władze Polski po raz kolejny, tym razem ustami ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza, ogłosiły, że jadą przypięte do dyszla rydwanu polityki amerykańskiej dokładnie tam gdzie wskazuje Donald Trump – na pole bitwy z Chińczykami. Wrześniowa deklaracja Pence’a-Morawieckiego w sprawie 5G była bowiem po prostu deklaracją uprzywilejowania Amerykanów na naszym polskim podwórku.

Słowa Czaputowicza dla amerykańskiego think-tanku o „wyzwaniu”, jakie, według niego, ChRL ma stanowić dla całego „Zachodu”, muszą zostać odebrane w Pekinie, jako sygnał wchodzenia Polski w rolę europejskiego naganiacza w amerykańskim polowaniu z nagonką – jako sygnał, że to Polska staje się jednym z głównych narzędzi amerykańskiego wpływu na Unię Europejską w działaniach mających na celu nastawienia całego europejskiego bloku przeciw Chinom.

Wystąpienie Czaputowicza niepokoi tym bardziej, że wybrzmiało przy akompaniamencie nasilonej orkiestry państwowych i prorządowych środków masowego przekazu grających już wprost na nutę antychińskiej propagandy, dochodzącej aż do stwierdzeń Antoniego Macierewicza o „broni biologicznej” jaką może być według niego nowy koronawirus. Macierewiczowi do wyrażenia takich spekulacji wystarczyło to, że „pan prezydent Donald Trump wprost niedawno tak właśnie zdiagnozował obecną sytuację, wskazując na Chiny jako państwo odpowiedzialne za ten biologiczny atak”.

TVP Info czy Polskie Radio bez żadnego zażenowania prezentują jako miarodajną ocenę Chin i ich polityki wywiady z amerykańskimi politykami, analitykami, publicystami, jak w przypadku Steve’a Bannona, któremu głosu udzielił Michał Rachoń. Nie byłoby w tym nic niepokojącego gdyby w takiej samej proporcji pojawiali się w polskich mediach (zwanych publicznymi) przedstawiciele elit politycznych czy intelektualnych ChRL.

Jednak u nas tylko „Rzeczpospolita” śmie drukować artykuły chińskiego ambasadora co i tak jest przyczyną do stawiania jej redakcji dzikich zarzutów. Praktyka polskich mediów czyni z nas intelektualną i informacyjną kolonię USA, a może tylko odzwierciedla dawno już ukształtowaną kolonialną mentalność opiniotwórczej elity.

Głównym problemem jest właśnie owa łatwość z jaką Amerykanie grają pożądane przez siebie melodie uderzając w klawisze wszystkich naszych kompleksów. Pełne podporządkowanie polityki państwa polskiego nie wymaga, jak sądzę, od Waszyngtonu zbyt skomplikowanej gry operacyjnej służb specjalnych, rozwinięcia szczególnie intensywnej wojny informacyjnej, czy też budowania zależności ekonomicznych.

Oczywiście wszystkie te elementy występują, także ten pierwszy, o czym przypomina nam nominacja obywatela USA o dziwnej biografii – Richarda Greya na stanowiska wiceministra spraw zagranicznych RP. A jednak Amerykanie kotwiczą swoje przemożne wpływy w Polsce przede wszystkim w stabilnym dnie jakie stanowi mentalność Polaków. W mentalności tej kompleks niższości wobec zmitologizowanego „Zachodu” rekompensowany jest kompleksem wyższości wobec wszystkiego co kojarzy się ze „Wschodem” i pogardą bądź ignorowaniem wszystkiego co niezachodnie.

Kompleks ten, który jest specyficzną formą kompleksu kolonialnego, ma oczywiście głębokie korzenie historyczne i zasługuje na osobne i obszerne rozważania, ale jest szczególnie silny w pokoleniu rządzącym obecnie Polską a wywodzącym się z peerelowskiej opozycji. Dla generacji tej wyrwanie się ze „Wschodu” na „Zachód” i „gonienie” tego ostatniego pozostaje podstawowym imperatywem funkcjonowania Polaków.

USA coraz bardziej w tyle

Mapy mentalne postsolidarnościowych elit nadal są mapami amerykańsko-radzieckiej „zimnej wojny”. Na mapie tej USA pozostają krajem „miodem i mlekiem płynącym”, wzorcem cywilizacyjnym, imperium dobra, życzliwym panem. Ta figura była fałszywa już w czasach „zimnej wojny” o czym wiele mogliby powiedzieć mieszkańcy Ameryki Łacińskiej dotkliwie odczuwający na swojej skórze „opiekę” Amerykanów w ich własnej strefie wpływów. Co gorsza te mapy są jeszcze mniej przydatne dla opisania świata współczesnego. Pandemia koronawirusa unaoczniła bowiem, ze trudno już traktować USA jako cywilizacyjnego przodownika.

Prawie 30 proc. wszystkich zakażeń koronawirues i ponad 28 proc. zgonów spowodowanych przez COVID-19 na świecie przypada na USA. Centralny kraj globalnego kapitalizmu, błyskający nam w oczy swoją innowacyjnością w niektórych dziedzinach usługowych, w kwestii podstawowego dobra publicznego jakim jest zdrowie obywateli okazał się bliższy państwom trzeciego świata niż światowej czołówce.

To widzimy dziś najwyraźniej. Jednak ochrona zdrowia publicznego nie jest jedyną płaszczyzną, na której USA zaczynają pozostawać coraz bardziej w tyle za najbardziej rozwiniętymi państwami świata. Zbigniew Brzeziński zauważył już w 1997 r. na kartach „Wielkiej szachownicy”, że Stany Zjednoczone są zacofane pod względem szeroko rozumianej infrastruktury, szczególnie transportowej, a amerykańskie społeczeństwo, na skutek kiepskiego systemu powszechnej edukacji publicznej, jest wyraźnie bardziej ignoranckie od społeczeństw innych najbardziej rozwiniętych państw.

Brzeziński zauważa, że amerykańskiej elicie coraz trudniej będzie legitymizować globalną politykę mocarstwową, mogącą wszak wymagać od społeczeństwa pewnych wyrzeczeń, jeśli nie będzie ono niczego wiedzieć o otaczającym świecie, a co gorsza nawet nie będzie nim zainteresowane. Jak pouczał ojciec geopolityki, Friedrich Ratzel, politycy mogą wdrażać wielkie wizje geostrategiczne wraz z narodami, które mają jakieś Raumsin – „poczucie przestrzeni”.

Uwagi te można odnieść do wcześniejszej pracy Brzezińskiego – „Plan gry”. W książce tej, wydanej w 1986 r., Brzeziński nazwał Związek Radziecki mocarstwem „jednowymiarowym” twierdząc, iż jego wpływy miały opierać się wyłącznie na sile militarnej. Było to oczywiste uproszczenie o propagandowym wymiarze. Popularne także w Polsce, w której ciągle słabo przebija się wiedza o atrakcyjności ideologicznej marksizmu w różnych proporcjach mieszanej ze swoistym nacjonalizmem w państwach postkolonialnej Afryki czy wspomnianej Ameryki Łacińskiej jako strategii emancypacyjnej.

Uproszczeniem byłoby także sprowadzać dziś wpływy Waszyngtonu na świecie do potęgi jego zbrojnego ramienia. Coraz wyraźniej widać jednak, że właśnie sfera militarna pozostaje tą na której w USA ciągle wszystko działa dobrze, bo też otrzymuje ona coraz większy priorytet w polityce amerykańskich elit. Można się więc spodziewać, że hard power będzie odgrywać coraz większą rolę w utrzymywaniu amerykańskich wpływów.

Amerykanie nie muszą szczególnie dyscyplinować. Polska w czasach rządów Prawa i Sprawiedliwości w pełni podporządkowuje się interesom i agendzie politycznej Waszyngtonu.

Czas zadać pytanie do czego może doprowadzić nas taka polityka, w czasach wyraźnie zaostrzającej się sytuacji międzynarodowej i właściwie trwającej już kolejnej „zimnej wojny”, jaka tym razem toczy się między USA i Chinami. Jak ostre formy przybiera, niech świadczy fakt, że w administracji Trumpa mówi się już o zaprzestaniu regulowania długów wobec Chińczyków wynikających z nabycia przez nich amerykańskich papierów skarbowych. W latach 1940-1941 r. rządy USA, by powstrzymać wzrost Japonii zastosowały wobec niej coraz ostrzejsze i rozleglejsze formy sankcji handlowych i finansowych. Szybko doprowadziły one wprost do wojny.

Chiny wracają na swoje miejsce

Tymczasem Chiny są dla Amerykanów wyzwaniem nieporównywalnym z żadnym z dotychczasowych przeciwników – kajserowską II Rzeszą, III Rzeszą Hitlera czy Związkiem Radzieckim. Chińska Republika Ludowa dokonała bowiem największego skoku cywilizacyjnego w dziejach, przewyższając tempo i rozmiary awansu jakie USA osiągnęły w drugiej połowie XIX w. i na początku wieku XX, gdy zbudowały podstawy swojej supermocarstwowości.

W latach 1978-2019 ChRL osiągnęła 65-krotny wzrost PKB, stając się w 2010 r. drugą gospodarką świata pod względem wartości nominalnej, a pod względem parytetu siły nabywczej przeganiając gospodarkę amerykańską już w 2014 r. W latach 1993-2019 jej bank centralny zwiększył swoje rezerwy z 18 miliardów do 3 bilionów dolarów. Chiny przestały być odbiorcą cudzych inwestycji i zacofaną gospodarką. W 2016 r. to Chińczycy zainwestowali na całym świecie 200 mld dol. co stanowiło 11 proc. wartości wszystkich zagranicznych inwestycji na świecie. Z tego 35 mld dol. chińskich inwestycji przypadło na Unię Europejską, podczas gdy wartość inwestycji wszystkich państw UE w ChRL wyniosła wówczas 7,7 mld. dol.

Natomiast udział produktów wyższych technologii w chińskim eksporcie wzrósł w latach 2000-2014 z 9,4 proc. do 48,5 proc. Na Chiny przypada już zresztą znacznie większa część światowej produkcji przemysłowej niż na USA, a to ma kluczowe znaczenie rozwoju technologicznego. Bo to właśnie rozbudowane części łańcuchów produkcyjnych umożliwiają i kształtowanie szerokich kadr i praktyczne przygotowywanie wielu innowacji.

Rozbudowany system monitorowania społecznego dostarcza Chińczykom ilości danych niedostępnych w żadnym innym kraju, co pozwala im na uzyskanie przewagi w pracach na sztuczną inteligencją. Cały proces chińskiego awansu choć bezprecedensowy w swojej szybkości i skali nie ustanawia jednak przecież – w historycznym wymiarze – nowego układu sił. „Państwo Środka” wraca na swoje miejsce. Według szacunków, jeszcze w 2020 r. na Chiny przypadło 33 proc. światowego PKB. Kryzys pandemiczny chińska gospodarka przeszła lepiej, co wiązało się ze znacząco lepszym zarządzaniem kryzysowym.

Pod względem siły militarnej parytet wydaje się być zdecydowanie na korzyść USA. W zeszłym roku poziom ich wydatków wojskowych sięgnął 732 mld dol. podczas gdy ChRL 261 mld. dol. Gdyby jednak ująć te wydatki w postaci parytetu siły nabywczej, bo przecież Chińczycy ogromną większość dóbr na potrzeby armii wytwarzają u siebie, wtedy ten dystans okaże się znacznie mniejszy.

W wymiarze geopolitycznym Chińczycy nie muszą się zresztą ścigać, nie muszą mieć tyle samo lotniskowców czy tyle sam tak nowoczesnych samolotów wielozadaniowych co Amerykanie. Chiny wygrają już w sytuacji, w której zakwestionują kontrolę USA na przybrzeżnymi akwenami Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej oraz strategicznymi cieśninami takimi jak Malakka. Wysepki usypane na Morzu Południowochińskim, znaczne liczby produkowanych łodzi podwodnych, ogromna flota rybacka działająca niczym zwiad chińskiej marynarki wojennej, szybki rozwój wojsk rakietowych – to znacznie tańsze środki rywalizacji na kluczowym teatrze, jakimi mogą posłużyć się Chińczycy, którzy już osiągają sukcesy w regionie.

W 2015 r. roku Korea Południowa zamiast przyszykowanego przez administrację Baracka Obamy Partnerstwa Pacyficznego wykluczającego ChRL wybrała umowę o wolnym handlu z tą ostatnią.

Pod władzą Rodrigo Duterte niegdysiejszy ważny sojusznik Waszyngtonu – Filipiny zbliżył się do Pekinu tak, że Chińczycy rozgościli się na mieliźnie Scarborough.

ChRL występuje więc w tym wielkim konflikcie niczym partyzant, który musi zakwestionować kontrolę przeciwnika tylko nad jednym obszarem. USA natomiast by uchronić swój obecny status muszą bronić swoich wpływów w każdym zakątku globu i to w sytuacji, gdy już znajdują się w stanie „imperialnego przeciągnięcia”, które objawia się coraz bardziej wyśrubowanymi normami eksploatacji lotniskowców czy zarządzaną w latach 2013-2015 sekwestracją wydatków wojskowych. A przecież amerykańska gospodarka właśnie wpada w kryzys najcięższy od lat 30 XX wieku.

Zresztą także i w tym przypadku ostatecznie najbardziej liczy się kultura. Amerykańskie społeczeństwo po prostu uległo dekadencji. Sygnalizują nam to wyniki badania socjologicznego przeprowadzonego przy okazji 50 rocznicy lądowania człowieka na Księżycu przez pracownię Harris Poll wśród 3 tys. dzieci w wieku 8-12 lat z Chin, Wielkiej Brytanii i USA. Wśród młodych mieszkańców USA i Brytyjczyków wymarzoną karierą życia było zostanie popularnym vlogerem. Najrzadziej spośród pięciu kategorii zachodnie dzieci wybierały rolę astronauty. U małych Chińczyków było odwrotnie.

Smok w środku Europy

W wymiarze globalnym hegemonia USA już upada, a to oznacza, że także ich pozycja w naszym regionie będzie coraz słabsza. Europa Środkowowschodnia to dla USA trzeciorzędny teatr strategiczny – po Dalekim i Bliskim Wschodzie. Tymczasem zawiązywanie „sojuszu strategicznego” USA i Polski oznacza dwa procesy. Po pierwsze buduje go obóz polityczny, który ma nadzieję uczynić z protektoratu USA podstawę dla ofensywnej polityki wschodniej. Obóz PiS przyjmuje ten protektorat po to, aby móc realizować politykę odpychania Rosji w całej Europie Wschodniej… na rachunek siły USA, co w perspektywie ich „imperialnego przeciągnięcia” stawia nas w niebezpiecznej sytuacji.

W sposób czytelny uderzamy w rosyjskie interesy poza naszym państwem i sprawiamy wrażenie, że chcemy uderzyć jeszcze bardziej, tymczasem w którymś momencie może za nami zabraknąć „Wielkiego Brata” zza oceanu. Na tym etapie globalnej gry Amerykanie jeszcze dociskają Rosję, uderzają w nią by ją zdyscyplinować i zaprząc w rydwan swojej polityki antychińskiej. „Wypuszczają” obóz PiS do takiej antyrosyjskiej polityki, sugerują, że taka polityka jest dowodem ich lojalności, która może zostać nagrodzona. Tym samym model ten wytwarza bardzo niebezpieczną dynamikę.

Warto zastanowić się czy Chiny nie są dla Polski partnerem lepszym niż USA, oczywiście w przypadku większego zaangażowania się Pekinu w naszym regionie. Równoważenie siły Rosji potęgą USA ma bowiem w naszym regionie obecnie wymiar konfrontacyjny. Jest w nie stale wpisana możliwość eskalacji. Eskalacji, której główne koszty poniesie będąca jej ewentualną areną Polską.

Natomiast w sytuacji, gdy obniża się poziom konfrontacji między USA i Rosją, co jak napisałem może być w interesie obu podmiotów, znika też sama wartość protektoratu USA dla naszych relacji z Rosją. Natomiast równoważenie Rosji przez zaangażowanie Chin może być i skuteczniejsze, i mniej ryzykowne. Chiny są bowiem kooperantem Rosji i to już w roli senior-partnera. To Rosja jest coraz bardziej zależna do Pekinu.

Oznacza to więc, że Pekin może wpływać i moderować politykę rosyjską metodami innymi niż otwarta konfrontacja. Próbkę takiej polityki dają nam relacje ChRL z Białorusią. Chińczycy są w tym kraju na razie umiarkowanie zaangażowani finansowo (choć proporcjonalnie i tak bardziej niż w Polsce), a jednak w szczycie konfliktu o ceny surowców z Rosją w grudniu zeszłego roku, gdy perspektywa była dla Łukaszenki szczególnie niekorzystna, co czyniło go tym podatniejszym na rosyjskie naciski, to właśnie Pekin wydzielił mu w ekspresowym trybie kredytu o wysokości 500 mln dol. Co ważne to właśnie we współpracy z Chińczykami, białoruski przemysł zbrojeniowy opracował swoje własne wyrzutnie rakiet ziemia-ziemia Polonez o zasięgu do 300 km. I to wbrew niechęci Moskwy. Chiński smok pojawił się zatem w środku Europy.

Chińczycy mają już potencjał inwestycyjny większy niż Amerykanie. Ci ostatni, jak do tej pory, nie przedstawili żadnej propozycji, która by nadała stosunkom ekonomicznym z nimi faktycznie pierwszorzędny charakter. Gospodarka USA opiera się na morzu, a Polska, położona właściwie nad jeziorem jakim w punktu widzenia strategii jest Bałtyk, państwem morskim nie jest.

Nie sądzę by Amerykanie w ramach pewnego już przenoszenia łańcuchów produkcji z Chin umiejscowili je akurat w Polsce. Nie ma po temu wyraźnych impulsów ze strony elity politycznej w tym kierunku. Po drugie nawet gdyby takie impulsy się pojawiły politycy w Waszyngtonie mają znacznie mniejszy wpływ na strumień kapitału amerykańskiego niż Pekin na inwestycje chińskie.

Amerykańskie koncerny przez lata, wbrew oczywistym interesom państwowych Stanów Zjednoczonych nakręcały chiński wzrost gospodarczy i dzieliły się z Chińczykami technologią. Także i tym razem amerykański biznes będzie wybierał szybkie zyski, a więc niskie koszty. Wybierać będzie raczej państwa Ameryki Łacińskiej lub te państwa Azji Południowowschodniej, które wybiorą sprzeciw wobec Chin, jak Wietnam. Koszty pracy będą tam znacząco niższe.

Szansą dla Polski mógłby być projekt Pasa i drogi, choć na razie Chińczycy ciągle nie nadali mu rangi i wartości jaką zapowiadał Xi Jinping. Jeśli jednak projekt zostanie zrealizowany na wielką skalę, może ominąć Polskę co będzie oznaczać wielką porażkę rozwojową.

Niedawno pociąg z Chin po raz kolejny ominął Polską kończąc swój bieg w Kaliningradzie, gdzie kontenery trafiły na statki i właśnie nimi przesłano je dalej na zachód. Jeśli chcemy być amerykańskim kordonem dzielącym Eurazję to koszt tego może być znaczący. Już obecnie, mające trzykrotnie mniejszą gospodarkę Węgry przyjęły czterokrotnie więcej chińskich inwestycji.

Po pierwsze kultura

Na poziomie metapolitycznym uzależnienie od USA będzie miało konsekwencje kulturowe. Wpływy tego mocarstwa niemal zawsze, przynajmniej w Europie, legitymizują się ideologią liberalną. Sam system liberalny, czyli utrzymywania wysokiego poziomu rozbicia i konfliktu politycznego w ramach narodów, podziałów i alienacji społecznej jest mechanizmem utrzymywania wpływów politycznych i gospodarczych.

Legitymizacja ta obejmuje całość agendy współczesnego, postmodernistycznego liberalizmu przejawiającego się na płaszczyźnie etyki życia społecznego podważaniem tradycyjnych ról społecznych (a nawet biologicznego statusu płci) oraz tradycyjnego modelu rodziny.

Mówiąc symbolicznie – żadne państwo wasalne USA nie może sobie pozwolić na polityczną i prawną likwidację na przykład ruchu LGBT. To przejawia się zresztą na płaszczyźnie soft power. Żadne europejskie państwo pozostające w bliskich relacjach z USA nie może oprzeć się wpływom na tym poziomie, bo nie jest w stanie podejmować, w razie potrzeby, kroków prawno-instytucjonalnych na rzecz ograniczania możliwości oddziaływanie kinematografii, innej produkcji audiowizualnej, portalów społecznościowych, „kampanii społecznych” amerykańskich koncernów w ramach systemu liberalnego.

Mało tego, to amerykańskie korporacje rozciągają swoją „jurysdykcję” nad obywatelami Polski, czego jaskrawym przykładem jest chociażby regulowania życia społecznego i debaty publicznej milionów Polaków przez amerykańskie portale społecznościowe, prowadzące cenzurę motywowaną liberalną ideologią.

Ujmując więc sprawę najbardziej długofalowo i na najważniejszej cywilizacyjnej płaszczyźnie, utwierdzenie Polski w roli wasala USA oznacza stworzenie warunków dla kulturowej liberalizacji, dekonstrukcji pozostałych jeszcze elementów tradycyjnej kultury.

Karol Kaźmierczak
https://kresy.pl/

Dystans społeczny w kościołach. Czyli epidemiczna teoria względności

W czasie epidemii trzeba zachowywać bezpieczny dystans. To każdy jakoś rozumie. Problem w tym, że wydawane rozporządzenia mijają się z logiką, a społeczeństwo otrzymuje od władz sprzeczne sygnały. Oto bowiem inne są „bezpieczne odległości” w sklepach, w przestrzeni publicznej, podczas szkolnych egzaminów czy w barach i kawiarniach, a inne w kościołach, w których – bez podania logicznych wyjaśnień – stosowane są najdalej idące ograniczenia! Co więcej, teraz okazuje się, że mowa tu nie o nakazach a zaleceniach… których nieprzestrzeganie może jednak niektórych słono kosztować. Ot, epidemiczna teoria względności w pełnej krasie.

Od początku epidemii koronawirusa wierni z niejasnych przyczyn traktowani są tak, jak gdyby kościoły były najbardziej wrażliwym ogniwem na epidemicznej mapie kraju. Wprowadzane tam kolejne restrykcje uderzały w praktyki religijne. Do tego stopnia, że w praktyce pozbawiono nas możliwości uczestniczenia w najważniejszych dla katolików obrzędach Wielkiego Tygodnia i Wielkanocy.

Wytyczne rządowe w praktyce: Na tej samej przykładowej powierzchni w szkole może przebywać DZIEWIĘCIORO uczniów, lecz w kościele wpuszczono by tylko CZWORO!

 

Tak oto z limitu 5 osób w kościele, przeszliśmy na przelicznik 15m kwadratowych na osobę, a następnie do 10m kwadratowych na osobę – i wielkie znaczenie miała tu aktywność wiernych świeckich, którzy poprzez platformę protestuj.pl w ramach akcji My chcemy Boga upominali się u premiera o swoje prawa.

Jednak sytuacja wiernych z czasem co do zasady się nie zmieniała. Bowiem na etapie „odmrażania gospodarki” kościoły nadal pozostały na „czarnej liście”, a narzucone limity wiernych nijak się mają do teorii o zasadzie zachowania bezpiecznego dystansu liczonego – a to jako 2m, a to znów jako 1,5m.

Jak jest obecnie? Oto w kościołach może przebywać liczba wiernych ustalona wedle przelicznika: 1 osoba na 10m kwadratowych – w maseczkach! Niewiele ma to wspólnego z „bezpiecznym dystansem” – no, ale może ktoś uzasadni, że to pomieszczenia zamknięte, więc obowiązują inne zasady? Nic bardziej mylnego. Okazuje się bowiem, że są takie pomieszczenia, do których wirus – wedle rządowej logiki – przedostaje się jakby mniej śmiało. To kawiarnie, bary oraz szkoły!

Na sprawę zwracaliśmy uwagę już wcześniej w tekście: „Ława szkolna bezpieczniejsza od kościelnej? Absurd!”, prezentując precyzyjne wyliczenia.

Obecnie z kawiarni możemy korzystać (już od 18 maja). Należy jednak przestrzegać zasady, by na jedną osobę goszcząca się w lokalu przypadły nie mniej niż 4m kwadratowe. Równocześnie stoliki mają być oddalone od siebie o najmniej 2m, a klienci przy nich zasiadający nie mniej niż 1,5m (wyjątkiem są tu osoby wspólnie zamieszkujące). Klienci mają przyjść do lokalu w maseczkach, które mogą ściągnąć po zajęciu miejsca przy stoliku.

Rys. Wytyczne dotyczące zasad funkcjonowania lokali gastronomicznych

 

Podobnie jest w szkołach szykujących się na egzaminy ósmoklasistów i matury. Oto wedle ministerialnych wytycznych, uczniowie po zajęciu swoich miejsc nie muszą korzystać ani z rękawiczek ochronnych, ani maseczek. Organizator egzaminów w szkole ma zadbać tylko o to, by odległości pomiędzy uczniami wynosiły nie mniej 1,5m (w każdym kierunku).

Rys. Wytyczne MEN dot. przeprowadzania egzaminów

Ponadto wiemy, że od 25 maja do szkół mogą wrócić najmłodsi uczniowie. Wedle wydanych wytycznych minimalna przestrzeń do zajęć dla uczniów w sali nie może być mniejsza niż 4m kwadratowe na 1 osobę (uczniów i nauczycieli). Ponadto w sali odległości pomiędzy stanowiskami dla uczniów powinny wynosić min. 1,5m, a w każdej ławce może siedzieć tylko jeden uczeń…

Jakie te wytyczne mają przełożenie na praktykę? Okazuje się, że na przykładowej powierzchni umiejscowionej w szkole, w czasie egzaminu, bez maseczek może przebywać DZIEWIĘCIORO uczniów. Gdyby ci sami uczniowie chcieli pójść do kościoła o takiej samej powierzchni co sala egzaminacyjna – wpuszczono by tylko CZWORO z nich, do tego nie mogliby zdjąć maseczek (za wyjątkiem przyjęcia Komunii Świętej).

Rys. Dopuszczalna liczba wiernych w kościele na tle innych sfer życia publicznego

(wizualizacja w przybliżeniu)

Niestety nikt – jak dotąd – nie uzasadnił w sposób logiczny obowiązujących różnic w nakładanych epidemicznych „standardach”. Co więcej, w ostatnich dniach media obiegły zdjęcia premiera Mateusza Morawieckiego, który spotkał się ze współpracownikami w restauracji łamiąc wcześniej ogłoszone przez niego samego zasady dystansu. Jak z tego wytłumaczył się szef rządu? – Te pewne odległości są zalecane, ale nie są nakazywane i w taki sposób do tego oczywiście podeszliśmy – wytłumaczył Morawiecki. Przeczytaj więcej TUTAJ.

Czy oznacza to, że wszystkie restrykcje nałożone w czasie koronawirusa na kościoły można było traktować jako formę zalecenia, a nie nakazu? Na jakiej zatem podstawie nakładane były mandaty dla proboszczów, którzy po „uprzejmym donosie” płacili wysokie kary?

Warto przypomnieć tezę jaką w rozmowie z PCh24.pl podkreślił mec. Jerzy Kwaśniewski, prezes Instytutu Ordo Iuris wskazując, że ograniczenia nakładane na życie religijne Polaków nie mają nic wspólnego z działaniem racjonalnym i proporcjonalnym do ograniczeń wdrażanych w innych sferach życia. „To efekt czystego populizmu władzy, która świadomie wybrała taką odpowiedź na narastającą falę poszukiwania kozła ofiarnego dla sfrustrowanej epidemią opinii publicznej. Tym populistycznym kozłem ofiarnym stały kościoły i praktyki religijne” – mówił. Całą rozmowę można przeczytać TUTAJ.

I trudno się tu nie zgodzić. Niewiadomą pozostaje to – z jednej strony – jak wielkie duchowe spustoszenie spowodowały ograniczenia – z drugiej zaś – jaki rachunek przyjdzie zapłacić rządzącym za traktowanie wiernych w kategoriach groźnego „roznośnika” zarazy.

Marcin Austyn

Marian44 – dodam od siebie, że dziwi mnie taki dziwoląg językowy, powszechnie używany w tym kontekście,jakim jest zachowanie „dystansu społecznego”,zamiast poprawnego moim zdaniem pojecia – dystansu sanitarnego.
Tylko na tym przykładzie widzimy /choć pewnie znalazłoby się więcej/z jakimi dyletantami, którzy próbują urządzać nasze życie, mamy teraz do czynienia.

Wirus Rewolucji – Piotr Doerre

Tętniące niegdyś życiem centra handlowe świecą pustkami. Zamknięte kawiarnie, restauracje i zakłady usługowe. Szkoły bez uczniów, biura bez pracowników. I to, co dla katolika jest szczególnie dojmującym znakiem tego czasu – niemal zupełnie puste kościoły. Na wyludnionych ulicach samochody policyjne, z których megafonów płyną nieustannie wezwania: Zostańcie w domach, nie wychodźcie na zewnątrz, trwa epidemia.

Być może w chwili, kiedy czytają Państwo te słowa, obrazy jak z katastroficznego filmu są już tylko wspomnieniem. Być może życie wraca już do normy, bo władze naszego państwa zdecydowały, że największe zagrożenie już minęło i można już zakończyć przymusową kwarantannę milionów obywateli. Ale na razie – w chwili pisania tych słów – niemal cały świat stoi w miejscu i wstrzymuje oddech.

W miejscach, gdzie zawsze panował tłok i gwar, dziś jest pusto i cicho. Kamienna płyta placu Świętego Piotra, wygrzewająca się w blasku słońca późnego kwietniowego popołudnia, na której nie widać ani jednego pielgrzyma, ani jednego turysty. Wall Street – główna ulica nowojorskiego imperium pieniądza niemal całkowicie wyludniona. Tu i ówdzie przemykają pośpiesznie spłoszeni pojedynczy przechodnie.

Permanentny dystans społeczny

A przecież media donoszą, że to dopiero początek. Ekonomiści oceniają, że grozi nam tąpnięcie gospodarcze porównywalne tylko z wielkim kryzysem lat dwudziestych XX wieku, a być może jeszcze gorsze. Inni wieszczą wiszące nad światem zagrożenie totalnej destabilizacji, spowodowanej przerwaniem łańcuchów dostaw, a nawet więcej – globalny konflikt, który miałaby spowodować eskalacja napiętych stosunków między mocarstwami walczącymi o dominację na Ziemi.

Nawet gdyby następstwa epidemii nie miały być aż tak dramatyczne, wszyscy mamy świadomość, że dokonują się na naszych oczach przyspieszone procesy, które zmienią sposób życia milionów mieszkańców naszego globu. Radykalnym restrykcjom wprowadzonym przez władze poszczególnych państw, których wspólnym mianownikiem jest tak zwany dystans społeczny, próbuje się bowiem odebrać charakter tymczasowy i przekonać społeczeństwa, że można, a nawet trzeba tak żyć. World Health Organisation, która stara się pełnić rolę czegoś na kształt światowego ministerstwa zdrowia, zapowiada, że nawet jeśli choroba tymczasowo zostanie uznana za pokonaną, to z pewnością powróci, więc tylko wynalezienie i upowszechnienie szczepionki na nią może zapewnić ludzkości względne bezpieczeństwo. Ale nawet ono nie sprawi, że wszystko powróci do status quo ante, bo przecież mogą nadejść kolejne pandemie, stąd konieczne jest utrzymywanie stanu „podwyższonej gotowości” właściwie bez przerwy. Nie można, ot tak, wyjść sobie z kwarantanny – powtarzają eksperci WHO. Wszystko wskazuje więc na to, że przyjdzie nam żyć w świecie permanentnej walki z epidemią.

Cui bono?

Tak się dziwnie złożyło, że kiedy cały świat rozpędzony w swojej gonitwie za pieniądzem i sukcesem, stanął nagle w miejscu jak pociąg, w którym ktoś szarpnął za hamulec awaryjny, uaktywnili się wszyscy ci, których programem jest odwieczny postulat rewolucyjnego procesu napędzanego egalitarnym obłędem – sformatowanie ludzkości na nowo. Nic tak bowiem nie sprzyja zmianom prawno-instytucjonalnym i ekonomicznym, a zwłaszcza przekształceniom w zakresie stylu życia i mentalności wielkich mas ludzkich, jak wielkie wojny i wielkie kataklizmy.

Szczególnie ewidentny wydaje się sens depopulacyjny tej epidemii. Jeśli bowiem istnieje bardzo wpływowe lobby, które od lat snuje plany kilku lub nawet kilkunastokrotnego zmniejszenia populacji ludzkości na Ziemi i z powodzeniem wykorzystuje do realizacji tego celu powszechne promowanie z jednej strony totalnej seksualizacji odrywającej płciowość od prokreacji przy równoczesnym upowszechnieniu tak zwanych praw reprodukcyjnych (czyli aborcji), z drugiej zaś eutanazję, to nic nie idzie mu w sukurs bardziej niż epidemia tego wirusa.

Więcej – zachowuje się on tak, jakby wręcz został przez chińskich specjalistów od broni biologicznej (bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że wirus „wymknął się” z laboratorium w Wuhan) uszyty na zamówienie tegoż lobby. Nie dość, że dokonuje swoistej eutanazji – eliminując osoby starsze i słabe, to jeszcze atakuje męskie narządy rozrodcze, powodując bezpłodność. Jeśli dodamy do tego fakt, że w prace nad szczepionką, której działaniem ubocznym może być na przykład zmniejszenie płodności osób zaszczepionych, zaangażowany ma być miliarder Bill Gates – jeden z najwybitniejszych przedstawicieli depopulacyjnej partii – kompletna teoria spiskowa gotowa.

Ale współczesna rewolucja ma również drugą (też związaną z depopulacją) twarz, którą jest radykalny ekologizm. Jego zwolennicy, którym udało się uzyskać wpływ na organizacje międzynarodowe i największe światowe korporacje, sformułowali program zrównoważonego rozwoju, de facto będący programem zahamowania rozwoju gospodarczego na świecie i upowszechnienia biedy. Czyż koronawirus nie idzie w sukurs tym, którzy zmierzają do ograniczenia produkcji i aktywności gospodarczej człowieka? Już teraz ekolodzy cieszą się, że efektem ubocznym (a może zakładanym?) epidemii jest czyste powietrze w najbardziej uprzemysłowionych regionach świata, które – z racji swojego doskonałego skomunikowania ze światem i gęstości zaludnienia – stały się obszarami najbardziej dotkniętymi przez wirusa.

Taki sposób myślenia – co szczególnie skandaliczne – przejawiają również katoliccy „postępowcy”, jak ojciec Benedykt Mayaki, jezuita, który w artykule na łamach „Vatican News” wyraża radość z faktu, że zmiana zachowania milionów ludzi spowodowana pandemią przynosi wielkie korzyści przyrodzie. Co więcej, sugeruje on, że zaraza jest sposobem, w jaki Ziemia leczy się sama, redukując ludzką aktywność.

Pod obserwacją

Epidemia koronawirusa jest przy tym doskonałą okazją do pacyfikacji krajów, środowisk czy nawet osób, które uwierały światową Rewolucję jak kamień w bucie. Ograniczenie kontaktów, patrole na ulicach, zwiększająca się inwigilacja, skupienie ludzi na zaspokajaniu podstawowych potrzeb własnych i bliskich – wszystko to sprawia, że kurczy się pole działania dla „wrogów systemu”. Wszelka aktywność przenosi się do internetu, który przecież – jak pokazuje zarówno przykład chiński, jak i działania światowych gigantów internetowych, takich jak Google i Facebook – może zostać poddany ścisłej kontroli i reglamentacji treści. Już dziś mówi się o tak zwanej infodemii, czyli rozpowszechnianiu fałszywych informacji na temat pandemii, i wzywa się do jej penalizacji.

Wzorem dla całego świata ma się stać chińskie rozwiązanie cyfrowego monitoringu osób zakażonych, ściśle wszak związane z systemem inwigilacji, który komunistyczne władze Państwa Środka rozwinęły na niespotykaną dotąd skalę, bardzo szybko zresztą znajdując entuzjastycznych naśladowców, nie tylko w rządzonej przez postkagiebowską klikę Rosji, ale i „dojrzałych demokracjach Zachodu”, jak Wielka Brytania.

Czy jakikolwiek nowoczesny rząd wolny jest od pokusy rozszerzania swych uprawnień i rozwijania mechanizmów kontroli społeczeństwa? A przecież w sytuacji zagrożenia zdrowia i życia ludzie chętnie godzą się na odbieranie im praw i wolności, byleby zyskać szansę na przetrwanie.

Zarządzanie strachem

Choć egalitarna Rewolucja światowa każdego dnia postępuje do przodu, jej funkcjonariusze już od lat, od czasu bankructwa oświeceniowej wiary w postęp ludzkości, nie potrafią wygenerować dostatecznie mocnych emocji społecznych, które porwałyby masy i zaangażowały je w budowanie kolejnego Nowego Wspaniałego Świata. Niczym nie udaje się zastąpić nadziei na lepsze jutro, którą oferowały dawne utopie. Trochę lepiej wychodzi kreowanie żywiołowej nienawiści do wrogów całej postępowej ludzkości, ale i ono nie wytrzymuje próby standardów ustanowionych przez totalitaryzmy XX wieku.

Pozostaje więc strach. Dawny lęk przed wojną nuklearną czy terroryzmem zastępują strachy nowe: katastrofa ekologiczna, kryzys gospodarczy, epidemia. Jeśli bliżej się nad tym zastanowić, to właśnie strach przed zarazą wydaje się optymalny dla osiągnięcia celów egalitarnych ideologów.

Po pierwsze bowiem, jest on dość powszechny. Ludzie panicznie boją się już nie tylko śmierci, ale nawet samej choroby. Może dlatego, że zaufali rozmaitym kuglarzom pokroju Harariego, że rozwój nauki i biotechnologii sprawi, iż będą jak bogowie, których atrybutem jest życie wieczne? Może dlatego, że nie wierzą już w życie pozagrobowe, nie tylko w formie, o której naucza ortodoksyjna nauka katolicka, ale i w żadnej innej? Może dlatego, że jako jedyną perspektywę mając wygodne i dostatnie, pełne przyjemności życie, oddają się prawdziwemu kultowi zdrowia i kondycji fizycznej?

Po drugie, strach przed zarazą powoduje osławiony social distance, który jest niczym innym, jak wstępem do alienacji i atomizacji społecznej, wydającej bezbronne jednostki na pastwę tych, którzy sprawują realną władzę (i wcale niekoniecznie musi chodzić o władze polityczne). Wreszcie – z powyższych powodów – prowadzi do depresji, desperacji i rozpaczy. Wówczas łatwo można ulec psychomanipulacji, uwierzyć w każdy program społeczno-polityczny i podporządkować się każdemu systemowi.

Jak się przed tym obronić? Jedne są tylko auxilia, do których można się zwrócić o pomoc. Panie, Ostojo moja i Twierdzo, mój Wybawicielu, Boże mój, Opoko moja, na którą się chronię, Tarczo moja, Mocy zbawienia mego i moja Obrono! (Ps 18, 2) Do człowieka, który naprawdę zaufa Bożej Opatrzności, paraliżujący lęk nie ma przystępu. Bo, jak mówi nasz Wieszcz w pięknej pieśni konfederatów barskich: Bóg jest ucieczką i obroną naszą! Póki on z nami całe piekła pękną! Ani ogniste smoki nas ustraszą, Ani ulękną.

Piotr Doerre 

Artykuł został opublikowany w 74. numerze magazynu Polonia Christiana

Kabała, czyli nauka ezoteryczna

”Żydowska Kabała jest zbiorem ezoterycznych nauk mających na celu wyjaśnienie związku między Bogiem, niezmiennym, wiecznym i tajemniczym Ein Sof („Nieskończonym ”) [Bogiem przed stworzeniem światów], a śmiertelnym i skończonym wszechświatem (stworzeniem Bożym).” *8

Kabała opiera się na przekonaniu, że Bóg stworzył świat poprzez język mówiony, łącząc liczbę z literą i ze słowem. Wyraża się to w podstawowym tekście Kabały, Sepher Yetzirah lub w języku angielskim, w Księdze Formacji, która w pierwszym akapicie, w odniesieniu do Boga tworzącego świat, stwierdza, że „stworzył swój Wszechświat trzema formami wyrazu: Liczby, Litery i Słowa”. To przekonanie o stworzeniu z Księgi Formacji jest zgodne z początkiem Pisma Świętego, które rozpoczyna się od Księgi Rodzaju, gdzie Bóg przemawia świat do istnienia w ciągu sześciu ponumerowanych dni, zanim odpocznie w siódmym dniu i uczyni go świętym.” *9

„Po podboju Jerozolimy dla Kościoła katolickiego, templariusze uzyskali dostęp do mądrości Kabały i przekazali wiedzę Kościołowi w Europie, po czym wiedza kabalistyczna rozprzestrzeniła się pośród szlachty/arystokracji.  Stąd wywodzi się określenie „kabała” [cabal] termin wywodzący się z Kabały [kabbalah]. Według definicji „kabała”[cabal] (w polskim znaczeniu „klika”  czy „koteria”), to tajna polityczna klika lub frakcja.

Kabała jest wiedzą, która od początku miała być utrzymywana w tajemnicy, i historycznie była wyłączna dla tych, którzy są powszechnie określani jako elity, jak faraonowie, królowie, królowe, papieże, a ostatnio także premierzy i prezydenci. W książce Donalda Trumpa, „The Way to the Top”, na stronie 188, napisano, że jego nauczyciel kabały, Eitan Yardeni, dał mu najbardziej pamiętną mądrość, jaką kiedykolwiek otrzymał.” *10

Wolnomularze i inne tajemne stowarzyszenia uznawane za spadkobierców templariuszy, są badaczami Biblii, zwłaszcza Tory, a większość ich wiedzy opiera się na Kabale, jak przyznają znani członkowie i autorzy najważniejszych ksiąg bractwa, tacy jak Albert Pike i Manly P. Hall, obaj masoni 33 stopnia, co jest najwyższym zaszczytem szkockiego rytuału masonerii. Tajne stowarzyszenia mają ogromny wpływ na losy świata i z pewnością miały wpływ na ukształtowanie alfabetu angielskiego, który w dniu dzisiejszym składa się z 26 liter, podczas gdy w przeszłości miał 20-30 liter. One także zadecydowały o ostatecznej treści znanego w dzisiejszej dobie tłumaczenia Biblii na język angielski.

 

Geometria języka

Jedną z tajemnic Kabały jest wiedza o gematrii, czyli „geometrii języka”, która polega na tworzeniu kodu poprzez przypisywanie liczb poszczególnym literom, dzięki czemu wtajemniczeni mogą odcyfrować wiadomość w danym tekście, która dla niewtajemniczonych jest niewidoczna.

Istnieje wiele rodzajów gematrii, w wielu kodach i językach. W jezyku angielskim znane byly 2 systemy kodowe. Kilka lat temu, Amerykanin Zachary Hubbard odkrył i rozszyfrował 2 dodatkowe systemy kodowe w tym języku, których kombinacje są używane na codzień przez możnych tego świata  i przekazywane przez polityków, media, korporacje, przemysł rozrywkowy, wydarzenia sportowe, a jednak nieznane i niezrozumiałe dla mas, nawet posługujących się językiem angielskim na codzień.

Jest rzeczą logiczną, że potajemnie działająca klika, wierząca w stworzenie świata przez powołanie go do życia przez słowo Boże, klika, która pragnie zdobyć absolutną kontrolę nad światem i wszystkimi jego stworzeniami na czele z ludzkością – jednym słowem, przypisuje sobie atrybuty boskości, będzie również używała kodu gematrii – połączenia słów, liter i liczb do sterowania ludzkością w sposób dla niej niewiadomy.

Język angielski jest uniwersalnym językiem używanym przez architektów. „Nowego Porządku Światowego”, czyli tyranii nazwanej przez Biblię „Synagogą Szatana”. Stąd właśnie przysposobienie alfabetu angielskiego na potrzeby gematrii i zastosowanie gematrii w języku angielskim do codziennego sterowania masami ludzkimi na całym świecie,w sposob widoczny wyłącznie dla wtajemniczonych.

„Jeśli nauczysz się czytać, co naprawdę oznacza treść [medialnych] nagłówków, do czego jest konieczna znajomość kodu – przedstawienie kukiełkowe jest zawsze wyraźnie widoczne. Bez kodu, rzeczy mogą stać się mętne i mylące, ale tak właśnie chcą tyrani. Wyobraź sobie, jak to jest dla niewtajemniczonej osoby; pewnego dnia Trump jest pierwszym żydowskim prezydentem, następnego dnia reklamuje Mein Kampf. Celem nieustannych gier mediów jest spowodowanie mętliku i zawrotu głowy odbiorców. Pamiętaj, że zawsze łatwiej jest kontrolować ludzi, którzy się boją i są zdezorientowani, co jest taktyką prosto z 1984 roku George’a Orwella. Według słów Orwella „Wojna jest pokojem. Wolność jest niewolnictwem. Ignorancja jest siłą.” *11

 

9 Av (8.11.2019)

Zachary Hubbard, który dzień w dzień śledzi nagłówki anglojęzyczne, od września zeszłego roku wskazuje na datę 11 sierpnia 2019 roku, która zazwyczaj w języku angielskim jest pisana jak 8/11. Z upływem czasu, coraz więcej osób wskazuje na tę datę, która może mieć doniosłe znaczenie i wiązać się kolejną tragedią, jakiej doświadczy świat. Wydarzenia z przeszłości, liczby, cyfry, słowa, wersety biblijne i numery z nimi powiązane ( jak np. strzelanina w dwóch meczetach w Nowej Zelandii, jednoczesny pożar dwóch świątyń – Al-Aqsa, jednego z najważniejszych meczetow i katedry Notre Dame, czy groźby ISIS w mediach społecznościowych o atakach na Londyn, Nowy Jork i San Francisco oraz inne zapowiedzi w mediach i filmach, wskazują na dwa miasta: San Francisco i Jeruzalem, choć być może także Londyn i Nowy Jork, a także na ewentualne powiązanie ze słynnym mostem „Golden Gate” w San Francisco, noszącym taką samą nazwę, jak „Złota Brama” w starożytnym Jeruzalem, przez ktorą kiedyś ponoć przeszedł Jezus.

Żydzi wierzą, że ich Wielki Mesjasz wkroczy do Jeruzalem przez Złotą Bramę. Brama ta została zamurowana przez muzułmanów, aby zapobiec wkroczenia fałszywego mesjasza ( Antychrysta), bo muzułmanie wierzą, że największym mesjaszem wszechczasów był Chrystus.

Niektórzy syjoniści twierdzą, że Kopuła na Skale, czyli meczet Al-Aqsa, trzecie z najważniejszych miejsc kultu muzułmanów, powstało na miejscu zburzonych swiątyń jerozolimskich  i oficjalnie domagają się jego zburzenia.

”Kopuła na Skale (arab. قبة الصخرة Qubbat al-Sakhrah, hebrajski: כיפת הסלע Kippat ha-Sela) to islamska świątynia na Wzgórzu Świątynnym na Starym Mieście w Jerozolimie.” *12 Zburzenie tej świątyni muzułmańskiej musiałoby więc poprzedzić zbudowanie III Świątyni Jerozolimskiej, którejś wzniesienie ma poprzedzić nadejście mesjasza.

Co może się wydarzyć? Mogłoby to być zburzenie tej lub innej świątyni, czy jakieś jeszcze inne dramatyczne wydarzenie, jeszcze bardziej antagonizujace róźne grupy ludzi na całym świecie i będące następnym klockiem pociągającymi za sobą upadek światowego domina. Według przepowiedni biblijnych, szereg tragicznych wydarzeń ma poprzedzić zbudowanie  Trzeciej Świątyni, a następnie nadejście wyczekiwanego przez żydów mesjasza. Nowy Porządek Światowy według jego psychopatycznych architektów, ma się wydobyć z chaosu, a więc z powszechnych nieszczęść, zamętu, bólu, cierpienia i rozpaczy.

Jako ciekawostka, patent na HAARP, uznany jako broń „meteoroligiczna”, która może wywołać trzęsienie ziemi, został zatwierdzony 11 sierpnia 1987 roku, a Al-Kaida, której bardziej radykalnym odłamem jest ISIS, powstała ponoć 11 sierpnia 1988 roku.

No cóź, pożyjemy, zobaczymy, czy te wszystkie litery i cyfry będą miały ze sobą bardziej złowrogie powiązanie. Oby tak się nie stało.

W obliczu poważnego kryzysu. Apel do Kościoła i świata

Nie pozwólmy, aby pod pretekstem wirusa wymazane zostały wieki cywilizacji chrześcijańskiej, wprowadzając nienawistną, technologiczną tyranię, w której ludzie bezimienni i bez twarzy mogą decydować o losach świata, sprowadzając nas do wymiaru rzeczywistości wirtualnej – piszą duchowni, w tym hierarchowie, i świeccy występujący z powszechnym apelem zainspirowanym sytuacją na świecie.

W obliczu poważnego kryzysu. Apel do Kościoła i świata

Publikujemy całość apelu.

 Veritas liberabit vos („Prawda was wyzwoli”) J 8, 32

W obliczu poważnego kryzysu, my, Duszpasterze Kościoła Katolickiego, na mocy udzielonego nam mandatu, uważamy za naszą świętą powinność skierowanie Apelu do naszych Współbraci w Episkopacie, do Kleru, Zakonników, świętego Narodu Bożego i do wszystkich ludzi dobrej woli. Nasz Apel został podpisany także przez intelektualistów, lekarzy, adwokatów, dziennikarzy i przedsiębiorców, którzy zgadzają się z jego treścią, i może być podpisany przez wszystkich, którzy zechcą się do niego przyłączyć.

Fakty wykazały, że pod pretekstem epidemii COVID-19 w wielu przypadkach zostały naruszone niezbywalne prawa obywateli przez ograniczanie w sposób nieproporcjonalny i nieuzasadniony ich podstawowej wolności, w tym również korzystania ze swobody kultu, wypowiedzi oraz przemieszczania się. Zdrowie publiczne nie powinno i nie może stać się usprawiedliwieniem dla deptania praw milionów osób na całym świecie, nie mówiąc już o zwolnieniu władz cywilnych z obowiązku podejmowania działań dyktowanych mądrością i mających na celu wspólne dobro; jest to tym prawdziwsze, im większe są wątpliwości rodzące się u wielu w odniesieniu do rzeczywistego ryzyka zakażenia, niebezpieczeństwa i odporności na wirus. Wiele światowej sławy autorytetów z dziedziny nauki i medycyny potwierdza, że alarm podniesiony przez media w związku z COVID-19 nie wydaje się w pełni uzasadniony.

Na podstawie oficjalnych danych dotyczących wpływu epidemii na liczbę zgonów mamy powody, by sądzić, że istnieją siły, które mają interes w wywoływaniu paniki wśród ludności wyłącznie celem trwałego narzucenia niedopuszczalnych form ograniczania wolności, kontroli osób i śledzenia ich ruchów. Te nieliberalne tryby narzucania są niepokojącym preludium do powstania Rządu Światowego wymykającego się spod wszelkiej kontroli.

Wierzymy też, że w niektórych sytuacjach przyjęte środki ograniczania, w tym zamknięcie działalności handlowej, spowodowały kryzys, który pociągnął na dno całe sektory gospodarki, sprzyjając ingerencji sił zewnętrznych i skutkując poważnymi konsekwencjami społecznymi i politycznymi. Te formy inżynierii społecznej muszą zostać powstrzymane przez tych, na których spoczywa odpowiedzialność rządowa, przez podjęcie środków mających na celu ochronę swoich obywateli, których reprezentują i w interesie których są wysoce zobowiązani do podejmowania działań. Powinniśmy także pomagać rodzinie, komórce społecznej, unikając nierozsądnego karania osób słabych i starszych przez zmuszanie ich do bolesnej izolacji od najbliższych. Kryminalizacja relacji osobistych i społecznych winna być ponadto uważana za niedopuszczalną część planu tych, którzy promują izolowanie jednostek, aby łatwiej je kontrolować i nimi manipulować.

Prosimy środowisko naukowe o czujność, aby terapie wykorzystywane w leczeniu COVID-19 były promowane uczciwie dla wspólnego dobra z dołożeniem wszelkich starań, dla zapobieżenia sytuacji, w której niegodziwe interesy mogłyby wpłynąć na decyzje rządzących i organów międzynarodowych. Nierozsądne jest potępianie środków zaradczych, które okazały się skuteczne i często niedrogie, tylko dlatego, by uprzywilejować formy leczenia lub szczepionki, które nie są równie dobre, lecz gwarantują firmom farmaceutycznym znacznie większe zyski, a tym samym zwiększają wydatki publicznej służby zdrowia. Przypominamy też, jako Duszpasterze, że przyjmowanie przez katolików szczepionek, w których stosowany jest materiał pochodzący od dzieci nienarodzonych poddanych aborcji, jest niedopuszczalne z moralnego punktu widzenia.

Zwracamy się również do Rządzących o zachowanie czujności, by uniknąć stosowania najbardziej rygorystycznych form kontroli ludności – czy to w postaci systemów śledzenia, czy też jakichkolwiek innych form namierzania lokalizacji. Walka z COVID-19, jakkolwiek poważna, nie może być pretekstem do tego, by wtórować niejasnym intencjom podmiotów ponadnarodowych, które mają w tym projekcie potężny interes handlowy i polityczny. W szczególności obywatelom należy zapewnić możliwość odrzucenia takich ograniczeń wolności osobistej, bez nakładania jakichkolwiek kar na osoby, które nie zamierzają skorzystać ze szczepionek, metod śledzenia i wszelkich innych środków o analogicznym charakterze. Warto przyjrzeć się również rażącej sprzeczności działań tych, którzy przez swą politykę dążą do drastycznego zmniejszenia liczby ludności, a jednocześnie przedstawiają się jako zbawiciele ludzkości, nie mając przy tym żadnych politycznych czy społecznych uprawnień. Na koniec, odpowiedzialność polityczna przedstawicieli ludu nie może być absolutnie oddana w ręce techników, którzy wręcz domagają się zwolnienia ich z odpowiedzialności karnej w formie, krótko mówiąc, niepokojącej.

Apelujemy gorąco do mediów o aktywne angażowanie się w prawidłowy przekaz informacyjny, który nie będzie karać odmiennych poglądów przez uciekanie się do form cenzury, co powszechnie ma miejsce w mediach społecznościowych, prasie i telewizji. Prawidłowy przekaz informacji wymaga zapewnienia miejsca tym, których głos odbiega od powszechnie przyjętej opinii, pozwalając obywatelom na świadomą ocenę rzeczywistości, wolną od silnego wpływu działań innych. Demokratyczna i uczciwa konfrontacja jest najlepszym antidotum na ryzyko narzucenia podstępnych form dyktatury, przypuszczalnie gorszych niż te, których w niedawnej przeszłości nasze społeczeństwo było świadkiem powstania i upadku.

Wreszcie, jako Duszpasterze, na których ciąży odpowiedzialność za Dzieci Chrystusa, przypominamy, że Kościół stanowczo domaga się swej autonomii w rządzeniu, w kulcie i w głoszeniu kazań. Owe autonomia i wolność to przyrodzone prawa, których Jezus Chrystus udzielił Kościołowi do realizacji jego celów. Z tego powodu, jako Duszpasterze, stanowczo domagamy się prawa do samodzielnego podejmowania decyzji w kwestii odprawiania Mszy Świętej i udzielania Sakramentów, podobnie jak żądamy pełnej autonomii w sprawach podlegających naszej bezpośredniej jurysdykcji, takich jak, tytułem przykładu, normy liturgiczne oraz sposoby sprawowania Komunii i Sakramentów. Niezależnie od powodów państwo nie ma prawa ingerować w suwerenność Kościoła. Współpraca Władzy Kościelnej, nigdy nie negowana, nie może być uwikłana przez władzę cywilną w jakiekolwiek formy zakazywania lub ograniczania kultu publicznego lub posługi kapłańskiej. Prawa Boga i wiernych są najwyższym prawem Kościoła, z którego on nie zamierza ani nie może zrezygnować. Prosimy o zniesienie ograniczeń w sprawowaniu funkcji publicznych.

Prosimy osoby dobrej woli, aby nie rezygnowały ze spoczywającego na nich obowiązku współpracy na rzecz wspólnego dobra – każdego wedle swego stanu i możliwości oraz w duchu braterskiego miłosierdzia. Współpraca ta, pożądana przez Kościół, nie może jednak oddalić się od poszanowania Prawa naturalnego ani od zapewnienia jednostkom wolności. Ciążące na obywatelach obowiązki cywilne wiążą się z uznaniem ich praw przez państwo.

Wszyscy jesteśmy wezwani do oceny obecnych faktów zgodnie z nauką głoszoną przez Ewangelię. Wymaga to dokonania wyboru: albo z Chrystusem, albo przeciwko Chrystusowi. Nie pozwólmy dać się onieśmielić czy zastraszyć przez kogoś, kto wmawia nam, że jesteśmy mniejszością: Dobro jest powszechniejsze i potężniejsze niż to, w co świat chce, byśmy uwierzyli. Walczymy z niewidzialnym wrogiem, który rozdziela obywateli, separuje dzieci od rodziców, wnuki od dziadków, wiernych od ich duszpasterzy, uczniów od nauczycieli, klientów od sprzedawców. Nie pozwólmy, aby pod pretekstem wirusa zostały wymazane wieki cywilizacji chrześcijańskiej, wprowadzając nienawistną technologiczną tyranię, w której ludzie bezimienni i bez twarzy mogą decydować o losach świata, sprowadzając nas do wymiaru rzeczywistości wirtualnej. Jeśli to jest plan, do którego zamierzają nas skłonić możni tej ziemi, niechaj wiedzą, że Jezus Chrystus, Król i Pan Historii, obiecał, że „bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 16, 18).

Powierzamy Rządzących oraz wszystkich tych, którzy rządzą losami narodów, Wszechmogącemu Bogu, aby ich oświecał i prowadził w tych momentach wielkiego kryzysu. Niech pamiętają, że tak jak Pan będzie sądził nas, Duszpasterzy, za powierzone nam stado, tak będzie sądził Rządzących za lud, którego mają obowiązek bronić i nim rządzić.

Módlmy się z wiarą do Pana, aby chronił Kościół i świat. Niech Najświętsza Dziewica, Wspomożycielka Chrześcijan, zmiażdży głowę starodawnego Węża i zniweczy plany dzieci żyjących w ciemności.

8 maj 2020

Matki Bożej Różańcowej w Pompejach

Sygnatariusze:

DUCHOWNI:

Carlo Maria Viganò, arcybiskup, nuncjusz apostolski
kard. Gerhard Ludwig Müller, były prefekt Kongregacji Nauki Wiary
kard. Joseph Zen Ze-kiun, emerytowany biskup Hong Kongu
kard. Janis Pujats, emerytowany arcybiskup Rygi
Luigi Negri, emerytowany arcybiskup Ferrara-Comacchio

Joseph Strickland, biskup Tyler w Teksasie
Tomasz Peta, arcybiskup Astany
Athanasius Schneider, biskup pomocniczy Astany
Jan Paweł Lenga, emerytowany arcybiskup Karagandy
Rene Henry Gracida, emerytowany biskup Corpus Christi
Andreas Laun, emerytowany biskup pomocniczy Salzburga
o. Serafino Lanzetta, teolog
o. Alfredo Maria Morselli, teolog
o. Curzio Nitoglia, teolog

DZIENNIKARZE, REDAKTORZY, PISARZE:

Dr Aldo Maria Valli, dziennikarz
Dr Magdi Cristiano Allam, pisarz
Dr Giulio Meotti, dziennikarz
Dr Marco Tosatti, dziennikarz
Claudio Messora, dyrektor Byoblu.com
Dr Robert Moynihan, pisarz, dziennikarz
Jeanne Smits, dziennikarz
Dr Olivier Figueras, dziennikarz
Dr Cesare Sacchetti, dziennikarz
Prof. Giorgio Nicolini, dyrektor Tele Maria
Michael J. Matt, redaktor The Remnant
John-Henry Westen, współzałożyciel, redaktor naczelny LifeSiteNews.com
Vittoria Alliata di Villafranca, dziennikarz i pisarz
Maria Guarini, redaktor
Prof. Francesco Lamendola
António Carlos de Azeredo, redaktor
José Narciso Pinto Soares, doradca redakcyjny
Dr Massimo Rodolfi
Riccardo Zenobi, pisarz
Danilo Quinto, pisarz
Olivier Valette, pisarz

LEKARZE, IMMUNOLODZY, WIRUSOLODZY, BADACZE:

Dr Stefano Montanari, dyrektor naukowy laboratorium nanodiagnostyki w Modenie
Dr Antonietta Gatti, kierownik badań w laboratorium nanodiagnostyki w Modenie
Prof. Alessandro Meluzzi, psychiatra
Dr Anna Rita Iannetti, lekarz, PNEI, medycyna biointegrowana
Dr Fabrizio Giudici, chirurg urazowy
Dr Rosa Maria Roccaforte, kardiolog
Dr Silvana De Mari, lekarz
Dr Maria Grazia Sordi, psycholog
Dr Roberto Marrocchesi, dietetyk
Dr Mario Sinisi
Dr Antonio Marcantonio

PRAWNICY:
Dr Angelo Giorgianni, sędzia
João Freire de Andrade, prawoznawca
prawnik Francesco Fontana
prawnik Luigi Valenzise
prawnik Fabio Candalino
prawnik Luca Di Fazio
prawnik Massimo Meridio
Dr Gianni T. Battisti, prawnik
prawnik Piero Peracchio
prawnik Paola Bragazzi
prawnik Luís Freire de Andrade
prawnik Heitor A. Buchaul
prawnik Maître Olivier Bonnet

WYKŁADOWCY, NAUCZYCIELE I AKADEMICY
Hon. Prof. Vittorio Sgarbi, krytyk sztuki, eseista
Prof. Matteo D’Amico
Prof.ssa Mafalda Miranda Barbosa
Prof. Francesca Maimone
Prof. Martino Mora, filozof
Prof. Massimo Viglione, historyk i eseista
Prof. Elisabetta Sala, nauczyciel i pisarz
Dr Ing. Alessandro Peracchio
Dr Luca Scantamburlo
Prof. Rosa Maria Bellarmino
Steven Mosher, przewodniczący Population Research Institute
Prof. Emeterio Ferrés Arrospide, Uniwersytet w Coimbrze
Prof. Ibsen Noronha
Prof. ing. Amadeu Teixeira Fernandes, Uniwersytet w Georgetown
Dr José Filipe Sepúlveda da Fonseca
Dr Alfonso Martone, CNR Italy
Dr Luís Ferrand d’Almeida
Ing. Roberto Imparato

STOWARZYSZENIA:
Stowarzyszenie Atman – przewodnicząca Manuela Baccin
Stowarzyszenie Riprendiamoci Il Pianeta – przewodnicząca Magda Piacentini
Movimento 3V – Vaccini Vogliamo Verità – sekretarz Luca Teodori
Stowarzyszenie Libera Scelta – przewodnicząca Alessandra Bocchi
Iustitia in Veritate  – dyrektorzy
Stowarzyszenie Una Vox – przewodniczący Calogero Cammarata
Comitato Famiglia e Vita – przewodniczący Franco Rebecchi
Confederazione dei Triarii
AURET, Autismo, Ricerca e Terapie – przewodniczący Roberto Mastalia
Stowarzyszenie Vita al Microscopio – przewodniczący Nino Ferri
Texas Right to Life – Jim Graham
Cleveland Right to Life – Molly Smit

Epidemia zmieni nasze życie na zawsze. Bill Gates mówi o nastaniu „Nowej Normalności”

Na portalu Money.pl został opublikowany wywiad z Billem Gatesem mówiący o mającym nadejść po pandemii Nowym Porządku Światowym, Gates użył słów ” Nowa Normalność” w której wszystkie ruchy obywateli będą kontrolowane przez nadzór wysoko zaawansowanej technologii na wzór Chiński, a wszystko to oczywiście dla naszego dobra w obawie przed zakażeniem. 

Artykuł Money.pl z 4 maja 2020r.

Miliarder mówi wprost, że gdy zagrożenie minie, nasz świat zmieni się nie do poznania. Ale – i tu dobra wiadomość – do tych zmian możemy się zaadaptować. Podczas niedawnej audycji, przeprowadzonej na platformie LinkedIn, Gates definiował „nową normalność”

Jako przykład Bill Gates wymienia podróżne służbowe. Po co wysyłać pracownika w delegacje do klienta, skoro spotkanie można zorganizować przy pomocy wideokonferencji?

Skoro o konferencjach mowa, nie umknęło uwadze przedsiębiorcy, że jedną z branż, która najmocniej odczuła skutki kryzysu, jest właśnie branża eventowa. Różne imprezy, konferencje czy koncerty zostały odwołane lub przeniosły się do internetu

– Bliscy, którzy nie widzieli się od lat, widzą się teraz codziennie. Ludzie dzielą się treningami i wirtualnymi imprezami, nadając swoim kontaktom fizyczny wymiar. Oczywiście, ma to też swoje mniej przyjemne konsekwencje. Wierzę jednak, że rosnąca akceptacja technologii, która pomoże nam poczuć się połączonymi, przyniesie trwałe korzyści – mówił szef komunikatora w rozmowie z „Fast Company”.

https://www.money.pl/gospodarka/epidemia-zmieni-nasze-zycie-na-zawsze-wielcy-tego-swiata-podpowiadaja-jak-sie-zaadaptowac

Jak widzimy w „Nowej Rzeczywistości” kontakty międzyludzkie będą ograniczone, zamiast spotkań towarzyskich w małym czy większym gronie będą telekonferencje poprzez urządzenia takie jak Messenger czy inne aplikacje śledzące i nagrywające naszą aktywność w sieci.

W nowym świecie niewiele z naszej aktywności zdoła umknąć oku czy uchu Wielkiego Brata, nadeszła zapowiadana przez dekady Era Technokracji Zbigniewa Brzezinskiego.

Zbigniew Brzeziński był częścią globalnej elity oraz prawą ręką Davida Rockefellera, z którym stworzył organizację  Komisji Trójstronnej (Trilateral Commission), był nazywany „szarą eminencją” Rady Stosunków Zagranicznych (Council on Foreign Relations- CFR) oraz regularnym członkiem w spotkaniach Grupy Bilderberg.

w 1982 roku w swojej książce „Between Two Ages: America’s Role In the Technotronic Age”, opowiadał się za ‘zewnętrzną kontrolą ludności” przez rządzącą elitę za pomocą nowoczesnych, zwłaszcza elektronicznych, technologii. Oto, co on dosłownie pisał w tej książce:

„W erze technotronicznej powstaje stopniowo, krok po kroku, coraz bardziej kontrolowane społeczeństwo. Takie społeczeństwo będzie zarządzane przez elity, które nie będą popierać tradycyjnych wartości. I szybko będzie możliwe śledzenie i kontrola praktycznie każdego obywatela, będzie można gromadzić najintymniejsze informacje o każdym obywatelu i przechowywać je w specjalnych teczkach elektronicznych. I władze wtedy zdołają bezpośrednio korzystać z tych teczek, w razie takowej potrzeby!”

I dalej Brzeziński pisze:

„W społeczeństwie technotronicznym tendencja będzie szła w kierunku sprowadzenia milionów pojedynczych i niezwiązanych ze sobą obywateli w łączną masę, która będzie łatwo rządzona i kierowana przez charyzmatyczne i sympatyczne osobistości. Ci charyzmatyczni ludzie, do zarządzania masami, będą wykorzystywali najnowocześniejsze technologie komunikacyjne ażeby kierunkować emocje ludzkie i ludzkie myśli”

 

Katolicy otwarci i „nowy wspaniały Kościół”. Bez księdza – i bez sakramentów



Katolicy otwarci i „nowy wspaniały Kościół”. Bez księdza - i bez sakramentów

Od 1700 lat nie zdarzyło się, by katolicy nie mogli uczestniczyć we Mszy świętej i przystępować do sakramentów. Obostrzenia nakładane przez państwa w związku z epidemią są dla wierzących olbrzymią tragedią. Okazuje się jednak, że wielu przedstawicieli tak zwanego katolicyzmu otwartego patrzy na ten dramat zupełnie inaczej. Ich zdaniem koronawirus może „uleczyć” polski katolicyzm, bo zrozumieliśmy, że ksiądz nie jest nam potrzebny do zbawienia, Bóg jest także poza kościołem, a oglądanie liturgii w telewizji jest nawet lepsze od realnego w niej uczestnictwa.

 

Tragedia? Nie dla wszystkich!

Niemal we wszystkich krajach świata cywilizacji chrześcijańskiej kościoły są w obliczu pandemii SARS-CoV-2 zamykane, a wiernym albo całkowicie odcina się możliwość uczestnictwa we Mszy świętej i przyjmowania sakramentów, albo przynajmniej poważnie ją ogranicza. W niektórych państwach obostrzenia wprowadzane są przez świeckie władze wbrew stanowisku biskupów, w innych to sami hierarchowie zamykają kościoły wyprzedzając posunięcia rządowe. Sytuacja jest oceniana bardzo różnie; niektórzy sądzą, że wprowadzane restrykcje są konieczne wobec zagrożenia zakażeniem, inni uważają, że kościoły potraktowano bardzo niesprawiedliwie, zwłaszcza w porównaniu ze zgodą państw na otwarcie sklepów czy funkcjonowanie zbiorowej komunikacji. Niezależnie od ocen zasadności podjętych środków zdawałoby się, że wszyscy  katolicy uznają rzecz za tragedię i jeżeli nawet pogodzą się z niemożnością prowadzenia normalnego życia chrześcijańskiego, to uczynią to tylko z najwyższym bólem, gorąco wyczekując zmiany tej trudnej sytuacji.

 

Przecież jak przypominał św. Jan Paweł II w Ecclesia de Eucharistia, Kościół żyje z Eucharystii, a ustanowienie Sakramentu Ołtarza jest „momentem decydującym dla tworzenia się Kościoła”. Nie można lekceważyć jej wspólnotowego wymiaru. „Jak pokazuje codzienne doświadczenie, początkom rozdziału między ludźmi, tak bardzo zakorzenionego w ludzkości z powodu grzechu, przeciwstawia się odradzająca jedność moc Ciała Chrystusa. Eucharystia, budując Kościół, właśnie dlatego tworzy komunię pomiędzy ludźmi” – pisał papież, powołując się na słowa św. Pawła Apostoła: „Chleb, który łamiemy, czyż nie jest udziałem w Ciele Chrystusa? Ponieważ jeden jest chleb, przeto my, liczni, tworzymy jedno Ciało. Wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba (1 Kor 10, 16-17). Chrześcijanie, jak uczą Dzieje Apostolskie, od samego początku zbierali się na łamaniu chleba w pierwszym dniu po szabacie; Apostoł Narodów pouczał: „Nie opuszczajmy naszych wspólnych zebrań, jak się to stało zwyczajem niektórych, ale zachęcajmy się nawzajem” (Hbr 10, 25). Jak przypomniał niedawno kard. Walter Brandmüller krytykując zamykanie kościołów z powodu epidemii: w 304 roku skazano na śmierć 49 chrześcijan – tylko za to, że gromadzili się na niedzielnej Eucharystii. „Nie możemy żyć bez sprawowania celebry dnia Pańskiego”- mówił jeden z nich idąc na śmierć. Powtórzmy: nie możemy żyć bez sprawowania celebry dnia Pańskiego!

 

Niestety, te prawdy wydają się być dziś zapominane. Lektura mediów związanych z tak zwanym katolicyzmem otwartym pokazuje, że bardzo wielu katolickich publicystów i dziennikarzy, w tym księży, uważa epidemię koronawirusa za błogosławieństwo, które pozwoli katolikom w Polsce uzdrowić swoją „chorą” religijność i dostrzec, na czym tak naprawdę polegać winna wiara chrześcijańska. Poniżej prezentuję Państwu subiektywny wybór najbardziej znamiennych wypowiedzi z takich tytułów prasowych jak „Więź”, „Tygodnik Powszechny” czy „Deon”. Muszę przyznać, że choć już wcześniej podchodziłem do nich z bardzo poważnym sceptycyzmem, to lektura artykułów i komentarzy poświęconych epidemii koronawirusa wprawiła mnie wprawdzie osłupienie.

 

Brak Eucharystii „naprawi” polski katolicyzm?

Z zaskakującymi tezami o wpływie koronawirusa na religijność Polaków wystąpił na łamach „Więzi” ks. prof. Alfred Wierzbicki z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Kapłan ten w artykule z 16 marca przekonywał, że głębia naszej wiary nie zależą od „od wody święconej, Komunii ustnej, a nawet od obecności fizycznej na Mszy w skupiskach ludzi, którzy mogą zarażać groźnym wirusem”. Utrzymywał też, jakoby obecna sytuacja domagała się „ograniczenia nabożeństw, a nawet ich całkowitego publicznego zawieszenia”. Na tym jednak nie koniec. Ks. Wierzbicki stwierdził bowiem, co następuje:

 

Zamknięcie kościołów, czy tylko ograniczenie dostępu do nich, paradoksalnie może być ozdrowieńcze dla naszej religijności, może pomóc nam odróżniać rzeczy istotne od wtórnych, odkrywać na nowo religijną tęsknotę i międzyludzką solidarność”.

 

Analogiczną narrację, tym razem na łamach „Tygodnika Powszechnego”, zaprezentował ks. Adam Boniecki. W tekście z 20 kwietnia pisał, że Polacy zaczęli korzystać z praktyk „w sposób magiczny”, a nasz katolicyzm „zdominowała obrzędowość”, która „ma niewiele wspólnego z wiarą”. Stąd, stwierdził kapłan, czas koronawirusa można potraktować „jako kurację z klerykalizmu”. „Nagle się okazało, że ksiądz nie jest nam niezbędnie potrzebny do zbawienia” – stwierdził kapłan.

 

Modlitwa do ekranu „doskonalsza” niż przed Najświętszym Sakramentem?

Popularne dziś oglądanie transmisji Mszy świętych nie może być rozumiane jako choćby substytut udziału w liturgii. Patrzenie w ekran, choćby nawet pobożne, nie jest uczestnictwem w Mszy świętej. Przypomniał o tym niedawno bp Andrzej Czaja z Opola, wskazując, że oglądanie na żywo celebracji Mszy to jedynie forma „duchowej łączności”, ale nic ponadto. Ba, przed zbytnim skupieniem się na transmitowanej liturgii przestrzegał nawet papież Franciszek, wskazując w jednej z homilii, że Kościoła i sakramentów nie da się przenieść do świata wirtualnego. Inne jednak zdanie mają na ten temat przedstawiciele katolicyzmu otwartego. W ich ocenie we Mszy świętej nie tylko da się uczestniczyć na odległość, ale podobne działania mogą nawet być doskonalsze i lepsze, od normalnego udziału w liturgii.

 

W cytowanym już tekście ks. Adam Boniecki przekonywał, że oglądanie Mszy jest równie dobre, co udział w niej. „Jeśli Eucharystia, przemiana chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa, jest działaniem Boga, to dlaczego ta sprawowana daleko od nas, w którą się włączamy duchowo, oglądając ją w telewizji, ma być mniej ważna od tej, w której uczestniczymy na miejscu, w kościele? Czy od Boga oddzielają nas ziemskie kilometry? Czy istotny jest zasięg głosu księdza, głośnika, a może miejsce w pierwszej ławce?” – stwierdził. „Nie musisz pędzić do kościoła – możesz uczestniczyć w mszy przy telewizorze. Nie musisz iść do spowiedzi – wzbudź w sobie żal za grzechy. Nie pędź do komunii – bo komunia to także pragnienie spotkania z Chrystusem” – przekonywał następnie.

 

Jeszcze dalej posunął się ks. Dariusz Piórkowski SJ. Na łamach portalu Deon.pl raczył napisać: „Eucharystia, którą oglądamy w mediach, dzieje się naprawdę i na żywo. To nie film czy sztuka teatralna. Słuchamy prawdziwego Słowa. Jesteśmy świadkami i uczestnikami religijnego wydarzenia”. I dalej: „Media dają nam możliwości, których wcześniej ludzie nie posiadali. Słowo Boże słuchane przez media może nas tak samo poruszyć jak Słowo słuchane w kościele. To wielkie dobrodziejstwo płynące z postępu technicznego” – przekonywał. Wreszcie padły słowa po prostu straszne:

 

„Oglądając Eucharystię za pośrednictwem medium audiowizualnego nie jesteśmy obecni tam fizycznie, ale możemy być obecni intencją, świadomością, czyli duchem. W pewnym sensie, jest to doskonalsza forma obecności”.

 

A zatem dla ks. Piórkowskiego „doskonalej” jest oglądać Mszę, niż w niej uczestniczyć? Trudno pogodzić się z tym, że tak głęboko niekatolickie i dramatycznie bolesne słowa przeczytać można na portalu jezuickim czytanym przez setki tysięcy katolików w Polsce…

 

W tę samą przedziwną narrację wpisał się też bp Adrian Galbas z Ełku. Hierarcha ten na antenie radia Siódma9 stwierdził, że „uczestnictwo we Mszy świętej w sposób pośredni przez transmisję” jest „wielką możliwością”, a ludziom trzeba tłumaczyć, że w niedzielę mają „nie iść do kościoła”, tylko Mszę oglądać, bo to jest jakoby „uczestnictwo we Mszy świętej, tylko w innej formie”. „Pójście do kościoła jest w tej chwili wbrew miłości bliźniego i wbrew miłości własnej” – stwierdził. Jego wypowiedź szeroko zacytował portal Deon.pl.

 

Wirtualizację życia kościelnego pochwalać też zdawał się ks. Wacław Oszajca SJ. Na łamach „Więzi” próbował wykazywać, że Komunia duchowa „stoi przed komunią sakramentalną, poprzedza ją i decyduje o jej skuteczności”; na łamach Deon.pl przekonywał też, że „zbawienie nie zależy jedynie, ani przede wszystkim, od chodzenia, czy niechodzenia do kościoła”. Pana Jezusa według jezuity „nie można zamykać w kościele, w obrzędzie, w liturgii”; także my nie możemy „siebie zamykać w obrębie świątyni, jak też doktryny”. W dobie koronawirusa „chrześcijański szabat” musi „ustąpić prawu miłości”, to znaczy: wierni nie mogą chodzić do kościoła. Powołując się na ks. Karla Rahnera ks. Oszajca deprecjonował Mszę świętą, pisząc, że jest to dzieło Kościoła tworzone oczywiście pod natchnieniem Ducha Świętego, ale też ducha czasu, ducha tego świata”.

 

Jakby tego było mało, „Więź” 30 marca nagłośniła homilię czeskiego ks. Tomáša Halíka, według którego choć nie chodzimy dziś do kościoła, to „ani o jotę nie jesteśmy chrześcijanami mniej”. Chodzenie na Mszę świętą jest bowiem „na pewno naturalne i dobre”, ale zarazem „jak widać, nie na tym stoi chrześcijaństwo”. Wreszcie nieco później, również na łamach „Więzi”, cytowany tu już ks. Dariusz Piórkowski SJ krytykował tych duszpasterzy, którzy za wszelką cenę starali się umożliwić wiernym dostęp do sakramentów. W jego ocenie tym, którzy próbują „ratować co się da”, tak naprawdę nie chodzi o „spowiedź i łaskę”, ale raczej o „lęk przed utratą czegoś, co sami zbudowaliśmy”. Według kapłana jest możliwe, że część wiernych już nie wróci do kościołów, ale lęk Kościoła o to odsłania jedynie „słabość wiary tych, którzy może już nie wrócą”. Dlaczego katolicki kapłan wyszydza tych, którzy na rozmaite nowatorskie i kreatywne sposoby wychodzą do wiernych?…

 

Przeciwko otwieraniu kościołów

Gdyby to miało zależeć od przedstawicieli opisywanego tu nurtu katolicyzmu, to otwarcia kościołów moglibyśmy się nie doczekać nigdy. Redaktor naczelny portalu Deon.pl Piotr Żyłka już na początku epidemii w Polsce ogłosił, że on do kościoła nie pójdzie; później obwieścił, że oglądał transmisję Mszy świętej celebrowanej przez abp. Grzegorza Rysia, a ten pouczał, iż „miejsce modlitwy nie ma znaczenia”. Wtórował mu Artur Sporniak z „Tygodnika Powszechnego”, który zamknięcie kościołów dla wiernych ocenił jako „zdanie egzaminu” przez polskich hierarchów. Na łamach tegoż samego tygodnika podobnie wypowiedział się Piotr Sikora. Dziennikarz przyznał, że Bóg wprawdzie „jest w Eucharystii”, ale przecież „jest też poza nią”; dlatego dzisiaj „nie ma powodów, by ryzykować życie i zdrowie, gdy cały czas jest dla nas dostępny”.

 

Z pomocą pospieszył zwolennikom zamkniętych świątyń kandydat na prezydenta RP, Szymon Hołownia. Już 12 marca polityk nawoływał do udzielania Komunii świętej tylko na rękę oraz zachęcał, by „kto nie musi” nie szedł do kościoła. Twierdził też, że państwo polskie może zamknąć kościoły samodzielnie na podstawie konkordatu; taki krok Hołownia uznawał zresztą za rozsądny, bo „sytuacja epidemiologiczna może być różna”. Po świętach Zmartwychwstania Pańskiego retoryka Hołowni zaostrzyła się. Na Twitterze bardzo ostro skomentował apel abp. Stanisława Gądeckiego skierowany do premiera Mateusza Morawieckiego o poluzowanie restrykcji nałożonych na kościoły. Hołownia wyznał, że gdy to słyszy, to „zaczyna się w nim gotować”, bo przecież otwarcie kościołów „nie pomoże polskiej gospodarce”. Według kandydata na prezydenta „ci ludzie [scil. biskupi – red.] mają priorytety w innych miejscach, niż większość”. Następnie wyśmiewał Hołownia postulat otwarcia kościołów w sytuacji, gdy „upadać będą zakłady fryzjerskie, różnego rodzaju sklepy, obowiązywać będzie 1000 różnych restrykcji”. „Najważniejsze, żeby do kościoła mogło więcej ludzi” – mówił kpiarsko.

 

Taką samą narrację zaprezentował ks. Adam Boniecki; redaktor senior „Tygodnika Powszechnego” w artykule z 13 kwietnia skrytykował głosy domagające się otwarcia kościołów dla wiernych jako wołanie o „przywileje”. Utrzymywał, że trudno mu jest dostrzec motywacje kierujące tymi, którzy chcą, by na Mszę święta przychodzić mogło więcej niż pięciu katolików. Zdaniem ks. Bonieckiego podobne postulaty doprowadzą wyłącznie do tego, że Kościół wyjdzie na takiego, co to „znów zabiegał o bycie beneficjentem przywilejów”.

 

O co tutaj chodzi?

Można zadać pytanie: o co w tym wszystkim chodzi? Skąd biorą się katolicy, w tym księża, którzy zdają się być zadowoleni z zamknięcia kościołów i braku dostępu do sakramentów? Dlaczego wychwalają tę dramatyczną sytuację jako okazję do oczyszczenia religijności, twierdzą, że Mszę lepiej oglądać niż na niej być? Twierdzą oni, że w historii Kościoła wiele razy chrześcijanie nie mogli spełniać obowiązku niedzielnego, bo nie było księży – czy to w Japonii, czy w krajach komunistycznych. A jednak jak pokazują liczne przykłady, nie tylko z Abiteny, ale także i z czasów znacznie nowszych, by wymienić tylko potajemne Msze święte w Auschwitz: chrześcijanie nigdy nie wahali się ryzykować wszystkiego dla uczestnictwa w Eucharystii. Czy dzisiaj można powiedzieć: zrobiliśmy wszystko, co możliwe, otwierając ogromne katedry dla kilku czy kilkunastu wiernych?

 

Wydaje się, że ta niesamowita krytyka otwartych kościołów jest wyrazem bardzo głęboko zakorzenionej postawy, którą nazwałbym „eklezjalną ojkofobią”. Dla przedstawicieli katolicyzmu otwartego nic nie jest gorsze, niż katolicyzm polski, z jego pobożnością ludową, długimi kolejkami do spowiedzi wielkanocnej, na tle Europy wciąż dużym odsetkiem dominicantes. Można odnieść wrażenie, że w cytowanych wypowiedziach widać tęsknotę za zupełnie nowym modelem katolicyzmu, takim, w którym wiara przeżywana będzie bardziej prywatnie, częściej poza kościołem; modelem, w którym znaczenia nie będzie mieć już podział na duchownych i świeckich. To katolicyzm głęboko rewolucyjny, naznaczony dążeniem do wywrócenia przyrodzonego porządku i zastąpienia niezmiennych zasad własnym widzimisię. Opisane wyżej postawy cechuje pęd do wymyślenia Kościoła na nowo, przekonanie, że liberalne elity wiedzą lepiej, jak ukształtować wiarę katolicką i formy jej przeżywania. Trudno o większą pychę. Kolejny raz trzeba powtórzyć: strzeżmy się katolicyzmu „otwartego”.

 

Paweł Chmielewski

Read more: http://www.pch24.pl/katolicy-otwarci-i-nowy-wspanialy-kosciol–bez-ksiedza—i-bez-sakramentow,

„Washington Times” o COVID-19: to nie pandemia a wielkie oszustwo medialne

Amerykański dziennik „Washington Times” opublikował analizę, z której jednoznacznie wynika, że nie mamy obecnie do czynienia z żadną pandemią, a jedynie ze sztucznie rozdmuchaną medialną wrzawą. Wskazują na to m.in. dostępne dane dotyczące zachorowalności, liczby zgonów oraz działania podjęte w walce z chorobą. Jak podkreślono „wirus SARS-CoV-2 to nie czarna śmierć, ani nawet grypa sezonowa”.

Do zeszłego wtorku z powodu COVID-19 miało umrzeć 56 749 Amerykanów. Gazeta wskazuje, że w porównywalnym okresie w latach 2017-2018 na grypę sezonową zmarło ponad 80 tys. osób”.

Dziennik przypomina także, że zaledwie kilka tygodni temu światowi eksperci ostrzegali, iż na chorobę wywoływaną przez koronawirusa umrze co najmniej 1,7 miliona Amerykanów. Potem zmieniono modele wyliczeń i symulacje, i ogłoszono, że umrze od 100 tys. do 240 tys. osób.

Obecnie główny model, na którym opiera się grupa zadaniowa Białego Domu do spraw zwalczania koronawirusa, przewiduje, że do końca sierpnia umrze w USA około 70 tys. osób.

„Washington Times” wskazuje, że gdy koronawirus rozprzestrzeniał się w Chinach, a następnie w Europie „amerykańskie media z zapartym tchem informowały niemal z zapartym tchem, każdą przerażającą liczbę chorych i zmarłych”. Tym samym skutecznie wystraszyli Amerykanów, z których wielu zdecydowało się pozostać w domu przez ostatnie 40 dni, wychodząc jedynie sporadycznie po zakupy.

Dziennik podaje kilka faktów, wskazujących, że mamy do czynienie nie z pandemią a z „wrzaskiem medialnym”.

Ostatnie badanie przeciwciał przeprowadzone na Uniwersytecie Stanforda sugeruje, że śmiertelność spowodowana wirusem wynosi prawdopodobnie od 0,1 do 0,2 proc. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) oszacowała, że ​​śmiertelność jest od 20 do 30 razy wyższa i wezwała do wprowadzenia polityki izolacji.

W Nowym Jorku, w amerykańskim epicentrum pandemii, śmiertelność osób w wieku od 18 do 45 lat wynosi 0,01 proc., co oznacza, że umiera 10 na 100 tys. zarażonych. Jednak śmiertelność osób w wieku 75 lat i starszych jest 80 razy większa. W przypadku dzieci poniżej 18 roku życia wskaźnik śmiertelności wynosi 0,0.

Ponad połowa zgonów z powodu COVID-19 w Europie miała miejsce w zakładach opieki długoterminowej lub w domach opieki społecznej. Do tej pory również na tego typu ośrodki przypada co najmniej jedna piąta zgonów zarejestrowanych w Stanach Zjednoczonych.

Według najnowszych badań, prawie wszyscy pacjenci hospitalizowani z powodu koronawirusa w Nowym Jorku cierpieli na inne schorzenia.

„Dane medyczne dotyczące 5 700 pacjentów hospitalizowanych w ramach systemu opieki zdrowotnej Northwell, w którym przebywało najwięcej pacjentów w kraju w trakcie pandemii, wykazały, że 94 proc. z nich miało więcej niż jedną chorobę inną niż COVID-19”, donosi Fox News.

Badanie wykazało, że 42 proc. pacjentów miało nadwagę, a 53 proc. cierpiało z powodu nadciśnienia. Inni cierpieli na różne dolegliwości.

Dziennik podaje także, że miliony Amerykanów już się zaraziło koronawirusem,  kwestionując zaniżone liczby Johns Hopkins University. W miniony wtorek według uczonych z Johns Hopkins miało być zarażonych około 988 tys. Amerykanów.

Badanie przeciwciał przeprowadzono w zeszłym tygodniu w Nowym Jorku sugeruje jednak, że co piąty Amerykanin (21,2 proc.) już przeszedł zakażenie. W Nowym Jorku mieszka 8,5 miliona ludzi, co oznaczałoby, że wirus miało 1,8 miliona nowojorczyków – donosi gazeta.

Z powodu COVID-19 miało umrzeć w mieście16  tys. 249 osób (śmiertelność wyniosła 0,89 proc., znacznie mniej niż podawały media).

Wyniki badania przeprowadzonego dwa tygodnie temu w Los Angeles sugerują, że aż 442 tys. mieszkańców hrabstwa Los Angeles mogło już zostać zarażonych koronawirusem na początku kwietnia, co stanowi liczbę znacznie wyższą niż 8 tys. potwierdzonych wówczas przypadków. Badanie sugeruje, że śmiertelność z powodu wirusa może wynosić zaledwie 0,18 proc., co oznacza, że ​​faktyczny wskaźnik zgonów w mieście jest znacznie niższy niż podano w raporcie.

„Daily Mail” informował w ub. tygodniu, że z powodu koronawirusa może umrzeć 70 razy mniej pacjentów niż sugerują oficjalne dane na temat śmierci w Wielkiej Brytanii. Podobny wskaźnik śmiertelności – 0,19 proc. – stwierdzono w badaniu mieszkańców w Helsinkach w Finlandii.

Dr Justin Silverman szacuje, że w Stanach Zjednoczonych w okresie od 8 marca do 28 marca miało miejsce 8,7 miliona zakażeń koronawirusem. A od 17 kwietnia 10 proc. Amerykanów zostało zarażonych, czyli około 33 milionów osób.

„Washington Times” obwinia media za alarmistyczne doniesienia, które zdołały skutecznie przestraszyć obywateli do tego stopnia, że ​​dobrowolnie zgodzili się na zamknięcie całej gospodarki. Będzie to miało ogromne skutki prawdopodobnie w ciągu najbliższej dekady, a może i następnej.

Nawet gdy stany zaczynają się ponownie otwierać – w oparciu o dane, które pokazują o wiele niższy wskaźnik śmiertelności niż zgłaszano i znacznie szersze rozprzestrzenienie się wirusa – media nadal straszą „przerażającą” śmiertelnością wirusa.

„COVID-19 to w najgorszym przypadku zła grypa. Media powinny zostać pociągnięte do odpowiedzialności za mówienie nam co innego, zanim poznają fakty” – puentuje „The Washington Times”.

Źródło: washingtontimes.com

AS

[Wybrane wypowiedzi internautów pod w/w tekstem na stronie źródłowej:]

Wdać z tego, że dzisiaj nie umiera się ze starości tylko na koronawirusa. I do tego na siłę kremują ciała.
taki 1

Media to pikuś. Co z rządem warszawskim? Jak pociągnąć do odpowiedzialności Morawieckiego, Szumowskiego i Dudę? Powinni zostać natychmiast oskarżeni za zbrodnie przeciwko narodowi polskiemu i internowani do co najmniej aresztów domowych.
tolekbanan

No my to już wiemy, dziennikarze to wiedzą, najprawdopodobniej cały czas wie to rząd – przecież mają wszystkie narzędzia i dane statystyczne… To dlaczego jest jak jest? Minister Szumowski już w 2017r powoływał się na Gatesa jako eksperta “biomedu”.
Wojtek

“Media powinny zostać pociągnięte do odpowiedzialności za mówienie nam co innego, zanim poznają fakty” CZY TYLKO MEDIA?
Ryś

Najnowsze komentarze

    036362