OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Artykuły i Komentarze

O rewolucji seksualnej, homolobby i odejściu od Tradycji. Benedykt XVI o przyczynach kryzysu Kościoła [PEŁNY TEKST PO POLSKU]

Amerykańska stacja EWTN opublikowała angielską wersję listu autorstwa Benedykta XVI, w którym obszernie przedstawia podstawy kryzysu, jaki dotknął Kościół w sferze seksualnej. Zdaniem papieża emeryta, do przyczyn obecnych skandali zaliczyć należy m.in. odrzucenie tradycji na rzecz „nowocześnie pojmowanego Kościoła” czy idee seksualnej rewolucji lat ’60, które przeniknęły w struktury Kościoła. Benedykt XVI wskazuje także na problem homoseksualnych sieci, które zawiązały się w części seminariów. Portal PCh24.pl w całości przetłumaczył list na język polski. Oto jego treść:

Od 21 lutego do 24 lutego na zaproszenie papieża Franciszka przewodniczący konferencji biskupów świata zebrali się w Watykanie, by przedyskutować obecny kryzys wiary i Kościoła; kryzys doświadczany na całym świecie po szokujących doniesieniach o nadużyciach popełnianych przez duchownych w stosunku do nieletnich.

Skala i powaga nagłośnionych incydentów głęboko zmartwiła księży, jak również świeckich i spowodowała, że niejeden człowiek poddał w wątpliwość samą wiarę Kościoła. Koniecznością było wysłanie mocnego przesłania i znalezienie nowego początku, by na nowo uczynić Kościół naprawdę wiarygodnym jako światło wśród narodów i siłę w służbie przeciwko siłom zniszczenia.

Ponieważ sam służyłem na odpowiedzialnym stanowisku jako pasterz Kościoła w czasie publicznego wystąpienia kryzysu i w okresie go poprzedzającym, musiałem zadać sobie pytanie – chociaż jako emeryt nie jestem już bezpośrednio odpowiedzialny – co mógłbym wnieść do nowego początku.

Stąd po tym, gdy ogłoszono spotkanie przewodniczących konferencji biskupów, przygotowałem notatki, dzięki którym mógłbym ofiarować jedną lub dwie uwagi, aby wspomóc w tej trudnej godzinie.

Po skontaktowaniu się z Sekretarzem Stanu, Kardynałem [Pietro] Parolinem i samym Ojcem Świętym [Papieżem Franciszkiem] wydawało się stosowne opublikowanie tego tekstu w „Klerusblatt” [miesięczniku dla duchowieństwa w większości bawarskich diecezji]

Moje uwagi dzielą się na trzy części.

W pierwszej części moim celem jest krótkie przedstawienie szerszego kontekstu społecznego kwestii, bez którego nie można zrozumieć problemu. Próbuję pokazać, że w latach sześćdziesiątych XX wieku doszło do ważnego wydarzenia na skalę w historii bezprecedensową. Można powiedzieć, że w ciągu 20 lat od 1960 roku do roku 1980 dotychczasowe standardy normatywne dotyczące seksualności zawaliły się całkowicie i pojawiła się nowa normalność, która do tej pory była przedmiotem żmudnych usiłowań zmierzających ku zamętowi.

W drugiej części zamierzam wskazać wpływ tej sytuacji na formację księży i ich życie.

W końcu w trzeciej części chciałbym rozwinąć pewne perspektywy właściwej reakcji ze strony Kościoła.

I.

(1) Sprawa zaczyna się wraz z zalecanym i wspieranym przez państwa wprowadzaniem dzieci i młodzieży w naturę seksualności. W Niemczech ówczesna minister zdrowia, pani [Käte] Strobel, zleciła realizację filmu, w którym wszystko to, co poprzednio nie było dopuszczane do publicznego pokazu, łącznie ze stosunkiem seksualnym, było teraz pokazane dla celów edukacyjnych. To, co z początku było jedynie przeznaczone dla seksualnej edukacji młodzieży, w konsekwencji stało się powszechnie akceptowane jako realna opcja.

Podobne skutki osiągnięto dzięki „Sexkoffer”, które opublikował rząd Austrii [kontrowersyjną „walizeczkę” materiałów do edukacji seksualnej, jakiej używano w austriackich szkołach pod koniec lat 80-tych]. Filmy erotyczne i pornograficzne stały się następnie zjawiskiem powszechnym do tego stopnia, że wyświetlano je w kinach prezentujących kroniki filmowe [Bahnhofskinos]. Do tej pory pamiętam, jak idąc pewnego dnia przez miasto Regensburg widziałem tłumy ludzi stojące w kolejce przed dużym kinem – coś, co wcześniej widzieliśmy tylko w czasach wojny – kiedy miano nadzieję na specjalny przydział. Pamiętam także, jak przyjechałem do miast w Wielki Piątek roku 1970 i zobaczyłem wszystkie bilbordy oklejone plakatami dwojga kompletnie nagich ludzi w ścisłym objęciu.

Wśród wolności, do których w swojej walce dążyła rewolucja roku 1968, była ta powszechna wolność seksualna, taka, która już nie uznawała żadnych norm.

Upadek umysłowy był także powiązany ze skłonnością do przemocy. To dlatego filmy erotyczne nie były już dopuszczalne w samolotach, gdyż groziło to wybuchem przemocy wśród małej wspólnoty pasażerów. A ponieważ ubranie w tamtym czasie również prowokowało do agresji, dyrektorzy szkół także usiłowali wprowadzić mundurki szkolne, mając na uwadze stworzenie atmosfery sprzyjającej uczeniu się.

Częścią fizjonomii rewolucji roku 1968 było to, że pedofilia została wówczas także zdiagnozowana jako dopuszczalna i właściwa.

Dla młodych ludzi w Kościele, ale nie tylko dla nich, był to na wiele sposobów bardzo trudny czas. Zawsze zastanawiałem się, w jaki sposób młodzi ludzie w tej sytuacji mogą zbliżyć się do kapłaństwa i przyjąć je ze wszystkimi jego konsekwencjami. Powszechny upadek następnego pokolenia księży w tamtych latach i bardzo wysoka liczba sekularyzacji były konsekwencjami całego tego rozwoju wydarzeń.

(2) Jednocześnie, niezależnie od tego rozwoju wydarzeń, katolicka teologia moralna ucierpiała z powodu upadku, który sprawił, że Kościół stał się bezbronny wobec tych zmian w społeczeństwie. Spróbuję krótko naszkicować trajektorię tego rozwoju.

Do Soboru Watykańskiego II katolicka teologia moralna była w głównej mierze ufundowana na prawie naturalnym, gdy Pismo Święte było jedynie przytaczane dla kontekstu czy uzasadnienia. W soborowych zmaganiach o nowe zrozumienie Objawienia, opcja prawa naturalnego została w głównej mierze porzucona, a domagano się teologii moralnej opartej całkowicie na Biblii.

Wciąż pamiętam, jak wydział jezuicki we Frankfurcie kształcił bardzo utalentowanego księdza (Bruno Schüllera) w celu opracowania moralności opartej całkowicie na Piśmie Świętym. Piękna rozprawa księdza Schüllera pokazuje pierwszy krok ku budowaniu moralności opartej na Piśmie Świętym. Ksiądz Schüller został potem wysłany do Ameryki na dalsze studia i powrócił zdając sobie sprawę, że nie można wyrazić systematycznie moralności na podstawie tylko Biblii. Usiłował potem stworzyć bardziej pragmatyczną teologię moralną, nie potrafiąc dostarczyć odpowiedzi na kryzys moralności.

Ostatecznie główna hipoteza, że moralność ma być określana wyłącznie celami ludzkich działań, zwyciężyła. Choć stare powiedzenie, że „cel określa środki” nie zostało potwierdzone w tej surowej formie, to jego sposób myślenia stał się ostateczny. W konsekwencji nie mogło już być niczego, co stanowiłoby absolutne dobro, tak jak niczego, co byłoby fundamentalnie złe; [mogły być] jedynie relatywne oceny wartości. Nie było już [absolutnego] dobra, jedynie to, co względnie lepsze, zależne od chwili i okoliczności.

Kryzys uzasadnienia i przedstawienia moralności katolickiej osiągnął dramatyczne proporcje w latach 80-tych i 90-tych. 5 stycznia 1989 roku opublikowano „Deklarację kolońską”, podpisaną przez 15 profesorów teologii. Skupiała się ona na różnych punktach kryzysowych w relacjach między biskupim magisterium a zadaniem teologii. [Reakcje na ten tekst], które z początku nie wykraczały poza zwykły poziom protestów, bardzo szybko zamieniły się w krzyk przeciwko Magisterium Kościoła i osiągnęły, w sposób wyraźny i widoczny, potencjał globalnego protestu przeciwko spodziewanym tekstom doktrynalnym Jana Pawła II (por. D Mieth, Kölner Erklärung, LThK, VI3, s. 196) [LTHK to Lexikon für Theologie und Kirche, niemieckojęzyczny „Leksykon of teologii i Kościoła”, którego redaktorami byli m.in. Karl Rahner i kardynał Walter Kasper].

Papież Jan Paweł II, który bardzo dobrze znał sytuację teologii moralnej i uważnie ją śledził, zlecił pracę nad encykliką, która uporządkowałaby te sprawy na nowo. Została ona opublikowana pod tytułem Veritatis splendor 6 sierpnia 1993 roku i wywołała gwałtowny sprzeciw części teologów moralnych. Wcześniej „Katechizm Kościoła Katolickiego” już przedstawiał przekonująco, w sposób systematyczny, moralność głoszoną przez Kościół.

Nigdy nie zapomnę tego, jak wówczas wiodący niemiecki teolog moralny, Franz Böckle, wróciwszy do swej rodzimej Szwajcarii po przejściu na emeryturę, ogłosił – mając na uwadze możliwe decyzje encykliki Veritatis splendor – że jeśli encyklika określi, iż istnieją działania, które zawsze i we wszystkich okolicznościach należy zaklasyfikować jako złe, zakwestionuje ją używając wszystkich dostępnych mu zasobów.

Miłosierny Bóg zapobiegł w realizacji jego postanowienia; Böckle zmarł 8 lipca 1991 roku. Encyklika została opublikowana 6 sierpnia 1993 roku i w istocie zawierała określenie, że istnieją działania, które nigdy nie mogą stać się dobre.

Papież był w pełni świadom znaczenia tej decyzji w tamtej chwili i ponownie konsultował tę część tekstu z wiodącymi specjalistami, którzy nie brali udziału w redagowaniu encykliki. Wiedział, że nie może zostawić żadnych wątpliwości co do faktu, że rachunek moralny związany z wyważeniem dóbr musi uwzględniać ostateczną granicę. Istnieją dobra, które nigdy nie są przedmiotem kompromisu.

Istnieją wartości, których nigdy nie wolno porzucać dla większej wartości, a nawet stoją wyżej niż zachowanie życia cielesnego. Istnieje męczeństwo. Wiara w Boga dotyczy czegoś więcej niż tylko zwykłego fizycznego przetrwania. Życie, które zostałoby kupione za cenę zaparcia się Boga, życie, które opierałoby się na ostatecznym kłamstwie, jest nie-życiem.

Męczeństwo jest podstawową kategorią chrześcijańskiej egzystencji. Fakt, że męczeństwo już nie jest moralnie konieczne według teorii promowanej przez Böckle’a i wielu innych, pokazuje, że zagrożona jest tutaj sama istota chrześcijaństwa.

W teologii moralnej jednakże w międzyczasie stała się pilna kolejna kwestia: otóż powszechną akceptację zyskiwała hipoteza, że Magisterium Kościoła powinno mieć ostateczną kompetencję („nieomylność”) jedynie w kwestiach dotyczących samej wiary; (zgodnie z tym poglądem) kwestie dotyczące moralności powinny nie podpadać pod zakres nieomylnych decyzji Magisterium Kościoła. Jest prawdopodobnie w tej hipotezie coś słusznego, co uzasadnia dalszą dyskusję. Ale istnieje minimalny zestaw zasad moralnych, który jest nierozerwalnie powiązany z fundamentalną zasadą wiary i który musi być broniony, jeśli wiara nie ma być sprowadzona do teorii, ale uznana w swoich roszczeniach do konkretnego życia.

Wszystko to ukazuje, jak zasadniczo kwestionuje się autorytet Kościoła w kwestiach moralności. Ci, którzy odmawiają Kościołowi ostatecznej kompetencji nauczycielskiej w tej dziedzinie, zmuszają go do milczenia właśnie tam, gdzie granica pomiędzy prawdą a kłamstwem jest zagrożona.

Niezależnie do tej kwestii, w wielu kręgach teologii moralnej wykładano hipotezę, że Kościół nie ma i nie może mieć swojej własnej moralności. Argumentowano to tym, że wszystkie hipotezy moralne będą także istnieć paralelnie w innych religiach, a zatem chrześcijańska cecha moralności nie może istnieć. Jednak kwestia wyjątkowej natury moralności biblijnej nie znajduje odpowiedzi w fakcie, że dla każdego jednego zdania można także znaleźć paralelę w innych religiach. Raczej to cała moralność biblijna jest jako taka nowa i różna od swoich pojedynczych części.

Moralna doktryna Pisma Świętego ma swoją wyjątkowość ostatecznie stwierdzoną w swoim wiernym trwaniu przy obrazie Boga, w wierze w jednego Boga, który ukazał się w Jezusie Chrystusie i który żył jako człowiek. Dekalog jest zastosowaniem biblijnej wiary w Boga do ludzkiego życia. Obraz Boga i moralności stanowią całość i stąd ich wynikiem jest konkretna zmiana chrześcijańskiej postawy wobec świata i ludzkiego życia. Ponadto chrześcijaństwo było opisywane od początku słowem hodós [greckim słowem na oznaczenie drogi, często stosowanym w Nowym Testamencie w rozumieniu ścieżki rozwoju].

Wiara jest podróżą i drogą życia. W starym Kościele katechumenat został stworzony jako środowisko przeciwko coraz bardziej zdemoralizowanej kulturze, w której charakterystyczne i świeże aspekty chrześcijańskiej drogi życia były praktykowane i jednocześnie chronione przed powszechną drogą życia. Sądzę, że nawet dzisiaj coś takiego jak wspólnoty katechumenalne są koniecznością, aby życie chrześcijańskie mogło ukazać się na swój sposób.

II.

Początkowe reakcje kościelne

(1) Długo przygotowywany i trwający proces rozpadu chrześcijańskiej koncepcji moralności był – jak próbowałem pokazać – naznaczony bezprzykładnym radykalizmem w latach 60-tych XX wieku. Ten rozpad moralnego autorytetu nauczycielskiego Kościoła siłą rzeczy musiał mieć wpływ na różnorodne dziedziny Kościoła. W kontekście spotkania przewodniczących konferencji biskupów z całego świata z papieżem Franciszkiem kwestia życia kapłańskiego, jak również kwestia seminariów, ma szczególne znaczenie. Jeśli chodzi o problem przygotowania do posługi kapłańskiej w seminariach mamy w rzeczywistości do czynienia z dalekosiężnym załamaniem poprzedniej formy tego przygotowania.

W różnych seminariach ustanowiono kliki homoseksualne, które działały mniej lub bardziej otwarcie i znacząco zmieniły klimat w seminariach. W jednym z seminariów w południowych Niemczech kandydaci do kapłaństwa i kandydaci do świeckiej posługi jako specjaliści duszpasterscy [Pastoralreferent] mieszkali razem. Na wspólnych posiłkach klerycy i specjaliści duszpasterscy jedli razem, żonaci spośród świeckich w towarzystwie swoich żon i dzieci, a od czasu do czasu swych dziewczyn. Klimat w tym seminarium nie mógł zapewnić wsparcia do przygotowania do powołania kapłańskiego. Stolica Apostolska wiedziała o takich problemach, nie będąc informowana szczegółowo. Jako pierwszy krok zorganizowano wizytację apostolską w seminariach w Stanach Zjednoczonych.

Ponieważ kryteria wyboru i powołania biskupów także zmieniły się po Soborze Watykańskim II, relacja biskupów z ich klerykami była także bardzo odmienna. Ponadto kryterium powołania nowych biskupów była „koncyliarność”, która oczywiście mogła być rozumiana jako coś, co oznacza różne rzeczy.

W istocie w wielu częściach Kościoła postawy koncyliarne rozumiano jako takie, które oznaczają posiadanie krytycznego czy negatywnego stosunku do istniejącej dotąd tradycji, która miała teraz być zastąpiona nową, radykalnie otwartą relacją ze światem. Jeden z biskupów, który wcześniej był rektorem seminarium, zorganizował pokaz filmów pornograficznych dla kleryków, rzekomo z zamiarem uodpornienia ich w ten sposób na zachowania przeciwne wierze.

Byli – nie tylko w Stanach Zjednoczonych Ameryki – pojedynczy biskupi, którzy odrzucali tradycję katolicką jako całość i dążyli do zapoczątkowania nowej, nowoczesnej „katolickości” w swoich diecezjach. Być może warto wspomnieć, że w niejednym seminarium studenci przyłapani na czytaniu moich książek byli uważani za niezdolnych do kapłaństwa. Moje książki były chowane, jak zła literatura, i jedynie czytane pod ławką.

Wizytacje, które się odbyły, nie przyniosły nowych spostrzeżeń, najwidoczniej dlatego, że różne siły połączyły się, by ukryć prawdziwą sytuację. Zlecono drugą wizytację i przyniosła ona znacznie więcej spostrzeżeń, ale generalnie nie osiągnęła jakichkolwiek rezultatów. Niemniej jednak od lat 70-tych sytuacja w seminariach generalnie się poprawiła. A mimo to wystąpiły tylko odosobnione przypadki nowego wzmocnienia powołań kapłańskich, gdy ogólna sytuacja przybrała inny obrót.

(2) Kwestia pedofilii, jak pamiętam, nie stała się poważna, aż do drugiej połowy lat osiemdziesiątych. W międzyczasie stała się ona już sprawą publiczną w Stanach Zjednoczonych do tego stopnia, że biskupi w Rzymie szukali pomocy, gdyż prawo kanoniczne w takiej postaci, w jakiej jest ono zapisane w nowym (1983 r.) Kodeksie, wydawało się niewystarczające do podjęcia koniecznych środków.

Rzym i rzymscy specjaliści prawa kanonicznego z początku mieli trudność z tymi sprawami, w ich opinii bowiem tymczasowa suspensa urzędu kapłańskiego musiała wystarczyć w doprowadzeniu do oczyszczenia i wyjaśnienia. Tego nie mogli przyjąć biskupi amerykańscy, gdyż kapłani pozostawali w ten sposób w służbie biskupa i tym samym mogli być traktowani jako tacy, którzy wciąż są bezpośrednio z nim związani. Odnowa i pogłębienie umyślnie luźno skonstruowanego prawa karnego nowego Kodeksu zaczynała dopiero powoli nabierać kształtu.

Dodatkowo jednakże istniał podstawowy problem w postrzeganiu prawa karnego. Tylko tak zwany „gwarantyzm” [rodzaj protekcjonizmu proceduralnego] był wciąż uważany za „koncyliarny”. Oznacza to, że ponad wszystko prawa oskarżonego musiały być zagwarantowane do tego stopnia, że faktycznie wykluczało to w ogóle jakiekolwiek skazanie. W ramach przeciwwagi dla często nieadekwatnych opcji obrony, jakie były dostępne oskarżonym teologom, ich prawo do obrony poprzez gwarantyzm zostało rozszerzone do takiego stopnia, że skazania były praktycznie niemożliwe.

Pozwolę sobie w tym momencie na krótką dygresję. W świetle skali wykroczeń pedofilskich, z uwagą spotkało się ponownie słowo Jezusa, które mówi: „A kto by stał się powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu lepiej byłoby kamień młyński uwiązać u szyi i wrzucić go w morze” (Mk 9,42).

Wyrażenie „mali” w języku Jezusa oznacza zwykłych wierzących, którzy mogą być wprawieni w konfuzję w swojej wierze intelektualną arogancją tych, którzy myślą, że są inteligentni. A więc tutaj Jezus chroni depozyt wiary stanowczą groźbą kary dla tych, którzy wyrządzają mu szkodę.

Współczesne użycie tego zdania nie jest samo w sobie mylne, ale nie może ona zaciemniać pierwotnego znaczenia. W tym znaczeniu staje się jasne, przeciwnie do jakiegokolwiek gwarantyzmu, że nie tylko prawo oskarżonych jest ważne i wymaga gwarancji. Wielkie dobra, takie jak wiara, są równie ważne.

Zrównoważone prawo kanoniczne, które odpowiada całemu przesłaniu Jezusa musi zatem nie tylko dostarczać gwarancji oskarżonym, do których szacunek jest dobrem prawnym. Musi także chronić wiarę, która jest także ważnym atutem. Właściwie ukształtowane prawo kanoniczne musi zatem zawierać podwójną gwarancję – prawnej ochrony oskarżonych, prawną ochronę zagrożonego dobra. Jeśli dzisiaj ktoś przedstawia tę z natury jasną koncepcję, generalnie trafia ona w próżnię, kiedy dochodzi do kwestii ochrony wiary jako dobra prawnego. W ogólnej świadomości prawa wiara już nie okazuje się mieć rangi dobra wymagającego ochrony. Jest to sytuacja alarmująca, którą należy wziąć pod uwagę i którą pasterze Kościoła muszą potraktować poważnie.

Chciałbym teraz dodać do tych krótkich spostrzeżeń o sytuacji kapłańskiej formacji w czasie publicznego wybuchu kryzysu kilka uwag dotyczących rozwoju prawa kanonicznego w tej kwestii.

Zasadniczo Kongregacja ds. Duchowieństwa jest odpowiedzialna za zajmowanie się przestępstwami popełnianymi przez kapłanów. Ale ponieważ gwarantyzm w tym czasie w dużym stopniu zdominował sytuację, zgodziłem się z papieżem Janem Pawłem II, że stosowne było przydzielenie kompetencji w przypadku tych przestępstw Kongregacji Nauki Wiary pod tytułem Delicta maiora contra fidem.

Takie ustalenia umożliwiły także nakładanie maksymalnej kary, tj. wykluczenia z duchowieństwa, która nie mogła być nałożona na mocy innych prawnych warunków. Nie był to trik umożliwiający nakładanie maksymalnych kar, ale jest to konsekwencja znaczenia wiary dla Kościoła. W rzeczywistości ważne jest dostrzeżenie, że takie złe prowadzenie się ze strony duchownych ostatecznie niszczy wiarę.

Jedynie wówczas, kiedy wiara nie określa już działań człowieka, takie przestępstwa są możliwe.

Surowość kary jednakże także zakłada wyraźny dowód przestępstwa – ten aspekt gwarantyzmu pozostaje w mocy.

Innymi słowy, aby nałożyć maksymalną karę zgodnie z prawem, wymagany jest autentyczny proces karny. Jednak zarówno diecezje, jak i Stolica Apostolska były przytłoczone takim wymogiem. Sformułowaliśmy zatem minimalny poziom postępowań karnych i zostawiliśmy otwartą możliwość, że sama Stolica Apostolska przejmie proces tam, gdzie diecezja albo administrator metropolitalny nie jest zdolny go przeprowadzić. W każdym przypadku proces musiałby być zrewidowany przez Kongregację Nauki Wiary, aby zagwarantować prawa oskarżonego. Ostatecznie w Feria IV (tj. w zgromadzeniu członków Kongregacji) ustanowiliśmy instancję odwoławczą, aby zapewnić możliwość odwołania.

Ponieważ to wszystko w rzeczywistości przekroczyło zdolności Kongregacji Nauki Wiary i ponieważ powstały opóźnienia, którym należało zapobiec w związku z naturą sprawy, papież Franciszek przedsięwziął kolejne reformy.

III.

(1) Co należy zrobić? Może powinniśmy stworzyć drugi Kościół, by wszystko zaczęło działać? Cóż, już podjęto taki eksperyment i już zakończył się niepowodzeniem. Jedynie posłuszeństwo i miłość do naszego Pana, Jezusa Chrystusa, może wskazać drogę. A więc najpierw spróbujmy zrozumieć na nowo i od wewnątrz [wśród nas], czego chce Pan i czego oczekuje w naszym przypadku.

Po pierwsze sugerowałbym rzecz następującą: Gdybyśmy naprawdę chcieli bardzo krótko streścić treść wiary wyłożoną w Biblii, moglibyśmy zrobić tak stwierdzając, że Pan zapoczątkował narrację miłości z nami i chce włączyć w nią całe stworzenie. Siła przeciwdziałająca złu, które stanowi zagrożenia dla nas i całego świata, może jedynie polegać na naszym wejściu w tę miłość. Jest to prawdziwa siła przeciwdziałająca złu. Moc zła wynika z naszej odmowy kochania Boga. Ten, kto powierza się miłości Boga, zostaje odkupiony. Nasze istnienie nieodkupione jest konsekwencją naszej niezdolności kochania Boga. Nauka kochania Boga jest zatem ścieżką do ludzkiego odkupienia.

Spróbujmy teraz odsłonić tę zasadniczą treść Bożego objawienia odrobinę bardziej. Możemy wówczas powiedzieć, że pierwszym fundamentalnym darem, jaki wiara nam ofiaruje, jest pewność, że Bóg istnieje.

Świat pozbawiony Boga może jedynie być światem pozbawionym znaczenia. Albowiem skąd wszystko, co jest, się wywodzi? W każdym razie nie ma on żadnego celu duchowego. W jakiś sposób jest i nie ma ani celu, ani sensu. W takim razie nie ma żadnych standardów dobra czy zła. W takim razie tylko to, co jest silniejsze niż inni, może zaznaczyć swój autorytet. Władza jest zatem jedyną zasadą. Prawda się nie liczy, w rzeczywistości nie istnieje. Jedynie wówczas, gdy rzeczy mają przyczynę duchową, są zamierzone i stworzone – tylko wówczas, gdy istnieje Bóg Stwórca, który jest dobry i chce dobra – może życie człowieka także mieć sens.

To, że istnieje Bóg jako stwórca i miara wszechrzeczy, jest przede wszystkim pierwotną potrzebą. Jednak Bóg, który w ogóle by siebie nie wyrażał, który nie dałby siebie poznać, pozostałby przypuszczeniem i tym samym nie mógłby określić kształtu [Gestalt] naszego życia.

Jednak Bóg, który nie wyrażałby siebie w ogóle, który nie dałby siebie poznać, pozostałby założeniem i tym samym nie mógłby określić kształtu naszego życia. Aby Bóg był rzeczywistym Bogiem w tym celowym stworzeniu, musimy liczyć na Niego, że w jakiś sposób siebie wyrazi. Uczynił tak na wiele sposobów, ale zdecydowanie w wołaniu, które doszło do Abrahama i dało ludziom szukającym Boga orientację, wiodącą poza wszelkie oczekiwania: sam Bóg staje się stworzeniem, mówi jako człowiek z nami, istotami ludzkimi.

W ten sposób zdanie „Bóg jest” ostatecznie zamienia się w prawdziwie radosne przesłanie, właśnie dlatego, że jest On czymś więcej niż rozumieniem, ponieważ stwarza miłość – i jest miłością. Sprawienie, by ludzie ponownie byli tego świadomi, jest pierwszym i podstawowym zadaniem powierzonym nam przez Pana.

Społeczeństwo bez Boga – społeczeństwo, które nie zna Go i traktuje Go jako nieistniejącego – jest społeczeństwem, które gubi swoją miarę. W naszych czasach ukuto powiedzenie: Bóg umarł. Kiedy Bóg faktycznie umiera w społeczeństwie, staje się ono wolne – zapewniano nas. W rzeczywistości śmierć Boga w społeczeństwie także oznacza koniec wolności, ponieważ to, co umiera jest celem, który zapewnia orientację. I ponieważ znika busola, która wskazuje nam właściwy kierunek, ucząc nas odróżniania dobra od zła. Społeczeństwo Zachodu jest społeczeństwem, w którym Bóg jest nieobecny w sferze publicznej i nie ma nic, co mógłby mu zaoferować. I dlatego jest to społeczeństwo, w którym miara człowieczeństwa jest coraz bardziej gubiona. W indywidualnych punktach staje się nagle jasne, że to, co złe i niszczy człowieka, stało się rzeczą naturalną.

Tak jest w przypadku pedofilii. Jeszcze niedawno teoretyzowano o niej jako o czymś całkiem uzasadnionym, dziś rozprzestrzenia się coraz bardziej. A teraz uświadamiamy sobie z szokiem, że naszym dzieciom i młodym ludziom przytrafiają się rzeczy, które grożą ich zniszczeniem. Fakt, że mogło się to także rozprzestrzenić w Kościele i wśród księży, powinien niepokoić nas w szczególności.

Dlaczego pedofilia osiągnęła takie proporcje? Ostatecznym powodem jest brak Boga. My, chrześcijanie i księża, także wolimy nie rozmawiać o Bogu, ponieważ taka mowa nie wydaje się praktyczna. Po wstrząsie II wojny światowej my w Niemczech wciąż wyraźnie ustaliliśmy naszą Konstytucję jako mającą zobowiązania wobec Boga będącego zasadą przewodnią. Pół wieku później okazało się, że niemożliwe jest w konstytucji europejskiej włączenie zobowiązania wobec Boga jako zasady przewodniej. Bóg jest postrzegany jako partyjny interes małej grupki i nie stanowi już przewodniej zasady dla wspólnoty jako całości. Ta decyzja odzwierciedla sytuację na Zachodzie, gdzie Bóg stał się prywatną sprawą mniejszości.

Nadrzędnym zadaniem, które musi być wynikiem moralnych wstrząsów naszych czasów, jest to, byśmy ponownie zaczęli żyć według Boga i ku Niemu. Nade wszystko my sami musimy nauczyć się ponownie uznawać Boga za fundament naszego życia, zamiast zostawiać Go na boku jako w jakiś sposób nieskuteczne wyrażenie. Nigdy nie zapomnę ostrzeżenia, jakie wielki teolog Hans Urs von Balthasar kiedyś napisał dla mnie na jednej ze stron swego listu. „Nie zakładaj z góry Boga w trzech osobach: Ojca, Syna i Ducha Świętego, ale uobecniaj Go!”. Istotnie w teologii Bóg jest często traktowany naturalnie jako oczywistość, ale konkretnie nikt się Nim nie zajmuje. Temat Boga wydaje się tak nierealny, tak daleki od rzeczy, które nas zajmują. A jednak wszystko staje się odmienne, jeśli ktoś nie zakłada z góry Boga, ale Go uobecnia; nie zostawiając Go w jakiś sposób w tle, ale uznając Go za centrum naszych myśli, słów i działań.

(2) Bóg stał się człowiekiem dla nas. Człowiek jako Jego stworzenie jest tak blisko Jego serca, że zjednoczył się z nim i stąd wkroczył w ludzką historię w bardzo praktyczny sposób. Rozmawia z nami, żyje z nami, cierpi z nami i wziął na siebie za nas śmierć. Mówimy o tym szczegółowo w teologii przy pomocy uczonych słów i myśli. Ale właśnie w ten sposób ryzykujemy, że staniemy się panami wiary, zamiast przeżyć odnowę i być opanowanym przez wiarę.

Zastanówmy się nad tym uwzględniwszy centralne zagadnienie, jakim jest odprawianie Świętej Eucharystii. Nasze podejście do Eucharystii może jedynie budzić niepokój. Sobór Watykański II słusznie skupił się na przywróceniu tego sakramentu Obecności Ciała i Krwi Chrystusa, Obecności Jego Osoby, Jego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania do centrum życia chrześcijańskiego i samej egzystencji Kościoła. Częściowo to naprawdę się udało i powinniśmy być szczególnie za to Panu wdzięczni.

A jednak dominuje dość odmienne nastawienie. To, co przeważa, to nie nowa rewerencja dla obecności śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, ale sposób postępowania z Nim, który niszczy wspaniałość Misterium. Spadające uczestnictwo w uroczystościach niedzielnej Eucharystii pokazuje, jak niewiele my, dzisiejsi chrześcijanie, wciąż wiemy o docenieniu wspaniałości daru, który polega na Jego rzeczywistej obecności. Eucharystia zostaje zdewaluowana do zwykłego ceremonialnego gestu, kiedy bierze się za oczywistość, że grzeczność wymaga, by ofiarować Go na rodzinnych uroczystościach czy przy okazjach takich jak śluby i pogrzeby wszystkim tym, którzy zostali zaproszeni z powodów rodzinnych.

Sposób, w jaki ludzie często po prostu przyjmują Najświętszy Sakrament w komunii siłą rzeczy pokazuje, że wielu postrzega komunię jako gest czysto ceremonialny. Zatem, kiedy myśli się o tym, jakie działanie jest wymagane przede wszystkim, jest raczej oczywiste, że nie potrzeba nam drugiego Kościoła naszego własnego projektu. To, czego potrzeba przede wszystkim, to odnowa wiary w rzeczywistość Jezusa Chrystusa danego nam w Najświętszym Sakramencie.

W rozmowach z ofiarami pedofilii dotkliwie uświadomiłem sobie ten najważniejszy wymóg. Młoda kobieta, która [wcześniej] usługiwała przy ołtarzu, opowiedziała mi, że kapelan, jej zwierzchnik w służbie ołtarza, zawsze inicjował molestowanie seksualne, jakiego dopuszczał się wobec niej, słowami: „To jest ciało moje, które będzie za ciebie wydane”.

To oczywiste, że ta kobieta nie może już słuchać tych słów konsekracji bez doświadczania ponownie tego całego straszliwego cierpienia molestowania. Tak, musimy natarczywie błagać Pana o przebaczenie i przede wszystkim musimy święcie wierzyć w Niego i prosić Go o nauczanie nas całkowicie na nowo zrozumienia wielkości Jego cierpień, Jego ofiary. I musimy zrobić wszystko, co można, by chronić dar Eucharystii Świętej przed nadużyciami.

(3) I w końcu mamy Misterium Kościoła. Zdanie, którym niemal sto lat temu Romano Guardini wyraził radosną nadzieję, jaka została wzbudzona w nim i w wielu innych, pozostaje niezapomniane: „Zaczęło się wydarzenie o nieocenionym znaczeniu; Kościół budzi się w duszach”.

Chciał przez to powiedzieć, że Kościoła nie doświadczano już i nie postrzegano jako jedynie zewnętrznego systemu, wkraczającego w nasze życie jako rodzaj władzy, ale że zaczął on być postrzegany jako ten, który jest uobecniany w ludzkich sercach – jako coś nie tylko zewnętrznego, ale wewnętrznie nas poruszającego. Około pół wieku później, rozważając ten proces i spoglądając na to, co się wydarzyło, miałem pokusę, by zmienić to zdanie: „Kościół umiera w duszach”.

Istotnie Kościół dzisiaj jest powszechnie postrzegany jako po prostu jakiś rodzaj aparatu politycznego. Mówi się o nim niemal wyłącznie w kategoriach politycznych, a to ma zastosowanie nawet do biskupów, którzy formułują koncepcje Kościoła jutra niemal wyłącznie w terminologii politycznej. Kryzys spowodowany wieloma przypadkami nadużyć ze strony duchownych skłania nas do postrzegania Kościoła jako czegoś niemal niemożliwego do przyjęcia, co musimy teraz wziąć w nasze dłonie i zaprojektować na nowo. Ale własnoręcznie zmajstrowany Kościół nie może stanowić nadziei.

Sam Jezus porównał Kościół do sieci, w której dobre i złe ryby zostaną ostatecznie oddzielone przez samego Boga. Jest także przypowieść o Kościele jako polu, na którym rośnie dobre ziarno, które posiał Bóg, ale także chwasty, które potajemnie na nim zasiał „nieprzyjaciel”. Istotnie chwasty na Bożym polu, Kościele, są widoczne ponad miarę, a złe ryby w sieci także pokazują swą moc. Tym niemniej pole wciąż jest Bożym polem, a sieć jest Bożą siecią. I przez cały czas są nie tylko chwasty i złe ryby, ale także Boże uprawy i dobre ryby. Głoszenie obu tych rzeczy z naciskiem nie jest fałszywą formą apologetyki, ale konieczną służbą dla Prawdy.

W tym kontekście konieczne jest odwołanie się do ważnego tekstu w Apokalipsie św. Jana. Diabeł jest określony jako oskarżyciel, który oskarża naszych braci przed Bogiem dniem i nocą (Ap 12,10). W ten sposób Apokalipsa św. Jana podejmuje myśl z centrum ramowej narracji Księgi Hioba (Hi 1 i 2, 10; 42,7-16). W tej księdze diabeł dążył do pomniejszenia prawości Hioba przed Bogiem jako czegoś jedynie zewnętrznego. I to właśnie ma do powiedzenia Apokalipsa: Diabeł chce udowodnić, że nie ma prawych ludzi; że cała prawość ludzi jest tylko pokazana na zewnątrz. Gdyby tylko można bardziej ograniczyć się do samej osoby, wówczas jej sprawiedliwość szybko by upadła.

Opowieść w Księdze Hioba zaczyna się od dysputy pomiędzy Bogiem a diabłem, w której Bóg mówi o Hiobie jako prawdziwie prawym człowieku. Teraz zostanie on użyty jako przykład, by sprawdzić, kto ma rację. Jeśli zabierze się jego dobra, zobaczysz, że nic nie pozostanie z jego pobożności – argumentuje diabeł. Bóg pozwala mu na tę próbę, z której Hiob wyłania się w pozytywnym świetle. Teraz diabeł naciska dalej i mówi: „Skóra za skórę. Wszystko, co człowiek posiada, odda za swoje życie. Wyciągnij, proszę rękę i dotnij jego kości i ciała. Na pewno Ci w twarz będzie złorzeczył” (Hi 2,4-5).

Bóg daje diabłu drugą szansę. Może także dotknąć skóry Hioba. Jedynie wzbronione jest mu zabijanie Hioba. Dla chrześcijan jest jasne, że tym Hiobem, który stoi przed Bogiem jako przykład dla całej ludzkości, jest Jezus Chrystus. W Apokalipsie św. Jana dramat ludzkości jest przedstawiony nam w całej swojej rozciągłości.

Bóg Stwórca jest skonfrontowany z diabłem, który mówi źle o całej ludzkości i całym stworzeniu. Mówi nie tylko do Boga, ale nade wszystko do ludzi: Spójrzcie, co ten Bóg zrobił! Pozornie dobre stworzenie, ale w rzeczywistości pełne biedy i obrzydzenia. To dyskredytowanie stworzenia jest w rzeczywistości dyskredytowaniem Boga. Chce się tutaj dowieść, że sam Bóg nie jest dobry i w ten sposób odwrócić nas od Niego.

Stosowność pory, o której Apokalipsa nam tutaj mówi, jest oczywista. Dzisiaj oskarżenie wymierzone w Boga jest nade wszystko charakteryzowaniem Jego Kościoła jako całkowicie złego i w ten sposób odwodzeniem nas od niego. Idea lepszego Kościoła stworzonego przez nas jest w rzeczywistości propozycją diabła, przy pomocy której chce nas odwieść od Boga żywego, poprzez oszukańczą logikę, na którą zbyt łatwo dajemy się nabierać. Nie, nawet dzisiaj Kościół nie składa się z tylko złych ryb i chwastów. Kościół Boży istnieje także dzisiaj i dzisiaj jest on tym właśnie narzędziem, dzięki któremu Bóg nas zbawia.

Bardzo ważne jest przeciwstawianie się kłamstwom i półprawdom diabła pełną prawdą: Tak, jest grzech w Kościele i zło. Ale nawet dzisiaj jest święty Kościół, który jest niezniszczalny. Wciąż istnieje wielu ludzi, którzy pokornie wierzą, cierpią i kochają, w których prawdziwy Bóg, kochający Bóg, pokazuje się nam. Dzisiaj Bóg także ma swoich świadków (martyres) na świecie. Musimy tylko być czujni, by ich zobaczyć i usłyszeć.

Słowo męczennik jest zapożyczone z prawa proceduralnego. W procesie przeciwko diabłu Jezus Chrystus jest pierwszym i rzeczywistym świadkiem Boga, pierwszym męczennikiem, za którym poszła niezliczona rzesza innych.

Dzisiaj Kościół jest bardziej niż kiedykolwiek „Kościołem męczenników” i w ten sposób świadkiem Boga żywego. Jeśli się rozejrzymy i wsłuchamy uważnym sercem, będziemy mogli dzisiaj odnaleźć świadków wszędzie, szczególnie pośród zwykłych ludzi, ale także w wysokich rangach Kościoła, którzy stają w obronie Boga swoim życiem i cierpieniem. To inercja serca sprawia, że nie pragniemy ich rozpoznać. Jednym z wielkich i zasadniczych zadań naszej ewangelizacji jest – na tyle, na ile potrafimy – ustanowienie siedlisk wiary i nade wszystko znalezienie ich i rozpoznanie.

Mieszkam w domu w małej wspólnocie ludzi, którzy stale odkrywają takich świadków Boga żywego w codziennym życiu i którzy radośnie wskazują na to również i mi. Widzieć i odkryć żywy Kościół jest cudownym zadaniem, które wielokrotnie wzmacnia nas i daje nam radość w naszej wierze.

Pod koniec moich refleksji chciałbym podziękować papieżowi Franciszkowi za wszystko, co robi, by pokazać nam ciągle na nowo światło Boga, które nie znikło, nawet dzisiaj. Dziękuję Ci, Ojcze Święty!

Benedykt XVI

Dokument ten został pierwotnie opublikowany po angielsku przez EWTN

Źródło: LifeSiteNews

Tłum. z j. angielskiego: Jan J. Franczak PCh24.pl

Watykan w ramach walki z antysemityzmem zrehabilituje… faryzeuszy? Wiele na to wskazuje!

W dniach od 7 do 9 maja Papieski Instytut Biblijny wraz z Uniwersytetem Gregoriańskim przy wsparciu Global Jewish Advocacy, episkopatu włoskiego oraz portalu VERBUM organizuje drugą część Międzynarodowej Konferencji „Jezus i faryzeusze: ponowna ocena interdyscyplinarna”. Kilka dni temu odbyła się pierwsza jej część, poświęcona omówieniu książki żydowskich redaktorów, którzy napisali „Adnotowany Nowy Testament Żydowski”. Autorzy zabiegają o… rehabilitację faryzeuszy.

Konferencja ma skupić m.in. żydowskich, protestanckich i katolickich uczonych z Argentyny, Austrii, Kanady, Kolumbii, Niemiec, Indii, Izraela, Włoch, Holandii i Stanów Zjednoczonych. Poświęcona będzie – jak czytamy na stronie gregorianfoundation.org – źródłom i znaczeniom określenia „faryzeusz” w różnych językach. Następnie uczestnicy mają zbadać różne starożytne źródła dotyczące faryzeuszy (od Józefa Flawiusza poprzez dane archeologiczne po „Nowy Testament” i literaturę rabiniczną).

Po dyskusji okrągłego stołu na temat wyników dotyczących oceny faryzeuszy, druga część konferencji poświęcona będzie Wirkungsgeschichte (historycznej interpretacji i jej skutkom), od literatury patrystycznej przez średniowieczne interpretacje żydowskie, po sztuki pasyjne, filmy, książki religijne i homiletykę. W końcu uczestnicy mają przyjrzeć się „możliwym sposobom prezentowania faryzeuszy w mniej nieadekwatny sposób w przyszłości” (less inadequately).

Cruxnow.com pisze, że założony przez Piusa X w 1909 r. Papieski Instytut Biblijny podczas majowej konferencji będzie dążył do „zniesienia uprzedzeń otaczających faryzeuszy, starożytnych prekursorów rabinów z Nowego Testamentu”.

O planowanej konferencji poinformowano w ubiegłą środę. Spotkanie zakończy się 9 maja prywatną audiencją uczestników u Franciszka.

Przedstawiając ideę majowej konferencji, ojciec Etienne Vetö, dyrektor Centrum Studiów Judaistycznych Uniwersytetu Gregoriańskiego, podkreślił związek między „negatywnymi stereotypami” starożytnych faryzeuszy a współczesnym antysemityzmem.

– Powszechnie termin „faryzeusz” jest często używany w znaczeniu „obłudny, moralizatorski, moralnie rygorystyczny, przywiązany do pozorów w religii, przywiązany do rytuału, nawet wróg Jezusa, ale historia i badania biblijne pokazują, że ten powszechny pogląd jest w rzeczywistości błędny – powiedział duchowny.

– Stawka jest bardzo wysoka dla naszego zrozumienia chrześcijaństwa i współczesnego judaizmu, który ma swoje korzenie w ruchu faryzejskim – przekonywał ojciec dyrektor twierdząc, że „antysemityzm jest związany z historycznie niepoprawnym poglądem na temat faryzeuszy”.
Na tropie „uprzedzeń”

Profesor Amy-Jill Levine, ekspertka od „Nowego Testamentu Żydowskiego” z Uniwersytetu Vanderbilt, członek Komitetu Organizacyjnego konferencji, podkreśliła potrzebę przetłumaczenia odkryć naukowych dotyczących sposobu prezentowania faryzeuszy przez chrześcijańskich przywódców.

– Zbyt wielu seminarzystów wydaje się niewystarczająco wyedukowanych, jak nauczać o faryzeuszach. Zbyt mało księży i ​​kaznodziejów ma związki z Żydami. Gdy słyszymy negatywne komentarze na temat faryzeuszy w kościele, zwykle mówimy po prostu: „amen”. Nasze uszy nie są wyczulone na uprzedzenia – ubolewała.

Śmiejąc się, Levine zasugerowała, że dobrym pomysłem byłoby pilnowanie przez Żydów duchownych wygłaszających kazania, by wyłapywać „uprzedzenia”. Mówiła, że dobrze byłoby, gdyby świadkiem każdej Mszy katolickiej na świecie mógłby być przynajmniej jeden Żyd, który sprawdzałby te „tendencje”. – Ale nas tam nie ma – podkreśliła.

Zauważyła, że „​​zła fama” otaczająca faryzeuszy jest szczególnie ironiczna, biorąc pod uwagę, że być może najbardziej znanym starożytnym faryzeuszem był nie kto inny jak Szaweł z Tarsu, czyli św. Paweł. Gdybyśmy znali tylko jego, stwierdziła, „sądzilibyśmy, że faryzeusze są fantastyczni”.

– Ale macie także Ewangelie – dodała w środę na konferencji prasowej tłumacząc, że faryzeusze są tam często przedstawiani jako rywale i wrogowie Jezusa.

Ostatecznie profesor dała wyraźnie do zrozumienia, dlaczego jej zdaniem chrześcijanie powinni przemyśleć swoje „uprzedzenia” wobec tej starożytnej grupy żydowskiej. – Po pierwsze, Jezus wygląda idealnie dobrze. Nie potrzebuje negatywnego obrazu. Po drugie: „Nie powinienem dawać fałszywego świadectwa przeciwko mojemu bliźniemu” – stwierdziła.

Żydowska uczona wyraziła nadzieję, że zmiany odnośnie postrzegania faryzeuszy nastąpią w całym chrześcijaństwie.

Joseph Sievers, który naucza w Papieskim Instytucie Biblijnym, podkreślił, że wszystkie dowody sugerują, iż Franciszek pała „niekwestionowaną miłością” do Żydów i judaizmu.

– Od jego przyjaźni w Argentynie do tego, jak mówił [jako papież] i tak dalej, pozytywna strona jest oczywiście znacznie silniejsza – zauważył. Język papieski o faryzeuszach [Franciszek często tak nazywa tych, którzy bronią nauczania Kościoła w sprawie małżeństwa] jak powiedział Sievers, jest „szczegółem”, podczas gdy jego miłość jest „podstawową postawą”.

– Chcemy zaoferować wizję, która jest bardziej dopracowana, aby mieć wpływ na zmiany dla ludzi… może dla naszego dobrego przyjaciela Franciszka – konstatował.

Levine dała dobrą radę chrześcijanom, którzy będą mówić o faryzeuszach, zwłaszcza duchownym, by wyobrazili sobie, że słuchają ich małe, cudne żydowskie dzieci. – Wyobraźcie sobie te piękne, drogie dzieci, które tam siedzą, słuchając was… Nie mówcie nic, co by te cudne dzieci skrzywdziło – wskazała.

Jeśli to nie przyniosłoby rezultatu, poradziła, by seminarzyści wyobrazili sobie ją siedzącą z tyłu kościoła, wrażliwą na każde ich słowo o faryzeuszach.

27 marca w czasie audiencji ogólnej, Amy-Jill Levine oraz Marc Zvi Brettler, profesor studiów judaistycznych na Uniwersytecie Duke, autorzy „Adnotowanego Nowego Testamentu Żydowskiego” wręczyli swoją książkę papieżowi Franciszkowi. Następnego dnia praca była szczegółowo omawiana na konferencji zorganizowanej w Aula Magna Uniwersytetu Gregoriańskiego z udziałem profesora Pina di Luccio SJ i Biju Sebastiana SJ. Wydarzenie zostało zorganizowane przez profesora Jean-Pierre Sonneta, SJ i profesora Luca Mazzinghiego, a współfinansowane przez Wydział Teologii Uniwersytetu Gregoriańskiego oraz Centrum Studiów Judaistycznych Kardynała Bea.

„Adnotowany Nowy Testament Żydowski” zawiera przypisy siedemdziesięciu żydowskich uczonych, wskazujących wszystkie te fragmenty Nowego Testamentu, które autorzy uznali za niemożliwe do przyjęcia.

Ta praca ma być ukłonem w kierunku „pełnego szacunku i wzbogaconego dialogu, a tym samym stanowi ważny wkład w stosunki żydowsko-chrześcijańskie” – czytamy na stronach gregorianfoundation.org.

Opracowanie ukazało się nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Oksfordzkiego. Ponad 800-stronicową pracę przygotowali tak naprawdę rabini z Australii, Izraela oraz z Ameryki Północnej i Południowej.

Zarówno inicjatorzy, jak i wydawcy książki pochodzą ze Stanów Zjednoczonych: M. Z. Brettler jest profesorem studiów judaistycznych na Uniwersytecie Duke w Durham na terenie Północnej Karolinye, a A.-J. Levine wykłada Nowy Testament w Kolegium Sztuk i Nauki w Nashville (stan Tennessee), a także – jako pierwsza Żydówka – gościnnie w Papieskim Instytucie Biblijnym w Rzymie.

Zdaniem obojga profesorów, opracowanie nie mogłoby powstać, gdyby nie zmiana nauczania zapoczątkowana soborową Deklaracją o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich „Nostra Aetate” – i późniejszymi dokumentami.
Kim właściwie byli faryzeusze?

Dobrze wyjaśnia to prof. Robert de Mattei: „Gdy Jezus zaczął nauczać, świat żydowski był podzielony na wiele różnych nurtów, o których wspomina Pismo Święte jak i historycy, np. Józef Flawiusz (37-100 p. Chr.) w „Starożytnościach żydowskich” i „Wojnie żydowskiej”. Głównymi grupami byli faryzeusze i saduceusze. Faryzeusze przestrzegali nakazów religijnych w najdrobniejszych szczegółach, utracili jednak ducha Prawdy. Byli dumnymi ludźmi, fałszującymi proroctwa dotyczące nadejścia Mesjasza i interpretowali prawo Boże zgodnie ze swymi własnymi opiniami”.

W Ewangelii według św. Mateusza istnieją trzy wzmianki o saduceuszach, Marek wspomina o nich tylko raz, choć faryzeusze w tych Ewangeliach pojawiają się wielokrotnie. W rozdziale 23 Ewangelii według św. Mateusza znajduje się otwarte oskarżenie pod ich adresem: „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz pomijacie to, co ważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę. To zaś należało czynić, a tamtego nie opuszczać”.

Komentując ten fragment św. Tomasz z Akwinu tłumaczy, że faryzeusze nie zostali zganieni przez Pana za to, że składali dziesięcinę, „ale za to, że lekceważyli ważniejsze, a mianowicie duchowe przykazania. Dlatego wyraźnie powiedział: I to należało czynić, i tamtego nie opuszczać. Jak zaznacza, św. Jan Chryzostom, chodzi tu raczej o stosowność aniżeli o obowiązek” (Summa Theologica, II-IIae, q. 87 ad 3).

Święty Augustyn, odnosząc się do opisu faryzeusza przedstawianego przez św. Łukasza (18,10-14), stwierdzał, że nie został on potępiony ze względu na jego czyny, ale dlatego, że chełpił się swoją domniemaną świętością (List 121 1,3). Święty Augustyn tłumaczył także, że faryzeusz nie został potępiony za post (Łk 18,11), ale „dlatego, że wyniósł się, nadął pychą wobec celnika” (List 36 3,7). W istocie, „poszczenie dwukrotnie w ciągu tygodnia jest w przypadku osoby takiej, jak faryzeusz, pozbawione zasługi, podczas gdy dla pokornego wiernego czy osoby skromnej jest to aktem religijnym. Nawet jeśli Ewangelia nie mówi o potępieniu faryzeusza, tylko o usprawiedliwieniu celnika” (List 36 4,7).

Najbardziej syntetyczną definicję faryzeusza otrzymaliśmy z rąk św. Bonawentury: Pharisaeus significat illos qui propter opera exteriora se reputant bonos; et ideo non habent lacrymas compunctionis” (Kazanie De S. Maria Magdalena, Opera omnia, Ad Claras Aquas, t. IX). „Faryzeuszami są ci, którzy uważają się za dobrych przez wzgląd na swe zewnętrzne dzieła, a tym samym nie posiadają łez skruchy”.

Jezus potępił faryzeuszy, ponieważ znał ich serca: byli grzesznikami uważającymi się za świętych. Pan chciał nauczyć swoich uczniów, że samo spełnianie dzieł zewnętrznych nie wystarcza. To, co czyni akt dobrym, to nie tylko jego przedmiot, ale i intencja. Nie mniej prawdą jest, że dobry uczynek nie wystarcza jeśli brakuje mu dobrej intencji, prawdą jest też, że nie wystarczą dobre intencje, jeśli nie towarzyszą im dobre dzieła. Stronnictwo faryzeuszy – do którego należał Gamaliel, Nikodem i Józef z Arymatei, jak i sam św. Paweł – było lepsze od stronnictwa saduceuszy, ponieważ pomimo swej hipokryzji darzyło prawa szacunkiem. Natomiast saduceusze – do których zaliczali się także arcykapłani Annasz i Kajfasz – nimi pogardzali. Faryzeusze byli dumnymi konserwatystami, saduceusze byli niewierzącymi progresistami, obydwa stronnictwa łączyło odrzucenie boskiej misji Jezusa (Mt 3,7-10).

Kim są faryzeusze i saduceusze naszych czasów? Możemy odpowiedzieć z pewnością: to ci, którzy przed, w trakcie i po synodzie próbowali (i dalej będą próbować) zmienić praktykę Kościoła, a przez to jego doktrynę dotyczącą małżeństwa i rodziny.

Jezus ogłosił nierozerwalność małżeństwa, opierając je na przywróceniu prawa naturalnego, od którego odeszli Żydzi. Wzmocnił je podnosząc więź małżeńską do rangi sakramentu. Faryzeusze i saduceusze odrzucając nauczanie Jezusa, zaprzeczyli Jego boskim słowom – zastąpili je własnymi opiniami. Fałszywie odwoływali się do Mojżesza, tak, jak innowatorzy naszych czasów sięgają do domniemywanej tradycji pierwszych wieków, fałszując w ten sposób historię i doktrynę Kościoła.

Dlatego mężny biskup, obrońca ortodoksyjnej wiary – biskup Athanasius Schneider – pisał o pojawieniu się „praktyki neomozaistycznej”: nowi uczniowie Mojżesza i faryzeuszy – pod pozorem takich określeń jak: „droga rozeznania”, „towarzyszenie”, „wytyczne biskupa”, „dialog z kapłanem”, „forum internum”, „pełniejsza integracja w życie Kościoła” – faktycznie podważyli nierozerwalność małżeństwa i niejako zawiesili szóste przykazanie, zapowiadając możliwość zdjęcia odpowiedzialności za grzeszne współżycie z osób, żyjących w nieuregulowanych związkach (zob. „Raport końcowy”, 84-84)” – komentował włoski uczony.

W związku z zachodzącymi zmianami i aspiracjami żydowskich czy islamskich uczonych warto pamiętać o rewolucji, jaką zainicjował papież Franciszek, zmieniając wcześniejsze dokumenty poprzedników odnośnie kształcenia w seminariach, czyli o nowej Konstytucji Veritatis Gaudium.

Źródła: gregorianafoundation.org, cruxnow.com, KAI, PCh24.pl.

Agnieszka Stelmach

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2019-04-08)

Konrad Rękas: O ratowaniu Żydów

Czy koniecznie trzeba było ratować Żydów?

Jeśli Szanowny Czytelnik sądzi, że tytułowe pytanie jest retoryczne – to jest łaskaw się mylić.

Dyskusja na ten temat zadzierzgnęła się przy okazji wspomnienia przez prof. Adama Wielomskiego osoby marszałka Filipa Petaina, podczas II wojny światowej szefa Państwa Francuskiego. Obok rytualnie stawianych mu (Petainowi, nie Wielomskiemu) jawnie absurdalnych zarzutów „zdrady” czy nawet „tchórzostwa” (sic!) pojawia się też cyklicznie krytyka za niedostateczne wysiłki na rzecz ratowania francuskich Żydów, czy wręcz współudział (choćby bierny) w ich zagładzie. W istocie niektórzy Polacy potrafią przyłączać się w takich momentach do propagandystów przemysłu holocaustu w ewidentnym rozżaleniu: „Francja to za okupacji miała życie jak w Madrycie, wymordować ich nie chcieli, strat takich nie ponosili, a jeszcze tak wielu Francuzów oficjalnie pomagało w likwidacji Żydów, a tak mało się o tym mówi, nikt Francji wciąż publicznie nie upokarza, nie piętnuje, nie domaga się zapłaty ogromnych rekompensat, TO NIE FAIR!”. Ha, oczywiście można by takie żale zbyć wzruszeniem ramion i banalną uwagą, że przecież życie (zwłaszcza polityczno-finansowe) z całą pewnością fair nie jest, nie będzie i być nie zamierza. A jednak – skoro już przykład francuski się pojawił, to może powinniśmy wyciągnąć z niego jakąś naukę, niechby i tylko historyczną?

Obcy w naszym kraju

Przejdźmy bowiem od rozżalenia do ustalenia faktów: my nie mieliśmy w Polsce Petaina, ponieśliśmy ogromne straty, bez żadnego sensu w naszej masie narodowej staraliśmy się chronić ludność żydowską – i jesteśmy publicznie upokarzani i piętnowani oraz zapłacimy ogromne odszkodowania środowiskom żydowskim. To nie lepiej było mieć Petaina?

Spójrzmy zresztą na konkrety. Sędziwy marszałek starał się wszak chronić Żydów-obywateli francuskich, w tamtejszej specyfice zresztą przeważnie zasymilowanych, natomiast nie widział podstaw i możliwości by szerzej interweniować w ochronie żydowskiej ludności napływowej. Pod tym względem podobną politykę prowadził również np. regent Węgier Miklos Horthy. Na ziemiach polskich nawet osiadła ludność żydowska – miała charakter napływowy, w perspektywie co najwyżej jednego-dwóch pokoleń. Byli to bowiem w ogromnej mierze tak zwani litwacy, wygrani na tereny na przełomie XIX/XX z rosyjskiej strefy osiedlenia, też w dużej mierze utworzonej na obszarach zagarniętych Rzeczypospolitej w trakcie rozbiorów. Odziedziczyliśmy te tysiące żydowskiej biedoty i średniaków wprost po zaborcy, otrzymując ludność całkowicie obcą polskości czy nawet jakiejkolwiek miejscowej kulturze mniejszościowej, nie poczuwającą się do żadnych obowiązków wobec Polski – czemu więc Polska i Polacy mieliby mieć jakiekolwiek obowiązki wobec tych ludzi?

Ochrona Żydów francuskich czy węgierskich przez tamtejsze rządy tradycjonalistyczne wynikała także z pobudek klasowo-towarzyskich, tj. przede wszystkim ze skutecznej asymilacji, a w każdym razie upodobnienia przeprowadzonego przez bogate oraz inteligenckie rodziny żydowskie Paryża i Budapesztu (gdzie było to z kolei dziedzictwo po monarchii habsburskiej, która przejęła po dawnej Rzeczypospolitej pozycję Paradisus Judaeorum). Wbrew popularnym przesądom zaś, zasymilowane żydostwo nie było wszak wyłącznie bazą dla komunistów. Żydowskie sfery majętne we Francji, na Węgrzech, we Włoszech, ale i w Polsce chętnie wspierały… konserwatystów. Konserwatywne dyktatury nie były bynajmniej zainteresowane pozbywaniem się swoich przyjaciół, sponsorów, a niekiedy wręcz krewnych. Znowu jednak – czy to był czynnik mogący zainteresować szerokie masy w którymkolwiek z tych krajów? Jeśli nawet, to raczej zniechęcająco, w łatwym do podsycenia, ale i zrozumienia odczuciu wrogości wobec plutokracji, niezależnie od jej narodowości.

Nawet we Francji więc – realny udział Francuzów w usuwaniu Żydów z kraju, zwłaszcza w strefie okupowanej miał charakter naturalny, spontaniczny i oddolny, zaś relacje Petaina z organizacjami prowadzącymi czynną akcję anty-żydowską (jak Milice Française) były nader chłodne. Fakt, że z czasem nacisk niemiecki skłonił organy Państwa Francuskiego do coraz większego zaangażowania, ale nawet najsłynniejsze tego przejawy, jak eksploatowana dziś przeciw Francji Operacja Vel d’Hiv, czyli udział policji francuskiej podległej rządowi w Vichy w obławie na żydowskich imigrantów unikających obowiązku rejestracyjnego – nadal miała być tylko ceną za uratowanie Żydów-obywateli francuskich (ceną, jak się okazało zwłaszcza po wejściu Niemców do zony nieokupowanej – niewystarczającą). Czy argumentujący na rzecz bezwzględnego obowiązku ochrony Żydów właśnie jako obywateli RP – nie powinni więc zrozumieć tego argumentu petainistów (bo nawet nie samego marszałka)? Skoro liczyć się miała przynależność państwowa – to takie były właśnie logiczne konsekwencje tego podejścia. A skoro okazało się, że nawet wobec Francji w oczach niemieckich argument państwowy musiał ustąpić wobec nadrzędności faktora ogólnie antyżydowskiego – to czy należało w takim razie równo próbować ratować wszystkich czy… nikogo?

Wariant rumuński

Dla porządku warto przy tym zauważyć, że odmienną drogę wybrała np. inna konserwatywna dyktatura w orbicie niemieckiej – Rumunia, czyli kraj o podobnej strukturze i skali problemu żydowskiego, co Polska. Niezasymilowani Żydzi stanowili wprawdzie jedynie ok 5 proc. całej populacji Rumunii, co jednak dawało średnio blisko 15 proc. mieszkańców miast, zaś w miastach Mołdawii – ok. 35 proc. (w Jassach nawet ok. 45 proc.). Występował więc podobny jak w Polsce mechanizm monopolu drobnego handlu i usług przez żydowską biedotę, przy jednocześnie silnej pozycji zasymilowanej/upodobnionej żydowskiej inteligencji i sfer finansowych, mających znaczne wpływy w państwie, zwłaszcza w okresie dyktatury króla Karola II i rządów jego kochanki, współczesnej Estery – Eleny (Magdy) Lupescu z domu Wolff. W takich realiach, przejąwszy władzę marszałek Ion Antonescu zdecydował się wykorzystać trudną sytuację międzynarodową swego państwa, by przynajmniej jednego kłopotu się pozbyć. Nic z tego, co podczas wojny wydarzyło się na okupowanych terenach polskich, żadna mityczna stodoła – nawet nie zbliżyły się skalą do pogromów w Jassach, w Bukareszcie, w Kiszyniowie czy w oddanej Rumunom Odessie. Czy dzięki temu obecnie położenie Rumunii jest gorsze niż Polski? Nie, naciski są bowiem mniej więcej zbliżone, fizycznie potencjalnych roszczeniobiorców występuje nieco mniej, a i tak realnie beneficjentami chcą zostać te same światowe organizacji wspierane przez USA i „Izrael”. Czy więc należało robić podczas wojny to samo co Rumuni? Niekoniecznie, ale jak się okazuje polska ofiarność i rumuński odwet ostatecznie doprowadziły nasze narody niemal do tej samej sytuacji międzynarodowej. W istocie bowiem nie ma większego znaczenia kto ilu Żydów uratował, a kto ilu zabił – skoro zostało ich dość, wystawiać rachunki i mają jeszcze za sobą osiłka, który dopilnuje spłaty.

Wracając więc do sporu rozpoczętego osobą Petaina, gdyby nawet podczas wojny uformowała się jakakolwiek polska reprezentacja polityczna wobec Niemców, to czy „dobry polski przywódca powinien pozwolić na wymordowanie części społeczeństwa?!” – bo i takie mocno oderwane od realiów pytanie padło. Oderwane, bo choćby do kolaboracji polskiej doszło – to przecież polskim „pozwalaniem” nikt, a już najmniej Niemcy – głowy by sobie nie zawracał. Kolaborując, jak widać – być może można by było wybierać w tej kwestii między drogą Petaina, drogą Antonescu, księdza Józefa Tiso albo (dajmy na to) nawet szlakiem kolejnego przywódcy Węgrów, Ferenca Szálasiego (zmieniającego także w kwestii żydowskiej politykę Horthy’ego) – a może żadnego wyboru by nie było, a wówczas kluczowe byłoby ratowanie substancji polskiej. Znacznie ważniejsze jest jednak nie gdybanie, tylko zastanowienie się nad historycznym przebiegiem zdarzeń, w którym i struktury polskiego państwa podziemnego, i Kościół katolicki, i organizacje obywatelskie, i wreszcie zwykli Polacy, spontanicznie nieśli pomoc ludności żydowskiej na skalę nieznaną reszcie Europy – i to pomimo represji przekraczających wyobrażenie kogokolwiek na świecie. Wobec tych powszechnie (ale, niestety tylko w Polsce i wśród Polaków) znanych faktów, najwyższy czas zadać pytanie:

CZY BYŁO WARTO?

Tak czy siak, mowa wszak o ludności, co do której nikt (może poza komunistami i socjalistami) przed wojną nie miał złudzeń – musiała z Polski zniknąć albo nigdy nie mielibyśmy szansy na rozwój. Historyczne zapóźnienie gospodarcze i cywilizacyjne Polski wynikało przecież także ze struktury społecznej charakteryzującej się m.in. nadmiarem i określonymi funkcjami ekonomicznymi ludności żydowskiej. Dalej – przedwojenny Wielki Kryzys był szczególnie dotkliwy dla Polski nie tylko ze względu na błędy decydentów polityki finansowej i gospodarczej kraju, ale również znowu przez strukturę społeczną, dodatkowo utrudniającą (przy braku reformy rolnej i uprzemysłowienia) rozładowanie kryzysu demograficznego polskiej wsi. I tak dalej. Niewidzenie roli czynnika żydowskiego w historii Polski jest tak samo głupie, jak jego przecenianie. A może głupsze – bo wynika nie z niewiedzy, tylko z czynnego oporu przed wiedzą. Żydzi, bez żadnej demonizacji, stanowili dla II RP ogromne cywilizacyjne, gospodarcze, społeczne i polityczne obciążenie i chociaż nikt nie zamierzał ich mordować, ani nawet szczególnie turbować – to po prostu w Polsce zostać nie mogli. Najliberalniej mówiąc – przynajmniej nie w takiej masie.

Czy więc ochroniło ich tylko (?) polskie chrześcijaństwo, miłosierdzie i solidaryzowanie się z ofiarami? Zapewne działało także poczucie wspólnoty wobec wspólnego wroga, wspólnotowe przekonanie, że nikt za nas zwłaszcza tak trudnych spraw załatwiać nie powinien (choć sami ich załatwić nie umieliśmy i pewnie po wojnie też byśmy tej zdolności nie nabyli…). Przede wszystkim jednak chyba skuteczny okazał się po prostu… czynnik ludzki. Często chroniło się nie anonimowych, niemal abstrakcyjnych Żydów – ale Ryfkę, koleżankę z klasy, czy tego miłego doktora Izraela z pierwszego piętra. To zawsze rozbrajało mityczny czy prawdziwy „polski antysemityzm” – nawet mając świadomość fundamentalnej, strategicznej sprzeczności interesów nie umieliśmy i nie chcieliśmy jej przenosić na relacje indywidualne, osobiste. To jak w tym jakże prawdziwym szmoncesie, w którym dla przeciętnego Polaka Żydzi to dranie, które zabiły Pana Jezusa i w dodatku rządzą, ale każdy z osobna znany osobiście Icek czy Mosiek do dusza człowiek, mistrz krawiecki i uczciwy kupiec – podczas gdy dla standardowego Żyda jego rodacy jako całość, to oczywiście naród wybrany, ale każdy z osobna jego członek, wspomnianych Icków i Mośków nie wyłączając – to oszust, złodziej i zakała, żeby go klątwa faraona wytłukła.

Ratowaliśmy więc po prostu… sąsiadów. Stąd właśnie tytuł osławionego antypolskiego paszkwilu obrócić się powinien przeciw jego autorowi i innym zwolennikom tezy rzekomej „winy polskiej”. Powinien, gdyby… faktyczna wina miała jakiekolwiek znaczenie. Mówmy bowiem poważnie: czegokolwiek by nie uczynili nasi przodkowie podczas wojny, ilu jeszcze żydowskich sąsiadów nie udałoby się uratować, ilu Polaków by przy tym nie zginęło – rachunek byłby DOKŁADNIE TAKI SAM. Na tym bowiem polega genialność tego interesu – że cena nie zmienia się w zależności od ilości towaru… wydanego. Ba, nie zależy nawet od tego czy nie została już wcześniej uiszczona. Jest nadawana odgórnie i może już tylko rosnąć. Będzie już tylko rosnąć.

Stąd też, nie oceniając niczyich indywidualnych wyborów, wynikających przeważnie z głębokiego przekonania, że po prostu wypada zachować się przyzwoicie – nie sposób nie nabrać do całego tego mechanizmu choć odrobiny zdrowego dystansu. Choćby zadając kolejne pytania – a co, gdy osobista decyzja o ukrywaniu żydowskiego kolegi, sąsiadów itd. – wywoływała szersze niż osobiste skutki? Jeśli w odwecie życie tracił nie tylko ukrywający, ale wszyscy mieszkańcy danej kamienicy? Albo cała wieś? Przecież to też było naruszenie absolutnie priorytetowej zasady ekonomii krwi i to naruszenie wręcz rabunkowe!

Tego zaś zawsze i za wszelką cenę należało unikać. A jeśli nie udało się wtedy – to przynajmniej na przyszłość. Aha, skoro zaś już jesteśmy przy ekonomii – to cudzych rachunków oczywiście nie płaćmy. Ni teraz, ni w przyszłości. No chyba, że tych, co przyjdą wyłudzać – też chcemy… ratować.

Konrad Rękas

Po co Polsce Izrael? – prof. Anna Raźny

Po co Polsce Izrael? To pytanie, które zadaje sobie w ostatnich dniach każdy rozumny i uczciwy Polak. Towarzyszy mu równie istotne drugie: czy Izrael zrobił kiedykolwiek coś dla Polski i dla polskich wartości cywilizacyjnych – czyli chrześcijańskich? Odpowiedź na drugie pytanie w świetle faktów jest negatywna i daje podstawę do negatywnej odpowiedzi na pierwsze. Jeśli Izrael – w przeciwieństwie do Polski, która realizuje jego interesy na forum międzynarodowym i w polityce wewnętrznej – nigdy niczego nie uczynił dla nas i dla naszych wartości cywilizacyjnych – to do czego jest nam potrzebny? Przecież wieki całe Polska istniała i rozwijała się pomyślnie bez Izraela. Tylko dlatego mamy popierać jego politykę, że egzotyczny i szkodliwy dla nas „strategiczny sojusz” z tym państewkiem bliskowschodnim zawarł Lech Kaczyński? Pora więc zrewidować jego sens na gruncie polskich interesów. Pora także przyjrzeć się potężnemu lobby żydowskiemu w Polsce, realizującemu interesy Izraela sprzeczne z polskimi. Być może w lobby tym jest więcej Polaków niż przypuszczamy, ponadto – nie obejmuje ono wszystkich polskich Żydów, wśród których są także lojalni wobec państwa polskiego i Polaków. „Strategicznego sojuszu” z Izraelem nie usprawiedliwia jeszcze bardziej „strategiczny sojusz” z USA. Wystarczy przypomnieć w tym miejscu samodzielną politykę Turcji należącej do NATO czy innych członków tego bloku i jednocześnie członków UE, popierających wbrew tandemowi USA-Izrael walkę Palestyńczyków o własne państwo, a także sprzeciwiających się zerwaniu paktu nuklearnego z Iranem. To, że w ramach „polsko-amerykańskiego sojuszu” nie ma miejsca na polską politykę wobec Izraela, Iranu i całego Bliskiego Wschodu – podobnie jak wobec Rosji i Ukrainy – jest winą wymienionego lobby, łączącego się w swych działaniach z lobby amerykańskim.

Trzeba zatem w różnych środowiskach dokonać odważnego rachunku zysków i strat w relacjach z Izraelem i uzależnić je wyłącznie od polskich korzyści i polskich wartości cywilizacyjnych. W tym miejscu rodzi się jednak pytanie fundamentalne: czy są możliwe jakiekolwiek polskie korzyści we współpracy z państwem terrorystycznym, okupującym cudze ziemie, obarczonym winą ludobójstwa dokonanego na Palestyńczykach, odpowiadającym wraz z USA i ich sojusznikami arabskimi za zniszczenie chrześcijaństwa na Bliskim Wschodzie (nade wszystko w Iraku i Syrii), posiadającym niekontrolowaną przez żadną instytucję międzynarodową broń nuklearną, łamiącym prawo międzynarodowe?” Czy jest możliwe osiągnięcie polskich korzyści z państwem, które uprawia w swojej polityce antypolonizm, zamanifestowany ostatnio przez jego najwyższe władze na – i po – antyirańskiej konferencji w Warszawie? Służalczy sojusz Polski z Izraelem jest potrzebny lobby izraelsko-żydowskiemu i amerykańskiemu w naszym kraju i poza nim. Te dwa środowiska czerpią bowiem z niego korzyści, nie zaś Polska. One też starają się utrzymywać polskie społeczeństwo w posłuszeństwie i strachu wobec swojej polityki, wykorzystując w dyscyplinowaniu Polaków trzy maczugi, opatrzone hasłami: 1. walka z antysemityzmem, 2. pamięć o II wojnie światowej to wyłącznie pamięć o holokauście oraz jego sprawcach głównych (Niemcy) i pomocniczych (Polska), 3. Zagrożeniem dla Polski jest Rosja, która przygotowuje się do wojny z nami.

Obecny kryzys na linii Polska-Izrael jest sprawdzianem siły tych dwóch lobby. Albo zwycięży ich interes, albo Polski. I tu wystarczy na wstępie odważne myślenie w świetle prawdy oraz rozumne działanie, aby Polska zachowała swoją godność i wypracowała suwerenność w polityce nie tylko bliskowschodniej, ale również wschodniej i unijnej. Nasza historia po 1989 roku mówi jednak, że elit rządzących naszym krajem nie stać ani na odważne myślenie w prawdzie, ani na rozumne działanie. Jest im całkowicie obca dewiza sapere auso. Jedynie zatem suweren może je wymienić przy urnie. Musi jednak podjąć trud samodzielnego myślenia według wartości, a co za tym idzie – odrzucenia paradygmatu amerykańsko-izraelskiego w polityce jako bezalternatywnego.

Najważniejsze nie dać się zastraszyć kłamstwom, intrygom, pogróżkom. Nie dać się na nowo zniewolić mitom o wybraniu przez ducha dziejów w historii ludzkości jednego narodu ponad inne narody i jednego państwa ponad inne państwa. Trzeba nieodmiennie powtarzać, że idea narodu wybranego ma znaczenie wyłącznie teologiczne, ale nawet na gruncie teologii nie jest zrozumiała wobec faktu, iż naród ten skazał Boga-Człowieka na śmierć krzyżową. Na każdym innym poziomie wszystkie narody są jednakowo równe w statusie swojego istnienia. Nie ma narodów złych i dobrych. Są jedynie narody, które – jak podkreślał prymas tysiąclecia Stefan Wyszyński – wciąż na nowo stają się w swym działaniu złe bądź dobre. Jeśli naród wybrany ma znaczenie wyłącznie teologiczne, to tym bardziej nie można mówić o analogicznym dla jego istoty „państwie wybranym”. Izrael powstał na gruncie prawa międzynarodowego i tylko w kategoriach tego prawa powinien być traktowany.

Oddzielny problem dla zastraszanego przez obcą propagandę polskiego społeczeństwa stanowi fałszywa – wymyślona przez wrogie chrześcijaństwu środowiska – koncepcja cywilizacji judeochrześcijańskiej, jakoby bliskiej Izraelowi. Wystarczy pobieżna wiedza z zakresu historii i teorii cywilizacji, aby odrzucić tę koncepcję. Nie było bowiem i nie ma takiej formy cywilizacyjnej i nie można jej stworzyć, gdyż nie pozwalają na to czynniki kształtujące cywilizację – całkowicie różne na gruncie judaizmu i chrześcijaństwa, wynikające z odmiennej filozofii człowieka i filozofii wartości. Poświadcza to choćby quincunx – pięciomian bytu zdefiniowany przez Feliksa Konecznego – łączący wartości podstawowe zarówno dla życia jednostki, jak i społeczeństwa: prawdę, dobro, piękno oraz zdrowie i dobrobyt. Każda z tych wartości na gruncie chrześcijaństwa ma chrystocentryczny wymiar, odrzucany przez judaizm. I to wystarczy, aby przestać mówić o cywilizacji judeochrześcijańskiej.

Aby nadać partnerski, oparty na prawie międzynarodowym, charakter stosunkom Polski z Izraelem należy zweryfikować polską dyplomację i szukać dróg naszego umocnienia na forum międzynarodowym. Nasza samotność w konflikcie z Izraelem to czerwona kartka dla elit rządzących Polską w imię obcych interesów. Nawet osławiona Grupa Wyszehradzka porzuciła Polskę, oskarżaną przez Izrael i USA o współudział w holokauście. Jej premierzy pojechali bez Polski do Jerozolimy – nieuznawanej przez ONZ stolicy Izraela – aby w prowokujący sposób załatwiać z nim swe drobne interesy. Tu nie wystarcz sama świadomość cynizmu jerozolimskich rozmówców, faktu, iż gospodarz spotkania bezpodstawnie oskarża Polskę o współudział w holokauście, a jego goście reprezentują państwa współpracujące z hitlerowskimi Niemcami. Tu jest konieczna dobrze przemyślana reakcja Warszawy. Możliwości mamy znikome, ale trzeba wziąć pod uwagę każdą. Najpoważniejszą i pozytywną dla nas w skutkach byłoby nawiązanie współpracy z Rosją. W sposób spektakularny należałoby wycofać się z antyrosyjskich pozycji. W zakresie minimum oznaczałoby to wykonalne w najbliższym czasie przyjęcie wobec Moskwy postawy Węgier czy Włoch. Współpraca Polski z Rosją byłaby dla nas kartą przetargową w relacjach nie tylko z USA i Izraelem, ale jednocześnie z Niemcami i Francją. Do tego trzeba jednak męża stanu na czele Polski, a nie prezesa jednej partii, który skoncentrował się ostatnio na budowie bliźniaczych wież w stolicy Polski ku czci swojego rodu – równolegle do postawienia w centrum Warszawy pomnika swojego brata, przyćmiewającego pomniki św. Jana Pawła II i Józefa Piłsudskiego. Do tego trzeba nade wszystko radykalnej wymiany składu polskiego parlamentu. Czy Polacy zdadzą historyczny egzamin przy urnie wyborczej? To pytanie wciąż otwarte.

Anna Raźny

Żydowscy mordercy gen. Fieldorfa „Nila” – Zamordowali i uciekli do Izraela

Generał August Emil Fieldorf „Nil” został aresztowany przez funkcjonariuszy UB 10 listopada 1950 r.

Dopiero 11 dni później Naczelna Prokuratura Wojskowa wydała formalny nakaz aresztowania Generała, podpisa ny przez prokurator ppłk. Heleną Wolińską.

15 lutego 1951 r.Wolińska – również bezprawnie – przedłużyła areszt gen. Fieldorfowi. Do jej wniosku w tej sprawie przychylili się sędziowie Wojskowe- go Sądu Rejonowego w Warszawie: płk Aleksander Warecki, mjr Mieczysław Widaj i mjr Zygmunt Wizelberg.

Helena Wolińska – Brus (Felicja (Fajga Mindla) Danielak), ps. Lena, ur. 28 lutego 1919 r. w Warszawie, zm. 26 listopada 2008 w Oksfordzie

– polska działaczka komunistyczna pochodzenia żydowskiego, prokurator, polityk, nauczyciel akademicki, oskarżająca w procesach politycznych okresu stalinizmu w Polsce Ludowej, w tym w tzw. mordach sądowych. Przedwojenna komunistka, w latach okupacji sowieckiej szefowa biura Sztabu Głównego Gwardii Ludowej i Armii Ludowej, zaraz po woj nie kierująca Wydziałem Ogólnym Komendy Głównej MO.

Do pracy w prokuraturze wojskowej przeszła zaraz po ukończeniu studiów prawniczych na UW w 1949 r. W ciągu 5 lat pracy w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej (do 1954 r.) była kolejno szefową kilku wydziałów tej instytucji, w tym Wydziału Kadr i Wyszkolenia.

Następnie przeszła do Prokuratury Generalnej, a później przez wiele lat wykładała w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR. Pierwszy komendant główny MO Franciszek Jóźwiak był jej ówczesnym mężem.

Po 1968 r. wyjechała z Polski wraz z kolejnym mężem, znanym żydowskim ekonomistą prof. Włodzimierzem Brusem, w jej pierwszym i trzecim związku małżeńskim.

Wolińska zmarła w Oksfordzie. Nie była sądzona w Polsce, Wielka Bry- tania odmówiła jej ekstradycji.

Prof. Włodzimierze Brus ( Beniamin Zylberberg) ur. 23 sierpnia 1921 w Płocku, zm. 31 sierpnia 2007 w Oksfordzie)

– ekonomista żydowskiego pochodzenia, wykładowca Oksfordu. Głównym dziełem Brusa jest książka „Od Marksa do rynku” (ang. „From Marx to the Market” 1989, wydanie polskie 1992) opracowana wspólnie z profesorem ekonomii Kazimierzem Łaskim,

Prof. Kazimierz Łaski urodził się w rodzinie żydowskiej jako Hendel Cygler.

— W okresie wojennym należał do Gwardii Ludowej. W latach 1945 – 19- 50 pracował w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, w którym od stanowiska referenta doszedł do funkcji naczelnika wydziału w Departamencie IV MBP. Służbę zakończył w stopniu majora.

W 1950 r. został oddelegowany do dyspozycji KC PZPR i skierowany do Instytutu Kształcenia Kadr Naukowych.

Sędzia Aleksander Warecki ( Warenhaupt),

— przedwojenny aplikant adwokacki w Krakowie, pochodzenia żydowskiego. W latach 1944-1945 był członkiem Sądu Polowego 4. Dywizji Piechoty Ludowego Wojska Polskiego, następnie kierował sądami wojskowymi w Katowicach i Wrocławiu, a w latach 1948 – 1952 był szefem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie. Zmarł w 1986 roku.

„Życie Warszawy” w nekrologu podało: „…odszedł płk A. Warecki, prawy, ofiarny i skromny…”.

Sędzia Mieczysław Widaj służył w Ludowym Wojsku Polskim.

— W latach 1949- 1952 był wiceszefem, następnie szefem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie, zaś w latach 1954-1956 wiceprezesem Na czelnego Sądu Wojskowego.

mjr Zygmunt Wizelberg urodzony 10.11.1914 r. w Krakowie.

— Absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie (1935 r.). Do wybuchu wojny (1939 r.) pracował jako aplikant adwokacki. Od 1941 r. w Armii Czerwonej pracował w Kazachstanie. Od maja 1944 r. w Ludowym Wojsku Polskim zajmował stanowiska w aparacie oświatowym i polityczno-wychowawczym.

Od 1946 r. w Wojskowej Prokuraturze Okręgowej na stanowiskach: asesora, oficera śledczego, podprokuratora i wiceprokuratora. Od 1951 r. w sądownictwie wojskowym na stanowisku sędziego w Wojskowym Sądzie Rejo nowym w Warszawie. W latach 1952 – 1957 pracował w Najwyższym Sądzie Wojskowym oraz Izbie Wojskowej Sądu Najwyższego w Warszawie.

Sędzia Wizelberg chcąc wykonać wcześniej przewidzianą „normę”, po sprawdzeniu danych personalnych podsądnego, zaczynał pisać uzasadnienie wyroku. Nie słuchał wyjaśnień oskarżonych ani mowy prokuratora i obrońcy, jeżeli tacy brali udział w procesie. Przez rok pracy jako sędzia zdążył skazać na śmierć co najmniej kilka osób, oraz wielu ludzi na pobyt w więzieniu.

13 grudnia 1950 r., na rozkaz dyrektora Departamentu Śledczego MBP płk . Józefa Różańskiego (Józefa Goldberga), gen. Fieldorf został osadzony w więzieniu przy ul. Rakowieckiej.

płk. Józef Różański (Józef Goldberg)

— oficer NKWD I Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP), członek nielegalnej Komunistycznej Partii Polski (KPP), gdzie pracował w Centralnym Biurze Żydowskim.

Już w czasie studiów rozpoczął współpracę z NKWD. Sam we własnoręcznym życiorysie podał swoje stanowisko w NKWD:

pracownik „gosudarstwiennoj biezopasnosti”.

W 1940 r. został wezwany do Lwowa, gdzie rozpoczął pracę w Oddziale Po litycznym NKWD dla polskich jeńców wojennych.

W 1939 r. – pełnił funkcję oficera polityczno-wychowawczego oraz służył za tłumacza. Słynął z donosicielstwa do NKWD na wszystkich, w tym tak- że swoich towarzyszy, za różne odchylenia. W tym czasie zaskarbił sobie względy późniejszego założyciela bezpieki – gen. NKWD Iwana Sierowa. 22 czerwca 1941 r. dobrowolnie wstąpił do Armii Czerwonej, a 27 czerwca został rozkazem Berii odwołany z powrotem do NKWD.

Po ataku Niemiec na ZSRR udał się wraz z lwowskim NKWD do obozu jeńców w Starobielsku, a następnie do Sarańska i Samarkandy. Latem 1941 r. w czasie ewakuacji więzień, jako funkcjonariusz NKWD brał udział w rozstrzeliwaniu więźniów, również Żydów, w kaźniach NKWD.

Łącznie NKWD zamordowało ok. 35 tys. uwięzionych. Np. w lwowskich kaźniach NKWD – Brygidki (więzienie), więzienie śledcze NKWD – Zamarystynów, więzienie na ulicy Łąckiego we Lwowie wymordowano ok 7 tys. więźniów,w Łucku ofiarą masakry padło około 2 tys. więźniów, w Wilnie około 2 tys., w Złoczowie około 700, w Dubnie około 1000, w Prawieniszkach 500 więźniów, oprócz tego w Drohobyczu, w Borysławiu, w Czortkowie, w Berezweczu, w Samborze, w Oleszycach, w Nadwórnej, w Brzeżanach.

W ciągu tygodnia, w czerwcu 1941 roku NKWD wymordowało w więzieniach co najmniej 14700 więźniów, na szlakach ewakuacyjnych zostało zamordowanych przeszło 20 tysięcy.

Różański później zbiegł w głąb ZSRR, gdzie aż do 1943 r. pracował w NKWD. Szybki awans w strukturach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego zawdzięczał temu, iż będąc dyspozycyjny wobec Bolesława Bieruta i Iwana Sierowa wykonywał posłusznie ich polecenia.

Ponurą sławę zdobyły metody śledcze Różańskiego – sprowadzały się one do dopasowywania materiału śledczego do wcześniej opracowanych tez oskarżenia. Zeznania były wydobywane za pomocą tortur, które Różański stosował powszechnie. Zyskał sobie miano człowieka bezwzględnego i nie- zwykle brutalnego – osoby przez niego przesłuchiwane mówiły, że był sadystą.

Jest absolutnie bezsporne, że Różański sam bił do krwi, tolerował bicie i podżegał do niego podwładnych mu funkcjonariuszy, bijąc w ich obecności. Jego istotną umiejętnością „zawodową” było psychiczne dręczenie ludzi w śledztwie i wydostawanie od nich tą drogą informacji, często fałszywych, których wcześniej nie podaliby nawet podczas tortur w katowniach gestapowskich.

Setki osób, przesłuchiwanych przez Różańskiego lub jego podwładnych, straciło życie lub zostało kalekami. Jego ofiarami byli również więźniowie Żydzi.

Różański osobiście nadzorował śledztwo w sprawie Witolda Pileckiego i jest faktycznym sprawcą skazania go na karę śmierci.

Swoimi „metodami śledczymi” (również torturami) Różański objął członków partii, których postanowiła wyeliminować ekipa Bieruta.

Jego ofiarami w tej wewnętrznej rozgrywce w PZPR stali się m.in. Marian Spychalski, Włodzimierz Lechowicz (sowiecki agent w aparacie Delegatury Rządu na Kraj, aresztowany 13 października 1948 roku na osobiste polecenie Bolesława Bieruta), Piotr Jaroszewicz.

Od jego nazwiska powstał termin „różańszczyzna” – stalinowskie metody śledczych, preparowania dowodów i fingowania procesów sądowych.

Zmarł 21 sierpnia 1981 roku w wyniku choroby nowotworowej, pochowany na cmentarzu żydowskim przy ulicy Okopowej w Warszawie.

Śledztwo w sprawie gen. Fieldorfa, za zgodą naczelnika Wydziału Śledcze go Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego ppłk. Ludwika Serkowskie- go, przejął ppor. Kazimierz Górski.

Ludwik Serkowski (ur. 13 sierpnia 1919 w Kłodnem, zm. 13 września 1990 w Warszawie)

– podpułkownik UB, oficer śledczy, zastępca szefa WUBP w Katowicach w latach 1952-1954.

W 1944 r. przeszedł szkolenie w ośrodku NKWD w Kujbyszewie. Od 2 wrze śnia 1944 r. pracownik Sekcji Śledczej Resortu Bezpieczeństwa Publiczne- go, od grudnia 1945 kierował sekcją jednego z wydziałów MBP.

Od 1947 r. zastępca naczelnika, a od 1949 r. naczelnik Wydziału II Departamentu Śledczego MBP. W latach 1951-1952 naczelnik Wydziału III tego departamentu. W listopadzie 1952 r. przeniesiony do Katowic na zastęp- cę szefa WUBP, 1 VII 1954 r. powrócił do centrali MBP w Warszawie. W latach 1954-1956 służył w MO.

Uchwałą Prezydium KRN z 17 września 1946 r. odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Kazimierz Górski

– śledczy, przesłuchiwał i torturował generała Fieldorfa i sporządził akt oskarżenia. Mieszkał do śmierci w Warszawie ani razu nie będąc wzywany na przesłuchanie w sprawie zbrodni, której się dopuścił, nie mówiąc już nawet o postawieniu go w stan oskarżenia.

Sporządził też kłamliwy akt oskarżenia, w którym zarzucił Fieldorfowi wydawanie rozkazów likwidowania, względnie rozpracowywania, przy współpracy z Niemcami, komórek PPR, oddziałów Gwardii Ludowej i Armii Ludowej oraz partyzantki radzieckiej.

Dokument ten zatwierdził wicedyrektor departamentu śledczego MBP Wiktor Leszkowicz, a podpisał 22 października 1951 r. wiceprokurator Prokuratury Generalnej PRL Benjamin Wajsblech. On też prowadził ostatnie przesłuchanie gen.Fieldorfa 25 lipca 1951 r., a kilka miesięcy później oskarżał go przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie.

Wiktor Leszkowicz (ur. 17 października 1918, Żyźniewo)

– wicedyrektor Departamentu Śledczego MBP od 15 listopada 1951 do 8kwietnia 1954, naczelnik Wydziału III Departamentu Śledczego MBP , podpułkownik bezpieki.

Beniamin Wejsblech (Beniamin Wajsblech) (ur. 22 grudnia 1908 r. zm. 13 marca 1991 r. w Warszawie)

– wiceprokurator Generalnej Prokuratury PRL, oskarżyciel w procesach politycznych w czasach stalinizmu.

Pochodził z zamożnej, żydowskiej rodziny kupieckiej. Przed wybuchem II wojny światowej sprzedał majątek, pieniądze lokując w szwajcarskich ban kach.

We wrześniu 1939 udał się do Związku Radzieckiego, stając się komunistą. Po agresji ZSRR na Polskę (17 września 1939 r.) zajął posadę prokuratora we Lwowie.

Po wojnie był stalinowskim prokuratorem w Polsce, żądał m.in. kary śmierci dla Jana Stachniuka oraz był oskarżycielem generała Augusta Emila Fieldorfa „Nila”.

Bezpodstawnie wydawał nakazy aresztowań i przetrzymywał „podejrzanych” w areszcie, pomimo braku uzasadnionych przyczyn. Usuwał z akt śledztw protokoły zeznań korzystne dla aresztowanych, bezpodstawnie rozdzielał sprawy, które powinny być rozpatrywane łącznie, psychicznie i fizycznie upokarzał i maltretował osoby przesłuchiwane, które podawały, że zachowanie Wajsblecha było gorsze niż oficerów śledczych

Uchwałą Rady Państwa z 6 lipca 1954 r. odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Zmarł w 1991 r.

16 kwietnia 1952 r. po kilkugodzinnym procesie sąd w składzie: przewodniczący Maria Gurowska oraz ławnicy Michał Szymański i Bolesław Malinowski, uznał gen.generała Augusta Emila Fieldorf „Nila” winnym czynów zarzucanych mu w akcie oskarżenia i skazał na karę śmierci.

Sędzia Maria Gurowska, do końca życia twierdziła, że wyrok na gen. Fieldorfa był słuszny.

Maria Gurowska vel Maria Górowska vel Maria Sand vel Genowefa Maria Danielak z domu Zand (ur. 1 października 1915 r., zm. 31 sierpnia 1998 r.)

– polska sędzia pochodzenia żydowskiego w okresie PRL. Urodziła się w Łodzi. Córka Moryca (Mariana) i Frajdy (Franciszki) z Eisenmanów. Oj- ciec był buchalterem, pośrednikiem handlowym (zmarł w 1941 r.)

W czasie okupacji niemieckiej używała „aryjskich” dokumentów na nazwisko Genowefa Maria Danielak. Owe dokumenty zostały wydane dla niej przez Polaków ratujących życie Żydom z organizacji „Żegota”, narażających własne życie i swoich rodzin. Posiadała wystawioną przez „Żegotę” kennkartę ( dowód osobisty) na nazwisko Genowefa Maria Danielak, jak również wydaną przez parafię rzym-kat. metrykę chrztu. Duchowni para- fii rzym-kat. również narażali swoje życie w wydawaniu metryk chrztu, ratując w ten sposób życie ukrywającym się Żydom.

Do wydania niemieckiej kennkarty niezbędne były: wniosek ubiegającego się, metryka, dowód osobisty, ewentualne świadectwo ślubu. Polaków obowiązywało złożenie pod przysięgą oświadczenia o aryjskim pochodzeniu.

W lutym 1940 r. wraz z rodzicami opuściła nielegalnie Łódź. Przez rok mieszkała w Żyrardowie, następnie w Warszawie.. Od 1943 r. była w szere-gach Gwardii Ludowej i PPR.

W styczniu 1945 r. została skierowana do pracy w Zarządzie Miejskim w Częstochowie na stanowisko kierownika Wydziału Informacji i Propagandy. W marcu 1945 r. powróciła do Łodzi, gdzie została instruktorem propagandy KW PPR.

Dwa miesiące później zorganizowała tam Wojewódzką Szkołę Partyjną i została jej dyrektorką. W marcu 1946 r. otrzymała polecenie zorganizowania w Łodzi Szkoły Prawniczej Ministerstwa Sprawiedliwości i objęcia stanowiska dyrektora.

Od 4 I 1951 r. była sędzią Wydziału IV Karnego Sądu Wojewódzkiego dla województwa warszawskiego z jednoczesnym utrzymaniem w mocy delegacji do Ministerstwa Sprawiedliwości.

W latach 1950-1954 Gurowska zasiadała w składach sędziowskich sekcji tajnej Sądu Wojewódzkiego w Warszawie – ferującej wyroki w sprawach politycznych, zleconych do realizacji przez kierownictwo Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, w sekcjach tajnych istniejących przy Sądzie Apelacyjnym w Warszawie, Sądzie Wojewódzkim w Warszawie i Sądzie Najwyższym.

Aktywnie uczestniczyła w kilku głośnych procesach politycznych okresu stalinowskiego.

M.in. na podstawie sfabrykowanych przez prokurator Helenę Wolińską dowodów skazała na karę śmierci gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”.

5 V 1992 r. Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskie mu wszczęła śledztwo w sprawie zbrodni popełnionej na gen. Auguście Emilu Fieldorfie „Nilu”, a po jego zakończeniu 10 VIII 1995 r. Prokuratura Wojewódzka w Warszawie postawiła Gurowskiej zarzut popełnienia przestępstwa z art. 225 § 1 kodeksu karnego.

Podczas przesłuchania w Prokuraturze Rejonowej w Szczytnie 25 VIII 1995 r. Gurowska podtrzymała zasadność wyroku wydanego na gen. Fieldorfa, uznając nadal wyrok śmierci na generała za słuszny.

W 1995 r. w piśmie do ministra sprawiedliwości napisała, że wymierzając karę, opierała się na dowodach, na podstawie obowiązującego wówczas prawa.

Proces karny przeciwko Gurowskiej rozpoczął się 22 grudnia 1997 r. w gmachu sądów przy alei Solidarności w Warszawie. W wyznaczonym terminie rozprawy, oskarżona nie stawiła się przed sądem i aż do śmierci konsekwentnie nie zgłaszała się na rozprawy.

______________________________

20 października 1952 r. sędziowie Sądu Najwyższego:

Igor Andrejew, Gustaw Auscaler i Emil Merz, podtrzymali wyrok śmierci wydany na gen Fieldorfa /;Nila”.

Gustaw Auscaler, żydowski morderca sądowy,w 1968 r. wyjechał do Izraela.

Od kilku lat jest poszukiwany przez Interpol międzynarodowym listem gończym.

Sędzia Andrejew

— przez 35 lat (do 1985 r.) był pracownikiem naukowo-dydaktycznym Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, w 1954 r. został profesorem nadzwyczajnym, a 10 lat później zwyczajnym. Współtworzył uchwalny w 1969 r. Kodeks Karny, na początku lat 70. przewodniczył Komitetowi Nauk Prawnych PAN, jego podręczniki do niedawna obowiązywały na polskich uczelniach. Zmarł w 1994 r.

Emil Merz – adwokat, żydowski morderca sądowy,

funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, sędzia Sądu Najwyższego PRL.

Sędzia Emil Merz orzekał najczęściej oraz był sędzią sprawozdawcą spośród sędziów tajnej sekcji Sądu Najwyższego. Z 34 wyroków kar śmierci orzeczonych w I instancji utrzymał 14. W tym samym roku uczestniczył w utrzymaniu 10. orzeczonych wcześniej kar śmierci.

Istotną rolę pełnił między innymi w mordzie sądowym na gen. Fieldorfie.

________________________________

Nie żyją sędziowie Merz i Auscaler. Obaj po zakończeniu kariery sądowej wyjechali do Izraela, gdzie zmarli.

Emigrantką do Izraela była również wiceprokurator Generalnej Prokuratury PRL – Żydówka Paulina Kern, która oskarżała gen. Fieldorfa przed Sądem Najwyższym. Także i ona zmarła w Izraelu w 1980 r.
Wyrok na “Nilu” wykonano 24 lutego 1953 r.

Egzekucję nadzorowali prokurator Witold Gatner i wicedyrektor Departamentu Sądowego Prokuratury Generalnej Alicja Graff. Oboje jeszcze żyją, podobnie jak śledczy UB Kazimierz Górski. W przeciwieństwie do Wolińskiej, nie są jednak objęci żadnym śledztwem w sprawie mordu na gen. Fieldorfie.
Generał August Emil Fieldorf “Nil” (ur.20 marca 1895 r. – zamordowany przez stalinowskich oprawców 24 lutego 1953 r.) był jedną z najwspanialszych postaci polskiej konspiracji: Związku Walki Zbrojnej, Armii Krajowej i Nie.
NIE

– kadrowa organizacja wojskowa, której zadaniem było kontynuowanie walki o niepodległość Polski po wkroczeniu Armii Czerwonej. Nazwa może być tłumaczona na dwa sposoby

– NIE jako skrót od słowa „Niepodległość” lub jako symbol sprzeciwu wobec ZSRR. Komendantem Głównym NIE został generał Leopold Okulicki przyjmując pseudonim „Nowak”.

Na mocy wyroku sądów PRL opartych na monstrualnym oskarżeniu o współpracę z okupantem, Generał „Nil” skazany został na śmierć, a wyrok wykonano 24 lutego 1953.

Generał „Nil” był najwyższym stopniem i autorytetem dowódcą Armii Krajowej i po akowskiej konspiracji, który znalazł się w rękach powojennego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i który za swoją wierność wolnej Polsce zapłacił życiem.
“Męczeństwo Generała Augusta Emila Fieldorfa „Nila” jest symbolem losów całego pokolenia”.

_____________________________________

Dokumenty, źródła, cytaty:

http://wzzw.wordpress.com/2013/02/28/mordercy-gen-fieldorfa-nila/

http://alexdegrejt.salon24.pl/489268,rocznica-smierci-gen-nila-czyli-mordercy-wciaz-bezkarni

http://www.wykop.pl/ramka/562439/zydowscy-mordercy-generala-nila/

Za:http://www.blogopinia24.pl/polityka/1007-ydowscy-mordercy-gen-fieldorfa-qnila

Za; http://wolna-polska.pl/wiadomosci/zydowscy-mordercy-gen-fieldorfa-nila-2013-11

Dzieje gospodarczej głupoty w Polsce

Dzieje gospodarczej głupoty w Polsce

Jeśli coś złego dzieje się z Polską – już kiedyś z pewnością się wydarzyło. A skoro tak – to zostało opisane przez Aleksandra Bocheńskiego.

W jednej ze swych najważniejszych, chociaż najrzadziej komentowanych prac, „Przemyśle polskim w dawnych wiekach” – mój świętej pamięci Mistrz opisał m.in. mechanizm, który wypchnął Polskę poza główny nurt rozwoju gospodarczego czasów nowożytnych.

Leseferyzm zabijał Polskę

Myśląc o zapóźnieniu ekonomicznym ziem polskich – ludzi powierzchowni i głupi lubią zadowalać się opowieściami o „dziedzictwie komunizmu” i co najwyżej wszechwiecznym „Kryzysie”.

Nie dość głębocy, choć nie tak głupi – gotowi są uznawać dłuższą jeszcze niezmienność położenia Polski i uważać ją za taki sam margines Europy w wieku, powiedzmy, X – co u szczytu jagiellońskiej potęgi w stuleciu XVI, gdy nasze społeczeństwo należało do najbogatszych w świecie, bez żadnych jednak długofalowych skutków gospodarczych.

Bocheński, jak to miał w zwyczaju – pisał do tych chcących sięgać głębiej i widzieć więcej – a także czynić coś ze zdobytą wiedzą. Każdą zaś poprawna analiza zacząć się winna od opisu i oceny postępków własnych (w tym przypadku, rzecz jasna, narodowych, a ściślej narodowej klasy rządzącej dotyczących).

Po pierwsze więc, uznając zresztą błąd ten za wymuszony obiektywnymi warunkami – za jedną z pierwszych przyczyn gospodarczego upadku I Rzeczypospolitej Bocheński uważał szlachecki leseferyzm, zabójczy mix odrzucania samej idei podatków z nieograniczoną niechęcią do inwestowania nadwyżek kapitałowych – ale przede wszystkim przy miażdżącym założeniu, że jakikolwiek przemysł własny jest po prostu zbędny, skoro wszystko, co klasie rządzącej potrzebne i miłe – wygodniej można sprowadzić z zagranicy. A działo się to już wówczas, kiedy państwa wcale nie bogatsze od Rzeczypospolitej – kładły podwaliny pod przyszłe potęgi przemysłowe inwestycjami państwowymi i bezwzględną ochroną celną…

Dalej – nieszczęściem drugim był towarzyszący pro – liberalizmowi szlacheckiemu – nadmierny fiskalizm obciążający wieś polską. Nie pańszczyzna bowiem, wbrew utartym schematom, choć faktycznie upokarzająca, uciążliwa i niegodna – ale podatki gotówkowe i ekwiwalentne wysysały wieś, niegdyś bogatą i napędzającą wymianę handlową tak z pieniądza, jak i produktów.

W podobny sposób, w dodatku także handlarstwem szlacheckim i żydowskim zniszczono i miasta, cierpiące nie tylko od tegoż nierównego fiskalizmu, dotykającego słabszych, a pozostawiającego nietkniętymi bogatych i nadmiernie wręcz płynnych.

Ciążyło również i to, że wszelki kapitał polski – czy to szlachecki, czy nawet (do czasu…) mieszczański, miast inwestować – uciekał we własność ziemską, bezpieczną, prestiżową i długo (do początków XVIII wieku, do pojawienia się konkurencji rosyjskiej i obniżenia kosztów produkcji rolnej Zachodu) dającą niewyobrażalnie szybką i wysoką stopę zwrotu.

Z kolei zaś bodajże jeszcze większy, całkiem już wolny kapitał żydowski – był wyprowadzany wprost na Zachód, do kantorów Amsterdamu i Londynu.

„Co raz było – ciągle się powtarza…”

Czy zaczynacie już państwo wyłapywać powtarzalność procesu? Jak okrutnie wyliczył Aleksander Bocheński – aż 80 proc. społeczeństwa I Rzeczypospolitej… w ogóle nie stanowiło rynku, rynku wewnętrznego, najważniejszego dla rozwoju gospodarczego kraju.

Przecież to już zupełnie jak dzisiaj! Nie miejmy złudzeń – również i dziś nie może być mowy o żadnym otworzeniu masowej produkcji przemysłowej w Polsce, bynajmniej nie (tylko) ze względu na globalizację i uwarunkowania cywilizacyjne. Nie będzie w Polsce przemysłu (mniejsza, rodzimego czy obcego – BO NIE MA RYNKU! Nie ma podatków od konsumpcjonistycznych pożeraczy, wysyłających tym sposobem kolejne nadwyżki finansowe zagranicę – a ogół, faktyczna biedota, dusi się od ucisku fiskalnego i kosztów, od niedoboru pieniądza. Kapitały zaś – swobodnie odpływają…

Tymczasem wiedząc, że bogactwo bierze się z handlu – musimy też rozumieć, że nie z każdego i nie zawsze w takim samym stopniu. Bo też choćby dla państw ościennych, pozbawionych handicapu kolonii – mechanizm wygenerowania własnego bogactwa opierał się na dwóch podstawowych krokach: zamknięciu granic cłami i budowy własnego przemysłu ze środków państwowych. I niczego lepszego przez następne stulecia (nawet rzekomo leseferystyczne, a w istocie nader bariero-celne XIX) nie wymyślono.

Bądźmy zresztą szczerzy – czy względny skok PRL-u, przedsięwzięta wówczas forsowna industrializacja – nie dały efektów właśnie dzięki politycznej, ale i ekonomicznej izolacji Bloku Wschodniego? Czy nie tak rodziła się nie tylko w XIX stuleciu potęga USA, ale i XXI-wieczna wielkość Chin?

Tak pisał nie tylko w pierwszej połowie XIX wieku wielki Niemiec, Fryderyk List, ale i 100 lat przed nim Szkot, James Stueart, a przed nimi dwoma… Polak, Stefan Garczyński… Wszyscy oni trzej widzieli korzyści z handlu, w tym oczywiście z dodatniego bilansu handlowego – ale też rozumieli, że nie tylko zyski, ale zdrowie ekonomiczne i potencjał gospodarczy wynikają przede wszystkim z rozwiniętego rynku wewnętrznego. Ideałem miałoby więc być „społeczeństwo ludzi produkujących dużo i dużo zarabiających by dużo kupować [i]” – podsumowywał Bocheński, trafnie zauważając, że musiały minąć stulecia, by nauka ekonomii powtórnie odkryła coś, co ochrzczono mnożnikiem inwestycyjnym Keynesa i Kaleckiego…

Pułapka (anty)rozwojowa, którą sami sobie wybudowaliśmy – miała, rzecz jasna, więcej jeszcze sideł, z chronicznym… niedoborem rezerw ludzkich, w stosunku do wielkości państwa. To także czynnik znany – Fryderyk Wielki nie musi już bowiem porywać w Polsce chłopów, sami wyjeżdżają, m.in. na ziemie jego dawnych poddanych.

Przede wszystkim jednak, obok powtarzaniem tych samych mechanizmów antyrynkowych (czasem zresztą udrapowanych na „liberalizm”) – przez wieki ciążył nam i ciąży jeden element, który Bocheński (śledząc swym zwyczajem wiele jednostek wybitnych, pomysłowych, a nawet w pewnej skali skutecznych) – podsumował krótko:

„Wyniszczenie gospodarcze – pogłębiła martwota intelektualna”[ ii].

I to też się do dziś, niestety, w Polsce nie zmieniło.

Konrad Rękas

[i] Aleksander Bocheński, Przemysł polski w dawnych wiekach, Warszawa, 1984, str. 261
[ii] Op. cit. str. 248

Prezydencie Dudo, czas na order dla Stanisława Michalkiewicza!

Izrael kreujący Polskę na sprawcę Holokaustu to wróg Polski. Obserwując bezładną szamotaninę „przyjaciół Izraela” z PiS, którzy nagle dowiedzieli się, że są sprawcami Holocaustu mam wrażenie, że przypomina to nieco zachowania polskich polityków sanacyjnych po 1 września 1939 r. Tyle umów przecież podpisali, tyle gwarancji dostali, taką armię zbudowali i nagle się okazało, że wszystko to jest nic nie warte.

Czy wcześniej nie było wiadomo, że to jest nic nie warte? Ależ oczywiście że było wiadomo. Pisał o tym na przykład Stanisław Cat Mackiewicz. Ale to przecież był oszołom, którego co najwyżej można wsadzić do aresztu i skonfiskować mu artykuł czy nawet całą gazetę, bo jesteśmy aż nadto „zwarci i gotowi”.

Dla polityków sanacyjnych był to kres karier. Różni „premierzy”, „ministrowie”, „mężowie stanu” kończyli potem w rozmaitych przytułkach bez grosza przy duszy. I z poczuciem winy, że to oni doprowadzili Polskę swą głupotą na skraj zagłady. Chociaż nie, pewnie bez poczucia winy. Bo przecież oni kazali Polakom wierzyć w swoją propagandę nawet w chwili, gdy uciekali już z Polski przez Zaleszczyki. Niestety nikt tych zdrajców przykładnie nie ukarał.

Teraz oczywiście zagrożenie nie ma charakteru zagłady biologicznej. Ale Polska ma najlepsze szanse by zostać uznana za światowego „czarnego luda” i na tej podstawie obrabowana ekonomicznie co może doprowadzić ją do takiego stanu bezbronności, który zagrozi jej suwerenności. Niestety obecna klasa rządząca robi wszystko by to zagrożenie pogłębić.

Powstaje klasyczne pytanie: głupota to czy zdrada? Jeśli to drugie, to tej klasy politycznej trzeba się pozbyć. Jeśli to pierwsze – to warto może w kilku prostych słowach wytłumaczyć tym ludziom w jakiej sytuacji się znaleźli, bo jak zrozumieją, to może się opamiętają.

Teza 1

Izrael może być państwem przyjacielskim, obojętnym albo wrogim. Niestety zachowuje się jak państwo wrogie

Izrael to państwo jak każde inne. Może być wobec Polski przyjacielem, wrogiem albo pozostawać bez żadnego szczególnego stosunku. Kiedy państwo jest wrogiem? Kiedy wykonuje wrogie kroki, zwłaszcza na poziomie propagandy. Kiedy jest przyjacielem? Wtedy kiedy zachowuje się przyjaźnie. Czy Izrael zachowuje się przyjaźnie czy wrogo? Nie są niestety znane żadne inne działania Izraela wobec Polski poza próbą rewindykacji majątku na podstawie kryteriów rasowych oraz oskarżeniami Polski o rozmaite zbrodnie. Logiczny wniosek jest prosty: Izrael zachowuje się wobec Polski wrogo.

Teza 2

Tu nie chodzi o żadne „polskie obozy śmierci”. Chodzi o to, że Polska wg władz Izraela jest jedynym narodem sprawcą Holocaustu

Najbardziej zadziwiające jest to, że polskim politykom rządzącym wydaje się, że w całej tej sprawie chodzi o sprawę sformułowania „polskie obozy śmierci”. Oczywiście, że nie o to chodzi. Chodzi o to, że, jak to wprost powiedział były izraelski minister finansów, „Polska jest współodpowiedzialna za Holocaust”. A skoro jest współodpowiedzialna to znaczy, że odpowiada też za obozy śmierci. Nie ma sensu walka ze sformułowaniem „polskie obozy śmierci” tak długo jak nie będzie walki ze współodpowiedzialnością Polski za Holocaust, którą już zostaliśmy na trwałe obciążeni.

Polacy są w dodatku jedynym narodem winnym holocaustu. Bo kto jest jeszcze winny? Naziści. A kim są naziści? To ponadnarodowa kategoria oznaczająca antysemitów. A kim są antysemici? To katolicy od lat walczący z Żydami. A gdzie jest najwięcej katolików? Oczywiście w Polsce. Czyli kim są naziści? Polakami. I proszę, udowodnił to nawet TVN24 odkrywając, że w polskich lasach, polscy naziści obchodzą urodziny Hitlera i palą swastyki.

Może ktoś zarzucić, że logika w tych rozumowaniach zbyt prymitywna. Ale kto powiedział, że propaganda ma być subtelna? Kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą jak twierdził klasyk i tak staliśmy się mordercami Żydów po tych wszystkich „Sąsiadach”, „Pokłosiach”, „Idach”, Kwaśniewskich, Komorowskich, Bartoszewskich i po Lechu Kaczyńskim niestety też.

Teza 3

Polska się nie obroni przed oskarżeniem o sprawstwo Holocaustu tak długo jak długo da się szantażować „antysemityzmem”

Określenie „antysemityzm”, jak to określił prof. Bogusław Wolniewicz, to „słowotłuk”. Czyli sformułowanie, przed którym nie można się obronić, w wyjątkowo fałszywy sposób łączące uzasadnioną i potrzebną krytykę Żydów i Izraela z oskarżeniem o chęć palenia ich w stodole w Jedwabnem. Działa to bardzo prosto: jeżeli krytykujesz Izrael za zabijanie Palestyńskich dzieci to znaczy, że jesteś antysemitą, a to z kolei oznacza, że chcesz wszystkich Żydów spalić w stodole czyli jesteś współsprawcą Holocaustu.

Ponieważ takie jest działanie tego sformułowania polscy politycy nie powinni nigdy ulegać szantażowi propagandowemu zawartemu w oskarżeniach o antysemityzm i z góry zapowiedzieć, że tam gdzie pada to słowo – kończy się jakakolwiek dyskusja, gdyż jest to nieuzasadniona i wyjątkowo krzywdząca obelga bez żadnego merytorycznego znaczenia.

Teza 4

Fetyszyzowanie obecności Żydów w Polsce jest objawem paranoi albo podatności na szantaż

Polska i Polacy na przestrzeni swojej wielowiekowej historii wchodziła w interakcje z rozmaitymi krajami i narodami. Kończyło się to dobrze albo źle. Przez wieki mieszkali w Polsce Niemcy, Rosjanie, Rusini, Litwini, Żydzi, Ormianie i wiele innych narodów. Nie ma żadnego powodu, żeby spośród tych narodów wybierać jeden, Żydów, i w jakiś specjalny sposób czcić niemalże ich przeszłość, wynosić na piedestał, w jakiś szczególny sposób upamiętniać czy szczególnie ich obecność podkreślać.

Takie zachowanie ma wszelkie cechy rasizmu czyli wynoszenia jednego narodu ponad pozostałe. Bo przecież każdy z wymienionych narodów miał swój lepszy i gorszy udział w historii Polski. Ale tylko dla Żydów budowane są muzea i pomniki. Każdy kto usprawiedliwia taką politykę musi rozumieć, że popiera w ten sposób zachowania rasistowskie uznające szczególność i wyjątkowość jednego narodu. A przecież dla rasizmu, nawet żydowskiego, nie ma w Polsce miejsca.

Teza 5

Każdy appeasement kończy się wojną

Polscy rządzący politycy jak dotąd tylko cofali się przed wrogą polityką Izraela, aż, właśnie teraz to następuje, zostali postawieni pod ścianą. Być może można było ten proces stawiania pod ścianą wcześniej jakoś zatrzymać. Ale niestety nic takiego nie zaszło. A teraz nie ma już miejsca na kolejny krok do tyłu, bo jest jasne, że skoro jesteśmy współwinni Holocaustu to musimy ponieść odpowiedzialność – zarówno symboliczną jak i materialną. Taka jest logika całego procesu. Trzeba więc powiedzieć nie i odeprzeć atak. A jak wiadomo: A la guerre comme à la guerre.

Teza 6

W Polsce istnieją ludzie, którzy swój interes upatrują w upadku Polski i podporządkowaniu jej obcemu zwierzchnictwu by zebrać premię za pośrednictwo w sprawowaniu władzy. Czas ich wskazać oraz wskazać narzędzia, którymi się posługują.

Tę skłonność do podporządkowywania się by rządzić, urzędniczo praktykowany kompleks wyższości zagranicy, któremu ludzie ulegają by ciągnąć z niego zyski jest zapewne spadkiem z okresu PRL-u, zaborów i wcześniejszego masowego jurgielnictwa klasy rządzącej. Niestety ta tradycja trwa w Polsce w najlepsze – a jej szczególnym dowodem było oddanie Polski pod władzę Unii Europejskiej i pociąg do zajmowania w niej wynaradawiających stanowisk. I objawia się mentalnym antypolonizmem, którego objawy widać nie tylko u lewicowych dziennikarzy i polityków ale nawet artystów, którzy ssąc pieniądze z kiesy polskiego podatnika równocześnie nienawidzą go do szpiku kości.

A swą nienawiść realizują w kreowaniu i rozpowszechnianiu rozmaitych antypolskich oskarżeń. Szczególnym tego przykładem jest kłamstwo jedwabieńskie, które do dziś stanowi czołowy antypolski argument i jest głęboko zakorzenione w świadomości Polaków, choć nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Przez lata ich antypolskie zachowania były powszechnie tolerowane, a nawet doceniane przez rozmaite władze. Czas z tym skończyć. Czas wskazać formację umysłową i polityczną, która jest antypolska. Bo polska władza nie powinna walczyć z antysemityzmem, tylko z antypolonizmem.

Teza 7

Stanisławowi Michalkiewiczowi należą się przeprosiny i order

Ile to rozmaitych mądrali wypowiadało się przez lata o kwestiach polsko-żydowskich to aż żal wyliczać. Niemal nikt jednak nie chciał o nich pisać prawdy. Prawdę pisał tylko „Najwyższy CZAS!” a w szczególności Stanisław Michalkiewicz, który zresztą był za pisanie tej prawdy poddany powszechnemu ostracyzmowi. Ale cóż, taka jest dola głosicieli prawdy. Teraz, gdy przyszedł czas próby może warto nagrodzić tego człowieka, który widział nieco dalej i miał odwagę opowiedzieć o tym co zobaczył.

Panie Prezydencie Andrzeju Dudo, może warto redaktorowi Stanisławowi Michalkiewiczowi przyznać jakiś order, by jego kasandryczna rola nie został zapomniana?

https://nczas.com

Zabójstwo Pawła Adamowicza.

Dzielę się moimi uwagami, które mogą wydawać się niesłuszne i w obecnej chwili niestosowne, a nawet, że mogą być one odebrane jako … niechrześcijańskie, zwłaszcza przez osoby bywające w kościele trzy razy w życiu (na swoim chrzcie, ślubie i pogrzebie).

Kolejność poniższych uwag jest dość przypadkowa.

1.W KK modlimy się o zachowanie każdego z nas od nagłej i niespodziewanej śmierci, bo ta nie pozwala na dobre przygotowanie się do niej oraz na uporządkowanie tego, co zostawiamy po sobie. Śmierć p. Adamowicza była niewątpliwie przedwczesna i niepotrzebna.

2.Na dawnych nagrobkach spotyka się łacińską inskrypcję „hodie mihi, cras tibi (sic transit gloria mundi)” – dziś moja kolej, jutro twoja (tak przemija chwała świata). Każdy z nas może paść ofiarą bandyty czy szaleńca.

Godną rzeczą jest przekazać rodzinie zmarłego kondolencje i wsparcie, choć wysyłanie po wdowę rządowego samolotu do Londynu jest kretyńskim pijarem – akurat w tej sprawie ani PiS ani PO nie muszą niczego udowadniać, bo jak słusznie napisał jeden Kolegów: to kronika kryminalna, a nie polityka.
Sprawą dla katolika ważniejszą jest msza święta i modlitwa za duszę zmarłego, który w tym przypadku może jej szczególnie potrzebować. Św.p. prezydent Adamowicz był bowiem za życia kłamcą niemogącym doliczyć się własnych mieszkań, jako wieloletni prezydent był promotorem dewiacji seksualnych, zaś jego lojalność wobec państwa polskiego była najdelikatniej to ujmując wątpliwa. Niech dobry Pan Bóg przyjmie go w poczet zbawionych, ale nie stawiajmy na piedestał osoby na to niczym niezasługującej.

5.Na przedwczesnej śmierci prezydenta Adamowicza lansują się teraz różne kanalie i kreatury, np. co miał na myśli folksdojcz Tusk mówiąc na wiecu w Gdańsku (dla niego pewnie Friee Stand Danzig): “Chcę ci dzisiaj, kochany Pawle obiecać w imieniu nas wszystkich – gdańszczan, Polaków i Europejczyków – że dla Ciebie i dla nas wszystkich obronimy nasz Gdańsk, naszą Polskę i naszą Europę przed nienawiścią i pogardą”? Obiecywać to on może w imieniu swoich oficerów prowdzących z BND oraz swojej patronki Adolfiny. A co do nienawiści i pogardy, to ja akurat znakomicie pamiętam, jak broniliście przed nią starsze osoby chcące pomodlić się za ofiary katastrofy smoleńskiej na Krakowskim Przedmieściu. Jednocześnie minister Brudziński dostał sraczki i aresztował kilku niezrównoważonych internautów za groźby karalne. Myślę że w kwietniu tego roku, szczególnie w okolicy rocznicy urodzin wybitnego przywódcy narodu niemieckiego, polskie służby zostaną postawione w stan gotowości i wspólnie z Mossadem i naszymi leśnikami będą przeczesywać lasy na okoliczność niezgłoszonych pikników.

6.Przez Polskę przetaczają się teraz ‘spontaniczne” marsze przeciwko przemocy i nienawiści (a faszyzm to rybka?) – gdyby nie zima, to można by zaimplementować francuski zwyczaj malowania kredkami po asfalcie. A kto sieje tę przemoc i nienawiść – a tego to już dowiedzą się Państwo z Wyborczej i TVN-u. No cóż, obrzezano nam mózgi i tak już chyba pozostanie. Polacy są – jak to widać choćby po WOŚP – jednym z najbardziej wytresowanych i potulnych narodów w Europie, a tymczasem polskojęzyczne media wciąż chłostają nas batem za rzekomą anarchię i swawolę (tak samo jak z rzekomym polskim nacjonalizmem: najwięksi – bo najgłupsi – euroentuzjaści, nacjonalizmu jak na lekarstwo, ale od ćwierćwiecza wmawia nam się, że największym polskim grzechem jest … nacjonalizm właśnie).

7.Głos w sprawie zabrał również Światowy Kongres Żydów ustami wybitnego przedstawiciela przemysłu holokaustycznego, „filantropa” Ronalda Laudera, syna Estee Lauder (a propos jakby ktoś nie wiedział, jakich kosmetyków unikać):

„Prezydent Adamowicz był wiodącym głosem sprzeciwu wobec skrajnie prawicowego ekstremizmu i orędownikiem równych praw i bezpieczeństwa dla wszystkich obywateli Polski. Był prawdziwym przyjacielem społeczności żydowskiej, głośno i wyraźnie wypowiadając się przeciwko antysemityzmowi w Polsce”

Szkoda, że nie był prawdziwym przyjacielem społeczności polskiej i nigdy wyraźnie się nie wypowiadał przeciw antypolonizmowi w Izraelu.

Czekając na potepienie nienawiści, pogardy i polskiego antysemityzmu przez papieża Franciszka ( bo chyba jeszcze tylko jego brakuje do kolekcji), polecam:

A.Zapałowski: Morderca to morderca.

MacGregor

Za: MacGregor – neon24.pl (15.01.2019)

Skąd się wziął „dzień judaizmu”? Skąd pochodzą „starsi bracia”? – Ewa Polak-Pałkiewicz

Żeby ułatwić odpowiedź na to pytanie – która zarazem jest odpowiedzią na inne pytanie: dlaczego mnożą się dziś z różnych stron, także ostatnio ze strony izraelskiej, absurdalne oskarżenia Polaków o współudział w Holokauście – proponuję lekturę zamieszczonego poniżej fragmentu szkicu czeskiego autora, dr Pavla Zahradnika o genezie dziwacznego zjawiska traktowania żydów jako naszych „starszych braci w wierze”.

Dokąd nie zrozumiemy, jako ludzie wierzący w Chrystusa, że jest kompletnym nieporozumieniem mówienie o religijnym „dialogu z judaizmem”, zamiast nawracania żydów, dotąd będziemy także – jako państwo – brnąć w niekończące się spory polityczne (pod pretekstem odmiennych wizji historii) z krajami (nie chodzi tylko o Izrael), które jako swoj cel uznają wyłącznie doczesność i materialny sukces. Nie ma ceny, która byłaby za wysoka, by cel ten osiągnąć. Właśnie to widzimy. Ustanowienie hegemonii, polityczne i gospodarcze podporządkowanie sobie innych państw traktują one jako swój naturalny obowiązek, swój modus vivendi. W tej konkurencji niestety najgenialniejsza nawet strategia polityczna może nie zostać uwieńczona powodzeniem, bo nie jest odpowiednim remedium. Faktyczne współistnienie państw oparte może być tylko i wyłącznie na uznaniu prawdy filozoficznej i religijnej. Nie ma dwóch różnych historii świata, bo nie ma dwóch prawd. Tak jak nie ma dwóch Bogów. Jest tylko jeden Bóg – Trójca Święta. Sprawa „polskich obozów śmierci” ma swój odpowiednik w Deklaracji soborowej Nostra Aetate, która – jak przypomniał ostatnio jeden z Czytelników – „nieopatrznie (?) otwiera furtkę do kolejnego, choć jeszcze nie wypowiedzianego expressis verbis stanowiska, że prawdziwym źródłem (a nie interpretacją) antysemityzmu są Ewangelie. Takie stanowiska już się pojawiły”.

Dla narodu żydowskiego istnieje tylko jedna droga – nawrócenie. Postulat „jednoczenia się ludzkości” wokół idei „światowego pokoju” („miłości do człowieka”, „czystego środowiska” etc.) jest bzdurą i oszustwem. Godzącym zarówno w katolików jak i w żydów – oraz w wyznawców „innych religii” („inna religia” to po prostu religia falszywa). Tym groźniejszym, że angażują się weń dziś ludzie Kościoła, pozostający dla wielu z nas, współczesnych Polaków, głównym autorytetem. Wielu Żydów bardzo dobrze ten absurd rozumie. Najwyższa pora, by pojęli to obecni hierarchowie Kościoła katolickiego. I by w ten sposób pomogli politycznym władzom Rzeczpospolitej i społeczeństwu polskiemu toczyć dziś bój o prawdę. O pamięć o naszych bohaterskich przodkach i o honor naszej ojczyzny. Prawda historyczna nie istnieje bez prawdy religijnej, to rzecz oczywista. Żeby zwyciężyła trzeba odrzucić zakłamany język, także ten dopuszczający takie pojęcia jak „starsi bracia w wierze”, „dialog z judaizmem”, „prozelityzm” (zamiast „nawracanie”). To jest obowiązek synów i córek Kościoła, Mistycznego Ciała Chrystusa.

Byt niepodległego państwa polskiego bardziej niż mogłoby się to wydawać zależy od tego, czy obronimy, wobec niechętnego nam świata, traktującego nas jako konkurencję, jeśli nie zagrożenie, prawdę o Bogu Trójcy Świętej.

Pavel Zahradnik – „Skąd się wzięli starsi bracia?”

„Wśród wielu popularnych frazesów przedziwnej formacji religijnej, którą nazywamy «katolicyzmem posoborowym», ważne miejsce zajmuje ten, który współczesnych wyznawców judaizmu talmudycznego określa «starszymi (?!) braćmi» chrześcijan.

Nie chcemy tu polemizować z dziwacznym konceptem, który ewidentnie talmudyczny judaizm, to wyznanie bez świątyni, bez kapłanów i bez ofiary, powstałe — tak samo jak islam — w reakcji na chrześcijaństwo, zamienia miejscami ze starozakonnym żydostwem; jego nonsensowność jest oczywista dla każdego katolika. Możemy tylko pokrótce odwołać się do trafnych słów szwajcarskiego teologa Karola Journeta, wybitnego dwudziestowiecznego tomisty, później mianowanego kardynałem, który pisał: „Żydowski błąd jest pomyłką łodygi, która w chwili, gdy zakwitnie, nie poznaje samej siebie, skonsternowana odrzuca kwiat i zwraca się ku korzeniom. Oto powstaje nowa formacja religijna. Jest nią obecne żydostwo. Ma dwa tysiące lat”‘. 1Journet dodaje dalej, że judaizm wraz z islamem to dwaj skłóceni bracia, nawzajem do siebie podobni, którzy „wzajemnie głoszą Bożą transcendencję, wykluczając Trójcę i Wcielenie” i którzy „Bożemu objawieniu o duchowym zbawieniu świata stawiają na drodze doczesne losy własnego narodu”2.

Spróbujmy teraz prześledzić powstanie inkryminowanego powiedzenia. Pierwszym człowiekiem, który w czasach nam współczesnych wypowiedział się o talmudycznych żydach jako o „starszych braciach” chrześcijan, był Jan Paweł II. Stało się to 13 kwietnia 1986 r. podczas papieskiej wizyty w synagodze rzymskiej, w której papieża przyjął ówczesny naczelny rabin Rzymu Eliasz Toaff. Dosłowna wypowiedź papieża brzmiała: „Siete i nostri fratelli prediletti e, in un certo modo, si potrebbe dire, i nostri fratelli maggiori“3,zatem: „Jesteście naszymi szczególnie umiłowanymi braćmi i w pewnym sensie, jeśli można tak powiedzieć, naszymi starszymi braćmi”. Bliższego uzasadnienia tego zaskakującego sformułowania, które możemy eufemistycznie nazwać niefortunnym, już w papieskim przemówieniu nie znajdujemy.

Przyjrzyjmy się wszakże bliżej papieskim słowom. Wiadomo, że sposób mówienia Jana Pawła II często obfitował w niejednoznaczności i że odległa mu była scholastyczna klarowność; w swej niepewności papież opatrywał potem często własne słowa cudzysłowami czy nawet jakimiś usprawiedliwiającymi „słownymi podpórkami”, którymi osłabiał czy wręcz kwestionował pewne stwierdzenia w tym samym momencie, w którym je wypowiadał. O wyjątkowo wysokim stopniu niepewności, którą papież czuł, gdy wygłaszał sentencję o „starszych braciach”, świadczy to, że stosunkowo krótkie zdanie opatrzył zaraz dwiema swoistymi podpórkami, mianowicie wyrażeniami „in un certo modo” (`w pewnym sensie’) oraz „si potrebbe dire” (jeśli można tak powiedzieć; że tak powiem’); jego niepewność była ewidentnie tak wielka, że niebezpiecznie zbliżała się do przekonania, iż dopuszcza się czegoś niewłaściwego. Wszakże nie oparł się pokusie i coś go skłoniło do tego, że ostatecznie zdanie o „starszych braciach” rzeczywiście wypowiedział — trudno orzec, czy było to jego znane upodobanie do szokujących wystąpień, czy też inne, raczej polityczne powody; nie sposób przy tym nie zauważyć, że sentencja ta jest całkiem zgodna z o wiele szerszą „posoborową” praktyką, która zuchwale ignoruje tradycyjne nauczanie Kościoła o stosunku chrześcijaństwa do żydostwa.

Wypowiedź papieża naturalnie wzbudziła niezwykły entuzjazm wszystkich wrogów religii katolickiej, którzy aż do dziś dnia nieustannie tłuką nią zawstydzonych katolików po głowach. Sam papież, pobudzony aplauzem mediów, pozbył się początkowego zażenowania i gdy później wprost nawiązywał do własnej wypowiedzi, czynił to już w przerobionej postaci, zatem bez tych usprawiedliwiających słówek, którymi przedtem ją opatrzył. Podczas wizyty w Ziemi Świętej w marcu 2000 r. (tak, chodzi o tę słynną wizytę w Jerozolimie, gdy Jan Paweł II z drżeniem wtykał kartki w szczeliny ściany świątyni Heroda…), podczas spotkania z naczelnym rabinem Izraela, które odbyło się 23 marca 2000 r., już niezupełnie w zgodzie z prawdą stwierdził, że wówczas, do żydów zgromadzonych w rzymskiej synagodze, powiedział jednoznacznie: „Siete i nostri fratelli maggiori“4.

Skąd jednak Jan Paweł II wziął to wyrażenie? Starali się to od pierwszej chwili ustalić komentatorzy papieskiego wystąpienia w rzymskiej synagodze; poprawnie przy tym przeczuwali, że istniało niewielkie prawdopodobieństwo, by to sformułowanie pochodziło od jakiegoś ortodoksyjnego teologa katolickiego, dlatego szukali w źródłach niekatolickich. Początkowo wyrażano opinię, że praprzyczyny należy szukać u żydowskiego filozofa Marcina Bubera, który w Chrystusie widział swego „wielkiego brata”5. Jest jednak oczywiste, że w tym przypadku chodziło tylko o powierzchowne skojarzenie wywołane słowem „brat” — od Chrystusa jako „wielkiego brata” żydowskiego myśliciela do talmudycznego żyda jako „starszego brata” katolicyzmu wiedzie doprawdy bardzo daleka droga.

Dopiero młoda polska historyczka literatury Agnieszka Zielińska6 zwróciła uwagę na rzeczywiste źródło, z którego czerpał Jan Paweł II — mianowicie na heterodoksyjne nurty w polskim romantyzmie, z którym przyszły papież zapoznał się bliżej w młodości jako student polonistyki w Krakowie. „Starszego brata Izraela” spotykamy u Adama Mickiewicza w jego Składzie zasad z roku 1848, piętnastopunktowym programie, którym miała kierować się najpierw Mickiewiczowska legia włoska, ale później także życie w oswobodzonej Polsce. W punkcie dziesiątym czytamy: „Izraelowi, bratu starszemu, uszanowanie, braterstwo i pomoc na drodze ku jego dobru wiecznemu i doczesnemu”. Mickiewicz nie był jednakże inicjatorem tego zwrotu — przejął go bowiem od swego „Mistrza” i duchowego wodza, Andrzeja Towiańskiego.

Andrzej Towiański (1799 – 1878)7 był postacią dosyć zagadkową, o której do dziś panują rozmaite opinie — niektórzy uznają go za wizjonera, inni za oszusta, a są też tacy, którzy uważają, że pozostawał na usługach polityki rosyjskiej, starając się spowodować ideowy rozkład polskiej emigracji. Bezsporne jest jednak to, że chodzi o postać, która miała znaczny wpływ na duchową historię emigracji polskiej po nieudanym powstaniu listopadowym roku 1831. Drobny szlachcic z Litwy, poddany cara rosyjskiego, opuścił swoją ojczyznę w 1840 r., a w lipcu 1841 r. osiadł w Paryżu, centrum polskiej emigracji, gdzie głosił, że otrzymał specjalne objawienie. Bardzo szybko skupił wokół siebie krąg zwolenników; pomogła mu w tym zapewne okoliczność, że od samego początku wśród jego stronników znalazł się także powszechnie szanowany Adam Mickiewicz, którego małżonkę Towiański rzekomo uzdrowił ze sporadycznych zaburzeń psychicznych.
„Koło”, jak nazywała się grupa czcicieli Towiańskiego, miało wszelkie zewnętrzne oznaki sekty — były tu histeryczne kobiety, ale też nie mniej histeryczni mężczyźni (w okresie romantyzmu nie było to niczym niezwykłym), nie brakowało całowania stóp „Mistrza”, „sióstr” donoszących na „braci” czy nawet pewnego elementu erotycznego, jaki do zgromadzenia wniosła młoda i powabna Ksawera Deybel, „księżniczka Nowego Jeruzalem”, którą „Mistrz” przywiózł sobie z domu. Najbardziej egzaltowani spośród zwolenników Towiańskiego prowadzili całkiem poważnie dyskusje na temat, czy „Mistrz” jest Duchem Świętym, Chrystusem Pocieszycielem, drugim wcieleniem Słowa czy też raczej jakimś sakramentem.

Nauczanie Towiańskiego, które pozostawało pod wpływem Swedenborga, Saint-Martina oraz innych współczesnych mu pseudomistyków i teozofów, najwyraźniej wywodziło się w znacznej mierze z Kabały. Świat był według niego przeniknięty eonami, duchami pośredniczącymi między Bogiem a stworzeniem; człowiek winien więc doskonalić się przy pomocy duchów jasnych i w stałej walce z duchami ciemnymi, z którymi mógł się kontaktować według własnej woli. Bóstwu Chrystusa „Mistrz” ewidentnie zaprzeczał — Chrystus był dla niego jakimś „najwyższym Bożym urzędnikiem” czy „najwyższym ministrem” — tym samym więc nie wierzył bynajmniej w Jego zmartwychwstanie. W nauce Towiańskiego nie brak nawet wędrówki dusz. Nic zatem dziwnego, że wielki przeciwnik towianizmu, ks. Piotr Semenenko, uważał ten system za „kompletne zaprzeczenie” chrześcijaństwa. Nauka Towiańskiego nie jest jednak całkiem jednoznaczna; „Mistrz” nieraz wygłaszał wzajemnie sprzeczne poglądy, ponadto z biegiem czasu zmienił swoje nauczanie, a jego ezoteryczną część powierzał tylko wybranym studentom.

Towiański twierdził sam o sobie, że jego misją jest odnowienie Kościoła chrześcijańskiego, bo Kościół współczesny jest tylko „martwym drzewem” czy „grobem pobielanym”; natomiast on sam jest pierwszym z siedmiu wysłanników, którzy zainaugurują siedem epok rozwoju ludzkości. Kiedy indziej jednak, jak się zdaje, za pierwszego wysłannika uważał Chrystusa, za drugiego Napoleona (pierwszy cesarz Francuzów w ogóle był przez członków „Koła” otoczony nadzwyczajnym kultem religijnym), a siebie — aż za trzeciego. Podobnie jak średniowieczni joachimici, także Towiański glosii nadejście „trzeciego piętra Kościoła”, które nastąpi po piętrze pierwszym (żydostwie starozakonnym) i drugim (chrześcijaństwie); miała je zapoczątkować nowa rewolucja chrześcijańska, na czele której powinni stać papież i naczelny rabin.

Do tych reform próbował Towiański zjednać papieża Grzegorza XVI, ale też barona Rothschilda czy cara Mikołaja I. Z usiłowań o zjednanie po swojej stronie papiestwa nie zrezygnował zresztą aż do śmierci; w tym też celu stopniowo łagodził (przynajmniej pozornie) niektóre szczególnie ekscentryczne strony swego nauczania. Naturalnie jego starania zakończyły się niepowodzeniem i książki Towiańskiego znalazły się na indeksie (znaczna część z nich została jednak wydana dopiero po jego śmierci). Wielkie zasługi dla umysłowego pokonania heterodoksyjnego nauczania Towiańskiego — pod którego wpływ tak łatwo dostawali się nieszczęśni polscy emigranci, pozbawieni odpowiedniej edukacji religijnej — mieli członkowie nowo powstałego wówczas polskiego zakonu zmartwychwstańców, na czele ze swym długoletnim przełożonym generalnym ks. Piotrem Semenenką.

Zmartwychwstańcy obawiali się, że w osobie Towiańskiego wystąpił „nowy Luter”, niebawem okazało się jednak, że przeceniali zagrożenie — podczas gdy Luter odwiódł od Chrystusa i Jego Kościoła miliony wierzących, sekta Towiańskiego liczyła swoich wiernych tylko na setki, a po śmierci założyciela stopniowo zanikła. Gdyby nie zdarzyło się, że do zwolenników „Mistrza” należeli przez jakiś czas także dwaj najwięksi poeci polskiego romantyzmu, Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki (obaj jednak ostatecznie rozeszli się z Towiańskim), dziś o Towiańskim nawet w Polsce wiedziałaby tylko garstka specjalistów. Indywidualnych sympatyków Towiańskiego nie brak jednak także w dzisiejszych czasach. Należy do nich również wspomniana Agnieszka Zielińska, która jest wielką wielbicielką nie tylko Towiańskiego, ale także II Soboru Watykańskiego i Jana Pawła II, samego Towiańskiego zaś uważa za prekursora soboru (ewolucjonistyczne elementy w jego nauczaniu mogą zresztą przypominać Teilharda de Chardin) i szuka tajemniczych paralel między jego życiem a życiem polskiego papieża…

Jaki był stosunek Towiańskiego do żydostwa? Towiański uznawał trzy wielkie narody Bożego ludu, wypełniające stopniowo zadania, które zostały im powierzone. Pierwszym z tych narodów byli Żydzi, drugim Francuzi, a trzecim Polacy, tzn. Słowianie (w swoim Wielkim Periodzie Towiański używał sformułowań „Izrael Żyd”, „Izrael Francuz” i „Izrael Słowianin”), którzy mieli odgrywać wiodącą rolę w owym „trzecim piętrze Kościoła”, naprawiając nieustannie poprzednie dwa piętra. Żydom jako „starszym braciom”, „duchowo najstarszym wiekiem”, których zadaniem było „prowadzenie młodszych braci na Bożej drodze”, poświęcał wszakże Towiański coraz więcej uwagi: starał się nawracać ich na chrześcijaństwo i, oczywiście, również na towianizm. Pierwszym Żydem, którego udało mu się pozyskać, był Gerson Ram, syn żydowskiego kupca z Litwy, który potem działał misyjnie wśród innych Żydów; Rama posyłał też Towiański jako swego wysłannika do Rothschilda, ale i do Grzegorza XVI. Jeśli jednak przyjrzymy się bliżej terminologii Towiańskiego, jego słowom o „braterstwie Izraela z młodszymi braćmi”, „człowieku późniejszym”, „nowych narodach”, a także innym podobnym wypowiedziom, okaże się, że terminu „starsi bracia” nie odnosił Towiański do religii judaistycznej, a raczej do narodu żydowskiego, zatem do narodu, który naprawdę jest starszy niż Francuzi, Polacy czy inne narody chrześcijańskie. Towiańskiego pojmowanie Żydów jako „starszych braci” Francuzów czy Polaków nie powinno zatem być, jak się wydaje, wrogie dla katolickiego chrześcijanina; wszelako absolutnie wrogie pozostaje znamiennie bulwersujące pojmowanie tego zwrotu, z którym spotykamy się w obecnych czasach, począwszy od 13 kwietnia 1986 r.
Zapoznanie się z dziełem Andrzeja Towiańskiego daje nam zatem możliwość stwierdzić, z jak mętnego źródła zaczerpnął Jan Paweł II swoją sentencję, wypowiedzianą po raz pierwszy w obecności naczelnego rabina Rzymu i potem kilkakrotnie powtórzoną. Pozostańmy jednak jeszcze przez chwilę przy tej papieskiej wizycie w synagodze rzymskiej i spróbujmy odgadnąć sens całej tej akcji, rzeczywiście starannie zorganizowanej i od tej pory wielokrotnie przypominanej i medialnie opiewanej. Chyba nie pomylimy się, wyrażając domniemanie, że przynajmniej jednym z celów, do których dążyli organizatorzy tej papieskiej drogi do Canossy, była próba stłumienia wspomnień katolików o innym papieżu i o innym naczelnym rabinie Rzymu. Było to ponad 40 lat przed niefortunnym wydarzeniem z kwietnia 1986 r. w październiku 1944 r., w święto Jom Kippur, kiedy naczelnemu rabinowi Rzymu, Izraelowi Zollemu, również w synagodze rzymskiej objawił się Jezus Chrystus; rabin Zolli przyjął chrzest 13 lutego 1945 r., przy czym jako wyraz wdzięczności za to, co papież Pius XII zdziałał dla ludności żydowskiej w latach II wojny światowej, przyjął chrzestne imię Eugeniusz, a więc chrzestne imię Piusa XII8. Rabina Zollego już od wielu lat wiązała z Piusem XII przyjaźń, która po chrzcie rabina zyskała jeszcze na sile; obu ich od tej pory łączył już nie tylko subtelny zmysł sztuki, podziw dla poezji Rilkego czy Wagnerowskiego Parsifala, ale w pierwszym rzędzie wspólna wiara. Nawrócenie rabina spotkało się oczywiście z ogromną niechęcią czołowych przedstawicieli judaizmu włoskiego i światowego. Zapewne jednym z powodów ogólnoświatowej kampanii rozpętanej o wiele później przeciwko osobie Piusa XII był wpływ papieża na konwersję Zollego. […]”

Naczelny Rabin Rzymu, Israel Eugenio Zoll

Z języka czeskiego przełożyła Krystyna Grań

Dr Paweł Zahradnik stale współpracuje z czeskim pismem tradycyjnych katolików „Te Deum”.

PRZYPISY
1 K. Journet, Promluvy o milosti („Rozmowy o łasce”). Krystal OP, Praga 2006, s. 98.
2 Ibid., s. 99. Całkiem na marginesie zauważmy, że czeski przekład tej książki był opatrzony przedmową Tomasza Machuli; zaskoczony czytelnik dowiaduje się z niej, że praca Journeta, z której „problematycznego” wydania Machula się usprawiedliwia, ma niewiele do powiedzenia „współczesnemu czytelnikowi” i zasługuje na odrzucenie ewentualnie wyśmianie (patrz: krytyka Machuli żartująca z „przesadnego” ujęcia tytułu maryjnego „Pośredniczka wszelkich łask”); pozostaje w takim razie absolutną zagadką, dlaczego w ogóle wydawnictwo Krystal OP książkę tę wydało.
3 www.nostreradici.it/papa_sinagoga. htm
4 www.nostreradici.it/osservatore.htm
5 Marcin Buber, Werke, t. I. Monachium — Heidelberg 1962, s. 657.
6 generationjp2.com/…/item.php 140 (Agnieszka Zielińska, „Starsi bracia” Towiańskiego).
7 Teksty Towiańskiego w trzech tomach wydali w 1882 r. w Turynie jego wielbiciele; łatwiej dostępne są dwa wybory jego tekstów, które na początku lat dwudziestych XX w. opracowali Andrzej Boleski i Stanisław Pigoń. Przez długi czas jego dziełu poświęcał się prof. Stanisław Pigoń, który był nauczycielem akademickim młodego Karola Wojtyły.
8 W języku czeskim mamy do dyspozycji biografię E. Zollego: Judyta Cabaud, Rabin, kterśho piśmohl Kristus. Pilbśh Eugenia Zolli, hlavniho ilmskśho rabina za druhś svśtoyś va.1- ky („Rabin, którego pokonał Chrystus. Opowieść Eugenia Zollego, głównego rabina Rzymu podczas drugiej wojny światowej”), Wydawnictwo Paulinka, Praga 2003. Autobiografia Zollego Before the Dawn w języku czeskim nie została jeszcze wydana (w języku polskim książka E. Zollego została wydana dwukrotnie: „Przed świtem. Naczelny Rabin Rzymu: dlaczego zostałem katolikiem?”, Fronda, 1999; Byłem rabinem Rzymu, Salwator, 2007 przyp. tł. i red. ZAWSZE WIERNI.
Za: „Zawsze Wierni” 12/2009 (127)

Przedruk: ewapolak-palkiewicz.pl/skad-sie-wzial-…

50 lat minęło…

Jak ten czas leci! Kto by pomyślał, że minął już 50 rok od wykonania w kościele w Podkowie Leśnej pod Warszawą „Mszy beatowej”, do której muzykę napisała Katarzyna Gaertner, zaś teksty kolęd – oczywiście te spoza mszalnego kanonu – napisała Joanna Kulmowa i nieżyjący już od prawie 20 lat Kazimierz Grześkowiak (czy nie we współpracy z innym lubelskim satyrykiem, Kazimierzem Łojanem?), bardziej znany z utworu „Chłop żywemu nie przepuści!” Proboszczem w Podkowie Leśnej był wówczas ksiądz Leon Kantorski. To był bardzo oryginalny ksiądz, za pierwszej komuny nękany przez SB, no a teraz – kto wie? – może u jakiegoś pana red. Tomasza Piątka z żydowskiej gazety dla Polaków, obstalowana została książka demaskująca go jako podejrzanego o pedofilię – bo jużci – bardzo się angażował w pracę z dziećmi i młodzieżą. Takie bowiem mamy etapy; na jednym etapie żydokomuna się „nawraca” i „chrzci”, albo siebie, albo swoje potomstwo, podczas gdy na innym, gdy okazuje się, że forsa płynie już innymi kanałami, bije na alarm z powodu zagrożenia „państwem wyznaniowym”, które instalują tu „ajatollahowie”, no a na obecnym, zgodnie z rozkazem – zapamiętale demaskuje wśród księży pedofilów i molestantów nowoorleańskich dziewic. Byłbym tedy zdziwiony, gdyby pan red. Michnik, oczywiście za jurgielt od starego żydowskiego finansowego grandziarza, czegoś nie obstalował – bo przecież już Lenin mówił o organizatorskiej roli prasy. Co prawda ksiądz Kantorski już nie żyje, więc jego samego finansowo wyszlamować się już nie da – ale gdyby tak jakiś niezawisły sąd, wzorem pani sędzi Anny Łasik, przylutował milion złotych odszkodowania od tamtejszej parafii, to na pewno mnóstwo ofiar by sobie coś przypomniało, zwłaszcza gdyby pamięć pobudzili im obrotni jegomoście z fundacji „Nie Lękajcie Się”, co to właśnie kładzie w Polsce fundamenty pod przemysł molestowania.

Wtedy jednak, to znaczy – w grudniu 1968 roku – jeszcze nie było takiej mody i nawet sławni buntownicy musieli uwzględniać w swoich protest-songach wskazania cenzury. Na przykład w kultowym utworze „Dziwny jest ten świat” autor stwierdzał, że „wiele zła” mieści się na świecie „jeszcze wciąż” – co wychodziło naprzeciw zatwierdzonej opinii, że jeśli nawet zdarzają się jakieś „niedociągnięcia”, to tylko „tu i owdzie” – bo generalnie jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej – niczym pod rządami „dobrej zmiany”. Podobnie w słynnym podówczas utworze antywojennym, w którym autorzy nawoływali „Zawróćcie samoloty, latające fortece, piaskiem bunkry zasypcie, niech każdy spokojnie patrzy w niebo!” – jak to dziecko, co „spogląda w gęstwinę białych chmur, bo wie, że z nich – tylko deszcz!”. A wszystko dlatego, że jest „pod skrzydłami ptaków” – oczywiście stalowych, ale naszych, znaczy się – nadwiślańskich, podczas gdy „latające fortece” były jakieś takie nie nasze, tylko amerykańskie – bo komuna najbardziej nienawidziła wtedy „imperialistów”, nawet bardziej, niż „reakcyjnego kleru” – bo teraz rozkłada nienawiść mniej więcej po równo. Oczywiście nie dotyczy to tak zwanych „twórców”, bo ci najbardziej nienawidzą „kleru”, jako że za okazywanie nienawiści „imperialistom” nikomu „Oskara” nie dają. Już choćby na tym przykładzie widać, że nawet w trzecim pokoleniu komuny i sympatie i nienawiści są takie same, jak 50 lat temu. Myślę, że powinni tę sprawę gruntownie przebadać jacyś weterynarze, żeby spenetrować mechanizmy dziedziczenia sympatii i nienawiści w kolejnych pokoleniach ubeckich dynastii.

Toteż 50 lat temu bigbitowcy nawet nie próbowali na własną rękę filozofować, bo od filozofowania to byli zatwierdzeni przez partię profesorowie, w rodzaju Tadeusza Kotarbińskiego. W „Pleplutkach Teofoba Doro” czytamy, jak to „Na wieść, że Piotra męczy starość i zgrzybiałość, ogarnia Jana litość i serdeczna żałość. Więc powiada do niego: Piotrze, masz sklerozę. Czas po temu byś zażył cyjankali dozę…” – i tak dalej. Do legendy zaś przeszła odpowiedź prof. Kotarbińskiego na pytanie, dlaczego postępuje etycznie, w ramach etyki niezależnej. Odparł, że dlatego, bo tak dyktuje mu „serce”. Czegóż chcieć więcej? Dzisiaj, to co innego, dzisiaj filozofuje nawet panna Margaret, oczywiście wedle stawu grobla, ale przecież nie od razu Kraków zbudowano i nawet starożytni Rzymianie, co to każde spostrzeżenie zaraz ubierali w postać pełnej mądrości sentencji, twierdzili, że omnia principia parva sunt. W ogóle w ciągu ostatniego półwiecza pracownicy przemysłu rozrywkowego nie tylko się wyemancypowali, ale na niespotykany wcześniej poziom podnieśli poczucie własnej wartości – co potwierdza trafność spostrzeżenia francuskiego aforysty Franciszka ks. de La Rochefoucauld, który zauważył, że „nikt nie jest zadowolony ze swojej fortuny, każdy – ze swego rozumu”.

Wracając tedy do słynnej „Mszy beatowej” sprzed 50 lat, to warto dodać, iż jej wykonanie odbyło się wkrótce po zakończeniu II Soboru Watykańskiego, kiedy światło jeszcze nie zostało dokładnie oddzielone od ciemności, w związku z czym w Kościele katolickim eksperymentował, kto tylko mógł. W Polsce prymas Wyszyński trochę ten pęd ku nowoczesności hamował, ale nie był przeciwny wszelkim innowacjom – o czym świadczy prezentacja ten Mszy prymasowi i Episkopatowi w 1969 roku. Dopiero niedawno używanie instrumentów takich, jak gitara, perkusja, fortepian czy syntetyzator zostało Kościele katolickim w Polsce zakazane – bo na przykład w Meksyku jest akurat odwrotnie – i sam słyszałem podczas Mszy w katolickim kościele w Monterey utwór imitujący parową lokomotywę – a gwizdali nie tylko wykonawcy, ale i ksiądz, nie mówiąc o wiernych. Podobnie jest w Taize, którym od lat nasładzają się rozmaici postępakowie. Wynika z tego, że wykonanie w jakimś kościele Mszy beatowej nie byłoby możliwe, bo grano tam na gitarach i innych zakazanych instrumentach. Kto wie, czy wkrótce nie doczekamy się jeszcze innych przejawów odwrotu od postanowień II Soboru Watykańskiego – chociaż oczywiście bez rozgłosu. Tymczasem wtedy z przyjemnością słuchało się pastorałki Joanny Kulmowej: „Słuchajcie w podziwieniu o Bożym Narodzeniu, o Bożym o Człowieczym, o przenajświętszej rzeczy. A my, ludkowie prości…” – i tak dalej. No a potem, już po protektoratem prymasa Wyszyńskiego, zainaugurowane zostały Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej. Na pierwszym, w ramach „Koncertu Jednego wiersza”, Halina Mikołajska deklamowała utwór Kazimiery Iłłakowiczówny: „Nie można tego obejść: Bóg jest wszędzie! W każdym dziwnym i strasznym obrzędzie. Wywołuje go nie tylko modlitw kadzidlany kwiat, ale i szubienica i topór i kat. Bóg jest w sędzi, który sądzi krzywo i w świadku, co przysięga na prawdę fałszywie, nie może nie być. I to mnie przestrasza, bo jeśli w świętym Piotrze, to także – w Judaszu; jeśli w Żydzie zamęczonym niewinnie przez Niemców, to także w Niemcach tych?…” Co tu dużo gadać; były czasy!

Stanisław Michalkiewicz
Ps.Wszystkie materiały mszy beatowej, uległy spaleniu podczas pożaru w styczniu 2012r.