OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

marian44

Bergolio przeciw karze śmierci – komentarz prof. Jacka Baryzela

Jeżeli kara śmierci jest niedopuszczalna w świetle Ewangelii, to znaczy, że Kościół przez XX wieków, nauczając czegoś wręcz przeciwnego, pozostawał w błędzie. Błądzili więc sami Ewangeliści, przekazujący wyznanie wiary pierwszego zbawionego – Dobrego Łotra na Golgocie, zaświadczającego słuszności kary, na którą został skazany; błądzili Apostołowie, błądziło 260 papieży, błądziły sobory i synody, błądzili Ojcowie i Doktorzy Kościoła, błądzili wszyscy uznani teologowie i kanoniści. A jeżeli tak, to przez te XX wieków Duch Święty był nieobecny w Kościele i każda inwokacja każdego soboru definiującego jakikolwiek dogmat: “postanowiliśmy bowiem Duch Święty i my” była pustotą, kłamstwem i nadużyciem. W ostateczności zatem to sam Jezus Chrystus byłby zwodzicielem obiecując Kościołowi pozostawienie mu w jego doczesnej peregrynacji Ducha Pocieszyciela. Takie są logiczne konsekwencje herezji bergoliańskiej.

Prof. Jacek Bartyzel

Za: facebook.com

POWSTANIE WARSZAWSKIE – GENEZA I KONSEKWENCJE

Czekamy Ciebie – czerwona zarazo,
Czekamy Ciebie – czerwona zarazo,
Byś wybawiła nas od czarnej śmierci…
(…) Warszawa, 26 sierpnia’44, autor „Ziutek”

UWARUNKOWANIA W PRZEDEDNIU

Optymistyczny realizm Premiera i Naczelnego Wodza gen. Wł. Sikorskiego odnośnie możliwości utrzymywania stosunków z Rosja Sowiecką, załamał się po odkryciu zbrodni katyńskiej. Stalin oburzony za przypomnienie mu o zbrodni, zerwał stosunki dyplomatyczne z Rządem gen. Sikorskiego w Londynie.

Bijąc Niemców, pod Warszawę w wyniku operacji białoruskiej, największej ofensywy II wojny światowej, pokonując 650 kilometrów w 5 tygodni (a do Berlina pozostało tylko 550 kilometrów!) nadciągała Armia Czerwona. Wcześniej, jedyną nadzieją był plan gen. Sikorskiego (przedstawiony Rooseveltowi w 1942r.) uderzenia przez Bałkany, Polska mogłaby mieć ciagle jeszcze szanse na niepodległość. Jak szybko zmieniała się sytuacja militarna zamykając wczorajsze i otwierając nowe polityczne opcje? Jeszcze do kwietnia 1944, N.W. gen. K. Sosnkowski twierdził, że pierwsi do Polski dotrą alianci zachodni. W kraju pracowano nad planem powstania powszechnego połączonego z lądowaniem Brygady Spadochronowej gen. S. Sosabowskiego i poważnych zrzutów uzbrojenia, szkolono i przygotowywano jednostki (szacowanej na ok. 350 000 żołnierzy) podziemnej Armii Krajowej.

Przygotowywano również akcję „Burza”, która zakładała akcje dywersyjne i sabotażowe i atakowanie tylnych, wycofujących się jednostek niemieckich, aby współdziałając z Armią Czerwoną występować, jako gospodarz, jednocześnie reprezentując uznawany przez zachodnich aliantów rząd londyński.

Kiedy w Teheranie, Roosevelt z Churchillem i Stalinem podzielili się strefami wpływów jesienią 1943r., Polska w sensie politycznym wojnę już przegrała. Z powodów geograficznych Polska znalazła się w strefie sowieckiej. Przywódcy Narodu, tak spiskujący w podziemiu, jak i ci w Londynie i w szeregach wojska na obczyźnie wiedzieli, czego można się było spodziewać od Sowietów. Katyń, Syberia, zdradzieckie aresztowania współdziałających z Armią Czerwoną jednostek AK i ujawniających się podziemnych władz nie pozostawiały niedomówień. W tradycji naszych zachodnich sojuszników (wcześniej Francja, później Anglia i Ameryka) było przedmiotowe traktowanie Polski, jako pozostawionego w sowieckiej sferze wpływów sprzymierzonego elementu, do rozgrywania na europejskiej szachownicy.

Nowym rozgrywającym był Roosevelt, który pomagając Anglii, przejmował jej międzynarodową rolę i znaczenie, a pomagając Rosji cenił w niej partnera w wojnie z Niemcami i (w przyszłości) z Japonią. Zwycięski pochód Armii Czerwonej, mający wspaniałą prasę na zachodzie, utwierdzał go w przekonaniu żeby Stalina nie drażnić, aby odpędzić czarny scenariusz oddzielnego pokoju między Stalinem a Hitlerem (powtórka z 23 sierpnia 1939). W tej sprawie, otoczony lewakami i rosyjskimi szpiegami, Roosevelt był bardzo naiwny. Los Polski był dla niego o tyle kłopotliwy, o ile myślał o 7mln wyborców z polskimi korzeniami i nostalgią, dlatego demonstracyjnie przyjmował gen. Sikorskiego (koniec 1942 z Mikołajczykiem) ofiarując na działalność podziemną w Polsce 10 milionów dolarów i póżniej premiera Mikołajczyka ( z gen. Tatarem, latem 1944 – Mikołajczyk mówił o 90 milionach dolarów w ratach dla Sikorskiego i 10 milionach dolarów uzyskanych przez siebie; Tatar to ostatnie potwierdza), kłamliwie zapewniając o pełnym poparciu dla przyszłej silnej i niepodległej Polski.

Delegat N.W. do Połączonego Komitetu Szefów Sztabów w Waszyngtonie, płk.dypl. Leon Mietkiewicz w styczniu 1944 dowiedział się o rezultatach konferencji w Teheranie (listopad, grudzień 1943) i jej konsekwencjach dla Polski, informując niezwłocznie gen.Kopańskiego i rząd w Londynie. Przywódcy emigracyjni z Londynu nie poinformowali jednak o tym kolegów z podziemia w Kraju.

PLANY I MOTYWACJE POWSTANIA

Oryginalny plan powstania powstał jeszcze za życia gen. S. Roweckiego-„Grota” i zakładał szybkie wypchniecie Niemców z Warszawy, ale nie bitwę. Celem i ideą przewodnią planu była (zaprzeczenie tego, co nastąpiło) „ochrona ludności przed wymordowaniem i miasta przed zniszczeniem”. Wojskom niemieckim miano jednocześnie otworzyć drogi odwrotu przez mosty w kierunku Skierniewic i ewentualne ich rozbrajanie: „Monter”-„Opanujemy mosty, skanalizujemy ruchy wojsk niemieckich, rozsuniemy się i przepuścimy ich. Bolszewicy pójdą za nimi a my będziemy w Warszawie”. Powstanie w Warszawie było tylko przewidziane w ramach powstania powszechnego, ale nie w ramach akcji „Burza”. Powstańcy w ostatnich miesiącach przed powstaniem, mieli wyjść z miasta, aby prowadzić „Burzę”.

W marcu 1944 gen. Bór-Komorowski postanowił wyłączyć Warszawę z planu „Burza” w myśl celów ”Grota”- Roweckiego. Od tego czasu broń ze zrzutów (brytyjskich) czy też tajnie wyprodukowana, była wysyłana do oddziałów A.K. na wschodzie. Na początku lipca 1944 gen. Bór wysłał na wschód (z Warszawy!) 900 pistoletów maszynowych z amunicją. Na dwa tygodnie przed powstaniem ze stolicy wysłano jeszcze 60 pistoletów maszynowych i 4,400 sztuk amunicji. Na przełomie czerwca i lipca 1944 rząd w Londynie wraz z Delegatem Rządu Jankowskim (z Kraju) rozważali koncepcję nakłonienia Niemiec, przy pomocy Watykanu i Szwajcarii, do uznania Warszawy za miasto otwarte, wyłączone z działań wojennych.

W październiku 1943 roku w Londynie, Min. Obrony Narodowej gen. M.Kukiel zaproponował by wobec odwrotu Niemców, opanować stolicę i utworzyć władze legalne, zanim Sowieci zainstalowaliby jakiś rząd komunistyczny, ale już w lipcu 1944 Kukiel mówił o opanowaniu tylko pewnego obszaru, nie całego miasta. Jeszcze w listopadzie 1943 roku Delegat Rządu Jankowski i dowódca A.K. gen. Bór rozpoczynają „Burzę” na terenach wschodnich. Poza pozytywnym początkowym współdziałaniem bojowym z Armią Czerwoną przeciwko Niemcom, „Burza” kończyła się w najlepszym przypadku aresztowaniami dowódców i rozbrojeniem żołnierzy A.K. (Wilno, Wołyń, Lwów). Niestety klęska planu „Burza”, przy jednoczesnym złośliwym pomawianiu A.K. przez Stalina, o neutralność a nawet ciche sprzyjanie Niemcom, gwałtowne zbliżanie się Sowietów do Warszawy, masowa ucieczka przez stolicę pobitych oddziałów niemieckich, zmuszało kierowników podziemia do szukania wyjścia z tej sytuacji.

Wieść o zamachu na Hitlera z 20 lipca wstrząsnęła Warszawą, odżyły nadzieje, czy to już koniec? Czy dojdzie do powtórzenia schematu z upadkiem rządu niemieckiego z 1918 roku?

Przez lata Warszawa była ośrodkiem oporu, siedzibą Komendy Głównej A.K., Rady Jedności Narodowej, Delegata Rządu, stolicą Polski Podziemnej. Tu było ok. 45 000 zorganizowanych żołnierzy, największa siła w kraju i wydawało się logicznym stoczenie tymi siłami bitwy z bitym, wycofującym się w nieładzie i panice wojskiem niemieckim, a takim go widziano w dniach 23, 24 i 25 lipca. Napięcie rosło. Niemcy uciekali w pośpiechu z Warszawy. Jednak 26 i 27 lipca sytuacja radykalnie się zmieniła, koniec paniki, zdyscyplinowane już jednostki niemieckie przemieszczały się przez Warszawę w kierunku wschodnim…

WSTĘPNA DECYZJA

Około południa 21 lipca’44 trzej generałowie: Komorowski –„Bór”, „Lawina”, „Znicz” (d-ca KG A.K.), Pełczyński-„Grzegorz” (szef sztabu KG, z-ca d-cy KG A.K.) i przybyły z Londynu w maju 1944, Okulicki-„Kobra”, „Niedźwiadek” (z-ca szefa sztabu d/s operacyjnych) podjęli wstępną decyzję o rzuceniu Warszawy do walki, aby wystąpić, jako gospodarze wobec zbliżających się w zawrotnym tempie zwycięskich Rosjan, którzy będąc sojusznikami naszych sojuszników, mieli otrzymać szansę operacyjną w Warszawie. Nie wiedzieli jeszcze o planowanym wyjeździe premiera Mikołajczyka z Londynu do Moskwy, nie wiedzieli o utworzeniu przez Sowietów PKWN (Moskwa, Chelmno/Lublin). Główny wpływ na ich decyzję miały: błyskawiczne zmiany na froncie i wieść o zamachu na Hitlera. 22 lipca gen. Bór spotkał się z Delegatem Jankowskim w tej sprawie, decyzje następnie zatwierdziła Komisja Główna RJN (podziemny parlament).

25 lipca d-ca A.K. powiadomił depeszą Londyn: „Jesteśmy gotowi w każdej chwili do walki o Warszawę” i prosił o ewentualne zrzucenie brygady spadochronowej ( gen.S. Sosabowskiego) i bombardowanie lotnisk niemieckich pod Warszawą. Kraj zdecydował się na powstanie i powiadomił rząd w Londynie, który 26 lipca podjął uchwałę (nieco przeredagowaną przed wysłaniem przez ludzi Mikołajczyka) dającą zielone światło.

NACZELNY WÓDZ

Naczelny Wódz gen. K. Sosnkowski (przyjaciel J. Piłsudskiego, intelektualista i strateg, ale bez większego doświadczenia w dowodzeniu w. j.), który najpierw chciał skakać do Polski, aby walczyć, w tej trudnej sytuacji odleciał (15 lipca do 10 sierpnia’44) do Włoch, aby być z 2 Korpusem gen. Andersa i ewentualnie buntować wojsko, w razie gdyby premier Mikołajczyk poszedł na zbyt daleko idące ustępstwa wobec Stalina w Moskwie. N.W. uważał, że Stalin chce przekształcić Polskę w 17-tą republikę i wszelkie rozmowy z nim nie mają sensu, był przeciwny wybuchowi powstania i dalszego przelewania polskiej krwi, sugerował wycofanie „wartościowych elementów patriotycznych” przed Rosjanami na zachód, spodziewając się w ciągu 5 lat wojny miedzy Rosją a zachodem. Sosnkowski przestrzegał przed myśleniem o załamaniu się ducha armii niemieckiej na podobieństwo 1918 r „stosunki wewnętrzne i ich psychika są inne niż wówczas”. Jednak w depeszy do gen. Bora z 7 lipca pierwszy raz zasugerował nową formę powstania w obliczu „szczęśliwego zbiegu okoliczności” opanować większe ośrodki (przedtem nakazywał tylko akcje dywersyjne) i można powiedzieć, że tę instrukcję wykonał d-ca A.K. 1 sierpna 1944!

We Włoszech gen. Anders uważał, że wojskowo powstanie nie miało znaczenia, ponieważ Niemcy już przegrały wojnę i naciskał N.W. aby ten zabronił powstania wyrażnym rozkazem, którego usłucha jego podwładny gen. Bór. Sosnkowski sądził, że to rząd powinien wydać odpowiednią decyzję.

PREMIER RZĄDU NA UCHODŹTWIE

Premier Mikołajczyk natomiast uważał, że jest konieczne i możliwe dogadanie się ze Stalinem, przyjęcie kompromisowego rozwiązania w kwestii granic i formowania nowego rządu z instalowanymi przez Stalina komunistami. Sądził, że rezygnując z niezależności w polityce zagranicznej, można będzie przy pomocy poparcia ruchu patriotycznego w kraju i dyplomatycznego poparcia aliantow zachodnich uratować „biologiczne siły narodu i nie dać się skomunizować”, a wojny między Rosją a zachodem nie będzie przez najbliższe 20-30 lat. Mikołajczyk zaprojektował natomiast plan desantowania siebie i „dwóch ministrów oraz Szefa Sztabu i min. Spraw Wojskowych gen. Kukiela na Podhale. Rosjanie nie poszliby szczytem Karpat i my utrzymalibyśmy się w górach.”, ale Churchill i Szef Sztabu gen. Kopański byli temu przeciwni.

WYPADKI W WARSZAWIE

„Dopiero natarcie sowieckie na Warszawę było momentem do wydania rozkazu na akcję wewnątrz miasta. Tylko koordynacja z zewnątrz z natarciem wewnątrz mogła przynieść zwycięstwo”, pisze gen. Bór. Obawiano się szybkiego wejścia Rosjan, lub zmasowania w Warszawie cofajacych się Niemców. Dowódca AK widział katastrofalne klęski Niemców i nie wierzył, że mogą oni zdobyć się na znaczący zwrot zaczepny. 27 lipca gen. Bór depeszował do N.W. o aresztowaniu dowódców i rozbrajaniu przez Rosjan 27 dyw. Wołyńskiej, która walczyła u boku Rosjan przeciwko Niemcom, nie zapowiadało to dobrej współpracy…

27 lipca płk Muzyczka przedstawił (uzgodniony z płk Fieldorfem i płk Skorobohatym-Jakubowskim) memoriał uzasadniający odwołanie decyzji walki o Warszawę. Takie stanowisko popierali Bokszczanin, Pluta-Czachowski, Sanojca i Skroczyński. Obecny był też Okulicki, który był przeciwko i wkrótce opuścił spotkanie.

Tegoż dnia niemiecki gubernator dystryktu warszawskiego Fisher wydał zarządzenie stawienia się 100 000 ludzi do robót fortyfikacyjnych. W dwie godziny później Komendant Okregu Warszawa-miasto płk. Chruściel-„Monter”(w latach 1936-38 wykładowca taktyki w Centrum Wyszkolenia Piechoty w Rembertowie- w cywilu doktor praw) tego dnia wydał rozkaz „Alarmu” do powstania (odwołany następnego dnia przez gen. Bora). Raptowne ogłoszenie „Alarmu” nakazującego koncentrację sił AK dekonspirowało warszawski Okręg AK wobec Niemców. Zaczęli zbierać informacje o punktach koncentracji i sprawdzać listy obecności w zakładach pracy.

29 lipca ukazała się odezwa płk. Juliana Skokowskiego (dowódca lewicowego PAL-u), mówiąca o (!) ucieczce gen. Bora wraz ze sztabem z Warszawy, informująca, że wobec tego on obejmuje dowództwo nad wszystkimi podziemnymi oddziałami w stolicy.

Wieczorem następnego dnia radio Moskwa, a dzień póżniej radiostacja polskich komunistów -Związku Patriotów Polskich „Kościuszko” wzywają ludność Warszawy do walki: „Ludu Warszawy. Do broni.” Manifest PKWN określał komunistyczną KRN, jako jedyne legalne źródło władzy w Polsce, nazywając Rząd Emigracyjny w Londynie i jego Delegat w kraju władzą samozwańczą i nielegalną. Niemcy spodziewali się powstania z 29 na 30 lipca i podjęli działania wzmacniające.

30 lipca przybył do gen. Bora emisariusz Jan Nowak-Jeziorański z pesymistycznymi wieściami o niemożliwości zrzucenia brygady spadochronowej, większych zrzutów broni, porozumienia z Sowietami, dodając, że Polska jest w rosyjskiej strefie wpływów i będzie okupowana przez Armię Czerwoną. Szybko jednak zrozumiał, że przybył za późno. Zastanawiano się już tylko, kiedy zaczynać…

DECYZJA – MORDERCZY POSPIECH

31 lipca rano na naradzie sztabu d-ctwa A.K. „okrągły stół” i po referacie płk. Iranka-Osmeckiego („Heller”-szef oddz. II wywiadowczego KG A.K.), wystapił gen. Okulicki i w bardzo ostrej formie zarzucił tchórzostwo ostrożnemu gen. Borowi, żądajac natychmiastowego rozkazu do powstania, „Niemcy już są pobici”. Po nim wystapił płk.dypl. J. Szostak („Filip”-szef III oddz. operacyjnego) kończąc: ”lepiej zacząć o tydzień za wcześnie, niż o godzinę za późno”. Następnie płk. A. Chruściel-„Monter” przedstawił braki w uzbrojeniu, sugerując, że siły są zbyt słabe, aby uderzyć, kiedy Niemcy nie są w odwrocie, więc trzeba czekać. Tego dnia zarządzono drugą odprawę na 18.00. Uczestnicy dowiedzieli się o oddziałach sowieckich w Radości, Wołominie i Radzyminie. Rosjanie wzięli do niewoli d-cę 73 dyw. niemieckiej na Pradze, głośno było o panice wśród Niemców w Legionowie.

Jednocześnie ogłoszono o wyjeżdzie Mikołajczyka do Moskwy. Powstanie mogło tylko pomóc premierowi we wznowieniu stosunków dyplomatycznych. Gen. Bór poprosił delegata Jankowskiego o zatwierdzenie decyzji. Ten zapytał jeszcze, co będzie, jeśli Rosjanie zatrzymają się, Pełczyński: ”wtedy Niemcy nas wyrżną”. D-ca A.K., Delegat Rządu, po naradzie z gen. Pełczyńskim i gen. Okulickim w obecności mjr. Janiny Karasiównej, ”Haka”, ”Bronka” (szef łączności wewnętrznej) na wniosek „Montera” podjęli decyzję o godzinie ”W” na 1 sierpnia godz. 17.00.

Płk. Iranek-Osmecki (szef wywiadu) przybył już po wydaniu decyzji (łapanki, godzina policyjna) i zaczął podważać meldunek „Montera” o załamaniu się oporu niemieckiego, wskazując na napływające nowe jednostki pancerne. Podobny meldunek przekazał płk.dypl. K.Pluta-Czachowski „Kuczaba” szef V oddz. łączności operacyjnej, Bór odparł: ”Stało sie. Jest już za póżno, aby decyzję odwołać”.

KONSEKWENCJE I OCENY

Jaki jest naprawdę bilans Powstania wywołanego przecież w istotnie tragicznej sytuacji geopolitycznej dla Narodu Polskiego? Na pewno z jednej strony to obłęd podejmujących decyzję o jego wybuchu, połączony z niezwykłym heroizmem żołnierzy AK i w konsekwencji okrutną masakrą ludności cywilnej i zburzeniem zabytków kultury miasta, nazywanego Paryżem wschodu. Przecież podejmujący decyzję powinni być świadomi swojej odpowiedzialności za gospodarowanie posiadanymi zasobami materiałowymi i ludzkimi i porównania ich z możliwościami przeciwnika. Tego właśnie zabrakło. Decyzje polityczne przejęli wojskowi.

Ja nie mam problemu z decyzją pojedynczego człowieka o bohaterskim poświęceniu, a nawet szaleńczym, ale mam problem z podjęciem decyzji skazującej zależnych od decydentów współobywateli, szczególnie cywili na takiż los i konsekwentnie rzucenie bezbronnej patriotycznej młodzieży w niemiecką maszynkę do mięsa. Rozpoczęcie powstania mogło rozpocząć się dopiero po zajęciu Pragi przez wojska sowieckie. Dlaczego? Dlatego, że uzbrojeni jedynie w 10% powstańcy (ok. 35,000) posiadali zapas amunicji jedynie na 2-3 dni walki…

Zastanówmy się, kto najbardziej skorzystał na Powstaniu? Oczywiście Niemcy! Operacja „Bagration” swoją zawrotną szybkością zdewastowała niemiecki front i wróżyła zakończenie wojny jeszcze w 1944 roku. Pod koniec lipca Sowieci stali nad Wisłą, 550 km od Berlina, 2 sierpnia Rokossowski na rozkaz Stalina miał zająć Warszawę, jednak nowy rozkaz nakazywał zatrzymanie działań. Czy potrafimy sobie wyobrazić jak szybko Stalin, śladem cara Aleksandra I, pojawiłby się we Francji zagarniając całe Niemcy? Uzgodnienia z Jałty i Teheranu były kreślone na cierpliwym papierze, nie było tajemnicą, że dla Stalina imperium sowieckie było tam, gdzie stał but żołnierza Armii Czerwonej, a zachodnim aliantom szło bardzo słabo (np. operacja „Market Garden”, która miała być początkiem wojny błyskawicznej).

Historycznie biorąc miasto Warszawa nad rzeką Wisłą to największy pechowy hamulec wymarzonego i rozciągającego się na Europę Zachodnią Sowieckiego Imperium, tak było w 1920 r. (Lenin) i tak stało się w 1944 r. (Stalin).
Powstanie miało trwać 2-3 dni trwało 63 dni, dając Hitlerowi szansę na pozbieranie sił (5 miesięcy!) i nawet na ostatnią niespodziankę zgotowaną ślimaczącym się aliantom w Ardenach. Niemcy powinni też być wdzięczni walczącym Warszawiakom za uratowanie milionów uciekających na zachód ich rodaków, wybuch powstania dał im tak potrzebny czas. Po tym wymuszonym postoju, Armia Czerwona podjęła o wiele bardziej kosztowną pod względem ludzkim i materiałowym dalszą ofensywę. W tym sensie można powiedzieć, że Powstanie Warszawskie uratowało Europę Zachodnią od komunistycznej dominacji.

Powstanie było ostatnim wielkim bojem o Niepodległość szaleńczym aktem rozpaczy i zarazem krwawą i rozpaczliwą lekcją przestrogi dla przyszłych pokoleń z apelem o większy rozsądek w podejmowaniu ważnych decyzji dla Narodu Polskiego, czy też pokładaniu zbytnich nadziei w sojusze. Było szalenie kosztownym teatrem ukazującym jak to Polak dzielnie walczy i umiera.

Z drugiej strony gdyby nie było Powstania i zgodnie z oficjalnym życzeniem N.W. gen. Sosnkowskiego wycofano by element patriotyczny na zachód, znając praktykę Stalina wola i duch Niepodległej ległaby w gruzach podobnych do gruzów stolicy i Stalin miałby mniej pracy przy fałszowaniu polskich wyborów. W Warszawie mógłby zorganizować prowokację, aby powystrzelać, co bardziej patriotycznie nastawionych Polaków (model katyński).

Przypomnijmy wiec, że Powstanie miało na celu opanowanie stolicy przez A.K., wzmocnienie w oczach opinii światowej prawa i roszczeń legalnego Rządu w Londynie do reprezentowania i objęcia władzy w Polsce w obliczu polityki faktów dokonanych Stalina na zajmowanych polskich ziemiach. Powstanie, szczególnie w pierwszym okresie, było swoistym festiwalem polskości, patriotyzmu i „swojskości”.

Przed wybuchem powstania Rokossowski otrzymał rozkaz zajęcia Warszawy do 2 sierpnia, moment rozpoczęcia powstania wybrano, więc dobrze, oczywiście w tym czasie nastąpiło niemieckie kontruderzenie, ale tego nie można było przewidzieć. Doświadczenia z Wilna, czy Lwowa wskazywało na możliwość sojuszu taktycznego nadchodzącej Armii Czerwonej i sił AK, chociaż końcowy etap tego współdziałania był dla Polaków przykry, a szczególnie dla ich oficerów.

Są głosy, że powstanie było przyczyną, dla której Stalin nie wchłonął Polski, jako 17 republiki, tego chciał Związek Patriotów Polskich z Wandą Wasilewską na czele, ideę tę forsowała wpływowa Zofia Dzierżyńska. Jednak Stalin już wiosną 1943, postanowił utworzyć wianuszek państw „narodowych „ w środkowo-wschodniej Europie i zupełnie je sobie podporządkować. Intencją przywódców polskich było przeszkodzenie w ustanowieniu się moskiewskiego PKWN w stolicy. Czy powstanie wybuchło, bo gen. Bór uległ nastrojom własnego narodu? Czy jak powiedział płk.dypl. J. Bokszczanin („Sęk”, „Wir”, KG A.K.), że „była to albo lekkomyślność albo nerwy nie wytrzymały”? Nad decyzją ciąży postać gen. Okulickiego, czy był on człowiekiem gen. Sosnkowskiego i utrzymywał z nim łączność?

Nie bez znaczenia dla wyboru godziny „W” było też żądanie Delegata Jankowskiego 24 godzin przed wejściem Rosjan na zainstalowanie władzy cywilnej. Błędną w konsekwencji była zmiana godziny ataku z nocnej na rozpoczęcie ataku w ciągu dnia…

Czy powstanie powinno być przerwane wobec niemieckiego bestialstwa i rozstrzeliwań, nawet bez praw kombatanckich? (Deklaracja rządów Wielkiej Brytanii i USA z 29 sierpnia 1944 o uznaniu A.K. za wojska sojusznicze). RJN wystąpiła z sugestią kapitulacji ok. 10 września, ale wtedy Sowieci podeszli do Pragi i ciągle liczono na pomoc, ale nie po to Stalin stworzył LWP, Polskę Lubelską, aby oddawać władzę zwolennikom Niepodległej w Warszawie.
Okazuje się, że już wcześniej istniały warunki do zakończenia powstania. 12 sierpnia gen. „Bór” otrzymał z Londynu od N.W. gen. Sosnkowskiego i wicepremiera Kwapińskiego upoważnienie do ewentualnej kapitulacji powstania (przeciwny temu był premier Mikołajczyk).

Gen. von dem Bach, który objął niemieckie dowodzenie po rzęzi Woli i Ochoty, już 18 sierpnia przedstawił na piśmie propozycję “komendantowi powstańców” złożenia broni i zaprzestania walk. 20 sierpnia przez powstańcze barykady przeszło 12 wysłanników, polskich cywili przynosząc od Niemców 7-io punktową propozycję warunków kapitulacji, gwarantujące powstańcom w przypadku ogólnej kapitulacji prawa kombatanckie. Propozycje te zostały ponowione 26 sierpnia dostarczyli je trzej polscy księża na Starówkę i Śródmieście.

Gen. Bach 27 sierpnia odwołał się do pośrednictwa dowódcy II korpusu węgierskiego gen. Langyela, przedwojennego attaché wojskowego w Warszawie. Powstanie trwało, licząc na pomoc bądź to Stalina, bądź zachodu….
Co prawda walczący w Warszawie Polacy nie chcieli czegoś niezwykłego, 19 sierpnia 1944 wybuchło powstanie w Paryżu, już 24 sierpnia do Paryża wkroczyła francuska 2 Dyw. Pancerna, następnego dnia Niemcy się poddali. Rosjanie jednak twardo stali w miejscu.

Czy to pokolenie wychowane na tradycji walki wykuwania Niepodległej pod koniec I w. ś., które podjęło nierówną walkę w 1939 r., mogło nie podjąć walki w sierpniu 1944, kiedy losy Polski miały się decydować na długie lata? Warszawa z atmosferą rosnącego terroru, łapanek, nieustannych zagrożeń, ciągłych rozstrzeliwań, upokarzania Polaków w każdej możliwie sytuacji, w przeciwwadze uwierzyła w ideę pomszczenia, wymierzenia sprawiedliwości, w ideę powstania. Walka zaczęła się w Warszawie, ale to była walka o Wolną Polskę! Zachodni okupant wcześniej utworzył Generalną Gubernię, wschodni właśnie Polskę Lubelską, powstańcy chcieli zdobyć Warszawę dla Niepodległej.

Postępowanie Rosjan wobec powstania, odsłoniło wreszcie aliantom ich oblicze, Churchill nazwał to początkiem „zimnej wojny”. Potwierdza to niemiecki historyk, Hans von Krannhals, pisząc o powstaniu Warszawskim: „Tu i nie gdzie indziej rozpoczeła się „Zimna Wojna” między wschodem a zachodem.” Niestety już znacznie wcześniej miała miejsce gra wśród wielkiej trójki. Churchill chciał uderzeniem przez Bałkany walczyć w Europie o wpływy ze Stalinem, Roosevelt sprzyjał apetytowi Stalina wstrzymując pochód na Berlin tak, aby dotarli tam pierwsi Rosjanie. Gen. G. Patton był wściekły: jak można nie wykorzystywać sytuacji i przeć do przodu…

Według mnie największym oszustem był Roosevelt, to on oszukał swoich wyborców, a polskich Patriotów stwarzając pozory życzliwości sprawie polskiej, a wyraźnie poza plecami Churchilla sprzyjał Stalinowi, Polska była pionkiem, jaki na szachownicy teatru wojny ochoczo poddał Stalinowi. To on otoczony sowieckimi szpiegami tanio i nikczemnie (znając rzeczywistość) sprzedał Polskę Stalinowi.

Stalin dowiedział się o powstaniu 2 sierpnia o 1.10 po północy od angielskiego Sztabu Generalnego, depesza zawierała prośbę o pomoc i współdziałanie. Stalin (weteran przegranej wojny 1920r), znając plan „Burza” był powstaniem zaskoczony, ale jeszcze tego samego dnia wydał tajny rozkaz marsz. Rokossowskiemu i marsz. Koniewowi, aby natychmiast wstrzymali ofensywę na froncie i zajęli się tylko umacnianiem zdobytych przyczółków. Jednocześnie zaczął taniec pozorów z aliantami. Liczył, że czas rozwiąże sytuacje w Warszawie po jego myśli. Jednak decyzja o wybuchu powstania, zatrzymując ofensywę sowiecką (na 5 miesięcy!), zdecydowała o tym, ile obszaru niemieckiego zajmą Rosjanie, a ile zachodni alianci (mimo wcześniejszych uzgodnień). Wojna jak pisałem wyżej mogłaby zakończyć się kilka miesięcy wcześniej z większymi sowieckimi zdobyczami i mniejszymi ludzkimi stratami…

Czy możliwa była inna koncepcja niż zniszczenie powstania i Warszawy, przecież niektórzy Niemcy chcieli wbić „klina” między aliantów i zostawiając Warszawę z jej londyńskim rządem, wrzucić przysłowiowego „szczura” aliantom. W Warszawie powstałby popierany przez zachód rząd, pod nosem Stalina, były takie koncepcje, ale po zamachu na swoje życie z 20 lipca Hitler stwardniał, nie było ochotników, aby go o tym przekonać.

Polacy przegrali powstanie, dając z siebie wszystko, zwycięstwo mogło być tylko w sferze duchowej, moralnej. Tym razem nie było wstydu za Zaleszczyki, za ucieczkę Rządu i Dowództwa. Walczyli do końca, ale nie mogli zwyciężyć. Tak jak w swojej długiej historii, w powstaniach: kościuszkowskim, listopadowym, styczniowym, kiedy szanse często nie były większe, wiedzieli, o co walczą i za jakie wartości przyjdzie im zginąć. Polska kwadratura koła.

W marcu 1945, gen. Reinhard Gahlen (po wojnie szef wywiadu RFN), wybitny znawca wschodniego teatru działań, zakończył przygotowywane dla Himmlera 200 stronicowe opracowanie o organizacji, szkoleniu, taktyce, wywiadzie i łączności Armii Krajowej. Upadające Niemcy chciały uczyć się sztuki beznadziejnego oporu od najlepszych…

Wszelkie próby kontaktów z Rosjanami nie przynosiły rezultatów (sowieccy szpiedzy: kpt. Konstanty Kaługin, kpt. Ivan Kołos odmawiali przesyłania depesz do Armii Czerwonej albo przesłane pozostawały bez odpowiedzi). Gen. „Monter” wysłał radiostację z por. „Makiem” do Rosjan, ale kontakt trwał tylko kilka dni. Stalin miał inne plany.

Na scenie milionowego miasta miał się rozegrać rozstrzygający akt politycznej polsko- rosyjskiej konfrontacji w celu ostatecznego ustawienia stosunków z rosyjskim molochem. Gen. Okulicki: ”Potrzebny był czyn, który by wstrząsnął sumieniem świata”. Zniszczeniu uległo prawie całe miasto, zginęło ok. 200 000 mieszkańców, spłonęły bezcenne dla kultury muzea, archiwa i biblioteki.

Powstanie paradoksalnie zamiast przeszkodzić, pomogło komunistom z PKWN w przejęciu władzy w Polsce. Stalin dokonał tego przy milczącym przyzwoleniu Londynu i Waszyngtonu. To, że Hitler wykonał mokrą robotę Stalina w Warszawie, nie zmienia imperialistycznego sowieckiego postępowania i tragizmu powstań: berlińskiego 1953, węgierskiego 1956, czy praskiego 1968. Może ta krwawa ofiara warszawska sprawiła, że dlatego nie było powstania w 1956 r w Warszawie i był bezkrwawy sierpień’80? Czy utrata narodowej elity upodobniła nas na dziesięciolecia do Czechów, którym wyrżnięto elitę w bitwie pod Białą Górą w 1620 r.?

Zastanawiające jest zdecydowane parcie do powstania gen. L. Okulickiego, przecież znał gen. Sierowa/Iwanowa od czasu aresztowania we Lwowie (niektórzy sądzą, że współpracował) i drugi raz zetknął się z nim, kiedy Sowieci aresztowali przywódców (16-tu) Podziemnej Polski.

Dziś wielu komentatorów myśli, że najlepszą opcją było przeczekanie sytuacji i nie wydawanie walki tak, aby (KG NSZ, gen. K. Sosnkowski, gen. Anders i inni) jak najwięcej ocalić narodowej tkanki biologicznej. Zgoda, jeśli Niemcy nie zamieniliby Warszawy w twierdzę to nie zginęłoby ok. 200 tys. Warszawiaków tylko mniej. Natomiast wkraczający za Armią Czerwoną oprawcy z NKWD wyaresztowaliby ten cały kwiat konspirującej inteligencji warszawskiej i wywieźliby ich (zaplutych karłów reakcji) za Ural (podobny był plan zwycięskiego Hitlera), gdzie zginęliby z wycieńczenia i w nędzy w kopalniach złota, niestety bez mogił…

Jeśli potępimy decyzję o wybuchu Powstania Warszawskiego to powinniśmy konsekwentnie potępić powstanie listopadowe, czy styczniowe, przecież były one również szaleńcze i na pewno w przeciwieństwie do PW nie mogły nawet liczyć na sojuszników…

I jeszcze jedno. Niektórzy zarzucają płk Ryszardowi Kuklińskiemu, że znając dobrze plany wprowadzenia stanu wojennego nie ostrzegł kierownictwa „Solidarności” tak, aby mogła się bronić, zabezpieczyć, stawić czoła wykonawcom woli fornali Kremla. Wydaje się, że Kukliński (wiedząc przecież, że „Solidarność” naszpikowana jest agentami SB), pamiętał o bezradnym heroizmie Powstańców Warszawskich i nie chciał powtórzyć pozbawionego szans zwycięstwa, przelewania polskiej krwi, której rezultatem byłoby dalsze zubożenie biologicznych zasobów Narodu.

Tym bardziej, że wiedział, że tak jak Węgrom w 1956 roku, tak i Polsce 1981 roku, zachód pomocy by nie udzielił, dlatego płk Kukliński rozumiał, że to USA, które usilnie wspomagał, muszą wyrwać imperialne kły Rosji Sowieckiej, aby Polska miała szansę na niepodległość. Tak wiec szanujmy historię, ale i ucząc się jej wyciągajmy z jej zapisu właściwe i praktyczne wnioski. Może lekcja PW spowodowała, że Solidarność wybrała pokojową drogę przemian, ale także Sowieci nie byli skłonni szybko wchodzić militarnie do Polski w 1956, czy 1981? Teraz rodzi się pytanie: czy nasze pokolenie sprostało kolejnemu wyzwaniu następnego zakrętu naszych dziejów, czy też po wymordowaniu przez obydwu okupantów narodowych elit, nie jesteśmy w stanie nieść w przyszłość polskiego krzyża i nie rozumiemy już takich pojęć jak Suwerenność i Niepodległość?

To okrutne mieć do wyboru: żyć jak bity i zaszczuty strachem pies, albo walcząc heroicznie zginąć w obronie wpojonych wartości…

Wojna jest straszną perspektywą nie tylko dla ludzi, w tej samej wojnie imperium stracili Anglicy, imperium stracili Japończycy, imperium i narodową dumę Francuzi, Żydzi stracili kilka milionów ludzi, Sowieci miliony ludzi, zniszczenia, podobnie tylko gorzej skończyli Niemcy. Jedynym zwycięzcą w tej wojnie byli Amerykanie. Żydzi zarażeni polskim etosem godności rzucili się do beznadziejnej walki. Przypomnijmy sobie, o kim mówimy: tamci dumni Polacy wywalczyli sobie Polskę u schyłku I wojny światowej, byli pogromcami bolszewików, to oni stanowili trzon dowództwa. Więc czego więc można byłoby wtedy spodziewać się po ich dzieciach, młodych konspirujących Polakach?

A jak dramat powstania rozumieli ginący w boju jego uczestnicy? Wspomniany wcześniej poeta, żołnierz Józef Szczepański „Ziutek”, który zginał w PW w „Czerwonej zarazie” pisał:

„Śmierć nie jest straszną, możemy umierać.
Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły
Nowa się Polska-zwycięska- narodzi.
I po tej ziemi ty nie będziesz chodzić.
Czerwony władco rozbestwionej siły”.(…)

Czy następne pokolenia Polaków, dziedziców przelanej krwi wypełniły testament poety?

OPINIE LIDERÓW I UCZESTNIKÓW

Gen. Anders, d-ca II Korpusu, (p.o. N.W. od 26 II’45 do 28 V’45):
”Jestem na kolanach przed powstaniem, ale to było nieszczęście. Wojskowo powstanie nie miało znaczenia. Niemcy już przegrali wojnę. Trzeba było porozumieć się z aliantami naprzód, przed powstaniem. (…) wywołanie powstania w Warszawie w obecnej chwili było nie tylko głupotą, ale wyraźną zbrodnią.”

Bolesław Biega-„Sanocki” (sekretarz Rady Jedności Narodowej w podziemiu):
”Została podjęta otwarta wojna, otwarta walka z wrogiem uzbrojonym po zęby, nikłymi siłami, bez należytego ekwipunku, no, a co najważniejsze bez jakichkolwiek gwarancji, że będzie poparcie. Ostatni tydzień to był okres zbliżania się wojsk sowieckich, wycofania się właściwie, wojsk niemieckich i to prawdopodobnie wytworzyło w największym stopniu atmosferę wybuchową.”

Płk.dypl. L. Mitkiewicz (delegat N.W. do Połączonego Komitetu Szefów Sztabów w Waszyngtonie):
”Powstanie Warszawskie było niepotrzebne, wybuchło o kilka dni za późno, zniszczono, zburzono Starą Warszawę”. „Powstanie Warszawskie-politycznie i wojskowo, ze względu na sytuację ogólną było wielkim nonsensem”… głównym inicjatorem powstania w Warszawie był Mikołajczyk, a szarą eminencją AK był gen. T. Pełczyński”(były oficer wywiadu i kontrwywiadu).

Stefan Korboński „Nowak”, ”Zieliński”, SL, kier. Walki Cywilnej, ostatni Delegat Rządu:
”(…) jeśli stolica będzie uwolniona własnym wysiłkiem i ujawni się w stolicy rząd podziemny, ujawni się Komenda AK, administracja podziemna, wojsko… to przez stworzenie faktu dokonanego zmusimy Rosjan do pogodzenia się z nim.”

Jan Nowak-Jeziorański ”Janek”, „Zych”, emisariusz,:
„Po Katyniu Powstanie Warszawskie jest największą zbrodnią reżimu stalinowskiego wobec Polski”

Karol Popiel, SP, (Min. Odbudowy Administracji w Rządzie londyńskim)
– uważa, że odpowiedzialnymi byli: Pełczyński, Rzepecki (szef BIP-u), Okulicki (agent Sosnkowskiego), a Mikołajczyk też liczył na powstanie, twierdzi też, że K. Pużak –prezes RJN, nic o wybuchu powstania nie wiedział.

Gen. Marian Kukiel, Min. Obrony Narodowej, (wybitny historyk):
uważał, że za gen. Sikorskiego wojsko było instrumentem polityki, póżniej jednak w Warszawie wojsko rządziło, nie było też koordynacji między Rządem, N.W. a Prezydentem w Londynie, słowem bałagan kompetencyjny.

Kazimierz Bagiński „Dąbrowski”, SL, (wiceprezes RJN):
”Gdyby nawet rząd był przeciwny powstaniu, to i tak doszłoby do powstania!…wybuchłoby spontanicznie, zorganizowane przez społeczeństwo lub przez komunistów. Zresztą spodziewaliśmy się wejścia Sowietów w ciągu 3 dni.”, (oskarżony w procesie 16-u).

Kpt.Tadeusz Zawadzki (Żenczykowski), „Kania”, szef wydz. BIP:
”Powstanie było nieuniknione. Warszawa musiała pozostać w naszych rękach. To było przecież serce oporu. Bierne czekanie na oswobodzenie stolicy przez Sowiety znaczyłoby, że podziemie- to tylko frazes, a działa tylko AL, a AK niczego nie dokonała. Warszawa była naładowana dynamizmem, chęcia zemsty, za łapanki, za masowe egzekucje. Walka z okupantem zakończyła się logicznie wybuchem powstania.(…) Należało też się spodziewać możliwości prowokacji ze strony komunistów. Warszawa była beczką prochu, kto miał dać zapałkę: my czy komuniści. Powstanie rozpoczęło się w chaosie. Zaniedbano zupełnie utworzenia rezerw”.

Płk.dypl. Stanisław Weber, szef sztabu Komendy Okręgu Warszawskiego AK.:
”Gdybyśmy rozpoczęli 25 lipca lub 26 lipca, to mielibyśmy więcej szans. Moglibyśmy zdobyć artylerię na Niemcach.”

Gen.Sawicki, „Opór”, d-ca III rzutu sztabu KG AK:
”Do ostatniego tygodnia lipca nikt o powstaniu nie myslał! Powstanie to była regularna bitwa, zaimprowizowana na tydzień naprzód, niezaplanowana. Więc gdzie tu mówić o rachubie, o jakimś planie”.” Stwierdzam, że przyczyną powstania był motyw polityczny, a nie wojskowy, że decyzja zapadła pod wpływem Okulickiego, emisariusza Sosnkowskiego”, (Okulicki –późniejszy więzień Łubianki-był zdruzgotany wiadomością, że jego jedyny syn został zabity we Włoszech- II Korpus Polski, służył w artylerii).

Gen. Tadeusz Pełczyński, „Grzegorz”, „Robak”, szef sztabu KG AK, z-ca dowódcy AK.
Do błędów zalicza zmianę godziny z nocy na popołudnie, silniejsze punkty oporu mogły być zdobyte tylko w nocy. Decyzja wybuchu powstania -zbyt późna- broń planowo wysyłano w teren. Liczył na to, że Rosjanie ruszą albo pod naciskiem aliantów, albo w ich własnym interesie. Nic nie wiedział o postanowieniach w Teheranie. Bardzo przeżył śmierć syna w powstaniu (student architektury, poległ 17 wrzesnia’44- pułk „Baszty”).

Gen.Kazimierz Sosnkowski, Naczelny Wódz.
Relacjonuje interesującą rozmowę z 2 sierpnia’44 odbytą pod Rzymem z d-cą Frontu Śródziemnomorskiego Marszałkiem Wilsonem, który rzekomo zaproponował przerzucenie całego II Korpusu drogą powietrzną do Polski.

Mjr. Eugeniusz Arciuszkiewicz, d-ca polskiego dywizjonu 301.
„Rosjanie nie zezwalali na lądowanie w terenie przez nich zajętym. Woleli czekać na Pradze z bronią u nogi, aż Niemcy zniszczą Warszawę. Może to był rodzaj odwetu za ich klęskę w 1920r w pobliżu tego miasta?”. Straty dywizjonu 301 podczas niesienia pomocy powstaniu były: 15 załóg (90 ludzi), czyli 150% stanu wyjściowego, tylko jedna załoga ze stanu wyjściowego przeżyła okres powstania (ok. 15% zrzutów trafiało do powstanców).

Adam Romer, dyr. Biura Prezydialnego Rady Ministrów RP w Londynie:
”Mikołajczyk uważał, że najważniejszą rzeczą było umożliwienie rządowi powrotu do Polski. Wtedy, w najgorszym razie, zaistniałaby sytuacja taka, jaka była między Rosją a Finlandią. Finlandia, po utracie znacznej części terytorium, zachowała niepodległość, będąc w pewnej zależności od Związku Sowieckiego”.

Ppłk. Roman M. Niedzielski, „Żywiciel”, kmdt. Obwodu Żolibórz:
”Cały czas liczyliśmy się z tym, że akcja zacznie się w nocy, a tu powstanie w biały dzień! A my bylismy w willowej dzielnicy, z ogrodami, z odkrytymi, obszernymi terenami. To było zabójstwo! „Monter” (…) bagatelizował siły przeciwnika. Kiedy (…)podoficerowie (…) skarżyli się na brak broni to powiedział: „Musicie sobie zdobyć broń, idąc nawet z kijami i pałkami a ci, którzy są do tego nie zdolni, pójdą pod sąd”

Kpt. Bohdan Kwiatkowski, ”Lewar”, szef sztabu KO Śródmieście-Południe:
”W okolicy Wilczej i Kruczej żądano $20 w złocie za niepełny kubek wody. (…) ok. 10% umarło z głodu, a jednak w niektórych piwnicach urządzano uczty”.

Kpr.pchor. Janina Pierre-Skrzyńska, łączniczka Zgrupowania „Sosny”
, wrażenia z końca powstania: „Napotykałyśmy wszędzie przeraźliwie smutne obrazy. Niewypowiedziana nędza otaczała nas zewsząd. Nędza tych ludzi brudnych, przerażonych, wrogich, którym pozostało tak mało człowieczeństwa. Słyszałyśmy coraz częstsze narzekania, skargi, liczne przekleństwa rzucane w naszą stronę, bo to przez nas stało się to ogólne nieszczęście”.

Heinrich Himmler, d-a Armii Rezerwowej III Rzeszy, (21 wrzesnia’44-przemówienie do d-ców i komendantów szkół oficerskich:
„Od pięciu tygodni toczymy walkę o Warszawę(…)Jest to najcięższa walka, jaką prowadziliśmy od początku wojny. Porównywalna jest tylko z walkami w Stalingradzie. Tak jest ciężka.” Dalej powoływał się na „walkę w Warszawie pod dowództwem Polaka Bora (…) której przykładem moglibyśmy się sami podbudować i w tej postawie nieulegania nigdy, nawet w najcięższych warunkach i niezłomnej wiary w zwycięstwo powinniśmy wychowywać naszą młodzież”.
George Kennan, Minister-radca ambasady USA w Moskwie:
”Paradoksalnym powodem, dla którego alianci odnosili się z niechęcią do Polaków, był fakt, że Polacy tak bardzo chcieli obronić swoją niepodległość. Chcieli żeby Polacy stawiali opór Niemcom, ale poddali się Rosjanom. Sądziłem, iż zamiast nakłaniać biednego Mikołajczyka, żeby zrobił coś, co byłoby haniebnym sprzedaniem własnej ojczyzny Rosjanom, powinnyśmy zatrzymać im pomoc i wyrzec się odpowiedzialności”

_____________

Jacek K. Matysiak

Żydowski desant nad Wisłą

O cóż właściwie chodzi Żydom? Do czego zmierzać ma ta wojna wypowiedziana Polakom – toczona ostatnio ze szczególną zajadłością i perfidią rozwiewającą ostatnie złudzenia, które ten i ów naiwny czy zbałamucony żywił jeszcze na temat „dialogu i pojednania”?

Czy jedynym motywem i celem jest perwersyjna przyjemność czerpana z szargania cudzego imienia i pamięci przodków? Owszem, wszak nie przypadkiem przez wieki Kościół kazał wiernym modlić się w Wielki Piątek „pro perfidis Judaeis”. Element niskiej, łajdackiej satysfakcji na pewno gra rolę. Ale nie tłumaczy skali agitacji propagandowej, która przekładać się musi na poważne budżety. Wszak orkiestracja prasy międzynarodowej, badań pseudohistoryków i wynurzeń łże-autorytetów – to wszystko musi kosztować. A jeśli są wydatki, to jest i preliminarz, w którym ani refundacje, ani zyski nie mogą być planowane na czas zbyt odległy – bo inaczej nie znaleźliby się inwestorzy tak skorzy do finansowania globalnej antypolskiej kampanii. Czy zatem bezwstydne i bezpardonowe zniesławianie Polaków w toku wielofazowej operacji („Jedwabne”, „Kielce”, „polskie obozy śmierci” etc.) ma ostatecznie cel czysto merkantylny, finansowy?.

Owszem, chodzi właśnie o propagandowe uprawomocnienie żydowskich roszczeń – wylicytowanych na zawrotne sumy liczone jakiś czas temu w dziesiątkach, dziś już w setkach miliardów dolarów. Wiadomo, że cała Polska takiej gotówki nie wygeneruje, choćby i chciała – więc może żydowskim szantażystom chodzi o to, by licytując wielką pulę, wyrwać cokolwiek – ? Może więc – jak myślą niektórzy, bardzo już zmęczeni tą nagonką rodacy – dajmy coś na odczepnego, a będziemy ich mieli z głowy – ? A jeszcze lepiej: zaprośmy ich adwokatów, żeby sobie odebrali swoje urojone należności – od Niemców. Nota bene: to ostatnie, to czysta głupota, a w wypadku polityków zbrodnia stanu – bo poza iluzją rozwiązania oznacza realne zajęcie miejsca ramię w ramię z Niemcami, na ławie oskarżonych przed sądem historii. Ale wracając do kluczowej kwestii: czy rzeczywiście owe urojone roszczenia, próba politycznego lewarowania haraczu w oparciu o plemienne prawo – czy to jest horyzont ambicji i finalny cel naszych prześladowców? Żadną miarą – przecież oni właśnie wiedzą najlepiej, że nawet „skromniejsze” żądanie: owych 65 mld (zalicytowane jeszcze w ll. 90. Przez aferzystą Singera, wówczas prezesa Światowego Kongresu Żydów) – gdyby państwo polskie uznało za zasadne, to wypłacając po milionie dziennie „wypłacimy się” za 170 lat (!).

A więc nie o same pieniądze idzie, nie o ten czy inny łakomy kąsek – pojedyncze kamienice czy nawet całe ulice w polskich miastach i miasteczkach. O co chodzi? Chodzi ni mniej, ni więcej, o kontrolę nad terytorium – o instalację żydowskiej suwerenności wyspowej na Międzymorzu. Chodzi zatem o wielki kompromis dziejowy (po naszym, polskim trupie): kondominium rosyjsko niemieckie pod żydowskim zarządem powierniczym. Przy czym ów „zarząd powierniczy” należy rozumieć jako gwarancję pomyślnej kooperacji Moskwy i Berlina, z jednoczesnym zachowaniem amerykańskiego arbitrażu na Kontynencie – z Żydami, ma się rozumieć, jako wielostronnymi gwarantami tego porozumienia i nadzorcami odpowiedzialnymi za kontrolowanie tubylczej ludności. Tak, tak – to wielki powrót koncepcji autonomii żydowskiej (tzw. Judeopolonii) w dobie I wojny światowej lansowanej jako kompatybilny z pruskim projektem Mitteleuropy – jeszcze w dobie II w.ś. traktowany jako logiczny rozwój doraźnie uciążliwej, owszem, ale perspektywicznie korzystnej gettoizacji (sic – takie upiorne rozważania snuł jeszcze w 1940 r. sam Żabotyński, nb legendarny syjonista, w broszurze „The Jewish War Front”).

Zawsze, kiedy o tym mowa, odzywają się jakieś głosy drwiąco-polemiczne, w szerokiej skali od szyderstw z „teorii spiskowej” po „realistyczne” niedowierzanie – a czegóż mieliby Żydzi szukać w Europie Środkowej, skoro nas Morzem Śródziemnym mają własne państwo? Nie jest łatwo nadrabiać zaległości, jakich w politycznym myśleniu nabawiła się polska inteligencja – od wieków (sic – co najmniej do czasów instalacji lóż, uszlachcenia frankistów i powołania Komisji Edukacji Narodowej w XVIII w.) przyjmując za jedyną narrację judeo-idealistyczną (z dyżurnym Jankielem z „Pana Tadeusza” i Berkiem Joselewiczem poległym pod Kockiem), wszelki przejaw judeo-realizmu ucząc się nazywać „antysemityzmem”. Inną barierę w świadomości Polaków tworzy, rzecz jasna, ślepa do dziś wiara w dobre chęci naszych „strategicznych sojuszników”, co uniemożliwia rozpoznanie wszystkich źródeł śmiertelnych zagrożeń w historii – a więc tym bardziej w aktualnej grze geostrategicznej, jaką na naszym terytorium rozgrywają polskimi pionkami mocarstwa.
Czy idziemy na wojnę perską?

Kiedy ten numer „Magna Polonia” wyjdzie z drukarni, będziemy już wiedzieli, czy premierowi Netanjahu udało się w końcu rozpętać tak przezeń upragnioną wojnę perską. Czy jego wystąpienie z ostatniego dnia kwietnia zrobiło dostatecznie silne wrażenie na prezydencie Trumpie, do którego chyba przede wszystkim było adresowane – i czy padnie rozkaz do bombardowań Iranu? Wszak Netanjahu złożył takie zapotrzebowanie już dwa lata temu przemawiając w Kongresie USA. A przecież pacyfikacja Bliskiego Wschodu walnymi siłami imperium amerykańskiego w żywotnym interesie państwa żydowskiego – to koncepcja o znacznie dłuższej genealogii. Eliminacja Teheranu jako potencjalnego ośrodka krystalizacji geostrategicznej w regionie to z perspektywy Tel Awiwu oczywista i pilna konieczność – w myśl doktryny konsekwentnego sprowadzania do parteru wszystkich okolicznych graczy aspirujących do roli lidera w regionie. Natomiast do Amerykanów szczególnie mocno przemawiać muszą argumenty wskazujące na ich własne, imperialne interesy – bo wszak to w Iranie znajduje się znaczna część tych kurków z ropą, które przykręcając można kontrolować bilans energetyczny Chin (!).

Skierowanie do realizacji scenariusza wojennego już nie raz wisiało na włosku – czego dowiadywaliśmy się zawsze post factum, np. w roku 2012, kiedy to wszystko było zapięta na ostatni guzik – do tego stopnia, że nawet u nas uruchomiono już agenturę i pożytecznych idiotów w ramach przygotowawczej kampanii propagandowej. Wtedy to właśnie, latem 2012 jedna z p.o. patriotyczno-prawicowych redakcji warszawskich dała na okładkę ówczesnego prezydenta Iranu Ahmadineżada w mundurze esesmana z dramatycznym pytaniem: „Czy Iran podpali świat?” Wtedy kij w szprychy nieźle już rozpędzonego rydwanu wojennego wetknęli Moskale – nie dopuszczając do pełnej izolacji Damaszku. Z czego wywiązała się owa trwająca do dziś przewlekła operacja „zaprowadzania demokracji” w Syrii. Bo najwyraźniej generałowie oświadczyli politykom, że bez pełnej kontroli na zapleczu frontu na Teheran nie ruszą. Ale przecież pełna gotowości do wojny została ujawniona ledwie parę miesięcy później – padało m.in. nazwisko generała Amira Eshela przewidzianego pono na dowódcę całej operacji powietrznej w tej wojnie.

I tu nieco okrężną drogą, przez Bliski Wschód dochodzimy znów do spraw polskich. Bowiem ów gen. Eshel, to ten sam pilot, który całą dekadę wcześniej dopuściwszy się u nas naruszenia prawa lotniczego (w przelocie nad obozem Auschwitz-Birkenau, gdzie jego myśliwski salut podziwiali zgromadzeni w 2002 r. liczni notable przybyli z państwa Izrael), tak wypalił: „800 lat słuchaliśmy Polaków i więcej już nie musimy”. Tego rodzaju enuncjacje, świadczące wszak o głębokim antypolskim resentymencie, nie przeszkadzały jednak warszawskim decydentom w szczególnie intensywnym „pogłębianiu relacji sojuszniczych” na tym akurat kierunku – czego realnym efektem były systematyczne ekspedycje naszych F-16 na manewry na pustyni Negev, a ostatecznie praktycznie permanentna obecność naszych maszyn, pilotów wraz z obsługą i zabezpieczeniem w tamtym regionie. Jeszcze w grudniu prez. Duda odwiedził naszych myśliwców stacjonujących w Kuwejcie i wykonujących loty nad Irakiem w ramach międzynarodowej koalicji do walki z państwem rezunów islamskich (ISIS).

Rzecz jasna ani nasz znakomity personel (na manewry „Blue Flag 2017” poleciało 120 naszych żołnierzy), ani nie tak już znakomite F-16 (w liczbie bodaj pół tuzina) nie zmieniają bilansu sił w ew. wojnie. Ale stanowią znakomite narzędzie możliwej prowokacji. Po prostu: niezależnie od własnych politycznych intencji, wojennej fachowości i najlepszej woli Polacy mogą w każdej chwili trafić na czołówki gazet – jako, nie daj Boże, ofiara zbłąkanej rakiety, która nie wiadomo kto nie wiadomo skąd wystrzeli, albo, co gorsza, jako niefortunni wojacy, którzy w wyniku błędnych danych wywiadowczych ostrzelają jakieś kolejne Nangar Khel. Oczywiście liczyć się będzie nie militarny, ale propagandowy wymiar takiego incydentu – co posłużyć może jako pretekst do przeniesienia aktów terroru w odwecie na terytorium Rzeczypospolitej lub/i wzmacnianiu legendy polsko-żydowskiego „braterstwa broni”. Ta ostatnia narracja, zauważmy, jest eksploatowana już od paru lat, m.in. jako nowa nuta w oprawie propagandowej kolejnych rocznic powstania w getcie warszawskim – a w ubiegłym roku w jej wzmacnianie zaangażowano nawet belwederskiego prezydenta Dudę, który w Izraelu otworzył wystawę upamiętniającą Żydów służących w Wojsku Polskim, po czym prem. Netanjahu zabrał prez. Dudę na grób swego starszego brata Jonatana (izraelskiego komandosa poległego w akcji na Entebbe).
Resurs geopolityczny na wyczerpaniu

Zdaję sobie sprawę, że to dla Sz. Czytelnika może zbyt nikłe poszlaki, by wysnuwać stąd hipotezę uwikłani Polski w konflikt bliskowschodni – zastrzegam więc, że wybieram tylko szczególnie groteskowe przykłady, jaskrawe na tle znacznie obszerniejszej „historii choroby”, której tu szerzej nie opiszę, by szybciej postawić najważniejszą w tym kontekście tezę. A jest ona dziecinnie prosta: jakiekolwiek angażowanie Rzeczypospolitej Polskiej wojnę z Iranem jest sprzeczne z polską racją stanu i interesem narodowym. Tworzenie sytuacji, w których polscy żołnierze stają się mimowolnymi zakładnikami cudzych rachub i decyzji politycznych – to działanie, które powinno prowadzić odpowiedzialnych zwierzchników przed Trybunał Stanu. Polska, jeśli pójdzie na tę, czy jakąkolwiek inną wojnę – może już z tej wojny nie wrócić w jednym kawałku, tj. w stanie integralności terytorialnej i bodaj względnej suwerenności politycznej.

Jakże to jednak, u licha, ew. wojna na Bliskim Wschodzie, może przyprawić o niepowetowane straty państwo położone w Europie Środkowej? Ano może – co jest nieoczywiste tylko dla tych, którzy nie widza Polski na mapie Wielkiej Gry imperiów (uwaga: to jeden z terminów fachowych i kluczowych zarówno u Angoli, jak i u Moskali). To zagadnienie samo w sobie na tyle pasjonujące, by posłużyć za wiodący temat jednego z kolejnych numerów „MP”. Tu ograniczmy się do konstatacji, że właśnie w kontekście Wielkiej Gry Bliski Wschód i Europa Środkowa to geopolityczne naczynia połączone.

W ostatniej dekadzie mamy tego klasyczny przykład w rozpętaniu ukraińskiego majdanu właśnie w odpowiedzi na obstrukcję Kremla w „zaprowadzaniu demokracji” w Syrii. Przy czym nie będę tu ani szerzej wywodził, ani udowadniał żywotnego zainteresowania i zaangażowania państwa i diaspory żydowskiej w wydarzenia w obydwu tych równolegle rozjątrzonych ogniskach zapalnych. Jeśli Sz. Czytelnik jest tych spraw kompletnie nieświadom – nie zdołam w jednym akapicie przekonująco nadrobić tego dysonansu poznawczego. Wolę więc założyć, że problematyka ta Sz. Czytelnikom zarówno czasopisma jak i portalu „Magna Polonia” nie jest obca – i przejdę do ostatecznych konkluzji.

Otóż zaangażowanie całego autorytetu osobistego i państwowego przez Benjamina Netanjahu w próbę wmówienia nam, że to akurat Iran jest dziś naczelnym wrogiem ludzkości – to dowodzi stopnia desperacji elit żydowskich. Desperacji w jaką popadły one na tle ni mniej, ni więcej, wyczerpywania się resursu geopolitycznego ich państwa. „Za dziesięć lat Izrael nie będzie istniał” – miał diagnozować Henry Kissinger, świecki papież dyplomacji XX w. (w wypowiedzi z 2012 r., rzecz jasna dementowanej, ale nie w trybie sądowym). Tymczasem darujmy sobie objaśnienia przyczyn (to znów temat na osobny numer) – i skupmy się na logicznych, a bezpośrednio nas dotyczących konsekwencjach.

Państwo żydowskie jest zatem w pilnej potrzebie pozyskania bezpiecznej bazy „na stałym lądzie” – co oznaczać musi objęcie suwerenną kontrolą terytorium dostatecznie rozległego, by można było przenieść tam bodaj część najistotniejszych aktywów. Mianowicie: najcenniejsze kadry, bazy danych, narzędzia rozpoznania i kontroli, a przede wszystkim broń niekonwencjonalną (której państwo Izrael jak wiadomo oficjalnie w ogóle nie posiada, ale nieoficjalnie dyskusyjne jest jedynie to w ilu stekach liczyć należy głowice jądrowe, którymi dysponuje IDF, tj. ich siły zbrojne). To zaś oznacza kontrolę nad infrastrukturą i logistyką na szczeblu państwowym, ale w jakimś innym państwie – jako że na mapie świata już od stu lat nie ma żadnych białych plam. Poza tym jest historia, która każe transfer do Europy Środkowej traktować jako rozwiązanie najbardziej racjonalne, oczywiste i naturalne.

Nota bene: uruchomienie operacji „Most 2” (przez analogię do „Mostu” z przełomu lat 80./90. – transferu Żydów sowieckich do Palestyny, m.in. via Warszawa) bynajmniej nie musi oznaczać automatycznego zwinięcia chorągiewki w Palestynie. Ale gwałtowne przyspieszenia akcji w ostatnich latach i miesiącach – od balonów próbnych w rodzaju „Ruchu Renesansu Żydowskiego w Polsce” aż do pierwszych enklaw de facto eksterytorialnych na czele z ośrodkiem POLIN czyli tzw. Muzeum Historii Żydów Polskich, które służy rozmaitym organizacjom w rodzaju Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego, który ma tu swoją środkowoeuropejską bazę (sic) – to wszystko nasuwa graniczące z pewnością podejrzenie, że nie mamy do czynienia z serią oderwanych faktów, przypadkowych, niespójnych dążności, ale że oto wkroczyliśmy już w fazę instalacji infrastrukturalnych. Gdzie będą one realizowane z największą intensywnością – w Mszczonowie (przykrywka: „park wodny”), w Radomiu (przykrywka: doinwestowanie lotniska zapasowego dla stołecznego Okęcia), czy w Baranowie/Stanisławowie (przykrywka: Centralny Port Komunikacyjny) – to „gra w okręty”, do której zapraszam Sz. Czytelników. Że czas ogłoszenia nowej mądrości etapu, w której nie wystarczy już posłuszna akceptacja „nowej świeckiej tradycji”: rozdawania tekturowych żonkili na ulicach Warszawy – w tym upewniają nas kolejne „jaskółki” zwiastujące, że czas nowej transformacji geostrategicznej jest bliski. Ot, choćby skokowe zwiększenie ruchu lotniczego Polska-Izrael – od niespełna roku bezpośrednie połączenia ma co drugie miasto wojewódzkie, niektóre więcej niż raz dziennie. I inny sygnał: pod pretekstem tzw. „Marszu żywych” w Oświęcimiu w kwietniu 2018 r. do Polski przyleciała cała wierchuszka państwowa: poza prezydentem Rywlinem swoją obecnością zaszczycił nas pierwszy szereg najwyższych przełożonych armii, policji i służb – włącznie z szefami sztabu i wywiadu wewnętrznego (Szin Bet) i zagranicznego (Mosad). To wydarzenie tak dalece odbiegające od rutyny i tak dalece niezgodne z zasadami bezpieczeństwa, że jako oczywiste nasuwa się pytanie: jakaż to priorytetowa operacja realizowana właśnie na naszym terytorium wymagała ich osobistego nadzoru?

Grzegorz Braun
„Magna Polonia”, maj 2018

Rosnące zapotrzebowanie na prowokację

Niezależnie od tego, jak układać się ma dramaturgia zdarzeń wedle planów ewentualnościowych aktualizowanych dziś w sztabach kryzysowych, najważniejsze zadanie dla polskich patriotów niezmiennie brzmi: nie dać się pozabijać, nie dać się rozegrać w charakterze pionka i blotki w cudzej rozgrywce, nie dać się obsadzić w rolach prowokatorów mimo woli, przetrwać.

Na wpadek gdyby Sz. Czytelnik wcześniej nie zauważył: suwerenne rządzenie nie jest najwyraźniej celem elity władzy III ani IV RP. Niepodległość realna – a nie tylko jako rocznicowy frazes – prawdopodobnie nie należy nawet do sfery najskrytszych marzeń ludzi, którzy zajmują eksponowane miejsca w politycznej fasadzie nadwiślańskiego kondominium. Zaś skryty za tą fasadą „zarząd powierniczy” nie dba już nawet specjalnie o dyskrecję w swoim postępowaniu. Oto bowiem dokonał się akt abdykacji warszawskiego parlamentu, rządu i belwederskiego prezydenta, którzy oficjalnie uznali nadrzędną władzę żydowskich kuratorów. Tym ostatnim udało się w sposób jawny, a wręcz manifestacyjny wyegzekwować przywilej arbitrażu w polskim procesie legislacyjnym. I niechaj nikt naiwnie nie zakłada, że tak nabyte prerogatywy wykorzystywać będą wyłącznie w sprawach polityki historycznej. Nie, sprawa ustawy o IPN była tylko skromną wprawką, po której czas przyjdzie na kwestie grubszego kalibru – wymierne w grubszej gotówce. Zatem jeśli idzie o stan prawny, Żydom udało się bardzo sprawnie zredukować sprawę polską do kolejnego, niższego jeszcze poziomu upadku – bliższego raczej Generalnemu Gubernatorstwu niż Królestwu Kongresowemu.

Wspólne oświadczenie premierów Moraniachu i Netanieckiego (czy inaczej, mniejsza o to w tej opłakanej sytuacji) dało asumpt do niewiarygodnych wprost popisów ekwilibrystyki – aby tę sromotną kapitulację przedstawić jako nieprzeciętny sukces, a całą zimowo-wiosenną kampanię antypolską jako rosyjską prowokację. Jeśli to była prowokacja, to gdzie są ci prowokatorzy, autorzy nowelizacji ustawy o IPN, którą pół roku temu tak pilnie procedowano, by teraz jeszcze pilniej odszczekiwać? Nietrudno ich znaleźć w Ministerstwie Sprawiedliwości – i to warszawskim, nie moskiewskim bynajmniej. A jeśli to wszystko taki wielki „sukces”, „przełom” i „zwycięstwo Polski” – to gdzież są autorzy, anonimowi negocjatorzy, tak skromni najwyraźniej, że rząd jak niepodległości strzec będzie dostępu do mysich dziur, w których się pochowali? Niech zgadnę: Bielan, Dziedziczak czy Gliński? Wildstein senior czy junior? A może inni jeszcze bywalcy kolacji szabasowych u starszego sierżanta sztabowego Danielsa? Jakiekolwiek są nazwiska autorów „dziejowego sukcesu” – na resztę swego nędznego żywota pozostaną zakładnikami tej sytuacji. Bo to do uznania żydowskich partnerów pozostanie wybór chwili, w której warszawskich spec-emisariuszy zechcą ujawnić.

Zauważmy, że ledwie wspomniał pan prez. prem. nacz. Kaczyński, że rozmowy z Żydami w tej sprawie prowadzono już od miesięcy „na gruncie neutralnym” – co samo w sobie jest już dostatecznie kompromitujące, bo jawnie niekonstytucyjne, a przy okazji sprzeczne z wcześniejszymi zapewnieniami – a tu na dokładkę ujawnia izraelska telewizja, że ów „grunt neutralny” to m.in. ustronny ośrodek Mosadu w Glilot pod Tel Awiwem. Jak to starzy kiedyś powiadali: „Kto z chłopem pije, ten z nim potem pod płotem leży” – komu się zdaje, że się z Żydami na coś poufnie umówił, tego prędzej czy później czeka przykry proces trzeźwienia z tych urojeń. „Nie ma bowiem nic zakrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć” (Mt 10, 26). Co uczynią Polacy skonfrontowani z przykrą rzeczywistością wyzucia z suwerenności na własnym terytorium? Zawsze zdążą jeszcze poszukać winnego – i to może nie w Glilot, tylko zacznie bliżej, np. na Żoliborzu? Ale i to może być wpisane w scenariusz nowej transformacji – zewnętrzni operatorzy naszej sceny politycznej zapewne przewidzieli w dawkowanej dramaturgii wydarzeń również taki moment „gniewu ludu”. Być może mądrość nadchodzącego etapu przewiduje nawet spuszczenie do zsypu na śmieci całej „dobrej zmiany” – aby dopuściwszy do fasady władzy pryncypialnych patriotów, pokazywać ich światu jako „faszystów”, których odsunąć mogą tylko połączone siły „Rzeczpospolitej przyjaciół”, tj. interwencja zewnętrzna i jej chętni kolaboranci?

Ci ostatni zresztą zgłaszają się jeden przez drugiego – w ramach otwartego kastingu na kandydatów do „Polenratów” (przez smutną analogię do Judenratów czasów II w. s.). Wśród faworytów, obok wyżej wymienionych, widzimy także warszawskich ministrów od nauki i kultury: Gowina, Sellina i Gowinową, którzy już od dawna zachowują się tak, jakby przeszli do finału. Minister Sellin do tego stopnia ulega nastrojowi chwili dziejowej, że udzielił mu się chyba nawet dar języków – co wynika z prasowego doniesienia niestrudzonego (w obróbce propagandowej na odcinku polskich podludzi) prof. Szewacha Weissa, który w relacji z wzruszającej uroczystości obrzezania najmłodszego potomka Szaloma Ber Stamblera (rabina rasistowskiej sekty chasydzkiej Chabad w Warszawie) tak pisze: Cała rodzina pięknie śpiewa, bo są nie tylko rabinami, lecz tak ze kantorami, a do tego śpiewu przyłączył się zaproszony na tę uroczystość minister Jarosław Sellin, który – mam nadzieję, że się nie mylę – czuł się między nami jak między swoimi, a i my tak czuliśmy się w jego towarzystwie.

Nota bene: min. Sellin, podobnie jak Wildstein senior specjalizuje się również w stręczeniu skołowanym polskim patriotom „republikanizmu” – tj. w praktyce masońskiej oligarchii za fasadą oświeconej demo-dyktatury dla niepoznaki jeszcze owiniętej w sarmacki pas kontuszowy. To będzie zapewne kluczowa linia dramaturgiczna nadchodzącego etapu: „demokraci” w walce z „faszystami” wspierani przez siły międzynarodowej interwencji, której zresztą wcale już nie trzeba z daleka przyzywać, bo przecież bazy wojsk i służb obcych na naszym terytorium zainstalowane zostały już całkiem oficjalnie i w dodatku na nasz własny koszt. W tej sytuacji mediom „obozu patriotycznego” tj. kolegom i koleżankom niegdyś niezależnym i niepokornym, dziś tworzącym otulinę propagandową „dobrej zmiany” pozostaje już tylko osiągać himalaje hipokryzji (w czym przynajmniej byłby jakiś element wyrachowania, a więc racjonalności) albo też kompletnego zidiocenia (co niestety znacznie bardziej prawdopodobne) – wmawiając rodakom, że najlepszym sposobem na zabezpieczenie suwerenności jest wyrzeczenie się jej, zarówno zresztą w kwestiach militarnych, jak i finansowych.

Bo na dodatek do wprowadzania państwa w jednokierunkową uliczkę „sojuszy bezalternatywnych” – na dodatek do sprowadzania na terytorium Polski żołnierzy i funkcjonariuszy obcych państw, które na co dzień nie wahają się kwestionować prawa Polaków do samostanowienia (patrz: Akt 447) – nasi mężowie i żony stanu dokonują wobec własnego narodu kolejnych aktów ekspropriacji (wyzucia z mienia, tj. po prostu grabieży) w interesie lichwiarskiej międzynarodówki i gangów monopolistów. Oto właśnie pod doskonale wyciszającym temat przykryciem propagandowym – kiedy jedni zajęci byli już przeżywaniem nagłej korekty w ustawie o IPN, a drudzy przeżuwaniem klęski na mistrzostwach w piłce kopanej – dokonała się kolejna „zdrada gazowa”. Warszawa zobowiązała się sprowadzać gaz zza oceanu po absurdalnie zawyżonej cenie, która dopiero skłonić ma amerykańskich eksporterów do budowy infrastruktury, której jeszcze nie mają. To zupełnie jak te kontrakty na izraelskie systemy obronne, które jeszcze nie przeszły fazy prób i my właśnie mamy je sfinansować, albo te amerykańskie garnizony, które w strategicznym interesie naszego bezalternatywnego sojusznika mamy po wsze czasy utrzymywać – tyle że w wypadku wieloletniego kontraktu gazowego o jeszcze większe pieniądze chodzi. Jeśli zatem wcześniej byłem zdania, że za podpisanie moskiewskiej umowy z roku 2010 należało by rozstrzelać ówczesnego wicepremiera Waldemara Pawlaka – tak niniejszym postuluję zastosowanie analogicznej przykładnej procedury wobec Piotra G. Woźniaka (prezesa PGNiG) i Piotra Naimskiego (pełnomocnika Rządu d/s strategicznej infrastruktury energetycznej).

Proces autokompromitacji aktualnego układu władzy postępuje w takim tempie, że brać trzeba pod uwagę rozpaczliwe reakcje ludzi tegoż układu – kiedy widmo niespłacalności kredytów pobranych co najmniej na dwie kadencje parlamentarne zamajaczy jeszcze przed końcem tej pierwszej. I otóż ci zrozpaczeni dłużnicy układu będą skłonni licytować sprawę polską w dół – bez żadnych ograniczeń. Zresztą nie traktujmy całego obozu „dobrej zmiany” jako bandy wyrachowanych koniunkturalistów – o nie, z pewnością nie brak wśród nich ideowców. I otóż ci właśnie – w poczuciu własnej misji dziejowej, czy to na froncie „walki z zagrożeniem rosyjskim” (á la Macierewicz), czy „sprawiedliwej redystrybucji dóbr” (á la Morawiecki) – będą zawsze najlepszymi kooperantami zewnętrznych moderatorów naszego życia publicznego. Pod sztandarem patriotyzmu i modernizacji uczynią wszystko, czego wcześniej nie ważyły się dokonać kolejne rządy i prezydentury otwartego zaprzaństwa i jawnej zdrady stanu. I być może właśnie oni stają się dziś mniej lub bardziej świadomymi podwykonawcami scenariusza krwawej prowokacji.

Komu i czemu miałaby dziś służyć? Już o tym była mowa: przedstawieniu przeciwników politycznych jako niebezpiecznych fanatyków, groźnych wywrotowców, oczywiście antysemitów. Tak być może widać to z perspektywy gabinetu ministra Brudzińskiego, który wszak już ćwiczy podległe sobie służby, a jednocześnie testuje opinię publiczną w pacyfikowaniu „nacjonalizmu” (na razie przez delegalizowanie demonstracji patriotycznej młodzieży na Śląsku). W roli pożytecznych żyrantów tej polityki występują, o zgrozo, hierarchowie katoliccy – dokonujący rytualnego „odcinania się”, a nawet „potępiania” w specjalnych proklamacjach „nacjonalizmu”, a więc tego de facto, co Żydzi wskazują im palcem jako niekoszerne. To jednak nie koniec –„Hołd Polski” złożony Żydom nie zamyka bynajmniej, ale właśnie szeroko otwiera to okno możliwości, w którym prędzej czy później pojawi się pełnoskalowa prowokacja realizująca model kielecki (1946), aby cały świat ze zgrozą zaakceptował pilną konieczność poddania Polski zewnętrznej kurateli. Że rozwiązania bynajmniej niedyplomatyczne stoją dziś wysoko na giełdzie bezpieki – tego całkiem poważnym wbrew pozorom symptomem jest m.in. bełkotliwa tromtadracja Lecha Wałęsy, który w ostatnich dniach uaktywnił się i jako weteran wśród agentów-prowokatorów zgłasza akces do najbliższej akcji.

Nota bene: bezpieczniackiej prowokacji typu „Kielce 2” towarzyszyć może prowokacja wojenna typu „odsiecz Lwowa 2” lub „powstanie suwalskie 2” – choć teraz już nie do Lwowa, a nieco bliżej, np. do Przemyśla wysłane zostaną nasze „orlęta” z Brygad Obrony Terytorialnej (których kontrakty wcale przecież nie wykluczają ekspediowania tego młodego mięsa armatniego nawet za najdalsze góry i lasy). Niezależnie od tego, jak układać się ma dramaturgia zdarzeń wedle planów ewentualnościowych aktualizowanych dziś w sztabach kryzysowych, najważniejsze zadanie dla polskich patriotów niezmiennie brzmi: nie dać się pozabijać, nie dać się rozegrać w charakterze pionka i blotki w cudzej rozgrywce, nie dać się obsadzić w rolach prowokatorów mimo woli, przetrwać. Jak długo? Dobra wiadomość: na punkt zwrotny w tej skądinąd mrożącej krew w żyłach fabule nie trzeba będzie długo czekać – bo wszak już za kilka dni nasz los na następne pokolenie przypieczętować ma dwóch cesarzy: Trump z Putinem. Nie ułatwiajmy im sprawy przez zbyt ochocze wpisywanie się w cudze scenariusze – pisane w jakimś Glilot pod Tel-Awiwem czy może w Joint Base Anacostia–Bolling pod Waszyngtonem (gdzie swą centralę mają „zielone ludziki” z DIA) – konsultowane na bieżąco z Londynem, Berlinem i… Moskwą. Wszak wizyty prominentnych przedstawicieli państwa i diaspory żydowskiej na Kremlu przybrały tej wiosny charakter tak intensywny i ostentacyjnie kordialny, że chyba można mówić wręcz o zasiedzeniu – Benjamina Netanjahu na kolanach u Włodzimierza Putina.

Grzegorz Braun /przedruk „Bibuła”/

Wołyń 43. Bohaterowie i rezuny

W niedzielny poranek 11 lipca 1943 roku ktoś załomotał do drzwi plebanii w Porycku, małym miasteczku w powiecie włodzimierskim, na Wołyniu.

Proboszcz, ks. Bolesław Szawłowski ujrzał na progu zdyszanego mężczyznę. Przybysz był Ukraińcem z pobliskiej wioski. Przybiegł z ostrzeżeniem – jego rodacy z Ukraińskiej Powstańczej Armii szykują rzeź; uderzą w czasie Mszy św. rozpoczynającej się o godzinie 11.00. Ksiądz Szawłowski natychmiast rozesłał po miasteczku ministrantów, by kołatali do drzwi domów, przekazując straszną wieść. Ale ogromna większość mieszkańców nie uwierzyła, że ich sąsiadami są barbarzyńcy zdolni do mordu w świątyni. O godzinie 11.00 kościół wypełnił ufny, rozmodlony tłum.

Najpierw rozległ się krzyk. Mała dziewczynka wpadła do kościoła wołając, że na zewnątrz gromadzą się uzbrojeni ludzie. Zaraz potem huknął strzał – na progu stanęła zakrwawiona, chwiejąca się na nogach kobieta. Wśród wiernych wybuchła wrzawa, zaraz zagłuszona jazgotem broni maszynowej. Strumienie pocisków wpadały przez drzwi i okna, kładąc pokotem zgromadzonych.

Po chwili kanonada umilkła. W świątyni słychać było jęki rannych i przeraźliwy szloch. Wtedy rozległy się głośno wypowiedziane słowa modlitwy. Ksiądz Szawłowski, jak dotąd nietknięty, stał u ołtarza i udzielał wiernym zbiorowego rozgrzeszenia. Z zakrystii wyłonił się uzbrojony Ukrainiec. Wymierzył do kapłana. Po strzale ksiądz zachwiał się, ale dalej odmawiał modlitwę. Dopiero druga kula cisnęła nim o posadzkę.

Dwaj mordercy, z karabinami w dłoniach, urządzili obchód kościoła. Szli między ławkami, przyglądając się leżącym. Jeżeli zauważyli oznaki życia, dobijali ofiary pojedynczymi strzałami. Robili to bez pośpiechu, metodycznie, a ich działania cechowała upiorna sumienność. Potem bojówka UPA ruszyła na miasto, w poszukiwaniu pozostałych Polaków. Tych, których udało się zaskoczyć w domach, zabijano na miejscu, całymi rodzinami.

W ów straszny dzień krew lała się w dziesiątkach miejscowości Wołynia. Bandyci UPA uderzyli niemal równocześnie na 99 polskich wsi i miasteczek. W ciągu nocy i następnego dnia liczba zmasakrowanych siół wzrosła do 167. Podczas tych kilkudziesięciu godzin zamordowano co najmniej 11.000 bezbronnych ludzi.

Sprawcy

Założona w roku 1929 Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów już przed wojną prowadziła kampanię terrorystyczną przeciw państwu polskiemu.

Terroryści OUN z biegiem lat zacieśniali współpracę ze służbami specjalnymi hitlerowskich Niemiec. We wrześniu 1939 roku ochoczo wbili nóż w plecy Polakom broniącym się przed skoordynowaną agresją sąsiadów. Podczas wystąpień przeciw Wojsku Polskiemu ukraińska „piąta kolumna” wielokrotnie zebrała zasłużone baty. Ounowscy hiroje powetowali to sobie na ludności cywilnej – dziś mało kto pamięta, że do masowych rzezi w województwach południowo-wschodnich doszło już w pierwszych tygodniach wojny. Niepełne szacunki mówią o zamordowaniu wówczas przez bojówkarzy ukraińskich co najmniej 3278 Polaków.

Różnice zdań między liderami szowinistów, Stepanem Banderą i Andrijem Melnykiem, doprowadziły do rozłamu na skłócone frakcje: OUN-B (banderowcy) i OUN-M (melnykowcy). Oba skrzydła wystąpiły aktywnie w czerwcu 1941 roku, po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, atakując tu i tam wycofującą się Armię Czerwoną, a przede wszystkim przeprowadzając kolejną serię pogromów Polaków i Żydów, znów zabijając tysiące ludzi.

Niemcy wypędzili Sowietów z Ukrainy, ale nie zamierzali przyznawać jej niepodległości. Wobec tego banderowskie skrzydło OUN zeszło do podziemia. Natomiast melnykowcy dość szybko pogodzili się z III Rzeszą, wystawiając u jej boku formacje policyjne i wojskowe (Wołyński Legion Samoobrony, Ochotnicze Pułki Policyjne SS „Galizien”, wreszcie 14. Ochotniczą Dywizję Grenadierów SS „Galizien”), które wkrótce zasłyną licznymi zbrodniami.

Niemcy powołali Ukraińską Policję Pomocniczą, przy pomocy której w ciągu dwóch lat wymordowali niemal całą sześćsettysięczną społeczność żydowską Małopolski Wschodniej i Wołynia. W policji służyli sympatycy OUN, także z frakcji banderowskiej, oficjalnie skłóconej z III Rzeszą, jako że wytępienie Żydów (a w przyszłości Polaków) pokrywało się z celami organizacji. Ukraińscy wachmani licznie zasilili załogi niemieckich obozów koncentracyjnych.

Genocidum atrox

W 1943 roku banderowcy postanowili rozpocząć samodzielną akcję ludobójczą. Odezwa OUN-B jasno wskazywała wrogów: „Narodzie! Wiedz! Moskwa, Polska, Węgrzy, Żydostwo – to Twoi wrogowie. Niszcz ich!”

Narzędziem zniszczenia miało być zbrojne ramię organizacji – Ukraińska Powstańcza Armia, wspierana przez Służbę Bezpieczeństwa (Służba Bezpeky) oraz pospolite ruszenie (Samoobronni Kuszczowi Widdiły – SKW), takoż tłumy doraźnie zwerbowanego ukraińskiego chłopstwa.

Za początek ludobójstwa w wykonaniu OUN-B przyjmuje się rzeź w kolonii Parośla na Wołyniu, dokonaną w dniu 9 lutego 1943 roku. Zamordowano tam 149 mieszkańców, a także 6 jeńców rosyjskich, których rezuni przywlekli ze sobą. Przybyli potem na miejsce zdarzenia Polacy z okolicznych wiosek byli zaszokowani tym, co ujrzeli. W chatach i na podwórkach leżeli mężczyźni obdarci ze skóry, kobiety z obciętymi piersiami, zadźgane nożami niemowlęta. Wiele ofiar miało odcięte głowy, innym przed śmiercią wyłupiono oczy, odrzynano nosy i wargi…

Zbrodnia w Parośli nie była jednorazowym wybrykiem bandy degeneratów, ale elementem świadomie forsowanej strategii. Ataki fanatyków następowały raz za razem. Ich ofiarą padały zarówno pojedyncze polskie rodziny otoczone morzem ukraińskich sąsiadów, jak i skupiska liczące setki ludzi. Na porządku dziennym było odrąbywanie ofiarom głów i kończyn, najwymyślniejsze okaleczenia, wyrywanie języków, wypruwanie wnętrzności, palenie żywcem, zakopywanie żywcem, wbijanie na pal, wbijanie gwoździ w czaszkę, skalpowanie, ćwiartowanie przy pomocy siekier i pił. Maleńkie dzieci obnoszono na ostrzach wideł, albo wbijano na sztachety płotów. Kobietom ciężarnym rozpruwano brzuchy i wydzierano płody, niekiedy wkładając na ich miejsce żywego kota albo tłuczone szkło. Zwłoki ofiar bywały bezczeszczone – okaleczane, gwałcone, rzucane świniom na pożarcie. Znane były przypadki rozwieszania na ścianach wyprutych ludzkich jelit z podpisem „Polska od morza do morza”, krzyżowania niemowląt na ścianach z podpisem „polśkij oreł”, używania odciętej głowy do gry w piłkę nożną…

Banderowcy zmuszali osoby narodowości ukraińskiej, posiadające polskich współmałżonków, do ich zabijania. Dzieciom z mieszanych małżeństw dawano szansę ocalenia, każąc zabić polskiego rodzica.

Bandyci UPA zburzyli ćwierć tysiąca świątyń rzymskokatolickich, zamordowali około stu księży, zakonników i sióstr zakonnych. Z ich rąk zginęło również kilkudziesięciu duchownych prawosławnych i greckokatolickich, przeciwstawiających się mordercom. Pamiętając o tych bohaterach trzeba nadmienić, że znaczna liczba duchownych obrządków wschodnich zaangażowała się bez reszty w działalność OUN. Niektórzy z tych osobliwych kapłanów otwarcie podburzali wiernych do antypolskich wystąpień, posuwali się do bluźnierczego święcenia noży i siekier używanych podczas rzezi, a nawet sami uczestniczyli w napadach.

Rachunek krwi

W latach 1943-1945 ofiarą terroru UPA padło (przede wszystkim na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, w mniejszym stopniu na Lubelszczyźnie i na Polesiu) od 120.000 do 140.000 etnicznych Polaków, a także kilkadziesiąt tysięcy polskich Ukraińców, Żydów, Ormian, Rosjan, Czechów, Cyganów.

Nadto tysiące mieszkańców Rzeczypospolitej UPA zabiła po 1945 r., po obu stronach nowo utworzonej granicy. Część z nich straciła życie już jako obywatele sowieccy, którymi mianowano ich po anektowaniu przez Stalina polskich województw południowo-wschodnich. Dalsze setki tysięcy obywateli (głównie Polaków i polskich Żydów) zginęło przy współudziale formacji ukraińskich na żołdzie niemieckim.

Dla porównania, wedle opublikowanych w 2009 roku danych Instytutu Pamięci Narodowej, w latach 1939-1945 terror sowiecki pochłonął życie 150.000 obywateli Rzeczypospolitej. Ilu ludzi ma świadomość, że w dziele mordowania Polaków, banderowska wataha zbirów z siekierami i widłami, operująca na ograniczonym obszarze i w trzykrotnie krótszym czasie, zdołała dorównać krwawym antypolskim osiągnięciom całego imperium Stalina z jego Gułagiem, z jego dywizjami NKWD, ze Smierszem i całą resztą instrumentów terroru?

Żołnierze czy bandyci?

UPA działała przeciw Polsce, ale nie to powinno wpływać na jej ocenę.

W naszej historii mieliśmy wielu przeciwników, których wspominamy bez nienawiści, a nawet z szacunkiem, jako dzielnych wrogów, którzy wypełniali swój obowiązek wobec własnego narodu i ojczyzny. Nawet w odniesieniu do koszmarnych lat II wojny światowej, wypada inaczej ocenić poborowego wcielonego do Wehrmachtu czy Armii Czerwonej, walczącego na pierwszej linii – inaczej zaś oprawcę z Einsetzgruppen, Gestapo bądź NKWD.

Kłopot z UPA polega na tym, że jeśli pominąć zastraszony terrorem tłumek „przymusowych ochotników”, to składała się ona przede wszystkim z oprawców. Jej modus operandi był przerażający.

Zawsze, na każdym etapie działań ounowskich hirojów, większość ich ofiar stanowili bezbronni cywile. Na 60.000 polskich ofiar Rzezi Wołyńskiej (1943-1944) znaleziono tylko 262 przypadki śmierci Polaków uzbrojonych, poległych w trakcie walki. Nie inaczej było na innych obszarach, w tych i innych latach.

Obrońcy OUN i UPA mówią, że organizacje te walczyły z Sowietami. Prawda, ale jak wyglądała ta walka? W kwietniu i maju 1941 roku w woj. tarnopolskim i na Wołyniu ounowska konspiracja zamordowała 98 osób, uznanych za Sowietów i kolaborantów. Pominę fakt, że w tamtych czasach łatkę „sowieckiego agenta” dostawał każdy, kto nie zgadzał się z linią polityczną OUN. Czytelników zainteresuje pewnie, ilu z tych 98 zlikwidowanych było przedstawicielami resortów siłowych okupanta. Otóż było ich dokładnie SZEŚCIU – czterech milicjantów i dwóch żołnierzy Armii Czerwonej.

Równie ciekawymi danymi dysponujemy o okresie „powojennym” na Ukrainie Sowieckiej. Na 30.646 morderstw przypisanych ukraińskim nacjonalistom w latach 1944-1953 zginęło raptem 8340 sowieckich żołnierzy i milicjantów, za to ponad 22.000 cywilów.

Czy to zwalczając Polaków, czy Sowietów, banderowcy najlepiej czuli się w roli katów bezbronnych. Jeżeli bandytów z UPA ktoś określa mianem żołnierzy i bojowników o wolność, to czemu do tego zacnego grona nie zaliczy również ukraińskich wachmanów z Auschwitz, Bełżca, Sobiboru i Treblinki?

Polski odwet

Próbuje się „równoważyć” ludobójstwo wołyńsko-małopolskie stwierdzeniem, że ofiary były po obu stronach.

Trudno kłaść na jednej szali zgładzonych cywilów wraz z poległymi w walce rezunami z UPA, policjantami, esesmanami z dywizji „Galizien”. Tym niemniej, trzeba to powiedzieć uczciwie, zdarzały się też polskie odwety wymierzone w ludność cywilną. Zginęło w nich kilka tysięcy osób.

Każda niewinna ofiara to o jedną za dużo. Jednak w tym przypadku wypada pamiętać o proporcjach. Strona polska nie prowadziła planowej akcji eksterminacyjnej. Akty ślepej zemsty były najczęściej samowolną inicjatywą dowódców niewielkich oddziałów partyzanckich, grup cywilów bądź pojedynczych mścicieli. Ukraińskie ofiary cywilne stanowiły kilka procent wielkości ofiar polskich (a jeszcze mniej, gdy uwzględnimy dokonania ukraińskich pomocników Hitlera). To, co po stronie polskiej było patologią, w przypadku działań UPA stanowiło normę.

To prawda, niektórzy Polacy po tym, co ujrzeli na Wołyniu czy gdzie indziej, przeszli straszną przemianę. Już nie byli tymi samymi ludźmi, co niegdyś. Nie każdy, widząc dzieci zarąbane siekierą, albo obdarte ze skóry, albo wbite na pal, jest w stanie zapanować nad rodzącym się uczuciem nienawiści. Bóg to osądzi – i chyba nawet dla Niego będzie to straszliwy dylemat.

Zdradzeni

W tamtych mrocznych latach naród ukraiński miał prawdziwych bohaterów.

Kiedy banderowcy wyrzynali setkę Polaków w Ciemierzyńcach (gm. Dunajów), maleńka Stasia Wilk, uciekając wpadła na podwórko sąsiadki, Ukrainki Ireny Chruścielowej. Umazani krwią zbrodniarze podążyli za ofiarą. Na ich widok pani Chruścielowa porwała dziecko na ręce, przycisnęła je do piersi, krzycząc oprawcom w twarz: „Nie dam! Nie dam!” Rozwścieczeni „żołnierze UPA” zarąbali kobietę i dziecko.

W Antolinie (gm. Ludwipol) Ukrainiec Michał Mieszczaniuk miał żonę-Polkę, razem cieszyli się rocznym dzieciątkiem. UPA kazała Mieszczaniukowi zgładzić żonę i dzieciaka, a on odmówił. Zapłacił za to głową.

W Tutowiczach (gm. Antonówka) „ukraińscy powstańcy” zamordowali swą koleżankę, Jarynę Wołoszyn. Powód? Nie chciała zabić polskiego dziecka.

W Żabczu (gm. Czaruków) ksiądz greckokatolicki Serafin Horosiewicz ukrywał czterech Polaków. Kiedy sprawa wydała się, banderowcy zamknęli ich razem w cerkwi i spalili żywcem.

W Niżborgu Nowym (gm. Kopyczyńce) pewien Ukrainiec głośno potępił mordowanie Polaków. Potem zginął z ręki własnego syna.

Takich przypadków były tysiące. Pamięć o Ukraińcach zamordowanych przez banderowców winna stać się pomostem łączącym narody polski i ukraiński. Ale czy tzw. „rzecznicy pojednania polsko-ukraińskiego” pamiętają o pani Chruścielowej, o Wołoszyn, o Mieszczaniuku? Nie! Oni chcą jednać się z tymi, którym dzisiaj na Ukrainie stawiane są pomniki – z hirojami, co wbijali na pal, co wykłuwali oczy, co roztrzaskiwali dziecięce główki.

***

Dziś emocje rozpala konflikt polsko-żydowski. Słusznie przeciwstawiamy się insynuacjom i nieuzasadnionym roszczeniom. Jednak polski patriota musi odczuwać wstyd, widząc szacunek okazywany przez Żydów ich męczennikom. W parlamencie Izraela nie znalazł się nikt, kto by zakwestionował określanie zagłady Żydów mianem ludobójstwa; kto żądałby przekwalifikowania jej na jakąś „akcję o znamionach”. Żydowscy historycy i publicyści nie roztrząsali „dramatycznych wyborów i dylematów” wachmanów z Treblinki. Żaden izraelski polityk nie przekonywał, że nazywanie rzezi Żydów zbrodnią „wzbudza niepotrzebne emocje”; że dyplomatyczniej byłoby mówić o „tragicznych wydarzeniach w Birkenau”…

Tymczasem polskie ofiary banderowców, takoż uczciwi Ukraińcy ryzykujący niegdyś życiem za wierność Rzeczypospolitej, albo za zwykłą ludzką życzliwość okazaną polskim sąsiadom, są dziś zdradzani przez elity polityczne Kraju nad Wisłą, również przez wielu tutejszych dziejopisów i publicystów – w kwestii oceny zbrodni UPA bijących wszelkie rekordy skundlenia.

Andrzej Solak.

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2018-07-11Wołyń 1943 – holokaust z ręki sąsiadów Strona główna > Opinie Wołyń 1943 – holokaust z ręki sąsiadów By Władysława Siemaszków, Ludobójstwo, page 1294, from Henryk Słowiński collection (http://www.starwon.com.au/~korey/Wolyn%2043.htm) [Public domain], via Wikimedia Commons #WOŁYŃ 1943 #HOLOKAUST #NIENAWIŚĆ #UKRAINA #WSCHODNIA GALICJA #POLSKA #LUDOBÓJSTWO #KRESY Nigdy i nigdzie indziej w szatańskim XX stuleciu nie zalała Polaków tak potężna fala tak skondensowanej nienawiści jak na Wołyniu i we wschodniej Galicji pod koniec drugiej wojny światowej. Wiek XX był z dopustu Bożego stuleciem szatana – któż to może lepiej wiedzieć niż Polacy. Naród polski jak mało który poznał otchłanie „ciemnej doliny” (Ps 23, 4), wtrącony w miażdżące tryby obu totalitaryzmów. Jednakowoż najohydniejszą zbrodnię popełnili na Polakach nie wrogowie zewnętrzni, tylko ich najbliżsi sąsiedzi, z którymi przez całe lata mieszkali przez płot, z którymi chodzili do jednej szkoły, z którymi pracowali i bawili się, z którymi prowadzili wspólne interesy, z którymi się wiązali małżeństwem i zakładali mieszane rodziny. To był prawdziwy holokaust. Czy wypada tak nazywać ludobójstwo na Kresach? Niejednego to może oburzyć – wielu wszak uważa holokaust za wyłączną własność Żydów. I wcale nie trzeba do tego być jednym z nich – oto kilka lat temu pewien nieżyjący już hierarcha Kościoła katolickiego dał syntetyczny wykład owego stanowiska podkreślając, iż „słowo holokaust wiąże się z ich tragedią i dramatem. Oni jako jedyny naród skazani byli na zagładę za sam fakt bycia Żydami, więc nie można cierpień innych narodów stawiać na tym samym poziomie, operując słowem holokaust jako synonimem tragedii”. Sęk w tym, że Polacy na Wołyniu i we wschodniej Galicji zostali skazani na zagładę dokładnie za to samo co Żydzi – za sam fakt bycia Polakami. Różnica leży w proporcjach, ale nie o liczby przecież chodzi. To, że Polaków na Wołyniu i we wschodniej Galicji mordowano w ilościach mniej hurtowych i metodą mniej przemysłową niż Żydów dowodzi wyłącznie nieporównanie węższych możliwości technologicznych i horyzontów umysłowych morderców. Zamiar jednak był ten sam – wytępić „lacką rasę”. Po zastanowieniu jednak wydaje się, że umysł należy w ogóle wyłączyć z całej sprawy. Mamy tu wszak do czynienia z szatańskim zaślepieniem. Czyż bowiem zagłada Polaków na Wołyniu i we wschodniej Galicji, podobnie jak zagłada Żydów (a wcześniej Ormian, czy po części również Ukraińców w latach zadekretowanego przez Stalina Wielkiego Głodu, a w naszych czasach – rwandyjskich Tutsi) nie była całopalną ofiarą złożoną na ołtarzu Księcia Ciemności? Zauważmy, że grubo przekroczone zostały wszelkie granice ludzkiej natury. Dlaczego, chociażby, mordowano niemowlęta? Czyż nie rozsądniej było zachować je przy życiu, aby je wychować na ukraińskich janczarów? O, nie! Chodziło wszak o ofiarę całopalną, której składający nic nie zostawia dla siebie. Stąd właśnie nie tylko można, ale wręcz trzeba nazywać rzeź wołyńską holokaustem. Słowo to bowiem w tym kontekście nie stanowi wcale – jak się dziś równie powszechnie co błędnie mniema – synonimu tragedii, lecz adekwatne określenie sytuacji. Oto w latach ostatniej wojny światowej szatan zażądał od swych wyznawców całopalnej ofiary z Żydów i Polaków – holokaustu właśnie – i ta została mu złożona. Dlaczego pomimo posiadania broni palnej oprawcy w większości przypadków posługiwali się prymitywnymi narzędziami zbrodni: nożami, siekierami, drągami, orczykami? Tłumaczenie, że chodziło o oszczędzanie szczupłych zasobów amunicji brzmi ze wszech miar niepoważnie (lepiej już wprost powiedzieć, że ofiary jako „laccy podludzie” nie zasługiwały na kulę…). Prawdziwa przyczyna jednak wydaje się leżeć znacznie głębiej. Rzeź wołyńska nosi wszelkie znamiona mordu rytualnego, a w takim rodzaju mordowania chodzi o to, by się jak najdokładniej unurzać we krwi, by się w niej skąpać, by nią na całym ciele spływać… W zgodzie z narodową tradycją? Stąd wiec dantejskie sceny – chociaż ściślej można by rzec: sienkiewiczowskie. Czyż bowiem relacje wołyńskie nie przywodzą z miejsca na myśl scen opisanych w „Ogniem i mieczem” sześć dekad wcześniej? Przypomnijmy tylko, co przebywający w kozackiej niewoli Jan Skrzetuski oglądał na ulicach opanowanego przez czerń Korsunia, gdzie „tłuszcza ciągle rabowała domy i mordowała każdego, kto się jej wydał Lachem”. „Przez wybite okna widział pan Skrzetuski gromady pijanych chłopów, krwawych, z podwiniętymi rękawami u koszul, włóczących się od domu do domu, od sklepu do sklepu i przeszukujących wszystkie kąty, strychy, poddasza; od czasu do czasu wrzask straszliwy oznajmiał, że znaleziono szlachcica, Żyda, mężczyznę, kobietę lub dziecię. Wyciągano ofiarę na rynek i pastwiono się nad nią w sposób najstraszliwszy. Tłuszcza biła się ze sobą o resztki ciał, obmazywała sobie z rozkoszą krwią twarze i piersi, okręcała szyje dymiącymi jeszcze trzewiami. Chłopi chwytali małe Żydzięta za nogi i rozdzierali wśród szalonego śmiechu tłumów.” Ewentualny zarzut, że to tylko powieść i Sienkiewicz mógł wielu po prostu zmyślić, nie wytrzymuje krytyki. Autor „Trylogii” oparł bowiem jej fabułę o kwerendę wiarygodnych źródeł historycznych i dokumentów z epoki, a z pewnością nie mniej ciekawego materiału w tej kwestii dostarczyła mu późniejsza o wiek koliszczyzna (której dwustupięćdziesiąta rocznica właśnie mija całkiem niezauważenie), wciąż jeszcze w jego czasach żywo pamiętana. „Czy nie wiesz o tym, że na Ukrainie zaczęła się rzeź i szlachty wyrżnięcie? Pod święconymi nożami krew płynie; pop otwiera pierś, a chłop daje cięcie w bijące serce. Cały naród ginie jak w zapalonym przez Boga okręcie” – pisał Juliusz Słowacki w „Beniowskim”. W roku 1768 też doszło do hekatomby – w samym Humaniu ofiarą morderczego szału hajdamaków padło dwadzieścia tysięcy osób, a krew płynęła ulicami. Jaka tego przyczyna? Czy to genius loci tego dziwnego kraju, w którym – jak rzecz trafnie ujął Władysław Łoziński – „krew tańsza od wina, człowiek tańszy od konia (…) w którym łatwo zabić, trudno nie być zabitym”? A może jest coś specyficznego w narodzie ziemię ową od stuleci zamieszkującym? Franciszek Rawita-Gawroński w „Historii ruchów hajdamackich” nie pozostawia wątpliwości, że to „etniczne pierwiastki turańskie tkwiące w krwi ukraińskiego społeczeństwa ruskiego, a wybuchające od czasu do czasu, były jedną z ważniejszych przyczyn rzucających to społeczeństwo w objęcia bezbrzeżnej swawoli i czyniących z niego bardzo niepewny i mało przydatny materiał do pracy państwowej na długo jeszcze”. Na jak długo? Na pewno do roku 1943… Holokaust – złe słowo Ludobójstwo na Wołyniu i we wschodniej Galicji było grą o krew. Mordercom Polaków chodziło o to, by nie zostawić na ziemi, do której rościli sobie wyłączne prawo, ani kropli polskiej krwi. W mojej rodzinie znającej grozę tamtych dni do dziś opowiada się historię ukraińskiego lekarza, który otrzymał „z lasu” nakaz zabicia swej polskiej żony i zrodzonych z niej własnych dzieci. Odmówił i zginął bestialsko zakatowany wraz z nimi – jako jedna z ukraińskich ofiar holokaustu Polaków. Słowo holokaust nie ujmuje niczego tragedii narodu żydowskiego, której nikt zresztą nie zamierza kwestionować. To raczej niektóre środowiska żydowskie za wszelką cenę chciałyby zmonopolizować cierpienie. Ale są również inne środowiska żydowskie, które wzdragają się przed słowem holokaust na określenie tego, co spotkało dzieci Izraela z rąk narodowych socjalistów. Wolą nazywać rzeczy po imieniu słowem Szoa, czyli Zagłada, słusznie dopatrując się w anglojęzycznym określeniu holocaust (notabene w potocznym użyciu oznaczającym przede wszystkim katastrofę obfitującą w liczne ofiary ludzkie) profanacji całopaleń ku czci Jedynego Boga, składanych przez niezliczone pokolenia patriarchów, proroków i królów Izraela. Niestety w języku polskim słowo to, bezmyślnie mielone przy każdej okazji (a i bez okazji) zadomowiło się na dobre. A wszystko dlatego, że wiedza na temat Żydów, ich cywilizacji, kultury i mentalności jest w naszym kraju – nawet w kręgu intelektualistów – praktycznie zerowa. Jerzy Wolak Zobacz także: Przeczytaj także: Wołyń 43. Bohaterowie i rezuny Read more: http://www.pch24.pl/wolyn-1943—holokaust-z-reki-sasiadow,61552,i.html#ixzz5Ky9zk3wD )

Czy tatuaże są dozwolone?

Uzależnienie od tatuażu nie jest nowym zjawiskiem w historii ludzkości. Oszpecanie własnego ciała było spotykane w wielu prymitywnych społecznościach jako znak męstwa, osiągnięć, jako prawdziwy znak honoru.

Czy jednak współczesna praktyka stosowania tatuaży jest możliwa do porównania?

Tatuaże podlegają pod pojęcie samookaleczenia. Samookalecznie jest oczywiście dopuszczalne wtedy, gdy dokonywane jest dla dobra całego ciała, zgodnie z zasadą całości, oznaczającą iż część istnieje dla całości. To zdroworozsądkowe zrozumienie podkreślone zostaje słowami Naszego Pana:

” Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła.”

(Mt. 5, 29)

W związku z tym, nikt nie podważa możliwości poddania organów czy ciała okaleczeniu, zniekształcaniu zewnętrznego wyglądu, będących skutkiem leczenia poważnej lub zagrażającej życiu chorobie, na przykład nowotworu. Jednakże tatuaże są zniekształcaniem ciała skierowanym nie dla jakiegokolwiek dobra, czy to dla dobra ciała czy też duszy. Czy dopuszczalne jest zatem przeprowadzenie takiej kosmetycznej deformacji bez jakiegokolwiek obiektywnego celu, jedynie z tego powodu, iż ktoś po prostu chce tego dokonać?

Moralność zależy od władzy człowieka nad swoim ciałem. Zgodnie ze współczesnym myśleniem, człowiek ma absolutną władzę nad swoim ciałem i może czynić z nim wszystko czego sobie zażyczy. Nie jest to jednak nauczanie Kościoła, gdyż aczkolwiek rozporządzamy naszym ciałem, to należy ono do Wszechmogącego Boga. Nasze panowanie nad naszym ciałem jest ograniczone do używania go do celów, dla jakich zostało stworzone. Było to przedmiotem wyraźnego nauczania papieża Piusa XI, który w encyklice dotyczącej małżeństw chrześcijańskich, potępił samookaleczenie sterylizacji:

Jest to zresztą nauką chrześcijańską i także wynikiem ludzkiego rozumowania, że poszczególny człowiek częściami swego ciała tylko do tych celów rozporządza, do których przez przyrodę są przeznaczone. Nie można ich niszczyć lub kaleczyć lub w jaki inny sposób udaremniać naturalnego ich przeznaczenia, chyba że tego wymaga zdrowie ciała całego.

Casti Connubii – Encyklika Piusa XI

Na zarzuty mówiące, iż tatuaże nie powodują szkody w funkcjonowaniu ciała, należy odpowiedzieć, że każde działanie człowieka musi mieć swój cel opierający się moralności. Nie ma czegoś takiego jak czyn moralnie obojętny. Czyn, który nie jest dobry, jest z konieczności zły. Jeśli nie ma celu w robieniu tatuażu, to mamy do czynienia co najmniej z próżnością, brakiem respektu dla człowieka, żądzą przyciągnięcia ku sobie uwagi lub zaszokowania innych. Ale w każdym z tych przypadków mamy do czynienia z nieuporządkowanymi motywami. Jeśli tatuaż nie jest szlachetny bądź umiarkowany, to jest zły, gorszący i grzeszny. Ten grzech może być powszedni, jeśli tatuaż nie atakuje Boga lub religii, lub nie jest niemoralny w swojej symbolice i jeśli dokonany został w akcie próżności, sam przez się jest powszednim nieuporządkowaniem. Może jednak być grzechem śmiertelnym, jeśli tatuaż jest bluźnierczy lub zaprzeczający religii, lub zastosowany jako bezpośredni atak na Boską władzę nad ciałem człowieka.

Czasami podnoszone są zarzuty, iż nawet żarliwi katolicy mają tatuaże z symbolami krzyży czy innymi symbolami świętymi. W takich przypadkach tatuaż może być wyrażeniem wiary i zewnętrznym zademonstrowaniem świętości ciała, konsekrowanego Wszechmogącemu Bogu poprzez chrzest. Czytamy więc, że św. Jane Frances Fremiot de Chantal wycięła na swojej klatce piersiowej gorącym żelazem święte imię Jezusa Chrystusa. Jednak jest to nadzwyczajna inspiracja świętej. W naszych czasach, najczęściej te symbole są zastosowane jako forma przedrzeźniania i są bardziej symbolem desakralizacji tej świątyni Boga, którą jesteśmy, niż w celu przeciwnym. Odnoszą się najczęściej do subkultury – ateistycznej a czasem pogańskiej. Zniżają one człowieka do poziomu zwierzęcia i mają czysto utylitarne znaczenia.

W tym właśnie tkwi prawdziwe moralne podłoże tatuaży. Stosowane są one w duchu rebelii i generalnie przedstawiają jeden lub więcej aspekt tej rebelii, czasem nieczystej, ordynarnej, brutalnej, wstrętnej, przerażającej, odrażającej, jeśli nie otwarcie bluźnierczej czy diabolicznej. To jest dokładnie ta rebelia przeciw naturalnemu porządkowi, odrzucająca podporządkowanie się człowieka swojemu Stwórcy. Rebelia ta symbolizowana jest w tatuażach, przez które człowiek udaje posiadanie pełnej władzy nad swoim ciałem, oszpeca ciało, które Bóg w swej dobroci powierzył człowiekowi. To jest ta rebelia przeciwko zasadom, przeciwko skromności, rebelia przeciwko wszystkim społecznym oczekiwaniom, przeciwko społecznemu charakterowi człowieka. Właśnie w związku z tym, ten symbol opozycji wobec naturalnego porządku, został zabroniony w przykazaniach Starego Prawa:

” Nie będziecie nacinać ciała na znak żałoby po zmarłym. Nie będziecie się tatuować. Ja jestem Pan!”

Kpł. 19, 28

Jakkolwiek prawa te nie są same w sobie wiążące dla sumienia, to jednak nie były one przypadkowe. Przykazanie aby nie „uszkadzać swojego ciała” jest wymienione razem z takimi zabronionymi czynami, jak konsultowanie się z czarownikami czy wróżbitami, wróżenie ze snów, czy hańbienie swojej córki, nakłaniając ją do nierządu.

Jest zatem aktem rebelii przeciwko nadprzyrodzonemu porządkowi, gdyż tatuowanie symbolizuje człowieka trwającego w swoich prawach do czynienia cokolwiek mu się podoba, bez oddawania czci Swojemu Zbawicielowi. […] Tatuowanie symbolizuje odrzucenie świętości ciała człowieka. Jest symbolem najwyższej rozpaczy tak charakterystycznym dla współczesnego społeczeństwa mówiącego, że nasze życie cielesne jest końcem samym w sobie i nic już poza nim nie ma.

Ks. Peter R. Scott, FSSPX

Tłumaczył Lech Maziakowski /Bibuła/

Dzisiaj mija 75 – ta rocznica zbrodni Wołyńskiej

Dzisiaj obchodzimy 75 rocznicę „krwawej niedzieli” na Wołyniu, wydarzenia, które stało się apogeum pierwszej fazy rzezi wołyńskiej. 11 lipca 1943 roku o świcie UPA, często przy aktywnym współudziale miejscowej ludności ukraińskiej zaatakowała 99 miejscowości, w których żyli Polacy, a dzień później, 12 lipca kolejne 50 miejscowości. Historycy obliczają, że w „krwawą niedzielę” mogło zginąć ok. 8 tys. Polaków, głównie kobiet, dzieci i starców. Ludność polska ginęła od kul, siekier, wideł, noży i innych narzędzi, nierzadko w kościołach podczas mszy św. i nabożeństw.

Lipiec i sierpień 1943 r. stał się okresem największej liczby napadów UPA w trakcie całej rzezi wołyńskiej. Według szacunków badaczy, ludobójstwo na Wołyniu w latach 1943-1945 pochłonęło ok 50-60 tys. polskich ofiar, zaś ukraińskie czystki na Kresach i w Małopolsce Wschodniej od 100 do 200 tys. Polaków oraz niewielką liczbę ratujących ich Ukraińców.

Na mocy uchwały Sejmu z 22 lipca 2016 roku, dzień 11 lipca ustanowiony został jako Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej.

Polecamy Państwu szczególnie stronę zbrodniawolynska.pl, na której znajdą Państwo podstawowe informacje dotyczące zbrodni wołyńskiej. Polecamy też wersję tej strony w języku angielskim: volhyniamassacre.eu

Obejmijmy wszystkie ofiary ukraińskiego ludobójstwa pamięcią i modlitwą.

N I E B O

Nie – bo, nie będziesz miał cudzych bogów przede mną,
Nie – bo, nie można uciec od siebie, i stanąć za własnymi plecami,
Nie – bo, wrzeszcząc nawet w nie – bo głosy, nie zagłuszysz siebie,
Nie – bo, kiedy śpisz, możesz znaleźć się w Niebie, bez Jakubowej
drabiny,
i wrócić odmienionym, w tym samym ciele, z piękną duszą,
która otarła się o niebyt,
Nie – bo, czeka na nią, a Ty masz ją tam doprowadzić do wieczności.
Nie – bo, Bóg jest nieskończonością, i nic się nie może się stać wbrew,
Jego woli,
- bo będzie tak, jak zechce ! -
dla naszego dobra.

Marian Retelski
Warszawa 09/07/2018

Ten rodzaj poezji, każdy ma w sobie,i nie można jej lekceważyć.

A więc klęska

…Ale Żydzi pracują na kolejną falę pogromów.

Gazety izraelskie, w przeciwieństwie do polskich, nie mają wątpliwości, jak ocenić naszą ekspresową rejteradę z ustawy „antydefamacyjnej” (Sejm, Senat i podpis prezydenta w 9 godzin – takiej legislacyjnego rekordu jeszcze nie było!).

„Nie poszliśmy na kompromis, doprowadziliśmy do uchylenia [polskiego] prawa i przywróciliśmy stosunki z Polską”, pochwalił się w „Haaretzu” prowadzący poufne rozmowy z Polską Jakow Nagel – i w tym duchu mniej więcej widzą to wszyscy. Polacy próbowali wybielić swą haniebną przeszłość, wyprzeć się współudziału w holocauście, ale dostali dobrą szkołę i musieli się przyznać. Kto nie wierzy, niech przerzuci choćby same tytuły zachodnich gazet.

PiS usiłuje jednak wmówić swym wyznawcom, że to wielki sukces, obronienie naszej historii przed oszczercami i historyczne pojednanie z Izraelem. Jakoś muszą się z poniesionej klęski wykręcić i zrobić dobrą minę, oczywiście, ale doprawdy, lepiej by było przyznać po prostu uczciwie, że ustawa była bezmyślna i przyjęta bez próby przewidzenia skutków (a mądrzy ludzie ostrzegali!), a nacisk USA tak silny, że po prostu trzeba było rzucić ręcznik na ring, zanim zrobią z nas kompletnie mokrą szmatę.

Można się domyślać, że dziki pośpiech w denowelizacji ustawy o IPN (bo tak chyba należy nazwać ten akt prawny) związany był z zapowiadanym spotkaniem prezydenta USA z prezydentem Rosji – i na miejscu rządzących nie robiłbym z tego tajemnicy. Trudno, daliśmy ciała, ale tylko kapitulacja pozwoliła uniknąć kompletnego pogromu. Teraz trzeba wstać z desek, otrzepać się – alleluja i do przodu.

I, przede wszystkim, pomyśleć. Powodem, dla którego od lat zdzieram pióro, wojując z romantycznym brązownictwem polskiej historii, dla którego napisałem bolesne książki o fałszywości mitu Września 1939 i legendy Piłsudskiego, jest to, że ten kretyński nawyk brązowienia i uwznioślania popełnionych błędów, bagatelizowania, a wręcz niedostrzegania klęsk, skazuje nas na ich ciągłe powtarzanie.

No bo jeśli człowiek nie przyznaje do wiadomości, że dostał w nos, i że to źle, jeśli z godnym psychopaty uporem wmawia sobie, że obita gęba to powód do dumy, moralne zwycięstwo, przewrotny dowód naszej wyższości nad niemoralnym, “kupieckim” światem czniającym wyższe wartości – to i nie może wyciągnąć żadnych wniosków i niczego się nauczyć.

Ale zostawmy dziś to miotanie grochem o ścianę polskiej niedojrzałości i przyjrzyjmy się raczej Żydom, zwycięzcom wojny o to, czemu oni sami, narzucili nazwę “polish holocaust law”. Premier Izraela to polityk bezwzględny, dla dobra Żydów, tak, jak je rozumie, gotów nawet do zbrodni – bo czymże innym jest rozkaz rozstrzeliwanie uczestników protestów, uzbrojonych tylko w kamienie, przez snajperów? (Nawiasem mówiąc, umieraliśmy z oburzenia, gdy to samo robili snajperzy Janukowycza [czy kogoś-tam… MD], choć ci przynajmniej oszczędzali kobiety i dzieci – a dziś przedstawiciele władzy zachwycają się, że “nasze relacje z Izraelem weszły na wyższy poziom”; no ale Janukowycz był ruski, a Netanjahu jest amerykański).

Rozjechanie polskich nieudaczników to dla niego tyle co zjeść koszerną bułkę z masłem, zwłaszcza, gdy sami się podłożyli, a potem wykazali krańcową nieudolnością, brakiem broni, strategii i nawet woli walki, bo przecież uparcie chcemy wierzyć, że to wszystko tylko nieporozumienie. “Rozgrywka z nimi to nie żadna polityka, to wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse”.

Natajlahu wygrał, Polska za cenę chwilowego zaprzestania spuszczania jej bącek i kilku słodkich słówek, podpisała deklarację, otwierającą drogę do wyciśnięcia z niej miliardów za “mienie bezspadkowe” po ofiarach holocaustu. Ma się z czego cieszyć, i jeśli tego nie robi, to dlatego, że wsparcie żydowskich roszczeń jest w jego działaniach stosunkowo mało ważne, prawdziwym wyzwaniem jest zniszczenie rodzącej się potęgi Iranu i korzystne dla Izraela ułożenie balansu sił w regionie z uwzględnieniem ambicji Rosji, Turcji i Arabii Saudyjskiej.

Ale, może to nie moja sprawa, ale powiem – na miejscu Żydów wcale bym się z tego triumfu nie cieszył.

Bynajmniej. Gdybym był Żydem, to po każdym takim triumfie a la Natanjahu byłbym coraz bardziej przerażony.

Bo, jakkolwiek okropnie to zabrzmi – realizując bezwzględnie swe roszczenia (oczywiste prawa, we własnym przekonaniu)

Żydzi pracują krok po kroku jeśli nie na kolejny holocaust, to na pewno na kolejna falę pogromów.

Żydzi pracują krok po kroku jeśli nie na kolejny holocaust, to na pewno na kolejna falę pogromów.

Na miejscu samych Żydów naprawdę poważnie bym się zastanowił nad zasadniczym błędem, jaki popełnili, zeświecczając się na rzecz “religii holocaustu” i na niej wychowując swe kolejne pokolenia w duchu: jesteśmy ofiarą odwiecznej nienawiści, wszyscy są przeciwko nam, musimy nienawidzić wszystkich i być bezwzględni, bo inaczej znowu zbudują nam piece. Ta postawa sprawia, że Żydzi rzeczywiście są w świecie coraz bardziej nienawidzeni – choć upadające białe społeczeństwa, a przynajmniej ich elity, sterroryzowane polit-poprawnością boją się tę nienawiść artykułować otwarcie.

Ale one są coraz mniej wpływowe. Coraz bardziej wpływowi za to są w Europie muzułmanie, w Ameryce czarni – jedni i drudzy nienawidzący Żydów nienawiścią równie zwierzęcą, jak tak, która musiała kierować Horstem Wesselem i jego towarzyszami. I jedni i drudzy nie mający wobec nich żadnych kompleksów w związku z holocaustem. Na nich to, co nakazuje Żydom ich świecka religia, czyli ciągłe ustawianie holocaustu w centrum dziejów i czynienie zeń archetypicznej zbrodni oraz winy, której ludzkość nigdy nie odpokutuje, działa inaczej.

Uczy, że z Żydem po prostu nie da się normalnie żyć – albo go prześladujesz, albo musisz bez ustanku korzyć się i przepraszać za dawne prześladowania.

Ta nienawiść wybuchnie, wymieranie resztek europejskiej, post-chrześcijańskiej cywilizacji nie pozostawia co do tego wątpliwości. I oczywiście nie dotknie ona ludzi pokroju Natanjahu czy chciwych nowojorskich gangsterów z “holocaust industry”, tuczących się miliardami za “bezspadkowe mienie” po ofiarach, których cierpienia, gdy zbrodnia się działa, ich bezpośrednich przodków w najmniejszym stopniu nie wzruszały.

Po raz kolejny “za zbrodnie Trockich zapłacą Bronsteinowie” – tak jak już dziś za snajperów z Gazy płacą zupełnie przypadkowi Żydzi na berlińskich ulicach czy paryskich przedmieściach.

Nie miejcie do mnie pretensji – ja tylko mówię, co będzie. Kiedy dwadzieścia parę lat temu pisałem swoje opowiadania SF o Europie 2020, zalanej imigrantami i uciekinierami, sparaliżowanej politycznie i wymierającej, o pogrążonej w wojnie Ukrainie i zamordyzmie wprowadzanym przez monopolizujące internet korporacje, też nikt tego nie traktował poważnie. To sobie teraz kupcie, poczytajcie, i zobaczcie.

Ja tylko mam takie pytanie do tych wszystkich mędrków, którzy tak ochoczo wyrzucają nam, Polakom, że “mogliśmy więcej zrobić” dla Żydów, gdy ich na naszych ziemiach mordowano. Pytanie brzmi: a co wy zrobicie, kiedy zaczną ich mordować u was za kilkanaście, a może już kilka lat? Gdy wyznawcy Allaha ogłoszą, że nie tylko za bezpośrednią pomoc, ale nawet za wasze ulubione pajacowanie z kredkami albo świecami czy inne formy “solidarności” będą bezlitośnie odcinać łby? Znajdziecie wtedy w sobie odwagę? Bo jakoś jej za grosz nie widzę.

Tak tylko pytam.

Rafał Ziemkiewicz

Źródło:Bibuła.com

Polscy katolicy pod sztandarem Maryi. Podpisano deklarację Konfederacji Gietrzwałdzkiej.

W warszawskiej katedrze św. Jana miało miejsce podpisanie deklaracji Konfederacji Gietrzwałdzkiej. Inicjatywa skupia katolików, kontrrewolucjonistów, którzy chcą dążyć do budowy niepodległej, katolickiej Wielkiej Polski. Wśród sygnatariuszy deklaracji znaleźli się prawicowi politycy oraz publicyści.

„Jesteśmy kontrrewolucjonistami. Stoimy po stronie wiecznego, zdrowego porządku. Przeciwko zarazie utopijnej ideologii. Stoimy na gruncie cywilizowanego prawa naturalnego, przeciwko rewolucyjnemu terrorowi” – brzmi fragment deklaracji. Sygnatariusze dokumentu podkreślają, że jednym z głównych punktów odniesienia ich działalności są objawienia Matki Bożej w Gietrzwałdzie w 1877 roku. W deklaracji zwrócono uwagę na to, że Matka Boża przepowiedziała odzyskanie niepodległości przez Polskę, której niestety poprzez zaniedbania nie udało się obronić w 1939 roku. Przesłanie Matki Bożej z Gietrzwałdu ma być także drogowskazem w budowie katolickiej Wielkiej Polski.

Inicjatywa jest skierowana do osób pracujących dla sprawy niepodległej i katolickiej Polski, niezależnie od stanu i własnej działalności. W akcie podpisania deklaracji uczestniczyli prawicowi politycy, a także publicyści. Wśród nich m.in. Robert Winnicki oraz Krzysztof Bosak z Ruchu Narodowego oraz dr Stanisław Krajski. Deklarację uczestnictwa w Konfederacji Gietrzwałdzkiej złożył w katedrze również reżyser Grzegorz Braun, który jest także jednym z głównych inicjatorów przedsięwzięcia.

„Niniejszym przede wszystkim zobowiązujemy się do obrony nieuszczuplonego depozytu świętej wiary katolickiej, zachowanej przez wielowiekową tradycję Kościoła. Zobowiązujemy się bronić naszych kapłanów przed wszelkimi zamachami i zakusami zmierzającymi do zakwestionowania ich władzy duchowej i uszczuplenia środków koniecznych do działania. Zobowiązujemy się do ochrony życia ludzkiego, w jego naturalnych wyznaczonych przez Boga granicach. Odrzucamy bezbożne koncepcje segregacji skutkujące wykluczeniem lub wprost samobójstwem. Odrzucamy eugenikę, aborcję i eutanazję” – czytamy w treści deklaracji Konfederacji Gietrzwałdzkiej.

Sygnatariusze dokumentu zwracają uwagę na konieczność chronienia dzieci i młodzieży przed atakami ze strony rewolucyjnych ideologów. „Upominamy się o wolność i bezpieczeństwo dzieci i młodzieży od przymusu urzędowej demoralizacji i dezinformacji, które przychodzą ze strony instytucji państwowych, np. podczas propagandy tzw. multikulturalizmu, quasireligijnego ekologizmu czy pseudonaukowego genderyzmu” – napisano w deklaracji.

W dokumencie zwrócono także uwagę na konieczność ochrony i poszanowania świętej instytucji małżeństwa, respektowanie praw rodzicielskich, a także nienarzucanie w sprawach wychowania jakichkolwiek arbitralnych procedur. Sygnatariusze podkreślają także konieczność sprzeciwiania się ideom laickiego republikanizmu. Domagają się również realizacji misji dziejowej Polski i cywilizacji chrześcijańskiej. W deklaracji zapewniono również o konieczności zapewnienia Polakom prawa do posiadania broni, a także utrzymania własnej waluty, aby budować niezależność finansową Polaków i gospodarki.

„Jesteśmy polskimi państwowcami. Niepodległe państwo narodowe, polski interes narodowy i polska racja stanu to są dla nas pojęcia bynajmniej abstrakcyjne, ale najlepiej opisujące nasze polityczne aspiracje. Wielka Polska Katolicka, gościnna i otwarta na współpracę – owszem, ale przecież służąca przede wszystkim zabezpieczająca Polaków w ich doczesnym bycie i w dążeniu do życia wiecznego” – podkreślono w akcie Deklaracji Gietrzwałdzkiej.

–Źródło: Polonia Christiana