OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Miesięczne archiwum: Czerwiec 2018

Pułapki religii praw człowieka

Arkadiusz Stelmach w 20 numerze „Do rzeczy” niepokoi się, że politycy sprawujący dziś w Polsce władzę nie tylko nie spieszą się z ustawą chroniącej życie, ale nie wypowiadają konwencji stambulskiej, są za „zrównoważonym rozwojem”, nie polemizują z lewicowymi hasłami polityki globalnej. A przecież są katolikami! Jak to wszystko „można pogodzić z przywiązaniem do głoszonej przez Jana Pawła II wartości, którą jest obrona życia od poczęcia do naturalnej śmierci”, pyta bohater wywiadu.

Czy rzeczywiście katolicyzm sprawujących władzę w Polsce różni się od katolicyzmu ogółu społeczeństwa; są oni jakąś szczególną, faryzejską grupą? Przecież tak jak wszyscy słuchają w kościele kazań, słyszą pouczenia papieża, czytają listy pasterskie Episkopatu. A może postawa ta jest odzwierciedleniem tego, co w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wydarzyło się w Kościele?

Mam wrażenie, że rozmówca „Do rzeczy” oczekuje od polityków obozu rządzącego, że będą „bardziej papiescy od papieża”. W tego rodzaju zarzutach bowiem pomija się fakt najistotniejszy: nauczanie Kościoła od czasu ostatniego Soboru uległo poważnej zmianie. Za zmianami teologicznymi, jakie zostały wówczas dokonane idą nieuchronnie przesunięcia w nauczaniu moralnym Kościoła, co dziś widać wyraźnie. Za nim idą postawy ludzi. Mimo, że Jan Paweł II głosił zawsze konieczność obrony prawnej życia nienarodzonych, jego pontyfikat naznaczony był wcielaniem w życie posoborowej „odnowy”; odległe skutki tej wielkiej operacji pogodzenia Kościoła ze światem możemy obserwować dziś w Polsce.

Zmiana ta obecna jest zarówno w konstytucjach soborowych, w nowym Katechizmie Kościoła Katolickiego, w nowym Kodeksie Prawa Kanonicznego, w wypowiedziach posoborowych papieży, kardynałów i biskupów, w praktyce duszpasterskiej, w formacji seminaryjnej. Wiele mówiło się swego czasu o „duchu Soboru”, który wymiótł z seminariów, parafii i klasztorów tysiące kleryków, księży i zakonników, ale wystarczy zauważyć jak zmienił się w ciągu posoborowych lat język Kościoła. Kościół odszedł od definicji dogmatycznych, od jasnych i zrozumiałych dla ludzi o różnym poziomie wykształcenia prawd katechizmowych, na korzyść zawiłych, niejednoznacznych określeń. Jednym z przykładów tej nowej szkoły definiowania prawd religijnych jest pojęcie „wartości chrześcijańskich”. Niby wszyscy wiemy, co ono oznacza, ale tak naprawdę jest ono ogólnikowe, płynne, każdy może umieścić pod nim własną interpretację, poszerzyć lub zawęzić zestaw „wartości”, dowolnie to uzasadniając. „Wartości” wprowadził do filozofii i etyki Max Scheller, przedstawiciel fenomenologii. Karol Wojtyła był pod urokiem fenomenologii. Tytuł jego pracy habilitacyjnej brzmi: „Ocena możliwości budowania etyki chrześcijańskiej przy założeniach systemu Maxa Schelera„. Był również jako filozof pod wpływem innego fenomenologa, urodzonego na Litwie żydowskiego myśliciela Emanuela Levinasa, znanego szczególnie jako komentator Talmudu.

Przedtem w Kościele mówiło się po prostu o „dobru”, „świętości”, o „cnotach”. Kategorie te były ścisłe, kryteria ich określania jasne. Cnoty były zdefiniowane i usystematyzowane. Wartości natomiast są cechami bytów, które zostały oderwane, usamodzielnione i próbują je zastąpić. Zestaw „wartości” nigdzie nie figuruje w nauczaniu Kościoła przed Soborem, bazowano wówczas na filozofii realistycznej św. Tomasza z Akwinu. Kościół traktujący filozofię realistyczną jako podstawę teologii musiał przemawiać w sposób jasny do rozumu ludzkiego – nie do uczuć – religia wszak to Objawienie. „To właśnie Słowo, czyli myśl, a nie życie czy miłość, jest pierwszą zasadą religii”, przypominał prof. Romano Amerio, który prawie tysiącstronicowe dzieło, „Iota unum” poświęcił analizie zmian w Kościele katolickim; ten szwajcarski filozof i teolog cieszył się uznaniem Benedykta XVI. Odejście współczesnego nauczania Kościoła od filozofii realistycznej utorowało drogę nowemu myśleniu o Bogu. Wielką fascynacją Karola Wojtyły jako filozofia i etyka była koncepcja Teiharda de Chardin, francuskiego jezuity, którego prace aż do Soboru uznawane były za heterodoksyjne. Jego nauki interpretujące Wcielenie i Odkupienie Jezusa Chrystusa zgodnie z teorią ewolucji cieszyły się jednak popularnością u intelektualistów katolickich ery soborowej. W pismach polskiego papieża, także w jego encyklikach, znajduje się wiele myśli zaczerpniętych z jego teorii Boga, który swoje „dopełnienie” znajduje rzekomo w człowieku i jest utożsamiony z wiecznym procesem przemieniającego się Kosmosu.

„Jesteśmy krajem chrześcijańskim od ponad 1050 lat”, mówi Arkadiusz Stelmach. „To chyba wystarczający czas, by nauczyć się obrony wartości. To my wydaliśmy na świat Jana Pawła II, który nie kalkulował, czy opłaca się bronić życia”. Autor zdaje się zapominać, że zmiana w Kościele czasu Soboru owocowała liberalnym podejściem do oferty świata, czego dowodem było m.in. wyraźna zachęta Jana Pawła II, by polscy katolicy nie obawiali się akcesu naszego kraju do Unii Europejskiej. Pomimo, że zarówno założenia jak i skutki globalizacji, obecność w dokumentach unijnych „praw człowieka”, z niepodważalnym prawem „wolności”, czyli czynienia z własnym ciałem wszystkiego, co tylko człowiekowi przyjdzie do głowy, nie były żadną tajemnicą. Nie kryły się za tym ambicje Jana Pawła II jako Polaka, jego przekonanie, że nasze wejście do UE jest czymś historycznie sprawiedliwym, ale przede wszystkim zmiana nastawienia Kościoła do współczesności.

Bo co naprawdę kryło się za hasłami odnowy Kościoła, uwspółcześnienia go, otwarcia się na świat? Skoro nowa teologia nie jest „oddawaniem przy pomocy zrozumiałych formuł niezmiennej prawdy, lecz – jak się to dziś uporczywie powtarza – jest transponowaniem na słowa doświadczeń i przeżyć osoby wierzącej”, a ponieważ doświadczenie jest „z natury swej subiektywne i zmienne, nie może być innej teologii, niż subiektywna i zmienna”, jak zaznacza Amerio, musiał się zmienić także cel, jaki Kościół stawia przed światem. Wcześniej Kościół wymagał, by przywódcy państw, w których większość stanowią katolicy, odpowiadali moralnie za społeczności, którym przewodzą, by dbali o realizowanie ostatecznego celu człowieka, a więc także celu ludzkich zbiorowości. By chronili religię i jej pryncypia. Dogmat ”poza Kościołem nie ma zbawienia”, nie był traktowany jako przenośnia czy obciążona dawną, „ciasną” mentalnością formuła, którą można dowolnie manipulować. Gdy na Soborze zadeklarowano otwarcie się na współczesność, na nowe prądy filozoficzne i polityczne, odstąpiono zarazem od potępień tego, co Kościół piętnował dotąd zawsze jako ewidentne zło zagrażające zbawieniu: kłamstwa i błędu. Nie został potępiony komunizm, mimo, że domagała się tego na Soborze duża grupa biskupów. Kościół rozpoczął erę „dialogu”, podpierając się postulatami ekumenizmu, wolności religijnej i kolegializmu, zakładając, że wszyscy ludzie na świecie, niezależnie od religii, chcą, dobra. Celem stało się dla Kościoła zjednoczenie ludzkości, światowy pokój. Globalizm, tak wyklinany w naszym kraju przez tradycyjnych prawicowców, którzy zawsze chętnie powołują się na polskiego papieża, jest więc autoryzowany nie tylko przez „społeczności międzynarodowe”. Otrzymał także błogosławieństwo głowy Kościoła.

Jan Paweł II oparł swoją naukę moralną dotyczącą aborcji na prawach człowieka. W Kościele odstąpiono po Soborze od słowa „grzech”, w powszechnym użyciu jest „niezbywalna godność osoby ludzkiej”. Już nie grzech przeciw Bogu, ale zło wyrządzone człowiekowi jest najgorszym wykroczeniem. Dawniej przypominano piąte przykazanie: „Nie zabijaj! – bo zabijając człowieka niewinnego obrażasz Boga, sprzeciwiasz się Bogu. Zasługujesz na piekło”. Jak bardzo zmienił się język Kościoła! Ludzie Kościoła coraz częściej bronią praw człowieka powołując się na Konstytucję. Coraz rzadziej bronią praw Boga odwołując się do kilku dogmatów wiary, które zmieściłyby się na jednej kartce papieru, i do ludzkiego rozumu. (Nowy Katechizm Kościoła Katolickiego z 1994 r. ma 643 strony).

Jeśli gromy dziś sypią się na papieża Franciszka, który na własną ręką, jako religijny satrapa, wprowadzać ma nasączoną marksizmem moralność i teologię, to zapomina się, że argentyński papież krok po kroku realizuje tylko założenia soborowe, nie dodając od siebie w zasadzie nic. Wyróżnia go większa determinacja we wcielaniu ich w życie, ma mniej skrupułów i wahań.

O tym, że nowe odniesienie Kościoła do świata nie jest wynikiem knowań garstki kardynałów, zwłaszcza niemieckich, ale dziełem nowej teologii i nowej eklezjologii pisał w swoich pracach zarówno Romano Amerio, jak włoski historyk Kościoła Roberto de Mattei, filozof Augusto del Noce, pisarz Vittorio Messori, Michael Davies i wielu poważnych ludzi nauki; w Polsce prof. Marcin Karas z UJ. Od czasu przyjęcia nowej teologii zarówno duchowieństwo jak i świeccy w Kościele muszą uporać się ze sprzecznością między tradycyjną niezmienną nauką Kościoła, która oparta jest na objawienia Boga, a tą lansowaną dziś, w której miesza się porządek naturalny i nadprzyrodzony, Objawienie, łaskę i zmienne uczucia ludzkie.

Jaki to wszystko ma związek z dzisiejszymi narzekaniami na polityków, którzy zwlekają z ustawą antyaborcyjną i zdają się akceptować globalizm?

Dzięki przyjęciu przez Kościół nowej teologii zmarginalizowany został grzech pierworodny, wszyscy ludzie na ziemi są zbawieni, niezależnie od tego, w co wierzą i jak żyją, „prawa człowieka”, „godność osoby ludzkiej” i „dialog” stały się podstawą nowej etyki i praktyki duszpasterskiej. Do tego doszedł ekumenizm, nawracanie zyskało pogardliwą nazwę „prozelityzmu”.

„Wiosna Kościoła”, oczekiwana i zapowiadana przez autorów tych zmian jednak nie nadeszła. Konsekwencją – oczywiście nie należy zapominać o sekularyzacyjnym wpływie współczesnej kultury, która potęguje kryzys – są nie tylko puste seminaria, duch anarchii w instytucjach Kościoła, ale także coraz większe zmaterializowanie rzesz katolików, przyjęcie nowych standardów życia rodzinnego. Ma ono dawać pełną satysfakcję, uszczęśliwiać, pomagać w „samorealizacji”. Coraz częściej – także wśród osób wierzących – uważa się, że nowe dziecko w rodzinie może ten ideał zniweczyć. Optymizm o. Congara, de Lubaca, Karla Rahnera, o. Chenu, ale także Karola Wojtyły, należącego do grona zwolenników wielkiego otwarcia Kościoła na współczesny świat, okazał się nieuzasadniony. Człowiek w tym świecie nie okazał się „lepszy”. Dialog zaś ze światem okazał się monologiem, w którym mówi tylko jedna strona. Wizja posoborowej „wiosny Kościoła” i zwycięstwa „cywilizacji miłości”, którą głosił polski papież okazała się utopią, oparta o idealistyczne wyobrażenia o naturze ludzkiej.

Może polscy politycy, w których rękach spoczywa los ustawy antyaborcyjnej po prostu lepiej niż inni zdają sobie z tego sprawę? Wiedzą, że między postawą katolików sprzed jeszcze pięćdziesięciu laty, a postawą dzisiejszą istnieje ogromna różnica. „Poszanowanie praw człowieka” nie zastąpi „bojaźni Bożej”, która została po Soborze wyśmiana. Ludzie, którzy zwykli sobie ułatwiać życie, iść na skróty, zyskali nowe usprawiedliwienie dla swojego wygodnictwa. Chcą by także ich „prawa”, ich „wolność” była nienaruszalna. Sprzeczności między tymi współczesnymi „wartościami” a dogmatami wiary i zasadami moralności katolickiej, która opiera się przede wszystkim na powinnościach człowieka wobec Boga, nie da się pokonać.

To nie fakt, że obecnie w Papieskiej Akademii Życia „doszło do głębokich zmian” i znaleźli się tam „ludzie, którzy reprezentują cywilizację śmierci”, jak podkreśla bohater wywiadu w „Do rzeczy”, przesądza o niedobrym klimacie wokół obrony życia. W Kościele nie dzieje się nic z dnia na dzień. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Kościół był rzeczywiście sumieniem narodu – w Polsce i w krajach takich jak Irlandia, Włochy, Malta kraje Ameryki Południowej, Brazylia, Ekwador. Katolicy podporządkowywali się mu jako autorytetowi zewnętrznemu. Dziś mamy do czynienia z gwałtowną reakcją na posoborową rewolucję. Ludzie odrzucają ”autorytet zewnętrzny”; zdanie polskiego papieża na temat nienarodzonych nie jest dla nich wiążące; chcą myśleć na własny rachunek, odpowiadać za swoje czyny wyłącznie przed swoim sumieniem. Stąd biorą się coraz głębsze antagonizmy w społeczeństwach, niedawno jeszcze jednolitych, mało zróżnicowanych, spójnych.

Czy więc pretensje do polityków, że to „przez nich giną w Polsce dzieci nienarodzone”, są uzasadnione? Czy nie są zafałszowywaniem zagadnienia, myleniem skutków z przyczyną? I czy nie zapomnieliśmy przypadkiem, że pod koniec swojego życia, gdy błędy Soboru były już jaskrawo widoczne, Jan Paweł II kilkakrotnie zwracał się do Polaków z prośbą, by modlić się za niego (nie „do niego”)? Czy wysłuchaliśmy tej prośby naszego rodaka na Stolicy Piotrowej?

Ewa Polak-Pałkiewicz

Duda w miech

W stronę całkowitej bezbronności

Wizyta prezydenta Dudy w Nowym Jorku i jego zaplanowane wystąpienie (rola prawa międzynarodowego dla pokoju) była doskonałą okazją do zaprezentowania światowej opinii publicznej – w tym amerykańskiej – polskiego stanowiska w kwestii żydowskich roszczeń dotyczących tzw. mienia bezspadkowego – roszczeń całkowicie sprzecznych z prawem międzynarodowym, a wysuwanym nie tylko wobec Polski… Była świetną okazją do wywołania kwestii żydowskiego rasizmu jako jedynej podstawy tych żądań. Klimat był tym bardziej sprzyjający, że w przeddzień tej wizyty wróg Polski, Izrael, dokonał masakry pokojowej manifestacji Palestyńczyków w Gazie. Była znakomita okazja do pointy: do czego prowadzi żydowski rasizm! (Turcja i Republika Południowej Afryki natychmiast wydaliły izraelskich ambasadorów!) W Nowym Jorku prezydent Duda całkowicie zaprzepaścił tę znakomitą okazję do obrony polskich interesów. Spotkał się natomiast z burmistrzem New Jersey – popychadłem przedsiębiorców z holocaustowego businessu – i z przedstawicielami organizacji żydowskich, i to już w pierwszym dniu swej wizyty… Wydaje się, że patriotyczna retoryka rozmaitych wystąpień Dudy w Polsce coraz bardziej rozmija się i kontrastuje z jego realnym działaniem politycznym, w którym – przynajmniej w kwestiach stosunków polsko-żydowskich, ale nie tylko – zaczyna niepokojąco upodabniać się do Kwaśniewskiego czy Komorowskiego.

Jest oczywiste, że żydowskie lobby polityczne ma większy wpływ na politykę amerykańską, niż władze polskie. Jest już dzisiaj także oczywiste, że sojusznik Stanów Zjednoczonych – Izrael jest wrogiem (po powołaniu w 2011 roku przez rząd Izraela rządowej agencji HEART do wspierania planowanej grabieży krajów Europy Wschodniej przez przedsiębiorstwo holocaust) innego sojusznika Stanów Zjednoczonych – Polski, i nie tylko Polski. Wynikają z tego ważne konsekwencje. Duda miał okazję uzmysłowić to zarówno światowej opinii publicznej, jak opinii amerykańskiej. Zwłaszcza, że w Polsce tak wiele mówi o „potrzebie edukacji” świata w temacie Polska… I co zrobił prezydent Duda, gdy miał taką wspaniałą okazję w Nowym Jorku, na forum ONZ, transmitowanym przez tak wiele mediów? Nie tylko nie zrobił nic, ale programem swej wizyty podtrzymał całkowicie fałszywy obraz sytuacji: że stosunki polsko-żydowskie (z państwem Izrael i żydowskim lobby w Ameryce) są poprawne, o ile nie – przyjazne…

Kiedy więc PiS zdefiniuje wreszcie władze Izraela i żydowskie lobby polityczne w Ameryce jako wroga Polski i ekspozyturę żydowskiego rasizmu?…

„Krótkie spięcie”, jakie miało miejsce w tych mrocznych stosunkach na początku roku (w rozbłysku światła widać lepiej!) pokazało prawdziwy stosunek żydowskiego rasizmu do Polski, a rasizm ten dominuje tak w polityce Izraela, jak w żydowskim lobby w Ameryce. Postawy żydowskich rasistów wobec Polski zmienić nie możemy, ale nie musimy żyć złudzeniami, kłamstwami i propagandą, podtrzymywać je i gruntować. Działalność prezydenta Dudy w tej materii jest utrwalaniem tych złudzeń i propagandy – i w najmniejszej nawet mierze nie jest walką o polską rację stanu. Żeby walczyć – trzeba przynajmniej zdefiniować wroga. Kiedy więc PiS zdefiniuje wreszcie władze Izraela i żydowskie lobby polityczne w Ameryce jako wroga Polski i ekspozyturę żydowskiego rasizmu?…Czy młodzież, wysłana żaglowym rejsem dookoła świata, ma wyręczać prezydenta Dudę i rząd w ich konstytucyjnych obowiązkach?…

Czy – w tej materii – wchodząc w buty swych żałosnych poprzedników, Kwaśniewskiego i Komorowskiego – Duda liczy na wygranie drugiej kadencji, zapewniając sobie poparcie rodzimej żydokomuny i jej przyległości, spodstolnej jeszcze proweniencji? Czy kontynuuje jakieś obietnice, poczynione wcześniej żydowskim rasistom, a tajone przed polską opinia publiczną (sesje wyjazdowe polskich rządów, tak PO jak PiS, w Izraelu? Czy może sądzi, że nie zauważanie słonia w menażerii jest „polityką dobrej zmiany”?… Nie będziemy dociekać. Milczenie Dudy w Nowym Jorku, zmarnowanie okazji do przedstawienia stosunków polsko-żydowskich w kontekście „przestrzegania prawa międzynarodowego”, „dziedziczenia bezspadkowego” i żydowskiego rasizmu ma swą wymowę. Wobec żydowskiego szturmu na polskie mienie – na prezydenta Dudę, rząd Morawieckiego i PiS nie można, jak widać, liczyć. To już teraz wiemy. A opozycja? Ba! Ta jest jeszcze bardziej żałosna: przy niej prezydent, rząd i większość parlamentarna do niemal „giganci patriotyzmu” na pokaz! Toteż wzmocnienia Polski in spe spodziewałbym się raczej po ruchu narodowym – o ile, rzecz jasna, oprze się próbom prowokatorskich penetracji, podejmowanym tak w kraju, jak za granicą.

Tymczasem wszystko dzisiaj wskazuje, że mimo niemal całkowitego wycofania się rządu z „reform sądownictwa” (trzy kroki naprzód, dwa i pół kroku wstecz…) Berlin postawił na swoim i „procedura art.7” wobec Polski zostanie wdrożona. I nawet jeśli Budapeszt ją zablokuje (co nie jest pewne, bo decyzją komisarzy może być zmieniony tryb postępowania!) – to rozdział „środków unijnych” wedle kryterium „przestrzegania praworządności” będzie zastosowany. Tym samym nadarza się jednak znakomita okazja, by naprawić błąd anschlussowy, akcesu do UE, i wszcząć procedurę wyjścia Polski z UE. Nie musimy być jej członkiem – możemy, jak wrogi nam, rasistowski Izrael, mieć z UE tylko luźniejszą umowę stowarzyszeniową. A przynajmniej debata na ten temat wydaje się znacznie ważniejsza, niż debata nad konstytucją zważywszy, że właśnie przynależność do UE ogranicza naszą swobodę w ewentualnej naprawie konstytucji. Jak bowiem mielibyśmy naprawiać konstytucję, gdy jej treść musiałaby pozostać zgodna z… Traktatem Lizbońskim?!

Strategia gry na zwłokę zarówno wobec żydowskiego wroga jak niemieckiego „budowniczego Europy” rozbraja tylko naród. Taka lekkomyślna strategia – brak stanowczych reakcji już dziś – grozi sytuacją, że w czasie ostatecznych rozstrzygnięć, Polska będzie całkowicie bezbronna.

Za: Marian Miszalski – strona autorska (01.06.2018)