Chwała Bogu

OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Chanukowe niespodzianki – Grzegorz Braun

My tu gadu, gadu o rekonstrukcji rządu, a tymczasem Amerykanie zdecydowali nie czekać dłużej na lepszy pretekst do wojny i samemu „odpalić” Bliski Wschód. Przeniesienie ambasady amerykańskiej z Tel Awiwu do Jerozolimy to działanie gwarantujące natychmiastowy wzrost napięcia – i w sposób oczywisty na taki właśnie efekt obliczone. Tym samym rozpoczęło się właśnie odliczanie dni i godzin do wybuchu kolejnej „misji pokojowej”. Bo doprawdy trudno wyobrazić sobie inny rozwój scenariusza skierowanego niniejszym do realizacji.

To historyczny moment budzący grozę, a jednocześnie na swój sposób fascynujący – bo wszak po potrąceniu tego akurat kamienia, lawiny nie da się już w żaden sposób powstrzymać. Pytanie, na kogo przekierowany zostanie pierwszy jej impet.

Politycy państwa Izrael nie zdają się wojenną perspektywą w najmniejszym stopniu stremowani, wręcz przeciwnie – sądząc z gromkich wezwań premiera Netanjahu do tego, by wszystkie inne przedstawicielstwa poszły w ślady Amerykanów. Nikt tu z pewnością niczego nie improwizuje – jedni i drudzy (Amerykanie i Żydzi) w ścisłym porozumieniu i synchronizacji sztabów i gabinetów przystąpili najwyraźniej do realizacji wielkiego planu. Grand dessein – jak się to mówiło w minionych epokach, gdy językiem dominującym w dyplomacji był francuski. Jednoczesne eskalowanie na pozostałych teatrach wojny (Korea i Ukraina) ma zapewne na tyle absorbować strategicznych przeciwników (Chiny i Rosję), aby wykluczać bezpośrednią interwencję w sprawę blisko-wschodnią. Co jednak, jeśli te rachuby zawiodą?

Do gry sukcesywnie wciągani będą kolejni gracze, a może nawet ten i ów z postronnej publiki. Kiedy przyjdzie kolej na nas? Na razie poczmistrz Waszczykowski nie rzucił się od razu do organizowania przeprowadzki naszego poselstwa – ale może jego następca wykrzesze ze siebie więcej entuzjazmu. Zresztą i bez tego jesteśmy już od dawna stroną wojującą de facto – od kiedy nasze oddziały specjalne i lotnictwo mają nikłą, ale jednak stałą reprezentację w tamtych stronach. A przecież nie chodzi o ich znaczenie w bilansie strategicznym – chodzi o wymowę propagandową sojuszniczego zaangażowania po stronie państwa żydowskiego. Choć więc nie było w tej sprawie żadnej debaty parlamentarnej, a Polaków nikt nie pytał, czy chcą iść na wojnę perską (tj. razem z Żydami bić się z Iranem) – to wiele wskazuje na to, że właśnie wkroczyliśmy na tę wojenną ścieżkę bez odwrotu.

Wszak geopolitycznie Bliski Wschód i Europa Środkowa stanowią parę naczyń połączonych (co można ilustrować szeregiem koincydencji z ostatnich stuleci – w rodzaju: Suez i Budapeszt 1956). Jeśli dojść ma do daleko idącej rearanżacji tam, nad rzekami Babilonu – to znaczy, że i u nas szykuje się przemeblowanie. Czyż nie temu zawdzięczamy niedawną reaktywację Saakaszwilego w Kijowie? To karta mocno już zgrana i aż nadto wyraźnie znaczona, ale na użytek tej kampanii wystarczy. Również roszada personalna w rządzie warszawskim – czyż nie oznacza przejścia naszych imperialnych kuratorów na bardziej bezpośrednie, ręczne sterowanie? Tak gwałtowne ruchy, podejmowane mimo niewątpliwych strat wizerunkowych partii (o uszczerbku prestiżu rządu nie mówiąc) – tłumaczyć mogą tylko bardzo ważne względy mobilizacyjne. Względy, których notabene mogą być do końca nieświadomi ani Szydło, ani Morawiecki jr, ani nawet prezes-premier-naczelnik Kaczyński, któremu może ktoś (JE ambasador Paul Jones czy starszy sierżant sztabowy Jonny Daniels) przekonująco przedstawił nieodzowność takiego, nie innego moderowania „dobrej zmiany”.

Ale do czegóż właściwie zmierzać ma ten scenariusz, którego momentem inicjującym jest przeprowadzona właśnie „prowokacja jerozolimska”? Jakie strategiczne cele warte są dla elity żydowskiej wystawienia własnego narodu na podwyższone ryzyko działań odwetowych? Są dwa rozwiązania: albo teraz właśnie oceniają jako realną perspektywę stoczenia zwycięskiej wojny o „Wielki Izrael”, albo szukają przekonującego pretekstu do przeprowadzenia operacji „Most 2”, tj. masowej ewakuacji do Europy Środkowej. Przy czym, zauważmy, jedno bynajmniej nie wyklucza drugiego – bo wszak i bez zwijania chorągiewki w Palestynie potrzeba pozyskania bezpiecznej bazy na kontynencie europejskim musi być dla żydowskich sztabowców paląca i ewidentna.

Tu właśnie w sukurs przychodzą im niezawodni w swej naiwności tubylcy – którzy wytrwale angażują się w instalowanie u siebie zrębów żydowskiej suwerenności wyspowej (z akcentem na duże miasta), a w dodatku czynią to najczęściej z własnej inicjatywy i na własny koszt (patrz: Muzeum POLIN, na którego utrzymanie do końca świata łożyć ma naród polski, nie mając jednocześnie prawa głosu w kwestiach programowych ani personalnych). Jakże chętnie podchwytują i reprodukują nasi mężowie i żony stanu fałszywe klisze propagandowe i powtarzają suflowane im narracje pseudohistoryczne (patrz: „Rzeczpospolita przyjaciół” prez. Dudy czy „wspólnota historyczna” min. Glińskiego). Również we własnym zakresie liderzy tubylczych gojów podejmują działania prewencyjne (cenzorskie i prokuratorskie), zawsze gotowi rytualnie odciąć się od „teorii spiskowych” i stanowczo potępić wszelkie „przejawy antysemityzmu”. Co de facto oznacza poddanie życia publicznego kontroli tych bliżej niezdefiniowanych instancji, które dzierżą monopolistyczny przywilej nominowania na „antysemitów”.

W rezultacie trwającej już kolejną dekadę obróbki i selekcji elit (kandydatów do przyszłych „Polenratów”) mało kto uchyla się od udziału w nowych rytuałach dominacji i podległości, które niepostrzeżenie stały się stałym elementem naszego życia (w rodzaju przywdziewania „żonkili” na rocznice powstania w Getcie Warszawskim). I mało kto zastanawia się nad istotnym znaczeniem przedstawianych nam w sentymentalnym duchu „tradycji” – nie tylko obcych, ale istotowo sprzecznych z zasadami naszej cywilizacji. Warto w końcu wiedzieć, co się właściwie celebruje – a wszak kiedy pan Prezydent belwederski asystować będzie po raz kolejny w obrzędzie zapalania „chanukowych świec”, wówczas na całym świecie rabini powtarzać będą słowa modlitwy dziękczynnej: „Ty wydałeś potężnych w ręce słabych, nieczystych w ręce czystych, złych w ręce prawych i swawolnych grzeszników w ręce tych, którzy zajmują się Twoją nauką”.

Rzecz w tym, że Najwyższego, do którego adresowane są te słowa, ortodoksja żydowska traktuje bez cienia wątpliwości jako Boga „na wyłączność”, którego obietnice odnoszą się ekskluzywnie do własnego plemienia. Ludziom tym, dla których drogowskazem pozostaje sytuacyjna etyka projektowana przez Talmud, obce są fundamentalne zasady organizujące naszą kulturę. Nie ma mowy o dostrzeganiu bliźniego w każdym człowieku – są „nasi” i „nie nasi”. Nota bene: ci ostatni, tzw. goje, z punktu widzenia ortodoksji nie są ludźmi, ale człekokształtnymi istotami powołanymi do istnienia dla pożytku Żydów (sic). Zapyta może Sz. Czytelnik, jakie praktyczne przełożenie na nasze życie mieć mogą tego rodzaju rasistowskie przesądy. Ano, całkiem dosłowne – jeśli i u nas ziści się prognoza, jaką podobno sformułował ostatnio premier Netanjahu (wg źródła cytowanego przez „The Jerusalem Post” 3 grudnia 2017) – że mianowicie np. w Stanach Zjednoczonych do roku 2040 dotrwać mają WYŁĄCZNIE Żydzi ortodoksyjni.

Jeśli tak, to mamy kłopot, bo to są ludzie święcie przekonani, że dzieje świata zmierzają do happy endu, który polegać ma na tym, że poddana im będzie cała Ziemia, a nie-Żydzi pozostaną na niej wyłącznie po to, aby służyć Żydom. Ponieważ jednak nie ma wśród nich jednego urzędu nauczycielskiego, więc też występują na tym tle spore kontrowersje – co do liczby gojów, jaka przypadać ma na jednego Żyda. Jedni rabini powiadają, że stosunek sług do panów będzie się kształtował jak 800 do 1, a inni twierdzą nawet, że 2800 do 1 (sic – patrz np.: https://www.youtube.com/watch?v=0Ji_Y7YEbKY – Israelis: Do you believe that gentiles (goys) will be slaves for the Jews?). Jako zapobiegliwy mąż stanu niechże więc prezydent Duda zapyta rabina Schudricha przy najbliższej okazji, która nadarzy się jak znalazł przy zapalaniu chanukowych świeczek, jaką właściwie liczbę gojów spodziewa się on (Schudrich) mieć w przyszłości do swej
wyłącznej dyspozycji.

Żarty żartami, ale fakt faktem: głowa państwa polskiego w żadnym wypadku nie powinna patronować obskuranckim rytuałom, których istotą po bliższym zbadaniu okazuje się prymitywny rasistowski przesąd.

Grzegorz Braun
Za: Polska Niepodlegla (18 grudzień 2017) — [Org. tytuł: «Tylko u nas! Grzegorz Braun: Chanukowe niespodzianki»]

„Ojcze Nasz” wymaga korekty? Odpowiada ks. prof. Chrostowski

Czy należy zmienić słowa „I nie wódź nas na pokuszenie”? Nie sądzę, aby jakakolwiek zmiana była konieczna, potrzebne jest natomiast cierpliwe objaśnianie głębokiego znaczenia tej prośby. Modlitwa, odmawiana w tym brzmieniu przez setki lat, a więc miliony razy przez miliony ludzi, bardzo mocno się utrwaliła. Także w obecnym brzmieniu, kiedy jest właściwie rozumiana, jej sens jest głęboki i teologicznie poprawny – mówi w rozmowie z Arkadiuszem Stelmachem ksiądz profesor Waldemar Chrostowski komentując informacje o planach zmiany fragmentu Modlitwy Pańskiej.

W związku z doniesieniami medialnymi o sugestii Ojca Świętego Franciszka, jakoby należało zmodyfikować fragment modlitwy „Ojcze Nasz”, chcielibyśmy poprosić Księdza Profesora o komentarz. Czy należy zmienić coś w tekście Modlitwy Pańskiej?

Wszelkie sugestie dokonywania zmian w modlitwach należy przyjmować z ogromną ostrożnością. Może się bowiem okazać, że za postulatem zmiany w jednej modlitwie pójdą żądania kolejnych zmian, aż po zmiany w samym Credo. To niebezpieczeństwo jest realne, także i dlatego, że zwolennikom politycznej poprawności, mówiąc najdelikatniej, nie wszystko się w chrześcijaństwie podoba.

Jeśli chodzi o tę konkretną sprawę, czyli treść modlitwy „Ojcze Nasz”, najlepiej wrócić do Ewangelii.

Jest to Modlitwa Pańska, bo nauczył jej nas sam Pan Jezus, a więc stoi za nią Jego autorytet. Powiedział: „Kiedy się modlicie, mówcie”. Słowa tej modlitwy ważą więc bardzo wiele i trzeba się pilnie starać, żeby w rozmaitych językach, gdy ją tłumaczymy, wiernie wyrazić treść oryginału.

Oryginał modlitwy, który zachował się w kanonie Nowego Testamentu, jest w języku greckim. Zawiera najpierw wezwanie, niejako „adres”, czyli: „Ojcze Nasz, któryś jest w Niebie”, a następnie siedem próśb. Przedostatnia brzmi po grecku: „Kaí mē eisenénkes hēmás eis peirasmón”.

Słowo „peirasmós” w biblijnym języku greckim oznacza „próbę”, i „doświadczenie”, a także „pokusę”. Po polsku można tę prośbę przetłumaczyć: „I nie wystawiaj nas na próbę”, co znaczy: Boże, nie wystawiaj nas na próbę, z której nie wyszlibyśmy zwycięsko, a jeżeli ją dopuszczasz, daj nam moc do jej przezwyciężenia.

Ta grecka modlitwa z Nowego Testamentu została już w starożytności przełożona na język łaciński. Po łacinie ów werset brzmi: „Et ne nos inducas in tentationem”.

Mamy tutaj wyrażenie „temptatio”, które w języku łacińskim ma dwa zasadnicze znaczenia, a mianowicie „próba” i „pokusa”. Pochodzi od czasownika „tempto”, który ma podstawowe znaczenie „macać”, „dotykać”, a stąd „próbować”, „wystawiać na próbę” i „(wy)badać” oraz „wieść na pokuszenie”, „przerobić”. W tradycyjnym brzmieniu Modlitwy Pańskiej, jakie mamy w języku polskim oraz w innych językach, słuchać drugie znaczenie.

„Et ne nos inducas in tentationem” zostało więc w dawnym języku polskim przetłumaczone jako: „I nie wódź nas na pokuszenie”. Ten przekład może sugerować, że tym, kto nas wodzi na pokuszenie, czyli kusi, jest Bóg, co jest teologicznie niepoprawne. Jednak staropolskie „pokuszenie” znaczyło również „próba”, „trudne doświadczenie”.

Mając na względzie oryginalny, grecki sens „Nie wystawiaj nas na próbę”, nasuwa się pytanie: Czy Bóg może nas wystawiać na próbę?

Znowu wracamy do Pisma Świętego. Mamy przykład Abrahama w 22. rozdziale Księgi Rodzaju, który przeżył Bożą próbę, z której wyszedł zwycięsko. Mamy przykład Hioba, który został wystawiony na ciężką próbę, z której też wyszedł zwycięsko. Szósta prośba modlitwy „Ojcze Nasz” nawiązuje do tych starotestamentowych wzorców i przypomina postawę wielkich bohaterów wiary, którzy w trudnych okolicznościach pozostali wierni Bogu.

Czy zatem należy zmienić słowa „I nie wódź nas na pokuszenie”? Nie sądzę, aby jakakolwiek zmiana była konieczna, potrzebne jest natomiast cierpliwe objaśnianie głębokiego znaczenia tej prośby. Modlitwa, odmawiana w tym brzmieniu przez setki lat, a więc miliony razy przez miliony ludzi, bardzo mocno się utrwaliła. Także w obecnym brzmieniu, kiedy jest właściwie rozumiana, jej sens jest głęboki i teologicznie poprawny.

Papież Franciszek sugeruje jednak zmianę w brzmieniu.

Ta sprawa była już w Polsce poruszana. Dyskusja miała miejsce kilkanaście lat temu, gdy pojawił się nowy przekład Pisma Świętego dokonany przez Paulistów, tzw. Biblia Paulistów, a w nim tłumaczenie: „I nie dopuszczaj do nas pokusy”. Reakcje wówczas, tak jak dzisiaj, były różne, lecz najczęściej przeciwne wprowadzaniu jakichkolwiek zmian do modlitwy od wieków utrwalonej w polskiej tradycji.

Czyli mamy do czynienia z problemem pewnej ostrożności, jaką należałoby zachować. Mamy bowiem z jednej strony całe dziedzictwo kanonicznych modlitw, którymi Kościół posługuje się od wieków i pojawiłoby się niebezpieczeństwo, że nagle będzie jakiś nurt reformatorski i zaczniemy wnikać i korygować więcej tekstów, a to groziłoby zamętem.

W naszej wierze i pobożności utrwaliło się „I nie wódź nas na pokuszenie”. Dojrzali katolicy wiedzą o co chodzi, a ci, którzy nie rozumieją tych słów, powinni dołożyć starań, by je poprawnie rozumieć. Wszelkie próby majstrowania, jeżeli tak można powiedzieć, przy tej modlitwie są dwuznaczne. Na ich przedłużeniu, co widać w środkach masowego przekazu, chodzi nie o utwierdzanie wiary chrześcijańskiej, lecz o jej rozmywanie i rozmontowywanie. Wyjmując jedną cegiełkę z potężnej konstrukcji wiary i pobożności Kościoła stwarza się precedens do wyjmowania kolejnych cegiełek, co zresztą na rozmaite sposoby się odbywa.

Ksiądz Profesor wspomniał, że Bóg dopuszcza pewne próby i stawia nas w ich obliczu. Czy nie dałoby się również tutaj takiego porównania zrobić między tym, co Pan Jezus nauczył nas w Modlitwie Pańskiej, z tym, co sam przeżył w Ogrodzie Oliwnym, kiedy modlił się o „odsunięcie tego kielicha”, czyli próby, przed którą miał stanąć. Czy tutaj jest uprawnione porównanie, że sam Jezus był wystawiony na próbę?

Jezus, człowiek i Syn Boży, przeszedł przez wszystko, co jest udziałem Jego wyznawców – z wyjątkiem grzechu. Jezus, prawdziwy człowiek, przeżył w Ogrójcu bardzo ciężką próbę, z której wyszedł zwycięsko okazując zaufanie i posłuszeństwo Ojcu.

Szósta prośba Modlitwy Pańskiej niejako antycypuje, czyli wyprzedza to, co wydarzyło się w Ogrójcu i zostało dopełnione na Krzyżu.

Skoro już takie słowa padły, skoro już jest to elementem debaty publicznej, być może należałoby, żebyśmy nawzajem zachęcali się do pogłębienia katechezy na temat Modlitwy Pańskiej. Myślę, że jest dobra okazja ku temu, czyli Adwent.

Od 32 lat prowadzę konferencje biblijne w kościele Zwiastowania Pańskiego w Warszawie. Raz w miesiącu spotykamy się z wiernymi, których jest około pół tysiąca. Temat tegorocznych konferencji brzmi: „Biblijna medytacja nad Modlitwą Pańską”. Do tej pory, podczas dwóch kolejnych konferencji, omawialiśmy wspomniany na początku naszej rozmowy „adres”, czyli „Ojcze nasz, któryś jest w Niebie”. Na początku grudnia rozważaliśmy pierwszą prośbę, czyli „Święć się Imię Twoje”. W styczniu będzie „Przyjdź Królestwo Twoje” i tak dalej. W maju dojdziemy do prośby „I nie wódź nas na pokuszenie”.

Każda konferencja na temat poszczególnych wezwań Modlitwy Pańskiej trwa godzinę. Wszystkie konferencje są dostępne również w Internecie. Wiem, że zainteresowanie tegorocznymi konferencjami jest bardzo duże i mam odrobinę satysfakcji, że na kilka miesięcy przed tym, zanim zaczęła się obecna dyskusja, podjęliśmy pogłębioną katolicką refleksję nad modlitwą „Ojcze Nasz”.

Kiedy będzie najbliższe takie spotkanie?

15 stycznia 2018 roku o godzinie 19.15 w kościele pod wezwaniem Zwiastowania Pańskiego na ulicy Gorlickiej w Warszawie. Przedmiotem refleksji będzie, jak wspomniałem, druga prośba Modlitwy Pańskiej, czyli „Przyjdź Królestwo Twoje”.

Poprzednie konferencje są dostępne w Internecie na stronie Parafii Zwiastowania Pańskiego oraz na stronie internetowej „konferencje biblijne” z moim imieniem i nazwiskiem (http://wch-biblijne.pl/).

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Arkadiusz Stelmach

Boże Narodzenie 2017

Cicha noc
Zagrzmiała kolędą,
Ciemna noc
Zajaśniała gwiazdą,
Moc struchlała na wieść
O narodzeniu Jezusa,
Syna Boga.
I już nic od tej pory
Nie było takie same,
Zmienił się nasz świat -
Mamy jego Króla!
Bez tronu, bez korony,
Bez wojska i sług
A jedynym Jego orężem
Jest prawda i miłość,
Do człowieka
Za którego odda życie
Zapewniając mu zbawienie…
Witaj nam Jezu !
Synu Jednorodzony
Witaj !
Warszawa 24 grudnia 2017r.
Marian Retelski

Bp Voderholzer do Francuzów: nie fałszujcie Modlitwy Pańskiej

Biskup Ratyzbony Rudolf Voderholzer przestrzega przed fałszowaniem Modlitwy Pańskiej. Słowa „…i nie wódź nas na pokuszenie” trzeba wyjaśniać, ale nie wolno ich zmieniać, co byłoby niedopuszczalnym korygowaniem naszego Pana.

Bp Voderholzer do Francuzów: nie fałszujcie Modlitwy Pańskiej

By Fridolin Leiber (1853–1912) [Public domain], via Wikimedia Commons

Ratyzboński biskup Rudolf Voderholzer ostrzegł przed próbami fałszowania Modlitwy Pańskiej. Słowa „…i nie wódź nas na pokuszenie” zostały przekazane zarówno przez św. Mateusza jak i przez św. Łukasza i nie wolno nam korygować Pana Jezusa. Jego słowa należy tłumaczyć i wyjaśniać, ale tak, by nie zaciemniać przy tym obrazu Boga.

W ocenie biskupa rzeczywistym zagrożeniem dla wiernych nie jest bynajmniej nazbyt powierzchowne rozumienie tych słów, ale raczej postępujące zakłamywanie kościelnej nauki o grzechu pierworodnym.

To ci, którzy nie chcą uzasadniać grzechu – a tym samym konieczności odkupienia człowieka – ułomnością ludzkiej wolności, czynią samego Boga odpowiedzialnym za zło, i to nie tyle nawet w sensie przyzwalania na nie, ale bycia jego przyczyną.  Stoi to tymczasem w całkowitej sprzeczności z chrześcijańskim obrazem Boga.

Krytyka biskupa jest odpowiedzią na decyzję francuskiego episkopatu, który zmienił oficjalne tłumaczenie Modlitwy Pańskiej, proponując zamiast jezusowych inne słowa:  „…i nie pozwól, byśmy ulegli pokusie”.

Zmienione francuskie tłumaczenie zostało zaaprobowane przez watykańską Kongregację ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów już w 2013 roku.

Weszło w życie w Belgii, Beninie i Togo, a od pierwszej niedzieli Adwentu będzie używane także we Francji i na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Od wiosny 2018 roku nową wersję stosować się będzie także w Szwajcarii.

Zwolennicy francuskiej zmiany przekonują, że dopiero ona oddaje to, co powiedział Jezus. Jednak, tak jak zauważył bp Voderholzer, grecki oryginał, dosłownie przetłumaczony później w Wulgacie, jest jednoznaczny i dotychczas używana wersja wiernie oddaje słowa naszego Pana.

Pach

Źródła: kath.net, katholisch.de

[Wybrane wypowiedzi internautów pod w/w tekstem na stronie źródłowej:]

W wulgacie jest ” i nie wódź nas na pokuszenie”. Wulgata jest przekładem katolickim. Tysiąclatka zwana Biblią tysiąca błędów była redagowana przy olbrzymim wkładzie wpływowych protestantów i przy ich aktywnym udziale. Najlepsze wydanie moim zdaniem obecnie to “Biblia Pierwszego Kościoła”, z wydawnictwa Vocatio. Czyli grecka Septuaginta oraz przekład Nowego Testamentu z Wulgaty. Co ciekawe w tym przekładzie, zgodnie z prawdą nie pada słowo Żyd/żyd, bo też takiego słowa wtedy nie było.
Nasa

Aktualizacja: 2017-12-9 11:02 am

Papież Franciszek opowiedział się za zmianą w tekście Modlitwy Pańskiej. Chodzi o rezygnację ze sformułowania „I nie wódź nas na pokuszenie” i zastąpienie go bardziej precyzyjnie oddającym sens prośby.

„Nie pozwól, abym uległ pokusie”, ponieważ to ja upadam, to nie Bóg wiedzie mnie na pokuszenie, a potem patrzy, jak upadłem. Ojciec tego nie robi, ojciec pomaga ci natychmiast wstać – powiedział papież w rozmowie z włoską telewizją katolicką TV2000.

Zgodnie z sugestią Franciszka, obowiązujące dziś wezwanie należy zastąpić innym: „i nie pozwól, byśmy ulegli pokusie”. Papież zauważył, że używa się go już w niektórych kościołach francuskich.

Kwestię znaczenia tego wezwania Modlitwy Pańskiej precyzyjnie wyjaśnia Katechizm Kościoła Katolickiego. Mówi on: „Prośba ta [i nie wódź nas na pokuszenie” – red.] nawiązuje do poprzedniej, ponieważ nasze grzechy są skutkiem przyzwolenia na pokusę. Prosimy naszego Ojca, by nas nie „wodził na pokuszenie”. Pojęcie greckie, które występuje w tym miejscu, jest bardzo trudne do przetłumaczenia. Ma ono wiele znaczeń: „abyśmy nie ulegli pokusie” , „nie pozwól, byśmy doznali pokusy”. „Bóg nie podlega pokusie ku złemu, ani też nikogo nie kusi” (Jk 1, 13); przeciwnie, chce nas wszystkich wyzwolić. Prosimy Go, by nie pozwolił nam wejść na drogę, która prowadzi do grzechu. Jesteśmy zaangażowani w walkę „między ciałem a Duchem”. Prośba ta jest błaganiem o Ducha rozeznania i mocy (2846)”.

Źródło: bbc.com, Katechizm Kościoła Katolickiego

Historia wymyślona przy kawie

Polska się przyda jako teren pod drogi i ich umocnienia. Polska to dobry teren – szkoda tak dobrego terenu pod tarczę i bazy wojskowe, skończyć się powinno na asfalcie i czymś w rodzaju płytkiego rowu melioracyjnego, poboczy drogi, która musi być gładka i równa jak stół. Dla szybkich pojazdów na trasie Moskwa – Berlin. Czy nie tak, pani kanclerz?

Siedemdziesiąt lat po wojnie, w której przegraną stroną były Niemcy, a my padliśmy ofiarą ich agresji, nie zasłużyliśmy, zdaniem pani kanclerz Niemiec, na bazy NATO na naszym terytorium. Ani na tarczę antyrakietową. Jakie są plany pani kanclerz wobec naszego kraju? Czym miałaby być Polska, w wizji Niemiec, niedawnego agresora?

Rosjanie mieli swoją wizję, nazywała się: kraj prywislański. Mówiło się też: kraj przyfrontowy.

Zapytać więc można, czy kraj naszych zachodnich sąsiadów, który ma taką wizję graniczącego z nim państwa, należy jeszcze duchowo i mentalnie do Europy? Kontynentu chrześcijańskiego, którego patronami są święci: Benedykt z Nursji, Katarzyna ze Sjeny, Brygida Szwedzka, Cyryl i Metody.

Przed kolejnym 1 września, siedemdziesiątą piątą rocznicą napaści Niemiec na Polskę, warto też przypomnieć, że czołowi XX-wieczni intelektualiści europejscy, Paul Claudel, G.K. Chesterton i H. Belloc, uważali, że Polska jest bastionem naszej cywilizacji. I że bez Polski Europy po prostu nie będzie.

Jan Matejko - Sobieski pod Wiedniem

Jan Matejko – Sobieski pod Wiedniem Czytaj dalej

O rzeczach, które nie pasują do siebie

 

Jest wokół nas coraz więcej rzeczy, które do siebie nie pasują. Wpychają się one nawet do naszego wnętrza, łącząc się w egzotyczne pary lub tercety. Burząc porządek, wywołując niepokój.

Nie, nie to jest problemem, że rzeczy, które do siebie nie pasują istnieją. Niech sobie będą. Istotne jest, że łączy się je ze sobą i każe nam się przyjmować je jako całość. A jednak nie są one i nie mogą być całością. Połączenie ich jest czymś sztucznym, nieprawdziwym. Sprzeczności nie da się połączyć.

Taką źle dobraną i zupełnie nieprawdziwą parą są wznoszone do góry polskie flagi, radość i duma młodych ludzi z powodu niepodległości Polski, pieśni patriotyczne, modlitwa podczas osławionego Marszu w Warszawie – a wraz z nimi okrzyki jakby z zupełnie innej opowieści. Wykrzyczane chrapliwym, nienaturalnym głosem, brutalne, prymitywne hasła, w których kogoś się nienawidzi, komuś źle się życzy. A jeśli do tego ci, którzy wznoszą te okrzyki głupawo uśmiechają się do kamer, całość jest do kwadratu źle sklejoną tandetą, żałosnym falsyfikatem. To nie „faszyzm”, jak upiera się podrajcowana brukselska gawiedź,wystrojona w drogie garnitury, i doczepieni do niej zdrajcy naszego państwa, to podróbka udająca oryginał.

Nie pasuje do siebie w żadnym wypadku radość i duma z wolnej Polski i manifestacja złych uczuć wobec innych ludzi. Całość taka przygnębia, nuży, męczy, zniechęca – tak jest zawsze, gdy ma się do czynienia z połączeniem grubą fastrygą obcych, nie pasujących do siebie elementów. Chce się ziewać, chce się odejść – pomimo tylu efektów specjalnych.

 

Wojciech Kossak - Kościuszko pod Racławicami

Wojciech Kossak – Kościuszko pod Racławicami

 

Nie pasuje do sobie także, bo jest smutnym przykładem kiczowatego patchworka, połączenie uroczystej Mszy św. w katedrze gnieźnieńskiej z okazji odzyskania niepodległości – w jednej z najstarszych i najpiękniejszych w Polsce świątyń – i powtykane w kazanie (wygłoszone przez jednego z najważniejszych polskich hierarchów) przytyki, że my, Polacy mało mamy zrozumienia dla ludzi z odległej części świata. Ludzi, których czyjś projekt polityczny, oparty o utopijną wizję globalnego społeczeństwa, wpycha na siłę do Europy. Używa się do tego celu całego wachlarza zastępczych argumentów – od sentymentalnych, „humanitarnych”, po gospodarcze i religijne. Rzekomo nie umiemy „kochać”, rzekomo jesteśmy „zamknięci”, rzekomo nasza wiara jest „słaba”. Plątanina wątków, jak niechlujny splot grubych i cienkich nici, oraz rosochatych gałęzi i zapiaszczonych korzeni, które upleść mają jedną materię, tworzy osobliwy produkt. Rozłazi się to w oczach, rwie i strzępi przy najlichszym powiewie.

Nie pasują główne uroczystości religijne z okazji Święta Niepodległości w Warszawie i wybór na nie – wcale nie któregoś z pięknych starych warszawskich kościołów czy dostojnych katedr – ale architektonicznego potworka, jakim jest Świątynia Opatrzności. Budynek, który mógłby być wszystkim: bunkrem, magazynem zboża albo nawozów sztucznych, obiektem  wojskowej technologii, czapką monstrualnego krasnala – tylko nie świątynią katolicką. Uderzający przykład pretensjonalnej brzydoty, pomnik zniszczenia przez modernistyczną ideologię całego piękna, dostojeństwa, harmonii i proporcji w sztuce. Casus całkowicie zdesakralizowanego budownictwa, które nie sposób nazwać inaczej jak „opakowanie na lud boży”, który odbywa tu swoje pompatyczne i megalomańskie „akademie ku czci” (własnej), a nie miejsce, gdzie oddaje się cześć prawdziwemu Bogu. Zniweczenie i porzucenie wszystkich symboli, których obecność wyznaczała i porządkowała przestrzeń sakralną w chrześcijańskiej kulturze przez prawie tysiąc lat, znalazło tu jaskrawe, wręcz podręcznikowe odzwierciedlenie.

 

Sanktuarium w Kalwarii Pacławskiej (fot. blog Wycieczki po Polsce)

Sanktuarium w Kalwarii Pacławskiej (fot. blog Wycieczki po Polsce)

Idąc ulicami mojego miasta natknęłam się na olbrzymi plakat reklamujący Akademię Tańca. Zdjęcie na plakacie przedstawia półnagiego, opalonego mężczyznę dźwigającego na plecach półnagą kobietę o równie brązowej skórze. Mężczyzna był przygięty, jakby wchodził do jakiejś jaskini. Oboje mieli dziki i przerażony wzrok. Czy ktoś mógłby wyjaśnić dzieciom i młodzieży, którzy dziś tak chętnie zapisują się do wszelkiego rodzaju szkół, na kursy i warsztaty tańca, że ten dziwaczny montaż składa się z elementów, które kompletnie do siebie nie pasują? Nie pasują do tego, co w naszej kulturze oznacza „taniec” oraz „akademia”. Są cytatem z „kultury” całkowicie nam Polakom, obcej, pierwotnej, prehistorycznej. To wtedy – tak przynajmniej twierdzą ewolucjoniści oraz ilustracje w atlasach, które mają ukazać „pochodzenie człowieka od małpy” – chodziliśmy półnadzy, przygarbieni; kobiety były łupem mężczyzn i noszone były na plecach jak upolowana zwierzyna.

Nie pasujących do siebie rzeczy jest w naszym otoczeniu rzecz jasna więcej. Wszystkie te niedobrane pary, niewłaściwe skojarzenia, błędne i fałszywe połączenia, wewnętrznie sprzeczne sojusze, oparte o arbitralne przeświadczenia ludzi, na których myśleniu zaciążyła pycha, chcą zawładnąć naszą wyobraźnią i naszym myśleniem, narzucić nam przekonanie, że wyrastamy z rzeczywistości zupełnie innej niż potwierdza to cała nasza kulturowa i religijna tradycja, cała nasza historia. Że naszym domem, fundamentem naszej kultury jest jakaś spreparowana mieszanina pogaństwa, barbarzyństwa, pierwotności, dzikości i brzydoty. Cały nasz dorobek cywilizacyjny – piękno, dostojeństwo, harmonia, szacunek dla sacrum, poświęcenie, logika, a także dobre maniery, rewerencja wobec kobiet, elegancja, umiar – wzięte zostaje w ten sposób w wielki, pokraczny nawias rzekomej nowoczesności.

 

Józef Brandt - Bogurodzica

Józef Brandt – Bogurodzica

Nie peszmy się tymi wszystkimi wysiłkami, które wchodzą najwyraźniej w ostrą fazę. Pozostańmy sobą, katolikami, Polakami, Europejczykami. Nasza przeszłość, choć pełna ludzkich błędów, jest powodem do uzasadnionej dumy; cywilizacja łacińska, której jesteśmy spadkobiercami, jest szczytem, na jaki wzniósł się ludzki umysł. Nasza wiara, nasza religia jest prawdą objawioną przez Boga. Nasza kultura, przede wszystkim architektura i sztuka sakralna, jest niedościgłym wzorcem piękna. Nie ma i nie będzie innej prawdy, innego piękna, innej harmonii, innej historii.

Gdy przestaje się pojmować człowieka jako stworzonego przez Boga i winnego oddawać Bogu to, co boskie, a więc należną mu cześć i posłuszeństwo, a traktuje się go jako produkt ewolucji, trudno się dziwić, że zanika nieuchronnie samo piękno. Piękno, którego źródło znajduje się poza nami, a my, w naszych duszach, nosimy jedynie jego daleki odblask.

Gdy człowiek opiera się tylko na sobie, gdy odblask ten usiłuje zgasić, gdy staje się dobrowolnie elementem czyichś projektów socjotechnicznych, jest w stanie zamiast sztuki tworzyć tylko krzyczący, nagi, kompromitujący go kicz

Ewa Polak-Pałkiewicz.

 

 

 

500 lat protestantyzmu: 35 absurdalnych cytatów z Marcina Lutra

Nie sposób zrozumieć godnych pożałowania owoców reformacji, jeśli nie zbadamy wpierw korzeni drzewa, które zrodziło tak zgniłe owoce.

Zatem zacznijmy od samego początku, a więc od tego co działo się w głowie Marcina Lutra. Ojciec protestantyzmu mówił i pisał bowiem rzeczy, w które do dziś wprost trudno uwierzyć.

Marcin Luter o godności i majestacie Boga

1. „Nie ma znaczenia, jak zachowywał się Chrystus – liczy się tylko to, czego nauczał” (źródło: Erlangen, tom. 29, s. 126).

Marcin Luter o Dekalogu

2. „Jedyny cel [Dekalogu] to pokazanie człowiekowi niemożności czynienia przez niego dobra i nauczenie go rozpaczania nad sobą” (źródło: Henri Denifle, Luther et Lutheranisme. Etude Faite d’apres les sources, tłum. J. Paquier, A. Picard, Paris 1912-13, tom. III, s. 364).

3. „Musimy usunąć Dekalog z oczu i z serca” (źródło: De Wette 4, 188).

4. „Jeśli dopuścimy, by on – Dekalog – miał jakikolwiek wpływ na nasze sumienie, stanie się on przykrywką całego zła, herezji i bluźnierstw” (źródło: Comm. ad Galat, s. 310).

5. „Ważniejsze jest strzec się przed dobrymi uczynkami niż przed grzechem” (źródło: Tischreden, wyd. wittenberdzkie, tom. VI, s. 160).

Marcin Luter i materialna konieczność dobrych uczynków

6. „Dobre uczynki są złe i są grzechem, jak pozostałe” (źródło: Henri Denifle, Luther et Lutheranisme. Etude Faite d’apres les sources, tłum. J. Paquier, A. Picard, Paris 1912-13, tom. III, s. 47).

7. „Nie ma zgorszenia większego, bardziej niebezpiecznego, bardziej jadowitego niż dobre życie zewnętrzne, objawiające się dobrymi uczynkami i pobożnym sposobem życia. Jest to wspaniała brama, droga, która wiedzie do potępienia” (źródło: Henri Denifle, Luther et Lutheranisme. Etude Faite d’apres les sources, tłum. J. Paquier, A. Picard, Paris 1912-13, tom. II, s. 128).

Marcin Luter o znaczeniu wolnej woli

8. „(…) jeśli chodzi o Boga i o wszystko, co wywiera wpływ na zbawienie lub potępienie, [człowiek] nie ma wolnej woli, ale jest jeńcem, więźniem i niewolnikiem pańszczyźnianym albo woli Boga, albo woli szatana” (źródło: esej Bondage of the Will, [w:] Martin Luther: Selections From His Writings, red. John Dillenberger, Anchor Books, 1962, s. 190).

9. „Człowiek jest jak koń. Bóg wskakuje w siodło? Koń jest posłuszny i dostosowuje się do każdego ruchu Jeźdźca i idzie tam, gdzie On chce. Bóg rzuca wodze? Wówczas szatan wskazuje na grzbiet zwierzęcia, które pochyla się, idzie i poddaje ostrogom i kaprysom swojego nowego jeźdźca. (…) Zatem konieczność, a nie wolna wola, jest kontrolującą zasadą naszego postępowania. Bóg jest autorem tego, co złe, jak również tego, co dobre; a jak obdarza szczęściem tych, którzy na to nie zasługują, tak również faktycznie potępia tych, którzy nie zasługują na swój los” (źródło: De Servo Arbitrio, 7, 113 seq., cyt. P.F. O’Hare, [w:] Facts About Luther, TAN Books, 1987, s. 266-267).

10. „Jego [Judasza] wola była dziełem Boga; Bóg swoją wszechmocą poruszał jego wolą, tak jak wszystkim, co jest na tym świecie” (źródło: De servo Arbitrio, przeciwko wolnej woli człowieka)

11. „Żaden dobry uczynek nie jest wynikiem czyjejś własnej mądrości, ale wszystko musi się dziać w otępieniu. (…) Rozum należy odrzucić, gdyż jest on wrogiem wiary” (źródło: Tischreden, Weimar, VI, 143, 25-35).

Marcin Luter o życiu chrześcijańskim

12. „Bądź grzesznikiem i niech twoje grzechy będą ogromne, ale niech twoja ufność w Chrystusa będzie silniejsza i raduj się w Chrystusie, który jest zwycięzcą nad grzechem, śmiercią i światem. Będziemy grzeszyć przebywając tutaj, gdyż to życie nie jest miejscem, gdzie mieszka sprawiedliwość. (…) Żaden grzech nie może nas od Niego odłączyć, nawet gdybyśmy mieli tysiące razy każdego dnia zabić czy popełnić cudzołóstwo” (źródło: Let Your Sins Be Strong, [w:] The Wittenberg Project, The Wartburg Segment, tłum. Erika Flores, [w:] Dr. Martin Luther, Sämmtliche Schriften, list nr 99, 1 VIII 1521. – por. także Henri Denifle, Luther et Lutheranisme. Etude Faite d’apres les sources, tłum. J. Paquier, A. Picard, Paris 1912-13, t. II, s. 404).

13. „Nie pytaj o nic swojego sumienia, a jeśli przemówi, nie słuchaj go; jeśli będzie nalegać, zdław je, zabawiaj się; jeśli to konieczne, popełnij jakiś dobry duży grzech, aby je odpędzić. Sumienie to głos szatana, a koniecznie należy zawsze robić coś wprost przeciwnego do tego, czego chce szatan” (źródło: J. Dollinger, La Reforme et les resultants qu’elle a produits, tłum. E. Perrot, Gaume, Paris 1848-49, tom. III, s. 248).

Marcin Luter o karze śmierci i miłosierdziu

14. „Jeśli ktoś uczyłby doktryn sprzecznych z artykułami wiary wyraźnie ugruntowanymi w Piśmie Świętym i w które wierzy cały świat chrześcijański, takimi jak artykuły, których uczymy dzieci w credo – na przykład, gdyby ktoś nauczał, że Chrystus nie jest Bogiem, ale zwykłym człowiekiem i podobnym innym prorokom, jak utrzymują Turcy i anabaptyści – takich nauczycieli nie należy tolerować, ale karać jako bluźnierców. (…) Według tej procedury nikogo nie zmusza się do wierzenia, gdyż może wierzyć w to, co chce; ale nie wolno mu nauczać i bluźnić” (źródło: Luther’s Works, tom. XIII, 61-62).

15. „To, że wywrotowe artykuły doktryny powinno się karać mieczem, nie wymaga dalszych dowodów. Jeśli chodzi o resztę, anabaptyści utrzymują zasady odnoszące się do chrztu niemowląt, grzechu pierworodnego i natchnienia, które nie mają związku ze Słowem Bożym i są w istocie mu przeciwne. (…) Władze świeckie są także zobowiązane powstrzymać i otwarcie karać fałszywe doktryny. (…) Pomyślmy bowiem: jaka klęska by nastąpiła, gdyby dzieci nie były chrzczone? (…) Poza tym anabaptyści oddzielają się od kościołów (…) i ustanawiają posługę i zgromadzenia własne, co jest także przeciwne przykazaniu Boga. Biorąc to wszystko pod uwagę, jasne się staje, że władze świeckie są zobowiązane wymierzać przestępcom karę cielesną. (…) Także, kiedy jest to przypadek utrzymywania jakiejś duchowej zasady, takiej jak chrzest niemowląt, grzech pierworodny i niekonieczna separacja, wówczas (…) konkludujemy, że (…) upartych sektarian należy uśmiercać” (źródło: pamflet z roku 1536, [w:] Johannes Janssen, History of the German People From the Close of the Middle Ages, 16 tomów, tłum. A.M. Christie, B. Herder, St. Louis 1910 [orgy. 1891], t. X, s. 222-223).

Marcin Luter o sprawiedliwości społecznej

16. „Chłopi nie lepsi są od słomy. Nie usłyszą słowa i są pozbawieni rozsądku; zatem należy ich przymusić do słuchania trzaskiem bicza i świstem kul i to jedyna rzecz, na którą zasługują” (źródło: Erlangen, t. 24, s. 294).

17. „Zabić chłopa to nie morderstwo; to pomoc w gaszeniu pożaru. Niech nie będzie półśrodków! Zmiażdżyć ich! Podciąć im gardła! Przebić ich. Nie zostawiajcie kamienia na kamieniu! Zabić chłopa to zniszczyć wściekłego psa!” – „Jeśli mówią, że jestem bardzo surowy i niemiłosierny, niech szlag trafi miłosierdzie! Niech każdy, kto może, dźga ich, dusi i zabija jak wściekłe psy” (źródło: Erlangen, t. 24, s. 294).

18. „Jak poganiacze osłów, którzy muszą nieustannie okładać osły kijem i batem, gdyż inaczej nie będą posłuszne, tak władcy muszą postępować z ludem; muszą pędzić go, bić, dławić, wieszać, palić, ścinać głowy i torturować, aby budzić lęk i hamować lud” (źródło: Erlangen, t. 15, s. 276).

Adolf Hitler Marcin Luter o miłowaniu Żydów

19. „Moja rada, jak powiedziałem wcześniej, jest taka: Po pierwsze, by spalić ich synagogi, a każdy, kto może, niech rzuca siarkę i smołę; byłoby dobrze, gdyby ktoś mógł także dorzucić nieco ognia piekielnego. (…) Po drugie, żeby wszystkie ich księgi – ich modlitewniki, ich pisma talmudyczne, a także całą Biblię – im zabrać, nie zostawiając ani kartki, a zachować je dla tych, którzy mogą się nawrócić. (…) Po trzecie, by zabronić im pod karą śmierci sławienia Boga, dziękczynienia, modlitwy i publicznego nauczania wśród nas i w naszym kraju. (…) Po czwarte, by zabronić im wypowiadania imienia Boga w zasięgu naszego słuchu. Albowiem nie możemy słuchać tego w dobrej wierze ani tolerować. (…) Ten, kto usłyszy to imię [Boga] wypowiedziane przez Żyda, musi poinformować władze albo obrzucić go świńskim łajnem, gdy go zobaczy i gonić go” (źródło: Martin Luther, On the Jews and Their Lies, tłum. Martin H. Bertram, Fortress Press 1955).

20. „Spalić ich synagogi. Zabronić im wszystkiego, o czym wspomniałem wyżej. Zmusić ich do pracy i traktować ich z wszelakiego rodzaju surowością, tak jak uczynił to Mojżesz na pustyni, gdy zabił trzy tysiące. (…) Jeśli to nie zadziała, musimy gonić ich jak wściekłe psy, aby nie stać się współuczestnikami ich wstrętnego bluźnierstwa i wszystkich ich przywar i po to, abyśmy nie zasłużyli na gniew Boga i nie zostali potępieni wraz z nimi. Wykonałem swoją powinność. Niech każdy zadba o wypełnienie swojej. Ja jestem usprawiedliwiony” (źródło: About the Jews and Their Lies, cyt. P.F. O’Hare, The Facts About Luther, TAN Books 1987, s. 290).

21. „Gdybym miał ochrzcić Żyda, zabrałbym go na most nad Łabą, powiesił kamień u jego szyi i zepchnął go ze słowami: Chrzczę ciebie w imię Abrahama” (źródło: Hartmann Grisar, Luther, t. V, s. 413).

22. „Żydzi zasługują na to, by wieszać ich na szubienicy siedem razy wyżej od zwykłych złodziei” (źródło: Weimar, t. 53, s. 502).

Marcin Luter na temat świętości i godności małżeństwa

23. „Jeśli mąż nie ma ochoty, jest inny, który ma; jeśli żona nie ma ochoty, wówczas niech przyjdzie pokojówka” (źródło: Of Married Life).

24. „Przypuśćmy, że doradziłbym żonie impotenta (za jego zgodą), by oddała się innemu, powiedzmy: bratu męża, ale by zachowała ten mariaż w tajemnicy i przypisała dzieci tzw. domniemanemu ojcu. Rodzi się pytanie: Czy taka kobieta jest w stanie, który gwarantuje zbawienie? Moja odpowiedź: z pewnością” (źródło: On Marriage).

25. „Nie jest sprzeczne z Pismem Świętym, by mężczyzna miał kilka żon” (źródło: De Wette, t. 2, s. 459).

26. „Słowo i dzieło Boga jest całkiem jasne, to znaczy, że kobiety są stworzone po to, aby być albo żonami, albo prostytutkami” (źródło: On Married Life).

27. „Mimo całego dobra, jakie mogę powiedzieć o życiu małżeńskim, nie przyznam naturze tyle, by poświadczyć, że nie ma w nim grzechu (…), żadna powinność małżeńska nie jest nigdy pozbawiona grzechu. Powinność małżeńska nigdy nie jest wypełniana bez grzechu” (źródło: Weimar, t. 8, s. 654. Innymi słowy dla Lutra akt małżeński jest „grzechem, który niczym się nie różni od cudzołóstwa”, ibid. Jaki jest zatem, możecie się spytać, cel małżeństwa dla Lutra? Luter stwierdza, że jest nim po prostu zaspokojenie swoich żądz seksualnych: „Ciało domaga się kobiety i musi ją mieć”, albo: „Małżeństwo jest lekarstwem na cudzołóstwo” – Hartmann Grisar, Luther, t. IV, s. 145).

Marcin Luter o równości i moralizowaniu

28. „Jakąż krzywdę mogłoby to wyrządzić, gdyby człowiek powiedział dobre, mocne kłamstwo w godnej sprawie i dla dobra kościołów chrześcijańskich?” (źródło: Lenz, Briefwechsel, t. 1, s. 373)

29. „Kłamać z konieczności albo dla wygody, albo usprawiedliwiając się – takiego kłamstwa nie będzie się traktować jako rzeczy przeciwnej Bogu; był On gotów wziąć takie kłamstwa na siebie” (źródło: Lenz, Briefwechsel, t. 1, s. 375).

Marcin Luter i pokora

30. „Św. Augustyn czy św. Ambroży nie mogą się ze mną równać” (źródło: Erlangen, t. 61, s. 422).

31. „To, czego nauczam i co piszę, pozostaje prawdą, nawet gdyby cały świat miał z tego powodu rozpaść się na kawałki” (źródło: Weimar, t. 18, s. 401).

Marcin Luter o wartości Pisma Świętego

32. „Moim zdaniem ona [księga Apokalipsy] nie nosi na sobie piętna charakteru apostolskiego ani prorockiego. (…) Każdy może ukształtować swój sąd o tej księdze; jeśli chodzi o mnie, to czuję do niej wstręt i jest to dla mnie wystarczający powód, by ją odrzucić” (źródło: Sammtliche Werke, 63, s. 169-170, [w:] P.F. O’Hare, The Facts About Luther, TAN Books, 1987, s. 203).

33. „Jeśli wasz papista drażni was tym słowem („sama” – Rz 3,28), powiedzcie mu wprost, że dr Marcin Luter tak uważa: papista i osioł to jedno i to samo. Ktokolwiek nie przyjmie mojego tłumaczenia, niech traktuje je lekceważąco: diabeł podziękuje temu, kto krytykuje je bez mojej woli i wiedzy. Luter tak to przyjmuje, a jest on doktorem przewyższającym wszystkich doktorów w całym papiestwie” (źródło: Amic. Discussion, 1, 127, [w:] P.F. O’Hare, The Facts About Luther, TAN Books 1987, s. 201. Por. także J. Dollinger, La Reforme et les resultants qu’elle a produits, tłum. E. Perrot, Gaume, Paris 1848-1849, t. III, s. 138).

34. „Historia o Jonaszu jest tak potworna, że całkowicie niewiarygodna” (źródło: P.F. O’Hare, The Facts About Luther, TAN Books 1987, s. 202).

35. „(…) list św. Jakuba jest listem pełnym słomy, gdyż nie zawiera nic ewangelicznego” (źródło: Preface to the New Testament, red. Dillenberger, s. 19. – Por. także Jean Janssen, L’Allemagne et la Reforme, tłum. E. Paris, Plon 1887-1911, t. II, s. 218.

David L. Gray

Źródło: saintdominicsmedia.com

Tłum. Jan J. Franczak

 

 

Śmierć. Błogosławiona brama do raju

Rozmyślajmy często o śmierci, nie z rozpaczą pogan czy jako o końcu naszej egzystencji, jak ateiści, ale jako o błogosławionej bramie, którą wkraczamy do raju. Ujrzymy wówczas, dlaczego św. Paweł stwierdza, że śmierć została pokonana zmartwychwstaniem Chrystusa: „Zwycięstwo pochłonęło śmierć. Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?”.

Śmierć

Rozpatrzmy kilka znaczących przykładów dla refleksji na temat śmierci. Pomogą one nam lepiej zrozumieć ten straszliwy krok, który musimy wszyscy zrobić.

Wolter

W eleganckim pokoju pięknego osiemnastowiecznego francuskiego domu, pełnego ornamentów, delikatnych zdobień, jedwabnych zasłon i obitych tapicerką krzeseł umiera pod baldachimem olbrzymiego łoża stary człowiek. Jest chudy i wymizerowany. Bardzo inteligentny, nawet genialny, ale bezbożny i sarkastyczny. Posiadał iście diabelską zdolność ośmieszania swoich przeciwników. Wykorzystywał tę władzę zwłaszcza przeciwko Kościołowi i jego Bożemu Założycielowi, o którym mówił jedynie jako „Tym Niesławnym”, którego należy zmiażdżyć.

Ten filozof miał wszystko, co życie może ofiarować: pieniądze, przyjemności, prestiż. Był nawet przez wielu ubóstwiany. Wie, że umrze i już wizytę złożyli mu dwaj księża. Jednak odmawia wyznania swoich błędów i prosi ich o zostawienie go w spokoju.

Całe jego ciało pokrywają rany, pali go gardło, a jego dusza jest w rozpaczy. Wciąż przytomny, zdaje sobie sprawę, że Kościół jest prawdą, a Jezus Chrystus jego zbawieniem. Jednak odrzuca wszelkie łaski i utwardza swoją wolę w złu. Wie, jaki czeka go kres, a przed nim już otwiera się piekło. Gdy ów koniec nadchodzi, „umiera wściekły, bluźniąc w rozpaczy, przeklinając przyjaciół, rozdrapując ciało i jedząc własne ekskrementy”.

Święta Teresa, Mały Kwiatek Jezusa

Skierujmy się teraz ku ubogiemu, prostemu szpitalowi. To infirmeria klasztorna karmelitańskich zakonnic z Lisieux we Francji pod koniec XIX wieku. Młoda, dwudziestoczteroletnia zakonnica jest bliska śmierci. Zmagania ze śmiercią dotkniętej gruźlicą Teresy miały długi i bolesny przebieg. Z trudem łapie oddech, czuje duszności. Jej dusza pogrąża się w śmiertelnej posusze, już nie odczuwa pociech Bożego Oblubieńca, któremu poświęciła życie i którego kocha z żarliwością pochłaniającą ją bardziej niż choroba. Boży Zbawiciel zsyła tę ostateczną próbę na ową heroiczną duszę.

Zgodnie z klasztornym zwyczajem reszta zakonnic stoi wokół niej. Wśród nich są jej trzy rodzone siostry: Paulina, Maria i Celina. Paulina (matka Agnieszka od Jezusa) była jej kierowniczką, jej „małą mamą”. Maria (siostra Maria od Najświętszego Serca) była jej serdeczną matką chrzestną, która przygotowała ją do I Komunii Świętej. Celina (siostra Genowefa od Najświętszego Oblicza) była jej bliźniaczą duszą, z którą najbardziej się utożsamiała i która w szczególności była otwarta na jej doktrynę „małej drogi”, czyli „duchowego niemowlęctwa”.

Jej kuzynka, Maria Guérin (siostra Maria od Eucharystii), przełożona, matka Maria Gonzaga (która była przyczyną tak wielu jej cierpień), oraz reszta zakonnic po złożonych ślubach – są także w pobliżu jej łoża śmierci. Wszystkie żarliwie się modlą, widząc cierpienie swej umierającej siostry. W końcu, w apogeum cierpienia, Teresa unosi się nieznacznie na łóżku, spogląda w stronę nieokreślonego punktu w pokoju, uśmiecha się anielsko i w ekstazie szczęścia oddaje swą dziewiczą duszę Bogu.

Sfotografowany tuż po śmierci ów rajski uśmiech wciąż jest obecny na ustach tej zakonnicy, która chciała wieść życie kontemplacyjne, być misjonarką, wojowniczką i nową świętą Joanną d’Arc. Ten uśmiech to początek nieba.

Święty Józef

Wreszcie weźmy pod uwagę mały palestyński domek. Zbudowany jest z ułożonych warstwami kamieni i ma płaski dach, tak jak było to w stylu rejonu, gdzie tak rzadko pada deszcz. W prostym, wiejskim pokoju, nacechowanym nieokreśloną czystością i wzniosłością, na skromnym łóżku doświadczony, czcigodny starzec walczy ze śmiercią. Emanują z niego: niezrównany majestat i słodkość. Po jednej stronie łóżka jest młody Człowiek, krzepki, ale nie ordynarny, mający tak harmonijne rysy twarzy, że Dawid wykrzyknął o Nim profetycznie: „Tyś najpiękniejszy z synów ludzkich” (Ps 45,3). To oczywiście Jezus Chrystus stoi obok łóżka swojego przybranego ojca.

Z drugiej strony stoi Pani w średnim wieku, której piękno podkreśla Jej dojrzałość. To do Niej stosują się słowa Pieśni nad pieśniami (4,7): „Cała piękna jesteś, przyjaciółko moja, i nie ma w tobie skazy”. To Najświętsza Maryja Panna. Stoimy przed świętym Józefem, którego w ostatnich chwilach wspierają nasz Pan i Matka Najświętsza. Nie może być skuteczniejszego albo bardziej pocieszającego wsparcia, lub szczęśliwszej śmierci dla tego wielkiego Patriarchy, męża Maryi Panny, a zatem prawdziwego, choć nie cielesnego, ojca Bożego Zbawiciela. To dlatego Kościół nazwał go patronem dobrej śmierci.

Dlaczego śmierć nas szokuje

Zastanówmy się nad kolejną rzeczą. Naszym najsilniejszym instynktem jest instynkt samozachowawczy. Gdy pojawia się nagłe zagrożenie, całe nasze ciało jest w stanie pogotowia. Nasz oddech się zmienia, wzrok wyostrza, a wszystkie zmysły skupiają się na tym, by uprzedzić niebezpieczeństwo mogące wystawić nasze życie na ryzyko.

Pod wpływem intensywnych emocji, wywołanych niebezpieczeństwem, człowiek może dla siebie albo dla ukochanej osoby dokonać rzeczy, których normalnie by nie zrobił. Skoczy z płonącego budynku, przeskoczy nad niezwykle wysokim murem, przejdzie wezbrany i szalejący nurt, przebiegnie olbrzymi dystans albo rzuci się tuż przed samochód, by ocalić ukochaną osobę.

To wszystko jest instynktowne. Poprzedza myślenie i prowadzi do nagłych, skutecznych i piorunujących działań. Taka intensywność pokazuje, na poziomie przyrodzonym, że człowiek postrzega życie jako największe z wszystkich dóbr. Ponadto jest tak przywiązany do życia, że jest skłonny do największych poświęceń i ustępstw, by je ocalić, czasami nadając mu najwyższą wartość. To dlatego, kiedy ponad własne życie człowiek stawia obronę kraju, szlachetną sprawę, zasady, cnotę czy – w szczególności – wiarę, jest to wyraz wysokiej moralnej bezinteresowności i heroizmu. Kiedy ponad swe życie stawia miłość Boga, staje się męczennikiem, świętym.

Stąd na poziomie czysto przyrodzonym, bez brania pod uwagę łaski czy Bożej pomocy, człowiek lęka się śmierci bardziej niż czegokolwiek innego i czuje rozpacz nawet w obliczu jej odległej perspektywy. Kiedy jednak człowiek patrzy na śmierć w nadprzyrodzonym duchu, wie – mimo brutalności oddzielenia duszy od ciała – że śmierć to brama wiodąca do życia przyszłego i chwały błogosławionych. Postrzega wówczas śmierć oczami pełnymi wiary i nadziei.

Śmierć, zapłata za grzech

Święty Paweł uczy nas: „Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć, a łaska przez Boga dana – to życie wieczne w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 6,23). „Dlatego też, jak przez jednego człowieka grzech wszedł do świata, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ zgrzeszyli” (Rz 5,12).

Śmierć ma w sobie wydźwięk kary. To dlatego budzi taki postrach i wywołuje tak wiele cierpienia. Z naturalnego punktu widzenia człowiek nie powinien żyć bez końca. Jest on bytem złożonym, składającym się z duchowej duszy – która jest nieśmiertelna – i organicznego ciała – które się psuje. Dusza ożywia złożony ludzki byt. Kiedy ciało popada w ruinę – w wyniku choroby, zużycia czy wypadku – traci swą zdolność do jedności z duszą. Te dwa elementy złożonego ludzkiego bytu rozdzielają się; dusza wkracza do wieczności, a ciało zaczyna się psuć, zamieniając w proch, z którego zostało stworzone (por. Rdz 2,7), aż do chwili ostatecznego zmartwychwstania, kiedy ponownie zjednoczy się z duszą.

Konsekwencja grzechu pierworodnego

Bóg stworzył naszych pierwszych rodziców, Adama i Ewę, i dał im ziemski raj na miejsce zamieszkania. Sam Stwórca, który rozmawiał z Adamem „w porze powiewu wiatru” (Rdz 3,8), wyniósł ich do porządku nadprzyrodzonego, udzielając im daru łaski uświęcającej, dzięki której uczestniczą w samym życiu Boga. Oprócz tego dał im wiele darmowych darów, zwanych charyzmatami, będącymi poza ludzką naturą. W ten sposób otrzymali oni dar natchnionej wiedzy, dzięki której rozumieli wszystko, i dar harmonii, dzięki któremu oszczędzone były im choroby i śmierć.

Gdyby nie grzech, życie człowieka na ziemi byłoby życiem niebiańskim, w przyjaźni z Bogiem pośród uroków i słodkości Edenu. Człowiek był królem stworzenia; same zwierzęta były mu posłuszne, a natura uginała się przed jego wolą. Po dopełnieniu tego czasu, gdy jego świętość osiągnęłaby pewien poziom, aniołowie poprowadziliby go ku radości, jaką jest pełnia szczęścia w niebie. Jednak Bóg, który jest pełnią sprawiedliwości, ustanowił próbę, aby w praktykowaniu cnoty były też zasługi. Pragnąc, by człowiek w pełni poddał się Jego woli, Bóg poddał Adama i Ewę próbie, zabraniając im spożywania owoców z drzewa pośrodku raju, zwanego drzewem poznania dobrego i złego.

Kuszona przez diabła Ewa pozwoliła się uwieść; sama z kolei skusiła swojego męża. Nieposłuszni Bożemu nakazowi oboje spożyli z zakazanego owocu. Przyszła kara: utracili swoją pierwotną niewinność, otwierając oczy na zło; „poznali, że są nadzy” (Rdz 3,7) i wezbrała w nich pożądliwość. Wygnani z raju musieli pracować i zarabiać na swój chleb w pocie czoła. Doświadczyli po raz pierwszy ciężaru zmęczenia. Kobieta miała rodzić w bólach, ziemia napełnić się cierniami, a zwierzęta zbuntować przeciw swoim byłym panom. Ze względu na swój grzech, nazwany pierworodnym, gdyż został popełniony przez ludzkość jako pierwszy, Adam i Ewa utracili nie tylko łaskę uświęcającą, która sprawiała, że byli przyjaciółmi Boga, ale także niektóre z nadzwyczajnych darów, w szczególności dar harmonii, przez co stali się podatni na chorobę i śmierć (por. Rdz 2 i 3).

Boleści śmierci a dobra śmierć

Śmierć znaczy koniec naszych nieszczęść na tej ziemi. Uniemożliwia nam zyskanie większej ilości zasług, skruchę za grzechy i otrzymanie dodatkowych łask. Człowiek umierając wkracza do wieczność, „a jeśli drzewo upadnie na południe czy też na północ – na miejscu, gdzie upadnie, tam leży” (Koh 11,3). Dobra śmierć zależy od specjalnej łaski, udzielanej przez Boga wiodącym dobre życie, tym, którzy odpokutowali swoje grzechy, czy – rzadziej – każdemu, komu zdecyduje się udzielić jej z czystej hojności, zgodnie ze swoimi świętymi zamiarami. Łaska dobrej śmierci i ostateczna wytrwałość to jedna z łask, o które powinniśmy prosić z ogromną uporczywością.

Śmierć naturalna, nie będąca wynikiem śmiertelnego wypadku, przychodzi normalnie poprzedzona agonią, różniącą się co do długości trwania. Słowo agonia pochodzi z języka greckiego i oznacza walkę. W rzeczywistości w tej tragicznej chwili bierzemy udział w ostatecznej bitwie, która rozstrzygnie o naszym ostatecznym losie – zbawieniu albo potępieniu. Za Bożym pozwoleniem w trakcie końcowej agonii diabeł przypuści największy atak, usiłując doprowadzić umierającą osobę do rozpaczy. Choć nie powinniśmy dać się przerazić tą perspektywą, musimy potraktować perspektywę agonii bardzo poważnie, mając z ufnością nadzieję na miłosierdzie Boże i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny.

Ktokolwiek wiódł życie cnotliwe, a w szczególności modlił się dużo o łaskę dobrej śmierci, może być pewny, że w chwili agonii pomogą mu Matka Boża, św. Józef i święci aniołowie. Jest to ostateczna chwila heroicznej ufności w miłosierdzie Boże.

Powinności wobec umierającego

Chodź zasadnicza odpowiedzialność za dobrą śmierć spoczywa na poszczególnej osobie, to poważnym obowiązkiem miłosierdzia jest pomóc innym umrzeć dobrze, szczególnie jeśli są to przyjaciele, członkowie rodziny czy ktoś, czyjej śmierci jesteśmy przypadkiem świadkami.

Obowiązek miłosierdzia polega na zapewnieniu umierającej osobie księdza, by mogła się wyspowiadać i przyjąć ostatnie namaszczenie, pomagając jej w ten sposób w akcie wiary, nadziei i miłości i wspierając ją swoimi modlitwami.

Niewezwanie księdza z obawy przestraszenia pacjenta – co jest niestety dość powszechną postawą – to pogański i naturalistyczny sposób postępowania. Może to być prawdziwe przestępstwo wobec umierającej osoby, gdyż od tego może zależeć jej wieczne zbawienie. Jej strach będzie dużo większy, kiedy stanie twarzą w twarz wobec sądu Boga, nie otrzymawszy sakramentów przygotowujących do życia wiecznego. Przy prawdziwej skrusze spowiedź odpuszcza grzechy. Namaszczenie chorych, czyli ostatnie namaszczenie, także zyskuje przebaczenie, szczególnie w przypadku utraty przytomności i – kiedy taka jest wola Boża – nawet poprawia albo przywraca zdrowie danej osoby.

W swoim liście św. Jakub nawołuje:

Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone. Wyznawajcie zatem sobie nawzajem grzechy, módlcie się jeden za drugiego, byście odzyskali zdrowie” (Jk 5,14-16).

Namaszczenie chorych ma kilka skutków:

1) Zwiększa łaskę uświęcającą w duszy, niszczy to, co pozostało z grzechu (słabość, złe skłonności itd.), oraz umacnia duszę przed minionym, obecnym i przyszłym złem.

2) Odpuszcza grzechy śmiertelne w przypadkach, w których dana osoba z nie swojej winy nie może się wyspowiadać, pod warunkiem skruchy, to znaczy nadprzyrodzonego żalu za grzechy z lęku przed Bogiem.

3) Zależnie od poziomu wewnętrznej skłonności danej osoby, usuwa – przynajmniej częściowo – doczesną karę z powodu grzechów już odpuszczonych.

4) Przywraca zdrowie ciału i jest pomocne duszy. Chociaż jest to skutek drugorzędny, jest on niezawodny, jeśli chodzi o dobro duchowe chorego.

W przypadkach braku przytomności namaszczenie chorych jest ważniejsze niż sama spowiedź, ponieważ sakrament pokuty wymaga dla swej ważności przynajmniej nadprzyrodzonej skruchy grzesznika przejawiającej się w jakiś sposób zewnętrznie. Z drugiej strony zwykła skrucha wystarczy dla ważności namaszczenia, nawet jeśli nie zostanie ona w jakiś sposób okazana zewnętrznie.

Po spowiedzi i namaszczeniu chorych, jeśli umierająca osoba jest przytomna, powinna przyjąć Komunię Świętą, to znaczy wiatyk, który jest pokarmem umożliwiającym przejście ścieżek śmierci, wzmocnieniem chlebem aniołów – samym Jezusem Chrystusem w formie sakramentalnej.

W obliczu śmierci nigdy nie powinniśmy panikować ani pozostawać w obojętności

Jeśli chodzi o śmierć, powinniśmy unikać nerwowej paniki i rozpaczy, jak również obojętności wobec życia wiecznego i zakładania, że zostaniemy zbawieni bez zasług. Taka postawa jest odmienna od pokornej i błagalnej ufności tego, który z nadzieją oczekuje wszystkiego ze strony Bożego Miłosierdzia, ale czyni wszystko, co w jego mocy, by dobrze się przygotować na rozstrzygające spotkanie ze Stwórcą. Swoją własną śmierć albo śmierć osoby nam drogiej należy przyjąć z pogodzeniem. Oczywiście śmierć ukochanej osoby powinna nas smucić. Sam nasz Pan dał tego dowód płacząc nad śmiercią Łazarza (J 11,3 i nn.).

Chociaż śmierć jest nieuchronna i ma wydźwięk kary, to staje się chwalebna, kiedy przyjmujemy ją z pogodzeniem albo jako cierpienie za swoje grzechy.

Święty Pius X szczególnie zalecał, by wierni modlili się następującym aktem poddania się woli Boga. Nawet wzbogacił go odpustem zupełnym w chwili śmierci dla każdego, kto odmawia go pobożnie każdego dnia:

Panie Boże mój, już teraz przyjmuję z ręki Twojej z poddaniem się i ochotą każdy rodzaj śmierci, jaki Ci się będzie podobało zesłać na mnie wraz ze wszystkimi jego troskami, cierpieniami i bólami. Amen.

Rozmyślajmy często o śmierci, nie z rozpaczą pogan czy jako o końcu naszej egzystencji, jak ateiści, ale jako o błogosławionej bramie, którą wkraczamy do raju. Ujrzymy wówczas, dlaczego św. Paweł stwierdza, że śmierć została pokonana zmartwychwstaniem Chrystusa: „Zwycięstwo pochłonęło śmierć. Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?” (1 Kor 15,54-55).

Luiz Sérgio Solimeo

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2017-10-31)