OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Kościół

Co powinieneś wiedzieć o Pięćdziesiątnicy

Pięćdziesiąt dni po Zmartwychwstaniu Pańskim na zebranych w wieczerniku apostołów zstąpił Duch Święty. Dokładnie tak, jak zapowiedział to Pan Jezus tuż przed Wniebowstąpieniem. Przypominamy siedem rzeczy, o których musi pamiętać katolik, gdy myśli o tym szczególnym wydarzeniu.

1. Dlaczego „Pięćdziesiątnica”?

Święto Ducha Świętego obchodzimy pięćdziesiątego dnia po Zmartwychwstaniu Pańskim. W języku liturgicznym święto Zesłania Ducha Świętego nazywa się z tego powodu „Pięćdziesiątnicą”.

Grecy mieli na to własne słowo – Pentecostes, czyli pięćdziesiątka. Łacina przejęła to słowo, używając „Pentecoste”. Pozostaje to nie bez znaczenia dla współczesnych katolików – cały anglosaski świat obchodzi bowiem święto zwane w tym języku Pentecost, choć po angielsku oczywiście nie oznacza to tego samego, co „pięćdziesiąt”. Włosi obchodzą zaś święto Pentecoste – nie zmienili łacińskiego pierwowzoru. My mamy „Pięćdziesiątnicę”.

2. Skąd wzięła się alternatywna nazwa „Zielone świątki”?

Pięćdziesiątnica przypada w Polsce w okresie najpiękniejszego, najbujniejszego rozkwitu przyrody – święto to obchodzimy bowiem zwykle na przełomie maja i czerwca. Różne regiony Polski dopracowały się nieco odmiennego obyczaju zielonoświątkowego, ale wszystkie łączyło uwypuklenie radości z długo oczekiwanego, „zielonego” okresu w roku. Wieńce w ten dzień zdobiły głowy dziewcząt, ludność wiejska w święto to urządzała też liczne zabawy, oczywiście na zielonym łonie przyrody.

W zależności od regionu Polski „Zielone Świątki” nazywane były dawniej również Sobótkami (południowa Polska) lub Palinockami (Podlasie). Co ciekawe, tradycja Zielonych Świątek przetrwała również w Dolnej Saksonii (Pfingstbaumpflanzen) oraz na zachodniej Ukrainie.

3. To jedna z trzech najważniejszych uroczystość w Roku Liturgicznym!

Trzy największe uroczystości roku kościelnego są poświęcone trzem Osobom Trójcy Przenajświętszej: Boże Narodzenie jest świętem Boga Ojca, bo świętem Ojcostwa Bożego – Ojciec Przedwieczny zsyła Syna swego Jednorodzonego na ziemię, by grzeszną ludzkość odkupił. Wielkanoc jest świętem Boga Syna, który po męce i śmierci krzyżowej uwieńczył dzieło Odkupienia chwalebnym Zmartwychwstaniem.

Zielone Świątki wreszcie są świętem trzeciej Osoby boskiej, Ducha Świętego, którego Ojciec i Syn zsyłają na świat, aby to, co Ojciec stworzył, a Syn odkupił, zostało utwierdzone i poświęcone przez Niego.

4. Przed wojną traktowano Święto Ducha Świętego jak Boże Narodzenie i Wielkanoc

Przed wojną Zielone Świątki – podobnie jak Boże Narodzenie i Wielkanoc – były świętami dwudniowymi. Drugi dzień (jako dzień wolny) usunęli komuniści. Po 1989 r. nie było woli, by do dobrych tradycji powrócić. [Jacy „komuniści”? Żydzi! – admin]

Reforma liturgii po Soborze Watykańskim II sp rawiała natomiast, że z kalendarza kościelnego zniknęła oktawa Zesłania Ducha Świętego. Dziś zawsze obchodzimy Pięćdziesiątnicę de facto 49 dni po Zmartwychwstaniu – jest to bowiem święto niedzielne – Niedziela Zesłania Ducha Świętego.

5. Jak Pismo Święte przedstawia Zesłanie Ducha Świętego?

Dla przypomnienia, w Dziejach Apostolskich czytamy: „I stał się z prędka z nieba szum, jakoby przypadającego wiatru gwałtownego, i napełnił wszystek dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im rozdzielone języki jakoby ognia, i usiadł na każdym z nich z osobna: i napełnieni są wszyscy Duchem Świętym i poczęli mówić rozmaitymi językami, jako im Duch Święty wymawiać dawał” (Dzieje Ap., II, 2-4).

Ludzie zgromadzeni przed wieczernikiem uważali początkowo, że apostołowie upoili się winem! Wyszedł do nich święty Piotr i ogłosił im Jezusa Chrystusa. Mowa ta, nawróciła naraz trzy tysiące ludzi! „Pokutę czyńcie, a niech ochrzczony będzie każdy z was w Imię Jezusa Chrystusa… a weźmiecie dar Ducha Świętego” – rzekł do nich.

6. Tego dnia narodził się Kościół

Według wielu pisarzy katolickich Pięćdziesiątnica jest niczym innym jak dniem narodzin Kościoła. Wspomniane trzy tysiące nawróconych rozmnożyły się z zadziwiającą prędkością. Nie musiało minąć pięćdziesiąt lat od dnia pięćdziesiątnicy, by w każdym zakątku znanego wówczas człowiekowi świata, usłyszano święte imię Jezusa Chrystusa.

Święty Jan Paweł II pisał, że choć Kościół narodził się na krzyżu w Wielki Piątek, trwał w ukryciu. Swoje narodziny postanowił ujawnić światu właśnie pięćdziesiąt dni później. Tego dnia – po ludzku – narodził się dla całego świata.

7. Niech zstąpi Duch Twój – wołanie w wigilię Zesłania

Wielu katolików doskonale pamięta słowa Jana Pawła II z jego pierwszej pielgrzymki do ojczyzny, wypowiedziane w Warszawie. Papież wołał wówczas: Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej Ziemi! [No i jakiś duch zstąpił i „odnowił”… – admin] Telewizje i portale internetowe pokazywały nam ten moment tysiące razy, potrafimy nawet zaintonować go, tak jak Ojciec Święty.

Ale czy pamiętamy, że słowa te – które z pewnością znacznie przyczyniły się do zmiany polskiej rzeczywistości – wypowiedziane były w wigilię Pięćdziesiątnicy właśnie? Tuż przed tymi słowami Jan Paweł II mówił: I wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja: Jan Paweł II papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia, wołam w przeddzień święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi:
Niech zstąpi Duch Twój!
Niech zstąpi Duch Twój!
I odnowi oblicze ziemi.
Tej Ziemi!
Amen.

Źródło: sanctus.pl, brewiarz.pl, S. Maria Renata, Vivere cum Ecclesia VI – Zielone Świątki, Katechizm Kościoła Katolickiego

Herezja antyliturgiczna – Dom Prosper Guéranger OSB

Trzeba przyznać, że wypowiedzenie wojny świętemu językowi było mistrzowskim posunięciem protestantyzmu. Jeżeli kiedykolwiek uda mu się go zniszczyć, będzie to wielki krok ku całkowitemu zwycięstwu herezji.

Pierwszym znamieniem herezji antyliturgicznej jest nienawiść do Tradycji wyrażonej w sformułowaniach używanych w kulcie Bożym. Nie da się nie zauważyć tej szczególnej cechy wszystkich heretyków — od Wigilancjusza po Kalwina ­a przyczyna tego jest łatwa do wyjaśnienia. Każdy sekciarz, który pragnie wprowadzenia nowej doktryny, niezawodnie staje w obliczu liturgii będącej najgłębszym, najlepszym wyrazem Tradycji, i od tej pory nie spocznie, dopóki nie zagłuszy tego głosu, dopóki nie porwie na strzępy owych stronic przypominających wiarę minionych stuleci.

DOM Prosper Ludwik Pascal Guéranger, odnowiciel zakonu benedyktynów we Francji i pierwszy po rewolucji antyfrancuskiej opat Solesmes, napisał w 1840 r. swoje Instytucje liturgiczne, , chcąc odbudować wśród kleru wiedzę i zamiłowanie do liturgii rzymskiej. Przedstawiamy naszym czytelnikom fragment tego dzieła, w którym dom Gueranger podsumowuje to, co określa mianem herezji antyliturgicznej: jest to streszczenie doktryny i praktyk liturgicznych sekty protestanckiej od XIV do XVIII wieku. Jak łatwo zauważyć, wiele z tych zasad jest uderzająco podobnych do posoborowych reform liturgicznych.

W istocie, w jaki sposób mogły zainstalować się i przejąć kontrolę nad masami luteranizm, kalwinizm, anglikanizm? Wszystko, co musieli zrobić, to zastąpić stare księgi i wyrażenia nowymi – i dzieło to zostało dokonane. Pozbyli się w ten sposób wszystkiego, co mogłoby niepokoić nowych kaznodziejów; mogli oni nauczać czegokolwiek chcieli, a wiara ludzi została w ten sposób pozbawiona wszelkiej obrony.

Luter pojął tę prawdę z przebiegłością godną jansenistów, skoro u zarania swoich innowacji, gdy jeszcze sądził, że powinien zachować przynajmniej po części zewnętrzne formy rytu łacińskiego, stworzył następujące zasady zreformowanej liturgii: „Przyjmujemy i zachowujemy introity na niedziele oraz święta Pana naszego, czyli Wielkanoc, Zielone Świątki i Boże Narodzenie. Powinniśmy obstawać przy używaniu całego psalmu w introicie, tak jak to było w dawnych czasach, ale z ochotą dostosujemy się do dzisiejszego zwyczaju. Nie ganimy nawet tych, którzy pragną zachować introity w święta Apostołów, Matki Boskiej oraz innych świętych, ponieważ te trzy introity zaczerpnięto z Psalmów i innych ksiąg Pisma”.

Luter śmiertelnie nienawidził świętych śpiewow, które sam Kościół skomponował dla zamanifestowania swojej wiary. Herezjarcha wyczuwał w nich siły witalne Tradycji, których pragnął się pozbyć. Gdyby pozostawił Kościołowi prawo mieszania podczas zgromadzeń wiernych głosu Tradycji z proroctwami Pisma św. musiałby narazić się na konieczność słuchania, jak pieśń miliona ust potępia jego fałszywe dogmaty. Stąd jego nienawiść do wszystkiego w liturgii, co nie wynika bezpośrednio z Pisma św.

I to jest, w rzeczy samej, druga zasada sekty antyliturgicznej: zastępowanie sformułowań nauczania Kościoła czytaniami z Pisma Św. Przynosi im to dwie korzyści: po pierwsze, wycisza głos Tradycji, której sekciarze zawsze tak się obawiają. Po drugie, propaguje i wspiera ich dogmaty drogą negacji i afirmacji. Drogą negacji — gdy pomijają wyrachowanym milczeniem teksty, które wyrażają naukę przeciwną propagowanym błędom; droga, afirmacji — gdy akcentują wyjęte z kontekstu wersety, które ukazują tylko jedną stronę prawdy, zakrywając inne jej aspekty przed oczyma ludzi prostych.

Wiadomo od wielu stuleci, że pierwszeństwo przyznawane przez heretyków Pismu św. przed definicjami Kościoła nie ma innego uzasadnienia, jak tylko ułatwienie uczynienia Słowa Bożego według ich własnych wyobrażeń i manipulowanie nim do woli.

Protestanci zredukowali niemal całą liturgię do czytania Pisma św. połączonego z kazaniami, w których tłumaczy się Pismo metodą racjonalistyczną. Jeżeli chodzi o wybór i określanie kanoniczności ksiąg, wszystko poddano kaprysom reformatora, który ostatecznie określa literalne znaczenie Pisma św.

Tak więc Luter dochodzi do przekonania, że w jego systemie religijnym idea bezużyteczności dobrych uczynków oraz zbawienie wyłącznie przez wiarę powinny stać się dogmatami, a zatem od tej chwili stwierdza, to List św. Jakuba jest „słomianym listem”, a nie pismem kanonicznym, z tego prostego powodu, to list ten naucza o konieczności dobrych uczynków do zbawienia.

W każdej epoce, w każdej formie sekciarstwa będzie tak samo: żadnych kościelnych formuł wiary, tylko Pismo św. ­ ale interpretowane, wybrane i prezentowane przez osoby, które wyglądają zysku z innowacji.

Pułapka ta jest niebezpiecz­na dla ludzi prostych, którzy dopiero po długim czasie mogą spostrzec, że zostali oszukani oraz że Słowo Boże — ten „miecz obosieczny”, jak nazywali je Apostołowie — zadało im głębokie rany, gdyż zostało zmanipulowane przez synów zatracenia.

Trzecią zasadą heretyków co do reformy liturgii jest, gdy już wyeliminowali sformułowania kościelne i proklamowali absolutną, konieczność korzystania wyłącznie z treści Pisma św., a zauważywszy, to Pismo — mimo ich chęci — nie zawsze daje się nagiąć do ich potrzeb, trzecią, powiadam, ich zasadą jest tworzenie i wprowadzanie rozmaitych formuł, pełnych podstępu, sprawiających, że ludzie jeszcze łatwiej wpadają. w sidła błędu, a przez to struktura bezbożnej reformy umacnia się na całe wieki.

Trudno się dziwić sprzecznościom, które herezja ukazuje w swych dziełach, gdy się wie o czwartej zasadzie, czy może czwartej konieczności narzucającej się sekciarzom przez samą naturę ich buntu, ­jest to wrodzona sprzeczność w ich własnych zasadach.

Musi tak być, aby byli zawstydzeni w owym wielkim dniu, który prędzej czy później zaświta, gdy Bóg ujawni ich nagość przed oczyma tych, których zwiedli; co więcej, w samej naturze ludzkiej nie leży uporządkowanie. Tylko prawda może być uporządkowana.

Wszyscy oni bez wyjątku zaczynają od powrotu do starożytności. Chcą oczyścić chrześcijaństwo ze wszystkich ludzkich błędów i sentymentów, które mogły się z nim zmieszać; chcą je oczyścić ze wszystkiego, co „fałszywe” i „niegodne Boga”. Wszystko, czego chcą, to powrót do źródeł, dlatego też stwarzają pozory powrotu do kolebki chrześcijańskich instytucji. W tym celu skracają, wymazują, wycinają; wszystko biorą w swoje ręce. Ktoś, kto czekał na ukazanie się pierwotnej czystości kultu Bożego, w pewnej chwili orientuje się, że został zasypany nowymi formułami, powstałymi poprzedniej nocy, niezaprzeczalnie ludzkimi, ponieważ ten, kto je stworzył, wciąż stąpa po ziemi.

”Tracimy mowę wieków chrześcijaństwa, stajemy się jakby intruzami i profanami w literackim zakresie wyrażania przeżyć sakralnych, i w ten sposób utracimy znaczną część tego zdumiewającego niezrównanego faktu artystycznego i duchowego, jakim jest śpiew gregoriański. Naprawdę, mamy powód do użalania się i pewnego lęku: czym zstąpimy ten język anielski? Jest to ofiara z wartości nieocenionej. A dla jakiego celu? Co może być droższe nad te ogromne wartości naszego Kościoła?
Odpowiedź wydaje się banalna i prozaiczna: ale jest ona przekonywująca, bo ludzka, apostolska. Ważniejsze jest zrozumienie modlitwy niż dawne jedwabne szaty, w jakie się ona po królewsku przyoblekała; ważniejsze jest uczestniczenie ludu, tego ludu nowoczesnego, nasyconego słowami jasnymi, zrozumiałym, dającym się przetłumaczyć w konwersacji świeckiej.
Gdyby boska łacina miała trzymać z daleka od nas dziatwę, młodzież, świat pracy i spraw doczesnych: gdyby miała być ciemną przesłoną zamiast przezroczystym kryształem, to czy my, rybacy dusz, zrobilibyśmy dobrą kalkulację, zastrzegając jej wyłączne panowanie w konwersacji modlitewnej i religijnej?”
(fragmenty przemówienia Pawła VI pt. Novus ordo Missae (Nowy obrzęd Mszy), 26 listopada 1969)

Każda sekta przechodzi tę drogę. Widzieliśmy to u monofizytów i nestorian — to samo znajdziemy w każdym odłamie protestantyzmu. Ich żądza nauczania wyłącznie „starożytności” doprowadziła ich jedynie do odcięcia się od całej przeszłości. Wówczas stanęli przed tymi, których zwiedli, i zaklinali się, że teraz wszystko jest już dobrze, dodatki papistów znikły, a Boski kult wrócił do swego pierwotnego kształtu…

Ponieważ zaś reforma liturgiczna została powzięta z tym samym zamiarem, co reforma dogmatów, których jest konsekwencją, dlatego protestanci, którzy wyłamali się w tym celu, aby mieć mniej prawd do wierzenia, dążą do usunięcia z liturgii wszystkich ceremonii, wszystkich sformułowań, które wyrażają tajemnice. Nazywają przesądami i bałwochwalstwem wszystko, co nie wydaje im się całkowicie racjonalne, a przez to ograniczają, wyrażanie wiary, zaciemniając przez wątpienie, a nawet przez negację, każde spojrzenie otwarte na świat nadprzyrodzony.

Dlatego dość już sakramentów — poza chrztem — co wytyczyło ścieżki socjalistom, którzy swoich zwolenników uwolniłi nawet od chrztu. Dość już sakramentaliów, błogosławieństw, obrazów, relikwii świętych, procesji, pielgrzymek etc. Koniec z ołtarzem, wystarczy tylko stół; dość już ofiary tak jak w każdej religii, wystarczy jedynie posiłek. Koniec z kościołem, wystarczy dom zgromadzeń. Dość architektury religijnej, gdyż brak już tajemnicy. Dość chrześcijańskiego malarstwa czy figur, gdyż nie ma już religii doświadczanej zmysłami. A wreszcie dość poezji w kulcie, którego nie chroni już miłość ani wiara.

Stłumienie pierwiastka mistycznego w liturgii protestanckiej musiało nieomylnie wywołać całkowity zanik prawdziwego ducha modlitwy, który w katolicyzmie zwiemy namaszczeniem.

Zbuntowane serce nie potrafi już miłować, a serce pozbawione miłości może jedynie wydać z siebie mierny wyraz uszanowania lub lęku, zatruty zimną pychą faryzeusza. Taka jest właśnie liturgia protestancka.

Udając pełen czci kontakt z Bogiem, liturgia protestantów nie potrzebuje pośredników. Zwracać się o pomoc do Matki Bożej bądź prosić o wstawiennictwo świętych oznacza dla nich brak szacunku dla Najwyższego.

Ich liturgia wyklucza całą tę „idolatrię papistów”, która prosi stworzenie ziemskie o to, o co powinno się prosić wyłącznie Boga. Oczyszcza kalendarz z imion tych wszystkich, których Kościół Rzymski tak zuchwale wymienia zaraz po Bogu. Szczególną odrazę żywi do imion mnichów i innych ludzi późniejszych czasów, które figurują zaraz obok imion wybranych przez Jezusa Chrystusa Apostołów. To na nich Chrystus Pan zbudował pierwotny Kościół, który — jak mówią heretycy — jedynie był czysty w swej wierze, wolny od wszelkich zabobonów w swym kulcie i wszelkiego rozluźnienia w swych obyczajach.

Ponieważ jednym z głównych celów reformy liturgicznej było zniesienie czynności i formuł o mistycznym znaczeniu, stało się logiczną konsekwencją, że autorzy reformy musieli podkreślać konieczność użycia w kulcie języków ojczystych.

W oczach heretyków to rzecz najważniejsza. Kult nie może być czymś tajemniczym. Ludzie — powiadają — muszą rozumieć to, co śpiewają. Nienawiść do łaciny wrosła w serca wszystkich przeciwników Rzymu. Postrzegają ją jako więź scalającą wszystkich katolików z całego świata, jako arsenał ortodoksji wymierzony przeciw zagadkom ducha sekciarskiego.

Duch buntu, który kazał im przerabiać uniwersalną modlitwę na mowę każdego człowieka, każdej prowincji i stulecia, wreszcie zrodził owoce, a zreformowani na własne oczy przekonują się, że katolicy, pomimo swoich łacińskich modlitw, lepiej spełniają swe obowiązki kultu i bardziej się w nich radują niż protestanci. Każdej godziny w kościołach katolickich odbywa się Boski kult. Wierny katolik, który włącza się w ten kult, zostawia swój język ojczysty przed drzwiami kościoła. Poza kazaniem słyszy jedynie tajemnicze słowa, a nawet nie słyszy ich wcale w najuroczystszej chwili — kanonie Mszy św. Mimo to owa tajemniczość pociąga go tak mocno, iż nie jest nawet odrobinę zazdrosny o protestanta, którego ucho nie słyszy nic, czego znaczenia by nie znał.

Trzeba przyznać, że wypowiedzenie wojny świętemu językowi było mistrzowskim posunięciem protestantyzmu. Jeżeli kiedykolwiek uda mu się go zniszczyć, będzie to wielki krok ku całkowitemu zwycięstwu herezji. Liturgia wystawiona na wzrok gapiów, jak zbezczeszczona dziewica, straciła wiele ze swego świętego charakteru, a ludzie bardzo szybko stwierdzili, że nie warto odkładać swojej pracy czy przyjemności po to, żeby iść i słuchać tego, co się mówi w taki sam sposób, jak rozmawia się na targu.

Odzierając liturgię z upokarzającego rozum misterium, protestantyzm postarał się nie zapomnieć o praktycznych konsekwencjach, to znaczy o uwolnieniu od trudu i wysiłku dla cielesnej natury, nałożonych przez reguły „liturgii papistów”. A zatem, po pierwsze i najważniejsze, koniec z postami, koniec ze wstrzemięźliwością, koniec z klękaniem na modlitwie. Koniec z codziennymi obowiązkami sług świątyni, nigdy więcej kanonicznych modlitw do odmówienia w imieniu Kościoła. — To jest właśnie jeden z najważniejszych owoców wielkiej protestanckiej swobody: zmniejszenie skarbca publicznych i prywatnych modlitw.
Bieg wydarzeń pokazał, że wiara i miłość, które żywią się modlitwą, szybko wyparowały z szeregów reformatorów, podczas gdy wśród katolików cnoty te nieustannie karmią wszelkie akty poświęcenia Bogu i człowiekowi, ponieważ chronią je niewyczerpane skarby liturgicznej modlitwy kleru diecezjalnego i zakonnego, w której ma swój udział cała społeczność wiernych.

Ponieważ protestantyzm musiał ustanowić regułę, która pozwoliłaby wskazać wśród instytucji „papistów” te, które są. najbardziej wrogie jego zasadom, czuł się zmuszony dokopać się do fundamentów katolickiej budowli, aby znaleźć kamień węgielny, na którym wszystko się opiera. Jego instynkt wskazał mu oczywiście dogmat nie do pogodzenia z wszelkimi innowacjami: władzę papieską. Gdy Luter napisał na swoim sztandarze: „Nienawiść do Rzymu i jego praw”, po raz kolejny tylko potwierdził podstawową zasadę każdego odłamu sekty antyliturgicznej. Od tej chwili musiał odrzucić wszystko, zarówno kult, jak i ceremonie, jako „rzymskie bałwochwalstwo”. Język łaciński, Święte Oficjum, kalendarz, brewiarz — wszystko stało się dlań ohydą Nierządnicy Babilonu. Biskup Rzymu pognębia umysły dogmatami, a zmysły rytuałami, dlatego protestantyzm orzekł, że dogmaty są jedynie bluźnierczymi błędami, a liturgia — środkiem do wzmocnienia despotycznej władzy uzurpatora.

Warto to wspomnieć o doskonałym spostrzeżeniu, jakie zawarł Józef de Maistre w swym dziele Papież ; głęboko i przenikliwie wykazał, że pomimo wszystkich różnic, jakie winny dzielić rozmaite sekty, jest jedno, w czym są do siebie tak podobne, aż niemal nie do odróżnienia — wszystkie są antyrzymskie.

Herezja antyliturgiczna, chcąc ostatecznie ustanowić swą władzę, musiała jeszcze zarówno co do zasady, jak i faktycznie zniszczyć chrześcijańskie kapłaństwo. Czuła bowiem, że gdzie jest kapłan, tam ołtarz, a gdzie ołtarz, tam poświęcenie i pełen tajemnic ceremoniał.

Obaliwszy urząd Najwyższego Kapłana, musieli jeszcze unicestwić znamię biskupstwa, z którego płynie mistyczne nałożenie rąk, uwieczniające świętą hierarchię. Z tego właśnie zrodził się powszechny prezbiterianizm, jako nieomylny skutek odrzucenia władzy papieskiej. Od tej pory, ściśle biorąc, nie mają kogoś takiego jak ksiądz. Jak zwykłe mianowanie, bez konsekracji, może sprawić, że jest się wyświęconym? Wśród luteran czy kalwinistów są jedynie ministrowie [słudzy] — Boga lub ludzi, jak kto woli. Ale to nie wszystko. Wybrany spośród i przez świeckich minister jest tylko laikiem, któremu przydzielono pewne funkcje w zborze. W protestantyzmie są tylko świeccy — i nie może być inaczej, bo nie ma już liturgii.

Takie są właśnie zasady i hasła sekty antyliturgicznej. W tym, co napisaliśmy, nie ma żadnej przesady. Ujawniliśmy jedynie stokroć razy potwierdzone nauki, zawarte w pismach Lutra, Kalwina i wielu im podobnych. Łatwo sprawdzić to samodzielnie. To, co z nich wynika, jest jawne dla całego świata. Uznaliśmy, że warto rzucić trochę światła na podstawowe zasady tej sekty. Warto się uczyć na błędach.

Dom Prosper Guéranger OSB

1. Prezbiterianizm — od prezbiter, ‘kapłan’, stopień święceń hierarchii katolickiej; autor prawdopodobnie ma na myśli, po pierwsze, wynikającą z braku biskupstwa w protestantyzmie nieobecność ściśle pojętej hierarchii, a z drugiej — rozkwit „kapłaństwa powszechnego”, i imię którego każdy czuje się tam upoważniony do pełnienia obowiązków kaznodziei, egzorcysty czy przewodnika duchowego.

W I E L K A N O C 2018

W E S O Ł E G O A L L E L U J A !!!
Niechaj biją wszystkie dzwony,
I nie milkną zawstydzone,
Kiedy Jezus dziś zmartwychwstał
I cierniową zdjął koronę!
Płótna zwinął i porzucił,
Kamień grobu sam odwalił,
A zstąpiwszy do piekieł
Od grzechu nas ocalił.
Zbawco świata, Ty jedyny,
Nie pamiętasz naszej winy,
Ani wartych potępienia czyny!
Z radością dzisiaj do Ciebie się tulimy,
I wyznając Twoje zmartwychwstanie
Oczekujemy Twego przyjścia w chwale,
Z mocą wielką, wspaniałością wszelką,
Sprawiedliwym sądem ostatecznym…
I teraz nic już nie będzie nam straszne,
Kiedy Twoje bóstwo zajaśnieje
Jak dzisiaj, tej nocy – jedynej,
Tej Wielkiej Nocy

Warszawa,kwiecień 2018
Marian RETELSKI

Rewolucja francuska w Kościele katolickim – ks. prof. Michał Poradowski

Przez przeszło dwieście lat, rewolucja francuska daremnie usiłowała rozciągnąć się także i na Kościół katolicki, a osiągnęła to dopiero w czasie Drugiego Soboru Watykańskiego (DSW). Co więcej, osiągnęła nie tylko pewne wpływy na obrady tegoż Soboru, ale także i oczywiste triumfy. Już na początku Soboru, wśród jego uczestników, wyraźnie zamanifestowały się trzy pozycje: gorących entuzjastów ideologii rewolucji francuskiej, zdecydowanych wrogów tejże, oraz osób niezdecydowanych. Tak entuzjaści, jak i wrogowie ideologii rewolucyjnej usiłowali pozyskać owych niezdecydowanych.

Ale kim byli ci “niezdecydowani”? Byli to prawie wyłącznie biskupi z krajów pozaeuropejskich, a więc azjatyckich, afrykańskich, amerykańskich, australijskich, czyli osoby, które niewiele wiedziały o historycznej roli rewolucji francuskiej, a przede wszystkim o jej zdecydowanie antychrześcijańskim charakterze.

Dlaczego jednak znaczna część biskupów z krajów europejskich z takim entuzjazmem odnosiła się do ideologii rewolucji francuskiej? Odpowiedź jest bardzo prosta: bo albo byli masonami, albo też byli zwolennikami ideologii masońskiej, bo przecież rewolucję francuską przygotowała masoneria i to głównie jeśli chodzi o samą ideologię rewolucji i jej charakter antychrześcijański. Jak wielu było masonów wśród Ojców Soboru świadczą ich przemówienia jakby żywcem brane z encyklik papieskich, które potępiały masonerię i jej ideologię. Wystarczy zajrzeć do owych encyklik papieskich, poczynając od Klemensa XII z roku 1738 aż do Piusa XII, aby stwierdzić, że opinie te dziwnie pokrywały się lub co najmniej zbliżały do błędów potępionych przez papieży we wspomnianych wyżej encyklikach. Zresztą porównanie między rewolucją francuską i Soborem przyszło niemal w początkach obrad i to ze strony entuzjastów rewolucji francuskiej, gdyż porównanie to po prostu narzucało się, zwłaszcza jeśli chodzi o przebieg początkowych obrad soborowych. Przypomnijmy, że zwołanie Stanów Generalnych przez króla Francji Ludwika XVI i z jego inicjatywy (choć można podejrzewać, że inicjatywa ta została mu przez kogoś podsunięta), oraz drobiazgowe przygotowania tematów obrad, które miały na celu unowocześnienie ustroju państwa, to wszystko zostało już w pierwszej sesji odrzucone, lub co najmniej nie brano tego pod uwagę, gdyż zgromadzeni postanowili zrobić wszystko po swojemu i z własnej inicjatywy. To samo stało się z Drugim Soborem Watykańskim, jako iż Ojcowie Soboru odrzucili materiał przygotowany przez Stolicę Apostolską i postanowili wszystko zacząć na nowo, według własnej inicjatywy, okazując w ten sposób zupełny brak szacunku dla Kurii Rzymskiej i jej pracowników, a więc postąpili zupełnie tak samo jak stało się w czasie rewolucji francuskiej. Ale nie ograniczono się tylko do owych porównań formalnych, lecz świadomie żądano, aby “duch” rewolucji francuskiej zapanował na Soborze. Wszyscy pamiętamy, jak kardynał Suenens oświadczył, że “Vaticanum II to jest rok 1789 w Kościele”, a więc porównał Drugi Sobór Watykański z rewolucją francuską, nadto dominikanin Yves Congar poszedł jeszcze dalej i porównał Sobór do rewolucji październikowej (i słusznie, gdyż rewolucja październikowa była tym dla Rosji co rewolucja francuska dla Francji). A obaj powiedzieli to z zachwytem i z wielką radością. W ten sposób prawie wszyscy uczestnicy DSW uznali jednogłośnie, że triumfuje na nim ideologia rewolucji francuskiej; jedni stwierdzili to z radością, a drudzy z ubolewaniem, ale opinia na ten temat była niemal jednomyślna.

Wkrótce okazało się, że zwolennicy ideologii rewolucji francuskiej stanowili większość, stąd też bez większych trudności narzucali swoje opinie i żądali całkowitej zmiany, tak co do ustroju prawnego Kościoła, jak też co do tradycyjnej nauki Kościoła. Usiłowano więc wszystko zmienić, ale nie zawsze w sensie udoskonalania, lecz raczej z zamiarem zrobienia wszystkiego na odwrót.

I tak, na przykład, od czasów apostolskich aż do II Soboru Watykańskiego, Kościół był zawsze monarchią i to nie jakąkolwiek, gdyż nawet Mesjasz był zapowiadany przez proroków jako król. Królowie, przybywający do Palestyny kierowani przez gwiazdę, zapytywali Heroda: gdzie się narodził przyszły król Izraela, stąd też i rzeź niewiniątek, zarządzona przez Heroda. Jezus z Nazaretu został skazany jako Bóg-człowiek, ale także jako król i sam bardzo często nauczał o Królestwie Bożym. Dlatego też Kościół od początku przyjął ustrój monarchiczny i zachował go aż do DSW, czego nie należy mieszać ze sprawą Państwa Kościelnego i jego ustroju monarchistycznego. Cały ustrój Kościoła, aż do DSW, był zawsze monarchiczny i to w sensie takim, że władza jego szła z góry, od Boga, od papieża aż do proboszcza wiejskiego, a prawo kanoniczne drobiazgowo określało odnośną jurysdykcję. Kościół był więc monarchią “par excellence” i to zupełnie niezależnie od zmiennych sytuacji politycznych, będąc już monarchią przed posiadaniem własnego Państwa, jak i też po jego utraceniu, czy też kiedy odzyskał je symbolicznie jako Citta del Vaticano. Miało to swoje ogromne konsekwencje praktyczne, jak na przykład pełnia władzy papieża, niezależność władzy biskupa w swej diecezji, czy też proboszcza w swej parafii, oczywiście zawsze według przepisów prawa kanonicznego.

Cała ta monarchiczna struktura Kościoła została zniszczona przez Drugi Sobór Watykański, a to głównie dlatego, że DSW, będąc entuzjastą ideologii rewolucji francuskiej, wprowadził do wewnątrz Kościoła ustrój demokratyczny i to demokracji nie starożytnej, a wiec ateńskiej, lecz demokracji rewolucji francuskiej, a wiec demokracji totalitarnej, bo russonianej 1). To już nie wola Boga, Chrystusa Króla, rządzi Kościołem-monarchią, przez swego wikariusza-papieża, ale “Lud Boży” przez nowoczesne struktury demokratyczne. Po DSW bowiem papieże nie mają już władzy królewskiej i we wszystkim, zgodnie z prawem kanonicznym już zdemokratyzowanym, muszą odwoływać się do najrozmaitszych instytucji demokratycznych, jak Sobory, Synody itd. i działać według “woli ludu”, jak w każdym ustroju demokratycznym. Podobnie też zmieniła się sytuacja wszystkich biskupów, gdyż zostali pozbawieni pełni władzy, którą mieli w dawnym ustroju monarchistycznym Kościoła, a obecnie zależą nie tylko od Rzymu, czyli od Stolicy Apostolskiej, lecz także od Synodów i ich postanowień, a przede wszystkim od Episkopatu i jego “demokratycznych” uchwał. To samo odnośnie proboszczów, którzy dawniej, w ustroju monarchistycznym Kościoła, mieli pełnie władzy w swych parafiach, podczas gdy obecnie ich władza została bardzo ograniczona, a to głównie przez swych własnych parafian, których muszą się radzić niemal we wszystkich sprawach i prosić o pozwolenie “rady parafialnej”. Stąd też zupełna zmiana w nowym kodeksie prawa kanonicznego.

Można dyskutować, czy ustrój poprzedni, a więc monarchistyczny, był lepszy od obecnego ustroju demokratycznego, ale nas interesuje tutaj zupełnie co innego, a mianowicie stwierdzenie, że rewolucja francuska, a według niektórych, jak widać, rewolucja październikowa czyli bolszewicka, odniosły triumf w Kościele, narzucając mu swoją ideologię polityczną, w miejsce zasad jakie dał mu sam Chrystus Pan. Łatwo jest zdać sobie sprawę z tej zasadniczej zmiany, porównując treść poprzedniego i obecnego Kodeksu Prawa Kanonicznego, i to nie tylko co do sprawy ustroju Kościoła, ale także i przede wszystkim odnośnie wszystkich zwyczajów życia chrześcijańskiego; wiele z tego co w dawnym Kodeksie Prawa Kanonicznego było zakazane, w obecnym Kodeksie jest nakazane lub co najmniej dozwolone 2). A nie są to sprawy banalne, bo za nimi znajdują się bardzo ważne zasady moralne i dogmatyczne. W dawnym ustroju monarchicznym spełniała się wola Boża, wola Chrystusa Pana, a w ustroju demokratycznym, obecnie zaprowadzonym, spełnia się wolę człowieka, wolę ludu i jego zachcianki, często całkowicie sprzeczne z wolą Boga i z nauką Chrystusa Pana. Nadto, ta “wola ludu” w praktyce sprowadza się do woli “większości głosów”, a więc decyduje liczba, a nie racja czy słuszność. Widzimy obecnie jak często, w parlamentach krajów tradycyjnie chrześcijańskich, przechodzą większością głosów ustawy całkowicie niezgodne z wolą Boga. Bóg mówi: “nie zabijaj”, a wola ludu uchwala ustawy pozwalające na zabijanie nienarodzonych. Bóg mówi przez słowa liturgii ślubnej do małżonków: “nie porzucę cię aż do śmierci”, a “wola ludu” uchwala ustawy o rozwodach. Trzeba pamiętać, że demokracja rewolucji francuskiej nie uznaje ani prawa naturalnego, ani też Dekalogu.

Wejście demokracji rewolucji francuskiej do wnętrza Kościoła spowodowało także zasadniczą zmianę roli Kościoła w społeczeństwie jako takim. Kościół monarchistyczny, rządzony przez Chrystusa Króla, służył Bogu, a obecny Kościół demokratyczny sam podkreśla w dokumentach II Soboru Watykańskiego, iż służy człowiekowi i ludzkości, a ta “ludzkość” często utożsamia się z tzw. “światem”, a przecież Chrystus Pan przestrzega nas przed “światem”, jako iż ten “świat” jest jeszcze często pod władzą szatana (wystarczy przypomnieć czasy Hitlera w Niemczech, czy też Stalina w Rosji). św. Jakub pisze: “…czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem jest nieprzyjaźnią z Bogiem?” (4,4). Niektóre idee rewolucji francuskiej wtargnęły do Kościoła już uprzednio, ale były przez autorytety kościelne zwalczane; dopiero w czasie Vaticanum II niektóre z nich zostały częściowo lub całkowicie przyjęte przez dokumenty soborowe, a wśród nich przede wszystkim sprawa poszanowania przekonań osobistych, czyli “głosu sumienia” i jego skutków, a więc uznania innych religii, nawet pogańskich, jako równych religii katolickiej. Przypomnijmy, że według biskupa Dillona był to główny postulat masonerii 3).

Cały szereg zasad i idei całkowicie obcych tradycyjnej nauce Kościoła, głoszonych przez entuzjastów rewolucji francuskiej, zaczęło przenikać do wnętrza życia religijnego Kościoła, mimo iż były one wielokrotnie przez poprzednich papieży odrzucane i napiętnowane jako heretyckie, lub co najmniej jako całkowicie niezgodne z nauką Kościoła, zwłaszcza przez ostatnich papieży przedsoborowych, a więc przez Piusa IX, Piusa X, Piusa XI i Piusa XII. Tak zwana “nowa teologia”, oparta na potępionym modernizmie, ukazuje się jeszcze przed drugą wojną światową, ale to dopiero po zwołaniu Vaticanum II i w czasie jego obrad zaczyna się proces asymilacji tych herezji wśród katolików i przesiąkanie ich do dokumentów II Soboru Watykańskiego, a zwłaszcza do ich interpretacji. Ta “nowa teologia” zrywa całkowicie z “teologią tradycyjną” Kościoła katolickiego, z nauką Kościoła niemal dwutysiącletnią, bo od czasów Chrystusa Pana i Apostołów aż do DSW. Teologia tradycyjna była i jest aż do dzisiaj oparta na tzw. “philosophia perennis”, czyli na filozofii chrześcijańskiej, wypracowanej przez Ojców Kościoła, jako podstawy teologii katolickiej, nie każda bowiem filozofia może być przydatną dla teologii katolickiej, a tylko takie filozofie, które szanują metafizykę, szukającą prawdy, jako iż właśnie z prawdą utożsamia się Chrystus Pan i Jego nauka. Nadto, aby prawda mogła być zrozumiale przedstawiona, konieczna jest odpowiednia terminologia, czyli dokładne określenie znaczenia słów i właśnie philosophia perennis jest jedyną filozofią, która dzięki nieustannej i żmudnej pracy filozofów, wypracowała konieczną terminologie. Było to dzieło wielu wieków, a skromne lecz bardzo ważne jej podstawy przygotowała już filozofia Sokratesa, Platona i Arystotelesa, dzięki czemu pierwsi Ojcowie Kościoła mogli wypracować podstawy terminologii teologicznej. Trudno tu nie wspomnieć głośnego filozofa chrześcijańskiego jakim był Boethius, który najbardziej przyczynił się do wypracowania terminologii filozoficzno-teologicznej, dzięki której powstała philosophia perennis, pozwalająca na uprzystępnienie wiernym największych tajemnic Wiary, jak np. Trójcy Przenajświętszej, czyli istnienia jednego Boga w trzech osobach, Ojca, Syna i Ducha świętego, czy też tajemnicy Chrystusa Pana jako Boga i człowieka, a więc jednej osoby, ale dwóch natur: boskiej i ludzkiej. Ta philosophia perennis pierwszych wieków została nadzwyczajnie wzbogacona i pogłębiona przez św. Tomasza z Akwinu, dając tak zwany “tomizm”, który stał się podstawą filozoficzną teologii.

Dopóki teologia chrześcijańska, a przede wszystkim teologia katolicka posługiwała się ową filozofią, a zwłaszcza tomizmem, wszystko w Wierze było jasne, zrozumiałe i poprawne, tak było w Kościele katolickim mniej więcej aż do drugiej wojny światowej, a jeśli pojawił się jakiś niedouczony teolog to Stolica Apostolska zabierała głos. Stąd też tak liczne encykliki wspomnianych już uprzednio papieży Piusów, od IX aż do XII. Przez niedouczonych teologów należy rozumieć tych, którzy odrzucili philosophia perennis, a przede wszystkim tomizm i zaczęli posługiwać się współczesnymi filozofiami, które absolutnie nie nadają się do rozważań teologicznych. Wspomniana już “nowa teologia” właśnie posługuje się owymi pseudofilozofiami współczesnymi, jak np. egzystencjonalizmem lub fenomenologią, a tym bardziej tzw. “filozofią działania” (Blondel). Wyjątkowo można by w pewnych wypadkach posługiwać się w teologii tzw. “filozofią czynu” Augusta Cieszkowskiego, ponieważ filozofia ta daje pierwszeństwo “prawdzie”, gdyż ta prawda metafizyczna dla Cieszkowskiego utożsamia się z Chrystusem Panem (zob. Cieszkowskiego Ojcze nasz).

Wszystkie współczesne pseudoteologie opierają się albo na egzystencjonalizmie, albo też na fenomenologii, stąd też nie są teologiami, lecz mają charakter wyłącznie osobistych opinii, a opinie te, jeśli chodzi o pisarzy przed II Soborem Watykańskiem, a więc jeszcze za życia papieży Piusów, zostały potępione i uznane za heretyckie. Niestety, mimo tych potępień, naucza się ich obecnie w Seminariach i na katolickich Wydziałach Teologicznych, stąd też zamęt jaki panuje obecnie w naszym życiu religijnym. Stąd też tylko powrót do philosophia perennis może położyć kres tym bałamuctwom.

Wielkim triumfem rewolucji francuskiej w Kościele katolickim jest porzucenie “teocentryzmu” i zastąpienie go “antropocentryzmem”. Cały światopogląd chrześcijański jest zbudowany na teocentryzmie i nie może istnieć światopogląd chrześcijański bez teocentryzmu, stąd też porzucenie teocentryzmu jest unicestwieniem chrześcijaństwa. Sprawa ta jednak nie jest taka prosta, gdyż wchodzi tutaj w grę także i fakt Wcielenia, a więc przyjęcia przez Słowo Boże natury człowieka. Stąd też kiedy papież Paweł VI z dumą głosił światu, oświadczając: “My również mamy kult człowieka”, wierzący katolicy odnieśli to oświadczenie do Jezusa z Nazaretu, czyli do człowieczeństwa Chrystusa Pana, który przez przyjęcie natury ludzkiej w łonie Najświętszej Dziewicy, stał się Bogiem-człowiekiem, stąd to i wyłącznie to człowieczeństwo Chrystusowe może odbierać kult religijny wśród chrześcijan, ale nigdy, w żadnym wypadku, jakiejkolwiek innej osoby, a nawet nie osoby Najświętszej Marii Panny. Kościół, w ciągu całej swej historii, zawsze rozróżniał między kultem religijnym Boga i kultem świętych, wyniesionych na ołtarze (figury, obrazy itd.). Kult Boga w Kościele katolickim zawsze był i jest uważany jako adoracja, zwany “latria”, kult zaś świętych tylko jako czczenie, a więc jako “dulia”, natomiast kult religijny Matki Bożej jako “superdulia”, a więc Kościół zawsze bardzo wyraźnie rozróżniał między kultem Boga i stworzeń boskich.

Tak więc, w czasie DSW, mimo dążności do zastąpienia tradycyjnego teocentryzmu przez antropocentryzm, istniała nadal świadomość, że “kult człowieka”, tak wychwalany przez papieża Pawła VI, nie ma nic wspólnego z antropocentryzmem ideologii rewolucji francuskiej, ale obecnie, trzydzieści lat po DSW, już nie przypomina się tajemnicy Wcielenia, lecz wprost mówi się o człowieku jako takim. Stąd też poprzedni antropocentryzm, usprawiedliwiany przez dogmat Wcielenia, został zastąpiony zwykłym i wulgarnym antropocentryzmem. Co więcej, zwolennicy Teilhard’a de Chardin, nawiązują nawet do ewolucji, uważając, że to dzięki niej małpa stała się człowiekiem. Jest to więc antropocentryzm zoologiczny, a więc jak najbardziej zgodny z ideologią rewolucji francuskiej. Tak zwana “nowa teologia” właśnie jest budowana na tym ewolucyjnym antropocentryzmie, a więc jest też całkowicie sprzeczna z teologią tradycyjną.

Ten ewolucyjny antropocentryzm, głoszony w czasie DSW, jeszcze bardziej zapanował w życiu religijnym katolików, kiedy po Soborze zaczęto przeprowadzać najrozmaitsze reformy i zmiany w liturgii Kościoła katolickiego. Cała liturgia dwutysiącletnia była liturgią teocentryczną, poczynając od stylu budowy świątyń, kościołów i kaplic, które własną strukturą były skierowane ku Bogu, ku Niebiosom, ku wieczności. Przepiękne katedry średniowiecza do dziś mówią nam o Bogu, o Trójcy Przenajświętszej, o wieczności. Bardziej jeszcze mówią do nas witraże, obrazy, rzeźby, a to dlatego, że panował wśród wiernych teocentryzm. Obecnie, po reformach posoborowych, to co nowe, czy to budowle, czy malowidła, obrazy, figury, ołtarze niewiele mówią nam o Bogu i wieczności, gdyż są już przesiąknięte antropocentryzmem. Najbardziej widać to w zmianie liturgii. Ołtarz już nie jest ukierunkowany ku Bogu, ale ku ludziom. Celebrant też jest zwrócony ku wiernym, biorącym udział w ceremonii, a nie ku Bogu. Najświętszy Sakrament dawniej znajdował się w centrum kościoła, a dziś nieraz trudno go znaleźć. Cała liturgia Mszy świętej została tak zmieniona, że nic w niej nie zostało z teocentryzmu, gdyż wszystko zostało podporządkowane antropocentryzmowi. Nieliczni świeci, którzy ocaleli w okresie nowego obrazobórstwa posoborowego, chyba ze zdumieniem patrzą na to co się w świątyni obecnie dzieje; zapewne zapytują czy owe ceremonie mają coś wspólnego z dawną Mszą świętą, czy też są to jakieś protestanckie zebrania; i nic dziwnego skoro obecna liturgia mszalna została wzięta z protestanckiej ceremonii. Tak to antropocentryzm wyrugował teocentryzm.

Największe jednak spustoszenie dokonał w tak zwanej “nowej teologii”, której “nowość” polega właśnie na całkowitym zerwaniu z teologią tradycyjną i na powrocie do wszelkich poglądów heretyckich, jakie ukazywały się w ciągu dwutysiąclecia chrześcijaństwa.

Ta “nowa teologia” daje nam nowe pojęcie Kościoła, całkowicie niezgodne z pojęciem tradycyjnym. Aż do II Soboru Watykańskiego Kościół był pojmowany przede wszystkim jako Ciało Mistyczne Chrystusa Pana, według teologii św. Pawła. Do Kościoła należały tylko i wyłącznie osoby wierzące w Chrystusa Pana, jako Boga-człowieka i w naukę Kościoła, a przyjmowani byli do Kościoła przez Chrzest św. Natomiast “nowa teologia” pojmuje Kościół jako wspólnotę wszystkich ludzi, żyjących na planecie Ziemia, a więc także i nie wierzących i nie ochrzczonych, a nawet takich, którzy o Kościele nic nie słyszeli i go nie znają, ale przez “nową teologię” są uważani jako “chrześcijanie anonimowi”. Takie pojęcie Kościoła zrujnowało misjonarstwo, bo po co misjonarze mają nawracać pogan, jeśli ci, będąc poganami, i tak należą do Kościoła i będą zbawieni?

“Nowa teologia” narzuciła także katolikom nowe pojęcia ekumenizmu, który jest pojmowany jako zjednoczenie wszystkich religii, nawet pogańskich, które, aż do II Soboru Watykańskiego uważane były jako szatańskie, a to na podstawie psalmu 95, który mówi: “ąuoniam omnes dii gentium daemonia”, czyli: bożkowie pogan są demonami.

Tę “nową teologię” naszych czasów charakteryzuje także przesadny subiektywizm, czyli szukanie pewności tylko i wyłącznie we własnej świadomości, a więc w sobie samym, a nie w świecie zewnętrznym, czyli w Objawieniu zawartym w Piśmie św. i w Tradycji, ani też w oficjalnej nauce Kościoła, głoszonej w ciągu wszystkich wieków jego istnienia. Ta “nowa teologia” nie bierze więc pod uwagę Depositum Fidei, o którym tak gorliwie przypominał św. Paweł w liście do Tymoteusza (2 Tym. l, 12). Także tradycyjna nauka Kościoła nie interesuje tej “nowej teologii”, stąd też jej najrozmaitsze dziwactwa i bałamuctwa, jak np. że wszyscy ludzie będą zbawieni, niezależnie od tego w jaki sposób żyją, a więc że nie istnieje piekło, a przecież Chrystus Pan powiedział: “Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszystkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzczony zostanie, zbawion będzie, a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (św. Mk 16, 15-16).

Ukazał się też w tej “nowej teologii” nowy personalizm, zupełnie inny niż ten tradycyjny, oparty na filozofii Boethiusa i św. Tomasza z Akwinu. Ten “nowy personalizm” to pogański kult człowieka, nawiązujący do myśli Spinozy, Kanta i Hegla, a przesiąknięty panteizmem.

Głównymi przedstawicielami tej “nowej teologii”, potępionej wielokrotnie przez ostatnich papieży przedsoborowych, są Karl Rahner, Yves Congar, Alois Grillmeier, Hans Kung, De Lubac, Semmelroth, Urs von Balthazar i Schillebeeck.

Oto niektóre triumfy rewolucji francuskiej w Kościele katolickim.

Największym jednak triumfem rewolucji francuskiej jest to, że w miejsce tradycyjnej zasady: “wszystko dla większej chwały Boga”, II Sobór Watykańskie wprowadził zasadę: “wszystko na ziemi powinno być podporządkowane człowiekowi” (Gaudium et Spes, 12, 1), czyli triumf antropocentryzmu nad teocentryzmem.

ks. prof. Michał PORADOWSKI

Przypisy:

1) Zob. I.L. Talmon, Los origenes de la dcmocracia totalitaria.

2) Na przykład: poprzednie prawo kanoniczne zabraniało koncelebracji (c. 803), a obecne prawo kanoniczne na nią pozwala. Sprawa ta jest bardzo ważna, bo kiedy stu księży koncelebruje jest tylko jedna Msza święta, a nie sto, co bardzo interesuje dusze w czyśćcu cierpiące.

3) G.F. Dillon, Antychryst w walce z Kościołem, Fulmen, 1994.

(Ks. Michał Poradowski, Dziedzictwo rewolucji francuskiej, Wrocław 2001, ss.192-199)

Obecny kryzys w kontekście historii Kościoła – Roberto de Mattei

Na kartach Ewangelii napotkać możemy wiele metafor, jakimi posłużył się Zbawiciel w odniesieniu do założonego przez siebie Kościoła. Jedną z najbardziej trafnych jest bez wątpienia porównanie go do łodzi zagrożonej burzą [Mt 8, 23-27; Mk 4, 35-41; Łk 8, 22-25]. Do metafory tej odwoływali się często Ojcowie Kościoła oraz święci, przedstawiając Kościół jako łódź żeglującą po wzburzonym morzu, wstrząsaną i zalewaną przez fale, a pomimo zmierzającą pewnie w do wyznaczonego celu.

Wszyscy znamy dobrze opisaną w Ewangelii scenę uciszenia przez Zbawiciela burzy na Jeziorze Tyberiadzkim: „Tunc surgens imperavit ventis et mari” [Mt 8, 26]. Podczas „niewoli awiniońskiej” Giotto przedstawił miotaną falami łódź Piotrową na słynnej mozaice, znajdującej się pierwotnie na wimperdze pierwszej Bazyliki św. Piotra, a obecnie zdobiącą atrium nowej.

W czasie Wielkiego Postu roku 1380 św. Katarzyna ze Sieny uczyniła ślub nawiedzania Bazyliki św. Piotra rankiem każdego dnia, aby modlić się przed wspomnianą wyżej mozaiką. 29 stycznia 1380 roku, mniej więcej w czasie nieszporów, kiedy pogrążona była w modlitwie, ujrzała jak Chrystus zstępuje z wizerunku i umieszcza na jej ramionach „Navicella” Kościoła. Katarzyna, przytłoczona tak wielkim ciężarem, upadła bez czucia na ziemię. Była to ostatnia wizyta, jaką złożyła w Bazylice ta wielka święta, która niestrudzenie wzywała papieża do odważnego kierowania „Navicella” Kościoła.

Na przestrzeni dwóch tysięcy lat mistyczna Łódź Kościoła zawsze opierała się miotającym nią sztormom i nawałnicom.

Przez pierwsze trzy wieki swego istnienia Kościół był bezlitośnie prześladowany przez Cesarstwo Rzymskie. W okresie tym, pomiędzy pontyfikatami św. Piotra i papieża Milcjadesa, współczesnego cesarzowi Konstantynowi, rządziło nim łącznie 34 papieży. Wszyscy oni zostali uznani za świętych i wszyscy poza dwoma, którzy skazani zostali na wygnanie, ponieśli śmierć męczeńską.

W roku 313 Konstantyn Wielki zagwarantował ostatecznie wolność kultu chrześcijanom którzy, opuściwszy katakumby, zaczęli kłaść fundament pod nowe chrześcijańskie społeczeństwo. Jednakże wiek IV, wiek tryumfu i wolności Kościoła, był również wiekiem straszliwego kryzysu ariańskiego.

W wieku V Cesarstwo Rzymskie upadło, Kościół zaś musiał samodzielnie stawić czoła najazdom, najpierw barbarzyńców a potem islamu, który od VIII wieku opanował zamieszkałe przez chrześcijan prowincje Afryki i Azji Mniejszej, na zawsze już utracone odkąd dla prawdziwej wiary.

W wiekach kolejnych, od Konstantyna do Karola Wielkiego, Kościół miał łącznie 62 papieży. Byli wśród nich m.in. św. Leon Wielki, który sam jeden powstrzymał pochód Attyli „Bicza Bożego”, św. Grzegorz Wielki, który odegrał znaczącą rolę podczas najazdu Longobardów, św. Marcin I, zesłany na wygnanie w kajdanach do Chersounes oraz św. Grzegorz III, który żył w stałym niebezpieczeństwie śmierci, prześladowany przez cesarzy bizantyjskich. Jednakże obok tych wspaniałych obrońców Kościoła wieki owe widziały również papieży w rodzaju Liberiusza, Wigiliusza i Honoriusza, którzy okazywali chwiejność w wierze. Na szczególną uwagę zasługuje tu Honoriusz, potępiony jako heretyk przez swego następcę św. Leona II.

Karol Wielki odbudował Cesarstwo Zachodnie i położył fundament pod średniowieczną cywilizację chrześcijańską. Pomimo tego jednak epoka ta nie była wolna od różnych przejawów zepsucia, takich jak symonia, rozprzężenie moralne duchowieństwa oraz bunty wobec autorytetu Stolicy Apostolskiej ze strony chrześcijańskich królów i cesarzy. Po śmierci Karola Wielkiego, pomiędzy rokiem 882 a 1046, Kościół miał łącznie 45 papieży i antypapieży, z których 15 zostało deponowanych a 14 uwięzionych, wygnanych i zamordowanych. Średniowieczni papieże doświadczali licznych szykan i prześladowań, począwszy od św. Paschalisa I, przez św. Leona IX do św. Grzegorza VII, ostatniego średniowiecznego papieża który miał zostać w przyszłości kanonizowany, a który zmarł prześladowany na wygnaniu.

Szczytowy rozkwit średniowiecza przypadł na pontyfikat Innocentego III, którego jednakże św. Ludgarda ujrzała w jednej ze swych wizji ogarniętego płomieniami i wyjaśniającego, że ze względu na poważne zaniedbania jakich się dopuścił, musi pozostać w czyśćcu aż do dnia Sądu Ostatecznego. Św. Robert Bellarmine komentuje to następująco: „Jeśli los taki spotkał papieża tak szlachetnego i powszechnie szanowanego, co czeka innych duchownych, zakonników i świeckich, którzy plamią się niewiernością?”.

W wieku XIV, po przeniesieniu siedziby papieży do Avignonu na okres 70 lat, miał miejsce kryzys również straszliwy co kryzys ariański: Wielka Schizma Zachodnia, w wyniku której świat chrześcijański podzielony został pomiędzy dwóch, a następnie trzech papieży, a problem ich legalności kanonicznej rozwiązany został ostatecznie dopiero w roku 1417.

Następnie nastała epoka pozornego spokoju, epoka humanizmu, stanowiąca w istocie preludium do nowej katastrofy: reformacji protestanckiej z wieku XVI. Po raz kolejny Kościół zareagował zdecydowanie, jednakże w XVII i XVIII wieku wkradła się do jego serca pierwsza herezja, która zdecydowana była nie odłączać się od niego, ale szerzyć się w jego obrębie – jansenizm.

Rewolucja francuska i Napoleon starali się zniszczyć papiestwo, próby te zakończyły się jednak niepowodzeniem. Dwaj papieże, Pius VI oraz Pius VII, zostali wygnani z Rzymu i uwięzieni. W roku 1799, kiedy Pius VI zmarł w Walencji, rada miejska przesłała wiadomość o jego śmierci Dyrektoriatowi, donosząc o pochówku „ostatniego papieża w historii”.

Od Bonifacego VIII, ostatniego papieża średniowiecza, do Piusa XII, ostatniego papieża ery przedsoborowej, Kościołem rządziło łącznie 68 Następców św. Piotra, z których tylko dwóch zostało do chwili obecnej kanonizowanych: św. Pius V oraz św. Pius X, dwóch innych zaś – Innocenty XI i Pius IX – beatyfikowanych. Wszyscy oni kierować musieli Łodzią Piotrową podczas miotających nią rozszalałych burz. Św. Pius V walczył z protestantyzmem i stworzył Ligę Świętą przeciwko islamowi, co doprowadziło do zwycięstwa pod Lepanto; bł. Innocenty XI walczył z gallikanizmem i był inicjatorem wyzwolenia Wiednia od zagrożenia tureckiego w roku 1683. Wielki Pius IX odważnie stawiał czoła rewolucji włoskiej, która w roku 1870 wygnała go ze Świętego Miasta. Św. Pius X walczył z modernizmem – syntezą wszystkich herezji – szerzącym się w Kościele przełomie XIX i XX wieku.

II Sobór Watykański, otwarty przez Jana XXIII a zamknięty przez Pawła VI, głosił nadejście nowej ery pokoju i postępu, jednakże epoka posoborowa okazała się być jednym z najbardziej dramatycznych okresów w historii Kościoła. Benedykt XVI, posługując się metaforą św. Bazylego, porównał epokę posoborową do bitwy morskiej, toczonej w nocy i pośród szalejącego sztormu. To właśnie w tej epoce obecnie żyjemy.

Piorun, który uderzył w Bazylikę św. Piotra 11 lutego [2013] roku, w dzień w którym Benedykt XVI ogłosił swą abdykację, stanowi niejako symbol owej burzy, która wydaje się obecnie zatapiać Łódź św. Piotra, wywierając destrukcyjny wpływ na życie duchowe wszystkich członków Kościoła.

Historia burz przez jakie przechodził Kościół jest historią prześladowań, ale również historią schizm i herezji, które od samego początku jego istnienia podkopywały jego wewnętrzną jedność. Ataki od wewnątrz są zawsze znacznie niebezpieczniejsze i poważniejsze od ataków z zewnątrz. Najpoważniejszymi z tych ataków, dwiema najstraszliwszymi burzami, były kryzys ariański z wieku IV oraz Wielka Schizma Zachodnia z wieku XIV.

W pierwszym przypadku społeczność katolicka nie wiedziała, gdzie znajdowała się prawdziwa wiara, jako że biskupi byli między sobą podzieleni na arian, semiarian i anty-arian, papież zaś nie wypowiadał się w tych kwestiach w sposób jednoznaczny. To właśnie wtedy św. Hieronim pisał: „cały świat obudził się i jęknął ze zgrozy, odkrywszy że jest ariański”.

W drugim przypadku społeczność katolicka nie wiedziała, kto był prawdziwym papieżem, jako że kardynałowie, biskupi, teologowie, władcy świeccy a nawet święci należeli do różnych obediencji. Nikt nie negował prymatu papieskiego, nie chodziło więc o herezję, każdy jednak uznawał jednego z dwóch czy nawet trzech papieży, była to więc sytuacja, którą teologia określa mianem schizmy.

Modernizm niósł za sobą zagrożenie poważniejsze jeszcze od dwóch poprzednich kryzysów, nie udało mu się jednak w pełni okazać swej mocy niszczycielskiej, został bowiem częściowo poskromiony przez św. Piusa X. Na kilka dekad zszedł do podziemia, idee jego zaczęły być jednak ponownie głoszone publicznie podczas II Soboru Watykańskiego. Sobór ten, ostatni sobór powszechny Kościoła, obradujący w latach 1962-1965, zdefiniował się jako duszpasterski, jednak ze względu na wieloznaczną naturę jego dokumentów skutki, jakie przyniósł on w sferze duszpasterskiej, okazały się być prawdziwie katastrofalne. Obecny kryzys ma swe źródło bezpośrednio w II Soborze Watykańskim oraz w uznanym w trakcie niego prymacie praktyki nad dogmatem.

Podczas mowy otwierającej sobór 11 października 1962 roku Jan XXIII wyraźnie zaznaczył duszpasterską jego naturę, rozróżniając między „depozytem czyli prawdami wiary” a „sposobem w jaki są one ukazywane, przy nienaruszonym zachowaniu ich znaczenia”.

Wszystkie poprzednie dwadzieścia soborów również posiadało wymiar duszpasterski, jako że przyjęte podczas nich dekrety dogmatyczne i dyscyplinarne posiadały oczywisty wpływ na pracę duszpasterską. Jednakże podczas II Vaticanum II aspekt duszpasterski nie miał już polegać na wyjaśnianiu – w sposób odpowiedni do zmieniającej się rzeczywistości – dogmatycznego przesłania soboru; przeciwnie, cel „duszpasterski” wyniesiony został do rangi zasady alternatywnej wobec celu dogmatycznego. Rezultatem tego podejścia była rewolucja w języku i mentalności oraz uczynienie z duszpasterstwa nowej doktryny.

Do najwierniejszych wyznawców „ducha soboru” należy niemiecki kardynał Walter Kasper. To właśnie jemu powierzył papież Franciszek wygłoszenie mowy poświęconej debacie przedsynodalnej podczas Konsystorza w lutym 2014 roku. Główna teza zaprezentowana w tym podsumowaniu głosiła, że to nie doktryna o nierozerwalności małżeństwa musi być zmieniona, ale podejście duszpasterskie do osób rozwiedzionych, które zawarły kolejne związki. Tą samą formułą posłużył się kard. Kasper komentując adhortację posynodalną Amoris laetitia. Jak wyjaśniał, „papieska adhortacja apostolska «nie zmienia niczego w doktrynie Kościoła ani w prawie kanonicznym, w istocie jednak zmienia wszystko»”.

Myślą przewodnią pontyfikatu papieża Franciszka oraz kluczem do odczytania jego posynodalnej adhortacji jest przekonanie o konieczności zmiany – nie w doktrynie, ale w samym życiu Kościoła. To właśnie w celu podkreślenia pośledniejszego znaczenia doktryny stworzył on liczący 250 stron dokument, w którym zaprezentował teorię o prymacie duszpasterstwa. 16 kwietnia, podczas podróży powrotnej z Lesbos, odesłał dziennikarzy do prezentacji wspomnianej adhortacji przez kard. Schonborna, którego interpretację uznał za autentyczną. Sam kard. Schonborn podczas konferencji prasowej z 8 kwietnia określił papieską adhortację jako przede wszystkim „wydarzenie lingwistyczne”.

Formuła ta nie jest nowa: posłużył się nią już w przeszłości jeden ze współbraci Franciszka, jezuita John O’Malley z Georgetown University. W swej historii II Soboru Watykańskiego określił on Vaticanum II właśnie mianem „wydarzenia lingwistycznego”, nowym sposobem wyrażania rzeczy, w wyniku czego stanowił on „zerwanie z tradycją poprzednich soborów”. Jak wyjaśniał, określenie go jako „wydarzenia lingwistycznego” nie oznacza pomniejszania rewolucyjnej doniosłości Vaticanum II, jako że same zmiany językowe niosą w sobie nauczanie. Przywódcy soboru „rozumieli bardzo dobrze, że Vaticanum II, deklarując się jako sobór duszpasterski, z tego samego powodu był również soborem nauczającym […]. Dyskursywny styl soboru był środkiem, ale środkiem służącym przekazywaniu nauczania”.

Wybór „stylu” języka do komunikacji ze światem współczesnym ukazuje kryjącą się za nim filozofię, i w tym sensie uznać trzeba, że styl literacki oraz duszpasterska formuła II Soboru Watykańskiego nie tylko wyrażają organiczną jedność tego wydarzenia, ale też stanowią środek służący do wyrażenia spójnej doktryny. „Styl – pisze O’Malley – stanowi ostateczny wyraz znaczenia, nie jest jedynie ozdobnikiem, ale również narzędziem hermeneutyki par excellence”.

Rewolucja językowa polega nie tylko na zmianie znaczenia słów, ale także na pomijaniu niektórych terminów i idei. Można podać wiele tego przykładów: twierdzenie że piekło jest puste jest z pewnością tezą najbardziej niebezpieczną, jeśli nie wręcz heretycką. Pomijanie lub ograniczanie do minimum wszelkich wzmianek o piekle nie formułuje żadnej błędnej tezy, otwiera jednak drzwi dla poważniejszego jeszcze błędu niż teoria pustego piekła, tezy iż piekło w istocie nie istnieje.

Papież Franciszek nigdy nie zanegował istnienia piekła, jednakże w przeciągu ostatnich trzech lat wspomniał o nim jedynie kilkakrotnie, i to w sposób bardzo ogólnikowy, zaś pisząc w Amoris laetitia iż „drogą Kościoła jest nie potępianie nikogo na wieczność” par. 296 zdaje się negować wieczną karę potępionych. Czyż owa dwuznaczność nie ma tej samej wartości praktycznej co teoretyczne zanegowanie?

Nic nie zmienia się w doktrynie, w praktyce jednak zmienia się wszystko. Jeśli jednak nie chce się odrzucić zasady przyczynowości, na której opiera się cały zachodni gmach wiedzy, uznać należy że każdy skutek posiada przyczynę i każda przyczyna posiada konsekwencje. Związek między przyczyną i skutkiem jest związkiem pomiędzy teorią a akcją, pomiędzy doktryną a praktyką. Do ludzi, którzy rozumieją to bardzo dobrze, należy dominikański arcybiskup Oranu Jean-Paul Vesco, który w wywiadzie dla „La Vie” powiedział, że Amoris laetitia „rien ne change de la doctrine de l’Église et pourtant tout change dans la rapport de l’Église au monde”. Obecnie – podkreśla biskup Oranu – żaden spowiednik nie będzie mógł odmówić rozgrzeszenia tym, którzy przekonani są w swym sumieniu, iż nieuporządkowana sytuacja w jakiej się znajdują jest jedyną – czy też przynajmniej najlepszą – z możliwych. Zgodnie z nową moralnością okoliczności oraz uwarunkowania znoszą w istocie ideę czynu złego z samej swej natury, jak również pojęcie uporczywego publicznego trwania w grzechu.

Jeśli księża przestaną wspominać o publicznym zgorszeniu i zachęcać będą cudzołożników oraz osoby żyjące ze sobą bez ślubu do integracji ze wspólnotą chrześcijańską, nie wspominając o tym, że pozbawieni są oni dostępu do sakramentów, wówczas, wraz z praktyką duszpasterską, w sposób nieunikniony zmieni się również doktryna. Zasadą Kościoła było zawsze, iż „osoby rozwiedzione, które zawarły kolejny związek i żyją razem, nie mogą przyjmować Eucharystii”. Amoris laetitia przeciwnie, stwierdza: „osoby rozwiedzione, które zawarły kolejne związki, mogą w pewnych okolicznościach przyjmować Komunię św.”.

Zmiana nie odnosi się jedynie do praktyki, dotyczy samej zasady. Do zmiany w zasadzie wystarcza dopuszczenie chociażby jednego tylko wyjątku. Jak można zaprzeczać, że owa rewolucja w praktyce jest również rewolucją w sferze doktryny? Jednakże nawet jeśli nic nie zmieniłoby się w doktrynie, wiemy iż zmieni się w praktyce: wzrośnie liczba świętokradczych Komunii, liczba nieważnych spowiedzi, ciężkich grzechów przeciwko VI i IX przykazaniu, liczba dusz, które trafią do piekła – i wszystko to nie wbrew ale za sprawą Amoris laetitia.

W Fatimie Najświętsza Maryja Panna ukazała trojgu małych pastuszków przerażającą wizję piekła, do którego trafiają dusze biednych grzeszników, Hiacyncie zaś objawione zostało, że grzechem który prowadzi do piekła najwięcej dusz, jest grzech przeciwko czystości. Kto mógł wyobrażać sobie wówczas, że do wielkiej liczby grzechów nieczystych dojdzie również niebawem rozprzestrzenienie się „związków nieformalnych” lub czysto cywilnych, a tym bardziej że związki takie mogłyby uznane za coś wartościowego przez adhortację papieską? Tak się jednak stało. Nie można udawać, że się tego nie widzi.

Kościół posiada praktyczną misję: zbawienie dusz. W jaki sposób ją realizuje? Poprzez nakłanianie ich do życia z zgodzie z prawem Ewangelii.

Również Szatan posiada praktyczny cel: wieczne potępienie dusz. Jak to osiąga? Nakłaniając je do życia w sposób sprzeczny z prawem Ewangelii.

Po swym Zmartwychwstaniu, kiedy Chrystus Pan objawił się swym uczniom na wzgórzach Galilei, powierzył im misję udzielania chrztu w imię Trójcy Przenajświętszej: Ojca, Syna i Ducha Świętego oraz nauczania i zachowywania Jego prawa, bez naruszania jakiegokolwiek z Jego nakazów: „docentes eos, servare omnia” [Mt 18, 19-20]. I dodał: „Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony” [Mk 16, 16].

Zadaniem kapłanów jest nauczanie i zachowywanie prawa, nie omijanie go, nie wynajdywanie wyjątków, które by je zniekształcały. Ten kto wierzy, uczynkami swymi zaprzecza jednak swej wierze, będzie potępiony, podobnie jak ci, którzy „twierdzą, że znają Boga, uczynkami zaś temu przeczą, będąc ludźmi obrzydliwymi, zbuntowanymi i niezdolnymi do żadnego dobrego czynu” [Tyt 1, 16].

Aby ocenić w sposób negatywny adhortację Amoris laetitia nie trzeba studiować teologii, sam sensus fidei będący owocem chrztu i bierzmowania całkowicie do tego wystarcza. Sensus fidei, ów nadprzyrodzony instynkt, skłania nas do odrzucenia tego dokumentu, pozostawiając specjalistom precyzyjną kwalifikację teologiczną zawartych w niej tez.

Pomiędzy herezją a ortodoksją istnieje wiele możliwych stopni. Herezja stanowi otwarte, formalne, uporczywe negowanie prawdy wiary. Istnieją jednak tezy doktrynalne nie będące stricte heretyckimi, w stosunku do których Kościół formułuje cenzury teologiczne stosownie do ich znaczenia oraz stopnia sprzeczności z doktryną katolicką. (…). „Cenzury teologiczne” wyrażają negatywny osąd Kościoła odnośnie wyrażenia, opinii lub całej doktryny. Odnoszą się one do treści doktrynalnej, klasyfikując daną opinię jako: błąd, zdanie bliskie błędu, zdanie trącące błędem, zdanie nieroztropne etc,; odnoszą się do formy, wedle której tezy takie osądzane są jako wieloznaczne, krytykanckie, podejrzane, podejrzanie brzmiące etc.; odnoszą się też do skutków, jakie pociągnąć mogą one za sobą w konkretnych okolicznościach. W takim przypadku określane są jako asperverse, gorszące, niebezpieczne, zwodzące ludzi prostych. We wszystkich tych przypadkach prawdzie katolickiej brak jest integralności doktrynalnej, względnie wyrażona jest ona w sposób niewłaściwy i niewystarczający.

W jednej ze swych refleksji z 6 kwietnia 2016 ks. Jean-Michel Gleize odniósł się do par. 299 Amoris laetitia, zgodnie z którym „osoby ochrzczone, które się rozwiodły i zawarły ponowny związek cywilny, powinny być bardziej włączane we wspólnoty chrześcijańskie na różne możliwe sposoby, unikając wszelkich okazji do zgorszenia”. W komentarzu do paragrafu tego napisał: „«Na różne możliwe sposoby», dlaczego więc nie dopuszczając ich do Komunii św.? Jeśli nie można już mówić, że osoby rozwiedzione które zawarły kolejne związki żyją w stanie grzechu śmiertelnego [301], dlaczego fakt udzielania im Komunii miałby stanowić okazję do zgorszenia? A wobec tego dlaczego odmawiać im Komunii? Adhortacja Amoris laetitia wyraźnie zmierza w tym kierunku. W ten sposób stanowi ona zagrożenie dla dobra duchowego całego Kościoła, jest tym, do tego co teologowie określają mianem «zgorszenia» w pełnym sensie tego słowa. A zgorszenie to jest konsekwencją praktycznej relatywizacji prawdy wiary katolickiej dotyczącej konieczności i nierozerwalności sakramentalnego związku małżeńskiego”.

Amoris laetitia jest dokumentem gorszącym, o prawdziwie katastrofalnych konsekwencjach dla dusz.

Nie okazujemy tu braku szacunku wobec papieża, a tym bardzie nie podajemy w wątpliwość jego prymatu. Powinniśmy być bardzo wdzięczni bł. Piusowi IX za zdefiniowanie na I Soborze Watykańskim dwóch dogmatów, które pozwalają nam na zajęcie właściwej postawy w obliczu obecnego kryzysu: dogmatów o prymacie oraz nieomylności papieskiej.

Zasada prymatu papieskiego oraz nieomylność jego Magisterium stanowią fundament, na którym Jezus Chrystus zbudował swój Kościół, fundament, na którym będzie się on opierał do końca czasów. Prymat powierzony został Piotrowi, Księciu Apostołów, po Zmartwychwstaniu Pańskim [J 21, 15-17] i uznawany był przez Kościół pierwszych wieków nie za przywilej osobisty i przemijający, ale za trwały i zasadniczy element Boskiej konstytucji Kościoła.

Nie ma na ziemi władzy wyższej od władzy papieża, nikt bowiem nie piastuje wyższego od niego urzędu i nie posiada wznioślejszej misji. Jakiej misji? Misji umacniania braci w prawdzie, otwierania duszom drogi do nieba, misji strzeżenia owiec, które należą do Chrystusa, jedynego i najwyższego Pasterza: w skrócie – rządzenia Kościołem.

To papież jest tym, który rządzi Kościołem. Misja ta przynależy do niego na mocy faktu, iż jest on Następcą św. Piotra, któremu powierzył ją Chrystus jako widzialnej głowie Kościoła. Misja ta wykracza poza jego [Piotra] osobę, jako że kontynuowana jest przez jego kolejnych następców.

Papież nie jest następcą Chrystusa, jest Następcą św. Piotra, i to nie w sposób bezpośredni, ale poprzez sukcesję apostolską, która na przestrzeni 20 wieków łączy go z Księciem Apostołów i pierwszym Wikariuszem Chrystusa.

Wikariusz Chrystusa jest biskupem Rzymu, ponieważ Rzym nie jest miastem ani diecezją jak inne: posiada powołanie powszechne. Następcy Piotra są biskupami Rzymu, jako że wskutek rozporządzenia Opatrzności św. Piotr poniósł w nim śmierć męczeńską, a następcy jego dziedziczą po nim w sposób prawomocny powszechny prymat nad całym Kościołem.

Wszyscy biskupi posiadają pełnię święceń kapłańskich i papież nie jest pod tym względem od nich wyższy. Jednakże jedynie papież posiada najwyższą władzę jurysdykcyjną, dającą mu pełną i nieograniczoną władzę nad wszystkimi innymi biskupami.

I Sobór Watykański ogłosił jako dogmat wiary pełny, nieograniczony i powszechny prymat papieża nas wszystkimi biskupami świata. Prymat jurysdykcyjny papieża zawiera w sobie również władzę nauczania. W roku 1870 I Sobór Watykański, po ogłoszeniu dogmatu o prymacie papieskim, ogłosił również dogmat o nieomylności Magisterium papieskiego, pod określonymi warunkami. Nieomylność jest darem nadprzyrodzonym, na mocy którego papież i Kościół nie mogą błądzić w wyznawaniu i definiowaniu objawionej doktryny – dzięki specjalnej asystencji Ducha Świętego. I papież, który nie jest nieomylny w rządzeniu Kościołem, może być nieomylny w swym papieskim nauczaniu.

Papież nie jest nieomylny zawsze. Musi pragnąć zaangażować swą nieomylność i spełnić określone warunki. Warunki te zostały jasno określone przez konstytucję Pastor aeternus: papież musi zabierać głos jako osoba publiczna, ex cathedra, z intencją definiowania prawdy wiary lub moralności i podania jej do wierzenia wszystkim katolikom.

Jeśli warunki te nie są spełnione, nie musi to jeszcze oznaczać iż papież się myli. Przeciwnie, powinniśmy zawsze domniemywać, iż nauczanie jego jest prawowierne. Jeśli jednak papież nie angażuje nieomylności, może popełniać błędy w rządzeniu i nauczaniu. Tak zwane Magisterium nadzwyczajne papieża, przemawiającego ex cathedra, jest zawsze nieomylne. Przykładem tego mogą być dogmaty o Niepokalanym Poczęciu oraz Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny. Jednakże również Magisterium zwyczajne papieża może być nieomylne, kiedy potwierdza on prawdy wiary czy moralności, które przez stulecia nauczane były przez Kościół.

Tak właśnie było w przypadku encykliki Humanae vitae, która nie jest nieomylna per se, jako że nie była aktem ex cathedra, jest jednak nieomylna w tym, iż potwierdza stałe potępienie przez Kościół sztucznej antykoncepcji. Jeśli nauczanie Kościoła ma charakter powszechny, nie tyle pod względem miejsca co czasu – kiedy potwierdzone jest ono przez Tradycję – oznacza to, że cieszyło się ono asystencją Ducha Świętego.

Asystencją Ducha Świętego cieszą się kardynałowie wybierający papieża podczas konklawe, on sam zaś po wyborze cieszy się Jego szczególną opieką w wykonywaniu aktów rządzenia oraz Magisterium. Jak jednak uczy historia, pomimo tej asystencji wybrani mogą zostać papieże niegodni, którzy w swym życiu prywatnym mogą ciężko nawet grzeszyć, podobnie jak mogą istnieć papieże błądzący w rządzeniu Kościołem a nawet w swym [prywatnym] Magisterium; nie powinno nas to jednak gorszyć. Nawet jeśli Opatrzność Boża pozwala na wybór złego papieża, dzieje się to zawsze dla jakiegoś wyższego i tajemniczego celu, który poznamy być może dopiero w dniu sądu. Duch Święty wie, jak wyprowadzać dobro nawet ze zła.

Zbawienie, które teologowie nazywają usprawiedliwieniem, rodzi się z tajemniczego spotkania pomiędzy wolą człowieka a łaską Bożą. Ci którzy myślą, że w życiu człowieka działanie Ducha Świętego wystarcza do zbawienia, bez współpracy ze strony jego własnej woli, popadają w błąd luterański lub kalwiński.

Ludzie utrzymujący, że papież nie może błądzić, ponieważ zawsze cieszy się chroniącą go od tego asystencją Ducha Świętego, powtarzają w istocie błąd co do łaski głoszony przez kalwinistów.

Papolatria jest grzechem, czyni bowiem Piotra Chrystusem. Przypisywanie papieżowi doskonałości i nieomylności w każdym słowie i akcie oznacza jego deifikację, zaś deifikacja papieża nie ma nic wspólnego z szacunkiem należnym jego osobie. Oddanie papieżowi, podobnie jak oddanie Matce Bożej, stanowi filar duchowości katolickiej. Jednakże duchowość musi posiadać fundament teologiczny, a przede wszystkim racjonalny. Aby okazywać należny szacunek papieżowi, musimy przede wszystkim wiedzieć kim jest, a kim nie jest.

Papież nie jest, jak Jezus Chrystus, Bogiem-Człowiekiem. Nie ma w nim natury Boskiej. Nie posiada on dwóch natur, Boskiej i ludzkiej, połączonych w jednej osobie. Papież posiada tylko jedną naturę i jedną osobę, ludzką, pozostaje skażony grzechem pierworodnym i w momencie swego wyboru nie jest umacniany w łasce. Może grzeszyć i może się mylić, podobnie jak wszyscy ludzie, jednak jego grzechy i błędy są cięższe niż grzechy innych, nie tylko ze względu na większe konsekwencje ale też dlatego, iż każdy jego akt, który nie jest zgodny w wolą Bożą, jest przewinieniem o tyle cięższym, o ile większa jest pomoc, jaką otrzymuje on od Ducha Świętego.

Jednakże poza prymatem i nieomylnością papieską jest też trzecia prawda wiary, która może być uważana za dogmat, pomimo iż Kościół nigdy uroczyście jej nie proklamował: dogmat o niezniszczalności Kościoła. Owa niezniszczalność potwierdzona została przez samego Chrystusa Pana, gdy powiedział On: „Ty jesteś Piotr, i na Opoce tej zbuduje Mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą” [Mt 16, 18].

Co oznacza niezniszczalność? Nie oznacza ona, że Kościół nie może popełniać błędów. Oznacza, jak wyjaśniają teologowie, że Kościół trwać będzie do końca świata identyczny, nie zmieniony w swej istocie, jaką nadał mu sam Jezus Chrystus.

Niezniszczalność jest nadprzyrodzonym przymiotem Kościoła, oznaczającym nie tylko iż nie zaniknie on, ale również iż się nie zmieni, że pozostanie aż do końca świata dokładnie takim, jakim ustanowił go Jezus Chrystus. Kościół zachowana na zawsze swe przymioty, swą konstytucję, swe nauczanie – wyznając tę samą wiarę, monarchiczny i hierarchiczny w swej formie, posiadający widzialną strukturę, ten sam przez wszystkie wieki. Dekret Lamentabili św. Piusa X potępił tezę głoszoną przez modernistów, wedle której „Organiczny ustrój Kościoła podlega zmianie, a społeczność chrześcijańska, podobnie jak społeczność ludzka, podlega ciągłej ewolucji” [53].

Kościół jest wolny od błędu, a jednak w swym elemencie ludzkim może popełniać pewne błędy – i popełniać je mogą nie tylko zwykli wierni, ale i jego wyświęcone sługi.

Może się to zdarzyć, kiedy instytucja mylona jest z ludźmi, którzy ją reprezentują. Siła papiestwa nie bierze się ze świętości Piotra, tak jak zaparcie się św. Piotra nie oznacza jej słabości, jako że to do papieża jako osoby publicznej, a nie prywatnej, skierował Zbawiciel słowa: „Ty jesteś Piotr, i na Opoce tej zbuduję Mój Kościół”.

Papież nie jest Jorge Bergoglio ani Josephem Ratzingerem. Jest on przede wszystkim, jak uczy katechizm, Następcą Piotra i Wikariuszem Jezusa Chrystusa na ziemi. Nie umniejsza to w niczym wielkości i niezniszczalności Mistycznego Ciała Chrystusa. Świętość jest nieutracalnym przymiotem Kościoła, nie oznacza to jednak iż jego pasterze, a nawet najwyżsi pasterze, są bezgrzeszni, nie tylko w swym życiu prywatnym, ale nawet w pełnieniu swej misji.

Kiedy Chrystus Pan mówił, że bramy piekielne nie przemogą Kościoła, nie obiecał w ten sposób iż nie będzie on atakowany przez siły piekła. Słowa Jego pozwalają nam jedynie uświadomić sobie rzeczywistość owej zaciekłej walki, walki która toczyć się będzie aż do końca czasów, nie skończy się jednak ostatecznie porażką Kościoła. Kościół wyjdzie z niej zwycięski.

Główna bronią piekła jest herezja. Herezja nie zatryumfuje jednak nad wiarą Kościoła.

Dogmat o niezniszczalności Kościoła przekazuje nam dwie prawdy: po pierwsze, iż Kościół stale doświadczać będzie ataków ze strony swych wrogów, po drugie zaś, że zwycięży ich on ostatecznie i zatryumfuje nad historią. Jednak bez walki nie ma zwycięstwa – i jest to właśnie prawda która dotyczy nas, dotyczy bowiem naszego życia jako synów i córek Kościoła, a nawet po prostu jako mężczyzn i kobiet.

Zdanie „bramy piekielne go nie przemogą” oznacza w istocie to samo co: „Na koniec Moje Niepokalane Serce zatryumfuje”, wypowiedziane w Fatimie przez Matkę Bożą. W bieżącym roku obchodzimy 90 rocznicę tych objawień.

3 stycznia 1944 roku Matka Boża skierowała do s. Łucji modlącej się przez tabernakulum prorocze ostrzeżenie. Łucja wspomina:

„Poczułam ducha wylanego przez tajemnicze Światło, którym jest Bóg i w Nim ujrzałam i usłyszałam: grot włóczni jako strzelający płomień, który trafia w oś Ziemi. Ziemia się trzęsie: góry, miasta, wioski i osiedla wraz z mieszkańcami zostają pogrzebane. Morze, rzeki i chmury wychodzą ze swych brzegów rozlewając się, zalewając i porywając w wir domy i ludzi w ilości nieprzeliczonej, to jest oczyszczenie świata z grzechu, w którym jest zanurzony. Nienawiść, ambicja prowadzą do niszczycielskiej wojny!

Następnie poczułam w duchu, pośród przyspieszonego rytmu serca, w duchu echo cichego głosu mówiącego: «w czasie jedna wiara, jeden chrzest, jeden Kościół, Święty, Katolicki, Apostolski – w wieczności, Niebo!».

To słowo «Niebo» wypełniło me serce pokojem i szczęściem w taki sposób, że niemal nie zdając sobie z tego sprawy powtarzałam przez dłuższy czas: «Niebo, Niebo…»”.

„Jedna wiara, jeden chrzest, jeden Kościół, Święty, Katolicki i Apostolski” – owe słowa Matki stanowią niejako echo nauczania papieża Bonifacego VIII, który w ogłoszonej pod koniec Wieków Średnich bulli Unam Santam potwierdził wyłączność Kościoła w dziele Odkupienia. „Przymuszani wiarą zobowiązani jesteśmy wierzyć i utrzymywać, że jest jeden święty, katolicki i apostolski Kościół. […] poza nim nie ma zbawienia ani odpuszczenia grzechów, […] W nim jest jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest”.

A końcowe słowa „Niebo! Niebo!” wydają się odnosić do dramatycznego wyboru pomiędzy niebem, miejscem w którym dusze zbawionych osiągają wieczne szczęście, a piekłem, gdzie dusze potępionych cierpią przez cała wieczność.

Kościół nie otwiera bram piekła, ale bramy nieba.

Kościół to nie tylko papież i biskupi, ale też wszyscy wierni: kapłani, zakonnice, bracia zakonni oraz ludzie świeccy. Boża asystencja obiecana jest mu aż do końca świata, chroniąc go przed osłabnięciem i zboczeniem z drogi Prawdy podczas jego doczesnego pielgrzymowania. Oznacza to, że Kościół na przestrzeni wieków może przechodzić okresy dezorientacji czy odstępstw, ale postrzegany jako całość nigdy nie będzie prowadził wiernych na zatracenie.

Kiedy po swym Zmartwychwstaniu Chrystus Pan objawił się po raz drugi nad Jeziorem Tyberiadzkim, powiedział do Apostołów: „Ecce ego vobiscum sum omnibus diebus, usque ad consummationem saeculi” [Mt 28, 20]. Oto Ja jestem z wami po wszystkie dnia aż do skończenia świata.

Słowa te nie tylko potwierdzają, iż Kościół jest niezniszczalny, jako że cieszy się on Bożą asystencją, ale też przypominają nam, że prawo jakie pozostawił nam Bóg nie jest niewykonalne. Chrystus jest z nami każdego dnia, we wszystkich sytuacjach, we wszystkich okolicznościach. Przestrzeganie prawa nie jest niemożliwe, ponieważ wszystko jest możliwe z pomocą łaski Bożej. To właśnie pragnęlibyśmy, aby papież nam przypomniał, utwierdzając nas we wierze.

Jak nigdy dotąd odczuwamy dziś potrzebę pewnego punktu oparcia, światła, za którym moglibyśmy podążać, skały, na której moglibyśmy się bezpiecznie wesprzeć. A Skałą tą może być jedynie Piotr. Piotr, a nie Szymon. To u Piotra szukamy istoty, sensu i niezmienności. Ludzie, wszyscy ludzie, nawet najwięksi, przemijają. Pozostają natomiast zasady, a wśród nich jedna, w której zawierają się wszystkie inne: prymat rzymski. Doskonale wiemy, iż obecny proces samozniszczenia powstrzymać może jedynie głos papieża rzymskiego, jedynego, któremu dany został przywilej definiowania Słowa Chrystusa, bycia nieomylnym wyrazicielem wiary. Wiemy również, że sam papież może przyczynić się do samozniszczenia Kościoła, nawet popadając nawet w herezję, w którym to przypadku sumienie nasze przymuszałoby nas do opierania się mu.

Amoris laetitia przypisuje sumieniu zasadniczą i wyjątkową rolę w ocenie czynów ludzkich [par. 303], równocześnie jednak podważa obiektywizm norm moralnych, choć to na moralności i wierze opierać musimy podejmowane przez nas wybory. Światło wiary, podobnie jak światło rozumu, nie jest względem nas czymś zewnętrznym; oświeca ono serce i sumienie każdej osoby ochrzczonej, jako że sumienie nie jest niczym innym jak tylko głosem prawdy w naszej duszy. Z tego powodu miłość, jaką żywimy do papieża, nie może nigdy skłonić nas do postępowania wbrew naszemu sumieniu.

W Dniu Sądu staniemy przed Bogiem sami, z naszym sumieniem, bez papieży czy biskupów, bez krewnych i znajomych, niezdolni do okłamywania siebie samych ani innych, a spojrzenie Boże przenikać będzie i oświecać nasze sumienie jak światło błyskawicy. Ci, którzy postępują za głosem sumienia z czystą intencją, przyjmując za kryteria swych osądów obiektywne wskazówki wiary i rozumu, nie mogą zbłądzić, jako że sam Bóg oświecił ich drogę. Oświeca On ją poprzez dar wiary i dar rozumu, poprzez który wiara jest podtrzymywana. Nie możemy czynić niczego, co sprzeciwiałoby się wierze i rozumowi, niczego co byłoby w jakikolwiek sposób sprzeczne lub wieloznaczne, ponieważ w Bogu nie ma sprzeczności. Będąc Trójjedyny jest równocześnie bezwzględnie prosty (omnia simplex) i niezłożony.

Obecnie odnieść można wrażenie, iż fale zatapiają Łódź Kościoła, Pan zaś śpi, podobnie jak w dzień burzy na Jeziorze Tyberiadzkim. Zwróćmy się więc do Niego wołając: „Exsurge, quare obdormis Domine? Exsurge! [Ps 42, 23]. Powstań Panie, dlaczego wydajesz się spać?

Być może tymi właśnie słowami zwracała się do Niego św. Katarzyna ze Sieny przed mozaiką Giotta w styczniu 1380 roku. I być może to nie przypadek, że w bieżącym roku tradycyjna godzina adoracji Najświętszego Sakramentu dla uczestników Marszu dla Życia ma miejsce właśnie w Bazylice Santa Maria sopra Minerva, gdzie pod głównym ołtarzem spoczywają doczesne szczątki św. Katarzyny.

Podczas tej godziny adoracji prośmy o pomoc nie tylko dla Marszu dla Życia, ale również dla Świętej Matki Kościoła, powtarzając żarliwie słowa skierowane do Zbawiciela: „Exsurge, quare obdormis Domine? Exsurge!”.

Roberto de Mattei

tłum. Scriptor

500 lat protestantyzmu: 35 absurdalnych cytatów z Marcina Lutra

Nie sposób zrozumieć godnych pożałowania owoców reformacji, jeśli nie zbadamy wpierw korzeni drzewa, które zrodziło tak zgniłe owoce.

Zatem zacznijmy od samego początku, a więc od tego co działo się w głowie Marcina Lutra. Ojciec protestantyzmu mówił i pisał bowiem rzeczy, w które do dziś wprost trudno uwierzyć.

Marcin Luter o godności i majestacie Boga

1. „Nie ma znaczenia, jak zachowywał się Chrystus – liczy się tylko to, czego nauczał” (źródło: Erlangen, tom. 29, s. 126).

Marcin Luter o Dekalogu

2. „Jedyny cel [Dekalogu] to pokazanie człowiekowi niemożności czynienia przez niego dobra i nauczenie go rozpaczania nad sobą” (źródło: Henri Denifle, Luther et Lutheranisme. Etude Faite d’apres les sources, tłum. J. Paquier, A. Picard, Paris 1912-13, tom. III, s. 364).

3. „Musimy usunąć Dekalog z oczu i z serca” (źródło: De Wette 4, 188).

4. „Jeśli dopuścimy, by on – Dekalog – miał jakikolwiek wpływ na nasze sumienie, stanie się on przykrywką całego zła, herezji i bluźnierstw” (źródło: Comm. ad Galat, s. 310).

5. „Ważniejsze jest strzec się przed dobrymi uczynkami niż przed grzechem” (źródło: Tischreden, wyd. wittenberdzkie, tom. VI, s. 160).

Marcin Luter i materialna konieczność dobrych uczynków

6. „Dobre uczynki są złe i są grzechem, jak pozostałe” (źródło: Henri Denifle, Luther et Lutheranisme. Etude Faite d’apres les sources, tłum. J. Paquier, A. Picard, Paris 1912-13, tom. III, s. 47).

7. „Nie ma zgorszenia większego, bardziej niebezpiecznego, bardziej jadowitego niż dobre życie zewnętrzne, objawiające się dobrymi uczynkami i pobożnym sposobem życia. Jest to wspaniała brama, droga, która wiedzie do potępienia” (źródło: Henri Denifle, Luther et Lutheranisme. Etude Faite d’apres les sources, tłum. J. Paquier, A. Picard, Paris 1912-13, tom. II, s. 128).

Marcin Luter o znaczeniu wolnej woli

8. „(…) jeśli chodzi o Boga i o wszystko, co wywiera wpływ na zbawienie lub potępienie, [człowiek] nie ma wolnej woli, ale jest jeńcem, więźniem i niewolnikiem pańszczyźnianym albo woli Boga, albo woli szatana” (źródło: esej Bondage of the Will, [w:] Martin Luther: Selections From His Writings, red. John Dillenberger, Anchor Books, 1962, s. 190).

9. „Człowiek jest jak koń. Bóg wskakuje w siodło? Koń jest posłuszny i dostosowuje się do każdego ruchu Jeźdźca i idzie tam, gdzie On chce. Bóg rzuca wodze? Wówczas szatan wskazuje na grzbiet zwierzęcia, które pochyla się, idzie i poddaje ostrogom i kaprysom swojego nowego jeźdźca. (…) Zatem konieczność, a nie wolna wola, jest kontrolującą zasadą naszego postępowania. Bóg jest autorem tego, co złe, jak również tego, co dobre; a jak obdarza szczęściem tych, którzy na to nie zasługują, tak również faktycznie potępia tych, którzy nie zasługują na swój los” (źródło: De Servo Arbitrio, 7, 113 seq., cyt. P.F. O’Hare, [w:] Facts About Luther, TAN Books, 1987, s. 266-267).

10. „Jego [Judasza] wola była dziełem Boga; Bóg swoją wszechmocą poruszał jego wolą, tak jak wszystkim, co jest na tym świecie” (źródło: De servo Arbitrio, przeciwko wolnej woli człowieka)

11. „Żaden dobry uczynek nie jest wynikiem czyjejś własnej mądrości, ale wszystko musi się dziać w otępieniu. (…) Rozum należy odrzucić, gdyż jest on wrogiem wiary” (źródło: Tischreden, Weimar, VI, 143, 25-35).

Marcin Luter o życiu chrześcijańskim

12. „Bądź grzesznikiem i niech twoje grzechy będą ogromne, ale niech twoja ufność w Chrystusa będzie silniejsza i raduj się w Chrystusie, który jest zwycięzcą nad grzechem, śmiercią i światem. Będziemy grzeszyć przebywając tutaj, gdyż to życie nie jest miejscem, gdzie mieszka sprawiedliwość. (…) Żaden grzech nie może nas od Niego odłączyć, nawet gdybyśmy mieli tysiące razy każdego dnia zabić czy popełnić cudzołóstwo” (źródło: Let Your Sins Be Strong, [w:] The Wittenberg Project, The Wartburg Segment, tłum. Erika Flores, [w:] Dr. Martin Luther, Sämmtliche Schriften, list nr 99, 1 VIII 1521. – por. także Henri Denifle, Luther et Lutheranisme. Etude Faite d’apres les sources, tłum. J. Paquier, A. Picard, Paris 1912-13, t. II, s. 404).

13. „Nie pytaj o nic swojego sumienia, a jeśli przemówi, nie słuchaj go; jeśli będzie nalegać, zdław je, zabawiaj się; jeśli to konieczne, popełnij jakiś dobry duży grzech, aby je odpędzić. Sumienie to głos szatana, a koniecznie należy zawsze robić coś wprost przeciwnego do tego, czego chce szatan” (źródło: J. Dollinger, La Reforme et les resultants qu’elle a produits, tłum. E. Perrot, Gaume, Paris 1848-49, tom. III, s. 248).

Marcin Luter o karze śmierci i miłosierdziu

14. „Jeśli ktoś uczyłby doktryn sprzecznych z artykułami wiary wyraźnie ugruntowanymi w Piśmie Świętym i w które wierzy cały świat chrześcijański, takimi jak artykuły, których uczymy dzieci w credo – na przykład, gdyby ktoś nauczał, że Chrystus nie jest Bogiem, ale zwykłym człowiekiem i podobnym innym prorokom, jak utrzymują Turcy i anabaptyści – takich nauczycieli nie należy tolerować, ale karać jako bluźnierców. (…) Według tej procedury nikogo nie zmusza się do wierzenia, gdyż może wierzyć w to, co chce; ale nie wolno mu nauczać i bluźnić” (źródło: Luther’s Works, tom. XIII, 61-62).

15. „To, że wywrotowe artykuły doktryny powinno się karać mieczem, nie wymaga dalszych dowodów. Jeśli chodzi o resztę, anabaptyści utrzymują zasady odnoszące się do chrztu niemowląt, grzechu pierworodnego i natchnienia, które nie mają związku ze Słowem Bożym i są w istocie mu przeciwne. (…) Władze świeckie są także zobowiązane powstrzymać i otwarcie karać fałszywe doktryny. (…) Pomyślmy bowiem: jaka klęska by nastąpiła, gdyby dzieci nie były chrzczone? (…) Poza tym anabaptyści oddzielają się od kościołów (…) i ustanawiają posługę i zgromadzenia własne, co jest także przeciwne przykazaniu Boga. Biorąc to wszystko pod uwagę, jasne się staje, że władze świeckie są zobowiązane wymierzać przestępcom karę cielesną. (…) Także, kiedy jest to przypadek utrzymywania jakiejś duchowej zasady, takiej jak chrzest niemowląt, grzech pierworodny i niekonieczna separacja, wówczas (…) konkludujemy, że (…) upartych sektarian należy uśmiercać” (źródło: pamflet z roku 1536, [w:] Johannes Janssen, History of the German People From the Close of the Middle Ages, 16 tomów, tłum. A.M. Christie, B. Herder, St. Louis 1910 [orgy. 1891], t. X, s. 222-223).

Marcin Luter o sprawiedliwości społecznej

16. „Chłopi nie lepsi są od słomy. Nie usłyszą słowa i są pozbawieni rozsądku; zatem należy ich przymusić do słuchania trzaskiem bicza i świstem kul i to jedyna rzecz, na którą zasługują” (źródło: Erlangen, t. 24, s. 294).

17. „Zabić chłopa to nie morderstwo; to pomoc w gaszeniu pożaru. Niech nie będzie półśrodków! Zmiażdżyć ich! Podciąć im gardła! Przebić ich. Nie zostawiajcie kamienia na kamieniu! Zabić chłopa to zniszczyć wściekłego psa!” – „Jeśli mówią, że jestem bardzo surowy i niemiłosierny, niech szlag trafi miłosierdzie! Niech każdy, kto może, dźga ich, dusi i zabija jak wściekłe psy” (źródło: Erlangen, t. 24, s. 294).

18. „Jak poganiacze osłów, którzy muszą nieustannie okładać osły kijem i batem, gdyż inaczej nie będą posłuszne, tak władcy muszą postępować z ludem; muszą pędzić go, bić, dławić, wieszać, palić, ścinać głowy i torturować, aby budzić lęk i hamować lud” (źródło: Erlangen, t. 15, s. 276).

Adolf Hitler Marcin Luter o miłowaniu Żydów

19. „Moja rada, jak powiedziałem wcześniej, jest taka: Po pierwsze, by spalić ich synagogi, a każdy, kto może, niech rzuca siarkę i smołę; byłoby dobrze, gdyby ktoś mógł także dorzucić nieco ognia piekielnego. (…) Po drugie, żeby wszystkie ich księgi – ich modlitewniki, ich pisma talmudyczne, a także całą Biblię – im zabrać, nie zostawiając ani kartki, a zachować je dla tych, którzy mogą się nawrócić. (…) Po trzecie, by zabronić im pod karą śmierci sławienia Boga, dziękczynienia, modlitwy i publicznego nauczania wśród nas i w naszym kraju. (…) Po czwarte, by zabronić im wypowiadania imienia Boga w zasięgu naszego słuchu. Albowiem nie możemy słuchać tego w dobrej wierze ani tolerować. (…) Ten, kto usłyszy to imię [Boga] wypowiedziane przez Żyda, musi poinformować władze albo obrzucić go świńskim łajnem, gdy go zobaczy i gonić go” (źródło: Martin Luther, On the Jews and Their Lies, tłum. Martin H. Bertram, Fortress Press 1955).

20. „Spalić ich synagogi. Zabronić im wszystkiego, o czym wspomniałem wyżej. Zmusić ich do pracy i traktować ich z wszelakiego rodzaju surowością, tak jak uczynił to Mojżesz na pustyni, gdy zabił trzy tysiące. (…) Jeśli to nie zadziała, musimy gonić ich jak wściekłe psy, aby nie stać się współuczestnikami ich wstrętnego bluźnierstwa i wszystkich ich przywar i po to, abyśmy nie zasłużyli na gniew Boga i nie zostali potępieni wraz z nimi. Wykonałem swoją powinność. Niech każdy zadba o wypełnienie swojej. Ja jestem usprawiedliwiony” (źródło: About the Jews and Their Lies, cyt. P.F. O’Hare, The Facts About Luther, TAN Books 1987, s. 290).

21. „Gdybym miał ochrzcić Żyda, zabrałbym go na most nad Łabą, powiesił kamień u jego szyi i zepchnął go ze słowami: Chrzczę ciebie w imię Abrahama” (źródło: Hartmann Grisar, Luther, t. V, s. 413).

22. „Żydzi zasługują na to, by wieszać ich na szubienicy siedem razy wyżej od zwykłych złodziei” (źródło: Weimar, t. 53, s. 502).

Marcin Luter na temat świętości i godności małżeństwa

23. „Jeśli mąż nie ma ochoty, jest inny, który ma; jeśli żona nie ma ochoty, wówczas niech przyjdzie pokojówka” (źródło: Of Married Life).

24. „Przypuśćmy, że doradziłbym żonie impotenta (za jego zgodą), by oddała się innemu, powiedzmy: bratu męża, ale by zachowała ten mariaż w tajemnicy i przypisała dzieci tzw. domniemanemu ojcu. Rodzi się pytanie: Czy taka kobieta jest w stanie, który gwarantuje zbawienie? Moja odpowiedź: z pewnością” (źródło: On Marriage).

25. „Nie jest sprzeczne z Pismem Świętym, by mężczyzna miał kilka żon” (źródło: De Wette, t. 2, s. 459).

26. „Słowo i dzieło Boga jest całkiem jasne, to znaczy, że kobiety są stworzone po to, aby być albo żonami, albo prostytutkami” (źródło: On Married Life).

27. „Mimo całego dobra, jakie mogę powiedzieć o życiu małżeńskim, nie przyznam naturze tyle, by poświadczyć, że nie ma w nim grzechu (…), żadna powinność małżeńska nie jest nigdy pozbawiona grzechu. Powinność małżeńska nigdy nie jest wypełniana bez grzechu” (źródło: Weimar, t. 8, s. 654. Innymi słowy dla Lutra akt małżeński jest „grzechem, który niczym się nie różni od cudzołóstwa”, ibid. Jaki jest zatem, możecie się spytać, cel małżeństwa dla Lutra? Luter stwierdza, że jest nim po prostu zaspokojenie swoich żądz seksualnych: „Ciało domaga się kobiety i musi ją mieć”, albo: „Małżeństwo jest lekarstwem na cudzołóstwo” – Hartmann Grisar, Luther, t. IV, s. 145).

Marcin Luter o równości i moralizowaniu

28. „Jakąż krzywdę mogłoby to wyrządzić, gdyby człowiek powiedział dobre, mocne kłamstwo w godnej sprawie i dla dobra kościołów chrześcijańskich?” (źródło: Lenz, Briefwechsel, t. 1, s. 373)

29. „Kłamać z konieczności albo dla wygody, albo usprawiedliwiając się – takiego kłamstwa nie będzie się traktować jako rzeczy przeciwnej Bogu; był On gotów wziąć takie kłamstwa na siebie” (źródło: Lenz, Briefwechsel, t. 1, s. 375).

Marcin Luter i pokora

30. „Św. Augustyn czy św. Ambroży nie mogą się ze mną równać” (źródło: Erlangen, t. 61, s. 422).

31. „To, czego nauczam i co piszę, pozostaje prawdą, nawet gdyby cały świat miał z tego powodu rozpaść się na kawałki” (źródło: Weimar, t. 18, s. 401).

Marcin Luter o wartości Pisma Świętego

32. „Moim zdaniem ona [księga Apokalipsy] nie nosi na sobie piętna charakteru apostolskiego ani prorockiego. (…) Każdy może ukształtować swój sąd o tej księdze; jeśli chodzi o mnie, to czuję do niej wstręt i jest to dla mnie wystarczający powód, by ją odrzucić” (źródło: Sammtliche Werke, 63, s. 169-170, [w:] P.F. O’Hare, The Facts About Luther, TAN Books, 1987, s. 203).

33. „Jeśli wasz papista drażni was tym słowem („sama” – Rz 3,28), powiedzcie mu wprost, że dr Marcin Luter tak uważa: papista i osioł to jedno i to samo. Ktokolwiek nie przyjmie mojego tłumaczenia, niech traktuje je lekceważąco: diabeł podziękuje temu, kto krytykuje je bez mojej woli i wiedzy. Luter tak to przyjmuje, a jest on doktorem przewyższającym wszystkich doktorów w całym papiestwie” (źródło: Amic. Discussion, 1, 127, [w:] P.F. O’Hare, The Facts About Luther, TAN Books 1987, s. 201. Por. także J. Dollinger, La Reforme et les resultants qu’elle a produits, tłum. E. Perrot, Gaume, Paris 1848-1849, t. III, s. 138).

34. „Historia o Jonaszu jest tak potworna, że całkowicie niewiarygodna” (źródło: P.F. O’Hare, The Facts About Luther, TAN Books 1987, s. 202).

35. „(…) list św. Jakuba jest listem pełnym słomy, gdyż nie zawiera nic ewangelicznego” (źródło: Preface to the New Testament, red. Dillenberger, s. 19. – Por. także Jean Janssen, L’Allemagne et la Reforme, tłum. E. Paris, Plon 1887-1911, t. II, s. 218.

David L. Gray

Źródło: saintdominicsmedia.com

Tłum. Jan J. Franczak

 

 

Abp Jędraszewski: reformacja zapoczątkowała proces prowadzący do degrengolady człowieka

W krakowskim kościele świętej Anny odbyło się kolejne spotkanie otwarte księdza arcybiskupa Marka Jędraszewskiego z wiernymi. Tym razem tematem rozmowy była reformacja i ekumenizm. Nie zabrakło trudnych pytań od krakowian, między innymi o świętowanie przez papieża pięćsetnej rocznicy buntu Lutra, ale także bardzo odważnych tez stawianych przez metropolitę.

Arcybiskup Jędraszewski rozpoczął spotkanie opisem dziejów ducha w ostatnim pięćsetleciu. Choć stwierdził, że wielu reformatorów sprzed pół tysiąca lat nie zamierzało zmieniać doktryny Kościoła, przyznał że Luter, Kalwin i Zwingli potępili Kościół i w ten sposób jako pierwsi wyartykułowali zasadę: „Chrystus tak, Kościół nie”.

Tak ruszyła lawina. Powstały różne wspólnoty chrześcijańskie, które zaczęły toczyć między sobą wojny. Chrześcijanie walczyli z chrześcijanami z tego powodu, że nie należeli już do jednej wspólnoty. Myśliciele tamtych czasów zaczęli więc zastanawiać się, czy Chrystus – skoro tak „dzieli” ówczesnych ludzi – jest w ogóle potrzebny. Zaczęto więc zastanawiać się nad koniecznością oddawania czci innej istocie. którą rzekomo można by poznać samym rozumem – mówił arcybiskup Jędraszewski. Według krakowskiego metropolity to właśnie zrodziło w filozofach potrzebę mówienia o „pierwszej przyczynie”, o „wielkim mechaniku” (gdyż świat fascynował się wówczas mechaniką”). – Mówiono też o „wielkim zegarmistrzu”. Warto zaznaczyć, że w tej wizji ów zegarmistrz, a w pojęciu twórców tego pojęcia Bóg, jedynie przygotowuje precyzyjny, wręcz doskonały mechanizm i wprawia go w ruch. A potem nie interweniuje. Tak oto powstał deizm, a to jest wizja antychrześcijańska – wyjaśnił duchowny dodając, że w ten sposób zaczęto hołubić nową zasadę: „Chrystus nie, Bóg tak”.

Ale – jak wyjaśnił abp Jędraszewski – zasada ta również nie przetrwała próby czasu. Najważniejszym sprawdzianem dla deizmu były bowiem wydarzenia do których doszło w Lizbonie 1 listopada 1755 roku. Wtedy to portugalskie miasto zostało zniszczone w efekcie trzęsienia ziemi, które w konsekwencji wywołało zarówno pożary jak i tsunami. Wielu spośród uciekinierów z miasta zamarzło w górach. –  Cztery żywioły zabijające kilkadziesiąt tysięcy ludzi to był dla współczesnego świata szok. Okazało się bowiem, że ów precyzyjny mechanizm albo wcale nie jest doskonały, albo jednak istota będąca „pierwszą przyczyną” czasami interweniuje. Wolter napisał wówczas skrajnie antychrześcijański utwór, bardzo szybko zyskujący ogromną popularność. Tak narodziła się kolejna zasada: „Bóg nie – człowiek tak” powiedział arcybiskup Jędraszewski.

To jest efekt lawiny, która miała początek pięćset lat temu. A w konsekwencji doprowadzono do zasady obowiązującej dzisiaj w wielu miejscach, a więc zasady brzmiącej „człowiek nie!”. Tym właśnie jest przecież ideologia gender i podobne jej absurdy – zauważył krakowski pasterz. Prześledziwszy ostatnie pięć stuleci metropolita doszedł do wniosku, że „wraz z reformacją zaczął się proces, który doprowadził do degrengolady człowieka”. – Świat i dziś idzie inną drogą niż chrześcijanie, a zaczęło się to niestety od tamtego tragicznego podziału sprzed pięciuset lat. Nie ma więc przy okazji tej rocznicy czego świętować, bo nie można świętować podziału i „anty-świadectwa” – dodał.

Jak traktować protestantyzm i protestantów?

Jeden z wiernych zapytał abpa Jędraszewskiego o nowe zjawisko w Kościele – o wspólne modlitwy chrześcijan różnych wspólnot, nie chcących poważać jakiejkolwiek teologii, a jedynie „wesoło śpiewając lub tańcząc wielbić Boga”. Metropolita nazwał tego typu zjawiska „pentekostalizacją Kościoła” pytając jednocześnie „co to ma wspólnego z Kościołem, który założył Jezus Chrystus i którego źródłem jest Ewangelia i Tradycja”? – W tego typu ruchach odnajdujemy tendencje bazujące na emocjach i na negowaniu Kościoła a oparcia na nowych liderach. Trudno to pogodzić z Kościołem w który wierzymy – powiedział duchowny dodając, że „pełnia prawdy jest tylko w nauce Kościoła rzymsko-katolickiego”.

Kapłana zapytano także, czy katolicy powinni nawracać protestantów. Arcybiskup przywołał przykład J. H. Newmana, słynnego konwertyty z anglikanizmu, niegdyś uważającego, że papież to antychryst a katolicyzm stanowi wielki błąd. Później został jednak katolickim duchownym gdyż był… bardzo uczciwy intelektualnie i usilnie poszukując Prawdy odnalazł ją w Kościele rzymskim. Według metropolity krakowskiego dziś wielu anglikanów podąża śladem Newmana, a dzieje się to między innymi z powodu jaskrawo widocznego odejścia ich dotychczasowych wspólnot od nauki chrześcijańskiej – jak stało się choćby z akceptacją homo-związków. – To nie jest więc problem nawracania protestantów, bo istnieje tendencja ich przyłączania się do Kościoła katolickiego, ale jest to kwestia trwania w czystości doktrynalnej – odpowiedział duchowny.

Zadano także pytanie o obchodzenie przez katolików pięćsetlecia reformacji. Jeden z wiernych przyznał, że był zgorszony widząc „radosne świętowanie reformacji przez papieża i niektórych polskich hierarchów”. Pytał, czy jest to postępowanie godne oraz stwierdził, że przecież „nie wolno nam przebywać w namiotach grzeszników a chodzimy z nimi do ołtarza!”. Arcybiskup Jędraszewski uznał, że interpretowanie wspólnych obchodów pamiątki reformacji jako „radosne” może być mylną interpretacją. Przypomniał, że mimo wielu różnic nadal istnieją rzeczy, które mamy z protestantami wspólne: jak wiara w Chrystusa czy chrzest. A świat wrogi jest wobec chrześcijan, prześladuje się ich w wielu miejscach bez względu na to, czy są katolikami czy protestantami. Duchowny podkreślił jednak także, że „ucieczka od różnic byłaby ucieczką od prawdy”.

Żródło:Bibuła.com

 

Katolickie nauczanie o małżeństwie i rozwodach – John Lamont

Ponieważ zagadnienia związane z małżeństwem katolickim wywołały gwałtowną dyskusję podczas obecnej sesji synodu, warto przypomnieć pokrótce nauczanie Pisma św. w tej kwestii.

Punktem wyjściowym jest ustęp 24, 1–4 Księgi Powtórzonego Prawa: „Jeśli pojmie człowiek żonę i będzie ją już miał, a nie znajdzie łaski w oczach jego dla jakiejś sprośności, napisze list rozwodny i da jej w rękę, i puści ją z domu swego. A gdy odszedłszy pójdzie za innego męża i on by ją też miał w nienawiści, i dałby jej list rozwodny i puściłby ją z domu swego, albo by też umarł, nie będzie mógł pierwszy mąż wziąć jej znowu za żonę, bo jest skalana i stała się obrzydłą przed Panem; byś nie przyprawił o grzech ziemi twojej, którą Pan, Bóg twój, da tobie w posiadanie”.

Powyższy fragment stanowi podstawę prawa żydowskiego dotyczącego małżeństwa i rozwodów. W istocie nie usprawiedliwia on rozwodu, ale jedynie potwierdza istnienie tej praktyki w życiu społecznym. Pozwala mężowi, ale nie żonie, zainicjować postępowanie rozwodowe, wymaga też istnienia uzasadnionego po temu powodu. Hebrajskie sformułowanie erwa dabar, które oznacza „nieczystość” lub „coś hańbiącego”, nie posiada precyzyjnego znaczenia, a jego interpretacja stanowiła istotę dysput toczonych przez rabinów w kwestii natury podstaw do rozwodu. Za czasów Chrystusa istniały w tej sprawie wśród Żydów trzy poglądy. Szkoła Szammaja, zasadniczo liberalna w kwestiach przestrzegania prawa, była w tym przypadku najbardziej rygorystyczna. Utrzymywała, że jedynie cudzołóstwo (czy też ogólniej – niemoralność w sferze seksualnej) mogło usprawiedliwiać rozwód. Szkoła Hillela, generalnie rygorystyczna, była w tym przypadku liberalna, dopuszczała rozwód niemal z każdego powodu – jak np. przypalenie przez żonę obiadu. Wspólnota żydowska z Qumran, mająca powiązania z rygorystycznymi esseńczykami, utrzymywała, że ponowne zawarcie małżeństwa za życia pierwszej żony jest zabronione. W jednym ze zwojów znad Morza Martwego, tzw. Zwoju Świątynnym, można znaleźć następujący ustęp: „I nie będzie on brał sobie żony spośród córek narodów, ale z domu ojca swego weźmie sobie żonę, z rodziny swego ojca. I nie weźmie sobie innej żony poza nią, gdyż jedynie ona będzie z nim przez wszystkie dni jej życia. Gdyby jednak umarła, może on wziąć sobie inną [żonę] z domu swego ojca, z jego rodziny”.

Dla uzupełnienia kontekstu, w jakim zostało sformułowane nauczanie Zbawiciela w tej materii, warto też powiedzieć parę słów na temat rzymskiego prawa rozwodowego z czasów Jego ziemskiego życia. W prawie rzymskim rozwód nie był aktem orzekanym przez władze cywilne, ale bezpośrednim porozumieniem między stronami. Dopuszczalne były dwie jego formy: rozwód za obopólną zgodą, communi consensu, bez orzekania o winie, oraz rozwód ze względu na winę jednej ze stron. Przyczyny usprawiedliwiające tę drugą formę rozwodu były szczegółowo określone przez prawo. Ilość zarzutów, jakie mógł postawić mąż, była zdecydowanie większa niż w przypadku żony, jednak w ograniczonej liczbie przypadków również ona mogła zainicjować postępowanie rozwodowe. W przypadku niektórych poważniejszych kategorii uchybień prawo nie tylko zezwalało na rozwód, ale wręcz go nakazywało. Lex Iulia de adulteriis coërcendis, promulgowane przez cesarza Augusta w roku 18 przed Chrystusem, wymagało, aby mąż, który mógł udowodnić swej żonie cudzołóstwo, doniósł o tym do władz miejskich i rozwiódł się z nią. Uchylenie się od tego obowiązku czyniło męża winnym lenocinium, przestępstwa karanego śmiercią.

Rzeczywisty kontekst słów Chrystusa odnoszących się do małżeństwa i rozwodów stanowiły spory pomiędzy szkołami rabinicznymi. Przypomnijmy tu najważniejsze fragmenty nauczania Zbawiciela w tej kwestii.

Każdy, który opuszcza żonę swą, a drugą pojmuje, cudzołoży; a kto od męża opuszczoną pojmuje, cudzołoży (Łk 16, 18).

A przystąpiwszy faryzeusze, pytali go, kusząc: Czy godzi się mężowi opuścić żonę? On zaś odpowiadając, rzekł im: Co wam przykazał Mojżesz? A oni rzekli: Mojżesz pozwolił „napisać list rozwodowy i opuścić”. Odpowiadając im Jezus, rzekł: Dla twardości serca waszego napisał wam taki nakaz. Ale od początku stworzenia „mężczyzną i niewiastą uczynił ich” Bóg. „Dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę, a przyłączy się do żony swojej; i będą dwoje w jednym ciele”. Tak więc już nie są dwoje, ale jedno ciało. Co tedy Bóg złączył, niechaj człowiek nie rozłącza. A w domu znów o to samo pytali go uczniowie jego. I rzecze im: Ktokolwiek opuściłby żonę swoją, a pojąłby inną, cudzołóstwa się dopuszcza przeciwko niej. I jeśliby żona opuściła męża swojego, a wyszłaby za drugiego, cudzołoży (Mk 10, 2–12).

Powiedziano zaś: „Ktokolwiek opuści żonę swoją, niech jej da list rozwodowy”. Lecz ja wam powiadam, że wszelki, który opuści żonę swoją, wyjąwszy przyczynę porubstwa, sprawia, że ona cudzołoży, i kto by opuszczoną pojął, cudzołoży (Mt 5, 31–32).

I przyszli do niego faryzeusze, kusząc go i mówiąc: Czy godzi się człowiekowi opuścić żonę swoją z jakiejkolwiek przyczyny? A on odpowiadając rzekł im: Nie czytaliście, że ten który stworzył człowieka na początku, „mężczyzną i niewiastą stworzył ich?” I rzekł: „Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, i złączy się z żoną swoją, i będą dwoje w jednym ciele”. A tak już nie są dwoje, ale jedno ciało. Co więc Bóg złączył, człowiek niech nie rozłącza. Rzekli mu: Czemuż więc Mojżesz kazał dać list rozwodowy i odprawić? Rzekł im: Mojżesz dla twardości serca waszego pozwolił wam opuszczać żony wasze, lecz od początku nie było tak. A powiadam wam: Iż ktokolwiek opuściłby żonę swoją, oprócz dla porubstwa, a pojąłby inną, cudzołoży; a kto by opuszczoną pojął, cudzołoży. Rzekli mu uczniowie jego: Jeśli tak się ma sprawa mężczyzny z żoną, niepożyteczno się żenić. A on im rzekł: Nie wszyscy pojmują to słowo, ale ci, którym jest dane. Albowiem są rzezańcy, którzy z żywota matki tak się narodzili, i są rzezańcy, których ludzie uczynili, i są rzezańcy, którzy się sami otrzebili dla królestwa niebieskiego. Kto może pojąć, niechaj pojmuje (Mt 19, 3–12).

Także św. Paweł powtarza to nauczanie Chrystusa w 1 Liście do Koryntian: „Tym zaś, co są złączeni małżeństwem, rozkazuję nie ja, ale Pan, żeby żona nie odchodziła od męża. A jeśliby odeszła, niech zostanie bez męża, albo niech się pojedna z mężem swoim. I mąż niech żony nie opuszcza” (7, 10–11).

Liberalny i sceptyczny krytyk biblijny E.P. Sanders określa powyższe deklaracje dotyczące rozwodów jako najlepiej poświadczone przez Ewangelie nauczanie Chrystusa. Uznaje za niezbity fakt historyczny, że Chrystus po prostu zakazał rozwodów, nie dopuszczając żadnych wyjątków. Zauważa też, że „zakazując rozwodu Jezus nie występował bezpośrednio przeciwko prawu mojżeszowemu. Jest ogólnie przyjętą zasadą, że zachowywanie rygoryzmu w stopniu większym, niż wymaga tego prawo, nie stanowi jego pogwałcenia […]. W ustępach Nowego Testamentu Jezus zakazuje rozwodu. Nie można utrzymywać, że kwestionował On istniejące prawo. W rzeczywistości wydaje się, że wprowadza On tu prawo w sferze, w której ono nie istniało: zakazuje rozwodów”. Tę konkluzję Sanders formułuje opierając się na czysto świeckim i naukowym rozumowaniu, nie dopuszczającym uciekania się do argumentów natury teologicznej przy formułowaniu wniosków historycznych.

Powinniśmy rozróżnić pomiędzy doktryną o małżeństwie, której Kościół nauczał w oparciu o te teksty, a ich precyzyjną interpretacją. Na podstawie słów Chrystusa Kościół w nieomylny sposób nauczał, że skonsumowane sakramentalne małżeństwo pomiędzy chrześcijanami może być rozwiązane jedynie przez śmierć jednej ze stron. To nieomylne nauczanie można odnaleźć w powszechnym Magisterium katolickich biskupów oraz w kanonach uchwalonych po XXIV sesji Soboru Trydenckiego:

Kanon 5: Gdyby ktoś mówił, że węzeł małżeński może być rozwiązany z powodu herezji, uciążliwości pożycia lub ciągłej nieobecności małżonka – niech będzie wyklęty.

Kanon 7: Gdyby ktoś mówił, że Kościół jest w błędzie, gdy nauczał i naucza zgodnie z nauką Ewangelii i apostołów, iż z powodu cudzołóstwa jednego z małżonków węzeł małżeński nie może być rozwiązany, i żadna ze stron, nawet niewinna, która nie dała powodu do cudzołóstwa, nie może zawrzeć innego małżeństwa za życia swego małżonka, oraz że cudzołoży mąż, który opuściwszy cudzołożną żonę pojął inną, i żona, która opuściwszy cudzołożnego męża wyszła za innego – niech będzie wyklęty.

Kontrowersje w interpretacji dotyczą terminu „cudzołóstwo”, występującego w Ewangelii św. Mateusza. Tak bowiem przetłumaczono grecki termin porneia, który w istocie nie oznacza w tym języku cudzołóstwa, ale ogólnie niemoralność w sferze seksualnej. Pierwsi protestanci utrzymywali, że Chrystus podał tu wyjątek od ogólnego zakazu rozwodów, które w tym konkretnym przypadku byłyby dopuszczalne. Ta interpretacja jest jednak nie do przyjęcia, a to z następujących powodów:

  1. Relacje o bezwzględnym zakazie rozwodów można znaleźć u św. Mateusza, św. Marka, św. Łukasza i św. Pawła, jednakże zastrzeżenie odnoszące się do porneia występuje jedynie u św. Mateusza. Interpretacja tego zastrzeżenia jako potencjalnego uzasadnienia dla rozwodów równałaby się twierdzeniu, że ten ustęp pozostaje w sprzeczności z innymi księgami Pisma św. To zaś jest nie do przyjęcia zarówno z punktu widzenia teologii, jak i historii.
  2. Nie wyjaśnia to, dlaczego rozdział 19 Ewangelii św. Mateusza stwierdza, że faryzeusze wystawiali Pana Jezusa na próbę, jako że zgodnie z tą interpretacją Chrystus wyrażał pogląd zgodny z nauką jednej ze szkół rabinicznych.
  3. Nie wyjaśnia to konsternacji uczniów (Mt 19, 10). Byłaby ona przesadna, gdyby Chrystus powtarzał jedynie naukę głoszoną przez szkołę Szammaja.
  4. Nie wyjaśnia to słów Chrystusa o eunuchach, które trudno byłoby zrozumieć, o ile istniałaby realna możliwość rozwodu.
  5. W innych miejscach Ewangelii św. Mateusza (5, 31–32; 19, 3–12 etc.) w odniesieniu do cudzołóstwa jest używany rzeczownik moicheia (czas. moicheio). Dlaczego więc w dyskutowanym przez nas tekście Ewangelista posłużył się innym terminem na określenie tego aktu?
  6. Wszystkie inne potępienia wygłoszone przez Chrystusa w Kazaniu na górze odrzucają interpretacje Prawa przedstawiane przez faryzeuszy. Trudno przypuszczać, aby ustęp 5, 32 z Ewangelii św. Mateusza miał stanowić pod tym względem wyjątek, podtrzymując nauczanie szkoły faryzejskiej.

Trzeba też zauważyć, że to lekceważenie przez Rzym negowania bóstwa Chrystusa nie datuje się dopiero na pontyfikat papieża Franciszka, ale w istocie miało miejsce już za czasów Pawła VI, Jana Pawła II oraz Benedykta XVI.

 

Katoliccy egzegeci podają dwa różne wyjaśnienia tego rzekomego wyjątku [w kwestii dopuszczalności rozwodu]. Zgodnie z interpretacją starszą, podawaną przez św. Hieronima i św. Augustyna, cudzołóstwo nie zostało tu podane jako potencjalna przyczyna rozwodu, ale separacji od stołu i łoża. Bardziej współczesna interpretacja, proponowana przez J. Bonsirvena i J. Meiera sugeruje, że występujące w tekście św. Mateusza słowo porneia odnosi się do małżeństw zawieranych pomiędzy bliskimi krewnymi, w stopniu pokrewieństwa zakazywanym przez prawo mojżeszowe. Takie małżeństwa były powszechne wśród pogan przed ich nawróceniem na chrześcijaństwo. Nowy Testament zakazywał takich związków w Dziejach Apostolskich (15, 29) i 1 Liście do Koryntian (5, 1). 
Oba te teksty używają na określenie takich małżeństw właśnie terminu porneia. Tak więc użycie tego słowa w opisanych przez św. Mateusza dyskusjach dotyczących rozwodów oznaczałoby, że wyrażony przez Chrystusa zakaz rozwodów nie dotyczył takich sytuacji (ponieważ te małżeństwa były ze swej istoty nieważne – przyp. tłum.). Ta interpretacja wydaje się najbardziej logiczna; oczywiście jej przyjęcie nie oznacza odrzucenia nauczania, zgodnie z którym cudzołóstwo stanowi podstawę do separacji od stołu i łoża, do której czyni aluzję 1 List do Koryntian (7, 10–11).

Z powyższych rozważań wynikają trzy rzeczy. Pierwszą z nich jest oczywiście fakt, że katolicka doktryna o małżeństwie i rozwodach była głoszona bezpośrednio przez samego Chrystusa i nie może być odrzucana w teorii ani w praktyce bez odrzucenia Chrystusa oraz Jego nauki. Po drugie, w toczonej obecnie dyskusji przeocza się istotę nauczania Zbawiciela. Nie powiedział On: „Nie rozwódźcie się i nie zawierajcie kolejnych związków”, ale „Nie rozwódźcie się!”. Jego słowa o „powtórnym małżeństwie” po rozwodzie miały z założenia wyjaśnić i uzupełnić to nauczanie, nie stanowiły samej jego istoty. Po trzecie, to nauczanie jest potwierdzone nie tylko przez tradycję katolicką, ale także przez świeckie badania historyczne. Gdybyśmy je odrzucili, odrzucilibyśmy nie tylko autorytet doktrynalny Kościoła katolickiego, jak uczynili to pierwsi protestanci. Musielibyśmy odrzucić także osobisty autorytet słów samego Chrystusa, to zaś oznaczałoby odrzucenie wcielenia i utrzymywanie, że Chrystus był jedynie zwykłym rabinem z I wieku, którego nauki były często nowe i inspirujące, nie można im jednak przypisywać boskiego autorytetu.

Tak właśnie postępuje większość biskupów oraz teologów, którzy w trakcie obecnego synodu usiłują obalić katolicką teologię dotyczącą małżeństwa. Dla osób zaznajomionych ze współczesną teologią zjawisko kwestionowania bóstwa Chrystusa nie jest niczym nowym. Przeciętny świecki katolik zazwyczaj jednak nie zdaje sobie z tego sprawy, zaś władze rzymskie, które ten błąd powinny piętnować, pozostają całkowicie bierne. Trzeba też zauważyć, że to lekceważenie przez Rzym negowania bóstwa Chrystusa nie datuje się dopiero na pontyfikat papieża Franciszka, ale w istocie miało miejsce już za czasów Pawła VI, Jana Pawła II oraz Benedykta XVI. Obecnie, podczas Synodu o rodzinie, zbieramy tego gorzkie owoce.

John Lamont

Forsowanie koncelebry to błąd prawny, teologiczny i duchowy

Po Watykanie krąży plotka. Jeden ze współpracowników papieża Franciszka zapytał go czy to prawda, że ustanowiono komisję w celu „reinterpretacji” Humanae Vitae, a on odpowiedział „to nie komisja, tylko grupa studyjna”. To nie tylko manipulacja językowa służąca ukryciu prawdy, lecz gra słów ujawniająca, w jaki sposób kult sprzeczności stanowi istotę tego pontyfikatu.  

Prałat Gilfredo Marengo, koordynator owej „grupy studyjnej” dobrze podsumowuje tę filozofię, gdy mówi, że musimy unikać „polemicznej gry typu pigułka tak – pigułka nie, podobnie jak to jest dziś, gdy mamy: Komunia dla rozwiedzionych – tak – Komunia dla rozwiedzionych – nie” (Vatican Insider, 23 marzec 2017).

Piszę o tym, by przedstawić nowy poufny materiał, skonstruowany przez inną grupę studyjną. Chodzi o „dokument roboczy” Kongregacji do spraw Duchowieństwa „O koncelebrze w Kolegiach i Seminariach Rzymu”. Krąży on nieoficjalnie po rzymskich kolegiach i seminariach. Z tekstu wynika wprost, że papież Franciszek chce wprowadzić koncelebrację eucharystyczną w kolegiach i seminariach Rzymu. Tym samym de facto, choć niebezpośrednio przyznaje, że „celebrację we wspólnocie należy zawsze przedkładać nad odprawianie indywidualne”.

Z dokumentu wyłaniają się też motywy stojące za tą decyzją. Rzym to nie tylko siedziba Świętego Piotra i serce cywilizacji chrześcijańskiej, lecz również miejsce, gdzie księża i seminarzyści z całego świata spotykają się, by nauczyć się czci dla wiary, rytów i tradycji Kościoła; a więc tego wszystkiego, co nazywano „duchem rzymskim”. Tymczasowy pobyt w Rzymie, pomagający rozwinąć miłość dla Tradycji Kościoła, oferuje dziś możliwość liturgicznej i doktrynalnej „reedukacji” dla osób pragnących zreformować Kościół według dyrektyw papieża Bergoglio. Życie w rzymskich kolegiach – jak przyznaje „dokument roboczy” – rzeczywiście „daje szansę doświadczenia w tym samym czasie intensywnego okresu stałej, integralnej formacji”.

Przesadny nacisk na koncelebrę

Koncelebracja została ustanowiona jako środek dla księdza, by stracił powoli świadomość tego kim jest on i czym jest jego misja – sprawowanie Ofiary Eucharystycznej i zbawienie dusz

 

Dokument odnosi się bezpośrednio do ostatniej papieskiej przemowy dla studiujących w Rzymie. Papież Franciszek podkreślił w niej znaczenie koncelebracji w kontekście wspólnot księży-studentów. „Przezwyciężanie indywidualizmu i doświadczanie różnorodności jako daru, szukanie jedności kapłanów, stanowiącej znak Bożej obecności w życiu wspólnotowym to niekończące się wyzwanie. Prezbiter nieutrzymujący jedności, de facto wyrzuca Boga z życia wspólnotowego. Nie daje on świadectwa obecności Stwórcy. Wyrzuca Go. Dlatego też zgromadzeni w imię Boga, szczególnie na odprawianiu Eucharystii, manifestujecie także sakramentalnie, że On jest miłością waszych serc. (Przemówienie, 1 kwietnia 2017).

W świetle tej doktryny „dokument roboczy” Kongregacji do spraw Duchowieństwa powtarza, że „Mszę koncelebrowaną preferuje się nad indywidualną celebrację” [pogrubienie znajduje się w oryginale; dotyczy to też kolejnych cytatów].

„Zatem silnie zachęca się przełożonych, by zachęcali do koncelebry, nawet kilka razy dziennie, w dużych kapłańskich wspólnotach. Dlatego można antycypować kilka koncelebr w różnych kolegiach, tak aby księża-rezydenci mogli uczestniczyć zgodnie ze swoimi osobistymi potrzebami, ustanawiając Msze dwa lub trzy razy dziennie.

W efekcie codzienne relacje, pielęgnowane nieustannie przez lata w tym samym rzymskim kolegium są ważnym doświadczeniem w drodze powołania każdego księdza. Dzięki temu wśród księży różnych diecezji i narodów tworzą się braterskie więzi i wspólnota znajdujące sakramentalny wyraz w koncelebracji Eucharystycznej.

„Niewątpliwie, opuszczenie własnej diecezji i misji duszpasterskiej na całkiem długi czas gwarantuje nie tylko przygotowanie intelektualne, lecz przede wszystkim możliwość, by w tym samym czasie doświadczyć intensywnego okresu trwającej, integralnej formacji. Dlatego też życie wspólnotowe w kolegiach kapłańskich oferuje nowe lekarstwo kapłańskiej wspólnoty.

Doświadczenie kolegium to możliwości owocnego odprawiania Eucharystii przez księży. Zatem praktyka codziennej koncelebracji Mszy w kolegiach może stać się okazją pogłębiania życia duchowego kapłanów. Jej ważne owoce to:

– wyrażenie wspólnoty między księżmi z różnych Kościołów patrykularnych, manifestowane szczególnie, gdy biskupi z różnych diecezji przewodniczą koncelebracji podczas swych wizyt w Rzymie

– szansa wysłuchania homilii innych księży

– uważnie przygotowana celebracja, nawet uroczysta, codziennej Eucharystii

– pogłębienie pobożności Eucharystycznej, którą powinien kultywować każdy ksiądz, poza samą celebracją”.

Wśród praktycznych norm, na jakie się wskazuje, możemy przeczytać, że: „rekomenduje się, by księża mogli uczestniczyć zwyczajnie w koncelebracji Eucharystycznej w godzinach ustanowionych przez kolegium, zawsze preferując wspólnotową celebrację wspólnotową nad indywidualną. W tym sensie kolegia z dużymi grupami księży mogą ustanowić celebrację Eucharystii podczas 2 lub 3 różnych godzin dnia, tak aby każdy mógł uczestniczyć zgodnie ze swoimi osobistymi, akademickimi czy pastoralnymi potrzebami”.

„Jeśli księża rezydenci w kolegium z jakiś konkretnych powodów nie mogą uczestniczyć w koncelebracji w ustalonych godzinach, muszą zawsze preferować wspólną celebrację w innej, bardziej dogodnej godzinie”.

 

Wątpliwości prawne i nie tylko

Naruszenie kanonu 902, według którego księża „mogą koncelebrować Eucharystię, z zachowaniem jednak swobody każdego do indywidualnego sprawowania Eucharystii” jest oczywiste i powtarza się w dwóch akapitach tekstu. Skutkiem tego kolegia stosujące literalnie dokument roboczy naruszą obecne powszechne prawo. Jednak poza uwagami prawnymi, istnieją też inne, natury teologicznej i duchowej.

5 marca 2012 roku przy okazji prezentacji książki prałata Guillaume Derville’a „Koncelebracja Eucharystii. Od symbolu do Rzeczywistości (Montreal 2012), kardynał Antonio Canizares, ówczesny prefekt Kongregacji Kultu Bożego, podkreślił potrzebę „większego umiaru” w koncelebracji, przyjmując za swoje słowa Benedykta XVI „w tym celu, wraz z Ojcami Synodu, zalecam kapłanom codzienną celebrację Mszy świętej, również i wtedy, gdy nie uczestniczą w niej wierni. To zalecenie jest przede wszystkim odpowiedzią na obiektywnie nieskończoną wartość każdej celebracji eucharystycznej; znajduje też uzasadnienie w jej szczególnej skuteczności duchowej, ponieważ Msza św., przeżywana z wiarą, kształtuje człowieka w najgłębszym znaczeniu tego słowa, sprzyja bowiem upodabnianiu się do Chrystusa oraz utwierdza kapłana w jego powołaniu” (Sacramentum Caritatis 80).

Katolicka doktryna widzi we Mszy Świętej bezkrwawe ponowienie Ofiary Krzyża. Zwiększenie liczby odprawianych Mszy oddaje większą chwałę Bogu i przynosi duszom ogromną korzyść. „Choć każda Msza ma sama w sobie tę samą nieskończoną wartość” – pisze ojciec Joseph de Sainte Marie – „dyspozycje ludzi do przyjmowania jej owoców są zawsze niedoskonałe i w tym sensie ograniczone. Dlatego też tak ważną rolę dla pomnożenia owoców zbawienia odgrywa liczba odprawianych Mszy. W oparciu o te podstawowe, ale wystarczające teologiczne rozumowanie, zbawcza wartość znaczącej liczby Mszy jest udowodniona także przez liturgiczną praktykę Kościoła i stanowisko Magisterium. Kościół na przestrzeni stuleci stawał się stale coraz bardziej świadomy tej owocności. Dlatego też promował praktykę zwiększania liczby Mszy i następnie zachęcał, oficjalnie, by odprawiać ich coraz więcej”. (Eucharystia zbawieniem świata, Paryż 1982, s. 457-458).

Neo-moderniści zredukowali jednak Mszę do idei zgromadzenia: im więcej księży i wiernych obecnych, tym większe jej znaczenie. Koncelebracja została ustanowiona jako środek dla księdza, by stracił powoli świadomość tego kim jest on i czym jest jego misja – sprawowanie Ofiary Eucharystycznej i zbawienie dusz. Tymczasem zmniejszenie liczby Mszy Świętych, podobnie jak i odchodzenie od prawidłowej jej koncepcji to jedna z głównych przyczyn dzisiejszego kryzysu religijnego. A teraz nawet Kongregacja do spraw Duchowieństwa, i to na wniosek papieża Franciszka, bierze udział w zniszczeniu wiary katolickiej.

Roberto de Mattei

Tłumaczenie: Marcin Jendrzejczak

 

Lichwiarze w świetle religii i tradycji

Wszechobecny wyzysk

Żyjemy w świecie lichwy. Być może ta teza wyda się niektórym zbyt śmiała, jednak uważna obserwacja otaczającej nas rzeczywistości nie pozostawia złudzeń. Świat wirtualnego pieniądza i wszechpotężnych instytucji bankowych żerujących na ludziach stał się rzeczywistością, którą mało kto kwestionuje. Głosy potępiające taki stan rzeczy nikną wśród gwaru i chaosu współczesnego świata, jak gdyby stworzonego z myślą o ogłupieniu społeczeństwa i zduszeniu w zarodku wszystkiego, co mogłoby zaszkodzić ideologii konsumpcjonizmu, leżącej u podstaw dzisiejszej dekadencji. Stawiam więc tezę, że żądza zysku jest powodem takiego, a nie innego kierunku, w którym zmierzamy. Pozostałe kwestie, które tak rzucają się w oczy, są jedynie pochodnymi pierwotnej chciwości, kształtującej świat na swoją modłę i za nic mającej dobro jednostki, którym w każdy możliwy sposób się zasłania. Zboczenia, przemoc i ogólny upadek obyczajów, to produkty chciwości, uzurpującej sobie prawo do kreowania otoczenia w sposób urągający wszelkim zdrowym standardom. Chciwość nie widzi niczego poza sobą, dla człowieka nią opanowanego nie istnieje żadna świętość, żadna granica, jest tylko wieczny głód i żądza. Inni ludzie są tylko obiektami wyzysku służącymi zwiększaniu bogactwa. Ich wewnętrzne wartości są przeszkodą, którą należy pokonać wszelkimi sposobami. Społeczeństwo pozbawione wiary i zasad moralnych nie zasługuje na miano cywilizowanego, bo jest jak stado zwierząt hodowlanych idących na rzeź.

Pierwszą spośród córek chciwości jest lichwa. Potworny wynalazek, świetnie służący zniewoleniu zarówno pojedynczych osób, jak i całych narodów. Kto z nas nie ma kredytu? Kto mieszka tak naprawdę „na swoim”, a nie na bankowym? Kto z nas może pozwolić sobie na komfort bycia człowiekiem, a nie maszynką do zarabiania pieniędzy przez banki? Czy może być wolną osoba, nad którą wisi cień strachu o przyszłość, o to czy nie przyjdzie ktoś i nie zabierze jej tego, co mylnie uważała za swoje? Pożyczają nam pieniądze na rzeczy, na które powinno być nas stać dzięki naszej pracy. Jednak w dzisiejszych czasach wartość pracy dyktowana jest przez zdolność kredytową, a nie jej rzeczywiste skutki społeczne. Produkcja, usługi, to wszystko małe piwo w porównaniu z tzw. inwestycjami czy spekulacjami wirtualnymi instrumentami finansowymi. Posiadając pieniądze, możesz pomnożyć je bez ruszania się z domu. Wystarczy kupić akcje i czekać na zysk. Oczywiście dobrze jest mieć tych pieniędzy naprawdę bardzo dużo, albo chociaż informacje z odpowiednich źródeł, co do przyszłych wydarzeń mogących mieć wpływ na notowania giełdowe. Niektórzy zapominają, że całym rynkiem finansowym rządzi prawo podaży i popytu, że masy drobnych inwestorów są oceanem falującym w rytm kierujących nimi emocji. W oceanie tym pływają grube ryby, wykorzystujące pływy dla nabijania sobie kabzy kosztem biednej i niedoinformowanej większości.

Dlaczego społeczeństwa tzw. cywilizacji zachodniej pozwalają funkcjonować regułom tak jawnie sprzecznym ze zdrowym rozsądkiem? Nawet nie kierując się rozsądkiem można przecież sięgnąć do tradycji i wiary, od tysiącleci potępiających lichwę oraz wskazujących pożądany i wypracowany przez pokolenia kształt jaki powinny mieć relacje społeczne. Wiem dlaczego, jednak konkluzję pozwolę sobie pozostawić na koniec. Zastanówmy się teraz: czy istnieje dla nas inna droga? Wbrew temu, czym raczy nas oficjalna propaganda, inne możliwości są dostępne, a wieczne kredytowanie na procent ludzi i społeczeństw, to ślepy zaułek, w który wprowadza ludzkość rządząca nią „elita” finansowa.

Geneza Problemu

Lichwa w tej czy innej formie istniała od tysiącleci. Zawsze znalazł się cwaniak, który chciał wykorzystać trudną sytuację bliźniego, by zarobić łatwe pieniądze. Niezależnie od epoki ludzie pożyczali sobie mniejsze bądź większe kwoty. Podlegało to z początku regulacjom zwyczajowym, a w niektórych przypadkach religijnym, w końcu także prawnym. Pieniądz ewoluował wraz z rozwojem ludzkości. Nie ma tu miejsca na analizę faz jego rozwoju i tego jak zmieniał się na przestrzeni wieków. Zastanówmy się za to, w jaki sposób narodziła się współczesna bankowość i w jaki sposób plugawa, plemienna mentalność dała jej początki.

Zjawisko lichwy pomimo tego, ze towarzyszyło ludzkości od samego początku istnienia pieniądza, spotykało się również od zawsze z krytyką ludzi światłych. Według Arystotelesa „(…) z największą słusznością znienawidzone jest rzemiosło lichwiarza, ponieważ osiąga zysk z samego pieniądza, który mija się tu ze swym przeznaczeniem. Stworzony bowiem został dla celów wymiany, a tymczasem przez pobieranie procentów sam się pomnaża. (…) ten sposób zarobkowania jest w najwyższym stopniu przeciwny naturze”[1]. Jak widać już w IV wieku p.n.e. pożyczanie pieniędzy na procent stanowiło duży problem. Jeśli zjawisko nie jest rzeczywistym problemem nikt go nie potępia i przechodzi się nad nim do porządku dziennego. Niestety „starożytni Grecy wiele wycierpieli z powodu nadmiernie oprocentowanych pożyczek, które wpędziły w niewolę ogromną liczbę mieszkańców Aten. Kiedy bowiem dłużnik bankrutował, wierzyciel mógł go sprzedać wraz z całą rodziną”[2]. Dzisiejsza sytuacja nie wygląda na szczęście aż tak źle, jednak przykład antycznych Greków pokazuje do czego może dojść, jeśli takiemu procederowi pozwoli się rozwijać.

„Nie będziesz żądał od brata swego odsetek od pieniędzy, od żywności ani odsetek od czegokolwiek, co się pożycza na procent. Od obcego możesz się domagać, ale od brata nie będziesz żądał odsetek”[3]. Cytat ten, pochodzący z żydowskiej Tory jest przykładem specyficznego postrzegania świata, dzielącego ludzi na swoich i obcych. Napisałem „specyficznego”, jednak znany jest on każdemu z nas. Kto nie spotkał w życiu człowieka będącego ludzkim, tylko dla określonej grupy i jednocześnie okrutnym dla pozostałych. Kategoryzowanie innych osób według rozmaitych kryteriów, właściwe jest wszystkim ludziom, jednak dopuszczanie oszustwa, czy też nadużyć wobec tych umieszczonych w kategorii „obcy”, świadczy o niskim poziomie moralnym. Przepisy tego typu służyły ochronie relacji wewnątrz danej społeczności przed zgubnymi skutkami lichwy i chciwości jako takiej. Czy nie świadczy to o inteligencji zakazów zawartych w Torze? Żydzi wiedzieli, że lichwa jest szkodliwa, jednak dopuszczali ją względem ludzi innych narodowości i wyznań. Ten sposób myślenia właściwy jest Pięcioksięgowi Mojżeszowemu oraz rozmaitym jego interpretacjom zawartym w Talmudzie.

Stawianie siebie w roli ludzi lepszego rodzaju, mogących wyzyskiwać innych, a zarazem zobowiązanych do bezwzględnej lojalności wobec swoich, odbiło się piętnem na nowoczesnym systemie bankowym, który wyrósł na gruncie talmudycznych rozważań. W średniowieczu, wobec kategorycznego potępienia lichwy przez chrześcijaństwo, zajmowali się nią Żydzi. Położyli oni fundament pod współczesny, konwencjonalny system bankowy. I niech nikt sobie nie myśli, ze jest w tym coś złego. Formowanie się dzisiejszego systemu było procesem z gruntu relatywnym i zaszło tak, a nie inaczej z przyczyn historycznych. Pewne uwarunkowania sprawiły, że w danym momencie historii na scenie była tylko jedna społeczność, mogąca z „czystym sumieniem” zajmować się pożyczaniem na procent. Nic dziwnego, że zasady, którymi kierowała się ta właśnie społeczność stały się osnową branży przez nią zdominowanej.

Lichwa jest domeną „nieludzkich” istot. Bezwzględne żerowanie na potrzebach i biedzie innych, to czyste zło i obraz odczłowieczenia, jakiemu ulegają osobnicy zajmujący się nią. Przyzwolenie na jej istnienie degeneruje także zdrowe relacje społeczne. „Dehumanizacja występuje wtedy, gdy pewne istoty ludzkie uważają inne istoty ludzkie za wykluczone z kategorii moralnej, jaką stanowi osoba ludzka (…). W takich warunkach staje się możliwe, by normalni, zdrowi moralnie, a zwykle nawet idealistycznie myślący ludzie dokonywali aktów destrukcyjnego okrucieństwa”[4]. Wszechwładza pieniądza doprowadza do tego, że z pozoru normalni ludzie dopuszczają do siebie myśl, że ten, kto pieniędzy nie ma lub ma ich mniej, jest mniej warty. W ten sposób usankcjonowany prawnie wyzysk jest demoralizujący zarówno dla społeczeństw, jak i jednostek.

Bankowość Chrześcijańska

Cywilizacja zachodnia fundamentów swego istnienia upatruje w chrześcijaństwie. Dla tych, którzy znają nauczanie Jezusa z Nazaretu może to wydać się dziwne, z racji ogromu przekłamań i naciąganych interpretacji, zniekształcających obraz naszej wiary i tworzących z niej coś na wzór konglomeratu idei, z którego każdy wyciąga tylko to, co mu pasuje. Nie ma tu miejsca na rozważania natury teologicznej czy religioznawczej, ale faktem jest, że większość zakazów i nakazów występujących w Biblii traktowana jest co najmniej po macoszemu. Odnośnie naszego systemu bankowego jedno jest jasne, stoi on w rażącej sprzeczności nie tylko z literą prawa, ale i duchem Pisma Świętego. Jeżeli brat twój zubożeje i ręka jego osłabnie, to podtrzymasz go, aby mógł żyć z tobą przynajmniej jako przybysz i osadnik. Nie będziesz brał od niego odsetek ani lichwy. Będziesz się bał Boga swego i pozwolisz żyć bratu z sobą. Nie będziesz mu dawał pieniędzy na procent. Nie będziesz mu dawał pokarmu na lichwę”[5]. Cytat ten, zaczerpnięty ze Starego Testamentu, jest jednym z kilku wyraźnie zakazujących lichwy. Wiele osób powie, że odnosił się tylko do Żydów. Jednak w świetle Nowego Testamentu oraz stwierdzenia Chrystusa: „nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo lub proroków; nie przyszedłem znieść, ale wypełnić”[6] oraz jego zachęty: „idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”[7], wskazuje na coś zgoła innego. Ciężko jest również dyskutować ze św. Pawłem z Tarsu, zwanym Apostołem Narodów, prowadzącym działalność misyjną wśród pogan, zrównując ich tym samym w obliczu Boga z Żydami. Tego typu dyskusje są jednak zbędne wobec ogólnej wymowy chrześcijaństwa, będącego wyznaniem głoszącym potrzebę braterstwa i miłości. Gdzie tu miejsce dla lichwy? Gdzie miejsce dla lichwiarzy? Ojcowie Kościoła wyraźnie potępili lichwę. Nie ma tu miejsca na dyskusje.

Pisząc o ojcach Kościoła nie chciałbym być gołosłownym. Jednym z najbardziej znanych wrogów pożyczania na procent był św. Tomasz z Akwinu. W jego opinii „branie procentów od pożyczonych pieniędzy jest niedozwolone. Jest niedozwolone, bo jest niesprawiedliwe, a niesprawiedliwe jest dlatego, że sprowadza się do sprzedaży czegoś, co nie istnieje: quia venditur id quo non est[8]. Jest to nad wyraz słuszne stwierdzenie, ponieważ pamiętajmy, że pieniądz ma wartość umowną. Nie jest dobrem, które można spożyć, zbudować coś z niego, czy w jakikolwiek sensowny sposób wykorzystać. Jedyną wartość jaką posiada nadają mu ludzie, na mocy umowy zgadzający się dać mu moc środka płatniczego. Jest to jednak w znacznym stopniu iluzja, co widać w okresach wielkich kryzysów finansowych. W trakcie hiperinflacji w Niemczech w latach 1918-1924 banknotami można było co najwyżej palić w piecu. „W 1914 roku kurs wymiany pomiędzy dolarem a niemiecką marką wynosił ok. 1:4. W 1923 roku wskaźnik ten podskoczył do poziomu 1 USD za 1 bilion marek! Zazwyczaj posiadanie tak dużej ilości pieniędzy, że musisz mieć wózek, aby je przenosić brzmi naprawdę nieźle, ale nie w sytuacji kiedy nie wystarcza to nawet na bochenek chleba”[9]. Oczywiście podejście do idei płacenia za pożyczone pieniądze w ujęciu św. Tomasza uwzględniało pewne niuanse, jak chociażby aspekt rzeczywistej szkody poniesionej przez wierzyciela. „Św. Tomasz wierny swej zasadzie utrzymuje stanowczo, iż nie wolno sprzedawać prawa do użytkowania pożyczonych pieniędzy; ale są inne jeszcze sposoby użytkowania pieniędzy niż ich wydawanie. Można na przykład złożyć pieniądze w zastaw, co nie jest równoznaczne z wydawaniem ich. W podobnym wypadku użytek uczyniony z pieniędzy jest czymś od samych pieniędzy odrębnym, toteż może być sprzedany oddzielnie, wskutek czego pożyczający ma prawo do otrzymania więcej, niż pożyczył”[10]. Niemniej jednak św. Tomasz stoi twardo na stanowisku piętnującym lichwę jako grzech. Ostrze jego krytyki spada jednak tylko na pożyczkodawcę. Pożyczkobiorca jest w jego oczach niewinny.

Warto też wspomnieć osobę żyjącego bliżej naszych czasów Papieża Benedykta XIV. W jednej ze swoich encyklik pochylił się nad problemem lichwy, który również w jego czasach był nabrzmiały i cuchnący nie mniej niż dzisiaj. „Natura grzechu zwanego lichwą leży i źródło swe znajduje w umowie pożyczki. Ta umowa finansowa między dwoma skłonnymi do jej zawarcia stronami wymaga, zgodnie ze swą naturą, aby jedna strona zwróciła drugiej kwotę dokładnie tej samej wysokości, jaka została pożyczona. Grzechem jest w tym przypadku to, że czasami wierzyciel żąda zwrotu większej kwoty niż ta, którą pożyczył. Utrzymuje on, iż należy mu się zysk, którym jest suma wykraczająca poza kwotę pożyczki, ale wszelki taki zysk jest bezprawny i lichwiarski”[11].

Z rodzimego podwórka i czasów już nam współczesnych należy przypomnieć osobę księdza Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Celnie punktuje on mankamenty kapitalizmu pisząc: „Powstała nowa religia – pieniądza i bogactwa. Jej dogmaty – to nieograniczona wolność gospodarcza, wolna konkurencja, rozdział kapitału i pracy, najemnictwo, prawo podaży i popytu, mechanizm cen. Jej moralność – to brak wszelkiej moralności, przewaga kapitału nad człowiekiem i pracą, dobro produkcji, zysk jako dobry uczynek. Jej ołtarze – to wielkie fabryki, maszyny, narzędzia, kartele, syndykaty, banki, gdzie za cenę chciwości ofiarowywano życie ludzkie. Cel ostateczny – błogosławiony bogaty. Bogatymi bądźcie za wszelką cenę – kto może i jak tylko może!”[12]. Kardynał Wyszyński w jasny sposób zwraca więc uwagę na konieczność ochrony wolności przy jednoczesnej konieczności pamiętania o nakazach moralnych. W jego opinii Kościół potępia wszelkie „dzikie formy anarchii gospodarczej, wiodące nieliczną garść ludzi do opanowania świata przy pomocy pieniądza i kredytu[13]. Cóż więcej można tu dodać?

Jak widać, pomimo wielu zniekształceń doktryny katolickiej oraz współczesnej mody na jej łagodzenie, stosunek Kościoła do lichwy pozostaje niezmienny. Począwszy od czasów pierwszych chrześcijan, poprzez średniowiecznych doktorów Kościoła i papieży, a na współczesnych przedstawicielach hierarchii kościelnej skończywszy, lichwa postrzegana jest jako zjawisko negatywne i szkodliwe.

Bankowość islamska

A ci, którzy pożerają lichwę,
nie powstają inaczej, niż powstaje ten,
którego przewrócił szatan przez dotknięcie.
Tak jest, ponieważ oni mówią:
„Handel jest podobny do lichwy”.
Lecz Bóg dozwolił handel a zakazał lichwy [14].

Bankowość islamska również wyrosła na gruncie religijnym. W przeciwieństwie do tzw. bankowości konwencjonalnej, cechuje się naciskiem kładzionym na kwestie moralne oraz zasady sprawiedliwości społecznej. Oddajmy tu głos samym muzułmanom: „Bankowość islamska ma ten sam cel, co bankowość konwencjonalna, z wyjątkiem tego, że działa zgodnie z zasadami Szariatu, znanymi jako Fiqh al-Muamalat (islamskie zasady dotyczące transakcji). Islamska działalność bankowa musi być praktykowana zgodnie z Szariatem i jego praktycznym zastosowaniem w rozwoju islamskiej ekonomii. Wiele z zasad, na których opiera się bankowość islamu, jest powszechnie akceptowana na całym świecie od wieków”[15]. Brzmi to wszystko pięknie, jednak jakie są cechy różniące banki respektujące prawo Szariatu od znanych nam z rodzimego podwórka, bankowych molochów? Przede wszystkim wyjaśnijmy sobie dwa podstawowe sposoby kształtowania relacji na linii klient-bank, w kontekście naszych rozważań nad niekonwencjonalnymi modelami bankowości. W sytuacji, gdy jedna osoba (bądź instytucja) posiada kapitał, a druga chce z tego kapitału skorzystać na rzecz swojej wizji biznesowej, w bankowości konwencjonalnej zastosowanie znajduje instrument kredytu. Polega on z grubsza na tym, że „kredytodawca zobowiązuje się udostępnić określoną kwotę na określony cel oraz czas, a kredytobiorca zobowiązuje się wykorzystać kredyt zgodnie z jego przeznaczeniem oraz zwrócić pobraną kwotę wraz z należnym bankowi wynagrodzeniem w postaci prowizji i odsetek”[16]. Właściciel kapitału bazuje na odzyskaniu kwoty głównej i dodatkowej na podstawie stałej stopy procentowej, jako rodzaju odszkodowania za utratę płynności finansowej na pewien czas. Płatność ta jest należna, niezależnie od tego, czy przedsiębiorca osiągnął zysk dzięki pożyczonym pieniądzom. W przypadku poniesionej straty kredytobiorca i tak musi spłacić główną kwotę pożyczki, a także naliczone odsetki z własnych środków, podczas gdy właściciel kapitału nie traci nic. Nie brzmi to zbyt sprawiedliwie. Wygląda raczej na praktyczne zastosowanie prawa silniejszego, wykorzystującego cudzą potrzebę dla zysku, za usprawiedliwienie mając jedynie to, że może to zrobić.

Drugim ze sposobów rozwiązania sytuacji, w której jedna osoba ma plan i zdolności, a druga środki, jest ten stosowany w bankowości islamskiej zwany Mudarabah: „Jest to umowa zawarta pomiędzy dwoma podmiotami, w której kapitałodawca (Rabb al-Mal), powierza pieniądze zarządzającemu (Mudarib). Zarządzający kapitałem wykorzystuje go w sposób ustalony w umowie, a następnie zwraca go kapitałodawcy. Zysk wypracowany przez zarządzającego dzielony jest pomiędzy strony w sposób ustalony w umowie, natomiast straty ponosi tylko kapitałodawca”[17]. Co do zasady chodzi tu o to, że bank dzieli się zyskami i ryzykiem z osobą, której pożycza pieniądze. Brzmi dziwnie, nierealnie? Jednak takie są założenia. Aby to wszystko doprecyzować zapoznajmy się z głównymi, wynikającymi z Szariatu, zakazami obowiązującymi bankowość islamską. „Najważniejszym ograniczeniem jest zakaz riba. Wśród muzułmanów riba jest rozumiana jako zysk, który nie został zarobiony, procent od pożyczki. Drugim ważnym ograniczeniem bankowości islamskiej jest zakaz gharar. W odniesieniu do handlu oznacza on niedopuszczalność sytuacji, w której kupujący nie wie, co kupił, a sprzedający – co sprzedał. Trzecim ograniczeniem jest zakaz maysir. Chodzi tu ogólnie o gry losowe (gdy wynik zależy od przypadku). Nie jest natomiast oczywiście zakazane podejmowanie ryzyka w celu osiągnięcia zysku, czyli typowa działalność przedsiębiorcy”[18].

Jak widać świat muzułmański, nie rezygnując z rozdziału religii od innych dziedzin życia, wypracował ciekawą formę bankowości, w której nie pożycza się na procent, a bank jest swego rodzaju wspólnikiem w inwestycji. Czy to nie są przypadkiem zasady, którymi kierują się ludzie dbający nie tylko o swój interes, ale również o dobro wspólnoty? Przecież ta forma bankowości buduje wspólnotową odpowiedzialność za społeczeństwo, zaufanie pomiędzy ludźmi i instytucjami. Nie warto chyba nawet wspominać o twardych regułach Szariatu, których przekroczenie wyklucza sprawcę z ummy (wspólnoty muzułmańskiej) i skazuje go na ostracyzm, będący od zawsze najlepszym narzędziem egzekwowania społecznego porządku. Ostracyzm jednak jest możliwy tylko w społecznościach zwartych ideologicznie lub religijnie. W społeczeństwach tak zatomizowanych jak zachodnie ciężko dziś o prawdziwe więzi i spójny, jednoczący ludzi zestaw wartości. Tym społeczności muzułmańskie górują nad nami, jednak nie zawsze tak było. Jako społeczeństwa chrześcijańskie wyrośliśmy z podobnego zbioru zasad, które jednak z biegiem lat są coraz mniej przestrzegane. Bankowość konwencjonalna, której jesteśmy ofiarami, jest odejściem od naszego rzeczywistego dziedzictwa.

Konkluzja

Niestety w dzisiejszych czasach lichwiarze święcą triumfy i brylują na salonach zaś uczciwi ludzie cierpią biedę. Obraz świata, który znamy bliższy jest apokaliptycznym wizjom św. Jana niż intencjom Jezusa. Niech nikt mi nie wmawia, że żyjemy w cywilizacji chrześcijańskiej. Konsumpcjonistyczno-ateistyczna mieszanka ideowa przenikająca na wskroś naszą codzienność, to najzwyklejsza hańba dla ludzkości. Chciałem napisać coś o bankowości chrześcijańskiej, o tym jak ją widzę, czy też jak mogłaby wyglądać, ale ciężko zrobić coś z niczego. Nie ma czegoś takiego jak bankowość chrześcijańska, ponieważ chrześcijaństwo jest w głębokiej zapaści. Zastąpiły je bożki pieniądza i władzy oraz chuci i lenistwa, zaszczepiane nam przez ich wyznawców. Ludzki intelekt atakowany jest przez przedstawicieli mediów, show biznesu, polityki i finansjery, w celu odwiedzenia od tego, co naprawdę ważne. Oddajemy hołd pieniądzu nie zdając sobie z tego sprawy. Prawdziwe życie zastąpiliśmy iluzją, czy też raczej zastąpiono je nam niepostrzeżenie, by zrobić z nas głupi tłum, z radością biorący kredyty dla zaspokojenia, już nie tylko istotnych, ale również błahych potrzeb. Okłamano nas wmawiając nam, że tak musi być i wszyscy to zaakceptowali. Świat bez wartości i moralności, za to w wiecznej pogoni za iluzorycznym szczęściem, obiecywanym nam w kolorowych reklamach przez sztucznie uśmiechających się ludzi, w zamian za zakup tego czy innego produktu.

Każdy człowiek chce coś mieć. Potrzebuje tego samego co mają inni, albo więcej. Zapomina o sobie, o tym, że jest czymś więcej niż biologiczną maszyną kierowaną przez układ hormonalny. Nie patrzy na siebie tylko na innych, oceniając swoje życie w świetle cudzego stanu posiadania i cudzych dokonań. Żerują na tym lichwiarze, pasożyty ludzkości. Zakazy zawarte w świętych księgach wielu religii nie są zwykłym wymysłem. Są uzasadnione z punktu widzenia dobra ogółu, są elementarnymi zasadami „higieny społecznej”. Gdy pojawia się lichwa zanikają więzi, zanika prawda i rzeczywistość, polegająca na tym, że rzeczy mają swoją wymierną wartość. Sztuczna kreacja pieniądza praktykowana przez banki nakręca spiralę zadłużenia, której nie da się już zatrzymać. Ludzie i państwa wpadające w pułapkę długu, może z niej wyjdą, a może nie, tak czy owak skorzysta bankier. Zastanówmy się nad sensem dalszego ciągnięcia tego niemoralnego procederu. Zakażmy lichwy na wzór muzułmański i poczekajmy na efekty. Z pewnością skutki będą zadziwiające. Cały szereg wartości niszczonych przez sztuczną kreację pieniądza wróci wtedy do łask. Ludzie zaczną rozumieć, czym jest praca i czym są więzi rodzinne i społeczne. Nikt nie da im pieniędzy znikąd, tak jak to dzieje się dzisiaj. Zaspokajanie żywotnych potrzeb ludzi nie powinno być uzależnione od bankiera, lecz od państwa. Nie powinno się tak bardzo promować drogich kredytów mieszkaniowych, tylko budownictwo czynszowe. Niepotrzebne są nam chwilówki na święta, tylko realne wsparcie i solidaryzm gospodarczy, uczący ludzi odpowiedzialności za wspólnotę. To da się zrobić, tylko trzeba do tego woli politycznej i niezależności od bankowego lobby. I niech nikt nie myśli, że naiwnie idealizuję muzułmański system bankowy. Wszystko ma swoje wady i zalety. Wszelkie posunięcia na skalę globalną, powinny mieć mocne etyczne podłoże lokalne. U nas nie jest z tym najlepiej, jednak wyznaczenie kierunku, to byłby dobry początek. Zacznijmy więc kwestionować zastany układ i drążmy w poszukiwaniu lepszego. Zaprezentowane w tym artykule przykłady, pokazują, że można postępować inaczej, a przede wszystkim uczciwiej.

Jarosław Gryń

Działacz społeczny i polityczny. Członek władz naczelnych Ligi Obrony Suwerenności. Współpracownik kwartalnika „Polski Szaniec” oraz biuletynu „Patriota”. Członek Stowarzyszenia Ruch Kontroli Wyborów – Ruch Kontroli Władzy.

[Przypisy:]

[1] Arystoteles, Polityka, ks. I, Warszawa 1964, s. 20

[2] A. Krajewski, Jak ominąć Boga, czyli lichwa, pożyczki i banki według wielkich religii, „Gazeta Prawna”, http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/766685,jak-ominac-boga-czyli-lichwa-pozyczki-i-banki-wedlug-wielkich-religii.html, [dostęp: 20.06.2017]

[3] Biblia Tysiąclecia, Pwt. 23:20, Poznań 2000

[4] P. Zimbardo, Efekt Lucyfera. Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?, Warszawa 2008, s. 12

[5] Biblia Tysiąclecia, 3 Mojż. 25: 35-37, Poznań 2000

[6] Ibidem, Mt. 5: 17.

[7] Ibidem, Mt. 28: 19.

[8] E. Gilson, Tomizm. Wprowadzenie do filozofii św. Tomasza z Akwinu, Warszawa 1998, s. 372.

[9] 10 największych kryzysów finansowych w historii, Puls Biznesu, https://www.pb.pl/10-najwiekszych-kryzysow-finansowych-w-historii-485016, [dostęp: 20.06.2017]

[10]  E. Gilson, op. cit., s. 373.

[11] Benedykt XIV, Encyklika Vix Pervenit, O lichwie i innych nieuczciwych zyskach, s.1

[12] Ks. Stefan Wyszyński, Kościół a duch kapitalizmu, cyt. za: „Dystrybucjonizm.pl”, http://www.dystrybucjonizm.pl/ks-kardynal-stefan-wyszynski-kosciol-a-duch-kapitalizmu/, [dostęp: 20.06.2017]

[13] Ibidem.

[14] Koran 2: 275, Tłumaczenie Koranu, Józef Bielawski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1986

[15] What is Islamic banking?, „Institute of Islamic Banking and Insurance”, http://www.islamic-banking.com/what_is_ibanking.aspx, [dostęp: 20.06.2017]

[16] Kredyt bankowy, „Portal Edukacji Ekonomicznej NBP”, https://www.nbportal.pl/slownik/pozycje-slownika/kredyt-bankowy, [dostęp: 20.06.2017]

[17] Mudarabah, „Finansopedia”, http://finansopedia.forsal.pl/encyklopedia/finanse/hasla/911250,mudarabah.html, [dostęp:20.06.2017]

[18] Jacek Karwowski, Uwagi na temat bankowości islamskiej, „Bank i kredyt”, http://bankikredyt.nbp.pl/home.aspx?f=/content/2005/2005_09/karwowski_pl.html, [dostęp: 20.06.2017]

Za: Polish Club Online (21/06/2017)


Lichwa zabójcą współczesnego świata

Lichwa, którą zajmowali się przede wszystkim żydzi, była poważnym problemem gospodarczym, politycznym i moralnym w średniowieczu. Kościół katolicki potępia ja, traktował jako występek i karał ekskomunika. Oto przykład uzasadnienia, autorstwa papieża Klemensa VIII (1592) z okresu późniejszego: „Cały świat cierpi z powodu lichwiarstwa żydów, ich monopoli i oszustw. Sprawili oni, ze wielu nieszczęśliwych ludzi stało się biedakami, szczególnie chłopi i i inni ludzie pracujący”.

Władcy różnych królestw zdawali sobie sprawę, że jakoś trzeba ten problem rozwiązać, a jednocześnie coś zrobić z żydami. Bardzo wybitnym przykładem takiej próby są dwa artykuły (nr 10 i 11) fundamentu prawa konstytucyjnego świata anglojęzycznego, jakim była „Magna Carta”. Oryginał był pisany po łacinie i nosił tytuł: „Magna Carta Libertatum”. Ten dokument, podpisany w 1215 r. przez króla Anglii, był Wielką Kartą Wolności, czyli praw i przywilejów baronów angielskich. Dwa artykuły dotyczące żydów mówiły o zasadach spłacania długów zaciągniętych u żydów w przypadku śmierci dłużnika. Chroniły one żonę i dzieci przed nadmiernym wyzyskiem.

Żydzi w średniowiecznej Anglii zajmowali się handlem i lichwą. Jedna z form lichwy była sprzedaż towarów na kredyt. W Lincoln specjalizowali się żydzi w sprzedaży wełny na kredyt, a w Canterbury – w sprzedaży zboża. Bogacenie się zwartej mniejszości, kosztem większości mieszkańców kraju, budziło niezadowolenie. Towarzyszyła temu bogaceniu się ostentacyjna konsumpcja. Dodać należy nieskrywana niechęć żydów do chrześcijaństwa.

W latach 1189-1190 przetoczyła się przez Anglię fala pogromów żydów. Najpierw poszły słuchy z Westminster do Londynu, że król nakazał masakrę żydów – co było nieprawdą. Później pogromy nastąpiły w: Lynn, Stamford Fair, Bury St.Edmunds, Colchester,Thetford, Ospringe i York.

Jednocześnie władze różnych okręgów wprowadzały zakaz mieszkania żydów na ich terenach. Proces ten zapoczątkował Bury St. Edmunds (1190). Później w ich ślady poszły: Newcastle (1234), wycombe (1235), Southampton (1236), Berkhamsted (1242), Newbury (1244), Bridgnor (1274) i Cambridge (1275). W latach 1263-1265 w szeregu miastach ludność zabrała się za grabienie dóbr żydowskich. Były to: London, Canterbury, Northampton, Winchester, Cambridge, Worcester i Lincoln.

Dalsze kroki pogarszające sytuacje żydów w Anglii poczynił król Edward I, który po kilkuletnim wojowaniu na krucjatach w Ziemi Świętej wrócił do kraju w 1274 r. Zastał kraj w ruinie. Kontrola rządowa ujawniła daleko posuniętą korupcje. Wyciągnięto z tego konsekwencje i wielu bogatych żydowskich finansistów musiało sprzedać swoje majątki, by spłacić podatki i różne zobowiązania finansowe.

W 1275 r. król wprowadza „Statutem de Judeismo”, czyli prawa dotyczące żydów. Przyjęło sie nazywać je „Prawami przeciwko Lichwiarstwu”. Podkopały one pozycje finansową i gospodarczą żydów. Pojawiły sie pewne pomysły przeobrażenia żydów z handlarzy i lichwiarzy w producentów czy zwykłych pracowników. Ale to się nie udało.

Anglia była ostatnim krajem opanowanym przez Żydów ale pierwszym, który się ich pozbył. Po Czwartym Soborze Laterańskim kontakty z żydami były coraz trudniejsze i miało miejsce szereg antyżydowskich wystąpień. Edward I był obarczony problemami stworzonymi przez obcą, żydowską mniejszość, coraz bardziej pochłaniającą bogactwa królestwa i nie dającą się zasymilować.

Rozwiązał problem w ten sposób, że w 1290 roku skonfiskował wszystkie żydowskie bogactwa i wyrzucił ich poza granice kraju. Aż do roku 1655 Żydzi nie mogli legalnie wjechać do Anglii. Wielka Brytania dała przykład jak należy pozbywać się problemu żydowskiego, który to przykład potem był naśladowany na kontynencie europejskim.

Nawiasem mówiąc, wiele wieków później, gdy twórcy cywilizacji samochodowej, Henry’ego Forda, oskarżono o antysemityzm, z tego powodu, że publicznie skrytykował żydów, że są z natury nieproduktywni i są pasożytami, ogłosił on, że da nagrodę w wysokości 1 000$ temu, kto wskaże jakiegoś żydowskiego farmera w USA. Nikt tej nagrody nie był w stanie zdobyć.

Żydzi, pozbawieni możliwości zarabiania lichwą, chwycili sie innego sposobu. W latach 1278-1279 spotkały ich represje za tzw. „coin-clipping”. Polegało to na tym, że żydzi skrawali, piłowali brzegi złotych i srebrnych monet, a następnie puszczali je w obieg. Strużyny i opiłki przetapiano. Za takie przestępstwo w tamtych czasach karano gardłem. Wielu żydów aresztowano. Setki żydów trafiło do Tower of London. Złośliwi mówią, ze nawet nie musieli długo iść na egzekucje, bo Wielka Synagoga została wybudowana przez żydów tuz obok Tower of London. W tejże synagodze oprócz spraw religijnych, zajmowano się także sprawami finansowymi, w tym i lichwy.

W dniu 18 VII 1290 r. król wydaje edykt o wydaleniu żydów. Mieli opuścić Anglię przed Wszystkimi Świętymi, czyli do końca października. Pozwolono im zabrać tylko dobra ruchome. Domy i ziemie przejął król.

W trakcie podroży nadal grabiono żydów. Jeden kapitan statku utopił wszystkich pasażerów u ujścia Tamizy. Inny, o nazwisku Henry Adrian, potopił swoich pasażerów koło wyspy Sheppey.

Wygnani żydzi udawali sie do Francji, Niemiec i Flandrii. Jednak najwięcej ich trafiło do Polski, która była nazywana „Paradisus Iudaeorum”, czyli „Żydowskim Rajem”. Kraj nasz, juz od czasów Mieszka I, był jednym z najbardziej tolerancyjnych krajów europejskich. Dość powiedzieć, ze połowie XVI w. trzy czwarte wszystkich żydów żyjących na świecie mieszkało w Polsce.

1290 – Wygnanie Żydów z Anglii
1394 – Wygnanie Żydów z Francji
1421 – Wygnanie Żydów z Austrii
1492 – Wygnanie Żydów z Hiszpanii
1496 – Wygnanie Żydów z Portugalii

A Polska przyjmowała ich z otwartymi ramionami

Żydzi w Polsce a lichwa

W roku 1264 książę kaliski Bolesław Pobożny nadaje Żydom wiele przywilejów, która potem w innych dzielnicach Polski były uznawane. Z mocy tego przywileju podlegali Żydzi sądom samego księcia lub wojewody. Zobowiązani byli do płacenia księciu daniny, zamieszkiwania tylko w miastach, w których żyli z pożyczania pieniędzy na procent, czego chrześcijanom zabraniały przepisy kościelne. W 1334 roku król Kazimierz Wielki uważając Żydów za żywioł w Polsce pożyteczny, potwierdził im dotychczasowy przywilej dany przez księcia Bolesława Kaliskiego i gwarantował Żydom wolność przebywania w kraju, przenoszenia się z miasta do miasta, pozwalał na handel, na odprawianie własnych nabożeństw, ponadto wyjął ich spod ustawodawstwa miejskiego poddając jurysdykcji wojewody a w sprawach gardłowych sądownictwu samego króla. W nadanym przywileju pozwalał Żydom na pożyczanie pieniędzy pod zastaw nieruchomości, dzięki temu mogli stawać się właścicielami kamienic w miastach. Wielu wypędzonych Żydów z Anglii, Francji, z Czech chroniło się w Polsce, zastając w niej niesłychaną jak na owe czasy tolerancję.

Źródło: Ruch Obywatelski

Za: Strona prof. Mirosława Dakowskiego (27.02.2016)


Ezra Pound – GDZIE LICHWA…

Canto XLV (Usura Canto)

Gdzie Lichwa, nikt nie ma domu z dobrego kamienia,

z bloków gładko ciosanych, co ściśle przylegają do siebie,

iżby deseń mógł pokryć fasadę.

Gdzie Lichwa, nikt na ścianie swego kościoła nie ma obrazu raju, harfy i lutni,

ni miejsca kędy anioł Pannie zwiastuje, a z nacięcia strzela aureola.

Gdzie Lichwa, nikt nie ujrzy Gonzagi, dzieci jego, konkubin,

nikt obrazu nie stworzy, by przetrwał, byś z nim obcował,

jeno żeby go sprzedać, sprzedać co najrychlej.

Gdzie Lichwa, grzech przeciw naturze, chleb twój z butwiejących szmat,

chleb twój – suchy jak papier, nie masz w nim górskiej pszenicy,

nie masz mąki solidnej.

Gdzie Lichwa linia staje się niezdarna,

Gdzie Lichwa nie masz wyraźnych granic

i nikt miejsca nie znajdzie na swe domostwo.

Kamieniarzom broni się kamienia, tkaczom broni się krosien.

Gdzie Lichwa, wełna nie trafia na targ, owce zysku nie dają, gdzie Lichwa.

Lichwa to zaraza, Lichwa stępi igłę w dłoni dziewczęcej, spęta zręczność prządki.

Pietro Lombardo nie stworzyła Lichwa,

Nie Lichwa stworzyła Ducia, ni Piero della Francesca;

Nie z Lichwy Zuan Bellin’, nie przez nią La Calumnia powstała.

Nie Lichwa stworzyła Angelica; nie ona Ambrogia Praedis.

Nie stworzyła kościoła z ciosanego kamienia z podpisem Adamo me fecit.

Nie z Lichwy St. Trophime. Nie z Lichwy St. Hilaire.

Lichwa rdzą zżera dłuto. Rdzą zżera majsterstwo i majstra.

Ona nić rwie na krosnach.

Tkaczka żadna już się nie dowie, jak wzór złotem przetykać.

Gdzie Lichwa, przez rak stoczony lazulit; nie haftuje się cramoisi.

Szmaragd nie znajduje Memlinga.

Lichwa zabija dziecko w łonie, przerywa zaloty młodzieńca.

W łoże wniosła paraliż; wciska się pomiędzy świeżo poślubionych.

Contra naturam sprowadzono kurwy do Eleusis.

Trupy usadzono za stołem biesiadnym, bo taka wola Lichwy.

 

The Fifth Decade of Cantos (1937)


EzraPound

Ezra Pound (1885-1972)

Ezra Weston Loomis Pound  (1885-1972) – jeden z najwybitniejszych poetów i myślicieli amerykańskich XX wieku, Humanista i wizjoner. Był główną postacią wczesnego ruchu modernistycznego. Pracował w Londynie jako redaktor działu zagranicznego kilku literackich czasopism amerykańskich. Wywarł doniosły wpływ na Yeatsa, T.S. Eliota i Jamesa Joyce’a (serializacja Ulissesa, Portretu artysty z czasów młodości i Finnegans Wake). Ernest Hemingway (14 lat młodszy od Pounda) napisał o nim w 1925 roku: „Pound broni swoich przyjaciół, gdy są zagrożeni, spotyka ich w sklepach, i po wyjściu z więzienia … Wprowadza ich w środowiska bogatych kobiet. Organizuje wydawców książek. Siedzi  z nimi całą noc, kiedy twierdzą, że umierają … On spłaca ich koszty szpitalne i odwodzi od samobójstwa”. Ezra Pound zajmował się także tłumaczeniem m.in. dzieł Konfucjusza, poezji dalekowschodniej: chińskiej i japońskiej,  haiku. Ezra Pound pozostawał pod wpływem twórcy amerykanskiej demokracji, poety i publicysty Walta Whitmana. Temat ten podejmuje m.in. w wierszu Pakt:

Zawrę pakt z tobą, Walcie Whitmanie –
Dość już długo cię nienawidziłem (…)
Jedne soki żywią nas i jeden korzeń –
Godzi nam się nawiązać stosunki.

W 1914 Pound ożenił się z Dorothy Shakespear, a w 1920 osiadł w Paryżu, gdzie kontynuował pracę nad swoim opus magnum – cyklem Cantos („Pieśni”), będącym w zamiarze autora poematem epickim i współczesnym odpowiednikiem Boskiej komedii Dantego.

*

Ezra Pound był świadom, iż rzeź I. wojny światowej została sfinansowana przez bankierów. Stracił wiarę w Anglię i w 1924 roku przeniósł się z żoną do Włoch. Tam w 1926 roku urodził się im syn Omar Pound. Ezra poznał majora Clifforda Hugh Douglasa i zapoznał się z ideami kredytu społecznego. Wygłosił serię wykładów z ekonomii (ABC of Economics – 1933) i nawiązał kontakty z politykami amerykańskimi m. in. w sprawie edukacji, handlu pomiędzy państwami i w sprawie stosunków międzynarodowych. W styczniu 1933 roku Pound poznał Benito Mussoliniego, który bardzo szybko pojmował idee głoszone przez Pounda i zawarte w jego poezji (Cantos).

**

W 1945 roku podczas inwazji USA na Półwysep Apeniński Pound krytykował Franklina D. Roosevelta za fakt, iż amerykańscy żołnierze oddają życie w interesie lichwiarskiego lobby żydowskiego. Po rozstrzelaniu Mussoliniego i zakończeniu działań wojennych Ezra Pound został przetransportowany do siedziby kontrwywiadu USA do Genui gdzie był przesłuchiwany przez agenta FBI według zaleceń J Edgara Hoovera. Pound proponował prezydentowi Trumanowi pomoc w negocjacjach pokojowych z Japonią i w nawiązaniu stosunków gospodarczych z Japonią i Włochami, zalecał łagodność wobec Niemców a także utworzenie państwa żydowskiego w Palestynie. Pound chciał budzić ludzką świadomość i miłosierdzie publikując Popiołów Europy Wołanie. Propozycje Ezry Pounda zostały odrzucone, a on sam, 24 maja został przeniesiony do Komisji Dyscyplinarnej Centrum Szkolenia Armii Stanów Zjednoczonych, na północ od Pizy, gdzie został umieszczony w obozie, w jednej z „komórek śmierci”, czyli w stalowej ażurowej klatce: sześć na sześć stóp, stojącej na zewnątrz i oświetlanej w nocy reflektorami. Pound spędził tam trzy tygodnie, w izolacji i upale, śpiąc na betonie, odmawiając wykonywania ćwiczeń i komunikacji, z wyjątkiem rozmów z kapelanem. Po dwóch i pół tygodniach zaczął się załamywać pod ciężarem. Pomimo to Ezra zapisywał swoje Pieśni (Canto LXXX) na papierze toaletowym. Personel medyczny przeniósł go z klatki, w następnym tygodniu. W dniu 14 i 15 czerwca był badany przez psychiatrów, z których jeden znajdując objawy załamania psychicznego, pozwolił przenieść Pounda do jego namiotu i zezwolił na lekturę. Ezra Pound zaczął ponownie pisać, co stało się znane jako The Pisan Cantos. Istnienie kilku arkuszy papieru toaletowego ukazujących początek Canto LXXXIV sugeruje, że kontynuował on to, co zaczął pisać w stalowej klatce.

Ezra Pound_45
Po wojnie, w listopadzie 1945 roku, Pound został przeniesiony do USA i osadzony w porzuconym  szpitalu psychiatrycznym Św. Elżbiety. Jego intencja naprawiania świata i przeciwstawienia się społecznemu złu, była traktowana jako „szaleństwo”. Jednocześnie został oskarżony w Waszyngtonie o zdradę stanu i przetrzymywany w więziennym szpitalu, w pokoju bez okien, za grubymi, stalowymi drzwiami. Prawnik Pounda oświadczył, iż „szaleństwo” uratowało Ezra Poundowi życie.

W 1947 roku kurator szpitala Winfred Overholser, uzgodnił przeniesienie Pounda w bardziej przyjemne otoczenie Chestnut Ward, blisko prywatnej kwatery Overholsera, gdzie Ezra spędził następne 12 lat, czytając, pisząc i przyjmując przyjaciół i żonę Dorotę  nawet na kilka godzin dziennie. W 1980 roku historyk Stanley Kutler uzyskał dostęp do dokumentów wywiadu wojskowego i dokumentów rządowych dotyczących Ezry Pounda i  przekonał się, iż psychiatrzy wierzyli w osobowość narcystyczną u Pounda, ale uważali go za czlowieka przy zdrowych zmysłach. Kutler jest zdania, że Overholser chronił Pounda przed systemem wymiaru sprawiedliwości, ponieważ był nim zafascynowany.

W 1948 roku zostały wydane Pieśni (The Pisan Cantos), łacznie z tymi napisanymi w klatce na papierze toaletowym. Rok później Ezra Pound za The Pisan Cantos dostał nagrodę Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych (Bollingen Prize 1949) – wywołując tym wielkie kontrowersje. Jeden z jurorów powiedział, iż nie mógł głosować za nagrodą dla antysemity bo sam jest Żydem. Tak Żydzi  przyszyli Poundowi łatę antysemity. Kongresman Jakub K. Javits zażądał śledztwa w komisji nagród. W efekcie nagonki nagroda Biblioteki Kongresu w ogóle przestała być nadawana.

Ezra Pound nauczył się powstrzymywać ekspresję swoich poglądów w miejscach publicznych. Unikał psychiatrów których nazwiska świadczyły o ich pochodzeniu żydowskim. Odwiedzającym go przyjaciołom polecał zapoznanie się z Protokołami Mędrców Sjonu (1903). Wśród odwiedzjących go przyjaciół pojawiało się coraz więcej znakomitych osób. Ernest Hemingway otrzymał w 1954 roku roku literacką nagrodę Nobla. Był żarliwym rzecznikiem uwolnienia Ezra Pounda – magazynowi Time powiedział, iż „będzie to dobry rok, aby uwolnić poetów”. W 1957 roku Hemingway napisał list poparcia dla Pounda i zobowiązal się do płacenia 1500 dolarów wsparcia dla poety.  Napisał kilka publikacji i wraz z Le Figaro rozpoczął kampanię o uwolnienie Pounda, w apelu The Lunatic at St Elizabeths.  

Prestiżowy prawnik Arnold Thurman w 1957 roku złożył wniosek o odwołanie aktu oskarżenia Pounda z 1945 roku a Overholser poparł ten wniosek. W 1958 roku Ezra Pound został uwolniony i wyjechal do Neapolu. Tam spotkał się ze swoimi dziećmi i wnukiem, którego ujrzał po raz pierwszy. W 1972 roku Ezra Pound odwiedził Hamilton College, gdzie zaproponowano mu przyznanie Medalu Amerykańskiej Akademii Sztuki i Nauki. Jednak środowisko żydowskie wywołało taką burzę nienawiści i protestów, że Rada Akademii wycofała się ze swojego planu uhonorowania Pounda. Podczas spotkania z przyjaciółmi w kawiarni Pound przeczytał: „Odnośnie lichwy / byłem nieprecyzyjny biorąc objaw za sprawę / przyczyną jest chciwość„.  Wkrótce po powrocie do Włoch Ezra Pound zasłabł i zmarł we śnie, w szpitalu cywilnym w Wenecji, 1 listopada 1972 roku z Olgą Rudge u boku (matką jego córki Mary urodzonej w 1925 roku).  Został pochowany na wyspie San Michele, w pobliżu grobu Dagilewa i Strawińskiego.

****

Ezra-1972

Tak został potraktowany człowiek, który jako jeden z pierwszych Amerykanów wystąpił z krytyką międzynarodowej oligarchii  lichwiarskiej, odpowiedzialnej za rewolucje i wojny światowe oraz za konflikty zbrojne wywoływane przez USA  do dnia dzisiejszego. Poezja Ezry Pounda przetrwała i coraz mocniej oddziałuje na świadomość współczesnych pokoleń. Hemingway wyraził to doskonale pisząc: „Najlepszym dziełem Pounda są Pieśni (Cantos) – będą one trwać tak długo jak długo  istnieć będzie  literatura.” Ezra Pound był poetą i tłumaczem, jego ostanie tłumaczenia z języka egipskiego są poszukiwaniem twórczej wielokulturowości, tak samo jak wczesne zaangażowanie w poezję Chin i Japonii, haiku i konfucjanizm. Okazuje sie iż Ezra Pound nadal wyprzedza obecny czas. Rozwija tradycję i buduje nową świadomość, atrakcyjną dla nowych pokoleń, łącząc poezję i literaturę z estetyką i ekonomią. W przyszłości, dla prawidłowej recepcji twórczości Ezry Pounda trzeba bedzie oddzielić rzekomy antysemityzm Pounda od jego uzasadnionej krytki syjonizmu, bowiem nie wszyscy Żydzi  są lichwiarzami i nie wszyscy realizują międzynarodową przemoc finansową i prawną. Znakomita większość Żydów to ofiary reżimu.

(Na podstawie en.wikipedia.org i innych artykułów, opracował Jacek A. Rossakiewicz)

Jacek A. Rossakiewicz

Za: Stowarzyszenie Klub Inteligencji Polskiej