OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Miesięczne archiwum: Grudzień 2015

Shoah, czli zagłada – największy holocaust w historii świata…

Shoah, Szoa (hebr. שואה – całkowita zagłada, zniszczenie) jest przez większość uważana jako synonim pojęcia holocaust. Sam holocaust zaś – jako wywyższony do pojęcia własnego i pisany wobec tego wielką literą – przez większość współczesnych rozumiany jest niesłusznie jednoznacznie jako termin określający zagładę Żydów dokonaną przez niemieckich nazistów, marksistowskich narodowych socjalistów, czyli III Rzeszę i jej koalicjantów podczas II Wojny Światowej.  W rzeczywistości zaś termin holocaust pochodzi z kościelnej łaciny (jako adaptacja greckiego holókauston – rodzaju nijakiego imiesłowu holókaustos oznaczającego „spalonego w całości”, a pochodzącego od czasownika holo-kautóo określającego „spalanie ofiary w całości”) i oznacza dosłownie „całopalenie”. Odnosi się pierwotnie do religijnej ofiary całopalnej (spalonej doszczętnie), którą Żydzi składali na ołtarzu w czasach Starożytności.

Ja osobiście jestem przeciwny jednoznacznemu utożsamianiu obydwu terminów jako synonimów oraz jako określających współcześnie  li tylko zagładę Żydów w czasie II Wojny Światowej.

Podobnie jak twierdzi wielu ludzi (w tym też wielu Żydów) uważam, że termin shoah jest stosowniejszy do określenia masowego ludobójstwa  zmierzającego do całkowitej zagłady lub zniszczenia, niż termin holocaust mający dla wielu pozytywne, religijne konotacje biblijne.

Warto zauważyć, że używając terminu holocaust np. tylko w odniesieniu do zagłady Żydów w czasie II WŚ, musielibyśmy zawęzić obszarem znaczeniowym ich zagładę tylko do samej ich śmierci w komorach gazowych i późniejszym „całospaleniu” w krematoriach. W takim znaczeniu morderstwa i zagładę dokonywaną bez późniejszego „całospalenia” nie możemy nazywać częścią holocaustu, jako pierwotnie znaczącego właśnie całospalenie.

Ponadto interesująca może tez być ocena i interpretacja sensu stricto samego faktu „palenia w krematoriach”… Gdybyśmy spojrzeli na to działanie z punktu widzenia daleko posuniętego  i graniczącego z chorobą  fanatyzmu religijnego, czyż nie moglibyśmy uznać a raczej czy Hitler nie mógłby uznać, że w ten sposób składa całopalna ofiarę religijną? Taka konkluzja jest oczywiście niemalże bluźnierstwem, ale wszyscy wiemy, że ktoś taki jak Hitler musiał mieć zaburzenia osobowości z pewnością związane z mitomaństwem, poczuciem wyższości i pogardą dla innych „nie swoich” narodów. Dla niego przecież – jako zapewne chorego psychicznie a przynajmniej zaburzonego psychicznie człowieka – inni (nie swoi) byli gorsi, byli podludźmi… Więc czy czasem niszcząc część Żydów nie robił tego w poczuciu jakiegoś fanatycznego posłannictwa, niemalże religijnego, tym bardziej, że przecież całe NSDAP i wielu jego aktywistów było kontynuacją w prostej linii Towarzystwa Thule (Thule Gesellschaft) (link is external), które „było tajną rasistowską i quasi-masońską organizacją, która powstała w Monachium w końcowej fazie I wojny światowej (…)” i opierało się na ariozofii (link is external), czyli rasistowskiej i okultystycznej doktrynie stworzonej wewnątrz Ruchu Ludowego w Niemczech przez Guido von Lista (link is external)i przedstawionej przez Jörga Lanza von Liebenfelsa (link is external) a opowiadającej się za dominacją rasy aryjskiej oraz głoszącej jej panowanie nad światem…

Zadziwiające – w odniesieniu do powyższego rozważania – ale i symptomatyczne jest też, że wielu Żydów służyło w nazistowskiej narodowo-socjalistycznej armii niemieckiej oraz było członkami NSDAP (o czym pisze m.in. prof. Marek Jan Chodkiewicz (link is external)) i nieraz zaskakująco znajdowali się w najwyższych ich kręgach… o czym pisze m.in. w swojej książce pt.: „Bevor Hitler Kame” – „(Bronder – Before Hitler Came – A Historical Study -English Translation – 1975)” (link is external) historyk żydowskiego pochodzenia, Dietrich Bronder. Trudno wprost uwierzyć, ale zalicza on (również w innych swoich pracach) do ludzi pochodzenia żydowskiego (w różnej części określonej całości i różnym prawowitym zabarwieniu poprawności etnicznego żydowskiego pochodzenia: po matce, czy po ojcu) m.in.: Adolfa Hitlera (po ojcu i dziadku), Rudolfa Hessa (po matce), Hermanna Goeringa, Gregora Strassera, Josefa Goebbelsa, Alfreda Rosenberga, Hansa Franka, Heinricha Himmlera (po matce i babce ze strony matki), Ullricha Friedricha Willy’ego Joachima von Ribbentropa, Reinharda Heydricha (po ojcu), Ericha von dem Bach-Zelewskiego (po matce),   Adolfa Eichmanna (po matce) czy też Generała Franko…

Nie mogę się też oczywiście zgodzić na używanie terminu shoah jako określającego współcześnie  li tylko zagładę Żydów w czasie II Wojny Światowej.

Jest to niestety ten sam rodzaj manipulacji  dokonywanej notorycznie  przez syjonistów rabiniczno-talmudycznych, z jakim mamy do czynienia w przypadku określenia: „anysemityzm”. Manipulacja ta – ogólnie mówiąc – polega na zawłaszczaniu przez nich pewnych ogólnych negatywnych zjawisk i ich określeń i zawężaniu ich znaczenia tylko do pewnej części Żydów i ich martyrologii dziejowej.   Przecież określenie „antysemita” oznacza niechęć do wszystkich narodów semickich posługujących się językami semickimi, czyli współcześnie najczęściej językiem: amharskim, arabskim, hebrajskim, maltańskim lub tigrinijskim. Takich narodów jest bardzo wiele – oprócz Żydów (Hebrajczyków)  są to np. Arabowie, czy też niektóre ludy o czarnym kolorze skóry (np. wujek Pani M. O’Bamy jest naczelnym rabinem czarnych syjonistów w USA). Tak więc określenie antysemita sugeruje niechęć zarówno do Żydów jak i np. Arabów (sic!).  O ileż łatwiej byłoby po prostu o kimś, kto w jakimś obszarze jest niechętny Żydom, zwyczajnie powiedzieć: antyjudaista (niechętny wobec wiary i religii judaistycznej), antysyjonista (niechętny wobec m.in. żydowskich syjonistów w zakresie talmudyczno-rabinicznego rozumienia przez nich świata i ludzi w nim żyjących) a jeżeli już kogoś chcemy określić jako rasistę to może warto byłoby użyć określenia „antyżyd” lub „antyizraelita”?

Niestety właśnie podobnie jak w przypadku „antysemityzmu”, czy holkaustu… talmudyczno-rabiniczni syjoniści zawłaszczyli tylko dla części Żydów pojęcie „shoah”. Ono przecież oznacza całkowita zagładę i zniszczenie… ale nie ogranicza się bynajmniej tylko do „działań zmierzających do całkowitej zagłady Żydów i ich zniszczenia”! Przecież marksistowski narodowy-socjalizm, czyli nasizm w równej mierze chciał doprowadzić do zniszczenia Słowian (w tym Polaków) czy Cyganów… a także homoseksualistów, chorych psychicznie, niedołężnych… Czy masowe mordowanie i wyniszczanie chorych psychicznie w III Rzeszy nie można nazwać również „shoah chorych psychicznie”? Czyż wywołanie samej wojny oraz dążenie do zdobycia jakiegoś kraju za wszelką cenę, nawet ludobójstwa… nie można nazwać też terminem „shoah”?

Czyż tym terminem nie można nazwać ludobójstwa jakiego dopuścił się marksista, klasowy socjalista i komunista J. Stalin skazując na śmierć głodową przeszło 7 milionów Ukraińców (w latach 1932-1933)? Czymże to okrucieństwo było jak nie „shoah Ukraińców”?, chęć całkowitego ich zniszczenia… A czymże było komunistyczne ludobójstwo katyńskie jak nie celową eksterminacją tej części Polaków, którzy stanowili podstawę przyszłości całego narodu… Czyż takie działanie nie można nazwać „shoah Polaków”. I tylko symptomatyczne jest, że większość najważniejszych marksistów a później komunistów było akurat pochodzenia żydowskiego: Karol Marks (Karl Heinrich Marx – Hirschel  Marx), Władimir Iljicz Lenin (po matce żydówce – Blank), Lew Trocki (Lew Dawidowicz Bronstein ), Róża Luksemburg ( Rozalia Luxenburg – córka Eliasza Luxenburga i Liny z domu Loewenstein), Julij  Martow (Cederbaum), Fedor Iljicz Dan (Gurwicz), Maksim Maksimowicz Litwinow (Meir Henoch Mojszewicz Wallach-Finkelstein), Łazar Moisiejewicz Kaganowicz i wielu, wielu innych…

Dwa totalitaryzmy: marksistowski narodowy socjalizm (robotniczy), czyli nazizm oraz marksistowski klasowy socjalizm (robotniczy), czyli komunizm… doprowadziły do ogólnoludzkiego „shoah”, największego Holocaustu w historii świata… A wszystko zrodziło się w chorych głowach ludzi, którzy uważali, iż reprezentują „Rasę Panów”, bądź też „Klasę Panów”, czyli niejako „wybrańców” czyniących sobie innych ludzi (podludzi?) poddanymi…

Na szczęście historia świata dowiodła i dowodzić będzie zawsze, że nie ma ani rasy panów, ani klasy panów, ani narodów wybranych stworzonych do rządzenia innymi narodami (podludźmi?)… Wszyscy ludzie są równi wobec Boga i wszyscy są równie dla niego ważni…

I tylko aż dziwne jest, że ten sam chory totalitarny marksizm oparty na gnostyckiej i antykatolickiej filozofii Georga Wilhelma Friedricha Hegla, który – poprzez rewolucje francuską – był źródłem powstania nazizmu i komunizmu… jest gloryfikowany obecnie przez bezpaństwowych syjonistyczno-globalistycznych-unionistów, nie tylko europejskich…

 

 

————————————————————————

Źródło: Sowiecka Historia – FILM  (link is external)(początek fragmentu II)

 

„Klasy i rasy, które są zbyt słabe, żeby opanować nowe warunki życia, muszą zniknąć (…) Muszą zginąć w rewolucyjnym holocauście” - Karol Marks

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad… http://krzysztofjaw.blogspot.com/ (link is external) kjahog@gmail.com (link sends e-mail)

Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/814/shoah-czli-zaglada-najwiekszy-holocaust-w-historii-swiata

Zamach na wolność w Irlandii: katolickie szkoły zmuszone do zatrudniania homoseksualistów

Zamach na wolność w Irlandii: katolickie szkoły zmuszone do zatrudniania homoseksualistów

fot.REUTERS / FORUM

Irlandia sama tego chciała – po tym, jak katolicy w tym kraju dali się przegłosować w haniebnym referendum legalizującym tzw. małżeństwa homoseksualne, lawina ruszyła. Tym razem parlament zdecydował, że nie wolno nie zatrudnić homoseksualisty, nawet jeśli prywatnemu pracodawcy przeszkadza jego styl życia. Dotyczy to również Kościoła i prowadzonych przez Kościół placówek edukacyjnych.

 

Czy wyobrażają sobie Państwo zadeklarowanego homoseksualistę, żyjącego w związku z innym mężczyzną, pracującego w szkole zarządzanej przez zakonnice i uczącego dzieci, dajmy na to, rytmiki? W Irlandii jest to już możliwe! Co więcej, zakazane jest odrzucenie aplikacji o pracę z powodu homoseksualizmu.

 

Skąd taki pomysł irlandzkiego rządu? To prosta konsekwencja rozszerzenia przepisu dotyczącego równości płci, który – w zamierzeniu irlandzkich parlamentarzystów – ma zapobiec „dyskryminacji ludzi LGBTQ w instytucjach zakonnych”.

 

Grupy promujące homoseksualizm oraz media poprawne politycznie natychmiast przyjęły nowe przepisy z ogromnym entuzjazmem. Nowe prawo, zgodnie z oczekiwaniami homolobby, wywiera presję na instytucje zakonne, tak by – jak to określiła homoseksualna nowomowa – osoby pracujące w katolickich szkołach mogły bez problemów „ujawniać się” i „zakładać rodziny” bez obaw o ewentualne zwolnienie z pracy. Taką wypowiedzią błysnął lider irlandzkich aktywistów, Sander Irwin-Gowran.

 

Szkoły zamierzają jednak zaskarżyć ustawę, gdyż uważają iż jest ona niekonstytucyjna – łamie bowiem ich etykę, wartości, tożsamość i wiarę. Powołują się na artykuł 44.2.1 Konstytucji Irlandii, stanowiący iż „każdemu obywatelowi gwarantuje się wolność sumienia, swobodę wyznania i swobodę praktyk religijnych, z uwzględnieniem zasad porządku publicznego i moralności”.

 

Komentatorzy podkreślają, że Irlandczycy sami są sobie winni, gdyż w maju ponad połowa głosujących opowiedziała się za legalizacją tzw. małżeństw homoseksualnych. Profesor Roberto de Mattei nazwał to wielkim aktem apostazji narodu irlandzkiego, któremu współwinny jest Kościół. „Milczeli nie tylko irlandzcy biskupi, ale także Watykan. Zupełnie zapomniano, że przecież kiedyś przyjdzie czas aby odpowiedzieć przed Bogiem za zezwolenie na apostazję tego narodu” – pisał ten znany katolicki publicysta.

 

 

 

 

Źródło: nocristianofobia.org

malk

 

Boże Narodzenie 2015

Znalezione obrazy dla zapytania boże narodzenieLulaj że Jezuniu, lulaj że lulaj, a Ty go matulu z płaczu utulaj…

Tulimy się do Ciebie, miłujemy, jesteśmy spragnieni – jak wędrowcy na pustyni – którym tylko Ty możesz  wskazać drogę, drogę prawdy objawionej.

Czekamy na Ciebie, z tęsknotą wielką, bo chcemy Cię oglądać, w chwale Boga naszego, w Trójcy świętej jedynego, po wszystkie wieki wieków.

Wszystkim, którzy odwiedzają tę stronę, życzę wielu łask, szczęśliwych,  radosnych Świąt i szczęśliwego  Nowego 2016  Roku !!!

Szczęść Boże – Marian 44

Hełm, tarcza, pancerz i miecz – Ewa Polak-Pałkiewicz

Nienazwana krucjata, czyli obrońcy cywilizacji

Obrońcy cywilizacji szli ulicami Warszawy 13 grudnia 2015 roku nieuzbrojeni. Powiewały chorągwie, wzbijały się słowa pieśni, huczał wiatr, twarze były radosne. Tak, to było wojsko.
Polacy prowadzą bowiem, pod wodzą swoich przywódców – już od 2010 roku – krucjatę. Nienazwaną, nie ogłoszoną. Wyszydzaną i opluwaną przez rodzimych zdrajców i zniesławianą zagranicą. Kto ma dobrą wolę, widzi to. Widzi też jak zaciekle bronią się przed tym zwycięskim pochodem wrogowie.

Rozpoczęła się ona bez formalnego wypowiedzenia wojny przeciwnikom chrześcijaństwa, ale jednak uroczyście, w świetle jupiterów i w błysku fleszów, pod krzyżem ustawionym przez ludzi na Krakowskim Przedmieściu, w kwietniu, prawie sześć lat temu.

Jeśli ktoś tego nie rozumie, to albo nie chce, albo ma myśli zbyt pomieszane w głowie – własnymi zniewoleniami, albo ambicjami, które nie są zdrowe.

Jeśli można by scharakteryzować Jarosława Kaczyńskiego jednym słowem, to należało by powiedzieć, że oprócz bezspornego charyzmatu przywódcy jest w nim coś wybitnie żołnierskiego. Jego niesamowita samodyscyplina, opanowanie, powściągliwość w języku przywołują obraz dobrze wyszkolonego żołnierza do działań specjalnych, nadzwyczajnych misji, albo średniowiecznego rycerza. A jego brat? – on także czynił swoją powinność wykazując hart ducha i przytomność umysłu, jak przystało żołnierzowi.

„… Żołnierz godzi się umrzeć za Państwo. W dawnych czasach wyruszał do boju wspaniale odziany, jakby przeznaczony był na ofiarę. Otaczająca go aura czyniła zeń postać kultową…” (Dom Gérard Calvet, Jutro chrześcijaństwa ). Lecz gdzie podział się rynsztunek? Co jest nim dziś? Co jest tarczą, pancerzem, hełmem i mieczem?

Św. Ludwik IX, król Francji, krzyżowiec

Św. Ludwik IX, król Francji, krzyżowiec

Tuż po 10 kwietnia 2010 roku to wszystko stało się jasne dla uważnych oczu. Błysk fleszy tylko jeszcze bardziej uwydatniał prawdziwe oblicze wydarzeń. „Chciałbym, żeby to  j e g o  brat, Jarosław dokończył tę Pieśń o małym Rycerzu”, powiedział w dzień po tragicznej śmierci Prezydenta kierowca tira z Małopolski, ktoś tę wypowiedź zapamiętał. I jest w ludziach jakaś dziwna pewność, że ta Pieśń, przywoływana w marzeniach, która  m u s i  być przekazywana dalej, następnym Polakom, jak średniowieczne pieśni o czynach bohaterskich rozbrzmiewające po górskich drogach i na placach, w miastach warownych okolonych wysmukłymi wieżycami i na dziedzińcach, zostanie ukończona. A zwykli ludzie, którzy chcą jej słuchać i przekazywać innym, jakkolwiek wyśmiewanoby ich za to i obrzucano błotem, to „prawdziwi żołnierze, którzy wiedzą, czym jest posłuszeństwo i którzy gotowi do wszelkich poświęceń, czekają na rozkaz swego Generała”. Patetyczne? A jednak prawdziwe.

Tamto pełne napięcia oczekiwanie powraca dziś z jeszcze większą mocą – śmierć Prezydenta i śmierć prawie stu towarzyszy jego podróży na groby bohaterów, musi być wyjaśniona i uczczona tak jak na to zasługuje. Chrześcijaństwo znów musi stać się „zbrojne”, choć inna już jest to broń, by ocalone zostały prawda, sprawiedliwość i prawo, fundamenty naszej cywilizacji.

Nazwano to obroną konieczną

„Wzruszający jest widok fortyfikacji okalających niektóre zabytki, skromne wiejskie kościoły: wieża strażnicza górująca nad sanktuarium to najbardziej wymowna lekcja realizmu politycznego… >Blanki wieńczące mury obronne nie zostały tam umieszczone dla dekoracji<…. Współcześni na własnej skórze uczą się na nowo tego z pozoru surowego prawa, nazywając je obroną konieczną”.

Komuniści nie znosili krucjat i wyszydzali je. Słowo krucjata zawsze wymawiane jest z pogardą i złośliwym uśmieszkiem w poprawno-politycznych komentarzach. „Krucjata” to nieomal synonim szyderstwa. Krucjatami straszono, w czasach PRL; w płaszczach rycerzy krzyżowych satyrycy zatrudniani przez propagandę sowiecką przedstawiali zarówno Konrada Adenauera jak i Ronalda Reagana. Mieli być w nich śmieszni, groteskowi i straszni.

Herman Stilke - Zwycięstwo Joanny d`Arc

Herman Stilke – Zwycięstwo Joanny d`Arc

(Język wojskowy dziś jest często w użyciu w komentarzach na temat poczynań ludzi Prawa i Sprawiedliwości:„PiS zdobywa kolejny bastion”, „PiS szykuje się, by objąć przyczółki…”, „przystępuje do szturmu…”).

Idący w Marszu Wolności i Solidarności 13 grudnia Polacy – ludzie z całej Polski i z zagranicy – zwracali się w pieśniach do Boga. Była Rota, O Boże, któryś jest na niebie…, Pieśń Konfederatów. Powiewała wśród biało-czerwonych flag ogromna chorągiew z obrazem Chrystusa Króla.

Krucjata? Tak, bowiem obrona prawdy o Smoleńsku nie jest zadaniem tylko prawniczym, czynem moralnym, upominaniem się o ludzką sprawiedliwość. Tu nie tylko o godność państwa i jego przywódców chodzi. To dzieło duchowe narodu.

Tak jak obrona najsłabszych w państwie nie jest „zamachem na demokrację”, ale dziełem miłosierdzia chrześcijańskiego. To nie demokracja jednak – ta prawidłowo pojmowana – zrodziła motywację do tej obrony, lecz zasady chrześcijańskie. Potrzebny jest powrót do tych utraconych słów, by zasady te zostały przypomniane. Demokracja jest w tym wypadku tylko narzędziem. Trzeba dobrze rozumieć, o co i przeciwko komu toczona jest walka, by walka mogła być wygrana.

Co znaczy mieć prawdziwego przywódcę, jaki to skarb, wiedzieli i wiedzą wszyscy, którzy towarzyszą ludziom z Prawa i Sprawiedliwości, współpracują z nimi, ochraniają ich oraz wspierają ich oręż: wolne media. Uczciwi, ideowi, odważni przywódcy – to bardzo rzadki dziś dar od Boga – ludzie, którym można ufać, których kompetencje i moralna postawa mogą być wzorem dla innych. Duchowni, którzy pozwalają sobie na publiczne podważanie ich autorytetu wykazują się, mówiąc bardzo oględnie, nieroztropnością.

Obrona terytorium państwa to także obowiązek chrześcijański. Tak jak obrona jego suwerennych praw i legalnych władz. Nasi przywódcy polityczni, ludzie Prawa i Sprawiedliwości nie są sługami ideologii, lecz tymi, którzy wzięli na siebie ciężar odpowiedzialności politycznej za tę całość.

Bitwa pod Wiedniem

Bitwa pod Wiedniem

Dobro wspólne stanowi zawsze coś nadrzędnego wobec zsumowanych dóbr jednostkowych; to dobro wspólne tworzą wszystkie te dobra, wraz z porządkiem, który ustanawia ich hierarchię. W czasach, gdy podważaniem autorytetu osób ważnych dla państwa zajmują się całe uczelnie i instytuty naukowe, gdy wymyślono technologię „naukowego” zniesławiania i poniżania ludzi niewygodnych politycznie, a demokracja jest zarówno straszakiem jak wytrychem, warto zacytować zdanie Luisa Jugneta, francuskiego katolickiego filozofa, który doradzał, by w obliczu zagrożenia dobra wspólnego nie wahać się i „w miarę możliwości złamać wszelki opór nie naruszając godności człowieka, bez zbędnych ceregieli. Stanowcze działanie jest okupione jakimś minimum uprawnionej przemocy”. Albowiem „absurdem byłoby głoszenie metafizyki i moralności’, dodaje dom Calvet, „na których opiera się godność człowieka i zarazem przyzwolenie, aby prawa cywilne w praktyce niszczyły to, co Kościół buduje poprzez swoje nauczanie”. Marszałek Piłsudski , którego wciąż oskarża się, że był ateistą i przeciwnikiem Kościoła, potrafił docenić to minimum, niezbędne dla zaprowadzenia porządku w państwie, rozkładanym przez anarchistyczną histerię i intrygi polityczne, w maju 1926 roku.

Najważniejsze jest dziś przekonanie Polaków, że dzierżący władzę widzą tę „większą sprawę”, która przyświeca dziejom państwa i czują solidarność z ich poczynaniami tych ludzkich rzesz, których reprezentanci wyruszyli w Polsce wielkim pochodem 13 grudnia tego roku. Wspólnota Polaków nie jest wtedy jakąś abstrakcją, oparta jest na zaufaniu, które potrafią okazać sobie nawzajem obywatele i szefowie państwa. Dawno już nie było takiej wspólnoty, jaka tworzy się u nas dziś. Bo nie było jednoczącego Polaków celu.

„Przypisujemy tak wielką wartość narodzinom i trwaniu społeczeństwa chrześcijańskiego, gdyż w swoim łonie zawiera ono nie tylko te dobra, które przynoszą ludzkości zaszczyt, lecz również – i przede wszystkim – skarbnice łask zgromadzonych dzięki ludzkiej cierpliwości przez wieki: mądrość instytucji, światło obyczajów, zasad i tradycji. Wspólnie tworzą one dziedzictwo utkane z pamięci historycznej, zabytków kultury, przykładu bohaterów i świętych. Jakże więc można twierdzić, że nie istnieje konieczność ochrony, czasem nawet zbrojnej, doczesnych losów narodu czy Chrześcijaństwa?

I czyż trudno zauważyć zawziętość, z jaką piekło chce zniszczyć, od wewnątrz i od zewnątrz, to, co jest nośnikiem owych wzniosłych wartości, a co nazywamy cywilizacją chrześcijańską?”, pyta francuski benedyktyn.

Jan Matejko - Batory pod Pskowem

Jan Matejko – Batory pod Pskowem

„Ta nieszczęsna polityka, prawdziwe skaranie boskie”

Żeby ta obrona była skuteczna i trwała, człowiek, który walczy potrzebuje nie tylko celu, także potrzebuje tego, co określa się mianem cnoty. Bez cnót jesteśmy tylko graczami, nierzadko bardzo zręcznymi, albo nadętymi własną wielkością, odrealnionymi pajacami (jak pewien wysoki pan skaczący na chodniku w ramach demonstracji politycznej przeciw obecnym władzom). A my, chrześcijanie mamy być wojownikami. Zapomina się o tym w samym Kościele. Nikt już nie wspomina, że Kościół – a więc wszyscy wierzący – tu, na ziemi, ma być Kościołem wojującym (w epoce dialogu zamieniono go na Kościół pielgrzymujący).

Co znaczy być oderwanym od rzeczywistości pokazali tego samego dnia, 13 grudnia wieczorem, podczas spotkania w Warszawie, w siedzibie NOT na Czackiego, z okazji wydania książki „Konfidenci. Archiwa ujawniają prawdę”, dwaj panowie reprezentujący układ dawnej władzy, władzy Unii Wolności, potem PO: Marcin Święcicki, syn wymienionego w książce jako konfident Andrzeja Święcickiego, szefa warszawskiego KIK-u oraz poseł i senator Unii Wolności Andrzej Wielowieyski, jeden z szefów tego klubu. Obaj w namiętnych – i pełnych zarazem srogiej boleści – słowach, próbowali robić z siebie ofiary niesprawiedliwości historyków, którzy zajrzeli do tajnych akt i rzucili cień na warszawski KIK. Przypominali zasługi, „nieposzlakowaną opinię”, ciężkie czasy komunistyczne, walkę o przetrwanie, wspieranie opozycji. Ludzie tego pokroju, poseł PO Marcin Święcicki, Andrzej Wielowieyski, są jak poseł Petru i inne gwiazdy telewizji – ludzie o złamanej duszy, którzy już nie potrafią rozpoznać rzeczywistości i nawiązać z nią kontaktu. Rzeczywistość to dla nich szczelnie odizolowany od prostackich tłumów gmach telewizji, idealnie wyciszone studio telewizyjne, pełne uniżenia spojrzenia tych, którzy wiedzą, że tym personom należą się specjalne hołdy i specjalne względy. I strach, paniczny strach przed opinią publiczną, żeby przepadkiem nie zechciała zajrzeć za tę kurtynę, dowiedzieć się prawdy, zedrzeć maski.

Nie przypadkiem te przymilne głosy dwójki polemistów podczas promocji „Konfidentów”– żeby tylko uznać ich racje, nie odwracać się od nich plecami – pochodziły od „katolików postępowych”, modernistycznych, samej awangardy postępu, którzy wyrządzili tyle szkody polskim katolikom, bo korzystając z uprzywilejowanego miejsca, jakie zapewnił im system peerelowski, przyjęli i propagowali, zamiast zasad katolickich sprzeczne zasady, mylne pojęcia i próbowali narzucać ten fałsz innym wierzącym Polakom, za rozkazem i cichą protekcją PZPR.

Dziś te sprzeczne zasady próbuje się raz jeszcze, niemal siłą wtłoczyć do głowy widzom i słuchaczom tych zawłaszczonych mediów, które pozostają w rękach ludzi dawnej władzy. Stąd te uroczyste potępieńcze słowa z ust autorytetów sądownictwa, te nagłe wystąpienia grup prawników, te grzmiące uchwały Rad Wydziałów, które odcinają się od Prezydenta państwa, po to, by go napiętnować i publicznie upokorzyć, bo Andrzej Duda jest wybitnym politykiem, doskonałym prawnikiem, patriotą i katolikiem. Właśnie ten zestaw jest taką obrazą, okazuje się absolutnie nie do przyjęcia! Oni wszyscy uderzają w ten sam ton: Polska, w ich głębokim przekonaniu, musi pozostać państwem bezprawia. A to znaczy także – państwem, które szydzi z chrześcijaństwa, które śmieje się z Ewangelii. Ma być państwem ateistycznym, co w języku nowomowy znaczy: neutralnym światopoglądowo.

Bitwa pod Wiedniem

Bitwa pod Wiedniem

„Tym, co rujnuje wasz kraj i nie pozwala mu zasłużyć na Boże błogosławieństwo – powiedział kiedyś Pius IX pod adresem gwałtownie liberalizującej się Francji – jest mieszanina sprzecznych zasad. (…) największe moje obawy budzi ta nieszczęsna polityka, ten katolicki liberalizm, prawdziwe skaranie boskie” Było to w 1871 r. Ale w Polsce, lat 60., 70., 80. i 90. już takich słów nikt nie słyszał. Nie było odważnych, by je wypowiedzieli z katedr, choć powinny były tam paść. Byłoby to uznane za ultramontanizm, za jakieś nieszczęśliwe podpieranie się Tradycją, która przecież już straciła cały swój urok, całą swoją niegdysiejszą siłę – jak bezapelacyjnie orzekły autorytety moralne, w rodzaju pana Wielowieyskiego, Mazowieckiego, Turowicza, a także księży Tischnera, Bonieckiego, wyręczając komunistów. Zrobiły za nich całą tę brudną robotę przebudowania myślenia katolików.

Papież (Pius IX) piętnuje fakt, dodaje dom Calvet, że liberalni katolicy „nie chcąc wesprzeć silnej instytucji politycznej, której Kościół potrzebował w celu obrony przed zarówno zewnętrznym, jak i wewnętrznym nieprzyjacielem – zarazem naiwnie żądali >wolności dla wszystkich<, zatem również dla wrogów Pana Boga…”

Ten jawny absurd obserwujemy w Polsce od lat – właśnie od chwili, gdy jeszcze w latach 60. ub. wieku liberalni katolicy, m.in. z Klubów Inteligencji Katolickiej, rozpoczęli flirt z marksizmem, na wszystkie możliwe sposoby usprawiedliwiając i wybielając socjalizm, podkopując autorytet Prymasa, rozsiewając ideologię neomarksistowską – m.in. reklamując dzisiejszego idola neomarksistów Don Heldera Camarę – a począwszy od stanu wojennego (apogeum przypadło na rok 1989) coraz jawniej fraternizując się z ludźmi aparatu partyjnego, pod duchowym patronatem Adama Michnika.

Cywilizacja słowa, przysięgi i wierności

Jeżeli podstawową nienaruszalną wartością jest subiektywna wolność jednostki, wówczas zdławione zostaje samo pragnienie osiągnięcia Najwyższego Dobra. Kościół to wiedział i zawsze (do Soboru) nauczał w tym duchu. „W średniowieczu metafizyka opierała się na pojęciu bytu, a etyka – na pojęciu Najwyższego Dobra. Dla człowieka jako bytu stworzonego wolność jest równoznaczna z dążeniem do ostatecznego celu: tym bardziej jesteśmy wolni, im ściślej jesteśmy związani z Najwyższym Dobrem. Oto fundament cywilizacji słowa, przysięgi i wierności”. Dopiero wtedy, gdy uzna się ten fundament można stwierdzić, że krucjaty są dziełami miłości i wyzwolenia. Jeśli jednak ten fundament zastąpi się subiektywną wolnością jednostki „skompromitowana zostaje także misja [tak samo jak krucjata – EPP], a nauczanie zastępuje znany nam >dialog<”.

Żeby tworzyć chrześcijańskie społeczeństwo, które rezygnuje z dialogu ze złem w imię obrony prawdy i życia prawdą, w imię sprawiedliwości i prawa, potrzebna jest odwaga, cierpliwość, honor, także gotowość do poświęceń – wszystkich, ale przede wszystkim jego przywódców. Wszystko wskazuje na to, że takie cnoty posiadają dziś przywódcy polityczni naszego państwa, z panem Prezydentem, rządem i większością sejmową i senacką. Doczekaliśmy się jako naród takich przywódców i to jest wielka łaska.

Mjr. Marian Bernaciak, ps. "Orlik" (1917-1946), Żołnierz Wyklęty

Mjr. Marian Bernaciak, ps. „Orlik” (1917-1946), Żołnierz Wyklęty

Jaki natomiast stan ducha wyraża postawa tych, którzy próbują z całej siły przeszkodzić naszym przywódcom w realizacji ich misji odbudowy państwa na fundamencie zasad? Potworny strach. „Strach przed opinią publiczną, przed dezaprobatą, przed samotnością”. Widać to w chorobliwym trzymaniu się studia telewizyjnego przez polityków opozycji, jakby tylko tam znajdował się ten właściwy grunt pod nogami. Widać to było też podczas spotkania w siedzibie NOT, gdy prominenci warszawskiego KIK-u, potem Unii Wolności, PO usiłowali wywrzeć na zgromadzonych na sali wrażenie – odgrywając istną komedię – że oto stała im się wielka krzywda. Tak wyglądają ludzie hołubieni przez lata przez organ A. Michnika, którzy wskutek nieustannego wywyższania się nad innymi sadzą, że są kimś w rodzaju nadczłowieka i jeśli wreszcie ktoś nazwie po imieniu ich czyny uznają to – w najlepszym wypadku – za jakieś tragiczne nieporozumienie i nie widząc jak się kompromitują, będą ze wszystkich sił dementować i protestować.

Piotr Woyciechowski, jeden z autorów książki „Konfidenci” nazwał tę sprawę jednoznacznie: „Wy potraficie tylko gardłować na takich spotkaniach, a przez 23 lata nie zrobiliście nic, by się oczyścić z zarzutów, dotrzeć do akt IPN, wyjaśnić w sądzie, kiedy był na to czas”. Przypomniał też prezesowi warszawskiego KIK, że został za swoją jednoznacznie antykomunistyczną postawę – wraz ze swoją matką – zmuszony do odejścia z KIKu, którego był jako młody chłopak aktywnym działaczem, wtedy, gdy brał za rzeczywistość katolickie hasła.

Szczęście posiadania dowódców

„Wymownym jest fakt, że idea Chrześcijaństwa niejako automatycznie kojarzy się z obrazem rycerza w zbroi. Obraz to zarazem szlachetny i niedoskonały, wszelako usprawiedliwiony stanem rzeczy: cała historia Chrześcijaństwa pełna jest najazdów i bitew, maszerujących wojsk, oblężeń, wypraw krzyżowych. (…) Dawny kronikarz: >Powiadam wam, że rynsztunek jest rzeczą tak szlachetną, że kiedy tylko rycerz założy szyszak, sam staje się tak szlachetny, iż jest godzien porównania go z królem< (Jean de Bueil)”.

„Bez Joanny d`Arc Francja stałaby się, jak Indie, angielską kolonią”. Bez Józefa Piłsudskiego bylibyśmy częścią obcego terytorium. Kim są ci ludzie, którzy dziś prowadzą Polaków? Z kim mamy do czynienia? Niewątpliwie są to ludzie, którzy nie są w stanie iść na kompromis ze złem. Nie robią tego nie tylko dlatego, że są dobrymi politykami, mądrymi graczami, którzy wiedzą, że nie każdy kompromis się „opłaca”, albo dlatego, że walka jest ich namiętnością, męską pasją, ale dlatego, że rozumieją, jaki jest sens i cel ich życia. Cel, który nie znajduje się na ziemi, ale w wieczności. I wzięli na siebie odpowiedzialność za państwo, za społeczeństwo. Walczą za nas, w naszym imieniu. Minister Antoni Macierewicz podczas spotkania z autorami książki „Konfidenci. Archiwa ujawniają prawdę”, do której napisał wstęp, przypomniał, że dziś próbują się gwałtownie usprawiedliwiać i wybielać ludzie, którzy zasiadając po 10 kwietnia 2010 roku w ławach poselskich, wybrani z listy PO, nie zrobili dosłownie nic, by wyjaśnić śmierć Prezydenta kraju i szefa Sztabu Generalnego i wielu innych osób, piastujących kluczowe dla państwa urzędy. Nie tylko nic nie zrobili, ale utrudniali usilnie, z całą swoją partią, prace prowadzące do wyjaśnienia sprawy smoleńskiej.

Walka, jaką nasi politycy prowadzą to nie jest zwykła gra polityczna z przebiegłym i silnym wrogiem, ciężka, niebezpieczna, wymagająca męstwa, zwykłego w takich warunkach. „Ze względu na nieustanne zagrożenie, cywilizacja Chrystusa jest łączona z ideą walki, ale nie tylko z tego powodu. Cywilizacja chrześcijańska widzi w zawodzie żołnierza wielkość i potęgę …” To się właśnie tak nie podoba. Ta gotowość do walki o zasady chrześcijańskie. Utożsamia się ją – jak najbardziej słusznie – z zagrożeniem ostatecznym. Zło wcielone w instytucje polityczne jest istotnie zagrożone. Broni się zaciekle.

Adolphe - Alexander Dillens - Pojmanie Joanny d`Arc

Adolphe – Alexander Dillens – Pojmanie Joanny d`Arc

Czego się boją przeciwnicy?

Oto stało się coś dla nich nie do wyobrażenia, grom z jasnego nieba. Nagle „Komorowski nie wygrał”. A przecież paraliżowanie zmian w Polsce byłoby dziecinnie proste, gdyby nadal był prezydentem. Głównym elementem ich credo było bowiem: PiS nigdy już nie będzie rządziło samodzielnie. Mamy instrumenty, nie pozwolimy. W odwodzie mamy Trybunał Konstytucyjny i interwencję z zagranicy. A teraz okazuje się, że ludzie PiS potrafią uporać się nawet z tą twierdzą Platformy, jaką stał się Trybunał Konstytucyjny. „Zrobimy wszystko, by nie oddać władzy!”, słyszeliśmy niejednokrotnie, choć zawsze słowa te były maskowane nadętymi sloganami o „obronie demokracji”, „praworządności” („Demokracja to my!”, „Praworządność to my!”), i „wolności”. Jakikolwiek związek logiczny tych słów z pojęciami został zerwany. Najlepszym przykładem są dukania osób, które przyszły wieczorem tego dnia pod dom Jarosława Kaczyńskiego ze zniczami i nie były w stanie wyjaśnić ani kogo chcą upamiętnić, ani przeciwko jakim zagrożeniom zamanifestować.

„Wy nie wiecie, do czego oni są zdolni”, miał jednak powiedzieć kiedyś prezydent Lech Kaczyński. To prawda, oczy Polaków otwierają się coraz szerzej ze zdumienia, patrzymy jakby w głąb czeluści.

Dziś najważniejsze jest, by z tymi Polakami, którzy jeszcze nie rozumieją, o co walczy PiS, co się w Polsce dzieje nawiązać kontakt, znaleźć wspólny język. Okazać cierpliwość. To nie oni są przeciwnikami tego ładu, o który walczą dziś rządzący.

Służba, czyli spokój osiągany przez uporządkowanie

Tajemnica służby żołnierskiej – i płynącego z niej szczęścia – została dotknięta przez francuskiego pisarza Ernesta Psichari (o którym wspomina dom Calvet). Po tym jak w 1905 roku, ten syn zamożnej burżuazyjnej rodziny stracił wiarę i nie wystarczały już mu „śmiertelne igraszki intelektu”, po paru próbach samobójczych, zaciągnął się do francuskiej armii kolonialnej i poszedł służyć do Czadu. „W służbie podoficer kawalerii Psichari odkrył pewien porządek, poczuł więź z odwiecznym ładem, który go przekraczał, a zarazem otwierał przed nim nowe horyzonty”.

Bohater jego książki „Podróż centuriona” odkrywa wagę i urok wierności, która przynosi mu spokój i ukojenie, łagodzi gorycz samotności. Jest wolny od pokus buntu,  lubi  nawet „codzienny kierat”. Dlaczego? Oto „znajduje się w sferze oddziaływania systemu moralnego i poddaje się jego prawom z tą samą swobodą, z jaką ciała niebieskie krążą po wyznaczonej orbicie”. Stopniowo zaczyna rozumieć, jaką sprzecznością, a wręcz kłamstwem jest być dobrym żołnierzem, lojalnym wobec dowódcy, skwapliwym w wypełnianiu rozkazów i zarazem – człowiekiem niewierzącym, który „odrzuca Rzym, ostoję wszelkiej wierności” Brzydzi się tym swoim rozdwojeniem, odrzuca je widząc jaskrawo swoje tchórzostwo i podwójną grę. I w końcu jest w stanie wyartykułować to, co boli go najmocniej: „Ach! Moje tchórzostwo pozwala mi zrozumieć, jak bardzo – wbrew mojej woli i bez mojej wiedzy – Jezus przyciąga mnie do Siebie!”

Statua Ludwika IX - Bazylika Sacre Coeur w Paryżu

Statua Ludwika IX – Bazylika Sacre Coeur w Paryżu

Szczęście posiadania dowódców w tej walce, jaką prowadzą dziś Polacy jest może tą największą nagrodą za wyrzeczenia, trudy i zwykłą niepewność ostatnich lat. Za upokorzenia i pogardę, którą Polakom okazywano – we własnym kraju i poza nim. Skoro mamy przywódców, zwycięstwo też będzie darem. Jest jednak potrzebna determinacja w walce. „Nie trzeba się tylko śmiać, trzeba zwyciężać”, zakończył Jarosław Kaczyński swoje przemówienie 13 grudnia pod Trybunałem Konstytucyjnym w Alei Szucha, po celnym dowcipie pod adresem PO. „I możecie na nas liczyć, zwyciężymy!”. Tak wypowiada się człowiek, który zna swoich ludzi. I oni też go znają, są go pewni. „Połączył ich wspólny los”, pisze Psichari. „On jest ich dowódcą, oni są jego podwładnymi. A wszyscy razem tworzą mały, zamknięty system, system oddziaływania moralnego, poruszający się w bezkresnej przestrzeni, wśród burz piaskowych (…)”.

Jest tak, bo łączy ich nie tylko ludzkie działanie, ludzie ci mają wiarę. Są wojownikami Chrystusa. W takich chwilach jak ta, gdy szli ramię w ramię, w Marszu Wolności, łączył ich ten wspólny duch szlachetnej walki.

„Jest niczym pokorny dowódca rzymskiej kohorty, jeden z tych, którzy od czasu do czasu pojawiają się w Ewangelii, wybrani przez Boga” – pisze o takich wojownikach Dom Calvet – „To właśnie jednego z nich podziwiał Jezus w Kafarnaum, gdyż nie znalazł równej wiary w Izraelu… Św. Paweł namawia swego ucznia, Tymoteusza, by ten walczył jako dobry żołnierz Chrystusa i wylicza części uzbrojenia rekruta: hełm, tarczę, pancerz i miecz, stanowiące typowe uzbrojenie centuriona w czasach rzymskich. Św. Pawłowi z pewnością chodziło o walkę, wszelako jest rzeczą zadziwiającą, że ów wielki apostoł, sam przepełniony wewnętrznym pokojem, >który przewyższa wszelkie uczucie< (pax Dei quae exsuperat omnem sensum), tak często przywoływał obraz wojny i cnót wojskowych, sięgał po słownictwo żołnierzy i zapaśników”.

Francuski benedyktyn przypomina, że chrześcijanie stale kroczą ścieżką wojenną, a ich asceza też uważana jest za formę walki. „A to, co jest prawdą dla istoty i natury powołania chrześcijańskiego, jest oczywiście prawdą również dla społeczeństw chrześcijańskich”.

Wojciech Kossak - Orlęta lwowskie

Wojciech Kossak – Orlęta lwowskie

„Stajemy z otwartą przyłbicą – mówi dom Calvet – wspólne dobro jest przedmiotem i celem polityki”. Przywódcy PiS-u nie są w stanie układać się z siłami wroga, nie zawierają kompromisu hańby, nie dialogują, by zatrzeć w umysłach tych, którzy im wierzą, kategorie dobra i zła. Nie mają złamanych dusz przez oddanie się na służbę systemowi pogardy wobec Boga. Dlatego zwyciężają.

„Wszystko, co cenne i wyjątkowe, narażone jest na zagładę i nieuchronnie zginie, jeśli wojownik, którego obowiązkiem jest chronić i bronić, stanie się pacyfistą” – i zacznie, dodajmy, dbać o swój wizerunek oraz finansować instytuty robiące odpowiednie sondaże.

Nieżyczliwi Prawu i Sprawiedliwości ludzie z „prawej strony”, nieżyczliwi z powodu manipulacji, podejrzeń i insynuacji rzucanych w mediach „konserwatywnych”, zorientują się w pewnej chwili – o ile są uczciwi –  że ta walka jest także walką w obronie wiary, podobną do tej, jaką prowadzili krzyżowcy, bowiem przywraca wagę zapomnianym pojęciom, przywraca kryteria prawdy, nadaje na powrót rangę prawu, porządkuje fundamenty myślenia o naszej cywilizacji i czynnie jej broni. Broni też wolności obywatelskich, ale nie tych, które stawiają na równi prawdę i błąd, wiarę i herezję. Z tego powodu ta misja ma znaczenie i rangę nie tylko krajową, także międzynarodową. „Oddziaływanie na świat w celu utrzymania Bożego porządku jest bowiem prawem i zadaniem, które stanowi część odpowiedzialności chrześcijanina”.

To zaczęło się od obrony krzyża na Krakowskim Przedmieściu. A „krucjata bez krzyżą, przedsięwzięcie pozbawione ducha misyjnego, to krucjata zniekształcona, kaleka”. Śmierć Prezydenta RP pozwoliła zrozumieć wielu Polakom, którzy dziś wychodzą na ulicę, by okazać solidarność i poparcie dla obecnej władzy, z kim i o co toczy się walka. „Według św. Tomasza z Akwinu śmierć żołnierza chrześcijańskiego może być porównywana z męczeństwem, >jeśli broni on ojczyzny przeciw wrogim atakom, które usiłują zniszczyć wiarę Chrystusa<”.

U progu obchodów Świąt Bożego Narodzenia – tych najbardziej polskich świąt – u progu roku Jubileuszu Chrztu Polski warto rozpatrzyć tę prawdę.


Wszystkie cytaty za: Dom Gérard Calvet, Jutro Chrześcijaństwa, Poznań 2001

 

 

 

YARPP

Świece chanukowe zapłonęły w Pałacu Prezydenckim

Z okazji żydowskiego święta Chanuka w Pałacu Prezydenckim odbyła się uroczystość, podczas której Para Prezydencka wspólnie z przedstawicielami społeczności żydowskiej w Polsce, zapaliła świecę chanukową.

Zdjęcie (zrzut) głównej strony Prezydent.pl – oficjalnej strony Prezydenta RP

Prezydent Andrzej Duda przypomniał, że tradycję zapalania światełka chanukowego w Pałacu Prezydenckim zapoczątkował prezydent Lech Kaczyński. Dziękując za obecność wszystkim zgormadzonym, w szczególności podziękował ambasadorowi Szewachowi Weissowi, który – jak podkreślił – jest symbolem Rzeczpospolitej przyjaciół.

– Cieszę się i dziękuję ogromnie, że Państwo promieniejecie swoim świętem, swoją radością także na Rzeczpospolitą tutaj, poprzez Pałac Prezydencki – mówił prezydent.

– Chciałbym, żeby ten płomień chanukowych świec świecił na całą Rzeczpospolitą dając radość, ciepło, dając poczucie wspólnoty, które wszystkim nam jest tak ogromnie potrzebne – dodał.

– Niech Chanuka świeci, niech Chanuka  promienieje ciepłem, niech będzie piękna i radosna jak zawsze. Niech zawsze będzie wielką nadzieją dla narodu wybranego, dla wszystkich Żydów w Polsce i na świecie – mówił prezydent.

Chanuka to jedno z najradośniejszych świąt żydowskich. Obchodzone jest na pamiątkę zwycięstwa żydowskiego rodu Machabeuszy nad Grekami w II w. p.n.e., oczyszczenia i ponownej konsekracji Świątyni Jerozolimskiej. Nazwa święta pochodzi od hebrajskiego czasownika chanach – poświęcać, inaugurować.

Przez osiem kolejnych dni każdego wieczoru Żydzi zapalają jedną świecę na chanukowym dziewięcioramiennym świeczniku – chanukiji. Na dziewiątym, pomocniczym ramieniu świecznika znajduje się szames – świeczka, od której płomienia odpala się kolejne. Chanukiję należy postawić w drzwiach lub na oknie.

Święto świateł obchodzone jest jako uniwersalny symbol poszanowania tradycji, pokoju i wolności.  W tym roku rozpoczęło się 6 grudnia.

Tradycję zapalania świec chanukowych przez głowę państwa zainicjował prezydent Lech Kaczyński. Pierwsza taka ceremonia odbyła się w Pałacu Prezydenckim 18 grudnia 2006 roku. Czy może będzie nowa hanuka?

Za: Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej – Prezydent.pl (9 Grudzień 2015)