OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Artykuły i Komentarze

Historia dysputy między żydami nad zagadnieniem mordu rytualnego odbyta w katedrze lwowskiej w 1759 roku

Widownią niezwykłego i wyjątkowego zdarzenia w Polsce, był Lwów w roku 1759. Oto 17 lipca tego roku rozpoczęły się tu i to w katedrze łacińskiej publiczne dysputy religijne żydów, które ogólną na się zwróciły uwagę. Spowodowali je Frankiści, sekta żydowska, tak nazwana od swego założyciela, Jakóba Franka, żyda, rodem z Korolówki na Podolu, a którego ojciec Lejba był rabinem w Czerniowcach i Bukareszcie.

W czasie pobytu w Turcji, młody Frank, poznawszy mistyczne księgi Wschodu, a zwłaszcza naukę Sabbatajczyków, sekty założonej w XVII w. przez żyda tureckiego Sabbataja Cebi (Szabsa Cwi), uznał się jego duchownym następcą i zaczął szerzyć jego zasady, oparte tylko na Piśmie św. i kabalistycznej księdze “Zoar”, napisanej w XIV w. przez żyda hiszpańskiego, Mojżesza z Leonu. Znajomością tych pism, wymową, sprytem, silną wolą, działał na otoczenie, pozyskiwał słuchaczy, którzy zaczęli go tytułować “najmędrszym z żydów”. Sława jego rosła daleko, doszła i do Polski, gdzie sabbateizm, zwłaszcza na Podolu, wielu tajemnych liczył zwolenników. Zaproszony przez nich, po różnych losach w Turcji, przybył Frank w roku 1755 najpierw do swego rodzinnego miasteczka Korolówki, potem do rwania pod Uścieczkiem i stąd rozpoczął propagandę, która nie pozostała bez rezulatów. Od razu pozyskał licznych, jawnych zwolenników nawet wśród rabinów.

Nauka jego zbliżała judaizm do chrystjanizmu, wyrzekał się bowiem Frank zupełnie talmudu “jako pełnego błędów i bluźnierstw”, uczył, że Bóg jest jeden we trzech osobach, wierzył zatem w Trójcę św., a nadto uznawał w Chrystusie Mesjasza.

Wystąpienie i nauka Franka, wywołały wśród żydów polskich gorączkowy ruch przeciw “odszczepieńcowi”, który odważył się naruszyć uczucia i wierzenia zawarte w księgach talmudycznych. Ze wszystkich synagog posypały się uroczyste, z całą grozą wschodnią wygłaszane klątwy na kacerzy.

Prześladowani fanatycznie przez współplemieńców Frankiści, zwani urzędownie kontratalmudystami, odważyli się na zręczny krok, który zwrócił na nich ogólną uwagę i zapewnił opiekę. Oto bowiem za radą mistrza postanowili odbyć ze starowiercami czyli talmudystami publiczne dysputy. Dysputy miały dowieść błędów talmudu. Chodziło tylko o pozwolenie władz. W tym celu więc wysłali prośby do króla Augusta III. i do arcybiskupa lwowskiego Łubieńskiego, że gotowi są przyjąć chrzest po dyspucie, której domagają się “z nieprzyjaciółmi wiary św.” nie z ubóstwa, nie z łakomstwa albo “innych jakich podejrzanych i zwyczajnych narodowi naszemu przewrotności”, ale dlatego, że mają nie małoukrytych zwolenników, którzy gdy ich nauka będzie uznana przez najwyższą zwierzchność “wyjawią się i zbawienie pożyszczą.” Domagali się także by mogli osiąść w Busku lub Glinianach bo “nie spodziewamy się, aby odtąd który z naszych miał osiadać w karczmach, przez szynki, posługę pijaństwa i wysączenie krwi chrześcijańskiej szukać chleba sobie do czego talmudystowie przywykli.”

Na prośbę tę król nie odpowiedział wcale, a arcybiskup, zostawszy w tym czasie prymasem Królestwa, opuścił Lwów i rozpatrzenie sprawy Frankistów, powierzył ks. Stefanowi Mikulskiemu, który zamianowany został administratorem archidiecezji lwowskiej.

Nie tracąc nadziei, udali się do niego wysłańcy sekty i opowiedziawszy całą swą historię i wszystkie swe nieszczęścia i prześladowania, oświadczyli, że przystąpienie do katolicyzmu uważają dla siebie za zbawienie i uczynią to, lecz dopiero po dyspucie “z rabinami” nad następującymi siedmiu punktami:

“1. Proroctwa wszystkich proroków o przyjściu Mesjasza już się spełniły. 2. Mesjasz był Bóg prawdziwy, któremu imię Adonaj; ten miał ciało nasze i wedle niego cierpiał dla odkupienia i zbawienia naszego. 3. Od przyjścia Mesjasza prawdziwego ofiary i ceremonie ustały. 4. Krzyż św, jest wyrażeniem Trójcy Przenajświętszej i pieczęcią Mesjasza. 5. Każdy człowiek powinien być posłuszny zakonowi Mesjasza, bo w nim zbawienie. 6. Do wiary Mesjasza żaden przyjść nie może, tylko przez chrzest. 7. Talmud naucza, że potrzebna jest krew chrześcijańska, a kto wierzy w talmud, musi jej potrzebować”.

Administrator archidiecezji ulegając “uprzykrzonym naleganiom” Frankistów, zgodził się na dysputę, choć bardzo niechętnie, gdyż stawiało go to w opozycji ze zdaniem prymasa. Postawił jednak warunki, że delegaci swoim i swoich współwyznawców imieniem dadzą zapewnienie, że zaraz po dysputach chrzest przyjmą, że przed każdą pojedynczą dysputą Frankiści mają swe tezy podlegające dyspucie spisać w polskim i hebrajskim języku i te stronie przeciwnej podać, ta zaś ma na nie odpowiadać na posiedzeniu następnym; wreszcie obie strony mają swe wywody składać na ręce kanonika, wyznaczonego przez konsystorz. Frankiści przyjęli warunki.

Temin pierwszej dysputy wyznaczony został na dzień 17 lipca 1759 r. o godzinie l w południe w kościele archikatedralnym we Lwowie, o czym ks. Mikulski rozesłał zawiadomienia do duchowieństwa katolickiego i rabinatów. Nakazywał przytem, aby wszystkie gminy żydowskie całej archidiecezji wysłały do Lwowa swych przedstawicieli, pod karą tysiącatalarów. Szlachta również otrzymała odpowiednie zlecenia, by żydów zmuszać do przyjazdu do Lwowa.

Wieść o dyspucie wywarła przygnębiające wrażenie na gminy żydowskie. Zatrwożeni żydzi szukali różnych środków ratunku; udali się z prośbą do prymasa i nuncjusza, by znieśli postanowienie ks. Mikulskiego. Obaj dygnitarze wyrazili administratorowi swe obawy, że dysputy mogą wywołać rozjątrzenie, lecz ten postawił na swoim, bo zresztą było już za późno, aby odwoływać.

Na dzień oznaczony musieli zjechać do Lwowa rabini i przybyło ich około czterdziestu. Z samej archidiecezji lwowskiej było ich trzydziestu, reszta z różnych stron Polski. Na mówców wybrali: Chaima Kohena Rapaporta, rabina lwowskiego i zaciętego wroga Frankistów, następnie Beera z Jazłowca, syndyka gmin podolskich, Dawida, rabina ze Stanisławowa i Izraela z Międzyboża, cudotwórcę, cadyka i rabina z Rozdołu, gdzie jako Baal-Szem założył sektę Chassydów.

Ze strony Frankistów przybyło z początku tylko trzynastu przedstawicieli “uczonych i znających język polski”, wśród których najwybitniejszymi byli JehudabenNosenKrysa,nigdyś rabin w Nadwórnie, “przodujący innym mądrością”, Salomon ben Bijasz Szor, syn rabina z Rohatyna i Nachman Szmujłowicz, rabin z Buska. Sam Frank pozostał na razie w okolicy Kamieńca podolskiego.

W przeddzień dysputy rabini żydowscy z Rapaportem na czele złożyli wizytę ks. Mikulskiemu; to samo też zrobili i Frankiści.

Dnia następnego 17 lipca ruch niezwykły zapanował w całem mieście. Tłumy ciekawych dążyły do katedry, którą otaczały warty garnizonu lwowskiego i pilnowały porządku. Dla wchodzących ustanowiono bilety wejścia, za które pobierano “szóstak bity” z przeznaczeniem całego dochodu na potrzeby ubogich Frankistów.

Mnóstwo prałatów, kanoników i innych dygnitarzy zapełniło kościół. Każdy z lwowskich klasztorów przysłał obowiązkowo czterech przedstawicieli.

W pośrodku kościoła w dwóch rzędach krzeseł ustawionych “w cyrkuł” zajęli miejsca teologowie, dygnitarze duchowni, “znaczniejsi goście i dystyngowańsze damy”. Wielu dostojników koronnych przybyło umyślnie, by być świadkiem niezwykłego faktu. W ławkach po lewej stronie nawy zasiedli rabini z wyrazem pewnej trwogi na twarzy; na prawo Frankiści. Na krześle wzniesionem “na dwa gradusy” przewodniczył w fioletach sam administrator ks. Mikulski, obok kanclerz konstystorski przy osobnym stoliku spisywał protokół. Wokoło rzesze mieszczeństwa,katolickiego ludu i żydowskiego gminu szczelnie zapełniły kościół. Oczy wszystkich zwracały się na wrogie sobie strony.

Posiedzenie zaczęło się o 2 godzinie gorącą przemową ks. Mikulskiego, w której wyłożył powody dysputy i zakończył pochwałą dla jej rzeczników – kontratalmudystów.

Badacze życia Franka i jego sekty krótko tylko wspominają o przebiegu lwowskiej dysputy, nie wdając się w jej szczegóły. Nie mamy również zamiaru przedstawiać tu wszystkich jej faz, mianowicie co do pierwszych sześciu punktów. Dość wspomnieć, że Frankiści wspierani wiedzą teologów, przytaczali na każdy z nich dowody z niemałą erudycją, zaczerpniętą z Pisma św., z ksiąg talmudycznych i z księgi Zoar. Rozbierano szczegółowo każdą z tez. Rabini bronili się jak mogli i umieli. Nie brakło chwil ożywionych i charakterystycznych, lecz w ogóle dysputy przeładowane niezliczonymi cytatami z obu stron i wzajemnemi subtelnemi kwestjami – oddziaływały nużąco na słuchaczów.

Na dziesięciu posiedzeniach załatwiono się z pierwszymi sześciu tezami. Pozostała tylko teza siódma, że “talmud naucza, że potrzebna jest krew chrześcijańska, a kto wierzy w talmud, musi jej potrzebować”.

Był to niewątpliwie punkt ciężkości całej dysputy, najważniejszy i

i największy w ogóle budzący interes, tym bardziej, że od wieków niepokojona tą sprawą opinia szerokich warstw, zostawała właśnie pod wrażeniem niedawnego faktu, który zdarzył się w Żytomierzu na Wołyniu w r. 1753. Oto sąd tamtejszy kazał uwięzić 25 żydów pod zarzutem, że roku wspomnianego “w sam wielki piątek, złapawszy dziecię półczwarta roku mające imieniem Stefana Studzieńskiego, syna Adama i Ewy Studzieńskich, w wielką sobotę po sabacie zgromadzeni, okrutnie zamordowali, z każdej żyły i junktury krew wypuszczając przez klocie”. “Po uczynionej pilnie inkwizycji” zbrodnię “prawnie dowiedziono” i wydano wyrok, mocą którego “z jedenastu żydów żywcem pasy darto, a potem ćwiertowano, trzynastu chrzest św. przyjąwszy, ścięci byli, jeden zaś mniej winny dla świadectwa innym talmudystom przy życiu zachowany został, chrzest św. przyjąwszy”.

Ryciny i obrazy przedstawiające zamordowanego chłopca w całej postaci z licznemi ranami na ciele, rozrzucono po całej Polsce i do dziś nie rzadko można je jeszcze spotkać po kościołach i w różnych zbiorach.

Wobec rozbudzonych namiętności, z wielką ciekawością oczekiwano niecierpliwie dnia, w którym dalsza miała się odbyć dysputa, zwłaszcza, że na nią przybył do Lwowa sam Frank.

Otaczały go tłumy zwolenników z żonami i dziećmi. Wjeżdżał domiasta (25 sierpnia) w karcie poszóstnej, jakby jaki książę wschodni, ubrany w strój turecki. Obok karety postępowało dwunastu jezdnych, a z tyłu ciągnął się długi szereg wozów i bryk, pełnych jego zwolenników.

Ruszył się lud z miasta na przedmieście oglądać to dziwne zjawisko. Żydzi lwowscy natomiast kryli się po domach i zaułkach, obawiając się wzroku cudotwórcy, który ich zdaniem “czarowali ubezwładniałpatrzących nań”.

Dzień 26 sierpnia przeznaczono na odbycie jedenastej dysputy nad ową siódmą tezą Frankistów. Rabini jednak “obawiając się jej najwięcej” i słusznie, prosili o zwłokę, która “dla różnych wykrętów” przedłużyła się do poniedziałku 10 września.

W porządku, jak na poprzednich dysputach, zebrano się i w dniu tym, z tą tylko różnicą, że przybyło kilkunastu Frankistów ze swym mistrzem na czele, a nadto wielu wybitnych żydów z różnych synagog. Natłok ciekawych panował taki, że obszerny kościół archikatedralny nie był w stanie pomieścić wszystkich w swych murach.

O godzinie 2 administrator ks. Mikulski zagaił zebranie i wezwał Frankistów, aby przytoczyli dowody na siódmą tezę.

Powstał na to tłumacz Frankistów, niejaki Moliwda-Kossakowski i ich imieniem w te słowa odezwał się po polsku:

“Żądanie krwi chrześcijańskiej od pospólstwa talmudystów nie tylko w Królestwie Polskiem, ale i w cudzych krajach jest jawne, wiele bowiem historji minąwszy w cudzych państwach, tu się w Polsce i Litwie zdarzyło, że talmudystowie niewinną krew chrześcijańską okrutnie wylali i za ten bezbożny uczynek przekonani, w różne czasy dekretami na śmierć osądzeni, zawsze jednak statecznie zapierając się, chcieli się przed światem oczyścić, że to na nich niewinnie chrześcijanie wkładają, powiadają”.

“My jednak Boga wszystko widzącego, mającego przyjść sądzić żywych i umarłych, wziąwszy na świadectwo, nie ze złości albo zemsty na onych, ale z miłości Wiary świętej, którą przyjmujemy, tę złość onych talmudystów wydajem światu całemu do wiadomości, bośmy się i sami w młodości naszej u onych tego uczył i”.

Te same słowa, będące zarazem przysięgą, powtórzył po hebrajsku Jehuda bez Nosen Krysa, i w tymże języku powtarzał wszystkie następne dowody Moliwdy i pokazywał w talmudzie, cytowane przezeń ustępy. W dowodach owych niejedno może wyda się niejasnem lub naciągniętem, lecz sam fakt, że tu po raz pierwszy z podobnymi dowodami, zaczerpniętymi z talmudu, wystąpili gremialnie i publicznie żydzi przeciw żydom, rabini przeciw rabinom, czyni całą lwowską dysputę nad “mordem rytualnym” tym charaktery stycznie] szą i godną uwagi.

Nie wchodząc zupełnie w istotną wartość tych dowodów – przedstawiamy rzecz tak jak podają źródła współczesne, przytaczając miejsca charakterystyczne dosłownie, rozwlekłe zaś w streszczeniu.

Dowody na poparcie swego twierdzenia przynieśli Frankiści na piśmie zebrane. Czytał je tłumacz wśród ciszy obecnych, a były one następujące: Księga talmudu zwana Aur ech Chaim Megine Erec tj. ścieżka żyjących, obrona ziemi, której autorem jest rabin Dawid, mówi fol. 242 rozdz. 412; Micwe lachzeur acher jain udym zeycher leydam, co znaczy: przykaż (rabinie) starać się o wino czerwone, pamiątkę krwi.

Zaraz potem ten sam autor dodaje: Od reymez leudym zeycher leydam szeochoiu parę szoychet benay Isruel tj. jeszcze mrugam ci dlaczego pamiątka czerwonej krwi, bo Farao rznął dzieci Izraelitów. Niżej zaś następuje zdanie: Wayhuidne nimneu milayikachjain udym mipney eliloys szeykurym, co znaczy: a teraz opuszczone zażywanie czerwonego wina gdyż fałszywe napaści są.

Tekstami przytoczonymi udowadniali Frankiści, że talmud domaga się krwi chrześcijańskiej, gdyż słowa jam udym “rabinowie sekret trzymający tłumaczą wino czerwone”, tymczasem w hebrajskim piśmie tymi samemi literami (aleph, dalet, wow, men) pisze się tak słowo udym tj. czerwony, jak i słowo edym tj. według ks. talmudu Rambam fol. 55 – ten, który pierwszy dzień czyli niedzielę święci, a zatem chrześcijanin. Oba słowa różnią się tylko u spodu pierwszej litery (aleph) kropkami czyli akcentami, zwanemi sygiel i kumec, dla których kropek raz czyta się udym to znowu edym. “Trzeba zaś wiedzieć, że talmud księga Aurech Chaim Megine Erec, w której jest rozkaz dla rabinów, aby się starali o czerwone wino na Wielkanoc dwa te słowa podaje bez żadnych kropek, przez co te dwa hebrajskie słowa są obojętne. Wolno je rabinom tłumaczyć przed pospólstwem jam udym tj. wino czerwone a u siebie rozumieć jain edym tj. krew chrześcijańska pod alegorją wina”.

Twierdzi autor wspomnainej księgi talmudu, dowodzili Frankiści, że owo niby “czerwone wino” ma być “pamiątką krwi”. Niech nam powiedzą talmudyści, jakiej krwi pamiątką? Jeśli powiedzą, że to jest pamiątka krwi, która była między dziesięciu plagami najpierwszą, czemu nie robią pamiątki wszystkich plag? Jeżeli zaś odpowiedzą nam przytoczonymi słowami rabina Dawida, autora tej księgi: jeszcze ci mrugam dlaczego czerwonej krwi pamiątka, bo Farao rznął dzieci Izraelitów � niech nam pokażą, gdzie to w Biblii napisano, że Farao rznął dzieci Izraelitów? Niech nam odpowiedzą dlaczego ten autor tak subtelnie pisze jeszcze ci mrugam. Na co to mruganie? Widocznie aby był sekret przy rabinach, a pospólstwo aby rozumiało, że to znaczy czerwone wino. Dlatego to i wymieniony rabin Dawid pisze od reymez tj. jeszcze ci mrugam czyli sekretnie nadmieniam, abyś się sam domyślał czego chcę po tobie takowym oka ruszaniem, że słowo owo rabinowie nie za wino czerwone, ale za krew brać i rozumieć mają i jak Farao (czego lubo nie było) żydowskie, tak oni chrześcijańskie dzieci zabijać powinni. Inaczej jaśniejby i głośno mówiłby o przyczynach tej ceremonii”.

“Dlatego też wyrażono w księdze owej, że teraz są napaści, aby tę rzecz robić sekretnie. Gdyby bowiem nic innego nie znaczyło to słowo tylko wino czerwone – pytać nam onych należy, jakieby były napaści za używanie wina czerwonego? Jeżeli zaś już ten obrządek zarzucony jest dla napaści, na co drukować w talmudzie, żeby się starać o czerwone wino na Wielkanoc, jako pamiątkę krwi?”

Na święta Wielkanocne – dowodzili dalej Frankiści – wymyślona jest ceremonia talmudowa, którą obowiązani są zachować wszyscy. Oto pierwszego wieczora świąt stawia się kieliszek wina, w którym każdy przy stole siedzący umaczawszy mały palec prawej ręki, zrzuca z palca spadające krople na ziemię i wspomina dziesięć plag egipskich: 1. dam tj. krew, 2. cefardaia tj. żaby, 3. kinim tj, mszyce, 4. uroiw tj. muchy, 5. dyiwer tj. powietrze, 6. szechin tj. wrzody, 7. burod tj. grad, 8. arby tj. szarańcza, 9. choyszech tj. ciemności, 10. beychoyros tj. zabicie pierworodnych.

Ceremonia ta opisana jest w księdze Rambam fol. 40, której autor rabin Juda owe dziesięć plag oznacza “przez rodzaj kabały” trzema słowami hebrajskimi: deycach, eydasz, beyachaw, na które to słowa składają się litery początkowe nazw każdej z plag.

“Rabinowie przed prostakami swymi dają do wyrozumienia, że te dziesięć liter nic nie znaczą, tylko dziesięć plag. My zaś – mówili Frankiści – w tych początkowych słowach ich sekret, który oni chowają u siebie i przed pospólstwem tłumią, pokazujem, że ten znak Judy rabina znaczy przez tę kabałę: dam cery chin kiluni ał dyirech szyiusi beyoysoy isz chachumym byiruszulaim tj. krwi potrzebuję wszyscy na ten sposób, jak robili nad tym człowiekiem, mądrzy w Jeruzałem. l dlatego księga Rambam chwali pomie-nionego Judę, że on tymi literami, które znaczą dziesięć plag, dał znak na krew chrześcijańską”.

W księdze Aurech Chaim punkt 460 o pieczeniu macy na pierwszą noc Wielkiejnocy jest napisano: ain luszoin maces micwe waiłoe oifin oiso ał idey akim waiłoe ał idey obeyresz szoyte weykuten, co znaczy nie godzi się miesić macy tej co na micwe i nie godzi się upiec przy cudzym, ani przy głuchym, aniprzy głupim, ani przy małym. W inne zaś dnie napisano w tej księdze wolno przy każdym człowieku miesić. Niech nam powiedzą talmudyści, czemu tej pierwszej macy nie wolno miesić i piec przy cudzym, głuchym, głupim i małym? Wiemy, że odpowiedzą, że dlatego nie godzi się miesić macy tej przy tych wspomnianych ludziach (jak tamże pisze) aby nie skisła, bo według przykazania w całą Paschę jeść kwaśnego nie wolno. Pytamy ich co to za przyczyna, aby od ludzi: cudzego, głuchego, głupiego i małego ciasto kisło? Jeśli odpowiedzą, aby ci ludzie nie zakwasili, alboż nie można od tego ciasta uchronić? A nadto głuchy i głupi tego i nie znają. Dajmy na to, że cudzy i mały może jaką swawolę uczynić, ale czemu nawet i kłóć macy onym nie pozwalają, gdzieby już żadnej swywoli nie mogli uczynić? Nie wchodząc w żadne wykręty pokazujem, że tamże w tej księdze talmudu pisze: daibui szymer layszem mace, co znaczy bo powinien strzedz tego imienia macy tj. tego imienia, że ze krwią jest maca, więc strzedz jej potrzeba”.

“W księdze Aurechaim puncto 455 napisano; aby pierwszego przedwieczora Wielkiejnocy: nie wylewać wody choćby w nią krew wpadła, gdyby zaś w inne dnie Wielkiejnocy padała krew w wodę to wylewać. Niech nam odpowiedzą – pytali się Frankiści – dlaczego tej krwi padającej w inne czasy roku chronią się, aby gdy wpadnie w jakie naczynie z onego nie zażywać, a na przedwieczór Paschy, gdy wpadnie w wodę onej (talmud) wylewać nie każe i pozwala z niej brać do macy, jako nie mającą szkodzić?”

“W Starym Zakonie krew tak bydlęca jak ptactwa mocno była zakazana i używać jej do jedzenia albo do picia nie godziło się żydom. Księga jednak Rambam część druga rozdział 6. mówi: dam haudym ayn chajuwyn ułów tj. każdej krwi nam nie wolno, kiedy jest krew człowiecza to wolno; w księdze zaś Mesechte Ksubes fol. 60 wyrażono: Krew co idą na dwu nogach czysta jest. Niech nam odpowiedzą czyja to krew czysta? Wszak nie ptactwa?”

Przytaczali Frankiści na potwierdzenie swego oskarżenia inne jeszce cytaty z talmudu, przysięgając, że “moc jest takich tam przypadków, które dokąd inąd zmierzają niby, ale oni z nich wyrwawszy słówko jedno albo literę sekretną sekretnie tłumaczą na krew chrześcijańską, której na Paschę zawsze potrzebują, chcąc tą krwią zabicie Mesjasza prawdziwego Boga i człowieka zagładzić. My cośmy się uczyli i cośmy wiedzieli bez fałszu samą prawdę odkryliśmy. Resztę zaś z częstych zabicia dzieci chrześcijańskich niewinnych-wiedzieć i poznać może świat cały. My znowu Boga i sąd jego straszny na świadectwo wzywając, wyznajem prawdę jako wyżej.”

Obszerny wywód tej sprawy na piśmie, opatrzywszy licznymi podpisami, złożyli Frankiści do rąk władzy duchownej z żądaniem, aby sądownie zmuszono żydów do przedłożenia urzędowi konsystorskiemu talmudów, a zwłaszcza ksiąg: a) Aurech Chaim Megine Erec, b) Rambam i innych. Oskarżenie Frankistów olbrzmie zrobiło wrażenie na wszystkich. Wśród obecnych żydów wrzało z oburzenia i gniewu “na odszczepieńców”, którym za trzy dni mieli odpowiadać na ciężkie zarzuty.

Dnia 13 września przy równie wielkim natłoku ciekawych, powstał rabin lwowski, Chaim Kohen Rapaport imieniem swych wyznawców i w dłuższej przemowie nazwał całe oskarżenie Frankistów aktem złości, zemsty i napaści, wszystkie zarzuty bezpodstawnymi i przeciw prawom natury. Powoływał się na świadectwa Pisma św. i opinie o żydach, wypowiedziane przez Hugona Grotiusa i innych. Zapewniał, że talmud nic złego przeciw chrześcijanom nie nakazuje, zakończył zaś krasomówczym zwrotem do łaski i protekcji ks. administratora Mikulskiego, aby “najgłębszą swojego rozsądku powagą raczył wyrozumieć zarzuty kontr-atalmurzystów o krwi chrześcijańskiej przez złe onych wytłumaczenie”.

Po tej przemowie zaczął Rapaport czytać “respons” Frankistom na ich zarzuty, w którym wykazywał, że:

Co do kwestyi “czerwonego wina” to talmud przykazuje żydom wypić na Wielkanoc cztery porcye wina, a że w Piśmie św. czerwone wino uznaje się za “najlepsze”, więc tego godzi się używać, jeżeliby zaś białe było lepsze wolno pić i białe. Czyni się zaś to na pamiątkę krwi owej, którą Farao wytaczał z dzieci izraelskich, bo chociaż nie ma tego wyraźnie w Piśmie śwv ale jest w tradycyi. Czyni się to także na pamiątkę krwi baranka na Wielkanoc w Egipcie zabitego, którą gdy drzwi pomaszczone były, anioł zabijający pierworodnych, mijał domy Izraelitów.

“Terminu mrugam ci nie ma w talmudzie i źle kontratalmudystowie przywiedzione od siebie miejsce tłómaczyli”.

Tak samo złą jest explikacja słów udym na edym, które nie oznacza chrześcijanina, lecz Egipcjanina.

“A że, jak pisze autor tej księgi, ceremonia ta jest teraz zarzucona dla napaści czerwonego wina, prawda, a iż obrządek zarzucony drukują to dla tych, którzy w inszych znajdują się państwach, w których takowym wymysłom wiary nie dają jako to w Niemczech, w państwie cesarskim, włoskim i tureckim.”

Tłumaczenie jakoby trzy słowa deycach, eydasz, beychaw, złożone z początkowych liter nazw dziesięciu plag, miały oznaczać to, co podają Frankiści jest bezpodstawne. Owebowiem trzy słowa ułożył w ten sposób rabin Juda “tylko dla podania lepszej pamięci” dziesięciu plag a nie na oznaczenie krwi chrześcijańskiej.Macy pieczonej na Wielkanoc strzeże się dlatego, aby przez nieostrożność nie skisła, bo Pismo św. zakazuje spożywać wtedy chleb skisły. Księga zaś Aurech Chaim nie zakazuje przy cudzym, głuchym, głupim i małym, lecz przez cudzego, głuchego, głupiego i małego macę ową miesić i piec. źle więc Frankiści tłumaczą owe miejsce talmudu i niesłusznie mówią, że to się dzieje dla krwi chrześcijańskiej.

Co do zarzutu żeby księga Rambam “pozwalała zażywać krew człowieczą” to jest fałsz, gdyż księga wspomiana przeciwnie mówi o tem.

Po powyższej, w streszczeniu podanej odpowiedzi talmudystów, wszczęła się między nimi a Frankistami “żwawa sprzeczka”, co do poruszonych zarzutów, a zwłaszcza o słowo od reymez rj. jeszcze ci mrugam. Talmudyści “upierali się przy tem, że to słowo reymez nie znaczy mrugam ani się powinno tak czytać, ale raczej kry ca. Kontratalmudystwie przeciwnie im dowodzili i publicznie talmud pokazywali do czytania, że nie inaczej w nim stoi tylko od reymez, czego same litery hebrajskie były świadkiem, odmienne od tych, który znaczą kryca. Ale sprzeczka była de lana caprina, ponieważ słowo reymez znaczy mruganie albo sekretny znak okiem, słowo zaś kryca znaczy potajemny znak palcem. Toć czyli ten rabin Dawid w swoim talmudzie dał znak potajemny okiem czyli też palcem dlaczego powinni talmudystowie zażywać czerwonego wina, o to mniejsza. Dosyć, że przez te znaki ukrytą dla rabinów pokazywał tajemnicę”.

Podobnie jak Frankiści, złożyli też i rabini swoja obronę na piśmie urzędowi konsystorskiemu. Na obecnych nie zrobiła ona atoli takiego wrażenia jak samo oskarżenie. Uznawano, że była słabą i nie zawierała “dobrego sensu ani należytej odpowiedzi” zwracano zwłaszcza uwagę, że rabini bronili talmudu bądź cytatami z Pisma św., bądź bezwzględnem przeczeniem.

Osądzając ich z góry “za przekonanych”, z naprężeniem oczekiwano w tej mierze wyroku władzy duchownej.

Powstał w istocie ks. administrator Mikulski i ogłosił zebranym, że co do pierwszych sześciu tez uznaje się talmudystów za przekonanych i pobitych przez Frankistów. Co się zaś tyczy tezy siódmej “o krwi chrześcijańskiej”, za pisemną radą nuncjusza ks. Serra, zostawił ją sobie sąd konsystorski do bliższej jeszcze rozwagi i ostatecznej decyzji i słusznie. Sprawa sama była zbyt drażliwa, roznamiętnienie zbyt wielkie, więc wyrok władzy duchownej uznający słuszność oskarżenia Frankistów, a tem samem prawdziwość wiekowych posądzeń, groził żydom najgorszemi następstwami. Mimo rozczarowania się pod tym względem, oskarżenie Frankistów było wypadkiem dnia, który ogólną na nich zwrócił uwagę.

Uroczyste kazanie ks. Konstantego Awedyka, w obecności obu stron, zakończyło lwowskie dysputy, które szerokiego nabrały rozgłosu.

W cztery dni później (17 września) sam Frank przyjął chrzest w archikatedrze lwowskiej, a po nim w następnych miesiącach uczyniło to tutaj przeszło pięciuset jego zwolenników, którzy przybrali nazwiska polskie, w znacznej części otrzymali szlachectwo i zostali protoplastami wielu dzisiejszych rodzin.

Wśród tego władze duchowne lwowskie nie wydały mimo zapowiedzi żadnego urzędowego wyroku co do sprawy “mordu rytualnego”. Kwestyę tę jednak poruszył wkrótce po dyspucie uczony Bernardyn, lwowskiego zakonu, ks. Gaudenty Pikulski, profesor teologii i mąż “w języku hebrajskim doskonale ćwiczony”, który w całym przez Franka wywołanym ruchu bardzo wybitną odegrał rolę. Jemu też obok ks. Awedyka zawdzięczamy dokładną wiadomość o dysputach lwowskich, a podał ją w osobnem dziele (str. 169-323) na podstawie protokołów “w tych słowach jak było od obydwóch stron na piśmie podane” konsystorzowi lwowskiemu. Dzieło2 to otrzymało aprobatę władz duchownych iu współczesnych nie małe budziło zainteresowanie.

Obok różnorodnych kwestyi religijno-obyczajowych o żydach, poruszonych tu z widoczną erudycją, uczony Bernardyn, nawiązując sprawę do “mordu rytualnego”, kwestyę tę szczegółowemu poddał rozbiorowi.

Podtrzymując w pełni oskarżenie Frankistów, dowody ich nowymi starał się poprzeć argumentami, zaczerpniętymi mianowicie z rękopisu niejakiego Serafinowicza, rabina z Brześcia Litewskiego, który w r. 1710 w Żółkwi przyjął chrzest św.3 i przyznawszy się publicznie, że sam dwukrotnie popełnił na Litwie mord rytualny “opisał wszystkie złości i bluźnierstwa, które żydzi czynią przez cały rok według porządku świąt swoich, z takim dowodem, że i rozdział talmudu i słowa hebrajskie wspomina. Wydane już były te sekreta talmudystów od tegoż samego Serafinowicza do druku, ale ich żydzi wykupiwszy, spalili. Jam tylko – mówi ks. Pikulski – manuskryptu jego dostał od tych, którzy go znali i z nim mówili i opuszczając hebrajskie słowa tylko po polsku wyrażę co w sobie zamykają”.

“Początek męczenia dzieci chrześcijańskich i dostawania krwi ich według świadectwa księgi Zywche Lew rozdz. 3 kar. 25 zaczął się po śmierci Chrystusowej w lat kilkadziesiąt z tej przyczyny”:

“Kiedy po rozkrzewieniu wiary św. chrześcijańskiej poczęli chrześcijanie wzmagać się przeciw żydom i ich potępiać, radzili wspólnie żydzi, jakimby sposobem mogli chrześcijanów ułagodzić i serca ich uczynić miłosierne ku sobie. Udali się tedy do rabina jerozolimskiego, najstarszego ta Irrwdysty imieniem Rawasze. Ten wszystkich sposobów przyrodzonych i przeciwko naturze próbując, jeżeli żarliwość i zawziętość przeciwko żydom mogła być zmiękczona, gdy tego dokazać nie mógł, na koniec udał się do księgi Rambam najsławniejszej między uczonymi żydowskimi. W tej odczytał się, że żadna rzecz szkodliwa nie może być uśmierzoną, tylko przez aplikacyą sympatyczną drugiej rzeczy tego rodzaju, co pomieniony rabin w księdze swojej rozdz. 1. kar. 102 próbując… żydom przełożył, że inaczej płomień zawziętości chrześcijańskiej przeciw nim nie może być zatłumiony tlko krwią wylaną z samychże chrześcijan”.

“Od tego czasu zaczęli chwytać dzieci chrześcijańskie i okrutnie mordować, aby krwią ich mogli chrześcijan uczynić sobie łaskawych i miłosiernych i za prawo to sobie postanowili, jako wyraźnie i obszernie to opisuje talmud w ich księdze Zywche Lew”.

“Księgi tej nie mogli dostać kontratalmudystowie na ostatnią dysputę, ponieważ ją sami rabini i to nie wszyscy mieć mogą” (str. 314).

Ks. Pikulski z księgi owej Zywche Lew przytacza w swem dziele (str. 763-766) słowami Serafinowicza nawet “opisanie bezbożnej ceremonii na rzeź chrześcijańskich dzieci naznaczone”, opisanie tak drastyczne i trudne do prawdy, że ciekawych odsyłamy wprost do źródła.

Równie drastycznym jest następny rozdział (str. 771-774) “na co i dlaczego krwi chrześcijańskiej żydzi potrzebują”, na poparcie czego przytacza z manuskryptu Serafinowicza:

“Talmud w księdze Sanhedron rozd. 6 kar. 48 pisze:

“Gdy żydowskie dziecię przychylne jest chrześcijanom, powinniśmy je zabić, bo znak jest, że się nawróci do wiary chrześcijańskiej. Mówią tedy, kiedy nam talmud pozwala własne zabijać dzieci, żeby nie szły do Bogów cudzych, musi nam pozwalać pogańskie zabijać dzieci, aby przez to przysługa była Bogu”.

“W tejże księdze Sanhedron rozdz. 7 kar. 2, talmud temi słowy rozkazuje: gdy chrześcijanin zabije chrześcijanina albo żyd żyda, to powinien być karany śmiercią, ale gdy żyd zabije chrześcijanina, żeby mu nic nie czyniono. Taką sentencję daje rabin Joanesen, rabini zaś konkludują w tymże wierszu: mówisz, że na gardło nie ma być karany, wieżą siedzieć, płacić etc., ale my konkludujemy, że wolno żydowi zabić chrześcijanina i za to nie ma odnieść kary”.

“Rabini w tejże księdze rozdz. 7 kar, 630 tak piszą: który poganin (jakimi nazywają chrześcijanina) zarżnąłby na ofiarę Bogu dziecię swoje, przez to wielkiby uczynił podarunek. Stąd Zywche Lew bierze argument, że oni tak napisali, aby skryto było, że rznąć dzieci chrześcijańskie wielki podarunek Bogu czyni się”.

“W tymże rozdziale kar. 508 księga owa mówi: gdy chrześcijanin uczy się talmudu albo Pisma św., powinni go zabić. Stąd argument wziął Zywche Lew, że dzieci zwyczajnie uczą chrześcijanie 10 Bożego przykazania, na którem, że to Pismo zawisło, więc ich trzeba zabijać”.

“I druga księga Awoyde Zuro pisze o tem w rozdz. l kar. 3 gdy się chrześcijanin Pisma uczy, powinniśmy go zabić”.

“U żydów samo Pismo św. (a nie talmud) pisze się z kropkami czyli akcentami, których w języku hebrajskim jest dziewięć. Talmudy zaś drukują bez tych kropek, skąd znajduje się w talmudzie wiele obojętnych słów, które inaczej rozumieją rabini, a inaczej ich mogą tłumaczyć pospólstwu, jak im potrzeba dla zachowania sekret u”.

“Zapierają się mocno żydzi przeklętej ceremonii zabijania dzieci chrześcijańskich, sami przyznając, że ta złość przeciwko prawu natury i boskiemu, jako się wymawiali na ostatniej dyspucie publicznej we Lwowie r. 1759, gdy im kontratalmudystowie zadawali, że talmud uczy ażeby krwi chrześcijańskiej co rok potrzebowali na święta Wielkanocne. Ale któżby dał wiarę w tej okoliczności talmudystom, którzy jeżeli w potocznych rzeczach za zwyczaj sobie wzięli kłamać i katolików oszukiwać, dopieroż w zapieraniu się tej złości swojej kryminalnej? Ile że ta złość potrzebowania krwi chrześcijańskiej jest u samych rabinów w wielkim sekrecie. U prostych i nie uczonych żydów jest nie wiadoma; stąd jednak pewna, że tyle razy i świadectwem dowiedziona i dekretem surowo karana”.

Lwowskie dysputy Frankistów i dzieło lwowskiego Bernardyna, wznowiły z całą grozą zarzut wylęgły w średniowiecznej pomroce dziejów, nadały mu znamię wszelkiego prawdopodobieństwa i to tym silniejsze, że właśnie w tym czasie (1760) w sądach grodzkich krasnostawskich toczyła się nowa głośna sprawa o zamordowanie w celach “rytualnych” chłopca Mikołaja Andrzejczuka z Wojsławic, w województwie lubelskim.Po długich dochodzeniach sąd uznał winnymi pięciu żydów, między nimi dwóch rabinów i skazał wszystkich na karę śmierci przez ćwiartowanie, co wykonano.

Przypominając tu owe fakty i nie wszystkie cytaty, którymi starano się dowieść istnienie “mordu rytualnego”, czynimy to tylko w tym celu, aby zwrócić uwagę i prosić o naukowe wyjaśnienie tych, którzy głoszą, że “w całej powodzi judaistycznej literatury nie ma choćby jednego zdania, które w najodleglejszy sposób na możliwość czegoś podobnego wskazywało”.

dr Aleksander Czołowski

“Mord rytualny. Epizod z przeszłości Lwowa”, Lwów 1899.

Niepodległość i choroba naszych czasów

Stulecie odzyskania Niepodległości wita nas w czasie, gdy jesteśmy w Polsce niespokojni. Nie sposób tego faktu ukryć. Można powiedzieć, że rocznicę tę witamy z zaczerwienionymi oczami. Może nie od łez, ale ze zmęczenia.

Z niezmordowanego wypatrywania w oddali czegoś, co będzie nam przypominało nasz ideał. Ideał ojczyzny, idealną Polską. I ideał Polaka. Idealnego człowieka. A tu, jak na złość, tylu wokół nas ludzi pokręconych, powyginanych dziwacznie. Zupełnie nie pasują do tego obrazu. Są – jakby to powiedzieć – nie tacy jakimi być powinni. To nam spędza sen z oczu. Głęboko oburza, rani i gniewa.

Cóż, próbujemy ukryć nasz stan rozczarowania. Ale zaczerwienione oczy pieką i puchną, robią się wąskie jak szparki. Są nienadzwyczajne – a powinny być na tę Rocznicę piękne, jasne, przejrzyste. Szeroko otwarte, by zobaczyć naokoło naszych braci Polaków.

Choroba naszych czasów rozwija się powoli. Najpierw dzielimy ludzi z grubsza, na swoich i obcych. Potem zastanawiamy się, ile w tych „swoich” jest swoich naprawdę. Widzimy, że czasem tylko udają, bo są jakby z innej gliny. Nie mamy wspólnego języka. Denerwują nas ich głupie dowcipy, gruboskórność, przechwałki. Prowincjonalizm, banalne uwagi, opinie o tak nikłym stopniu finezji i oryginalności. Wygląd nawet. Okazuje się niebawem, że wśród „swoich” jest naprawdę dużo podejrzanych typów.

„Jakiś Rosjanin wrócił z Petersburga do Paryża. Rodaczka spytała go: – Jak czuje się czuje nasz pan? – Bardzo dobrze. – A człowiek? – Człowieka nie widziałem.” (Astolphe de Custine, Listy z Rosji).

Chorobę naszych czasów można by nazwać chorobą przywleczoną ze wschodu. To nie odra, można ją jednak nazwać chorobą rosyjską. Ale, trzeba przyznać, znano ją już w Starożytności. Rozwijała się bardzo szybko wśród Izraelitów. Tam po prostu nie można było nie być „podejrzanym”, gdy chciało się coś konkretnego, dobrego zrobić, nie patrząc na interesy najwyższej kasty. Kasta nadzwyczajnych ludzi kogoś takiego natychmiast potępiała i eliminowała.

Była znana w Średniowieczu. Św. Franciszek z Asyżu robił wszystko, by tę chorobę wytępić pośród swoich współbraci. Zobowiązał nawet jednego z nich, z racji swojej postury zwanego „Bokserem”, by regularnie prał tych, którzy zajmują się obmawianiem innych zakonników. Nie zastanawiał się nad tym jak bardzo jest to niehumanitarne i niedelikatne. Nie wahał się używać ostrych słów. „Trzeba zamknąć gębę śmierdzielom”, mówił.

Choroba naszych czasów ma swoje komiczne, lub tragikomiczne epizody. Oto pewien znany naukowiec z Poznania (profesor uniwersytetu) i pisarz, człowiek niewątpliwie inteligentny i dowcipny, pisze list otwarty do Jarosława Kaczyńskiego, zarzucając mu, że w „Wiadomościach” telewizyjnych nie ma już jego ulubionej spikerki. Całkiem na serio i bez zająknięcia się: Jest ciężko obrażony na Prezesa. Przygaduje mu ordynarnie. Jest złośliwy.

Choroba naszych czasów rozwija się najszerszym wachlarzem zachowań – które uchodzą za poważne, patriotyczne i szlachetne – w środowiskach narodowych, gdzie postacią najbardziej złowrogą, czarnym charakterem nr 1, jest od dziesiątków lat Józef Piłsudski.

W ślad za tą istną fobią wobec tego człowieka czynu, który jak mało kto rozumiał, że niepodległości nie otrzymamy w prezencie od wygodnych, coraz bardziej nadętych swoją wielkością, i coraz mniej rycerskich, rządów Europy, o ile jej sobie nie wywalczymy – bez cudzysłowów i przenośni, dosłownie – idą najdziksze inwektywy, najbardziej niesamowite legendy. Bezbożny, wróg Kościoła, tchórz, mitoman, zdrajca…

Choroba naszych czasów jest chorobą umysłu. Umysł zaczyna ignorować fakty. Zaczyna unikać przyglądania się temu co jest. Odrzuca w rezultacie wszystkie niewygodne fakty z historii. Jest niezwykle podatny na propagandowe uproszczenia. Odrzuca niezbity fakt, że w k a ż d y m człowieku – i w nas samych także – jest coś słabego, ułomnego. Jest jakiś cień brzydoty, jest niedoskonałość. I z tego właśnie „punktu zaczepienia”: braku, niedoskonałości czy wady – zaczyna się czynić przedmiot głównych obserwacji. Pilnych, „naukowych” badań! Przenikliwych dociekań. Podnosi się tę piętę Achillesową i ukazuje triumfalnie: „Patrzcie, a nie chcieliście wierzyć!”. I dokładnie tak jak czynili to faryzeusze, czyni się z tego sztandar, a w końcu – przedmiot nienawiści.
Historia z Raju powtarza się każdego dnia. „A może ten wasz Bóg nie jest wcale taki dobry? Może skrywa przed wami jakąś tajemnicę, byście nie mogli być naprawdę wielcy, naprawdę szczęśliwi, naprawdę potężni…”. To wtedy obudzono w człowieku te ciemne, mętne szlaki podejrzliwości, te natarczywe, chorobliwe troski, to zafrasowane ciężkie spojrzenie spod obrzmiałej powieki. „Nie jest tak jak powinno być!”. „On nie jest taki jaki miał być!” Pojawił się niepokój. Pojawiło się zwątpienie. Niepewność. Lęk. A za nimi inne silne emocje. „Nic nie jest takie jakie być powinno!” „Bóg nas oszukuje…” „Szczęście nie jest szczęściem!” „Raj nie jest prawdziwym rajem!”„Odebrano nam nasz ideał!”

Św. Jan Chryzostom mówi: „Człowiekiem nazywamy tego, kto zachowuje w całości obraz człowieka. Co jest obrazem człowieka? Być istotą rozumną”. Być człowiekiem to być rozumnym, to jest działać, kierując się rozumem, a nie popędami zmysłowymi (św. Alfons Maria de Liguori).

Choroba naszych czasów szerzy się dziś z tak zawrotną szybkością, bowiem jesteśmy nieustannie pobudzani emocjami. Emocje blokują działanie rozumu, zaciemniają go. Powodują, że wyższe władze ludzkiej duszy więdną, słabną, usychają. Takie jak wspaniałomyślność, przebaczenie, miłość – ta prawdziwa, nie istniejąca bez przebaczenia – wznoszenie się ponad urazy, a nawet doznane krzywdy, zdolność do ponoszenia ofiar. Nasze emocje są pożywką dla tych, którzy nauczyli się nimi sterować. Przy pomocy obrazów, dźwięków, rytmów. Przy pomocy nieustannego nagłaśniania zła i ludzkiej ułomności. Nie da się ukryć, bodźców coraz mocniejszych, coraz silniej oddziałujących, coraz precyzyjniej skierowanych na odpowiednie ośrodki nerwowe. Wśród tak intensywnie pobudzonych emocji podejrzliwość szerzy się niczym burza, wzbudzenie stanu lęku, zagrożenia, niepewności jest wprost dziecinną igraszką. A wielki potwór o stu twarzach jest za każdym razem czymś innym. Kto dziś pamięta, że przed sześćdziesięciu laty straszono rolników stonką ziemniaczana rozrzucaną przez amerykańskich rolników na polskich polach? Dziś straszy się smugami trucizn z najnowocześniejszych samolotów
Przykład z Marszem Niepodległości, który nie może być Marszem Niepodległości, gdy przyłożą do niego rękę polski prezydent i polski premier, jest najwymowniejszym przykładem tej choroby naszych czasów. Drugi Polak nie jest Polakiem! Przywódca rządu nie jest wiarygodny. Prezydent jest podejrzany. Wszystko tu pachnie zdradą, upadkiem, zaprzedaniem. W szczelinach muru, w szparach podłogi ukrywa się wciąż przebiegły wróg, który wszystko psuje, zatruwa, przeinacza. Ta „prawdziwa polskość” jest w sercu kogoś innego, człowieka bez skazy, bez zarzutu, bez jednego pyłku na garniturze, na mundurze… Kogo?

Jeśli tak się myśli, łatwo wziąć pozory za rzeczywistość. Łatwo ulec złudzeniu, które ma tym bardziej przemożny wpływ na człowieka, że jest zupełnym wymysłem, fantazją, atrapą – ale dobrze zakomponowaną, malowniczą, pobudzająca wyobraźnię. Solidnie obstalowaną przez tych, którzy zawsze, w każdej epoce historycznej uważali się za inżynierów ludzkich dusz. I byli w swoim rzemiośle biegli. Zawsze stawiali na teatr. Zawsze interesował ich cyrk.

„Co obchodzi przywódców Rosji nędza, bladość żołnierzy cesarza?”, pisał w 1839 roku w Listach z Rosji Astolphe de Custine. „Te żywe widma mają najpiękniejsze mundury w Europie: kogo obchodzą zgrzebne kapoty, którymi się owijają w głębi swych kwater te pozłacane zjawy? Niech tylko będą ubodzy i brudni w sekrecie i niech błyszczą, kiedy się pokazują, niczego się od nich nie wymaga i niczego się im nie daje. Udrapowana nędza: oto bogactwo Rosjan. Dla nich pozory są wszystkim, a pozory u nich kłamią bardziej niż u innych. Toteż ktokolwiek ośmiela się unieść rąbek zasłony, traci na zawsze reputację w Petersburgu”.

Kiedy wszyscy wokół są podejrzani, umęczone umysłu spoglądają z podziwem, z nadzieją na fajerwerki, na obramowania, na połyskliwe guziki, na pióra przy kapeluszach. Udręczeni do ostateczności stają się największymi ofiarami własnych fobii.

Choroba naszych czasów może być pokonana bez antybiotyków i zastrzyków propagandy. Jednym ludzkim, chrześcijańskim „…jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. „Jako i my…” Wtedy zamiast krosty na obliczu drugiego człowieka zobaczy się cień smutku. Zmarszczkę utrudzenia. Bruzdę samotności. Zamiast pazerności i kłamstwa dostrzeże się w jego duszy zagubienie, zwątpienie, rozpacz. Wtedy i w sobie samym zobaczy się coś ułomnego, słabego, szpetnego, godnego współczucia… Ale nie popadnie się w zwątpienie.

Wybaczyć innym, to także wybaczyć sobie. Spojrzeć w górę, ku Temu, Kto może te skazy naprawić, te fałdy wygładzić, te rany uleczyć. Wtedy pomożemy sobie i innym być trochę lepszymi. Lepszymi ludźmi, lepszymi Polakami. Po to – tak naprawdę – mamy Niepodległość. Po to mamy wolną Ojczyznę. Byśmy wspólnie dźwigali się ku Niebu.

Autor:Ewa Polak – Pałkiewicz

Kremacja – pożar współczesnej dechrystianizacji – Nelson Fragelli

Popularyzacja kremacji następuje w miarę postępów materializmu. Przy okazji pogrzebów stopniowo ważniejsze od idei Boga stają się inne koncepcje, motywowane ekonomicznie (kremacja jest tańsza), utylitarnie (duże obszary zajęte pod cmentarze mogłyby służyć społeczności w inny sposób), pozorami higieny (by nie zanieczyszczać podglebia) lub sentymentem. Testamenty nakazują wrzucanie prochów do morza, rozsypywanie ich w górach lub na boiskach. (…) Proponuje się również rozsypywanie prochów na cmentarzach, w tak zwanych ogrodach pamięci. Jak widać pod różnymi pretekstami wprowadza się tu idee antychrześcijańskie – czytamy w tekście autorstwa Nelsona Fragelliego opublikowanym w najnowszym numerze magazynu „Krzyżowiec”.

Georges D. był dystyngowanym emerytem, uposażenie miał godziwe. Był dobrym obserwatorem, wnikliwie badającym istotę rzeczy, rozsmakowującym się w niej i umiejącym opowiadać skupiając uwagę słuchaczy. Ci zaś mieli wrażenie, jakby uczestniczyli w opowiadanym zdarzeniu

Przyjaciele rezygnowali ze spektakli teatralnych czy meczów, by niedzielne popołudnia spędzać właśnie z nim. Jako potomek starego francuskiego rodu mieszczańskiego umiał posługiwać się sztuką konwersacji z prostotą i naturalnością. Urodzony i wychowany w Lotaryngii, w pobliżu granicy z Niemcami, już jako młodzieniec, podczas drugiej wojny światowej, rozpoczął karierę inżyniera górnictwa.

Podczas tego globalnego konfliktu przeżył swoje dni próby. Trudności nauczyły go odróżniać odmienne sytuacje i poznawać różne umysłowości. Wiedza ta stanowiła esencję jego konwersacji. Choć był żonaty od ponad 50 lat, również jego żona, Jeanne, nie była wcale zmęczona słuchaniem go. Opowiadał naprawdę interesująco.

Wreszcie Georges umarł, ale pogrzebu nie było. Fakt ten zaskoczył przyjaciół, choć żaden z nich tego nie skomentował. Ciało skremowano. Podczas uroczystości odtworzono z taśmy modlitwy ekumeniczne, którym towarzyszyła muzyka New Age nadająca temu pożegnaniu nastrój tajemniczego niepokoju. Choć zarówno zmarły, jak i jego żona byli katolikami, nie odprawiono żadnego pobożnego obrzędu. Nigdy nie zostało też wyjaśnione, czy kremacja była jego decyzją, czy jej.

Jeanne złożyła prochy męża do urny w kształcie książki i „przechowywała” je w regale, nad telewizorem, w salonie. Nikt nie mógł pomodlić się nad grobem przyjaciela, przynieść kwiatów, powspominać wspólnych rozmów, wspólnych niedziel, jego wykwintnej konwersacji.

Zażyła relacja przyjaźni domagała się tego prostego aktu szacunku. Ale nie było to możliwe. Płomienie, które gwałtownie i natychmiast obróciły w proch jego ciało, zdawały się, że pochłonęły również wspomnienia o nim. O dwadzieścia centymetrów ponad prostackimi komediami czy innymi nieprzyzwoitymi opowieściami emitowanymi przez telewizor spoczywał Georges, wraz z całą swoją życzliwością i pulsującą energią. W takim otoczeniu nie można było odmówić choćby Zdrowaś Maryjo za jego duszę.

Kremacja jako rewolucyjna zmiana zwyczajów

Jak podaje A. Favole w „Corriere della Sera” z 28 lutego 2017 roku, Renato Bialetti, zmarły na początku ubiegłego roku twórca kafeterki Moka, która okazała się wielkim sukcesem, chciał, by go skremowano i złożono jego prochy w jednym z egzemplarzy jego wynalazku. Jego kafeterka stała się jego grobem. Gene Roddenberry, znakomity amerykański producent i scenarzysta telewizyjny chciał, by prochy jego i jego żony rozrzucono w przestrzeni pozaziemskiej. Istnieje nawet przedsiębiorstwo zajmujące się takimi kosmicznymi pogrzebami.

François Michaud Nérard (Une révolution rituelle, Atelier, 2012), wskazuje, że jeśli chodzi o kremację nastąpiła głęboka zmiana zwyczajów Francuzów. W ciągu niespełna 40 lat odwieczne obrzędy żałobne uległy daleko idącym przeobrażeniom. Do 1980 r. jedynie 1 proc. Francuzów opowiadał się za kremacją. Dziś około 50 proc. twierdzi, że chce ją wybrać. W krajach północnej Europy odsetek ten może sięgać 50 proc.

Popularyzacja kremacji następuje w miarę postępów materializmu. Przy okazji pogrzebów stopniowo ważniejsze od idei Boga stają się inne koncepcje, motywowane ekonomicznie (kremacja jest tańsza), utylitarnie (duże obszary zajęte pod cmentarze mogłyby służyć społeczności w inny sposób), pozorami higieny (by nie zanieczyszczać podglebia) lub sentymentem. Testamenty nakazują wrzucanie prochów do morza, rozsypywanie ich w górach lub na boiskach. Jak wspomina w tym samym artykule Favole, proponuje się również rozsypywanie prochów na cmentarzach, w tak zwanych „ogrodach pamięci”. Jak widzimy pod różnymi pretekstami wprowadza się tu idee antychrześcijańskie.

Sakralność pogrzebu vs. zwyczaje pogańskie

Po co odrzucać pogrzeb i sakralny wymiar pochówku na rzecz brutalnego, natychmiastowego zniszczenia ciała? Grzebanie umarłych zawsze stanowiło poważny obowiązek chrześcijan. Kościół przejął tę praktykę już u zarania chrześcijaństwa nie tylko ze względu na własne nauczanie, ale również ze względu na symboliczną wymowę pogrzebu. Z tego właśnie względu ciała zmarłych zawsze były otaczane szacunkiem. W przeszłości Papieże potępiali niegodne traktowanie ciał zmarłych takie jak przechowywanie ich czy przewożenie. Palenie zwłok również było uznawane za czynność niegodną, właściwą poganom.

Również w Lotaryngii, w innej niewielkiej miejscowości i nieodległej od domu Georgesa, mieszkał samotnie Antoine M. Był to bezdzietny wdowiec, miał niewielu krewnych, mieszkali oni daleko i jak zwykł mawiać swojemu proboszczowi, ks. Michelowi R, miał na świecie tylko jednego prawdziwego przyjaciela: piękne drzewo w swoim ogrodzie. Dbał o nie, podlewał je, nawoził. Był to bujny kasztanowiec.

Latem Antoine z przyjemnością spożywał obiad w jego cieniu, a zimą spalał w kominku nieliczne, przycięte wczesną jesienią z chirurgiczną precyzją gałązki. Patrzył w palenisko oczarowany nie dającym się z niczym porównać pięknem płomieni pochodzących z tych odrośli, głęboko wdychał przyjemną woń spalanego drewna. To wszystko dawał mu jego kasztanowiec.

Czując, że sił mu ubywa, Antoine spisał testament. W swej ostatniej woli zażądał, by jego ciało zostało skremowane, a prochy rozsypane wokół umiłowanego drzewa. Miał to być ostatni hołd dla istoty, która za życia dała mu tyle pociechy. Kilka lat później Antoine faktycznie zmarł. Wszystko uczyniono zgodnie z jego testamentem: była kremacja, a prochy rozsypano u stóp drzewa.

Dom – i tym samym drzewo – odziedziczył bratanek Antoine’a. Po objęciu spadku przeprowadził się do domu stryja z Marsylii, gdzie mieszkał w momencie śmierci Antoine’a. Przyzwyczajony do ciepłego, śródziemnomorskiego klimatu zauważył, że w Lotaryngii słońca jest znacznie mniej. I jeszcze tę niewielką ilość ciepła zabierało drzewo starca. Polecił je zatem ściąć. Bezwzględna mechaniczna piła obróciła jedynego przyjaciela Antoine’a w polana. Wszystko, łącznie z ziemią otaczającą piękną roślinę, wywieziono na śmietnisko. Ks. Michel, udając przerażonego, ale z przebiegłym uśmieszkiem, opowiedział o wszystkim mieszkańcom osady.

Szczątki zmarłych oczekują dnia zmartwychwstania

Z punktu widzenia religii powiada św. Paweł: Proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe (Rz 12, 1-2).

Jakże więc to ciało, o którym pisze Apostoł, uświęcone chrztem i przyjmowaniem Najświętszej Eucharystii, ożywiane przez duszę wyniesioną dzięki łasce ku życiu Bożemu, świątynię Ducha Świętego, spopielić niczym niepotrzebne odpadki?

W zwyczaju kremacji nieobecna jest idea spoczynku tego, który duszę oddał Bogu: requiescat in pace („niech odpoczywa w pokoju”). Wszystko dzieje się szybko. Pogrzeb traci swój uroczysty wymiar, obrzędy żałobne odarte są z dostojeństwa. Akt pozoruje całkowite unicestwienie w momencie, gdy płomień obraca w szary popiół rysy oglądane przez najbliższych przez wiele lat z szacunkiem i miłością.

Poprzez obrzęd złożenia ciała do grobu Kościół wyraża w sposób symboliczny wiarę w dogmat o zmartwychwstaniu ciał. Dla Kościoła grób jest dormitorium, w którym śmiertelne szczątki oczekują na zmartwychwstanie niczym ziarna rzucone w glebę, z których po Sądzie Ostatecznym wykiełkuje nieśmiertelność. W poświęconej ziemi, w cieniu krzyża ciało wiernego oczekuje na zmartwychwstanie tak jak Jezus, który zmarły i złożony do grobu powstał z martwych. Ciało to zasługuje na szacunek ze względu na to, czym było i czym będzie przez całą wieczność.

Lekceważąca czynność palenia zwłok w piecu krematoryjnym niszczy ten wizerunek w oczach świadków takiej procedury. Zgodnie z tym, co Kościół mówi śmiertelnikom memento homo, quia pulvis es et in pulverem reverteris, ciało winno powoli, w sposób naturalny, rozłożyć się na proch ziemi, z którego wzięło początek. Ma to być proces naturalny, zgodny z rytmem organicznym, nie zaś sztuczne zniszczenie.

Kościół, współczująca Matka, bierze pod uwagę szacunek, jaki żywią wobec siebie kochające się istoty. Miłość rodzicielska czy miłość dziecka, każde uczucie ludzkie doznaje w momencie śmierci uwznioślenia. Wyobrażanie sobie ukochanych jako powykręcanych przez płomienie jest przykre dla osób żywiących te uczucia. Pociechą jest natomiast dla wszystkich świadomość, że w poświęconej ziemi to ciało stopniowo zniknie zgodnie z ustalonym przez Boga porządkiem naturalnym: in pulverem reverteris – w proch się obrócisz.

Chrześcijański zwyczaj grzebania ciał wiernych

Czynność kremacji ma również wymiar symboliczny. Ma ona przysłonić istnienie dogmatu o zmartwychwstaniu ciał. Nadzieja zmartwychwstania jest z kolei jasno wyrażona w powierzeniu duszy Bogu. Pierwsi zwolennicy kremacji mieli na celu wyeliminowanie religii z czynności związanych ze śmiercią.

We Francji ideę kremacji jako pierwsza wprowadziła Rewolucja 1789 r. Na fali tego antychrześcijańskiego trendu przeprowadzono w sposób zorganizowany kampanię promocji kremacji. W latach następujących po Rewolucji Francuskiej, na początku XIX w., propaganda materialistyczna i ateistyczna jeszcze się wzmogła, z korzyścią dla popularyzacji kremacji. Wreszcie na początku XX w. zaczęto pod różnymi pretekstami budować w Europie piece krematoryjne.

Kościół był zdecydowanie przeciwny kremacji. W 1886 r. Święte Oficjum wydało dokumenty wykazujące fałszywość doktryn zwolenników palenia zwłok. Wskazano, że „kłamliwe podstępy i sofizmaty niepostrzeżenie pomniejszają cześć i szacunek dla chrześcijańskiego zwyczaju chowania ciał zmarłych do ziemi, który to zwyczaj jest stale zachowywany i uświęcony uroczystymi obrzędami Kościoła”.

Wówczas to wiernym, którzy by z własnej woli zadecydowali o kremacji, nie tylko odmówiono kościelnego pogrzebu, ale także odprawiania Mszy publicznych w ich intencji. Zwolenników tych błędów uznano również za niegodnych ostatnich sakramentów. W ten sposób Kościół ze względów dogmatycznych chronił kult i obyczaje wiernych (Dictionnaire Apologétique de la Foi Chrétienne, “Incinération”, Beauchesne éditeurs, Paris 1911).

Związany z Soborem Watykańskim II pęd ku reformom sprawił, że 5 lipca 1963 r. Święte Oficjum promulgowało instrukcję „Piam et Constantem”, która otwierała możliwość kremacji. „Kremacja nie ma wpływu na duszę, nie uniemożliwia Bogu Wszechmogącemu odtworzenia ciała, nie oznacza także sama w sobie obiektywnego zaprzeczenia wspomnianych dogmatów. Kościół nie sprzeciwiał się tej praktyce ani się jej nie sprzeciwia, jeśli wypływa ona ze sprawiedliwej motywacji opartej na rozsądnych przesłankach”. Nie jest łatwo zrozumieć, w jaki sposób instrukcja ta ma nie sprzeciwiać się cytowanym wyżej słowom św. Pawła: „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata”.

Szczególne modlitwy za zmarłych

Kościół ustanowił dzień 2 listopada Dniem Zadusznym (wspomnieniem wszystkich wiernych zmarłych). Tego dnia niemal na całym obszarze chrześcijaństwa cmentarze zapełniają się nawiedzającymi. Na cmentarzach tych groby przodków ozdobione są ich fotografiami, utrwalającymi ich ukochane rysy, wizerunkami świętych i aniołów czuwających nad zmarłym.

Wbrew temu odwiecznemu zwyczajowi brak ceremonii i „przechowywanie” niewielkich urn zawierających spalone szczątki na półkach zabija szacunek wobec zmarłych. Taki widok sprawia, że zaczynamy nabierać błędnego przekonania, iż wszystko się kończy na tym świecie. Przesłania świadomość życia po śmierci. Tłumi również ludzkie i naturalne uczucie uznania wobec zmarłych.

W Dzień Zaduszny krewni i przyjaciele przynoszą na groby swoich ukochanych kwiaty i znicze. Za dusze wiernych zmarłych odprawiane są Msze, odmawia się w ich intencji różańce. Jest to macierzyńskie i potężne wsparcie dla dusz cierpiących, które jęczą w Miejscu Oczyszczenia. Kościół Walczący przy grobach zmarłych prosi Boga, by dusze czyśćcowe mogły rychło wstąpić do Nieba, by zjednoczyć się z Kościołem Triumfującym i oglądać Boga twarzą w twarz

„Uwolnij, Panie, dusze wszystkich wiernych zmarłych od wszelkich więzów grzechowych” – prosimy w liturgii za zmarłych. Odprawiane są również modlitwy na chwałę tych, którzy są już w Niebie i których prosimy o wstawiennictwo w intencji uświęcenia tych, którzy toczą jeszcze ciężki bój na tej Ziemi. Już w XI w. św. Odylon, opat z Cluny, polecił swoim mnichom odprawiać 2 listopada Mszę za zmarłych. W Rzymie najstarsze nawiązania do tego święta pojawiają się w XIV w.

Zaduszki w Krakowie

Głęboko chrześcijański charakter ludu polskiego nadaje wspomnieniu zmarłych ton bolesnej wzniosłości. Ludność licznie nawiedza cmentarze. Listopad to już pełnia europejskiej jesieni. Jeszcze w godzinach popołudniowych nad miastem zapada noc, której towarzyszy drobna mżawka. Poświęconą ziemię okryłaby głęboka ciemność, gdyby nie tysiące zniczy, głównie czerwonych, nabożnie zapalanych zmarłym przez ich krewnych. Ci, skruszeni, przesuwają się niby cienie między nagrobkami i grobowcami z powagą akolitów niosąc rozżarzone latarenki.

Na grobach, nad którymi rodziny odmawiały wspólne modlitwy, te małe pochodnie pobłyskują w mroku niczym konstelacje świec na czuwaniu modlitewnym. Bo są to modlitwy żywych za tych, którzy odeszli już do Wieczności. Kropelki dżdżu opadające na znicze natychmiast odparowują niczym małe obłoczki, wydając się duszami, które opuszczają ten świat.

Czasem ktoś coś do kogoś szepnie. Dzieci pytają o przodków. Ze złożonymi rączkami naśladują modlitwę i uczucia rodziców. Na progu życia niewinność staje w zachwycie wobec misterium zaświatów. W ciszy przysuwają się do rodziców, jakby chciały być bliżej życia.

Tylko Kościół umie z łagodnością pogodzić tak przeciwne odczucia: czas i wieczność, śmierć jako nasienie życia wiecznego. W tej scenerii niczym krople deszczu opadające na płonące znicze, ulatnia się smutek i wzajemne przenikanie pełne nadziei i rezygnacji. Te cienie poruszające się w czasie poszukują tego, co niewidzialne w Wieczności, zaś z tego spotkania wyrasta afirmacja Wiary.

Gdyby Kraków przyjął zwyczaj kremacji, redukując swe cmentarze do pustki „ogrodów pamięci” – bez nagrobków, pomników czy grobowców – wierni nie przeżywaliby już podczas Dnia Zadusznego tych chwil religijnej refleksji. Kremacja poprzez likwidację pogrzebów i cmentarzy zmierza do usunięcia religii z obrzędów pogrzebowych i usunięcia prawdy o cierpieniu przodków, którzy „nas poprzedzili ze znakiem wiary”.

Nelson Fragelli

Catolicismo, nr 799, lipiec 2017 r.

Halloween – największe święto okultystów

Dziś to takie modne, aby przebrać się za ducha, „szkieletora”, diabła czy czarownicę, w szkołach organizować dyskoteki i zabawy nawiązujące do tematyki śmierci, a niekiedy zachęcać dzieci do tego, by chodziły od domu do domu i prosiły o słodycze. Wszystko z pozoru wygląda niewinnie. Wielu ludzi wciąż nie wie, co się za tym tak naprawdę kryje.

By choć trochę poznać genezę powstania Halloween, warto sięgnąć do historii. Już w czasach starożytnych doszło do powstania druidyzmu skupiającego magów i czarownice, którzy czcili kult natury. Chcieli za pomocą prowadzonych przez siebie praktyk odkryć tajemne jej prawa, a praktykami tymi była medytacja i przywoływanie zmarłych. I choć z czasem druidyzm zanikł, byli jednak tacy, którzy go praktykowali. Stąd też w 1717 roku kult ten ponownie się odrodził – w Londynie założono klasztor druidyczny, który funkcjonuje do dziś. Praktyki magiczne nasilają się w Halloween, kiedy to czarownice i magowie spotykają się na rytualnych obrzędach, podczas których w narysowanym magicznym kręgu rozpalają ogień, a wydobywający się z niego dym ma otwierać drogę do demonów posiadających, wedle członków druidyzmu, tajemną moc pomocną w lepszym rozeznawaniu rzeczywistości i tego, co jest poza nią.

Halloween to także czas, w którym w sposób szczególny uaktywniają się sataniści i okultyści. Oddają cześć diabłu poprzez składanie ofiar ze zwierząt i ludzi, najczęściej zaś z dzieci, które wpierw są wykorzystywane seksualnie, deprawowane, by zniszczyć w nich niewinność i czystość, a następnie zabijane. To niejedyna praktyka stosowana przez osoby oddające pokłon szatanowi. W noc Halloween dochodzi do obrzędów inicjacyjnych, wprowadzających wybranych w krąg satanistyczny. Niejednokrotnie takim obrzędem jest składanie tzw. ofiary z białej dziewicy – kobieta, która ma stać się członkiem sekty satanistycznej, kładziona jest na specjalnym, kamiennym ołtarzu i gwałcona przez arcykapłana, nieraz z zamiarem poczęcia dziecka – przyszłej ofiary. Krew zabitych wypijana jest podczas specjalnego rytuału, mającego wyzwolić demoniczną energię.

– Dla satanizmu święto Halloween to wyjątkowy okres – wspomina Glenn Hobbs, były satanista. –Należę do generacji satanistów, co oznacza, że moja rodzina wyznawała ten kult od pokoleń. Moje wspomnienia z dzieciństwa dotyczące Halloween są bardzo mroczne. Pamiętam, że już na początku września zaczynano specjalne rytuały, które wprowadzały w Halloween. Któregoś roku w obrzędach tych, oprócz mnie, uczestniczyła pewna dziewczynka. Miała na imię Becky, była przeznaczona na ofiarę. Ja miałem zostać arcykapłanem. Oboje zostaliśmy rytualnie zaślubieni w imię szatana, a rytuał ten miał charakter seksualny. Dodatkowo, polewano nas wówczas krwią, co miało przypieczętować nasze połączenie.

Hobbs wspomina też, że w trakcie rytuałów zabijano mnóstwo zwierząt, wzywano Lucyfera, oddawano mu cześć. Gdy nadchodziło Halloween, składano w ofierze ludzi. Becky, owa dziewczynka, z którą odbył stosunek seksualny, także została zabita. – Arcykapłan wziął rytualny sztylet, włożył mi go w dłonie i trzymając je wbił ostrze w pierś Becky. Kiedy wspominam tamto Halloween, kulminację obrzędów, podczas których zabito niewinną dziewczynkę, mam świadomość, że coś takiego dzieje się co roku – mówi Hobbs.

Pisząc ten tekst przypomniała mi się pewna sytuacja, która miała miejsce, gdy chodziłam jeszcze do szkoły podstawowej. Wychowawczyni klasy wymyśliła, że każdy z nas ma się przebrać za postacie nawiązujące do Halloween, czyli za czarownice, wampiry, diabły, monstra. Rozdała nam też karteczki, na których były spisane słowa piosenki o czarnym pająku rozstawiającym sieci w celu zbierania pokarmu. Musieliśmy się tej piosenki nauczyć na pamięć, tak aby 31 października być w pełni przygotowani. Mieliśmy w ten dzień chodzić od klasy do klasy i poprzez śpiewanie tej piosenki zachęcać innych uczniów do obdarowywania nas drobnymi słodkościami. Gdy przyszłam do domu i powiedziałam moim rodzicom, jakie są plany na przeddzień uroczystości Wszystkich Świętych, byli bardzo zaskoczeni i oburzeni. Już następnego dnia udali się do szkoły, aby porozmawiać z wychowawczynią na temat zagrożeń, jakie niesie ze sobą z pozoru niewinna zabawa w Halloween. Skutek tej rozmowy był taki, że nie było ani przebieranek za śmiertelne postacie, ani śpiewania piosenki, ani w ogóle obchodzenia tego „święta”.

Świadomość rodziców i ich reakcja jest bardzo ważna – od tego zależy, czy dziecko będzie chronione przed deprawującymi, a także duchowymi i fizycznymi zagrożeniami związanymi z obchodem Halloween. 31 października każdego roku jest dniem, w którym giną niewinne dzieci, podczas gdy inne są zachęcane do tego, by w formie zabawy i atmosferze radości zbierać słodycze. Często dorośli pchają swoje pociechy do takich czynów nie mając pojęcia, co kryje się za ich symboliką.

Tylko dla przykładu można tu podać trzy popularne rekwizyty Halloween:

1) Przebieranie i zabawy – tradycja żądania poczęstunku słodyczami wzięła się z pogańskich wierzeń, według których w zamian za smakołyki duchy zmarłych miały błogosławić obdarowujących. Odmowa zaś oznaczała zemstę demonów.

2) Wydrążona dynia – mało kto wie, że to relikt zwyczaju rzeźbienia portretów demonów odstraszających nieszczęścia. W starożytności zaś był to symbol potępionych dusz. Dodatkowo, podświetlona dynia lub czaszka, umiejscowiona przy drzwiach domu, wskazywała, że jego mieszkańcy czczą szatana lub chcą wkupić się w łaski demonów.

3) Atrybuty czarownicy, czyli miotła i kapelusz – pierwotnie rzeczy te miały podtekst erotyczny i w czasie obrzędów magicznych symbolizowały przemianę energii – czyny seksualne były jej źródłem.

Stąd też w Halloween dochodzi do gwałtów i nierządu.

Demony nie znają się na żartach i zabawie. Sataniści dobrze o tym wiedzą, dlatego chcą uśpić czujność ludzi poprzez stosowanie zasłony dymnej w postaci kreowania Halloween jako radosnego i fajnego święta, dochodowego interesu, przynoszącego wielomilionowe zyski. Nie dajmy się zagłuszyć, reagujmy i informujmy o prawdziwym obliczu tego demonicznego święta.

* Wykorzystano wypowiedzi z filmu „Halloween – święto duchów”

Agnieszka Jarczyk

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2018-10-26)

Zagrożenie Halloween. Raport PCh24.pl

Wierzącemu katolikowi nie trzeba przypominać, że Halloween to nie jedynie psikusy, przebieranki, zabawy i dreszczyk emocji. To mroczne okultystyczne święto, którego celebrowanie realnie zagraża zarówno naszej duszy, jak i ciału. O niebezpieczeństwach z niego wypływających wielokrotnie pisaliśmy na łamach naszego portalu. Zapraszamy do lektury.

Pakt z diabłem na dobrą zabawę. Tak kończy się uleganie modzie Halloween

Mimo przestróg znaleźli się tacy, którzy uznali, że zorganizowanie dla dzieci imprezy z okazji Halloween, to dobry pomysł. By było jeszcze bardziej „swojsko”, organizatorzy „zabawy” podsunęli dzieciom cyrograf. Tak milusińscy za dobrą zabawę oddali diabłu dusze.

Halloween niewinną zabawą? Diabeł nie żartuje! – egzorcyści ostrzegają przed opętaniami dzieci

„Halloween nie jest niewinną, beztroską zabawą, ale grozi otwarciem się na działanie złych duchów. Osoby biorące udział w Halloween nie muszą uczestniczyć w złych rytuałach, składać ofiary ze zwierząt czy profanować cmentarzy bądź Najświętszego Sakramentu. Już samo wejście w przestrzeń demonów, choćby dla zabawy, jest niebezpieczne” – przestrzegają duchowni.

Co z tym halloween?

Zamiast Halloween, bal Wszystkich Świętych! Pielęgnujmy u dzieci katolickie wychowanie!

Rozmowa z egzorcystą. Halloween – przejaw bałwochwalstwa i utraty wiary

Mamy do czynienia ze zderzeniem dwóch cywilizacji: życia i śmierci. Druga z nich przejawia się między innymi tym, że kiedy my, chrześcijanie świętujemy narodziny dla Nieba wszystkich świętych i błogosławionych, cywilizacja śmierci każe spoglądać w groby i przebierać się za wampiry i diabły – mówi ksiądz Maciej Chmielewski, egzorcysta diecezji bydgoskiej.

8 argumentów przeciwko Halooween

Ciągle słyszysz od znajomych, że Halloween to tylko niewinna zabawa? Jak przekonać ich, że jest całkowicie inaczej? Jakich argumentów użyć by uchronić ich przez zagrożeniami?

Była satanistka o Halloween: „to święto czcicieli szatana”

Kilka słów prawdy od osoby znającej problem od środka.

Czy katolik może obchodzić Halloween?

Oczywiście, że nie! Ale dlaczego? Nie wiesz? Sprawdź!

Halloween. Kiedy diabeł się cieszy

Brak wiary i zrozumienia spraw ostatecznych powoduje u wielu ucieczkę w świat fikcji Halloween. Współczesny człowiek, nie mogąc sobie poradzić z własnym przemijaniem, nie mając silnego oparcia w Słowie Bożym, ucieka się do nowych zastępczych form wiary w nieśmiertelność.

Strzeżcie dzieci przed pogańskim Halloween

Jak uchronić namłodszych przed nową modą, sprzedawaną im jak coś bardzo atrakcyjnego?

Kościół i papieże nie mają wątpliwości. Halloween trzeba zakazać – to zło, rośnie liczba opętanych dzieci!

Związek pomiędzy Halloween a opętaniami jest oczywisty. Oto dlaczego należy zakazać tego „święta”!

Halloween. Neopoganizm czy niewinna zabawa?

Znaczna część dzieci i ich rodziców nadal uważa, że uczestnictwo katolika w Halloween jest całkowicie bezpieczne. Czy to prawda?

Halloween. Igranie z diabłem

„A świętujcie sobie, Państwo! Bawcie się duchami, wampirami, bawcie się z diabłem, a owoce wkrótce zaczniecie zbierać. Najpierw w postaci wizyt u psychiatry, czy to we własnej sprawie, czy w sprawie własnych dzieci, a potem skończyć możecie u egzorcystów. Kolejki do nich rosną i nie są to wymysły, ale fakty!” – mówił redaktor „Polonia Christiana” Jerzy Wolak.

Święci pańscy a protestancka nienawiść

Zakaz kultu świętych, a w konsekwencji zaprzestanie modlitwy za zmarłych. Ile wspólnego ma protestantyzm z Halloween?

Największy na świecie dar reformacji

Marcin Luter swoje tezy przybił na drzwiach kościoła w Wittemberdze 31 października, w Halloween. Przypadek?

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2018-10-28)

Halloweenowy obłęd w holenderskich fast foodach: awantury, korki i policja w akcji

Popularna w Holandii sieć fast foodów zmieniła swoje restauracje w przerażające obiekty. Wszystko z powodu Halloween. Wydarzenie stało się jednak horrorem nie tylko z powodu strasznych strojów obsługi. Olbrzymie zainteresowanie imprezą spowodowało logistyczne problemy, zaś te trudności wywołały napięcia między klientami.

Restauracje typu fast food w Doetinchem, Amelo i Deventer przeżyły oblężenie. Nikt nie spodziewał się bowiem tak wielkiej ilości klientów halloweenowej imprezy, podczas której frytki i hamburgery podawali kelnerzy przebrani za zombie lub ociekające krwią wampiry.

Przed okienkami do składania zamówień z samochodów zaczęły tworzyć się gigantyczne korki. W Doetinchem sięgały nawet pobliskiej autostrady. W końcu policja zdecydowała, że dojazd do restauracji jest niemożliwy, a klienci muszą udać się na konsumpcję pieszo.

W korkach dochodziło do sprzeczek, a klientom przybywającym do fast foodów z daleka puszczały nerwy. Ostatecznie policja zakończyła zabawę, gdyż uznała, że nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa.

Źródło: rmf24.pl

MWł

Polecamy również:

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2018-10-29)

Biedronka i Lidl przygotowały specjalną ofertę na Halloween. Supermarkety idą na całość!

Już za dwa dni Halloween. Aby zrobić zakupy związane z tym dniem pozostały dwa dni. Biedronka i Lidl przygotowały się na ten dzień i jak wynika z ich gazetek promocyjnych, zamierzają ubić z tej okazji niezły interes!

W Polsce podejście do Halloween jest dość radykalne z każdej ze stron – od zwolenników, którzy bezrefleksyjnie przyjmują modę na świętowanie pogańskiego dnia po fideistów przekonanych, że po przebraniu dzieciaka demon porwie go wprost do siódmego kręgu piekielnego. W każdym razie popularność tego dnia rośnie.

W dyskontach wcześniej bez trudu można kupić maski, stroje, rekwizyty czy słodycze związane z tym dniem. W kilku ostatnich gazetkach promocyjnych Lidl i Biedronka już reklamowały asortyment na ten dzień.

W Biedronce znajdziemy rekwizyty do przebrania. Za dosłownie kilka złotych można nabyć pazury, gumowe zęby, spinki do włosów w kształcie rogów czy też zestaw do malowania twarzy. W Lidlu za 24,99 można nabyć gotowy strój wampira lub szkieleta. Dla dorosłych w obu sieciach znajdują się maski. W Lidlu znajdziemy również peruki.

W Biedronce znaleźć można również zabawki i akcesoria, np. specjalne wiadro do zbierania słodyczy. Sieć sprzedaje też sztuczne pająki, balony i dzwonek na Halloween, który emituje dźwięk szyderczego śmiechu.

Zarówno w Biedronce jak i w Lidlu znajdziemy specjalne słodycze na Halloween. W Lidlu można kupić praliny w kształcie gałek ocznych czy też małych dyń. Z kolei w Biedronce dostaniemy bombonierkę w kształcie trumny czy też lizaki stylizowane na ducha.

No i oczywiście dynia. Biedronka idzie na całość i daje promocję na nią 50 proc. Za dynię Hokkaido zapłacimy jedynie 1,29 zł za kilogram.

Źródło: fakt.pl

Za: Najwyzszy Czas! (29/10/2018)

Wojna hybrydowa polskich władz z Polską

Wojna z prawdą – wojną o rząd dusz

Trwa wojna hybrydowa w Polsce w sferze wszystkich typów komunikacji: politycznej, społecznej, kulturowo-cywilizacyjnej. Takim właśnie mianem można określić wytoczoną nam wojnę informacyjną. Podobnie jak każda hybryda, łączy ona różne, często nieprzystające do siebie formy informacyjnego oddziaływania na polskie społeczeństwo – uprzedmiotowienie z quasi-upodmiotowieniem. Celem wszystkich jest mentalne ubezwłasnowolnienie Polaków. Analogicznie do militarnych działań hybrydowych, łączących przeciwstawne formy walki: konwencjonalne z terrorystycznymi, spekulacyjnymi czy kryminalnymi – wojna hybrydowa w sferze informacji wykorzystuje wszystkie dostępne metody manipulacji i propagandy, atakując w sposób bezwzględny tożsamość zarówno osobową, jak i narodową Polaków pod pozorem jej podtrzymywania czy nawet obrony. Jej obecny etap jest szczególnie ważny, gdyż idzie w nim o to, co określamy jako rząd dusz. Celem tych, którzy wojnę hybrydową nam wytoczyli, jest takie oddziaływanie w sferze informacji na świadomość polskiego społeczeństwa, aby odczytywało ono panującą rzeczywistość zgodnie z ich antypolską polityką. Instrumentami wojny hybrydowej na etapie informacyjnym jest więc perswazja, manipulacja i propaganda. – wszystkie ukierunkowane na ukrycie konkretnej prawdy. Jest to prawda o rzeczywistej sytuacji Polski, nade wszystko o jej zwasalizowaniu wobec USA i automatycznie wobec Izraela, oraz konsekwencjach tego zwasalizowania w polityce zewnętrznej i wewnętrznej Warszawy, widocznych nade wszystko w naszej przynależności do NATO i UE.. Tę wojnę przeciwko Polsce prowadzą nie Putin i Rosja, ale polskie władze, wspierane przez opozycję – w najmniejszym stopniu przez PSL – i mainstreamowe media, również katolickie.

Inkwizycyjna rola mediów

Językiem polskich władz i polskiego establishmentu politycznego oraz opiniotwórczego, z medialnym na czele, jest język propagandy amerykańskiej, utożsamianej z transatlantycką. Klasyczne kłamstwo, przeinaczenia, półprawdy – określane coraz częściej mianem fake-newsów – selekcja informacji, przemilczenia – to podstawowa broń polskich władz w walce z prawdą o roli Polski jako wasala USA w UE oraz NATO i, oczywiście, w relacjach nie tylko z Izraelem, ale również z Ukrainą i nade wszystko z Rosją. Całkowity brak suwerenności w wymienionych relacjach określany jest w języku ich wojny z nami w kategoriach postprawdy – dowolnej interpretacji faktów bądź ich zaprzeczenia – jako umacnianie naszej suwerenności i zwiększanie bezpieczeństwa w sferze militarnej, energetycznej etc.. Owe kategorie postprawdy – podobnie jak sam typ wojny hybrydowej – to słowa-klucze, jakimi określają ludzie opcji transatlantyckiej wojnę informacyjną Rosji z Zachodem. Klasyczne dla narracji tej opcji stały się wypowiedzi europosłanki PiS Anny Fotygi, która co kilka miesięcy alarmuje Brukselę o Moskwie zagrażającej UE w sferze informacji, czy Antoniego Macierewicza, który równie często ostrzega Polskę i NATO przed propagandą i cyberatakami Rosji.

W języku hybrydowej propagandy nasza rola wasala bywa też określana metaforą ze snów o potędze: Polska – obok Francji i Niemiec – to filar relacji transatlantyckich. Gdy w imieniu wasala wiceminister MSZ Bartosz Cichocki przed wizytą prezydenta RP Andrzeja Dudy w Białym Domu odwołuje się w wywiadzie dla TVP Info do metafory filara transatlantyckiego, mówi prawdę, której przekaz miałby upodmiotowić nasze społeczeństwo. Jest to jednak kwintesencja hybrydowej manipulacji, gdyż nadawca tego przekazu przemilcza jednocześnie kontekst tej prawdy i żałosne jego skutki [i]. Gdyby Polska była owym filarem 30 lat temu, może byłyby powody do jakiejś satysfakcji. Ale teraz, gdy opcja transatlantycka schodzi na dalszy plan w zaistniałym wielobiegunowym porządku globalnym, gdy USA utraciły rolę hegemona, przegrywają gospodarczo z Chinami, militarnie w Afganistanie i na Bliskim Wschodzie, nie są w stanie zbudować koalicji antykoreańskiej ani też antyirańskiej, gdy w Komisji Praw Człowieka ONZ tracą przywódczą rolę, chcąc zamienić obronę owych praw na obronę prawa Izraela do ludobójczych działań wobec Palestyńczyków, gdy na forum ONZ 128 jego członków potępiło w rezolucji amerykańską próbę uznania Jerozolimy za stolicę Izraela (przeciw potępieniu było 9: Izrael, USA, Gwatemala, Honduras, Togo i 4 państewka tropikalne; Polska, oczywiście, wstrzymała się – czyli poparła USA), gdy ponadto Waszyngton musi zmierzyć się z przyspieszjącą dedolaryzacją światowej gospodarki – odgrywać nadal rolę amerykańskiego filara to żaden interes i powód do dumy. Wspierać polityką amerykańsko-transatlantycką, obarczoną odpowiedzialnością za miliony ofiar wywołanych w jej ramach wojen – m.in. na Bliskim Wschodzie i Afryce – czy za ludobójstwo setek tysięcy chrześcijan, dokonane na tych obszarach to powód do wstydu i ekspiacji narodowej. A chcieć upadać razem z USA i dolarem to wola politycznego samobójstwa. I wiedzą o tym doskonale inne dwa „filary” opcji transatlantyckiej – Niemcy, które myślą o niezależnym od kontrolowanego przez USA SWIFT – systemie rozliczeń bankowych i Francja, która mówi o konieczności utworzenia unijnych sił zbrojnych, niezależnych od Pentagonu i NATO. Tego typu informacje i moralna ocena kierunku polskiej polityki są wycinane przez oficjalną propagandę. Dezawuowałyby bowiem utrzymywany na blefie mit opcji amerykańskiej. Każda próba krytycznej oceny tego ukierunkowania polityki Polski jest natychmiast udaremniana. Każdy, kto ma odwagę wskazać jakąś alternatywę, bądź odkłamać propagandowy charakter tej opcji, podlega karze – jak Mateusz Piskorski, więziony już 2 i pół roku za uznanie legalności prorosyjskiego referendum na Krymie czy senator Maciej Grubski, zawieszony w członkostwie PO i odsądzony od czci i wiary w mediach za wypowiedź dla Sputnika o szkodach wyrządzanych polskiej gospodarce poprzez rusofobiczną politykę oraz słowa uznania dla Władimira Putina.

Stratedzy informacyjnej wojny hybrydowej robią wszystko, aby Polacy nic albo jak najmniej wiedzieli o BRICS – który stał się już nowym modelem współdziałania suwerennych państw, zachowujących swoją kulturę i cywilizację – o Szanghajskim Obszarze Współpracy, Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej, jedwabnym szlaku, który ma ominąć Polskę – i wielu innych alternatywnych kierunkach rozwoju. Każda informacja o świecie zagrażająca mitycznej opcji, na której opiera się polska polityka, skazana jest z góry na niezaistnienie.

Balansowanie między tragedią i komedią

Próba podtrzymywania mitu amerykańskiej opcji jest coraz częściej tragikomiczna. Wiąże się bowiem z próbą pogłębienia polskiej rusofobii w oparciu o fałszywą tezę, iż Rosja jest największym zagrożeniem dla każdego wymiaru naszego istnienia. Dlatego trzeba ją zniszczyć pod każdym względem – nie tylko militarnie, ale również politycznie, gospodarczo, cywilizacyjnie. Trzeba udowodnić upadającemu światowemu hegemonowi, że w dziele niszczenia Rosji może na nas liczyć, że Warszawa na skinienie Białego Domu rzuci do walki z Moskwą polskich żołnierzy bądź – w wersji łagodniejszej – będzie jej po wsze czasy szkodzić, nie zważając na własne straty polityczne, gospodarcze, moralne, cywilizacyjne. Uczyni wszystko, aby rusofobia stała się wyznacznikiem polskiego patriotyzmu, quasi-religią polityczną. Wystarczy w tym miejscu wymienić hybrydową propagandę wsparcia dla banderowskiej Ukrainy skonfliktowanej z Moskwą, politykę zmuszania do emigracji ekonomicznej kolejnego pokolenia Polaków, aby na ich miejsce przyjmować do pracy miliony Ukraińców. Trzeba wmówić nie tylko Polakom, ale również całej Unii, że Nord Stream 2 szkodzi wszystkim, choć naprawdę szkodzi jedynie Ukrainie, pozbawiając ją dochodów z tranzytu rosyjskiego gazu i amerykańskim korporacjom, które chciałyby poprzez Polskę rozprowadzać w Europie swój LNG. Sytuacja jest poważna, bo zawiera w sobie czynnik prowokacji, która może skończyć się dla Polski bardzo źle. W języku propagandy hybrydowej nosi natomiast znamiona pedagogiki nieuzasadnionej wyższości nie tylko politycznej, ale również moralnej nad Rosją. Pedagogika ta ma skutkować ukształtowaniem takiej mentalności Polaków, aby nie tylko godzili się na przekształcenie naszego terytorium w obszar III wojny światowej – z Rosją – ale byli gotowi ginąć w niej masowo w imię obrony dolara i amerykańskich interesów. Ta tragiczna pedagogika jest łączona z komicznymi działaniami, nieadekwatnymi do naszych skrajnie ograniczonych możliwości, nie uwzględniającymi faktu, iż nasza suwerenność jest udawana – jest kopią, która nie ma oryginału. Do takich działań należy pohukiwanie na Rosję, pouczanie jej, grożenie nowymi sankcjami. Kabaretowo brzmią np. upomnienia Moskwy przez polskie MSZ z powodu zatrzymań uczestników ostatnich – w większości nielegalnych – demonstracji przeciwko podwyższeniu wieku emerytalnego Rosjan – jak proponuje Władimir Putin: dla kobiet z 55 lat do 60 i dla mężczyzn z 60 do 65. Ingerowanie w tego typu wewnętrzne sprawy Rosji jest kuriozalne, bo chyba nikt nie wyobraża sobie, że Siergiej Ławrow mógłby w tym stylu wtrącać się w naszą wewnętrzną politykę i krytykować nas np. za reformę sądownictwa. Niczego z komizmu nie ma natomiast antyrosyjska hybrydowa propaganda w zakresie cywilizacyjnym i moralnym. W sytuacji, gdy Europa, podobnie jak cały Zachód, nie tylko odeszła od chrześcijańskich wartości, ale podjęła z nimi walkę, gdy cywilizacja łacińska – chrześcijańska – ma już dla niej znaczenie wyłącznie historyczne, każda próba zniszczenia Rosji jest próbę zniszczenia odrodzonego w niej po upadku komunizmu chrześcijaństwa. To by zaś oznaczało, że religijna tożsamość polskich partii – z PiS na czele – uważanych za prochrześcijańskie, jest czystą symulacją. Liderzy tych partii w starciu cywilizacyjnym z Rosją chcą uzyskać sławę Herostratesa i wziąć udział w podpaleniu drugiego po Bliskim Wschodzie, większego, obszaru cywilizacji chrześcijańskiej.

Symulacja i dysymulacja

Znamienną cechą hybrydowej propagandy jest ucieczka od rzeczywistości. Dokonuje się ona na dwa klasyczne sposoby, eksponowane przez Jeana Baudrillarda jako wiodące w tworzeniu sztucznej rzeczywistości, mającej jednak odniesienie do realnie istniejącej. Dlatego nie mówimy tu o fikcji. Pierwszy sposób: poprzez symulację czyli udawanie, że jest coś, czego nie ma. Drugi – poprzez dysymulację, udawanie, że nie ma czegoś, co jest. To, co w rezultacie takiego podwójnego udawania otrzymuje polskie społeczeństwo, to symulakry – twory sztucznej rzeczywistości, które są nam przekazywane jako realnie istniejące.

Bohaterowie wojny hybrydowej

Bohaterowie wojny hybrydowej są wyreżyserowani według biało-czarnego schematu powieści socrealistycznej. Zbieżność ta nie jest przypadkowa, gdyż cel propagandy amerykańskiej w Polsce jest taki sam jak propagandy komunistycznej: rząd dusz. Zgodnie z tym celem, każdy, kto prezentuje poglądy inne od obowiązujących, jest czarnym charakterem – jak. M. Piskorski i M. Grubski. Każdy, kto umacnia narzucaną przez propagandę opcję czy raczej wyznaje ją jako quasi-religię, jest białym charakterem, wzorem do naśladowania. Takimi bohaterami nie muszą być wyłącznie przedstawiciele najwyższych władz. Mogą nimi być ludzie niższego szczebla politycznego, czego przykładem są dwaj eurodeputowani PiS – Ryszard Legutko i Tomasz Poręba. Wszystkim wiadomo, że to oni przyjęli wytyczne Izraela w sprawie anulowania w ustawie o IPN karalności za wypowiedzi o polskich obozach koncentracyjnych czy udziale Polski w holokauście. Wszyscy to wiedzą, a opozycja domagała się nawet – głównie w mediach – wyjaśnień. I nastała cisza. Nikt nie reaguje, zawieszone zostały wszelkie oceny moralne i patriotyczne. Przeciwnie, podsumowaniem tych działań przeciwko interesom Polski jest w propagandzie hybrydowej konkluzja, że dzięki nim uniknęliśmy wielkiego zła: pogorszenia czy nawet zerwania stosunków z Izraelem. Gdyby ci dwaj panowie przyjęli jakieś wytyczne od obcego państwa innej opcji politycznej – nie mówiąc już o Rosji – skończyliby w więzieniu.. A jeden z nich – Ryszard Legutko – zostałby wcześniej jako profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego poddany krytyce środowiska naukowego, które by się od niego odcięło i wymusiło na władzach tej szacownej uczelni rozwiązanie umowy o pracę. Bohaterowie hybrydowej wojny nie mają zamiaru wstydzić się ani też zejść ze sceny politycznej. Pan Poręba został szefem kampanii wyborczej PiS, zaś Pan Legutko toczy w Brukseli spektakularną, choć nieskuteczną wojnę z imigrantami. Takie są zadania bohaterów, działających hybrydowo – na różnych frontach. Aby osiągnąć sukces na jednym (przyjąć obce wytyczne), trzeba się legitymizować działaniami na drugim. Legitymizacja jest, oczywiście, hybrydowa.

Czy Polacy tę wojnę przegrają?

W przeciwieństwie do czasów PRL i komunistycznej propagandy, której Polacy nie ulegli i dali temu kilkakrotnie wyraz w latach: 1956, 1970, 1976, 1980 – po 1989 roku ulegli masowo iluzji amerykańskiej demokracji i liberalnej wolności – od wszystkiego i od wszystkich. Wielu przeżywa przebudzenie, co potwierdzają różne niezależne portale i próby budowania całkowicie nowej siły politycznej. Organizują się – również w ramach obecnych wyborów samorządowych – małe środowiska, świadome wielkiego wysiłku, jaki podejmują dla wypracowania alternatywnego programu dla Polski. Oby tylko nie zwiodły ich rzucane od 1989 roku w środowiskach prawicowo-konserwatywnych hasła głosowania na mniejsze zło. Taki krok oznaczałby wybór alternatywy hybrydowej – a więc żadnej.

Anna Raźny
Źródło: KONSERWATYZM.PL , 15 września 2018.

Sanocki: Ojców założycieli za kratki?

Stany Zjednoczone wydadzą Polsce Dariusza Tytusa Przywieczerskiego b. prezesa Universalu, skazanego w procesie „FOZZ” na 3,5 roku za przywłaszczenie jakichś głupich 1,5 mln dolarów./już wydały.adm./

Przy tej okazji nasze media podają jakoby Polska straciła w „aferze FOZZ” ponad 300 mln zł. To wszystko bajka. Wg autorów książki „Via bank i FOZZ” – Jerzego Przystawy i Mirosława Dakowskiego – Polska w ramach przekrętu, którego częścią był FOZZ, straciła co najmniej 300 miliardów zł czyli mniej więcej roczny budżet państwa.

Obaj autorzy opisali mechanizm przekrętu po tym jak skontaktował się z nimi Michał Falzmann – inspektor NIK, który aferę wykrył. Potem Falzmann zmarł w niejasnych okolicznościach na zawał serca, ale przed śmiercią przekazał to co odkrył dwom profesorom fizyki, którzy musieli zagłębić się w tajemnice prawa bankowego i dojść do wniosku, że wśród oskarżonych powinien znaleźć się cudotwórca ekonomiczny – Leszek Balcerowicz.

Balcerowicz jako minister finansów w pierwszym niekomunistycznym rządzie po 1989 roku, wprowadzał plan, który miał uzdrowić gospodarkę („Plan Balcerowicza”). W tym celu nasz cudotwórca pojechał do Londynu, gdzie z Międzynarodowym Funduszem Walutowym w końcu 1989 roku umówił się, że kurs dolara w Polsce przez rok pozostanie stały jako „antyinflacyjna kotwica”. Było to wówczas ok. 10 tys. starych złotych za 1 dolara. Na dzisiejsze złotówki wychodziłoby 1 zł za dolca.

Jednocześnie, żeby zdławić inflację nasz cudotwórca Balcerowicz ustalił że odsetki od lokat złotówkowych, (a wiec i kredytów) będą wynosiły kilkadziesiąt procent miesięcznie. Tak, tak miesięcznie. Każdy kto pamięta rok 1990 – pierwszy rok „Planu Balcerowicza” – przypomni sobie, że w samym styczniu odsetki od lokat wynosiły 60% za miesiąc.

Po styczniu odsetki i oprocentowanie lokat malało – w lutym wynosiło jeszcze 40% za miesiąc, potem spadło do kilku procent miesięcznie. W skali roku oprocentowanie lokat przekraczało 100%. Czyli jak wpłaciłeś 10 mld na lokatę, za rok odbierałeś 20 mld.

Co więc robił każdy mądry człowiek, który wiedział co w Londynie podpisał nasz Leszek B. i który miał np. bogatą ciotkę od której mógł pożyczyć milion dolarów? Ano pożyczał, szedł do kantoru wymieniał dolary na złotówki – brał te 10 mld złotych przechodził przez ulicę do państwowego banku – powiedzmy PKO BP – tam wpłacał na lokatę roczną i pod koniec wspaniałego roku 1990 – odbierał z banku 20 mld. Następnie wracał do kantoru i kupował za 20 mld zł 2 miliony dolarów. Jeden milion oddawał ciotce, a drugi – wiózł do jakiegoś bezpieczniejszego kraju – powiedzmy do Luksemburga, po drodze chwaląc ekonomistę Balcerowicza, bez którego cały ten „interes” oczywiście nie byłby możliwy.

A co ma do tego FOZZ? Ano FOZZ był właśnie tą „ciotką” co to pożyczała swoim kolesiom pierwszy milion dolarów na początek całego geszeftu.

Ale mądrzy ludzie nie zadowalali się jednorazową lokatą. Kiedy tylko lokatę zaksięgował polski bank, mądrzy ludzie brali od banku gwarancję pod zastaw lokaty, jechali do jakiegoś Luksemburga, tam brali kredyt dolarowy oprocentowany 10% rocznie, wracali do kraju, zamieniali dolce w kantorze, szli do banku, zakładali lokatę, brali znów gwarancję i tak dalej i tak dalej. Ten mechanizm nazwany potem „oscylatorem” zastosowało m.in. dwóch młodych muzyków – Bagsik i Gąsiorowski, którzy po ośmiu miesiącach „oscylowania” między bankiem PKO BP, a bankami w Luksemburgu wywieźli z naszego umęczonego kraju, kwotę grubo ponad 400 mln dolarów. A ilu takich Bagsików było wtedy w Polsce?

Ten przekręt tysiąclecia kojarzy się z FOZZ, bo FOZZ był tą „ciotką od dolarów” złapaną za rękę. O innych „ciotkach”, innych Przywieczerskich milczą elity III RP.

Afera była możliwa bo Balcerowicz usztywniając kurs dolara, przy gigantycznych stopach od lokat złotówkowych, naruszył podstawowe prawo bankowe – parytetu stóp procentowych, które mówi, że cena pieniądza na rynkach światowych musi być taka sama.

I nasz geniusz o tej zasadzie nie wiedział? Bo i po co miał wiedzieć?

Janusz Sanocki – 11 września 2018 Redakcja Konserwatyzm.pl
Komentarz: Pan Tytus jest już w Polsce i włos mu z głowy nie spadnie,i jeszcze zgarnie swoją dolę od swoich kamratów za dobre sprawowanie.
A Panu Santorskiemu dziękuję, że w prostych żołnierskich słowach objaśnił nam to wszystko,co tak mgliście opisywali znawcy przedmiotu.

50 lat temu Ryszard Siwiec dokonał samospalenia

8 września 1968 r. podczas uroczystości centralnych dożynek na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie dokonał samospalenia Ryszard Siwiec, weteran AK, filozof. Był to protest przeciwko udziałowi Ludowego Wojska Polskiego w inwazji na Czechosłowację.

„Wciąż mówią, że na dożynkach w obecności Wiesia [Władysława Gomułki – przyp. red.] i Józia [Józefa Cyrankiewicza] ktoś się oblał benzyną i podpalił. Nie wiadomo tylko, po jakiej linii to się stało” – zapisał w swoim dzienniku Stefan Kisielewski.

Zwykle dobrze poinformowany pisarz, publicysta i poseł katolickiego „Znaku” sześć dni po dramacie na Stadionie Dziesięciolecia nie miał niemal żadnej wiedzy o tym, kim był Ryszard Siwiec i jakie były motywy jego postępowania. Przykład ten obrazuje ogromną skuteczność działania bezpieki i władz komunistycznych PRL, które sprawiły, że jego czyn pozostał prawie nieznany. Dzisiaj Siwiec ma ulicę swojego imienia i pomniki. Władze Polski, Czech i Słowacji nadały mu najwyższe odznaczenia.

Ryszard Siwiec urodził się 7 marca 1909 r. w Dębicy. Po śmierci ojca przeprowadził się wraz z matką do Lwowa. Uczęszczał do szkoły podstawowej w Dębicy i do Państwowego Gimnazjum im. Jana Długosza we Lwowie. Następnie studiował na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, gdzie otrzymał tytuł magistra filozofii. Podczas studiów grał w hokejowych drużynach Czarnych i Pogoni Lwów. Po ukończeniu studiów w roku 1936 przeprowadził się do Przemyśla, gdzie podjął pracę w urzędzie skarbowym. Po klęsce we wrześniu 1939 r. zrezygnował z pracy i do końca okupacji niemieckiej pracował jako robotnik jednego z miejskich przedsiębiorstw. Podczas II wojny był żołnierzem Armii Krajowej.

Po wojnie odrzucił propozycję objęcia posady nauczyciela historii, nie chcąc uczyć zafałszowanej wersji dziejów. „Nie będę uczył głupstw” – stwierdził Ryszard Siwiec. Zatrudnił się jako księgowy w spółdzielczej wytwórni win. Zajmował się także ogrodnictwem i hodowlą kur, co pomagało mu utrzymać żonę i pięcioro dzieci. Kolekcjonował fajki. Dwie z nich należały do dowódców kieleckiej 7. Dywizji Piechoty Armii Krajowej oraz miejscowego inspektoratu AK.

Ryszard Siwiec nie potrafił zaakceptować ustroju komunistycznego wprowadzonego w Polsce po wojnie, zakłamującego historię i blokującego wolność słowa. Starał się ukazać rodakom prawdę o PRL w ulotkach podpisywanych jako „Jan Polak”. W mieszkaniu Siwców honorowe miejsce zajmował udekorowany portret Marszałka Józefa Piłsudskiego. Ścianę domu zdobiła również szabla z dewizą „Honor i Ojczyzna”. W biblioteczce najważniejsze miejsce zajmowały dzieła Henryka Sienkiewicza i Adama Mickiewicza.

O antykomunistycznych poglądach Siwca świadczą także wspomnienia dalszych członków rodziny. W rozmowach z nimi surowo oceniał ideologię komunistyczną i system PRL. „Naród żyjący w nędzy, który nie ma nadziei na lepsze i godniejsze życie, zajmuje się wyłącznie walką o biologiczne przetrwanie. W takim systemie nie wolno dopuścić do sytuacji, która stwarzałaby nadzieję na jakąkolwiek zmianę. Ktoś musi dbać o to, aby nadzieja umarła in statu nascendi [w chwili narodzin – przyp. red.]” – mówił.

Rodzina Ryszarda Siwca wspominała, że szczególnym niepokojem i niechęcią wobec systemu komunistycznego napełniały go dramatyczne wydarzenia roku 1968. Niemal przez cały czas słuchał Radia Wolna Europa, które stale informowało o studenckich protestach marca 1968 r. oraz reformach Alexandra Dubčeka w Czechosłowacji. Na maszynie do pisania pisał jeszcze więcej ulotek niż wcześniej.

Interwencja wojsk Układu Warszawskiego, których część stanowiły oddziały LWP, w Czechosłowacji w nocy z 20 na 21 sierpnia 1968 r. skłoniła go do aktu, który miał być znacznie bardziej radykalny niż podejmowane w całej Polsce próby protestu wobec stłumienia Praskiej Wiosny. Większość z nich była anonimowa i ograniczała się do rozrzucania wykonywanych chałupniczo ulotek, pisania na murach lub naklejania antykomunistycznych plakatów.

Kilka dni przed 8 września Ryszard Siwiec w rozmowie z jednym z krewnych uprzedził, że planuje protest. Nie zdradził jednak jego charakteru. Bez wątpienia czyn Siwca nie wynikał z chwilowego impulsu. Znaleziona przez jego rodzinę kartka zawierała dokładny plan przygotowań, zawierający m.in. spis rzeczy, które miał zabrać na stadion.

Przed wyjazdem do stolicy Ryszard Siwiec napisał testament i nagrał na taśmę magnetofonową antykomunistyczny manifest: „Poprzez atak na Czechosłowację pokazaliście, że jedynym argumentem w dyskusji ze słabszym są dla was czołgi”. Swoją odezwę zakończył wezwaniem: „Ludzie, w których może jeszcze tkwi iskierka ludzkości, uczuć ludzkich, opamiętajcie się! Usłyszcie mój krzyk, krzyk szarego, zwyczajnego człowieka, syna narodu, który własną i cudzą wolność ukochał ponad wszystko, ponad własne życie, opamiętajcie się! Jeszcze nie jest za późno!”.

Nad ranem 8 września wsiadł do pociągu relacji Przemyśl – Warszawa. W teczce miał m.in. bilet na sektor 37. Stadionu Dziesięciolecia. W pociągu napisał pożegnalny list do żony i dzieci: „Kochana Marysiu, nie płacz. Szkoda sił, a będą ci potrzebne. Jestem pewny, że to dla tej chwili żyłem 60 lat. Wybacz, nie można było inaczej. Po to, żeby nie zginęła prawda, człowieczeństwo, wolność, ginę, a to mniejsze zło niż śmierć milionów. Nie przyjeżdżaj do Warszawy. Mnie już nikt nic nie pomoże. Dojeżdżamy do Warszawy, piszę w pociągu, dlatego krzywo. Jest mi tak dobrze, czuję spokój wewnętrzny jak nigdy w życiu”. Wysłał go po przyjeździe do stolicy. Niestety ostatnia korespondencja Siwca dostała się na poczcie w ręce SB, a żona otrzymała list dopiero po dwudziestu latach.

Centralne Dożynki na Stadionie Dziesięciolecia Manifestu Lipcowego rozpoczęły się dokładnie w południe, w obecności przywódców partii, dyplomatów „bratnich krajów demokracji ludowej” i 100-tysięcznej publiczności z całej Polski. Propagandowa impreza rozpoczęła się krótkim wystąpieniem Władysława Gomułki. Historycy do dziś nie wiedzą, dlaczego Ryszard Siwiec nie podpalił się właśnie w tamtym momencie: gdy jego protest byłby odczytany jako sprzeciw wobec władz. Prawdopodobnie jakiś czas zajęło mu przejście do sektora, w którym byłby najlepiej widoczny z trybuny honorowej. Wybrał dolną część sektora 13., naprzeciw zasiadających po drugiej stronie notabli.

O godz. 12.15 na murawę wkroczyła młodzież tańcząca poloneza. W tym samym momencie Ryszard Siwiec rozrzucił przygotowane ulotki, a następnie oblał się benzyną i podpalił zapałką. Płonąc, krzyczał: „Za naszą i waszą wolność, honor i Ojczyzna” oraz: „Nie ratujcie mnie! Zobaczcie, co mam w teczce”. Według raportu esbecji skórzana teczka zawierała „29 ulotek sporządzonych na maszynie do pisania, rozpoczynających się od słów: protestuję przeciwko niesprowokowanej agresji na bratnią Czechosłowację”.

Kilka chwil później wokół Ryszarda Siwca pojawili się milicjanci. Jeden z nich zeznawał: „Widziałem, że ten człowiek zmieniał się jak kameleon. Płonął cały, kolory od fioletu po zieleń, wymachiwał rękoma”. W raporcie Milicji Obywatelskiej czytamy, że stan Ryszarda Siwca po przewiezieniu do nieodległego Szpitala Praskiego został określony jako ciężki.

Ryszard Siwiec zmarł 12 września 1968 r. w wyniku oparzeń zajmujących ponad 85 proc. powierzchni ciała. Lekarze byli zaskoczeni, że przeżył tak długo mimo tak ogromnych obrażeń. Do końca był przytomny. Spoczął na cmentarzu w Przemyślu.

Dramatyczny protest przeszedł w kraju bez echa – państwowe media nie zamieściły na ten temat jakiejkolwiek wzmianki. Po Warszawie krążyła opowieść o pijanym, na którym przypadkowo zajęło się ubranie. Jedna z uczestniczek dożynek wspominała: „On dłuższy czas coś wołał, ale grała muzyka i myśmy nic nie słyszeli. Był jak gdyby w szoku, co mogło sprawiać wrażenie, że jest pijany. Młodzież przestała tańczyć w tej części stadionu, gdzie my byliśmy. W końcu zapędzili go do karetki. Karetka odjechała, z tunelu wypuścili nową młodzież, która w radosnym tańcu, nie pamiętam, chyba to był mazur. […] Wszystko wróciło do normy”.

Zmowę milczenia reżimowych mediów wspierały działania bezpieki. W Przemyślu rozpuszczano plotki o alkoholizmie i chorobie psychicznej Siwca. W Warszawie oficer SB pisał w raporcie: „Wczoraj i dzisiaj podjąłem kroki zmierzające do zagwarantowania, że z oddziału i ze szpitala nie wydostaną się żadne informacje o R. Siwcu. Personel oddziału został poinformowany, jak ma się zachowywać w przypadku, gdyby Siwca chcieli odwiedzić jacyś dziennikarze, korespondenci itp.”.

Pierwszą wiadomość o jego samospaleniu można było usłyszeć na antenie sekcji polskiej Radia Wolna Europa dopiero w kwietniu 1969 r. Z nieporównywalnie większym odzewem spotkały się samospalenia Czechów i Słowaków. W styczniu 1969 r. na podobny protest zdecydował się m.in. student Jan Palach, który podpalił się przed Muzeum Narodowym na placu Wacława w Pradze. Jego pogrzeb zamienił się w wielotysięczną demonstrację przeciwko okupacji Czechosłowacji przez wojska Układu Warszawskiego. W kolejnych miesiącach w Czechosłowacji 26 osób dokonało aktów samospalenia, siedem z nich zmarło.

Za: Nasz Dziennik 8 września 2018
Mój komentarz – za komentarz niech posłuży informacja, która znakomicie ilustruje postępowanie obecnych służb Rzeczpospolitej,o wykreowaniu pani o nazwisku Natalia Siwiec /jeśli to jest jej prawdziwe nazwisko/,modelka, wystrugana z banana,także na stadionie,tym razem z okazji Euro-2012,jako jej „Miss”.Obecna celebrytka, brylująca aż do znudzenia na salonach.
Tragiczne i głupie to zarazem szyderstwo naszych /?/ wadz,jako
przykład jednego z wielu przypadków duraczenia Narodu tubylczego.
I taką Siwiec mamy dzisiaj pamiętać, a nie śp.Ryszarda-który niech będzie wzorem prawości i spoczywa w pokoju wiecznym.

Kościół, czy „duch Soboru”?

Jeszcze za głębokiej komuny, bo gdzieś na przełomie lat 60 i 70-tych, felietonista warszawskiej „Kultury” (bo była jeszcze „Kultura” paryska) o pseudonimie „Hamilton” („w warszawskiej urzędówce „Kulturze” komunistyczny parobek Hamilton…”), napisał, że w jakiejś sprawie – już dzisiaj nie pamiętam, w jakiej – identyczną opinię mają ci, co wyznają jeden światopogląd, jak i ci, co wyznają drugi światopogląd – jako że „w Polsce są dwa światopoglądy, bo są dwie kasy”. Może to stwierdzenie było uproszczone, ale jeśli nawet, to tylko trochę. Weźmy takiego, znanego ze słynnej „postawy służebnej”, Tadeusza Mazowieckiego. Był on, jako zawodowy katolik, wyznawcą „drugiego światopoglądu”. Ale jak to właściwie było, że w totalitarnym państwie, za jakie uchodziła PRL, funkcjonowały dwa światopoglądy? Na jakiej zasadzie wyznawcy „pierwszego światopoglądu” tolerowali wyznawców „światopoglądu drugiego”?

Kasa, misiu, kasa…

Nie zawsze tolerowali, bo na przykład za życia Józefa Stalina nie tolerowali. To znaczy – tolerowali, ale jedynie takich wyznawców „drugiego światopoglądu”, którzy zadeklarowali wierność „światopoglądowi pierwszemu” Przykładem takiego koncesjonowanego wyznawcy „drugiego światopoglądu” był Bolesław Piasecki. Odcięty od stryczka przez generała NKWD Iwana Sierowa, zadeklarował potrójne zaangażowanie: katolickie, patriotyczne i socjalistyczne. Pogodzenie tych trzech zaangażowań było dosyć trudne, bo kiedy Bolesław Piasecki napisał na ten temat książkę „Zagadnienia istotne”, to Watykan natychmiast wciągnął ją na indeks. Wtedy bowiem jeszcze Stolica Apostolska uważała, że ateistyczny komunizm nie da się pogodzić z rzymskim katolicyzmem. Były też wątpliwości, czy z socjalizmem da się pogodzić patriotyzm, jako że socjalizm wymagał od swoich wyznawców obrzezania się na „internacjonalizm” – ale czego to nie pogodzi człowiek w momencie, gdy odcinają go od stryczka? Było to tym łatwiejsze, że Bolesława Piaseckiego nie tylko odcięto od stryczka, ale nawet dano mu żyć – co przybrało postać koncesji na bodaj jedyną od Łaby po Władywostok prywatną firmę „Inco Veritas”, która produkowała chemię gospodarczą i dewocjonalia. Budziło to mieszane uczucia między innymi wśród Żydów, którzy Stalinowi oddali się duszą i ciałem („a my wszyscy za towarzyszem Stalinem!”), co przybrało nawet postać wiersza „Na pewnego PPR-nika”: „O ich wczoraj zapomniawszy z „Dziś i Jutro” dziś flirtuje…” W zamian za te alimenty partia oczekiwała zaangażowania socjalistycznego, które przybrało postać ruchu „księży patriotów”, który miał stanowić zalążek „Żywej Cerkwi” i dostarczać jej kadr, które – jak to przenikliwie zauważył Józef Stalin – „decydują o wszystkim”. Toteż i słynący z „postawy służebnej” Tadeusz Mazowiecki służył w PAX-ie, a chociaż niekiedy miewał wątpliwości, to jednak, kiedy było trzeba, nieubłaganym palcem wytykał i piętnował – między innymi biskupa Kaczmarka, któremu bezpieka po torturach urządziła przed niezawisłym sądem proces.

Ale kiedy Stalin umarł, a partia, pragnąc się uwiarygodnić, zaczęła „normalizować” stosunki z Kościołem – oczywiście po swojemu – ale prymasa Wyszyńskiego wypuściła z Komańczy – myszy zaczęły harcować i wśród zawodowych katolików dokonały się „rozłamy”. PAX, jako umocowany przez Moskwę, oczywiście pozostał, ale wypączkowały z niego pączki w postaci „Znaku” i „Więzi”. Było to możliwe również dlatego, że partia zadbała o alimenty i dla rozłamowców, dzięki czemu powstała firma „Libella”, która też zajmowała się chemią gospodarczą, m.in. wyprodukowała płyn do mycia naczyń „Ludwik”. Z tego „Ludwika” żyły całe święte rodziny. Potem nastąpiły rozłamy również w pączkach, co doprowadziło także do podziału alimentów z „Ludwika” między poszczególne grupy ideowe. W związku z tym Stefan Kisielewski szyderczo nazywał nową inicjatywę polityczną świeckich katolików „Chrześcijańską Unią Jedności” (ChUJ).

Grzech pierworodny

Kiedy umarł Pius XII, na Stolicę Apostolską wybrany został kardynał Roncalli, który przybrał imię Jana XXIII. O ile Pius XII oskarżany był o umiłowanie wojny, do czego ostatnio doszła straszliwa zbrodnia, jakoby „milczał” w obliczu holokaustu – bo wiadomo, że w obliczu holokaustu każdy powinien wrzeszczeć wniebogłosy, jak podczas dysputy synagogi aleksandryjczyków i libertynów ze świętym Szczepanem – to Jan XXIII zasłynął z umiłowania do pokoju. I to nawet nie dlatego, że napisał encyklikę „Pacem in terris”, w której przenikliwie dowodził, że kiedy jest pokój, to dobrze, a kiedy nie ma, to źle – ale przede wszystkim dlatego, że swoją miłość do pokoju zlał również na komunistów. Komunistom bardzo się to podobało, toteż nie znajdowali dla Jana XXIII dostatecznych słów uznania. Jan XXIII najwyraźniej musiał dopuścić sobie to do głowy i zapragnął, by w Soborze, który akurat umyślił sobie zwołać, wzięli również przedstawiciele sowieckiej Cerkwi Prawosławnej. Wtedy nie było tam chyba żadnego normalnego duchownego, tylko jeden w drugiego – oficerowie KGB, rzuceni na religijny odcinek frontu. Jan XXIII nie mógł o tym nie wiedzieć, mimo to jednak przyjął postawiony przez KGB-iaków warunek, że Sobór nie potępi komunizmu. Toteż w roku 1962 reprezentujący Jana XXIII kardynał Eugeniusz Tisserant i metropolita Nikodem, czyli Borys Gieorgiewicz Rotow, agent KGB o pseudonimie operacyjnym „Adamant”, uchodzący za reprezentatywnego gołąbka pokoju, zawarli w Metz (Francja) tajne porozumienie. Rzym zobowiązał się, że Sobór nie potępi komunizmu, w zamian za co przedstawiciele rosyjskiej Cerkwi wzięli w nim udział, dzięki czemu Jan XXIII już do końca życia również cieszył się opinią gołąbka pokoju. Być może na jego stanowisko wpłynął kryzys karaibski, kiedy to świat stanął na krawędzi wojny jądrowej, ale jeśli nawet tak było, to jest to znakomita ilustracja poglądu, że bomba atomowa zmieniła dotychczasowy sposób pojmowania moralności.

Warto bowiem dodać, że poprzednicy Jana XXIII potępiali komunizm bezwarunkowo, uważając, całkiem zresztą słusznie, że jest to ideologia zbrodnicza ze swej istoty i jako taka – absolutnie nie do pogodzenia z chrześcijaństwem. Tymczasem powstrzymanie się Soboru Watykańskiego II od potępienia komunizmu zdejmowało z niego odium zbrodniczości. Skoro okazało się, że komunizm nie jest taki straszny, jak go malują, to tym samym kryteria ocen moralnych zaczęły się rozmywać, a granica między dobrem, a złem – zacierać. Jan XXIII najwyraźniej bardziej umiłował pokój, niż Jezusa Chrystusa, co to rzucił na świat miecz – i tak już zostało.

„Duch Soboru”, czyli konspiracja

Nie tylko zostało, ale pociągnęło za sobą daleko idące konsekwencje. Wprawdzie Sobór Watykański II komunizmu nie potępił, ale w swoim umiłowaniu pokoju nie szedł tak daleko, jak Jan XXIII. Jednak popełniony przezeń grzech pierworodny, wywołał i wywołuje skutki znacznie wykraczające poza literalną jego treść oraz trwałe. Na Soborze pojawiła się bowiem grupa biskupów postępowych, którzy z powodzeniem próbowali forsować swoje stanowisko na Soborze. To nie było niczym osobliwym, bo podobnie zachowywała się grupa biskupów zachowawczych, w następstwie czego niektóre dokumenty soborowe przypominają deklarację naszego Kukuńka, co to jest „za, a nawet przeciw”. To by może nie było najgorsze, bo poza fachowcami, którzy i tak przecież wiedzą, o co chodzi, tych dokumentów nikt nie czyta. Problem pojawił się, kiedy grupa biskupów postępowych, której działalność już podczas Soboru nabierała coraz wyraźniejszych znamion konspiracji, nie zaprzestała konspirować również po Soborze. Okazało się, że „duch Soboru” nadal trwa i że to nie Sobór, a ten jego „duch” doprowadza do „reform” o których dokumenty soborowe, albo w ogóle nie wspominały, albo – jeśli nawet – to podchodziły do nich niezwykle ostrożnie. Dla przykładu – „Konstytucja o liturgii świętej” dopuściła wprawdzie języki narodowe w liturgii, ale wyjątkowo, „ze względu na pożytek wiernych”, jednak z naciskiem podkreślała, że wierni „powinni umieć wspólnie odmawiać lub śpiewać także w języku łacińskim stałe części Mszy św. dla nich przeznaczone”. Cóż jednak z tego, skoro nawet wbrew instrukcji z roku 1964, która zawierała wykaz części Mszy św., w których MOŻNA użyć języka narodowego, to kolejna instrukcja, z roku 1967, zezwalała na usuniecie łaciny z CAŁEJ Mszy św. Jak widzimy na tym przykładzie „duch Soboru”, który te wszystkie instrukcje przygotował, doprowadził do ukształtowania liturgii całkowicie odmiennej od pierwotnych intencji, a nawet od literalnego brzmienia soborowych konstytucji.

A co z Duchem Świętym?

Można by pomyśleć, że „duch Soboru”, to tylko jedna z postaci manifestowania swojej obecności przez Ducha Świętego, który nieustanie asystuje Kościołowi, dzięki czemu jego nauczanie jest uważane za nieomylne. Tak jednak chyba nie jest – a mogliśmy się o tym przekonać na podstawie dokumentu, jaki Stolica Apostolska ogłosiła na temat stosunku do Żydów. Można tam przeczytać, że w przeszłości zdarzały się w tej kwestii „niewłaściwe interpretacje” Ewangelii. Ale przecież interpretowanie Ewangelii jest najważniejszym zadaniem i misją Urzędu Nauczycielskiego Kościoła, który przede wszystkim doświadcza asystencji Ducha Świętego. Jeśli zatem „w przeszłości” zdarzały się interpretacje „niewłaściwe”, to znaczy, że Duch Święty musiał w tym czasie być na wakacjach. Ale mniejsza już o Ducha Świętego – czy wyjeżdża na wakacje, czy nie. Skoro bowiem „niewłaściwe interpretacje” zdarzały się „w przeszłości”, to skąd mamy wiedzieć, że te współczesne są „właściwe”? W ten oto sposób grzech pierworodny popełniony przez Jana XXIII wydaje coraz to nowe zatrute owoce. Jednym z nich jest dokonana przez papieża Franciszka zmiana Katechizmu Kościoła Katolickiego, poprzez wpisanie tam potępienia kary śmierci. Zmodyfikowana przez niego wersja kanonu 2267 brzmi następująco: „Wymierzanie kary śmierci, dokonane przez prawowitą władzę po sprawiedliwym procesie, przez długi czas było uważane za adekwatna do ciężaru odpowiedź na niektóre przestępstwa i dopuszczalny, choć krańcowy, środek ochrony dobra wspólnego. Dziś coraz bardziej umacnia się świadomość, że osoba nie traci swojej godności nawet po popełnieniu najcięższych przestępstw. Co więcej, rozpowszechniło się nowe rozumienie sensu sankcji karnych stosowanych przez państwo. Ponadto zostały wprowadzone skuteczne systemy ograniczania wolności, które gwarantują należytą obronę obywateli, a jednocześnie w sposób definitywny nie odbierają skazańcowi możliwości odkupienia win. Dlatego też Kościół w świetle Ewangelii naucza, że kara śmierci jest niedopuszczalna, ponieważ jest zamachem na nienaruszalność i godność osoby i z determinacją angażuje się na rzecz jej zniesienia na całym świecie.”

Zwróćmy uwagę, że w zacytowanym kanonie nie ma uzasadnienia teologicznego, a tyko tandetny i gołosłowny pozór uzasadnienia filozoficznego – bo cała reszta, to publicystyka, nie tylko kiepska, ale w dodatku kłamliwa. Kłamstwem jest bowiem – bo nie ośmieliłbym się zarzucić papieżowi Franciszkowi, że takich rzeczy nie wie – jakoby dopiero „dziś” coraz bardziej umacniała się świadomość, że osoba nie traci swojej godności nawet po popełnieniu najcięższych przestępstw. Taka świadomość w świecie chrześcijańskim istniała OD SAMEGO POCZĄTKU, to znaczy – od egzekucji Pana Jezusa na Golgocie. Na prośbę Dobrego Łotra, który w warunkach własnej egzekucji stwierdza, że cierpi „sprawiedliwą karę”, Pan Jezus odpowiada: „jeszcze dziś będziesz ze mną w Raju”. Dlatego właśnie w świecie chrześcijańskim skazańcowi do samego końca towarzyszył duchowny, co było świadectwem, że chociaż człowiek ten znajduje się w beznadziejnym położeniu, to jednak jest dzieckiem Boga i z tego tytułu korzysta z niezbywalnej godności. Dalsza część kanonu, to kiepska jakościowo publicystyka oceniająca „systemy ograniczania wolności”. Żeby przekonać się o tandetnym charakterze tej publicystycznej oceny, wystarczy przypomnieć dwa przykłady: zabójstwa członków grupy Baader-Meinhof w niemieckim więzieniu, a w Polsce – sprawę Trynkiewicza. Jak wiadomo, Frakcja Czerwonej Armii, czyli grupa Baader-Meinhof, była wspierana przez wywiad Niemieckiej Republiki Demokratycznej. W nocy z 17 na 18 października 1977 roku Andreas Baader, Gudrun Enslin i Jan Karol Raspe zostali znalezieni martwi w swoich celach. Oficjalną przyczyną śmierci było samobójstwo, chociaż zmarli od postrzałów w głowę. Konstytucja RFN zniosła karę śmierci już w 1949 roku. W Polsce po wprowadzeniu w 1988 roku przez anonimowego dobroczyńcę ludzkości tzw. „moratorium” na wykonywanie kary śmierci, wyroki te zamieniono na 25 lat więzienia. Jednym ze skazanych za morderstwa dzieci był Mariusz Trynkiewicz. Jemu też zamieniono karę śmierci na 25 lat więzienia. Odbywanie kary zakończył 11 lutego 2014 roku. Ponieważ nie wiadomo było, co mu w tej sytuacji zrobić („raz Murzyni na pustyni złapali grubasa; nie wiedzieli co mu zrobić, ucięli…” – no, mniejsza z tym) , ale w marcu tego samego roku, na podstawie „ustawy o bestiach”, przeforsowanej przez pobożnego ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina, został przez niezawisły sąd umieszczony w izolatorze w Gostyninie – bo jakieś baby obawiały się, że je będzie molestował, albo nawet zrobi im coś jeszcze gorszego. Papież Franciszek jest już przecież dużym chłopczykiem, a tymczasem sprawia wrażenie, jakby nie wiedział, skąd właściwie biorą się dzieci. Pseudofilozoficzny bełkot o „zamachu na nienaruszalność i godność osoby” nie zasługuje nawet na komentarz, w odróżnieniu od zapewnienia, że Kościół też w sprawę zniesienia kary śmierci angażuje się „z determinacją”. Po pierwsze – to nieprawda, bo jeśli „Kościołem” są wszyscy katolicy, to nie wiem nawet, czy połowa z nich się w tę sprawę angażuje, bo – podobnie jak niżej podpisany – są zwolennikami utrzymania, ewentualnie przywrócenia kary śmierci. Po drugie – papież Franciszek stawia znak równości między „Kościołem”, a „duchem Soboru”, który zresztą, na razie jeszcze kamufluje się w Kościele katolickim, w którym – jak się okazuje – uwił sobie całkiem wygodne legowiska, by za pieniądze pobrane od katolików i pożyczane od Żydów forsować kult Świętego Spokoju.

Stanisław Michalkiewicz.

Bergolio przeciw karze śmierci – komentarz prof. Jacka Baryzela

Jeżeli kara śmierci jest niedopuszczalna w świetle Ewangelii, to znaczy, że Kościół przez XX wieków, nauczając czegoś wręcz przeciwnego, pozostawał w błędzie. Błądzili więc sami Ewangeliści, przekazujący wyznanie wiary pierwszego zbawionego – Dobrego Łotra na Golgocie, zaświadczającego słuszności kary, na którą został skazany; błądzili Apostołowie, błądziło 260 papieży, błądziły sobory i synody, błądzili Ojcowie i Doktorzy Kościoła, błądzili wszyscy uznani teologowie i kanoniści. A jeżeli tak, to przez te XX wieków Duch Święty był nieobecny w Kościele i każda inwokacja każdego soboru definiującego jakikolwiek dogmat: “postanowiliśmy bowiem Duch Święty i my” była pustotą, kłamstwem i nadużyciem. W ostateczności zatem to sam Jezus Chrystus byłby zwodzicielem obiecując Kościołowi pozostawienie mu w jego doczesnej peregrynacji Ducha Pocieszyciela. Takie są logiczne konsekwencje herezji bergoliańskiej.

Prof. Jacek Bartyzel

Za: facebook.com

POWSTANIE WARSZAWSKIE – GENEZA I KONSEKWENCJE

Czekamy Ciebie – czerwona zarazo,
Czekamy Ciebie – czerwona zarazo,
Byś wybawiła nas od czarnej śmierci…
(…) Warszawa, 26 sierpnia’44, autor „Ziutek”

UWARUNKOWANIA W PRZEDEDNIU

Optymistyczny realizm Premiera i Naczelnego Wodza gen. Wł. Sikorskiego odnośnie możliwości utrzymywania stosunków z Rosja Sowiecką, załamał się po odkryciu zbrodni katyńskiej. Stalin oburzony za przypomnienie mu o zbrodni, zerwał stosunki dyplomatyczne z Rządem gen. Sikorskiego w Londynie.

Bijąc Niemców, pod Warszawę w wyniku operacji białoruskiej, największej ofensywy II wojny światowej, pokonując 650 kilometrów w 5 tygodni (a do Berlina pozostało tylko 550 kilometrów!) nadciągała Armia Czerwona. Wcześniej, jedyną nadzieją był plan gen. Sikorskiego (przedstawiony Rooseveltowi w 1942r.) uderzenia przez Bałkany, Polska mogłaby mieć ciagle jeszcze szanse na niepodległość. Jak szybko zmieniała się sytuacja militarna zamykając wczorajsze i otwierając nowe polityczne opcje? Jeszcze do kwietnia 1944, N.W. gen. K. Sosnkowski twierdził, że pierwsi do Polski dotrą alianci zachodni. W kraju pracowano nad planem powstania powszechnego połączonego z lądowaniem Brygady Spadochronowej gen. S. Sosabowskiego i poważnych zrzutów uzbrojenia, szkolono i przygotowywano jednostki (szacowanej na ok. 350 000 żołnierzy) podziemnej Armii Krajowej.

Przygotowywano również akcję „Burza”, która zakładała akcje dywersyjne i sabotażowe i atakowanie tylnych, wycofujących się jednostek niemieckich, aby współdziałając z Armią Czerwoną występować, jako gospodarz, jednocześnie reprezentując uznawany przez zachodnich aliantów rząd londyński.

Kiedy w Teheranie, Roosevelt z Churchillem i Stalinem podzielili się strefami wpływów jesienią 1943r., Polska w sensie politycznym wojnę już przegrała. Z powodów geograficznych Polska znalazła się w strefie sowieckiej. Przywódcy Narodu, tak spiskujący w podziemiu, jak i ci w Londynie i w szeregach wojska na obczyźnie wiedzieli, czego można się było spodziewać od Sowietów. Katyń, Syberia, zdradzieckie aresztowania współdziałających z Armią Czerwoną jednostek AK i ujawniających się podziemnych władz nie pozostawiały niedomówień. W tradycji naszych zachodnich sojuszników (wcześniej Francja, później Anglia i Ameryka) było przedmiotowe traktowanie Polski, jako pozostawionego w sowieckiej sferze wpływów sprzymierzonego elementu, do rozgrywania na europejskiej szachownicy.

Nowym rozgrywającym był Roosevelt, który pomagając Anglii, przejmował jej międzynarodową rolę i znaczenie, a pomagając Rosji cenił w niej partnera w wojnie z Niemcami i (w przyszłości) z Japonią. Zwycięski pochód Armii Czerwonej, mający wspaniałą prasę na zachodzie, utwierdzał go w przekonaniu żeby Stalina nie drażnić, aby odpędzić czarny scenariusz oddzielnego pokoju między Stalinem a Hitlerem (powtórka z 23 sierpnia 1939). W tej sprawie, otoczony lewakami i rosyjskimi szpiegami, Roosevelt był bardzo naiwny. Los Polski był dla niego o tyle kłopotliwy, o ile myślał o 7mln wyborców z polskimi korzeniami i nostalgią, dlatego demonstracyjnie przyjmował gen. Sikorskiego (koniec 1942 z Mikołajczykiem) ofiarując na działalność podziemną w Polsce 10 milionów dolarów i póżniej premiera Mikołajczyka ( z gen. Tatarem, latem 1944 – Mikołajczyk mówił o 90 milionach dolarów w ratach dla Sikorskiego i 10 milionach dolarów uzyskanych przez siebie; Tatar to ostatnie potwierdza), kłamliwie zapewniając o pełnym poparciu dla przyszłej silnej i niepodległej Polski.

Delegat N.W. do Połączonego Komitetu Szefów Sztabów w Waszyngtonie, płk.dypl. Leon Mietkiewicz w styczniu 1944 dowiedział się o rezultatach konferencji w Teheranie (listopad, grudzień 1943) i jej konsekwencjach dla Polski, informując niezwłocznie gen.Kopańskiego i rząd w Londynie. Przywódcy emigracyjni z Londynu nie poinformowali jednak o tym kolegów z podziemia w Kraju.

PLANY I MOTYWACJE POWSTANIA

Oryginalny plan powstania powstał jeszcze za życia gen. S. Roweckiego-„Grota” i zakładał szybkie wypchniecie Niemców z Warszawy, ale nie bitwę. Celem i ideą przewodnią planu była (zaprzeczenie tego, co nastąpiło) „ochrona ludności przed wymordowaniem i miasta przed zniszczeniem”. Wojskom niemieckim miano jednocześnie otworzyć drogi odwrotu przez mosty w kierunku Skierniewic i ewentualne ich rozbrajanie: „Monter”-„Opanujemy mosty, skanalizujemy ruchy wojsk niemieckich, rozsuniemy się i przepuścimy ich. Bolszewicy pójdą za nimi a my będziemy w Warszawie”. Powstanie w Warszawie było tylko przewidziane w ramach powstania powszechnego, ale nie w ramach akcji „Burza”. Powstańcy w ostatnich miesiącach przed powstaniem, mieli wyjść z miasta, aby prowadzić „Burzę”.

W marcu 1944 gen. Bór-Komorowski postanowił wyłączyć Warszawę z planu „Burza” w myśl celów ”Grota”- Roweckiego. Od tego czasu broń ze zrzutów (brytyjskich) czy też tajnie wyprodukowana, była wysyłana do oddziałów A.K. na wschodzie. Na początku lipca 1944 gen. Bór wysłał na wschód (z Warszawy!) 900 pistoletów maszynowych z amunicją. Na dwa tygodnie przed powstaniem ze stolicy wysłano jeszcze 60 pistoletów maszynowych i 4,400 sztuk amunicji. Na przełomie czerwca i lipca 1944 rząd w Londynie wraz z Delegatem Rządu Jankowskim (z Kraju) rozważali koncepcję nakłonienia Niemiec, przy pomocy Watykanu i Szwajcarii, do uznania Warszawy za miasto otwarte, wyłączone z działań wojennych.

W październiku 1943 roku w Londynie, Min. Obrony Narodowej gen. M.Kukiel zaproponował by wobec odwrotu Niemców, opanować stolicę i utworzyć władze legalne, zanim Sowieci zainstalowaliby jakiś rząd komunistyczny, ale już w lipcu 1944 Kukiel mówił o opanowaniu tylko pewnego obszaru, nie całego miasta. Jeszcze w listopadzie 1943 roku Delegat Rządu Jankowski i dowódca A.K. gen. Bór rozpoczynają „Burzę” na terenach wschodnich. Poza pozytywnym początkowym współdziałaniem bojowym z Armią Czerwoną przeciwko Niemcom, „Burza” kończyła się w najlepszym przypadku aresztowaniami dowódców i rozbrojeniem żołnierzy A.K. (Wilno, Wołyń, Lwów). Niestety klęska planu „Burza”, przy jednoczesnym złośliwym pomawianiu A.K. przez Stalina, o neutralność a nawet ciche sprzyjanie Niemcom, gwałtowne zbliżanie się Sowietów do Warszawy, masowa ucieczka przez stolicę pobitych oddziałów niemieckich, zmuszało kierowników podziemia do szukania wyjścia z tej sytuacji.

Wieść o zamachu na Hitlera z 20 lipca wstrząsnęła Warszawą, odżyły nadzieje, czy to już koniec? Czy dojdzie do powtórzenia schematu z upadkiem rządu niemieckiego z 1918 roku?

Przez lata Warszawa była ośrodkiem oporu, siedzibą Komendy Głównej A.K., Rady Jedności Narodowej, Delegata Rządu, stolicą Polski Podziemnej. Tu było ok. 45 000 zorganizowanych żołnierzy, największa siła w kraju i wydawało się logicznym stoczenie tymi siłami bitwy z bitym, wycofującym się w nieładzie i panice wojskiem niemieckim, a takim go widziano w dniach 23, 24 i 25 lipca. Napięcie rosło. Niemcy uciekali w pośpiechu z Warszawy. Jednak 26 i 27 lipca sytuacja radykalnie się zmieniła, koniec paniki, zdyscyplinowane już jednostki niemieckie przemieszczały się przez Warszawę w kierunku wschodnim…

WSTĘPNA DECYZJA

Około południa 21 lipca’44 trzej generałowie: Komorowski –„Bór”, „Lawina”, „Znicz” (d-ca KG A.K.), Pełczyński-„Grzegorz” (szef sztabu KG, z-ca d-cy KG A.K.) i przybyły z Londynu w maju 1944, Okulicki-„Kobra”, „Niedźwiadek” (z-ca szefa sztabu d/s operacyjnych) podjęli wstępną decyzję o rzuceniu Warszawy do walki, aby wystąpić, jako gospodarze wobec zbliżających się w zawrotnym tempie zwycięskich Rosjan, którzy będąc sojusznikami naszych sojuszników, mieli otrzymać szansę operacyjną w Warszawie. Nie wiedzieli jeszcze o planowanym wyjeździe premiera Mikołajczyka z Londynu do Moskwy, nie wiedzieli o utworzeniu przez Sowietów PKWN (Moskwa, Chelmno/Lublin). Główny wpływ na ich decyzję miały: błyskawiczne zmiany na froncie i wieść o zamachu na Hitlera. 22 lipca gen. Bór spotkał się z Delegatem Jankowskim w tej sprawie, decyzje następnie zatwierdziła Komisja Główna RJN (podziemny parlament).

25 lipca d-ca A.K. powiadomił depeszą Londyn: „Jesteśmy gotowi w każdej chwili do walki o Warszawę” i prosił o ewentualne zrzucenie brygady spadochronowej ( gen.S. Sosabowskiego) i bombardowanie lotnisk niemieckich pod Warszawą. Kraj zdecydował się na powstanie i powiadomił rząd w Londynie, który 26 lipca podjął uchwałę (nieco przeredagowaną przed wysłaniem przez ludzi Mikołajczyka) dającą zielone światło.

NACZELNY WÓDZ

Naczelny Wódz gen. K. Sosnkowski (przyjaciel J. Piłsudskiego, intelektualista i strateg, ale bez większego doświadczenia w dowodzeniu w. j.), który najpierw chciał skakać do Polski, aby walczyć, w tej trudnej sytuacji odleciał (15 lipca do 10 sierpnia’44) do Włoch, aby być z 2 Korpusem gen. Andersa i ewentualnie buntować wojsko, w razie gdyby premier Mikołajczyk poszedł na zbyt daleko idące ustępstwa wobec Stalina w Moskwie. N.W. uważał, że Stalin chce przekształcić Polskę w 17-tą republikę i wszelkie rozmowy z nim nie mają sensu, był przeciwny wybuchowi powstania i dalszego przelewania polskiej krwi, sugerował wycofanie „wartościowych elementów patriotycznych” przed Rosjanami na zachód, spodziewając się w ciągu 5 lat wojny miedzy Rosją a zachodem. Sosnkowski przestrzegał przed myśleniem o załamaniu się ducha armii niemieckiej na podobieństwo 1918 r „stosunki wewnętrzne i ich psychika są inne niż wówczas”. Jednak w depeszy do gen. Bora z 7 lipca pierwszy raz zasugerował nową formę powstania w obliczu „szczęśliwego zbiegu okoliczności” opanować większe ośrodki (przedtem nakazywał tylko akcje dywersyjne) i można powiedzieć, że tę instrukcję wykonał d-ca A.K. 1 sierpna 1944!

We Włoszech gen. Anders uważał, że wojskowo powstanie nie miało znaczenia, ponieważ Niemcy już przegrały wojnę i naciskał N.W. aby ten zabronił powstania wyrażnym rozkazem, którego usłucha jego podwładny gen. Bór. Sosnkowski sądził, że to rząd powinien wydać odpowiednią decyzję.

PREMIER RZĄDU NA UCHODŹTWIE

Premier Mikołajczyk natomiast uważał, że jest konieczne i możliwe dogadanie się ze Stalinem, przyjęcie kompromisowego rozwiązania w kwestii granic i formowania nowego rządu z instalowanymi przez Stalina komunistami. Sądził, że rezygnując z niezależności w polityce zagranicznej, można będzie przy pomocy poparcia ruchu patriotycznego w kraju i dyplomatycznego poparcia aliantow zachodnich uratować „biologiczne siły narodu i nie dać się skomunizować”, a wojny między Rosją a zachodem nie będzie przez najbliższe 20-30 lat. Mikołajczyk zaprojektował natomiast plan desantowania siebie i „dwóch ministrów oraz Szefa Sztabu i min. Spraw Wojskowych gen. Kukiela na Podhale. Rosjanie nie poszliby szczytem Karpat i my utrzymalibyśmy się w górach.”, ale Churchill i Szef Sztabu gen. Kopański byli temu przeciwni.

WYPADKI W WARSZAWIE

„Dopiero natarcie sowieckie na Warszawę było momentem do wydania rozkazu na akcję wewnątrz miasta. Tylko koordynacja z zewnątrz z natarciem wewnątrz mogła przynieść zwycięstwo”, pisze gen. Bór. Obawiano się szybkiego wejścia Rosjan, lub zmasowania w Warszawie cofajacych się Niemców. Dowódca AK widział katastrofalne klęski Niemców i nie wierzył, że mogą oni zdobyć się na znaczący zwrot zaczepny. 27 lipca gen. Bór depeszował do N.W. o aresztowaniu dowódców i rozbrajaniu przez Rosjan 27 dyw. Wołyńskiej, która walczyła u boku Rosjan przeciwko Niemcom, nie zapowiadało to dobrej współpracy…

27 lipca płk Muzyczka przedstawił (uzgodniony z płk Fieldorfem i płk Skorobohatym-Jakubowskim) memoriał uzasadniający odwołanie decyzji walki o Warszawę. Takie stanowisko popierali Bokszczanin, Pluta-Czachowski, Sanojca i Skroczyński. Obecny był też Okulicki, który był przeciwko i wkrótce opuścił spotkanie.

Tegoż dnia niemiecki gubernator dystryktu warszawskiego Fisher wydał zarządzenie stawienia się 100 000 ludzi do robót fortyfikacyjnych. W dwie godziny później Komendant Okregu Warszawa-miasto płk. Chruściel-„Monter”(w latach 1936-38 wykładowca taktyki w Centrum Wyszkolenia Piechoty w Rembertowie- w cywilu doktor praw) tego dnia wydał rozkaz „Alarmu” do powstania (odwołany następnego dnia przez gen. Bora). Raptowne ogłoszenie „Alarmu” nakazującego koncentrację sił AK dekonspirowało warszawski Okręg AK wobec Niemców. Zaczęli zbierać informacje o punktach koncentracji i sprawdzać listy obecności w zakładach pracy.

29 lipca ukazała się odezwa płk. Juliana Skokowskiego (dowódca lewicowego PAL-u), mówiąca o (!) ucieczce gen. Bora wraz ze sztabem z Warszawy, informująca, że wobec tego on obejmuje dowództwo nad wszystkimi podziemnymi oddziałami w stolicy.

Wieczorem następnego dnia radio Moskwa, a dzień póżniej radiostacja polskich komunistów -Związku Patriotów Polskich „Kościuszko” wzywają ludność Warszawy do walki: „Ludu Warszawy. Do broni.” Manifest PKWN określał komunistyczną KRN, jako jedyne legalne źródło władzy w Polsce, nazywając Rząd Emigracyjny w Londynie i jego Delegat w kraju władzą samozwańczą i nielegalną. Niemcy spodziewali się powstania z 29 na 30 lipca i podjęli działania wzmacniające.

30 lipca przybył do gen. Bora emisariusz Jan Nowak-Jeziorański z pesymistycznymi wieściami o niemożliwości zrzucenia brygady spadochronowej, większych zrzutów broni, porozumienia z Sowietami, dodając, że Polska jest w rosyjskiej strefie wpływów i będzie okupowana przez Armię Czerwoną. Szybko jednak zrozumiał, że przybył za późno. Zastanawiano się już tylko, kiedy zaczynać…

DECYZJA – MORDERCZY POSPIECH

31 lipca rano na naradzie sztabu d-ctwa A.K. „okrągły stół” i po referacie płk. Iranka-Osmeckiego („Heller”-szef oddz. II wywiadowczego KG A.K.), wystapił gen. Okulicki i w bardzo ostrej formie zarzucił tchórzostwo ostrożnemu gen. Borowi, żądajac natychmiastowego rozkazu do powstania, „Niemcy już są pobici”. Po nim wystapił płk.dypl. J. Szostak („Filip”-szef III oddz. operacyjnego) kończąc: ”lepiej zacząć o tydzień za wcześnie, niż o godzinę za późno”. Następnie płk. A. Chruściel-„Monter” przedstawił braki w uzbrojeniu, sugerując, że siły są zbyt słabe, aby uderzyć, kiedy Niemcy nie są w odwrocie, więc trzeba czekać. Tego dnia zarządzono drugą odprawę na 18.00. Uczestnicy dowiedzieli się o oddziałach sowieckich w Radości, Wołominie i Radzyminie. Rosjanie wzięli do niewoli d-cę 73 dyw. niemieckiej na Pradze, głośno było o panice wśród Niemców w Legionowie.

Jednocześnie ogłoszono o wyjeżdzie Mikołajczyka do Moskwy. Powstanie mogło tylko pomóc premierowi we wznowieniu stosunków dyplomatycznych. Gen. Bór poprosił delegata Jankowskiego o zatwierdzenie decyzji. Ten zapytał jeszcze, co będzie, jeśli Rosjanie zatrzymają się, Pełczyński: ”wtedy Niemcy nas wyrżną”. D-ca A.K., Delegat Rządu, po naradzie z gen. Pełczyńskim i gen. Okulickim w obecności mjr. Janiny Karasiównej, ”Haka”, ”Bronka” (szef łączności wewnętrznej) na wniosek „Montera” podjęli decyzję o godzinie ”W” na 1 sierpnia godz. 17.00.

Płk. Iranek-Osmecki (szef wywiadu) przybył już po wydaniu decyzji (łapanki, godzina policyjna) i zaczął podważać meldunek „Montera” o załamaniu się oporu niemieckiego, wskazując na napływające nowe jednostki pancerne. Podobny meldunek przekazał płk.dypl. K.Pluta-Czachowski „Kuczaba” szef V oddz. łączności operacyjnej, Bór odparł: ”Stało sie. Jest już za póżno, aby decyzję odwołać”.

KONSEKWENCJE I OCENY

Jaki jest naprawdę bilans Powstania wywołanego przecież w istotnie tragicznej sytuacji geopolitycznej dla Narodu Polskiego? Na pewno z jednej strony to obłęd podejmujących decyzję o jego wybuchu, połączony z niezwykłym heroizmem żołnierzy AK i w konsekwencji okrutną masakrą ludności cywilnej i zburzeniem zabytków kultury miasta, nazywanego Paryżem wschodu. Przecież podejmujący decyzję powinni być świadomi swojej odpowiedzialności za gospodarowanie posiadanymi zasobami materiałowymi i ludzkimi i porównania ich z możliwościami przeciwnika. Tego właśnie zabrakło. Decyzje polityczne przejęli wojskowi.

Ja nie mam problemu z decyzją pojedynczego człowieka o bohaterskim poświęceniu, a nawet szaleńczym, ale mam problem z podjęciem decyzji skazującej zależnych od decydentów współobywateli, szczególnie cywili na takiż los i konsekwentnie rzucenie bezbronnej patriotycznej młodzieży w niemiecką maszynkę do mięsa. Rozpoczęcie powstania mogło rozpocząć się dopiero po zajęciu Pragi przez wojska sowieckie. Dlaczego? Dlatego, że uzbrojeni jedynie w 10% powstańcy (ok. 35,000) posiadali zapas amunicji jedynie na 2-3 dni walki…

Zastanówmy się, kto najbardziej skorzystał na Powstaniu? Oczywiście Niemcy! Operacja „Bagration” swoją zawrotną szybkością zdewastowała niemiecki front i wróżyła zakończenie wojny jeszcze w 1944 roku. Pod koniec lipca Sowieci stali nad Wisłą, 550 km od Berlina, 2 sierpnia Rokossowski na rozkaz Stalina miał zająć Warszawę, jednak nowy rozkaz nakazywał zatrzymanie działań. Czy potrafimy sobie wyobrazić jak szybko Stalin, śladem cara Aleksandra I, pojawiłby się we Francji zagarniając całe Niemcy? Uzgodnienia z Jałty i Teheranu były kreślone na cierpliwym papierze, nie było tajemnicą, że dla Stalina imperium sowieckie było tam, gdzie stał but żołnierza Armii Czerwonej, a zachodnim aliantom szło bardzo słabo (np. operacja „Market Garden”, która miała być początkiem wojny błyskawicznej).

Historycznie biorąc miasto Warszawa nad rzeką Wisłą to największy pechowy hamulec wymarzonego i rozciągającego się na Europę Zachodnią Sowieckiego Imperium, tak było w 1920 r. (Lenin) i tak stało się w 1944 r. (Stalin).
Powstanie miało trwać 2-3 dni trwało 63 dni, dając Hitlerowi szansę na pozbieranie sił (5 miesięcy!) i nawet na ostatnią niespodziankę zgotowaną ślimaczącym się aliantom w Ardenach. Niemcy powinni też być wdzięczni walczącym Warszawiakom za uratowanie milionów uciekających na zachód ich rodaków, wybuch powstania dał im tak potrzebny czas. Po tym wymuszonym postoju, Armia Czerwona podjęła o wiele bardziej kosztowną pod względem ludzkim i materiałowym dalszą ofensywę. W tym sensie można powiedzieć, że Powstanie Warszawskie uratowało Europę Zachodnią od komunistycznej dominacji.

Powstanie było ostatnim wielkim bojem o Niepodległość szaleńczym aktem rozpaczy i zarazem krwawą i rozpaczliwą lekcją przestrogi dla przyszłych pokoleń z apelem o większy rozsądek w podejmowaniu ważnych decyzji dla Narodu Polskiego, czy też pokładaniu zbytnich nadziei w sojusze. Było szalenie kosztownym teatrem ukazującym jak to Polak dzielnie walczy i umiera.

Z drugiej strony gdyby nie było Powstania i zgodnie z oficjalnym życzeniem N.W. gen. Sosnkowskiego wycofano by element patriotyczny na zachód, znając praktykę Stalina wola i duch Niepodległej ległaby w gruzach podobnych do gruzów stolicy i Stalin miałby mniej pracy przy fałszowaniu polskich wyborów. W Warszawie mógłby zorganizować prowokację, aby powystrzelać, co bardziej patriotycznie nastawionych Polaków (model katyński).

Przypomnijmy wiec, że Powstanie miało na celu opanowanie stolicy przez A.K., wzmocnienie w oczach opinii światowej prawa i roszczeń legalnego Rządu w Londynie do reprezentowania i objęcia władzy w Polsce w obliczu polityki faktów dokonanych Stalina na zajmowanych polskich ziemiach. Powstanie, szczególnie w pierwszym okresie, było swoistym festiwalem polskości, patriotyzmu i „swojskości”.

Przed wybuchem powstania Rokossowski otrzymał rozkaz zajęcia Warszawy do 2 sierpnia, moment rozpoczęcia powstania wybrano, więc dobrze, oczywiście w tym czasie nastąpiło niemieckie kontruderzenie, ale tego nie można było przewidzieć. Doświadczenia z Wilna, czy Lwowa wskazywało na możliwość sojuszu taktycznego nadchodzącej Armii Czerwonej i sił AK, chociaż końcowy etap tego współdziałania był dla Polaków przykry, a szczególnie dla ich oficerów.

Są głosy, że powstanie było przyczyną, dla której Stalin nie wchłonął Polski, jako 17 republiki, tego chciał Związek Patriotów Polskich z Wandą Wasilewską na czele, ideę tę forsowała wpływowa Zofia Dzierżyńska. Jednak Stalin już wiosną 1943, postanowił utworzyć wianuszek państw „narodowych „ w środkowo-wschodniej Europie i zupełnie je sobie podporządkować. Intencją przywódców polskich było przeszkodzenie w ustanowieniu się moskiewskiego PKWN w stolicy. Czy powstanie wybuchło, bo gen. Bór uległ nastrojom własnego narodu? Czy jak powiedział płk.dypl. J. Bokszczanin („Sęk”, „Wir”, KG A.K.), że „była to albo lekkomyślność albo nerwy nie wytrzymały”? Nad decyzją ciąży postać gen. Okulickiego, czy był on człowiekiem gen. Sosnkowskiego i utrzymywał z nim łączność?

Nie bez znaczenia dla wyboru godziny „W” było też żądanie Delegata Jankowskiego 24 godzin przed wejściem Rosjan na zainstalowanie władzy cywilnej. Błędną w konsekwencji była zmiana godziny ataku z nocnej na rozpoczęcie ataku w ciągu dnia…

Czy powstanie powinno być przerwane wobec niemieckiego bestialstwa i rozstrzeliwań, nawet bez praw kombatanckich? (Deklaracja rządów Wielkiej Brytanii i USA z 29 sierpnia 1944 o uznaniu A.K. za wojska sojusznicze). RJN wystąpiła z sugestią kapitulacji ok. 10 września, ale wtedy Sowieci podeszli do Pragi i ciągle liczono na pomoc, ale nie po to Stalin stworzył LWP, Polskę Lubelską, aby oddawać władzę zwolennikom Niepodległej w Warszawie.
Okazuje się, że już wcześniej istniały warunki do zakończenia powstania. 12 sierpnia gen. „Bór” otrzymał z Londynu od N.W. gen. Sosnkowskiego i wicepremiera Kwapińskiego upoważnienie do ewentualnej kapitulacji powstania (przeciwny temu był premier Mikołajczyk).

Gen. von dem Bach, który objął niemieckie dowodzenie po rzęzi Woli i Ochoty, już 18 sierpnia przedstawił na piśmie propozycję “komendantowi powstańców” złożenia broni i zaprzestania walk. 20 sierpnia przez powstańcze barykady przeszło 12 wysłanników, polskich cywili przynosząc od Niemców 7-io punktową propozycję warunków kapitulacji, gwarantujące powstańcom w przypadku ogólnej kapitulacji prawa kombatanckie. Propozycje te zostały ponowione 26 sierpnia dostarczyli je trzej polscy księża na Starówkę i Śródmieście.

Gen. Bach 27 sierpnia odwołał się do pośrednictwa dowódcy II korpusu węgierskiego gen. Langyela, przedwojennego attaché wojskowego w Warszawie. Powstanie trwało, licząc na pomoc bądź to Stalina, bądź zachodu….
Co prawda walczący w Warszawie Polacy nie chcieli czegoś niezwykłego, 19 sierpnia 1944 wybuchło powstanie w Paryżu, już 24 sierpnia do Paryża wkroczyła francuska 2 Dyw. Pancerna, następnego dnia Niemcy się poddali. Rosjanie jednak twardo stali w miejscu.

Czy to pokolenie wychowane na tradycji walki wykuwania Niepodległej pod koniec I w. ś., które podjęło nierówną walkę w 1939 r., mogło nie podjąć walki w sierpniu 1944, kiedy losy Polski miały się decydować na długie lata? Warszawa z atmosferą rosnącego terroru, łapanek, nieustannych zagrożeń, ciągłych rozstrzeliwań, upokarzania Polaków w każdej możliwie sytuacji, w przeciwwadze uwierzyła w ideę pomszczenia, wymierzenia sprawiedliwości, w ideę powstania. Walka zaczęła się w Warszawie, ale to była walka o Wolną Polskę! Zachodni okupant wcześniej utworzył Generalną Gubernię, wschodni właśnie Polskę Lubelską, powstańcy chcieli zdobyć Warszawę dla Niepodległej.

Postępowanie Rosjan wobec powstania, odsłoniło wreszcie aliantom ich oblicze, Churchill nazwał to początkiem „zimnej wojny”. Potwierdza to niemiecki historyk, Hans von Krannhals, pisząc o powstaniu Warszawskim: „Tu i nie gdzie indziej rozpoczeła się „Zimna Wojna” między wschodem a zachodem.” Niestety już znacznie wcześniej miała miejsce gra wśród wielkiej trójki. Churchill chciał uderzeniem przez Bałkany walczyć w Europie o wpływy ze Stalinem, Roosevelt sprzyjał apetytowi Stalina wstrzymując pochód na Berlin tak, aby dotarli tam pierwsi Rosjanie. Gen. G. Patton był wściekły: jak można nie wykorzystywać sytuacji i przeć do przodu…

Według mnie największym oszustem był Roosevelt, to on oszukał swoich wyborców, a polskich Patriotów stwarzając pozory życzliwości sprawie polskiej, a wyraźnie poza plecami Churchilla sprzyjał Stalinowi, Polska była pionkiem, jaki na szachownicy teatru wojny ochoczo poddał Stalinowi. To on otoczony sowieckimi szpiegami tanio i nikczemnie (znając rzeczywistość) sprzedał Polskę Stalinowi.

Stalin dowiedział się o powstaniu 2 sierpnia o 1.10 po północy od angielskiego Sztabu Generalnego, depesza zawierała prośbę o pomoc i współdziałanie. Stalin (weteran przegranej wojny 1920r), znając plan „Burza” był powstaniem zaskoczony, ale jeszcze tego samego dnia wydał tajny rozkaz marsz. Rokossowskiemu i marsz. Koniewowi, aby natychmiast wstrzymali ofensywę na froncie i zajęli się tylko umacnianiem zdobytych przyczółków. Jednocześnie zaczął taniec pozorów z aliantami. Liczył, że czas rozwiąże sytuacje w Warszawie po jego myśli. Jednak decyzja o wybuchu powstania, zatrzymując ofensywę sowiecką (na 5 miesięcy!), zdecydowała o tym, ile obszaru niemieckiego zajmą Rosjanie, a ile zachodni alianci (mimo wcześniejszych uzgodnień). Wojna jak pisałem wyżej mogłaby zakończyć się kilka miesięcy wcześniej z większymi sowieckimi zdobyczami i mniejszymi ludzkimi stratami…

Czy możliwa była inna koncepcja niż zniszczenie powstania i Warszawy, przecież niektórzy Niemcy chcieli wbić „klina” między aliantów i zostawiając Warszawę z jej londyńskim rządem, wrzucić przysłowiowego „szczura” aliantom. W Warszawie powstałby popierany przez zachód rząd, pod nosem Stalina, były takie koncepcje, ale po zamachu na swoje życie z 20 lipca Hitler stwardniał, nie było ochotników, aby go o tym przekonać.

Polacy przegrali powstanie, dając z siebie wszystko, zwycięstwo mogło być tylko w sferze duchowej, moralnej. Tym razem nie było wstydu za Zaleszczyki, za ucieczkę Rządu i Dowództwa. Walczyli do końca, ale nie mogli zwyciężyć. Tak jak w swojej długiej historii, w powstaniach: kościuszkowskim, listopadowym, styczniowym, kiedy szanse często nie były większe, wiedzieli, o co walczą i za jakie wartości przyjdzie im zginąć. Polska kwadratura koła.

W marcu 1945, gen. Reinhard Gahlen (po wojnie szef wywiadu RFN), wybitny znawca wschodniego teatru działań, zakończył przygotowywane dla Himmlera 200 stronicowe opracowanie o organizacji, szkoleniu, taktyce, wywiadzie i łączności Armii Krajowej. Upadające Niemcy chciały uczyć się sztuki beznadziejnego oporu od najlepszych…

Wszelkie próby kontaktów z Rosjanami nie przynosiły rezultatów (sowieccy szpiedzy: kpt. Konstanty Kaługin, kpt. Ivan Kołos odmawiali przesyłania depesz do Armii Czerwonej albo przesłane pozostawały bez odpowiedzi). Gen. „Monter” wysłał radiostację z por. „Makiem” do Rosjan, ale kontakt trwał tylko kilka dni. Stalin miał inne plany.

Na scenie milionowego miasta miał się rozegrać rozstrzygający akt politycznej polsko- rosyjskiej konfrontacji w celu ostatecznego ustawienia stosunków z rosyjskim molochem. Gen. Okulicki: ”Potrzebny był czyn, który by wstrząsnął sumieniem świata”. Zniszczeniu uległo prawie całe miasto, zginęło ok. 200 000 mieszkańców, spłonęły bezcenne dla kultury muzea, archiwa i biblioteki.

Powstanie paradoksalnie zamiast przeszkodzić, pomogło komunistom z PKWN w przejęciu władzy w Polsce. Stalin dokonał tego przy milczącym przyzwoleniu Londynu i Waszyngtonu. To, że Hitler wykonał mokrą robotę Stalina w Warszawie, nie zmienia imperialistycznego sowieckiego postępowania i tragizmu powstań: berlińskiego 1953, węgierskiego 1956, czy praskiego 1968. Może ta krwawa ofiara warszawska sprawiła, że dlatego nie było powstania w 1956 r w Warszawie i był bezkrwawy sierpień’80? Czy utrata narodowej elity upodobniła nas na dziesięciolecia do Czechów, którym wyrżnięto elitę w bitwie pod Białą Górą w 1620 r.?

Zastanawiające jest zdecydowane parcie do powstania gen. L. Okulickiego, przecież znał gen. Sierowa/Iwanowa od czasu aresztowania we Lwowie (niektórzy sądzą, że współpracował) i drugi raz zetknął się z nim, kiedy Sowieci aresztowali przywódców (16-tu) Podziemnej Polski.

Dziś wielu komentatorów myśli, że najlepszą opcją było przeczekanie sytuacji i nie wydawanie walki tak, aby (KG NSZ, gen. K. Sosnkowski, gen. Anders i inni) jak najwięcej ocalić narodowej tkanki biologicznej. Zgoda, jeśli Niemcy nie zamieniliby Warszawy w twierdzę to nie zginęłoby ok. 200 tys. Warszawiaków tylko mniej. Natomiast wkraczający za Armią Czerwoną oprawcy z NKWD wyaresztowaliby ten cały kwiat konspirującej inteligencji warszawskiej i wywieźliby ich (zaplutych karłów reakcji) za Ural (podobny był plan zwycięskiego Hitlera), gdzie zginęliby z wycieńczenia i w nędzy w kopalniach złota, niestety bez mogił…

Jeśli potępimy decyzję o wybuchu Powstania Warszawskiego to powinniśmy konsekwentnie potępić powstanie listopadowe, czy styczniowe, przecież były one również szaleńcze i na pewno w przeciwieństwie do PW nie mogły nawet liczyć na sojuszników…

I jeszcze jedno. Niektórzy zarzucają płk Ryszardowi Kuklińskiemu, że znając dobrze plany wprowadzenia stanu wojennego nie ostrzegł kierownictwa „Solidarności” tak, aby mogła się bronić, zabezpieczyć, stawić czoła wykonawcom woli fornali Kremla. Wydaje się, że Kukliński (wiedząc przecież, że „Solidarność” naszpikowana jest agentami SB), pamiętał o bezradnym heroizmie Powstańców Warszawskich i nie chciał powtórzyć pozbawionego szans zwycięstwa, przelewania polskiej krwi, której rezultatem byłoby dalsze zubożenie biologicznych zasobów Narodu.

Tym bardziej, że wiedział, że tak jak Węgrom w 1956 roku, tak i Polsce 1981 roku, zachód pomocy by nie udzielił, dlatego płk Kukliński rozumiał, że to USA, które usilnie wspomagał, muszą wyrwać imperialne kły Rosji Sowieckiej, aby Polska miała szansę na niepodległość. Tak wiec szanujmy historię, ale i ucząc się jej wyciągajmy z jej zapisu właściwe i praktyczne wnioski. Może lekcja PW spowodowała, że Solidarność wybrała pokojową drogę przemian, ale także Sowieci nie byli skłonni szybko wchodzić militarnie do Polski w 1956, czy 1981? Teraz rodzi się pytanie: czy nasze pokolenie sprostało kolejnemu wyzwaniu następnego zakrętu naszych dziejów, czy też po wymordowaniu przez obydwu okupantów narodowych elit, nie jesteśmy w stanie nieść w przyszłość polskiego krzyża i nie rozumiemy już takich pojęć jak Suwerenność i Niepodległość?

To okrutne mieć do wyboru: żyć jak bity i zaszczuty strachem pies, albo walcząc heroicznie zginąć w obronie wpojonych wartości…

Wojna jest straszną perspektywą nie tylko dla ludzi, w tej samej wojnie imperium stracili Anglicy, imperium stracili Japończycy, imperium i narodową dumę Francuzi, Żydzi stracili kilka milionów ludzi, Sowieci miliony ludzi, zniszczenia, podobnie tylko gorzej skończyli Niemcy. Jedynym zwycięzcą w tej wojnie byli Amerykanie. Żydzi zarażeni polskim etosem godności rzucili się do beznadziejnej walki. Przypomnijmy sobie, o kim mówimy: tamci dumni Polacy wywalczyli sobie Polskę u schyłku I wojny światowej, byli pogromcami bolszewików, to oni stanowili trzon dowództwa. Więc czego więc można byłoby wtedy spodziewać się po ich dzieciach, młodych konspirujących Polakach?

A jak dramat powstania rozumieli ginący w boju jego uczestnicy? Wspomniany wcześniej poeta, żołnierz Józef Szczepański „Ziutek”, który zginał w PW w „Czerwonej zarazie” pisał:

„Śmierć nie jest straszną, możemy umierać.
Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły
Nowa się Polska-zwycięska- narodzi.
I po tej ziemi ty nie będziesz chodzić.
Czerwony władco rozbestwionej siły”.(…)

Czy następne pokolenia Polaków, dziedziców przelanej krwi wypełniły testament poety?

OPINIE LIDERÓW I UCZESTNIKÓW

Gen. Anders, d-ca II Korpusu, (p.o. N.W. od 26 II’45 do 28 V’45):
”Jestem na kolanach przed powstaniem, ale to było nieszczęście. Wojskowo powstanie nie miało znaczenia. Niemcy już przegrali wojnę. Trzeba było porozumieć się z aliantami naprzód, przed powstaniem. (…) wywołanie powstania w Warszawie w obecnej chwili było nie tylko głupotą, ale wyraźną zbrodnią.”

Bolesław Biega-„Sanocki” (sekretarz Rady Jedności Narodowej w podziemiu):
”Została podjęta otwarta wojna, otwarta walka z wrogiem uzbrojonym po zęby, nikłymi siłami, bez należytego ekwipunku, no, a co najważniejsze bez jakichkolwiek gwarancji, że będzie poparcie. Ostatni tydzień to był okres zbliżania się wojsk sowieckich, wycofania się właściwie, wojsk niemieckich i to prawdopodobnie wytworzyło w największym stopniu atmosferę wybuchową.”

Płk.dypl. L. Mitkiewicz (delegat N.W. do Połączonego Komitetu Szefów Sztabów w Waszyngtonie):
”Powstanie Warszawskie było niepotrzebne, wybuchło o kilka dni za późno, zniszczono, zburzono Starą Warszawę”. „Powstanie Warszawskie-politycznie i wojskowo, ze względu na sytuację ogólną było wielkim nonsensem”… głównym inicjatorem powstania w Warszawie był Mikołajczyk, a szarą eminencją AK był gen. T. Pełczyński”(były oficer wywiadu i kontrwywiadu).

Stefan Korboński „Nowak”, ”Zieliński”, SL, kier. Walki Cywilnej, ostatni Delegat Rządu:
”(…) jeśli stolica będzie uwolniona własnym wysiłkiem i ujawni się w stolicy rząd podziemny, ujawni się Komenda AK, administracja podziemna, wojsko… to przez stworzenie faktu dokonanego zmusimy Rosjan do pogodzenia się z nim.”

Jan Nowak-Jeziorański ”Janek”, „Zych”, emisariusz,:
„Po Katyniu Powstanie Warszawskie jest największą zbrodnią reżimu stalinowskiego wobec Polski”

Karol Popiel, SP, (Min. Odbudowy Administracji w Rządzie londyńskim)
– uważa, że odpowiedzialnymi byli: Pełczyński, Rzepecki (szef BIP-u), Okulicki (agent Sosnkowskiego), a Mikołajczyk też liczył na powstanie, twierdzi też, że K. Pużak –prezes RJN, nic o wybuchu powstania nie wiedział.

Gen. Marian Kukiel, Min. Obrony Narodowej, (wybitny historyk):
uważał, że za gen. Sikorskiego wojsko było instrumentem polityki, póżniej jednak w Warszawie wojsko rządziło, nie było też koordynacji między Rządem, N.W. a Prezydentem w Londynie, słowem bałagan kompetencyjny.

Kazimierz Bagiński „Dąbrowski”, SL, (wiceprezes RJN):
”Gdyby nawet rząd był przeciwny powstaniu, to i tak doszłoby do powstania!…wybuchłoby spontanicznie, zorganizowane przez społeczeństwo lub przez komunistów. Zresztą spodziewaliśmy się wejścia Sowietów w ciągu 3 dni.”, (oskarżony w procesie 16-u).

Kpt.Tadeusz Zawadzki (Żenczykowski), „Kania”, szef wydz. BIP:
”Powstanie było nieuniknione. Warszawa musiała pozostać w naszych rękach. To było przecież serce oporu. Bierne czekanie na oswobodzenie stolicy przez Sowiety znaczyłoby, że podziemie- to tylko frazes, a działa tylko AL, a AK niczego nie dokonała. Warszawa była naładowana dynamizmem, chęcia zemsty, za łapanki, za masowe egzekucje. Walka z okupantem zakończyła się logicznie wybuchem powstania.(…) Należało też się spodziewać możliwości prowokacji ze strony komunistów. Warszawa była beczką prochu, kto miał dać zapałkę: my czy komuniści. Powstanie rozpoczęło się w chaosie. Zaniedbano zupełnie utworzenia rezerw”.

Płk.dypl. Stanisław Weber, szef sztabu Komendy Okręgu Warszawskiego AK.:
”Gdybyśmy rozpoczęli 25 lipca lub 26 lipca, to mielibyśmy więcej szans. Moglibyśmy zdobyć artylerię na Niemcach.”

Gen.Sawicki, „Opór”, d-ca III rzutu sztabu KG AK:
”Do ostatniego tygodnia lipca nikt o powstaniu nie myslał! Powstanie to była regularna bitwa, zaimprowizowana na tydzień naprzód, niezaplanowana. Więc gdzie tu mówić o rachubie, o jakimś planie”.” Stwierdzam, że przyczyną powstania był motyw polityczny, a nie wojskowy, że decyzja zapadła pod wpływem Okulickiego, emisariusza Sosnkowskiego”, (Okulicki –późniejszy więzień Łubianki-był zdruzgotany wiadomością, że jego jedyny syn został zabity we Włoszech- II Korpus Polski, służył w artylerii).

Gen. Tadeusz Pełczyński, „Grzegorz”, „Robak”, szef sztabu KG AK, z-ca dowódcy AK.
Do błędów zalicza zmianę godziny z nocy na popołudnie, silniejsze punkty oporu mogły być zdobyte tylko w nocy. Decyzja wybuchu powstania -zbyt późna- broń planowo wysyłano w teren. Liczył na to, że Rosjanie ruszą albo pod naciskiem aliantów, albo w ich własnym interesie. Nic nie wiedział o postanowieniach w Teheranie. Bardzo przeżył śmierć syna w powstaniu (student architektury, poległ 17 wrzesnia’44- pułk „Baszty”).

Gen.Kazimierz Sosnkowski, Naczelny Wódz.
Relacjonuje interesującą rozmowę z 2 sierpnia’44 odbytą pod Rzymem z d-cą Frontu Śródziemnomorskiego Marszałkiem Wilsonem, który rzekomo zaproponował przerzucenie całego II Korpusu drogą powietrzną do Polski.

Mjr. Eugeniusz Arciuszkiewicz, d-ca polskiego dywizjonu 301.
„Rosjanie nie zezwalali na lądowanie w terenie przez nich zajętym. Woleli czekać na Pradze z bronią u nogi, aż Niemcy zniszczą Warszawę. Może to był rodzaj odwetu za ich klęskę w 1920r w pobliżu tego miasta?”. Straty dywizjonu 301 podczas niesienia pomocy powstaniu były: 15 załóg (90 ludzi), czyli 150% stanu wyjściowego, tylko jedna załoga ze stanu wyjściowego przeżyła okres powstania (ok. 15% zrzutów trafiało do powstanców).

Adam Romer, dyr. Biura Prezydialnego Rady Ministrów RP w Londynie:
”Mikołajczyk uważał, że najważniejszą rzeczą było umożliwienie rządowi powrotu do Polski. Wtedy, w najgorszym razie, zaistniałaby sytuacja taka, jaka była między Rosją a Finlandią. Finlandia, po utracie znacznej części terytorium, zachowała niepodległość, będąc w pewnej zależności od Związku Sowieckiego”.

Ppłk. Roman M. Niedzielski, „Żywiciel”, kmdt. Obwodu Żolibórz:
”Cały czas liczyliśmy się z tym, że akcja zacznie się w nocy, a tu powstanie w biały dzień! A my bylismy w willowej dzielnicy, z ogrodami, z odkrytymi, obszernymi terenami. To było zabójstwo! „Monter” (…) bagatelizował siły przeciwnika. Kiedy (…)podoficerowie (…) skarżyli się na brak broni to powiedział: „Musicie sobie zdobyć broń, idąc nawet z kijami i pałkami a ci, którzy są do tego nie zdolni, pójdą pod sąd”

Kpt. Bohdan Kwiatkowski, ”Lewar”, szef sztabu KO Śródmieście-Południe:
”W okolicy Wilczej i Kruczej żądano $20 w złocie za niepełny kubek wody. (…) ok. 10% umarło z głodu, a jednak w niektórych piwnicach urządzano uczty”.

Kpr.pchor. Janina Pierre-Skrzyńska, łączniczka Zgrupowania „Sosny”
, wrażenia z końca powstania: „Napotykałyśmy wszędzie przeraźliwie smutne obrazy. Niewypowiedziana nędza otaczała nas zewsząd. Nędza tych ludzi brudnych, przerażonych, wrogich, którym pozostało tak mało człowieczeństwa. Słyszałyśmy coraz częstsze narzekania, skargi, liczne przekleństwa rzucane w naszą stronę, bo to przez nas stało się to ogólne nieszczęście”.

Heinrich Himmler, d-a Armii Rezerwowej III Rzeszy, (21 wrzesnia’44-przemówienie do d-ców i komendantów szkół oficerskich:
„Od pięciu tygodni toczymy walkę o Warszawę(…)Jest to najcięższa walka, jaką prowadziliśmy od początku wojny. Porównywalna jest tylko z walkami w Stalingradzie. Tak jest ciężka.” Dalej powoływał się na „walkę w Warszawie pod dowództwem Polaka Bora (…) której przykładem moglibyśmy się sami podbudować i w tej postawie nieulegania nigdy, nawet w najcięższych warunkach i niezłomnej wiary w zwycięstwo powinniśmy wychowywać naszą młodzież”.
George Kennan, Minister-radca ambasady USA w Moskwie:
”Paradoksalnym powodem, dla którego alianci odnosili się z niechęcią do Polaków, był fakt, że Polacy tak bardzo chcieli obronić swoją niepodległość. Chcieli żeby Polacy stawiali opór Niemcom, ale poddali się Rosjanom. Sądziłem, iż zamiast nakłaniać biednego Mikołajczyka, żeby zrobił coś, co byłoby haniebnym sprzedaniem własnej ojczyzny Rosjanom, powinnyśmy zatrzymać im pomoc i wyrzec się odpowiedzialności”

_____________

Jacek K. Matysiak