OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Liturgia

Forsowanie koncelebry to błąd prawny, teologiczny i duchowy

Po Watykanie krąży plotka. Jeden ze współpracowników papieża Franciszka zapytał go czy to prawda, że ustanowiono komisję w celu „reinterpretacji” Humanae Vitae, a on odpowiedział „to nie komisja, tylko grupa studyjna”. To nie tylko manipulacja językowa służąca ukryciu prawdy, lecz gra słów ujawniająca, w jaki sposób kult sprzeczności stanowi istotę tego pontyfikatu.  

Prałat Gilfredo Marengo, koordynator owej „grupy studyjnej” dobrze podsumowuje tę filozofię, gdy mówi, że musimy unikać „polemicznej gry typu pigułka tak – pigułka nie, podobnie jak to jest dziś, gdy mamy: Komunia dla rozwiedzionych – tak – Komunia dla rozwiedzionych – nie” (Vatican Insider, 23 marzec 2017).

Piszę o tym, by przedstawić nowy poufny materiał, skonstruowany przez inną grupę studyjną. Chodzi o „dokument roboczy” Kongregacji do spraw Duchowieństwa „O koncelebrze w Kolegiach i Seminariach Rzymu”. Krąży on nieoficjalnie po rzymskich kolegiach i seminariach. Z tekstu wynika wprost, że papież Franciszek chce wprowadzić koncelebrację eucharystyczną w kolegiach i seminariach Rzymu. Tym samym de facto, choć niebezpośrednio przyznaje, że „celebrację we wspólnocie należy zawsze przedkładać nad odprawianie indywidualne”.

Z dokumentu wyłaniają się też motywy stojące za tą decyzją. Rzym to nie tylko siedziba Świętego Piotra i serce cywilizacji chrześcijańskiej, lecz również miejsce, gdzie księża i seminarzyści z całego świata spotykają się, by nauczyć się czci dla wiary, rytów i tradycji Kościoła; a więc tego wszystkiego, co nazywano „duchem rzymskim”. Tymczasowy pobyt w Rzymie, pomagający rozwinąć miłość dla Tradycji Kościoła, oferuje dziś możliwość liturgicznej i doktrynalnej „reedukacji” dla osób pragnących zreformować Kościół według dyrektyw papieża Bergoglio. Życie w rzymskich kolegiach – jak przyznaje „dokument roboczy” – rzeczywiście „daje szansę doświadczenia w tym samym czasie intensywnego okresu stałej, integralnej formacji”.

Przesadny nacisk na koncelebrę

Koncelebracja została ustanowiona jako środek dla księdza, by stracił powoli świadomość tego kim jest on i czym jest jego misja – sprawowanie Ofiary Eucharystycznej i zbawienie dusz

 

Dokument odnosi się bezpośrednio do ostatniej papieskiej przemowy dla studiujących w Rzymie. Papież Franciszek podkreślił w niej znaczenie koncelebracji w kontekście wspólnot księży-studentów. „Przezwyciężanie indywidualizmu i doświadczanie różnorodności jako daru, szukanie jedności kapłanów, stanowiącej znak Bożej obecności w życiu wspólnotowym to niekończące się wyzwanie. Prezbiter nieutrzymujący jedności, de facto wyrzuca Boga z życia wspólnotowego. Nie daje on świadectwa obecności Stwórcy. Wyrzuca Go. Dlatego też zgromadzeni w imię Boga, szczególnie na odprawianiu Eucharystii, manifestujecie także sakramentalnie, że On jest miłością waszych serc. (Przemówienie, 1 kwietnia 2017).

W świetle tej doktryny „dokument roboczy” Kongregacji do spraw Duchowieństwa powtarza, że „Mszę koncelebrowaną preferuje się nad indywidualną celebrację” [pogrubienie znajduje się w oryginale; dotyczy to też kolejnych cytatów].

„Zatem silnie zachęca się przełożonych, by zachęcali do koncelebry, nawet kilka razy dziennie, w dużych kapłańskich wspólnotach. Dlatego można antycypować kilka koncelebr w różnych kolegiach, tak aby księża-rezydenci mogli uczestniczyć zgodnie ze swoimi osobistymi potrzebami, ustanawiając Msze dwa lub trzy razy dziennie.

W efekcie codzienne relacje, pielęgnowane nieustannie przez lata w tym samym rzymskim kolegium są ważnym doświadczeniem w drodze powołania każdego księdza. Dzięki temu wśród księży różnych diecezji i narodów tworzą się braterskie więzi i wspólnota znajdujące sakramentalny wyraz w koncelebracji Eucharystycznej.

„Niewątpliwie, opuszczenie własnej diecezji i misji duszpasterskiej na całkiem długi czas gwarantuje nie tylko przygotowanie intelektualne, lecz przede wszystkim możliwość, by w tym samym czasie doświadczyć intensywnego okresu trwającej, integralnej formacji. Dlatego też życie wspólnotowe w kolegiach kapłańskich oferuje nowe lekarstwo kapłańskiej wspólnoty.

Doświadczenie kolegium to możliwości owocnego odprawiania Eucharystii przez księży. Zatem praktyka codziennej koncelebracji Mszy w kolegiach może stać się okazją pogłębiania życia duchowego kapłanów. Jej ważne owoce to:

– wyrażenie wspólnoty między księżmi z różnych Kościołów patrykularnych, manifestowane szczególnie, gdy biskupi z różnych diecezji przewodniczą koncelebracji podczas swych wizyt w Rzymie

– szansa wysłuchania homilii innych księży

– uważnie przygotowana celebracja, nawet uroczysta, codziennej Eucharystii

– pogłębienie pobożności Eucharystycznej, którą powinien kultywować każdy ksiądz, poza samą celebracją”.

Wśród praktycznych norm, na jakie się wskazuje, możemy przeczytać, że: „rekomenduje się, by księża mogli uczestniczyć zwyczajnie w koncelebracji Eucharystycznej w godzinach ustanowionych przez kolegium, zawsze preferując wspólnotową celebrację wspólnotową nad indywidualną. W tym sensie kolegia z dużymi grupami księży mogą ustanowić celebrację Eucharystii podczas 2 lub 3 różnych godzin dnia, tak aby każdy mógł uczestniczyć zgodnie ze swoimi osobistymi, akademickimi czy pastoralnymi potrzebami”.

„Jeśli księża rezydenci w kolegium z jakiś konkretnych powodów nie mogą uczestniczyć w koncelebracji w ustalonych godzinach, muszą zawsze preferować wspólną celebrację w innej, bardziej dogodnej godzinie”.

 

Wątpliwości prawne i nie tylko

Naruszenie kanonu 902, według którego księża „mogą koncelebrować Eucharystię, z zachowaniem jednak swobody każdego do indywidualnego sprawowania Eucharystii” jest oczywiste i powtarza się w dwóch akapitach tekstu. Skutkiem tego kolegia stosujące literalnie dokument roboczy naruszą obecne powszechne prawo. Jednak poza uwagami prawnymi, istnieją też inne, natury teologicznej i duchowej.

5 marca 2012 roku przy okazji prezentacji książki prałata Guillaume Derville’a „Koncelebracja Eucharystii. Od symbolu do Rzeczywistości (Montreal 2012), kardynał Antonio Canizares, ówczesny prefekt Kongregacji Kultu Bożego, podkreślił potrzebę „większego umiaru” w koncelebracji, przyjmując za swoje słowa Benedykta XVI „w tym celu, wraz z Ojcami Synodu, zalecam kapłanom codzienną celebrację Mszy świętej, również i wtedy, gdy nie uczestniczą w niej wierni. To zalecenie jest przede wszystkim odpowiedzią na obiektywnie nieskończoną wartość każdej celebracji eucharystycznej; znajduje też uzasadnienie w jej szczególnej skuteczności duchowej, ponieważ Msza św., przeżywana z wiarą, kształtuje człowieka w najgłębszym znaczeniu tego słowa, sprzyja bowiem upodabnianiu się do Chrystusa oraz utwierdza kapłana w jego powołaniu” (Sacramentum Caritatis 80).

Katolicka doktryna widzi we Mszy Świętej bezkrwawe ponowienie Ofiary Krzyża. Zwiększenie liczby odprawianych Mszy oddaje większą chwałę Bogu i przynosi duszom ogromną korzyść. „Choć każda Msza ma sama w sobie tę samą nieskończoną wartość” – pisze ojciec Joseph de Sainte Marie – „dyspozycje ludzi do przyjmowania jej owoców są zawsze niedoskonałe i w tym sensie ograniczone. Dlatego też tak ważną rolę dla pomnożenia owoców zbawienia odgrywa liczba odprawianych Mszy. W oparciu o te podstawowe, ale wystarczające teologiczne rozumowanie, zbawcza wartość znaczącej liczby Mszy jest udowodniona także przez liturgiczną praktykę Kościoła i stanowisko Magisterium. Kościół na przestrzeni stuleci stawał się stale coraz bardziej świadomy tej owocności. Dlatego też promował praktykę zwiększania liczby Mszy i następnie zachęcał, oficjalnie, by odprawiać ich coraz więcej”. (Eucharystia zbawieniem świata, Paryż 1982, s. 457-458).

Neo-moderniści zredukowali jednak Mszę do idei zgromadzenia: im więcej księży i wiernych obecnych, tym większe jej znaczenie. Koncelebracja została ustanowiona jako środek dla księdza, by stracił powoli świadomość tego kim jest on i czym jest jego misja – sprawowanie Ofiary Eucharystycznej i zbawienie dusz. Tymczasem zmniejszenie liczby Mszy Świętych, podobnie jak i odchodzenie od prawidłowej jej koncepcji to jedna z głównych przyczyn dzisiejszego kryzysu religijnego. A teraz nawet Kongregacja do spraw Duchowieństwa, i to na wniosek papieża Franciszka, bierze udział w zniszczeniu wiary katolickiej.

Roberto de Mattei

Tłumaczenie: Marcin Jendrzejczak

 

Cześć dla Najświętszego Sakramentu nie może mieć granic!

W Polsce nie jest najgorszej. Jeszcze. Na Zachodzie przyjmowanie Komunii Świętej do rąk jest normą. U nas wciąż – na szczęście – rzadkością. I nie warto takiego stanu zmieniać. Więcej – o cześć dla Pana Jezusa, realnie obecnego w Najświętszym Sakramencie, należy nieustannie zabiegać. Furtek profanacji otwierać nie wolno. Z żadnego powodu.

Każdy człowiek, nawet nie mając fachowego wykształcenia teologicznego, wie i czuje w sercu, że postawa klęcząca jest godniejsza niż stojąca, tak samo jak stojąca mocniej niż siedząca wyraża szacunek. Język gestów znany jest nie tylko z Kościoła. Uczniowie wstają, gdy do sali wchodzi nauczyciel. Podobna etykieta obowiązuje w sądach.

Dokonana na Zachodzie kilka dekad temu zmiana sposobu udzielania Komunii Świętej w sposób oczywisty wpłynęła na ludzką świadomość, wiarę w realną obecność Pana Jezusa w konsekrowanej Hostii oraz cześć wobec Najświętszego Sakramentu.

Dzisiaj Kościół na Zachodzie przeżywa ogromny kryzys. Apostazja całych narodów i kiepska kondycja katolicyzmu w Europie wynika między innymi z upadku czci dla Najświętszego Sakramentu i osłabienia wiary w realną obecność Pana Jezusa w Eucharystii. Chyba nie chcemy iść ich tą drogą zagłady?

Komunia do rąk jest jednak nie tylko mniej pobożna. Takie rozwiązanie grozi profanacją, która – nawet jeśli jest niezamierzona – nigdy nie powinna mieć miejsca.

„Jeśli chodzi o profanacje mimowolne, przy Komunii do ust, dzięki użyciu pateny, puryfikaterzy przewidzianych przez mszał oraz dzięki naturalnej dbałości przy udzielaniu i przyjmowaniu świętej Hostii, ryzyko prawie nie istnieje. W przypadku Komunii na rękę potrzebny byłby cud, żeby przy każdej Komunii jakaś cząstka nie upadła na ziemię lub nie została na dłoni wiernego” – zauważa ks. biskup Juan Rodolfo Laise OFMCap w książce pt. „Komunia św. na rękę?” wydanej w Polsce przez Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi oraz Fundację Świętego Benedykta.

W naszym kraju w ostatnim czasie miały miejsce dwa cuda eucharystyczne – w roku 2008 w Sokółce i w roku 2013 w Legnicy. Powinno dać nam to do myślenia i skłonić zarówno wiernych jak i pasterzy Kościoła w Polsce do jeszcze silniejszej troski o godne udzielanie sakramentów, w tym Najświętszego Sakramentu.

Tymczasem w parafiach Ostrowa Wielkopolskiego z powodu lokalnego wzrostu zachorowań na wirusowe zapalenie wątroby wiernym zasugerowano, że mogą przyjmować Ciało Chrystusa do rąk. Teoretycznie ma to zmniejszyć ryzyko zachorowania, jednak nikt nie ma pewności, że udzielanie Komunii Świętej w sposób tradycyjny, a więc wprost na język, może sprzyjać zapadaniu na WZW. Wszak nikt nie mówi o epidemii, a Powiatowy Zespół Zarządzania Kryzysowego i Powiatowa Inspekcja Sanitarna proszą, by nie ulegać panice.

Nigdy nie można akceptować umniejszania czci dla Najświętszego Sakramentu, dlatego zachęta do przyjmowania Pana Jezusa na rękę z powodu wątpliwych przesłanek nie jest rozwiązaniem trafnym. Oswaja bowiem wiernych z popularną na Zachodzie formą przystępowania do Komunii Świętej, która utrudnia wiarę w realną obecność i grozi profanacjami.

Michał Wałach

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2017-05-31)


Upadek czci dla Najświętszego Sakramentu – przejaw kryzysu cywilizacji

Najświętszy Sakrament to niewyobrażalna świętość i zarazem największy dostępny człowiekowi w życiu doczesnym Skarb. Dziś jednak spotyka się On często z tragicznym i gorszącym brakiem poszanowania. Już zanik w wielu wspólnotach zbawiennej spowiedzi, udzielanie Komunii świętej do ręki czy w postawie siedzącej, brak klęczników czy paten są wyrazem zwątpienia w realną obecność Pana Jezusa. Tymczasem ta prawda, jakkolwiek trudna, stanowi fundament religii katolickiej i opartej na niej cywilizacji.

Upadek czci dla Najświętszego Sakramentu – przejaw kryzysu cywilizacji

„Eucharystia jest szczytem religii katolickiej, najwyższą formą obcowania z sacrum”, pisze Romano Amerio. „Wobec niej wszystkie pozostałe sakramenty to raczej sakramentalia, jawiące się poniekąd jako obrzędy przygotowawcze”, dodaje. Eucharystia stanowi ponadto najwyższy przejaw Bożej mądrości, w przedziwny sposób decydującej się na obecność pod postacią zwykłego ludzkiego pokarmu.

To jednak także, kontynuuje autor „Iota Unum”, najwyższy przejaw miłości Stwórcy. Owa miłość i mądrość udzielają się także czcicielom Najświętszego Sakramentu. Wbrew dzisiejszej kulturze obrazu, pozwalają bowiem wznieść się ponad to, co dostrzegalne tylko gołym okiem. Co więcej „(…) Eucharystia przymnaża miłości przyjmującemu ją człowiekowi – tak, iż staje się on zdolny odpowiedzieć na nieskończoną Miłość Boga swoją miłością”.

O tradycyjnej teologii Eucharystii można by wiele pisać. Najważniejsze jest jedno: Ciało Chrystusa w Przenajświętszym Sakramencie pozostaje prawdziwie obecne – zarówno po Konsekracji, jak i już po zakończeniu Mszy. Głosił to Sobór Trydencki, powtórzył choćby Paweł VI w Mysterium fidei. Mówił o tym też sam Chrystus Pan w Wielki Czwartek.

Co ciekawe, prawdzie o realnej obecności Pana Jezusa nie zaprzeczył nawet Marcin Luter. „Tekst jest zbyt mocny” – powiedział o słowach Chrystusa „to jest Ciało Moje”. Z tego też powodu część słuchaczy opisanych na kartach Ewangelii świętego Jana uznało naukę Chrystusa za „twardą mowę”. W dosłowny sposób rozumiano ją zresztą już od czasów pierwotnego chrześcijaństwa.

Tymczasem w drugiej połowie XX wieku, na fali źle rozumianego entuzjazmu posoborowego, pojawiły się próby zmiany znaczenia odwiecznej nauki. Przykład szczególnie doniosły: Katechizm holenderski z 1966 roku. Jego twórcy stwierdzili, że podczas konsekracji dochodzi do zmiany celu i znaczenia Hostii, która rzekomo przestaje być pożywieniem podtrzymującym życie cielesne i jest od tej pory wyłącznie pokarmem służącym życiu duchowemu.

Ta pozornie głęboka intelektualnie teoria oznaczała de facto krok wstecz w stosunku do wcześniejszego nauczania. „W przypadku (…) Przeistoczenia Chrystus daje siebie na pokarm; z miłości staje się żertwą ofiarną”, zauważa Romano Amerio. „A ofiarowanie swojej własnej istoty (substancji) jest przecież wznioślejszym i bardziej ofiarnym aktem niż nadanie innego znaczenia tej samej substancji”, dodaje teolog.

Tego typu zmiany doktrynalne, jakkolwiek odrzucone przez władze Kościoła, nie pozostały bez konsekwencji. Jedną z nich okazało się porzucenie praktyki adoracji Najświętszego Sakramentu. Jeśli uznaje się Ciało Chrystusa jedynie za symbol, to oddawanie Mu czci poza liturgią traci sens. Jak bowiem zauważa szwajcarski myśliciel, trudno oddawać hołd metaforze. Do odejścia od adoracji przyczyniła się także ogólna pogarda dla pozaliturgicznych form pobożności. W efekcie na Zachodzie rzadko dochodzi do wystawienia Hostii, rzadko odprawia się też nabożeństwa czterdziestogodzinne.

Kryzys ma wiele przejawów

Zanik pobożności eucharystycznej wiąże się także z innymi nadużyciami. W niektórych krajach Zachodu zanika w zasadzie praktyka spowiedzi indywidualnej. Wprowadzona przez IV Sobór Laterański jest – jak zauważył ojciec Maciej Zięba – przejawem docenienia wartości każdej osoby i jej sumienia. Ograniczenie się do spowiedzi powszechnej stanowi symptom cofnięcia się w stronę  kolektywizmu. Przede wszystkim jednak naraża dusze na świętokradztwo w przypadku przyjmowania Komunii świętej. Wspólne wyznanie grzechów nie wystarcza bowiem w normalnych warunkach do zgładzenia ciężkich win.

Przejawem braku czci do Najświętszego Sakramentu są także wspomniane przez Romano Amerio przypadki wysyłania konsekrowanych Hostii pocztą, a także wykonywanie komunikantów ze… słodkich mas lub kremów. To już skutkuje nieważnością konsekracji.

Ponadto post eucharystyczny skrócono tak mocno, jak tylko to możliwe. Jeszcze na początku lat 50. minionego wieku wstrzemięźliwość od pokarmów obowiązywała od północy do momentu przyjęcia Komunii. Następnie Pius XII skrócił ją do 3 godzin. Obecnie u zdrowych to zaledwie godzina.

Sposób obchodzenia się z Najświętszym Sakramentem także budzi uzasadnione oburzenie. Niekiedy, zwłaszcza przy okazji masowych Mszach świętych odprawianych na zewnątrz, jest przechowywany w plastikowych kubkach albo rozdawany ponad głowami wiernych, bez zachowania elementarnej ostrożności. Coraz bardziej podczas celebry ograniczany jest czas na dziękczynienie po Komunii.

Zmiany znalazły swój wyraz również w wystroju świątyń. Tabernakula, tradycyjnie powiązane z ołtarzem położonym na wzniesieniu, obecnie są spychane z dala od centrum, niekiedy wręcz do bocznych kaplic. Tymczasem wszystkie kościoły, w tym najpiękniejsze katedry – klejnoty Christianitas – służyły przede wszystkim jako dom dla Eucharystii. Mówiono wręcz, że kościoły same się modlą. Kryzys architektury sakralnej to zatem kolejna konsekwencja upadku czci dla Najświętszego Sakramentu.

Równie niepokojące jest odejście od procesji w Boże Ciało, odprawianych tradycyjnie w ciągu dnia. Romano Amerio ubolewa, że często organizuje się je wieczorami, jakby w ukryciu. W Polsce szczęśliwie na razie do tego nie doszło, podobnie jak i do niektórych innych nadużyć. To, czy kolejne zgorszenia staną się również naszym udziałem, zależy jednak od religijnej wrażliwości zarówno osób duchownych, jak i wiernych świeckich.

Na stojąco i na rękę

Postawa przyjmującego Komunię świętą oraz sposób, w jaki to czyni, są bodaj najczęściej poruszanym problemem związanym z upadkiem czci dla Najświętszego Sakramentu. Obecna w Kościele starożytnym praktyka udzielania Komunii świętej do rąk zanikła pod wpływem troski o należne poszanowanie Ciała Pańskiego. Przez wiele stuleci podawano je wiernym wyłącznie do ust. Jednak 29 maja 1969 roku watykańska Kongregacja do spraw Kultu dopuściła przyjmowanie Komunii świętej na rękę w przypadku wyrażenia takiej woli przez co najmniej 2/3 składu Episkopatu danego kraju. Nie była to jednak inicjatywa Watykanu, lecz odpowiedź na samowolną praktykę stosowaną w Holandii, Belgii, Francji czy Niemczech. Episkopat Polski zaakceptował ewentualność udzielania Komunii na rękę w 2004 roku. Na szczęście, w większości kościołów pozostaje to wręcz niespotykanym obyczajem.

Znacznie bardziej rozpowszechnione w naszym kraju stało się przyjmowanie Najświętszego Sakramentu w pozycji stojącej. Tymczasem istnieją poważne argumenty przemawiające za powrotem do – nadal obecnej w niektórych świątyniach – praktyki Komunii w pozycji na kolanach. Sięgnijmy do Pisma Świętego, spotkamy w nim wiele przykładów klękania, a nawet padania na twarz przed Bogiem. Skoro w Najświętszym Sakramencie obecny jest także prawdziwy Bóg i Człowiek, to jedyną odpowiednią wydaje się również postawa klęcząca.

Kolejne nadużycie wiąże się z zanikiem używania paten chroniących Hostię przed upadkiem na ziemię. Naczynia te, często piękne i wykonane z kunsztownych kruszców, to niekiedy prawdziwe dzieła sztuki. Jednak nawet prosta patena jest wyrazem troski o Najświętszy Sakrament. Tymczasem obecnie tych paramentów używa się coraz rzadziej. Niekiedy jednemu kapłanowi towarzyszy ministrant z pateną, a drugiemu już nie. Zapewne zazwyczaj nie wynika to ze złej woli, obiektywnie jednak mamy do czynienia z pewną nonszalancją w podejściu do największego skarbu naszej wiary.

Duchowni i Ostatnia Wieczerza

Brak należnej czci dla prawdziwej obecności Pana Jezusa w Mszy świętej wiąże się w dużej mierze z kryzysem kapłaństwa. Wszak to ksiądz, w odróżnieniu od świeckiego, ma moc dokonywać konsekracji. Tymczasem, w duchu egalitaryzmu i źle pojętej wspólnotowości, zapomina się o tej podstawowej prawdzie. Romano Amerio opisuje przypadki, gdy wierni wypowiadali słowa konsekracji razem z celebransem, jak gdyby posiadali również „moc” przemiany chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa. To dalekie pokłosie Reformacji, wydarzenia zasługującego raczej na opłakiwanie i pokutę niż na celebrację.

Deprecjonowanie kapłaństwa prowadzi do zaniku powołań, a w konsekwencji do rozpowszechnienia instytucji świeckich szafarzy Eucharystii. To zaś, zgodnie z logiką, skutkować musi dalszą deprecjacją kapłaństwa i zniechęcać potencjalnych kandydatów do seminarium. Rola księdza wydaje się nieatrakcyjna, skoro to samo „może” czynić świecki.

Wielki Czwartek to dzień ustanowienia Eucharystii i kapłaństwa. Romano Amerio zwraca uwagę na wypaczone rozumienie tego wydarzenia przez teologicznych postępowców. W niektórych krajach modne stały się tak zwane agapy.

Polegają one na sprawowaniu Najświętszej Ofiary w sposób radosny, przyjacielski, a de facto gwałcący i tak rozluźnione w minionym wieku przepisy liturgiczne. Samo oderwanie Liturgii od kontekstu Ofiary, od Wielkiego Piątku to błąd.

Jednak, jak podkreśla autor „Iota Unum”, także „radosne” rozumienie Ostatniej Wieczerzy kłóci się z faktami. Ten „kulminacyjny akt miłości Boga” do człowieka miał wszak charakter tragiczny. Uczta „odbywała się w przeczuciu, że oto Bóg zostanie zabity. W cieniu zdrady, której zapowiedź wielce zatrwożyła uczniów Jezusa. Rozważali oni w sercach, czy zdołają dochować wierności swemu Nauczycielowi. Podczas owej wieczerzy przeżywał już rozterkę, którą osiągnie szczyt w Ogrójcu, kiedy to na ciele Boskiego Mistrza wystąpi krwawy pot. Sztuka chrześcijańska zawsze przedstawiała Ostatnią Wieczerzę jako wydarzenie tragiczne, nigdy jako radosną biesiadę”.

Wielkość pod pozorem małości

Najświętszy Sakrament to Wielkość ukryta pod niepozornymi „przypadłościami” drobnego chleba. Cześć dla Niego wymaga pewnego ucywilizowania, zdolności abstrakcyjnego myślenia, wzniesienia się ponad świat zmysłów. Tam, gdzie duchowy ślepiec dostrzeże jedynie kawałek chleba, wierny rozpozna największy Skarb.

Niestety, duchowa ślepota to problem wielkiej liczby współczesnych ludzi. Uwięzieni w świecie zmysłów, niczym kajdaniarze w platońskiej jaskini, nie dostrzegają światła Prawdy. Prawdy mieszkającej na ziemi i niepozornie ukrytej w Tabernakulach. „Świat” dostrzegający jedynie to, co wielkie i wspaniałe na pierwszy rzut oka, nie potrafi uczcić Hostii, podobnie jak nie potrafi uszanować dziecka poczętego. Ono także, toutes proportion gardees, stanowi wielkość ukrytą w małości. Jednak, skazuje się je tak często na śmierć, gdyż nie wygląda tak jak dorosły. Miliony mordowanych dzieci poczętych i profanacje Hostii to symptom tego samego zła: upadku cywilizacji chrześcijańskiej.

Marcin Jendrzejczak

 

Romano Amerio – głos przeciw reformie liturgii

 Reforma liturgiczna po Soborze Watykańskim II to temat wzbudzający liczne kontrowersje. Jedni chwalą większą zrozumiałość liturgii i jej zbliżenie do ludu. Inni dopatrują się desakralizacji i protestantyzacji. Romano Amerio zaliczał się do tej drugiej grupy. Wskazywał na opłakane skutki odejścia od łaciny, nadmiernej kreatywności i zniszczenia tradycyjnej architektury sakralnej.

Jak przekonuje Romano Amerio, posoborowa reforma liturgiczna nie wynikała ze wskazań Soboru Watykańskiego II. Czyż bowiem obecnie realizuje się zalecenie soborowej Konstytucji o liturgii, zalecającej utrzymanie posługiwania się łaciną w obrządkach łacińskich?

Któż pamięta o słowach świętego Jana XXIII z konstytucji apostolskiej „Veterum sapientia”? „Niechaj żaden nowinkarz nie ośmieli się pisać przeciwko używaniu łaciny w świętych obrzędach (…)” – czytamy u papieża. Przeciw odejściu od łaciny wypowiedział się też Paweł VI w liście apostolskim „Sacrifitium laudis”.

Dzisiejsi „nowinkarze” często krytykują łacinę jako język nieprzystępny i niezrozumiały dla ludu. Zapomina się przy tym o jej precyzji i problemach związanych z przekładami. Cóż z tego, że wierny zrozumie słowa, skoro będą one niejasno wyrażały oryginał. Lub wręcz kłóciły się z nim?

Garść przykładów: w tłumaczeniu na włoski błędnie przetłumaczono nawet formuły konsekracji. Zamiast słów mówiących o Krwi „która za was i za wielu będzie wylana”, mówi się o „Krwi, która za was i za wszystkich będzie wylana”. To niejedyny przykład podany przez Romano Amerio. W przypadku tłumaczeń na języki afrykańskie „arbitralne ingerencje” wypaczające sens oryginału są, zdaniem filozofa, bardzo liczne.

Tymczasem, jak zauważali katoliccy uczeni, wartość starożytnego języka w liturgii nie ogranicza się do precyzji. Uwydatnia także stałość wiary i jedność wśród chrześcijan. Nie bez znaczenia okazuje się także poczucie wzniosłości i tajemniczości. Ze znaczenia liturgicznego użytku starodawnego języka doskonale zdają sobie sprawę żydzi i muzułmanie. Niestety w Kościele świadomość tego faktu zanika. Osoby pragnące uczestniczyć w łacińskiej liturgii uznawani są za „dewotów” lub „estetów”.

Obiektywizm czy kreatywność

„Nowa liturgia jest bardziej psychologistyczna niż ontologistyczna. Wyraża nie tyle transcendentną tajemnicę, co odczucia wiernych: to, jak postrzegają oni ową tajemnicę. Innymi słowy, liturgia stała się w większym stopniu antropologiczna niż teologiczna” – twierdzi Romano Amerio.

Efektem tej przemiany jest nacisk na kreatywność. W mniemaniu nowatorów chodzi o wyrażenie specyficznej kultury przez wspólnotę czy też celebransa. Do czego prowadzi ta rozbuchana kreatywność? Niekiedy ogranicza się do stworzenia specyficznej atmosfery skupionej na personie kapłana. Kiedy indziej jednak – do dowolności w strojach, opuszczaniu fragmentów czytań czy używania zwykłego chleba do konsekracji – co powoduje jej nieważność. Romano Amerio wspomina także o innych nadużyciach. Choćby… lekturze świeckiej prasy w miejsce czytań biblijnych.

To wszystko kłóci się z tradycyjną wizją liturgii. Ta nie polega na jej żywotności, zmienności czy indywidualnej kreatywności. Sacrum posiada bowiem „absolutnie obiektywny charakter”.

Architektura sakralna

Odejście od starego rytu oznacza nie tylko zmiany w rycie Mszy Świętej, lecz także w architekturze sakralnej. Trudno to uznać za błahą sprawę. Wszak, jak twierdzi Romano Amerio, „przestrzenie, w których przebywamy, są też przestrzeniami nasyconymi emocjami i wartościami, gdyż kosmos, będący siedliskiem wszystkich bytów cielesnych, daje się określać nie tylko poprzez swoje cechy fizyczne, lecz także poprzez znaczenia pozafizyczne, będące podłożem symbolizmu – on zaś jest, co warto podkreślić, uchwytnym dla umysłu wymiarem sacrum. Na przykład przód to nadzieja, a tył to nieufność; prawica oznacza łaskę, a lewica niełaskę; to co w górze jest Boskie, a to co w dole podłe i złe (…)”.

Tradycyjnie Kościół rozumiał ogromne znaczenie symboliki. Dlatego też często kazał budować świątynie na górach. W ich wnętrzu zaś ołtarz znajdował się w najwyższym i najlepiej widocznym miejscu. Symbolizował bowiem „abrahamową górę widzenia”. Był nieruchomy, często wykonany w kunsztowny sposób, co również uwydatniało jego znaczenie. Jeszcze istotniejszą rolę odgrywało jego trwałe powiązanie z Tabernakulum.

Obecnie po wyburzeniu lub usunięciu w cień starych ołtarzy, Tabernakula znajdują się niekiedy w bocznych kaplicach. Jeśli zaś pozostały na dawnym miejscu, to celebrans podczas odprawiania odwraca się do nich plecami. Ongiś było to nie do pomyślenia. Dawne ambony umieszczano z boku nawy, aby uniknąć zwrócenia kapłana tyłem do nich.

Co więcej, w nowych świątyniach, ołtarze, zamiast znajdować się na najwyższym miejscu, usytuowane są często najniżej. Sprawia to wrażenie, jakoby człowiek znajdował się na świeczniku, a Bóg „pełzał po ziemi”. Oto casus katedry Nerviego we włoskim Tarencie.

Nowocześni projektanci architektury sakralnej zagubili katolicką koncepcję sacrum, skoncentrowaną na Najświętszym Sakramencie. Zgodnie z nią „Eucharystia jest rzeczą świętą par excellance: z niej wynika i do niej się odnosi jakakolwiek przestrzeń sakralna, jakikolwiek święty czas, święta czynność i osoba. Tylko poprzez Eucharystię czynnik boski może być zlokalizowany”.

Tymczasem postępowi architekci, zamiast skupić się na świętości Eucharystii i wokół Niej budować świątynie, głoszą świętość całej przyrody, w czym zbliżają się do panteistów. Architektoniczne odbicie tego poglądu polega na tworzeniu prześwitów w sklepieniach katedr. Niektórzy, jak pewien architekt działający za czasów Pawła VI, posuwają się wręcz do proponowania kościołów bez ścian. Mają one wyrażać otwarcie na całą naturę.

Współczesna architektura sakralna cechuje się także przekonaniem o prymacie funkcjonalności. Jest pod tym względem radykalnie i całkowicie anty-średniowieczna. W wiekach wiary bowiem, jak przypomina autor „Iota Unum”, artysta ukrywał kunsztowne dzieła sztuki w wysokich wnękach i nieoświetlonych zakamarkach. Niedostępne dla wzroku ludzi służyły czystej chwale Boga. Wyrażało to przekonanie, że kościoły służą nie tylko modlitwie obecnych w nim ludzi, ale same „się modlą”.

Protestantyzacja?

Jednym z owoców reformy liturgicznej jest, zdaniem Romano Amerio, jej protestantyzacja. Autor „Iota Unum” twierdzi, że Msza Święta w „nowym rycie” stała się możliwym obiektem kultu dla protestantów. Świadczą o tym coraz częstsze przypadki koncelebrowania Mszy przez księży i pastorów. A także analizy autorów takich jak Michael Davies, autor „Nowej Mszy papieża Pawła”.

Źródło: Romano Amerio, Iota Unum.

Książkę można zamówić w Wydawnictwie ANTYK, 05-806 Komorów, Klonowa 10a, tel. 227580359, antyk@wolfnet.pl

Marcin Jendrzejczak

 

 

O języku łacińskim w liturgii katolickiej – elementarne wskazania

Kościół, w dokumentach Soboru Watykańskiego II i w Kodeksie Prawa Kanonicznego, jasno wyraził się na temat stosowania języka łacińskiego, który powinien zostać zachowany jako zwyczajny język obrzędów liturgii łacińskiej. Kilka fragmentów niechaj posłuży nam za elementarz w przybliżeniu się do tej ważnej problematyki. Podkreślenia moje – dla zwrócenia uwagi na pewne partie tekstu.
Codex Iuris Canonici – Kodeks Prawa Kanonicznego (1983):

Kan. 928 – Eucharystię należy sprawować w języku łacińskim lub w innym języku, byleby teksty liturgiczne zostały zgodnie z prawem zatwierdzone.
Sacrosanctum Concilium – Konstytucja o liturgii świętej:

KL 36.

§1. W obrzędach łacińskich zachowuje się używanie języka łacińskiego, poza wyjątkami określonymi przez prawo szczegółowe.

§2. Ponieważ jednak i we Mszy świętej, i przy sprawowaniu sakramentów, i w innych częściach liturgii użycie języka ojczystego nierzadko może być bardzo pożyteczne dla wiernych, można mu przyznać więcej miejsca, zwłaszcza w czytaniach i pouczeniach, w niektórych modlitwach i śpiewach, stosownie do zasad, które w tej dziedzinie ustala się szczegółowo w następnych rozdziałach.

KL 54. Zgodnie z art. 36 niniejszej Konstytucji można pozwolić we Mszach odprawianych z udziałem wiernych na stosowanie języka ojczystego w odpowiednim zakresie, zwłaszcza w czytaniach i „modlitwie powszechnej”, oraz jeżeli warunki miejscowe tego wymagają, w tych także częściach, które należą do wiernych.

Należy jednak dbać o to, aby wierni umieli wspólnie odmawiać lub śpiewać stałe teksty mszalne, dla nich przeznaczone, także w języku łacińskim.
 

KL 116. Śpiew gregoriański Kościół uznaje za własny śpiew liturgii rzymskiej. Dlatego w czynnościach liturgicznych powinien on zajmować pierwsze miejsce wśród innych równorzędnych rodzajów śpiewu.

Nie wyklucza się ze służby Bożej innych rodzajów muzyki kościelnej, zwłaszcza polifonii, byleby odpowiadały duchowi czynności liturgicznej, zgodnie z art. 30.

* * *

„Różaniec będzie potężną bronią przeciwko piekłu;
zniszczy występek i rozgromi herezje”
(Obietnice różańcowe, które otrzymał od Niepokalanej Matki bł. Alan de Rupe).

Ks. Jacek Bałemba SDB

 

Komunia na rękę – Michael Davies

Nie mam wątpliwości, że zwyczaj nie umieszczania tych sakramentów z rękach wiernych zaprowadzony został w wyniku dwojakiego przesądu: po pierwsze, wynikało to z fałszywej czci, jaką chciano okazać temu sakramentowi, drugim zaś powodem była nikczemna arogancja kapłanów, przypisujących sobie godność wynoszącą ich ponad lud Chrystusowy, a to ze względu na olej używany podczas święceń.
Martin Bucer

 

Praktyka udzielania Komunii na rękę narzucona została katolikom większości krajów Zachodu w sposób typowy dla całej rewolucji liturgicznej. Inicjatywa ta nie należała bynajmniej do programu cieszącego się aprobatą papieską Ruchu Liturgicznego. Wzmianki o niej nie znajdujemy również w dokumentach II Soboru Watykańskiego. W okresie przedpoborowym myśl o podobnej innowacji była przytłaczającej większości duchowieństwa oraz wiernych całkowicie obca. Tam, gdzie praktyka ta została wprowadzona, mówić można o legalizacji tego, co zainicjowane zostało jako akt buntu, ponieważ jednak bunt ten zgodny był z duchem soboru, nadużycie to zostało ostatecznie zaaprobowane i dołączone do oficjalnych praktyk Kościoła.

Swego czasu napisałem szczegółowe, 52-stronicowe studium dotyczące kulisów wprowadzania Komunii na rękę, dlatego nie ma potrzeby powtarzania w tym miejscu wszystkich zamieszczonych tam informacji. Zwolennicy tej praktyki wskazują, że podczas Ostatniej Wieczerzy Apostołowie otrzymali Komunię do rąk, nie dodają jednak, że chwilę wcześniej Apostołowie ci zostali konsekrowani na biskupów. Rzeczywiście istnieją świadectwa, że praktyka umieszczania Hostii na dłoniach świeckich była w starożytnym Kościele szeroko rozpowszechniona, choć przynajmniej w niektórych miejscach pod koniec wieku VI świeccy przyjmowali ją do ust. W roku 650 synod w Rouen potępił przyjmowanie przez świeckich Komunii na rękę jako nadużycie, co dowodzi, iż zwyczaj przyjmowania jej do ust stanowił w tym rejonie silnie już zakorzenioną praktykę. Rytuał Rzymski z IX wieku traktuje Komunię do ust jako normę.

Badacze nie są pewni, w którym momencie nastąpiła zmiana w sposobie udzielania Komunii – przedstawiane są różne, mniej lub bardziej prawdopodobne tego wyjaśnienia. Dokładny powód nie jest ważny. Ważne jest, że zmiana ta dokonała się z pewnością z ważkiego powodu i z natchnienia Ducha Świętego. Jako jedną z przyczyn wymienia się zwyczaj używania niekwaszonego chleba, niekiedy mówi się o niebezpieczeństwach nadużyć, ks. Jungmann natomiast za powód decydujący uznaje „rosnącą cześć dla Eucharystii.

Wnikliwa analiza źródeł patrystycznych i wczesnośredniowiecznych wskazuje na stale rosnącą cześć dla Eucharystii jako prawdziwego Ciała i Krwi Chrystusa – nie tylko przyjmowanego, ale też stanowiącego obiekt adoracji – oraz na coraz lepsze zrozumienie Mszy jako uroczystej ofiary, której głównym celem jest adoracja Wszechmocnego Boga. Do ważności ofiary wymagana była obecność ważnie wyświęconego kapłana, chleb pszeniczny, oraz wino, a składający ją ksiądz występował in persona Christi. Świeccy posiadali przywilej uczestniczenia w liturgii – która jednak w naturalny a zarazem logiczny sposób akcentowała przede wszystkim rolę kapłana oraz świętość samej  Ofiary. Broszura propagandowa na rzecz przywrócenia Komunii na rękę The Body of Christ, wydana przez Komisję Liturgiczną episkopatu USA, pisze o tym, jako o czymś zasługującym na potępienie:

W ósmym i dziewiątym wieku świeccy byli prawie zupełnie wykluczeni z celebracji Mszy. Nie zanosili już  – jak to było wcześniej – ofiar do ołtarza; śpiew był wykonywany tylko przez chór (schola); zanikły intencje ogólne; wierni nie mogli już widzieć, co działo się na ołtarzu, ponieważ stał przed nim kapłan, czasami zupełnie niewidoczny za ikonostasem; Kanon odmawiano po cichu i wszystko odbywało się w milczeniu, albo w języku słabo zrozumiałym przez wiernych”.

Brzmi to jak lista zarzutów formułowanych przez XVI-wiecznych reformatorów, nie sposób też nie zauważyć, że słowa powyższe stanowią potępienie obecnych praktyk liturgicznych Kościołów Wschodnich. By udowodnić, jak bałamutne są twierdzenia zawarte w tej broszurze oraz w całej propagandzie na rzecz Komunii na rękę wystarczy przypomnieć, że – jak pisał przełożony Oratorium Londyńskiego ks. Napier – sama idea, że wierni muszą widzieć „co dokonuje się na ołtarzu” była dla chrześcijaństwa pierwszych wieków całkowicie obca. Trzeba też zaznaczyć, że od momentu, gdy po raz pierwszy zaczęto wznosić chrześcijańskie świątynie, powszechnym niemal zwyczajem było sprawowanie Mszy w kierunku wschodnim, tak więc kapłan zawsze stał przed ołtarzem, zwrócony tyłem do wiernych (patrz rozdz. XIX).

Trzeba podkreślić, że praktyka narzucana obecnie wiernym nie jest zgodna ze zwyczajem starożytnego Kościoła. Kobiety nie otrzymywały Hostii bezpośrednio do ręki, ale musiały okrywać ją lnianą chustą zwaną dominical. Dla usprawiedliwienia tej praktyki przytaczany jest najczęściej fragment mowy przypisywanej św. Cyrylowi Jerozolimskiemu, został on jednak w zatwierdzonych przez hierarchię dokumentach propagandowych starannie przeredagowany. Trzeba tu podkreślić, że oficjalna propaganda nie przedstawia Komunii na rękę po prostu jako opcję, ale jako praktykę preferowaną, stosowną dla „dojrzałego” katolika.

Św. Cyryl był biskupem Jerozolimy, a obecnie znany jest głownie z obszernej serii mów (katechez), jakie wygłosił wobec kandydatów do chrztu (który miał mieć miejsce na Wielkanoc, prawdopodobnie w roku 350). Mowy wstępne i kolejnych 18 katechez są klasycznymi dokumentami teologicznymi, zawierającymi niezwykle jasne i przekonujące wyjaśnienie głównych punktów wiary katolickiej. Niektóre manuskrypty, w których mowy te dotarły do naszych czasów, obejmują również pięć dalszych – najprawdopodobniej wygłoszonych wobec tego samego audytorium w Oktawie Wielkanocy – mów, wprowadzających kandydatów we wielkie tajemnice chrztu, bierzmowania i Eucharystii (stąd owych pięć mów nosi tytuł Katechezy Mistagogiczne). Zachowane manuskrypty przypisują je różnym autorom, a późniejsi pisarze dołączyli je po prostu do wcześniejszego zbioru mów św. Cyryla. Współcześni badacze podzieleni są w kwestii ich autentyczności. Niezależnie od tego, kto jest ich prawdziwym autorem, to właśnie jedna z tych mów o wątpliwej autentyczności przytaczana jest obecnie jako usprawiedliwienie praktyki Komunii na rękę. Przyjmijmy jednak, że jest ona autentyczna, tym bardziej, że istnienie  zwyczajów opisanych przez św. Cyryla potwierdzają również inne źródła patrystyczne. Lektura całego odnośnego fragmentu owej mowy pokazuje wyraźnie, że jej autor posiadał jasną i przekonująco uargumentowaną wiarę w ofiarną naturę Mszy oraz w substancjalną obecność Chrystusa  pod postaciami chleba i wina – czym wprawił w nie lada zakłopotanie XVI-wiecznych reformatorów protestanckich. Mówi on nawet o zmianie substancji materii na sposób przypominający doktrynę o transsubstancjacji.

A oto pełny tekst odnośnego fragmentu:

„Zbliżając się więc, nie podchodź z wyciągniętymi dłońmi, ani z rozpostartymi palcami, ale z lewej (ręki) uczyń tron dla prawej, gdyż ta właśnie dłoń ma przyjąć Króla. Nadstawiając dłoń, przyjmij Ciało Chrystusa, dodając «Amen». Następnie, ostrożnie uświęcając swe oczy poprzez dotknięcie ich świętym Ciałem, spożyj Je, dbając o to, abyś nie utracił żadnej cząstki. Bo jeżeli utracisz jakąś cząstkę, to tak jakbyś poniósł stratę, tak jakby to był jeden z twoich członków. Powiedz, gdyby ktoś dał Ci złoty piasek, czyż nie troszczyłbyś się oń ze wszelką ostrożnością, dbając o to, by nie stracić żadnej jego cząstki, ani ponieść żadnej straty? Czyż nie powinieneś być zatem dużo bardziej ostrożny dbając o to, aby żadna okruszyna nie wypadła z tego, co szlachetniejsze jest niż złoto i drogie kamienie? Tak więc, gdy już spożyjesz Ciało Chrystusa, podejdź także po kielich Krwi. Nie wyciągaj rąk, lecz trzymaj je nisko, tak jak miałbyś się pokłonić lub uczynić głęboki akt czci. Powiedz «Amen» i uświęć się spożywając także Krew Chrystusa. Gdy wciąż jeszcze wilgoć czujesz na swoich wargach, dotknij ich rękoma i uświęć swoje oczy, swoje czoło i wszystkie pozostałe zmysły. Na koniec, czekaj na modlitwę i dziękuj Bogu, który uznał ciebie godnym takich tajemnic”.

Praktyka polegająca na dotykaniu Hostią narządów zmysłów i namaszczania ich Przenajświętszą Krwią może się nam wydawać nieszkodliwa, niosła ona jednak za sobą poważne niebezpieczeństwa. Mogła prowadzić do niezdrowego, zabobonnego nabożeństwa komunikującego wobec konkretnej Hostii oraz do różnych wypaczonych form kultu. Takie sytuacje rzeczywiście miały miejsce, a praktyka całowania Hostii stała się z czasem bardzo rozpowszechniona. Św. Cyryl Aleksandryjski porównywał namaszczanie narządów zmysłów Krwią Baranka ofiarowanego w Eucharystii do namaszczania krwią zabitych baranków progów domów przez Żydów uchodzących z Egiptu. Twierdził, że podobnie jak zwyczaj ten ochronił niegdyś Żydów, tak też namaszczanie narządów zmysłów [Krwią Pańską] chroni je przed pokusami zmysłowymi.

Dalszych dowodów na szerokie rozprzestrzenienie się tej dziwnej praktyki dostarcza nam żyjący w I połowie V wieku Teodoret z Cyrrhus w Syrii, który pisał o zwyczaju całowania Hostii:

Należy rozważyć, jak podczas świętego misterium bierzemy członki Oblubieńca, całujemy je, obejmujemy je i dotykamy nimi naszych oczu”.

Nie był to przykład odosobniony. Praktyka całowania Hostii, możliwa dzięki przyjmowaniu jej na rękę i prowadząca do zniekształcenia doktryny o Rzeczywistej Obecności, przetrwała co najmniej do końca VIII wieku. Zaświadcza o tym św. Jan Damasceński (675-749):

Przyjmujmy Ciało Ukrzyżowanego, dotykając nim naszych oczu, naszych ust i czoła, i spożyjmy boski płonący węgiel”.

Biorąc pod uwagę takie ekscesy nie powinno nas dziwić, że Duch Święty natchnął Kościół do wprowadzenia zmiany zapewniającej stosowny szacunek wobec Najświętszego Sakramentu, tj. do umieszczania Hostii na języku komunikowanych.

W połowie XIII wieku istniała już silnie zakorzeniona tradycja, że kontakt z Najświętszym Sakramentem może mieć jedynie to, co zostało konsekrowane. Św. Tomasz z Akwinu (1225-1274) pisał:

Rozdawanie Ciała Chrystusa należy do kapłana z trzech powodów. Po pierwsze, ponieważ, jak było powiedziane powyżej, dokonał on konsekracji w osobie Chrystusa. Ale tak jak Chrystus konsekrował swoje Ciało podczas Ostatniej Wieczerzy, tak również dał je innym, aby je spożywali. Analogicznie, tak jak konsekracja Ciała Chrystusa należy do kapłana, podobnie i rozdawanie należy do niego. Po drugie, ponieważ kapłan jest wyznaczonym pośrednikiem pomiędzy Bogiem a ludźmi, więc tak jak do niego należy ofiarowanie darów człowieka Bogu, tak i do niego należy przekazywanie konsekrowanych darów ludziom. Po trzecie, ze względu na cześć dla tego sakramentu, nic nie może się z nim stykać, lecz tylko to, co jest konsekrowane, stąd też i korporał i kielich są konsekrowane, a podobnie i ręce kapłana. Nie jest zatem uprawnione, aby ktokolwiek inny tego dotykał, chyba że w stanie konieczności, gdyby np. miało upaść na ziemię, lub w innych nie cierpiących zwłoki przypadkach”.

Propaganda na rzecz Komunii na rękę wielokrotnie odwołuje się do twierdzenia, że święcenia nie dają kapłanowi specjalnych przywilejów w kwestii udzielania Komunii św. Wydana za zgodą episkopatu USA Broszura Take and Eat stwierdza:

Choć w ostatnich czasach bardzo podkreślano świętość dłoni kapłana, należy jednak zaznaczyć, iż namaszczenia rąk podczas ceremonii święceń nie można łączyć ze szczególnym przywilejem do dotykania Eucharystii”.

Cóż, św. Tomasz z Akwinu z pewnością dostrzegał taki związek – i to na setki lat zanim ktoś pomyślał o istnieniu Ameryki – nie ulega też wątpliwości, że za jego czasów praktyka ta stanowiła zwyczaj powszechny. Być może nie był to dokładny i jedyny powód jej wprowadzenia, jednak twierdzenie, że zwyczaj, do którego przywiązywano szczególne znaczenie przez niemal tysiąc lat nie posiada w istocie tego szczególnego znaczenia, oznaczałoby pozbawienie słowa „symbol” jakiegokolwiek sensu. Warto również przypomnieć, że znajdujący się w Pontyfikale Rzymskim tradycyjny ryt święceń kapłańskich zawiera następującą wzmiankę o władzy nadawanej wyświęcanym przez biskupa:

Bądźcie świadomi tego, co dokonujecie, kształtujcie się wedle tego, czego dotykacie, a celebrując tajemnicę śmierci Pana pilnujcie, by ciała wasze były całkowicie obumarłe dla wszelkich występków i cielesnych przyjemności”.

Jest to wyraźne odniesienie do faktu, że nowo wyświęceni kapłani będą wkrótce dotykać Ciała Chrystusa, co traktowane jest ewidentnie jako przywilej. Gdyby każdemu katolikowi wolno było dotykać Najświętszego Sakramentu, nie byłoby powodu czynić o tym szczególnej wzmianki.

Take and Eat stwierdza dalej:

Specjalne namaszczenie dłoni kapłana symbolizuje jego publiczną posługę wobec innych”.

Naprawdę? Ciekawe, jaki cytat mogliby przytoczyć autorzy na poparcie tego nonsensu. Pracę listonoszy, lekarzy, śmieciarzy, nauczycieli, zamiataczów ulic i żołnierzy również traktować można jako „służbę publiczną” – tak więc być może i im powinno się namaszczać dłonie.

Kolejnym dowodem na to, że namaszczenie nie daje specjalnej władzy do dotykania Eucharystii jest natura posługi diakonów, która zawsze wiązana była z Eucharystią, a jednak dłonie diakonów nigdy nie były namaszczane”.

Można by w tym miejscu zauważyć, że przynajmniej w pewnych miejscach dłonie diakonów były konsekrowane – jak tego dowodzą pochodzący z VI wieku List Gildasa oraz datowany na VIII wiek Pontyfikał Egberta z Yorku. Pomimo, że w pochodzących ze starożytności dokumentach znaleźć można pojedyncze przykłady udzielania przez diakonów Komunii pod postacią chleba, tradycyjnie związek diakona z Eucharystią wyrażała piecza, jaką sprawował on nad kielichem. Widać to wyraźnie w przytoczonym fragmencie Summy św. Tomasza z Akwinu, który jednoznacznie wykluczał możliwość udzielania przez diakona (w normalnych okolicznościach) Komunii pod postacią chleba. Cathilic Encyclopedia stwierdza:

Aż do czasów współczesnych kielich powierzony był zawsze szczególnej opiece diakona. Nawet obecnie rubryki nakazują, by podczas ofiarowania kielicha we Mszy uroczystej diakon podtrzymywał jego stopę lub też ramię kapłana i powtarzał razem z nim słowa: «Offerimus tibi, Domine, calicem salutaris etc.». Uważne studium pierwszego Ordo Romanus pokazuje, że podczas Mszy papieskiej kielichem zajmował się zasadniczo archidiakon, to on sam i towarzyszący mu diakoni okazywali wiernym – po przyjęciu przez nich Komunii pod postacią chleba – calicem ministerialem z Krwią Pańską.

Warto również zauważyć, że sam Jan Paweł II akceptuje istnienie związku pomiędzy namaszczaniem dłoni kapłana oraz dotykaniem Eucharystii. W liście apostolskim Dominicae cenae z 24 lutego 1980 roku zauważył on, że obrzęd święceń kapłańskich odnosi się do faktu, iż kapłan dotyka Najświętszego Sakramentu. Jak pisał:

Naszym najwyższym zaszczytem jest – poza obowiązkiem posłannictwa ewangelicznego – że możemy sprawować tę tajemniczą władzę nad Ciałem Odkupiciela i temu wszystko w nas musi być stanowczo podporządkowane. Musimy też stale pamiętać, że dla tej władzy – posługi zostaliśmy sakramentalnie poświęceni, że zostaliśmy wyjęci spośród ludzi i zarazem postanowieni dla ludzi. Powinniśmy pamiętać o tym, szczególnie my, Kapłani Kościoła Rzymskiego łacińskiego, który do obrzędu święceń dołączył w ciągu wieków praktykę namaszczania rąk Kapłana. W niektórych krajach przyjęła się praktyka Komunii świętej na rękę. Praktykę taką postulowały poszczególne Konferencje Episkopatów i na ich wniosek zyskała ona zatwierdzenie Stolicy Apostolskiej. Dały się jednak słyszeć głosy o rażących wypadkach nieposzanowania Najświętszych Postaci, co bardzo obciąża nie tylko osoby bezpośrednio winne takiego postępowania, ale również Pasterzy Kościoła, którzy jakby mniej czuwali nad zachowaniem się wiernych względem Eucharystii”.

Widzimy więc, że papież nie tylko potwierdza związek pomiędzy namaszczaniem dłoni kapłana i rozdzielaniem Eucharystii – ale też silnie podkreśla jego znaczenie, czyniąc przy tym jasną aluzję, że wolałby, aby rozdzielanie Komunii św. pozostało domeną kapłanów:

Nie należy jednakże zapominać o podstawowym urzędzie Kapłanów, którzy w czasie święceń zostali konsekrowani, aby reprezentowali Chrystusa Kapłana: dlatego też ich ręce, tak jak ich słowa i ich wola, stały się bezpośrednim narzędziem Chrystusa. Właśnie dlatego, tzn. jako szafarze Eucharystii, oni mają główną i całkowitą odpowiedzialność za Święte Postacie: ofiarują te Święte Postacie uczestnikom zgromadzenia, którzy pragną je przyjąć. Diakoni mogą tylko zanosić na ołtarz dary ofiarne wiernych i rozdawać je, gdy zostaną już konsekrowane przez Kapłana. Jakże wymowne zatem, chociaż późniejsze, jest w naszych święceniach łacińskich namaszczenie rąk, jak gdyby tym właśnie rękom potrzebna była szczególna łaska i moc Ducha Świętego! Dotykanie Świętych Postaci, podejmowanie ich własnymi rękami jest przywilejem tych, którzy mają święcenia, co wskazuje na czynny udział w szafarstwie Eucharystii”.

 

Reformacja protestancka

O ile nie zamierzamy stwierdzić, że Duch Święty opuścił Kościół,  przyjąć trzeba, że przejście od praktyki udzielania Komunii na rękę do obecnej formy jej przyjmowania było skutkiem Bożego natchnienia, był to prawdziwy rozwój liturgiczny. Promulgowana przez Pawła VI instrukcja Memoriale Domini wyjaśnia:

(…) po dokładnym  zbadaniu rozumienia tajemnicy Eucharystii, jej znaczenia i obecności w niej Chrystusa, z  uwagi na poczucie czci dla Najświętszego Sakramentu i pokorę, której jego przyjmowanie wymaga, wprowadzono zwyczaj, iż sam szafarz kładzie kawałek konsekrowanego chleba  na języku komunikanta”.

Protestanccy reformatorzy negowali fakt, że Konsekracja eucharystyczna przemienia w jakikolwiek sposób chleb i wino, twierdzili, że nadaje im ona jedynie nowe znaczenie, wskutek czego stają się symbolami Ciała i Krwi Chrystusa. Jak nauczali – Chrystus jest jedynie w niebie, stąd okazywanie czci chlebowi i winu (kult chleba) jest zwykłym bałwochwalstwem. Martin Bucer wyraził powszechną opinię protestantów w tej kwestii w krytycznej analizie Prayer Book z roku 1549 (Censura), postulując usunięcie z liturgii wszystkich modlitw i obrzędów, które mogłyby sugerować katolicką wiarę w Rzeczywistą Obecność czy ofiarny charakter Mszy. O tym, do jakiego stopnia Cranmer podzielał poglądy swego mentora świadczy fakt, że większość z postulowanych przez niego zmian została uwzględniona w kolejnej edycji Prayer Book z roku 1552. Bucer podnosił m.in. zastrzeżenie co do rytu Komunii, wedle którego przewodniczący liturgii powinien używać tylko takiej ilości chleba i wina, jaka była wystarczająca dla ludzi przystępujących do Stołu Pańskiego. Jak wyjaśniał:

Stwarza to pożywkę dla przesądu (…), że jeśli jakaś ilość chleba i wina pozostaje po Komunii, nie wolno używać ich do zwykłych celów, jak gdyby nawet wówczas, gdy są one używane poza Komunią, było w nich coś duchowego czy świętego, wskutek czego sądzą oni [przewodniczący liturgii – przyp. tłum.] , że niezależnie od tego, ile chleba i wina pozostaje po Komunii, powinni sami je spożyć. Ludzie powinni być więc nauczani, że Chrystus Pan nie jest ofiarowany w chlebie i winie, ale – poprzez Jego słowa i te symbole – w pobożnych sercach,  a więc chleb i wino, które umieszczane były na Stole Pańskim, gdy używa się ich poza ustanowioną przez Pana Komunią, nie są wcale bardziej święte, niż każdy inny chleb i wino (…) Gdy widzimy, jak skutecznie i z jak wielką szkodą, działający w rzymskich antychrystach przez tak wiele stuleci szatan zmuszał ludzi do oddawania czci chlebowi zamiast Chrystusowi naszemu Zbawcy, okradając Go w ten sposób z należnej czci, tym bardziej poczuwamy się do obowiązku usuwania ze wszystkich kościołów  – na ile tylko starczy nam sił i przy zachowaniu całej czystości doktryny – wszelkich form kultu chleba, jakie pragną oni [papieże – przyp. tłum.] zakorzenić wśród antychrystów [fałszywych chrześcijan – tj. katolików – przyp. tłum] i wszczepić w serca prostego ludu (…) Chleb i wino są symbolami Ciała i Krwi Chrystusa, w których składa się On za nas w ofierze. Poza tą okolicznością są one jak każdy inny chleb i wino, gdyż w ich naturze nie następuje żadna zmiana, a Chrystus Pan nie jest ofiarowany w nich, ale w sercach silnych we wierze.

Cranmer zareagował na ten krytycyzm usuwając z obrzędów Komunii z roku 1522 rubryki, co do których Bucer wysunął obiekcje i dołączając zalecenie, że jeśli po Komunii pozostanie jakiś chleb czy wino, przewodniczący liturgii powinien zabrać je do domu na swój użytek.

Wszyscy protestanci, włączając w to Lutra, nauczali, że święcenia są jedynie publiczną autoryzacją wymaganą do sprawowania funkcji przewodniczącego liturgii. W ich opinii nie ma więc zasadniczej różnicy między człowiekiem posiadającym święcenia i ich nie posiadającym, święcenia nie nadają żadnej władzy, jakiej człowiek by wcześniej nie posiadał, nie ma mowy o wyciskaniu przez nie jakiegoś niezatartego znamienia. Z tego powodu praktyka umieszczania Hostii na języku wiernych postrzegana była przez Bucera jako wyraz wiary, że chleb Eucharystyczny nie jest zwykłym chlebem i że jedynie kapłanowi wolno go dotykać, jako temu, kto posiada władzę, jakiej świeccy są pozbawieni. Skrytykował więc obrzędy Komunii z Prayer Book z roku 1549, zarzucając im pozostawienie praktyki, w której przewodniczący liturgii umieszczał Hostię na języku przystępującego do Stołu Pańskiego. Cranmer dostosował się do jego żądań i w nowych obrzędach Komunii z roku 1522 wprowadził zwyczaj udzielania Komunii na rękę. Powody, dla których Bucer nalegał na tę zmianę, były jednoznaczne:

Nie mam wątpliwości, że zwyczaj nie umieszczania tych sakramentów z rękach wiernych zaprowadzony został w wyniku dwojakiego przesądu: po pierwsze, wynikało to z fałszywej czci, jaką chciano okazać temu sakramentowi, drugim zaś powodem była nikczemna arogancja kapłanów, przypisujących sobie godność wynoszącą ich ponad lud Chrystusowy, a to ze względu na olej używany podczas święceń. Pan jednak bez wątpienia dał te swe święte symbole w ręce Apostołów i nikt, kto czytał dokumenty starożytnego Kościoła nie może wątpić, że zwyczaj ten praktykowany był aż do nadejścia rzymskiego antychrysta.

Ponieważ więc nie wolno tolerować żadnych przesądów rzymskiego antychrysta, przywracając na ich miejsce pierwotną prostotę [zwyczajów] Chrystusa, Apostołów oraz starożytnego Kościoła, pragnę, by pasterze i nauczyciele ludu wiernie nauczali, iż przesądem i błędem jest uważać, że ręce tych, którzy prawdziwie wierzą w Chrystusa, są mniej czyste niż ich usta, albo że ręce kapłanów są  świętsze niż ręce świeckich, że złą czy niestosowną rzeczą jest – jak uprzednio błędnie wierzyli ludzie prości – przyjmowanie tych sakramentów przez świeckich na rękę – oraz by usunięte zostało wszystko, co mogłoby stanowić pożywkę dla tych błędnych przekonań, takie jak zarządzenia, że tylko sam kapłan może dotykać sakramentów i że powinien udzielać ich wiernym im do ust – co sprzeczne jest nie tylko ze zwyczajem ustanowionym przez Pana, ale i ze zdrowym rozsądkiem.

W ten sposób wszyscy dobrzy ludzie będą mogli zostać z łatwością przekonani do przyjmowania świętych symboli na rękę, zachowana zostanie zgodność tej praktyki (ze sposobem jej ustanowienia – przyp. tłum.), ponadto stanowić to będzie przeszkodę dla dalszych nadużyć sakramentów. Gdyż pomimo faktu, że dopuszczalne jest pewne tymczasowe ustępstwo względem tych, których wiara jest jeszcze słaba, i udzielanie im wedle życzenia Komunii do ust, jeśli tylko zostaną oni należycie pouczeni, wkrótce dostosują się do zwyczaju reszty Kościoła i będą przyjmowali sakramenty do ręki”.

Trzeba tu zauważyć, że Bucer postrzegał namaszczanie dłoni kapłana jako akt odnoszący się do przywileju dotykania Hostii, co negują teksty propagandowe w rodzaju Take and Eat. Fakt, że protestanccy reformatorzy wprowadzili Komunię na rękę jako wyraz odrzucenia katolickiej nauki o kapłaństwie i Rzeczywistej Obecności Chrystusa w Eucharystii, nadał tej praktyce znamię jednoznacznie antykatolickie – i od tej pory stała się ona zwyczajem niedopuszczalnym w kulcie katolickim. Współcześni protestanci z pewnością nie wprowadziliby praktyki przyjmowania Komunii do ust, by dostosować się do zwyczajów panujących wśród katolików, dlatego więc, w imię fałszywego ekumenizmu, to katolikom kazano przyjąć praktykę specyficznie dziś protestancką – aby usunąć wszelkie pozostałe oznaki zewnętrznego kultu wobec Najświętszego Sakramentu, gorszące dla tych wszystkich, który uważają go jedynie za zwykły chleb. Nie powinno nas to dziwić – jest to logiczna konsekwencja procesu, który rozpoczął się od zniszczenia Mszy św. Piusa V.

 

Nieposłuszeństwo i kłamstwa

Komunia na rękę zaczęła upowszechniać się ponownie w Kościele katolickim wkrótce po zakończeniu II Soboru Watykańskiego. Proces ten rozpoczął się od Holandii, gdzie przybrał postać otwartego buntu wobec rozporządzeń prawomocnej władzy. Wbrew obowiązującym normom liturgicznym w niektórych kościołach Komunia zaczęła być rozdzielana w sposób będący od czasu reformacji praktyką specyficznie protestancką. Było to nadużycie, z którym biskupi powinni rozprawić się szybko i skutecznie – księża, którzy nie chcieliby stosować się do prawa Kościoła, powinni zostać bezzwłocznie zasuspendowani. Tak się jednak nie stało – i wkrótce praktyka ta przyjęła się również w Niemczech, Belgii oraz Francji, których biskupi sprzeniewierzyli się swemu urzędowi, tolerując coraz szersze jej upowszechnianie. W ten sposób praktyka, która już wówczas była dla katolików niedopuszczalna ze względu na przyjęcie jej przez protestantów i fakt, że stanowiła wyraz odrzucenia przez nich katolickiego nauczania o Eucharystii, stała się również symbolem kwestionowania autorytetu Kościoła ze strony liberalnych duchownych.

Konsekwencje tego buntu stały się tak poważne, że papież skonsultował się z biskupami  całego świata i po zasięgnięciu ich opinii ogłosił w roku 1969 instrukcję Memoriale Domini. Jej nauczanie streścić można w następujących punktach:

  • Biskupi z całego świata są w przytłaczającej większości przeciwni tej innowacji
  • Tradycyjny sposób udzielania Komunii powinien zostać zachowany
  • Jest on oznaką szacunku [wobec Najświętszego Sakramentu] i nie pomniejsza w niczym godności przystępujących do Komunii
  • Innowacja ta mogłaby prowadzić do braku uszanowania, profanacji i wypaczania prawdziwej doktryny eucharystycznej.

Dlatego:

Stolica Apostolska, usilnie napomina (…) biskupów, kapłanów i wiernych, aby gorliwie przestrzegali tego prawa, ważnego i ponownie potwierdzonego, zgodnie z osądem większości katolickich biskupów, w formie zgodnej z obecnym rytem świętej liturgii, co jest niezbędne dla powszechnego dobra Kościoła”.

Popełniono jednak katastrofalny w skutkach błąd. Zgodzono się, że w sytuacji, gdy praktyka zdążyła się już „zakorzenić”, Konferencje Episkopatu mogą przeprowadzić głosowanie i po uzyskaniu większości 2/3 głosów wystąpić do Stolicy Apostolskiej o zgodę na zalegalizowanie tego nadużycia. W sposób oczywisty sformułowanie „zakorzeniła się już” odnosiło się do 28 maja 1969 roku. Nie dotyczyła więc krajów, w których praktyka ta nie upowszechniła się przed datą ogłoszenia instrukcji – a do kategorii tej należały wszystkie państwa anglojęzyczne. Liberalni księża odebrali to jednak jako sygnał, że jeśli konsekwentnie łamać będą obowiązujące prawo, Stolica Apostolska ostatecznie ustąpi i dostosuje legislację do ich żądań. Jak się okazało, mieli rację – i to nie tylko w kwestii Komunii na rękę. Jednak sytuacja przed i po ogłoszeniu Memoriale Domini różniła się pod jednym ważnym względem. Biskupi, którzy do maja 1969 najpierw tolerowali, później aprobowali, a obecnie starają się narzucić to nadużycie, w sposób jawny lekceważą wyraźną wolę Pawła VI – a jednak równocześnie nie wahają się posługiwać argumentem lojalności wobec papieża odmawiając zgody na celebrację Mszy św. Piusa V! Stworzyli w ten sposób własne kryterium dotyczące tego, jak stosować się należy do życzeń papieża: tolerują sytuacje, gdy lekceważone są one z uszczerbkiem dla wiary, interweniują natomiast wówczas, gdy motywem nieposłuszeństwa jest obrona katolickiej prawdy.

We wielu krajach instrukcja Memoriale Domini w ogóle nie została opublikowana, tamtejsi wierni nie zdawali więc sobie sprawy z rzeczywistych intencji papieża. Nie mieli też podstaw do opierania się oficjalnej propagandzie mającej na celu narzucenie im protestanckiej praktyki, wbrew silnie zakorzenionej tradycji liturgicznej i wyraźnie wyrażonej woli Ojca Świętego. Głównym narzędziem tej propagandy była wydana w USA broszura The Body of Christ. Serię kazań, mających na celu zaprezentowanie jej treści w języku przystępnym dla wiernych znaleźć można w broszurze ks. Josepha M. Champlina Preaching and Teaching about the Eucharist. Kazania te umożliwiały księżom parafialnym „sprzedawanie” tej nowinki parafianom na sposób podobny do metod, jakimi posługują się obnośni sprzedawcy. Oto próbka wyjaśnień proponowanych przez ks. Champlina:

Podczas II Soboru Watykańskiego pewni katolicy, stosując się do norm liturgicznych zaaprobowanych przez biskupów, rozpoczęli starania o przywrócenie w formie opcji zwyczaju przyjmowania Komunii na rękę. W miarę, jak pragnienia te się nasilały, papież zasięgnął opinii biskupów całego świata, czy pożądanym byłoby przywrócenie tego zwyczaju, jako alternatywny dla Komunii przyjmowanej bezpośrednio do ust. W odpowiedzi na ich uwagi Ojciec święty zdecydował, że dotychczasowy zwyczaj powinien zostać zachowany, jednak biskupi w danych krajach mogą przeprowadzić głosowanie w kwestii wprowadzenia Komunii na rękę jako opcji. W przeciągu kilku lat głosowania takie przeprowadzili biskupi z 54 krajów świata, w tym również biskupi amerykańscy.

Jest to propaganda wedle najlepszej tradycji Trzeciej Rzeszy. Sam Joseph Goebbels  nie zrobiłby tego lepiej. Zwróćmy uwagę, że powyższy fragment nie zawiera żadnych kłamstw. Ks. Champlin zaleca mówić wiernym, iż pewni katolicy pragnęli przywrócenia starożytnej praktyki – nie dodaje jednak, że katolicy owi wskrzesili ją nie czekając na stosowne pozwolenie. Papież rzeczywiście „zasięgnął opinii” biskupów z całego świata, ks. Champlin nie uznał jednak za stosowne poinformować wiernych, że biskupi ci w przytłaczającej mierze opowiedzieli się przeciwko wspomnianej innowacji. Czy można przypuszczać, by zwykły katolik, nie posiadający żadnych dodatkowych informacji, nie wyciągnął z tych słów wniosku, że opinia biskupów była pozytywna? Memoriale Domini rzeczywiście przyznawała lokalnym Konferencjom Episkopatu prawo do głosowania nad legalizacją tego nadużycia (nie mogli oni „wprowadzać Komunii na rękę”, gdyż praktyka ta mogła być legalizowana jedynie tam, gdzie zwyczaj ten zakorzenił się wcześniej nielegalnie) – jednak ks. Champlin nie uważa, by wiernych należało informować, iż koncesja ta stosuje się jedynie do krajów, w których nadużycie to zakorzeniło się przed majem 1969. Uznał również za rozsądne nie informować ich, iż Ojciec Święty napominał usilnie biskupów, kapłanów i wiernych, by przestrzegali tradycyjnej praktyki i że przestrzegał przed zagrożeniami, do jakich może prowadzić ta innowacja. Najbardziej biski kłamstwu był ks. Champlin wówczas, gdy stwierdzał, iż buntownicy, którzy zainicjowali to nadużycie „postępowali zgodnie z normami liturgicznymi zatwierdzonymi przez biskupów podczas II Soboru Watykańskiego”. Pozbawiony dodatkowych informacji świecki mógł wyciągnąć z tych słów wniosek, że jeśli nawet jeśli praktyka ta nie została bezpośrednio nakazana przez Vaticanum II, to przynajmniej stanowiła przedmiot dyskusji obecnych na soborze biskupów. Jednak Konstytucja o liturgii nie wspomina ani jednym słowem ani o tej, ani jakiejkolwiek z podobnych innowacji. Sama myśl o nich wzbudziłaby u większości ojców soborowych przerażenie. O tym, jak dalecy byli oni od zatwierdzania podobnych praktyk dowodzi fakt, że przeważająca ich część wypowiadała się przeciwko nim w roku 1969. Słowa ks. Champlina stanowią jeszcze jeden dowód na słuszność tezy, jaką postawiłem w rozdziale XVI książki Pope John’s Council, a mianowicie, że zalążki posoborowych nadużyć odnaleźć można w samej Konstytucji; były to sprytnie wkomponowane w jej tekst dwuznaczności, które eksplodować miały po soborze jako swoiste „bomby zegarowe” – podłożone przez „ekspertów”, będących autorami przedstawianych pod głosowanie dokumentów.

Ks. Joseph M. Champlin jest typowym przykładem propagandysty, usiłującego dostosować katolicką liturgię do praktyk protestanckich. Owa ekumeniczna intencja ukrywana jest jednak przed wiernymi, których zapewnia się, że prawdziwym celem jest wskrzeszenie praktyk starożytnego Kościoła. Był to standardowy argument protestanckich reformatorów. Powoływanie się na starożytny Kościół jest cechą charakterystyczną herezji.

W roku 1947 Pius XII ogłosił encyklikę Mediator Dei, w której usilnie przestrzegał przed ludźmi, usiłującymi podkopywać wiarę pod pretekstem powrotu do starożytnych praktyk.  Ostrzegał w niej, że „(…) tego rodzaju zdrożne zamysły i poczynania prowadzą do tego, że osłabiają i wyjaławiają uświęcające działanie św. liturgii, którym ona zbawiennie wiedzie dzieci przybrania do Ojca Niebieskiego”. Jak wyjaśniał:

Owszem, liturgia dawnych wieków jest niewątpliwie godna szacunku. Nie należy jednak mniemać, iż dawny zwyczaj, dlatego tylko że tchnie starożytnością, jest przydatniejszy i lepszy, czy to sam przez się, czy to w odniesieniu do późniejszych czasów i nowych warunków. Także nowe obrzędy liturgiczne są godne szacunku i zachowania, gdyż powstały pod natchnieniem Ducha Świętego, który w każdym czasie aż do końca świata jest obecny w Kościele (…) Nie jest rzeczą ani mądrą, ani godną pochwały wszystko i w każdy sposób cofać do starożytności. I tak, aby użyć przykładu, błądzi kto chce ołtarzom przywrócić pierwotny kształt stołu; kto chce wykluczyć czarny kolor z szat kościelnych; kto nie dopuszcza w kościele posągów i świętych obrazów (…) Taki sposób myślenia i postępowania aż nadto przypomina ów zbytni i niezdrowy entuzjazm dla starożytności, wzbudzony przez nielegalny synod w Pistoi oraz usiłuje wznowić owe rozliczne błędy, które były przyczyną zwołania tego synodu i które po nim z wielkim uszczerbkiem dla dusz się uwydatniły, a które Kościół, jako czujny zawsze stróż «depozytu wiary», powierzonego mu przez Boskiego Założyciela, słusznie potępił”.

To jednak, co słusznie potępione zostało w roku 1947, narzucone zostało katolikom przez ich własną hierarchię w roku 1977. Pius XII nie wspominał o praktykach tak szokujących jak świeccy szafarze czy Komunia na rękę: nawet najbardziej fanatyczni zwolennicy protestatyzacji jego czasów nie wyobrażali sobie, by kiedykolwiek mogli osiągnąć taki sukces!

 

Starożytne obrzędy i zwyczaje

Nawet najbardziej pobieżne studium pierwszych ośmiu wieków historii Kościoła ujawnia istnienie niezliczonych obrzędów i zwyczajów, które zostały następnie zarzucone. Kandydaci do chrztu musieli stawiać się na badanie przez siedem kolejnych dni, leżeć krzyżem podczas wielkiego egzorcyzmu, kapłan namaszczał ich wargi i uszy śliną, namaszczani byli od stóp do głów egzorcyzmowanym olejem (w stosunku do kobiet obrzęd ten wykonywały diakonisy), po chrzcie kandydaci namaszczani byli pachnidłami, po pierwszej Komunii dawano im niekiedy łyk mleka z miodem. Podczas Mszy katechumenom nakazywano opuszczać kościół po Liturgii Słowa (Mszy Katechumenów), chrzczonym niemowlętom podawano Komunię pod postacią wina. Za pewne grzechy nakładane były długie i uciążliwe pokuty – penitentom nie wolno było wchodzić do kościołów i musieli pozostawać na zewnątrz w worach pokutnych i popiele prosząc o modlitwy, Wielki Post był czasem surowej pokuty, postu i wstrzemięźliwości, zwłaszcza dziewice i wdowy zachęcane były do częstych postów i modlitwy w intencji Kościoła. Bardzo surowe reguły obowiązywały tych, którzy pragnęli zaprosić na posiłek wdowę. „Niech będą dojrzali w latach – pisał św. Hipolit – i niech odeślą je z powrotem przed zmierzchem”. Na kandydatów do chrztu nie dopuszczano rzeźbiarzy, malarzy, aktorów i nikogo, kto brał udział w przedstawieniach teatralnych, woźniców rydwanów, rozrzutników, eunuchów, ludzi parających się czarami, szarlatanów ani żołnierzy. Dopuszczano natomiast konkubiny, o ile pozostawały one wierne swemu panu.

Listę tę można by wydłużać w nieskończoność. Co ciekawe, gdy przeanalizuje się te z owych praktyk, które po zarzuceniu zostały po wiekach wskrzeszone, wspólnym motywem ich reanimacji okazuje się być dostosowywanie kultu katolickiego do zwyczajów sekt protestanckich. Mam tu na myśli zjawiska takie, jak zastępowanie ołtarzy stołami, Komunia pod obiema postaciami, liturgia w językach narodowych, usuwanie czarnych szat liturgicznych, modlitw wyrażających ofiarnych charakter Mszy, tradycyjnych komunikantów mszalnych – szczegółowe informacje na ten temat znaleźć można w rozdziale XXV niniejszej książki. Przedstawiłem tu wystarczająco dużo dowodów, że obecna rewolucja liturgiczna, choć nie identyczna z cranmerowską, budzić powinna odrazę każdego miłującego wiarę katolika. Na ironię zakrawa jednak fakt, że nawet Cranmer zachował na tyle silne przekonanie o dostojeństwie Komunii św.  – pomimo faktu, że negował Rzeczywistą Obecność Chrystusa w Eucharystii – że zastrzegł prawo do jej rozdawania dla samych tylko wyświeconych księży. Nawet on nie posunął się do wprowadzenia świeckich szafarzy!

 

Nieprawidłowości proceduralne

Instrukcja Memoriale Domini jednoznacznie stwierdza, że praktyka udzielania Komunii na rękę tolerowana może być jedynie w tych krajach, w których zakorzeniła się ona przed majem 1969 roku. Ostatecznie jednak Watykan ugiął się pod presją i zgodził się udzielać stosownego indultu wszędzie, gdzie tylko praktyka ta się rozwinęła – nie precyzując przy tym w żaden sposób, co należy przez te słowa rozumieć. Czy miało to oznaczać jednego kapłana udzielającego Komunii na rękę jednemu wiernemu na całym terytorium USA? A może chodziło o 50% parafii w każdej diecezji?

Na tę niezwykle ważną kwestię zwrócił uwagę bp Blanchette z Joliet w stanie Illinois. Gdy w roku 1977 Konferencja Episkopatu USA debatowała nad przywróceniem Komunii na rękę, bp Blanchette wyjaśnił, że zgodnie z procedurą określoną przez Watykan Stolica Apostolska mogłaby udzielić zgody jedynie wówczas, gdyby na terytorium USA przeważał inny zwyczaj udzielania Komunii. Podkreślał, że biskupi nie mogą przejść do kolejnego etapu zanim nie stwierdzą, że ten warunek wstępny rzeczywiście został spełniony:

Powiedziałem: będziemy teraz dyskutowali i prawdopodobnie głosowali nad ewentualną petycją do Stolicy Apostolskiej, a nie ustaliliśmy jeszcze, czy inny zwyczaj jest rzeczywiście dominujący. Jak powiedziałem, najprostszym sposobem na weryfikację tego twierdzenia jest poproszenie ordynariuszy o odpowiedź na pytanie, czy na terenie ich diecezji istotnie można mówić o dominowaniu innej praktyki. Ordynariusz powinien to wiedzieć, jest przecież pasterzem diecezji. Zarówno on sam jak i jego księża składali śluby posłuszeństwa, jeśli więc ktokolwiek może udzielić precyzyjnych informacji, to właśnie on. Poprosiłem więc o dodanie tego punktu do harmonogramu obrad, by umożliwić weryfikację twierdzenia, że pierwszy warunek – czyli dominacja innego zwyczaju – został w istocie spełniony. W przypadku uzyskania odpowiedzi twierdzącej, moglibyśmy przejść do kolejnych punktów [procedury]. Jeśli jednak nie zostało to zweryfikowane, jak – logicznie rzecz biorąc – możemy przechodzić do kolejnego etapu? Taki postawiłem wniosek.

Wniosek bpa Blanchette’a poparło na piśmie pięciu innych biskupów, podtrzymał go również przewodniczący Konferencji Episkopatu. Zgodnie z obowiązującymi zasadami głosowanie nad nim powinno być tajne, jednak zwolennicy innowacji w głosowaniu przez podniesienie rąk wymusili na przewodniczącym odstępstwo od regulaminu. Nawet kard. Król potępił później wykorzystywanie tego narzędzia walki parlamentarnej do odrzucenia wniosku w tak istotnej kwestii. Uzasadnione jest więc pytanie: czy głosowanie to było zgodne z prawem?

Również podczas głównego głosowania doszło do wielu nieprawidłowości. Pozbawiono prawa głosu biskupów emerytowanych, a gdy nadal nie można było osiągnąć większości 2/3 głosów większości, umożliwiono głosowanie biskupom nieobecnym, aż wymagana większość została ostatecznie osiągnięta. Ci, którzy podnosili zastrzeżenia wobec tej praktyki, krytykowani byli za robienie zamieszania w tak „błahej” sprawie. Cóż, jeśli sprawa ta była tak „błaha”, środki, do jakich uciekli się ludzie pragnący ją przeforsować, były naprawdę niezwykłe.

Pewne jest, że w Anglii i Walii o dominacji innego zwyczaju mówić można było jedynie w bardzo niewielu miejscach. Jest wysoce nieprawdopodobne, by na terenie całego kraju istniało wówczas więcej niż kilkadziesiąt parafii czy ośrodków, w których można by mówić o zakorzenieniu się tego nadużycia. Większość katolickiej populacji z całą pewnością nie była nim zainteresowana i nie pragnęła jego wprowadzenia. Anglicy mają jednak własne sposoby postępowania w takich sytuacjach. Biskupi wydali stosowną zgodę w tajemnicy, wskutek czego o ich decyzji wiedziało niewielu tylko księży diecezjalnych oraz świeckich wiernych. W ten sposób biskupi uniknęli konieczności publicznego tłumaczenia się z faktu, że zaaprobowali zwyczaj, który bynajmniej nie był dominujący. Było to dla nich najwygodniejsze rozwiązanie, ponieważ – jak już wspomniałem – przypadki dominacji innego zwyczaju dotyczyły wówczas jedynie kilku ognisk buntu. Zachowanie to zasługuje na potępienie niezależnie od tego, czy zwyczaj ten był dominujący, czy też nie – i odnosi się również do sytuacji we wszystkich innych krajach. Jeśli rzeczywiście był on dominujący, biskupi ponoszą winę za nie powstrzymanie szerzącego się buntu przeciwko Stolicy Apostolskiej; jeśli dominujący nie był, winni są wprowadzenia w błąd papieża i starania o indult pod fałszywymi pretekstami. Jeśli angielscy biskupi stwierdzili w swej petycji, że praktyka ta była szeroko rozpowszechniona, lub nawet że istniały liczne żądania jej wprowadzenia, wówczas nie ma wątpliwości co do tego, że mamy tu do czynienia z oszustwem i że indult powinien być traktowany jako nieważny w rozumieniu kanonu 40.

Podobnie było w Kanadzie. Znajduję się w posiadaniu zebranego przez pewnego kanadyjskiego księdza obszernego dossier, znakomicie obrazującego sposób, w jaki praktyka ta została tam wprowadzona. Kanadyjscy biskupi odmówili publicznego ujawnienia przesłanek, jakie skłoniły ich do wysunięcia prośby o indult:

W prasie pojawiły się doniesienia, że o zgodę wystąpiono, ponieważ pewni wierni wyrazili pragnienie powrotu do starożytnego chrześcijańskiego sposobu przyjmowania Komunii. Jeśli tak było naprawdę, zmuszeni jesteśmy zapytać: ile osób się tego domagało? Z pewnością nie więcej niż jedna na dziesięć tysięcy. Nikt nie słyszał o żadnych sondażach. Dwunastu proboszczów, którzy w pewnej archidiecezji dyskutowali nad tą kwestią stwierdziło, że nigdy nie słyszeli o podobnych prośbach. W pewnej diecezji liczącej ponad 150 parafii Komunia na rękę udzielana była jedynie w 2 czy 3 kościołach. Idea ta zrodziła się w seminariach, domach rekolekcyjnych, na uniwersytetach i w collegach. Nawet po wprowadzeniu indultu niektórzy kanadyjscy biskupi w dalszym ciągu nie udzielali zgody na przyjmowanie Komunii na rękę. Inni czynili to niechętnie. Niektórzy stawiali warunki, np. że osoba przyjmująca Komunię na rękę musi być bierzmowana. Pewien arcybiskup udzielając zezwolenia powiedział: «Z tego co wiem, nie można mówić o powszechnym żądaniu zaprowadzenia tej praktyki ze strony biskupów, duchowieństwa czy świeckich». Niektórzy  mówili nawet, że są rozczarowani faktem udzielenia zgody albo tłumaczyli swe ustępstwo tym, że została ona wprowadzona w sąsiednich diecezjach, a ludzie muszą przyzwyczaić się  zwyczajów, które mogą napotkać gdzie indziej”.

Widzimy więc pewien wspólny schemat: oto do Rzymu wysyłana jest prośba o indult legalizujący nadużycie, podczas gdy nie podejmuje się jakichkolwiek starań, mających na celu określenie, czy zjawisko to jest na tyle powszechne, by spełniało warunek wstępny uzyskania indultu. Jeśli badania wykazują, że inny zwyczaj nie jest dominujący, dane te są zatajane. Ludzie mający skłonność do tajemnicy często mają coś do ukrycia.

Biskupi Anglii i Walii posunęli się jeszcze dalej, zatajając sam fakt wystąpienia o indult. Przeważająca część wiernych nie była świadoma tego, że został on udzielony aż do chwili, gdy wzięli do ręki katolickie czasopisma z 21 maja 1976 roku, gdzie obok stosownego komunikatu znaleźli również stek sloganów propagandowych mających usprawiedliwić wprowadzenie tej protestanckiej praktyki. W międzyczasie Catholic Truth Society przygotowywała broszury i plakaty mające wesprzeć kampanię prasową, zbieżne w treści z wydanym właśnie ogłoszeniem. W niektórych diecezjach duchowieństwo parafialne poinformowane zostało zaledwie 1 lub 2 dni wcześniej, wielu księży dowiedziało się jednak o tym fakcie w tym samym czasie, co świeccy. Potwierdziło to kilkudziesięciu księży, z którymi kontaktowałem się osobiście. Pewien kapłan z diecezji na północy pisał: „O tym, że biskupi zdecydowali się zezwolić na tę praktykę, dowiedziałem się z wiadomości telewizyjnych. Był to dla mnie szok”.

Trudno opisać cierpienia, jakich narzucenie tej praktyki przysporzyło wielu dobrym księżom diecezjalnym. Pewien kapłan z archidiecezji Westminsteru powiedział mi, że legalizacja tego nadużycia i sposób, w jaki zostało to przeprowadzone  – za plecami duchowieństwa  – sprawiły, że poczuł, iż pięćdziesiąt lat jego kapłaństwa było jedynie farsą. Nie wszyscy świeccy świadomi są ścisłych więzi, łączących biskupa z jego księżmi. Zachowanie biskupów w tej kwestii porównać można do sytuacji, w której ojciec rodziny zmienia pracę i decyduje się sprzedać dom rodzinny nie wspominając o niczym żonie ani dzieciom, stawiając ich przed faktem dokonanym i dając im zaledwie kilka godzin na spakowanie się i wyprowadzkę. Posiadam informacje o dziesiątkach kapłanów, którzy woleli przejść na emeryturę, niż zaakceptować narzucone zmiany. Trzeba pamiętać, że choć świeckim – przynajmniej teoretycznie – pozostawiono swobodę wyboru co do sposobu, w jaki pragną przyjmować Komunię, wyboru takiego nie pozostawiono kapłanom. Biskupi nakazali udzielać im Komunię na rękę każdemu wiernemu, który tego zażąda. Bóg pokierował jednak sprawami tak, że wielu spośród tych księży odprawia obecnie Mszę Trydencką dla różnych grup tradycyjnych katolików. Inni woleli przejść na emeryturę, niż narazić się na uczestnictwo w akcie pociągającym za sobą takie nieuszanowanie wobec Najświętszego Sakramentu. Jeszcze inni zmuszeni zostali do ustąpienia, gdyż odważyli się na publiczną krytykę tej praktyki. Pewien angielski kapelan klasztorny usunięty został za czytanie zakonnicom instrukcji Memoriale Domini, pomimo faktu, że sam zgodził się ostatecznie na udzielanie Komunii na rękę. Pragnął jedynie uświadomić siostrom, że Paweł VI wyraził pragnienie zachowania tradycyjnej praktyki. Pewien amerykański ksiądz poinformował mnie, że jego biskup kazał mu przejść na emeryturę, ponieważ udostępniał swym parafianom moją książkę „O Komunii na rękę i podobnych nadużyciach”. „Nie masz prawa do osobistej opinii” – powiedział. Wielu innych księży zdecydowało się podporządkować dyktatowi kurii i pozostać w swych parafiach pomimo faktu, że każda Msza była dla nich udręką. Ich odczucia doskonale podsumował ks. John E. Koramr w liście do „Our Sunday Visitor” z 23 października 1977 roku:

W sytuacji gdy nam – tradycyjnie nastawionemu duchowieństwu – narzucona została praktyka udzielania Komunii na rękę, bez żadnego względu dla naszych uczuć czy szacunku dla naszych opinii, uważam za stosowne wyrażenie specjalnych «podziękowań» wszystkim katolickim «progesistom».

Często udaje się wam przeforsować własne poglądy, zmusiliście wszystkich kapłanów do przyjęcia waszego stanowiska, niezależnie od tego, czy się nam to podoba, czy też nie, jeśli zaś wyrażamy zastrzeżenia, mówi się nam, że musimy akceptować to wszystko ze względu na śluby posłuszeństwa wobec hierarchii (w którą większość z was nie wierzy).

Tak też uczyniłem i ja, obecnie jednak muszę powiedzieć o moich odczuciach. W obecnej sytuacji bycie kapłanem nie jest już dla mnie czymś specjalnym, stało się to po prostu «pracą», rodzajem rutyny. Nie jest to już to kapłaństwo, które znałem i kochałem. Nie jest to kapłaństwo, dla którego studiowałem i któremu poświęciłem swe życie wiele lat temu.

Z całą pewnością nie porzucę kapłaństwa dla nikogo ani niczego, jednak praca w tych nowych okolicznościach będzie dla mnie doświadczeniem bardzo odmiennym od dotychczasowego.

Tak więc progresiści, możecie sobie pogratulować, udało się wam pozbawić mnie całej radości i miłości jakie dawało mi moje kapłaństwo, pozostawiając mi jedynie poczucie  pustki i zgorzknienia. Wciąż będę się za was modlił, w tej jednak intencji: byście nie wyrządzili dalszych szkód Kościołowi”.

W Anglii, co zakrawa już niemal na rozmyślną zniewagę, Catholic Information Office stwierdziła, że wśród duchowieństwa i świeckich prowadzone były szerokie konsultacje! Bezprzykładna intryga, przy pomocy której angielskim biskupom udało się narzucić to nadużycie, sprowokowała nawet krytyczne komentarze ze strony organu najbardziej radykalnych zwolenników innowacji liturgicznych „Music and Liturgy”. Wyrażając stosowny entuzjazm wobec wprowadzenia Komunii na rękę, editorial z lata 1976 stwierdzał równocześnie:

Zostało to wprowadzone w niefortunny sposób (…) Krajowa Komisja Liturgiczna była oczywiście przygotowana na protesty, nie ma innego wyjaśnienia dla dziwacznej atmosfery tajemnicy, jaka otaczała ten projekt (księża poinformowani zostali zaledwie kilka dni przez wprowadzeniem nowych regulacji, otrzymując przy tym ścisłe instrukcje, by nikomu o tym nie wspominać, np. «nie ogłaszać przed godziną 00:01 takiego a takiego dnia»). Te same podejrzenia nasuwać musi przydługa i mówiąc szczerze dość nudna broszura CTS, zwykłe zestawienie argumentów i tekstów źródłowych, przekonująca do tej samej kwestii wciąż na nowo, bezsprzecznie pomyślana jako narzędzie mające wytrącić broń z ręki «opozycji», zanim miała ona jakąkolwiek szansę na podjęcie dyskusji. Szkoda więc, że ów materiał propagandowy zawierał poważne błędy dotyczące faktów oraz błędne cytaty, które zostały skwapliwie wykorzystane przez oponentów, a dla zwolenników stały się powodem do cynicznych żartów”.

Najpoważniejszym błędem, jaki znalazł się w broszurze The Reception of Holy Communion In the Hand było twierdzenie, że zwyczaj udzielania Komunii na rękę zachował się w Kościołach Wschodnich. Jest to całkowity nonsens, ponieważ w Kościołach Wschodnich, zarówno unickich jak prawosławnym, świeccy przyjmują Komunię pod dwiema postaciami, a Sakrament umieszczany jest na języku komunikowanego przy pomocy łyżeczki. Pod koniec liturgii prawosławnej wśród zgromadzonych rozdzielany jest również niekiedy pobłogosławiony chleb. Nie jest on uprzednio konsekrowany i przyjmuje się go do rąk, stąd ludzie nie znający prawosławia nabrać mogą fałszywego przekonania, że jego wyznawcom Komunia udzielana jest na rękę. Fakt, że broszura ta napisana została przez ks. Anthony’ego Boylana, Sekretarza Generalnego Komisji Liturgicznej Anglii i Walii  doskonale ilustruje ignorancję ludzi, pozujących na ekspertów liturgicznych.

Kwestię fałszywych twierdzeń, jakie znalazły się w broszurze CTS, podnosiłem w listach do wielu wpływowych prałatów, w tym również Delegata Apostolskiego. Sekretarz tego ostatniego potwierdził z ubolewaniem, że owo twierdzenie dotyczące Kościołów Wschodnich rzeczywiście było fałszywe – i że broszura powinna zostać wycofana. Było to w sierpniu 1976 roku – jednak broszura pozostaje w sprzedaży po dziś dzień!

 

Urabianie wiernych

Propaganda, jaką posłużono się do promowania Komunii na rękę, okazała się być bardzo skuteczna. Lekceważy ona co prawda podstawowe normy etyki naturalnej (nie mówiąc już o etyce chrześcijańskiej), jednak skuteczność propagandy nie zależy od standardów etycznych. Naziści udowodnili, że konsekwentne powtarzanie fałszywych lub zmanipulowanych informacji jest w stanie przekonać o ich prawdziwości  zwykłego Niemca, który nie był w stanie, lub – co bardziej prawdopodobne – nie zadał sobie trudu zweryfikowania ich w oparciu o inne źródła. Również Stalin zauważył, że większość ludzi nie posiada zmysłu krytycznego. Przeważająca część populacji przyjmuje, że podawane przez oficjalne źródła informacje są prawdziwe. Kierując się tą zasadą, „The Universe” (najpopularniejszy brytyjski tygodnik katolicki) z 21 maja 1976 roku informował swych czytelników, że:

Paweł VI udzielił zgody na udzielanie Komunii na rękę przekonany, podobnie jak większość biskupów, że praktyka ta uwypukla sakralną naturę przyjmującego sakrament – jako przybytku Ducha Świętego, oraz sakralny charakter Eucharystii – jako Ciała i Krwi Pańskiej”.

Przeciętny katolik po przeczytaniu tych słów nie zada sobie pytania: „Czy to prawda?”. Przyjmuje to za prawdę, ponieważ przeczytał o tym w „The Universe” – i oczekiwanie od niego innej reakcji byłby przejawem braku realizmu. W ten sposób pozostanie on nieświadomy faktu, że Paweł VI wyraził jednoznaczne życzenie, by wierni zachowali tradycyjny sposób przyjmowania Komunii, że nowinkę tę starała się przeforsować jedynie garstka angielskich biskupów oraz że tradycyjny sposób przyjmowania Komunii nie umniejsza godności ochrzczonego chrześcijanina jako przybytku Ducha Świętego, ale w istocie uwypukla naturę Najświętszego Sakramentu jako Ciała i Krwi Chrystusa. Protestanccy reformatorzy znieśli tradycyjną praktykę by dać wyraz swej wierze, że Eucharystia nie jest w istocie Ciałem Chrystusa, a pomimo to „The Universe” stwierdza, bez słowa wyjaśnienia, że nowinka ta w rzeczywistości uwypukla doktrynę o Rzeczywistej Obecności, pewny, że to bezzasadne i nonsensowne twierdzenie nie zostanie zakwestionowane, a gdyby nawet do tego doszło, protesty te można zlekceważyć i zataić przed czytelnikami.

Broszura The Body of Christ zawiera cały szereg całkowicie bezzasadnych twierdzeń dotyczących rzekomych korzyści z udzielania Komunii na rękę. Wysuwanie takich nieuzasadnionych twierdzeń odnosi zamierzony skutek w sytuacji, gdy nie można ich w żaden sposób zakwestionować, lub gdy podnoszone zastrzeżenia zataić można przed większością zainteresowanych. Świadomi tego faktu autorzy The Body of Christ piszą:

Przyjmowanie Pana na rękę uwypukla prawdę, że jesteśmy przez te obrzędy oczyszczeni i uświęceni, że mamy udział w kapłaństwie Jezusa oraz w nowym stworzeniu”.

Właściwą reakcją na to nonsensowne twierdzenie byłoby pytanie: „W jaki sposób uwypukla to ową prawdę? Kto twierdzi, że tak jest? Dlaczego tradycyjny sposób przyjmowania Komunii nie uwypukla tej prawdy równie wyraziście? Jeśli tak jest naprawdę, dlaczego Duch Święty zezwolił na pojawienie się praktyki przyjmowania Komunii do ust i jej kontynuację przez ponad tysiąc lat? Dlaczego Duch Święty pozwala, by prawda ta była po dziś dzień przyciemniana w Kościołach obrządków wschodnich? Dlaczego wybitni kapłani należący do Ruchu Liturgicznego nie zalecali wprowadzenia Komunii na rękę? Dlaczego nie ma o niej żadnej wzmianki w dokumentach II Soboru Watykańskiego? Dlaczego Paweł VI zalecił w Memoriale Domini zachowanie praktyki, która rzekomo prawdę tę zaciemnia? Dlaczego Jan Paweł II zakazał udzielania Komunii na rękę w Rzymie? Dlaczego, jak zaświadcza „The Pilot” z 19 października 1979, konsekwentnie odmawiał on udzielania Komunii na rękę podczas swej wizyty w Ameryce w roku 1979?”.

Pytania takie zadawane będą jednak rzadko, ponieważ zwykli katolicy rzadko kwestionują to, co nakazują im biskupi, nie posiadają również stosownej wiedzy, pozwalającej im na weryfikowanie różnego rodzaju bezzasadnych twierdzeń. Zadając niewygodne pytania ryzykują, że zostaną napiętnowani jako podżegacze i schizmatycy. Przyjmowanie Komunii na rękę traktowane jest obecnie wyraz dojrzałości, wierności nauczaniu Vaticanum II oraz praktyka zgodna z koncepcją pielgrzymującego Ludu Bożego – i biada tym, którzy nie dotrzymują kroku temu trendowi. Obecnie, gdy zwyczaj ten został oficjalnie zaaprobowany, nie spotka się już prawdopodobnie z żadnym poważniejszym sprzeciwem. Pomimo faktu, że liczba ludzi sprzyjających tej nowince była początkowo minimalna, a wręcz mikroskopijna, dla kampanii propagandowej liberałów jest to fakt bez znaczenia. Rewolucjoniści nie potrzebują masowego poparcia, a jedynie słabej opozycji. Liczba katolików, którzy zaangażują się w zwalczanie tego nadużycia będzie bardzo skromna, nawet wśród tych, którzy są jej zasadniczo przeciwni. Tzw. konserwatyści wyrażają zazwyczaj ubolewanie przy pojawianiu się każdego kolejnego nadużycia, ostatecznie je jednak akceptują. Paradoksalnie ci sami ludzie, którzy narzucili ową rodzącą podziały wśród wiernych praktykę, nie mają najmniejszych oporów przed piętnowaniem jej krytyków jako szerzycieli zamętu i niezgody. Eucharystia, źródło i znak katolickiej jedności, stała się źródłem konfliktów rozgrywających się przy samych balaskach ołtarza (w tych rzadkich przypadkach, gdy nie zostały one rozebrane).

Zdecydowanym przeciwnikiem udzielania Komunii na rękę był prof. Dietrich von Hildebrand. Rozdział ten zakończymy jego słowami, które nie wymagają żadnego dodatkowego komentarza.

Niestety, w wielu miejscach Komunia udzielana jest obecnie na rękę. W jaki sposób ma to prowadzić do odnowy i pogłębienia pobożności? Czy pełna drżenia cześć, z jaką przyjmujemy ten przekraczający nasze pojęcie dar, wzrosła poprzez przyjmowanie go w nasze nie konsekrowane dłonie, zamiast z konsekrowanych rąk kapłana?

Nietrudno jest zauważyć, że nieporównywalnie wzrosło niebezpieczeństwo upuszczenia na ziemię partykuł konsekrowanej Hostii, a ryzyko ich zbezczeszczenia czy straszliwego świętokradztwa stało się ogromne.  I jakież ma to nieść z sobą korzyści? Twierdzenie, że kontakt z dłonią czyni Hostię bardziej [dla nas] realną jest czystym nonsensem. Chodzi tu bowiem nie tyle o realność materii Hostii, ale o świadomość, którą zyskujemy jedynie poprzez wiarę, że Hostia stała się rzeczywiście Ciałem Chrystusa. Pobożne przyjmowanie Ciała Chrystusa  do ust, z konsekrowanych rąk kapłana, o wiele bardziej wzmacnia tę świadomość, niż przyjmowanie Go w nasze własne, nie konsekrowane dłonie. Visus, tactus, gustus in te fallitur, sed auditu solo tuto creditur, mówi św. Tomasz z Akwinu we wspaniałym hymnie Adoro te (Mylą się, o Boże, w Tobie wzrok i smak,
Kto się im poddaje, temu wiary brak)
.

Michael Davies

tłum. Scriptor

 

 

 

 

 

Katastrofa liturgiczna – Michael Davies

Katastrofa liturgiczna (fragmenty)

3 kwietnia bieżącego roku –  roku Pańskiego 1994 – przypadła rocznica, rocznica smutna, być może najsmutniejsza w całej historii Kościoła katolickiego. Tego właśnie dnia, dwadzieścia pięć lat temu, papież Paweł VI ogłosił w swej Konstytucji Apostolskiej Missale Romanum, że Mszał promulgowany w roku 1570 przez jego znakomitego poprzednika, św. Piusa V, zastąpiony ma zostać przez inny, promulgowany przez niego samego. Zgodnie z ustaleniami przyjętymi na Soborze Trydenckim oraz pragnąc, by ogłoszony przez niego Mszał stanowił wyraźne potwierdzenie odrzucanych przez protestantów elementów doktryny, św. Pius V skodyfikował ryt Mszy sprawowanej w tym czasie w Rzymie, ryt który rozwijał się stopniowo i w sposób organiczny przez niemal półtora tysiąca lat. W ogłoszonej przy tej okazji bulli Quo primum papież stwierdził wyraźnie, iż wolą jego było aby ryt Mszy jaki znaleźć możemy w tradycyjnym katolickim Mszale pozostał niezmieniony po wsze czasy, i zupełnie słusznie, gdyż około roku 1570 ryt ów osiągnął najwyższy stopień doskonałości. Ks. Frederick Faber nazywał tradycyjną Mszę „najpiękniejszą rzeczą po tej stronie nieba”, zaś kard. Newman, najwybitniejszy być może myśliciel katolicki w świecie anglojęzycznym, powiedział kiedyś, że mógłby uczestniczyć w niej bez końca i nigdy nie poczuć znużenia.

Ogłaszając nową Mszę papież Paweł VI wierzył prawdopodobnie, że będzie w stanie poprawić tradycyjny ryt rzymski i uczynić go bardziej zrozumiałym dla ludzi naszych czasów. W sposób ten zerwał jednak z nieprzerwaną tradycją wszystkich swoich poprzedników i uczynił coś całkowicie nieznanego w historii Kościoła – tak Zachodniego jak i Wschodniego – utworzył mianowicie komisję, której celem miało być ułożenie nowego rytu Mszy, Novus Ordo Missae, czego ojcowie II Soboru Watykańskiego ani nie przewidywali ani nie polecili. Jedyny znany precedens radykalnej reformy liturgicznej stanowią poczynania XVI-wiecznych reformatorów protestanckich. Wspomniałem już, że mszał św. Piusa V stanowić miał z założenia zaporę dla szerzenia się błędów protestanckich – poprzez ukazanie iż publiczny wyraz doktryny eucharystycznej Kościoła katolickiego nie czynił najmniejszej koncesji na rzecz herezji. Intencja jaka przyświecała Pawłowi VI była wręcz przeciwna – chodziło mu mianowicie o pozyskanie względów protestantów. W geście, który w dalszym ciągu trudno jest zrozumieć, poprosił on sześciu teologów protestanckich aby doradzali mu w tworzeniu nowego rytu tej samej Ofiary Mszy, której odrzucenie stanowi fundamentalny aksjomat herezji protestanckiej. O tym, do jakiego stopnia ów nieszczęsny papież gotowy był na poświęcenie najświętszych nawet tradycji naszej wiary dla zadowolenia heretyków, świadczy dobitnie wywiad z jednym z jego najbliższych przyjaciół Jeanem Guittonem, wyemitowany przez francuskie radio 19 grudnia 1993 roku. Guitton stwierdził w nim, że sam papież wyznał mu iż celem przyświecającym reformie liturgii było nie tylko maksymalne zbliżenie jej do protestanckich form kultu, ale wręcz do liturgii sekty kalwińskiej, jednej z najbardziej skrajnych manifestacji herezji protestanckiej.  Dowodzi to, jak bardzo przenikliwy był komentarz msgr Klausa Gambera, wedle którego pozbawienie liturgii powagi i dostojeństwa doprowadziło ostatecznie do tego, iż katolicy „oddychają obecnie rozcieńczonym powietrzem kalwińskiej jałowości”. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, iż nie wierzę by Paweł VI był osobiście nieortodoksyjny w swych poglądach na Eucharystię – nikt kto czytał jego Credo Ludu Bożego czy też encyklikę Misterium fidei nie może mieć co do tego wątpliwości. Motywem jaki nim kierował wydaje się być ta sama nieroztropna gorliwość ekumeniczna, która skłoniła go, jeszcze jako Sekretarza Stanu Stolicy Apostolskiej, do zaangażowania się w tajemne dyskusje z duchowieństwem anglikańskim – wbrew wyraźnej woli papieża Piusa X.

Zamierzam natomiast wykazać, że – jak już wspomniałem – sam sposób w jaki dokonano reformy rytu Mszy stanowił zerwanie z tradycją, że zmiany wprowadzone w rycie rzymskim po II Soborze Watykańskim wykraczały daleko poza to, co sobór autoryzował, oraz że – w pewnych przypadkach – sprzeczne są one w istocie z jego zaleceniami. Zamierzam pokazać, że byliśmy świadkami raczej rewolucji niż reformy, i że rewolucja Pawła VI nie przyniosła żadnych dobrych owoców, które mogłyby zrekompensować zniszczenie naszego niemal 2 tysiącletniego dziedzictwa liturgicznego.

Przed przeanalizowaniem tej rewolucji, niezbędne jest wyjaśnienie czym jest ryt Mszy. Ryt Mszy zawiera słowa oraz obrzędy otaczające zasadnicze elementy, które ustanowione zostały przez samego Zbawiciela. Tymi zasadniczymi elementami są: 1) materia: chleb i wino; 2) forma: „To jest Ciało Moje” oraz „To jest Kielich Krwi Mojej…”; 3) ważnie wyświęcony kapłan, który 4) sprawujący ten sakrament z intencją czynienia tego, co czyni Kościół. Na Wschodzie i Zachodzie Istnieją różne ryty Mszy (głównych jest 9, wszystkich jednak 23, jeśli weźmie się pod uwagę różne wersje pochodne) uznawane przez Kościół katolicki za ważne, włączając w to obrządki używane przez wspólnoty schizmatyckie. Ta sama Ofiara Kalwarii uobecniana jest we wszystkich tych rytach i ta sama łaska sakramentalna jest przez nie udzielana. W Komunii św. przyjmowany jest sam Chrystus. Nie może On być przyjmowany w sposób mniej lub bardziej doskonały w żadnym konkretnym rycie, a łaska otrzymywana w Komunii św. uzależniona jest jedynie od pobożności i dyspozycji komunikowanego.

Przed omówieniem rewolucji liturgicznej konieczne jest też powiedzenie kilku słów na temat, czy katolik może krytykować jakiekolwiek nauczanie czy prawo Stolicy Apostolskiej i nadal utrzymywać że jest względem niej lojalny. W czasie ogłoszenia encykliki Humanae vitae (potępiającej sztuczną kontrolę urodzeń) teologowie modernistyczni ukuli termin „lojalny sprzeciw”. Twierdzili, że możliwe jest nie zgadzanie się z nauczaniem papieskim w sprawach wiary i moralności i zarazem pozostawanie lojalnym katolikiem. Jest to oczywiście absurd. Nikt nie może posiadać prawa do odrzucania nauczania Magisterium w kwestii wiary i moralności. Modernistyczna koncepcja „lojalnego sprzeciwu” względem doktryny nie może być żadną miarą porównywana do prawa wiernych katolików do kwestionowania czysto praktycznych decyzji papieża. Różnica ta staje się oczywista, gdy zacytujemy słowa jednego z najbardziej lojalnych i uczonych katolików obecnego stulecia, prof. Dietricha von Hildebranda, którego Pius XII nazywał Doktorem Kościoła XX wieku, zaś Paweł VI uhonorował za jego wierność Stolicy Apostolskiej. W swej książce, której tytuł  – Spustoszona winnica – doskonale oddaje stan Kościoła na Zachodzie po II Soborze Watykańskim, a którą powinien posiadać każdy kochający szczerze Kościół katolik, zauważa on że choć musimy przyjmować wszystko co ogłaszane jest przez papieża ex cathedra jako bezwzględnie prawdziwe:

„W przypadku aktów natury praktycznej a nie doktrynalnej, do których zaliczyć należy rozporządzenia papieskie, asystencja Ducha Świętego nie jest obiecana w taki sam sposób. Rozporządzenia takie mogą być niefortunne, błędne, a nawet katastrofalne w skutkach, jak to się wielokrotnie zdarzało w historii Kościoła. W przypadku takim zasada Roma locuta causa finita nie ma zastosowania. Wierni nie są zobligowani do traktowania wszystkich rozporządzeń papieskich jako dobrych i pożytecznych. Mogą nad nimi ubolewać i modlić się by zostały cofnięte; mogą nawet – z całym należnym papieżowi szacunkiem – działać na rzecz ich unieważnienia”.

Oczywistym jest więc, że lojalni katolicy mają prawo wyrażać szczerze swe zastrzeżenia odnośnie pewnych aspektów nowego Mszału. Nawet najbardziej pobieżna lektura Konstytucji o liturgii pokazuje, że reforma jaką ona autoryzowała miała być oparta na względach duszpasterskich. W swym ogłoszonym z okazji 25 rocznicy promulgowania Konstytucji o liturgii Liście Apostolskim Vicesimus quintus annus z 4 grudnia 1988 Jan Paweł II wyjaśniał, cytując sam tekst Konstytucji, że reforma miała: „Przyczynić się do coraz większego rozwoju życia chrześcijańskiego wśród wiernych, lepiej dostosować do potrzeb naszych czasów podlegające zmianom instytucje, popierać to, co może ułatwić zjednoczenie wszystkich wierzących w Chrystusie i umocnić to, co prowadzi do powołania wszystkich ludzi na łono Kościoła”. Celem reformy miało być wyjaśnienie natury Mszy wiernym i podniesienie jakości ich uczestnictwa.

Jeśli wierni przekonani są całkowicie szczerze, że nowy ryt raczej zaciemnia niż eksponuje ofiarny etos Mszy i czyni ich cotygodniowy udział w nim raczej aktem heroicznego posłuszeństwa niż radosnego uczestnictwa, mają pełne prawo przedstawić swe obawy Pasterzowi wszystkich katolików i błagać go, aby dawał im raczej chleb a nie kamienie. Można by tu podnieść zarzut, iż wierni nie posiadają niezbędnej wiedzy ani kompetencji do krytykowania rytu sakramentalnego zatwierdzonego przez papieża. Argument ten posiadałby pewną wagę, gdyby jedynymi krytykami nowej Mszy byli świeccy. Została ona jednak skrytykowana w słowach nadzwyczaj ostrych przez duchownego, którego autorytet w kwestii doktryny ustępował jedynie autorytetowi samego papieża. Mam tu oczywiście na myśli byłego prefekta Kongregacji Nauki Wiary, kard. Ottaviani. We wrześniu 1969 roku grupa teologów rzymskich przygotowała Krótką analizę krytyczną nowego rytu Mszy, która przesłana została Pawłowi VI. Sama owa analiza posiada znaczenie mniejsze niż list, który jej towarzyszył, a który napisany został przez kard. Ottavianiego a podpisany przez niego oraz kard. Bacci. Przynajmniej 10 innych kardynałów również zgodziło się go podpisać, ostatecznie jednak w ostatniej chwili zawiodły ich nerwy. Wspomniani dwaj kardynałowie, obaj będący wzorem ortodoksji, wyjaśniali w owym liście iż przedstawienie swych zastrzeżeń postrzegali jako obowiązek wobec Boga i papieża. Przypominali Pawłowi VI, że: „Jeśli jakieś prawo okazuje się szkodliwe, to poddani, dla których dobra się je stanowi, mają prawo – a nawet obowiązek – prosić prawodawcę, z synowską ufnością, o jego odwołanie”. To właśnie miał na myśli cytowany już wyżej Dietrich von Hildebrand pisząc: „Wierni nie są zobligowani traktować wszystkich poleceń jako dobrych i pożytecznych. Mogą nad nimi ubolewać i modlić się by zostały cofnięte; mogą nawet – z całym należnym papieżowi szacunkiem – działać na rzecz ich unieważnienia”. Osąd kardynałów był następujący:

Novus Ordo Missae – biorąc pod uwagę elementy nowe i podatne na rozmaite interpretacje, ukryte lub zawarte w sposób domyślny – tak w całości, jak w szczegółach, wyraźnie oddala się od katolickiej teologii Mszy św., sformułowanej na XXII sesji Soboru Trydenckiego. Ustalając raz na zawsze kanony rytu, Sobór ten wzniósł zaporę nie do pokonania przeciw wszelkim herezjom atakującym integralność tajemnicy Eucharystii”.

W roku 1994 przypadła również 25 rocznica tej odważnej deklaracji, która datowana była na 3 września 1969, we wspomnienie św. Piusa X. Mottem kard. Ottavianiego było Semper idem, czyli „zawsze ten sam”. Kościół soborowy owładnięty został gorączkowym pragnieniem zmiany, a każda zmiana, jak się wydaje, postrzegana jest obecnie jako zmiana na lepsze.

Jeden z najwybitniejszych liturgistów II połowy tego wieku, a być może nawet najwybitniejszym, był śp. msgr Klaus Gamber. Należał on do grona tych, którzy w roku 1957 utworzyli w Ratyzbonie Instytut Liturgiczny – i był jego kierownikiem aż do swej śmierci 2 czerwca 1989 w wieku siedemdziesięciu lat. W roku 1993 ukazało się angielskie wydanie jego książki Reforma liturgii rzymskiej, która bezwzględnie powinna stać się obowiązkową lekturą każdego interesującego się tymi kwestiami katolika. W uznaniu dla wybitnej erudycji msgr Gambera Stolica Apostolska nadała mu tytuł Członka Honorowego Papieskiej Akademii Liturgicznej; w roku 1965 mianowany został kapelanem Ojca Świętego, zaś w 1966 jego prywatnym szambelanem. Wstęp do wspomnianej wyżej książki napisał kard. Oddi, określający jej publikację „wydarzeniem o najwyższym znaczeniu”, zawiera ona ponadto pochlebne recenzje autorstwa kard. Sticklera i kard. Ratzingera. Na krótko przed śmiercią msgr Gambera kard. Ratzinger zauważył, iż był on „jedynym uczonym który, wśród armii pseudo-liturgistów, prawdziwie reprezentuje myśl liturgiczną Kościoła”. Oto kilka z jego konkluzji:

„Ostatecznie wszyscy będziemy musieli uznać, że nowe formy liturgiczne, niezależnie od tego jak dobre intencje nie przyświecały by im na początku, nie dały ludziom chleba, ale kamienie”.

„Znacznie bardzie radykalny charakter niż jakiekolwiek zmiany liturgiczne wprowadzone przez Lutra, przynajmniej w tym co dotyczy rytu, miały zmiany wprowadzone w naszej własnej liturgii – dotyczy to przede wszystkim zasadniczych zmian, jakie poczynione zostały w liturgii Mszy. Wprowadzenie ich stanowiło również wyraz niezrozumienia więzi emocjonalnych łączących wiernych z tradycyjnym rytem”.

„Czy naprawdę główną przesłanką do wprowadzenia wszystkich tych zmian była autentyczna troska duszpasterska o dusze wiernych, czy też nie stanowią one raczej radykalnego zerwania z tradycyjnym rytem, którego celem było uniemożliwienie dalszego posługiwania się tradycyjnymi tekstami liturgicznymi a więc celebracji «Mszy Trydenckiej» – jako że nie odzwierciedlała ona już nowego ducha przenikającego obecnie Kościół?”.

Czym jest nowa Msza?

Pierwszą kwestią jaką chciałbym poruszyć odnośnie liturgicznego eksperymentu Pawła VI jest fakt, iż sama kompilacja nowej Mszy, Novus Ordo Missae, stanowi zerwanie z historycznym, ewolucyjnym rozwojem liturgii. W swej książce The Holy Sacrifice of the Mass ks. Adrian Fortescue wyjaśniał:

„Reformatorzy protestanccy tępili dawną liturgię jakoby ogniem i mieczem. W niej bowiem wyrażały się prawdy owe (rzeczywista obecność Zbawiciela w chwale, ofiara eucharystyczna itd.), które odrzucali. Stąd zastąpili ją nowym nabożeństwem komunii, które uwydatniało nowe zasady; liturgia ta wszakże naturalnie zerwała zupełnie z wszelkim historycznym rozwojem rytuału”.

A w jaki konkretnie sposób reformatorzy protestanccy „zerwali zupełnie z wszelkim historycznym rozwojem rytuału”? Uczynili to przede wszystkim poprzez fakt, iż skomponowali nowe ryty sakramentalne i zastąpili nimi te, które pozostawały w użyciu od czasów niepamiętnych. Stanowiłoby to zerwanie z tradycyjnym rozwojem rytuału nawet wówczas, gdyby ich nowe ryty były całkowicie ortodoksyjne. Różne ryty Mszy ewoluowały stopniowo i w sposób organiczny na przestrzeni kolejnych wieków. Jeden z najwybitniejszych żyjących brytyjskich historyków, prof. Owen Chadwick, który jest protestantem, zauważył w swej książce The Reformation, że „liturgie nie są tworzone, ale wyrastają z pobożności kolejnych wieków”. W rozwoju każdej starożytnej liturgii tak na Wschodzie jak i Zachodzie zauważyć można stały wzorzec, który wyjaśnił bardzo dobrze kanonik G.G. Smith w swym dziele The Teaching of the Catholic Church:

„W historii rozwoju liturgii sakramentalnej istniała stała tendencja do wzrostu – pojawiania się dodatków i nawarstwień, dążenie do osiągnięcia coraz doskonalszej i pełniejszej symboliki”.

W roku 1896 papież Leon XIII ogłosił w sposób ostateczny i nieodwołalny w swej encyklice Apostolicae curae, że święcenia anglikańskie są nieważne. Anglikańscy biskupi starali się zbić przedstawione w niej argumenty w swym Responsio z roku 1897, które z kolei spotkało się z reakcją biskupów katolickich występujących w obronie encykliki papieskiej. Główny ich argument był następujący:

„Nikt nie kwestionuje faktu, iż we wcześniejszych czasach lokalnym Kościołom pozwalano na dodawanie nowych modlitw i obrzędów (…) Jednakże teza, wedle której dozwolone było im również usuwać modlitwy i obrzędy będące uprzednio w użyciu a nawet reformować istniejące ryty w najbardziej drastyczny sposób, nie ma żadnych podstaw historycznych i wydaje się być nam całkowicie niewiarygodna”.

Jest faktem niepodważalnym, że Consilium, komisja która układała tekst nowej Mszy, usunęła wiele modlitw oraz obrzędów które znajdowały się uprzednio w użyciu i dokonała drastycznej przebudowy istniejącego rytu, zrywając w ten sposób z wszelką ewolucją liturgiczną. Proszę zauważyć, że nie twierdzę tu, że nowa Msza jest nieortodoksyjna ani że Paweł VI nie miał prawa zatwierdzić w niej pewnych zmian. Twierdzę jedynie, że czyniąc to zerwał całkowicie z wszelką historyczną ewolucją liturgiczną. Niezależnie od tego jak niewiarygodnym by się to nie wydawało, są ludzie którzy – w swej gotowości do obrony nowej Mszy – wydają się odrzucać zdrowy rozsądek i twierdzić, że w istocie liturgia nie została w znaczący sposób zmieniona! Typowym przykładem takiej odmowy zaakceptowania rzeczywistości jest artykuł ks. Petera Stravinskasa opublikowany na łamach „Catholic News and World Report” w lutym 1992 roku. Ks. Stravinskas stwierdził w nim, że „Przestudiowawszy bardzo uważnie stary ryt Mszy oraz ryt obecny nie dostrzegłem między nimi żadnych znaczących różnic”. Przypomina mi to słowa księcia Wellingtona wypowiedziane do pewnego gentlemana, który podszedłszy do niego powiedział: „Pan Smith jak sądzę?”. Wellington odpowiedział: „Jeśli pan tak sądzi, uwierzy pan we wszystko”. Twierdzenie, że nie ma żadnej znaczącej różnicy pomiędzy tymi dwoma rytami jest nie tylko bezsensowne, ale wręcz niewiarygodne. Zamiast zacytować w odpowiedzi jakiegoś tradycjonalistycznego autora przytoczę słowa człowieka, którego kompetencje do skomentowania nowego rytu Mszy są niepodważalne. Mam tu na myśli ks. Josepha Gelienau SI, jednego z najbardziej wpływowych członków Consilium, który określany był przez Bugniniego mianem jednego z „wielkich mistrzów międzynarodowego świata liturgicznego”. Twierdzenie, że  nie podzielał on opinii ks. Stravinskasa, byłoby w istocie eufemizmem. W swej książce Demain la Liturgie ks. Gelienau pisał z całkowitą szczerością i bez najmniejszych oznak żalu:

„Niech ci, którzy jak ja sam, znali i śpiewali łacińską uroczystą Mszę, przypomną ją sobie jeśli potrafią. Niech porównają ją ze Mszą jaką mamy teraz. Nie tylko słowa, melodie i niektóre gesty są różne. Mówiąc prawdę jest to inna liturgia Mszy. Trzeba to powiedzieć bez niedomówień: ryt rzymski jaki znaliśmy już nie istnieje. Został zniszczony”.

Ks. Gelienau mówi nam więc, że tradycyjny ryt rzymski Mszy został zniszczony i zastąpiony nowym, który jest od niego różny. Ks. Stravinskas zapewnia nas ze swej strony, że pomiędzy tymi dwoma rytami nie ma żadnych zasadniczych różnic. Bezstronna analiza reformy w której ks. Gelienau brał tak aktywny udział dowodzi ponad wszelką wątpliwość, że rację ma on, a nie ks. Stravinskas. Jednakże przed analizą obecnej reformy konieczne jest wyjaśnienie, co w istocie autoryzowała Konstytucja o liturgii przyjęta na II Soborze Watykańskim. Jest faktem niepodważalnym, że reforma jaka miała po nim miejsce, miała charakter daleko bardziej radykalny niż to przewidywali ojcowie soborowi czy też niż to autoryzowała Konstytucja o liturgii. W żaden sposób nie da się wykazać, że II Sobór Watykański upoważniał lub sankcjonował zniszczenie rytu rzymskiego! Konstytucja ta zawierała zastrzeżenia, które wydawały się czynić wszelkie drastyczne przekształcenie Mszy Trydenckiej niemożliwym. W rycie łacińskim zachowany miał być język łaciński (art. 36), miały też zostać podjęte kroki w celu zapewnienia, by wierni potrafili śpiewać lub odmawiać wspólnie po łacinie te części Mszy, które do nich należały (art. 54). Wszystkie uznane ryty miały być postrzegane jako posiadające równy autorytet i godność, miały być zachowane i wspierane we wszelki możliwy sposób (art. 4). Skarbiec muzyki sakralnej miał być zachowany i otoczony opieką (art. 114), zaś chorał gregoriański zajmować miał pierwsze miejsce w nabożeństwach liturgicznych (art. 116). Nie miały być wprowadzane żadne innowacje, o ile nie wymagałoby tego prawdziwie i niewątpliwe dobro Kościoła, miano też dokładać starań, by nowe formy wyrastały w organiczny sposób z form już istniejących (art. 23).

Parafrazując Hamleta powiedzieć by można, że w kolejnych latach owe wyraźne dyrektywy soboru były „raczej łamane niż przestrzegane”. Łacina znikła de facto z naszych kościołów i  w 99.99% parafii nie podejmuje się najmniejszego wysiłku, by wierni potrafili śpiewać lub odmawiać wspólnie po łacinie te części Mszy, które do nich należą. Ryt rzymski, nie zachowywany bynajmniej i wspierany, został zniszczony, zaś skarbiec muzyki sakralnej, a zwłaszcza chorał gregoriański, popadł we większości parafii w całkowite zapomnienie. Można by tu przytoczyć długa listę nowinek, których nie wymagało bynajmniej prawdziwie i niewątpliwie dobro Kościoła, a w każdym niemal przypadku nowinki te modyfikowały tradycyjną Mszę w taki sposób, by stała się ona bardziej akceptowalna dla protestantów. Wystarczy zbadać które modlitwy usunęli ze swych liturgii XVI-wieczni protestanci by przekonać się, że te same modlitwy usunięte zostały z Mszy Trydenckiej, aby Msza Pawła VI zyskać mogła ich aprobatę – co też rzeczywiście się stało. Jedynym wyjątkiem jest Kanon Rzymski, który usunięty został ze Mszy przez wszystkich reformatorów protestanckich oraz przez abpa Bugniniego, ale który przywrócony został, Deo gratias, dzięki osobistej interwencji Pawła VI. Prawdą jest, że Kanon Rzymski nie jest obecnie często używany, jednak jego obecność w nowym Mszale gwarantuje, że choć zreformowana liturgia wykazuje wiele podobieństw do kultu protestanckiego, to jednak ze względu na obecność w niej Kanonu Rzymskiego – stanowiącego kamień obrazy dla każdego reformatora protestanckiego – nowa Msza nie może być nazywana liturgią protestancką. Bóg nigdy nie zezwoliłby papieżowi na zatwierdzenie żadnego rytu sakramentalnego, który nie zawierałby tego, co posiada zasadnicze znaczenie dla ważności sakramentu, ani zawierającego żadnych sformułowań wprost heretyckich. Wbrew temu co się często twierdzi, również abp Lefebre uznawał że nowa Msza jest ważna i że nie zawiera herezji.

Kiedy ojcowie soborowi głosowali nad Konstytucją o liturgii nie wyobrażali sobie ani przez chwilę, że mogłaby ona być kiedyś interpretowana w sposób sprzeczny z ich wyraźnymi intencjami. Dokładnie tak się jednak stało, ponieważ przygotowujący ten tekst periti umieścili w nim wieloznaczne sformułowania, które mieli zamiar wykorzystać po soborze do przeprowadzenia rewolucji liturgicznej, rewolucji która – z czego zdawali sobie sprawę – nie zostałaby usankcjonowana przez ojców soborowych, gdyby zasady jej wyrażone zostały w jednoznaczny sposób w Konstytucji. Aby ktoś nie pomyślał sobie, że są to jedynie szalone spekulacje świeckiego przywiązanego do teorii spiskowych, przytoczę tu świadectwo kard. Johna Heenana z Westminsteru. Kardynał Heenan, jeden z najbardziej aktywnych ojców soborowych, napisał w swej książce A Crown of Thorns odnośnie I sesji Soboru z roku 1962 co następuje:

„Tematem najpełniej dyskutowanym była reforma liturgiczna – choć słuszniej byłoby powiedzieć, iż takie było przekonanie biskupów. Patrząc z perspektywy czasu jasne jest, że dano im sposobność przedyskutowania jedynie ogólnych zasad. Późniejsze zmiany miały charakter bardziej radykalny niż zamierzał papież Jan oraz biskupi, którzy uchwalili Konstytucję o liturgii. W swym kazaniu wygłoszonym na zakończenie I sesji papież Jan wyraźnie dał do zrozumienia, że nie podejrzewał tego, co planowali eksperci liturgiczni”.

Trudno o słowa bardziej jasne. Kard. Heenan stwierdził wyraźnie, że eksperci którzy napisali Konstytucję o liturgii pragnęli wykorzystać ją po soborze w sposób, jakiego nie podejrzewali papież ani ojcowie soborowi. Większość tych ostatnich odrzuciłaby taką możliwość jako niewiarygodną, nawet gdyby im ją uświadomiono. W roku 1973 abpa R.J. Dwyer z Portland w stanie Oregon zauważył ze smutkiem:

„Kto wówczas mógł przypuszczać, że w przeciągu kilku lat, w czasie krótszym niż dekada, łacińska przeszłość Kościoła mogłaby zostać przekreślona, stając się jedynie mglistym wspomnieniem. Myśl o tym przeraziłaby nas, wydawało się to jednak tak dalekie od rzeczywistości że niemal śmieszne. Tak więc śmialiśmy się  z tego”.

Ks. Louis Bouyer, wybitna osobistość przedsoborowego ruchu liturgicznego i jeden z najbardziej ortodoksyjnych periti na soborze był jednak w stanie dostrzec w jakim kierunku zmierza reforma, nawet jeszcze przed promulgowaniem nowej Mszy. W roku 1968 stwierdził: „Musimy powiedzieć wyraźnie: nie ma obecnie w Kościele katolickim liturgii godnej tego miana. (…) Być może w żadnej innej sferze nie ma większej rozbieżności (a nawet formalnej sprzeczności) pomiędzy tym co wypracował sobór a tym co aktualnie mamy”. Podobnie pisał msgr Gamber:

„Jednej rzeczy możemy być absolutnie pewni, a mianowicie iż nowe Ordo Mszy , które się niedawno pojawiło, nie zyskałoby aprobaty większości ojców soborowych”.

W roku 1964 ks. Bouyer napisał entuzjastyczną recenzję Konstytucji o liturgii zatytułowaną The Liturgy Revived, w której przewidywał rozkwit wielkiej odnowy liturgicznej. Do roku 1968 całkowicie pozbawiony został jednak wszelkich złudzeń, co skłoniło go do napisania niezwykle ostrej krytyki sposobu, w jaki postanowienia soboru wcielane były w życie (spostrzeżenia te zawarł w książce The Decomposition of Catholicism). Stwierdził w niej, iż nie tylko istnieje formalna sprzeczność pomiędzy zaleceniami soboru a tym co w istocie miało miejsce, ale też że w praktyce reforma stanowi odrzucenie dorobku cieszącego się poparciem papieży ruchu liturgicznego, w który sam wniósł znaczący wkład.

Całkowicie uprawnione jest określanie tego, co stało się z rytem rzymskim po II Soborze Watykańskim, mianem raczej  „rewolucji” niż reformy. Concise Oxford Dictionary definiuje „rewolucję” jako „całkowitą zmianę, obalenie, radykalną zmianę warunków, fundamentalną rekonstrukcję”. Czyż nie z tym właśnie mieliśmy do czynienia po II Soborze Watykańskim? Rewolucyjna natura zmian w liturgii rzymskiej po Vaticanum II stała się oczywista nawet dla niekatolików. Luterański prof. socjologii Peter L. Berger, przemawiający 11 maja 1978 w Harvard Club w Nowym Jorku, skomentował posoborowe zmiany w Kościele katolickim podkreślając, że były one błędem nawet z czysto socjologicznego punktu widzenia: „Gdyby kierujący się złymi intencjami socjolog, starający się wyrządzić Kościołowi katolickiemu jak największą szkodę, został jego doradcą, nie mógłby sprawić się lepiej”. Podobnie pisał prof. Dietrich von Hildebrand: „Zaprawdę, gdy by jednemu z diabłów z książki C.S. Lewisa Listy starego diabła do młodego powierzono zadanie zniszczenia liturgii, nie mógłby uczynić tego lepiej”.

Rozstrzygający charakter musi tu mieć opinia ks. Josepha Gelineau, iż rewolucja liturgiczna jaka miała miejsce po soborze wykraczała daleko poza intencje ojców Vaticanum II:

„Błędem byłoby utożsamianie odnowy liturgicznej z reformą obrzędów zaleconą przez II Sobór Watykański. Reforma ta idzie o wiele dalej niż zalecenia soborowe (elle va bienau-dela). Liturgia jest nieustannym warsztatem (La liturgie est un chantier permanent)”.

I rzeczywiście – zamiast umiarkowanej reformy usankcjonowanej przez Konstytucję o liturgii byliśmy świadkami tego, jak Msza w rycie rzymskim, stanowiąca bez wątpienia największy skarb Kościoła poza samym Pismem św., zredukowana została do poziomu „nieustannego warsztatu”, czegoś raczej tworzonego przez ludzi niż actio Christi. Fakt ten uznał również kard. Ratzinger, stwierdzając:

„Moglibyśmy dziś zapytać: czy istnieje jeszcze ryt łaciński? Z pewnością nie ma takiej świadomości. Dla większości ludzi liturgia wydaje się być raczej czymś czego aranżowanie leży w gestii konkretnego zgromadzenia”.

W niezwykle szczerym editorialu który zamieszczony został w „Homiletic and Pastoral Review” z lutego 1979 roku, redaktor naczelny tego pisma ks. Kenneth Baker SI skierował apel do hierarchii Kościoła katolickiego w USA. Wyrażał w nim ubolewanie z powodu setek zmian narzuconych wiernym, nad których sensem nie mieli oni czasu się zastanowić, i błagał o powstrzymanie tego co określał mianem „rewolucji liturgicznej”. „Zostaliśmy przytłoczeni zmianami z Kościele na wszelkich płaszczyznach, jednak to właśnie rewolucja liturgiczna dotyka nas w sposób bezpośredni i najdogłębniej”. Wydaje się jednakże, że nie ma nadziei na powstrzymanie narzucanych zmian liturgicznych ani na podjęcie skutecznych kroków w celu wykorzenienia nadużyć, które stały się w roku 1980 tak rozpowszechnione, iż fakt ten skłonił Jana Pawła II do wyrażenie publicznego ubolewania w Liście Apostolskim Dominicae cenae:

„Może więc trzeba, ażebym kończąc ten fragment moich rozważań, w imieniu własnym i Was wszystkich, Czcigodni i Drodzy Bracia w Biskupstwie, wypowiedział słowa przeproszenia za wszystko, co z jakiegokolwiek powodu, na skutek jakiejkolwiek ludzkiej słabości, niecierpliwości, zaniedbania, na skutek tendencyjnego, jednostronnego, błędnego rozumienia nauki Soboru Watykańskiego II o odnowie liturgii — mogło stać się okazją zgorszenia i niewłaściwości w interpretacji nauki oraz czci należnej temu wielkiemu Sakramentowi”.

Czy w całej historii Kościoła Rzymskiego, Matki i Nauczycielki wszystkich Kościołów, którykolwiek papież zmuszony był wypowiedzieć podobne słowa? I czy po wygłoszeniu tych zdumiewających przeprosin sytuacja uległa poprawie? Nie, pogarszała się jedynie z każdym kolejnym rokiem! Rewolucja liturgiczna, jak słusznie zauważył ks. Baker, dotknęła wiernych w sposób bezpośredni i dogłębny, wykazując w tym niepokojące podobieństwa do sposobu w jaki apostata Thomas Cranmer zniszczył wiarę angielskich katolików – nie poprzez szerzenie idei protestanckich, ale jedynie zmuszając ich do uczestnictwa w każdą niedzielę w sprotestantyzowanej liturgii. Posłużył się on rewolucją liturgiczną do przeprowadzenia rewolucji doktrynalnej. Wyjaśnił to znakomicie msgr Philip Hughes w swej historii reformacji angielskiej:

„Book of Common Prayer z roku 1549 stanowiła całkowicie jednoznaczną zapowiedź, że planowana była rewolucja doktrynalna, a nawet iż była już ona w toku. Skoro lud angielski zostałby przyzwyczajony do owych nowych obrzędów sakramentalnych, teologia reformacyjna, która zatryumfowała już w północnej Europie, musiałby z czasem przeobrazić również Anglię. W sposób niemal niedostrzegalny, w miarę upływu lat, wiara której wyraz stanowiły stare, a zarzucone obecnie obrzędy, i podtrzymywana przez nie w umysłach i uczuciach ludzi, zanikłaby – bez potrzeby prowadzenia systematycznej pracy misyjnej”.

Czyż nie brzmi to znajomo? Stanowi to praktyczną ilustrację zasady lex orandi lex credendi, co przetłumaczyć można: sposób w jaki się modlimy odzwierciedla to, w co wierzymy, tak więc jeśli zmieniany jest sposób w jaki się modlimy, zmienia się również nasza wiara. Czyż zmiana w naszych obrzędach liturgicznych nie pociągnęła za sobą dramatycznego kryzysu wiary i moralności? W editorialu do „Homiletic and Pastoral Review” z listopada 1991 ks. Kenneth Baker pisał:

„Wydaje się, iż każdego kolejnego roku zbliżamy się do [ustanowienie] «Kościoła Amerykańskiego», oddzielonego od Rzymu. Dla milionów katolików istnienie jego jest już faktem, choć nie zostało to ogłoszone oficjalnie. Nawet jeśli zbiurokratyzowana hierarchia tego nie przyzna, kondycja Kościoła w naszym kraju jest fatalna. Nastąpił powszechny upadek moralności, Kościół zaś utracił całą swą żywotność. Czego jednak można było oczekiwać, skoro większość katolickich dzieci nie zna podstaw wiary, kiedy herezja nauczana jest jawnie i broniona na «katolickich» uczelniach, kiedy liczba seminarzystów spadła z 48 tyś. do 5. tyś., i kiedy [jedynie] 14 z 55 milionów katolików [tj. ok. 25%] bierze regularnie udział w niedzielnej Mszy? Nie ma żadnej przesady w twierdzeniu, że Kościół znajduje się tu w kryzysie”.

Kryzys ten nie ogranicza się oczywiście do Stanów Zjednoczonych, podobne jego przejawy dostrzec można na całym świecie. W krajach takich jak Holandia uzasadnione jest wręcz pytanie, czy istnieje w nich jeszcze coś, co można by określić mianem katolicyzmu. Kościoły nasze nie wypełniły się bynajmniej „odnowionymi”, aktywnymi katolikami, nie sposób dostrzec by ci, którzy uprzednio od Kościoła się oddalili powrócili do niego pod wpływem nowej i zrozumiałej dla nich liturgii – zamiast tego jesteśmy świadkami katastrofalnego spadku uczestnictwa we Mszach niedzielnych w każdym kraju Zachodu. Jesteśmy, jak stwierdza ks. Louis Bouyer, świadkami nie odnowy, ale przyspieszonej dekompozycji katolicyzmu. Setki milionów – powtarzam – setki milionów katolików, którzy przychodzili na Mszę w „dawnych złych czasach”, kiedy liturgia rzekomo alienowała ich z Kościoła, przestało przychodzić na nią wcale, hierarchia uważa jednak, że reforma liturgiczna stanowiła ogromny sukces duszpasterski i że wszyscy wierni powitali ją z radością. Abp Bugnini, główny architekt rewolucji liturgicznej, pisał – całkiem poważnie jak się wydaje – że „odnowiona Msza przyjęta została z radością, z entuzjazmem i w krótkim czasie stała się praktyką ludu chrześcijańskiego z oczywistą korzyścią dla wspólnoty”. Cóż, można by tu ponownie zacytować księcia Wellingtona: „Jeśli tak sądzicie, uwierzycie we wszystko”.

Cóż, można się było spodziewać, iż abp Bugnini twierdzić będzie, że reforma której był autorem okazała się sukcesem. Można by jednak mieć nadzieję że papież, Pasterz Kościoła Powszechnego, spojrzy na to w sposób nieco bardziej obiektywny. Można by się łudzić, że w obliczu bezspornych dowodów wskazujących iż owczarnia jego sprowadzona została na liturgiczne manowce, że liczebność jej spadła katastrofalnie, ci zaś którzy jeszcze pozostali cierpią z powodu braku duchowego pokarmu, skieruje ich z powrotem na zdrowe pastwiska Tradycji, które karmiły ich wiarę przez tyle stuleci. Niestety, w swym Liście Apostolskim upamiętniającym 25 lecie uchwalenia Konstytucji o liturgii wydaje się on zapominać o przeprosinach zawartych w Dominicae cenae i powtarza optymistyczne oraz całkowicie nierealistyczne zapewnienia abpa Buginiego, przyznając równocześnie iż „wdrożenie reformy liturgicznej napotykało na trudności” a „przejście od zwykłej obecności, często raczej biernej i milczącej, do pełniejszego, czynnego uczestnictwa, dla wielu okazało się wymaganiem zbyt wielkim”. Słowa te wydają się sugerować, że trudności owe nie były skutkiem samej natury zmian, ale jedynie niechęci wiernych do uznania ich dobroczynnych efektów. Trudno w tym miejscu nie przypomnieć sobie o nagonce na chłopów rosyjskich po rewolucji z roku 1917 roku – również oni nie chcieli „zrozumieć”, że kolektywizacja ich ziemi była w istocie dla nich korzystna. Jednak pomimo trudności do których odniósł się papież, przekonywał równocześnie iż:

„To wszystko nie może przesłonić faktu, że tak pasterze, jak i lud chrześcijański, w swojej ogromnej większości, przyjęli reformę liturgiczną w duchu posłuszeństwa i z radosnym zapałem.

Dlatego musimy dziękować Bogu za przejście Jego Ducha w Kościele, którym było odnowienie Liturgii; za stół Słowa Bożego, dziś z obfitością dostępny dla wszystkich; za wielki wysiłek dokonany w całym świecie, aby dostarczyć chrześcijańskiemu ludowi tłumaczeń Pisma świętego, Mszałów i innych ksiąg liturgicznych; za pełniejsze uczestnictwo wiernych w Eucharystii i innych sakramentach przez modlitwę, śpiewy, postawę i milczenie; za posługi sprawowane w Liturgii przez świeckich i za zadania podjęte na mocy powszechnego kapłaństwa, w które zostali wszczepieni przez Chrzest i Bierzmowanie; za promieniującą żywotność wielu wspólnot chrześcijańskich, czerpiących ze źródła Liturgii.

Takie są więc racje przemawiające za tym, aby trwać wiernie przy nauczaniu Konstytucji Sacrosanctum Concilium i przy reformie, którą ona pozwoliła zrealizować. «Odnowa liturgiczna jest owocem najbardziej widzialnym całego soborowego dzieła». Przez wielu ludzi orędzie Soboru Watykańskiego II zostało zrozumiane przede wszystkim za pośrednictwem reformy liturgicznej”.

Szacunek jaki wszyscy winni jesteśmy Wikariuszowi Chrystusa nie może przysłonić nam faktu, iż odnowa o jakiej pisze jest czystą fantazją. Kiedy papież wypowiada się na temat faktu, słowa jego odpowiadać mogą rzeczywistości albo nie, a w omawianym przez nas przypadku z pewnością tak nie jest. Przeważająca większość wiernych nie powitała bynajmniej reformy z „radosnym zapałem”, przeważająca większość wiernych w krajach Zachodu nie uczestniczy już wcale we Mszy. Ci, którzy nie uczęszczali w niej przed soborem, nie zaczęli tego czynić, zaś we wszystkich krajach wielu, a niekiedy i większość z tych, którzy do tej pory przychodzili w niedzielę do kościoła, przestało praktykować. W krajach takich jak Francja czy Holandia procent katolików uczestniczących w każdą niedzielę we Mszy wyraża się liczbą jednocyfrową. W USA uczestnictwo spadło z 71% w roku 1963 do 25% w 1993 (o 65%). Jeśli spojrzymy na ten spadek w kategorii raczej dusz niż suchych statystyk, oznacza to iż obecnie w USA uczestniczy we Mszy 24 mln mniej katolików niż przed soborem. W okresie tym populacja katolicka w USA znacznie się powiększyła, tak więc rzeczywistość wygląda w istocie znacznie gorzej niż wynikałoby to ze statystyk. Znakomity australijski periodyk „A.D. 2000” w numerze z marca 1993 roku analizuje sposób, w jaki szczegółowy sondaż dotyczący  uczestnictwa we Mszy w diecezji Townsville odzwierciedla całościowy obraz załamania się praktyk katolickich na całym kontynencie. Oficjalny sondaż analizowany w tym artykule zatytułowany był „Gdzie się podziali wszyscy ci ludzie”. Wykazał on, iż regularne uczestnictwo we Mszy niedzielnej wynosiło jedynie 12% –  a do roku 2000 spaść musiało do ok. 6%. Komentując wyniki redaktor wspominanego pisma zauważył:

„Nigdzie w tym dokumencie nie znajdujemy najmniejszej sugestii, by «reformy» forsowane przez minionych 20 lat w dziedzinie liturgii, katechizacji, w seminariach i zakonach, studiach biblijnych i nauczaniu moralnym przyczynić się mogły do katastrofy, jaką ujawniają statystyki dotyczące uczestnictwa we Mszy. (…) Trudno przewidzieć, o ile jeszcze spadnie uczestnictwo we Mszy w Townsville oraz innych miejscach zanim reformy te nie zostaną ostatecznie powstrzymane i nie uzna się ich klęski (…)”.

Czy ma rację Ojciec Święty sugerując, że rzeczywiście powinniśmy dziękować Bogu za to, co określa jako działanie Ducha Świętego, a co „A.D. 2000” słusznie nazywa katastrofą? Fakty nie mogą być lojalne ani nielojalne, a sane dotyczące załamania się uczestnictwa we Mszy są niestety aż nazbyt prawdziwe. Wprowadzona reforma miała rzekomo być szczególnie dobroczynna dla młodzieży, jednak w Wielkiej Brytanii 9 na 10 katolików – absolwentów szkół średnich, którzy karmieni byli tzw. odnową liturgiczną, porzuciło wiarę jeszcze przed ukończeniem szkoły, a pewien jestem iż również w innych krajach sytuacja wygląda podobnie. Trudno to uznać za oznakę „promieniującej żywotności”. Naprawdę chętnie dowiedzielibyśmy się, gdzie konkretnie znajdują się owe „promieniujące żywotnością wspólnoty” – z pewnością nie we własnej diecezji papieża, gdzie na niedzielne Msze przychodzi mniej niż 8% wiernych! Wbrew oczekiwaniom Konstytucji o liturgii zapewniającej iż „cały rodzaju ludzki wezwany jest do owczarni Kościoła”, miliony katolików porzucają tę owczarnię przechodząc do sekt heretyckich. W Brazylii na przykład, kraju o największej na świecie populacji katolików, więcej jest obecnie protestantów biorących udział każdej niedzieli w ich nabożeństwach niż katolików regularnie uczestniczących w odnowionej liturgii, co trudno uznać za dowód „promieniującej żywotności” wspólnoty katolickiej, której członkowie milionami przechodzą do sekt.

Jednym odpowiadającym rzeczywistości twierdzeniem zawartym w papieskiej pochwale reformy jest cytat z końcowego raportu Synodu Biskupów z roku 1985: „reforma liturgiczna jest najbardziej dostrzegalnym owocem całego dzieła soboru”. Liturgiczna rewolucja – a nie reforma – była rzeczywiście najbardziej dostrzegalnym owocem soboru, i jest zły owoc, eksperyment który zakończył się katastrofą – wrak liturgiczny – pociągający na zatracenie wiele milionów dusz!

„Po ich owocach ich poznacie” – A fructibus eorum cognoscetis eos. „Czy zbiera się winogrona z ciernia, albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. ” (Mt 7, 16-18). Ocena reformy liturgicznej przedstawiona przez msgr Gambera pozostaje w radykalnej sprzeczności z oceną Ojca Świętego, czyż jednak nasze doświadczenia z ostatnich 25 katastrofalnych lat nie dowodzą, iż to właśnie on miał rację, papież zaś się mylił? Jedynie błędnie pojmowana lojalność, jakiej nie można wymagać od żadnego katolika, skłonić by nas mogła do zaprzeczenia temu, co widzimy na własne oczy, słyszymy na własne uszy i co zmuszeni jesteśmy znosić. Msgr Gamber całkiem słusznie stwierdza, że to czego doświadczyliśmy nie było odnową ale katastrofą, która z każdym kolejnym rokiem staje się poważniejsza. Jak pisze:

„Reforma liturgiczna, powitana z tak wielkim idealizmem i nadzieją przez tak wielu kapłanów i świeckich, okazała się być liturgiczną destrukcją o przerażających rozmiarach – klęską pogarszającą się z każdym kolejnym rokiem. Zamiast oczekiwanej odnowy Kościoła i życia katolickiego jesteśmy obecnie świadkami demontażu tradycyjnych wartości i form pobożności, na których opiera się nasza wiara. Zamiast owocnej odnowy liturgii widzimy zniszczenie obrzędów Mszy, które rozwinęły się w sposób organiczny na przestrzeni wielu stuleci”.

Wspomniałem już o bezprecedensowych przeprosinach Jana Pawła II z roku 1980. Jeszcze bardziej zdumiewające słowa wygłosił w roku 1992 najwyższy po papieżu autorytet w kwestiach liturgii, czyli Kongregacja Kultu Bożego. W swym oficjalnym organie „Notitiae” z października 1992 przyznała ona mianowicie, że nadużycia uległy instytucjonalizacji. Editorial do wspominanego numeru stwierdzał:

„Trzydzieści lat to za stanowczo za długo na tolerowanie błędnych praktyk, które zdają się mieć tendencję do samoutrwalania. Nadużycia jakie pojawiły się w pierwszych latach wdrażania [reformy] występują dalej – i stopniowo, w miarę jak pojawiają się kolejne pokolenia, przyjmowane są jako norma”.

Nietrudno jest podać przykłady wielu nadużyć, które zostały zinstytucjonalizowane. O Komunii na rękę żaden dokument soboru nawet nie wspomina. Praktyka ta zrodziła się wkrótce po soborze w Holandii – jako naśladownictwo zwyczaju powszechnego u wspólnot protestanckich. W Kościele pierwszych wieków Komunia podawana była na rękę, jak jednak wyjaśnił niemiecki liturgista ks. Joseph Jungmann, w miarę upływu wieków cześć dla Najświętszego Sakramentu stopniowo się pogłębiała i rozwinęła się tradycja, wedle której jedynie to co poświęcone może dotykać Hostii, a ów zdumiewający przywilej powierzony został konsekrowanym dłoniom kapłana, którego dłonie tradycyjnie namaszczane były w dniu święceń. Jan Paweł II słusznie stwierdził, że dotykanie Hostii jest przywilejem kapłanów, nie uważał jednak niestety za możliwe wykonanie jedynego logicznego w tej sytuacji posunięcia i zakazania udzielania Komunii na rękę. Praktyka ta odżyła podczas reformacji protestanckiej jako zewnętrzna manifestacja wiary, iż chleb przyjmowany w Komunii jest zwykłym chlebem, człowiek zaś który go rozdziela nie różni się niczym od innych. W czasach współczesnych w Kościele katolickim zwyczaj ten rozprzestrzenił się szybko z Holandii na kraje sąsiednie, co skłoniło Pawła VI pytał do zwrócenia się do biskupów z całego świata z zapytaniem, czy praktyka ta jest dopuszczalna. Przeważająca większość odpowiedziała negatywnie – i instrukcja Memoriale Domini z roku 1969 w wyczerpujący sposób przedstawiła powody, dla których tradycyjna praktyka powinna zostać utrzymana, jak również zagrożenia jakie zwyczaj udzielania Komunii na rękę stwarza dla czci należnej Najświętszemu Sakramentowi. Paweł VI pisał w niej:

„Najwyższy Pasterz postanawia, iż z dawna przyjęty sposób rozdawania Komunii świętej wiernym nie powinien być zmieniony. Stolica Apostolska zatem usilnie napomina biskupów, kapłanów i wiernych, aby gorliwie przestrzegali tego prawa, ważnego i ponownie potwierdzonego, zgodnie z osądem większości katolickich biskupów, w formie zgodnej z obecnym rytem świętej liturgii, co jest niezbędne dla powszechnego dobra Kościoła”.

Są to zaprawdę piękne słowa, zostały one jednak całkowicie zignorowane przez liberalnych kapłanów którzy łamali prawa Kościoła, jak również przez samych biskupów którzy wypowiedzieli się za utrzymaniem tradycyjnej praktyki. W coraz to nowych krajach hierarchia kapitulowała tchórzliwie wobec buntowników liturgicznych – i podobnie kapitulowała Stolica Apostolska, sankcjonując prawnie te nadużycia. Przesłanie jakie z tego płynęło było jasne: lekceważcie papieża a papież ustąpi, tak jak skapitulował wobec praktyki Komunii pod dwiema postaciami w niedziele, która pierwotnie była zakazana – później zaś została zalegalizowana. W roku 1994 – kilka dni od dokładnej rocznicy narzucenia nowej Mszy – papież skapitulował również w sprawie ministrantek, choć wielu konserwatywnych katolików przekonanych było, iż akurat w tej kwestii pozostanie nieugięty. Trudno o bardziej stosowne upamiętnienie 25-lecia liturgicznej anarchii niż ta upokarzająca kapitulacja Stolicy Apostolskiej wobec postulatów ruchu feministycznego.

Mówiąc o zinstytucjonalizowanych nadużyciach można by jeszcze dodać, że niemal każdy przypadek czytania przez kobiety Lekcji w Kościele stanowi nadużycie, jako że jest to dopuszczalne jedynie w przypadku braku męskich lektorów, nadużycie stanowi też niemal zawsze posługiwanie się świeckimi szafarzami Eucharystii, jako że ścisłe reguły na to pozwalające spełniane są na Zachodzie niezwykle rzadko. Widok nadzwyczajnego szafarza pełniącego posługę w kościele katolickim powinien być czymś absolutnie nadzwyczajnym, obecnie jednak nadzwyczajnym osiągnieciem jest znalezienie kościoła, w którym by ich nie było. W ten sposób oficjalna norma liturgiczna stała się wyjątkiem, to zaś co powinno stanowić wyjątek postrzegane jest jako norma.

Dokonane przez ICEL tłumaczenie nowej Mszy – na jakie narażona jest pozostałość katolików uczęszczających nadal na Msze na Zachodzie – stanowi samo w sobie nadużycie najbardziej oburzającej natury, zawierając ponad 400 błędów, w tym również przekład „pro multis” jako „za wielu” w formule Konsekracji. Klauni, tańczące dziewczęta, balony i gitary … lista nadużyć wydaje się nie mieć końca – i co mogą zrobić w tej sytuacji wierni szczerze zatroskani o przestrzeganie praw liturgicznych Kościoła? Odpowiedź brzmi, że podobnie jak w przypadku nieortodoksyjnej katechizacji i niemoralnej edukacji seksualnej, nie mogą uczynić nic. Mogą apelować do swych kapłanów, do swych biskupów, do Delegata Apostolskiego i samego papieża, a ostateczny skutek będzie ten sam, nadużycie będzie albo tolerowane albo usankcjonowane. Znajdujemy się w położeniu, które prawo kanoniczne określa mianem sytuacji nadzwyczajnej. Mówiąc jednak szczerze, nadużycia z jakimi spotkać się możemy na Zachodzie są jeszcze – jeśli można tak powiedzieć – stosunkowo niewinne. Jeśli chcecie zobaczyć prawdziwe nadużycia, udajcie się – jak ja sam to uczyniłem – do Indii, a będziecie świadkami czegoś, co wydaje się być – i prawdopodobnie jest – pogańskimi obrzędami zastępującymi Mszę. Zdruzgotani tym stanem rzeczy indyjscy katolicy sporządzili drobiazgową dokumentację dokonującej się pod płaszczykiem „inkulturacji” poganizacji tamtejszego katolicyzmu, a nawet kosztem wielkich ofiar finansowych zawieźli ją do Rzymu i przekazali Kongregacji Kultu Bożego – by upewnić się, że na pewno do niej dotrze. A odpowiedzią Kongregacji na petycję tych żarliwych katolików – którzy błagali ją jedynie o to, by przestrzegała swych własnych wytycznych – było pełne pogardy milczenie.

Cytowany wyżej editorial nie tylko przyznaje, iż nadużycia zostały zinstytucjonalizowane i przyjmowane są jako norma przez obecne pokolenie, które nie zna niczego innego, zawiera też inne jeszcze stwierdzenie, którego znaczenia trudno jest przecenić. Stwierdza on mianowicie, że „wiarygodność reformy liturgicznej wystawiana jest na niebezpieczeństwo” (a credibilita della riforma liturgica venga posta in pericolo). Osobiście byłbym skłonny powiedzieć raczej, że wiarygodność reformy liturgicznej dawno już przestała być jedynie zagrożona. Wszelka wiarygodność jaką kiedykolwiek ona posiadała została już dawno całkowicie i bezpowrotnie utracona.

Abpa Lefebvre zauważył kiedyś, że w obecnym kryzysie przyszłość katolicyzmu stanowi jego przeszłość. Jest to z pewnością prawdą w odniesieniu do liturgii rzymskiej. Narzucenie skleconego sztucznie ekumenicznego rytu Mszy w miejsce Mszy wszechczasów musi być postrzegane jako aberracja historyczna, która naprawiona może być jedynie poprzez ponowne uczynienie liturgii, która rozwijała się i przetrwała przez ponad XIX wieków, główną formą kultu Kościoła również w wieku XXI.

(…)

Niech mi będzie wolno zakończyć te rozważania słowami msgr Klausa Gambera, którego książka Reforma liturgii rzymskiej zawiera pochwalne recenzje trzech kardynałów i który postrzegany był przez kard. Ratzingera jako „jedyny uczony, który wśród armii pseudo-liturgistów prawdziwie reprezentuje myśl liturgiczną centrum Kościoła”. Biorąc pod uwagę jego niezrównaną znajomość liturgii oraz autentyczną gorliwość duszpasterską, można je potraktować jako końcowe przeslanie, jakie pozostawił on Kościołowi który kochał tak bardzo i któremu tak wiernie służył:

„W ostatecznym rozrachunku oznacza to, że w przyszłości tradycyjny ryt Mszy musi być zachowany w Kościele Rzymskim (…) jako główna forma liturgiczna celebracji Mszy. Musi on stać się ponownie normą naszej wiary i symbolem katolickiej jedności na całym świecie, niewzruszoną skałą w czasie zaburzeń i nieustannych zmian”.

Michael Davies

tłum. Scriptor

Kard. Sarah: „To Bóg, a nie człowiek stanowi centrum liturgii.”

Pełny tekst wystąpienia Jego Eminencji Roberta kard. Sarah, Prefekta Kongregacji d/s Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów podczas Konferencji Sacra liturgia w Londynie, dnia 5 lipca 2016 r.

Na samym początku chciałbym wyrazić moją wdzięczność Jego Eminencji ks. Wincentemu kard. Nichols za przyjęcie nas w Archidiecezji Westminsterskiej i za jego miłe słowa powitania. Chciałbym również podziękować, Jego Ekscelencji ks. bp Dominikowi Rey, Biskupowi Fréjus-Toulon za jego zaproszenie i obecność podczas tej trzeciej międzynawowej konferencji Sacra Liturgia oraz za skierowanie do nas otwierającego ten wieczór przemówienia. Ekscelencjo, gratuluję Ci tej międzynarodowej inicjatywy mającej na celu promocję studium nad doniosłością liturgicznej formacji oraz ważnością celebracji w życiu i w misji Kościoła. W tym przemówieniu chcę poddać Wam pod rozwagę to, co Zachodni Kościół mógłby uczynić dla wierniejszej realizacji postanowień Konstytucji soborowej o Liturgii świętej Sacrosanctum Concilium. Czyniąc to proponuję postawić następujące pytania: „Co Ojcowie Soboru Watykańskiego II zamierzali osiągnąć dzięki reformie liturgicznej?” Następnie, chciałbym zatrzymać się nad tematem: „Jak ich intencje zostały przełożone na praktykę w okresie posoborowym?” Na końcu chciałbym przedstawić Wam niektóre sugestie dotyczące liturgicznego życia współczesnego Kościoła, których zastosowanie mogłoby sprawić, liturgiczna praktyka wierniej odzwierciedlałaby intencje soborowych Ojców.

Myślę, że oczywistym jest nauczanie Kościoła w tej kwestii, iż katolicka liturgia jest wyjątkowo uprzywilejowanym miejscem [locus] zbawczego działania Chrystusa we współczesnym świecie, a dzięki prawdziwemu w niej uczestnictwu otrzymujemy Chrystusową łaskę i siłę, które są nam konieczne do wytrwania w wierze i do wzrostu chrześcijańskiego życia. Liturgia jest z ustanowienia Bożego przestrzenią, do której wchodzimy, by wypełnić nasz obowiązek złożenia Bogu ofiary, jedynej, prawdziwej Ofiary. Jest ona miejscem, gdzie realizowane jest nasze głębokie pragnienie służby Wszechmogącemu. Katolicka liturgia jest więc czymś świętym ze swej natury. Katolicka liturgia nie jest zwyczajnym ludzkim zgromadzeniem.

Chcę tu podkreślić kilka bardzo ważnych spraw. To Bóg, a nie człowiek stanowi centrum liturgii. Przychodzimy na nią, by oddać Mu cześć. Liturgia nie jest ani o tobie, ani o mnie. Nie celebrujemy w niej naszej własnej tożsamości lub osiągnięć, czy wspierania własnej kultury i lokalnych religijnych zwyczajów. Liturgia jest najpierw i przede wszystkim o Bogu i o tym, co On dla nas uczynił. W swojej Opatrzności Bóg założył Kościół i ustanowił Świętą liturgię w tym celu, abyśmy mogli składać mu prawdziwy kult według zasad ustanowionego przez Zbawiciela Nowego Przymierza. Czyniąc tak, wypełniając wymagania stawiane nam przez święte ryty, które rozwinęły się w Tradycji Kościoła uświadamiamy sobie naszą prawdziwą tożsamość synów i córek jedynego Ojca.

Fundamentalny jest byśmy zrozumieli tę wyjątkowość katolickiego kultu, ponieważ w ostatnich dziesięcioleciach widzieliśmy wiele liturgicznych celebracji, gdzie ludzie, różne osobowości i dokonania człowieka były tak uwypuklone, że niemalże wykluczyły Boga. Swego czasu zwrócił na to uwagę kard. Ratzinger, pisząc: „Jeśli liturgia ukazuje się nam jako laboratorium, w którym pracujemy, wtedy zapomina się o tym, co istotne: o Bogu. W liturgii bowiem najważniejsi jesteśmy nie my, lecz Bóg. Zapominanie o Bogu jest największym niebezpieczeństwem naszych czasów”. (Joseph Ratzinger, Teologia liturgii, Dzieła zebrane, vol. 11, Wydawnictwo KUL, Lublin 2012, s. 653)

Nie może być żadnych wątpliwości co do natury katolickiego kultu jeśli chcemy czytać Konstytucję Soboru Watykańskiego II o Świętej Liturgii w sposób właściwy i chcemy ją wiernie wcielać w życie. Przez wiele lat przed Vaticanum II w krajach misyjnych, ale również i w tych bardziej rozwiniętych toczyła się dyskusja na temat możliwości udzielenia większej przestrzeni w liturgii językom narodowym głównie w odniesieniu do czytań biblijnych, liturgicznym śpiewie, jak również innych miejsc w pierwszej części Mszy Świętej, którą dziś nazywamy Liturgią słowa. Stolica Święta wydała wówczas wiele pozwoleń na używanie języków narodowych w administrowaniu sakramentów. I to jest kontekst, w którym Ojcowie soborowi mówili o możliwych pozytywnych ekumenicznych oraz misyjnych skutkach liturgicznej reformy. To prawda, że języki narodowe odgrywają pozytywną rolę w liturgii. Jednakże Ojcowie, gdy dyskutowali na te tematy, nie godzili się na protestantyzację Świętej Liturgii i nie zgadzali się na to, by była ona poddana fałszywej inkulturacji.

Jestem Afrykańczykiem. Pozwólcie, że powiem to jasno: Liturgia nie jest miejscem, w którym ma być promowana moja kultura. To raczej miejsce, gdzie moja kultura otrzymuje łaskę Chrztu świętego, gdzie moja kultura jest wynoszona do Bożego poziomu. Poprzez Liturgię Kościoła, którą misjonarze zanieśli aż po krańce świata, Bóg mówi do nas, On nas zmienia i uzdalnia nas do bycia częścią Jego Boskiego życia. Kiedy ktoś staje się chrześcijaninem, kiedy ktoś wchodzi w pełną komunię z Kościołem Katolickim otrzymuje coś więcej, coś co go zmienia. Oczywiście, różne kultury i inni chrześcijanie przynoszą dary, które ubogacają Kościół – liturgia Ordynariatu Anglikańskiego obecnie w pełnej komunii z Kościołem jest pięknym tego przykładem. Oni przynoszą te dary z pokorą, a Kościół w swojej macierzyńskiej mądrości czyni z nich użytek, jak również odpowiednio je ocenia.

Jedną z najdosadniejszych oraz najpiękniejszych wypowiedzi, która ukazuje intencje Ojców Soboru można znaleźć na początku drugiego rozdziału Konstytucji, która mówi o misterium Najświętszej Eucharystii. W artykule 48 czytamy:

„Kościół zatem bowiem troszczy się o to, aby chrześcijanie podczas tego misterium wiary nie byli obecni jak obcy i milczący widzowie, lecz aby przez obrzędy i modlitwy tę tajemnicę dobrze zrozumieli, w świętej czynności uczestniczyli świadomie, pobożnie i czynnie, byli kształtowani przez Słowo Boże, posilali się przy stole Ciała Pańskiego i składali Bogu dzięki, a ofiarując niepokalaną Hostię nie tylko przez ręce kapłana, lecz także razem z nim, uczyli się samych siebie składać w ofierze i za pośrednictwem Chrystusa z każdym dniem doskonalili się w zjednoczeniu z Bogiem i wzajemnie ze sobą, aby w końcu Bóg był wszystkim we wszystkich”.

Moi bracia i siostry! Oto czego pragnęli Ojcowie Soboru! Tak, oczywiście, dyskutowali i głosowali w określony sposób, by osiągnąć konkretne cele. Bądźmy jednak szczerzy, reformy rytu zaproponowane w Konstytucji, jak choćby: przywrócenie modlitwy wiernych w czasie Mszy świętej (n. 53), rozszerzenie możliwości koncelebracji (n. 57) lub innych, jak pewne uproszczenia, o których mówią artykuły 34 i 50 – wszystkie te propozycje były podporządkowane fundamentalnym intencjom Ojców Soboru, które dopiero co podkreśliłem. One wyznaczają cel i ten cel musimy osiągnąć. Jeśli mamy podążać w stronę bardziej autentycznej implementacji Sacrosanctum Concilium, należy zwrócić uwagę na powyższe cele, które przede wszystkim powinny nam przyświecać. Może się okazać, że jeśli przestudiujemy je odnowa oraz w świetle pouczającego doświadczenia, które przyniosło nam kilka ostatnich dekad, to wówczas będziemy mogli zobaczyć założenia reformy w innym świetle. Jeśli więc, dziś, chcemy „rozbudzić moc chrześcijańskiego życia w wiernych” i chcemy pomóc w „wezwaniu całej ludzkości do Domu Bożego, którym jest Kościół”, niektóre z tych celów mogą wymagać ponownego przemyślenia. Prośmy Boga, by dał nam miłość, pokorę i mądrość, abyśmy to uczynili.

Dopuszczam taką możliwość, patrząc ponownie na Konstytucję i na reformę, która nastąpiła po jej promulgacji, ponieważ myślę, że nie możemy dziś rzetelnie przeczytać nawet pierwszego artykułu Sacrosanctum Concilium i być zadowolonymi z tego, jak wdrożyliśmy jego zapisy. Moi bracia i siostry! Gdzie są ci wierni, o których mówili Ojcowie Soboru? Wielu z wiernych stało się niewiernymi. Przestali zupełnie przychodzić na liturgię. By użyć słów papieża św. Jana Pawła II: „Wielu chrześcijan żyje w stanie «milczącej apostazji»; „żyją jakby Bóg nie istniał” (Ecclesia in Europa, 9). Gdzie jest jedność, którą Sobór miała nadzieję osiągnąć? Jeszcze tego nie dokonaliśmy. Czy uczyniliśmy jakiś postęp we wzywaniu całej ludzkości do Kościoła? Myślę, że nie udało nam się tego zrobić. A mimo to uczyniliśmy tak wiele liturgii!

Jestem w 47 roku mojego kapłaństwa i mam za sobą więcej niż 36 lat posługi biskupiej i mogę zaświadczyć, że wiele katolickich wspólnot i pojedynczych wiernych żyje i modli się liturgią zreformowaną po Soborze z żarliwością i radością, czerpiąc je z wielu, jeśli nie ze wszystkich dóbr, których pragnęli Ojcowie Soboru. To jest wielki owoc Vaticanum II! Ale z mojego doświadczenia wiem również – teraz także poprzez moją posługę Prefekta Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów – że istnieje wiele liturgicznych wypaczeń w życiu współczesnego Kościoła, i że jest wiele kwestii, które powinny być poprawione tak, by cele Soboru zostały osiągnięte. Zanim powiem o kilku możliwych poprawkach porozmawiajmy o tym, co stało się po promulgacji Konstytucji o Świętej Liturgii.
Podczas gdy oficjalna reforma była wprowadzana w życie pojawiło się wiele poważnych i błędnych interpretacji liturgii, które zakorzeniły się w różnych częściach świata. Te nadużycia ujawniły się z powodu błędnego zrozumienia Soboru i skutkowały w liturgicznych celebracjach tym, że stały się one przedmiotowe, a przez to znacznie bardziej skupione na potrzebach wspólnoty niż na ofiarniczym kulcie oddawanym Wszechmocnemu Bogu. Mój poprzednik na urzędzie prefekta Kongregacji Franciszek kard. Arinze, nazwał swego czasu tego typu celebracje „Mszami zrób-sobie-sam”.

Święty Jan Paweł II uznał nawet, że koniecznym jest wspomnieć o tym zjawisku w Encyklice Ecclesia de Euchatistia:

„Zaangażowanie Magisterium Kościoła w dzieło głoszenia zaowocowało duchowym wzrostem wspólnoty chrześcijańskiej. Niewątpliwie reforma liturgiczna Soboru w znacznym stopniu przyczyniła się do bardziej świadomego, czynnego i owocniejszego uczestnictwa wiernych w Najświętszej Ofierze ołtarza. Ponadto, w wielu miejscach adoracja Najświętszego Sakramentu znajduje swoją właściwą rolę w życiu codziennym i staje się niewyczerpanym źródłem świętości. Pobożne uczestnictwo wiernych w procesji eucharystycznej w uroczystość Ciała i Krwi Pańskiej jest łaską od Pana, który co roku napełnia radością wszystkich biorących w niej udział. Można by dalej wymieniać inne pozytywne przykłady wiary i miłości do Eucharystii.

Niestety obok tych blasków nie brakuje tez i cieni. Istnieją bowiem miejsca, w których zauważa się prawie całkowity zanik praktyki adoracji eucharystycznej. Do tego dochodzą też tu i ówdzie, w różnych środowiskach kościelnych, nadużycia powodujące zaciemnianie prawidłowej wiary i nauczania katolickiego odnośnie tego przedziwnego Sakramentu. Czasami spotyka się bardzo ograniczone rozumienie tajemnicy Eucharystii. Ogołocona jest z wymiaru ofiarniczego, jest przezywana w sposób nie wykraczający poza sens i znaczenie zwykłego braterskiego spotkania. Poza tym niekiedy bywa zapomniana potrzeba posługi kapłańskiej, opierającej się na sukcesji apostolskiej, a sakramentalność Eucharystii zostaje zredukowana jedynie do skuteczności jej głoszenia. Stąd też , tu i ówdzie, pojawiają się inicjatywy ekumeniczne, które choć nie pozbawione dobrych intencji, stosują praktyki eucharystyczne niezgodne z dyscypliną, w jakiej Kościół wyraża swoją wiarę. Jak więc w obliczu takich faktów nie wyrazić głębokiego bólu? Eucharystia jest zbyt wielkim darem, ażeby można było tolerować dwuznaczności i umniejszania.

Ufam, że ta Encyklika przyczyni się w skuteczny sposób do rozproszenia cieni wątpliwości doktrynalnych i zaniechania niedopuszczalnych praktyk, tak aby Eucharystia nadal jaśniała pełnym blaskiem całej swojej tajemnicy”.

Znajdziemy tu również inną duszpasterską rzeczywistość. Czy to dla poważnych powodów, czy też przy ich braku, niektóre osoby nie mogły lub nie chciały uczestniczyć w zreformowanym rycie. Stali od niego z daleka lub uczestniczyli jedynie w niezreformowanej liturgii tam, gdzie mogli ją znaleźć, nawet jeśli były to celebracje nieautoryzowane. W ten oto sposób liturgia stała się wyrazem podziału w Kościele, miast być przejawem katolickiej jedności. Sobór nie chciał, aby liturgia nas podzieliła! Św. Jan Paweł II pracował nad tym, by uzdrowić ów podział, wspomagany przez kard. Ratznigera, który jako Benedykt XVI szukał sposobu, by ułatwić tak pilne pojednanie w łonie samego Kościoła. W tym celu wydał Motu Proprio Summorum Pontificum, tak by starożytna forma rytu rzymskiego była dostępna bez żadnych obostrzeń dla poszczególnych osób i całych grup, które pragną czerpać z jej bogactwa. Z pomocą Bożej Opatrzności jest obecnie możliwym celebrować naszą katolicką jedność szanując, a nawet radując się prawowitą różnorodnością rytualnych praktyk.

To prawda, możemy stworzyć zupełnie nową, współczesną liturgię w językach narodowych, lecz jeśli nie położymy właściwych fundamentów – jeśli nasi klerycy oraz księża nie zostaną dogłębnie zanurzeni w duchu i potędze liturgii, jak tego chciał Sobór – to wówczas nie będą oni sami z siebie zdolni kształtować ludzi powierzonych ich opiece. Potrzebujemy wziąć słowa Soboru bardzo poważnie, ponieważ byłoby daremnym liczyć na liturgiczną odnowę bez gruntownej liturgicznej formacji. Bez tej podstawowej formacji, duchowni mogą nawet wyrządzić krzywdę wierze ludu w Misterium Eucharystii.

Nie chcę byście myśleli o mnie, że jestem przesadnie pesymistyczny i powiem to jeszcze raz: jest wielu, naprawdę wielu wiernych świeckich mężczyzn i kobiet, wielu duchownych i osób konsekrowanych dla których liturgia taka, jaka została zreformowana po Soborze jest źródłem licznych duchowych, apostolskich owoców. I za to dziękuję Wszechmogącemu Bogu! Ale, nawet po tej krótkiej mojej analizie już teraz, myślę, że zgodzicie się z tym, iż możemy uczynić więcej, aby Święta Liturgia prawdziwie stała się źródłem i szczytem życia i misji Kościoła początku XXI wieku tak, jak gorąco tego pragnęli Ojcowie Soboru.

W świetle tych fundamentalnych pragnień Ojców Soboru, oraz biorąc pod uwagę inną sytuację, której jesteśmy świadkami, a która pojawiła się w okresie posoborowym chciałbym poddać pod waszą rozwagę kilka kwestii, w jak bardziej wierny sposób można zastosować zapisy Sacrosanctum Concilium. Mimo, iż służę jako Prefekt Kongregacji Kultu Bożego, czynię to w całą pokorą jako kapłan i jako biskup w nadziei, że moje słowa przyczynią się do dojrzałej refleksji i rozwoju nauki oraz dla dobra liturgicznej praktyki w całym Kościele.

Nie będzie niespodzianką jeśli powiem, że po pierwsze musimy sprawdzić jakość i powagę liturgicznej formacji, która wpajana jest duchownym, osobom konsekrowanym i wiernym świeckim w duchu i mocy liturgii. Zbyt często zakładamy, że kandydaci do święceń tak kapłańskich, jak i stałego diakonatu posiadają wystarczającą liturgiczną wiedzę. Chcę tu zauważyć jednak, że Sobór nie kładł nacisku na wiedzę jako taką, mimo iż, oczywiście Konstytucja podkreślała ważność liturgicznych studiów (nn. 15-17). Nie, pierwszą i podstawową formacją liturgiczną jest zanurzenie się w liturgii, w wielkiej tajemnicy Boga naszego kochającego Ojca. To sprawa życia liturgią w całym jej bogactwie, tak byśmy pijąc z samych jej źródeł mogli zawsze odczuwać tęsknotę za jej lubością, porządkiem, pięknem, ciszą, kontemplacją, egzaltacją, adoracją jej zdolnością do kontaktowania nas w sposób intymny z Tym, który działa „w” i „poprzez” święte ryty Kościoła. Oto dlaczego ci, którzy odbywają formację do posługi duszpasterskiej powinni żyć liturgią w sposób najpełniejszy z możliwych w seminariach i w domach formacji. Kandydaci na stałych diakonów powinni być zanurzeni w intensywnym liturgicznym życiu nawet i przez dłuższy okres czasu. Również dodałbym, że pełna i bogata w treści celebracja starożytnej formy Rytu rzymskiego, Usus antiquior, powinna stać się ważną częścią liturgicznej formacji kleru. Jak bowiem można właściwie pojąć i celebrować zreformowane ryty w duchu hermeneutyki kontynuacji jeśli nigdy nie doświadczyło się piękna liturgicznej Tradycji, którą przecież znali Ojcowie Soboru?
Jeśli zwrócimy uwagę na to, jeśli nasi nowi księża i diakoni prawdziwie odczują pragnienie liturgii, oni sami będą w stanie formować tych, którzy powierzeni są ich opiece – nawet jeśli liturgiczne okoliczności i możliwości ich kościelnych misji są znacznie skromniejsze od kościołów seminaryjnych lub katedralnych. Znam wiele takich przykładów księży znajdujących się w takich sytuacjach, którzy wychowują wiernych świeckich w duchu i potędze liturgii, i których parafie są przykładami wielkiego liturgicznego piękna. Musimy pamiętać że „szlachetna prostota” to nie to samo co redukcyjny minimalizm lub niedbały i ordynarny styl. Jak naucza nas Ojciec Święty, papież Franciszek w Apostolskiej Egzortacji Evangelii Gaudium: „Kościół ewangelizuje i daje się ewangelizować przez piękno liturgii, która jest także celebrowaniem ewangelizacyjnej działalności oraz źródłem dawanie siebie ciągle na nowo” (n. 24).

Po drugie, uważam, że jest niezmiernie ważnym wyjaśnienie jaka jest natura liturgicznego uczestnictwa, participatio actuosa, jak to zostało nazwane przez Sobór. W tej kwestii było aż nadto zamieszania w ostatnich dekadach. Artykuł 48 Konstytucji stanowi: „Kościół zatem bowiem troszczy się o to, aby chrześcijanie podczas tego misterium wiary nie byli obecni jak obcy i milczący widzowie, lecz aby przez obrzędy i modlitwy tę tajemnicę dobrze zrozumieli, w świętej czynności uczestniczyli świadomie, pobożnie i czynnie”.

Sobór widzi owe uczestnictwo w pierwszym rzędzie w znaczeniu wewnętrznym dokonującym się poprzez właściwe zrozumienie rytów i modlitw. Ojcowie wezwali wiernych do śpiewu, odpowiadania kapłanowi, podjęcia liturgicznej posługi, która prawdziwie do nich należy, oczywiście, kładąc nacisk, by wszyscy byli „świadomi tego co robią z pobożnością i przy pełnym zaangażowaniu”.

Jeśli zrozumiemy priorytet interioryzacji liturgicznego uczestnictwa uda nam się uniknąć głośnego i niebezpiecznego aktywizmu, który stał się tak bardzo widoczny w ostatnich dziesięcioleciach. Nie przychodzimy na liturgię, tak jakbyśmy mieli występować na estradzie, by robić rzeczy, które inni mają zobaczyć. Na liturgię przychodzimy by połączyć się z działaniem Zbawiciela poprzez interioryzację zewnętrznych liturgicznych rytów, modlitw, znaków i symboli. I to właśnie od nas, którzy otrzymaliśmy powołanie do wypełniania tej liturgicznej posługi, wymaga się tego bardziej niż od innych. Potrzebujemy jednak również formacji wiernych, w sposób szczególny dzieci i młodzieży, w prawdziwym sposobie liturgicznego uczestnictwa, w prawdziwej liturgicznej modlitwie.

Po trzecie. Wspomniałem już o fakcie, że niektóre z reform wprowadzonych w życie w okresie posoborowym mogły zostać zrealizowane w duchu ówczesnego czasu i stały się przez to przedmiotem co raz to większej ilości krytycznych naukowych opracowań dokonywanych przez wiernych synów i córki Kościoła, którzy stawiają pytanie: Czy naprawdę wprowadzono w życie cele, które przyświecały Soborowi, czy w rzeczywistości je pominięto?

Ta dyskusja toczy się pod tytułem „reformy liturgicznej reformy” i pamiętam, że ks. Thomas Kocik przedstawił poważne studium na ten temat podczas ubiegłorocznej konferencji Sacra liturgia, która odbyła się w Nowym Jorku. Myślę, że nie możemy porzucić możliwości lub nawet więcej, atrakcyjności oficjalnej „reformy liturgicznej reformy”, ponieważ jej rzecznicy wysunęli kilka ważnych postulatów podejmując próbę bardziej wiernego zastosowania pouczenia z 23 numeru soborowej Konstytucji: „Aby zachować zdrową tradycję, a jednocześnie otworzyć drogę do uprawnionego postępu”, oraz „nowości należy wprowadzać tylko wtedy, gdy tego wymaga prawdziwe i niewątpliwe dobro Kościoła, z zastrzeżeniem jednak, aby formy nowe wyrastały niejako organicznie z form już istniejących”.

Rzeczywiście, mogę powiedzieć, że kiedy spotkałem się z Ojcem Świętym w kwietniu b.r., papież Franciszek poprosił mnie, bym przestudiował zagadnienie „reformy reformy” oraz to, w jaki sposób ubogacić obie formy Rytu rzymskiego. To będzie bardzo delikatna praca i dlatego proszę was o cierpliwość i modlitwę. Lecz jeśli chcemy wierniej wdrożyć zapisy Sacrosanctum Concilium, jeśli chcemy osiągnąć cele, które przyświecały Soborowi musi stać się to poważnym zagadnieniem, które mamy poważnie przestudiować, by następnie podjąć się działania z konieczną jasnością i rozwagą.

My, księża, my, biskupi nosimy wielką odpowiedzialność. Jak bardzo nasz dobry przykład wpływa na liturgiczną praktykę! Jak wielce nasza obojętność i wykroczenia ranią Kościół i jego Świętą Liturgię! My, księża mamy być przede wszystkim ludźmi kultu! Ludzie widzą różnicę pomiędzy księdzem, który celebruje z wiarą i tym, który celebruje w pośpiechu, często spoglądając na zegarek, tak jakby chciał wrócić do telewizora tak szybko, jak to tylko możliwe! Drodzy Księża! Nie możemy w naszym życiu czynić nic ważniejszego od sprawowania świętych misteriów! Bądźmy uważni na pokusę liturgicznej gnuśności, ponieważ jest to pokusa diabelska. Musimy pamiętać, że nie jesteśmy autorami liturgii. Jesteśmy jej pokornymi sługami, poddanymi jej dyscyplinie i prawu. Jesteśmy również odpowiedzialni za formację tych, którzy asystuję w liturgicznej służbie zarówno w duchu i potędze liturgii, jak i w jej przepisach. Widziałem czasami księży odchodzących na bok, by pozwolić nadzwyczajnym szafarzom Komunii świętej pozwolić ją rozdawać. To błąd! To zaprzeczenie kapłańskiej służby tak, jak błędem jest klerykalizacja laikatu. Jeśli takie sytuacje mają miejsce to znak, że formacja była zła, i że trzeba ją poprawić. Widziałem również księży i biskupów ubranych już do celebracji Mszy Świętej, gdy wyciągali telefony, kamery, by używać ich podczas Świętej liturgii. To zachowanie godne potępienia, kiedy nakładają na siebie liturgiczne szaty, czyniące z nich alter Chrystus, a nawet więcej ispe Chrystus – samego Chrystusa! Zachowywać się tak to świętokradztwo! Żaden biskup, ksiądz, czy diakon ubrani w liturgiczne szaty lub obecni w świątyni nie powinien trzymać aparatów fotograficznych, nawet podczas wielkich koncelebracji. Księża często tak czynią na tego typu Mszach, rozmawiając między sobą gdy siedzą w luźny sposób. I myślę, że jest to znak, iż powinniśmy przemyśleć ponownie odpowiedniość tego typu celebracji, zwłaszcza jeśli ciągną one za sobą księży do tego typu skandalicznych zachowań, które są niegodne sprawowanego Misterium lub narażają Najświętszy Sakrament na profanację.

Chcę zaapelować do wszystkich księży! Być może przeczytaliście mój artykuł w w L’Osservatore Romano w zeszłym roku (12 czerwca 2015) lub mój wywiad z dziennikiem Famille Chrétienne z maja tego roku. Przy obu okazjach powiedziałem, że wierzę, iż niezwykle ważnym jest, by tak szybko jak to tylko możliwe powrócono do wspólnego kierunku modlitwy – księża i wierni zwróceni razem w tym samym kierunku – ku Wschodowi, lub przynajmniej w stronę absydy – w stronę Pana, który przychodzi, w tych częściach liturgicznych rytów, w których odnosimy się do Boga. Taka praktyka jest dozwolona przez obecnie obowiązujące przepisy. Jest w pełni legalna w nowym rycie. Uważam, że jest to bardzo ważny krok, który upewni nas, że w naszych celebracjach to Bóg jest prawdziwie w centrum.

A zatem, drodzy Księża, proszę was, by zastosować tę praktykę tak, gdzie jest to możliwe, oczywiście z rozwagą i konieczną katechezą, lecz również z pasterskim przekonaniem, że jest to coś dobrego dla Kościoła, coś dobrego dla naszego ludu. Wasza duszpasterska ocena podpowie Wam, jak i kiedy będzie to możliwe, lecz może pierwsza niedziela tegorocznego Adwentu (27 listopada – przyp. tłum.), kiedy oczekujemy na Pana, „który ma nadejść” i „i który się nie opóźnia”. (por. Introit Mszy z Środy pierwszego tygodnia Adwentu) byłaby ku temu bardzo dobrą sposobnością. Drodzy Księża, powinniśmy ponownie posłuchać lamentu Boga przekazanego nam przez proroka Jeremiasza: „Do mnie zaś plecami się odwracają, a nie twarzą” (Jr 2, 27). Zwróćmy się ponownie ku Panu!

Chciałbym zaapelować do moich braci w biskupstwie. Proszę Was, poprowadźcie Waszych księży i wiernych ku Bogu w ten oto sposób, szczególnie podczas dużych celebracji w Waszych diecezjach i w Waszych katedrach. Proszę Was, kształćcie Waszych seminarzystów z przekonaniem, iż nie zostaliśmy powołani do kapłaństwa, by być w centrum kultu i by oddawać nam cześć, lecz by prowadzić wiernych ku Chrystusowi jako współczciciele. Proszę Was, ułatwiajcie tę jakże prostą, a jednocześnie jakże głęboka reformę w Waszych diecezjach, katedrach, parafiach i seminariach.

Jako biskupi nosimy na sobie wielką odpowiedzialność i pewnego dnia będziemy musieli odpowiedzieć przed Panem z naszego włodarzowania. Nie jesteśmy właścicielami niczego! Tak, jak św. Paweł naucza, jesteśmy zaledwie: „sługami Chrystusa i szafarzami tajemnic Bożych” (1 Kor 4, 1). Jesteśmy odpowiedzialni, by zagwarantować, że święta rzeczywistość liturgii będzie poszanowana w naszych diecezjach, oraz że nasi księża i diakoni nie tylko będą przestrzegać liturgicznego prawa, ale poznają ducha i moc liturgii, z których to prawo wypływa. Zostałem bardzo zbudowany po przeczytaniu prezentacji The Bishop: Governor, Promoter and Guardian of the Liturgical Life of the Diocese, którą wygłosił na Konferencji Sacra Liturgia w 2013 r. w Rzymie abp Alexander Sample z amerykańskiej diecezji Portland, i po bratersku chciałbym zachęcić moich braci biskupów do dokładnego przestudiowania tych rozważań.

W tym miejscu powtórzę to, co miałem okazję powiedzieć już w innym miejscu, a mianowicie, że papież Franciszek poprosił mnie, bym kontynuował liturgiczne dzieło rozpoczęta przez papieża Benedykta (patrz. Message to Sacra Liturgia USA 2015, New York City). To, że mamy nowego papieża nie oznacza wcale, że wizja liturgii jego poprzednika przestała być właściwą. Wprost przeciwnie, jak wiemy, Ojciec Święty Franciszek ma największy szacunek dla wizji i poczynań papieża Benedykta dokonywanych w całkowitej wierności intencjom Ojców Soboru.

Zanim zakończę, pozwólcie że wskażę kilka innych rozwiązań, które mogą przyczynić się do bardziej wiernej wprowadzeniu w życie zapisów Sacrosanctum Concilium.

Po pierwsze, musimy liturgię śpiewać, musimy śpiewać liturgiczne teksty, szanując liturgiczne tradycje Kościoła i radować się ze skarbca muzyki sakralnej, która jest nasza, w sposób szczególny muzyki własnej Rytu rzymskiego, czyli chorału gregoriańskiego. Mamy śpiewać muzykę sakralną a nie jakąś religijną muzykę, albo co gorsze, świeckie piosenki.

Musimy utrzymać właściwą równowagę pomiędzy używaniem w liturgii języków narodowych a łaciną. Sobór nigdy nie zarządził, aby rzymski ryt był sprawowany tylko w językach narodowych. Dopuszczał on tylko możliwość większego ich użycia, w sposób szczególny w czytaniach mszalnych. Dziś nie nastręcza to żadnej trudności, mając w użyciu nowoczesne maszyny drukarskie, by ułatwić zrozumienie używanych łacińskich tekstów, tak w liturgii eucharystycznej, jak również podczas międzynarodowych zgromadzeń kiedy lokalny język jest niezrozumiały przez licznie zebranych. I oczywistą sprawą jest to, że kiedy używane są teksty w języku narodowym muszą być one wiernym tłumaczeniem oryginalnego łacińskiego tekstu, jak to papież Franciszek ostatnio potwierdził w rozmowie ze mną.

Musimy zagwarantować, że adoracja będzie sercem naszych liturgicznych celebracji. Zbyt często nie przechodzimy od celebracji do adoracji, i jeśli tego nie czynimy martwię się, że nie zawsze uczestniczymy w liturgii w sposób pełny i całkowity. Dwie dyspozycje, które odnoszą się do naszego ciała są tu nie do zastąpienia. Pierwszą z nich jest milczenie. Jeśli nigdy nie milknę, jeśli liturgia nie daje mi przestrzeni ma modlitwę milczenia i kontemplacji, jak mogę adorować Chrystusa? Jak mogę z Nim się połączyć w moim sercu i mojej duszy? Milczenie jest bardzo ważne i nie tylko przed, ale również i po liturgii.

Podobnie klękanie na konsekrację (kiedy nie zachodzą przeszkody zdrowotne) jest fundamentalne. W kulturze zachodniej klękanie jest aktem adoracji i wyraża naszą pokorę wobec Pana i Boga. Jest ono samo w sobie aktem modlitwy. Tam gdzie klękanie i przyklękanie usunięto z liturgii, istnieje potrzeba przywrócenia tego, zwłaszcza w czasie przyjmowania naszego Błogosławionego Pana w Komunii Świętej.

Drodzy księża! Tak gdzie jest to możliwe, z duszpasterską roztropnością, o której mówiłem wcześniej formułujcie ludzi w tym pięknym akcie kultu i miłości. Uklęknijmy jeszcze raz w geście miłosnej adoracji przed Eucharystycznym Panem! Mówiąc o przyjmowaniu Komunii Świętej na klęcząco chciałbym odwołać się do listu z 2002 r. Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, który wyjaśnia, że: „odmówienie Komunii świętej komuś ze względu na jego klęczącą postawę jest poważnym złamaniem jednego z jego najbardziej podstawowych praw jako wiernego świeckiego” (List, 1 lipca 2002, Notitiae, n. 436, XI-XII 2002, p. 583).

Właściwy sposób ubierania się wszystkich osób wykonujących liturgiczne funkcje w świątyni, nie wyłączając lektorów, jest również bardzo ważny. Jeśli osoby te mają być uważane za autentycznych szafarzy i jeśli mają wykonywać swe posługi w duchu decorum należnemu Świętej Liturgii – również one poprzez strój mają ukazać właściwy szacunek dla wykonywanych przez siebie posług.

Oto kilka sugestii. Jestem przekonany, że można poczynić ich znacznie więcej. Pokazałem je Wam jako możliwe sposoby postępowania w celu właściwej celebracji liturgii zarówno „w sposób wewnętrzny, jak i zewnętrzny”, co było pragnieniem wyrażonym przez kard. Ratzingera na początku jego wielkiego dzieła „Duch liturgii”. Zachęcam Was do zrobienia wszystkiego co możliwe, by osiągnąć ten cel, który  całkowicie odpowiada nauczaniu Konstytucji o liturgii świętej Soboru Watykańskiego II.

tłum. x. Krzysztof Irek

http://mojecogitarium.blogspot.com
http://rzymski-katolik.blogspot.com/search/label/VATICANUM%20II%20-%20Hermeneutyka%20ci%C4%85g%C5%82o%C5%9Bci%20czy%20Nowy%20Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82

Hańba Smoleńska

Już VI lat przyszło nam żyć z myślą, że może uda się wyjaśnić przebieg tej straszliwej zbrodni, którą dla celów, jakie tej tragedii  stawiano, umiejscowiono na lotnisku w Smoleńsku.

Próbował zmierzyć się z tym problemem Zespół Parlamentarny, pod przewodnictwem obecnego Ministra Obrony Narodowej, Pana Antoniego Macierewicza, który pewnie nie zdaje sobie sprawy, że zmałpowany po czasach PRL-u tytuł – narodowej- zobowiązuje do czegoś więcej, niż zapraszanie obcych wojsk na terytorium Polski. Już to wielokrotnie przerabialiśmy, z wiadomym skutkiem. Zespół ten, chyba nieprzypadkowo, nie otrzymał odpowiednich uprawnień śledczych, a więc marnował czas i bałamucił propagandowo Polaków, udając, że coś bada i wyjaśnia.Efekty tego są raczej mizerne, żeby nie powiedzieć  żadne. Zaświtała jednak  nadzieja na „zmianę” tej sytuacji, kiedy znękany Naród, oddał władzę większościową  w ręce PiS – u, który obiecywał, na comiesięcznych manifestacjach, że tę zbrodnię, zwaną wcześniej katastrofą, następnie po kilkuletnim namyśle, zamachem,ale nadal koniecznie „Smoleńskim”. J.Kaczyński, używał  określenia, że prawda może, czy jest, porażająca. Ale jaka to prawda, Panie Prezesie? Czy my nie powinniśmy jej znać, a choćby rodziny zamordowanych?

Minęły miesiące, kiedy wiarygodność i uczciwość PiS-u została  poddana próbie, bo przecież powołanie jakiejś „podkomisji” nie spełnia tego zadania, jakie choćby mogłaby spełnić komisja parlamentarna, ze wszystkimi uprawnieniami procesowymi. Co stoi temu na przeszkodzie- nie wiadomo, kogo teraz o to pytać, kiedy nikt nie myśli poważnie o wyjaśnieniu tej tragedii i ukaraniu winnych.

Znów przetoczą się przez Polskę rocznicowe obchody, msze,marsze, i inne uroczystości ponownie zniewolonego Narodu, któremu tą zbrodnią wypowiedziano wojnę.Pozostaje pytanie – kto? Widać, że jeszcze na odpowiedź  przyjdzie nam długo czekać, niestety.A kiedy się już pojawi,  będzie  dla nas za późno, i pewnie właśnie o to chodzi.

Wydawać by się mogło, ze sprawa jest dziecinnie prosta, wystarczy uważnie przyjrzeć się jednemu z wielu zdjęć. Widać wyraźnie, że jest to tylny statecznik, uprzednio rozczłonkowany i rzucony z góry w krzaki.Przy odrobinie wyobraźni można założyć, zdaniem inscenizatorów, że ten ciężki kawałek metalu pędził z prędkością ponad 200 km/godz, upadł w krzaki /nie uszkadzając żadnego/i jeszcze zdążył, tak jak wiele innych elementów samolotu,

pokropić się dość równomiernie błotem. To dopiero trzeba być naiwnym, żeby tak niechlujnie wykonaną inscenizację uznać za zdarzenie realne. To właśnie jest hańba, że dajemy sobie wmówić coś, czego tam nie było, i powtarzanie tego choćby tysiące razy, nic tu nie zmieni, obraz nie kłamie, w odróżnieniu od wszystkich komisji i ekspertów.

Pozostaje nam jedynie modlić się za dusze pomordowanych, i prosić Boga, aby był dla nas miłosierny i oszczędził nam takich tragedii, a naszym wrogom, dzieciom szatana, pokrzyżował  zbrodnicze plany.

 

aa

Wielkanoc 2016

My – Chrześcijanie !

Nic  nam  się nie stanie,

Choćby  do naszego domu

Jutro  zajrzał   wróg.

My się go nie boimy !

Kiedy staniemy w prawdzie -

Wierząc w Zmartwychwstałego,

Który otworzył nam drogę

Do zbawienia wiecznego…

Wielka jest nasza siła !

Bo On czuwa nad nami,

Kiedy szatan idzie z dobytymi mieczami

Oczekując naszej krwawej ofiary.

Staniemy do boju !

I opłuczemy krwią nasze szaty

Niosąc chrześcijańskie sztandary

A na nich miłość i dobroć,

Która nie zna miary.

Tak nas nauczał Jezus !

Dzisiaj Zmartwychwstały,

By zło dobrem zwyciężać

Dla Jego boskiej chwały.

Prawda to przedwieczna

Bez początku i końca,

Prawda nieskończona

Na życie wieczne zmieniona…

Alleluja,  Alleluja, Alleluja !

 

Marian  Retelski  – NY 2016