OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Miesięczne archiwum: Grudzień 2016

Dziś narodził się nam Zbawiciel. Weselmy się !

Drodzy Wierni,

Dzień dzisiejszy jest dla nas wszystkich dniem radości. Dziś narodził się nam Zbawiciel. Weselmy się. W tym dniu nie ma miejsca na smutek, ponieważ świętujemy dziś narodziny samego życia. Jest to powód do radości dla wszystkich bez wyjątku, gdyż nikt nie ma być wyłączony z udziału w tym weselu. Chrystus Pan jest zwycięzcą grzechu i śmierci, przyszedł aby nas wyzwolić. Święci radują się dziś ze zwycięstwa, które odnieśli poprzez Niego. Grzesznicy radują się, że ofiarowano im możliwość odpuszczenia win. Wszyscy ludzie wezwani są do uczestnictwa w życiu Tego, który się dziś narodził.

W pełni czasów, w momencie wyznaczonym przez Boski zamysł, Syn Boży przybrał naturę ludzką, aby pojednać nas z jej Stwórcą, aby sługa śmierci, szatan, mógł zostać zwyciężony przez tę samą naturę, którą zniewolił. Druga Osoba Trójcy Świętej, która od samego początku istniała wraz z Bogiem Ojcem, równa Mu we wszechmocy, przybrała nasze śmiertelne ciało, aby w ten sposób zwyciężyć panującą nad nami śmierć.

Syn Boży stał się człowiekiem, by zamieszkać między nami. Przybrał nasze człowieczeństwo bez najmniejszego umniejszenia swego Bóstwa. Majestat oblókł się w pokorę, siła w słabość, a wieczność w śmiertelność. By spłacić dług, który zaciągnęliśmy przez grzech, niezmienna natura Boga przybrała na siebie naszą ułomną naturę, w taki sposób, że prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek utworzyli jedność w jednym Panu i jednym Jezusie – Chrystusie. Nie nastąpiło ani osłabienie Bóstwa, ani unicestwienie człowieczeństwa. Chrystus Pan jest jedną Osobą Boską, posiadającą dwie natury, Boską i ludzką. Zamieszkały w Nim wszystkie bogactwa natury Boskiej, oraz całe ubóstwo naszej natury ludzkiej, za wyjątkiem grzechu. Przyszedł On zapłacić dług, którego nie zaciągnął, ponieważ my sami nigdy nie zdołalibyśmy tego dokonać.

Tak więc, Drodzy Przyjaciele, rozważajmy tajemnicę tego Dzieciątka, które narodziło się dla nas, które zostało dane nam wszystkim. Stwórca wszystkich rzeczy wkroczył pomiędzy swoje stworzenie, aby je odkupić od grzechu. Rodzaj ludzki odpadł od Boga, ponieważ człowiek zwrócił się ku stworzeniom. Dlatego Bóg przybiera naszą stworzoną naturę, aby naprawić ten błąd. Z jaką cudowną mądrością Bóg ukazuje nam dziś, jak powinniśmy odrzucić straszliwą obietnicę szatana! Podobnie jak pierwsi rodzice wpadli w grzech słuchając upadłego anioła, tak teraz pasterze, na głos aniołów, przychodzą oddać cześć Bożej Dziecinie. Tak jak pierwsi rodzice kuszeni byli, by stali się jako bogowie, znający dobro i zło, tak teraz sam Bóg pokazuje nam, jak mamy się do Niego upodobnić: poprzez pokorę. Podczas gdy diabeł kusił pierwszych rodziców do pychy, obecnie Bóg pokazuje nam, poprzez praktykowanie jakiej cnoty naprawdę się do Niego upodobniamy.

Podczas, gdy pierwsi rodzice poszukiwali bogactwa w rzeczach ziemskich i pragnęli jeść owoc z drzewa, z którego nie powinni, obecnie Bóg chce narodzić się w stajence, aby sam stać się pokarmem dla nas. Przychodzi do nas w stajence, aby nawet najbiedniejsi z biednych mogli zrozumieć, że przyszedł również dla nich. Nikt, nawet największy grzesznik, nawet najuboższy z ubogich, nie może czuć się w Jego obecności onieśmielony. Podobnie, jak niegdyś człowiek chodził w raju ziemskim w obecności Boga, obecnie Bóg przychodzi na ten świat, by żyć pomiędzy nami, byśmy mogli stać się na nowo Jego przyjaciółmi.

Tak więc dzisiejszej nocy, stojąc przed Bożą Dzieciną, łatwiej nam zrozumieć, co powinniśmy myśleć o przepychu i bogactwach tego świata. Przychodzi nam na myśl mit o królu Midasie, który posiadać miał moc zmieniania w złoto wszystkiego, cokolwiek dotknął. Zdał on sobie sprawę z tego, że wszyscy go otaczali, byli przy nim jedynie ze względu na jego bogactwa, a nie dla niego samego, zapragnął więc ostatecznie być raczej ubogim, niż posiadać całe złoto świata. A oto mamy przed oczyma większy jeszcze cud: Boża Dziecina wyrzekła się wszystkiego, byśmy mogli stać się przyjaciółmi Boga, jeśli tylko zwrócimy się do Niego i będziemy się od Niego uczyć, jak być cichymi i pokornymi sercem. Pragnie nas obdarzyć wszystkim, co posiada, byśmy mogli cieszyć się Jego towarzystwem przez całą wieczność.

Drodzy Przyjaciele, tajemnicy prawdziwej radości i prawdziwego pokoju nie odnajdziemy w rzeczach ziemskich, ale przeciwnie, w wyrzeczeniu się ich. Troski i zajęcia, które towarzyszą nam każdego dnia, w niewielkim jedynie stopniu wypełnić potrafią nasze dusze. Jesteśmy stworzeni do tego, by kochać i być kochanymi. Zostaliśmy stworzeni, byśmy byli podobni do Boga, byśmy Go poznali i ukochali, tak jak On sam zna i kocha siebie samego. Tego dnia Bóg umiłował nas jako pierwszy, posyłając nam swego Jednorodzonego Syna. Musimy Mu zawierzyć, tak jak musimy zaufać danej osobie, zanim będzie ona w stanie wyświadczyć nam jakieś dobro. Musimy Go ukochać, gdyż każdy, kto kocha nas, oczekuje od nas tego samego. Musimy czynić to, co mówi, gdyż każdy, kto kocha, spełnia każde życzenie ukochanej osoby.

Na podobieństwo trzech mędrców, którzy przybędą, aby ofiarować Zbawicielowi trzy dary, oznaczające Jego godność królewską, Jego Bóstwo i Jego misję, również i my ofiarujmy dziś Panu Jezusowi trzy podarunki: wiarę , nadzieję i miłość.

Złotem, które położymy przed Nim, jest wiara – ponieważ jest On Królem wszystkich ludzi. Ma władzę nas nauczać, ponieważ jest Stwórcą wszechrzeczy. Powinien panować przede wszystkim w naszym intelekcie, aby Jego zbawcza nauka mogła przeniknąć nasze dusze. Tak, jak upadliśmy wskutek kłamstwa diabła, tak teraz musimy pozwolić, aby zapanowała nad nami prawda. Naszym zwycięstwem nad światem i szatanem jest nasza wiara. Złóżmy więc hołd poddaństwa Temu, który się dziś narodził.

Nadzieja jest kadzidłem, które wzbija się z naszych serc. Mamy nadzieję, że pewnego dnia będziemy mieli udział w chwale, która ze swej natury należy do naszego Stwórcy. Mamy nadzieję stać się podobnymi do Boga, zostać przenikniętymi przez Tego, który jest samą szczęśliwością. Dzięki cnocie nadziei, nasze umysły wznoszą się ponad sprawy tego świata, wznoszą się ku niebu. Ofiarujmy więc Dzieciątku owe pragnienie, pragnienie, byśmy mogli stać się świętymi.

I na koniec – to miłość sprowadza do nas naszego Odkupiciela. Dzieciątko to narodziło się, aby złożyć swemu Ojcu Ofiarę – ofiarę ze swego własnego życia za nasze grzechy. Naszą mirrą, którą Mu ofiarujemy, jest miłość do naszych bliźnich, na podobieństwo miłości, którą On nas ukochał. Obumieramy samym sobie, swojej dumie i egoizmowi, podobnie jak On umarł za nas. Ofiarujmy więc, Drodzy Przyjaciele, Dzieciątku, które się nam narodziło, tę miłość. Niech radość towarzysząca nam w święta Bożego Narodzenia zaczyna się od uzyskania Bożego przebaczenia za nasze grzechy i odpuszczenia nam win przez naszych bliźnich. Niech upominkiem, którym się wzajemnie obdarowujemy, będzie przede wszystkim dar Bożego przebaczenia, przychodzący dziś do naszych serc poprzez narodziny Zbawiciela.

Weselmy się więc dziś wszyscy z narodzenia naszego Odkupiciela. Nie wahajmy się przyjść do Niego. Staje się On małym, aby nas nie onieśmielać. Skoro Chrystus Pan uczynił tak wiele, aby pociągnąć do siebie nasze serca, dzisiejszy dzień jest odpowiedni, byśmy Mu je ofiarowali. Nie wahajmy się, oddajmy Mu wszystko, aby On mógł dać nam w zamian swe własne Serce. Radosnych i błogosławionych Świąt!

Ks. Jan Jenkins

Przeorat św. Piusa X
grudzień 2010

Pogańskie pochodzenie Bożego Narodzenia? To bzdura!

Pogańskie pochodzenie Bożego Narodzenia? To bzdura!

Pokłon pasterzy, Bracia Le Nain, 1644. National Gallery w Dublinie

Żadne antyczne źródła nie wskazują, że 25 grudnia wyznawcy mitraizmu obchodzili święto narodzin swojego bożka. Z kolei rzymskie narodziny słońca były celebracją bardzo późną. Pojawiała się ona w tym samym czasie, co chrześcijańskie Boże Narodzenie. Pogłoski o pogańskim pochodzeniu daty naszego święta są efektem wrogości części protestantów do Bożego Narodzenia – mówi w rozmowie z Michałem Wałachem ksiądz profesor Józef Naumowicz, historyk, znawca antycznej literatury chrześcijańskiej i dzieł Ojców Kościoła, autor książki „Narodziny Bożego Narodzenia”.

 

Często słyszymy, że 25 grudnia jako dzień obchodów Bożego Narodzenia nawiązuje do kultów pogańskich, czy to mitraizmu czy narodzin słońca. Ksiądz profesor w swojej nowej książce pt. „Narodziny Bożego Narodzenia” obala takie teorie. Skąd w ogóle wziął się pomysł, by łączyć dzień narodzenia Syna Bożego z uroczystościami pogan?

 

Taka idea zrodziła się w klimacie polemiki religijnej w czasach nowożytnych. Chociaż sam luteranizm przejął Boże Narodzenie, to niektóre grupy protestanckie odrzuciły obchody tego ważnego święta. Niektóre odłamy nawet bardzo silnie zwalczały Boże Narodzenie kiedy dochodziły do władzy. Czynili tak na przykład purytanie, gdy zdobyli w angielskim parlamencie większość. W Anglii obowiązywał oficjalny zakaz obchodów Bożego Narodzenia. Z kolei prezbiterianie w Szkocji wprowadzili zakaz, a nawet funkcjonowały kary za obchodzenie świąt narodzenia Zbawiciela. Takie prawo obowiązywało przez 300 lat, aż do lat 60. XX wieku. Podobna sytuacja miała miejsce w Stanach Zjednoczonych, gdzie większość od zawsze stanowili protestanci. Tam również były zakazy obchodów Bożego Narodzenia. 25 grudnia stał się świętem federalnym dopiero w roku 1870.

 

Protestantyzm to nie tylko zakazy Bożego Narodzenia. To również polemika z celebracją 25 grudnia. Protestanci wskazywali, że uroczystość nie ma korzeni biblijnych, a oni chcieli obchodzić tylko te święta, które są nakazane w Biblii, a więc niedzielę i święta przypadające w niedzielę jak Wielkanoc i Zesłanie Ducha Świętego. Inne zaś – jak twierdzili – są wymysłem papistów i zostały przyjęte z pogaństwa, aby je zastąpić, przy okazji przyjmując z nich wiele elementów niechrześcijańskich.

 

Taki jest początek polemiki z Bożym Narodzeniem, próbą pokazywania jego rzekomo pogańskich korzeni. Dzisiaj ten obraz przetrwał u Świadków Jehowy i Adwentystów Dnia Siódmego, którzy nieustannie powtarzają, że święto jest pogańskie, powstałe tylko po to, żeby zastąpić starożytny mitraizm.

 

Jak więc było naprawdę?

 

Prawda historyczna jest inna niż przedstawiali ją w przeszłości niektórzy autorzy protestanccy. Żadne źródło antyczne nie podaje 25 grudnia jako święta narodzin Mitry. To mit utworzony w XIX wieku i powtarzany do dzisiaj nawet w opracowaniach naukowych. Nie ma również dowodów na obchody narodzin bóstw egipskich. Istniało natomiast tego dnia jedno święto – narodzenia słońca niezwyciężonego (łac. Sol Invictus) – które w opinii przeciwników Bożego Narodzenia jest tak ważne i wielkie, że Kościół w Rzymie ustanowił święto Narodzenia Pana Jezusa właśnie 25 grudnia, aby zastąpić pogańskie celebracje.

 

Taka koncepcja również jest fałszywa. Rzymskie narodziny słońca, jakie przypadało 25 grudnia, to święto bardzo późne. Pojawia się w tym samym czasie, co chrześcijańskie Boże Narodzenie – pierwsze świadectwa mamy dopiero z IV wieku. Ponadto Sol Invictus nie było świętem znaczącym. To była dla pogan uroczystość drugorzędna. Gdyby katolicy chcieli zastąpić jakąś pogańską uroczystość, to istniało kilkadziesiąt innych świąt, groźnych dla Bożego Narodzenia, z którymi można było walczyć. Ze świętem Sol Invictus Kościół nigdy nie walczył, bo i nie było z czym. Gdy czytamy wszystkie pierwsze kazania na Boże Narodzenie, a najwięcej wygłosił ich święty Augustyn, ale i inni wielcy kaznodzieje IV, V i jeszcze VI wieku, to nie ma w nich żadnej polemiki z pogańskim świętem narodzenia słońca. To dowodzi, że nasze święto nie powstało w celu zastąpienia uroczystości pogańskiej, albo przejmowania czegokolwiek z pogaństwa.

 

To jest jedna z tez z mojej nowej książki. Druga, całkowicie nowa i niespotykana w dotychczasowych opracowaniach mówi, że święto Bożego Narodzenia po raz pierwszy było obchodzone w Betlejem, czyli tam gdzie się Pan Jezusa narodził i gdzie znajduje się Bazylika Narodzenia Pańskiego. W Betlejem z pewnością nie chodziło o zastępowanie jakiegokolwiek święta pogańskiego, tylko o uczczenie narodzenia Jezusa Chrystusa, objawienia się Boga w Jezusie Chrystusie. Stąd pierwotne podstawy tego święta były czysto chrześcijańskie i logiczne.

 

Jednak wokół daty 25 grudnia istnieją pewne nieporozumienia. Nie ma wszak pewności, że to właśnie tego dnia na świat przyszedł Zbawiciel.

 

25 grudnia to data przesilenia zimowego. Do tego dnia noc się wydłuża, zwiększa się ciemność, a 25 grudnia następuje przełom w kalendarzu astronomicznym, w porach roku, w naturze. Zaczyna się wydłużać dzień. Datę wybrano na dzień Bożego Narodzenia dlatego, że najlepiej ilustruje czym jest narodzenie Pana Jezusa, które zawsze było przedstawiane w Biblii jako przyjście Światłości na świat, czy to jako pojawienie się Gwiazdy z Jakuba, czy przyjście Słońca Sprawiedliwości. Święty Jan Ewangelista mówi: przyszła Światłość na świat i rozświetliła ciemność nocy. To jest zawsze przyjście Światła. 25 grudnia to najlepsza data, żeby tę prawdę obrazować.

 

Czyli więc 25 grudnia możemy traktować jako termin wybrany symbolicznie?

 

Tak, wybrano ją z powodów symbolicznych, ale trzeba od razu dodać, że data jest w pełnej zgodzie z układem roku liturgicznego, jaki istniał wcześniej. Wtedy mieliśmy dwa główne święta: Wielkanoc i Pięćdziesiątnicę (Zesłanie Ducha Świętego). Zauważmy, że data Wielkanocy, zgodnie z wolą Pana Boga, została wyjawiona Mojżeszowi. Pascha i jej dzień są w Księdze Wyjścia opisane. Musi to być po wiosennej równonocy, po pierwszej pełni księżyca. Mamy więc symbolikę pór roku (wiosny), równonocy i pełni księżyca. Księżyc jest niezwykle ważny w tradycji żydowskiej, w której obowiązuje kalendarz księżycowy, inny niż rzymski – słoneczny.

 

Kiedy powstało kolejne święto – Boże Narodzenie – to również ono musiało być wyznaczane przez podobne elementy symboliczne i astronomiczne. Taki był układ chrześcijańskiego roku liturgicznego. Żadna religia, czy to rzymska, grecka, egipska czy inna, nie miała takiego układu roku liturgicznego, który byłby zakorzeniony w te przełomowe momenty roku astronomicznego, czyli przesilenia zimowego i równonocy.

 

Wiąże się to z chrześcijańską ideą uświęcania czasu. Tak jak dzień uświęcamy poranną i wieczorną modlitwą, tak samo uświęcamy rok, włączając nasze święta w bieg natury. Nie po to, żeby czcić naturę, ale po to, żeby natura, pory roku i zjawiska astronomiczne pomagały nam bardziej czcić prawdziwego Boga.

 

Ksiądz profesor pisze w książce „Narodziny Bożego Narodzenia”, że pierwsze próby ustalenia daty narodzin Pana Jezusa łączyły ją z Wielkanocą. Jak to się stało, że dzisiaj świętujemy przyjście Zbawiciela na świat 25 grudnia? Czy trwały na ten temat dyskusje, spory?

 

Nie było na ten temat żadnych sporów czy nawet dyskusji. Analogią dla płynnego przejścia może być na przykład kult świętego Jana Pawła II. Zmarł 2 kwietnia. Zazwyczaj świętych wspominamy w dniu ich śmierci, ale 2 kwietnia często wypada Wielki Tydzień, Wielki Post, albo dni po Wielkanocy. Jest wtedy tyle świąt, że wspomnienie św. Jana Pawła II nie mieści się. Wybrano więc drugą datę: symboliczną, ale znaczącą. Nawet nie datę jego wyboru, gdyż też jest zajęta, ale datę inauguracji pontyfikatu. Stąd 22 października jest dniem wspomnienia św. Jana Pawła II.

 

Podobnie w przypadku Bożego Narodzenia. Początkowo samą datą narodzenia Pana Jezusa nie interesowano się specjalnie. Byli jednak miłośnicy historii wyznaczający tę datę. Wyznaczali ją na wiosnę, na Wielkanoc. Dopóki nie istniało osobne święto daty narodzenia Pana Jezusa, całość Jego tajemnic świętowano na Wielkanoc. Tak samo jak w dniu Paschy żydzi świętują nie tylko wyjście z Egiptu, ale i wszystkie cudowne interwencje Pana Boga. Tak samo było i u nas.

 

Kiedy tworzono osobne święto Bożego Narodzenia należało znaleźć inną datę w ciągu roku. Musiała być jednak znacząca, symboliczna, żeby mówiła coś o święcie. Ale żadnych sporów nie było, ponieważ od początku nie upierano się przy tej dacie. W chrześcijaństwie nie traktujemy daty albo miejsca w sposób magiczny. W Betlejem jest Grota Narodzenia, w której pielgrzymi całują Gwiazdę, uważając, że właśnie tam narodził się Pan Jezus. Ale może On urodził się metr dalej. Jednak to właśnie w tym miejscu oddajemy cześć Jego narodzeniu. Podobnie z datą 25 grudnia. Nie upieramy się, że to właśnie wtedy Pan Jezus się narodził, jednak w tym dniu, wybranym i zatwierdzonym przez Kościół i Tradycję, świętujemy przyjście Światłości na świat.

 

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Michał Wałach.

W I T A J

W I T A J
Witaj Jezu,witaj Jezu ukochany,
Z dawna  przez nas dziś czekany !
Mamy  teraz dla Ciebie
Wszystko co potrzeba,
Bo Ty idziesz, idziesz do nas,
Prosto z Nieba.
I choć jesteś naszym Królem -
Synem Boga,
Nie czekają na Ciebie słudzy i pałace
Tylko prości ludzie, nowiną przejęci,
Grzeszni,  nie jak Twoi święci,
Lecz żarliwie w modlitwie topiący swe dusze,
Z miłości, serca mając swe otwarte
By przyjąć Ciebie w dostojności wielkiej,
Jako swego władcę i oswobodziciela.
Wiemy, że kochasz nas jak pasterz swe owieczki,
Których nie możesz zostawić w potrzebie,
Bo chcesz, by postępowały tak, aby znaleźć się w Niebie…
Wiesz dobrze, jak trudna jest dla nas Twoja nauka,
A Ty miłosiernie nam wszystko wybaczasz,
Bo miłość i tylko miłość się liczy
Dla której Ty do nas przychodzisz,
Od Boga i Bogiem naszym jesteś.
Marian Retelski – Boże Narodzenie 2016

Katastrofa liturgiczna – Michael Davies

Katastrofa liturgiczna (fragmenty)

3 kwietnia bieżącego roku –  roku Pańskiego 1994 – przypadła rocznica, rocznica smutna, być może najsmutniejsza w całej historii Kościoła katolickiego. Tego właśnie dnia, dwadzieścia pięć lat temu, papież Paweł VI ogłosił w swej Konstytucji Apostolskiej Missale Romanum, że Mszał promulgowany w roku 1570 przez jego znakomitego poprzednika, św. Piusa V, zastąpiony ma zostać przez inny, promulgowany przez niego samego. Zgodnie z ustaleniami przyjętymi na Soborze Trydenckim oraz pragnąc, by ogłoszony przez niego Mszał stanowił wyraźne potwierdzenie odrzucanych przez protestantów elementów doktryny, św. Pius V skodyfikował ryt Mszy sprawowanej w tym czasie w Rzymie, ryt który rozwijał się stopniowo i w sposób organiczny przez niemal półtora tysiąca lat. W ogłoszonej przy tej okazji bulli Quo primum papież stwierdził wyraźnie, iż wolą jego było aby ryt Mszy jaki znaleźć możemy w tradycyjnym katolickim Mszale pozostał niezmieniony po wsze czasy, i zupełnie słusznie, gdyż około roku 1570 ryt ów osiągnął najwyższy stopień doskonałości. Ks. Frederick Faber nazywał tradycyjną Mszę „najpiękniejszą rzeczą po tej stronie nieba”, zaś kard. Newman, najwybitniejszy być może myśliciel katolicki w świecie anglojęzycznym, powiedział kiedyś, że mógłby uczestniczyć w niej bez końca i nigdy nie poczuć znużenia.

Ogłaszając nową Mszę papież Paweł VI wierzył prawdopodobnie, że będzie w stanie poprawić tradycyjny ryt rzymski i uczynić go bardziej zrozumiałym dla ludzi naszych czasów. W sposób ten zerwał jednak z nieprzerwaną tradycją wszystkich swoich poprzedników i uczynił coś całkowicie nieznanego w historii Kościoła – tak Zachodniego jak i Wschodniego – utworzył mianowicie komisję, której celem miało być ułożenie nowego rytu Mszy, Novus Ordo Missae, czego ojcowie II Soboru Watykańskiego ani nie przewidywali ani nie polecili. Jedyny znany precedens radykalnej reformy liturgicznej stanowią poczynania XVI-wiecznych reformatorów protestanckich. Wspomniałem już, że mszał św. Piusa V stanowić miał z założenia zaporę dla szerzenia się błędów protestanckich – poprzez ukazanie iż publiczny wyraz doktryny eucharystycznej Kościoła katolickiego nie czynił najmniejszej koncesji na rzecz herezji. Intencja jaka przyświecała Pawłowi VI była wręcz przeciwna – chodziło mu mianowicie o pozyskanie względów protestantów. W geście, który w dalszym ciągu trudno jest zrozumieć, poprosił on sześciu teologów protestanckich aby doradzali mu w tworzeniu nowego rytu tej samej Ofiary Mszy, której odrzucenie stanowi fundamentalny aksjomat herezji protestanckiej. O tym, do jakiego stopnia ów nieszczęsny papież gotowy był na poświęcenie najświętszych nawet tradycji naszej wiary dla zadowolenia heretyków, świadczy dobitnie wywiad z jednym z jego najbliższych przyjaciół Jeanem Guittonem, wyemitowany przez francuskie radio 19 grudnia 1993 roku. Guitton stwierdził w nim, że sam papież wyznał mu iż celem przyświecającym reformie liturgii było nie tylko maksymalne zbliżenie jej do protestanckich form kultu, ale wręcz do liturgii sekty kalwińskiej, jednej z najbardziej skrajnych manifestacji herezji protestanckiej.  Dowodzi to, jak bardzo przenikliwy był komentarz msgr Klausa Gambera, wedle którego pozbawienie liturgii powagi i dostojeństwa doprowadziło ostatecznie do tego, iż katolicy „oddychają obecnie rozcieńczonym powietrzem kalwińskiej jałowości”. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, iż nie wierzę by Paweł VI był osobiście nieortodoksyjny w swych poglądach na Eucharystię – nikt kto czytał jego Credo Ludu Bożego czy też encyklikę Misterium fidei nie może mieć co do tego wątpliwości. Motywem jaki nim kierował wydaje się być ta sama nieroztropna gorliwość ekumeniczna, która skłoniła go, jeszcze jako Sekretarza Stanu Stolicy Apostolskiej, do zaangażowania się w tajemne dyskusje z duchowieństwem anglikańskim – wbrew wyraźnej woli papieża Piusa X.

Zamierzam natomiast wykazać, że – jak już wspomniałem – sam sposób w jaki dokonano reformy rytu Mszy stanowił zerwanie z tradycją, że zmiany wprowadzone w rycie rzymskim po II Soborze Watykańskim wykraczały daleko poza to, co sobór autoryzował, oraz że – w pewnych przypadkach – sprzeczne są one w istocie z jego zaleceniami. Zamierzam pokazać, że byliśmy świadkami raczej rewolucji niż reformy, i że rewolucja Pawła VI nie przyniosła żadnych dobrych owoców, które mogłyby zrekompensować zniszczenie naszego niemal 2 tysiącletniego dziedzictwa liturgicznego.

Przed przeanalizowaniem tej rewolucji, niezbędne jest wyjaśnienie czym jest ryt Mszy. Ryt Mszy zawiera słowa oraz obrzędy otaczające zasadnicze elementy, które ustanowione zostały przez samego Zbawiciela. Tymi zasadniczymi elementami są: 1) materia: chleb i wino; 2) forma: „To jest Ciało Moje” oraz „To jest Kielich Krwi Mojej…”; 3) ważnie wyświęcony kapłan, który 4) sprawujący ten sakrament z intencją czynienia tego, co czyni Kościół. Na Wschodzie i Zachodzie Istnieją różne ryty Mszy (głównych jest 9, wszystkich jednak 23, jeśli weźmie się pod uwagę różne wersje pochodne) uznawane przez Kościół katolicki za ważne, włączając w to obrządki używane przez wspólnoty schizmatyckie. Ta sama Ofiara Kalwarii uobecniana jest we wszystkich tych rytach i ta sama łaska sakramentalna jest przez nie udzielana. W Komunii św. przyjmowany jest sam Chrystus. Nie może On być przyjmowany w sposób mniej lub bardziej doskonały w żadnym konkretnym rycie, a łaska otrzymywana w Komunii św. uzależniona jest jedynie od pobożności i dyspozycji komunikowanego.

Przed omówieniem rewolucji liturgicznej konieczne jest też powiedzenie kilku słów na temat, czy katolik może krytykować jakiekolwiek nauczanie czy prawo Stolicy Apostolskiej i nadal utrzymywać że jest względem niej lojalny. W czasie ogłoszenia encykliki Humanae vitae (potępiającej sztuczną kontrolę urodzeń) teologowie modernistyczni ukuli termin „lojalny sprzeciw”. Twierdzili, że możliwe jest nie zgadzanie się z nauczaniem papieskim w sprawach wiary i moralności i zarazem pozostawanie lojalnym katolikiem. Jest to oczywiście absurd. Nikt nie może posiadać prawa do odrzucania nauczania Magisterium w kwestii wiary i moralności. Modernistyczna koncepcja „lojalnego sprzeciwu” względem doktryny nie może być żadną miarą porównywana do prawa wiernych katolików do kwestionowania czysto praktycznych decyzji papieża. Różnica ta staje się oczywista, gdy zacytujemy słowa jednego z najbardziej lojalnych i uczonych katolików obecnego stulecia, prof. Dietricha von Hildebranda, którego Pius XII nazywał Doktorem Kościoła XX wieku, zaś Paweł VI uhonorował za jego wierność Stolicy Apostolskiej. W swej książce, której tytuł  – Spustoszona winnica – doskonale oddaje stan Kościoła na Zachodzie po II Soborze Watykańskim, a którą powinien posiadać każdy kochający szczerze Kościół katolik, zauważa on że choć musimy przyjmować wszystko co ogłaszane jest przez papieża ex cathedra jako bezwzględnie prawdziwe:

„W przypadku aktów natury praktycznej a nie doktrynalnej, do których zaliczyć należy rozporządzenia papieskie, asystencja Ducha Świętego nie jest obiecana w taki sam sposób. Rozporządzenia takie mogą być niefortunne, błędne, a nawet katastrofalne w skutkach, jak to się wielokrotnie zdarzało w historii Kościoła. W przypadku takim zasada Roma locuta causa finita nie ma zastosowania. Wierni nie są zobligowani do traktowania wszystkich rozporządzeń papieskich jako dobrych i pożytecznych. Mogą nad nimi ubolewać i modlić się by zostały cofnięte; mogą nawet – z całym należnym papieżowi szacunkiem – działać na rzecz ich unieważnienia”.

Oczywistym jest więc, że lojalni katolicy mają prawo wyrażać szczerze swe zastrzeżenia odnośnie pewnych aspektów nowego Mszału. Nawet najbardziej pobieżna lektura Konstytucji o liturgii pokazuje, że reforma jaką ona autoryzowała miała być oparta na względach duszpasterskich. W swym ogłoszonym z okazji 25 rocznicy promulgowania Konstytucji o liturgii Liście Apostolskim Vicesimus quintus annus z 4 grudnia 1988 Jan Paweł II wyjaśniał, cytując sam tekst Konstytucji, że reforma miała: „Przyczynić się do coraz większego rozwoju życia chrześcijańskiego wśród wiernych, lepiej dostosować do potrzeb naszych czasów podlegające zmianom instytucje, popierać to, co może ułatwić zjednoczenie wszystkich wierzących w Chrystusie i umocnić to, co prowadzi do powołania wszystkich ludzi na łono Kościoła”. Celem reformy miało być wyjaśnienie natury Mszy wiernym i podniesienie jakości ich uczestnictwa.

Jeśli wierni przekonani są całkowicie szczerze, że nowy ryt raczej zaciemnia niż eksponuje ofiarny etos Mszy i czyni ich cotygodniowy udział w nim raczej aktem heroicznego posłuszeństwa niż radosnego uczestnictwa, mają pełne prawo przedstawić swe obawy Pasterzowi wszystkich katolików i błagać go, aby dawał im raczej chleb a nie kamienie. Można by tu podnieść zarzut, iż wierni nie posiadają niezbędnej wiedzy ani kompetencji do krytykowania rytu sakramentalnego zatwierdzonego przez papieża. Argument ten posiadałby pewną wagę, gdyby jedynymi krytykami nowej Mszy byli świeccy. Została ona jednak skrytykowana w słowach nadzwyczaj ostrych przez duchownego, którego autorytet w kwestii doktryny ustępował jedynie autorytetowi samego papieża. Mam tu oczywiście na myśli byłego prefekta Kongregacji Nauki Wiary, kard. Ottaviani. We wrześniu 1969 roku grupa teologów rzymskich przygotowała Krótką analizę krytyczną nowego rytu Mszy, która przesłana została Pawłowi VI. Sama owa analiza posiada znaczenie mniejsze niż list, który jej towarzyszył, a który napisany został przez kard. Ottavianiego a podpisany przez niego oraz kard. Bacci. Przynajmniej 10 innych kardynałów również zgodziło się go podpisać, ostatecznie jednak w ostatniej chwili zawiodły ich nerwy. Wspomniani dwaj kardynałowie, obaj będący wzorem ortodoksji, wyjaśniali w owym liście iż przedstawienie swych zastrzeżeń postrzegali jako obowiązek wobec Boga i papieża. Przypominali Pawłowi VI, że: „Jeśli jakieś prawo okazuje się szkodliwe, to poddani, dla których dobra się je stanowi, mają prawo – a nawet obowiązek – prosić prawodawcę, z synowską ufnością, o jego odwołanie”. To właśnie miał na myśli cytowany już wyżej Dietrich von Hildebrand pisząc: „Wierni nie są zobligowani traktować wszystkich poleceń jako dobrych i pożytecznych. Mogą nad nimi ubolewać i modlić się by zostały cofnięte; mogą nawet – z całym należnym papieżowi szacunkiem – działać na rzecz ich unieważnienia”. Osąd kardynałów był następujący:

Novus Ordo Missae – biorąc pod uwagę elementy nowe i podatne na rozmaite interpretacje, ukryte lub zawarte w sposób domyślny – tak w całości, jak w szczegółach, wyraźnie oddala się od katolickiej teologii Mszy św., sformułowanej na XXII sesji Soboru Trydenckiego. Ustalając raz na zawsze kanony rytu, Sobór ten wzniósł zaporę nie do pokonania przeciw wszelkim herezjom atakującym integralność tajemnicy Eucharystii”.

W roku 1994 przypadła również 25 rocznica tej odważnej deklaracji, która datowana była na 3 września 1969, we wspomnienie św. Piusa X. Mottem kard. Ottavianiego było Semper idem, czyli „zawsze ten sam”. Kościół soborowy owładnięty został gorączkowym pragnieniem zmiany, a każda zmiana, jak się wydaje, postrzegana jest obecnie jako zmiana na lepsze.

Jeden z najwybitniejszych liturgistów II połowy tego wieku, a być może nawet najwybitniejszym, był śp. msgr Klaus Gamber. Należał on do grona tych, którzy w roku 1957 utworzyli w Ratyzbonie Instytut Liturgiczny – i był jego kierownikiem aż do swej śmierci 2 czerwca 1989 w wieku siedemdziesięciu lat. W roku 1993 ukazało się angielskie wydanie jego książki Reforma liturgii rzymskiej, która bezwzględnie powinna stać się obowiązkową lekturą każdego interesującego się tymi kwestiami katolika. W uznaniu dla wybitnej erudycji msgr Gambera Stolica Apostolska nadała mu tytuł Członka Honorowego Papieskiej Akademii Liturgicznej; w roku 1965 mianowany został kapelanem Ojca Świętego, zaś w 1966 jego prywatnym szambelanem. Wstęp do wspomnianej wyżej książki napisał kard. Oddi, określający jej publikację „wydarzeniem o najwyższym znaczeniu”, zawiera ona ponadto pochlebne recenzje autorstwa kard. Sticklera i kard. Ratzingera. Na krótko przed śmiercią msgr Gambera kard. Ratzinger zauważył, iż był on „jedynym uczonym który, wśród armii pseudo-liturgistów, prawdziwie reprezentuje myśl liturgiczną Kościoła”. Oto kilka z jego konkluzji:

„Ostatecznie wszyscy będziemy musieli uznać, że nowe formy liturgiczne, niezależnie od tego jak dobre intencje nie przyświecały by im na początku, nie dały ludziom chleba, ale kamienie”.

„Znacznie bardzie radykalny charakter niż jakiekolwiek zmiany liturgiczne wprowadzone przez Lutra, przynajmniej w tym co dotyczy rytu, miały zmiany wprowadzone w naszej własnej liturgii – dotyczy to przede wszystkim zasadniczych zmian, jakie poczynione zostały w liturgii Mszy. Wprowadzenie ich stanowiło również wyraz niezrozumienia więzi emocjonalnych łączących wiernych z tradycyjnym rytem”.

„Czy naprawdę główną przesłanką do wprowadzenia wszystkich tych zmian była autentyczna troska duszpasterska o dusze wiernych, czy też nie stanowią one raczej radykalnego zerwania z tradycyjnym rytem, którego celem było uniemożliwienie dalszego posługiwania się tradycyjnymi tekstami liturgicznymi a więc celebracji «Mszy Trydenckiej» – jako że nie odzwierciedlała ona już nowego ducha przenikającego obecnie Kościół?”.

Czym jest nowa Msza?

Pierwszą kwestią jaką chciałbym poruszyć odnośnie liturgicznego eksperymentu Pawła VI jest fakt, iż sama kompilacja nowej Mszy, Novus Ordo Missae, stanowi zerwanie z historycznym, ewolucyjnym rozwojem liturgii. W swej książce The Holy Sacrifice of the Mass ks. Adrian Fortescue wyjaśniał:

„Reformatorzy protestanccy tępili dawną liturgię jakoby ogniem i mieczem. W niej bowiem wyrażały się prawdy owe (rzeczywista obecność Zbawiciela w chwale, ofiara eucharystyczna itd.), które odrzucali. Stąd zastąpili ją nowym nabożeństwem komunii, które uwydatniało nowe zasady; liturgia ta wszakże naturalnie zerwała zupełnie z wszelkim historycznym rozwojem rytuału”.

A w jaki konkretnie sposób reformatorzy protestanccy „zerwali zupełnie z wszelkim historycznym rozwojem rytuału”? Uczynili to przede wszystkim poprzez fakt, iż skomponowali nowe ryty sakramentalne i zastąpili nimi te, które pozostawały w użyciu od czasów niepamiętnych. Stanowiłoby to zerwanie z tradycyjnym rozwojem rytuału nawet wówczas, gdyby ich nowe ryty były całkowicie ortodoksyjne. Różne ryty Mszy ewoluowały stopniowo i w sposób organiczny na przestrzeni kolejnych wieków. Jeden z najwybitniejszych żyjących brytyjskich historyków, prof. Owen Chadwick, który jest protestantem, zauważył w swej książce The Reformation, że „liturgie nie są tworzone, ale wyrastają z pobożności kolejnych wieków”. W rozwoju każdej starożytnej liturgii tak na Wschodzie jak i Zachodzie zauważyć można stały wzorzec, który wyjaśnił bardzo dobrze kanonik G.G. Smith w swym dziele The Teaching of the Catholic Church:

„W historii rozwoju liturgii sakramentalnej istniała stała tendencja do wzrostu – pojawiania się dodatków i nawarstwień, dążenie do osiągnięcia coraz doskonalszej i pełniejszej symboliki”.

W roku 1896 papież Leon XIII ogłosił w sposób ostateczny i nieodwołalny w swej encyklice Apostolicae curae, że święcenia anglikańskie są nieważne. Anglikańscy biskupi starali się zbić przedstawione w niej argumenty w swym Responsio z roku 1897, które z kolei spotkało się z reakcją biskupów katolickich występujących w obronie encykliki papieskiej. Główny ich argument był następujący:

„Nikt nie kwestionuje faktu, iż we wcześniejszych czasach lokalnym Kościołom pozwalano na dodawanie nowych modlitw i obrzędów (…) Jednakże teza, wedle której dozwolone było im również usuwać modlitwy i obrzędy będące uprzednio w użyciu a nawet reformować istniejące ryty w najbardziej drastyczny sposób, nie ma żadnych podstaw historycznych i wydaje się być nam całkowicie niewiarygodna”.

Jest faktem niepodważalnym, że Consilium, komisja która układała tekst nowej Mszy, usunęła wiele modlitw oraz obrzędów które znajdowały się uprzednio w użyciu i dokonała drastycznej przebudowy istniejącego rytu, zrywając w ten sposób z wszelką ewolucją liturgiczną. Proszę zauważyć, że nie twierdzę tu, że nowa Msza jest nieortodoksyjna ani że Paweł VI nie miał prawa zatwierdzić w niej pewnych zmian. Twierdzę jedynie, że czyniąc to zerwał całkowicie z wszelką historyczną ewolucją liturgiczną. Niezależnie od tego jak niewiarygodnym by się to nie wydawało, są ludzie którzy – w swej gotowości do obrony nowej Mszy – wydają się odrzucać zdrowy rozsądek i twierdzić, że w istocie liturgia nie została w znaczący sposób zmieniona! Typowym przykładem takiej odmowy zaakceptowania rzeczywistości jest artykuł ks. Petera Stravinskasa opublikowany na łamach „Catholic News and World Report” w lutym 1992 roku. Ks. Stravinskas stwierdził w nim, że „Przestudiowawszy bardzo uważnie stary ryt Mszy oraz ryt obecny nie dostrzegłem między nimi żadnych znaczących różnic”. Przypomina mi to słowa księcia Wellingtona wypowiedziane do pewnego gentlemana, który podszedłszy do niego powiedział: „Pan Smith jak sądzę?”. Wellington odpowiedział: „Jeśli pan tak sądzi, uwierzy pan we wszystko”. Twierdzenie, że nie ma żadnej znaczącej różnicy pomiędzy tymi dwoma rytami jest nie tylko bezsensowne, ale wręcz niewiarygodne. Zamiast zacytować w odpowiedzi jakiegoś tradycjonalistycznego autora przytoczę słowa człowieka, którego kompetencje do skomentowania nowego rytu Mszy są niepodważalne. Mam tu na myśli ks. Josepha Gelienau SI, jednego z najbardziej wpływowych członków Consilium, który określany był przez Bugniniego mianem jednego z „wielkich mistrzów międzynarodowego świata liturgicznego”. Twierdzenie, że  nie podzielał on opinii ks. Stravinskasa, byłoby w istocie eufemizmem. W swej książce Demain la Liturgie ks. Gelienau pisał z całkowitą szczerością i bez najmniejszych oznak żalu:

„Niech ci, którzy jak ja sam, znali i śpiewali łacińską uroczystą Mszę, przypomną ją sobie jeśli potrafią. Niech porównają ją ze Mszą jaką mamy teraz. Nie tylko słowa, melodie i niektóre gesty są różne. Mówiąc prawdę jest to inna liturgia Mszy. Trzeba to powiedzieć bez niedomówień: ryt rzymski jaki znaliśmy już nie istnieje. Został zniszczony”.

Ks. Gelienau mówi nam więc, że tradycyjny ryt rzymski Mszy został zniszczony i zastąpiony nowym, który jest od niego różny. Ks. Stravinskas zapewnia nas ze swej strony, że pomiędzy tymi dwoma rytami nie ma żadnych zasadniczych różnic. Bezstronna analiza reformy w której ks. Gelienau brał tak aktywny udział dowodzi ponad wszelką wątpliwość, że rację ma on, a nie ks. Stravinskas. Jednakże przed analizą obecnej reformy konieczne jest wyjaśnienie, co w istocie autoryzowała Konstytucja o liturgii przyjęta na II Soborze Watykańskim. Jest faktem niepodważalnym, że reforma jaka miała po nim miejsce, miała charakter daleko bardziej radykalny niż to przewidywali ojcowie soborowi czy też niż to autoryzowała Konstytucja o liturgii. W żaden sposób nie da się wykazać, że II Sobór Watykański upoważniał lub sankcjonował zniszczenie rytu rzymskiego! Konstytucja ta zawierała zastrzeżenia, które wydawały się czynić wszelkie drastyczne przekształcenie Mszy Trydenckiej niemożliwym. W rycie łacińskim zachowany miał być język łaciński (art. 36), miały też zostać podjęte kroki w celu zapewnienia, by wierni potrafili śpiewać lub odmawiać wspólnie po łacinie te części Mszy, które do nich należały (art. 54). Wszystkie uznane ryty miały być postrzegane jako posiadające równy autorytet i godność, miały być zachowane i wspierane we wszelki możliwy sposób (art. 4). Skarbiec muzyki sakralnej miał być zachowany i otoczony opieką (art. 114), zaś chorał gregoriański zajmować miał pierwsze miejsce w nabożeństwach liturgicznych (art. 116). Nie miały być wprowadzane żadne innowacje, o ile nie wymagałoby tego prawdziwie i niewątpliwe dobro Kościoła, miano też dokładać starań, by nowe formy wyrastały w organiczny sposób z form już istniejących (art. 23).

Parafrazując Hamleta powiedzieć by można, że w kolejnych latach owe wyraźne dyrektywy soboru były „raczej łamane niż przestrzegane”. Łacina znikła de facto z naszych kościołów i  w 99.99% parafii nie podejmuje się najmniejszego wysiłku, by wierni potrafili śpiewać lub odmawiać wspólnie po łacinie te części Mszy, które do nich należą. Ryt rzymski, nie zachowywany bynajmniej i wspierany, został zniszczony, zaś skarbiec muzyki sakralnej, a zwłaszcza chorał gregoriański, popadł we większości parafii w całkowite zapomnienie. Można by tu przytoczyć długa listę nowinek, których nie wymagało bynajmniej prawdziwie i niewątpliwie dobro Kościoła, a w każdym niemal przypadku nowinki te modyfikowały tradycyjną Mszę w taki sposób, by stała się ona bardziej akceptowalna dla protestantów. Wystarczy zbadać które modlitwy usunęli ze swych liturgii XVI-wieczni protestanci by przekonać się, że te same modlitwy usunięte zostały z Mszy Trydenckiej, aby Msza Pawła VI zyskać mogła ich aprobatę – co też rzeczywiście się stało. Jedynym wyjątkiem jest Kanon Rzymski, który usunięty został ze Mszy przez wszystkich reformatorów protestanckich oraz przez abpa Bugniniego, ale który przywrócony został, Deo gratias, dzięki osobistej interwencji Pawła VI. Prawdą jest, że Kanon Rzymski nie jest obecnie często używany, jednak jego obecność w nowym Mszale gwarantuje, że choć zreformowana liturgia wykazuje wiele podobieństw do kultu protestanckiego, to jednak ze względu na obecność w niej Kanonu Rzymskiego – stanowiącego kamień obrazy dla każdego reformatora protestanckiego – nowa Msza nie może być nazywana liturgią protestancką. Bóg nigdy nie zezwoliłby papieżowi na zatwierdzenie żadnego rytu sakramentalnego, który nie zawierałby tego, co posiada zasadnicze znaczenie dla ważności sakramentu, ani zawierającego żadnych sformułowań wprost heretyckich. Wbrew temu co się często twierdzi, również abp Lefebre uznawał że nowa Msza jest ważna i że nie zawiera herezji.

Kiedy ojcowie soborowi głosowali nad Konstytucją o liturgii nie wyobrażali sobie ani przez chwilę, że mogłaby ona być kiedyś interpretowana w sposób sprzeczny z ich wyraźnymi intencjami. Dokładnie tak się jednak stało, ponieważ przygotowujący ten tekst periti umieścili w nim wieloznaczne sformułowania, które mieli zamiar wykorzystać po soborze do przeprowadzenia rewolucji liturgicznej, rewolucji która – z czego zdawali sobie sprawę – nie zostałaby usankcjonowana przez ojców soborowych, gdyby zasady jej wyrażone zostały w jednoznaczny sposób w Konstytucji. Aby ktoś nie pomyślał sobie, że są to jedynie szalone spekulacje świeckiego przywiązanego do teorii spiskowych, przytoczę tu świadectwo kard. Johna Heenana z Westminsteru. Kardynał Heenan, jeden z najbardziej aktywnych ojców soborowych, napisał w swej książce A Crown of Thorns odnośnie I sesji Soboru z roku 1962 co następuje:

„Tematem najpełniej dyskutowanym była reforma liturgiczna – choć słuszniej byłoby powiedzieć, iż takie było przekonanie biskupów. Patrząc z perspektywy czasu jasne jest, że dano im sposobność przedyskutowania jedynie ogólnych zasad. Późniejsze zmiany miały charakter bardziej radykalny niż zamierzał papież Jan oraz biskupi, którzy uchwalili Konstytucję o liturgii. W swym kazaniu wygłoszonym na zakończenie I sesji papież Jan wyraźnie dał do zrozumienia, że nie podejrzewał tego, co planowali eksperci liturgiczni”.

Trudno o słowa bardziej jasne. Kard. Heenan stwierdził wyraźnie, że eksperci którzy napisali Konstytucję o liturgii pragnęli wykorzystać ją po soborze w sposób, jakiego nie podejrzewali papież ani ojcowie soborowi. Większość tych ostatnich odrzuciłaby taką możliwość jako niewiarygodną, nawet gdyby im ją uświadomiono. W roku 1973 abpa R.J. Dwyer z Portland w stanie Oregon zauważył ze smutkiem:

„Kto wówczas mógł przypuszczać, że w przeciągu kilku lat, w czasie krótszym niż dekada, łacińska przeszłość Kościoła mogłaby zostać przekreślona, stając się jedynie mglistym wspomnieniem. Myśl o tym przeraziłaby nas, wydawało się to jednak tak dalekie od rzeczywistości że niemal śmieszne. Tak więc śmialiśmy się  z tego”.

Ks. Louis Bouyer, wybitna osobistość przedsoborowego ruchu liturgicznego i jeden z najbardziej ortodoksyjnych periti na soborze był jednak w stanie dostrzec w jakim kierunku zmierza reforma, nawet jeszcze przed promulgowaniem nowej Mszy. W roku 1968 stwierdził: „Musimy powiedzieć wyraźnie: nie ma obecnie w Kościele katolickim liturgii godnej tego miana. (…) Być może w żadnej innej sferze nie ma większej rozbieżności (a nawet formalnej sprzeczności) pomiędzy tym co wypracował sobór a tym co aktualnie mamy”. Podobnie pisał msgr Gamber:

„Jednej rzeczy możemy być absolutnie pewni, a mianowicie iż nowe Ordo Mszy , które się niedawno pojawiło, nie zyskałoby aprobaty większości ojców soborowych”.

W roku 1964 ks. Bouyer napisał entuzjastyczną recenzję Konstytucji o liturgii zatytułowaną The Liturgy Revived, w której przewidywał rozkwit wielkiej odnowy liturgicznej. Do roku 1968 całkowicie pozbawiony został jednak wszelkich złudzeń, co skłoniło go do napisania niezwykle ostrej krytyki sposobu, w jaki postanowienia soboru wcielane były w życie (spostrzeżenia te zawarł w książce The Decomposition of Catholicism). Stwierdził w niej, iż nie tylko istnieje formalna sprzeczność pomiędzy zaleceniami soboru a tym co w istocie miało miejsce, ale też że w praktyce reforma stanowi odrzucenie dorobku cieszącego się poparciem papieży ruchu liturgicznego, w który sam wniósł znaczący wkład.

Całkowicie uprawnione jest określanie tego, co stało się z rytem rzymskim po II Soborze Watykańskim, mianem raczej  „rewolucji” niż reformy. Concise Oxford Dictionary definiuje „rewolucję” jako „całkowitą zmianę, obalenie, radykalną zmianę warunków, fundamentalną rekonstrukcję”. Czyż nie z tym właśnie mieliśmy do czynienia po II Soborze Watykańskim? Rewolucyjna natura zmian w liturgii rzymskiej po Vaticanum II stała się oczywista nawet dla niekatolików. Luterański prof. socjologii Peter L. Berger, przemawiający 11 maja 1978 w Harvard Club w Nowym Jorku, skomentował posoborowe zmiany w Kościele katolickim podkreślając, że były one błędem nawet z czysto socjologicznego punktu widzenia: „Gdyby kierujący się złymi intencjami socjolog, starający się wyrządzić Kościołowi katolickiemu jak największą szkodę, został jego doradcą, nie mógłby sprawić się lepiej”. Podobnie pisał prof. Dietrich von Hildebrand: „Zaprawdę, gdy by jednemu z diabłów z książki C.S. Lewisa Listy starego diabła do młodego powierzono zadanie zniszczenia liturgii, nie mógłby uczynić tego lepiej”.

Rozstrzygający charakter musi tu mieć opinia ks. Josepha Gelineau, iż rewolucja liturgiczna jaka miała miejsce po soborze wykraczała daleko poza intencje ojców Vaticanum II:

„Błędem byłoby utożsamianie odnowy liturgicznej z reformą obrzędów zaleconą przez II Sobór Watykański. Reforma ta idzie o wiele dalej niż zalecenia soborowe (elle va bienau-dela). Liturgia jest nieustannym warsztatem (La liturgie est un chantier permanent)”.

I rzeczywiście – zamiast umiarkowanej reformy usankcjonowanej przez Konstytucję o liturgii byliśmy świadkami tego, jak Msza w rycie rzymskim, stanowiąca bez wątpienia największy skarb Kościoła poza samym Pismem św., zredukowana została do poziomu „nieustannego warsztatu”, czegoś raczej tworzonego przez ludzi niż actio Christi. Fakt ten uznał również kard. Ratzinger, stwierdzając:

„Moglibyśmy dziś zapytać: czy istnieje jeszcze ryt łaciński? Z pewnością nie ma takiej świadomości. Dla większości ludzi liturgia wydaje się być raczej czymś czego aranżowanie leży w gestii konkretnego zgromadzenia”.

W niezwykle szczerym editorialu który zamieszczony został w „Homiletic and Pastoral Review” z lutego 1979 roku, redaktor naczelny tego pisma ks. Kenneth Baker SI skierował apel do hierarchii Kościoła katolickiego w USA. Wyrażał w nim ubolewanie z powodu setek zmian narzuconych wiernym, nad których sensem nie mieli oni czasu się zastanowić, i błagał o powstrzymanie tego co określał mianem „rewolucji liturgicznej”. „Zostaliśmy przytłoczeni zmianami z Kościele na wszelkich płaszczyznach, jednak to właśnie rewolucja liturgiczna dotyka nas w sposób bezpośredni i najdogłębniej”. Wydaje się jednakże, że nie ma nadziei na powstrzymanie narzucanych zmian liturgicznych ani na podjęcie skutecznych kroków w celu wykorzenienia nadużyć, które stały się w roku 1980 tak rozpowszechnione, iż fakt ten skłonił Jana Pawła II do wyrażenie publicznego ubolewania w Liście Apostolskim Dominicae cenae:

„Może więc trzeba, ażebym kończąc ten fragment moich rozważań, w imieniu własnym i Was wszystkich, Czcigodni i Drodzy Bracia w Biskupstwie, wypowiedział słowa przeproszenia za wszystko, co z jakiegokolwiek powodu, na skutek jakiejkolwiek ludzkiej słabości, niecierpliwości, zaniedbania, na skutek tendencyjnego, jednostronnego, błędnego rozumienia nauki Soboru Watykańskiego II o odnowie liturgii — mogło stać się okazją zgorszenia i niewłaściwości w interpretacji nauki oraz czci należnej temu wielkiemu Sakramentowi”.

Czy w całej historii Kościoła Rzymskiego, Matki i Nauczycielki wszystkich Kościołów, którykolwiek papież zmuszony był wypowiedzieć podobne słowa? I czy po wygłoszeniu tych zdumiewających przeprosin sytuacja uległa poprawie? Nie, pogarszała się jedynie z każdym kolejnym rokiem! Rewolucja liturgiczna, jak słusznie zauważył ks. Baker, dotknęła wiernych w sposób bezpośredni i dogłębny, wykazując w tym niepokojące podobieństwa do sposobu w jaki apostata Thomas Cranmer zniszczył wiarę angielskich katolików – nie poprzez szerzenie idei protestanckich, ale jedynie zmuszając ich do uczestnictwa w każdą niedzielę w sprotestantyzowanej liturgii. Posłużył się on rewolucją liturgiczną do przeprowadzenia rewolucji doktrynalnej. Wyjaśnił to znakomicie msgr Philip Hughes w swej historii reformacji angielskiej:

„Book of Common Prayer z roku 1549 stanowiła całkowicie jednoznaczną zapowiedź, że planowana była rewolucja doktrynalna, a nawet iż była już ona w toku. Skoro lud angielski zostałby przyzwyczajony do owych nowych obrzędów sakramentalnych, teologia reformacyjna, która zatryumfowała już w północnej Europie, musiałby z czasem przeobrazić również Anglię. W sposób niemal niedostrzegalny, w miarę upływu lat, wiara której wyraz stanowiły stare, a zarzucone obecnie obrzędy, i podtrzymywana przez nie w umysłach i uczuciach ludzi, zanikłaby – bez potrzeby prowadzenia systematycznej pracy misyjnej”.

Czyż nie brzmi to znajomo? Stanowi to praktyczną ilustrację zasady lex orandi lex credendi, co przetłumaczyć można: sposób w jaki się modlimy odzwierciedla to, w co wierzymy, tak więc jeśli zmieniany jest sposób w jaki się modlimy, zmienia się również nasza wiara. Czyż zmiana w naszych obrzędach liturgicznych nie pociągnęła za sobą dramatycznego kryzysu wiary i moralności? W editorialu do „Homiletic and Pastoral Review” z listopada 1991 ks. Kenneth Baker pisał:

„Wydaje się, iż każdego kolejnego roku zbliżamy się do [ustanowienie] «Kościoła Amerykańskiego», oddzielonego od Rzymu. Dla milionów katolików istnienie jego jest już faktem, choć nie zostało to ogłoszone oficjalnie. Nawet jeśli zbiurokratyzowana hierarchia tego nie przyzna, kondycja Kościoła w naszym kraju jest fatalna. Nastąpił powszechny upadek moralności, Kościół zaś utracił całą swą żywotność. Czego jednak można było oczekiwać, skoro większość katolickich dzieci nie zna podstaw wiary, kiedy herezja nauczana jest jawnie i broniona na «katolickich» uczelniach, kiedy liczba seminarzystów spadła z 48 tyś. do 5. tyś., i kiedy [jedynie] 14 z 55 milionów katolików [tj. ok. 25%] bierze regularnie udział w niedzielnej Mszy? Nie ma żadnej przesady w twierdzeniu, że Kościół znajduje się tu w kryzysie”.

Kryzys ten nie ogranicza się oczywiście do Stanów Zjednoczonych, podobne jego przejawy dostrzec można na całym świecie. W krajach takich jak Holandia uzasadnione jest wręcz pytanie, czy istnieje w nich jeszcze coś, co można by określić mianem katolicyzmu. Kościoły nasze nie wypełniły się bynajmniej „odnowionymi”, aktywnymi katolikami, nie sposób dostrzec by ci, którzy uprzednio od Kościoła się oddalili powrócili do niego pod wpływem nowej i zrozumiałej dla nich liturgii – zamiast tego jesteśmy świadkami katastrofalnego spadku uczestnictwa we Mszach niedzielnych w każdym kraju Zachodu. Jesteśmy, jak stwierdza ks. Louis Bouyer, świadkami nie odnowy, ale przyspieszonej dekompozycji katolicyzmu. Setki milionów – powtarzam – setki milionów katolików, którzy przychodzili na Mszę w „dawnych złych czasach”, kiedy liturgia rzekomo alienowała ich z Kościoła, przestało przychodzić na nią wcale, hierarchia uważa jednak, że reforma liturgiczna stanowiła ogromny sukces duszpasterski i że wszyscy wierni powitali ją z radością. Abp Bugnini, główny architekt rewolucji liturgicznej, pisał – całkiem poważnie jak się wydaje – że „odnowiona Msza przyjęta została z radością, z entuzjazmem i w krótkim czasie stała się praktyką ludu chrześcijańskiego z oczywistą korzyścią dla wspólnoty”. Cóż, można by tu ponownie zacytować księcia Wellingtona: „Jeśli tak sądzicie, uwierzycie we wszystko”.

Cóż, można się było spodziewać, iż abp Bugnini twierdzić będzie, że reforma której był autorem okazała się sukcesem. Można by jednak mieć nadzieję że papież, Pasterz Kościoła Powszechnego, spojrzy na to w sposób nieco bardziej obiektywny. Można by się łudzić, że w obliczu bezspornych dowodów wskazujących iż owczarnia jego sprowadzona została na liturgiczne manowce, że liczebność jej spadła katastrofalnie, ci zaś którzy jeszcze pozostali cierpią z powodu braku duchowego pokarmu, skieruje ich z powrotem na zdrowe pastwiska Tradycji, które karmiły ich wiarę przez tyle stuleci. Niestety, w swym Liście Apostolskim upamiętniającym 25 lecie uchwalenia Konstytucji o liturgii wydaje się on zapominać o przeprosinach zawartych w Dominicae cenae i powtarza optymistyczne oraz całkowicie nierealistyczne zapewnienia abpa Buginiego, przyznając równocześnie iż „wdrożenie reformy liturgicznej napotykało na trudności” a „przejście od zwykłej obecności, często raczej biernej i milczącej, do pełniejszego, czynnego uczestnictwa, dla wielu okazało się wymaganiem zbyt wielkim”. Słowa te wydają się sugerować, że trudności owe nie były skutkiem samej natury zmian, ale jedynie niechęci wiernych do uznania ich dobroczynnych efektów. Trudno w tym miejscu nie przypomnieć sobie o nagonce na chłopów rosyjskich po rewolucji z roku 1917 roku – również oni nie chcieli „zrozumieć”, że kolektywizacja ich ziemi była w istocie dla nich korzystna. Jednak pomimo trudności do których odniósł się papież, przekonywał równocześnie iż:

„To wszystko nie może przesłonić faktu, że tak pasterze, jak i lud chrześcijański, w swojej ogromnej większości, przyjęli reformę liturgiczną w duchu posłuszeństwa i z radosnym zapałem.

Dlatego musimy dziękować Bogu za przejście Jego Ducha w Kościele, którym było odnowienie Liturgii; za stół Słowa Bożego, dziś z obfitością dostępny dla wszystkich; za wielki wysiłek dokonany w całym świecie, aby dostarczyć chrześcijańskiemu ludowi tłumaczeń Pisma świętego, Mszałów i innych ksiąg liturgicznych; za pełniejsze uczestnictwo wiernych w Eucharystii i innych sakramentach przez modlitwę, śpiewy, postawę i milczenie; za posługi sprawowane w Liturgii przez świeckich i za zadania podjęte na mocy powszechnego kapłaństwa, w które zostali wszczepieni przez Chrzest i Bierzmowanie; za promieniującą żywotność wielu wspólnot chrześcijańskich, czerpiących ze źródła Liturgii.

Takie są więc racje przemawiające za tym, aby trwać wiernie przy nauczaniu Konstytucji Sacrosanctum Concilium i przy reformie, którą ona pozwoliła zrealizować. «Odnowa liturgiczna jest owocem najbardziej widzialnym całego soborowego dzieła». Przez wielu ludzi orędzie Soboru Watykańskiego II zostało zrozumiane przede wszystkim za pośrednictwem reformy liturgicznej”.

Szacunek jaki wszyscy winni jesteśmy Wikariuszowi Chrystusa nie może przysłonić nam faktu, iż odnowa o jakiej pisze jest czystą fantazją. Kiedy papież wypowiada się na temat faktu, słowa jego odpowiadać mogą rzeczywistości albo nie, a w omawianym przez nas przypadku z pewnością tak nie jest. Przeważająca większość wiernych nie powitała bynajmniej reformy z „radosnym zapałem”, przeważająca większość wiernych w krajach Zachodu nie uczestniczy już wcale we Mszy. Ci, którzy nie uczęszczali w niej przed soborem, nie zaczęli tego czynić, zaś we wszystkich krajach wielu, a niekiedy i większość z tych, którzy do tej pory przychodzili w niedzielę do kościoła, przestało praktykować. W krajach takich jak Francja czy Holandia procent katolików uczestniczących w każdą niedzielę we Mszy wyraża się liczbą jednocyfrową. W USA uczestnictwo spadło z 71% w roku 1963 do 25% w 1993 (o 65%). Jeśli spojrzymy na ten spadek w kategorii raczej dusz niż suchych statystyk, oznacza to iż obecnie w USA uczestniczy we Mszy 24 mln mniej katolików niż przed soborem. W okresie tym populacja katolicka w USA znacznie się powiększyła, tak więc rzeczywistość wygląda w istocie znacznie gorzej niż wynikałoby to ze statystyk. Znakomity australijski periodyk „A.D. 2000” w numerze z marca 1993 roku analizuje sposób, w jaki szczegółowy sondaż dotyczący  uczestnictwa we Mszy w diecezji Townsville odzwierciedla całościowy obraz załamania się praktyk katolickich na całym kontynencie. Oficjalny sondaż analizowany w tym artykule zatytułowany był „Gdzie się podziali wszyscy ci ludzie”. Wykazał on, iż regularne uczestnictwo we Mszy niedzielnej wynosiło jedynie 12% –  a do roku 2000 spaść musiało do ok. 6%. Komentując wyniki redaktor wspominanego pisma zauważył:

„Nigdzie w tym dokumencie nie znajdujemy najmniejszej sugestii, by «reformy» forsowane przez minionych 20 lat w dziedzinie liturgii, katechizacji, w seminariach i zakonach, studiach biblijnych i nauczaniu moralnym przyczynić się mogły do katastrofy, jaką ujawniają statystyki dotyczące uczestnictwa we Mszy. (…) Trudno przewidzieć, o ile jeszcze spadnie uczestnictwo we Mszy w Townsville oraz innych miejscach zanim reformy te nie zostaną ostatecznie powstrzymane i nie uzna się ich klęski (…)”.

Czy ma rację Ojciec Święty sugerując, że rzeczywiście powinniśmy dziękować Bogu za to, co określa jako działanie Ducha Świętego, a co „A.D. 2000” słusznie nazywa katastrofą? Fakty nie mogą być lojalne ani nielojalne, a sane dotyczące załamania się uczestnictwa we Mszy są niestety aż nazbyt prawdziwe. Wprowadzona reforma miała rzekomo być szczególnie dobroczynna dla młodzieży, jednak w Wielkiej Brytanii 9 na 10 katolików – absolwentów szkół średnich, którzy karmieni byli tzw. odnową liturgiczną, porzuciło wiarę jeszcze przed ukończeniem szkoły, a pewien jestem iż również w innych krajach sytuacja wygląda podobnie. Trudno to uznać za oznakę „promieniującej żywotności”. Naprawdę chętnie dowiedzielibyśmy się, gdzie konkretnie znajdują się owe „promieniujące żywotnością wspólnoty” – z pewnością nie we własnej diecezji papieża, gdzie na niedzielne Msze przychodzi mniej niż 8% wiernych! Wbrew oczekiwaniom Konstytucji o liturgii zapewniającej iż „cały rodzaju ludzki wezwany jest do owczarni Kościoła”, miliony katolików porzucają tę owczarnię przechodząc do sekt heretyckich. W Brazylii na przykład, kraju o największej na świecie populacji katolików, więcej jest obecnie protestantów biorących udział każdej niedzieli w ich nabożeństwach niż katolików regularnie uczestniczących w odnowionej liturgii, co trudno uznać za dowód „promieniującej żywotności” wspólnoty katolickiej, której członkowie milionami przechodzą do sekt.

Jednym odpowiadającym rzeczywistości twierdzeniem zawartym w papieskiej pochwale reformy jest cytat z końcowego raportu Synodu Biskupów z roku 1985: „reforma liturgiczna jest najbardziej dostrzegalnym owocem całego dzieła soboru”. Liturgiczna rewolucja – a nie reforma – była rzeczywiście najbardziej dostrzegalnym owocem soboru, i jest zły owoc, eksperyment który zakończył się katastrofą – wrak liturgiczny – pociągający na zatracenie wiele milionów dusz!

„Po ich owocach ich poznacie” – A fructibus eorum cognoscetis eos. „Czy zbiera się winogrona z ciernia, albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. ” (Mt 7, 16-18). Ocena reformy liturgicznej przedstawiona przez msgr Gambera pozostaje w radykalnej sprzeczności z oceną Ojca Świętego, czyż jednak nasze doświadczenia z ostatnich 25 katastrofalnych lat nie dowodzą, iż to właśnie on miał rację, papież zaś się mylił? Jedynie błędnie pojmowana lojalność, jakiej nie można wymagać od żadnego katolika, skłonić by nas mogła do zaprzeczenia temu, co widzimy na własne oczy, słyszymy na własne uszy i co zmuszeni jesteśmy znosić. Msgr Gamber całkiem słusznie stwierdza, że to czego doświadczyliśmy nie było odnową ale katastrofą, która z każdym kolejnym rokiem staje się poważniejsza. Jak pisze:

„Reforma liturgiczna, powitana z tak wielkim idealizmem i nadzieją przez tak wielu kapłanów i świeckich, okazała się być liturgiczną destrukcją o przerażających rozmiarach – klęską pogarszającą się z każdym kolejnym rokiem. Zamiast oczekiwanej odnowy Kościoła i życia katolickiego jesteśmy obecnie świadkami demontażu tradycyjnych wartości i form pobożności, na których opiera się nasza wiara. Zamiast owocnej odnowy liturgii widzimy zniszczenie obrzędów Mszy, które rozwinęły się w sposób organiczny na przestrzeni wielu stuleci”.

Wspomniałem już o bezprecedensowych przeprosinach Jana Pawła II z roku 1980. Jeszcze bardziej zdumiewające słowa wygłosił w roku 1992 najwyższy po papieżu autorytet w kwestiach liturgii, czyli Kongregacja Kultu Bożego. W swym oficjalnym organie „Notitiae” z października 1992 przyznała ona mianowicie, że nadużycia uległy instytucjonalizacji. Editorial do wspominanego numeru stwierdzał:

„Trzydzieści lat to za stanowczo za długo na tolerowanie błędnych praktyk, które zdają się mieć tendencję do samoutrwalania. Nadużycia jakie pojawiły się w pierwszych latach wdrażania [reformy] występują dalej – i stopniowo, w miarę jak pojawiają się kolejne pokolenia, przyjmowane są jako norma”.

Nietrudno jest podać przykłady wielu nadużyć, które zostały zinstytucjonalizowane. O Komunii na rękę żaden dokument soboru nawet nie wspomina. Praktyka ta zrodziła się wkrótce po soborze w Holandii – jako naśladownictwo zwyczaju powszechnego u wspólnot protestanckich. W Kościele pierwszych wieków Komunia podawana była na rękę, jak jednak wyjaśnił niemiecki liturgista ks. Joseph Jungmann, w miarę upływu wieków cześć dla Najświętszego Sakramentu stopniowo się pogłębiała i rozwinęła się tradycja, wedle której jedynie to co poświęcone może dotykać Hostii, a ów zdumiewający przywilej powierzony został konsekrowanym dłoniom kapłana, którego dłonie tradycyjnie namaszczane były w dniu święceń. Jan Paweł II słusznie stwierdził, że dotykanie Hostii jest przywilejem kapłanów, nie uważał jednak niestety za możliwe wykonanie jedynego logicznego w tej sytuacji posunięcia i zakazania udzielania Komunii na rękę. Praktyka ta odżyła podczas reformacji protestanckiej jako zewnętrzna manifestacja wiary, iż chleb przyjmowany w Komunii jest zwykłym chlebem, człowiek zaś który go rozdziela nie różni się niczym od innych. W czasach współczesnych w Kościele katolickim zwyczaj ten rozprzestrzenił się szybko z Holandii na kraje sąsiednie, co skłoniło Pawła VI pytał do zwrócenia się do biskupów z całego świata z zapytaniem, czy praktyka ta jest dopuszczalna. Przeważająca większość odpowiedziała negatywnie – i instrukcja Memoriale Domini z roku 1969 w wyczerpujący sposób przedstawiła powody, dla których tradycyjna praktyka powinna zostać utrzymana, jak również zagrożenia jakie zwyczaj udzielania Komunii na rękę stwarza dla czci należnej Najświętszemu Sakramentowi. Paweł VI pisał w niej:

„Najwyższy Pasterz postanawia, iż z dawna przyjęty sposób rozdawania Komunii świętej wiernym nie powinien być zmieniony. Stolica Apostolska zatem usilnie napomina biskupów, kapłanów i wiernych, aby gorliwie przestrzegali tego prawa, ważnego i ponownie potwierdzonego, zgodnie z osądem większości katolickich biskupów, w formie zgodnej z obecnym rytem świętej liturgii, co jest niezbędne dla powszechnego dobra Kościoła”.

Są to zaprawdę piękne słowa, zostały one jednak całkowicie zignorowane przez liberalnych kapłanów którzy łamali prawa Kościoła, jak również przez samych biskupów którzy wypowiedzieli się za utrzymaniem tradycyjnej praktyki. W coraz to nowych krajach hierarchia kapitulowała tchórzliwie wobec buntowników liturgicznych – i podobnie kapitulowała Stolica Apostolska, sankcjonując prawnie te nadużycia. Przesłanie jakie z tego płynęło było jasne: lekceważcie papieża a papież ustąpi, tak jak skapitulował wobec praktyki Komunii pod dwiema postaciami w niedziele, która pierwotnie była zakazana – później zaś została zalegalizowana. W roku 1994 – kilka dni od dokładnej rocznicy narzucenia nowej Mszy – papież skapitulował również w sprawie ministrantek, choć wielu konserwatywnych katolików przekonanych było, iż akurat w tej kwestii pozostanie nieugięty. Trudno o bardziej stosowne upamiętnienie 25-lecia liturgicznej anarchii niż ta upokarzająca kapitulacja Stolicy Apostolskiej wobec postulatów ruchu feministycznego.

Mówiąc o zinstytucjonalizowanych nadużyciach można by jeszcze dodać, że niemal każdy przypadek czytania przez kobiety Lekcji w Kościele stanowi nadużycie, jako że jest to dopuszczalne jedynie w przypadku braku męskich lektorów, nadużycie stanowi też niemal zawsze posługiwanie się świeckimi szafarzami Eucharystii, jako że ścisłe reguły na to pozwalające spełniane są na Zachodzie niezwykle rzadko. Widok nadzwyczajnego szafarza pełniącego posługę w kościele katolickim powinien być czymś absolutnie nadzwyczajnym, obecnie jednak nadzwyczajnym osiągnieciem jest znalezienie kościoła, w którym by ich nie było. W ten sposób oficjalna norma liturgiczna stała się wyjątkiem, to zaś co powinno stanowić wyjątek postrzegane jest jako norma.

Dokonane przez ICEL tłumaczenie nowej Mszy – na jakie narażona jest pozostałość katolików uczęszczających nadal na Msze na Zachodzie – stanowi samo w sobie nadużycie najbardziej oburzającej natury, zawierając ponad 400 błędów, w tym również przekład „pro multis” jako „za wielu” w formule Konsekracji. Klauni, tańczące dziewczęta, balony i gitary … lista nadużyć wydaje się nie mieć końca – i co mogą zrobić w tej sytuacji wierni szczerze zatroskani o przestrzeganie praw liturgicznych Kościoła? Odpowiedź brzmi, że podobnie jak w przypadku nieortodoksyjnej katechizacji i niemoralnej edukacji seksualnej, nie mogą uczynić nic. Mogą apelować do swych kapłanów, do swych biskupów, do Delegata Apostolskiego i samego papieża, a ostateczny skutek będzie ten sam, nadużycie będzie albo tolerowane albo usankcjonowane. Znajdujemy się w położeniu, które prawo kanoniczne określa mianem sytuacji nadzwyczajnej. Mówiąc jednak szczerze, nadużycia z jakimi spotkać się możemy na Zachodzie są jeszcze – jeśli można tak powiedzieć – stosunkowo niewinne. Jeśli chcecie zobaczyć prawdziwe nadużycia, udajcie się – jak ja sam to uczyniłem – do Indii, a będziecie świadkami czegoś, co wydaje się być – i prawdopodobnie jest – pogańskimi obrzędami zastępującymi Mszę. Zdruzgotani tym stanem rzeczy indyjscy katolicy sporządzili drobiazgową dokumentację dokonującej się pod płaszczykiem „inkulturacji” poganizacji tamtejszego katolicyzmu, a nawet kosztem wielkich ofiar finansowych zawieźli ją do Rzymu i przekazali Kongregacji Kultu Bożego – by upewnić się, że na pewno do niej dotrze. A odpowiedzią Kongregacji na petycję tych żarliwych katolików – którzy błagali ją jedynie o to, by przestrzegała swych własnych wytycznych – było pełne pogardy milczenie.

Cytowany wyżej editorial nie tylko przyznaje, iż nadużycia zostały zinstytucjonalizowane i przyjmowane są jako norma przez obecne pokolenie, które nie zna niczego innego, zawiera też inne jeszcze stwierdzenie, którego znaczenia trudno jest przecenić. Stwierdza on mianowicie, że „wiarygodność reformy liturgicznej wystawiana jest na niebezpieczeństwo” (a credibilita della riforma liturgica venga posta in pericolo). Osobiście byłbym skłonny powiedzieć raczej, że wiarygodność reformy liturgicznej dawno już przestała być jedynie zagrożona. Wszelka wiarygodność jaką kiedykolwiek ona posiadała została już dawno całkowicie i bezpowrotnie utracona.

Abpa Lefebvre zauważył kiedyś, że w obecnym kryzysie przyszłość katolicyzmu stanowi jego przeszłość. Jest to z pewnością prawdą w odniesieniu do liturgii rzymskiej. Narzucenie skleconego sztucznie ekumenicznego rytu Mszy w miejsce Mszy wszechczasów musi być postrzegane jako aberracja historyczna, która naprawiona może być jedynie poprzez ponowne uczynienie liturgii, która rozwijała się i przetrwała przez ponad XIX wieków, główną formą kultu Kościoła również w wieku XXI.

(…)

Niech mi będzie wolno zakończyć te rozważania słowami msgr Klausa Gambera, którego książka Reforma liturgii rzymskiej zawiera pochwalne recenzje trzech kardynałów i który postrzegany był przez kard. Ratzingera jako „jedyny uczony, który wśród armii pseudo-liturgistów prawdziwie reprezentuje myśl liturgiczną centrum Kościoła”. Biorąc pod uwagę jego niezrównaną znajomość liturgii oraz autentyczną gorliwość duszpasterską, można je potraktować jako końcowe przeslanie, jakie pozostawił on Kościołowi który kochał tak bardzo i któremu tak wiernie służył:

„W ostatecznym rozrachunku oznacza to, że w przyszłości tradycyjny ryt Mszy musi być zachowany w Kościele Rzymskim (…) jako główna forma liturgiczna celebracji Mszy. Musi on stać się ponownie normą naszej wiary i symbolem katolickiej jedności na całym świecie, niewzruszoną skałą w czasie zaburzeń i nieustannych zmian”.

Michael Davies

tłum. Scriptor