OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

marian44

Powrót „pańskiej Polski” – po czterech latach

Przed tak ważną decyzją, jaką przyjdzie nam jako Polakom podjąć już jutro, warto poświęcić chwilę, by spojrzeć na to, co za nami, z pewnej perspektywy. Przypominam tekst, który powstał krótko przed poprzednimi wyborami parlamentarnymi, by uprzytomnić – sobie i Czytelnikom – jaką drogę pokonaliśmy przez ostatnie cztery lata. Naprawdę niezwykłe lata naszej historii. Wspaniała była to przygoda… I gdzie jesteśmy dziś, patrząc na nasze nadzieje i oczekiwania z tamtego czasu.

_____

Jesteśmy szczęśliwym krajem. W naszym kraju trzydzieści procent Polaków od kilkunastu lat głosuje zawsze na ludzi, którzy mówią publicznie, głośno i wyraźnie, że wolność jest piękna. Że niewolnictwo – sprzedawanie się za pieniądze, za posady, za obietnice, życie bez prawdy – czyni nieszczęśliwymi, upadla. Przyobleka duszę w ohydny brudny łachman.

Dlatego jesteśmy krajem naprawdę szczęśliwym. Trzydzieści procent to dużo. [Choć dziś – byłoby zdecydowanie za mało – dop. 11. X. 2019]. Zwłaszcza, gdy tylu wynajętych pajaców gdacze bez przerwy, że ci, którzy są za wolnością, za Polską silną, za mądrym rządem, to ludzie niepoważni. Nieudacznicy, jacyś pomyleńcy. Ale prawdy o nas, Polakach, nie da się unicestwić. Nawet, gdy nikt jej nie zasieje jesienią, a pole się zaorze – odrośnie, jak trawa na wiosnę.

Nie da się Polski w sercach polskich znieważyć. Jej prawdziwe życie jest właśnie tam. Nie da się jej zniszczyć. Im bardziej lżona, tym goręcej kochana. Im bardziej wmawiają nam, że jesteśmy głupcami, tym jesteśmy mądrzejsi. Im bardziej przypisują nam szaleństwo, tym bardziej okazujemy się rozważni i dalekowzroczni. Mamy dar spokoju. Wszystko wychodzi bowiem na dobre człowiekowi, który kocha Boga. Każde doświadczenie, każdy cios.

Tak samo jest z narodem, który kocha Boga. Wolne słowo, wolna opinia publiczna to potęga Polski. Gdy patrzy się na opinię publiczną w krajach Zachodu, albo Wschodu – cóż… Tak, możemy być dumni!

Dziś wynajęci pajace gdakaniem o tym, że samolot pod Smoleńskiem sam się roztrzaskał, jakby był suchym kawałkiem drewna nadzianym na ostrze, usiłują wepchnąć innych Polaków w przepaść głupoty, niedorzeczności, zdziecinnienia.

Chcą także, żeby już bardzo małe, ledwo z pieluch wyjęte dzieci uczyły się w szkołach, które są sporządzone na modłę rosyjskich szkół dla Polaków w czasach zaborów. Wszystko tam stawiano na głowie; do umysłów dzieci i młodych ludzi usiłowano wepchnąć istny śmietnik – posługując się dwoma chwytami: presją fałszywych autorytetów i terrorem, zastraszaniem.

Ale w Polsce po prostu nie da się rozpleść tych nici, tak ściśle ze sobą zespolonych, które tworzą jeden wzór: wiara i polskość, kultura i mądrość, zdrowy rozsądek i zdolność do ofiar, fantazja, polot, umiejętność śmiania się z samych siebie i pracowitość. Nie odwracanie się nigdy plecami do ludzkiego nieszczęścia. Gościnność i tolerancja, pogodna rezerwa wobec innych narodów. Nie przyjmowanie tego, co byle jakie, co polskości zaprzecza, ale szacunek wobec ludzi. To wszystko w Polakach było zawsze i jest nadal obecne. Nic nie da się wydestylować. Tu właśnie kryje się ów pański dystans wobec innych – bez nadmiernej poufałości, ale z rewerencją i szacunkiem dla drugiego człowieka. Dystans, który nie przeczy wcale ciekawości, otwartości, ciepłu, przyjaźni; dystans, który tak intrygował i pociągał cudzoziemców. Sprawiał, że Polakami w czasach I Rzeczypospolitej chcieli być Tatarzy, Białorusini, Litwini, Ukraińcy. Że Polakiem stał się u progu XX w. Austriak prof. Oskar Halecki, znawca i miłośnik polskiej historii.

Polskość była atrakcyjna. Na dworze carów w XVII, XVIII wieku mówiło się po polsku. Polskość czarowała. Była i jest atrakcyjna, o czym zaświadczają na przykład przyjaciele z Majdanu.

Polska jest dziwnym krajem. Dziwnym, kłującym w oczy – nawet w Europie dzisiejszej., na jej tle. Bo w Polsce, to niewiarygodne, nadal jest polskość! Choćby wybito niemal wszystkich przedstawicieli polskich elit, pamięć o nich pozostanie wśród Polaków, żywa jak płomień. I będzie się wciąż odradzać. Polskości wydrzeć się z dusz mieszkańców Polski nie da. Nasi wrogowie tego nie rozumieją. Bo dla nich istnieje tylko to, co materialne.
Trzeba wierzyć w dogmat Świętych obcowania, żeby zrozumieć coś z Polski. Oni nie wierzą.

A Polacy wciąż ze sobą potrafią rozmawiać. Rozmawiają także z tymi, których już nie ma tu, na ziemi.

Polacy się lubią. Sięgają po gazety, które nie judzą i nie nudzą. Które dają oddech, bo ich autorzy mają poczucie humoru. Prawda podana ze zmarszczką na czole, z potępiającym okrzykiem i grożącym palcem, z wykrzywieniem ust, z oskarżeniem wobec wszystkich wokół – bo tylko moja gazeta, moja rozgłośnia, moja prawda są słuszne – to nie żadna prawda, a słuszniactwo. Słuszniactwo próbowali zainstalować tu bolszewicy, a wcześniej Prusacy i Moskale. Zostali wyśmiani. Słuszniactwo to myślenie pod sznurek. Na rozkaz i pod presją. Wykorzystuje się w tej presji fałszywy autorytet. Robi się z ludzi posłuszne kukły. Słuszniactwo w Polsce jest zawsze czymś żałosnym.

Jesteśmy szczęśliwym krajem. Mamy przed sobą szalone perspektywy. Bo mamy Ojca i Matkę, o których wiemy, że kochają. Dzieci, które nie mają rodziców, którzy je kochają, nie są szczęśliwe. Wciąż chcą udawać kogoś innego. Źle czują się we własnej skórze, usiłują wciąż udowadniać, że zasługują na miłość. Czasem robią tysiące głupstw, żeby tylko ktoś, kogo mają za ojca i matkę, ich pokochał… Lub choćby zwrócił na nich uwagę. Zauważył, że istnieją. Jaki to okropny ból, gdy rodzice nie kochają dzieci, lub kiedy nie potrafią im tego okazać i one sądzą, że nie są kochane!

Z Polakami jest inaczej. Oni co do miłości mają pewność. Ich Ojciec to Bóg. Ich Matka to Matka Boga. Czy dlatego, że Polacy są lepszymi katolikami? Nie, nie są lepszymi. Ale nie dali w sobie zabić wiary w Boga, który jest Trójcą, trzema Osobami Boskimi, które łączy miłość. Wiara w Boga osobowego uskrzydla. Wiara w boga bezosobowego, boga tożsamego z kosmosem, naturą, wiara w absolut, który nie ma twarzy, nie ma serca, który nie potrafi kochać, to nieszczęście. Przytrafia się różnym pobożnym mędrkom.

Pełne kościoły podczas rekolekcji przed Świętami Wielkanocnymi, kilometrowe kolejki przed konfesjonałami, ludzie na kolanach przed Bogiem, to wszystko mówi wyraźnie: Tak, mamy Ojca. Mamy Matkę. Jesteśmy kochani. Nasz Ojciec jest Bogiem. Nasz Bóg jest Zbawicielem świata. Nasz Zbawiciel jest prawdziwym Królem. Ten, którego nie chcieli, którego wyszydzili, zdradzili, opluli i ukrzyżowali.

Polacy jednak wiedzą, że On jest Królem. Jak to zwięźle ujęli w staropolszczyźnie: Próżno, straże, grób strzeżecie! Już Go tutaj nie znajdziecie: Wstał, przeniknął skalne mury, Bóg natury…

Nawet, kiedy ostatni król polskiego państwa zostaje zdrajcą, gdy tchórzy, gdy upokarza naród, Polacy nie stają się sierotami. Mają Króla, którego Serce pała miłością bez chwili wytchnienia. I oni o tym wiedzą.

Wszystkie polskie pieśni wielkopostne, Gorzkie Żale, Drogi Krzyżowe odprawiane w Polsce przez cały Wielki Post o tym mówią. Nie ma wątpliwości. W Jego ranach nasze ukojenie. W Jego bólu nasze pocieszenie. W Jego Krzyżu nasze zwycięstwo.

Mamy Matkę, która jest Królową.

Zapominamy o tym w chwilach wielkiej udręki, wielkiej boleści, ale potem budzimy się z odrętwienia. Mało kto być może dziś przypomina sobie, że osiem lat temu hołd tej Królowej, w Katedrze Lwowskiej, przed ołtarzem, gdzie modlił się Jan Kazimierz i przyjmował Ją uroczyście jako Królową Polski – dzielił się z Nią swym królestwem – złożył prezydent Polski, Lech Kaczyński. Odnowił wówczas śluby Jana Kazimierza wobec kardynała Mariana Jaworskiego. Było to 1 kwietnia 2006 roku, w 350. rocznicę Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza w tej samej katedrze.

Kiedy się ma Ojca i Matkę, gdy Oni są Królem i Królową, i gdy się o tym wie – jest się szczęśliwym narodem.

Tego narodu nie da się oszukać

Jesteśmy szczęśliwym narodem, bo dobrze wiemy, co się wydarzyło 1o kwietnia 2010 roku !!!.

To fakt, coraz więcej ludzi o najpobożniej złożonych dłoniach wykrzykuje, że nic, dosłownie nic nie zdarzyło się tego dnia. No, nic takiego, dajcie spokój! Albo: Zamknijcie się wreszcie, słyszycie! NIC! Im głośniej krzyczą, tym bardziej głuchy jest ten krzyk.

Struny głosowe już wysiadają, a oni krzyczą. Drą się na całe gardło I cisza, która zapada potem jest straszna. Przerażająca dla nich samych. Wreszcie słyszą, co wykrzyczeli.

Także ci, którzy próbują tę datę po prostu wykreślić z zestawu historycznych dat, ominąć ją wielkim łukiem, ogłaszając hałaśliwie na przykład, że tego właśnie dnia zatriumfowali w Parlamencie Europejskim obrońcy życia i dlatego dzień ten będzie pamiętny i wielki na pokolenia, dają tylko dowód, że boją się okropnie i nie chcą, by ktokolwiek o tym wiedział.

Że nie chcą kłamać wprost, ale próbują przykryć, czym się da tę datę, która pojawia się wciąż i wciąż rośnie przed oczyma oniemiałego świata, który, biedny, nie wie – choć tak naprawdę wie doskonale – jak i z czym ją powiązać. Pojawia się niczym MANE TEKEL FARES, i nie znika, choć ściera ją pracowicie niewidzialna gumka i zamalowuje pod osłoną nocy pędzel: Dziesiąty kwietnia, Smoleńsk.

Jesteśmy szczęśliwym narodem, bo czujemy wciąż i rozumiemy naszą historię. Potrafimy powiązać ze sobą w jedną całość daty, miejsca i ludzi. Pojmujemy – to, co wcale nie łatwo jest pojąć: historia państw i narodów jest mową Boga.

Wiemy, że nie da się niczym wydrapać tych kwietniowych dat: 1940…, 2010…. Odrodzą się znów, pojawią się na murach, wykwitną jak kwiaty na drzewach wiosną, wyrosną jak aksamitny mech spod ziemi – przed oczyma Polaków, którzy się na tej ziemi urodzą.

Gdy Polacy nie słyszą w kościołach podczas kazań nawiązań do tej daty, czują po prostu palący wstyd.

Oszukiwać się długo nie da nawet tych ludzi, którzy bardzo by chcieli zapomnieć – bo mają za dużo spraw, zbyt wiele interesów, projektów, zobowiązań, za wiele do stracenia – żeby dla nich nic, poza zwykłym wypadkiem, takim, jakich wiele, nie wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku.

Dlatego, że tak jest, do Polski zawsze będą przyjeżdżać cudzoziemcy. I odjeżdżać stąd z dziwnym uczuciem, że Polska jest w Europie rajem. Choć drogi nie takie, koleje przestarzałe, bruki krzywe, kawa niesmaczna, hotele byle jakie. Jest rajem, bo jest Ojczyzną ludzi, których łączą ze sobą prawdziwe relacje. Tylko niezachwiana pewność, że Bóg jest, pozwala nawiązać prawdziwe, wolne do pozy, relacje między ludźmi.

Chcą nawet osiedlać się tu, w tym kraju, tak ubogim. Jak ujął to pewien Szwajcar, który z żoną – dziewczyną po filozofii, jak i on – robi sery pod Suwałkami: Wszyscy, którzy nie są bardzo chorzy chcieliby tu przyjechać i żyć. Dlaczego? Niebogata Polska jest rajem, do którego z niejasnych dla siebie powodów tęsknią ludzie z Zachodu. I rajem, który budzi okrutne wyrzuty sumienia – starannie ukryte, ale przecież ujawniające się, nie jeden raz – u wielu z nich. U wielu także tych ze Wschodu.
Tutaj ludzie mają gest

Kupowałam niedawno mleko od starszej kobiety, która stała na chodniku. W koszyku miała jajka, w plastikowych butelkach po wodzie mineralnej mleko. Czy to od pani krów?, zapytałam z głupia frant.

Bez obrazy, od mojej krowy, odparła staruszka, prostując się z godnością.

Tutaj ludzie potrafią zachować się z godnością. Nie mówię, że wszyscy. Ale ta umiejętność, czy talent, nie wygasła Nawet kiedy sprzedają tylko grzyby i borówki czy czarne jagody stojąc na poboczu dróg szybkiego ruchu. I wiedzą, że poczucie godności u przejeżdżających szosą kierowców każe im się w końcu zatrzymać i wysiąść. Może żeby kupić te grzyby, których nie znajdą w osiedlowym supermarkecie, może żeby pogadać o tym, jak jest z grzybami w tym roku.

W zeszłym roku w lecie widziałam na wschodzie Polski kobiety – młode, stare i w średnim wieku – które wychodziły przed domy i wykładały w skrzynkach i koszach owoce i warzywa ze swoich ogródków. Niektóre sprzedawały za grosze, inne po prostu je rozdawały. To, co im tak pięknie w ogródku rozkwitło, a potem wyrosło i zaokrągliło się, przybierając odcień ciepły, rumiany: pomidory, dynie, kabaczki, cebule, jabłka, śliwki… Bo przecież, czy można powiedzieć, że dobra te są ich własnością? Czy to, co od Boga jest własnością… Więc one wynosząc te dary przed swoje domy, zawsze były chętne, by pogadać z kimś, kto by się zatrzymał. Stać je było na to. Miały czas, miały chęć. Chciały się czymś tak pięknym podzielić. Miały wielkopański gest. Bo były to nie kobiety, a panie. Choć ich domki nie były wcale okazałe, a ogródki małe nieraz jak prześcieradło.

Ludzie w Polsce zachowują się z godnością każdego dziesiątego dnia miesiąca. Stać ich na to, by złożyć kwiaty, zapalić znicz. Żeby przyjechać do Warszawy, czy innego miasta, nawet z daleka. Przejść z modlitwą ulicami razem z innymi Polakami. A przecież nic z tego nie będą mieli !

Bo w Polsce płynie Rzeka Podziemna. Wody suną powoli, niepowstrzymane, pracowicie drążąc podziemne korytarze. Nie ma struktury, nie ma brzegów umocnionych i obwałowanych. Jest rzeką zupełnie wolną, dziką i swobodną, która rozlewa swe potężne wody, gdzie chce.

Jest rzeka, płyną wody, bo jest miłość. Jedyne lekarstwo na nienawiść.

W Polsce o wielu rzeczach decydują relacje między nami. Bo one zawsze ukazują, czy ktoś jeszcze żyje życiem duchowym, czy nie. One mówią wszystko: jeżeli jesteś wobec innych szczery, prawdomówny, uczynny, bezinteresowny, gościnny, wspaniałomyślny, hojny – masz Boga. Wierzysz. Jesteś wolny, żyjesz naprawdę. Tak jak żyli naprawdę ci, co zginęli.

Tych wód nic nie powstrzyma.
Z ludźmi takiego animuszu

Zabić można też informacją, wiedzieli to znawcy wojennych strategii z Dalekiego Wschodu. Wojny informacyjne to ich wynalazek. I to właśnie niektórzy próbują dziś robić: zabijać duchowo powtarzanym wciąż negatywnym komunikatem: nic się nie zrobić. W Polsce nic się nie da zrobić. Polskę można tylko sprzedać. Jesteśmy skazani – rzekomo. Bo jesteśmy niepoważni, lekkomyślni, słabi, zatomizowani, chorzy, nienormalni, zakompleksieni. Skłóceni… To jednak nic nie ma wspólnego z nami. Nic z naszą historią i tradycją. Nic z prawdą o współczesnych Polakach. Ludzie, których serca nie stwardniały, nie stały się harde – ale też ci, których serca nie zniewieściały, nie uległy rozpaczy, nie rozpłynęły się w słabości – nigdy się nie załamią. Nigdy nie uwierzą złotoustemu kłamcy.

„Widzicie panowie, jak trudno władać Rzeczpospolitą złożoną z ludzi takiego animuszu” – to znowu Adam Mickiewicz, podczas wykładu w Paryżu w 1841 roku, który poświęcił prawie w całości Pamiętnikom Paska, obficie je cytując:

„»Skoro się trochę rozwidniło,…ruszyło się wojsko, żebyśmy, Pana Boga wziąwszy na pomoc, wcześnie zaczęli tę igraszkę«. – Tak Pasek nazywa bitwę. – »Idąc tedy, każdy odprawował swoje nabożeństwo; śpiewano godzinki; kapelani, na swych koniach jadąc, słuchali spowiedzi; każdy się dysponował, żeby był jak najgotowszy na śmierć. Przeszedłszy tedy o pół mili od Połonki, stanęło wojsko do szyku bojowego«”.

Przestańmy własną poić się boleścią; /Przestańmy ciągłym lamentem się poić, /Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią; / Mężom przystoi w milczeniu się zbroić…, przestrzegał Adam Asnyk, przeczuwając, u schyłku XIX wieku, wraz z postępami rusyfikacji, nadciągającą ze wschodu epidemię bierności i gnuśności, a wraz z nią stałą gotowość, by prześcigać się w narzekaniu. Mentalność drobnomieszczańska usiłowała zdominować, wypchnąć tę szlachecką. Do narzekania dołączyła złość wobec obcych, pomstowanie na Żydów, czemu patronowały organizacje nacjonalistyczne. Było to nadzwyczaj korzystne dla Rosji.

Tak jak niepolskie jest narzekanie, tak niepolski jest antysemityzm. Antysemityzm równa się niepolskość.

Dlatego właśnie hierarchowie Kościoła w Polsce porzucą nieuchronnie – w niedalekiej już przyszłości, to pewne – wszelkie ideologie, które przyplątały się w ostatnich czasach. To znaczy – odeprą pokusę filozoficznego idealizmu. Muszą rozliczyć się zarówno z ideologicznym potworkiem praw człowieka, jak i z potworkiem nacjonalizmu, skrywającym upodobanie w tradycji bez Boga. W pierwotnym sacrum – bez Boga. Rozgłośnie katolickie w końcu przestaną straszyć i zanudzać słuchaczy tym, że wokół panuje zgnilizna, i jest tak źle, tak beznadziejnie, że już nigdy dobrze być nie może. (Inteligencja zdradziła, politycy zdradzili…)

Te zaklęcia są nam podrzucane z zewnątrz. W Polsce brzmią fałszywą nutą. Polska jest zdolna do czynu. Polacy są dumni w sposób zdrowy, bo mają Chrystusa. Jedyną Drogę, jedyną Prawdę. Chrystus jest Królem. Choćby Go nie chcieli jako Króla ci po lewej stronie, intelektualiści zapatrzeni w swój własny pępek, w swojego idola, Teilharda de Chardin, i ci daleko po prawej, mocno pobożni, a tak często wobec swoich bliźnich okrutni, to Polacy właśnie Jego, swojego Króla mają w sercu. Kościół polski wcześniej czy później to odkryje – i będzie musiał za Królem iść.

Jak trafnie ujął to w Paryżu Mickiewicz: „Naród świadom był, że jego powołaniem walka z niewierzącymi i schizmą… za Jagiellonów od razu przejrzał niebezpieczeństwa, jakie na świat chrześcijański spaść miały po wtargnięciu Turków, i uderzył na nich. Polaków popchnął do tego ów instynkty moralny, który ludowi pozwala natychmiast odgadnąć nieprzyjaciół jego idei religijnych i społecznych….”

Natychmiast odgadnąć… Ta specyficznie polska zdolność do nieomylnego rozpoznawania kłamstwa musi niektórych niepokoić. Zbijać z pantałyku. Mieszać szyki. Tu kłamstwo nigdy się nie rozpleni. Nawet, gdy je co rok wystawiają na słońce i każą podziwiać; pracowicie podlewają, przycinają i nawożą. Chuchają, dmuchają i zaklinają – a ono nic. Tylko marnieje, więdnie i gnije.

Polskości nie da się ani zakazać, ani wykorzenić. Ma ona swobodę, lekkość i wdzięk, rodem z kultury zachodniej, łacińskiej, a zarazem jest przeniknięta w całości duchem słowiańskim. Niepowtarzalna mieszanka. Nie do podrobienia styl.

Polskość w całej urodzie uosabiał Pasek, średniozamożny szlachcic z Małopolski, autor Pamiętników, które z takim upodobaniem w Paryżu cytował Adam Mickiewicz. Poetę zachwycał także jego styl życia i nie bez przyjemności przedstawiał go paryskiej publiczności:

„Dwór Paska był to istny zwierzyniec. Kiedy jechał na polowanie, leciał przed nim oswojony kruk, wskazując mu drogę. Otaczały go i prowadziły jastrzębie i sokoły. Pomiędzy psami biegły liszki [lisy] oswojone, a nawet zające podskakiwały za pachołkami. Pysznił się tym swoim »myślistwem«, na które chłopi patrzyli jak na sprawę jakiegoś czarnoksiężnika. Ale najciekawszym stworzeniem w jego zwierzyńcu była oswojona wydra, którą w czasie postu posługiwał się do jedynego w swoim rodzaju polowania, do rybołówstwa. Musiał to cudo, nie bez obfitych łez, odstąpić królowi”.
Obowiązek rozpędzania obłoków

Jak odkrył to w prelekcjach paryskich Adam Mickiewicz: wiara w bezpośredni wpływ świata nadprzyrodzonego jest moralną i polityczną siłą Polski.

„W Polsce cios zadany religii katolickiej był śmiertelny dla Rzeczypospolitej, wszystkie bowiem zwyczaje wojskowe i polityczne opierały się na mocnej wierze w świat nadprzyrodzony, w cuda”.

Jako jeden z przykładów przytacza Mickiewicz z Pamiętników – już nie Paska, a o. Augustyna Kordeckiego – pewien epizod z oblężenia przez Szwedów Jasnej Góry:

„Co rana podnosiły się wokół warowni mgły i pod ich osłoną Szwedzi mogli podsuwać się pod same mury. Zakonnicy, nie znajdując innego sposobu przeciw temu zjawisku atmosferycznemu, polecili jednemu ze świątobliwych ojców zakonnych rozpędzać obłoki modlitwami, co też się powiodło.

W ustępie o obowiązkach każdego dowódcy oddziału czytamy, że ten a ten ojciec miał poruczony sobie obowiązek rozpędzania obłoków. Przeor uważał to po prostu za czynność zwyczajną”.

Przeciwnicy ideowi Polski, nawet nieraz chrześcijanie, ale sprotestantyzowani mentalnie i duchowo (zwłaszcza Niemcy), uważają, że idea Boga, który jest Mistrzem Miłości, jest do zakwestionowania, bo zagraża porządkowi społecznemu; musi być bowiem najpierw ściśle zorganizowana, uporządkowana, niejako okiełznana.*) Wszystko ma mieć swoje miejsce, ścieżeczki żwirkiem wysypane równiutko, system ma być doskonały. Polacy takich problemów nie mieli nigdy i nie mają. Ten typ myślenia jest im obcy, bo jest „katolicyzmem” tylko zewnętrznym, ateistycznym – jest spoganieniem chrześcijaństwa. Zakorzenionym w pysze, która uruchamia chorą wyobraźnię. Wszystko jest w niej wydzielone i określone. Myśleniu logicznemu w katolicyzmie nie można nigdy przeciwstawiać wiary związanej z gorącą miłością, płomienną nadzieją, wielką tęsknotą i pragnieniem Boga. Obie te właściwości idą razem, bo Bóg nie jest „czystym rozumem”. Jego Imieniem nie jest logiczność. Imieniem Boga jest obecność: Ja Jestem. Kochać kogoś to być przy nim. Być obecnym, nie udawać, nie deklarować. Miłość Boga jest prawdziwa, dlatego nie zniewala. Pozwala na wiele.

Polacy pozwalali sobie, przez wszystkie wieki wolności Rzeczypospolitej na wiele, potrafili pięknie i bujnie żyć, czuli się swobodni i pewni. Pewni wobec Boga, pewni Jego miłości. To musiało budzić zazdrość, a nawet – zupełny popłoch i przerażenie u niektórych przedstawicieli tych społeczeństw i państw, gdzie miłość prawdziwa była prześladowana, gdzie rozwijały się gwałtownie religijne choroby. Chorobą była reformacja Lutra i wyskoki jego następców; ciężką chorobą była schizma wschodnia. Tyko w miłości i prawdzie można dokonać rzeczy wielkich. Wielkich czynów dokonuje się dzięki wolnemu wyborowi dobra. Dlatego jedynymi ograniczeniami wolności, jakie akceptują Polacy – we wszystkich wiekach swojej historii – są ograniczenia dobrowolne.

To sprawa kluczowa. Między człowiekiem a Bogiem, między narodem a Bogiem istnieje miłość, prawdziwa miłość – z woli Boga – tylko wtedy, gdy jest tu obecna i wolność. Na tym polega szaleństwo Boga.

„Skoro Bóg nie może nas zmusić do tego, byśmy Go kochali, skoro zgadza się grać z nami w tę jakże niebezpieczną grę naszej dobrej woli i dobrowolnej miłości, dawanej lub odmawianej, trzeba, by jakieś ludzkie serce, nietknięte naszymi upadkami – ale takie, które doświadczyło naszej nędzy i cierpiało w swoim, czyli naszym ciele, tragedię grzechu – uniosło dla nas do nieba akt dobrowolnej i nieomylnej miłości, tak mocnej, żeby z naddatkiem wynagrodzić pierwszą zniewagę: trzeba będzie, żeby Bóg stał się człowiekiem.

Gdyby Bóg nie zamierzał tego drugiego szaleństwa swojej miłości, nie dopuściłby do pierwszej zniewagi, a nawet w ogóle nie stworzyłby rodzaju ludzkiego i całego wszechświata rzeczy widzialnych”.**)

(2014 r.)

11 października 2019 by Ewa Polak-Pałkiewicz________

*) Por. Marian Zdziechowski, Chateaubriand i Napoleon, Wilno 1932

**) Charles Journet, La Rédemption, drame de l`Amour de Dieu, Genève 1972, s.27 (za: Dom Yves Chauveau, Jak będzie w niebie, wyd. Promic)

LIST OTWARTY DO P. OLGI TOKARCZUK

LIST OTWARTY DO P. OLGI TOKARCZUK

Proszę mi powiedzieć, ilu Żydów zabiła Pani i Jej rodzina, jakimi metodami, dlaczego prokurator nic o tym nie wie – i dlaczego Pani uważa że wszyscy Polacy za to odpowiadają? (poniżej jest skrót listu) Tekst jest na wolnej licencji – proszę o udostępnianie: jest marzeniem, doprowadzić do sytuacji, w której pani Tokarczuk składa konkretne wyjaśnienia – albo nas przeprasza.
LIST OTWARTY DO P. OLGI TOKARCZUK
źródło: http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Olga-Tokarczuk-robilismy-straszne-rzeczy-jako-mordercy-Zydow,wid,17895476,wiadomosc.html
Szanowna Pani,

wczoraj przeczytałam, iż w programie „Minęła dwudziesta” w TVP, powiedziała Pani tak: „Wymyśliliśmy historię Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, jako kraju, który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości. Tymczasem robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów”.

Mam nadzieję, że to prawda. Gdyż bardzo mnie ucieszyła ta Pani wypowiedź.

Jest, tradycyjnym, zadaniem polskiego pisarza leczenie społecznych stosunków. Rozdzieranie ran – oraz ich opatrywanie. Aby doprowadzić zbiorowość do rachunku sumienia, odpokutowania win oraz naprawy zaburzonych relacji. A także wydźwignąć tę zbiorowość na wyższy poziom moralnej samoświadomości, przydając jej zarazem poczucia godności, woli i mocy sprawczej oraz mądrości na przyszłość.

Najgorsze czyny – przekuć w dobroć i światło, taka jest rola pisarza w Polsce.
Cieszę się, że rozumie Pani to posłannictwo.

(…) Tak więc, cieszę się, że wstąpiła Pani w szranki publicznej dyskusji. Ponieważ oczywiste że teraz musi Pani przeprowadzić porządny, logiczny i faktograficzny – dowód swoich tez.
Albo, jak mawiają w filmach z Hollywood „zamilknąć na zawsze”.

(…) Zakładam więc, że dysponuje Pani wiedzą tajemną, hermetyczną, ogólnie niedostępną na temat polskiej historii – i żądam, aby Pani teraz się nią z Polakami podzieliła.

Cieszę się, że będę mogła Pani pomóc w tym zadaniu, przedstawiając swoje stanowisko, ponieważ Polakom – oraz Europie – jest potrzebny krótki kurs prawdziwej historii Polski.

Dobrej czy złej, ale prawdziwej.
A tej trzeba dopiero poszukać. Gdyż ani Pani jej nie zna ani ja, znana jest tylko wersja zwycięzców. Natomiast działając razem – jesteśmy w stanie do tej prawdy się jakoś zbliżyć.

Najwyższy więc czas na poważną rozmowę m. in. o wzajemnych nieprzyjemnych zaszłościach w stosunkach Polaków z mniejszościami narodowymi – naturalnie na szerokim tle, historycznym oraz współczesnym tzn. warto uwzględnić też pozycję Polaków jako mniejszości w innych państwach, ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec, Ukrainy, Białorusi, Litwy. (A przy okazji jeszcze sprawdźmy, jak sobie z zagadnieniem radzą inne państwa np. USA, Izrael, Rosja, Chiny, żeby znaleźć jakieś konstruktywne tradycje czy wzory).

Czas na rozmowę o faktycznej narodowości znanych przestępców wojennych, którzy w oczach światowej opinii – uchodzą za Polaków, chociaż to nieprawda, bo akurat byli dziećmi przedwojennych mniejszości narodowych.

I w ogóle, czas na rozmowę o przestępcach wojennych, których Państwo Podziemne wyrzuciło poza nawias społeczny, ledwo powstało – których eliminowało, ile miało sił – to samo Polskie Państwo (bo mniejszości się tam dość słabo udzielały), które bezskutecznie usiłowało powstrzymać Holocaust za pomocą raportu Karskiego.

Czas na rozmowę o przestępcach wojennych, których po wojnie ukarała PRL – i których nie ukarała, gdyż komuniści zauważyli ich służebność – możliwość ich zastosowania do własnych celów, tak samo jak to zrobiły USA, Niemcy i inne kraje.

Ta dyskusja ma jeszcze jeden walor: aktualność. Obecne władze – wbrew stanowisku ponad 90% Polaków – usiłują teraz implantować do Polski mniejszość narodową. Obcą kulturowo, niewykształconą, nie asymilującą (z zasady religijnej), ubogą.

Generalnie sprawy idą w kierunku wygenerowania arabskich gett czy wsi w Polsce. Zatem pozwolę sobie na wtręt: analogia ze sztetlami i dzielnicami żydowskimi nasuwa się, niestety, automatycznie. Jest więc okazja przypomnieć, na marginesie naszej rozmowy, że II Rzeczpospolita nie radziła sobie z polityką wobec mniejszości – a także powód, dla którego większość polskich Żydów nie miała praktycznie szansy na uratowanie życia podczas niemieckiej okupacji.
Bo nie znali polskiego języka ani obyczaju, chociaż od pokoleń mieszkali w Polsce.
Bo żyli we własnych skupiskach – i nie mieli polskich krewnych oraz serdecznych przyjaciół.
Bo byli niezdolni wtopić się w tłum, nawet jeżeli dysponowali urodą fizyczną, odległą od niemieckich wyobrażeń na temat „wyglądu typowego Żyda”

Tak więc, dziękuję, że Pani wywołała wiele istotnych tematów.

I – wzywam Panią, aby krok po kroku udowodniła Pani swoje tezy.

(…) Oczekuję nazwisk tych, co wymyślili tę nieskazitelną historię Polski – oraz tytułów ich wiekopomnych dzieł, a także informacji o nakładach.

Oczekuję informacji, gdzie byliśmy kolonizatorami – i gdzie mieliśmy niewolników.

Oczekuję szczegółowego wykazu tych „strasznych rzeczy”, które robiliśmy jako większość narodowa oraz mordercy Żydów. Powinien być solidny – bardzo długi, obszerny i szczegółowy, ponieważ użyła Pani formy „my”.

W tej sytuacji akt oskarżenia musi być – potężny, chociaż Pani ujęła problem w lapidarnym skrócie.
Proszę więc o nazwiska, daty, miejscowości, komplet znanych okoliczności.
Ma Pani tysiąc lat historii Polski do dyspozycji, czas start.

Miesiąc Pani wystarczy na jakąś odpowiedź? – czy potrzebny kwartał? A może rok?
Możemy to zrobić korzystając ze swoich stron oraz Facebooka?

Tymczasem przygotuję swoje wykazy i przygotuję się do przedstawienia swojego stanowiska. Proponuję, żebyśmy się potem nawzajem – krytycznie pochyliły na całym materiałem
(…) Kulturalnie. Elegancko. Na piśmie.

***
Jeżeli Pani pozwoli, wyłożę swoje obserwacje.

Otóż, po pierwsze, wypowiadając się w imieniu wszystkich Polaków – i to ponad czasem oraz przestrzenią – weszła Pani w rolę wszechwiedzącego narratora.

Bardzo śmieszne i pisarzom się zdarza, ale życie to nie powieść, proszę Pani.
Nie jesteśmy na kartkach Pani kolejnej genialnej powieści.

Zastosowała Pani generalizację.
To poważna intelektualna nieuczciwość.

Wypowiedziała Pani jawną oraz brutalną nieprawdę, innymi słowy. Nie ma podstaw do stwierdzenia, iż „Wymyśliliśmy historię Polski jako kraju (….) który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości”.

(…) Poruszyła Pani jeszcze kwestię „kraju” czyli państwa, zarządzanego przez naród mający liczebną większość – i jego niewłaściwego stosunku do mniejszości. To znaczy, że odróżnia Pani grzechy państwa od grzechów Narodu (i wierzę, mniejszych społeczności).

(…) W mojej opinii popełnia Pani pewien błąd w rozumowaniu. To znaczy dawne wydarzenia wyrywa Pani z ich tkanki społecznej, lokalnej oraz międzynarodowej – z łańcucha następstw i skutków – po czym je mierzy współczesnymi kategoriami.

To doktrynerskie, proszę Pani.
To dyskwalifikujące w poważnym towarzystwie. Tym bardziej, że pisarze mają szczególną rangę w świecie intelektualistów – więc podobne wypowiedzi mają reperkusje. De facto, nie wiem czy Pani jest tego świadoma, Jej dyskusyjne niezręczności posłużą do szkalowania naszego narodu.

Napisałam „naszego”- czyli wspólnego, a Pani zastosowała pluralis maiestatis („wymyśliliśmy historię, robiliśmy straszne rzeczy jako właściciele niewolników, mordercy Żydów”).
I jeszcze wypowiedziała się Pani z perspektywy siły sprawczej – winnego – sprawcy: właściciela niewolników (czyżby miała Pani na myśli chłopów pańszczyźnianych? ilu ich posiadała Pani rodzina? – bo się troszkę zatraciłam), kolonizatora (bardzo ciekawe, co w ogóle Pani ma na myśli), oprawcy Żydów.

Gdyby wejść na Pani poziom erystyczny, można napisać tak:
Może i Pani mordowała Żydów, nie wiem. Ale, jeżeli sumienie Panią dręczy, może warto iść do prokuratora – i zeznać mu, z kim Pani mordowała, zamiast bić się w moje piersi – i spowiadać się w telewizji?

Być może to Pani rodzina robiła te straszne rzeczy, też nie wiem.
Ale proszę mówić za siebie oraz swoich przodków. Z doświadczeń mojej rodziny wynikają diametralne wnioski. Np. że wielu Żydów mordowało Polaków.
Innymi słowy, jak to w życiu, jak to w małżeństwie czy pod jednym dachem: stosunki nie były najlepsze z winy obu stron.

A teraz powiedzmy coś serio:
Martwi mnie, że Pani cierpi za miliony. 200 lat temu uchodziło to za wyznacznik talentu, ale dzisiaj stanowi powód do leczenia psychiatrycznego.
Nie wolno, naprawdę, zatracać miary zdrowego rozsądku – a do tego wchodzić w skórę nie tylko właścicielki Polski Ludowej, lecz także obecnego rządcy dusz.

Nie zgadzam się na to, żeby Pani wypowiadała się w moim imieniu, gdyż umiem mówić własnym głosem – a do tego mam pełnię praw cywilnych i obywatelskich. No i jestem wolna od kilku pokoleń, gdyż w tych wioskach, z których pochodzą moje rodziny po mieczu i kądzieli, wyzwolili chłopów już w 1864 r.

Mam wprawdzie pochodzenie inteligenckie, ale moi przodkowie to włościanie. Bardzo więc proszę teraz nie wypowiadać w moim imieniu tekstów na temat win kolonizatorów oraz złego traktowania niewolników. Nie ma Pani żadnego prawa, nawet jeżeli pochodzi Pani z Radziwiłłów.
Zwłaszcza, jeżeli pochodzi Pani z Radziwiłłów.

(…) Czy Pani zdaje sobie sprawę, że w miejsce prawdy o naszej historii – od kilkudziesięciu lat są montowane półprawdy, fałsze i jawne kłamstwa?

(…) Ale prawdziwym rozmachem popisali się dopiero komuniści, którzy regularnie stwarzali też wydarzenia, potrzebne aby udowodnić różne tezy.

Np. słynny pogrom kielecki był jedna z zaplanowanych prowokacji UB, zrealizowaną siłami tej instytucji. Czy Pani o tym wie? – czy przebił się do Pani materiał badawczy na ten temat zrobiony po transformacji? Wątpię. A jednak.
A to tylko jeden z przykładów takich „rewelacji”, które weszły do naszej oficjalnej historii na prawach faktu historycznego – oraz prawdy o naszym narodzie: jego usposobieniu czy charakterze.

A przecież, patrząc realnie: jeżeli UB musiało montować prowokacje – to znaczy, że w naturalnej przyrodzie nie było dostatecznie nasilonego, agresywnego antysemityzmu. Trzeba więc było „zdobywać” spektakularne „dowody” na antysemityzm rzesz zwykłych ludzi.

Tak, jest naszą winą, że dawaliśmy się sprowokować. Ale coś Pani powiem: za pogrom kielecki ludzie zapłacili głowami – pluton egzekucyjny przyjechał zresztą do Kielc razem z sędziami. Uważam rachunek za zamknięty oraz zasypany piaskiem: za głupotę drogo się nieraz płaci.

Poza tym można też prowokować dobre wydarzenia – skłaniające ludzi do refleksji i dobroci. Z tej możliwości UB jakoś nie korzystał, chociaż miał władze nad życiem oraz śmiercią – tudzież prawie nieograniczone możliwości wywierania wpływu.

A 1968 rok? – a cóż my – zwykli ludzie – mamy wspólnego z wypędzeniem Żydów z Polski oraz fachowo zorganizowaną antysemicką nagonką? Czy to my byliśmy przy władzy? (…)

Biegamy za antysemitów na całym świecie wskutek wydarzeń z okresu komunizmu, zorganizowanych przez rodziny resortowych dzieci – czyli dzieci i wnuki tych, którzy wtedy wyrzucali z Polski z paszportem w jedną stronę obywateli PRL, pochodzenia żydowskiego – (…) a dzisiaj przypisują Polakom czyny swoich własnych przodków, jakbyśmy byli jakimś durnym ofiarnym kozłem, do obarczania cudzymi grzechami i wyganiania na Wyspy Brytyjskie. (…)

Obecnie te resortowe dzieci powielają Pani niebaczną wypowiedź o Polakach – jak prawdę objawioną o naszej historii oraz narodowej naturze.

To znaczy, że Pani nazwisko wpisuje się w bardzo nieprzyjemna akcję zakłamywania naszej historii w biały dzień.
Pani nazwisko firmuje coś wyjątkowo obrzydliwego.

Nie wiem, czy Pani wzięła w tym procederze udział z głupoty i niewiedzy – ot, coś Pani chlapnęła bez zastanowienia – czy dla nagród i kariery, uznania salonów.
Jest mi to obojętne.

Domagam się, aby na piśmie – publicznie – udowodniła Pani swoje tezy. Albo nas wszystkich – publicznie – przeprosiła.

Dość, proszę Pani. Naprawdę dość tych kłamstw, tych oszustw, pogrywania ludzkimi emocjami – a także dość fałszowania historii Holocaustu. Powtarzam, dość.

Razem poszukajmy prawdy. Prawda wyzwala i konsoliduje, prawda stwarza szanse.
(całość: http://konieczna.eu/list-otwarty-do-pani-olgi-tokarczuk )
Data: 10.10.2015, 10:16
Kategoria: Polska
Tagi: #Tokarczuk #żydożercy #Polacy #Ukraińcy #żydzi

Polub nas na Facebooku

Avatar
Iwona Konieczna
Iwona L. Konieczna – https://www.mpolska24.pl/blog/iwona-l-konieczna1

Blog na temat fałszerstw historycznych.

Komu na rękę jest robienie z księży pedofilów?

Pedofilia jest jednym z najbardziej ohydnych przestępstw, jakie można popełnić. Jest to bowiem czyn nie tylko sprzeczny z ludzką naturą, ale także robiący wielką krzywdę najbardziej niewinnym i bezbronnym, czyli dzieciom.

[Ale nie według Talmudu, drogi autorze. – admin]

Nigdy nie wolno usprawiedliwiać pedofili. Antykatolickim mitem jest jednak twierdzenie, że w Kościele katolickim pedofilia jest czymś częstym. Dziennikarze w Stanach Zjednoczonych i w Europie używają wprost sformułowania „księża-pedofile” (ang. paedophile priests), które sugeruje, że wszyscy kapłani mają takie skłonności.

Obserwując, jak media i politycy mówią o przypadkach pedofilii w Kościele trudno nie nabrać przekonania, że nie chodzi im wcale o dobro dzieci. Gdyby tak bowiem było, nagłaśniano by wszelkie przypadki pedofilii, publikowano wiarygodne statystyki, które ukazywałaby z jakich grup społecznych pedofile najczęściej się wywodzą, proponowano by środki zaradcze itd.

Rzeczywistość jest jednak taka, że mówi się przede wszystkim o przypadkach księży-pedofili, które się nagłaśnia, wielokrotnie komentuje, sugerując przy tym, że jest to problem tylko Kościoła katolickiego i istnienia celibatu.

Wszystkie uczciwe statystyki mówią natomiast, że zjawisko pedofilii w Kościele jest czymś marginalnym. Warto jest zapoznać się z nimi, aby zobaczyć, jak wielkim kłamstwem i manipulacją jest tworzenie obrazu księdza-pedofila. Przykładowo rządowy raport Children’s Bureau podaje, że w całych Stanach Zjednoczonych w 2011 r. wykryto ponad 60 tys. przestępstw seksualnych przeciwko dzieciom. W tym samym roku ośrodek CARA opublikował statystyki, z których wynikało, że w tym czasie liczba doniesień do władz kościelnych przeciwko księżom popełniającym czyny seksualne wobec dzieci wyniosła 21, z których zresztą nie wszystkie były wiarygodne. Jest to ułamek procenta.

Inne statystyki również potwierdzają, że księża nie należą do tych grup społecznych, w których jest najwięcej przypadków pedofilii. Polska policja opublikowała statystyki za 2013 r., z których wynika, że na prawie 500 osób skazanych za pedofilię w Polsce, przypada jeden ksiądz. W grupie tej liczny odsetek stanowili rolnicy i murarze. Czy ktoś jednak słyszał, aby z tego powodu zainteresowano się tymi grupami?

Ewidentnie sposób podejścia do oskarżeń księży o pedofilię (z których wiele się nie potwierdza) wskazuje na to, że wielu ludziom chodzi jedynie o szkalowanie Kościoła.

Katechizm Kościoła Katolickiego w sposób jednoznaczny potępia pedofilię.

Ci, którym udowodniono przestępstwa seksualne wobec dzieci zostają usuwani z kapłaństwa. Takie osoby są osądzane przez cywilne sądy, jak wszyscy inni obywatele. Pojawiają się jednak oskarżenia, że reakcja hierarchów Kościoła była spóźniona. Miały zdarzać się przypadki tuszowania takich spraw, lekceważenia ich, czy nakładanie zbyt małych kar na tych, którzy popełnili przestępstwa seksualne wobec dzieci.

Tego rodzaju nadużycia mogły się zdarzać i są one godne ubolewania. Nie można ich usprawiedliwiać. Trzeba jednak zachować odpowiednie proporcje. Kapłani są oczywiście ludźmi, od których wymaga się więcej. Są jednak wciąż ludźmi i także wśród nich zdarzają się wszelkiego rodzaju przestępstwa, chociaż powinny się one wśród nich zdarzać znacznie rzadziej. Statystyki potwierdzają, że tak jest.

Powstaje więc pytanie dlaczego to właśnie Kościół stał się przedmiotem olbrzymiej krytyki i wielu ataków związanych z oskarżeniami o pedofilię. Można na to odpowiedzieć, że Kościół zawsze był atakowany przez wiele środowisk, którym nie podobała się jego nauka. To właśnie oskarżenie jest zaś na rękę tym, którzy się nim posługują. Władza świecka buduje swoją siłę na całym aparacie przemocy, którym dysponuje.

Władza Kościoła zaś, patrząc po ludzku, opiera się na wiarygodności. Samo oskarżenie o pedofilię, chociażby zupełnie bezpodstawne odbiera tę wiarygodność, niszcząc zaufanie wiernych i odbierając znaczenie Kościołowi. Wielu ludzi nie powierzy swoich dzieci pod opiekę sąsiada, o którym ktoś „życzliwy” powiedział, że jest pedofilem. Podobnie wielu rodziców zastanowi się zanim pośle swoje pociechy na ministrantów, czy wyśle je na obóz z duszpasterzem młodzieży.

Jest to przerażający skutek kampanii nienawiści jaką rozpętano. W ten sposób także odwraca się uwagę od faktu,
że pedofilia jest często powiązana z homoseksualizmem. Chociażby według badań W. D. Ericksona aż
86% pedofilów deklaruje się jako homoseksualiści. Kościół, w sposób jednoznaczny potępia czyny homoseksualne, uznając je za sprzeczne z naturą i zalicza je do czynów „wołających o pomstę do nieba”.

Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, że w momencie, kiedy przekracza się pewną granicę inne przestają mieć znaczenie. Jeżeli mężczyzna może współżyć z innym mężczyzną to powstaje pytanie dlaczego nie może tego robić z dzieckiem, członkiem własnej rodziny, czy ze zwierzęciem.

W Starożytnej Grecji, gdzie aprobowano homoseksualizm, popularna była też pederastia, czyli miłość do chłopców. Dorośli mężczyźni czynili swoimi kochankami już 12 letnich chłopców. Była to naturalna konsekwencja akceptacji homoseksualizmu. Czytając blogi współczesnych gejów także można natknąć się na sympatię dla pedofilii. Na Zachodzie Europy, gdzie przyjęto homoseksualizm za normę, zaczęły pojawiać się ruchy domagające się legalizacji pedofilii.

W tolerancyjnej Holandii przez wiele lat legalnie działało stowarzyszenie pedofilów zanim zostało
zdelegalizowane. Gdyby dziennikarzom i politykom naprawdę zależało na dzieciach to pokazywaliby związek
homoseksualizmu z pedofilią. Tak naprawdę jednak walczą oni z Kościołem, który pokazując prawdę o
homoseksualizmie i ludzkiej naturze najbardziej przyczynia się do walki z pedofilią.

Michał Krajski

https://prawy.pl/

Synod amazoński. Dni, które zmienią Kościół

Rozpoczyna się synod amazoński – spotkanie, które może całkowicie zmienić Kościół katolicki. Niektórzy twierdzą nawet, że nie tyle zmienić, co… podmienić. Skąd takie sugestie? Otóż to, co zaplanowali organizatorzy synodu, jest na tyle wstrząsające, że w zaistnienie niektórych postulatów ciężko w ogóle uwierzyć. Większość katolików nie chce zaś przyjąć do wiadomości, że ustalenia tegoż synodu – mimo iż formalnie dotyczy on Amazonii – dotknąć mogą całego Kościoła powszechnego, również nasze swojskie, polskie parafie.

Amazoński synod, wbrew swej nazwie, odbędzie się w Rzymie. Biskupi pragnący pochylać się nad ubóstwem oraz – jak deklarują – pięknem ludów zamieszkujących dżunglę, nie wybrali się rozbić namiotów u dorzeczy najsłynniejszej rzeki na świecie, ale debatować będą nad przyszłością Kościoła w wygodnych włoskich warunkach.

Zaskakujące tematy
Co zaś ma być przedmiotem ich obrad? Dlaczego spośród wszystkich regionów świata wzięto pod lupę właśnie Amazonię? I wreszcie z jakiego w ogóle powodu Kościół – ze swej natury przecież powszechny, a więc uniwersalny – ma pochylać się nad sprawami jakiegoś konkretnego terytorium geograficznego?

Na wszystkie te pytania znamy odpowiedzi, choć nie wszystkie wydają się satysfakcjonujące.

Otóż – jak wynika z lektury dokumentu roboczego synodu (Instrumentum laboris) – biskupi wiele miejsca poświęcą zagrożeniom środowiska naturalnego: będą perorować o wycince lasów i ratowaniu zagrożonych gatunków (sic!). Sporo uwagi poświęcą „inkulturacji” pierwotnych religii i kultur Amazonii, nazywanej w dokumencie „szczególnym miejscem Bożego Objawienia”. Znaczna część uczestników synodu podniesie temat dekonstrukcji kapłaństwa – choć oczywiście ubiorą to w inne słowa; mówić będą o zniesieniu celibatu i „wyrównaniu miejsca kobiet i mężczyzn w posłudze Kościoła”, a także o stworzeniu nowego rodzaju posługi w Kościele, mającej być quasi-kapłaństwem wymyślonym specjalnie na potrzeby ludów znad Amazonki.

Zachwyt pogaństwem
Nie sposób też nie zauważyć, że mamy do czynienia z promocją pogańskich praktyk religijnych, za którymi kryje się panteizm – ubóstwienie ziemi i przyrody. Doskonale obrazowała to zdumiewająca wręcz uroczystość zorganizowana w ogrodach watykańskich tuż przed rozpoczęciem synodu – we wspomnienie świętego Franciszka z Asyżu. Oto Ojciec Święty brał udział w ceremonii zasadzenia drzewa, wokół którego – w bliżej nieokreślonym szamańskim tańcu – wili się rdzenni mieszkańcy Amazonii. Kamery wychwyciły również towarzyszące uczestnikom spotkania figurki, znane ze… sklepów z egzotycznymi artefaktami. Co przedstawiały? Otóż jedna z nich zdawała się być swoistą indiańską opowieścią o spotkaniu Matki Bożej ze swą kuzynką Elżbietą – szkopuł w tym, że obie wyrzeźbione z drewna ciężarne kobiety były całkiem nagie. A tuż obok leżała figurka nagiego mężczyzny – najpewniej mająca w jakiś sposób symbolizować płodność. Państwa wyobraźni pozostawiam powód, dzięki któremu obserwujący wideo z watykańskich ogrodów mogli w tej niewielkiej figurce bezbłędnie odczytać symbol niezwykle płodnego mężczyzny…

Dodatkowo, jak można przeczytać w Instrumentum laboris, Kościół podczas synodu odkrywać ma „wcieloną aktywność Boga w duchowości ludów pierwotnych”, gdyż rzekomo „Duch Stwórca karmił duchowość tych ludów przez stulecia, nawet przed głoszeniem Ewangelii, nauczając ich wiary w Boga Ojca-Matkę Stwórcę i żywej relacji z naturą i Matką Ziemią oraz z przodkami”. Warto dodać, że zupełnie obce pojęcie „Boga Ojca-Matki Stwórcy”, jest żywcem wyjęte z wielokrotnie krytykowanej choćby przez Benedykta XVI teologii indiańskiej, mającej swe korzenie w wywodzącej się z marksizmu teologii wyzwolenia.

Organizatorom synodu tak bardzo podoba się duchowość ludów Amazonii, że wprost deklarują oni, iż nie zamierzają zachęcać tubylców do przyjęcia Chrystusa, ale chcą z nimi dialogować. Oto Kościół ma teraz stanowić „wspólnotę wyruszającą w drogę” unikającą „ryzyka oferowania rozwiązania o wartości uniwersalnej” lub zastosowania „doktrynalnego monolitu strzeżonego przez wszystkich”. W zamian mamy preferować międzykulturowość, to znaczy „wzajemne ubogacenie kultur w dialogu”, ponieważ „aktywnymi podmiotami inkulturacji są same rdzenne ludy”.

Dekonstrukcja kapłaństwa?
W myśl niektórych ideologów postępu, skoro działający wśród ludów pogańskich (mających być tak bardzo ważnym wzorcem dla „starego Kościoła”) szamani i inni „duchowni” nie żyją w celibacie, podobnie może być i wśród księży rzymskokatolickich. W kontekście instytucji kapłaństwa zagrożony jest nie tylko jego widzialny wymiar dotyczący słynnego już tematu ewentualnego wyświęcania viri probati – a więc „sprawdzonych mężów” – ale również duchowa koncepcja kapłaństwa. Oto według Instrumentum laboris, skoro w kulturach Amazonii „władza podlega rotacjom”, byłoby rzeczą wskazaną, by „na nowo zastanowić się nad tym, że sprawowanie jurysdykcji (władzy rządzenia) musi być powiązane we wszystkich obszarach (sakramentalnym, sądowniczym i administracyjnym) oraz w sposób trwały z sakramentem święceń kapłańskich”.

Jakby tego było mało, autorzy dokumentu namawiają, by Kościół na nowo „zidentyfikował rodzaj oficjalnej posługi, która może być powierzona kobietom”!

Wszystko to w kontekście jakiejś „kosmicznej pomocy” (sic!), gdyż w Instrumemntum laboris czytamy, że należy uznać „rdzenne rytuały i ceremonie”, które „tworzą harmonię i balans między istotami ludzkimi a kosmosem” (nr 87) oraz „tradycyjne elementy, które są częścią procesów uzdrowienia” dokonywanych przez „starszych uzdrowicieli” (nr 88), których „rytuały, symbole i style celebracji” powinny być włączone w „rytuały liturgiczne i sakramentalne”.

Wielu z nas dzisiaj martwi się, że tak niewielu księży odprawia Mszę w tradycyjnym rycie rzymskim, martwimy się również, że tak niewielu kapłanów odprawiających „nową” Mszę zwraca uwagę na konieczność zachowania nadzwyczajnej czci dla Najświętszego Sakramentu, a tymczasem w Rzymie szykują nam Msze święte połączone z przyzwyczajeniami pogańskich szamanów!

Ekologia integralna i kolektywizm plemienny
Wszystko to ma być wdrożone do praktyki Kościoła w imię uznania dla pierwotnych ludów Amazonii oraz dla otaczającej ich przyrody. Ekologia bowiem stała się głównym motorem napędowym pontyfikatu papieża Franciszka – nie bez powodu to właśnie jej poświęcona jest jego najważniejsza encyklika Laudato si.

To zapewne z tego powodu autorzy dokumentu roboczego synodu uznali, że „fundamentalnym aspektem korzeni ludzkiego grzechu jest oderwanie się od natury i nieuznawanie jej jako części człowieka oraz eksploatowanie natury bez ograniczeń”. A także, że „nowy paradygmat ekologii integralnej” (nr 56) powinien opierać się na „mądrości rdzennych ludów” i ich codziennego życia, które „uczy nas, żeby uznawać siebie za część biomu” (nr 102), „część ekosystemów” (nr 48), „część natury” (nr 17).

To oczywiste odwrócenie dotychczasowej nauki chrześcijańskiej wprost wynikającej z Objawienia, według której to my, ludzie, mamy „czynić sobie ziemię poddaną”. Oto miejsce Boga w duszach wielu duchownych zajmuje natura – według wierzeń amazońskich bowiem Bóg jest wszystkim: drzewem, wodą, i zającem. My, katolicy, od dwóch tysięcy lat wierzymy w co innego – że Bóg wszystko to stworzył i – w rozumieniu metafizycznym – może być obecny we wszystkim i wszędzie. Ale nie, że „jest wszystkim fizycznie”. W co wierzą biskupi organizujący synod?

Wydaje się, że również w jakąś formę plemiennego kolektywizmu, skoro wychwalają – wbrew dwóm tysiącom lat nauki chrześcijańskiej – „zintegrowane i zjednoczone z terytorium życie w Amazonii”, gdzie „poszczególne części nie są od siebie odseparowane ani podzielone. Ta jedność obejmuje wszelkie istnienie: pracę, odpoczynek, stosunki międzyludzkie, rytuały i celebracje. Wszystko jest współdzielone; przestrzeń prywatna, tak charakterystyczna dla nowoczesności, jest minimalna. Życie toczy się na ścieżce wspólnotowej, na której zadania i obowiązki są rozdzielane i współdzielone dla dobra wspólnego. Nie ma miejsca na koncepcję jednostki oddzielonej od wspólnoty lub jej terytorium”.

Oto manifest nowego Kościoła – Kościoła, w którym nie ma miejsca na koncepcję jednostki. Cała chrześcijańska nauka o osobie zdaje się zatem lądować w koszu na śmieci.

Co dalej?
Jako redakcja PCh24.pl będziemy dla Państwa, dla polskich katolików, obserwować synod i – w miarę możliwości – relacjonować go. Z całą pewnością do tej pory opublikowaliśmy najwięcej tekstów na ten temat, niemal jako jedyni wśród mediów dla katolików zwracając uwagę na skrajne niebezpieczeństwa, jakie zakradły się do naszej wspólnoty i zaczynają w niej triumfować.

Opublikowaliśmy dla Państwa w języku polskim manifest kardynała Brandmüllera, dwa manifesty kardynała Müllera, oraz dwa bardzo ważne oświadczenia kardynała Burke’a i biskupa Schneidera. Opublikowalibyśmy również teksty innych biskupów, gdyby tylko odważne stanowiska broniące katolickiej wiary pojawiały się częściej. Jednak – na ponad sześciu tysięcy biskupów chodzących po ziemi – zdecydowało się na to zaledwie tych kilku, policzalnych na palcach jednej ręki. Ta konstatacja z pewnością obrazuje stan Kościoła.

Ale biskupi ci mówili z mocą i ich słowa mają olbrzymie znaczenie. Zarzucili autorom dokumentu synodalnego błędy, herezje, a nawet apostazję. Nawoływali do modlitwy za Kościół i – co szczególnie istotne – do wierności papiestwu w dobie wielkiego kryzysu tej instytucji.

Świeccy mogą jednak nie tylko się modlić – choć to przecież nasze modlitwy sprawiają prawdopodobnie, że Boża kara jeszcze na ten świat nie przyszła. Świeccy mogą również gromadzić się, studiować wiarę, historię naszej jedynej prawdziwej religii oraz historię kryzysów w Kościele. Po to, by nawzajem umacniać się w wierze i głosić sobie nawzajem orędzie nadziei – zarówno przestrzegające przed karą jak i obiecujące niewątpliwy przyszły triumf Chrystusa, a wcześniej Jego Niepokalanej Matki!

Dlatego też nasza kamera była w Rzymie na konferencji świeckich liderów międzynarodowej opinii publicznej – koalicji, w której PCh24.pl i „Polonia Christiana” trwają nie od dziś. Wkrótce opublikujemy dla Państwa materiały video z tej konferencji, na razie udostępniając relację pisemną. To właśnie na tym spotkaniu, jeden z najodważniejszych świeckich wiernych naszych czasów, niezłomny profesor Roberto de Mattei, powiedział: Zachowując wielki szacunek dla władz Kościoła muszę powiedzieć wprost – oskarżam wszystkich biskupów i kardynałów, którzy potwierdzają tezy zawarte w Instrumentum laboris, o politeizm albo nawet polidemonizm! Wzywam tych kardynałów, którzy wciąż są katolikami, do interwencji. Wiemy, że aniołowie są z nami, wzywamy ich i czekamy na ich pomoc.

To bardzo mocne słowa, wypowiedziane wszak nie przez jakiegoś internetowego szaleńca, ale przez bardzo poważną i poważaną osobistość w Kościele. I my, polscy katolicy, nazywajmy sprawy po imieniu – nie bójmy się tego i apelujmy o to do naszych kapłanów, biskupów i redaktorów katolickich mediów.

I ratujmy Kościół, którego przecież nie mogą w całości przemóc bramy piekielne – mamy to przyobiecane. Uratujemy Kościół wyłącznie wtedy, gdy nie poddamy się rozpaczy i beznadziei, ale będziemy trwać w prawdziwej wierze Chrystusowej, nawet wówczas, gdy wydaje się, że ważniejsi od nas mają zupełnie inne plany.

Pan Bóg zainterweniuje kiedy zechce i w taki sposób, jaki sam wybierze. Na razie dopuszcza, byśmy oglądali synod rozpoczęty zasadzeniem drzewa przez papieża i szamanów, w dniu, w którym podczas wieczornej Mszy Świętej sprawowanej przez Franciszka w Bazylice świętego Piotra z sufitu spadły kawałki tynku, zmuszając służby do ewakuacji części ludzi ze świątyni…

Krystian Kratiuk, Rzym

Polecamy również 77. numer „PCh24 Co Tydzień”.
Aby pobrać nasz e-tygodnik wystarczy kliknąć TUTAJ.

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2019-10-06)

Kościół reformowany czy deformowany? – relacja z konferencji w Rzymie

Tuż przed rozpoczęciem synodu panamazońskiego przedstawiciele organizacji konserwatywnych katolików z całego świata zebrali się w Rzymie, by podzielić się obawami dotyczącymi tegoż synodu. W bardzo zdecydowanych słowach rozprawili się z błędami i herezjami zawartymi w Instrumentum laboris. Surowo ocenili również papieża Franciszka.

Niezwykłą konferencję zatytułowaną: „Nasz Kościół. Zreformowany czy deformowany?” prowadził John Smeaton, szef brytyjskiego Towarzystwa Ochrony Dzieci Nienarodzonych. Przedstawiając uczestników spotkania – wyłącznie osoby świeckie – zauważył, ze w pełni wypełniają oni punkt 212 Kodeksu Prawa Kanonicznego, mówiący iż „stosownie do posiadanej wiedzy, kompetencji i zdolności, jakie posiadają, przysługuje im prawo, a niekiedy nawet obowiązek wyjawiania swojego zdania świętym pasterzom w sprawach dotyczących dobra Kościoła, oraz – zachowując nienaruszalność wiary i obyczajów, szacunek wobec pasterzy, biorąc pod uwagę wspólny pożytek i godność osoby – podawania go do wiadomości innym wiernym”. Smeaton zauważył przy tym, że oto katolicy z różnych krajów świata wspólnie pochylają się nad kryzysem mimo dzielących ich niekiedy różnic. Prowadzący wyraził nadzieję, że spotkanie to rozpocznie współdziałanie w rodzącym się na naszych oczach międzynarodowym ruchu oporu wobec deformacji Kościoła.

W tym, niewątpliwie historycznym wydarzeniu, udział wzięli między innymi szefowie amerykańskich portali Church Militant (Michael Voris) czy The Remnant (Michael Matts), szef kanadyjskiego portalu LifeSiteNews.com John Henry Westen, czy znany na całym świecie watykanista Marco Tosatti.

Oskarżam biskupów o politeizm i polidemonizm!

Współorganizatorem konferencji była Fundacja Lepanto, której przewodniczy słynny historyk Kościoła profesor Roberto de Mattei, doskonale znany czytelnikom PCh24.pl.

Jego przemówienie wywarło wielkie wrażenie. – Mamy w tej chwili w Kościele de facto dwie religie, jakoś ze sobą współistniejące. Są w tym Kościele bowiem zarówno ci, którzy trwają przy tradycyjnej wierze Kościoła, ale także Ci, którzy chcą zainstalować w nim religię amazońską – nazywając to projektem „Kościoła z amazońską twarzą” – mówił.

– W dokumencie roboczym synodu amazońskiego mamy bowiem do czynienia z reinterpretacją całej wiary katolickiej – a raczej negacją dotychczasowej nauki, z nadawaniem jej zupełnie innego kształtu.

Profesor de Mattei użył ciekawego porównania. Zwrócił uwagę, że w Credo, Wyznaniu Wiary, mówimy: Wierzę w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela Nieba i Ziemi. A dokument roboczy synodu zdaje się mówić co innego: – Dokument powtarza mantrę papieża Franciszka, według której „wszystko jest połączone ze sobą”. A przecież zgodnie z wiarą katolicką Bóg jest Panem świata i wszechrzeczy, kiedyś tych którzy temu zaprzeczali, otaczano anatemą. Dziś miejsce Boga w duszach wielu duchownych zajmuje natura. Zamiast mówiąc, że Bóg stworzył wszystko i metafizycznie może być we wszystkim, oni mówią, że Bóg jest tym wszystkim fizycznie!!! To jest właśnie Kościół amazoński – tłumaczył uczony.

Historyk zwrócił również uwagę, że z Instrumentum laboris wyczytać można pochwałę politeizmu i panteizmu. Padły bardzo zdecydowane słowa: – Zachowując wielki szacunek dla władz Kościoła muszę powiedzieć wprost – oskarżam wszystkich biskupów i kardynałów, którzy potwierdzają tezy zawarte w Instrumentum laboris o politeizm albo nawet polidemonizm! Wzywam tych kardynałów, którzy wciąż są katolikami, do interwencji. Wiemy, że aniołowie są z nami, wzywamy ich i czekamy na ich pomoc.

Misjonarze zmian klimatycznych, zamiast Ewangelii

Mocne przemówienie wygłosił również Michael Matts. Zapytał po co Kościołowi „Nowa Ewangelizacja” i co było złego w starej?

– Zastanawialiście się Państwo kiedyś, co to właściwie jest ta cała Nowa Ewangelizacja? Wiemy dobrze, czym była stara, tradycyjna ewangelizacja. Polegała ona na organizowaniu misji w krajach pogańskich i nawracaniu tamtejszych ludów. O tej ewangelizacji powstało wiele legend, często czarnych i nieprawdziwych, ale wszyscy wykształceni ludzie wiedzą, że polegała ona na wierności wezwaniu Chrystusa, który powiedział do swych uczniów: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego” – mówił szef „The Remnant”. – W ten sposób wszyscy mogli dostać szansę na zbawienie! – dodał.

Ale dziś Kościół całkowicie zmienił metody pracy duszpasterskiej. – Dziś uważa się raczej, że postawy charakterystyczne dla misjonarzy to ofensywa wobec „partnerów” Kościoła. Nie ma to już nic wspólnego z nawracaniem, ale ma wiele wspólnego z dialogiem. Kulminacyjnym momentem była deklaracja z Abu Zabi, doprawdy straszna. Czy po niej w ogóle chrzest wciąż jest potrzebny do zbawienia? Czy Kościół to już tylko coś na kształt klubu religijnego? – pytał Matts.

Szef „The Remnant” zauważył również, że „synod może porzucić misję Kościoła i zmienić swych ludzi w misjonarzy klimatu czy Matki Ziemi”. – Proszę Boga by do tego nie dopuścił – zakończył.

Najbardziej destrukcyjna deklaracja w historii

Wspomnianą przez Mattsa deklarację z Abu Zabi komentował szeroko również watykanista Marco Tosatti. Przypomnijmy, że chodzi o dokument o „międzyludzkim braterstwie” podpisany przez papieża Franciszka i jednego z islamskich duchownych. Znalazły się w niej iście zaskakujące słowa – według jej autorów „istnienie wielu religii jest wyrazem mądrej woli Bożej”.

– Takie postawienie sprawy zmusza zatem do stawiania konkretnych i dość oczywistych pytań – mówił Tosatti. – Jeśli bowiem Bóg chce, by istniało wiele religii, to znaczy, że one są dobre i pozwalają zasłużyć na zbawienie. Watykanista przypomniał, że gdy papieża o tę sprawę zapytał biskup Athanasius Schneider, Ojciec Święty wyjaśnił, że chodziło mu tylko o to, że Bóg dopuszcza istnienie wielu religii. Ale nic w deklaracji nie zmienił.

– Jest przecież napisane „Panu Bogu swemu będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz”. Jest przecież napisane „Jam jest Pan Bóg Twój, który Cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli”, a potem pada pierwsze przykazanie: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną – przypomniał Tosatti. – A więc wolą Bożą jest służyć tylko temu jedynemu, prawdziwemu Bogu, to jasne. Uczy tego również Katechizm Kościoła Katolickiego. Więc jak mamy rozumieć słowa podpisane przez papieża? Że teraz katolicy są w jednym z wielu możliwych Kościołów? Po co więc teraz wierzyć w Ewangelię i w Zbawiciela? O którym to sam Bóg Ojciec powiedział: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie” – dodał.

Marco Tosatti zastanawiał się również, po co dziś katolicy mają być misjonarzami, skoro deklaracja z Abu Zabi zdaje się działalność misyjną unieważniać? Dokument ów watykanista nazwał „najbardziej destrukcyjnym dla katolickiej wiary” spośród wszystkich dokumentów podpisanych kiedykolwiek przez papieży.

Potrzeba powiedzieć: „dość!”. Dla naszych dzieci

Michael Voris powiedział wprost, że Papież Franciszek demontuje wiarę katolicką, i że jako szef portalu Church Militant oczekiwałby, by w tej sytuacji Ojciec Święty ustąpił. – Franciszek nie rozpoznaje swojego fundamentalnego obowiązku dbania o Kościół. O Kościół, który przecież nie jest jego, nie należy do niego, ani do żadnego narodu, grupy itd., ale do Chrystusa. Promuje fałszywą teologię i kieruje Kościołem posługując się plotkami i wykorzystując skandale personalne. W dodatku wykazuje się postawą antyzachodnią, to znaczy przedstawia siebie jako przeciwnika cywilizacji zachodniej, mocno uwypuklającej teocentryzm, a nie antropocentryzm. On chciałby czegoś przeciwnego – stwierdził Voris.

Nazwał Franciszka papieżem politycznym. – Interesuje go głównie socjalizm, globalizm, ochrona klimatu, itp. I Pan Bóg to wszystko widzi. A przecież Franciszek jest głową Kościoła katolickiego, nie Kościoła globalistycznego. A wydaje się, że inspiruje go w dodatku wywodząca się z marksizmu teologia wyzwolenia – teologia, która nie jest katolicka, nie należy do świętego Kościoła katolickiego – dodał.

W podobnym tonie wypowiadał się szef LifeSiteNews.com John Henry Westen. – Rozpoczyna się synod. Większość biskupów i kardynałów milczy na temat błędów zawartych w jego dokumentach. My, świeccy nie możemy. Dlaczego? Bo tu chodzi o los naszych dzieci! Jest naszym prawem domagać się służenia Chrystusowi przez księży, biskupów i papieża. Z miłości do Chrystusa i Kościoła, Najświętszej Maryi Panny i naszych dzieci, musimy powiedzieć głośno: DOSYĆ! – wołał.

– Tak wielu ludzi zdradziło dziś Kościół. Promowane są błędy potęgujące tylko zamieszanie. Papież zaoferował światu, w imieniu Kościoła, przyjaźń. A co ze Zbawicielem? Co on może sądzić o promowaniu heterodoksyjnych naukowców, cudzołóstwa i fałszywego ekumenizmu sprzecznego z Ewangelią – dodał.

Wyjaśniał jednak, że nie chodzi o to, by być przeciwnikiem papieża: – Kocham papieża Franciszka, i to właśnie dlatego milczenie wobec jego błędów byłoby wobec niego nieuczciwe. Musimy modlić się za niego. Nie osądzam jego motywacji ani oczywiście stanu jego duszy, ale widzę i opisuję jego wpływ na Kościół. A wydaje się, że buduje fałszywy Kościół i promuje fałszywą Wiarę – mówił zdecydowanie Westen. – My nie opuścimy Kościoła, bo jest jedynym prawdziwym, nie ma innego. Jesteśmy gotowi na cierpienie i śmierć. Musimy poświęcić się naszej Pani jeszcze goręcej niż do tej pory. I to tu i teraz. Stojąc z nią u stóp krzyża mówimy wraz z nią AMEN, niech się stanie. Być może zobaczymy śmierć Mistycznego Ciała Chrystusa, ale wiemy, że nastąpi zmartwychwstanie. AVE MARIA! – zakończył swe wystąpienie Kanadyjczyk.

Kapłaństwo kobiet, neo-luteranizm i rezygnacja Benedykta

W konferencji udział wzięli również Jeanne Smits, francuska dziennikarka, dr Taylor Marschall, amerykański publicysta i chilijski pisarz Jose Antonio Ureta – członek francuskiego stowarzyszenia TFP.

Smits przestrzegała przed niebezpieczeństwem ustanowienia w Kościele fałszywego ordynariatu dla kobiet-księży. Zastanawiała się przy tym, dlaczego niby to kobiety z Amazonii mają mieć pierwszeństwo w takim rewolucyjnym ruchu. Zwróciła uwagę na „teologię indiańską”, z której takie tendencje i pomysły mogą wynikać.

Jose Antonio Ureta zwrócił zaś uwagę na neo-luterańskie pojmowanie kapłaństwa w dokumentach przygotowawczych synodu.

Dr Marschall zastanawiał się natomiast, dlaczego Benedykt XVI zrezygnował z urzędu i jaki wpływ na tę decyzję mogły mieć naciski tych kręgów, które dziś czują się w Kościele po stokroć lepiej niż za czasów poprzedników Franciszka.

Wierni świeccy wobec kryzysu

Po przemówieniach zadano wiele pytań przesłanych przez internautów na żywo śledzących konferencję za pośrednictwem kanału YouTube. Większość z nich pytała, jak reagować na kryzys i co świeccy mogą zrobić dla podźwignięcia Kościoła.

Padały różne odpowiedzi – ale przewijała się wśród nich stale podkreślana potrzeba wierności Chrystusowi i utrzymywania jedności. Jose Antonio Ureta zaproponował, by bojkotować kapłanów żyjących niemoralnie i głoszących jawne herezje. Dr Marschall zaś, powołując się na św. Tomasza mówił, że odmowa udziału w sakramentach sprawowanych niegodnie, jest tych sakramentów honorowaniem.

Ureta przyznał też, że nie zgadza się z Vorisem w kwestii ustąpienia Franciszka. Twierdzi, że to spotęgowałoby tylko chaos w Kościele. – Oto mielibyśmy w Rzymie już trzech ludzi ubierających się na biało, mieszkających w Watykanie, nie podpisujących się imieniem i nazwiskiem, posługujących się herbem papieskim i udzielających apostolskiego błogosławieństwa. Rezygnacja jeszcze bardziej zniszczyłaby papiestwo niż urzędowanie Franciszka – wyjaśnił.

Profesor Roberto de Mattei wezwał wszystkich wiernych, by zwracali uwagę na to, że powstaje na naszych oczach religia globalnego ocieplenia, świecka i ateistyczna, i bierze w niej udział wielu biskupów. John Henry Westen natomiast namawiał do studiowania wiary i dziejów kryzysu Kościoła, by każdy mógł ludziom w swej parafii powiedzieć, jaka jest prawda. Wszyscy zgodzili się, że potrzeba wiele modlitwy i pracy. A także – gotowości do męczeństwa.

Krystian Kratiuk, Rzym

Krzyczą kamienie, bo ludzie milczą.

Wszyscy pamiętamy moment, kiedy na samym Watykanie szykowano obchody Reformacji i co poprzedziło to watykańskie wariactwo.

Wówczas, tuż przed okrągłą pięćsetną rocznicą Reformacji Marcina Lutra, wielkiej profanacji najświętszej Eucharystii, zorganizowanym mordzie na kapłanach, zakonnikach, wiernych świeckich, przed świętowaniem zorganizowanej grabieży majątków Kościoła, zawaliło się podczas trzęsienia ziemi sanktuarium głównego Patrona Europy, Św. Benedykta z Nursji.

Co niektórzy komentowali, że Święty Benedykt nie mógł patrzeć na to bałwochwalcze, bluźniercze świętowanie i dopuścił zniszczenie swego sanktuarium, aby obłudnie nie czczono jego i nie oddawano w najważniejszych kościołach Europy czci samemu diabłu.

Szatan jako ojciec kłamstwa i morderca od początku dał początek kłamstwu ideologii luterańskiej a mordami przede wszystkim na duchowieństwie, zainaugurował wejście Reformacji w dzieje Kościoła i świata.

Dwa dni temu, łaskawie uzurpujący tron papieski Franciszek, z okazji wspomnienia Świętego Franciszka z Asyżu, w Ogrodach Watykańskich urządził z udziałem purpuratów, świeckich i zakonników, w tym jednego franciszkanina potępieńca, obchody wspomnienia Świętego Biedaczyny z Asyżu.

Osoba tego Świętego jest bluźnierczo używana do autoryzowania nabożeństwa do sił wszechświata, do Matki – Ziemi, zamiast do Boga. W nabożeństwie tym wzięli udział jacyś szamani, poganie, guślarze i zaklinacze. Ubrani i pomalowani rytualnie wznosili oni modlitwy wokół figur dwóch nagich ciężarnych kobiet. Z grzechotkami, przykucaniem, w rytualnym rytmie wznosili modły do sił, których stworzycielem jest Bóg. Dokonali pogańskich rytuałów na Franciszku, jakby sakramenty Kościoła nie były wystarczającym namaszczeniem i potrzebne było jeszcze pogańskie. Ofiarowali mu drewnianą figurę nagiej brzemiennej kobiety.

Nie czcili Stworzyciela, który jest większy niż każda cielesna czy duchowa istota, większy niż żywioły których jest Panem. Czcili siły przyrody, siły życiowe roślin, zwierząt, ludzi i całego wszechświata. Oddawali pogańską cześć mocom, które pozwalają się rozmnażać i trwać życiu. Jakby te wszystkie żywioły nie miały jednego doskonałego Stworzyciela, który ma Imię i który ma swoją Liturgię którą sam ustanowił w swojej objawionej i jedynej religii.

Tego dnia również odbyła się papieska Msza Święta w Bazylice Watykańskiej. Z lewej strony tuż przy ołtarzu niewielki kawałek tynku odpadł od sklepienia bazyliki i upadł na posadzkę. Nikomu nic się nie stało.

>https://www.tvp.info/44700765/niebezpieczny-incydent-w-watykanie-podczas-mszy-spadly-kawalki-tynku-z-sufitu

Nie ma dziś proroków, a gdy pojawia się głos prawdy wśród kapłanów, jest niszczony, pozbawiany funkcji, zamykany, prześladowany i pozbawiany środków do życia.

Nie ma takich, co odważnie mówią, i są słyszani powszechnie. Panuje zmowa pokrywania bałwochwalstwa i kłamstwa autorytetem Boga i godnością Kościoła. Bóg używany jest do potwierdzania kłamstw.

Dorobek Kościoła jest używany do autoryzacji walki z Bogiem w Jego Kościele. Ciało Oblubienicy jest przez hierarchów odstępców poniewierane. Oni przez bałwochwalstwo oddani są szatanowi. Oni są ciałem nie Oblubienicy ale nierządnicy, która idzie na rozpustę sakralną z obcymi bóstwami.

Biblijny nierząd – bałwochwalstwo, uprawiany jest w Watykańskich ogrodach. Osoby świętych Pańskich, kościoły stawiane przez wiernych papieży i królów, w których Ołtarzach i kryptach spoczywają ciała Męczenników, zamęczonych w obronie czystości jedynej prawdziwej Wiary, są używane do autoryzacji zbrodni bluźnierstwa i czczenia pogańskich bożków.

Ojciec kłamstwa i zabójca dusz, ubrał w szaty najwyższych godności kościelnych bluźnierców i bałwochwalców, uzurpatorów, którzy dostali w ręce nie tylko urzędy, ale ludzkie zaufanie prostaczków, rząd dusz i pieniądze wszystkich kościołów świata.

Naprawdę, nadszedł czas, Watykan stał się siedzibą Antychrysta.

A że nie ma komu o tym mówić, kamienie wołają. Nie kamienie pogańskich świątyń, w których demony nie mają nic wspólnego z prawdą, ale kamienie kościołów poświęconych Bogu, kamienie Bazyliki w której murach leżą Święte Ciała Męczenników. Przemawiają kamienie Kościoła, w którym leżą szczątki Świętej Skały, na której Chrystus zbudował, jak a fundamencie, swój Kościół.

Kamienie wołają, że obrzydły Bogu nabożeństwa bluźnierców, są wstrętne ofiary bałwochwalców, który do Ołtarza Świętego podchodzą zaraz po odprawianiu pogańskich obrzędów.

Ludzie milczą, kamienie wołać będą. Im większa cisza tych, którzy powinni mówić, tym mocniej przemawiają kamienie.

Więcej mają ducha kamienie świątyń, przesiąknięte krwią męczenników, niż współcześni kardynałowie, biskupi i kapłani, niż ogłupiali, w nic naprawdę nie wierzący, nie umiejący odróżnić pogańskie bożki od Chrystusa świeccy katolicy.

Potrzeba nawrócenia, postu i modlitwy, gdyż dziś rozpoczął się Synod dla Amazonii, który może być kolejnym krokiem w galopującym niszczeniu Kościoła, jakie dokonuje się rękami Franciszka.

Przy milczeniu ludzkim, oby nas nie pogrzebały za tchórzostwo kamienie świątyń, w których szczątki zamęczonych za czystość Wiary są obecne w Ołtarzach. Bo długo tego znosić nie będą. Kyrie elejson.

https://swietatradycja.wordpress.com

Przynęta wegetariańska

Komentarz • tygodnik „Goniec” (Toronto) • 29 września 2019

Polska jednym susem znowu wskoczyła do grona mocarstw światowych za sprawą pana prezydenta Andrzeja Dudy, który w Nowym Jorku podpisał zobowiązanie, że Polska zapłaci za zainstalowanie w naszym nieszczęśliwym, to znaczy pardon – oczywiście szalenie szczęśliwym kraju, nie tylko dodatkowego tysiąca żołnierzy amerykańskich, ale nawet rozmaite dowództwa, przede wszystkim – w Drawsku Pomorskim. Jest to oczywiście zgodne z doktryną elastycznego reagowania, jaką w pierwszej połowie lat 60-tych sformułował Robert McNamara. Sprowadza się ona do tego, że owszem – haratamy się – ale na przedpolach. Toteż każde mocarstwo stara się pozyskać jak najwięcej przedpoli, na których można by się wyharatać, taktownie oszczędzając terytoria własne. Wszystkie konflikty z okresu „zimnej wojny” to wojny o przedpola, a ponieważ jesteśmy chyba w przededniu nawrotu zimnych wojen, no to i sprawa przedpoli nabiera rumieńców. Nie ma w tym osobliwego, bo Polska jest przedpolem obrotowym; ruscy szachiści na komuny też Polskę tak traktowali, a generał Jaruzelski nawet utworzył wojska jednorazowego użytku, czyli tzw. „niebieskie berety”, które miały wykrwawić się podczas szturmowania Europy Północnej. Teraz jest oczywiście inaczej; teraz Nasz Najważniejszy Sojusznik stara się, co prawda ostrożnie, zainstalować na polskim terytorium przynętę w postaci wspomnianych „rotacyjnych” formacji. Nie ma w tym oczywiście nic złego, to znaczy – nie byłoby, gdyby Polska otrzymywała za to jakieś wynagrodzenie, ale chyba pan prezydent Duda krępował się zagadywać prezydenta Trumpa o takie rzeczy, podobnie jak wcześniej nie ośmielił się poruszyć sprawy ustawy nr 447 JUST, której, ma się rozumieć, „nie ma”. Ale już wkrótce, bo chyba zaraz po wyborach w naszym bantustanie, sekretarz stanu, pan Pompeo, będzie musiał przedstawić Kongresowi stosowny raport, jak Polska wywiązuje się z realizowania roszczeń. Co na ten temat sądzi Kongres, to już trochę wiemy, choćby z listu podpisanego przez 88 senatorów, w którym oczekują oni od pana Pompeo, że podejmie wobec Polski „śmiałe kroki”. Żeby jakoś osłodzić tę gorzką pigułkę, prezydent Trump zapewnił prezydenta Dudę, że sprawa wiz dla obywateli polskich też nabiera rumieńców, z czego oczywiście wszyscy się bardzo cieszą, bo jakże tu się nie cieszyć, kiedy Polska nie tylko wskakuje do grona wielkich mocarstw, ale w dodatku nawiązuje coś na kształt specjalnych stosunków z USA? Ciekawe, jaka będzie reakcja ruskich szachistów, bo jakaś chyba będzie, skoro Stany Zjednoczone przybliżają swoją broń ku Rosji, podobnie jak Sowiety przybliżyły swoją broń do USA w roku 1962, co wywołało tzw. „kryzys karaibski”. Ale w odróżnieniu od ZSRR z czasów Chruszczowa, a zwłaszcza Breżniewa, dzisiejsza Rosja to śmiertelnie chory człowiek Europ, a nawet świata, więc „nikt nam nie zrobi nic, bo z nami jest marszałek Śmigły-Rydz”. Takie przesłanie przekazuje ludowi do wierzenia obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm, podobnie jak w 1939 roku sanacja przekonywała wszystkich, że Niemcy czołgi to mają z tektury – aż nastąpił wiadomy finał. Gdyby jednak sprawy i teraz potoczyły się podobnie, to chyba USA zgodzą się na powołanie jakiegoś polskiego rządu na uchodźstwie, który już chyba podpisze wszystko – o ile oczywiście ktokolwiek będzie jeszcze zwracał uwagę na takie głupstwa i wymagał jakichś podpisów.

Na razie jednak prezydent Trump w ONZ dopuścił się świętokradztwa i to na skalę globalną, bo okazało się, że nie tylko nie wierzy w Gretę Thunbert, w którą wszyscy mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po zapachu, skwapliwie wierzą, niczym w pana red. Michnika – ale w dodatku scharakteryzował ją jako „szczęśliwą młodą dziewczynkę”, podczas gdy sama Greta nie tylko obsztorcowała wszystkich ONZ-towskich ważniaków, ale „oskarżyła ich, że „okradli” ją z „marzeń i dzieciństwa”. Jakże więc może być „szczęśliwa”, skoro jest nieszczęśliwa ex definitione i za miliony kocha i cierpi Katiusze? Zresztą nie jest w tym osamotniona, bo ONZ-towscy ważniacy zmobilizowali „młodych”, którzy jak niegdyś proletariusze, zaczęli się „łączyć”, strajkować i protestować, zaś najgorliwsi ślubowali, że dopóki klimat się nie uspokoi, to oni nie będą się rozmnażać. Ciekaw jestem, jaki interes mają ONZ-towscy ważniacy z tym całym klimatem, bo zyski z handlu limitami emisji dwutlenku węgla oraz możliwość blokowania tempa rozwoju gospodarczego krajów słabszych i głupszych, musi być coś jeszcze, skoro zabrali się do tego z takim przytupem. Abstynencja rozmnożeniowa, to woda na młyn pana prof. Ehrlicha, co to postuluje zredukowanie światowej populacji do najwyżej miliarda – żeby było komu pożyczać na procent. Oczywiście wszyscy wiedzą, że te „zmiany”, to fiume, bo klimat zawsze się zmieniał, bez względu na to, co ludzie robili, a nawet wtedy, gdy ludzi w ogóle jeszcze nie było, chociaż pani Ewa Kopacz utrzymuje, że „rzucali kamieniami w dinozaury”, w więc musieli być. W tej sytuacji lepiej rozumiemy, dlaczego prezydent Donald Trump jest tak znienawidzony przez postępactwo. Gdyby jeszcze w nieco większym stopniu uwzględniał polskie interesy państwowe – ale gdzie tam marzyć o tem – jak mawiał subiekt Ignacy Rzecki z „Lalki”.

Ale co tu wymagać od prezydenta Trumpa, skoro kandydaci na prawodawców, co prawda nie wszyscy, ale reprezentująca obóz zdrady i zaprzaństwa pani Klaudia Jachira ustawiła się przed pomnikiem Polskiego Państwa Podziemnego, żeby popisać się swoim dowcipem? Nie żaden tam „Bóg”, nie żaden tam „Honor”, nie żadna tam „Ojczyzna” na którą zresztą srają i inni jegomoście, niby mądrzejsi od pani Jachiry, tylko „Bób, Humus i Włoszczyzna”. Widać wyraźnie, że „Honor”, podobnie jak „Ojczyzna”, że o „Bogu” już nie wspomnę, są dla pani Klaudii Jachiry pojęciami obcymi, a chyba nawet nienawistnymi. Nie sądzę też, by w dowodzonym przez pana Schetino, który teraz próbuje chować się pod spódnicą posągowej pani Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, obozie zdrady i zaprzaństwa, pani Jachira była odosobniona – bo przecież musiał być jakiś powód, że ścisłe kierownictwo tej sitwy, pretensjonalnie nazwanej „Koalicją Obywatelską, uznało, że to właśnie ją trzeba stręczyć tubylcom na prawodawcę. Jakże można poważnie traktować państwo, które takich kandydatów wysuwa do swego parlamentu, a przede wszystkim – jakże można traktować poważnie partię, która takie osoby popiera? Przecież z takimi słowami na ustach – a jeśli usta mieli zagipsowane, to z niemym serdecznym krzykiem – ginęli najlepsi polscy patrioci, którymi pani Klaudia Jachira tak ostentacyjnie wzgardziła. „Bób, humus i włoszczyzna” – to wszystko potrawy wegetariańskie, które w środowisku postępackim zawsze budziły zainteresowanie, o czym świadczy przypadek wybitnego przywódcy socjalistycznego Adolfa Hitlera. Myślę, nawiasem mówiąc, że w porównaniu z panią Jachirą, Adolf Hitler był jednak człowiekiem ideowym – ale czego oczekiwać od osób, których zainteresowania nie wykraczają poza rozważania – co by tu zjeść, żeby nie dostać wzdęć, tylko żeby przewód pokarmowy aż do szczęśliwego wypróżnienia, działał „jak natura chciała”. „Takie widzi świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy”. Najwyraźniej Adam Mickiewicz musiał przewidzieć panią Klaudię Jachirę, która pewnie dostanie się do Sejmu z ramienia obozu zdrady i zaprzaństwa – bo czyż starym kiejkutom, a zwłaszcza – ich zagranicznym mocodawcom – nie tacy właśnie dygnitarze są w Polsce potrzebni?
Stanisław Michalkiewicz

Abp Polak: poza Kościołem nihilizm? “To nie jest stanowisko Kościoła”

Abp Prymas Polski Wojciech Polak odciął się od słów Jarosław Kaczyńskiego, który stwierdził, że „poza Kościołem jest tylko nihilizm”.

Prymasowi Polski pytanie o słowa prezesa PiS zadał w muzeum Polin prof. Mirosław Wyrzykowski, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku.

– Absolutnie to nie jest wizja Kościoła, która jest związana z Kościołem Katolickim. Mogą być to poglądy, co do poglądów nie będę dyskutował z takimi czy innymi osobami; natomiast co do wizji – na pewno nie. Nie mam żadnych wątpliwości – stwierdził abp Polak.

Prymas zaznaczył również, że gdyby opinia Jarosława Kaczyńskiego była zgodna z nauczaniem Kościoła, jego obecność na konferencji w Muzeum Polin „byłaby co najmniej dziwna”.

„Kościół był i jest dzierżycielem jedynego powszechnego systemu wartości. Poza nim mamy tylko nihilizm i my ten nihilizm odrzucamy”, oświadczył niedawno prezes PiS i to te słowa stały się przedmiotem dyskusji z Prymasem w Polin.

Prymas abp Wojciech Polak był gościem w Muzeum Żydów Polskich Polin na konferencji „Tworzymy pokój. Wiara w demokrację – czas wyzwań”.

Źródło: dorzeczy.pl

ged

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2019-09-22) – [Org. tytuł: «Abp Polak: poza Kościołem nihilizm? To nie jest stanowisko Kościoła»]

KOMENTARZ BIBUŁY: Po pierwsze, wielce dziwi i wcale nie cieszy, że Prymas Polski natychmiast zareagował na słowa wypowiedziane przez Prezesa PiS, bo w większości przypadków nie reaguje na nic, na powszechne zgorszenie.

Po drugie, tenże sam Prymas Polski powiedział kiedyś, że stroni od polityki, a tutaj, w kampanii wyborczej natychmiast zaangażował się karcąc (bezpodstawnie) przywódcę jednej opcji politycznej. Czekamy na równie szybkie reakcje po rzeczywiście bulwersujących wypowiedziach politycznych przedstawicieli żydo-komuny z partii Razem, PO czy tworów LGBT.

Po trzecie, co ksiądz katolicki, arcybiskup, Prymas Polski robił w antypolskim towarzystwie (jakaś rabinka, jakiś pseudo-biskup Samiec, komuno-żydostwo, Aleksander Smolar, Magdalena Środa, Adam Bodnar i inne typki), na terenie antypolskiej eksterytorialnej instytucji o nazwie “Polin”? Oficjalnie, dyskutował o “pokoju na świecie”, a w rzeczywistości był tam celem budowania Nowej Religii, która niestety nie ma z katolicyzmem nic wspólnego – jest wręcz zaprzeczeniem Jedynej Prawdziwej Objawionej Religii. I to właściwie wyjaśnia jego (z małej litery…) postawę i jego (z małej litery) wypowiedzi. Smutne, ale rak posoborowia w Kościele pożera coraz więcej komórek, w tym i te, które tradycyjnie stanowiły trzon zdrowego kierowania Organizmem.

No i po czwarte, najważniejsze: bliżej prezesowi Kaczyńskiemu do prawdy niż arcybiskupowi Polakowi. Poza Kościołem nie ma zbawienia i poza Kościołem Powszechnym nie ma Prawdziwej Wiary, co doprowadza wprost do nihilizmu. I niewątpliwie jest prawdą, co powiedział prezes Kaczyński, że “Kościół był i jest dzierżycielem jedynego powszechnego systemu wartości. Poza nim mamy tylko nihilizm.” Arcybiskup Polak (nazwisko jest bardzo mylące…) po prostu błądzi, zresztą jak większość posoborowych hierarchów, dla których ekumenizm, dialogi międzyreligijne, dobra prasa i radosne obchodzenie 500-lecia rozłamu w Kościele – są ważniejsze niż doktryna katolicka.

„Starsi Bracia”

Wśród wielu popularnych frazezów przedziwnej formacji religijnej, którą nazywamy «katolicyzmem posoborowym», ważne miejsce zajmuje ten, który współczesnych wyznawców judaizmu talmudycznego określa «starszymi (?!) braćmi» chrześcijan.

Nie chcemy tu polemi­zować z dziwacznym konceptem, który ewidentnie talmudyczny judaizm, to wyznanie bez świątyni, bez kapłanów i bez ofiary, powstałe — tak samo jak islam — w reakcji na chrześcijaństwo, zamie­nia miejscami ze staroza­konnym żydostwem; jego nonsensowność jest oczywi­sta dla każdego katolika. Możemy tylko pokrótce odwołać się do trafnych słów szwajcarskiego teolo­ga Karola Journeta, wybit­nego dwudziestowiecznego tomisty, później mianowa­nego kardynałem, który pisał: „Żydowski błąd jest pomyłką łodygi, która w chwili, gdy zakwitnie, nie poznaje samej siebie, skon­sternowana odrzuca kwiat i zwraca się ku korzeniom. Oto powstaje nowa formacja reli­gijna. Jest nią obecne żydo­stwo. Ma dwa tysiące lat”‘. 1Journet dodaje dalej, że judaizm wraz z islamem to dwaj skłóceni bracia, nawzajem do siebie podobni, którzy „wza­jemnie głoszą Bożą transcen­dencję, wykluczając Trójcę i Wcielenie” i którzy „Bożemu objawieniu o duchowym zbawieniu świata stawiają na drodze doczesne losy wła­snego narodu”2.

Spróbujmy teraz prześle­dzić powstanie inkrymino­wanego powiedzenia. Pierw­szym człowiekiem, który w czasach nam współcze­snych wypowiedział się o talmudycznych żydach jako o „starszych braciach” chrześcijan, był Jan Paweł II. Stało się to 13 kwietnia 1986 r. podczas papieskiej wizyty w synagodze rzym­skiej, w której papieża przy­jął ówczesny naczelny rabin Rzymu Eliasz Toaff. Dosłow­na wypowiedź papieża brzmiała: „Siete i nostri fra­telli prediletti e, in un certo modo, si potrebbe dire, i nostri fratelli maggiori“3, zatem: „Jesteście naszymi szczególnie umiłowanymi brać­mi i w pewnym sensie, jeśli można tak powiedzieć, naszy­mi starszymi braćmi”. Bliższe­go uzasadnienia tego zaskaku­jącego sformułowania, które możemy eufemistycznie nazwać niefortunnym, już w papieskim przemówieniu nie znajdujemy.

Przyjrzyjmy się wszakże bli­żej papieskim słowom. Wiado­mo, że sposób mówienia Jana Pawła II często obfitował w nie­jednoznaczności i że odległa mu była scholastyczna klarow­ność; w swej niepewności papież opatrywał potem często własne słowa cudzysłowami czy nawet jakimiś usprawiedli­wiającymi „słownymi podpór­kami”, którymi osłabiał czy wręcz kwestionował pewne stwierdzenia w tym samym momencie, w którym je wypo­wiadał. O wyjątkowo wysokim stopniu niepewności, którą papież czuł, gdy wygłaszał sen­tencję o „starszych braciach”, świadczy to, że stosunkowo krótkie zdanie opatrzył zaraz dwiema swoistymi podpórka­mi, mianowicie wyrażeniami „in un certo modo” (`w pewnym sensie’) oraz „si potrebbe dire” (jeśli można tak powiedzieć; że tak powiem’); jego niepewność była ewidentnie tak wielka, że niebezpiecznie zbliżała się do przekonania, iż dopuszcza się czegoś niewłaściwego. Wszak­że nie oparł się pokusie i coś go skłoniło do tego, że osta­tecznie zdanie o „starszych bra­ciach” rzeczywiście wypowie­dział — trudno orzec, czy było to jego znane upodobanie do szokujących wystąpień, czy też inne, raczej polityczne powody; nie sposób przy tym nie zauwa­żyć, że sentencja ta jest cał­kiem zgodna z o wiele szerszą „posoborową” praktyką, która zuchwale ignoruje tradycyjne nauczanie Kościoła o stosunku chrześcijaństwa do żydostwa.

Wypowiedź papieża natural­nie wzbudziła niezwykły entu­zjazm wszystkich wrogów reli­gii katolickiej, którzy aż do dziś dnia nieustannie tłuką nią zawstydzonych katolików po głowach. Sam papież, pobudzo­ny aplauzem mediów, pozbył się początkowego zażenowania i gdy później wprost nawiązy­wał do własnej wypowiedzi, czynił to już w przerobionej postaci, zatem bez tych uspra­wiedliwiających słówek, który­mi przedtem ją opatrzył. Pod­czas wizyty w Ziemi Świętej w marcu 2000 r. (tak, chodzi o tę słynną wizytę w Jerozoli­mie, gdy Jan Paweł II z drże­niem wtykał kartki w szczeliny ściany świątyni Heroda…), podczas spotkania z naczelnym rabinem Izraela, które odbyło się 23 marca 2000 r., już niezu­pełnie w zgodzie z prawdą stwierdził, że wówczas, do żydów zgromadzonych w rzym­skiej synagodze, powiedział jednoznacznie: „Siete i nostri fratelli maggiori“4.

Skąd jednak Jan Paweł II wziął to wyrażenie? Starali się to od pierwszej chwili ustalić komentatorzy papieskiego wystąpienia w rzymskiej syna­godze; poprawnie przy tym przeczuwali, że istniało nie­wielkie prawdopodobieństwo, by to sformułowanie pochodzi­ło od jakiegoś ortodoksyjnego teologa katolickiego, dlatego szukali w źródłach niekatolic­kich. Początkowo wyrażano opinię, że praprzyczyny należy szukać u żydowskiego filozofa Marcina Bubera, który w Chry­stusie widział swego „wielkie­go brata”5. Jest jednak oczywi­ste, że w tym przypadku cho­dziło tylko o powierzchowne skojarzenie wywołane słowem „brat” — od Chrystusa jako „wielkiego brata” żydowskiego myśliciela do talmudycznego żyda jako „starszego brata” katolicyzmu wiedzie doprawdy bardzo daleka droga.

Dopiero młoda polska histo­ryczka literatury Agnieszka Zielińska6 zwróciła uwagę na rzeczywiste źródło, z którego czerpał Jan Paweł II — miano­wicie na heterodoksyjne nurty w polskim romantyzmie, z któ­rym przyszły papież zapoznał się bliżej w młodości jako stu­dent polonistyki w Krakowie. „Starszego brata Izraela” spo­tykamy u Adama Mickiewicza w jego Składzie zasad z roku 1848, piętnastopunktowym programie, którym miała kie­rować się najpierw Mickiewi­czowska legia włoska, ale póź­niej także życie w oswobodzo­nej Polsce. W punkcie dziesią­tym czytamy: „Izraelowi, bratu starszemu, uszanowanie, bra­terstwo i pomoc na drodze ku jego dobru wiecznemu i docze­snemu”. Mickiewicz nie był jed­nakże inicjatorem tego zwrotu — przejął go bowiem od swego „Mistrza” i duchowego wodza, Andrzeja Towiańskiego.

Andrzej Towiański (1799 -­ 1878)7 był postacią dosyć zagadkową, o której do dziś panują rozmaite opinie — nie­którzy uznają go za wizjonera, inni za oszusta, a są też tacy, którzy uważają, że pozostawał na usługach polityki rosyjskiej, starając się spowodować ide­owy rozkład polskiej emigracji. Bezsporne jest jednak to, że chodzi o postać, która miała znaczny wpływ na duchową historię emigracji polskiej po nieudanym powstaniu listopa­dowym roku 1831. Drobny szlachcic z Litwy, poddany cara rosyjskiego, opuścił swoją ojczyznę w 1840 r., a w lipcu 1841 r. osiadł w Paryżu, cen­trum polskiej emigracji, gdzie głosił, że otrzymał specjalne objawienie. Bardzo szybko sku­pił wokół siebie krąg zwolenni­ków; pomogła mu w tym zapewne okoliczność, że od samego początku wśród jego stronników znalazł się także powszechnie szanowany Adam Mickiewicz, którego małżonkę Towiański rzekomo uzdrowił ze sporadycznych zaburzeń psychicznych.

„Koło”, jak nazywała się gru­pa czcicieli Towiańskiego, mia­ło wszelkie zewnętrzne oznaki sekty — były tu histeryczne kobiety, ale też nie mniej histe­ryczni mężczyźni (w okresie romantyzmu nie było to niczym niezwykłym), nie brakowało całowania stóp „Mistrza”, „sióstr” donoszących na „braci” czy nawet pewnego elementu erotycznego, jaki do zgroma­dzenia wniosła młoda i powab­na Ksawera Deybel, „księżnicz­ka Nowego Jeruzalem”, którą „Mistrz” przywiózł sobie z domu. Najbardziej egzaltowa­ni spośród zwolenników Towiańskiego prowadzili cał­kiem poważnie dyskusje na temat, czy „Mistrz” jest Duchem Świętym, Chrystusem Pocieszycielem, drugim wciele­niem Słowa czy też raczej jakimś sakramentem.

Nauczanie Towiańskiego, które pozostawało pod wpły­wem Swedenborga, Saint­-Martina oraz innych współcze­snych mu pseudomistyków i teozofów, najwyraźniej wywo­dziło się w znacznej mierze z Kabały. Świat by/ według nie­go przeniknięty eonami, ducha­mi pośredniczącymi między Bogiem a stworzeniem; czło­wiek winien więc doskonalić się przy pomocy duchów jasnych i w stałej walce z duchami ciemnymi, z który­mi mógł się kontaktować według własnej woli. Bóstwu Chrystusa „Mistrz” ewidentnie zaprzeczał — Chrystus był dla niego jakimś „najwyższym Bożym urzędnikiem” czy „naj­wyższym ministrem” — tym samym więc nie wierzył bynaj­mniej w Jego zmartwychwsta­nie. W nauce Towiańskiego nie brak nawet wędrówki dusz. Nic zatem dziwnego, że wielki przeciwnik towianizmu, ks. Piotr Semenenko, uważał ten system za „kompletne zaprze­czenie” chrześcijaństwa. Nauka Towiańskiego nie jest jednak całkiem jednoznaczna; „Mistrz” nieraz wygłaszał wzajemnie sprzeczne poglądy, ponadto z biegiem czasu zmienił swoje nauczanie, a jego ezoteryczną część powierzał tylko wybra­nym studentom.

Towiański twierdził sam o sobie, że jego misją jest odno­wienie Kościoła chrześcijań­skiego, bo Kościół współczesny jest tylko „martwym drzewem” czy „grobem pobielanym”; natomiast on sam jest pierw­szym z siedmiu wysłanników, którzy zainaugurują siedem epok rozwoju ludzkości. Kiedy indziej jednak, jak się zdaje, za pierwszego wysłannika uważał Chrystusa, za drugiego ­Napoleona (pierwszy cesarz Francuzów w ogóle był przez członków „Koła” otoczony nad­zwyczajnym kultem religij­nym), a siebie — aż za trzecie­go. Podobnie jak średniowiecz­ni joachimici, także Towiański glosii nadejście „trzeciego pię­tra Kościoła”, które nastąpi po piętrze pierwszym (żydostwie starozakonnym) i drugim (chrześcijaństwie); miała je zapoczątkować nowa rewolucja chrześcijańska, na czele której powinni stać papież i naczelny rabin.

Wizyta Jana Pawła II w rzymskiej synagodze, 13 kwietnia 1986 r. Obok papieża rabin Eliasz Toaff

Do tych reform próbował Towiański zjednać papieża Grzegorza XVI, ale też barona Rothschilda czy cara Mikoła­ja I. Z usiłowań o zjednanie po swojej stronie papiestwa nie zrezygnował zresztą aż do śmierci; w tym też celu stop­niowo łagodził (przynajmniej pozornie) niektóre szczególnie ekscentryczne strony swego nauczania. Naturalnie jego sta­rania zakończyły się niepowo­dzeniem i książki Towiańskie­go znalazły się na indeksie (znaczna część z nich została jednak wydana dopiero po jego śmierci). Wielkie zasługi dla umysłowego pokonania heterodoksyjnego nauczania Towiańskiego — pod którego wpływ tak łatwo dostawali się nieszczęśni polscy emigranci, pozbawieni odpowiedniej edu­kacji religijnej — mieli człon­kowie nowo powstałego wów­czas polskiego zakonu zmar­twychwstańców, na czele ze swym długoletnim przełożo­nym generalnym ks. Piotrem Semenenką.

Zmartwychwstańcy obawiali się, że w osobie Towiańskiego wystąpił „nowy Luter”, nieba­wem okazało się jednak, że przeceniali zagrożenie — pod­czas gdy Luter odwiódł od Chrystusa i Jego Kościoła miliony wierzących, sekta Towiańskiego liczyła swoich wiernych tylko na setki, a po śmierci założyciela stopniowo zanikła. Gdyby nie zdarzyło się, że do zwolenników „Mistrza” należeli przez jakiś czas także dwaj najwięksi poeci polskiego romantyzmu, Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki (obaj jednak ostatecznie roze­szli się z Towiańskim), dziś o Towiańskim nawet w Polsce wiedziałaby tylko garstka spe­cjalistów. Indywidualnych sym­patyków Towiańskiego nie brak jednak także w dzisiej­szych czasach. Należy do nich również wspomniana Agniesz­ka Zielińska, która jest wielką wielbicielką nie tylko Towiań­skiego, ale także II Soboru Watykańskiego i Jana Pawła II, samego Towiańskiego zaś uwa­ża za prekursora soboru (ewo­lucjonistyczne elementy w jego nauczaniu mogą zresztą przy­pominać Teilharda de Chardin) i szuka tajemniczych paralel między jego życiem a życiem polskiego papieża…

Jaki był stosunek Towiań­skiego do żydostwa? Towiań­ski uznawał trzy wielkie naro­dy Bożego ludu, wypełniające stopniowo zadania, które zosta­ły im powierzone. Pierwszym z tych narodów byli Żydzi, dru­gim Francuzi, a trzecim Polacy, tzn. Słowdianie (w swoim Wiel­kim Periodzie Towiański uży­wał sformułowań „Izrael Żyd”, „Izrael Francuz” i „Izrael Sło­wianin”), którzy mieli odgry­wać wiodącą rolę w owym „trzecim piętrze Kościoła”, naprawiając nieustannie poprzednie dwa piętra. Żydom jako „starszym braciom”, „duchowo najstarszym wie­kiem”, których zadaniem było „prowadzenie młodszych braci na Bożej drodze”, poświęcał wszakże Towiański coraz wię­cej uwagi: starał się nawracać ich na chrześcijaństwo i, oczy­wiście, również na towianizm. Pierwszym Żydem, którego udało mu się pozyskać, był Gerson Ram, syn żydowskiego kupca z Litwy, który potem działał misyjnie wśród innych Żydów; Rama posyłał też Towiański jako swego wysłan­nika do Rothschilda, ale i do Grzegorza XVI. Jeśli jednak przyjrzymy się bliżej termino­logii Towiańskiego, jego sło­wom o „braterstwie Izraela z młodszymi braćmi”, „człowie­ku późniejszym”, „nowych narodach”, a także innym podobnym wypowiedziom, oka­że się, że terminu „starsi bra­cia” nie odnosił Towiański do religii judaistycznej, a raczej do narodu żydowskiego, zatem do narodu, który naprawdę jest starszy niż Francuzi, Polacy czy inne narody chrześcijań­skie. Towiańskiego pojmowa­nie Żydów jako „starszych bra­ci” Francuzów czy Polaków nie powinno zatem być, jak się wydaje, wrogie dla katolickie­go chrześcijanina; wszelako absolutnie wrogie pozostaje znamiennie bulwersujące poj­mowanie tego zwrotu, z któ­rym spotykamy się w obecnych czasach, począwszy od 13 kwietnia 1986 r.

Zapoznanie się z dziełem Andrzeja Towiańskiego daje nam zatem możliwość stwier­dzić, z jak mętnego źródła zaczerpnął Jan Paweł II swoją sentencję, wypowiedzianą po raz pierwszy w obecności naczelnego rabina Rzymu i potem kilkakrotnie powtórzo­ną. Pozostańmy jednak jeszcze przez chwilę przy tej papieskiej wizycie w synagodze rzymskiej i spróbujmy odgadnąć sens całej tej akcji, rzeczywiście sta­rannie zorganizowanej i od tej pory wielokrotnie przypomina­nej i medialnie opiewanej. Chy­ba nie pomylimy się, wyrażając domniemanie, że przynajmniej jednym z celów, do których dążyli organizatorzy tej papieskiej drogi do Canossy, była próba stłumienia wspomnień katolików o innym papieżu i o innym naczelnym rabinie Rzymu. Było to ponad 40 lat przed niefortunnym wydarze­niem z kwietnia 1986 r. ­w październiku 1944 r., w świę­to Jom Kippur, kiedy naczelne­mu rabinowi Rzymu, Izraelowi Zollemu, również w synagodze rzymskiej objawił się Jezus Chrystus; rabin Zolli przyjął chrzest 13 lutego 1945 r., przy czym jako wyraz wdzięczności za to, co papież Pius XII zdzia­łał dla ludności żydowskiej w latach II wojny światowej, przyjął chrzestne imię Euge­niusz, a więc chrzestne imię Piusa XII8. Rabina Zollego już od wielu lat wiązała z Piusem XII przyjaźń, która po chrzcie rabina zyskała jeszcze na sile; obu ich od tej pory łączył już nie tylko subtelny zmysł sztu­ki, podziw dla poezji Rilkego czy Wagnerowskiego Parsifala, ale w pierwszym rzędzie wspól­na wiara. Nawrócenie rabina spotkało się oczywiście z ogromną niechęcią czoło­wych przedstawicieli judaizmu włoskiego i światowego. Zapewne jednym z powodów ogólnoświatowej kampanii roz­pętanej o wiele później prze­ciwko osobie Piusa XII był wpływ papieża na konwersję Zollego.

Papieska wizyta w synago­dze rzymskiej, do której doszło 13 kwietnia 1986 r., oznaczała niewątpliwie tryumf rabina Toaffa, któremu udało się tak upokorzyć znienawidzone papiestwo, jak nie zdołał tego uczynić żaden z jego poprzed­ników; to symptomatyczne, że wygłoszone wówczas słowa o „starszych braciach” rabin Toaff tryumfalnie wykorzystał w tytule swej autobiografii9. Historia jednak po latach dopisala do jego tryumfu ironiczne post scriptum. Mianowicie syn tegoż rabina, Ariel Toaff, profe­sor historii średniowiecza i renesansu na uniwersytecie Bar Ilan w Tel Awiwie, w lutym 2007 r. wydal swoją książkę Pasque di sangue. Ebrei d’Eu­ropa e omicidi rituali (`Krwawa Pascha. Europejscy Żydzi i rytualne mordy’)’10, w której udokumentował na podstawie studiów nad źródłami — pocho­dzącymi zwłaszcza z rejonu północno-wschodnich Włoch ­że w średniowieczu rzeczywi­ście istniała na tym terytorium sekta żydów aszkenazyjskich, która dopuszczała się mordów rytualnych. Po gwałtownej kampanii medialnej, w którą włączył się także jego ojciec, ostatecznie zmuszono Ariela Toaffa, by wycofał swoją książ­kę z obiegu i po roku opubliko­wał nowe jej wydanie, w któ­rym przezornie osłabił swe pierwotne tezy; nie zamierza­my już wszakże zajmować się tu całą sprawą, stanowiącą tyl­ko kolejny rozdział w dziejach ograniczania swobody badań historycznych w Europie na początku XXI wieku. Niemniej pozostaje faktem, że podczas gdy posoborowi hierarchowie kościelni, bardziej posłuszni światu niż Bogu, lękliwie zabraniali w swych diecezjach kultu dziecięcych męczenni­ków, ofiar mordów rytualnych, na czele z najbardziej znanym z nich, św. Szymonem z Try­dentu — żydowski historyk, syn naczelnego rabina Rzymu, bez wahania wystąpił w obro­nie tych, których wyrzekli się ich współwyznawcy. W taki sposób współczesna historia stosunków Kościoła katolickie­go i rzymskiej gminy żydow­skiej zakreśliła doprawdy inte­resujący łuk — od Eugeniusza Zollego, przez Eliasza Toaffa, do Ariela Toaffa.

Paweł Zahradnik

Dr Paweł Zahradnik stale współpra­cuje z czeskim pismem tradycyjnych katolików „Te Deum”. Z języka czeskie­go przełożyła Krystyna Grań.

Kościół, który został postawiony na głowie – wywiad z ks. Dawidem Pagliaranim FSSPX

Czcigodny Księże, przed końcem bieżącego roku będzie miało miejsce wiele ważnych wydarzeń, takich jak synod nt. Amazonii czy reforma Kurii Rzymskiej. Przyniosą one doniosłe konsekwencje dla życia Kościoła. Jak, zdaniem Księdza, sytuują się one na tle pontyfikatu papieża Franciszek?

Ks. Dawid Pagliarani FSSPX, przełożony generalny Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X

Coraz więcej katolików odnosi wrażenie, że Kościół stanął na progu nowej katastrofy. Jeśli cofniemy się nieco w czasie, [dostrzeżemy, że] II Sobór Watykański mógł się odbyć, ponieważ był rezultatem rozkładu, jaki dotknął Kościół w latach przed jego zwołaniem: w krytycznym momencie tama pękła pod naporem sił, które działały już od pewnego czasu. Właśnie w ten sposób zwyciężają wielkie rewolucje, gdyż legislatorzy tylko aprobują i sankcjonują to, co już wcześniej, przynajmniej częściowo, stało się faktem.

I tak reforma liturgiczna była tylko rezultatem eksperymentów działającego w okresie międzywojennym ruchu liturgicznego, który zdołał pozyskać dla swych postulatów część duchowieństwa. Współcześnie, podczas tego pontyfikatu, dokument Amoris lætitia usankcjonował praktykę, która niestety już wcześniej była obecna w Kościele, szczególnie jeśli chodzi o możliwość przyjmowania Komunii przez osoby żyjące w stanie jawnego grzechu. Jak się wydaje, sytuacja dojrzała dziś do przeprowadzenia kolejnych reform o dalekosiężnych skutkach.

Czy mógłby Ksiądz sprecyzować swój pogląd na temat ekshortacji apostolskiej Amoris lætitia trzy lata po jej publikacji?

Amoris lætitia jest w historii Kościoła ostatnich lat tym, czym są Hiroszima czy Nagasaki w historii współczesnej Japonii. Patrząc po ludzku, spustoszenia spowodowane tym dokumentem są niemożliwe do naprawienia. Jego wydanie było bez wątpienia najbardziej rewolucyjnym z dotychczasowych czynów papieża Franciszka, a zarazem wzbudzającym największe kontrowersje – także poza środowiskiem Tradycji – ponieważ bezpośrednio dotyka kwestii moralności małżeńskiej, co umożliwiło wielu duchownym oraz świeckim dostrzeżenie poważnych błędów, jakie zawiera. Ten fatalny dokument został mylnie uznany za dzieło kogoś ekscentrycznego i lubiącego prowokować, a tak niektórzy postrzegają obecnego papieża. Nie jest to właściwy obraz rzeczy i jest czymś niewłaściwym stosowanie tak daleko idących uproszczeń.

Zdaje się Ksiądz sugerować, że Amoris lætitia jest nieuniknionym skutkiem czegoś daleko wykraczającego poza osobowość obecnego papieża. Dlaczego stroni Ksiądz od określenia go jako człowieka oryginalnego?

Amoris laetitia to jeden z tych skutków, które prędzej czy później musiały zaistnieć jako rezultat zasad, przyjętych przez sobór. Kardynał Walter Kasper przyznał i podkreślił, że nowa eklezjologia koresponduje z nowym pojmowaniem rodziny chrześcijańskiej1.

W rzeczy samej sobór był przede wszystkim eklezjologiczny, tzn. w swoich dokumentach przedstawił nową koncepcję Kościoła. Kościół założony przez Pana Jezusa już nie ma być po prostu Kościołem katolickim, ale czymś szerszym: ma zawierać inne wyznania chrześcijańskie. W tym ujęciu wspólnoty prawosławne czy protestanckie posiadają „eklezjalność” na mocy sakramentu chrztu. Innymi słowy, wielką nowością eklezjologii soboru jest możliwość przynależności do Kościoła założonego przez Pana Jezusa na różne sposoby i w różnym stopniu. Stąd też współczesne pojęcie „pełnej” lub „niepełnej” jedności, [jedności] ze „zmienną geometrią”, jak można by rzec. Kościół stał się strukturalnie otwarty i elastyczny. Nowy sposób przynależności do Kościoła, elastyczny i różnorodny, według którego wszyscy chrześcijanie są zjednoczeni w Kościele Chrystusowym, leży u podstaw ekumenicznego chaosu.

Nie sądźmy jednak, że te teologiczne nowinki są czymś czysto abstrakcyjnym – mają one wpływ na codzienne życie wiernych. Wszystkie błędy dogmatyczne, które oddziałują na Kościół, prędzej czy później wywrą wpływ również na rodzinę chrześcijańską, albowiem jedność małżonków chrześcijańskich jest odbiciem jedności Chrystusa i Jego Kościoła. Kościołowi ekumenicznemu, elastycznemu i panchrześcijańskiemu odpowiada pojęcie rodziny, w której zobowiązania małżeńskie utraciły swoje dawne znaczenie, w której więzy między małżonkami, między kobietą a mężczyzną, nie są już postrzegane ani definiowane w ten sam sposób: one również stają się elastyczne.

Papież postępujący według zasad II Soboru Watykańskiego

Czy mógłby Ksiądz sprecyzować swoją myśl?

Konkretnie rzecz ujmując: tak jak „panchrześcijański” Kościół Chrystusowy, choć poza jednością katolicką, miałby zawierać dobre i pozytywne elementy, tak samo miałyby istnieć dla wiernych dobre i pozytywne elementy poza małżeństwem sakramentalnym, np. w małżeństwie cywilnym, a także w jakimkolwiek innym związku. Tak jak nie ma już rozróżnienia między „prawdziwym” Kościołem a „fałszywymi” kościołami – gdyż kościoły niekatolickie są dobre, tyle że mniej doskonałe – tak samo wszystkie związki stają się dobre, albowiem zawsze jest w nich coś dobrego, choćby sama miłość.

Oznacza to, że w „dobrym” małżeństwie cywilnym – szczególnie jeśli zostało ono zawarte między osobami wierzącymi – można znaleźć niektóre elementy chrześcijańskiego małżeństwa sakramentalnego. Nie chodzi wcale o to, aby traktować małżeństwa sakramentalne i cywilne jako sobie równe; jednak związek cywilny nie jest zły sam w sobie, a jedynie mniej dobry! Dotychczas mówiliśmy o uczynkach dobrych i złych, o życiu w łasce lub w grzechu śmiertelnym; obecnie są jedynie uczynki dobre i mniej dobre. Podsumowując, Kościołowi ekumenicznemu odpowiada ekumeniczna rodzina, tzn. rodzina zrekonstruowana (w Polsce używa się także określenia „rodzina patchworkowa” – przyp. red. WTK) lub podlegająca rekonstrukcji, według potrzeb i wrażliwości.

Przed II Soborem Watykańskim Kościół nauczał, że niekatolickie wyznania chrześcijańskie nie należą do prawdziwego Kościoła, a więc nie są częścią Kościoła Jezusa Chrystusa. Doktryna zawarta w Konstytucji dogmatycznej o Kościele Lumen gentium (nr 8) otwiera drogę do uznania ich za częściowe realizacje Kościoła Chrystusowego. Konsekwencje tych błędów są nieobliczalne i z czasem tylko się potęgują.

Amoris lætitia jest więc nieuniknionym rezultatem nowej eklezjologii głoszonej przez Lumen gentium, a także niemądrego otwarcia się na świat, zalecanego przez Konstytucję duszpasterską o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spes2. I istotnie, wraz z Amoris lætitia małżeństwo chrześcijańskie staje się coraz bardziej takim, jakim go rodzi i profanuje współczesność.

Dlatego nauczanie papieża Franciszka – obiektywnie rzecz biorąc wprowadzające zamieszanie – nie jest jakąś dziwaczną aberracją, ale logiczną konsekwencją zasad proklamowanych przez sobór. Papież po prostu wyciąga z nich ostateczne – na obecnym etapie – konsekwencje…

Czy ta nowa doktryna o Kościele znalazła wyraz w jakiejś konkretnej koncepcji teologicznej?

Po soborze pojęcie „Ludu Bożego” zastąpiło pojęcie „Mistycznego Ciała Chrystusa”. Jest ono obecne w wielu miejscach nowego Kodeksu prawa kanonicznego, opublikowanego w 1983 r. Jednak w 1985 r. nastąpiło pewne przesunięcie. Okazało się, że termin „Lud Boży” jest niewygodny, ponieważ umożliwiał skręt w kierunku teologii wyzwolenia i marksizmu. Został on zastąpiony innym pojęciem, również wywodzącym się z soboru – eklezjologią wspólnoty. Pozwala ono [na forsowanie tezy o] elastycznej przynależności do Kościoła, [głoszącej] że wszyscy chrześcijanie są zjednoczeni w tym samym Kościele Chrystusowym, ale w różnią się stopniem tego zjednoczenia. Znaczy to, że dialog ekumeniczny stał się niczym konwersacja w wieży Babel, jak to miało miejsce w Asyżu w 1986 r. Jest jak ukochany przez papieża Franciszka wielościan: „Bryła geometryczna, która ma wiele różnych ścian. Wielościan odzwierciedla zbieg wszystkich różności, które zachowują w nim swoją oryginalność. Nic się nie rozpuszcza, nic nie zostaje zniszczone, żadna z części nie dominuje nad innymi”3.

Czy widzi Ksiądz ten sam eklezjologiczny fundament w reformach zapowiedzianych przez instrumentum laboris najbliższego synodu nt. Amazonii bądź w projekcie reformy Kurii Rzymskiej?

Wszystko sprowadza się, bezpośrednio lub pośrednio, do fałszywego pojęcia Kościoła. Zauważmy raz jeszcze, że papież Franciszek jedynie wyciąga ostateczne konkluzje z zasad głoszonych przez sobór. Mówiąc konkretnie, reformy forsowane przez papieża zakładają istnienie Kościoła wsłuchującego się, Kościoła synodalnego, Kościoła uwrażliwionego na kulturę ludów, na ich oczekiwania i wymagania, zwłaszcza dotyczące spraw ludzkich i naturalnych, właściwych dla naszych czasów i wciąż zmieniających się. Wiara, liturgia i rządy Kościoła muszą się do tego wszystkiego dostosować i być tego rezultatem.

Wiecznie wsłuchujący się Kościół synodalny stanowi najnowszy etap ewolucji Kościoła kolegialnego, promowanego przez II Sobór Watykański. Oto konkretny przykład: wedle instrumentum laboris Kościół winien przyjąć i uznać za własne takie elementy, jak lokalne tradycje związane z kultem duchów oraz tradycyjną medycynę amazońską, które przypominają tzw. egzorcyzmy. Ponieważ te tubylcze zwyczaje są zakorzenione w terytorium, które ma swoją historię, zatem owo „terytorium jest miejscem teologicznym, szczególnym źródłem Bożego objawienia”. Oto dlaczego należy uznać bogactwo tych rodzimych kultur, albowiem „nieszczere otwarcie się na bliźniego, a także postawa korporacyjna, ograniczająca zbawienie jedynie do własnej wiary, niszczą tę właśnie wiarę”. Odnosi się wrażenie, że zamiast walczyć z pogaństwem obecna hierarchia chce przyjąć i wcielić jego wartości. Organizatorzy przyszłego synodu nazywają je „znakami czasu” – to wyrażenie tak drogie Janowi XXIII – które należy traktować jako znaki dane przez Ducha Świętego.

Kościół Chrystusowy nie jest forum

A jeśli chodzi o Kurię?

Projekt reformy Kurii zakłada z kolei taki Kościół, który o wiele bardziej przypomina dzieło ludzkie niż społeczność Bożą, hierarchiczną, będącą depozytariuszem nadprzyrodzonego Objawienia, korzystającą z nieomylnego charyzmatu zachowania i głoszenia ludziom odwiecznej prawdy aż do końca czasów. Jak wprost wskazuje tekst projektu, chodzi o „uwspółcześnienie (aggiornamento) Kurii […] w oparciu o eklezjologię II Soboru Watykańskiego”. Dlatego nie budzą zaskoczenia słowa autorstwa grupy kardynałów zajmujących się tą reformą: „Kuria działa jako pewnego rodzaju platforma i forum komunikacji między Kościołami partykularnymi i konferencjami biskupów. Kuria zbiera doświadczenia Kościoła powszechnego i w oparciu o nie dodaje zachęty Kościołom partykularnym i konferencjom biskupów […] To życie jedności udzielone Kościołowi jest obliczem synodalności […] Lud wiernych, kolegium biskupie, biskup Rzymu słuchają się wzajemnie, wsłuchując się także w Ducha Świętego […] Ta reforma jest ustanowiona w duchu «zdrowej decentralizacji» […] Kościół synodalny to «Lud Boży, który wspólnie kroczy» […] Ta posługa Kurii względem misji biskupów i communio [‘jedności’] nie polega na czujności czy kontroli ani na podejmowaniu decyzji przez wyższy autorytet […]”4.

Platforma, forum, synodalność, decentralizacja… wszystko to jedynie potwierdza eklezjologiczny rodowód wszystkich współczesnych błędów. W tym bezkształtnym zlepku nie ma już żadnego autorytetu. To niszczenie Kościoła takiego, jakim go założył Pan Jezus. Zakładając swój Kościół Chrystus nie otworzył forum komunikacji ani platformy wymiany; powierzył On Piotrowi i swoim apostołom zadanie pasania Jego trzody oraz powołał ich do tego, żeby byli kolumnami prawdy i świętości, prowadzącymi dusze do nieba.

Jak można scharakteryzować ten błąd eklezjologiczny odnośnie do boskiego ustroju Kościoła, założonego przez Jezusa Chrystusa?

To pytanie dotyczy obszernej kwestii, ale abp Lefebvre udzielił nam na nie częściowej odpowiedzi. Mówił, że struktura nowej Mszy odpowiadała Kościołowi demokratycznemu, który nie jest już hierarchiczny ani monarchiczny. Kościół synodalny, o którym marzy papież Franciszek, ma zdecydowanie demokratyczny charakter. On sam powiedział, jak go sobie wyobraża: jako odwróconą piramidę. Czyż można było jaśniej pokazać, jak rozumie synodalność? Synodalność to Kościół, który został postawiony na głowie. Jednakże podkreślmy raz jeszcze: to tylko naturalny wzrost nasion, zasadzonych na soborze.

Czy nie uważa Ksiądz, że próbuje się na siłę sprowadzić obecną rzeczywistość do zasad II Soboru Watykańskiego, który miał miejsce ponad pół wieku temu?

Niech odpowiedzi na to pytanie udzieli jeden z najbliższych współpracowników papieża Franciszka – kardynał [Oskar Rodríguez] Maradiaga, arcybiskup Tegucigalpy (stolicy Hondurasu – przyp. red. WTK) i koordynator C6 – doradczej grupy kardynałów. Powiedział on: „Po II Soborze Watykańskim następuje zmiana metod i treści ewangelizacji oraz edukacji chrześcijańskiej. Zmienia się liturgia […] Zmienia się perspektywa misjonarska: misjonarz powinien ustanowić dialog ewangelizacyjny […] Zmienia się działanie społeczne; nie chodzi już tylko o miłość i rozwój różnych form pomocy, ale także o walkę na rzecz sprawiedliwości, prawa ludzkie i wyzwolenie […] Wszystko zmienia się w Kościele wedle odnowionego modelu duszpasterskiego”. Aby ukazać, w jakim duchu są dokonywane te zmiany, dodał: „Papież chce doprowadzić odnowę Kościoła do punktu, w którym stanie się ona nieodwracalna. Wiatrem, który popycha żagle Kościoła na pełne morze jego głębokiej i zupełnej odnowy, jest miłosierdzie”5.

Jednak podniosło się przeciw planowanym reformom wiele głosów i można się spodziewać, że nie ucichną również w najbliższych miesiącach. Jak ocenia Ksiądz te reakcje?

Można się tylko cieszyć z podobnych reakcji i stopniowego uświadamiania sobie przez wielu wiernych i kilku purpuratów, że Kościół zbliża się do nowej katastrofy. Reakcje te są cenne, bowiem świadczą o tym, że głos, który promuje wspomniane błędy, nie może być głosem Chrystusa ani Magisterium Kościoła. Jest to bardzo ważne i, pomimo tragicznego kontekstu, pokrzepiające. Nasze Bractwo ma obowiązek uważnie śledzić te reakcje, a równocześnie starać się unikać mylnych postaw, które nie mogą przynieść żadnego efektu.

Soborowy pluralizm obezwładnia opozycję

Co Ksiądz przez to rozumie?

Po pierwsze należy zauważyć, że te reakcje przypominają rzucanie grochem o ścianę i trzeba mieć odwagę, żeby spytać, dlaczego tak się dzieje. Przykładowo czterech kardynałów wyraziło swoje dubia odnośnie do Amoris lætitia. Ich czyn został przez wielu zauważony i powitany jako początek akcji, która przyniesie trwałe skutki – a jednak milczenie Watykanu pozostawiło tę krytykę bez odpowiedzi. W międzyczasie dwóch ze wspomnianych kardynałów zmarło, zaś papież Franciszek przeszedł do kolejnych projektów reformy, o których przed chwilą rozmawialiśmy. W ten sposób uwaga [zainteresowanych] została skierowana na nowe tematy, siłą rzeczy pozostawiając bitwę o Amoris lætitia na drugim planie, jakby zapomnianą, a treść tej ekshortacji najwyraźniej została de facto przyjęta.

Aby zrozumieć milczenie papieża nie możemy zapominać, że Kościół wywodzący się z soboru jest pluralistyczny. To Kościół, który nie opiera się już na wiecznej i objawionej prawdzie, nauczanej odgórnie przez autorytet. Mamy do czynienia z Kościołem, który „wsłuchuje się”, a zatem słucha głosów, które mogą się od siebie różnić. Dla porównania: w ustroju demokratycznym zawsze jest miejsce, przynajmniej pozornie, dla opozycji. Należy ona w pewnym sensie do systemu, ponieważ pokazuje, że można dyskutować, posiadać odmienną opinię, że jest miejsce dla wszystkich. Coś takiego może oczywiście wspierać dialog demokratyczny, ale nie przywróci panowania absolutnej i powszechnej prawdy oraz odwiecznego prawa moralnego. Zatem błąd może być swobodnie głoszony obok rzeczywistej, ale strukturalnie nieskutecznej opozycji, niezdolnej do zastąpienia błędu prawdą. Należy więc w ogóle zerwać z systemem pluralistycznym, a źródłem tego systemu jest II Sobór Watykański.

Co zdaniem Księdza powinni uczynić ci duchowni oraz wierni świeccy, którym zależy na przyszłości Kościoła?

Po pierwsze, powinni mieć świadomość [problemu] oraz odwagę, by uznać, że istnieje ciągłość między nauką soboru i papieży epoki posoborowej a obecnym pontyfikatem. Cytowanie na przykład magisterium „świętego” Jana Pawła II w celu przeciwstawienia go nowinkom papieża Franciszka jest bardzo złym pomysłem, z góry skazanym na porażkę. Dobry lekarz nie może się zadowolić nałożeniem na ranę kilku szwów, zanim jej gruntownie nie oczyści. Nie gardzimy tymi wysiłkami, ale sama miłość bliźniego zobowiązuje nas do jasnego wskazania, gdzie leży źródło problemów.

Podając konkretny przykład tej wewnętrznej sprzeczności wystarczy przywołać osobę kardynała Müllera. Jest on obecnie, spośród różnych innych postaci, najbardziej zaciekłym krytykiem Amoris lætitia, instrumentum laboris i projektu reformy Kurii. Używa bardzo mocnych określeń; mówi nawet o „zerwaniu z Tradycją”. A przecież ten kardynał, który znajduje obecnie dość siły, aby publicznie piętnować owe błędy, jest tym samym, który chciał zmusić Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X – w jedności ze swymi poprzednikami i następcami w Kongregacji Nauki Wiary – do zaakceptowania całego soboru i posoborowego Magisterium! Abstrahując od sprawy Bractwa i jego stanowiska, krytyka wyrażana przez kard. Müllera, która skupia się na objawach nie doszukując się ich przyczyn, jest wysoce szkodliwa i nielogiczna.

Miłosierdzie „przekazywania tego, co się otrzymało”

Często zarzuca się Bractwu, że potrafi jedynie krytykować. Co proponuje ono pozytywnego?

Bractwo nie krytykuje w sposób systematyczny czy a priori. Nie jest ono zawodowym mizantropem. Cieszy się ono swobodą wypowiedzi, która pozwala mu mówić otwarcie, bez obawy, że straci korzyści, których nie posiada… Wolność ta jest w obecnych czasach niezbędna.

Przede wszystkim Bractwo żywi miłość do Kościoła i do dusz. Obecny kryzys nie jest tylko kryzysem doktrynalnym. Kolejne seminaria są zamykane, kościoły pustoszeją, dramatycznie spada uczestnictwo w życiu sakramentalnym. Nie możemy wobec tego stać z założonymi rękoma i mówić sobie: „Wszystko to dowodzi, że Tradycja ma rację!”. Tradycja ma obowiązek przychodzenia z pomocą duszom przy pomocy środków, których jej udziela Boża Opatrzność. Nie jesteśmy motywowani pyszną dumą, lecz ponaglani miłością, która pragnie „przekazać to, cośmy otrzymali” (por. 1 Kor 15, 3). Oto, co pragniemy pokornie czynić poprzez nasz codzienny apostolat – jednak jest on nieodłączny od piętnowania zła, które trapi Kościół. Tylko w ten sposób możemy choćby częściowo uchronić trzodę porzuconą i rozproszoną przez złych pasterzy.

Czego Bractwo oczekuje od duchownych i świeckich, którzy zaczynają jasno postrzegać obecną sytuację? Co robić, aby ich postawa zaowocowała pozytywnie i skutecznie?

Muszą oni mieć odwagę uznać, że nawet odpowiednie stanowisko doktrynalne nie wystarczy, jeśli nie będzie mu towarzyszyć życie duszpasterskie, duchowe i liturgiczne spójne z zasadami, których chce się bronić, ponieważ sobór zapoczątkował nowy nurt życia chrześcijańskiego, spójny z jego nową doktryną.

Jeśli już się przyzna wszystkie prawa prawdziwej nauce katolickiej, trzeba podjąć autentyczne życie katolickie spójne z tym, co się wyznaje. Bez tego taka czy inna deklaracja pozostanie jedynie wydarzeniem medialnym, pamiętanym przez kilka miesięcy, a może tylko parę tygodni… Mówiąc konkretnie, trzeba przylgnąć wyłącznie do Mszy św. trydenckiej i przyjąć wszystko to, co się z tym krokiem wiąże; trzeba przylgnąć do Mszy katolickiej i wyciągnąć z tego wszystkie konsekwencje; trzeba przylgnąć do Mszy nieekumenicznej, Mszy wszech czasów i z tej Mszy czerpać łaski potrzebne do odnowienia życia świeckich wiernych, zakonów, seminariów, a zwłaszcza do odrodzenia się ideału kapłaństwa katolickiego. Nie chodzi o przywrócenie Mszy trydenckiej dlatego, że jest ona teoretycznie najlepszą opcją. Chodzi o jej powszechne przywrócenie, życie nią i obronę jej aż do męczeństwa, ponieważ jedynie Krzyż Pana Jezusa może wyprowadzić Kościół z katastrofalnej sytuacji, w której się znalazł.

Portæ inferi non prævalebunt adversus eam!

„Bramy piekielne nie przemogą go!”

Menzingen, 12 września 2019 r., w święto Najświętszego Imienia Maryi