OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Kościół

Kościół dwóch papieży. Stan wyjątkowy z woli Nieba?

„Jest tylko jeden papież i nazywa się Franciszek” – powiedział przed kilkoma dniami Benedykt XVI w wywiadzie dla „Corriere della sera”. Z jakiego powodu w takim razie poprzednik Franciszka postanowił zachować swoje papieskie imię, tytuł „Jego Świątobliwości” i białą sutannę?
Gdy pięć lat temu abdykował Benedykt XVI, dla wielu był to absolutny szok. Ojciec nie odchodzi na emeryturę – powtarzano i skrzętnie analizowano oficjalnie podane powody tego dramatycznego kroku. Teraz, choć nadal nic nie wiadomo, i coraz lepiej widać, w jak zaskakującej sytuacji jest Kościół, w którym żyje dwóch papieży, to debaty (przynajmniej w Polsce) ustały, a wszyscy przekonują katolików, że to absolutna norma i że trzeba się przygotować na sytuację, w której w Kościele będzie trzech albo jeszcze więcej biskupów w bieli.

Czy oznacza to jednak, że pytania przestały istnieć, że nikt już ich nie zadaje i że urzędowy optymizm może zastąpić poważną debatę teologiczną? Odpowiedź brzmi: „nie”, a najlepszym na to dowodem są dwie znakomite książki udostępnione ostatnio polskim czytelnikom: „Proroctwo o dwóch papieżach” Saverio Gaety i „Tajemnica Benedykta XVI” Antonio Socciego.
Inauguracyjna msza święta papieża Benedykta XVI na Placu Św. Piotra w Watykanie. Fot. Franco Origlia/Getty Images
Można je oczywiście zbyć prostym wzruszeniem ramion (co zdaje się robić Stolica Apostolska) i oznajmić, że to dzieła „szukających sensacji przeciwników Franciszka”, ale nie sposób sprawić, że zadawane przez tych dwóch watykanistów pytania przestaną dręczyć wielu katolików.

Dwaj papieże, dwie diagnozy

Trudno zresztą, żeby było inaczej, gdy coraz lepiej widać, jak rozjeżdżają się wizje Kościoła papieża Franciszka i papieża-emeryta Benedykta XVI. Doskonale widać to w przypadku debaty na temat źródeł skandali seksualnych, jakie – co do tego akurat obaj papieże się zgadzają – niszczą obecnie Kościół od wewnątrz.

Obecny Ojciec święty przekonuje, że ich źródłem jest klerykalizm, nadużywanie władzy i brak miłosierdzia, a nie mają one wiele wspólnego z rozluźnieniem obyczajów, zniszczeniem tradycyjnej ascezy czy wreszcie z rozpanoszonym w Kościele homolobby.

Benedykt XVI natomiast w opublikowanym niedawno znakomitym tekście wskazuje, że prawdziwe przyczyny głębokiego kryzysu tkwią zupełnie gdzie indziej, bowiem są nimi: głębokie rozluźnienie dyscypliny wśród duchownych i wtargnięcie rewolucji seksualnej do Kościoła; po drugie zanik solidnej formacji seminaryjnej i teologii moralnej; po trzecie nadużywanie obrony sprawców, a nie ofiar przez posoborowe sądy kościelne (które dokładnie tak samo jak świeckie, zamiast szukać sprawiedliwości i bronić ofiar, zaczęły stawać po stronie sprawców, których uznawano za prawdziwe ofiary i broniono często wbrew faktom); i wreszcie po czwarte zanik żywej wiary (szczególnie wiary w Eucharystię), a co za tym idzie zanik fundamentów moralności i ascezy.
Tygodnik TVPPolub nas
Wszystko to nie tylko zniszczyło praktykę życia kapłańskiego, ale też doprowadziło do ukształtowania się w wielu miejscach potężnego lobby homoseksualnego, które uniemożliwiło normalną formację. „W wielu seminariach powstały homoseksualne kliki, które działały mniej lub bardziej otwarcie, zmieniając klimat tych miejsc” – napisał Benedykt XVI.

Trudno nie dostrzec, że te diagnozy w niczym się nie stykają, nie ma między nimi punktów wspólnych i opinię papieża-emeryta można potraktować jako swoiste votum separatum wobec nieustannie powtarzanego twierdzenia, że głównym problemem w Kościele jest klerykalizm i gdy tylko usunie się nadużycia władzy, a także zmieni tradycyjną moralność, a najlepiej także zniesie celibat, natychmiast znikną problemy z nadużyciami seksualnymi.
Doskonale wychwycili to zresztą najważniejsi gracze tzw. teamu papieża Franciszka, którzy w mediach społecznościowych niemal jednym głosem skrytykowali Benedykta XVI. Massimo Faggioli z Uniwersytetu Villanova stwierdził, że list ten jest kolejnym z długiego cyklu błędów popełnianych przez Benedykta XVI; Brian Flanagan, który wykłada teologię na Uniwersytecie Marymount i od dawna jest głosem bergoglian w amerykańskim Kościele uznał list za „żenujący”, a Robert Mickens z katolickiego magazynu „The Tablet” zadał pytanie: „gdzie żyje ten człowiek”, a nawet zasugerował zdziecinnienie papieża emeryta: „ktoś tu potrzebuje kolorowanek i kredek”.

Oczywiście ton oficjalnych komentarzy płynących z Watykanu był inny, ale i tam zapanowała wyraźna nerwowość związana z faktem, że Benedykt XVI nie idzie i nie zamierza iść szlakiem wytyczonym przez Franciszka.

Nigdy wcześniej

Nic w tym zresztą dziwnego. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że podczas konklawe po śmierci św. Jana Pawła II kardynałowie Ratzinger i Bergoglio byli kandydatami dwóch, zupełnie odmiennych frakcji eklezjalnych. Papież-emeryt Benedykt XVI należał wówczas, a może trzeba powiedzieć o wiele mocniej, był naturalnym liderem grupy zdecydowanych obrońców ortodoksji, zwolenników obrony fundamentów wiary i walki z duchem czasów, a także czegoś, co on sam nazywał „hermeneutyką ciagłości”.

Obecny zaś papież Franciszek był wówczas kandydatem na urząd biskupa Rzymu „grupy z Sankt Gallen”, czyli zwolenników stopniowej reformy, zmiany, odrzucania pewnych elementów doktryny i moralności katolickiej. Jej naturalnym przywódcą był kardynał Carlo Maria Martini, który wprost mówił i pisał, że Kościół katolicki jest zapóźniony o dwieście lat.
Polskim czytelnikom udostępniono ostatnio dwie znakomite książki: „Proroctwo o dwóch papieżach” Saverio Gaety (wyd. Esprit) i „Tajemnica Benedykta XVI” Antonio Socciego (wyd. Aromat Słowa). Fot. arch
Oczywiście nie po raz pierwszy zdarza się w Kościele, że następujący po sobie papieże mają radykalnie odmienne wizje. Po raz pierwszy w dziejach Kościoła zdarza się jednak, że równocześnie mamy dwóch papieży, którzy mają w wielu kwestiach tak radykalnie odmienne wizje.

Oczywiście – jak wskazuje włoski dziennikarz Saverio Gaeta – bywało już wcześniej, że papieże rezygnowali, ale nigdy wcześniej w historii Kościoła nie było tak, by jednocześnie „urzędowało dwóch papieży, z których jeden byłby czynny, a drugi ma emeryturze”. Gdy wcześniej papież podawał się do dymisji, tracił nie tylko papieskie imię, herb, ale także prawo do noszenia szat papieskich.

Teraz jest inaczej. Papież emeryt Benedykt XVI zachował papieskie szaty, herb, a także tytuł „Jego Świątobliwości”. I to jest absolutna nowość, której nie może przykryć zgodne udawanie, że „nic się nie stało” i że to „normalny proces”. Niczego nie wyjaśniają także, na co zwraca uwagę Antonio Socci w „Tajemnicy Benedykta XVI”, tłumaczenia papieża emeryta, który przekonuje, że zdecydował się na białe szaty, bo nie miał innych. Włoski dziennikarz ironicznie wskazuje, że chyba nie brakowało w Rzymie krawców, którzy takie szaty by uszyli…
Herbatka z tureckimi politykami. Papież Franciszek na lotnisku w Ankarze. Fot. Abdulhamid Hosbas/Anadolu Agency/Getty Images
Jakby tego było mało, osobisty sekretarz Benedykta XVI arcybiskup Georg Gänswein coraz częściej – a sam papież emeryt wcale się od tego nie odcina – wskazuje na istnienie w Kościele sytuacji wyjątkowej „z dwoma następcami Piotra żyjącymi pośród nas”. „Wielu nadal postrzega jeszcze dziś tę nową sytuację jako coś w rodzaju stanu wyjątkowego z woli Nieba” – wskazuje arcybiskup.

Dlaczego Niebo miałoby dopuścić do takiej sytuacji? Tu obaj autorzy się rozchodzą. Gaeta cytując licznych mistyków wskazuje, że żyjemy w przededniu jakiegoś przełomu w Kościele i świecie, wielkich i trudnych wydarzeń, które zwieńczą ogromny kryzys, doprowadzą do wielkich prześladowań i apostazji; Antonio Socci skupia się raczej na poszukiwaniu odpowiedzi o status kanoniczny Benedykta XVI i Franciszka, i zastanawia się, dokąd ów stan wyjątkowy w Kościele miałby nas zaprowadzić. Obaj jednak zadają cenne pytania, które inni – szczególnie hierarchia watykańska – całkowicie ignorują.

Uspokajacze kontra zaniepokojeni

Z Soccim czy Gaetą nie trzeba się zgadzać co do odpowiedzi, ale warto docenić wagę ich pytań. Wielu, bardzo wielu katolików, zadaje sobie podobne pytania, wielu próbuje zrozumieć, co się obecnie dzieje, odnaleźć się w czasie, gdy powszechna apostazja dotyka całe diecezje czy konferencje episkopatu, gdy Watykan zdaje się akceptować zmianę doktryny moralnej, która swoje źródła ma w Ewangelii, a generał jezuitów sugeruje, że w istocie nie mamy pojęcia, co mówił Jezus, bo w Jego czasach nie było magnetofonów.

Uspokajacze przekonują wprawdzie, że nic się nie dzieje, ale wystarczy spojrzeć na otaczający nas świat, żeby dostrzec, że coś się jednak szykuje i także w Kościele dochodzi do jakiegoś przełomu. Widać to na tyle dobrze, że „uspokajacze” posuwają się coraz częściej do kneblowania zaniepokojonych, a nawet do sugerowania, że ci ostatni są nie tylko przeciwko Franciszkowi, ale wręcz przeciwko Duchowi Świętemu, który osobiście wyznaczył papieża na nasze czasy, a każdy, kto to kwestionuje, występuje przeciwko samemu Bogu.
Zamach stanu w Watykanie? Teorie spiskowe w obronie Franciszka

Czy agenci FBI i CIA, wywiadownie gospodarcze i amerykańscy konserwatywni katolicy zjednoczyli się, aby wymusić na papieżu Franciszku dymisję?
zobacz więcej
To zwykły szantaż, bo każdy, kto zna katolicką doktrynę i historię papiestwa wie, że asystencja Ducha Świętego podczas konklawe nie działa w ten sposób. Gdyby tak było, to trzeba by uznać, że papież Aleksander IV Borgia był najlepszym wyborem na tamte czasy, a każdy, kto go krytykuje czy krytykował występował przeciwko Duchowi Świętemu. Niewielu jest śmiałków, którzy sformułowaliby podobną tezę.

Nie, nie porównuję papieża Franciszka do Aleksandra IV, a jedynie wskazuję na absurdalne założenia pewnej formy blokowania dyskusji przy pomocy emocjonalnego szantażu.

Debata teologiczna na temat Kościoła dwóch papieży musi się odbyć, bo bez niej pytania wciąż będą wisieć w powietrzu, a ludzie, którzy nie otrzymają wyjaśnień od poważnych teologów czy liderów kościelnej opinii, będą ich szukać w wizjach, objawieniach czy teoriach spiskowych. Warto o tym przypomnieć uspokajaczom.

– Tomasz P. Terlikowski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Reforma Franciszka. Decentralizacja czy centralizacja?

Praedicate Evangelium – taką nazwę nosi nowa konstytucja apostolska o Kurii Rzymskiej, którą papież Franciszek chce ogłosić jeszcze w tym roku. Dokument na nowo ujmie strukturę władzy w Kościele katolickim. Szykują się bardzo duże zmiany. O szczegółach pisze teraz „Catholic News Agency”. Agencja dotarła do obecnego projektu konstytucji.

Aktualny tekst zakłada, że znacząco zmieni się rola watykańskich kongregacji.

Po pierwsze, nie będą nosić już dotychczasowych nazw, ale staną się dykasteriami. Wszystkie będą formalnie równe, ale powstanie też nowa dykasteria: Dykasteria ds. Ewangelizacji. Dokument wymienia ją jako pierwszą i to ona ma mieć praktycznie największe znaczenie, przewyższając dotychczas najistotniejszą Kongregację Nauki Wiary. Raz jeszcze podkreślając: to tylko nieformalne pierwszeństwo, dykasterie w swojej strukturze nie będą się poza tym różnić.
Opublikowano ocenzurowany wywiad abp. Vigano Opublikowano ocenzurowany wywiad abp. Vigano

Rewolucyjna jest inna zmiana. Dykasterie nie będą już mogły wydawać żadnych autorytatywnych dokumentów. Zostaje im odebrane prawo zabierania głosu w imieniu Stolicy Apostolskiej we wszystkich ważnych kwestiach. Będą mogły to zrobić, ale tylko wówczas, gdy zgodzi się na to osobiście i po zapoznaniu się ze sprawą papież.

Skąd ta zmiana? Stąd między innymi, że w nowym układzie władze w dykasteriach będą mogli sprawować także świeccy – i to prawdopodobnie zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Dotąd na czele dykasterii stali jedynie kardynałowie lub arcybiskupi. To się zmieni.

Prace dykasterii będzie kontrolować Sekretariat Stanu podległy bezpośrednio papieżowi. Od czasów Pawła VI rola Sekretariatu Stanu cały czas rośnie i Praedicate Evangelium idzie w tym samym kierunku. Na czele Sekretariatu Stanu będzie mógł stać wyłącznie kardynał. To on będzie pośrednikiem między papieżem a dykasteriami.

Co ciekawe zarazem dokument zaznacza wielką rolę debat, konsultacji i spotkań. Problem w tym, że wszystko to będzie jedynie konsultacyjne. Ostatecznie realna władza będzie i tak poza dykasteriami.

Mówiąc krótko, dochodzi do bardzo silnej centralizacji władzy w samym Watykanie. Wszystko skupia się w rękach Ojca Świętego – i sekretarza stanu.

Jednocześnie, na innym poziomie, Praedicate Evangelium przewiduje decentralizację. Nakłada bowiem większą odpowiedzialność na biskupów diecezjalnych oraz na poszczególne Konferencje Episkopatu. Będą miały w większej mierze niż dziś kształtować życie Kościoła w swoich krajach, a co więcej – otrzymać mają także pewien autorytet doktrynalny.

To niezwykle, wręcz skrajnie kontrowersyjny punkt. „Idea posiadania autentycznego autorytetu doktrynalnego przez konferencje episkopatu jest bardzo niebezpieczna. Widzieliśmy już mnóstwo zamieszania wokół sprawy Komunii dla rozwodników w nowych związkach. I co teraz powiemy? Niemcy mogą decydować jak chcą poprzez głosowanie i to będzie autentycznym autorytetem nauczycielskim?” – mówi anonimowo cytowany przez CNA urzędnik kurialny.

„Jeżeli chcesz zobaczyć jedno autentyczne nauczanie w Niemczech, a drugie w Polsce, to tak to się właśnie osiągnie” – powiedział z kolei jeden z kurialnych arcybiskupów.

Aktualna wersja dokumentu została przesłana przewodniczącym episkopatów z całego świata, wyższym przełożonym zakonnym i innym czołowym katolickim przywódcom. W czerwcu papież spotkał się z sześcioosobową Radą Kardynałów, by omówić otrzymane ze świata odpowiedzi na projekt dokumentu. Jego ostateczna wersja może więc jeszcze ulec pewnym zmianom.

A zatem: w kwestiach „najważniejszych” (czym są – tego się nie precyzuje!) wielka centralizacja; w kwestiach „mniej ważnych” – decentralizacja. Praedicate Evangelium wciąż budzi wielkie wątpliwości. Jedno jest pewne: zmiany będą naprawdę duże. I trzeba się na przygotować, bo dotkną także Polski. Nie przez przypadek biskupi i kardynałowie komentujący praktyczne skutki reform podają ciągle ten sam przykład: różnic między Niemcami a Polską. Bo bitwa toczy się właśnie o model katolicyzmu – polskie przywiązanie do Tradycji i prawdy przeciw niemieckiemu idealizmowi i parciu ku protestantyzmowi.

fronda.pl/cna

No, dawajcie te wasze smoki!

No, dawajcie te wasze smoki!

Wysiłki, by nas, katolików i Polaków nastraszyć są dziś jak nigdy widoczne. Efekty mogą wydawać się czymś przerażającym, ale tak naprawdę momentami ocierają się o groteskę. Film dokumentalny braci S., który podniósł temperaturę wzajemnych publicznych oskarżeń w Polsce o kilkanaście stopni jest kolejnym straszakiem. Straszenie zawsze się opłaca, zawsze jest w cenie. Człowiek przestraszony nigdy nie będzie szczęśliwy. Nigdy nie będzie wolny.

Na jednej z karykatur G.K. Chesterton, został przedstawiony jako współczesny święty Jerzy, roześmiany i zacierający ręce: »No, dawajcie te wasze smoki!«. Jego smoki, rzecz jasna, miały charakter metaforyczny, wcieleniem każdego był jakiś światopogląd oparty na logicznych błędach, jakaś modna ideologia czy też po prostu mętniactwo intelektualne, typowe dla epoki (Jaga Rydzewska). Nasze smoki są nieodrodnym potomstwem tamtych, z czasów Chestertona. Mamy ich całą kolonię. Od swoich rodziców różnią się bezczelnością. Jeden z nich ujada właśnie z mściwą zaciekłością po pokazaniu demaskatorskiego dokumentu filmowego, chcąc nas przekonać, że film ten to wreszcie prawdziwy obraz tego, co zawsze kochaliśmy, szanowaliśmy, czemu wierzyliśmy, a co powinniśmy teraz odrzucić, wyśmiać i znienawidzić. Wyszydzić nas, że dajemy się tak głupio nabrać, to jego zadanie.

Obraz filmowy jest bardzo sugestywny. Wyolbrzymia to, co jest w rzeczywistości, bo wyodrębnia i siłą rzeczy przerysowuje. Obraz filmowy był zawsze uważany za najlepszy środek propagandy i nader często, niestety, propaganda mylona jest z „prawdą”. Propaganda ma zawsze na celu wytworzenie niechęci albo nawet nienawiści wobec kogoś, kto jest dla jej twórców niewygodny.

Matka Boża z Fatimy mówiła o „biednych grzesznikach”. Uczuciem, które wobec nich żywiła była litość. Nazywała jednak grzechy przeciwko czystości ich właściwym imieniem. Pokazała Hiacyncie piekło. I dodała, że najwięcej ludzi trafia tam właśnie z powodu tych grzechów. Ludzie wpadali do rozżarzonego oceanu ognia „jak deszcz”, jak relacjonowała mała Hiacynta. Kościół potwierdził objawienie, Hiacynta została kanonizowana, a jednak o sednie rzeczy zapominano – coraz mniej rozumiane jest ono właśnie tam, gdzie przesłanie fatimskie powinno być usłyszane w pierwszym rzędzie, w Rzymie. A także w siedzibach biskupich. Dlatego ten film tak bardzo przeraził dziś wielu ludzi w nich się znajdujących. A piekło powoli staje się symbolem, przenośnią, metaforą.

Kiedy uważamy seks tylko za coś niewinnego i naturalnego, skutek jest taki, że wszystko co niewinne i naturalne zostaje przesiąknięte i przeniknięte seksem. Albowiem seks nie może być traktowany na równi z innymi elementarnymi emocjami czy zachowaniami, takimi jak jedzenie czy spanie. Gdy tylko seks przestaje być sługą, staje się tyranem (G. K. Chesterton).

Zapomnienie o tym, ignorowanie faktu, że istnieje obiektywnie coś takiego jak nieczystość, która jest grzechem, i prowadzić może do najgorszych wynaturzeń i zbrodni, nie jest niczym innym jak samooszukiwaniem się człowieka. Samooszukiwaniu się w kwestiach grzechu sprzyja nie tylko dzisiejsza wyuzdana kultura – atakująca bez żadnych zewnętrznych przeszkód kilka już kolejnych pokoleń (nie oszczędzając ludzi młodych i dzieci) obrazami perwersji, wulgarności, zdrady, które nazywa się na przemian to „sztuką”, to „realizmem”, to „naturą”, a nawet „poezją” – ale także, a może przede wszystkim, płynące z „odnowy posoborowej” zapewnienie, że grzech jest czymś subiektywnym, nie obiektywnym, i w najmniejszym nawet stopniu nie może obrazić Boga. W jak innej kulturze żyliśmy jeszcze niedawno jako Polacy.

Religia protestancka, gdzie humanizm jest najszczytniejszą ideą i kresem możliwości człowieka, wkroczyła w czasach Soboru w postaci modernistycznej teologii do Kościoła. Jest ona karykaturą wiary katolickiej. Cywilizacyjne i moralne skutki tego faktu właśnie obserwujemy, także w Polsce; określa się je eufemistycznie mianem „skandalu”.

Tylko, co nowego ukazuje ten film? Czy naprawdę jest on odkrywczy? Czy rezultaty moralne przyjęcia religii humanistycznej nie były do przewidzenia; zawsze są przecież takie same? Wiara w człowieka to nic innego jak negowanie dogmatów wiary. Kłamstwem jest także sugerowanie, że zło seksualnego rozpasania i wynikających z niego nadużyć, które się tak powszechnie bagatelizuje miałoby dotykać tylko niektóre grupy społeczne, inne pozostawiając nienaruszone.

Dziś nasze oczy przestają dostrzegać zarówno dobro jak zło. Bo gdy jednego nie oddziela się od drugiego, dobro jak i zło stają się niewidzialne. I to jest naprawdę niebezpieczne. Protestantyzm, gdzie kwitnie kult zmysłów, gdzie cześć religijną oddaje się człowiekowi i jego chwiejnej woli, jego wciąż nowym zachciankom, wdzierający się od czasu ostatniego Soboru do Kościoła, jest tylko jeszcze jedną próbą, którą musi przejść Kościół, a wraz z nim, my, jego wierni. O tym jakoś jednak nie słuchać w komentarzach polskich hierarchów po ujawnieniu w filmowym dokumencie wstrząsających faktów. Mówi się w nich natomiast, że trzeba nasilić kontrolę, prosi się nawet o pomoc ludzi świeckich. A przecież kiedyś Kościół, realistycznie oceniający naturę ludzką, potrafił sam sobie radzić z tego rodzaju przestępstwami…*) Dziś słyszymy wieki lament. „Przyznajemy, że jako pasterze Kościoła nie uczyniliśmy wszystkiego, aby zapobiec krzywdom”, mówią polscy biskupi. To tak jakby ujawniali się, że traktują sami siebie jak firmę ochroniarską, której zadaniem jest roztoczenie kontroli nad bezpieczeństwem swoich owieczek. Brzmi to doprawdy żałośnie. I jest zarazem oddaniem pokłonu wobec potęgi masowej kultury. Gdyby nie ten film, wszyscy spaliby spokojnie. „Film, przyjmując perspektywę pokrzywdzonych, uświadomił nam wszystkim ogrom ich cierpienia”, piszą hierarchowie w komunikacie KKE. I zapewniają o swoim „rozczarowaniu” i „oburzeniu”. Tak, jakby się przed chwilą obudzili i przecierając oczy zobaczyli, że świat nie jest taki piękny i dobry jak im się wydawało, że bywa brzydki i odpychający, że człowiek na tym świecie, także i przedstawiciel stanu duchownego, potrafi przejawiać pewne przykre cechy, a nawet być dewiantem i okrutnikiem. Stąd zapewne to nieprzyjemne rozczarowanie. Bardzo współczujemy.**)

A przecież świat się nie zmienił, człowiek się nie zmienił – od czasu gdy pewien gad wślizgnął się po pniu drzewa na gałęzie i spoglądając spomiędzy nich świdrującymi ślepiami zadał pytanie istocie ludzkiej: „Naprawdę wierzysz, że Bóg jest dobry? Że niczego przed tobą nie ukrywa? Naprawdę?…” Od czasu, gdy człowiek zwątpił w Boga i sam chciał Go zastąpić – Wszechmogącego… I zamiast spoglądać na Boga zaczął odtąd patrzeć w swoje wykrzywione strachem i zgrozą oblicze.

Pierwsi rodzice dali się zastraszyć! I utracili przyjaźń Boga… Dzisiaj mamy nową wykładnię nauki o grzechu; od czasu Soboru słyszymy coraz częściej, że także grzech pierworodny, owe pełne lęku i pychy odwrócenie się od Stwórcy, nie było niczym wielkim. Było zupełną błahostką. Chrystus nie musiał umierać, by przebłagać Boga za czyn człowieka! Wyparcie się Boga w Raju nie spowodowało katastrofy człowieka. Dlatego śmierć Chrystusa nie miała wcale charakteru odkupieńczego. Syn Boży poprzez swoje wcielenie rzekomo „zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem”, i to zupełnie wystarczyło. Bardzo taka koncepcja odpowiada wyznawcom judaizmu. Skoro krzyż został odrzucony, grzech pierworodny zlekceważony, to i piekło musi być puste. Film pokazuje ludzi, którzy w to naprawdę wierzą.

Rosja się nawróci!

Ciekawe, że w Fatimie nie było mowy o masonach, o Żydach, o Niemcach (a nawet o Amerykanach, którzy z pewnością są apokaliptyczną Bestią, zdaniem niejednego gorliwego prawicowca) – ale o Rosji. Nawrócić ma się Rosja. To z powodu Rosji dzieje się na całym świecie tak wiele zła i niesprawiedliwości. I nie chodziło tylko o Rosję sowiecka, która wtedy jeszcze nie istniała. Tak powiedziała Matka Najświętsza. Tryumf Niepokalanego Serca Maryi będzie więc związany z nawróceniem się Rosji. Będzie ono znakiem tego tryumfu Pani Fatimskiej.

Czy nasi Pasterze coś na ten temat mówią? Wydaje się, że wielu z nich wcale nie kojarzy pojęcia Rosji z zagrożeniem cywilizacji łacińskiej, że łatwo biorą za dobrą monetę dzisiejszą popularną – szczególnie w mediach katolickich – narrację, że to właśnie Zachód jest kolebką wszelkich chorób moralnych, zagrożeń i całego kłamstwa. Historia kontynentu, łącznie z tą najnowszą, z rokiem 1920, rokiem 1936 w Hiszpanii, 17 września 1939 w Polsce i z wszystkimi latami sowieckiego koszmaru w Europie Środkowo-Wschodniej, szybko została zapomniana.

Czy tak trudno zgadnąć, dlaczego prominentna część Żydów jednoczy się dziś przeciwko Polakom – współofiarom niemieckiej agresji – z Niemcami i Rosją? I na jakich zasadach opiera się tego rodzaju solidarność? Gładko przełyka się dziś fakt, że mówienie o winie Niemców wobec Polaków za zbrodnie wojenne stało się sprawą wstydliwą i w złym tonie; jako wciąż aktualny temat pozostała tylko totalna wina „antysemityzmu”… Czy na te pytania naprawdę tak trudno odpowiedzieć?

Jeżeli ktoś uważa, że wiary w Chrystusa i Jego Kościół już na świecie nie ma, po przyjeździe do Polski zmienia zdanie. Kościół Katolicki to jedyne, co broni człowieka przed poniżającą niewolą, jaką jest bycie typowym dzieckiem swoich czasów. (G.K. Chesterton). Ta niewola w naszym kraju jeszcze nie całkiem zapanowała. Jeszcze oddychamy swobodnie. To jest prawdziwy problem, prawdziwe zmartwienie naszych sąsiadów i ich politycznych sojuszników.

Żydzi bywają jak eugenicy – dążą do „poprawiania” wszystkiego, a przede wszystkim katolicyzmu. Nie wierzą niczemu, ignorują racje zdrowego rozsądku czyli tomistycznych rozróżnień, są podejrzliwi wobec wszystkich. Przypominają współczesnego rzecznika prasowego, „który nic nie może zrobić dobrze, bo nie może się przyznać, że kiedykolwiek zrobił coś źle” (sztuczki językowe, erystyka, semantyczne eksperymenty bywają specjalnością ludzi szczególnie wpływowych – w kulturze, mediach, polityce). …współcześni imperialiści wierzą że tak przyszłość jest nieunikniona, jak przeszłość jest nieodwołalna, mówi Chesterton w Eugenice… . Być deterministą i wierzyć jedynie w możliwość udoskonalenia natury człowieka, by powstał idealny człowiek jako ukoronowanie kosmicznej ewolucji, jest łatwo, o wiele za łatwo jak na intelektualne możliwości naszych przyjaciół z nad Morza Martwego. A jednak… Może dlatego tak wielu z nich uważa, że droga obrana przez Niemcy w pierwszej połowie XX wieku n i e m o g ł a być w gruncie rzeczy drogą złą, bo opierała się na zdobyczach nauki i oświecenia umysłowego, na przekór katolickiemu obskurantyzmowi? Ci, którzy od Niemców ucierpieli najwięcej, dziś więc de facto stają po ich stronie – przeciwko naszemu krajowi, gdzie wierzy się w prawdziwego Boga, nie w boga postępu. Oto paradoks historii.

Czy jest w Polsce wielu polityków i działaczy partyjnych – oprócz ludzi Prawa i Sprawiedliwości – których diagnoza sytuacji wokół naszego kraju jest podobna? Których wizja rzeczywistych zagrożeń państwa jest równie klarowana, a wnioski wyciągane służą społeczeństwu, są zdecydowaną reakcją mężów stanu na polityczną hucpę? Czy tak trudno zauważyć, że politycy Prawa i Sprawiedliwości działają w duchu prawdy katolickiej, która nie akceptuje relatywizmu? Czy biskupi polscy potrafią zauważyć różnicę między nimi a politykami innych grup? Czy widzą jej inne, nie tylko humanitarne, czy socjologiczne źródła?

Polacy ze względu za swoją rycerskość byli już w czasach Chestertona wyjątkami w Europie, podobnie jak Irlandczycy, i pisarz często to podkreślał. A były to czasy, gdy Pius XI w encyklice Quas primas opisał nadprzyrodzony ład społeczny, którego respektowanie i chronienie jest obowiązkiem katolika, zwłaszcza katolickiego polityka. Otwarcie też podkreślał, że odrzucenie naszego Pana Jezusa Chrystusa, prawdziwego Mesjasza przez Jego własny naród oraz nieugięta opozycja tego narodu względem Niego są fundamentalnym źródłem chaosu i konfliktów w świecie (ks. Denis Fahey). Mamy więc odpowiedź, dlaczego Rosja, Niemcy i Żydzi potrafią działać razem przeciwko Polsce; jest im tak najwyraźniej po drodze.

Kościół nie może iść z duchem czasów – z tego prostego powodu, że duch czasów donikąd nie idzie. Kościół może co najwyżej ugrzęznąć w bagnie razem z duchem czasów, by razem z nim cuchnąć i gnić, mówił Chesterton. Wniosek jest zawsze ten sam: jedynym naprawdę wielkim złem, nieproporcjonalnym wobec każdego innego zła, jest grzech. Zapominanie o tym zaś jest więcej niż złem, jest głupotą. Jest zdradą Kościoła. I wyparciem się cywilizacji.

Ale przerażenie, lament, narzekanie jest chyba jeszcze czymś gorszym. Jest bowiem negowaniem Boga przez jego stworzenie. W 1901 roku Chesterton, człowiek, który dużo widział i nigdy się nie gorszył, ale zawsze się zastanawiał, pisał w jednym z artykułów: W naszych czasach bluźnierstwo stało się już wyświechtane (…) Profanacja jest czymś więcej niż efektem – jest konwencją (…) W oczach przeciętnego człowieka, nasz świat jest zagubiony niczym Eden i pogrążony nisko na dnie niczym Atlantyda. Od zarania ludzkich dziejów zachodzi przedziwna prawidłowość: człowiek nigdy nie doceniał własnego otoczenia, własnego szczęścia ani własnej osoby. (…) Dziwne, że tylu naprawdę uduchowionych ludzi, jak choćby generał Gordon, spędzało godziny całe zastanawiając się nad dokładną lokalizacją rajskiego ogrodu. Najbardziej prawdopodobne jest, że nadal żyjemy w rajskim ogrodzie. Tylko nasze oczy się zmieniły.

Zaiste, wywrotowa to myśl! Niebezpieczna dla całej niemal współczesnej kultury! Kultury, która chce nas porazić swoim mrokiem. Kultura, z jaką mamy do czynienia, ten preparat ideologii antychrześcijańskiej, jest de facto czymś antyludzkim. Cała ta duszna atmosfera apologii zła, śmierci i grzechu, wynoszona i wychwalana przez tłum urzeczonych, olśnionych, zafascynowanych, słowem dobrze opłacanych chwalców, jest kulturą barbarzyńców. W czasach wielkości naszego kontynentu, w czasach katedr kultura była jego chwałą. I ona zbliżała do Boga innowierców i pogan.

Dokąd sami ludzie Kościoła będą siebie uważali za pracowników wielkiej firmy ochroniarskiej i zamiast modlić się do Boga i szerzyć Jego kult, dbać, by był jak najgodniej sprawowany, będą zabiegać o odpowiednią ilość kamizelek kuloodpornych, hełmów i pałek, dotąd każdy krytycznie myślący młody człowiek będzie sądził, że Kościół jest czymś nudnym, choć bywa zabawny.

Czemu tak często uważamy, że to co naturalne, jest ważniejsze od tego, co ponadnaturalne? Nie, nie jest ważniejsze! I dokąd człowiek będzie człowiekiem, nie będzie w stanie, tak naprawdę w to uwierzyć.

Warto uważać na wszystkie filmy – artykuły, piosenki, plakaty, reklamy, szyldy, nagłówki, tweety, powieści, sztuki teatralne – które mówią coś dokładnie przeciwnego; na cały ten smoczy dorobek.

Ewa Polak – Pałkiewicz

_____

Nieopisane w tekście cytaty: Gilbert K. Chesterton [za: Jaga Rydzewska: Chesterton. Dzieło i myśl, Komorów]

*) Warto przeczytać: http://przedsoborowy.blogspot.com/

**) Zgoła inne spojrzenie na ten temat zaprezentował kard. Josef Ratzinger, były papież Benedykt XVI. Zachęcam do zapoznania się z tekstem:

List Czytelnika

(…) dziękuję ze nowy tekst, klarowny i przejrzysty. Dobrze wskazuje Pani przyczyny. Biskupi niczego nie zdziałają wprowadzając „procedury”. Zresztą wygląda to tym żałośniej, bo przypomina korporacyjne zarządzanie kryzysem i nie ma nic wspólnego z chrześcijańskim zmierzeniem się z upadkiem, raczej jest tuszowaniem zbrodni, by uniknąć odpowiedzialności, w tym finansowej.

Moim zdaniem to upadek autorytetu biskupów, którzy będą musieli się poddać teraz komisji „pogan”. To przypomina wprost historię Izraela, którego Bóg karał ościennymi, ergo pogańskimi narodami, żeby dokonać oczyszczenia narodu wybranego. Trafnie oznacza Pani również błędne koło myślenia o pedofilii niekoniecznie w kategoriach grzechu (contram Fatima) a na pewno nie takiego, który prowadzi do piekła – które albo jest puste (apokatastaza wskrzeszona w latach 70-tych) albo ze względu na miłosierdzie Boże – nikt tam nie trafia. Zapomina się często, i tu również trafnie to Pani sygnalizuje, że oskarżenie człowieka z racji grzechu, było i jest oskarżeniem Boga, który stworzenie uczynił niezdolnym do przemiany i nawrócenia. W tym właśnie tkwi sedno nauki protestanckiej: nieodwracalne zepsucie natury ludzkiej (Luter) otwiera drogę do utraty znaczenia grzechu, a przez to ludzkiej odpowiedzialności. Echa tego słychać zewsząd w Kościele, papież Franciszek mówi o (nieosiągalnym) ideale małżeństwa, a grzech kolejnego związku (współżycia) jest konieczny do zachowania spoistości związku (sic!). Dobrze pokazuje też Pani tło rozumienia seksu jako meta-kategorii. Seks, czy może jednak bardziej po katolicku: współżycie (co zawsze wskazuje na więź) w nauczaniu przedsoborowym było lekarstwem na pożądliwość i podporządkowany był celowi głównemu, jakim jest prokreacja (mylona z przymusem). W tym tkwi źródło Pani cytatu: „Gdy tylko seks przestaje być sługą, staje się tyranem”.

Dziś w Kościele mamy o. Knotza który błogosławi seks, i walczy z dawną katolicką pruderią. Nie widząc przyczyn nie możemy leczyć skutków. Można to jeszcze rozszerzyć na kolejne zaślepienie: homoseksualizm, który poprzez wprowadzenie do języka Kościoła w formie „orientacji” ( a ostatnio na synodzie dla młodzieży pojęcia LGBT) – oznaczać będzie stopniową akceptację (nie da się zakazać czynów homoseksualnych skoro istnieje orientacja – czyli wrodzona skłonność). Podsumowując: Kościół który nie uzna na powrót grzechu jako tego co oddziela od Boga i prowadzi do piekła, które istnieje – nie uleczy żadnej rany w sobie i nie będzie miał nic do zaproponowania światu, tak Kościół nie może iść z duchem czasu. Kto ma jednak dzisiaj siłę by tę prawdę podnieść? Myślę, że właściwym jest zdanie B XVI sprzed kilku tygodni: przyczyną jest utrata wiary w Boga. I to jest najgłębszy skutek soboru: nie przybliżył nam Boga, tylko ulepiliśmy go sobie w formie cielca. Czas potłuc tablice i zacząć wszystko od początku.

Wojciech Miotke

26 maja 2019

Skąd się wziął „dzień judaizmu”? Skąd pochodzą „starsi bracia”? – Ewa Polak-Pałkiewicz

Żeby ułatwić odpowiedź na to pytanie – która zarazem jest odpowiedzią na inne pytanie: dlaczego mnożą się dziś z różnych stron, także ostatnio ze strony izraelskiej, absurdalne oskarżenia Polaków o współudział w Holokauście – proponuję lekturę zamieszczonego poniżej fragmentu szkicu czeskiego autora, dr Pavla Zahradnika o genezie dziwacznego zjawiska traktowania żydów jako naszych „starszych braci w wierze”.

Dokąd nie zrozumiemy, jako ludzie wierzący w Chrystusa, że jest kompletnym nieporozumieniem mówienie o religijnym „dialogu z judaizmem”, zamiast nawracania żydów, dotąd będziemy także – jako państwo – brnąć w niekończące się spory polityczne (pod pretekstem odmiennych wizji historii) z krajami (nie chodzi tylko o Izrael), które jako swoj cel uznają wyłącznie doczesność i materialny sukces. Nie ma ceny, która byłaby za wysoka, by cel ten osiągnąć. Właśnie to widzimy. Ustanowienie hegemonii, polityczne i gospodarcze podporządkowanie sobie innych państw traktują one jako swój naturalny obowiązek, swój modus vivendi. W tej konkurencji niestety najgenialniejsza nawet strategia polityczna może nie zostać uwieńczona powodzeniem, bo nie jest odpowiednim remedium. Faktyczne współistnienie państw oparte może być tylko i wyłącznie na uznaniu prawdy filozoficznej i religijnej. Nie ma dwóch różnych historii świata, bo nie ma dwóch prawd. Tak jak nie ma dwóch Bogów. Jest tylko jeden Bóg – Trójca Święta. Sprawa „polskich obozów śmierci” ma swój odpowiednik w Deklaracji soborowej Nostra Aetate, która – jak przypomniał ostatnio jeden z Czytelników – „nieopatrznie (?) otwiera furtkę do kolejnego, choć jeszcze nie wypowiedzianego expressis verbis stanowiska, że prawdziwym źródłem (a nie interpretacją) antysemityzmu są Ewangelie. Takie stanowiska już się pojawiły”.

Dla narodu żydowskiego istnieje tylko jedna droga – nawrócenie. Postulat „jednoczenia się ludzkości” wokół idei „światowego pokoju” („miłości do człowieka”, „czystego środowiska” etc.) jest bzdurą i oszustwem. Godzącym zarówno w katolików jak i w żydów – oraz w wyznawców „innych religii” („inna religia” to po prostu religia falszywa). Tym groźniejszym, że angażują się weń dziś ludzie Kościoła, pozostający dla wielu z nas, współczesnych Polaków, głównym autorytetem. Wielu Żydów bardzo dobrze ten absurd rozumie. Najwyższa pora, by pojęli to obecni hierarchowie Kościoła katolickiego. I by w ten sposób pomogli politycznym władzom Rzeczpospolitej i społeczeństwu polskiemu toczyć dziś bój o prawdę. O pamięć o naszych bohaterskich przodkach i o honor naszej ojczyzny. Prawda historyczna nie istnieje bez prawdy religijnej, to rzecz oczywista. Żeby zwyciężyła trzeba odrzucić zakłamany język, także ten dopuszczający takie pojęcia jak „starsi bracia w wierze”, „dialog z judaizmem”, „prozelityzm” (zamiast „nawracanie”). To jest obowiązek synów i córek Kościoła, Mistycznego Ciała Chrystusa.

Byt niepodległego państwa polskiego bardziej niż mogłoby się to wydawać zależy od tego, czy obronimy, wobec niechętnego nam świata, traktującego nas jako konkurencję, jeśli nie zagrożenie, prawdę o Bogu Trójcy Świętej.

Pavel Zahradnik – „Skąd się wzięli starsi bracia?”

„Wśród wielu popularnych frazesów przedziwnej formacji religijnej, którą nazywamy «katolicyzmem posoborowym», ważne miejsce zajmuje ten, który współczesnych wyznawców judaizmu talmudycznego określa «starszymi (?!) braćmi» chrześcijan.

Nie chcemy tu polemizować z dziwacznym konceptem, który ewidentnie talmudyczny judaizm, to wyznanie bez świątyni, bez kapłanów i bez ofiary, powstałe — tak samo jak islam — w reakcji na chrześcijaństwo, zamienia miejscami ze starozakonnym żydostwem; jego nonsensowność jest oczywista dla każdego katolika. Możemy tylko pokrótce odwołać się do trafnych słów szwajcarskiego teologa Karola Journeta, wybitnego dwudziestowiecznego tomisty, później mianowanego kardynałem, który pisał: „Żydowski błąd jest pomyłką łodygi, która w chwili, gdy zakwitnie, nie poznaje samej siebie, skonsternowana odrzuca kwiat i zwraca się ku korzeniom. Oto powstaje nowa formacja religijna. Jest nią obecne żydostwo. Ma dwa tysiące lat”‘. 1Journet dodaje dalej, że judaizm wraz z islamem to dwaj skłóceni bracia, nawzajem do siebie podobni, którzy „wzajemnie głoszą Bożą transcendencję, wykluczając Trójcę i Wcielenie” i którzy „Bożemu objawieniu o duchowym zbawieniu świata stawiają na drodze doczesne losy własnego narodu”2.

Spróbujmy teraz prześledzić powstanie inkryminowanego powiedzenia. Pierwszym człowiekiem, który w czasach nam współczesnych wypowiedział się o talmudycznych żydach jako o „starszych braciach” chrześcijan, był Jan Paweł II. Stało się to 13 kwietnia 1986 r. podczas papieskiej wizyty w synagodze rzymskiej, w której papieża przyjął ówczesny naczelny rabin Rzymu Eliasz Toaff. Dosłowna wypowiedź papieża brzmiała: „Siete i nostri fratelli prediletti e, in un certo modo, si potrebbe dire, i nostri fratelli maggiori“3,zatem: „Jesteście naszymi szczególnie umiłowanymi braćmi i w pewnym sensie, jeśli można tak powiedzieć, naszymi starszymi braćmi”. Bliższego uzasadnienia tego zaskakującego sformułowania, które możemy eufemistycznie nazwać niefortunnym, już w papieskim przemówieniu nie znajdujemy.

Przyjrzyjmy się wszakże bliżej papieskim słowom. Wiadomo, że sposób mówienia Jana Pawła II często obfitował w niejednoznaczności i że odległa mu była scholastyczna klarowność; w swej niepewności papież opatrywał potem często własne słowa cudzysłowami czy nawet jakimiś usprawiedliwiającymi „słownymi podpórkami”, którymi osłabiał czy wręcz kwestionował pewne stwierdzenia w tym samym momencie, w którym je wypowiadał. O wyjątkowo wysokim stopniu niepewności, którą papież czuł, gdy wygłaszał sentencję o „starszych braciach”, świadczy to, że stosunkowo krótkie zdanie opatrzył zaraz dwiema swoistymi podpórkami, mianowicie wyrażeniami „in un certo modo” (`w pewnym sensie’) oraz „si potrebbe dire” (jeśli można tak powiedzieć; że tak powiem’); jego niepewność była ewidentnie tak wielka, że niebezpiecznie zbliżała się do przekonania, iż dopuszcza się czegoś niewłaściwego. Wszakże nie oparł się pokusie i coś go skłoniło do tego, że ostatecznie zdanie o „starszych braciach” rzeczywiście wypowiedział — trudno orzec, czy było to jego znane upodobanie do szokujących wystąpień, czy też inne, raczej polityczne powody; nie sposób przy tym nie zauważyć, że sentencja ta jest całkiem zgodna z o wiele szerszą „posoborową” praktyką, która zuchwale ignoruje tradycyjne nauczanie Kościoła o stosunku chrześcijaństwa do żydostwa.

Wypowiedź papieża naturalnie wzbudziła niezwykły entuzjazm wszystkich wrogów religii katolickiej, którzy aż do dziś dnia nieustannie tłuką nią zawstydzonych katolików po głowach. Sam papież, pobudzony aplauzem mediów, pozbył się początkowego zażenowania i gdy później wprost nawiązywał do własnej wypowiedzi, czynił to już w przerobionej postaci, zatem bez tych usprawiedliwiających słówek, którymi przedtem ją opatrzył. Podczas wizyty w Ziemi Świętej w marcu 2000 r. (tak, chodzi o tę słynną wizytę w Jerozolimie, gdy Jan Paweł II z drżeniem wtykał kartki w szczeliny ściany świątyni Heroda…), podczas spotkania z naczelnym rabinem Izraela, które odbyło się 23 marca 2000 r., już niezupełnie w zgodzie z prawdą stwierdził, że wówczas, do żydów zgromadzonych w rzymskiej synagodze, powiedział jednoznacznie: „Siete i nostri fratelli maggiori“4.

Skąd jednak Jan Paweł II wziął to wyrażenie? Starali się to od pierwszej chwili ustalić komentatorzy papieskiego wystąpienia w rzymskiej synagodze; poprawnie przy tym przeczuwali, że istniało niewielkie prawdopodobieństwo, by to sformułowanie pochodziło od jakiegoś ortodoksyjnego teologa katolickiego, dlatego szukali w źródłach niekatolickich. Początkowo wyrażano opinię, że praprzyczyny należy szukać u żydowskiego filozofa Marcina Bubera, który w Chrystusie widział swego „wielkiego brata”5. Jest jednak oczywiste, że w tym przypadku chodziło tylko o powierzchowne skojarzenie wywołane słowem „brat” — od Chrystusa jako „wielkiego brata” żydowskiego myśliciela do talmudycznego żyda jako „starszego brata” katolicyzmu wiedzie doprawdy bardzo daleka droga.

Dopiero młoda polska historyczka literatury Agnieszka Zielińska6 zwróciła uwagę na rzeczywiste źródło, z którego czerpał Jan Paweł II — mianowicie na heterodoksyjne nurty w polskim romantyzmie, z którym przyszły papież zapoznał się bliżej w młodości jako student polonistyki w Krakowie. „Starszego brata Izraela” spotykamy u Adama Mickiewicza w jego Składzie zasad z roku 1848, piętnastopunktowym programie, którym miała kierować się najpierw Mickiewiczowska legia włoska, ale później także życie w oswobodzonej Polsce. W punkcie dziesiątym czytamy: „Izraelowi, bratu starszemu, uszanowanie, braterstwo i pomoc na drodze ku jego dobru wiecznemu i doczesnemu”. Mickiewicz nie był jednakże inicjatorem tego zwrotu — przejął go bowiem od swego „Mistrza” i duchowego wodza, Andrzeja Towiańskiego.

Andrzej Towiański (1799 – 1878)7 był postacią dosyć zagadkową, o której do dziś panują rozmaite opinie — niektórzy uznają go za wizjonera, inni za oszusta, a są też tacy, którzy uważają, że pozostawał na usługach polityki rosyjskiej, starając się spowodować ideowy rozkład polskiej emigracji. Bezsporne jest jednak to, że chodzi o postać, która miała znaczny wpływ na duchową historię emigracji polskiej po nieudanym powstaniu listopadowym roku 1831. Drobny szlachcic z Litwy, poddany cara rosyjskiego, opuścił swoją ojczyznę w 1840 r., a w lipcu 1841 r. osiadł w Paryżu, centrum polskiej emigracji, gdzie głosił, że otrzymał specjalne objawienie. Bardzo szybko skupił wokół siebie krąg zwolenników; pomogła mu w tym zapewne okoliczność, że od samego początku wśród jego stronników znalazł się także powszechnie szanowany Adam Mickiewicz, którego małżonkę Towiański rzekomo uzdrowił ze sporadycznych zaburzeń psychicznych.
„Koło”, jak nazywała się grupa czcicieli Towiańskiego, miało wszelkie zewnętrzne oznaki sekty — były tu histeryczne kobiety, ale też nie mniej histeryczni mężczyźni (w okresie romantyzmu nie było to niczym niezwykłym), nie brakowało całowania stóp „Mistrza”, „sióstr” donoszących na „braci” czy nawet pewnego elementu erotycznego, jaki do zgromadzenia wniosła młoda i powabna Ksawera Deybel, „księżniczka Nowego Jeruzalem”, którą „Mistrz” przywiózł sobie z domu. Najbardziej egzaltowani spośród zwolenników Towiańskiego prowadzili całkiem poważnie dyskusje na temat, czy „Mistrz” jest Duchem Świętym, Chrystusem Pocieszycielem, drugim wcieleniem Słowa czy też raczej jakimś sakramentem.

Nauczanie Towiańskiego, które pozostawało pod wpływem Swedenborga, Saint-Martina oraz innych współczesnych mu pseudomistyków i teozofów, najwyraźniej wywodziło się w znacznej mierze z Kabały. Świat był według niego przeniknięty eonami, duchami pośredniczącymi między Bogiem a stworzeniem; człowiek winien więc doskonalić się przy pomocy duchów jasnych i w stałej walce z duchami ciemnymi, z którymi mógł się kontaktować według własnej woli. Bóstwu Chrystusa „Mistrz” ewidentnie zaprzeczał — Chrystus był dla niego jakimś „najwyższym Bożym urzędnikiem” czy „najwyższym ministrem” — tym samym więc nie wierzył bynajmniej w Jego zmartwychwstanie. W nauce Towiańskiego nie brak nawet wędrówki dusz. Nic zatem dziwnego, że wielki przeciwnik towianizmu, ks. Piotr Semenenko, uważał ten system za „kompletne zaprzeczenie” chrześcijaństwa. Nauka Towiańskiego nie jest jednak całkiem jednoznaczna; „Mistrz” nieraz wygłaszał wzajemnie sprzeczne poglądy, ponadto z biegiem czasu zmienił swoje nauczanie, a jego ezoteryczną część powierzał tylko wybranym studentom.

Towiański twierdził sam o sobie, że jego misją jest odnowienie Kościoła chrześcijańskiego, bo Kościół współczesny jest tylko „martwym drzewem” czy „grobem pobielanym”; natomiast on sam jest pierwszym z siedmiu wysłanników, którzy zainaugurują siedem epok rozwoju ludzkości. Kiedy indziej jednak, jak się zdaje, za pierwszego wysłannika uważał Chrystusa, za drugiego Napoleona (pierwszy cesarz Francuzów w ogóle był przez członków „Koła” otoczony nadzwyczajnym kultem religijnym), a siebie — aż za trzeciego. Podobnie jak średniowieczni joachimici, także Towiański glosii nadejście „trzeciego piętra Kościoła”, które nastąpi po piętrze pierwszym (żydostwie starozakonnym) i drugim (chrześcijaństwie); miała je zapoczątkować nowa rewolucja chrześcijańska, na czele której powinni stać papież i naczelny rabin.

Do tych reform próbował Towiański zjednać papieża Grzegorza XVI, ale też barona Rothschilda czy cara Mikołaja I. Z usiłowań o zjednanie po swojej stronie papiestwa nie zrezygnował zresztą aż do śmierci; w tym też celu stopniowo łagodził (przynajmniej pozornie) niektóre szczególnie ekscentryczne strony swego nauczania. Naturalnie jego starania zakończyły się niepowodzeniem i książki Towiańskiego znalazły się na indeksie (znaczna część z nich została jednak wydana dopiero po jego śmierci). Wielkie zasługi dla umysłowego pokonania heterodoksyjnego nauczania Towiańskiego — pod którego wpływ tak łatwo dostawali się nieszczęśni polscy emigranci, pozbawieni odpowiedniej edukacji religijnej — mieli członkowie nowo powstałego wówczas polskiego zakonu zmartwychwstańców, na czele ze swym długoletnim przełożonym generalnym ks. Piotrem Semenenką.

Zmartwychwstańcy obawiali się, że w osobie Towiańskiego wystąpił „nowy Luter”, niebawem okazało się jednak, że przeceniali zagrożenie — podczas gdy Luter odwiódł od Chrystusa i Jego Kościoła miliony wierzących, sekta Towiańskiego liczyła swoich wiernych tylko na setki, a po śmierci założyciela stopniowo zanikła. Gdyby nie zdarzyło się, że do zwolenników „Mistrza” należeli przez jakiś czas także dwaj najwięksi poeci polskiego romantyzmu, Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki (obaj jednak ostatecznie rozeszli się z Towiańskim), dziś o Towiańskim nawet w Polsce wiedziałaby tylko garstka specjalistów. Indywidualnych sympatyków Towiańskiego nie brak jednak także w dzisiejszych czasach. Należy do nich również wspomniana Agnieszka Zielińska, która jest wielką wielbicielką nie tylko Towiańskiego, ale także II Soboru Watykańskiego i Jana Pawła II, samego Towiańskiego zaś uważa za prekursora soboru (ewolucjonistyczne elementy w jego nauczaniu mogą zresztą przypominać Teilharda de Chardin) i szuka tajemniczych paralel między jego życiem a życiem polskiego papieża…

Jaki był stosunek Towiańskiego do żydostwa? Towiański uznawał trzy wielkie narody Bożego ludu, wypełniające stopniowo zadania, które zostały im powierzone. Pierwszym z tych narodów byli Żydzi, drugim Francuzi, a trzecim Polacy, tzn. Słowianie (w swoim Wielkim Periodzie Towiański używał sformułowań „Izrael Żyd”, „Izrael Francuz” i „Izrael Słowianin”), którzy mieli odgrywać wiodącą rolę w owym „trzecim piętrze Kościoła”, naprawiając nieustannie poprzednie dwa piętra. Żydom jako „starszym braciom”, „duchowo najstarszym wiekiem”, których zadaniem było „prowadzenie młodszych braci na Bożej drodze”, poświęcał wszakże Towiański coraz więcej uwagi: starał się nawracać ich na chrześcijaństwo i, oczywiście, również na towianizm. Pierwszym Żydem, którego udało mu się pozyskać, był Gerson Ram, syn żydowskiego kupca z Litwy, który potem działał misyjnie wśród innych Żydów; Rama posyłał też Towiański jako swego wysłannika do Rothschilda, ale i do Grzegorza XVI. Jeśli jednak przyjrzymy się bliżej terminologii Towiańskiego, jego słowom o „braterstwie Izraela z młodszymi braćmi”, „człowieku późniejszym”, „nowych narodach”, a także innym podobnym wypowiedziom, okaże się, że terminu „starsi bracia” nie odnosił Towiański do religii judaistycznej, a raczej do narodu żydowskiego, zatem do narodu, który naprawdę jest starszy niż Francuzi, Polacy czy inne narody chrześcijańskie. Towiańskiego pojmowanie Żydów jako „starszych braci” Francuzów czy Polaków nie powinno zatem być, jak się wydaje, wrogie dla katolickiego chrześcijanina; wszelako absolutnie wrogie pozostaje znamiennie bulwersujące pojmowanie tego zwrotu, z którym spotykamy się w obecnych czasach, począwszy od 13 kwietnia 1986 r.
Zapoznanie się z dziełem Andrzeja Towiańskiego daje nam zatem możliwość stwierdzić, z jak mętnego źródła zaczerpnął Jan Paweł II swoją sentencję, wypowiedzianą po raz pierwszy w obecności naczelnego rabina Rzymu i potem kilkakrotnie powtórzoną. Pozostańmy jednak jeszcze przez chwilę przy tej papieskiej wizycie w synagodze rzymskiej i spróbujmy odgadnąć sens całej tej akcji, rzeczywiście starannie zorganizowanej i od tej pory wielokrotnie przypominanej i medialnie opiewanej. Chyba nie pomylimy się, wyrażając domniemanie, że przynajmniej jednym z celów, do których dążyli organizatorzy tej papieskiej drogi do Canossy, była próba stłumienia wspomnień katolików o innym papieżu i o innym naczelnym rabinie Rzymu. Było to ponad 40 lat przed niefortunnym wydarzeniem z kwietnia 1986 r. w październiku 1944 r., w święto Jom Kippur, kiedy naczelnemu rabinowi Rzymu, Izraelowi Zollemu, również w synagodze rzymskiej objawił się Jezus Chrystus; rabin Zolli przyjął chrzest 13 lutego 1945 r., przy czym jako wyraz wdzięczności za to, co papież Pius XII zdziałał dla ludności żydowskiej w latach II wojny światowej, przyjął chrzestne imię Eugeniusz, a więc chrzestne imię Piusa XII8. Rabina Zollego już od wielu lat wiązała z Piusem XII przyjaźń, która po chrzcie rabina zyskała jeszcze na sile; obu ich od tej pory łączył już nie tylko subtelny zmysł sztuki, podziw dla poezji Rilkego czy Wagnerowskiego Parsifala, ale w pierwszym rzędzie wspólna wiara. Nawrócenie rabina spotkało się oczywiście z ogromną niechęcią czołowych przedstawicieli judaizmu włoskiego i światowego. Zapewne jednym z powodów ogólnoświatowej kampanii rozpętanej o wiele później przeciwko osobie Piusa XII był wpływ papieża na konwersję Zollego. […]”

Naczelny Rabin Rzymu, Israel Eugenio Zoll

Z języka czeskiego przełożyła Krystyna Grań

Dr Paweł Zahradnik stale współpracuje z czeskim pismem tradycyjnych katolików „Te Deum”.

PRZYPISY
1 K. Journet, Promluvy o milosti („Rozmowy o łasce”). Krystal OP, Praga 2006, s. 98.
2 Ibid., s. 99. Całkiem na marginesie zauważmy, że czeski przekład tej książki był opatrzony przedmową Tomasza Machuli; zaskoczony czytelnik dowiaduje się z niej, że praca Journeta, z której „problematycznego” wydania Machula się usprawiedliwia, ma niewiele do powiedzenia „współczesnemu czytelnikowi” i zasługuje na odrzucenie ewentualnie wyśmianie (patrz: krytyka Machuli żartująca z „przesadnego” ujęcia tytułu maryjnego „Pośredniczka wszelkich łask”); pozostaje w takim razie absolutną zagadką, dlaczego w ogóle wydawnictwo Krystal OP książkę tę wydało.
3 www.nostreradici.it/papa_sinagoga. htm
4 www.nostreradici.it/osservatore.htm
5 Marcin Buber, Werke, t. I. Monachium — Heidelberg 1962, s. 657.
6 generationjp2.com/…/item.php 140 (Agnieszka Zielińska, „Starsi bracia” Towiańskiego).
7 Teksty Towiańskiego w trzech tomach wydali w 1882 r. w Turynie jego wielbiciele; łatwiej dostępne są dwa wybory jego tekstów, które na początku lat dwudziestych XX w. opracowali Andrzej Boleski i Stanisław Pigoń. Przez długi czas jego dziełu poświęcał się prof. Stanisław Pigoń, który był nauczycielem akademickim młodego Karola Wojtyły.
8 W języku czeskim mamy do dyspozycji biografię E. Zollego: Judyta Cabaud, Rabin, kterśho piśmohl Kristus. Pilbśh Eugenia Zolli, hlavniho ilmskśho rabina za druhś svśtoyś va.1- ky („Rabin, którego pokonał Chrystus. Opowieść Eugenia Zollego, głównego rabina Rzymu podczas drugiej wojny światowej”), Wydawnictwo Paulinka, Praga 2003. Autobiografia Zollego Before the Dawn w języku czeskim nie została jeszcze wydana (w języku polskim książka E. Zollego została wydana dwukrotnie: „Przed świtem. Naczelny Rabin Rzymu: dlaczego zostałem katolikiem?”, Fronda, 1999; Byłem rabinem Rzymu, Salwator, 2007 przyp. tł. i red. ZAWSZE WIERNI.
Za: „Zawsze Wierni” 12/2009 (127)

Przedruk: ewapolak-palkiewicz.pl/skad-sie-wzial-…

Polscy katolicy pod sztandarem Maryi. Podpisano deklarację Konfederacji Gietrzwałdzkiej.

W warszawskiej katedrze św. Jana miało miejsce podpisanie deklaracji Konfederacji Gietrzwałdzkiej. Inicjatywa skupia katolików, kontrrewolucjonistów, którzy chcą dążyć do budowy niepodległej, katolickiej Wielkiej Polski. Wśród sygnatariuszy deklaracji znaleźli się prawicowi politycy oraz publicyści.

„Jesteśmy kontrrewolucjonistami. Stoimy po stronie wiecznego, zdrowego porządku. Przeciwko zarazie utopijnej ideologii. Stoimy na gruncie cywilizowanego prawa naturalnego, przeciwko rewolucyjnemu terrorowi” – brzmi fragment deklaracji. Sygnatariusze dokumentu podkreślają, że jednym z głównych punktów odniesienia ich działalności są objawienia Matki Bożej w Gietrzwałdzie w 1877 roku. W deklaracji zwrócono uwagę na to, że Matka Boża przepowiedziała odzyskanie niepodległości przez Polskę, której niestety poprzez zaniedbania nie udało się obronić w 1939 roku. Przesłanie Matki Bożej z Gietrzwałdu ma być także drogowskazem w budowie katolickiej Wielkiej Polski.

Inicjatywa jest skierowana do osób pracujących dla sprawy niepodległej i katolickiej Polski, niezależnie od stanu i własnej działalności. W akcie podpisania deklaracji uczestniczyli prawicowi politycy, a także publicyści. Wśród nich m.in. Robert Winnicki oraz Krzysztof Bosak z Ruchu Narodowego oraz dr Stanisław Krajski. Deklarację uczestnictwa w Konfederacji Gietrzwałdzkiej złożył w katedrze również reżyser Grzegorz Braun, który jest także jednym z głównych inicjatorów przedsięwzięcia.

„Niniejszym przede wszystkim zobowiązujemy się do obrony nieuszczuplonego depozytu świętej wiary katolickiej, zachowanej przez wielowiekową tradycję Kościoła. Zobowiązujemy się bronić naszych kapłanów przed wszelkimi zamachami i zakusami zmierzającymi do zakwestionowania ich władzy duchowej i uszczuplenia środków koniecznych do działania. Zobowiązujemy się do ochrony życia ludzkiego, w jego naturalnych wyznaczonych przez Boga granicach. Odrzucamy bezbożne koncepcje segregacji skutkujące wykluczeniem lub wprost samobójstwem. Odrzucamy eugenikę, aborcję i eutanazję” – czytamy w treści deklaracji Konfederacji Gietrzwałdzkiej.

Sygnatariusze dokumentu zwracają uwagę na konieczność chronienia dzieci i młodzieży przed atakami ze strony rewolucyjnych ideologów. „Upominamy się o wolność i bezpieczeństwo dzieci i młodzieży od przymusu urzędowej demoralizacji i dezinformacji, które przychodzą ze strony instytucji państwowych, np. podczas propagandy tzw. multikulturalizmu, quasireligijnego ekologizmu czy pseudonaukowego genderyzmu” – napisano w deklaracji.

W dokumencie zwrócono także uwagę na konieczność ochrony i poszanowania świętej instytucji małżeństwa, respektowanie praw rodzicielskich, a także nienarzucanie w sprawach wychowania jakichkolwiek arbitralnych procedur. Sygnatariusze podkreślają także konieczność sprzeciwiania się ideom laickiego republikanizmu. Domagają się również realizacji misji dziejowej Polski i cywilizacji chrześcijańskiej. W deklaracji zapewniono również o konieczności zapewnienia Polakom prawa do posiadania broni, a także utrzymania własnej waluty, aby budować niezależność finansową Polaków i gospodarki.

„Jesteśmy polskimi państwowcami. Niepodległe państwo narodowe, polski interes narodowy i polska racja stanu to są dla nas pojęcia bynajmniej abstrakcyjne, ale najlepiej opisujące nasze polityczne aspiracje. Wielka Polska Katolicka, gościnna i otwarta na współpracę – owszem, ale przecież służąca przede wszystkim zabezpieczająca Polaków w ich doczesnym bycie i w dążeniu do życia wiecznego” – podkreślono w akcie Deklaracji Gietrzwałdzkiej.

–Źródło: Polonia Christiana

Kto stoi za Światową Radą Kościołów? W czwartek jej siedzibę odwiedzi Franciszek

Papież Franciszek w czwartek udaje się na krótką, jednodniową pielgrzymkę do Szwajcarii. W Genewie odbędzie ekumeniczne spotkanie z przedstawicielami założonej z inicjatywy rodziny Rockefellerów Światowej Rady Kościołów (World Council of Churches) działającej przy ONZ.

Skupia ona przede wszystkim denominacje protestanckie. Papież jedzie na obchody upamiętniające 70-lecie postania Światowej Rady Kościołów propagującej Agendę 30, a także w celu upamiętnienia rebelii sprzed prawie 500 lat temu, czyli kalwinizmu, który narodził się w stolicy Szwajcarii i rozprzestrzenił na inne kraje.

„Ekumeniczna pielgrzymka” Franciszka – jak się nazywa planowaną we czwartek podróż do stolicy dyplomacji – ma dać nowy impuls do zjednoczenia chrześcijan.

Franciszek wyruszy z Rzymu o 8:30 w czwartek. Przybędzie do Genewy na 10.10. Po osobistym spotkaniu z prezydentem konfederacji szwajcarskiej, Alainem Bersetem, uda się do siedziby Światowej Rady Kościołów (WCC), gdzie wygłosi homilię podczas ekumenicznego nabożeństwa modlitewnego.

WCC powstała w 1948 r., wyodrębniając się z wcześniej działających organizacji religijnych założonych z inicjatywy klanu Rockefellerów. Miała ona ułatwić podporządkowanie narodów globalizacji realizowanej poprzez agendy oenzetowskie z polecenia bogatych filantropów. Obecnie takim programem jest Agenda Zrównoważonego Rozwoju 2030.

Pierwsze spotkanie Światowej Rady Kościołów odbyło się w Amsterdamie w sierpniu 1948 roku. Ostatecznie siedzibą Rady została Genewa, gdzie znajduje się drugie co do wielkości biuro Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Na początku Światowa Rada Kościołów obejmowała 147 denominacji, głównie z Europy i Ameryki Północnej. Dziś w jej skład wchodzi 348 wspólnot, głównie protestanckich z ponad 110 krajów na sześciu kontynentach, reprezentujących 560 milionów chrześcijan.

Podczas gdy Kościół Rzymskokatolicki nigdy nie przyłączył się do tej inicjatywy jako oficjalny członek, ma tam swoich obserwatorów i stałego przedstawiciela Komisji Wiary i Ustroju. Watykan uczestniczył w licznych inicjatywach Światowej Rady Kościołów.

W wywiadzie dla Crux, ksiądz Andrzej Choromański, urzędnik Papieskiej Rady ds. Promowania Jedności Chrześcijan i członek komisji powiedział: „zasadniczym przesłaniem [tej podróży] jest powiedzenie, że Kościół katolicki uznaje wielki wkład Światowej Rady Kościołów w rozwój nowoczesnego ruchu ekumenicznego”. Choromański opisał współpracę jako nie tylko teologiczną i doktrynalną, ale także praktyczną.

Franciszek z inicjatywy Rady m.in. wydał wspólne oświadczenie z patriarchą Bartłomiejem z okazji Światowego Dnia Modlitwo Ochronę Stworzenia we wrześniu 2017 r. oraz wspólne oświadczenie z luteranami w październiku 2016 r. w sprawie 500. rocznicy reformacji.

Marcelo Figueroa, argentyński teolog protestancki, którego osobiście papież ustanowił redaktorem argentyńskiej wersji gazety watykańskiej – „L’Osservatore Romano” spodziewa się konkretnego oświadczenia z czwartkowego spotkania z Radą, które może dotyczyć kwestii imigracji i tzw. ekologii integralnej. Ma ono „otworzyć nowe ścieżki teologiczne” i globalnej współpracy w zakresie konkretnych rozwiązań.

Po porannej modlitwie Franciszek zje lunch w Ekumenicznym Instytucie w Bossey z kierownictwem WCC. Instytut usytuowany na obrzeżach Genewy w XVIII-wiecznym zamku, został założony jako „miejsce pojednania,” mające ułatwić realizację celów federalistów po II wojnie światowej.

Tym razem nie przewidziano w programie spotkania z ubogimi, chorymi czy ofiarami handlu ludźmi albo innymi zmarginalizowanymi członkami społeczeństwa.

Po obiedzie Franciszek raz jeszcze zwróci się do członków Światowej Rady Kościołów w bardziej formalnym przemówieniu, gdzie ma zarysować szeroką wizję chrześcijańskiej jedności. Podobnie jak w przypadku wizyty w Lund w Szwecji w 2016 r., uwagi papieża prawdopodobnie będą koncentrować się na przyszłości, a nie na przeszłości i będą odzwierciedlać ideę ekumenicznych relacji Kościoła z protestantami.

Odair Mateus, dyrektor Komisji Wiary i Ustroju w WCC wskazuje, że pielgrzymka papieża Franciszka w Genewie będzie naznaczona przykładem „żyjącego ekumenizmu”, który charakteryzuje się podejmowaniem współpracy w różnych dziedzinach.

Papież odprawi również Mszę dla szwajcarskich katolików – pierwszą papieską Mszę, która odbędzie się w kraju od czasu, gdy Jan Paweł II odwiedził Szwajcarię w 2004 r.

Genewa jest drugim najbardziej zaludnionym miastem w Szwajcarii, zamieszkałym przez około 3 miliony katolików. Niemal 70 tys. osób wzięło udział w papieskiej mszy w 2004 r.

Podczas odprawiania Mszy dla katolików szwajcarskich do Franciszka dołączy biskup Karol Morerod z diecezji Lozanna , Genewa i Fryburg. Kapłan – zanim został biskupem – był rektorem w Angelicum, a od 2009 roku członkiem zespołu watykańskiego, mającym na celu pojednanie z Bractwem Świętego Piusa X, ustanowionym w 1970 r. po odrzuceniu nauczania Soboru Watykańskiego II.

W niedawnym wywiadzie dla jezuickiego dziennika „La Civiltà Cattolica”, sekretarz generalny Światowej Rady Kościołów, dr Olav Fykse Tveit opisał aktualny stan stosunków ekumenicznych z Kościołem jako „nową wiosnę”.

Tveit przyznał jednak, że podczas gdy wspólnoty tworzące Radę zgadzają się w kwestiach dotyczących zwalczania ubóstwa, głodu i zmian klimatycznych, denominacje są mocno podzielone odnośnie kwestii takich, jak: seksualność.

Kardynał Donald Wuerl z Waszyngtonu, który jest członkiem Papieskiej Rady ds. Promowania Jedności Chrześcijan przekonuje, że chrześcijan więcej łączy niż dzieli, a wizyta papieża ma to podkreślić.

Franciszek ma opuścić Genewę jeszcze tego samego dnia o godz. 20.00. W samolocie tradycyjnie odbędzie się konferencja prasowa. Ks. Choromański podkreśla, że zadawane przez dziennikarzy pytania nie powinny przyćmić głównego tematu podróży, czyli „chodzić i modlić się razem”. Zamiast mówić o blokadach „dynamicznego ekumenizmu”, według Choromańskiego, „musimy wspólnie podjąć te wyzwania” wraz ze zobowiązaniem do wspólnej pracy.

Charles E. Harvey, profesor historii na California State University, który badał historię Światowego Ruchu Kościołów i szeroko pojmowanego Interchurch World Movement, w artykule z 1982 roku zatytułowanym „John D. Rockefeller, Jr. Interchurch World Movement 1919-1920: A different Angle on the Ecumenical Movement” wskazuje na rolę nowej „społecznej ewangelii” i wynikającej z tego tytułu walki pomiędzy konserwatywnymi chrześcijanami a liberałami. Harvey odkrył, że informacje, do których większość historyków i badaczy sięgała w swoich badaniach pisząc o tych kwestiach, zostały przygotowane bezpośrednio przez prawnika Johna D. Rockefellera Jr., człowieka o nazwisku Raymond B. Fosdick. Szkodliwe informacje, pisze Harvey, były „(…) skompilowane właśnie po to, by ukryć prawdziwą rolę, jaką Rockefeller odgrywał w organizacji.” Harvey udokumentował prośbę Johna D. Rockefellera Jr. skierowaną do swojego ojca o przyznanie od 50 do 100 milionów dolarów, aby skonsolidować kościoły. Chciał stworzyć fundację, która wykorzystałaby IWM do administracyjnej konsolidacji denominacji na wzór wielkiego biznesu. Fundacja miała związać duchownych uczestniczących kościołów we wspólnym funduszu emerytalnym i zjednoczyć denominacyjne „zagraniczne oraz lokalne działania,” by IWM miało potencjalnie większy wpływ niż Liga Narodów.

Po upadku IWM, w jej miejsce powstała Światowa Rada Kościołów, która ma być wykorzystana przez inne organizacje wspierane finansowo przez Rockefellerów w celu ułatwienia wprowadzenia globalnej władzy. Rada miałaby stworzyć coś w rodzaju globalnej religii.

Siedziba Światowej Rady Kościołów – Chateau de Bossey, gdzie znajduje się Ekumeniczny Instytut – została zakupiona za pieniądze Rockefellerów.

Podczas trzeciego zgromadzenia Światowej Rady Kościołów w New Delhi w 1961 roku mówiono o potrzebie nowego porządku międzynarodowego, światowego rządu, współzależności, rezygnacji z suwerenności narodowej na rzecz organizacji międzynarodowych.

Na swojej stronie Rada podkreśla, że jest zaangażowana poprzez ekumeniczne działania w realizację założeń i ideałów zawartych w Karcie Narodów Zjednoczonych, a także w wartości etyczne, moralne i duchowe, na których muszą się opierać stosunki międzynarodowe.

„Myśl społeczna Światowej Rady Kościołów”, napisana przez Edwarda Duffa opisuje filozofię, którą kieruje się Rada. Zgodnie z wizją prof. W. E. Hockinga z Harvardu, który przewodniczył Radzie, ma powstać „religia przyszłości”, reprezentująca „wspólną światową kulturę”.

Samo chrześcijaństwo – wg prof. Hockinga – jest jedynie „etapem” w powszechnym poszukiwaniu „prawości.” Będzie ona stanowiła cenny składnik religii przyszłości – „Nowego Testamentu każdej istniejącej Wiary” i służyć jako „dusza” przyszłej wspólnej kultury światowej. (Książka Hockinga z 1956 roku: „The Coming World Civilization”). Aby powstała światowa cywilizacja, Hocking stwierdza, że ​​chrześcijaństwo musi zostać dostosowane do „globalnych” wartości i musi odrzucić elementy „dzielące.” Ta nowa religia ma być mieszanką wierzeń różnych ludów etnicznych, Wschodu itp.

Źródło: cruxnow.com., oikoumene.org

Co powinieneś wiedzieć o Pięćdziesiątnicy

Pięćdziesiąt dni po Zmartwychwstaniu Pańskim na zebranych w wieczerniku apostołów zstąpił Duch Święty. Dokładnie tak, jak zapowiedział to Pan Jezus tuż przed Wniebowstąpieniem. Przypominamy siedem rzeczy, o których musi pamiętać katolik, gdy myśli o tym szczególnym wydarzeniu.

1. Dlaczego „Pięćdziesiątnica”?

Święto Ducha Świętego obchodzimy pięćdziesiątego dnia po Zmartwychwstaniu Pańskim. W języku liturgicznym święto Zesłania Ducha Świętego nazywa się z tego powodu „Pięćdziesiątnicą”.

Grecy mieli na to własne słowo – Pentecostes, czyli pięćdziesiątka. Łacina przejęła to słowo, używając „Pentecoste”. Pozostaje to nie bez znaczenia dla współczesnych katolików – cały anglosaski świat obchodzi bowiem święto zwane w tym języku Pentecost, choć po angielsku oczywiście nie oznacza to tego samego, co „pięćdziesiąt”. Włosi obchodzą zaś święto Pentecoste – nie zmienili łacińskiego pierwowzoru. My mamy „Pięćdziesiątnicę”.

2. Skąd wzięła się alternatywna nazwa „Zielone świątki”?

Pięćdziesiątnica przypada w Polsce w okresie najpiękniejszego, najbujniejszego rozkwitu przyrody – święto to obchodzimy bowiem zwykle na przełomie maja i czerwca. Różne regiony Polski dopracowały się nieco odmiennego obyczaju zielonoświątkowego, ale wszystkie łączyło uwypuklenie radości z długo oczekiwanego, „zielonego” okresu w roku. Wieńce w ten dzień zdobiły głowy dziewcząt, ludność wiejska w święto to urządzała też liczne zabawy, oczywiście na zielonym łonie przyrody.

W zależności od regionu Polski „Zielone Świątki” nazywane były dawniej również Sobótkami (południowa Polska) lub Palinockami (Podlasie). Co ciekawe, tradycja Zielonych Świątek przetrwała również w Dolnej Saksonii (Pfingstbaumpflanzen) oraz na zachodniej Ukrainie.

3. To jedna z trzech najważniejszych uroczystość w Roku Liturgicznym!

Trzy największe uroczystości roku kościelnego są poświęcone trzem Osobom Trójcy Przenajświętszej: Boże Narodzenie jest świętem Boga Ojca, bo świętem Ojcostwa Bożego – Ojciec Przedwieczny zsyła Syna swego Jednorodzonego na ziemię, by grzeszną ludzkość odkupił. Wielkanoc jest świętem Boga Syna, który po męce i śmierci krzyżowej uwieńczył dzieło Odkupienia chwalebnym Zmartwychwstaniem.

Zielone Świątki wreszcie są świętem trzeciej Osoby boskiej, Ducha Świętego, którego Ojciec i Syn zsyłają na świat, aby to, co Ojciec stworzył, a Syn odkupił, zostało utwierdzone i poświęcone przez Niego.

4. Przed wojną traktowano Święto Ducha Świętego jak Boże Narodzenie i Wielkanoc

Przed wojną Zielone Świątki – podobnie jak Boże Narodzenie i Wielkanoc – były świętami dwudniowymi. Drugi dzień (jako dzień wolny) usunęli komuniści. Po 1989 r. nie było woli, by do dobrych tradycji powrócić. [Jacy „komuniści”? Żydzi! – admin]

Reforma liturgii po Soborze Watykańskim II sp rawiała natomiast, że z kalendarza kościelnego zniknęła oktawa Zesłania Ducha Świętego. Dziś zawsze obchodzimy Pięćdziesiątnicę de facto 49 dni po Zmartwychwstaniu – jest to bowiem święto niedzielne – Niedziela Zesłania Ducha Świętego.

5. Jak Pismo Święte przedstawia Zesłanie Ducha Świętego?

Dla przypomnienia, w Dziejach Apostolskich czytamy: „I stał się z prędka z nieba szum, jakoby przypadającego wiatru gwałtownego, i napełnił wszystek dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im rozdzielone języki jakoby ognia, i usiadł na każdym z nich z osobna: i napełnieni są wszyscy Duchem Świętym i poczęli mówić rozmaitymi językami, jako im Duch Święty wymawiać dawał” (Dzieje Ap., II, 2-4).

Ludzie zgromadzeni przed wieczernikiem uważali początkowo, że apostołowie upoili się winem! Wyszedł do nich święty Piotr i ogłosił im Jezusa Chrystusa. Mowa ta, nawróciła naraz trzy tysiące ludzi! „Pokutę czyńcie, a niech ochrzczony będzie każdy z was w Imię Jezusa Chrystusa… a weźmiecie dar Ducha Świętego” – rzekł do nich.

6. Tego dnia narodził się Kościół

Według wielu pisarzy katolickich Pięćdziesiątnica jest niczym innym jak dniem narodzin Kościoła. Wspomniane trzy tysiące nawróconych rozmnożyły się z zadziwiającą prędkością. Nie musiało minąć pięćdziesiąt lat od dnia pięćdziesiątnicy, by w każdym zakątku znanego wówczas człowiekowi świata, usłyszano święte imię Jezusa Chrystusa.

Święty Jan Paweł II pisał, że choć Kościół narodził się na krzyżu w Wielki Piątek, trwał w ukryciu. Swoje narodziny postanowił ujawnić światu właśnie pięćdziesiąt dni później. Tego dnia – po ludzku – narodził się dla całego świata.

7. Niech zstąpi Duch Twój – wołanie w wigilię Zesłania

Wielu katolików doskonale pamięta słowa Jana Pawła II z jego pierwszej pielgrzymki do ojczyzny, wypowiedziane w Warszawie. Papież wołał wówczas: Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej Ziemi! [No i jakiś duch zstąpił i „odnowił”… – admin] Telewizje i portale internetowe pokazywały nam ten moment tysiące razy, potrafimy nawet zaintonować go, tak jak Ojciec Święty.

Ale czy pamiętamy, że słowa te – które z pewnością znacznie przyczyniły się do zmiany polskiej rzeczywistości – wypowiedziane były w wigilię Pięćdziesiątnicy właśnie? Tuż przed tymi słowami Jan Paweł II mówił: I wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja: Jan Paweł II papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia, wołam w przeddzień święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi:
Niech zstąpi Duch Twój!
Niech zstąpi Duch Twój!
I odnowi oblicze ziemi.
Tej Ziemi!
Amen.

Źródło: sanctus.pl, brewiarz.pl, S. Maria Renata, Vivere cum Ecclesia VI – Zielone Świątki, Katechizm Kościoła Katolickiego

Herezja antyliturgiczna – Dom Prosper Guéranger OSB

Trzeba przyznać, że wypowiedzenie wojny świętemu językowi było mistrzowskim posunięciem protestantyzmu. Jeżeli kiedykolwiek uda mu się go zniszczyć, będzie to wielki krok ku całkowitemu zwycięstwu herezji.

Pierwszym znamieniem herezji antyliturgicznej jest nienawiść do Tradycji wyrażonej w sformułowaniach używanych w kulcie Bożym. Nie da się nie zauważyć tej szczególnej cechy wszystkich heretyków — od Wigilancjusza po Kalwina ­a przyczyna tego jest łatwa do wyjaśnienia. Każdy sekciarz, który pragnie wprowadzenia nowej doktryny, niezawodnie staje w obliczu liturgii będącej najgłębszym, najlepszym wyrazem Tradycji, i od tej pory nie spocznie, dopóki nie zagłuszy tego głosu, dopóki nie porwie na strzępy owych stronic przypominających wiarę minionych stuleci.

DOM Prosper Ludwik Pascal Guéranger, odnowiciel zakonu benedyktynów we Francji i pierwszy po rewolucji antyfrancuskiej opat Solesmes, napisał w 1840 r. swoje Instytucje liturgiczne, , chcąc odbudować wśród kleru wiedzę i zamiłowanie do liturgii rzymskiej. Przedstawiamy naszym czytelnikom fragment tego dzieła, w którym dom Gueranger podsumowuje to, co określa mianem herezji antyliturgicznej: jest to streszczenie doktryny i praktyk liturgicznych sekty protestanckiej od XIV do XVIII wieku. Jak łatwo zauważyć, wiele z tych zasad jest uderzająco podobnych do posoborowych reform liturgicznych.

W istocie, w jaki sposób mogły zainstalować się i przejąć kontrolę nad masami luteranizm, kalwinizm, anglikanizm? Wszystko, co musieli zrobić, to zastąpić stare księgi i wyrażenia nowymi – i dzieło to zostało dokonane. Pozbyli się w ten sposób wszystkiego, co mogłoby niepokoić nowych kaznodziejów; mogli oni nauczać czegokolwiek chcieli, a wiara ludzi została w ten sposób pozbawiona wszelkiej obrony.

Luter pojął tę prawdę z przebiegłością godną jansenistów, skoro u zarania swoich innowacji, gdy jeszcze sądził, że powinien zachować przynajmniej po części zewnętrzne formy rytu łacińskiego, stworzył następujące zasady zreformowanej liturgii: „Przyjmujemy i zachowujemy introity na niedziele oraz święta Pana naszego, czyli Wielkanoc, Zielone Świątki i Boże Narodzenie. Powinniśmy obstawać przy używaniu całego psalmu w introicie, tak jak to było w dawnych czasach, ale z ochotą dostosujemy się do dzisiejszego zwyczaju. Nie ganimy nawet tych, którzy pragną zachować introity w święta Apostołów, Matki Boskiej oraz innych świętych, ponieważ te trzy introity zaczerpnięto z Psalmów i innych ksiąg Pisma”.

Luter śmiertelnie nienawidził świętych śpiewow, które sam Kościół skomponował dla zamanifestowania swojej wiary. Herezjarcha wyczuwał w nich siły witalne Tradycji, których pragnął się pozbyć. Gdyby pozostawił Kościołowi prawo mieszania podczas zgromadzeń wiernych głosu Tradycji z proroctwami Pisma św. musiałby narazić się na konieczność słuchania, jak pieśń miliona ust potępia jego fałszywe dogmaty. Stąd jego nienawiść do wszystkiego w liturgii, co nie wynika bezpośrednio z Pisma św.

I to jest, w rzeczy samej, druga zasada sekty antyliturgicznej: zastępowanie sformułowań nauczania Kościoła czytaniami z Pisma Św. Przynosi im to dwie korzyści: po pierwsze, wycisza głos Tradycji, której sekciarze zawsze tak się obawiają. Po drugie, propaguje i wspiera ich dogmaty drogą negacji i afirmacji. Drogą negacji — gdy pomijają wyrachowanym milczeniem teksty, które wyrażają naukę przeciwną propagowanym błędom; droga, afirmacji — gdy akcentują wyjęte z kontekstu wersety, które ukazują tylko jedną stronę prawdy, zakrywając inne jej aspekty przed oczyma ludzi prostych.

Wiadomo od wielu stuleci, że pierwszeństwo przyznawane przez heretyków Pismu św. przed definicjami Kościoła nie ma innego uzasadnienia, jak tylko ułatwienie uczynienia Słowa Bożego według ich własnych wyobrażeń i manipulowanie nim do woli.

Protestanci zredukowali niemal całą liturgię do czytania Pisma św. połączonego z kazaniami, w których tłumaczy się Pismo metodą racjonalistyczną. Jeżeli chodzi o wybór i określanie kanoniczności ksiąg, wszystko poddano kaprysom reformatora, który ostatecznie określa literalne znaczenie Pisma św.

Tak więc Luter dochodzi do przekonania, że w jego systemie religijnym idea bezużyteczności dobrych uczynków oraz zbawienie wyłącznie przez wiarę powinny stać się dogmatami, a zatem od tej chwili stwierdza, to List św. Jakuba jest „słomianym listem”, a nie pismem kanonicznym, z tego prostego powodu, to list ten naucza o konieczności dobrych uczynków do zbawienia.

W każdej epoce, w każdej formie sekciarstwa będzie tak samo: żadnych kościelnych formuł wiary, tylko Pismo św. ­ ale interpretowane, wybrane i prezentowane przez osoby, które wyglądają zysku z innowacji.

Pułapka ta jest niebezpiecz­na dla ludzi prostych, którzy dopiero po długim czasie mogą spostrzec, że zostali oszukani oraz że Słowo Boże — ten „miecz obosieczny”, jak nazywali je Apostołowie — zadało im głębokie rany, gdyż zostało zmanipulowane przez synów zatracenia.

Trzecią zasadą heretyków co do reformy liturgii jest, gdy już wyeliminowali sformułowania kościelne i proklamowali absolutną, konieczność korzystania wyłącznie z treści Pisma św., a zauważywszy, to Pismo — mimo ich chęci — nie zawsze daje się nagiąć do ich potrzeb, trzecią, powiadam, ich zasadą jest tworzenie i wprowadzanie rozmaitych formuł, pełnych podstępu, sprawiających, że ludzie jeszcze łatwiej wpadają. w sidła błędu, a przez to struktura bezbożnej reformy umacnia się na całe wieki.

Trudno się dziwić sprzecznościom, które herezja ukazuje w swych dziełach, gdy się wie o czwartej zasadzie, czy może czwartej konieczności narzucającej się sekciarzom przez samą naturę ich buntu, ­jest to wrodzona sprzeczność w ich własnych zasadach.

Musi tak być, aby byli zawstydzeni w owym wielkim dniu, który prędzej czy później zaświta, gdy Bóg ujawni ich nagość przed oczyma tych, których zwiedli; co więcej, w samej naturze ludzkiej nie leży uporządkowanie. Tylko prawda może być uporządkowana.

Wszyscy oni bez wyjątku zaczynają od powrotu do starożytności. Chcą oczyścić chrześcijaństwo ze wszystkich ludzkich błędów i sentymentów, które mogły się z nim zmieszać; chcą je oczyścić ze wszystkiego, co „fałszywe” i „niegodne Boga”. Wszystko, czego chcą, to powrót do źródeł, dlatego też stwarzają pozory powrotu do kolebki chrześcijańskich instytucji. W tym celu skracają, wymazują, wycinają; wszystko biorą w swoje ręce. Ktoś, kto czekał na ukazanie się pierwotnej czystości kultu Bożego, w pewnej chwili orientuje się, że został zasypany nowymi formułami, powstałymi poprzedniej nocy, niezaprzeczalnie ludzkimi, ponieważ ten, kto je stworzył, wciąż stąpa po ziemi.

”Tracimy mowę wieków chrześcijaństwa, stajemy się jakby intruzami i profanami w literackim zakresie wyrażania przeżyć sakralnych, i w ten sposób utracimy znaczną część tego zdumiewającego niezrównanego faktu artystycznego i duchowego, jakim jest śpiew gregoriański. Naprawdę, mamy powód do użalania się i pewnego lęku: czym zstąpimy ten język anielski? Jest to ofiara z wartości nieocenionej. A dla jakiego celu? Co może być droższe nad te ogromne wartości naszego Kościoła?
Odpowiedź wydaje się banalna i prozaiczna: ale jest ona przekonywująca, bo ludzka, apostolska. Ważniejsze jest zrozumienie modlitwy niż dawne jedwabne szaty, w jakie się ona po królewsku przyoblekała; ważniejsze jest uczestniczenie ludu, tego ludu nowoczesnego, nasyconego słowami jasnymi, zrozumiałym, dającym się przetłumaczyć w konwersacji świeckiej.
Gdyby boska łacina miała trzymać z daleka od nas dziatwę, młodzież, świat pracy i spraw doczesnych: gdyby miała być ciemną przesłoną zamiast przezroczystym kryształem, to czy my, rybacy dusz, zrobilibyśmy dobrą kalkulację, zastrzegając jej wyłączne panowanie w konwersacji modlitewnej i religijnej?”
(fragmenty przemówienia Pawła VI pt. Novus ordo Missae (Nowy obrzęd Mszy), 26 listopada 1969)

Każda sekta przechodzi tę drogę. Widzieliśmy to u monofizytów i nestorian — to samo znajdziemy w każdym odłamie protestantyzmu. Ich żądza nauczania wyłącznie „starożytności” doprowadziła ich jedynie do odcięcia się od całej przeszłości. Wówczas stanęli przed tymi, których zwiedli, i zaklinali się, że teraz wszystko jest już dobrze, dodatki papistów znikły, a Boski kult wrócił do swego pierwotnego kształtu…

Ponieważ zaś reforma liturgiczna została powzięta z tym samym zamiarem, co reforma dogmatów, których jest konsekwencją, dlatego protestanci, którzy wyłamali się w tym celu, aby mieć mniej prawd do wierzenia, dążą do usunięcia z liturgii wszystkich ceremonii, wszystkich sformułowań, które wyrażają tajemnice. Nazywają przesądami i bałwochwalstwem wszystko, co nie wydaje im się całkowicie racjonalne, a przez to ograniczają, wyrażanie wiary, zaciemniając przez wątpienie, a nawet przez negację, każde spojrzenie otwarte na świat nadprzyrodzony.

Dlatego dość już sakramentów — poza chrztem — co wytyczyło ścieżki socjalistom, którzy swoich zwolenników uwolniłi nawet od chrztu. Dość już sakramentaliów, błogosławieństw, obrazów, relikwii świętych, procesji, pielgrzymek etc. Koniec z ołtarzem, wystarczy tylko stół; dość już ofiary tak jak w każdej religii, wystarczy jedynie posiłek. Koniec z kościołem, wystarczy dom zgromadzeń. Dość architektury religijnej, gdyż brak już tajemnicy. Dość chrześcijańskiego malarstwa czy figur, gdyż nie ma już religii doświadczanej zmysłami. A wreszcie dość poezji w kulcie, którego nie chroni już miłość ani wiara.

Stłumienie pierwiastka mistycznego w liturgii protestanckiej musiało nieomylnie wywołać całkowity zanik prawdziwego ducha modlitwy, który w katolicyzmie zwiemy namaszczeniem.

Zbuntowane serce nie potrafi już miłować, a serce pozbawione miłości może jedynie wydać z siebie mierny wyraz uszanowania lub lęku, zatruty zimną pychą faryzeusza. Taka jest właśnie liturgia protestancka.

Udając pełen czci kontakt z Bogiem, liturgia protestantów nie potrzebuje pośredników. Zwracać się o pomoc do Matki Bożej bądź prosić o wstawiennictwo świętych oznacza dla nich brak szacunku dla Najwyższego.

Ich liturgia wyklucza całą tę „idolatrię papistów”, która prosi stworzenie ziemskie o to, o co powinno się prosić wyłącznie Boga. Oczyszcza kalendarz z imion tych wszystkich, których Kościół Rzymski tak zuchwale wymienia zaraz po Bogu. Szczególną odrazę żywi do imion mnichów i innych ludzi późniejszych czasów, które figurują zaraz obok imion wybranych przez Jezusa Chrystusa Apostołów. To na nich Chrystus Pan zbudował pierwotny Kościół, który — jak mówią heretycy — jedynie był czysty w swej wierze, wolny od wszelkich zabobonów w swym kulcie i wszelkiego rozluźnienia w swych obyczajach.

Ponieważ jednym z głównych celów reformy liturgicznej było zniesienie czynności i formuł o mistycznym znaczeniu, stało się logiczną konsekwencją, że autorzy reformy musieli podkreślać konieczność użycia w kulcie języków ojczystych.

W oczach heretyków to rzecz najważniejsza. Kult nie może być czymś tajemniczym. Ludzie — powiadają — muszą rozumieć to, co śpiewają. Nienawiść do łaciny wrosła w serca wszystkich przeciwników Rzymu. Postrzegają ją jako więź scalającą wszystkich katolików z całego świata, jako arsenał ortodoksji wymierzony przeciw zagadkom ducha sekciarskiego.

Duch buntu, który kazał im przerabiać uniwersalną modlitwę na mowę każdego człowieka, każdej prowincji i stulecia, wreszcie zrodził owoce, a zreformowani na własne oczy przekonują się, że katolicy, pomimo swoich łacińskich modlitw, lepiej spełniają swe obowiązki kultu i bardziej się w nich radują niż protestanci. Każdej godziny w kościołach katolickich odbywa się Boski kult. Wierny katolik, który włącza się w ten kult, zostawia swój język ojczysty przed drzwiami kościoła. Poza kazaniem słyszy jedynie tajemnicze słowa, a nawet nie słyszy ich wcale w najuroczystszej chwili — kanonie Mszy św. Mimo to owa tajemniczość pociąga go tak mocno, iż nie jest nawet odrobinę zazdrosny o protestanta, którego ucho nie słyszy nic, czego znaczenia by nie znał.

Trzeba przyznać, że wypowiedzenie wojny świętemu językowi było mistrzowskim posunięciem protestantyzmu. Jeżeli kiedykolwiek uda mu się go zniszczyć, będzie to wielki krok ku całkowitemu zwycięstwu herezji. Liturgia wystawiona na wzrok gapiów, jak zbezczeszczona dziewica, straciła wiele ze swego świętego charakteru, a ludzie bardzo szybko stwierdzili, że nie warto odkładać swojej pracy czy przyjemności po to, żeby iść i słuchać tego, co się mówi w taki sam sposób, jak rozmawia się na targu.

Odzierając liturgię z upokarzającego rozum misterium, protestantyzm postarał się nie zapomnieć o praktycznych konsekwencjach, to znaczy o uwolnieniu od trudu i wysiłku dla cielesnej natury, nałożonych przez reguły „liturgii papistów”. A zatem, po pierwsze i najważniejsze, koniec z postami, koniec ze wstrzemięźliwością, koniec z klękaniem na modlitwie. Koniec z codziennymi obowiązkami sług świątyni, nigdy więcej kanonicznych modlitw do odmówienia w imieniu Kościoła. — To jest właśnie jeden z najważniejszych owoców wielkiej protestanckiej swobody: zmniejszenie skarbca publicznych i prywatnych modlitw.
Bieg wydarzeń pokazał, że wiara i miłość, które żywią się modlitwą, szybko wyparowały z szeregów reformatorów, podczas gdy wśród katolików cnoty te nieustannie karmią wszelkie akty poświęcenia Bogu i człowiekowi, ponieważ chronią je niewyczerpane skarby liturgicznej modlitwy kleru diecezjalnego i zakonnego, w której ma swój udział cała społeczność wiernych.

Ponieważ protestantyzm musiał ustanowić regułę, która pozwoliłaby wskazać wśród instytucji „papistów” te, które są. najbardziej wrogie jego zasadom, czuł się zmuszony dokopać się do fundamentów katolickiej budowli, aby znaleźć kamień węgielny, na którym wszystko się opiera. Jego instynkt wskazał mu oczywiście dogmat nie do pogodzenia z wszelkimi innowacjami: władzę papieską. Gdy Luter napisał na swoim sztandarze: „Nienawiść do Rzymu i jego praw”, po raz kolejny tylko potwierdził podstawową zasadę każdego odłamu sekty antyliturgicznej. Od tej chwili musiał odrzucić wszystko, zarówno kult, jak i ceremonie, jako „rzymskie bałwochwalstwo”. Język łaciński, Święte Oficjum, kalendarz, brewiarz — wszystko stało się dlań ohydą Nierządnicy Babilonu. Biskup Rzymu pognębia umysły dogmatami, a zmysły rytuałami, dlatego protestantyzm orzekł, że dogmaty są jedynie bluźnierczymi błędami, a liturgia — środkiem do wzmocnienia despotycznej władzy uzurpatora.

Warto to wspomnieć o doskonałym spostrzeżeniu, jakie zawarł Józef de Maistre w swym dziele Papież ; głęboko i przenikliwie wykazał, że pomimo wszystkich różnic, jakie winny dzielić rozmaite sekty, jest jedno, w czym są do siebie tak podobne, aż niemal nie do odróżnienia — wszystkie są antyrzymskie.

Herezja antyliturgiczna, chcąc ostatecznie ustanowić swą władzę, musiała jeszcze zarówno co do zasady, jak i faktycznie zniszczyć chrześcijańskie kapłaństwo. Czuła bowiem, że gdzie jest kapłan, tam ołtarz, a gdzie ołtarz, tam poświęcenie i pełen tajemnic ceremoniał.

Obaliwszy urząd Najwyższego Kapłana, musieli jeszcze unicestwić znamię biskupstwa, z którego płynie mistyczne nałożenie rąk, uwieczniające świętą hierarchię. Z tego właśnie zrodził się powszechny prezbiterianizm, jako nieomylny skutek odrzucenia władzy papieskiej. Od tej pory, ściśle biorąc, nie mają kogoś takiego jak ksiądz. Jak zwykłe mianowanie, bez konsekracji, może sprawić, że jest się wyświęconym? Wśród luteran czy kalwinistów są jedynie ministrowie [słudzy] — Boga lub ludzi, jak kto woli. Ale to nie wszystko. Wybrany spośród i przez świeckich minister jest tylko laikiem, któremu przydzielono pewne funkcje w zborze. W protestantyzmie są tylko świeccy — i nie może być inaczej, bo nie ma już liturgii.

Takie są właśnie zasady i hasła sekty antyliturgicznej. W tym, co napisaliśmy, nie ma żadnej przesady. Ujawniliśmy jedynie stokroć razy potwierdzone nauki, zawarte w pismach Lutra, Kalwina i wielu im podobnych. Łatwo sprawdzić to samodzielnie. To, co z nich wynika, jest jawne dla całego świata. Uznaliśmy, że warto rzucić trochę światła na podstawowe zasady tej sekty. Warto się uczyć na błędach.

Dom Prosper Guéranger OSB

1. Prezbiterianizm — od prezbiter, ‘kapłan’, stopień święceń hierarchii katolickiej; autor prawdopodobnie ma na myśli, po pierwsze, wynikającą z braku biskupstwa w protestantyzmie nieobecność ściśle pojętej hierarchii, a z drugiej — rozkwit „kapłaństwa powszechnego”, i imię którego każdy czuje się tam upoważniony do pełnienia obowiązków kaznodziei, egzorcysty czy przewodnika duchowego.

W I E L K A N O C 2018

W E S O Ł E G O A L L E L U J A !!!
Niechaj biją wszystkie dzwony,
I nie milkną zawstydzone,
Kiedy Jezus dziś zmartwychwstał
I cierniową zdjął koronę!
Płótna zwinął i porzucił,
Kamień grobu sam odwalił,
A zstąpiwszy do piekieł
Od grzechu nas ocalił.
Zbawco świata, Ty jedyny,
Nie pamiętasz naszej winy,
Ani wartych potępienia czyny!
Z radością dzisiaj do Ciebie się tulimy,
I wyznając Twoje zmartwychwstanie
Oczekujemy Twego przyjścia w chwale,
Z mocą wielką, wspaniałością wszelką,
Sprawiedliwym sądem ostatecznym…
I teraz nic już nie będzie nam straszne,
Kiedy Twoje bóstwo zajaśnieje
Jak dzisiaj, tej nocy – jedynej,
Tej Wielkiej Nocy

Warszawa,kwiecień 2018
Marian RETELSKI

Rewolucja francuska w Kościele katolickim – ks. prof. Michał Poradowski

Przez przeszło dwieście lat, rewolucja francuska daremnie usiłowała rozciągnąć się także i na Kościół katolicki, a osiągnęła to dopiero w czasie Drugiego Soboru Watykańskiego (DSW). Co więcej, osiągnęła nie tylko pewne wpływy na obrady tegoż Soboru, ale także i oczywiste triumfy. Już na początku Soboru, wśród jego uczestników, wyraźnie zamanifestowały się trzy pozycje: gorących entuzjastów ideologii rewolucji francuskiej, zdecydowanych wrogów tejże, oraz osób niezdecydowanych. Tak entuzjaści, jak i wrogowie ideologii rewolucyjnej usiłowali pozyskać owych niezdecydowanych.

Ale kim byli ci “niezdecydowani”? Byli to prawie wyłącznie biskupi z krajów pozaeuropejskich, a więc azjatyckich, afrykańskich, amerykańskich, australijskich, czyli osoby, które niewiele wiedziały o historycznej roli rewolucji francuskiej, a przede wszystkim o jej zdecydowanie antychrześcijańskim charakterze.

Dlaczego jednak znaczna część biskupów z krajów europejskich z takim entuzjazmem odnosiła się do ideologii rewolucji francuskiej? Odpowiedź jest bardzo prosta: bo albo byli masonami, albo też byli zwolennikami ideologii masońskiej, bo przecież rewolucję francuską przygotowała masoneria i to głównie jeśli chodzi o samą ideologię rewolucji i jej charakter antychrześcijański. Jak wielu było masonów wśród Ojców Soboru świadczą ich przemówienia jakby żywcem brane z encyklik papieskich, które potępiały masonerię i jej ideologię. Wystarczy zajrzeć do owych encyklik papieskich, poczynając od Klemensa XII z roku 1738 aż do Piusa XII, aby stwierdzić, że opinie te dziwnie pokrywały się lub co najmniej zbliżały do błędów potępionych przez papieży we wspomnianych wyżej encyklikach. Zresztą porównanie między rewolucją francuską i Soborem przyszło niemal w początkach obrad i to ze strony entuzjastów rewolucji francuskiej, gdyż porównanie to po prostu narzucało się, zwłaszcza jeśli chodzi o przebieg początkowych obrad soborowych. Przypomnijmy, że zwołanie Stanów Generalnych przez króla Francji Ludwika XVI i z jego inicjatywy (choć można podejrzewać, że inicjatywa ta została mu przez kogoś podsunięta), oraz drobiazgowe przygotowania tematów obrad, które miały na celu unowocześnienie ustroju państwa, to wszystko zostało już w pierwszej sesji odrzucone, lub co najmniej nie brano tego pod uwagę, gdyż zgromadzeni postanowili zrobić wszystko po swojemu i z własnej inicjatywy. To samo stało się z Drugim Soborem Watykańskim, jako iż Ojcowie Soboru odrzucili materiał przygotowany przez Stolicę Apostolską i postanowili wszystko zacząć na nowo, według własnej inicjatywy, okazując w ten sposób zupełny brak szacunku dla Kurii Rzymskiej i jej pracowników, a więc postąpili zupełnie tak samo jak stało się w czasie rewolucji francuskiej. Ale nie ograniczono się tylko do owych porównań formalnych, lecz świadomie żądano, aby “duch” rewolucji francuskiej zapanował na Soborze. Wszyscy pamiętamy, jak kardynał Suenens oświadczył, że “Vaticanum II to jest rok 1789 w Kościele”, a więc porównał Drugi Sobór Watykański z rewolucją francuską, nadto dominikanin Yves Congar poszedł jeszcze dalej i porównał Sobór do rewolucji październikowej (i słusznie, gdyż rewolucja październikowa była tym dla Rosji co rewolucja francuska dla Francji). A obaj powiedzieli to z zachwytem i z wielką radością. W ten sposób prawie wszyscy uczestnicy DSW uznali jednogłośnie, że triumfuje na nim ideologia rewolucji francuskiej; jedni stwierdzili to z radością, a drudzy z ubolewaniem, ale opinia na ten temat była niemal jednomyślna.

Wkrótce okazało się, że zwolennicy ideologii rewolucji francuskiej stanowili większość, stąd też bez większych trudności narzucali swoje opinie i żądali całkowitej zmiany, tak co do ustroju prawnego Kościoła, jak też co do tradycyjnej nauki Kościoła. Usiłowano więc wszystko zmienić, ale nie zawsze w sensie udoskonalania, lecz raczej z zamiarem zrobienia wszystkiego na odwrót.

I tak, na przykład, od czasów apostolskich aż do II Soboru Watykańskiego, Kościół był zawsze monarchią i to nie jakąkolwiek, gdyż nawet Mesjasz był zapowiadany przez proroków jako król. Królowie, przybywający do Palestyny kierowani przez gwiazdę, zapytywali Heroda: gdzie się narodził przyszły król Izraela, stąd też i rzeź niewiniątek, zarządzona przez Heroda. Jezus z Nazaretu został skazany jako Bóg-człowiek, ale także jako król i sam bardzo często nauczał o Królestwie Bożym. Dlatego też Kościół od początku przyjął ustrój monarchiczny i zachował go aż do DSW, czego nie należy mieszać ze sprawą Państwa Kościelnego i jego ustroju monarchistycznego. Cały ustrój Kościoła, aż do DSW, był zawsze monarchiczny i to w sensie takim, że władza jego szła z góry, od Boga, od papieża aż do proboszcza wiejskiego, a prawo kanoniczne drobiazgowo określało odnośną jurysdykcję. Kościół był więc monarchią “par excellence” i to zupełnie niezależnie od zmiennych sytuacji politycznych, będąc już monarchią przed posiadaniem własnego Państwa, jak i też po jego utraceniu, czy też kiedy odzyskał je symbolicznie jako Citta del Vaticano. Miało to swoje ogromne konsekwencje praktyczne, jak na przykład pełnia władzy papieża, niezależność władzy biskupa w swej diecezji, czy też proboszcza w swej parafii, oczywiście zawsze według przepisów prawa kanonicznego.

Cała ta monarchiczna struktura Kościoła została zniszczona przez Drugi Sobór Watykański, a to głównie dlatego, że DSW, będąc entuzjastą ideologii rewolucji francuskiej, wprowadził do wewnątrz Kościoła ustrój demokratyczny i to demokracji nie starożytnej, a wiec ateńskiej, lecz demokracji rewolucji francuskiej, a wiec demokracji totalitarnej, bo russonianej 1). To już nie wola Boga, Chrystusa Króla, rządzi Kościołem-monarchią, przez swego wikariusza-papieża, ale “Lud Boży” przez nowoczesne struktury demokratyczne. Po DSW bowiem papieże nie mają już władzy królewskiej i we wszystkim, zgodnie z prawem kanonicznym już zdemokratyzowanym, muszą odwoływać się do najrozmaitszych instytucji demokratycznych, jak Sobory, Synody itd. i działać według “woli ludu”, jak w każdym ustroju demokratycznym. Podobnie też zmieniła się sytuacja wszystkich biskupów, gdyż zostali pozbawieni pełni władzy, którą mieli w dawnym ustroju monarchistycznym Kościoła, a obecnie zależą nie tylko od Rzymu, czyli od Stolicy Apostolskiej, lecz także od Synodów i ich postanowień, a przede wszystkim od Episkopatu i jego “demokratycznych” uchwał. To samo odnośnie proboszczów, którzy dawniej, w ustroju monarchistycznym Kościoła, mieli pełnie władzy w swych parafiach, podczas gdy obecnie ich władza została bardzo ograniczona, a to głównie przez swych własnych parafian, których muszą się radzić niemal we wszystkich sprawach i prosić o pozwolenie “rady parafialnej”. Stąd też zupełna zmiana w nowym kodeksie prawa kanonicznego.

Można dyskutować, czy ustrój poprzedni, a więc monarchistyczny, był lepszy od obecnego ustroju demokratycznego, ale nas interesuje tutaj zupełnie co innego, a mianowicie stwierdzenie, że rewolucja francuska, a według niektórych, jak widać, rewolucja październikowa czyli bolszewicka, odniosły triumf w Kościele, narzucając mu swoją ideologię polityczną, w miejsce zasad jakie dał mu sam Chrystus Pan. Łatwo jest zdać sobie sprawę z tej zasadniczej zmiany, porównując treść poprzedniego i obecnego Kodeksu Prawa Kanonicznego, i to nie tylko co do sprawy ustroju Kościoła, ale także i przede wszystkim odnośnie wszystkich zwyczajów życia chrześcijańskiego; wiele z tego co w dawnym Kodeksie Prawa Kanonicznego było zakazane, w obecnym Kodeksie jest nakazane lub co najmniej dozwolone 2). A nie są to sprawy banalne, bo za nimi znajdują się bardzo ważne zasady moralne i dogmatyczne. W dawnym ustroju monarchicznym spełniała się wola Boża, wola Chrystusa Pana, a w ustroju demokratycznym, obecnie zaprowadzonym, spełnia się wolę człowieka, wolę ludu i jego zachcianki, często całkowicie sprzeczne z wolą Boga i z nauką Chrystusa Pana. Nadto, ta “wola ludu” w praktyce sprowadza się do woli “większości głosów”, a więc decyduje liczba, a nie racja czy słuszność. Widzimy obecnie jak często, w parlamentach krajów tradycyjnie chrześcijańskich, przechodzą większością głosów ustawy całkowicie niezgodne z wolą Boga. Bóg mówi: “nie zabijaj”, a wola ludu uchwala ustawy pozwalające na zabijanie nienarodzonych. Bóg mówi przez słowa liturgii ślubnej do małżonków: “nie porzucę cię aż do śmierci”, a “wola ludu” uchwala ustawy o rozwodach. Trzeba pamiętać, że demokracja rewolucji francuskiej nie uznaje ani prawa naturalnego, ani też Dekalogu.

Wejście demokracji rewolucji francuskiej do wnętrza Kościoła spowodowało także zasadniczą zmianę roli Kościoła w społeczeństwie jako takim. Kościół monarchistyczny, rządzony przez Chrystusa Króla, służył Bogu, a obecny Kościół demokratyczny sam podkreśla w dokumentach II Soboru Watykańskiego, iż służy człowiekowi i ludzkości, a ta “ludzkość” często utożsamia się z tzw. “światem”, a przecież Chrystus Pan przestrzega nas przed “światem”, jako iż ten “świat” jest jeszcze często pod władzą szatana (wystarczy przypomnieć czasy Hitlera w Niemczech, czy też Stalina w Rosji). św. Jakub pisze: “…czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem jest nieprzyjaźnią z Bogiem?” (4,4). Niektóre idee rewolucji francuskiej wtargnęły do Kościoła już uprzednio, ale były przez autorytety kościelne zwalczane; dopiero w czasie Vaticanum II niektóre z nich zostały częściowo lub całkowicie przyjęte przez dokumenty soborowe, a wśród nich przede wszystkim sprawa poszanowania przekonań osobistych, czyli “głosu sumienia” i jego skutków, a więc uznania innych religii, nawet pogańskich, jako równych religii katolickiej. Przypomnijmy, że według biskupa Dillona był to główny postulat masonerii 3).

Cały szereg zasad i idei całkowicie obcych tradycyjnej nauce Kościoła, głoszonych przez entuzjastów rewolucji francuskiej, zaczęło przenikać do wnętrza życia religijnego Kościoła, mimo iż były one wielokrotnie przez poprzednich papieży odrzucane i napiętnowane jako heretyckie, lub co najmniej jako całkowicie niezgodne z nauką Kościoła, zwłaszcza przez ostatnich papieży przedsoborowych, a więc przez Piusa IX, Piusa X, Piusa XI i Piusa XII. Tak zwana “nowa teologia”, oparta na potępionym modernizmie, ukazuje się jeszcze przed drugą wojną światową, ale to dopiero po zwołaniu Vaticanum II i w czasie jego obrad zaczyna się proces asymilacji tych herezji wśród katolików i przesiąkanie ich do dokumentów II Soboru Watykańskiego, a zwłaszcza do ich interpretacji. Ta “nowa teologia” zrywa całkowicie z “teologią tradycyjną” Kościoła katolickiego, z nauką Kościoła niemal dwutysiącletnią, bo od czasów Chrystusa Pana i Apostołów aż do DSW. Teologia tradycyjna była i jest aż do dzisiaj oparta na tzw. “philosophia perennis”, czyli na filozofii chrześcijańskiej, wypracowanej przez Ojców Kościoła, jako podstawy teologii katolickiej, nie każda bowiem filozofia może być przydatną dla teologii katolickiej, a tylko takie filozofie, które szanują metafizykę, szukającą prawdy, jako iż właśnie z prawdą utożsamia się Chrystus Pan i Jego nauka. Nadto, aby prawda mogła być zrozumiale przedstawiona, konieczna jest odpowiednia terminologia, czyli dokładne określenie znaczenia słów i właśnie philosophia perennis jest jedyną filozofią, która dzięki nieustannej i żmudnej pracy filozofów, wypracowała konieczną terminologie. Było to dzieło wielu wieków, a skromne lecz bardzo ważne jej podstawy przygotowała już filozofia Sokratesa, Platona i Arystotelesa, dzięki czemu pierwsi Ojcowie Kościoła mogli wypracować podstawy terminologii teologicznej. Trudno tu nie wspomnieć głośnego filozofa chrześcijańskiego jakim był Boethius, który najbardziej przyczynił się do wypracowania terminologii filozoficzno-teologicznej, dzięki której powstała philosophia perennis, pozwalająca na uprzystępnienie wiernym największych tajemnic Wiary, jak np. Trójcy Przenajświętszej, czyli istnienia jednego Boga w trzech osobach, Ojca, Syna i Ducha świętego, czy też tajemnicy Chrystusa Pana jako Boga i człowieka, a więc jednej osoby, ale dwóch natur: boskiej i ludzkiej. Ta philosophia perennis pierwszych wieków została nadzwyczajnie wzbogacona i pogłębiona przez św. Tomasza z Akwinu, dając tak zwany “tomizm”, który stał się podstawą filozoficzną teologii.

Dopóki teologia chrześcijańska, a przede wszystkim teologia katolicka posługiwała się ową filozofią, a zwłaszcza tomizmem, wszystko w Wierze było jasne, zrozumiałe i poprawne, tak było w Kościele katolickim mniej więcej aż do drugiej wojny światowej, a jeśli pojawił się jakiś niedouczony teolog to Stolica Apostolska zabierała głos. Stąd też tak liczne encykliki wspomnianych już uprzednio papieży Piusów, od IX aż do XII. Przez niedouczonych teologów należy rozumieć tych, którzy odrzucili philosophia perennis, a przede wszystkim tomizm i zaczęli posługiwać się współczesnymi filozofiami, które absolutnie nie nadają się do rozważań teologicznych. Wspomniana już “nowa teologia” właśnie posługuje się owymi pseudofilozofiami współczesnymi, jak np. egzystencjonalizmem lub fenomenologią, a tym bardziej tzw. “filozofią działania” (Blondel). Wyjątkowo można by w pewnych wypadkach posługiwać się w teologii tzw. “filozofią czynu” Augusta Cieszkowskiego, ponieważ filozofia ta daje pierwszeństwo “prawdzie”, gdyż ta prawda metafizyczna dla Cieszkowskiego utożsamia się z Chrystusem Panem (zob. Cieszkowskiego Ojcze nasz).

Wszystkie współczesne pseudoteologie opierają się albo na egzystencjonalizmie, albo też na fenomenologii, stąd też nie są teologiami, lecz mają charakter wyłącznie osobistych opinii, a opinie te, jeśli chodzi o pisarzy przed II Soborem Watykańskiem, a więc jeszcze za życia papieży Piusów, zostały potępione i uznane za heretyckie. Niestety, mimo tych potępień, naucza się ich obecnie w Seminariach i na katolickich Wydziałach Teologicznych, stąd też zamęt jaki panuje obecnie w naszym życiu religijnym. Stąd też tylko powrót do philosophia perennis może położyć kres tym bałamuctwom.

Wielkim triumfem rewolucji francuskiej w Kościele katolickim jest porzucenie “teocentryzmu” i zastąpienie go “antropocentryzmem”. Cały światopogląd chrześcijański jest zbudowany na teocentryzmie i nie może istnieć światopogląd chrześcijański bez teocentryzmu, stąd też porzucenie teocentryzmu jest unicestwieniem chrześcijaństwa. Sprawa ta jednak nie jest taka prosta, gdyż wchodzi tutaj w grę także i fakt Wcielenia, a więc przyjęcia przez Słowo Boże natury człowieka. Stąd też kiedy papież Paweł VI z dumą głosił światu, oświadczając: “My również mamy kult człowieka”, wierzący katolicy odnieśli to oświadczenie do Jezusa z Nazaretu, czyli do człowieczeństwa Chrystusa Pana, który przez przyjęcie natury ludzkiej w łonie Najświętszej Dziewicy, stał się Bogiem-człowiekiem, stąd to i wyłącznie to człowieczeństwo Chrystusowe może odbierać kult religijny wśród chrześcijan, ale nigdy, w żadnym wypadku, jakiejkolwiek innej osoby, a nawet nie osoby Najświętszej Marii Panny. Kościół, w ciągu całej swej historii, zawsze rozróżniał między kultem religijnym Boga i kultem świętych, wyniesionych na ołtarze (figury, obrazy itd.). Kult Boga w Kościele katolickim zawsze był i jest uważany jako adoracja, zwany “latria”, kult zaś świętych tylko jako czczenie, a więc jako “dulia”, natomiast kult religijny Matki Bożej jako “superdulia”, a więc Kościół zawsze bardzo wyraźnie rozróżniał między kultem Boga i stworzeń boskich.

Tak więc, w czasie DSW, mimo dążności do zastąpienia tradycyjnego teocentryzmu przez antropocentryzm, istniała nadal świadomość, że “kult człowieka”, tak wychwalany przez papieża Pawła VI, nie ma nic wspólnego z antropocentryzmem ideologii rewolucji francuskiej, ale obecnie, trzydzieści lat po DSW, już nie przypomina się tajemnicy Wcielenia, lecz wprost mówi się o człowieku jako takim. Stąd też poprzedni antropocentryzm, usprawiedliwiany przez dogmat Wcielenia, został zastąpiony zwykłym i wulgarnym antropocentryzmem. Co więcej, zwolennicy Teilhard’a de Chardin, nawiązują nawet do ewolucji, uważając, że to dzięki niej małpa stała się człowiekiem. Jest to więc antropocentryzm zoologiczny, a więc jak najbardziej zgodny z ideologią rewolucji francuskiej. Tak zwana “nowa teologia” właśnie jest budowana na tym ewolucyjnym antropocentryzmie, a więc jest też całkowicie sprzeczna z teologią tradycyjną.

Ten ewolucyjny antropocentryzm, głoszony w czasie DSW, jeszcze bardziej zapanował w życiu religijnym katolików, kiedy po Soborze zaczęto przeprowadzać najrozmaitsze reformy i zmiany w liturgii Kościoła katolickiego. Cała liturgia dwutysiącletnia była liturgią teocentryczną, poczynając od stylu budowy świątyń, kościołów i kaplic, które własną strukturą były skierowane ku Bogu, ku Niebiosom, ku wieczności. Przepiękne katedry średniowiecza do dziś mówią nam o Bogu, o Trójcy Przenajświętszej, o wieczności. Bardziej jeszcze mówią do nas witraże, obrazy, rzeźby, a to dlatego, że panował wśród wiernych teocentryzm. Obecnie, po reformach posoborowych, to co nowe, czy to budowle, czy malowidła, obrazy, figury, ołtarze niewiele mówią nam o Bogu i wieczności, gdyż są już przesiąknięte antropocentryzmem. Najbardziej widać to w zmianie liturgii. Ołtarz już nie jest ukierunkowany ku Bogu, ale ku ludziom. Celebrant też jest zwrócony ku wiernym, biorącym udział w ceremonii, a nie ku Bogu. Najświętszy Sakrament dawniej znajdował się w centrum kościoła, a dziś nieraz trudno go znaleźć. Cała liturgia Mszy świętej została tak zmieniona, że nic w niej nie zostało z teocentryzmu, gdyż wszystko zostało podporządkowane antropocentryzmowi. Nieliczni świeci, którzy ocaleli w okresie nowego obrazobórstwa posoborowego, chyba ze zdumieniem patrzą na to co się w świątyni obecnie dzieje; zapewne zapytują czy owe ceremonie mają coś wspólnego z dawną Mszą świętą, czy też są to jakieś protestanckie zebrania; i nic dziwnego skoro obecna liturgia mszalna została wzięta z protestanckiej ceremonii. Tak to antropocentryzm wyrugował teocentryzm.

Największe jednak spustoszenie dokonał w tak zwanej “nowej teologii”, której “nowość” polega właśnie na całkowitym zerwaniu z teologią tradycyjną i na powrocie do wszelkich poglądów heretyckich, jakie ukazywały się w ciągu dwutysiąclecia chrześcijaństwa.

Ta “nowa teologia” daje nam nowe pojęcie Kościoła, całkowicie niezgodne z pojęciem tradycyjnym. Aż do II Soboru Watykańskiego Kościół był pojmowany przede wszystkim jako Ciało Mistyczne Chrystusa Pana, według teologii św. Pawła. Do Kościoła należały tylko i wyłącznie osoby wierzące w Chrystusa Pana, jako Boga-człowieka i w naukę Kościoła, a przyjmowani byli do Kościoła przez Chrzest św. Natomiast “nowa teologia” pojmuje Kościół jako wspólnotę wszystkich ludzi, żyjących na planecie Ziemia, a więc także i nie wierzących i nie ochrzczonych, a nawet takich, którzy o Kościele nic nie słyszeli i go nie znają, ale przez “nową teologię” są uważani jako “chrześcijanie anonimowi”. Takie pojęcie Kościoła zrujnowało misjonarstwo, bo po co misjonarze mają nawracać pogan, jeśli ci, będąc poganami, i tak należą do Kościoła i będą zbawieni?

“Nowa teologia” narzuciła także katolikom nowe pojęcia ekumenizmu, który jest pojmowany jako zjednoczenie wszystkich religii, nawet pogańskich, które, aż do II Soboru Watykańskiego uważane były jako szatańskie, a to na podstawie psalmu 95, który mówi: “ąuoniam omnes dii gentium daemonia”, czyli: bożkowie pogan są demonami.

Tę “nową teologię” naszych czasów charakteryzuje także przesadny subiektywizm, czyli szukanie pewności tylko i wyłącznie we własnej świadomości, a więc w sobie samym, a nie w świecie zewnętrznym, czyli w Objawieniu zawartym w Piśmie św. i w Tradycji, ani też w oficjalnej nauce Kościoła, głoszonej w ciągu wszystkich wieków jego istnienia. Ta “nowa teologia” nie bierze więc pod uwagę Depositum Fidei, o którym tak gorliwie przypominał św. Paweł w liście do Tymoteusza (2 Tym. l, 12). Także tradycyjna nauka Kościoła nie interesuje tej “nowej teologii”, stąd też jej najrozmaitsze dziwactwa i bałamuctwa, jak np. że wszyscy ludzie będą zbawieni, niezależnie od tego w jaki sposób żyją, a więc że nie istnieje piekło, a przecież Chrystus Pan powiedział: “Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszystkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzczony zostanie, zbawion będzie, a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (św. Mk 16, 15-16).

Ukazał się też w tej “nowej teologii” nowy personalizm, zupełnie inny niż ten tradycyjny, oparty na filozofii Boethiusa i św. Tomasza z Akwinu. Ten “nowy personalizm” to pogański kult człowieka, nawiązujący do myśli Spinozy, Kanta i Hegla, a przesiąknięty panteizmem.

Głównymi przedstawicielami tej “nowej teologii”, potępionej wielokrotnie przez ostatnich papieży przedsoborowych, są Karl Rahner, Yves Congar, Alois Grillmeier, Hans Kung, De Lubac, Semmelroth, Urs von Balthazar i Schillebeeck.

Oto niektóre triumfy rewolucji francuskiej w Kościele katolickim.

Największym jednak triumfem rewolucji francuskiej jest to, że w miejsce tradycyjnej zasady: “wszystko dla większej chwały Boga”, II Sobór Watykańskie wprowadził zasadę: “wszystko na ziemi powinno być podporządkowane człowiekowi” (Gaudium et Spes, 12, 1), czyli triumf antropocentryzmu nad teocentryzmem.

ks. prof. Michał PORADOWSKI

Przypisy:

1) Zob. I.L. Talmon, Los origenes de la dcmocracia totalitaria.

2) Na przykład: poprzednie prawo kanoniczne zabraniało koncelebracji (c. 803), a obecne prawo kanoniczne na nią pozwala. Sprawa ta jest bardzo ważna, bo kiedy stu księży koncelebruje jest tylko jedna Msza święta, a nie sto, co bardzo interesuje dusze w czyśćcu cierpiące.

3) G.F. Dillon, Antychryst w walce z Kościołem, Fulmen, 1994.

(Ks. Michał Poradowski, Dziedzictwo rewolucji francuskiej, Wrocław 2001, ss.192-199)