OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

marian44

O rzeczach, które nie pasują do siebie

 

Jest wokół nas coraz więcej rzeczy, które do siebie nie pasują. Wpychają się one nawet do naszego wnętrza, łącząc się w egzotyczne pary lub tercety. Burząc porządek, wywołując niepokój.

Nie, nie to jest problemem, że rzeczy, które do siebie nie pasują istnieją. Niech sobie będą. Istotne jest, że łączy się je ze sobą i każe nam się przyjmować je jako całość. A jednak nie są one i nie mogą być całością. Połączenie ich jest czymś sztucznym, nieprawdziwym. Sprzeczności nie da się połączyć.

Taką źle dobraną i zupełnie nieprawdziwą parą są wznoszone do góry polskie flagi, radość i duma młodych ludzi z powodu niepodległości Polski, pieśni patriotyczne, modlitwa podczas osławionego Marszu w Warszawie – a wraz z nimi okrzyki jakby z zupełnie innej opowieści. Wykrzyczane chrapliwym, nienaturalnym głosem, brutalne, prymitywne hasła, w których kogoś się nienawidzi, komuś źle się życzy. A jeśli do tego ci, którzy wznoszą te okrzyki głupawo uśmiechają się do kamer, całość jest do kwadratu źle sklejoną tandetą, żałosnym falsyfikatem. To nie „faszyzm”, jak upiera się podrajcowana brukselska gawiedź,wystrojona w drogie garnitury, i doczepieni do niej zdrajcy naszego państwa, to podróbka udająca oryginał.

Nie pasuje do siebie w żadnym wypadku radość i duma z wolnej Polski i manifestacja złych uczuć wobec innych ludzi. Całość taka przygnębia, nuży, męczy, zniechęca – tak jest zawsze, gdy ma się do czynienia z połączeniem grubą fastrygą obcych, nie pasujących do siebie elementów. Chce się ziewać, chce się odejść – pomimo tylu efektów specjalnych.

 

Wojciech Kossak - Kościuszko pod Racławicami

Wojciech Kossak – Kościuszko pod Racławicami

 

Nie pasuje do sobie także, bo jest smutnym przykładem kiczowatego patchworka, połączenie uroczystej Mszy św. w katedrze gnieźnieńskiej z okazji odzyskania niepodległości – w jednej z najstarszych i najpiękniejszych w Polsce świątyń – i powtykane w kazanie (wygłoszone przez jednego z najważniejszych polskich hierarchów) przytyki, że my, Polacy mało mamy zrozumienia dla ludzi z odległej części świata. Ludzi, których czyjś projekt polityczny, oparty o utopijną wizję globalnego społeczeństwa, wpycha na siłę do Europy. Używa się do tego celu całego wachlarza zastępczych argumentów – od sentymentalnych, „humanitarnych”, po gospodarcze i religijne. Rzekomo nie umiemy „kochać”, rzekomo jesteśmy „zamknięci”, rzekomo nasza wiara jest „słaba”. Plątanina wątków, jak niechlujny splot grubych i cienkich nici, oraz rosochatych gałęzi i zapiaszczonych korzeni, które upleść mają jedną materię, tworzy osobliwy produkt. Rozłazi się to w oczach, rwie i strzępi przy najlichszym powiewie.

Nie pasują główne uroczystości religijne z okazji Święta Niepodległości w Warszawie i wybór na nie – wcale nie któregoś z pięknych starych warszawskich kościołów czy dostojnych katedr – ale architektonicznego potworka, jakim jest Świątynia Opatrzności. Budynek, który mógłby być wszystkim: bunkrem, magazynem zboża albo nawozów sztucznych, obiektem  wojskowej technologii, czapką monstrualnego krasnala – tylko nie świątynią katolicką. Uderzający przykład pretensjonalnej brzydoty, pomnik zniszczenia przez modernistyczną ideologię całego piękna, dostojeństwa, harmonii i proporcji w sztuce. Casus całkowicie zdesakralizowanego budownictwa, które nie sposób nazwać inaczej jak „opakowanie na lud boży”, który odbywa tu swoje pompatyczne i megalomańskie „akademie ku czci” (własnej), a nie miejsce, gdzie oddaje się cześć prawdziwemu Bogu. Zniweczenie i porzucenie wszystkich symboli, których obecność wyznaczała i porządkowała przestrzeń sakralną w chrześcijańskiej kulturze przez prawie tysiąc lat, znalazło tu jaskrawe, wręcz podręcznikowe odzwierciedlenie.

 

Sanktuarium w Kalwarii Pacławskiej (fot. blog Wycieczki po Polsce)

Sanktuarium w Kalwarii Pacławskiej (fot. blog Wycieczki po Polsce)

Idąc ulicami mojego miasta natknęłam się na olbrzymi plakat reklamujący Akademię Tańca. Zdjęcie na plakacie przedstawia półnagiego, opalonego mężczyznę dźwigającego na plecach półnagą kobietę o równie brązowej skórze. Mężczyzna był przygięty, jakby wchodził do jakiejś jaskini. Oboje mieli dziki i przerażony wzrok. Czy ktoś mógłby wyjaśnić dzieciom i młodzieży, którzy dziś tak chętnie zapisują się do wszelkiego rodzaju szkół, na kursy i warsztaty tańca, że ten dziwaczny montaż składa się z elementów, które kompletnie do siebie nie pasują? Nie pasują do tego, co w naszej kulturze oznacza „taniec” oraz „akademia”. Są cytatem z „kultury” całkowicie nam Polakom, obcej, pierwotnej, prehistorycznej. To wtedy – tak przynajmniej twierdzą ewolucjoniści oraz ilustracje w atlasach, które mają ukazać „pochodzenie człowieka od małpy” – chodziliśmy półnadzy, przygarbieni; kobiety były łupem mężczyzn i noszone były na plecach jak upolowana zwierzyna.

Nie pasujących do siebie rzeczy jest w naszym otoczeniu rzecz jasna więcej. Wszystkie te niedobrane pary, niewłaściwe skojarzenia, błędne i fałszywe połączenia, wewnętrznie sprzeczne sojusze, oparte o arbitralne przeświadczenia ludzi, na których myśleniu zaciążyła pycha, chcą zawładnąć naszą wyobraźnią i naszym myśleniem, narzucić nam przekonanie, że wyrastamy z rzeczywistości zupełnie innej niż potwierdza to cała nasza kulturowa i religijna tradycja, cała nasza historia. Że naszym domem, fundamentem naszej kultury jest jakaś spreparowana mieszanina pogaństwa, barbarzyństwa, pierwotności, dzikości i brzydoty. Cały nasz dorobek cywilizacyjny – piękno, dostojeństwo, harmonia, szacunek dla sacrum, poświęcenie, logika, a także dobre maniery, rewerencja wobec kobiet, elegancja, umiar – wzięte zostaje w ten sposób w wielki, pokraczny nawias rzekomej nowoczesności.

 

Józef Brandt - Bogurodzica

Józef Brandt – Bogurodzica

Nie peszmy się tymi wszystkimi wysiłkami, które wchodzą najwyraźniej w ostrą fazę. Pozostańmy sobą, katolikami, Polakami, Europejczykami. Nasza przeszłość, choć pełna ludzkich błędów, jest powodem do uzasadnionej dumy; cywilizacja łacińska, której jesteśmy spadkobiercami, jest szczytem, na jaki wzniósł się ludzki umysł. Nasza wiara, nasza religia jest prawdą objawioną przez Boga. Nasza kultura, przede wszystkim architektura i sztuka sakralna, jest niedościgłym wzorcem piękna. Nie ma i nie będzie innej prawdy, innego piękna, innej harmonii, innej historii.

Gdy przestaje się pojmować człowieka jako stworzonego przez Boga i winnego oddawać Bogu to, co boskie, a więc należną mu cześć i posłuszeństwo, a traktuje się go jako produkt ewolucji, trudno się dziwić, że zanika nieuchronnie samo piękno. Piękno, którego źródło znajduje się poza nami, a my, w naszych duszach, nosimy jedynie jego daleki odblask.

Gdy człowiek opiera się tylko na sobie, gdy odblask ten usiłuje zgasić, gdy staje się dobrowolnie elementem czyichś projektów socjotechnicznych, jest w stanie zamiast sztuki tworzyć tylko krzyczący, nagi, kompromitujący go kicz

Ewa Polak-Pałkiewicz.

 

 

 

500 lat protestantyzmu: 35 absurdalnych cytatów z Marcina Lutra

Nie sposób zrozumieć godnych pożałowania owoców reformacji, jeśli nie zbadamy wpierw korzeni drzewa, które zrodziło tak zgniłe owoce.

Zatem zacznijmy od samego początku, a więc od tego co działo się w głowie Marcina Lutra. Ojciec protestantyzmu mówił i pisał bowiem rzeczy, w które do dziś wprost trudno uwierzyć.

Marcin Luter o godności i majestacie Boga

1. „Nie ma znaczenia, jak zachowywał się Chrystus – liczy się tylko to, czego nauczał” (źródło: Erlangen, tom. 29, s. 126).

Marcin Luter o Dekalogu

2. „Jedyny cel [Dekalogu] to pokazanie człowiekowi niemożności czynienia przez niego dobra i nauczenie go rozpaczania nad sobą” (źródło: Henri Denifle, Luther et Lutheranisme. Etude Faite d’apres les sources, tłum. J. Paquier, A. Picard, Paris 1912-13, tom. III, s. 364).

3. „Musimy usunąć Dekalog z oczu i z serca” (źródło: De Wette 4, 188).

4. „Jeśli dopuścimy, by on – Dekalog – miał jakikolwiek wpływ na nasze sumienie, stanie się on przykrywką całego zła, herezji i bluźnierstw” (źródło: Comm. ad Galat, s. 310).

5. „Ważniejsze jest strzec się przed dobrymi uczynkami niż przed grzechem” (źródło: Tischreden, wyd. wittenberdzkie, tom. VI, s. 160).

Marcin Luter i materialna konieczność dobrych uczynków

6. „Dobre uczynki są złe i są grzechem, jak pozostałe” (źródło: Henri Denifle, Luther et Lutheranisme. Etude Faite d’apres les sources, tłum. J. Paquier, A. Picard, Paris 1912-13, tom. III, s. 47).

7. „Nie ma zgorszenia większego, bardziej niebezpiecznego, bardziej jadowitego niż dobre życie zewnętrzne, objawiające się dobrymi uczynkami i pobożnym sposobem życia. Jest to wspaniała brama, droga, która wiedzie do potępienia” (źródło: Henri Denifle, Luther et Lutheranisme. Etude Faite d’apres les sources, tłum. J. Paquier, A. Picard, Paris 1912-13, tom. II, s. 128).

Marcin Luter o znaczeniu wolnej woli

8. „(…) jeśli chodzi o Boga i o wszystko, co wywiera wpływ na zbawienie lub potępienie, [człowiek] nie ma wolnej woli, ale jest jeńcem, więźniem i niewolnikiem pańszczyźnianym albo woli Boga, albo woli szatana” (źródło: esej Bondage of the Will, [w:] Martin Luther: Selections From His Writings, red. John Dillenberger, Anchor Books, 1962, s. 190).

9. „Człowiek jest jak koń. Bóg wskakuje w siodło? Koń jest posłuszny i dostosowuje się do każdego ruchu Jeźdźca i idzie tam, gdzie On chce. Bóg rzuca wodze? Wówczas szatan wskazuje na grzbiet zwierzęcia, które pochyla się, idzie i poddaje ostrogom i kaprysom swojego nowego jeźdźca. (…) Zatem konieczność, a nie wolna wola, jest kontrolującą zasadą naszego postępowania. Bóg jest autorem tego, co złe, jak również tego, co dobre; a jak obdarza szczęściem tych, którzy na to nie zasługują, tak również faktycznie potępia tych, którzy nie zasługują na swój los” (źródło: De Servo Arbitrio, 7, 113 seq., cyt. P.F. O’Hare, [w:] Facts About Luther, TAN Books, 1987, s. 266-267).

10. „Jego [Judasza] wola była dziełem Boga; Bóg swoją wszechmocą poruszał jego wolą, tak jak wszystkim, co jest na tym świecie” (źródło: De servo Arbitrio, przeciwko wolnej woli człowieka)

11. „Żaden dobry uczynek nie jest wynikiem czyjejś własnej mądrości, ale wszystko musi się dziać w otępieniu. (…) Rozum należy odrzucić, gdyż jest on wrogiem wiary” (źródło: Tischreden, Weimar, VI, 143, 25-35).

Marcin Luter o życiu chrześcijańskim

12. „Bądź grzesznikiem i niech twoje grzechy będą ogromne, ale niech twoja ufność w Chrystusa będzie silniejsza i raduj się w Chrystusie, który jest zwycięzcą nad grzechem, śmiercią i światem. Będziemy grzeszyć przebywając tutaj, gdyż to życie nie jest miejscem, gdzie mieszka sprawiedliwość. (…) Żaden grzech nie może nas od Niego odłączyć, nawet gdybyśmy mieli tysiące razy każdego dnia zabić czy popełnić cudzołóstwo” (źródło: Let Your Sins Be Strong, [w:] The Wittenberg Project, The Wartburg Segment, tłum. Erika Flores, [w:] Dr. Martin Luther, Sämmtliche Schriften, list nr 99, 1 VIII 1521. – por. także Henri Denifle, Luther et Lutheranisme. Etude Faite d’apres les sources, tłum. J. Paquier, A. Picard, Paris 1912-13, t. II, s. 404).

13. „Nie pytaj o nic swojego sumienia, a jeśli przemówi, nie słuchaj go; jeśli będzie nalegać, zdław je, zabawiaj się; jeśli to konieczne, popełnij jakiś dobry duży grzech, aby je odpędzić. Sumienie to głos szatana, a koniecznie należy zawsze robić coś wprost przeciwnego do tego, czego chce szatan” (źródło: J. Dollinger, La Reforme et les resultants qu’elle a produits, tłum. E. Perrot, Gaume, Paris 1848-49, tom. III, s. 248).

Marcin Luter o karze śmierci i miłosierdziu

14. „Jeśli ktoś uczyłby doktryn sprzecznych z artykułami wiary wyraźnie ugruntowanymi w Piśmie Świętym i w które wierzy cały świat chrześcijański, takimi jak artykuły, których uczymy dzieci w credo – na przykład, gdyby ktoś nauczał, że Chrystus nie jest Bogiem, ale zwykłym człowiekiem i podobnym innym prorokom, jak utrzymują Turcy i anabaptyści – takich nauczycieli nie należy tolerować, ale karać jako bluźnierców. (…) Według tej procedury nikogo nie zmusza się do wierzenia, gdyż może wierzyć w to, co chce; ale nie wolno mu nauczać i bluźnić” (źródło: Luther’s Works, tom. XIII, 61-62).

15. „To, że wywrotowe artykuły doktryny powinno się karać mieczem, nie wymaga dalszych dowodów. Jeśli chodzi o resztę, anabaptyści utrzymują zasady odnoszące się do chrztu niemowląt, grzechu pierworodnego i natchnienia, które nie mają związku ze Słowem Bożym i są w istocie mu przeciwne. (…) Władze świeckie są także zobowiązane powstrzymać i otwarcie karać fałszywe doktryny. (…) Pomyślmy bowiem: jaka klęska by nastąpiła, gdyby dzieci nie były chrzczone? (…) Poza tym anabaptyści oddzielają się od kościołów (…) i ustanawiają posługę i zgromadzenia własne, co jest także przeciwne przykazaniu Boga. Biorąc to wszystko pod uwagę, jasne się staje, że władze świeckie są zobowiązane wymierzać przestępcom karę cielesną. (…) Także, kiedy jest to przypadek utrzymywania jakiejś duchowej zasady, takiej jak chrzest niemowląt, grzech pierworodny i niekonieczna separacja, wówczas (…) konkludujemy, że (…) upartych sektarian należy uśmiercać” (źródło: pamflet z roku 1536, [w:] Johannes Janssen, History of the German People From the Close of the Middle Ages, 16 tomów, tłum. A.M. Christie, B. Herder, St. Louis 1910 [orgy. 1891], t. X, s. 222-223).

Marcin Luter o sprawiedliwości społecznej

16. „Chłopi nie lepsi są od słomy. Nie usłyszą słowa i są pozbawieni rozsądku; zatem należy ich przymusić do słuchania trzaskiem bicza i świstem kul i to jedyna rzecz, na którą zasługują” (źródło: Erlangen, t. 24, s. 294).

17. „Zabić chłopa to nie morderstwo; to pomoc w gaszeniu pożaru. Niech nie będzie półśrodków! Zmiażdżyć ich! Podciąć im gardła! Przebić ich. Nie zostawiajcie kamienia na kamieniu! Zabić chłopa to zniszczyć wściekłego psa!” – „Jeśli mówią, że jestem bardzo surowy i niemiłosierny, niech szlag trafi miłosierdzie! Niech każdy, kto może, dźga ich, dusi i zabija jak wściekłe psy” (źródło: Erlangen, t. 24, s. 294).

18. „Jak poganiacze osłów, którzy muszą nieustannie okładać osły kijem i batem, gdyż inaczej nie będą posłuszne, tak władcy muszą postępować z ludem; muszą pędzić go, bić, dławić, wieszać, palić, ścinać głowy i torturować, aby budzić lęk i hamować lud” (źródło: Erlangen, t. 15, s. 276).

Adolf Hitler Marcin Luter o miłowaniu Żydów

19. „Moja rada, jak powiedziałem wcześniej, jest taka: Po pierwsze, by spalić ich synagogi, a każdy, kto może, niech rzuca siarkę i smołę; byłoby dobrze, gdyby ktoś mógł także dorzucić nieco ognia piekielnego. (…) Po drugie, żeby wszystkie ich księgi – ich modlitewniki, ich pisma talmudyczne, a także całą Biblię – im zabrać, nie zostawiając ani kartki, a zachować je dla tych, którzy mogą się nawrócić. (…) Po trzecie, by zabronić im pod karą śmierci sławienia Boga, dziękczynienia, modlitwy i publicznego nauczania wśród nas i w naszym kraju. (…) Po czwarte, by zabronić im wypowiadania imienia Boga w zasięgu naszego słuchu. Albowiem nie możemy słuchać tego w dobrej wierze ani tolerować. (…) Ten, kto usłyszy to imię [Boga] wypowiedziane przez Żyda, musi poinformować władze albo obrzucić go świńskim łajnem, gdy go zobaczy i gonić go” (źródło: Martin Luther, On the Jews and Their Lies, tłum. Martin H. Bertram, Fortress Press 1955).

20. „Spalić ich synagogi. Zabronić im wszystkiego, o czym wspomniałem wyżej. Zmusić ich do pracy i traktować ich z wszelakiego rodzaju surowością, tak jak uczynił to Mojżesz na pustyni, gdy zabił trzy tysiące. (…) Jeśli to nie zadziała, musimy gonić ich jak wściekłe psy, aby nie stać się współuczestnikami ich wstrętnego bluźnierstwa i wszystkich ich przywar i po to, abyśmy nie zasłużyli na gniew Boga i nie zostali potępieni wraz z nimi. Wykonałem swoją powinność. Niech każdy zadba o wypełnienie swojej. Ja jestem usprawiedliwiony” (źródło: About the Jews and Their Lies, cyt. P.F. O’Hare, The Facts About Luther, TAN Books 1987, s. 290).

21. „Gdybym miał ochrzcić Żyda, zabrałbym go na most nad Łabą, powiesił kamień u jego szyi i zepchnął go ze słowami: Chrzczę ciebie w imię Abrahama” (źródło: Hartmann Grisar, Luther, t. V, s. 413).

22. „Żydzi zasługują na to, by wieszać ich na szubienicy siedem razy wyżej od zwykłych złodziei” (źródło: Weimar, t. 53, s. 502).

Marcin Luter na temat świętości i godności małżeństwa

23. „Jeśli mąż nie ma ochoty, jest inny, który ma; jeśli żona nie ma ochoty, wówczas niech przyjdzie pokojówka” (źródło: Of Married Life).

24. „Przypuśćmy, że doradziłbym żonie impotenta (za jego zgodą), by oddała się innemu, powiedzmy: bratu męża, ale by zachowała ten mariaż w tajemnicy i przypisała dzieci tzw. domniemanemu ojcu. Rodzi się pytanie: Czy taka kobieta jest w stanie, który gwarantuje zbawienie? Moja odpowiedź: z pewnością” (źródło: On Marriage).

25. „Nie jest sprzeczne z Pismem Świętym, by mężczyzna miał kilka żon” (źródło: De Wette, t. 2, s. 459).

26. „Słowo i dzieło Boga jest całkiem jasne, to znaczy, że kobiety są stworzone po to, aby być albo żonami, albo prostytutkami” (źródło: On Married Life).

27. „Mimo całego dobra, jakie mogę powiedzieć o życiu małżeńskim, nie przyznam naturze tyle, by poświadczyć, że nie ma w nim grzechu (…), żadna powinność małżeńska nie jest nigdy pozbawiona grzechu. Powinność małżeńska nigdy nie jest wypełniana bez grzechu” (źródło: Weimar, t. 8, s. 654. Innymi słowy dla Lutra akt małżeński jest „grzechem, który niczym się nie różni od cudzołóstwa”, ibid. Jaki jest zatem, możecie się spytać, cel małżeństwa dla Lutra? Luter stwierdza, że jest nim po prostu zaspokojenie swoich żądz seksualnych: „Ciało domaga się kobiety i musi ją mieć”, albo: „Małżeństwo jest lekarstwem na cudzołóstwo” – Hartmann Grisar, Luther, t. IV, s. 145).

Marcin Luter o równości i moralizowaniu

28. „Jakąż krzywdę mogłoby to wyrządzić, gdyby człowiek powiedział dobre, mocne kłamstwo w godnej sprawie i dla dobra kościołów chrześcijańskich?” (źródło: Lenz, Briefwechsel, t. 1, s. 373)

29. „Kłamać z konieczności albo dla wygody, albo usprawiedliwiając się – takiego kłamstwa nie będzie się traktować jako rzeczy przeciwnej Bogu; był On gotów wziąć takie kłamstwa na siebie” (źródło: Lenz, Briefwechsel, t. 1, s. 375).

Marcin Luter i pokora

30. „Św. Augustyn czy św. Ambroży nie mogą się ze mną równać” (źródło: Erlangen, t. 61, s. 422).

31. „To, czego nauczam i co piszę, pozostaje prawdą, nawet gdyby cały świat miał z tego powodu rozpaść się na kawałki” (źródło: Weimar, t. 18, s. 401).

Marcin Luter o wartości Pisma Świętego

32. „Moim zdaniem ona [księga Apokalipsy] nie nosi na sobie piętna charakteru apostolskiego ani prorockiego. (…) Każdy może ukształtować swój sąd o tej księdze; jeśli chodzi o mnie, to czuję do niej wstręt i jest to dla mnie wystarczający powód, by ją odrzucić” (źródło: Sammtliche Werke, 63, s. 169-170, [w:] P.F. O’Hare, The Facts About Luther, TAN Books, 1987, s. 203).

33. „Jeśli wasz papista drażni was tym słowem („sama” – Rz 3,28), powiedzcie mu wprost, że dr Marcin Luter tak uważa: papista i osioł to jedno i to samo. Ktokolwiek nie przyjmie mojego tłumaczenia, niech traktuje je lekceważąco: diabeł podziękuje temu, kto krytykuje je bez mojej woli i wiedzy. Luter tak to przyjmuje, a jest on doktorem przewyższającym wszystkich doktorów w całym papiestwie” (źródło: Amic. Discussion, 1, 127, [w:] P.F. O’Hare, The Facts About Luther, TAN Books 1987, s. 201. Por. także J. Dollinger, La Reforme et les resultants qu’elle a produits, tłum. E. Perrot, Gaume, Paris 1848-1849, t. III, s. 138).

34. „Historia o Jonaszu jest tak potworna, że całkowicie niewiarygodna” (źródło: P.F. O’Hare, The Facts About Luther, TAN Books 1987, s. 202).

35. „(…) list św. Jakuba jest listem pełnym słomy, gdyż nie zawiera nic ewangelicznego” (źródło: Preface to the New Testament, red. Dillenberger, s. 19. – Por. także Jean Janssen, L’Allemagne et la Reforme, tłum. E. Paris, Plon 1887-1911, t. II, s. 218.

David L. Gray

Źródło: saintdominicsmedia.com

Tłum. Jan J. Franczak

 

 

Śmierć. Błogosławiona brama do raju

Rozmyślajmy często o śmierci, nie z rozpaczą pogan czy jako o końcu naszej egzystencji, jak ateiści, ale jako o błogosławionej bramie, którą wkraczamy do raju. Ujrzymy wówczas, dlaczego św. Paweł stwierdza, że śmierć została pokonana zmartwychwstaniem Chrystusa: „Zwycięstwo pochłonęło śmierć. Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?”.

Śmierć

Rozpatrzmy kilka znaczących przykładów dla refleksji na temat śmierci. Pomogą one nam lepiej zrozumieć ten straszliwy krok, który musimy wszyscy zrobić.

Wolter

W eleganckim pokoju pięknego osiemnastowiecznego francuskiego domu, pełnego ornamentów, delikatnych zdobień, jedwabnych zasłon i obitych tapicerką krzeseł umiera pod baldachimem olbrzymiego łoża stary człowiek. Jest chudy i wymizerowany. Bardzo inteligentny, nawet genialny, ale bezbożny i sarkastyczny. Posiadał iście diabelską zdolność ośmieszania swoich przeciwników. Wykorzystywał tę władzę zwłaszcza przeciwko Kościołowi i jego Bożemu Założycielowi, o którym mówił jedynie jako „Tym Niesławnym”, którego należy zmiażdżyć.

Ten filozof miał wszystko, co życie może ofiarować: pieniądze, przyjemności, prestiż. Był nawet przez wielu ubóstwiany. Wie, że umrze i już wizytę złożyli mu dwaj księża. Jednak odmawia wyznania swoich błędów i prosi ich o zostawienie go w spokoju.

Całe jego ciało pokrywają rany, pali go gardło, a jego dusza jest w rozpaczy. Wciąż przytomny, zdaje sobie sprawę, że Kościół jest prawdą, a Jezus Chrystus jego zbawieniem. Jednak odrzuca wszelkie łaski i utwardza swoją wolę w złu. Wie, jaki czeka go kres, a przed nim już otwiera się piekło. Gdy ów koniec nadchodzi, „umiera wściekły, bluźniąc w rozpaczy, przeklinając przyjaciół, rozdrapując ciało i jedząc własne ekskrementy”.

Święta Teresa, Mały Kwiatek Jezusa

Skierujmy się teraz ku ubogiemu, prostemu szpitalowi. To infirmeria klasztorna karmelitańskich zakonnic z Lisieux we Francji pod koniec XIX wieku. Młoda, dwudziestoczteroletnia zakonnica jest bliska śmierci. Zmagania ze śmiercią dotkniętej gruźlicą Teresy miały długi i bolesny przebieg. Z trudem łapie oddech, czuje duszności. Jej dusza pogrąża się w śmiertelnej posusze, już nie odczuwa pociech Bożego Oblubieńca, któremu poświęciła życie i którego kocha z żarliwością pochłaniającą ją bardziej niż choroba. Boży Zbawiciel zsyła tę ostateczną próbę na ową heroiczną duszę.

Zgodnie z klasztornym zwyczajem reszta zakonnic stoi wokół niej. Wśród nich są jej trzy rodzone siostry: Paulina, Maria i Celina. Paulina (matka Agnieszka od Jezusa) była jej kierowniczką, jej „małą mamą”. Maria (siostra Maria od Najświętszego Serca) była jej serdeczną matką chrzestną, która przygotowała ją do I Komunii Świętej. Celina (siostra Genowefa od Najświętszego Oblicza) była jej bliźniaczą duszą, z którą najbardziej się utożsamiała i która w szczególności była otwarta na jej doktrynę „małej drogi”, czyli „duchowego niemowlęctwa”.

Jej kuzynka, Maria Guérin (siostra Maria od Eucharystii), przełożona, matka Maria Gonzaga (która była przyczyną tak wielu jej cierpień), oraz reszta zakonnic po złożonych ślubach – są także w pobliżu jej łoża śmierci. Wszystkie żarliwie się modlą, widząc cierpienie swej umierającej siostry. W końcu, w apogeum cierpienia, Teresa unosi się nieznacznie na łóżku, spogląda w stronę nieokreślonego punktu w pokoju, uśmiecha się anielsko i w ekstazie szczęścia oddaje swą dziewiczą duszę Bogu.

Sfotografowany tuż po śmierci ów rajski uśmiech wciąż jest obecny na ustach tej zakonnicy, która chciała wieść życie kontemplacyjne, być misjonarką, wojowniczką i nową świętą Joanną d’Arc. Ten uśmiech to początek nieba.

Święty Józef

Wreszcie weźmy pod uwagę mały palestyński domek. Zbudowany jest z ułożonych warstwami kamieni i ma płaski dach, tak jak było to w stylu rejonu, gdzie tak rzadko pada deszcz. W prostym, wiejskim pokoju, nacechowanym nieokreśloną czystością i wzniosłością, na skromnym łóżku doświadczony, czcigodny starzec walczy ze śmiercią. Emanują z niego: niezrównany majestat i słodkość. Po jednej stronie łóżka jest młody Człowiek, krzepki, ale nie ordynarny, mający tak harmonijne rysy twarzy, że Dawid wykrzyknął o Nim profetycznie: „Tyś najpiękniejszy z synów ludzkich” (Ps 45,3). To oczywiście Jezus Chrystus stoi obok łóżka swojego przybranego ojca.

Z drugiej strony stoi Pani w średnim wieku, której piękno podkreśla Jej dojrzałość. To do Niej stosują się słowa Pieśni nad pieśniami (4,7): „Cała piękna jesteś, przyjaciółko moja, i nie ma w tobie skazy”. To Najświętsza Maryja Panna. Stoimy przed świętym Józefem, którego w ostatnich chwilach wspierają nasz Pan i Matka Najświętsza. Nie może być skuteczniejszego albo bardziej pocieszającego wsparcia, lub szczęśliwszej śmierci dla tego wielkiego Patriarchy, męża Maryi Panny, a zatem prawdziwego, choć nie cielesnego, ojca Bożego Zbawiciela. To dlatego Kościół nazwał go patronem dobrej śmierci.

Dlaczego śmierć nas szokuje

Zastanówmy się nad kolejną rzeczą. Naszym najsilniejszym instynktem jest instynkt samozachowawczy. Gdy pojawia się nagłe zagrożenie, całe nasze ciało jest w stanie pogotowia. Nasz oddech się zmienia, wzrok wyostrza, a wszystkie zmysły skupiają się na tym, by uprzedzić niebezpieczeństwo mogące wystawić nasze życie na ryzyko.

Pod wpływem intensywnych emocji, wywołanych niebezpieczeństwem, człowiek może dla siebie albo dla ukochanej osoby dokonać rzeczy, których normalnie by nie zrobił. Skoczy z płonącego budynku, przeskoczy nad niezwykle wysokim murem, przejdzie wezbrany i szalejący nurt, przebiegnie olbrzymi dystans albo rzuci się tuż przed samochód, by ocalić ukochaną osobę.

To wszystko jest instynktowne. Poprzedza myślenie i prowadzi do nagłych, skutecznych i piorunujących działań. Taka intensywność pokazuje, na poziomie przyrodzonym, że człowiek postrzega życie jako największe z wszystkich dóbr. Ponadto jest tak przywiązany do życia, że jest skłonny do największych poświęceń i ustępstw, by je ocalić, czasami nadając mu najwyższą wartość. To dlatego, kiedy ponad własne życie człowiek stawia obronę kraju, szlachetną sprawę, zasady, cnotę czy – w szczególności – wiarę, jest to wyraz wysokiej moralnej bezinteresowności i heroizmu. Kiedy ponad swe życie stawia miłość Boga, staje się męczennikiem, świętym.

Stąd na poziomie czysto przyrodzonym, bez brania pod uwagę łaski czy Bożej pomocy, człowiek lęka się śmierci bardziej niż czegokolwiek innego i czuje rozpacz nawet w obliczu jej odległej perspektywy. Kiedy jednak człowiek patrzy na śmierć w nadprzyrodzonym duchu, wie – mimo brutalności oddzielenia duszy od ciała – że śmierć to brama wiodąca do życia przyszłego i chwały błogosławionych. Postrzega wówczas śmierć oczami pełnymi wiary i nadziei.

Śmierć, zapłata za grzech

Święty Paweł uczy nas: „Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć, a łaska przez Boga dana – to życie wieczne w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 6,23). „Dlatego też, jak przez jednego człowieka grzech wszedł do świata, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ zgrzeszyli” (Rz 5,12).

Śmierć ma w sobie wydźwięk kary. To dlatego budzi taki postrach i wywołuje tak wiele cierpienia. Z naturalnego punktu widzenia człowiek nie powinien żyć bez końca. Jest on bytem złożonym, składającym się z duchowej duszy – która jest nieśmiertelna – i organicznego ciała – które się psuje. Dusza ożywia złożony ludzki byt. Kiedy ciało popada w ruinę – w wyniku choroby, zużycia czy wypadku – traci swą zdolność do jedności z duszą. Te dwa elementy złożonego ludzkiego bytu rozdzielają się; dusza wkracza do wieczności, a ciało zaczyna się psuć, zamieniając w proch, z którego zostało stworzone (por. Rdz 2,7), aż do chwili ostatecznego zmartwychwstania, kiedy ponownie zjednoczy się z duszą.

Konsekwencja grzechu pierworodnego

Bóg stworzył naszych pierwszych rodziców, Adama i Ewę, i dał im ziemski raj na miejsce zamieszkania. Sam Stwórca, który rozmawiał z Adamem „w porze powiewu wiatru” (Rdz 3,8), wyniósł ich do porządku nadprzyrodzonego, udzielając im daru łaski uświęcającej, dzięki której uczestniczą w samym życiu Boga. Oprócz tego dał im wiele darmowych darów, zwanych charyzmatami, będącymi poza ludzką naturą. W ten sposób otrzymali oni dar natchnionej wiedzy, dzięki której rozumieli wszystko, i dar harmonii, dzięki któremu oszczędzone były im choroby i śmierć.

Gdyby nie grzech, życie człowieka na ziemi byłoby życiem niebiańskim, w przyjaźni z Bogiem pośród uroków i słodkości Edenu. Człowiek był królem stworzenia; same zwierzęta były mu posłuszne, a natura uginała się przed jego wolą. Po dopełnieniu tego czasu, gdy jego świętość osiągnęłaby pewien poziom, aniołowie poprowadziliby go ku radości, jaką jest pełnia szczęścia w niebie. Jednak Bóg, który jest pełnią sprawiedliwości, ustanowił próbę, aby w praktykowaniu cnoty były też zasługi. Pragnąc, by człowiek w pełni poddał się Jego woli, Bóg poddał Adama i Ewę próbie, zabraniając im spożywania owoców z drzewa pośrodku raju, zwanego drzewem poznania dobrego i złego.

Kuszona przez diabła Ewa pozwoliła się uwieść; sama z kolei skusiła swojego męża. Nieposłuszni Bożemu nakazowi oboje spożyli z zakazanego owocu. Przyszła kara: utracili swoją pierwotną niewinność, otwierając oczy na zło; „poznali, że są nadzy” (Rdz 3,7) i wezbrała w nich pożądliwość. Wygnani z raju musieli pracować i zarabiać na swój chleb w pocie czoła. Doświadczyli po raz pierwszy ciężaru zmęczenia. Kobieta miała rodzić w bólach, ziemia napełnić się cierniami, a zwierzęta zbuntować przeciw swoim byłym panom. Ze względu na swój grzech, nazwany pierworodnym, gdyż został popełniony przez ludzkość jako pierwszy, Adam i Ewa utracili nie tylko łaskę uświęcającą, która sprawiała, że byli przyjaciółmi Boga, ale także niektóre z nadzwyczajnych darów, w szczególności dar harmonii, przez co stali się podatni na chorobę i śmierć (por. Rdz 2 i 3).

Boleści śmierci a dobra śmierć

Śmierć znaczy koniec naszych nieszczęść na tej ziemi. Uniemożliwia nam zyskanie większej ilości zasług, skruchę za grzechy i otrzymanie dodatkowych łask. Człowiek umierając wkracza do wieczność, „a jeśli drzewo upadnie na południe czy też na północ – na miejscu, gdzie upadnie, tam leży” (Koh 11,3). Dobra śmierć zależy od specjalnej łaski, udzielanej przez Boga wiodącym dobre życie, tym, którzy odpokutowali swoje grzechy, czy – rzadziej – każdemu, komu zdecyduje się udzielić jej z czystej hojności, zgodnie ze swoimi świętymi zamiarami. Łaska dobrej śmierci i ostateczna wytrwałość to jedna z łask, o które powinniśmy prosić z ogromną uporczywością.

Śmierć naturalna, nie będąca wynikiem śmiertelnego wypadku, przychodzi normalnie poprzedzona agonią, różniącą się co do długości trwania. Słowo agonia pochodzi z języka greckiego i oznacza walkę. W rzeczywistości w tej tragicznej chwili bierzemy udział w ostatecznej bitwie, która rozstrzygnie o naszym ostatecznym losie – zbawieniu albo potępieniu. Za Bożym pozwoleniem w trakcie końcowej agonii diabeł przypuści największy atak, usiłując doprowadzić umierającą osobę do rozpaczy. Choć nie powinniśmy dać się przerazić tą perspektywą, musimy potraktować perspektywę agonii bardzo poważnie, mając z ufnością nadzieję na miłosierdzie Boże i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny.

Ktokolwiek wiódł życie cnotliwe, a w szczególności modlił się dużo o łaskę dobrej śmierci, może być pewny, że w chwili agonii pomogą mu Matka Boża, św. Józef i święci aniołowie. Jest to ostateczna chwila heroicznej ufności w miłosierdzie Boże.

Powinności wobec umierającego

Chodź zasadnicza odpowiedzialność za dobrą śmierć spoczywa na poszczególnej osobie, to poważnym obowiązkiem miłosierdzia jest pomóc innym umrzeć dobrze, szczególnie jeśli są to przyjaciele, członkowie rodziny czy ktoś, czyjej śmierci jesteśmy przypadkiem świadkami.

Obowiązek miłosierdzia polega na zapewnieniu umierającej osobie księdza, by mogła się wyspowiadać i przyjąć ostatnie namaszczenie, pomagając jej w ten sposób w akcie wiary, nadziei i miłości i wspierając ją swoimi modlitwami.

Niewezwanie księdza z obawy przestraszenia pacjenta – co jest niestety dość powszechną postawą – to pogański i naturalistyczny sposób postępowania. Może to być prawdziwe przestępstwo wobec umierającej osoby, gdyż od tego może zależeć jej wieczne zbawienie. Jej strach będzie dużo większy, kiedy stanie twarzą w twarz wobec sądu Boga, nie otrzymawszy sakramentów przygotowujących do życia wiecznego. Przy prawdziwej skrusze spowiedź odpuszcza grzechy. Namaszczenie chorych, czyli ostatnie namaszczenie, także zyskuje przebaczenie, szczególnie w przypadku utraty przytomności i – kiedy taka jest wola Boża – nawet poprawia albo przywraca zdrowie danej osoby.

W swoim liście św. Jakub nawołuje:

Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone. Wyznawajcie zatem sobie nawzajem grzechy, módlcie się jeden za drugiego, byście odzyskali zdrowie” (Jk 5,14-16).

Namaszczenie chorych ma kilka skutków:

1) Zwiększa łaskę uświęcającą w duszy, niszczy to, co pozostało z grzechu (słabość, złe skłonności itd.), oraz umacnia duszę przed minionym, obecnym i przyszłym złem.

2) Odpuszcza grzechy śmiertelne w przypadkach, w których dana osoba z nie swojej winy nie może się wyspowiadać, pod warunkiem skruchy, to znaczy nadprzyrodzonego żalu za grzechy z lęku przed Bogiem.

3) Zależnie od poziomu wewnętrznej skłonności danej osoby, usuwa – przynajmniej częściowo – doczesną karę z powodu grzechów już odpuszczonych.

4) Przywraca zdrowie ciału i jest pomocne duszy. Chociaż jest to skutek drugorzędny, jest on niezawodny, jeśli chodzi o dobro duchowe chorego.

W przypadkach braku przytomności namaszczenie chorych jest ważniejsze niż sama spowiedź, ponieważ sakrament pokuty wymaga dla swej ważności przynajmniej nadprzyrodzonej skruchy grzesznika przejawiającej się w jakiś sposób zewnętrznie. Z drugiej strony zwykła skrucha wystarczy dla ważności namaszczenia, nawet jeśli nie zostanie ona w jakiś sposób okazana zewnętrznie.

Po spowiedzi i namaszczeniu chorych, jeśli umierająca osoba jest przytomna, powinna przyjąć Komunię Świętą, to znaczy wiatyk, który jest pokarmem umożliwiającym przejście ścieżek śmierci, wzmocnieniem chlebem aniołów – samym Jezusem Chrystusem w formie sakramentalnej.

W obliczu śmierci nigdy nie powinniśmy panikować ani pozostawać w obojętności

Jeśli chodzi o śmierć, powinniśmy unikać nerwowej paniki i rozpaczy, jak również obojętności wobec życia wiecznego i zakładania, że zostaniemy zbawieni bez zasług. Taka postawa jest odmienna od pokornej i błagalnej ufności tego, który z nadzieją oczekuje wszystkiego ze strony Bożego Miłosierdzia, ale czyni wszystko, co w jego mocy, by dobrze się przygotować na rozstrzygające spotkanie ze Stwórcą. Swoją własną śmierć albo śmierć osoby nam drogiej należy przyjąć z pogodzeniem. Oczywiście śmierć ukochanej osoby powinna nas smucić. Sam nasz Pan dał tego dowód płacząc nad śmiercią Łazarza (J 11,3 i nn.).

Chociaż śmierć jest nieuchronna i ma wydźwięk kary, to staje się chwalebna, kiedy przyjmujemy ją z pogodzeniem albo jako cierpienie za swoje grzechy.

Święty Pius X szczególnie zalecał, by wierni modlili się następującym aktem poddania się woli Boga. Nawet wzbogacił go odpustem zupełnym w chwili śmierci dla każdego, kto odmawia go pobożnie każdego dnia:

Panie Boże mój, już teraz przyjmuję z ręki Twojej z poddaniem się i ochotą każdy rodzaj śmierci, jaki Ci się będzie podobało zesłać na mnie wraz ze wszystkimi jego troskami, cierpieniami i bólami. Amen.

Rozmyślajmy często o śmierci, nie z rozpaczą pogan czy jako o końcu naszej egzystencji, jak ateiści, ale jako o błogosławionej bramie, którą wkraczamy do raju. Ujrzymy wówczas, dlaczego św. Paweł stwierdza, że śmierć została pokonana zmartwychwstaniem Chrystusa: „Zwycięstwo pochłonęło śmierć. Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?” (1 Kor 15,54-55).

Luiz Sérgio Solimeo

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2017-10-31)

 

 

I   L I S T O P A D A

Chodź, pójdziemy na cmentarz,

Dawno tam nie byliśmy.

Może właśnie tam, uda nam się

Spojrzeć na siebie z innej strony

I uświadomić sobie ten moment,

W którym klepsydra przesypie

Ostatnie ziarenko naszego życia.

I stanie się rzecz najważniejsza!

Zrozumiemy, że wtedy

Nic już nie będzie ważne,

Ani to co mamy,

Ani kto nas żegna.

Tak, jak przyszliśmy sami,

Sami odejdziemy z pustymi rękami

Dołączając do tego korowodu,

Który kroczy przed nami.

I znów przyjdzie ktoś,

Zapali znicz, położy kwiaty,

Wyprostuje pochylony krzyż,

Mając przed sobą drogę,

Którą my przeszliśmy, a która będzie

Dla niego nowa i nieznana…

Czy nasz milczący grób będzie

Dla niego dostateczną wskazówką?

Czy nasze prochy będą coś więcej znaczyć?

Nigdy już nie poznamy

Odpowiedzi na te pytania.

Więc chodźmy na cmentarz

Nie bojąc się miejsc,

Gdzie nastąpiły ostateczne rozstania.

 

New York-1999

Marian Retelski

Abp Jędraszewski: reformacja zapoczątkowała proces prowadzący do degrengolady człowieka

W krakowskim kościele świętej Anny odbyło się kolejne spotkanie otwarte księdza arcybiskupa Marka Jędraszewskiego z wiernymi. Tym razem tematem rozmowy była reformacja i ekumenizm. Nie zabrakło trudnych pytań od krakowian, między innymi o świętowanie przez papieża pięćsetnej rocznicy buntu Lutra, ale także bardzo odważnych tez stawianych przez metropolitę.

Arcybiskup Jędraszewski rozpoczął spotkanie opisem dziejów ducha w ostatnim pięćsetleciu. Choć stwierdził, że wielu reformatorów sprzed pół tysiąca lat nie zamierzało zmieniać doktryny Kościoła, przyznał że Luter, Kalwin i Zwingli potępili Kościół i w ten sposób jako pierwsi wyartykułowali zasadę: „Chrystus tak, Kościół nie”.

Tak ruszyła lawina. Powstały różne wspólnoty chrześcijańskie, które zaczęły toczyć między sobą wojny. Chrześcijanie walczyli z chrześcijanami z tego powodu, że nie należeli już do jednej wspólnoty. Myśliciele tamtych czasów zaczęli więc zastanawiać się, czy Chrystus – skoro tak „dzieli” ówczesnych ludzi – jest w ogóle potrzebny. Zaczęto więc zastanawiać się nad koniecznością oddawania czci innej istocie. którą rzekomo można by poznać samym rozumem – mówił arcybiskup Jędraszewski. Według krakowskiego metropolity to właśnie zrodziło w filozofach potrzebę mówienia o „pierwszej przyczynie”, o „wielkim mechaniku” (gdyż świat fascynował się wówczas mechaniką”). – Mówiono też o „wielkim zegarmistrzu”. Warto zaznaczyć, że w tej wizji ów zegarmistrz, a w pojęciu twórców tego pojęcia Bóg, jedynie przygotowuje precyzyjny, wręcz doskonały mechanizm i wprawia go w ruch. A potem nie interweniuje. Tak oto powstał deizm, a to jest wizja antychrześcijańska – wyjaśnił duchowny dodając, że w ten sposób zaczęto hołubić nową zasadę: „Chrystus nie, Bóg tak”.

Ale – jak wyjaśnił abp Jędraszewski – zasada ta również nie przetrwała próby czasu. Najważniejszym sprawdzianem dla deizmu były bowiem wydarzenia do których doszło w Lizbonie 1 listopada 1755 roku. Wtedy to portugalskie miasto zostało zniszczone w efekcie trzęsienia ziemi, które w konsekwencji wywołało zarówno pożary jak i tsunami. Wielu spośród uciekinierów z miasta zamarzło w górach. –  Cztery żywioły zabijające kilkadziesiąt tysięcy ludzi to był dla współczesnego świata szok. Okazało się bowiem, że ów precyzyjny mechanizm albo wcale nie jest doskonały, albo jednak istota będąca „pierwszą przyczyną” czasami interweniuje. Wolter napisał wówczas skrajnie antychrześcijański utwór, bardzo szybko zyskujący ogromną popularność. Tak narodziła się kolejna zasada: „Bóg nie – człowiek tak” powiedział arcybiskup Jędraszewski.

To jest efekt lawiny, która miała początek pięćset lat temu. A w konsekwencji doprowadzono do zasady obowiązującej dzisiaj w wielu miejscach, a więc zasady brzmiącej „człowiek nie!”. Tym właśnie jest przecież ideologia gender i podobne jej absurdy – zauważył krakowski pasterz. Prześledziwszy ostatnie pięć stuleci metropolita doszedł do wniosku, że „wraz z reformacją zaczął się proces, który doprowadził do degrengolady człowieka”. – Świat i dziś idzie inną drogą niż chrześcijanie, a zaczęło się to niestety od tamtego tragicznego podziału sprzed pięciuset lat. Nie ma więc przy okazji tej rocznicy czego świętować, bo nie można świętować podziału i „anty-świadectwa” – dodał.

Jak traktować protestantyzm i protestantów?

Jeden z wiernych zapytał abpa Jędraszewskiego o nowe zjawisko w Kościele – o wspólne modlitwy chrześcijan różnych wspólnot, nie chcących poważać jakiejkolwiek teologii, a jedynie „wesoło śpiewając lub tańcząc wielbić Boga”. Metropolita nazwał tego typu zjawiska „pentekostalizacją Kościoła” pytając jednocześnie „co to ma wspólnego z Kościołem, który założył Jezus Chrystus i którego źródłem jest Ewangelia i Tradycja”? – W tego typu ruchach odnajdujemy tendencje bazujące na emocjach i na negowaniu Kościoła a oparcia na nowych liderach. Trudno to pogodzić z Kościołem w który wierzymy – powiedział duchowny dodając, że „pełnia prawdy jest tylko w nauce Kościoła rzymsko-katolickiego”.

Kapłana zapytano także, czy katolicy powinni nawracać protestantów. Arcybiskup przywołał przykład J. H. Newmana, słynnego konwertyty z anglikanizmu, niegdyś uważającego, że papież to antychryst a katolicyzm stanowi wielki błąd. Później został jednak katolickim duchownym gdyż był… bardzo uczciwy intelektualnie i usilnie poszukując Prawdy odnalazł ją w Kościele rzymskim. Według metropolity krakowskiego dziś wielu anglikanów podąża śladem Newmana, a dzieje się to między innymi z powodu jaskrawo widocznego odejścia ich dotychczasowych wspólnot od nauki chrześcijańskiej – jak stało się choćby z akceptacją homo-związków. – To nie jest więc problem nawracania protestantów, bo istnieje tendencja ich przyłączania się do Kościoła katolickiego, ale jest to kwestia trwania w czystości doktrynalnej – odpowiedział duchowny.

Zadano także pytanie o obchodzenie przez katolików pięćsetlecia reformacji. Jeden z wiernych przyznał, że był zgorszony widząc „radosne świętowanie reformacji przez papieża i niektórych polskich hierarchów”. Pytał, czy jest to postępowanie godne oraz stwierdził, że przecież „nie wolno nam przebywać w namiotach grzeszników a chodzimy z nimi do ołtarza!”. Arcybiskup Jędraszewski uznał, że interpretowanie wspólnych obchodów pamiątki reformacji jako „radosne” może być mylną interpretacją. Przypomniał, że mimo wielu różnic nadal istnieją rzeczy, które mamy z protestantami wspólne: jak wiara w Chrystusa czy chrzest. A świat wrogi jest wobec chrześcijan, prześladuje się ich w wielu miejscach bez względu na to, czy są katolikami czy protestantami. Duchowny podkreślił jednak także, że „ucieczka od różnic byłaby ucieczką od prawdy”.

Żródło:Bibuła.com

 

…by zostawiono nas w spokoju.

 

„Chrystus cierpi w uchodźcach i musimy się na tych uchodźców otworzyć”, te zaskakujące słowa padły z ust Prymasa Polski, abp. Wojciecha Polaka. Rzecznik Konferencji Episkopatu Polski, w dłuższym wywodzie usiłował następnie wytłumaczyć zdezorientowanym katolikom, co właściwie miał na myśli ks. Prymas, gdy pouczał Polaków, w szczególności nasze władze, na łamach znanego z antykościelnych i antykatolickich publikacji tygodnika, o konieczności „otwierania się na uchodźców”. *)

Trudno traktować poważnie wypowiedź hierarchy, która jest tak niejasna, że o jej właściwą interpretację musi trudzić się rzecznik prasowy, dołączając obszerną egzegezę. Tutaj chodzi jednak przede wszystkim o sens teologiczny określenia „Chrystus cierpi w uchodźcach” użytego przez osobę wysoko postawioną w hierarchii Kościoła. O nasuwające się w związku z nim pytanie: jaką religię właściwie chciałby nam zarekomendować Ks. Prymas, a w ślad za nim ks. Rytel-Andrianik. Synkretyzm religijny? Politeizm? Modernistyczną mieszankę herezji, której jednym z najgłośniejszych propagatorów był Teilhard de Chardin? Bo na pewno nie ma tu mowy o religii katolickiej, którą wyznajemy w naszym kraju od 1050 lat.

Skoro Chrystus, zdaniem ks. Rzecznika Episkopatu „cierpi w uchodźcach”, to musi być w każdym z uchodźców obecny. W jaki sposób? Większość z nich, jak wszystko na to wskazuje, nie jest chrześcijanami, tylko muzułmanami, a zgodnie z dogmatami naszej wiary Chrystus obecny jest wyłącznie w człowieku, który przyjmuje Sakramenty Kościoła, przyjmuje Komunię św. w stanie łaski uświęcającej, a więc musi być ochrzczony i bez żadnego grzechu, czyli po spowiedzi. Są to podstawowe prawdy katechizmowe, nie trzeba być ani po teologii, ani mieć święceń kapłańskich, by to wiedzieć.

 

Ilustracja z francuskiego Katechizmu (1889 r.)

Ilustracja z francuskiego Katechizmu (1889 r.)

Jeśli zaś jest to „tylko” literacka przenośnia odnosząca się do wskazań Ewangelii, by głodnych nakarmić, nagich przyodziać, podróżujących przyjąć pod swój dach, to na pewno nonszalancka w stosunku do Osoby Naszego Pana Jezusa Chrystusa i do prawd naszej wiary; bardzo niestosowna w ustach księdza katolickiego, a zwłaszcza Prymasa Polski. Pomijam już niepokojący fakt, że postanawia on w swoim wywiadzie instruować państwo, jaką politykę powinno prowadzić względem rzesz obcokrajowców – inspirowanych w swoim wdzieraniu się do Europy przez niejawne środowiska polityczne, emigrantów zarobkowych, zainteresowanych głównie tym, by żyć na koszt innych – przemilczając obowiązujący w każdej wspólnocie ewangeliczny wymóg porządku miłosierdzia, właściwej hierarchii udzielania pomocy. Państwo, które jest wspólnotą polskich obywateli, Polaków, w większości katolików, zobowiązane jest jej udzielić najpierw rodakom w potrzebie, których u nas nie; brakuje; taka jest racja stanu. Nie można więc inaczej ocenić tego sformułowania niż jako poważne nadużycie słowa wypowiedzianego publicznie przez osobę, na której – z racji piastowanej przez nią godności – spoczywa szczególna odpowiedzialność za każde słowo.

Niejasny język, dwuznaczne, „ozdobione” w sposób niefrasobliwy nowomową, a pozbawione często sensu religijnego, teologicznego i logicznego wypowiedzi hierarchów Kościoła katolickiego są czymś głęboko niepokojącym ludzi wierzących; są po prostu zgorszeniem. Są sygnałem, że Kościół hierarchiczny jest w stanie poważnego kryzysu. Niezdolność do jednoznacznych wypowiedzi, zrozumiałych przez ludzi wierzących, jest symptomem poważnej choroby. Świadomość tego powinna skłaniać zwykłych świeckich katolików do obrony integralności katolickiej wiary. I do modlitwy za ludzi Kościoła.

Wiele wskazuje na to, że przy okazji komentarza dotyczącego pozornie spraw humanitarnych, a tak naprawdę wewnętrznych politycznych spraw naszego państwa, Prymas Polski, a w ślad za nim Rzecznik Episkopatu usiłują przemycić polskim katolikom nową doktrynę. Doktrynę synkretycznej religii, w które prawdy naszej wiary są zniekształcane i odrzucane, a eksponuje się postulaty z Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela z roku 1789. „Miłość” oznacza tu bynajmniej nie troskę o wieczne zbawienie powierzonych sobie dusz, co jest zadaniem każdego następcy Apostołów, a idealistyczne zabieganie o dobrostan wszystkich ludzi na świecie. Religia ta ogranicza się do głoszenia wzniosłych haseł o miłości, sprawiedliwości – czyli rewolucyjnej równości i braterstwie – oraz pokoju na całym globie ziemskim; nigdy nie nazywa kłamstwa kłamstwem i pozwala, by ludzki umysł snuł najbardziej fantastyczne wyobrażenia o Bogu. Stoi bowiem na gruncie „wolności religijnej” – uzupełnieniem rewolucyjnej triady jest rzecz jasna „wolność”, rozumiana przez francuskich oświeceniowych filozofów, jako wolność od dogmatów katolickich oraz od, zarówno duchowej, jak moralnej i doczesnej, władzy Chrystusa – Króla.

Tymczasem zadaniem każdego biskupa – a Prymas Polski przecież nim jest – jest przekazywanie nieskażonej wiary katolickiej, w całej integralności doktryny i świętości , i w ten sposób przyczynienie się do przetrwania Kościoła, zwłaszcza dziś, w czasie jego ogromnego kryzysu, jakiego symptomy widać gołym okiem: pustoszejące seminaria, porzucanie stanu kapłańskiego, apostazja wśród wiernych.

 

Jules-Alexis Meunier - Lekcja katechizmu

Jules-Alexis Meunier – Lekcja katechizmu

Mamy coraz częściej wrażenie, że hierarchowie Kościoła stali się urzędnikami jakiejś organizacji międzynarodowej, która uzurpuje sobie prawo do moralnego rządu nad światem, ale stawia sobie cele wyłącznie materialne; i zarazem – w ich społecznym i politycznym wymiarze – kompletnie utopijne.

Nie można przejść nad tym dramatem ludzi Kościoła do porządku dziennego. Katolik nie może być ślepy i głuchy, gdy na jego oczach osoby duchowne – na szczęście w Polsce większość księży naucza prawd wiary i nie odstępuje od nich w swoim życiu, i to jest ogromna łaska! – zaczynają głosić to, przed czym Kościół przez wszystkie lata swego istnienia, aż do ostatniego Soboru przestrzegał. Nie iść na kompromisy ze światem. Nauczać w porę i nie w porę tego, co jest objawione przez Boga – i jako takie, jest niezmienne, prawdziwe, wieczne. Co jedynie może człowiekowi zagwarantować zbawienie, jeśli on będzie w tę prawdę daną przez Boga wierzył, będzie do niej dostosowywał swoje życiowe wybory, niezależnie od tego, ile będzie go to kosztowało.

Gdy Rzym po Soborze Watykańskim II, zwłaszcza w ciągu ostatnich trzydziestu lat, coraz mocniej angażował się w praktyki ekumeniczne, a nawet międzyreligijne, których kulminacją było skandaliczne spotkanie wszystkich religii w Asyżu, nie słychać było pełnego niepokoju głosu polskich biskupów. Nikt – poza jednym sędziwym, lecz bohaterskim biskupem francuskim i leciwym włoskim kardynałem – nie protestował. A przecież ich zadaniem i misją powierzoną przez Boga jest obrona wiary. W praktyce zanegowano w ten sposób w Asyżu pierwsze przykazanie Dekalogu oraz potrójną władzę Chrystusa Króla i Jego Kościoła. Czy nikt z biskupów nie pamiętał, że zostaną oni rozliczeni kiedyś właśnie z tego, czy przekażą swoim wychowankom, kapłanom, ideał katolickiego kapłaństwa w całej jego doktrynalnej czystości, jaką nadał Jezus Apostołom i jakie Kościół katolicki, zawsze, aż do połowy ubiegłego wieku wiernie przekazywał, oraz z tego, czy dochowają wierności Bogu, troszcząc się o wiarę powierzonych sobie wiernych świeckich?

 

Ilustracja z Katechizmu z 1889 roku

Ilustracja z Katechizmu z 1889 roku

Dla muzułmanów – którzy są ludźmi takimi samymi jak my, ale nie są naszymi braćmi w wierze – najważniejsze jest to, żeby uwierzyli w Boga, porzucili fałszywą religię. Troska Księdza Prymasa nie zwraca się jednak w tę stronę. Czy ktoś z wysoko postawionych hierarchów mówił im w ostatnim okresie, posoborowej „odnowy Kościoła”, że w celu osiągnięcia zbawienia trzeba zostać katolikiem? W czasach, gdy najwyższa hierarchia Kościoła modli się razem z protestantami, gdy chwali Marcina Lutra jako człowieka „głęboko religijnego”, gdy organizuje się wspólne modły z „religiami świata”, odwiedza się synagogi i meczety, mamy obowiązek jako katolicy upominać naszych hierarchów. Przypominać im jeden z głównych dogmatów naszej wiary: Poza Kościołem nie ma zbawienia. Tak nauczał Jezus Chrystus. Ta prawda obowiązuje po kres czasu.

Gani się dziś z różnych stron zwykłych katolików, że coś jest z nimi nie w porządku, bo nie chcą przyjmować z otwartymi ramionami tysięcy przybyszów z innej części świata, z innego obszaru kultury. Pomawia się ich o najgorsze cechy, nawet że są nieludzcy. A przecież w czasach, gdy Kościół prowadził misje w krajach Afryki, misje, które polegaly rzeczywiście na nawracaniu, szerzeniu wiary, a nie na działalności humanitarnej – a cywilizację europejska wprowadzały „przy okazji”, nie była ona zadaniem pierwszoplanowym – bywało wcale nie tak rzadkim zjawiskiem, że duchowni katoliccy, nawet hierarchowie, utrzymywali jak najbardziej poprawne stosunki z muzułmanami; można było nawet mówić o pewnej serdeczności. Zyskiwali szacunek i podziw tych ludzi. Nigdy jednak drogą do tego nie było odwiedzanie meczetów, wspólne modlitwy i „dialog międzyreligijny”. Nikt nie próbował występować z absurdalną tezą, że my, katolicy i wy, muzułmanie czcimy tego samego Boga,  że „wasza religia jest równie dobra”, zostańcie po prostu „dobrymi muzułmanami”.

Dziś próbuje się na nas wymusić – groźbą, moralnym szantażem, połajankami, pogardą dla naszej rzekomo słabej, małodusznej wiary – wcale nie szacunek i naturalną postawę akceptacji wobec drugiego czlowieka, ale pełną akceptację jego błędów. A nawet zbrodni popełnianych w imię religii. To nieporozumienie. Tragiczne – gdy rzecznikiem takiej postawy stają się osobistości Kościoła.

**  **  **

Z relacji amerykańskiego dziennikarza, bezpośredniego świadka spotkania w Asyżu w październiku 1986 roku:

(…) katolicy, protestanci, prawosławni, żydzi, muzułmanie, czciciele węży, Indianie północnoamerykańscy i przedstawiciele innych religii zebrali się, by wspólnie modlić się o pokój. Przedstawiciele różnych religii stanęli obok Jana Pawła II, a ten widok przyczynił się w wielkim stopniu do utrwalenia głównego błędu naszych czasów, wedle którego zabawienie można osiągnąć dzięki praktykowaniu jakiejkolwiek religii. 

Podczas tego spotkania przedstawicieli różnych wyznań zachęcano do sprawowania ich własnych fałszywych kultów. Muzułmanie wyśpiewywali chwałę fałszywego bożka Allaha; afrykańscy animiści w kolorowych szatach wzywali duchy drzew, by przyszły wesprzeć staranie o pokój; amerykańscy Indianie sprawowali pogański obrzęd, zawodząc tubalnymi głosami przeciw złym duchom i machając słomianymi wachlarzami niczym magicznymi różdżkami. Na sprawowanie fałszywych kultów zezwolono również w katolickich świątyniach. W kościele św. Piotra buddyści pod przewodem dalajlamy umieścili na tabernakulum figurę Buddy, okadzali ją i obracali przed nią swoje młynki modlitewne. Nawet kard. Oddi [Silvio Oddi,. w 1969 stanął na czele Komisji Kardynalskiej ds. Świątyń Pontyfikalnych w Pompei i Loreto, legat papieski przy bazylice patriarchalnej w Asyżu – EPP] wyraził wtedy publicznie swoją dezaprobatę: „Tego dnia (…) spacerowałem po Asyżu (…) i widziałem w niektórych miejscach modlitwy prawdziwe świętokradztwa. Widziałem buddystów tańczących wokół ołtarza, na którym w miejscu Chrystusa został umieszczony Budda, okadzających go i oddających mu cześć. Pewien benedyktyn protestował i został usunięty przez policję. (…) Na twarzach katolików, którzy uczestniczyli w tej ceremonii, malowała się dezorientacja”. [John Vennari, za: Catholick Family News, tłum. Tomasz Maszczyk]

Rezultatem nie może być nic innego jak usiłowanie zbudowania międzynarodowego braterstwa w oparciu o naturalizm i sentymentalizm. Próbkę tego mieliśmy właśnie w postaci wypowiedzianej w nowym, pozbawionym logiki języku, zdumiewającej – dla normalnie myślącego człowieka – formuły polskiego hierarchy.

„Niestety, moi bracia – pisał kard. John H. Newman, konwertyta z anglikanizmu – że też nie mamy w sobie więcej tego wzniosłego ducha! Jak to się dzieje, że zadowalamy się tym, co jest; że tak bardzo chcemy, by zostawiono nas w spokoju, byśmy mogli używać tego życia, iż gdy ktoś próbuje przekonać nas o potrzebie czegoś wyższego, o obowiązku – jeżeli chcemy zasłużyć na koronę – dźwigania krzyża Jezusa Chrystusa, my uciekamy się do wykrętów, wymówek i usprawiedliwień”.


Ewa Polak-Pałkiewicz


*) Z oficjalnego komunikatu na stronach KEP: „W wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego”, dotyczącym między innymi kwestii pomocy uchodźcom, prymas Polski arcybiskup Wojciech Polak przypomina naukę płynącą z Ewangelii. Zaznacza jednocześnie, że chodzi o pomoc odpowiedzialną – podkreślił rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Paweł Rytel-Andrianik.

Ks. Rytel-Andrianik dodał, że abp Polak wskazał, że „Chrystus cierpi w uchodźcach i musimy się na tych uchodźców otworzyć”. Prymas zaznaczył jednocześnie, że „nie chodzi o zwyczajne otwarcie granic bez żadnej kontroli, ale mądrą, systemową pomoc, którą możemy i powinniśmy dać, która nie będzie dla nas żadnym zagrożeniem . (…)”

 

 

Znak pokoju, czy znak wojny? Czyli kto dziś jest naprawdę „odmienny”.

Czego domagają się środowiska, które uruchomiły medialną kampanię reklamową, która zmienić ma nastawienie osób wierzących do ludzi „odmiennych orientacji seksualnych”? Czy jest to batalia o tolerancję, której rzekomo brakuje katolikom, czy raczej o to, by naruszyć same fundamenty tradycyjnej wiary?

Wiara oparta o znajomość Dekalogu i dogmatów Kościoła była zawsze przez tzw. postępowych katolików, skupionych wokół „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku” i „Więzi”, traktowana z podejrzliwością. Naprawdę nie macie wątpliwości? Jesteście pewni? To znaczy, że jesteście osobnikami pysznymi i zadufanymi,  potencjalnie niebezpiecznymi, fundamentalistami. Takich trzeba izolować. Świat idzie z postępem, wszystko się zmienia, życie dyktuje nowe prawa, nie można tkwić w zaśniedziałych okopach starych dogmatów.

Od tego już tylko krok, by imputować katolikom, że nie tylko są nudziarzami, ale „nie lubią ludzi”, nie cierpią „inności”, „różnorodność” przyprawia ich o nerwowe drgawki i w rzeczy samej „są pełni nienawiści”.

Można to wszystko rozgrywać na różnych instrumentach, z wykorzystaniem bardzo szerokiego rejestru subtelnych fal. Wzbudzając w ludziach niepokój, czy wierzą w sposób prawidłowy, czy nie są anachroniczni, można skutecznie zasiać ziarna rewolucyjnej zmiany.

W czasach PRL środowiska tzw. postępowych czyli „otwartych” katolików z Warszawy i Krakowa angażowały się w rozliczne przedsięwzięcia, które – lansowane zawsze jako kampanie filozoficzno-socjologiczno-teologiczne – przy udziale „intelektualistów”, profesorów i doktorów, miały jako cel „poprawić” myślenie ludzi tradycyjnie wierzących. Chodziło w nich na przykład o rzecz tak nie błahą jak zaakceptowanie przez polskich katolików narzuconego przez Sowietów socjalizmu, o zasianie nieufności wobec hierarchii Kościoła, zwłaszcza ukazanie kardynała Stefana Wyszyńskiego jako szkodnika interesu publicznego, którego twarda postawa wobec komunistów ociera się o absurd, czy o przedstawienie kultu Maryjnego jako żałosnego reliktu, oazy fanatyzmu i zaściankowości. Także o sprzeciw wobec „rygoryzmu moralnego” duchowieństwa, o rezerwę wobec tradycyjnej dyscypliny kościelnej, rozluźnienie obyczajów. O powolne, krok po kroku, przyjęcie nowej moralności, która nie sprzeciwia się rozwodom, antykoncepcji, edukacji seksualnej w szkołach i aborcji. A dziś, wykorzystując dwuznaczność wypowiedzi niektórych wysokich hierarchów Kościoła europejskiego, w tym nieoficjalne napomknienia samego Ojca Świętego, znaleziono okazję do czynienia kolejnego wyłomu, zmiany stosunku wierzących do przedstawicieli „odmiennych orientacji seksualnych”.

W prezentowanym w ten sposób, bardzo konsekwentnym liberalnym myśleniu, którego przy najlepszej woli nie sposób nazwać katolickim, odmienność, tak jak różnorodność i zmienność, sama w sobie jest „wartością”, czyli jakimś szczególnym dobrem. Jest atrakcyjna, bo jest nowa, świeża. Jest cenna, bo przeciwstawia się „stagnacji”, „nudzie” i „skostnieniu”.

Kampania medialna, której chwytliwym symbolem jest uścisk dłoni oplecionej różańcem i ręki zadeklarowanego, jak wskazuje tęczowa bransoletka, homoseksualisty, jest kolejnym ogniwem w łańcuchu działań, których genezę opisał mistrzowsko Fiodor Dostojewski w „Biesach”: Jestem odmienny, jestem wyrzutkiem. Szydzę z waszych przekonań, pluję na waszą kulturę, tradycję, wiarę, obyczaje. Biją mnie, tępią, kamieniują. Jestem biedny, jestem ofiarą, jestem prześladowany! Trzeba mnie chronić. Trzeba się mną zaopiekować. To wy, ludzie wierzący jesteście najbardziej winni! Musicie mnie uznać. Jestem taki sam jak wy, mam takie same prawa. Dokąd będziecie mnie omijać, straszyć mną dzieci, nie zapraszać mnie do domu, nie ściskać się ze mną na schodach kościołów, nie manifestować na ulicy, że mnie kochacie, będzie ciążyć na was okrutne piętno zdrajcy ludzkości i wroga wolności.

Dzieci fatimskie: Łucja Dos Santos, Franciszek i Hiacynta Marto, którym Matka Boża ukazała piekło (Fatima 1917)

Dzieci fatimskie: Łucja Dos Santos, Franciszek i Hiacynta Marto, którym Matka Boża ukazała piekło (Fatima 1917)

W ten sposób cały porządek moralny zostaje odwrócony. To ludzie wierzący mają się tłumaczyć ze swoich przekonań i zachowań. To oni mają się bać, że „nie są tacy jak wszyscy”, ale jacyś dziwaczni, pokręceni.

Co mówi posoborowy Katechizm?

„Tradycja, opierając się na Piśmie świętym, przedstawiającym homoseksualizm jako poważne zepsucie (…). zawsze głosiła, że >akty homoseksualizmu z samej swojej wewnętrznej natury są nieuporządkowane< (Kongregacja Nauki Wiary, dekl. Persona humana, 8). Są one sprzeczne z prawem naturalnym; wykluczają z aktu płciowego dar życia. Nie wynikają z prawdziwej komplementarności uczuciowej i płciowej. W żadnym wypadku nie będą mogły zostać zaaprobowane”, czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego wydanym w 1992 roku.

Ale zaraz w następnym punkcie padają takie słowa: „Pewna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne. Skłonność taka, obiektywnie nieuporządkowana, dla większości z nich stanowi trudne doświadczenie. Powinno się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji. Osoby te są wezwane do wypełniania woli Bożej w swoim życiu i – jeśli są chrześcijanami – do złączenia z ofiarą krzyża Pana trudności, jakie mogą napotykać z powodu swojej kondycji”. Oraz: ”Osoby homoseksualne są wezwane do czystości. Dzięki cnotom panowania nad sobą, które uczą wolności wewnętrznej, niekiedy dzięki wsparciu bezinteresownej przyjaźni, przez modlitwę i łaskę sakramentalną, mogą i powinny przybliżać się one – stopniowo i zdecydowanie – do doskonałości chrześcijańskiej”.

A więc, delikatny, ostrożnie sformułowany, ale jednak wyraźnie zauważalny wyłom został dokonany w nowym katechizmie, który został napisany i opublikowany po ostatnim Soborze. Nie zawiera on nauki jednoznacznej. Nie ma tu „tak”, „tak”, „nie”, „nie”. Katolicy muszą szukać niesprzecznych wewnętrznie, jednoznacznych pouczeń, które znajdują tylko w dawniejszych katechizmach, gdzie sprawa przestrzegania szóstego i dziewiątego przykazania przedstawiona jest bez niuansów, zastrzeżeń i relatywizowania winy człowieka, który grzeszy – tylko dlatego, że jest rzekomo „inny”, bo „taki się urodził”, „takim go stworzył Bóg”! Co jest ukłonem wobec oświeceniowej koncepcji, że naturalne – a więc „dobre” – jest to, co występuje wśród ludzi (jak przypomniał ostatnio jeden z moich Czytelników).

Na tym polega prawdziwy dramat katolików. Prawdziwy dramat posoborowego Kościoła. Brak zdrowej nauki ujmującej zagadnienie homoseksualizmu w świetle niezmiennej objawionej przez Boga Prawdy.

Jak podsumowuje tę sytuację, nie mającą odpowiedników w historii chrześcijaństwa, prof. Romano Amerio:

„Twierdzi się, że hetero- i homoseksualizm, to dwie strony tego samego fenomenu płciowości, przy czym rozróżnianie ich oraz wynikająca stąd pozytywna lub negatywna dyskryminacja jest skutkiem czysto społecznych uwarunkowań. Tym samym sodomia, tak surowo potępiana w filozofii, moralności i dyscyplinie Kościoła, przestaje być zboczeniem, a staje się normalnym wyrazem seksualności. Próbuje się ją wykreślić z katalogu grzechów, które wołają o pomstę do nieba (obok zabójstwa, uciskania biednych czy pozbawiania robotników godziwej zapłaty). Fałszuje się i zakłamuje naturalną różnicę płci, rozwijając sofistykę miłości, której przypisywana jest zdolność do realizowania jedności duchowej osób niezależnie od praw naturalnych, konwencji czy zakazów. W Kościele holenderskim skandal z dziedziny teoretycznej przeniósł się na grunt praktyczny, ponieważ zaczęto tam błogosławić związkom homoseksualnym na stopniach ołtarza, a nawet odprawiać msze Missa pro homophilis, nad czym musiała później ubolewać Kongregacja Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów (…)”.

Johan  Wenzel- Peter - Raj

Johan Wenzel- Peter – Raj

Człowiek, a nie Bóg

Nie sposób przeoczyć faktu, że w myśl wielu deklaracji hierarchów po Soborze punktem odniesienia Kościoła stał się nie Bóg, a człowiek.

Niedawno jeszcze na wrotach świątyń w Polsce można było zobaczyć hasło: „Drogą Kościoła jest człowiek”. Człowiek z całym bagażem jego słabości! Człowiek, który, o ile nie jest ochrzczony, o ile nie korzysta z łaski danej przez Boga w sakramentach Kościoła, znajduje się w upadku, jego stan jest naprawdę godny pożałowania.

Właśnie dlatego, by ten nowy „dogmat” wtłoczyć do głów katolików, grupa teologów w połowie ubiegłego wieku, z wielką energią przystąpiła do tworzenia koncepcji i pojęć przysłaniających i zaciemniających tradycyjną katolicką doktrynę, której Kościół bezkompromisowo bronił i pogłębiał przez dwa tysiąclecia. A nauczanie Kościoła, z jego istoty, jako pochodzące od Boga, z Jego objawienia, jest niezmienne.

„Jednym z przykładów jest nowa nauka o dychotomii pomiędzy cywilizacją miłości (dobrzy), a kulturą śmierci (źli)”, przypomina amerykański pisarz i publicysta John Vennari. Podkreśla on, że zarówno te terminy, jak i ekumeniczna ideologia, którą wyrażają „są całkowicie obce katolickiej teologii” i stanowią przejaw radykalnego zerwania z katolickim nauczaniem. Kościół aż do Soboru nauczał w sposób jednoznaczny, że to nie konflikt między „zdrową świeckością”, „dobrą cywilizacją”, a zepsuciem współczesnej kultury i obyczajów, czyli między moralnym porządkiem społecznym, politycznym i rodzinnym, a chaosem zachowań dewiacyjnych, agresywnych i niszczących, jest główną osią konfliktu, ale niezgoda między Królestwem Bożym i państwem szatana, co zawarł w swej nauce św. Augustyn.

„Termin Kościół posiada ścisłe znaczenie, nie przystające do żadnego innego ciała religijnego”, podkreśla Vennari. To nie żaden „znak pokoju” jest więc szansą dla ludzi znajdujących się w sposób obiektywny poza Kościołem – bo wyznających jakąś inną religię, odwracających się od Boga, czy odrzucających Jego przykazania – ale ich nawrócenie. Czyli przejście z jednego królestwa do drugiego. Osobisty wybór duchowych dóbr, jakie pozostawione są do dyspozycji Kościoła, albo ich świadome odrzucenie decyduje o przyszłości człowieka. Sobór Watykański II ze swoją ideą i praktyką ekumenizmu oraz dialogu międzyreligijnego spowodował, że tradycyjna nauka Kościoła o nieprzekraczalnej przepaści między dwoma królestwami została zmarginalizowana, jako stojąca na przeszkodzie ku porządkowi społecznemu, który zapowiada idea równości różnych religii. Właśnie wtedy zaczęła triumfować fałszywa dychotomia: „cywilizacja miłości” versus „kultura śmierci”.

Do tej pierwszej można należeć bez względu na wyznawaną religię, jak podkreśla Vennari, grunt, by starać się o cnoty moralne u siebie samego oraz w życiu społecznym – przecież osoby homoseksualne mogą być dobrymi obywatelami, świetnymi pracownikami, artystami, altruistami etc. „Kultura śmierci jest natomiast w tej wizji dziełem złych ludzi, wrogich życiu sił promujących aborcję i eugenikę, aktywistów homoseksualnych, producentów pornografii oraz ludzi przyczyniających się do wzrostu niesprawiedliwości społecznej i zła w sferze czysto materialnej. Cywilizacja miłości jest jednak tylko utopijną mrzonką, zrodzoną przez modernistyczną rewolucję Vaticanum II. Koncepcja ta ma przysłonić prawdziwą dychotomię pomiędzy Królestwem Bożym a królestwem szatana, aby członkowie Królestwa Bożego oraz królestwa szatana bagatelizowali prymat zbawienia, chrztu, łaski uświęcającej, a zamiast tego pracowali wspólnie nad wzrostem wzajemnego zrozumienia i wspólnej służby ludzkości”.

Idea „cywilizacji miłości” jest więc ideą panreligijną. Autorzy kampanii ze „znakiem pokoju” w roli głównej w istocie proponują Polakom przyjęcie tej idei w miejsce katolicyzmu.

„Nowa teologia”

Już w 1910 roku, wobec gwałtownie nasilających się w samym Kościele tendencji modernistycznych (czyli adaptujących w „naukowy” sposób wszystkie herezje, z jakimi Kościół walczył przez dwa tysiąclecia) św. Pius X stwierdził, że nie ma prawdziwej cywilizacji bez cywilizacji moralnej, „ (…) a nie może być prawdziwej cywilizacji moralnej bez prawdziwej religii [wiary katolickiej]; jest to udowodniona prawda, fakt historyczny”.

Myśl, że do osiągnięcia zbawienia nie jest konieczna przynależność do Kościoła, że wystarczy „dobre życie”, nie krzywdzenie bliźnich, tolerancja i miłość, niesienie pokoju społeczeństwu, była główną tezą teologii soborowych ekspertów, tzw. peritusów, m.in. ks. Henri de Lubaca i o. Yves Congara OP (przed Soborem kościelnego dysydenta, po Soborze kardynała), których poglądy w zasadniczy sposób wpłynęły na ostateczny kształt dokumentów soborowych. „Nowa teologia”, którą zwalczali z wielką energią wszyscy przedsoborowi papieże, w latach Soboru wychynęła na światło dzienne i została przez niezbyt liczne, ale wpływowe grono hierarchów przywitana z aprobatą, wręcz z entuzjazmem, nie tylko jako zapowiedź „odnowy Kościoła”, ale początek zjednoczenia ludzkości i zapewnienia skłóconemu politycznie światu trwałego pokoju.

Trzeba podkreślić, że „nowa teologia” kwestionuje rolę Magisterium i jest początkiem projektu tzw. „żywej Tradycji” (w jej myśl nie jest ważne to, co Kościół głosił zawsze, lecz to, co wynika z dostosowania się do aktualności, do zmienności życia, do „postępu” i wszelkiej „nowości” w świecie myśli i zdarzeń, słowem fenomenów i wybryków ludzkich namiętności, określanych także mianem „dynamizmu” Kościoła). Proponuje ona także – co zwłaszcza dziś jest w Kościele widoczne, pośród występów niezliczonej ilości „charyzmatyków” – nową definicję objawienia jako żywej Osoby Chrystusa oraz lansuje odrzucenie porządku nadprzyrodzonego.

Ta ostatnia cecha jest wyjściem ku koncepcji wyjątkowej godności człowieka – tylko dlatego, że jest on człowiekiem – która osiągnęła niesłychaną popularność w działaniach duszpasterskich i nauczaniu wielu hierarchów. Wraz z umniejszaniem roli Magisterium koncepcja godności człowieka stała się motorem napędowym rozlicznych działań, niejako zastępujących głoszenie doktryny katolickiej, określanych mianem „dialogu”. Wszystko jest w tej koncepcji gorsze niż dialog. Dialog jest celem samym w sobie. „Dialog” ma być powszechny, z chrześcijanami i niechrześcijanami. Wierzącymi i niewierzącymi. W zasadzie ze wszystkimi. Skoro nie ma Prawdy – bo nie ma Magisterium, a dogmaty podlegają ewolucji (co głosił m.in. de Lubac), pogląd, który będzie zastępował niezmienną prawdę wyłoni się każdorazowo z dyskusji. De Lubac w swoich koncepcjach powracał do koncepcji Maurice Blondela, który twierdził, iż Kościół podlega „nieustannym przekształceniom i przeobrażeniom, stając się niejako zaprzeczeniem samego siebie. Żywa Tradycja dnia dzisiejszego była wczoraj piętnowana jako błąd, a dzisiejsza prawda jest tym, co wczoraj uznawano za fałsz”.

Thomas Cole - Wygnanie. Księzyc i blask ognia.

Thomas Cole – Wygnanie. Księżyc i blask ognia.

To właśnie z powodu szerokiego wchłonięcia przez instytucje Kościoła katolickiego tych i podobnych teorii tak szokują dziś tradycyjnych, czyli normalnych katolików wypowiedzi hierarchów, którzy podkreślają konieczność dialogu z niewierzącymi, zamiast ich nawracania, czy szukania porozumienia z innowiercami za cenę porzucenia prawdy o Bogu. Przez ostatnie dwadzieścia lat słychać było także nawoływania do wcale nie tolerowania homoseksualistów – bo to jest naturalna i nie budząca kontrowersji postawą każdego wierzącego człowieka – ale uznawania sposobu życia homoseksualistów za tak samo uprawniony jak zachowywanie tradycyjnej moralności, pielęgnowanie rodzinności, wychowywanie potomstwa w uznaniu autorytetu ojca i matki, przedłużanie istnienia społeczeństwa.

Wszystko to stało się możliwe w Kościele posoborowym, w którym coraz częściej jego członkowie traktowani są jako „Lud Boży”, który posiada „prawa” i domaga się „swoich praw”, nie zaś Mistyczne Ciało Chrystusa.

O. Yves Congar w swoich teologiczno-eklezjalnych interpretacjach przekształcił samo pojęcie Kościoła tak, że stało się ono terminem uniwersalnym, odnoszącym się do dowolnej grupy religijnej. (Stąd też wywodzi się koncepcja powszechnego zbawienia. Zbawiać ma, w mniemaniu Congara, Rahnera i innych modernistycznych myślicieli, już nie przynależność do Kościoła, ale sam fakt, że jest się człowiekiem).

Z kolei Karl Rahner zabłysnął przeforsowaniem na Soborze idei kolegializmu. W tej koncepcji – obowiązującej do dzisiaj – władza papieża znajduje się na równi z władzą biskupów, pośród których jest on primus inter pares.

Czy więc w dzisiejszej kampanii wspieranej przez polskich liberalnych katolików może chodzić o tolerancję i miłosierdzie? Pomimo wszelkich zbiorowych zarzekań się i uroczystych dementi połączonych z biciem się w piersi sztandarowych katolików z „Więzi”, „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego” (chlubnym wyjątkiem jest p. Tomasz Kycia z „Więzi”), jest tak jak już pierwszego dnia kampanii w „Gazecie Wyborczej” zadeklarowała psycholog Marta Abramowicz: „Kampania ma na celu zmianę od środka Kościoła rozumianego jako wspólnota wiernych. Liczymy na »rewolucję« wiernych”.

„W związku rozpoczętą kampanią społeczną >Przekażcie sobie znak pokoju<, czuję się w obowiązku przypomnieć naukę Kościoła katolickiego na temat homoseksualizmu, ponieważ jest ona ukazywana w sposób rozmyty lub wręcz zmanipulowany”, napisał kard. Stanisław Dziwisz w oświadczeniu. Jego głos został przyjęty z dużą ulgą przez katolików w Polsce. „Kościół w sprawie homoseksualizmu jest cierpliwy i miłosierny dla grzeszników oraz jednoznaczny i nieprzejednany wobec grzechu”. Krzepiące słowa. Problem polega jednak na tym, że wpływowe grono modernistów zmanipulowało już pięćdziesiąt lat temu, jednoznaczną w kwestiach moralnych i teologicznych, naukę Kościoła. Żeby wrócić do dawnych prawd, jasnych w swej prostocie i przejrzystości, dostępnych nawet dla katolika analfabety, trzeba odrzucić cały modernizm znajdujący się w posoborowym nauczaniu Kościoła. Odsiać ziarno od plew. Wyrwać chwasty. Wtedy „zatroskani intelektualiści” z krakowskich i warszawskich miesięczników, profesorowie i pełna wigoru młodzież „różnych orientacji” nie będzie mogła sobie używać na rzekomo nietolerancyjnej katolickiej większości i przypisywać im „homofobii”.

Tak naprawdę „oświeceni” katolicy z liberalnych salonów, którzy firmują akcję ze „znakiem pokoju”, i którzy od wielu już dekad pouczają polskich kmiotków, ciasnych klerykałów i religiantów, jak powinni żyć i do jakich zasad się stosować, sami mają problem z podstawową nauką moralną Kościoła, zawartą we wszystkich encyklikach papieży przedsoborowych i w dokumentach wszystkich soborów, poza jednym, który sam określił się mianem duszpasterskiego i bynajmniej nie ogłaszał swoich nauk jako obowiązujące ludzi wierzących, we wszystkich detalach. Wiara jaką prezentują nauczyciele nowej moralności jest w czystej postaci wiarą w postęp ludzkości i arkadię szczęśliwości człowieka, uwolnionego raz na zawsze od poczucia grzechu, tu, na ziemi. „Postęp” osiągnięty jest metodą obalenia wszelkich pewników, poddania w wątpliwość każdego dogmatu, unicestwienia prawdy.

Kilka lat temu, w słynnym eseju „Czas skończyć z ekumenicznym szaleństwem”, amerykański publicysta Edwin Faust podsumował podobnie kapitulancką wobec „siewców postępu” postawę wielu – nie wszystkich na szczęście,- ludzi Kościoła:

Bycie katolikiem oznacza – dziś może bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości – bycie kimś odmiennym, płynięcie zawsze pod prąd, a zanik tej postawy jest wynikiem kapitulacji wielu duchownych wobec popularnych dziś idei. (…) To tak, jakby papieże i hierarchowie minionych 40 lat usiłowali zaciągnąć nas do Klubu Optymistów, byśmy jedli i przebywali z niewierzącymi oraz słuchali ich nudnej retoryki; jakby chcieli zanurzyć nas w świecie, który nie podziela naszej wizji rzeczywistości – nie po to, byśmy mogli go nawrócić, ale po to, byśmy mogli się do niego przystosować.

 

Pory roku w piekle

 

Wciśnięci w niewielką garsonierę
patrzą na kolejne dusze wyrastające za oknem,
jak młode pędy, z ziaren gorących jak kawa
– tak właśnie wiosna budzi się do śmierci
i jest zwiastunem kolejnego upalnego lata,
– przepowiadają to niezwykle trafne
i niezmienne od wieków prognozy pogody
Wszyscy spodziewają się tutaj jesieni,
kiedy jak liście z drzew spadać będą
podróżnicy z Ziemi, z milczącym krzykiem
nowych opowieści, w sam raz
na podwieczorek z dymiącym samowarem,
nikomu się tutaj nie śpieszy i każdy zdąży
wykrzyczeć swoją wersję wydarzeń
Kiedy dopełni się już miara potępionych
rozpocznie się zima, sroga jak zawsze
w tych szerokościach, wtedy też ciała
właśnie zmartwychwstałe do śmierci
przykryje wieczna zmarzlina,
której tym razem nie odkryje już nikt
Wojciech Miotke 

 

Leonardo da Vinci - Madanna w grocie z Aniołami

Leonardo da Vinci – Madonna w grocie z Aniołami

 

 

Pory roku w Niebie

 

Tam wiosna zaczyna się od
cerowania rzeczy łaską pamięci,
tyle ich tam w walizce prosto z Ziemi
- portki z dziurą taką, że widać było niebo
(tęsknota zaczęła się właśnie wtedy),
w drogocennym flakonie łzy matki
- jedna tylko kropla wystarczy,
żeby zakwitły kwiaty

 

Wszyscy się tu śpieszą, żeby zdążyć
przed latem, tyle jeszcze leśnych ostępów
i ścieżek, w które z takim rozczarowaniem
nie dane było kiedyś skręcić

 

W lipcu, ze względu na upały
zaczyna się zwiedzanie kosmosu,
który, również Tam, ciągle się rozszerza, ucieka
– istnieją obawy, że będzie trwało to
całą wieczność, być może dlatego
zmęczenie daje o sobie znać już we wrześniu
– to czas konfitur i trwałych na wieki, weków,
a więc kiszonych ogórków, z koprem i miętą
- chociaż bez soli – ta niepotrzebna
gdyż nic już nie może się zepsuć

 

Bardzo późną jesienią
zaczynają się zbiory wersów
- zimą palą Tam nimi w piecu,
trzeszczą w ogniu zrazu łagodnie
rymy częstochowskie, patrz teraz
w samym środku ognistego pieca
przechadzają się trzej młodzieńcy,
recytują z pamięci słowa starej pieśni,
od której zajmuje się w końcu
cały Dom Boży, belka po belce
- aż do bierzma i płonie już śpiewem
od Wschodu do Zachodu

 

Wojciech Miotke

 

George Inness

George Inness

 Ewa Polak-Pałkiewicz
____

Dlaczego podpisałem Correctio filialis – wywiad z bp. Bernardem Fellayem

Po opublikowaniu w niedzielę 24 września 2017 r. podpisanego przez 62 duchownych oraz świeckich intelektualistów Correctio filialis, w którym wyliczają oni siedem heretyckich tez zawartych w ekshortacji Amoris laetitia, FSSPX.News zapytały bp. Bernarda Fellaya, przełożonego generalnego Bractwa Św. Piusa X, co skłoniło go do złożenia podpisu pod tym dokumentem.

Bp Bernard Fellay, przełożony generalny Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X

Dlaczego Wasza Ekscelencja udzielił poparcia dla Correctio filialis?

Ten synowski apel ze strony grupy duchownych i świeckich intelektualistów, zaniepokojonych heterodoksyjnymi tezami zawartymi w Amoris laetitia, jest bardzo ważny. Nauczanie Chrystusa o małżeństwie nie może być w zakamuflowany sposób zmieniane pod pretekstem, że czasy się zmieniły i że praktyka duszpasterska powinna się [do tego] dostosować, poprzez proponowanie rozwiązań ignorujących doktrynę.

Rozumiem dobrze [wzburzenie] autorów Correctio filialis, zbulwersowanych przez podziały powstałe w wyniku ogłoszenia Amoris laetitia, przez interpretacje tego dokumentu zawarte w niedawnych wypowiedziach papieża, jak również przez jego opinie dotyczące Lutra. W niektórych krajach biskupi zezwalają obecnie osobom rozwiedzionym, które zawarły następnie cywilne związki, na przystępowanie do Komunii, podczas gdy inni im jej odmawiają. Czy moralność katolicka ulega zmianom? Czy może być interpretowana na sposoby wzajemnie ze sobą sprzeczne?

Po wrześniu 2016 roku czterech kardynałów zwróciło się do papieża – z całym należnym szacunkiem – z prośbą o „wyjaśnienie” jego ekshortacji; w roku bieżącym poprosili go o audiencję. Jedyną odpowiedzią było milczenie, jednakże milczenie nie jest [żadną] odpowiedzią. W kwestii tak wielkiej wagi, a także biorąc pod uwagę obecne podziały, Ojciec Święty musi udzielić jasnej odpowiedzi.

W obliczu tej przygnębiającej dezorientacji jest bardzo istotne kontynuowanie debaty w tych ważnych kwestiach, aby ostatecznie prawda mogła zostać potwierdzona, zaś błąd – potępiony.

Właśnie z tego powodu udzieliłem poparcia tej inicjatywie, przy czym ważne są tu nie tyle nazwiska sygnatariuszy Correctio filialis, co obiektywna wartość przedstawianych przez nich argumentów.

Czy ma to wpływ na stosunki pomiędzy Bractwem Św. Piusa X a Rzymem?

Nasz szacunek dla papieża pozostaje niezmienny i to właśnie z szacunku dla piastowanego przezeń urzędu prosimy go, jako jego synowie, o „utwierdzanie swych braci” poprzez publiczne odrzucenie jawnie heterodoksyjnych tez, które powodują tak wiele podziałów w Kościele.

Z uznaniem powitałem odpowiedź udzieloną przez Hektora (Ettore) Gotti Tedeschiego1, który również podpisał Correctio filialis. Słusznie stwierdził on, że nie jesteśmy wrogami papieża. Wręcz przeciwnie – to, co czynimy, czynimy z miłości do Kościoła.

Taką właśnie postawę zajmował abp Lefebvre, a także Bractwo Św. Piusa X od samego początku swego istnienia. W swej deklaracji z listopada 1974 r. nasz założyciel stwierdzał: „Całym sercem i całą duszą należymy do Rzymu katolickiego, stróża wiary katolickiej oraz tradycji niezbędnych do jej zachowania, do wiecznego Rzymu, nauczyciela mądrości i prawdy. Odrzucamy natomiast i zawsze odrzucaliśmy podążanie za Rzymem o tendencjach neo-modernistycznych i neo-protestanckich”; i to właśnie ów neo-modernizm i neo-protestantyzm autorzy Correctio filialis słusznie potępili jako główne źródło zmian w doktrynie i moralności małżeńskiej postulowanych przez Amoris laetitia.

Przynależymy do Rzymu, Mater et Magistra, każdą cząstką naszej istoty. Porzucając jego liczącą dwa tysiące lat naukę nie bylibyśmy już „rzymscy”; przeciwnie, stalibyśmy się w ten sposób współodpowiedzialni za jego niszczenie – w wyniku [propagowania] etyki sytuacyjnej, uzasadnianej rozwodnioną doktryną.

Nasza wierność Tradycji nie oznacza życia przeszłością, jest ona w istocie gwarancją przyszłości. Jedynie przy zachowaniu tego warunku jesteśmy w stanie skutecznie służyć Kościołowi.

Jakie nadzieje Wasza Ekscelencja wiąże z Correctio filialis?

Musimy mieć nadzieję, że doprowadzi ona do wyraźniejszego uświadomienia sobie powagi sytuacji, w jakiej znajduje się Kościół, zarówno przez duchowieństwo, jak i wiernych. Zaprawdę, jak przyznał Benedykt XVI: „Łódź Piotrowa nabiera wody ze wszystkich stron”. Nie jest to poetycka alegoria, ale tragiczna rzeczywistość. W walce tej wiara oraz moralność muszą być bronione!

Mamy również nadzieję, że poparcie [dla tej inicjatywy] okażą także inni spośród tych, którym została powierzona troska o dusze. Zwracając uwagę na tezy obiektywnie heterodoksyjne, sygnatariusze Correctio filialis powiedzieli jedynie głośno i wyraźnie to, co wielu ludzi uświadamia sobie w głębi swoich serc. Czy nie nadszedł już czas, aby ci pasterze powiedzieli to głośno i wyraźnie? Raz jeszcze należy jednak podkreślić, że większe znaczenie ma tu obiektywna wartość argumentów niż liczba sygnatariuszy. Prawda objawiona przez Chrystusa nie jest kwantytatywna, ale niezmienna.
Musimy błagać Boga, aby Wikariusz Chrystusa zechciał przywrócić całkowitą jednoznaczność w kwestiach o tak zasadniczym znaczeniu; próby wprowadzania zmian w ustanowionym przez Boga prawie małżeńskim muszą pociągnąć za sobą poważne nieporozumienia i podziały. Jeśli nic nie zostanie uczynione, rozłam, jaki obecnie ujawnia się w Kościele, stanie się nieodwracalny. Dlatego prosimy Boga, aby słowa skierowane przez Zbawiciela do św. Piotra: „a ty kiedyś, nawróciwszy się, utwierdzaj braci twoich” (Łk 22, 32), mogły prawdziwie stosować się do papieża Franciszka.

Źródło

  1. Ekonomista i przewodniczący Instytutu Dzieł Religijnych w latach 2009–2012, 24 września br. udzielił wywiadu hiszpańskojęzycznemu serwisowi Infovaticana, zamieszczonego następnie przez watykanistę Marka Tossatiego na swoim blogu – przyp. red. FSSPX.News. ↩

Za: Wiadomości Tradycji Katolickiej (29 września 2017)


Correctio filialis de haeresibus propagatis (polskie tłumaczenie)

Przedstawiamy do pobrania – w postaci pliku PDF – polskie tłumaczenie Correctio filialis de haeresibus propagatis.

Za: Wiadomości Tradycji Katolickiej (30 września 2017)

Katolickie nauczanie o małżeństwie i rozwodach – John Lamont

Ponieważ zagadnienia związane z małżeństwem katolickim wywołały gwałtowną dyskusję podczas obecnej sesji synodu, warto przypomnieć pokrótce nauczanie Pisma św. w tej kwestii.

Punktem wyjściowym jest ustęp 24, 1–4 Księgi Powtórzonego Prawa: „Jeśli pojmie człowiek żonę i będzie ją już miał, a nie znajdzie łaski w oczach jego dla jakiejś sprośności, napisze list rozwodny i da jej w rękę, i puści ją z domu swego. A gdy odszedłszy pójdzie za innego męża i on by ją też miał w nienawiści, i dałby jej list rozwodny i puściłby ją z domu swego, albo by też umarł, nie będzie mógł pierwszy mąż wziąć jej znowu za żonę, bo jest skalana i stała się obrzydłą przed Panem; byś nie przyprawił o grzech ziemi twojej, którą Pan, Bóg twój, da tobie w posiadanie”.

Powyższy fragment stanowi podstawę prawa żydowskiego dotyczącego małżeństwa i rozwodów. W istocie nie usprawiedliwia on rozwodu, ale jedynie potwierdza istnienie tej praktyki w życiu społecznym. Pozwala mężowi, ale nie żonie, zainicjować postępowanie rozwodowe, wymaga też istnienia uzasadnionego po temu powodu. Hebrajskie sformułowanie erwa dabar, które oznacza „nieczystość” lub „coś hańbiącego”, nie posiada precyzyjnego znaczenia, a jego interpretacja stanowiła istotę dysput toczonych przez rabinów w kwestii natury podstaw do rozwodu. Za czasów Chrystusa istniały w tej sprawie wśród Żydów trzy poglądy. Szkoła Szammaja, zasadniczo liberalna w kwestiach przestrzegania prawa, była w tym przypadku najbardziej rygorystyczna. Utrzymywała, że jedynie cudzołóstwo (czy też ogólniej – niemoralność w sferze seksualnej) mogło usprawiedliwiać rozwód. Szkoła Hillela, generalnie rygorystyczna, była w tym przypadku liberalna, dopuszczała rozwód niemal z każdego powodu – jak np. przypalenie przez żonę obiadu. Wspólnota żydowska z Qumran, mająca powiązania z rygorystycznymi esseńczykami, utrzymywała, że ponowne zawarcie małżeństwa za życia pierwszej żony jest zabronione. W jednym ze zwojów znad Morza Martwego, tzw. Zwoju Świątynnym, można znaleźć następujący ustęp: „I nie będzie on brał sobie żony spośród córek narodów, ale z domu ojca swego weźmie sobie żonę, z rodziny swego ojca. I nie weźmie sobie innej żony poza nią, gdyż jedynie ona będzie z nim przez wszystkie dni jej życia. Gdyby jednak umarła, może on wziąć sobie inną [żonę] z domu swego ojca, z jego rodziny”.

Dla uzupełnienia kontekstu, w jakim zostało sformułowane nauczanie Zbawiciela w tej materii, warto też powiedzieć parę słów na temat rzymskiego prawa rozwodowego z czasów Jego ziemskiego życia. W prawie rzymskim rozwód nie był aktem orzekanym przez władze cywilne, ale bezpośrednim porozumieniem między stronami. Dopuszczalne były dwie jego formy: rozwód za obopólną zgodą, communi consensu, bez orzekania o winie, oraz rozwód ze względu na winę jednej ze stron. Przyczyny usprawiedliwiające tę drugą formę rozwodu były szczegółowo określone przez prawo. Ilość zarzutów, jakie mógł postawić mąż, była zdecydowanie większa niż w przypadku żony, jednak w ograniczonej liczbie przypadków również ona mogła zainicjować postępowanie rozwodowe. W przypadku niektórych poważniejszych kategorii uchybień prawo nie tylko zezwalało na rozwód, ale wręcz go nakazywało. Lex Iulia de adulteriis coërcendis, promulgowane przez cesarza Augusta w roku 18 przed Chrystusem, wymagało, aby mąż, który mógł udowodnić swej żonie cudzołóstwo, doniósł o tym do władz miejskich i rozwiódł się z nią. Uchylenie się od tego obowiązku czyniło męża winnym lenocinium, przestępstwa karanego śmiercią.

Rzeczywisty kontekst słów Chrystusa odnoszących się do małżeństwa i rozwodów stanowiły spory pomiędzy szkołami rabinicznymi. Przypomnijmy tu najważniejsze fragmenty nauczania Zbawiciela w tej kwestii.

Każdy, który opuszcza żonę swą, a drugą pojmuje, cudzołoży; a kto od męża opuszczoną pojmuje, cudzołoży (Łk 16, 18).

A przystąpiwszy faryzeusze, pytali go, kusząc: Czy godzi się mężowi opuścić żonę? On zaś odpowiadając, rzekł im: Co wam przykazał Mojżesz? A oni rzekli: Mojżesz pozwolił „napisać list rozwodowy i opuścić”. Odpowiadając im Jezus, rzekł: Dla twardości serca waszego napisał wam taki nakaz. Ale od początku stworzenia „mężczyzną i niewiastą uczynił ich” Bóg. „Dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę, a przyłączy się do żony swojej; i będą dwoje w jednym ciele”. Tak więc już nie są dwoje, ale jedno ciało. Co tedy Bóg złączył, niechaj człowiek nie rozłącza. A w domu znów o to samo pytali go uczniowie jego. I rzecze im: Ktokolwiek opuściłby żonę swoją, a pojąłby inną, cudzołóstwa się dopuszcza przeciwko niej. I jeśliby żona opuściła męża swojego, a wyszłaby za drugiego, cudzołoży (Mk 10, 2–12).

Powiedziano zaś: „Ktokolwiek opuści żonę swoją, niech jej da list rozwodowy”. Lecz ja wam powiadam, że wszelki, który opuści żonę swoją, wyjąwszy przyczynę porubstwa, sprawia, że ona cudzołoży, i kto by opuszczoną pojął, cudzołoży (Mt 5, 31–32).

I przyszli do niego faryzeusze, kusząc go i mówiąc: Czy godzi się człowiekowi opuścić żonę swoją z jakiejkolwiek przyczyny? A on odpowiadając rzekł im: Nie czytaliście, że ten który stworzył człowieka na początku, „mężczyzną i niewiastą stworzył ich?” I rzekł: „Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, i złączy się z żoną swoją, i będą dwoje w jednym ciele”. A tak już nie są dwoje, ale jedno ciało. Co więc Bóg złączył, człowiek niech nie rozłącza. Rzekli mu: Czemuż więc Mojżesz kazał dać list rozwodowy i odprawić? Rzekł im: Mojżesz dla twardości serca waszego pozwolił wam opuszczać żony wasze, lecz od początku nie było tak. A powiadam wam: Iż ktokolwiek opuściłby żonę swoją, oprócz dla porubstwa, a pojąłby inną, cudzołoży; a kto by opuszczoną pojął, cudzołoży. Rzekli mu uczniowie jego: Jeśli tak się ma sprawa mężczyzny z żoną, niepożyteczno się żenić. A on im rzekł: Nie wszyscy pojmują to słowo, ale ci, którym jest dane. Albowiem są rzezańcy, którzy z żywota matki tak się narodzili, i są rzezańcy, których ludzie uczynili, i są rzezańcy, którzy się sami otrzebili dla królestwa niebieskiego. Kto może pojąć, niechaj pojmuje (Mt 19, 3–12).

Także św. Paweł powtarza to nauczanie Chrystusa w 1 Liście do Koryntian: „Tym zaś, co są złączeni małżeństwem, rozkazuję nie ja, ale Pan, żeby żona nie odchodziła od męża. A jeśliby odeszła, niech zostanie bez męża, albo niech się pojedna z mężem swoim. I mąż niech żony nie opuszcza” (7, 10–11).

Liberalny i sceptyczny krytyk biblijny E.P. Sanders określa powyższe deklaracje dotyczące rozwodów jako najlepiej poświadczone przez Ewangelie nauczanie Chrystusa. Uznaje za niezbity fakt historyczny, że Chrystus po prostu zakazał rozwodów, nie dopuszczając żadnych wyjątków. Zauważa też, że „zakazując rozwodu Jezus nie występował bezpośrednio przeciwko prawu mojżeszowemu. Jest ogólnie przyjętą zasadą, że zachowywanie rygoryzmu w stopniu większym, niż wymaga tego prawo, nie stanowi jego pogwałcenia […]. W ustępach Nowego Testamentu Jezus zakazuje rozwodu. Nie można utrzymywać, że kwestionował On istniejące prawo. W rzeczywistości wydaje się, że wprowadza On tu prawo w sferze, w której ono nie istniało: zakazuje rozwodów”. Tę konkluzję Sanders formułuje opierając się na czysto świeckim i naukowym rozumowaniu, nie dopuszczającym uciekania się do argumentów natury teologicznej przy formułowaniu wniosków historycznych.

Powinniśmy rozróżnić pomiędzy doktryną o małżeństwie, której Kościół nauczał w oparciu o te teksty, a ich precyzyjną interpretacją. Na podstawie słów Chrystusa Kościół w nieomylny sposób nauczał, że skonsumowane sakramentalne małżeństwo pomiędzy chrześcijanami może być rozwiązane jedynie przez śmierć jednej ze stron. To nieomylne nauczanie można odnaleźć w powszechnym Magisterium katolickich biskupów oraz w kanonach uchwalonych po XXIV sesji Soboru Trydenckiego:

Kanon 5: Gdyby ktoś mówił, że węzeł małżeński może być rozwiązany z powodu herezji, uciążliwości pożycia lub ciągłej nieobecności małżonka – niech będzie wyklęty.

Kanon 7: Gdyby ktoś mówił, że Kościół jest w błędzie, gdy nauczał i naucza zgodnie z nauką Ewangelii i apostołów, iż z powodu cudzołóstwa jednego z małżonków węzeł małżeński nie może być rozwiązany, i żadna ze stron, nawet niewinna, która nie dała powodu do cudzołóstwa, nie może zawrzeć innego małżeństwa za życia swego małżonka, oraz że cudzołoży mąż, który opuściwszy cudzołożną żonę pojął inną, i żona, która opuściwszy cudzołożnego męża wyszła za innego – niech będzie wyklęty.

Kontrowersje w interpretacji dotyczą terminu „cudzołóstwo”, występującego w Ewangelii św. Mateusza. Tak bowiem przetłumaczono grecki termin porneia, który w istocie nie oznacza w tym języku cudzołóstwa, ale ogólnie niemoralność w sferze seksualnej. Pierwsi protestanci utrzymywali, że Chrystus podał tu wyjątek od ogólnego zakazu rozwodów, które w tym konkretnym przypadku byłyby dopuszczalne. Ta interpretacja jest jednak nie do przyjęcia, a to z następujących powodów:

  1. Relacje o bezwzględnym zakazie rozwodów można znaleźć u św. Mateusza, św. Marka, św. Łukasza i św. Pawła, jednakże zastrzeżenie odnoszące się do porneia występuje jedynie u św. Mateusza. Interpretacja tego zastrzeżenia jako potencjalnego uzasadnienia dla rozwodów równałaby się twierdzeniu, że ten ustęp pozostaje w sprzeczności z innymi księgami Pisma św. To zaś jest nie do przyjęcia zarówno z punktu widzenia teologii, jak i historii.
  2. Nie wyjaśnia to, dlaczego rozdział 19 Ewangelii św. Mateusza stwierdza, że faryzeusze wystawiali Pana Jezusa na próbę, jako że zgodnie z tą interpretacją Chrystus wyrażał pogląd zgodny z nauką jednej ze szkół rabinicznych.
  3. Nie wyjaśnia to konsternacji uczniów (Mt 19, 10). Byłaby ona przesadna, gdyby Chrystus powtarzał jedynie naukę głoszoną przez szkołę Szammaja.
  4. Nie wyjaśnia to słów Chrystusa o eunuchach, które trudno byłoby zrozumieć, o ile istniałaby realna możliwość rozwodu.
  5. W innych miejscach Ewangelii św. Mateusza (5, 31–32; 19, 3–12 etc.) w odniesieniu do cudzołóstwa jest używany rzeczownik moicheia (czas. moicheio). Dlaczego więc w dyskutowanym przez nas tekście Ewangelista posłużył się innym terminem na określenie tego aktu?
  6. Wszystkie inne potępienia wygłoszone przez Chrystusa w Kazaniu na górze odrzucają interpretacje Prawa przedstawiane przez faryzeuszy. Trudno przypuszczać, aby ustęp 5, 32 z Ewangelii św. Mateusza miał stanowić pod tym względem wyjątek, podtrzymując nauczanie szkoły faryzejskiej.

Trzeba też zauważyć, że to lekceważenie przez Rzym negowania bóstwa Chrystusa nie datuje się dopiero na pontyfikat papieża Franciszka, ale w istocie miało miejsce już za czasów Pawła VI, Jana Pawła II oraz Benedykta XVI.

 

Katoliccy egzegeci podają dwa różne wyjaśnienia tego rzekomego wyjątku [w kwestii dopuszczalności rozwodu]. Zgodnie z interpretacją starszą, podawaną przez św. Hieronima i św. Augustyna, cudzołóstwo nie zostało tu podane jako potencjalna przyczyna rozwodu, ale separacji od stołu i łoża. Bardziej współczesna interpretacja, proponowana przez J. Bonsirvena i J. Meiera sugeruje, że występujące w tekście św. Mateusza słowo porneia odnosi się do małżeństw zawieranych pomiędzy bliskimi krewnymi, w stopniu pokrewieństwa zakazywanym przez prawo mojżeszowe. Takie małżeństwa były powszechne wśród pogan przed ich nawróceniem na chrześcijaństwo. Nowy Testament zakazywał takich związków w Dziejach Apostolskich (15, 29) i 1 Liście do Koryntian (5, 1). 
Oba te teksty używają na określenie takich małżeństw właśnie terminu porneia. Tak więc użycie tego słowa w opisanych przez św. Mateusza dyskusjach dotyczących rozwodów oznaczałoby, że wyrażony przez Chrystusa zakaz rozwodów nie dotyczył takich sytuacji (ponieważ te małżeństwa były ze swej istoty nieważne – przyp. tłum.). Ta interpretacja wydaje się najbardziej logiczna; oczywiście jej przyjęcie nie oznacza odrzucenia nauczania, zgodnie z którym cudzołóstwo stanowi podstawę do separacji od stołu i łoża, do której czyni aluzję 1 List do Koryntian (7, 10–11).

Z powyższych rozważań wynikają trzy rzeczy. Pierwszą z nich jest oczywiście fakt, że katolicka doktryna o małżeństwie i rozwodach była głoszona bezpośrednio przez samego Chrystusa i nie może być odrzucana w teorii ani w praktyce bez odrzucenia Chrystusa oraz Jego nauki. Po drugie, w toczonej obecnie dyskusji przeocza się istotę nauczania Zbawiciela. Nie powiedział On: „Nie rozwódźcie się i nie zawierajcie kolejnych związków”, ale „Nie rozwódźcie się!”. Jego słowa o „powtórnym małżeństwie” po rozwodzie miały z założenia wyjaśnić i uzupełnić to nauczanie, nie stanowiły samej jego istoty. Po trzecie, to nauczanie jest potwierdzone nie tylko przez tradycję katolicką, ale także przez świeckie badania historyczne. Gdybyśmy je odrzucili, odrzucilibyśmy nie tylko autorytet doktrynalny Kościoła katolickiego, jak uczynili to pierwsi protestanci. Musielibyśmy odrzucić także osobisty autorytet słów samego Chrystusa, to zaś oznaczałoby odrzucenie wcielenia i utrzymywanie, że Chrystus był jedynie zwykłym rabinem z I wieku, którego nauki były często nowe i inspirujące, nie można im jednak przypisywać boskiego autorytetu.

Tak właśnie postępuje większość biskupów oraz teologów, którzy w trakcie obecnego synodu usiłują obalić katolicką teologię dotyczącą małżeństwa. Dla osób zaznajomionych ze współczesną teologią zjawisko kwestionowania bóstwa Chrystusa nie jest niczym nowym. Przeciętny świecki katolik zazwyczaj jednak nie zdaje sobie z tego sprawy, zaś władze rzymskie, które ten błąd powinny piętnować, pozostają całkowicie bierne. Trzeba też zauważyć, że to lekceważenie przez Rzym negowania bóstwa Chrystusa nie datuje się dopiero na pontyfikat papieża Franciszka, ale w istocie miało miejsce już za czasów Pawła VI, Jana Pawła II oraz Benedykta XVI. Obecnie, podczas Synodu o rodzinie, zbieramy tego gorzkie owoce.

John Lamont

Żydowski słoń, a sprawa polska

Wśród narodów świata Żydzi chyba najbardziej opanowali sztukę prezentowania się światu w charakterze ofiar, no i oczywiście – sztukę odcinania od tego wizerunku kuponów. Rzeczywiście, nie da się ukryć, doznali rozmaitych tragedii, ale sami też nieźle dokazywali, kiedy tylko mogli. Weźmy choćby taki kultowy obraz, jak słynny exodus z egipskiego „domu niewoli”. Zanim ten exodus nastąpił, najpierw Żydzi musieli się w Egipcie znaleźć. A w jaki sposób? Ano, w Starym Testamencie czytamy o wyrodnych braciach, którzy sprzedali swego brata Józefa wędrownym handlarzom niewolników. W ten sposób Józef znalazł się w Egipcie, gdzie po rozmaitych perypetiach, został pierwszym ministrem faraona. Na tym stanowisku zapoczątkował serię przedsięwzięć, które dzisiaj nazwano by „politykami interwencyjnymi”. Na początek nałożył nowy podatek w postaci 20 procent zbiorów od każdego chłopa. Zakładając, że podatek ten pobierany był rzetelnie, wymagało to ogromnego aparatu biurokratycznego, który oszacowałby zbiory u każdego chłopa, a następnie wymierzył podatek. Zebrane w ten sposób zboże trzeba było magazynować, a biorąc pod uwagę ówczesne możliwości komunikacyjne, wymagało to wybudowania gęstej sieci magazynów. Te magazyny musiały być pilnowane przez żołnierzy, bo w przeciwnym razie nie uchowałoby się tam nawet ziarenko. Dla tych żołnierzy trzeba było wybudować koszary. Ten ambitny program budowlany wymagał transportu materiałów, do którego trzeba było wielu zwierząt pociągowych, no i robotników, którzy by to wszystko wybudowali. Zwierzęta pociągowe i robotnicy musieli być odciągnięci z rolnictwa, które było główną gałęzią gospodarki egipskiej. Tamtejsze rolnictwo wymagało bardzo dużego udziału pracy ręcznej również przy utrzymywaniu kanałów irygacyjnych. Kiedy jednak zwierzęta i ludzie zostali odciągnięci do programu budowlanego, prace w rolnictwie siłą rzeczy musiały wskutek tego ucierpieć. Wystarczyło 7 lat takiej gospodarki, by w Egipcie nastał głód. I co wtedy zrobił Józef? Zaczął sprzedawać zboże uprzednio odebrane chłopom w ramach podatku. Jak czytamy w Starym Testamencie, w pierwszym roku zgromadził w skarbcu faraona pieniądze z całej ziemi egipskiej. W drugim roku chłopi musieli wyprzedać inwentarz w zamian za zboże odebrane od nich w ramach Józefowego podatku. W następnym roku mogli kupić zboże już tylko za ziemię, która w ten sposób została upaństwowiona. Wreszcie w zamian za możliwość przeżycia musieli sprzedać w niewolę siebie samych. Przestali być wolnymi chłopami, stając się niewolnikami państwowymi w utworzonych przez Józefa kołchozach.

W dalszej części czytamy, jak to Józef sprowadził do Egiptu swoją rodzinę, której oczywiście przebaczył, no a ona pewnie skwapliwie wykorzystała możliwości, jakie dawało jej jego stanowisko. Minęło wiele lat i społeczność żydowska w Egipcie niezwykle się rozrosła, co zaczęło budzić niepokój faraona. Wtedy pojawił się Mojżesz, któremu Stwórca Wszechświata polecił wyprowadzić Żydów z Egiptu, żeby wzięli sobie w posiadanie ziemię „mlekiem i miodem płynącą”. Żeby przekonać do tego pomysłu niechętnego mu faraona, Stwórca Wszechświata, w ramach odpowiedzialności zbiorowej, zsyłał na Egipt kolejne plagi, z których ostatnia polegała na uśmierceniu wszystkich pierworodnych w ziemi egipskiej. Ciekawe, że aby ułatwić zadanie Aniołowi-Niszczycielowi, Żydzi musieli oznaczyć drzwi swoich domów baranią juchą. Anioł pewnie mógłby się obejść bez takiego oznakowania, natomiast dla komanda nocnych morderców było ono wskazówką konieczną – gdzie nie wchodzić. Toteż kiedy nastał ranek, Żydzi zrozumieli, że jedyny ratunek w natychmiastowej ucieczce gdzie oczy poniosą, bo zanim faraon przekona się, że te nocne morderstwa były dziełem Anioła Niszczyciela, to niejedna głowa spadnie z karku, więc lepiej takiego eksperymentu nie ryzykować tym bardziej, że wcześniej wypożyczyli od egipskich sąsiadów kosztowności, z których potem ulali nawet złotego cielca. Najwyraźniej opinie o panującym wówczas w Egipcie antysemityzmie musiały być mocno przesadzone, skoro egipscy sąsiedzi zaufali Żydom swoje precjoza. Potem, to znaczy, po ucieczce, te nastroje mogły rzeczywiście się zmienić na gorsze, ale Żydzi chyba do dnia dzisiejszego nie mogą tego zrozumieć. Najwyraźniej muszą wyznawać zasadę, że czysty typ nordycki i bez mydła jest czysty, czyli, że jeśli ktoś jest ofiarą cudzej irytacji, no to jest, nawet wtedy, gdy ta irytacja została wywołana prowokacyjnym zachowaniem ofiary. Dodatkową poszlaką która na to wskazuje, jest obchodzone wśród Żydów do dnia dzisiejszego radosne święto Purim, będące pamiątką udanego ludobójstwa, jakiego Żydzi dokonali w Persji, mordując co najmniej 75 tysięcy ludzi.

Toteż nie można się dziwić, że i teraz żydowska gazeta dla Polaków retuszuje historię, starannie wymazując udział Żydów w ludobójstwie. Właśnie panu redaktoru Wacławu Radziwinowiczu redakcyjny Judenrat z Czerskiej wydrukował artykuł o operacji polskiej NKWD w 1937 roku. Pan redaktor Radziwinowicz twierdzi, że korzystał z materiałów archiwalnych rosyjskiego stowarzyszenia Memoriał, ale to albo gówno prawda, albo też sam autor lub redakcyjny Judenrat niektóre informacje starannie mu powyskrobywał. Opisuje tam rozmaite okolicznosci i wymienia osoby w to ludobójstwo na Polakach zaangażowane, a nawet opisuje, jak to Jeżow biegał po korytarzach lefortowskiego więzienia, a nawet – jak nazywał się NKWD-dzista, który zszywał albumy ze skazanymi Polakami – ale ani słowem nie odważył się wspomnieć, jak nazywała się „dwójka”, która te albumy dla Wyszyńskiego i Jeżowa przygotowywała. Nic dziwnego – bo byli to dwaj odescy Żydowinowie, z których jeden nazywał się Aleksander Minajew-Cykanowski, a drugi – Włodzimierz Cesarski. Jak tam się nazywali naprawdę – czort z nimi – bo ważniejsze jest to, że w książce dra Tomasza Sommera, o której pan redaktor Radziwinowicz pewnie miał surowo zakazane słyszeć – jest nawet fotografia tego Minajewa-Cykanowskiego i to zaczerpnięta z archiwum tego samego Memoriału, z którego korzystać miał niby pan redaktor Wacław Radziwinowicz. Tego słonia w menażerii miał widać zakazane zauważyć. Widać, że w żydowskiej gazecie dla Polaków panuje iście stalinowska dyscyplina, podobnie jak orwelowskie obyczaje, kiedy to w Ministerstwie Prawdy przygotowywane były skorygowane zgodnie z potrzebami „etapu” wersje historii dla mikrocefalów. Najwyraźniej jakiś Sanhedryn musiał surowo przykazać („NU!”) wszystkim autorytetom moralnym, by starannie usuwali wszelkie wzmianki o udziale Żydów w ludobójstwie XX wieku. Nietrudno się domyślić dlaczego – bo ujawnienie tego, dodajmy – masowego udziału Żydów w tym ludobójstwie i to nie w charakterze ofiar, ale katów i organizatorów tej zbrodni – zniszczyłoby martyrologiczny wizerunek tego narodu.

Stanisław Michalkiewicz