OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Miesięczne archiwum: Lipiec 2015

In vitro – szyderstwo z wolności człowieka – prof. Anna Raźny

Ustawa o in vitro w Polsce to kolejny milowy krok na drodze transformacji nie tylko świadomości Polaków, ale również cywilizacji, która określiła nas jako naród i jako społeczeństwo.

In vitro jest szczególnym, bo zbrodniczym elementem koncepcji nowego człowieka i jako taki wpisuje się w ideologię genderyzmu. Co więcej, służy „produkowaniu” dzieci związkom homoseksulanym. Szerokie zastosowanie koncepcji nowego człowieka, nie tylko w sferze kulturowej i społecznej, ale również politycznej, uzasadnia określenie genderyzmu jako ideologii, która wpływa na kształt polityki wewnętrznej i zewnętrznej państw Zachodu. Uzasadnia tym bardziej, iż USA oficjalnie włączyły genderyzm do programu swej globalnej polityki. Przełomowe pod tym względem było wystąpienie wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych – Joe Bidena – na zorganizowanym w czerwcu ubiegłego roku w Białym Domu spotkaniu z organizacjami działającymi na rzecz mniejszości seksualnych i małżeństw jednopłciowych – z LGBT Human Rights Forum na czele. Zapowiedział on wówczas, że prawa mniejszości seksualnych muszą być przyjęte w całym świecie – we wszystkich kulturach i tradycjach. Z kolei towarzysząca mu na tym spotkaniu Susan Rice – doradca prezydenta Obamy do spraw bezpieczeństwa – podkreśliła, że prawa gejów są w pełnym tego słowa znaczeniu prawami człowieka. Ugruntowaniem genderyzmu jako wyjątkowo ważnego elementu globalizmu amerykańskiego było powołanie rzecznika praw mniejszości seksualnych w administracji Białego Domu. Stanowisko to otrzymał w maju bieżącego roku doświadczony amerykański dyplomata, Randy Berry. Jego zadaniem jest nie tylko obrona i jednocześnie promocja praw LGBT, ale również walka z ograniczaniem działalności zagranicznych organizacji pozarządowych i określaniem ich mianem organizacji agenturalnych czy instytucji obcego wpływu, jak to ma miejsce w Rosji. Randy Berry – jako przedstawiciel Departamentu Stanu USA – zdążył już złożyć „szkoleniową” wizytę nie tylko na Łotwie, gdzie wziął udział w paradzie równości na ulicach Rygi oraz konferencji promującej gender jako prawa człowieka, ale również w Polsce. Amerykański rzecznik praw LGBT przyjechał do Polski w momencie prac legislacyjnych nad ustawą o in vitro. 17 czerwca br. spotkał się w Biurze RPO, Ireny Lipowicz, z którą omówił działania „na rzecz osób nieheteronormatywnych”[1]. Działania te trudno inaczej nazwać jak dyktaturą nie tylko polityczną i kulturowo-społeczną, ale również moralną. Z dyktatury tej korzystają zwolennicy in vitro.  Niemal wszędzie w cieniu walki o prawa LGBT promowana i legalizowana jest bowiem ta sztuczna metoda poczęcia, m.in. jako droga do posiadania dzieci przez osoby i związki „nieheteronormatywne”

O ile jednak promocja – dyktatura LGBT, jawnie i bezpardonowo uderzająca w istotę człowieka oraz rodzinę – spotyka się z jakąś, niestety słabą, krytyką w świecie zachodnim, to in vitro traktowane jest nie tylko ulgowo, ale wręcz przyjmowane jako „humanitarne” rozwiązanie problemu niepłodności. Tak się dzieje nie tylko w środowiskach lewicowych, ale również konserwatywnych, a nawet tych „postępowych” katolickich, które nie podzielają stanowiska Watykanu w tej sprawie. Znamienne, iż te ostatnie traktują wybiórczo samą Ewangelię, gwarantującą poczęciu człowieka tajemnicę mocy Boskiej. Argumentacja dla in vitro jest szatańsko pokrętna. Któż bowiem nie chciałby przyjść z pomocą tym, którzy cierpią z braku upragnionego dziecka. Tylko osobnicy odarci z ludzkich uczuć. Nawet aborcjoniści, którzy pracują w klinikach śmierci bądź je usprawiedliwiają, są za in vitro, krzycząc, że są za życiem. W tej opcji liczy się tylko cel, a on uświęca środki. Do wyznawców tej opcji nie trafia nic: ani badanie i leczenie przyczyn bezpłodności – m.in. cywilizacyjnych, związanych z rewolucją seksualną i promocją antykoncepcji oraz aborcji – ani mechanizmy towarzyszące in vitro. Nie liczy się przede wszystkim prawo do życia nienarodzonego dziecka i do poszanowania jego godności w laboratoriach, gdzie nie tylko dokonywana jest manipulacja nimi i eugeniczna selekcja, ale również bezkarne zamrażanie i przetrzymywanie w „bankach” zarodków, które awangarda polityczno-medyczna in vitro nazywa często zlepkiem ludzkich komórek. Cel, jakim jest posiadanie dziecka, nie tylko uświęca środki, ale czyni ludzi uczestniczących w in vitro osobnikami całkowicie pozbawionymi odpowiedzialności za zło antropologiczne i moralne wynikłe z idei sztucznego zapłodnienia. Pozbawionymi odpowiedzialności nade wszystko za samą istotę ludzką, która w wyniku in vitro przychodzi na świat i za zmianę genezy rodzaju ludzkiego. Zwolennicy in vitro odrzucają wizję człowieka jako osoby, która ma status istnienia niesamoistnego, a co za tym idzie niedoskonałego i skończonego. I rożni się od bytu samoistnego, będącego źródłem istnienia właśnie swym statusem – swą ograniczonością i skończonością. Jest człowiekiem, a nie Bogiem. I wmawianie mu, że jest inaczej, że może stać się człowiekiem-bogiem – jest zwykłym oszustwem, któremu towarzyszy eugenika i zabijanie „niepotrzebnych” zarodków ludzkich.

U podstaw in vitro leży koncepcja człowieka odrzucająca Boga jako źródło istnienia, odrzucająca boską tajemnicę poczęcia człowieka. To odrzucenie jest nie tylko wyrazem szatańskiej pychy, ale również fundamentem całkowicie nowej antropologii – takiej, w której niczym nieograniczona wolność człowieka nie tylko ingeruje w sferę metafizyki i tajemnicę istnienia, ale zawłaszcza ją i profanuje. Jest to świadectwo nie tylko niczym nieograniczonej wolność- odciętej od odpowiedzialności – ale również deifikacji człowieka, nadania mu statusu boskości. In vitro, podobnie jak ingerencja w sferę płci, jest manifestacją postawy, którą można ująć krótko: jeśli Boga nie ma, wszystko jest dozwolone. Wyrugowanie Boga z życia ludzkiego ujął w tej niezwykle trafnej formule dziewiętnastowieczny rosyjski wielbiciel filozofii Zachodu i socjalizmu – Iwan Karamazow w powieści Fiodora Dostojewskiego Bracia Karamazow. Bohater Dostojewskiego pragnący stworzyć nowy świat, alternatywny dla boskiego świat Wielkiego Inkwizytora, kończy „białą gorączką” – rozdwojeniem jaźni i szaleństwem. Nowa materialistyczna, socjal-darwinowska koncepcja człowieka, leżąca u podstaw genderyzmu i in vitro, jest antropologicznym szaleństwem, a co za tym idzie szaleństwem polityki, w którą wnika. To iluzyjna antropologia i ideologia, oparta na fałszu istnieniowym, poznawczym, moralnym. Wprowadza ludzi w straszliwy błąd. Wobec śmierci okazuje się bowiem nicością. Nie tylko nie jest w stanie uchronić od niej nikogo, ale również dać jakiejkolwiek nadziei autentycznie metafizycznej. In vitro jest jej wykwitem, tworzącym iluzyjną medycynę, która już w punkcie wyjścia jest cynicznym oszustwem, gdyż nie leczy bezpłodności. Przeczy jedynie naturze człowieka i jego godności. Umożliwiając „produkcję” „potomka” dla par homoseksualnych, promuje hybrydowe relacje między nimi a dzieckiem, skazując je na niemożność ustalenia swojej tożsamości osobowej i spełnienia pragnienia naturalnej matki i naturalnego ojca.

Natomiast samą bezpłodność leczą metody oparte na realistycznej wizji człowieka – takie jak naprotechnologia – wykluczającej wszelką manipulację, nie tylko medyczną, ale również filozoficzną psychologiczną, kulturową, czy wreszcie polityczną. W realistycznej wizji człowieka problem niepłodności wymaga wielkiej pokory tych, których dotyka i tych, którzy ją leczą. Wymaga autentycznej solidarności, empatii i pomocy opartej na prawdzie o człowieku i jego ograniczoności, determinującej pragnienie nie tylko posiadania, ale również samego bycia. W takiej postawie brak skutków leczenia otwiera na adopcję. Uczy, że przyjęcie sierocego czy wykluczonego dziecka nie jest degradacją, ale nobilitacją, świadectwem bogactwa duchowego, w którym widoczne jest wskazanie na źródło istnienia – byt ponadludzki. Realistyczna wizja człowieka pozwala uchronić przed unicestwieniem status ojca i matki oraz ich dziecka – również usynowionego – a także zachować naturalne więzi między nimi: rodzicielsko-synowskie.

Tymczasem polski parlament stanął po stronie szaleństwa i przyjął in vitro. Jak się to stało? To, że lewica będzie „za”, było wiadome. Jednakże nie stanowi ona większości. Dlaczego tzw. prawica nie potrafiła akurat w tej sprawie uzyskać jedności i większości? Tyle razy w III RP osiągała przecież większość dla celów amerykańskiej geostrategii – w sprawach Bliskiego Wschodu, Afganistanu, euromajdanu i wojny na Ukrainie, sankcji dla Rosji, 100 milionów euro z kieszeni polskiego podatnika dla junty kijowskiej, rozszerzenia NATO i rozmieszczenia jego baz w pobliżu Rosji, m.in. na terenie Polski. Można przytoczyć jeszcze sporo przykładów większości – a co za tym idzie, jedności z lewicą – w parlamencie III RP. Była to zawsze większość w sprawach dyktowanych przez USA czy zwasalizowaną wobec nich UE. Przykładem takiej idealnej jedności polskiego parlamentu i ośrodka prezydenckiego z samym prezydentem na czele była ratyfikacja przez te podmioty polityczne traktatu lizbońskiego. Za kilkadziesiąt lat (norma zachodnia?) Polacy dowiedzą się, jaką rolę w uzyskaniu tej jedności odegrała wówczas nie tylko Bruksela, ale również ambasada USA w Polsce.

W przypadku in vitro brak jedności polskiej prawicy i rezygnacja z utworzenia lobby przeciw jego legalizacji jest tylko konsekwencją ratyfikacji traktatu lizbońskiego, który zawiera nową koncepcję człowieka, daje pierwszeństwo wszystkim mniejszościom przed większością, odcina się od chrześcijańskich korzeni Europy i sankcjonuje postawę: jeśli Boga nie ma, wszystko jest dozwolone.

Anna Raźny

[1] http://autonom.pl/?p=12899, 2015-07-18; https://www.rpo.gov.pl/pl/content/wizyta-przedstawicela-departamentu-usa, 2015-07-18.

Za: Konserwatyzm.pl (19 lipca 2015)

 

Czy charyzmatyzm to odnowa Kościoła? Ks. karol Stehlin

zeslanie_ducha_swietego

W historii Kościoła pojawiało się wiele ruchów, wspólnot mających dokładnie takie same cechy jak charyzmatyzm: gorliwość, entuzjazm, intensywna modlitwa, sukces w apostolacie, szybki rozwój, charyzmaty, przywódcy uważający, że są bezpośrednio inspirowani przez Boga.

Takimi ruchami w Kościele były:

– Montaniści w II wieku,
– Waldensi w XII wieku,
– Bracia Ducha Wolnego,
– Alumbrados w XVI wieku,
– Kwietyści w XVII i XVIII wieku.

Rozwój tych zgromadzeń zawsze przebiegał w prawie ten sam sposób. Najpierw założyciel odczuwa potrzebę mocniejszego i żarliwszego życia duchowego. Czuje, że Pan Bóg powołuje go do życia bardziej ewangelicznego: służby, ubóstwa, umartwienia…
Następnie odczuwa potrzebę przekazania swojego doświadczenia Boga innym ludziom. Zaprasza więc do „doświadczania” tych samych uczuć. W ten sposób wtajemnicza małe zgromadzenie uczniów w swoje osobiste doświadczenie. Następuje wspólna modlitwa i intymna atmosfera, które przygotowują grupę na otrzymanie charyzmatów, do doświadczania Boga. Na skutek tego grupa żyje w ciągłym entuzjazmie, podnieceniu pełnym wzniosłych uczuć. Entuzjazm ten z nieprawdopodobną szybkością udziela się innym ludziom doprowadzając do szybkiego rozwoju wspólnoty. (Np. Valdo – przywódca Waldensów – po 5 latach działalności mógł doliczyć ponad 5 milionów uczniów).
Co ważniejsze członkowie tych wspólnot są przekonani, że ich doświadczenie jest gwarancją prawdziwości ich nauki. Depozyt wiary, dogmat, abstrakcyjna reguła wiary są niczym w porównaniu z ich własnymi doświadczeniami.
I tak na przykład Neokatechumenat mówiąc o rzeczywistej obecności Chrystusa w tabernakulum twierdzi, że:

„Kościół Katolicki został opętany ideą rzeczywistej obecności do tego stopnia, że dla niego rzeczywista obecność jest wszystkim. Obsesyjne dyskusje teologiczne nad kwestią czy Chrystus jest faktycznie obecny w chlebie i winie są śmieszne. W pewnym momencie, trzeba było akcentować rzeczywistą obecność, aby przeciwstawić się protestantom, ale obecnie nie jest to wieczne i nie należy już przy tym obstawać…” (Katecheza).

Jeśli w takich sytuacjach hierarchia Kościoła interweniuje i pokazuje błędy lub przynajmniej niebezpieczne tendencje ruchu, wtedy w imię Ducha Św. buntują się przeciw niej. Potępieni przez Magisterium kończą w fanatyzmie. Taka postawa nieuchronnie prowadzi do coraz większych błędów dogmatycznych i uchybień moralnych.

Charyzmatyzm jest ruchem iluminizmu

Koniecznie trzeba zwrócić uwagę na dwa bardzo ważne wydarzenia będące wręcz podręcznikowym przykładem iluminizmu.
Pierwsze jest związane z ruchem Jamaa (Burza) z Zairu. Franciszkanin, ojciec Placide Temples założył „Ruch nowego zesłania Ducha Świętego” („Burza Ducha Św.”), Ruch przeszedł przez typowe stopnie iluminizmu: nowe życie w kościele, entuzjazm, tajemniczość ruchu i różne inicjacje (typowe dla Afryki), fala „nawróceń”, charyzmaty, dużo ludzi w Kościele. W 1972 roku ruch został potępiony przez abp z Kinshasa za heretyckie nauczanie, straszne uchybienia moralne: wspólnota dóbr a nawet osób oraz całkowite zniszczenie instytucji rodziny i małżeństwa.
Drugie wydarzenie, znaczenie bardziej znane to przypadek o. Vlasika, charyzmatycznego proboszcza w Medjugorie i 6 dzieci, którzy twierdzą, że mają regularnie, codziennie objawienia Matki Bożej. O. Vlasik i jego charyzmatyczni przyjaciele propagują te objawienia mimo, że nie przeprowadzono żadnego kanonicznego badania objawień, nie wypowiedzieli się kościelni eksperci (egzorcyści, specjaliści procesów kanonizacyjnych). Twierdzą oni, że dla prawdziwości objawień wystarczającym dowodem są cuda i charyzmaty. Jednak miejscowy biskup z Mostaru zarządza wymagane prawem kanonicznym badanie tych zdarzeń. Wynik jest negatywny: za dużo błędów dogmatycznych, sprzeczności w świadectwach wizjonerów, niedorzeczne wypowiedzi Matki Bożej, niewystarczające znaki nadprzyrodzonego objawienia. Contra factum non est argumentum!

„Są jednakże tacy, którzy się pospieszyli, uprzedzając osąd Kościoła. Ogłosili «cuda i zjawiska nadprzyrodzone», a z ołtarza głosili prywatne objawienia, co jest zakazane aż do czasu, gdy Kościół uzna te objawienia za autentyczne. Z tego też względu wiele środowisk wstrzymało się z organizowaniem pielgrzymek, czekając na osąd Kościoła. Najpierw, Komisja ds. Medjugorie 24 marca 1984 r. wysłała ostrzeżenie. Bez rezultatu. Potem Konferencja Biskupów, w październiku tego samego roku, zakazała organizowania oficjalnych pielgrzymek do Medjugorie («oficjalnie» oznacza organizowanie wspólne i zbieranie osób). Bez skutku. Następnie, w Rzymie, Kongregacja Doktryny Wiary, 23 maja 1985 r. wysłała do Konferencji Biskupów Włoskich list z prośbą o podejmowanie wysiłków w celu ograniczenia pielgrzymek organizowanych z Włoch do Medjugorie… a także wszelkiego rodzaju propagandy. Również bezskutecznie. Wreszcie, J.E. kard. Franjo Kuharic i ja osobiście, w imieniu Konferencji Biskupów Jugosławii, 9 stycznia 1987 r. ogłosiliśmy publicznie deklarację: «Nie jest dozwolone organizowanie pielgrzymek i innych manifestacji motywowanych nadprzyrodzonym charakterem, który mógłby być przypisywany wydarzeniom w Medjugorie». Jest to deklaracja najwyższej wagi kościelnej i winna być respektowana”[1].

Na wyniki tego badania zareagowali wszyscy ważniejsi przywódcy ruchu charyzmatycznego (Tardiff, siostra Bridge McKenna, o. Daniel Ange, Laurentin), którzy ręczą wbrew opinii biskupa za prawdziwość objawień i świętość o. Vlasika. Biskupi zakaz pielgrzymek do Medjugorie i polecenie przeniesienia proboszcza zostały pogardliwie zlekceważone.
Kilka lat później o. Vlasik porzuca sutannę i rozpoczyna wspólne życie z byłą zakonnicą. Ale ile razy w objawieniach w Medjugorie „Matka Boska” go broniła i uroczyście deklarowała jego niewinność!!!
We wszystkich wspólnotach ruchu charyzmatycznego widać tendencję do bezpośredniego kontaktu z Duchem Św. Towarzyszy temu pewność, że słyszane głosy, objawienia i zmysłowe rozpoznawanie Boga są prawdziwe. Każda inspiracja i każde szczególne uczucie religijne jest w ich przekonaniu związane z Bogiem. Podświadomość staje się nieomylnym głosem Boga. Psychologia uczy jakie myśli, słowa, obrazy funkcjonują na poziomie podświadomości: uczucia zemsty, instynkt seksualny, intensywne obrazy (albo niezwykle atrakcyjne, albo niezwykle odrażające), sympatie wywołane miłym wrażeniem albo antypatie wywołane niemiłym wrażeniem. Jeśli brakuje zewnętrznego sędziego, który zadecyduje z autorytetem rozumu i przykazań boskich o tym, co jest dobre i złe w tym wewnętrznym życiu uczuć, doświadczeń i wrażeń, to wtedy sam człowiek staje się samemu sobie najwyższym autorytetem i twierdzi, że te uczucia są charyzmatem, są głosem Ducha Św.
Dlatego właśnie św. Jan od Krzyża i wszyscy znawcy życia mistycznego jednogłośnie mówią, jak niebezpieczne jest myśleć, iż te wewnętrzne głosy pochodzą od Boga. W 90% przypadków chodzi o autosugestię, w 9% to wpływ diabła. Nawet papież Paweł VI, który wiele razy chwalił Odnowę w Duchu Św., dostrzegał fałszywy dar proroctwa:

„Gdyby Duch Św. bez przerwy był do dyspozycji tych ludzi, gwarantując swoje błogosławieństwo i nieomylność zawsze i wszędzie (a ludzie ci twierdzą, że ich osobiste doświadczenie, ich subiektywne i chwilowe inspiracje są sprawdzianem oraz kryterium prawdziwości religii i kanonu, według których cała nauka religijna powinna być interpretowana) to byłoby to ponownym wprowadzeniem protestanckiego fundamentu wolnej inspiracji lub subiektywizmu, w którym każdy przyjmuje swoją wiarę i swoje nauczanie od Ducha Św.” (24 IX 1969 r.)

Subiektywizm oznacza, ze wszystko jest odnoszone do podmiotu, do ducha człowieka, który bezpośrednio decyduje o tym, w co chce wierzyć. Nie ma już innego autorytetu na ziemi, tylko jego własne sumienie i inteligencja. W ten sposób człowiek czyni z siebie samego Pana, który jest sam w sobie sędzią i prawem. On sam decyduje, jak należy interpretować Pismo Święte i w jaki sposób się modlić. Magisterium i autorytet Kościoła nie mają nawet najmniejszego wpływu na charyzmatyzm. Dla ruchu nowym „magisterium” jest charyzmat proroctwa, przy tym głos pasterza czy przywódcy wspólnoty jest traktowany jak bezpośrednie objawienie Boże. Dlatego prawdziwym autorytetem charyzmatyków już nie jest proboszcz parafii czy biskup diecezji, lecz przywódca ruchu, wspólnoty, ojciec chrztu w Duchu Św.

Fundament charyzmatyzmu

Cała duchowość charyzmatyzmu ma jako fundament: doświadczenie religijne oraz głębokie uczucie obecności Boga. Im więcej tych doświadczeń tym doskonalszy jest człowiek.
Św. Jan od Krzyża (Droga na Górę Karmel, II, 10) bardzo szeroko mówi o tej sprawie. Zasadą życia duchowego, życia wewnętrznego jest to, że Pan Bóg i jego jakość daleko przewyższają możliwości percepcji naszych pięciu zmysłów. Bóg jest duchem i zmysły nie mogą sięgnąć realności ducha. Dlatego zmysły nie są instrumentami przystosowanymi, zdolnymi do poznania rzeczywistości niebiańskiej. Bóg jest tak wielki, że zmysły pewno nie mogą doświadczyć czegoś od Niego. Rozum może pośrednio poznać istnienie Boga badając stworzenie (Rz 1, 20) i w ten sposób stwierdzić jedynie Jego istnienie, i kilka przymiotów doskonałych jak np. to, że jest stworzycielem, Najwyższym Dobrem, Celem wszystkich stworzeń, że jest Wieczny, wszechmogący. Jedynie wiara może sięgnąć do jego życia wewnętrznego, przekonać, że wszystko to co nam objawił jest prawdą, nawet jeśli nie możemy tego wiedzieć i doświadczyć.
Próba ogarnięcia Boga przez zmysły i przez doświadczenia zmysłowe grozi wielkim niebezpieczeństwem.
Po pierwsze często takie doświadczenia są tylko iluzją i błędem.
Po drugie uczucia „obecności Bożej” powodują, że dusza jest zadowolona z samej siebie i sądzi że już jest bardzo bliska Panu Bogu, może nawet już jest święta. To pycha przychodząca od szatana, który wie, że pycha jest najstraszniejszym z wszystkich grzechów. I dlatego z chęcią używa swoich możliwości wywierania wpływu na zmysły człowieka by zwodzić go fałszywymi uczuciami. Dlatego nigdy nie wolno twierdzić, że dusza pragnie tych uczuć, wręcz przeciwnie, jeśli takie uczucia są, musi ona uwolnić się od nich i zachować się w czystym i prostym akcie wiary…
Po trzecie dlatego, że te uczucia są niebezpieczeństwem dla wiary. Wiara jest wielką cnotą, polega na trwałej zgodzie i mocnym przekonaniu, że to co Pan Bóg objawił jest prawdą, jedyną prawdą i w tej prawdzie powinien człowiek żyć, powinna ona przenikać wszystkie myśli, słowa, czyny aż do śmierci.
Jeśli sprowadzi się wiarę jedynie do uczucia albo zmysłowych doświadczeń, to religia przestaje być sprawą rozumu, inteligencji, duszy, ducha lecz staje się sprawą instynktu, uczuć, podświadomości. W tym momencie religia straci swoją istotę, swoją więź z Bogiem, stanie się tylko częścią psychologii, sprawą ludzkiej wiedzy i nic więcej. Oto fundament całego modernizmu potępionego przez papieża św. Piusa X:
„W uczuciu religijnym – jeśli je głębiej zbadamy – wykryjemy łatwo pewną intuicję serca, przez którą człowiek bez żadnego pośrednictwa doświadcza rzeczywistości pierwiastka Bożego i w ten sposób powstaje pewność o istnieniu i obecności Boga. (…) I to jest owo prawdziwe doświadczenie, przewyższające wszelkie doświadczenie rozumowe. (…) Według modernistów, gdy ktokolwiek to doświadczenie osiągnie, staje się prawdziwie wierzącym„[2].
Takie doświadczenie nie pomaga, lecz raczej przeszkadza wierze. Zamiast pogłębiać wiarę, tzn. przekonanie i życie w świetle boskich objawień, pogłębia się życie według własnych zmysłów i przekonanie o własnej wartości, innymi słowy: pychę.

Poszukiwanie sensacji

Nie chodzi tutaj o podstawowe przekonanie, że uczucia obecności Bożej są znakami doskonałości i świętości, zasadą naszej religii. Tutaj chodzi o samą istotę aktu religijnego, modlitwy i nabożeństwa! Jak ma się kształtować nabożeństwo i modlitwa? Co to jest? Kto stoi w centrum nabożeństwa? Uwielbienie Pana Boga, kult Chrystusa czy coś innego?
Dla charyzmatyków to przede wszystkim „doświadczenie charyzmatyczne”, uczucie, żywe wrażenie aż do łez. Nadzwyczajne rzeczy dzieją się w głębokościach naszego serca. Żyjemy trochę naszym snem! Modlitwa to rodzaj samorealizacji, szukanie euforii i radości. To żywe świadectwo wiernych o Bogu. Jeśli osiągnie się to szczęście, wtedy czuje się kontakt z Bogiem: ekstaza, dar łez, języków. Uczucie lekkości, otwarcia się na wszystko. „Byłem naprawdę otwarty, zupełnie otwarty. Ale do czego?”[3].
Ta samorealizacja chce wyrażać się w dowolnych gestach i tańcach, w tworzeniu własnych spontanicznych modlitw… Dokładnie ten sam rodzaj wyrażania własnych religijnych uczuć znajdujemy w religiach wschodnich. Więź charyzmatyzmu z Jogą, Zen, Krishną jest bardzo bliska. Zawsze chodzi o własne „JA”. To bardzo niebezpieczne dla zbawienia, jeśli w centrum życia religijnego już nie stawia się Boga i życia wiecznego w niebie, lecz człowieka i szczęśliwe życie na ziemi.
Pragnienie nadzwyczajnych zdarzeń jest cechą charakterystyczną charyzmatyzmu. Jest to dla nich sprawdzenie błogosławieństwa o obecności Ducha Św. jak już to stwierdziliśmy, jest to jedna z przyczyn sukcesu ruchu.
Komentarze świętych np. św. Wincentego z Ferrier podkreślają, że pragnienie uczuć i nadzwyczajnych doświadczeń jak wizje, ekstazy, cuda, zmysłowe doświadczanie Boga jest strasznym niebezpieczeństwem dla duszy. Dlaczego? Dlatego, że takie pragnienia przychodzą z próżnej ciekawości wobec majestatu Bożego, z braku wiary, a może nawet z żądania pysznej, szczególnej bliskości z Bogiem. Dlatego też, diabeł korzysta z tego pragnienia i pokazuje duszy błędne wizje i objawienia, bo on ma naturę anielską i może wywierać wpływ na zmysły, fantazję, i wyobraźnię. Skutkiem takich pragnień jest pycha, duchowy egoizm i utrata wiary. Bowiem w końcu własne t uczucia stają się ważniejsze niż nauczanie Kościoła. (Zob. św. Wincenty z Ferrier, Życie duchowne, VIII, 1.)
W ten sam sposób św. Jan od Krzyża nazywa te pragnienia dziełem diabła:
Trzeba zaś wiedzieć, że… nigdy nie wolno im ufać ani ich dopuszczać, trzeba raczej od nich uciekać, nie badając nawet, czy są dobre czy złe. Im bardziej bowiem są zewnętrzne i cielesne, tym mniej niepewne jest ich pochodzenie od Boga. Dla Boga bowiem bardziej właściwe i zwyczajne jest udzielanie się w duchu, w czym jest więcej bezpieczeństwa i korzyści dla duszy niż przy udzielaniu się zmysłowym, w którym zazwyczaj jest wiele niebezpieczeństwa ułudy, ponieważ zmysł cielesny chce być sędzią i rozjemcą w sprawach duchowych, uważając je za takie, jakimi je odczuwa, podczas gdy one są tak różne, jak różne jest ciało od duszy, a zmysły od rozumu. Albowiem zmysły ciała jeszcze mniej pojmują rzeczy duchowe, aniżeli zwierzę pojmuje rzeczy rozumne… Ponadto w duszę przeżywającą te nadprzyrodzone rzeczy wkrada się często tajemne przekonanie o swej wartości przed Bogiem, co jest przeciwne pokorze. Także i szatan sprytnie ukazuje jej zmysłom często zjawy, przedstawiając wzrokowi postacie świętych i blaski najwspanialsze; słuchowi łudzące słowa; powonieniu zapachy miłe i słodkości ustom a dotykowi rozkosz, I znęciwszy w ten sposób zmysły, wtrąca je w wielkie nieszczęście… Pożądanie tych objawień otwiera drogę szatanowi, by mógł duszę oszukiwać innymi widziadłami, które umie on bardzo dobrze naśladować i przedstawiać je duszy jako dobre. Mówi bowiem Apostoł, że diabeł może się przemienić w anioła światłości (2 Kor 11, 14)”[4].

Charyzmatyzm a ekumenizm, protestantyzacja Kościoła

Duchowość i wewnętrzne życie ruchu polega na imitacji praktyk protestanckich zielonoświątkowców. Ta „katolicka kalka” tych sekt widoczna jest we wszystkich dziedzinach (modlitwy, nabożeństwo, działalność, charyzmaty…). Często nawet samo nauczanie i regulamin przewiduje kazania, wykłady, uczestnictwo w zjazdach protestanckich pastorów i sekt zielonoświątkowych. I tak na przykład Neokatechumenat wyznaje protestancką naukę spowiedzi:
Wszystko, co wam głosiliśmy o miłości Boga i o przebaczeniu grzechów, zrealizuje się teraz, ponieważ Bóg daje nam władzę nie tylko zapowiadania przebaczenia ale także głoszenia go za pomocą znaku… W Kościele pierwotnym przebaczenie nie było udzielane poprzez rozgrzeszenie, ale poprzez pojednanie z całą wspólnotą przy pomocy znaku ponownego przyjęcia do zgromadzenia w akcie liturgicznym…
Wartość obrzędu nie tkwi w absolucji, zważywszy, że w Jezusie Chrystusie wszyscy już otrzymaliśmy przebaczenie.. To obecna wspólnota Kościoła, znak Jezusa Chrystusa wśród ludzi, która konkretnie udziela przebaczenia”.

Odnośnie Mszy św. Katecheza Kiko i Carmen mówi:

Eucharystia, pamiątka paschy Jezusa, to jest jego przejścia ze śmierci do życia, ze świata do Ojca, jest podniosłym wydarzeniem w którym doświadczamy zmartwychwstania…, to jest obwieszczenia naszego przebaczenia i naszego zbawienia, ponieważ to wóz ognisty przybędzie by nas przenieść do chwały… Idee ofiarnicze weszły do Eucharystii poprzez pobłażliwość względem mentalności pogańskiej; masy pogan, przeżywały liturgię chrześcijańską według swojej wizji religijnej skierowanej na ideę ofiary, w budowli, którą tworzy Bóg, fundamentem były idee ofiarnicze, które miał Izrael, a które zostały pokonane przez samych Izraelitów w liturgii paschalnej, obecnie kiedy budowla jest wzniesiona, powraca się do tych fundamentów, to jest do idei ofiarniczych i kapłańskich pogaństwa. Średniowieczne dyskusje o ofierze dotyczyły rzeczy, które istniały w pierwotnej Eucharystii, zważywszy, że nie było tam żadnej ofiary krwawej, ani nikogo kto by się poświęcił, Chrystusa, ofiary krzyża, Kalwarii; ale tylko ofiara uwielbienia poprzez wspólnotę z Paschą Pana, inaczej mówiąc jego przejściem ze śmierci do zmartwychwstania”.

Coraz liczniejsze są również zjazdy ekumeniczne. Od 1985 r. prawie wyłącznie spotkania i pielgrzymki międzyreligijne. Oczywiście, również czasopisma, książki i inne publikacje charyzmatyków pełne są dzieł autorów protestanckich. Łatwo stwierdzić, że oficjalne spotkania ekumeniczne w Kościele są często organizowane i kierowane przez charyzmatyków. Powszechnie uznano, że protestantyzm jest autentycznym środkiem zbawienia.
Jestem protestantką, wiem, że Bóg chce, abym pozostała protestantką, aby być świadkiem doświadczeń i bogactw u mojego Kościoła”. (Wypowiedź członka wspólnoty Bethania).
Charyzmatyzm żywi wielki szacunek dla Lutra i innych wybitnych protestantów. W artykułach i książkach charyzmatyków fundamentem argumentacji jest hegeliańska synteza. Porównują tezy autorów różnych wyznań i formułują syntezę.

Wpływ żydowski

Ekumenizm z Żydami jest ważnym punktem w programie licznych wspólnot charyzmatycznych, a zwłaszcza zgromadzenia «Lew z Judy»” (Monique Hébrard[5])
Naród żydowski jest narodem Bożym; zawsze jest narodem Bożym! Zawsze posiada swoje obietnice, zawsze jest w nim obecność Ducha Św. Jestem świadkiem, że dzisiaj naród żydowski żyje naprawdę w Duchu Św.” („Revue Tychique”, ks. Georges Mauriac[6])
Dzisiaj istnieją dwa narody Boże i każdy ma swój grzech. Grzechem narodu Izraela jest zaprzeczenie Chrystusa; grzechem narodu chrześcijańskiego jest zaprzeczenie własnych korzeni tzn. antysemityzm w prawie całej historii Kościoła”. (Reuen Berger[7])
Dlatego mówimy do Żydów: nauczcie nas! Uczcie nas Pisma Świętego Bo wy jesteście pierwszym, starszym narodem...” (Brat Efraim[8])
Charyzmatycy uznają, że obecna religia Żydów jest drogą do zbawienia. Nie ma potrzeby nawrócenia:
Pragniemy tylko, aby byli wiernymi swojej własnej tożsamości. Musimy być bezinteresowni. Nie możemy chcieć, aby Żydzi stali się chrześcijanami – to byłoby strasznym egoizmem – lecz po prostu niech będą coraz bardziej wierni temu, czego Pan Bóg oczekuje od nich.
Nie ma prawdziwego dialogu judeochrześcijańskiego, jeśli chrześcijanie nie są prawdziwymi chrześcijanami a Żydzi prawdziwymi Żydami” (ks. Georges Mauriac[9]).

Charyzmatyzm – nowym Kościołem?

Szacunek do wszystkich wyznań i zniszczenie misji nawrócenia do Kościoła Katolickiego. Taki stan uważają charyzmatycy za wolę Bożą. Według nich każdy powinien, zgodnie z Bożym zamysłem pozostać w swojej religii. Oto „prawdziwa Odnowa w Duchu Św. – charyzmatyzm we wszystkich kościołach przez nawrócenie do żyjącego Chrystusa” (A. Bremond[10]).
Kościół Katolicki został w ten sposób umieszczony w szeregu wielu innych kościołów. Bez najmniejszego rozróżnienia mówią o kościołach (prawosławnym, protestanckim i katolickim). Podczas zjazdu „Jerusalem 84” zaprezentowali zarys nowej religii („Convention charismatique de la Porte ouverte”):
To synteza czterech wielkich tradycji chrześcijańskich. Zjednoczyć bogactwo tych tradycji, przy tym każda z nich zachowa swą tożsamość, ale odtąd o wiele bogatszą niż przedtem„[11].

Jaką rolę w Kościele odgrywa odnowa charyzmatyczna? Mówi się, że to nowa ewangelizacja. Ale jaka?

To nowa nadzieja. Bóg chce odnowić swój Kościół. Dlatego stworzył ruch nowego zesłania Ducha Św. Pierwszym strumieniem ruchu był ruch zielonoświątkowy, drugim strumieniem jest charyzmatyzm w Kościele. A jaki będzie trzeci? Bo odnowa charyzmatyczna jest ledwie początkiem„[12].

Obecnym zadaniem Ruchu jest przygotowanie wielkiej Odnowy, pracując w zależności od hierarchii kościelnej lecz mając swoją własną duchowość, swoje własne praktyki i regulaminy. Ale już przygotowuje się wielką Odnowę, gdzie wszyscy będą braćmi (protestanci, prawosławni i żydzi). Ruch charyzmatyczny nie jest środkiem, nie jest dziełem Kościoła lecz jest samym Kościołem, jest Kościołem w Ruchu, jest odnowionym Kościołem[13].
Odnowa Charyzmatyczna postrzega się jako super-Kościół!

„Według ks. Matthieu (sekretarz generalny episkopatu kanadyjskiego), Kościół winien obecnie wcielić w siebie, poprzez ustawiczne odradzanie się mistyczne i wspólnotowe, wszystkie ruchy odnowy, jakie zaistniały od półwiecza. Aby utrzymać tym sposobem Kościół w stanie odnowy, nie trzeba, jak mówi, zbytnio instytucjonalizować; proroków trzeba przygarniać, zamiast ich odtrącać z obawy, by nie okazali się fałszywymi, a wszyscy wierni winni się nauczyć używania swoich «duchowych odbiorników»”[14].
Peter Hocken, pisarz charyzmatyczny, mówi o różnych religiach zaangażowanych w ruch charyzmatyczny:
Skoro zgromadził nas Duch Święty i natchnął nas Bóg w sposób identyczny, to prowadzi do miłości, do szacunku i do zaufania wobec dzieła Bożego w naszym bliźnim”[15].

Można się zapytać, o jakim Bogu on mówi. Dokładnie to samo powiedział mason Yves Marsaudon, tyle, że nie użył imienia Bożego:

My, masoni, deklarujemy: katolik, prawosławny, protestant, muzułmanin, hindus, agnostyk… to wszystko dla nas jest tylko imieniem. Nazwisko wszystkich imion to: Masoneria!„[16].
Aby osiągnąć ten cel jakim jest uniwersalna religia masońska, potrzebna charyzmatykom własnego autorytetu; taką rolę pełnią przywódcy:
Jeśli chcemy być Odnową charyzmatyczną, potrzebujemy przywódców charyzmatycznych… Klucze do całej odnowy życia chrześcijańskiego są w rękach naszych pasterzy, liderów, katechetów” (Steve Clark).

Hierarchia przez Chrystusa założona już nie ma wielkiej wartości w takim systemie. Zresztą wielu księży, którzy mają w ruchu autorytet zawdzięcza go funkcji pasterza a nie godności kapłańskiej. To przywódcy, liderzy ruchu organizują nauczanie, propagują ekumenizm i przygotowują wielką Odnowę…

Pochodzenie charyzmatów – boskie czy szatańskie?

Charyzmatycy uważają, że nadzwyczajne zdarzenia są znakiem i sprawdzianem obecności Ducha Św. To nowe doświadczenie wszechmocy Bożej w duszy, prawdziwa Odnowa życia duchowego. Ale jeśli to prawda, to jak Kościół mógł istnieć przez ponad siedemnaście wieków bez tego zasadniczego środka uświęcenia i zbawienia. Tak zresztą otwarcie twierdzi Neokatechumenat:
Historia Kościoła kończy się edyktem cesarza Konstantyna (313 r.) i zaczyna się na nowo dopiero dzięki Drugiemu Soborowi Watykańskiemu” (Katecheza).

Ruch otrzymał ryt „chrztu” od zielonoświątkowców. Tym samym po raz pierwszy w historii protestancki rytuał znalazł się we wnętrzu Kościoła Katolickiego i jest nawet traktowany jako najważniejszy znak obecności Bożej. Czy więc protestantyzm jest i był prawdziwą religią a katolicyzm przez cały czas tkwił w błędzie? Charyzmaty są identyczne u protestantów, żydów i katolików. Czyżby więc Bóg dawał swoją łaskę wszystkim religiom i potwierdzał prawowitość wszystkich wyznań poprzez swoje cuda? Byłby więc Bóg nielogiczny i w sprzeczności z samym sobą potwierdzając wykluczające się wzajemnie nauczania dotyczące jego jakości, działalności i Jego życia wewnętrznego?

Chrzest w Duchu Świętym jest udzielany poprzez nałożenie rąk. Jest to rytuał i gest inicjacji, przekazania władzy i mocy. Pierwszym ogniwem tego łańcucha jest nie–katolik. Skąd przychodzi nakaz przekazywania? Jeśli ani nie z Pisma Świętego, ani z Tradycji Kościoła, ani nawet z historii protestantyzmu, to zaczął się on 1 I 1900 r. Co to oznacza? Takie rytuały istnieją w różnych tajemnych i zgromadzeniach praktykujących inicjacje: masoneria, różokrzyżowcy, kabała, religie animistyczne…
W Kodeksie prawa kanonicznego (kanon 1258) jest sformułowany zakaz uczestniczenia w ceremoniach niekatolickich pod karą ekskomuniki. A jeśli ktoś nie tylko uczestniczy w rytuale, ale nawet przyjmuje sam istotny ryt tych sekt?

Aż do roku 1960 żaden teolog katolicki nie uznawał mówienia obcymi językami, prorokowania, uzdrawiania za owoce Ducha Świętego. Wręcz przeciwnie. W Rituale Romanum jest napisane, że mówienie w nieznanym języku jest pierwszym z zewnętrznych znaków diabelskiego opętania[17].

Co do cudów uzdrawiania, to też istnieją one w sektach heretyków a nawet w religiach wschodnich. (Zob. Mt 24, 24: „Powstaną bowiem fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy i działać będą wielkie znaki i cuda, by w błąd wprowadzić, jeśli to możliwe, także wybranych”). „Po owocach ich poznacie!”. Jeśli nie ma istotnych różnic między cudami u charyzmatyków a cudami sekt heretyckich, spirytyzmu i magii, to znaki te na pewno są diabelskie.

Teologia określa moc diabła na podstawie słów św. Pawła, że diabeł ukazuje się jako anioł światłości. Może objawić się pod zewnętrzną postacią Jezusa Chrystusa, N.M.P, anioła czy świętego. Zwykłe zjawia się pod piękną i postacią i wabi duszę iluzją, że tak piękny może być jedynie Bóg. Może symulować dary nadprzyrodzone: ekstazy, lewitacje. Stygmaty, uzdrowienia, przemieszczanie w przestrzeni rzeczy lub osób, fenomen światła, muzyka, niezwykłe dźwięki, zaskakujące wypowiedzi, objawianie najskrytszych tajemnic serca innemu człowiekowi, mówienie rzeczy które przekraczają rozum człowieka. Cała historia misji Kościoła Katolickiego i nauka demonologii są pełne takich zdarzeń. Kościół zawsze brał pod uwagę rozróżnienie między nadzwyczajnym zjawiskiem a prawdziwym nadprzyrodzonym cudem. Ten kto tego nie odróżnia popada w błąd. Uważa bowiem, że wszelkie nadzwyczajne zjawiska przychodzą od Boga.
Pod postacią anioła światłości może ukazywać się diabeł. W ten sposób łatwiej wprowadzić wiernych w błąd. Dlatego tak długo jak to tylko możliwe próbuje ukryć swoją twarz. Ludzie mają wierzyć, że chodzi o natchnienie Boga. Nie jest problemem dla niego pójść na ustępstwa zakładając, że w końcu osiągnie swój cel: wprowadzi dusze w błąd i zaszkodzi Kościołowi Świętemu.
Nie waha się więc prawić pobożnych kazań, zapraszać do modlitwy, do pokuty, do postu a nawet do przyjmowania sakramentów. Nie waha się trochę przegrać aby potem wygrać wszystko. (By doprowadzić Lutra do pychy zachęcił go do straszliwej pokuty. W wielu ruchach heretyckich jest tak samo: dużo pokuty, modlitwy i z początku lepsze życie).
Moc diabła jest ogromna ale nie bezgraniczna. Można więc poznać drzewo po owocach. Wcześniej czy później można stwierdzić, że to nie sprawa Pana Boga. Pan Bóg jest czystym światłem, nie ma w Nim ciemności. Zaledwie drobny znak ciemności (byłby on sprzeczny z Bożą godnością) wystarczy by dostrzec, że ten ruch, objawienia… nie są dziełem Boga. A jeśli nie są dziełem Boga mogą być jedynie dziełem szatana.
Dlatego Kościół zawsze nakazuje kanonicznie sprawdzać każdy przypadek gdy mają miejsce takie nadzwyczajne zjawiska. W ruchu charyzmatycznym nigdy takiego badania nie przeprowadzono. Podstawową zasadą, fundamentem takiego badania jest zasada: „Bonum ex integra causa, malum ex quocumque defectu” (dobro wynika z całkowitej przyczyny, zło wynika z jakiegokolwiek braku). Ponieważ Pan Bóg jest najwyższym dobrem („całkowitą przyczyną”), nie może być w nim braku, wady czy błędu. Jeśli więc istnieje choćby mały błąd czy wada czy tylko brak integralności dobra, to nie pozostaje nic innego jak uznać, że przyczyną takiego niepełnego dobra czy zjawiska jest diabeł. W charyzmatyzmie jest całe mnóstwo rzeczy na pewno niezgodnych z wolą Boga i prawdziwą religią.

Moralne uchybienia

We wspólnotach charyzmatycznych dochodzi nie rzadko do wielu uchybień moralnych. Kwestionowane są naturalne i nadprzyrodzone instytucje: rodzina, reguły zakonne, kapłaństwo. W niektórych wspólnotach decyzję o ilości dzieci podejmuje ogół członków. Oni również decydują o wychowaniu dzieci. Wspólnota dostosowuje reguły zakonne do swoich potrzeb i demokratycznych opinii członków. Tym samym zakonnik czy zakonnica będący członkiem wspólnoty służy dwóm panom: wspólnocie i zakonowi. Jest to sprzeczne z prawem kanonicznym, które stanowi, że zakonnik podlega tylko regułom zakonnym i prawu kościelnemu.
Również ponad kapłanem znajduje się wspólnota. Władza kapłana we wspólnocie nie wynika ze święceń lecz z i nadania wspólnoty. Najczęściej przełożonymi są ludzie świeccy. Jest to wbrew hierarchicznej strukturze Kościoła. Charyzmatyzm tworzy system w którym to on a nie hierarchia jest najwyższym sędzią i prawem dla tych, którzy i angażują się w życie ruchu.
Przywódcy wspólnot charyzmatycznych posługują się kłamstwem by zjednać sobie przychylność Kościoła. Neokatechumenat nigdy nie poinformował ani Pawła VI ani Jana Pawła II o istnieniu Katechezy, której treść jest jawnym odrzuceniem katolickiej nauki. Pozycja ta jest przeznaczona tylko dla zaufanych członków wspólnoty. Ezoteryzm obecny we wspólnotach charyzmatycznych prowadzi do pychy i pogardy dla nauki i prawa Kościoła.
Podsumowując te krótkie rozważania o ruchu charyzmatycznym który prowadzi do pogardy dla wiary katolickiej, protestantyzuje Kościół, owocuje obojętnością religijną budowaną na modernizmie, stanowi element budowania przy pomocy masonerii religii ogólnoświatowej, otwiera poprzez chrzest w Duchu Św. serca członków na bezpośredni wpływ diabła, nie można zapominać, że wszystko to odnosi się do samego ruchu, jego zasad i metod działania. Nie przekreśla on oczywistych faktów, że w ruchach odnowy charyzmatycznej, tak jak i w wielu innych religiach, działają ludzie wspaniali, bezinteresowni i głęboko pobożni.

zeslanie_duchaNie ma wątpliwości. Odnowa musi nastąpić. Odnowa musi przyjść od Ducha Świętego. Ale jak będzie działał Duch święty? Sam Jezus Chrystus daje nam odpowiedź:
„A Pocieszyciel Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co ja wam powiedziałem” (J 14, 26).
Dzieło zbawienia dokonuje się przez wcielenie, śmierć i zmartwychwstanie Pana Jezusa Chrystusa. To On przyniósł nam całą Prawdę, to On pokazał nam ostateczną drogę do wiekuistego szczęścia. Dzieło Ducha świętego będzie docierało na cały świat i do wszystkich ludzi dobrej woli właśnie z tą Prawdą, z tą łaską zbawienia. Tak więc nie może być innej ewangelii Ducha Świętego, innej nowiny, której nie ma w ewangelii Jezusa Chrystusa. Nie może być nowego chrztu w Duchu Świętym, nowego rytu nie ustanowionego przez Jezusa Chrystusa. Duch Święty działa w Prawdzie Jezusa Chrystusa przypominając tylko to, czego nauczał Jezus Chrystus i nic innego.
Odnowa przychodząca od Ducha Świętego jest przywróceniem wiecznej i niezmiennej Wiary, świętych instytucji ustanowionych przez Jezusa Chrystusa: Mszy Wszechczasów, ważności sakramentów, głębokiego duchowego nauczania Kościoła. Jednym słowem jest odnową Świętej Tradycji Kościoła, Tradycji od której w ciągu ostatnich 30 lat Kościół odchodzi coraz bardziej. Powoduje to, że katolicy są jak dzieci, które utraciły kontakt z rodzicami i korzeniami własnej rodziny. Są jak gałęzie odcięte od pnia i korzeni drzewa. Nic dziwnego, że są zdezorientowani, że każdy mówi coś innego o religii i odnowie życia chrześcijańskiego. Dzisiaj nazywamy to pluralizmem, wielkim słowem, które zdaje się odpowiadać wolności człowieka a w rzeczywistości jest całkowitym fiaskiem zdrowego rozsądku, odrzucając możliwość istnienia Prawdy obiektywnej.
Odnowa musi przynieść przede wszystkim odnowę naszej wiary. Wiary rozumianej nie jako rodzaj nierzeczywistego religijnego uczucia, ale jako przekonanie, że Pan Bóg przemawiał i działał i, że zesłał swojego własnego Syna i, że wszystko co Jezus Chrystus, Syn Boży, mówił i czynił jest prawdziwe, jest jedyną i wieczną Prawdą.
„A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa” (J 17, 3).
Powinniśmy więc również odnowić naszą wiedzę o wierze. Musimy usiąść i znów nauczyć się, czego nauczał nas Bóg poprzez nieomylne magisterium Kościoła, Pismo Święte i Tradycję Apostolską. Jasność powróci do naszego umysłu i będziemy mogli umocnić się dzięki Prawdzie i solidnym fundamentom wiedzy. Powinniśmy zawsze pamiętać, że nikt nie może kochać tego, czego nie zna. Im bardziej kogoś poznamy tym bardziej możemy go kochać.
Ta wiedza oświetli sytuację w której sami się znajdujemy: nasze życie doczesne jest zawieszone „między dwoma wiecznościami”, a na nas spoczywa odpowiedzialność za własną duszę, albo ją zbawimy albo potępimy. Obietnica wiecznego szczęścia i niebezpieczeństwo wiecznego potępienia jest jedną z podstawowych prawd całego chrześcijaństwa. Jeśli ktoś w to nie wierzy to może spalić swoją Biblię, ponieważ niemal na każdej jej stronie można znaleźć potwierdzenie tej prawdy.
Trzeba odrodzić również Miłość. Prawdziwą. Tę, która to Pana Boga a nie MNIE (z moimi uczuciami, instynktami, wrażeniami, z przywiązywaniem wagi do rozwoju własnej osobowości) stawia w centrum całego życia. Skupiona na Bogu duchowość jest obecna w całym nauczaniu i doświadczeniu świętych.
Trzeba odnowić sposoby wyrażania miłości ku Bogu i zjednoczenia z Nim: Mszę Świętą znów pojmować jako Ofiarę Krzyżową Jezusa Chrystusa powtarzaną w czasie i przestrzeni, składaną Bogu w akcie najwyższego uwielbienia, dziękczynienia, zadośćuczynienia i błagania. To w Mszy św. można odnaleźć samego Boga i Jego bijące jedynie miłością do Ojca i do nas serce. To tu odkrywamy źródło przebaczenia i siły do walki z codziennymi trudnościami, nadzieję w rozpaczy i pocieszenie w cierpieniu.
Prawdziwa odnowa nie nadejdzie bez pośrednictwa i nabożeństwa do Najświętszej Maryi Panny. Nie chodzi o sentymentalną pobożność lukrowanych obrazków czy powierzchownych piosenek. Chodzi o prawdziwie głęboką miłość dziecka do duchowej matki, która odkryje przed nim niezwykłe piękno tego wszystkiego co czyste, szlachetne i święte.
Spróbujmy dokonać takiej odnowy. Ocaliła ona już Kościół od arianizmu, wyrwała z głębokiego upadku X i XI wieku, uratowała od protestantyzmu, racjonalizmu i filozoficznego liberalizmu XIX wieku… Dlaczego obecnie nie mogłaby dokonać tego samego?

Przypisy:
[1] Zob. Deklaracja Biskupa Mostaru (Pavao Zanic) o Medjugorie z 25 lipca 1987 r., załączona do listu z 17 sierpnia 1987 r. do ojca Hugh.
[2] Ojciec Święty Pius X, Encyklika Pascendi dominici gregis, I, 2, s. 19.
[3] „Toteż dziwię się wielce, że spotyka się jeszcze dzisiaj dusze, nie posiadające za cztery grosze rozwagi, które posłyszawszy w chwilach skupienia jakieś słowa, uważają je wszystkie za słowa Boga. Twierdzą, że tak jest i mówią: «Bóg mi powiedział!» «Bóg mi dał taką odpowiedź». Najczęściej, oczywiście, nie są to słowa Boże, lecz ich własne odpowiedzi. Pragnienie takich rzeczy i przywiązanie do nich ducha sprawia, że same sobie dają odpowiedzi, sądząc przy tym, że Bóg do nich przemawia (…). Wpadają w wielkie błędy i niedorzeczności” (Św. Jan od Krzyża, Droga na górę Karmel, Kraków 1995, II, 29).
[4] Tamże, II, 11.
[5] A. de Lassus, op. cit., s. 111.
[6] Hilaire Campion w czasopiśmie „Le christ au monde”.
[7] „Tychique”, nr 50, s. 63.
[8] „Tychique”, nr 47, s. 5.
[9] Kaseta Carrefour judaisme, Wspólnota „Lew z Judy”.
[10] Brat Efraim w czasopiśmie „Cahiers du Renouveau”, nr 34, s. 31.
[11] Andre Bremont, Sur le chemin du renouveau, 1980, s. 253.
[12] A. de Lassus, op., cit., s. 122.
[13] Tamże, s. 126.
[14] M. Hébrard, op. cit., s. 124.
[15] Tamże, s. 114.
[16] A. de Lassus, op., cit., s. 126.
[17] „Signa autem obsidentis daemonis sunt: ignota lingua loqui pluribus verbis, vel loquentem intelligere” (Rituale Romanum, Editio typica, Titulus XI, Caput 1, par. 3, s. 607.)

Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945

1. PRZEDMOWA

I. Monumentalna praca Władysława i Ewy Siemaszków (ojca i córki) o ludobójstwie ukraińskim na Wołyniu w okresie II wojny światowej jest jakby woluminem w nieistniejącym wielotomowym dziele o całokształcie ludobójstwa na Polakach w tamtych latach.

Polacy byli wówczas obiektem ludobójstwa – w różnych postaciach i rozmiarach – niemieckiego, sowieckiego oraz ukraińskiego. Dwa pierwsze są nieźle znane i udokumentowane. Natomiast ludobójstwo ukraińskie, jak dotąd – znacznie gorzej. To ostatnie, terytorialnie, nie ograniczało się zresztą, jak wiadomo, do obszaru Wołynia (i części południowego Polesia), lecz objęto również całą Małopolskę Wschodnią, a nawet część powiatów południowowschodniej Polski w jej obecnych pojałtańskich granicach.

Ale trzeba pamiętać, iż teren byłego województwa wołyńskiego był pierwszym obszarem ukraińskiego ludobójstwa na Polakach, z ilością zamordowanych znacznie wyższą niż na terenach poszczególnych byłych województw Małopolski Wschodniej (województwa: tarnopolskie, stanisławowskie i wschodnia część lwowskiego) (1). Zatem słusznie Autorzy wzięli to właśnie województwo w pierwszym rzędzie na warsztat.

Pojęcie i sam termin „ludobójstwo” (angielskie genocide) stworzone zostały we wczesnych latach czterdziestych przez Rafała Lemkina. Lemkin (1901-1959) był w latach trzydziestych podprokuratorem Sądu Okręgowego w Brzeżanach (woj. tarnopolskie), później delegowanym na równorzędne stanowisko w Warszawie, wreszcie adwokatem i wykładowcą Wolnej Wszechnicy Polskiej tamże. Nad problematyką ludobójstwa (określaną przez niego wówczas jako „akty barbarzyństwa”) pracował już przed wojną. Do Stanów Zjednoczonych przedostał się w 1941 r. i tam w 1944 r. wydał swoje przełomowe dzieło (2). Był również głównym twórcą podstawowego w tej dziedzinie traktatu międzynarodowego: Konwencji o zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa, przyjętej przez Zgromadzenie Ogólne ONZ 9 grudnia 1948 r. W związku z tym w latach pięćdziesiątych dwukrotnie proponowano go do Pokojowej Nagrody Nobla (3).

Zapisy cytowanej K o n w e n c j i , która jest ratyfikowana przez olbrzymią większość państw świata, muszą być dziś traktowane jako ius cogens, innymi słowy takie, od których „nie może być odwrotu” (przeciwieństwem jest ius dispositiuum) (4). Jednocześnie zbrodnia ludobójstwa wpisana jest do większości kodeksów karnych państw współczesnego świata (5).

W rozumieniu art. II tej K o n w e n c j i „ludobójstwem jest którykolwiek z następujących czynów, dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych jako takich”, dokonanych w różnych postaciach: na pierwszym miejscu (art. II, pkt a/) figuruje, rzecz jasna, „zabójstwo członków grupy”, dalej jednak (punkty b/-e/) ujęte są również: „b/ spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy; c/ rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego; d/ stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy; e/ przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy”.

Trzeba tu wyraźnie powiedzieć, że ludobójstwo ukraińskie na Polakach ma w stosunku do ludobójstwa niemieckiego i sowieckiego szereg fatalnych wyróżników (okoliczności obciążających): Czytaj dalej

Refleksje na marginesie książki Nowa Msza papieża Pawła

W 2014 roku nasze Wydawnictwo Te Deum dało czytelnikom do rąk książkę Michaela Daviesa pt. Nowa Msza papieża Pawła. Rzesze ludzi w Polsce uczęszczają na tę Mszę przynajmniej w każdą niedzielę i święta, traktując ją jako coś, co było zawsze i jako coś, co nie ma alternatywy. Tymczasem Msza Pawła VI jest w życiu Kościoła czymś nowym i wcale nie jest koniecznością.

Przez cały czas istnienia nowej Mszy niektórzy kapłani odprawiali Mszę tradycyjną, a część wiernych w niej uczestniczyła. Może tej ciągłości nie udało się utrzymać w Polsce, ale w niejednym kraju świata, a szczególnie Europy Zachodniej tak właśnie było. Dzieło Daviesa, opisując zjawisko powstawania nowej Mszy, ukazuje ją w jej rzeczywistym wymiarze. Rozpowszechniła się w Kościele, to prawda, ale wobec dwóch tysięcy lat rozwoju katolickiej liturgii obrządku łacińskiego jest krótkim epizodem, mającym swój ściśle określony początek.

Nowa Msza nie jest w stanie wyprzeć i zastąpić tej tradycyjnej, którą umownie można by w ostateczności nazwać „starą”. Mamy w Piśmie świętym Stary Testament i Nowy Testament. Tego dualizmu nie da się odnieść w analogii do liturgii. Stary Testament, choć szacowny i zacny, to jednak został już wypełniony i jako zrealizowane proroctwo rolę swą spełnił. Dlatego mówimy o nim „stary”. Ze „starą” Mszą jest inaczej. Skoro pojawiła się „nowa”, to tym samym tę wcześniejszą można określić jako „starą”, która jednak w rzeczywistości jest niezmiennie młoda, w jak najlepszym rozumieniu terminu „młodość”. Czytaj dalej

Dość już kreatywności podczas Mszy; w kościele mają obowiązywać cisza i modlitwa!

Andrea Tornielli

Prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego, kard. Cañizares, omawia zakres odnowy, której oczekuje Papież: „W liturgii należy przeznaczyć więcej miejsca na adorację oraz odpowiednią muzykę”. „Reformy soborowe zostały wprowadzone zbyt pośpiesznie”.

Liturgia katolicka przeżywa „pewnego rodzaju kryzys” i dlatego Benedykt XVI pragnie tchnąć życie w nowy ruch liturgiczny, który ma przywrócić Mszy św. więcej sacrum i więcej ciszy, mocniej podkreślić wagę piękna śpiewu, muzyki oraz sztuki sakralnej. 65-letni kardynał Antonio Cañizares Llovera, prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, który jeszcze jako biskup diecezjalny w Hiszpanii był nazywany „małym Ratzingerem”, jest osobą, której papież powierzył powyższe zadanie. W wywiadzie udzielnym gazecie Il Giornale w dniu 24.12.2010 r. „minister ds. liturgii” Benedykta XVI przedstawia i wyjaśnia intencje i zamiary jego kongregacji.
Jeszcze nie będąc papieżem, Joseph Ratzinger wyrażał dezaprobatę wobec zbytniego pośpiechu przy wprowadzaniu posoborowej reformy liturgicznej. Jaka jest opinia Eminencji w tej sprawie?
– Reforma liturgiczna została przeprowadzona z wielkim pośpiechem. Wynikało to z najlepszych intencji oraz chęci wprowadzenia w życie postanowień Vaticanum II, jednak te działania były prowadzone zbyt pochopnie. Nie zostawiono wystarczająco dużo czasu ani miejsca na ugruntowanie oraz duchowe zrozumienie przesłania soboru, natomiast raptownie zmieniono sposób celebracji. Dobrze pamiętam rozpowszechnione wtedy nastroje: pragnienie zmiany, pragnienie stworzenia czegoś nowego. Pozostawioną nam w spadku tradycję postrzegano jako przeszkodę. Reforma liturgiczna była pojmowana jako twór ludzki, wielu myślało, że Kościół powstał dzięki ludziom, a nie Bogu. Odnowę liturgii postrzegano jako proces badawczy w laboratorium, jako owoc wyobraźni i kreatywności, słowa-wytrychu tamtych czasów.
Będąc jeszcze kardynałem, Ratzinger wyrażał nadzieję na „reformę reformy” liturgicznej – określenia tego dziś nie używa się nawet w Watykanie. Jednak wydaje się oczywiste, że Benedykt XVI pragnie tej reformy. Czy może to Eminencja krótko skomentować?
– Nie wiem czy można, czy należy, mówić o „reformie reformy”. Sprawą, która wydaje się absolutnie niezbędna i pilna, jest – zgodnie z wolą papieża – zainicjowanie nowego, wyraźnego i żywotnego ruchu liturgicznego w całym Kościele. Ponieważ, jak to wyjaśnia Benedykt XVI w pierwszym tomie swoich „Dzieł zebranych” („Opera omnia”),  poprzez liturgię decyduje się o losie wiary oraz Kościoła. Chrystus jest obecny w Kościele poprzez sakramenty. Liturgia jest skierowana na Boga, a nie na nas. W liturgii działa nie człowiek, ale Bóg.
Benedykt XVI woli raczej sam dawać przykład niż narzucać swoje decyzje. W jaki sposób trzeba odczytywać wprowadzane przez niego zmiany w celebracjach papieskich?
– Przede wszystkim nie należy żywić żadnych wątpliwości co do pozytywów posoborowej reformy liturgicznej, która wniosła wiele dobrego w życie Kościoła, jak chociażby bardziej świadome i aktywne uczestnictwo wiernych czy mocniej zaznaczona obecność Pisma świętego. Ale oprócz tych i innych dobrodziejstw nie brakło również cieni, które pojawiły się w latach następujących po Vaticanum II. Liturgia, i jest to faktem, została „zraniona” przez arbitrażowe decyzje o zmianach, spowodowane sekularyzacją, która niestety dotknęła również Kościół. W konsekwencji, w wielu celebracjach na głównym miejscu nie stawia się już Boga, ale człowieka wraz z jego dążeniem do bycia w centrum uwagi, z jego kreatywnością, a punkt ciężkości przesunął się na zgromadzenie wiernych. Reforma soborowa była zamierzona jako zerwanie, a nie jako harmonijny rozwój tradycji [liturgicznej]. Naszym obowiązkiem jest odnalezienie ducha liturgii i dlatego znaczące są tu gesty wprowadzane do liturgii przez papieża: kierunek odprawiania Mszy, krzyż w centrum ołtarza, komunia przyjmowana na klęcząco, śpiew gregoriański, miejsce na milczenie, piękno sztuki sakralnej. Równie konieczne i pilne jest wprowadzenie adoracji eucharystycznej – wobec prawdziwej obecności Pana nie można nie pozostawać w stanie adoracji.
Gdy mówi się o odzyskiwaniu znaczenia sacrum, niektórzy rozumieją przez to prosty powrót do przeszłości, wynikający z nostalgii. Jak Eminencja na to odpowie?
– Utrata sensu świętości, misterium, Boga, jest najpoważniejszą stratą dla prawdziwego humanizmu. Ten, kto sądzi, że przywrócenie, odzyskanie i wzmocnienie ducha liturgii oraz autentyczności celebracji polega na zwykłym powrocie do przeszłości, ignoruje prawdziwą rzeczywistość. Umieszczenie liturgii w centrum życia Kościoła nie jest spowodowane nostalgią, ale wręcz przeciwnie, jest gwarancją kontynuowania marszu w przyszłość.
Jak Eminencja ocenia stan liturgii katolickiej w świecie?
– Wobec ryzyka popadnięcia w rutynę, wobec istniejącego zamieszania, ubóstwa i banalności śpiewu oraz muzyki sakralnej można powiedzieć, że mamy do czynienia z pewnym kryzysem.
Z tego powodu pilnie potrzebny jest nowy ruch liturgiczny. Benedykt XVI, podając przykład św. Franciszka z Asyżu, wyjątkowo oddanego Najświętszemu Sakramentowi, wyjaśnia, że prawdziwym reformatorem jest ten, kto jest wierny wierze: nie podejmuje arbitralnych decyzji i nie rości sobie prawa do jakiegokolwiek rozporządzania rytem. Nie jest właścicielem, ale strażnikiem skarbu ustanowionego przez Pana i nam przekazanego. Papież zwraca się więc do naszej kongregacji z prośbą o dokonanie odnowy w duchu Vaticanum II, w harmonii z tradycją liturgiczną Kościoła, bez zapominania o prawie soborowym, które zaleca, aby zmiany wprowadzać wyłącznie w sytuacji, kiedy jest to podyktowane prawdziwą potrzebą Kościoła, oraz aby nowe formy harmonijnie wynikały z już istniejących.
Co Eminencja zamierza zrobić w tej sprawie jako prefekt Kongregacji?
– Powinniśmy postrzegać odnowę liturgiczną w świetle zasady hermeneutyki ciągłości we wskazanej przez Benedykta XVI reformie odczytania Soboru. W tym celu należy porzucić tendencję do „zamrażania” aktualnego stanu reformy posoborowej, tendencję, która nie przyznaje prawa do harmonijnego rozwoju liturgii Kościoła. Podejmujemy działania mające na celu dogłębne kształcenie kapłanów, kleryków, osób konsekrowanych oraz świeckich, co pozwoli na pojmowanie prawdziwego znaczenia liturgii w Kościele.
Wymaga to odpowiedniego i szeroko zakrojonego nauczania, czujności oraz wiernego trzymania się przepisów liturgicznych oraz autentycznej edukacji, aby liturgię było można w pełni przeżywać. Zadaniu temu będzie towarzyszyć sprawdzenie oraz uaktualnienie tekstów wprowadzających (praenotanda) do różnego rodzaju ksiąg liturgicznych. Jesteśmy również świadomi faktu, że nadanie impetu wspomnianemu ruchowi nie będzie możliwe bez odnowy duszpasterstwa inicjacji chrześcijańskiej.
Perspektywa, w której należy widzieć również sztukę i muzykę…
– Nowy ruch liturgiczny będzie musiał przyczynić się do odkrycia piękna liturgii. Dlatego też stworzymy nowy departament w naszej Kongregacji, poświęcony sztuce i muzyce sakralnej w służbie liturgii. Umożliwi nam to sprawne określenie kryteriów oraz kierunków w sztuce, śpiewie i muzyce sakralnej. Myślimy również o w miarę szybkim określeniu kryteriów i kierunków w kaznodziejstwie.
Z kościołów znikają klęczniki, Msza pozostaje otwarta dla „kreatywności”, usuwane są najświętsze partie modlitwy eucharystycznej. W jaki sposób można odwrócić te tendencje?
– Nadzór ze strony Kościoła jest czymś zasadniczym i nie powinien być postrzegany jako czynność inkwizytorska lub represyjna, ale jako posługa. W każdym razie musimy wszystkich uświadomić o istnieniu wymogów, nie tylko praw przysługujących wiernym, ale również „praw Pana Boga”.
Istnieje również inne niebezpieczeństwo, a mianowicie przekonanie, że świętość liturgii zależy od bogactwa paramentów: postawa będąca owocem estetyzmu, która wydaje się ignorować istotę liturgii…
– Piękno jest niezbędne, ale należy go odróżnić od płytkiego, sztywnego i sterylnego estetyzmu, w który – z drugiej strony – czasami się popada. Istnieje ryzyko pojawienia się przekonania, że piękno i świętość liturgii zależą od bogactwa lub antyczności jej oprawy. Powoduje to konieczność prowadzenia odpowiedniego nauczania oraz katechezy opartej na Katechizmie Kościoła katolickiego. Pozwoli to uniknąć również zagrożenia płynącego z przeciwnego kierunku, czyli banalizacji [liturgii], poprzez prowadzenie zdecydowanych i energicznych działań w przypadku odwoływania się do zwyczajów, które miały sens w przeszłości, a które teraz taki sens utraciły i w żaden sposób nie są pomocne w pojmowaniu autentyczności celebracji.
Czy Eminencja może nam podać parę konkretnych przykładów, co może zostać zmienione w liturgii?
– Zamiast myśleć o zmianach, powinniśmy zaangażować się w ożywienie i promowanie nowego ruchu liturgicznego, zgodnie z nauczaniem Benedykta XVI, oraz w odnowienie sensu sacrum i misterium, stawiając Boga w centrum wszystkiego. Musimy dać impuls do adoracji eucharystycznej, do odnowienia i ulepszenia śpiewu liturgicznego, kultywowania milczenia, stworzenia miejsca na medytację. Dopiero później rozpoczną się zmiany…
źródło: Instytut im. A.J.Nowowiejskiego „Antonianum
Za: Sanctus.pl
tłumaczenie z j. włoskiego: Agnieszka Matyszewska

Modlitwa do Boga


O Boże mój, miłuję Cię nade wszystko dla Twej nieskończonej dobroci i żałuję z całego serca, że Ciebie, moje Dobro Najwyższe, tak wiele razy obraziłem. Udziel mi swej łaski, abym wytrwał w dobrym i nie powracał już do dawnych moich grzechów. Zmiłuj się nade mną, a także nad duszami cierpiącymi w czyśćcu, które miłują Cię z całego serca i ze wszystkich swoich sił. Wysłuchaj błagania, jakie zanoszę za nimi i udziel mi łaski, o którą proszę przez ich wstawiennictwo. Miej litość nade mną i nad biednymi duszami w czyśćcu. O Maryjo, Matko dusz w czyśćcu cierpiących, uproś im jak najszybsze uwolnienie z czyśćca i wieczny odpoczynek w niebie. Amen

MODLITWA DO ŚW. MICHAŁA ARCHANIOŁA

  • Święty Michale Archaniele! Broń nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu niebieskich zastępów, szatana i inne złe duchy, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen.

Mistrzowski plan Zniszczenia Kościoła Katolickiego – realizowany na naszych oczach!

Mistrzowski plan Zniszczenia Kościoła Katolickiego Dr Jerome Daninques,
lekarz miejski w Nowym Jorku

Część I. Mistrzowski plan
Ktoś pozostawił wielką zapieczętowaną kopertę, „zapomnianą” w moim medycznym gabinecie. Przez 2 miesiące nikt się po nią nie zgłosił. Otworzyłem ją wreszcie, chcąc znaleźć wewnątrz, być może, adres jej właściciela. Znalazłem w środku z wielkim zdziwieniem coś, co nazwano „Mistrzowski plan zniszczenia Kościoła”. Nikt tego „dzieła” nie podpisał i nie było również żadnego adresu. Był tylko bardzo precyzyjny plan zniszczenia Kościoła Chrystusowego. Było tam powiedziane, że jest ponad 1300 masonów, którzy stali się katolickimi księżmi dla zniszczenia Kościoła Chrystusowego od środka. Nie wiem, czy jest to prawdą, ale co wiem -jest prawdą, że „Mistrzowski plan” jest niesłychanie bezczelny i gdyby się powiódł, mógłby wyrwać Kościół z jego fundamentów. Stosownie do „Mistrzowskiego planu” Kościół ma zostać „zdemolowany” w dwutysięcznym roku. Zdecydowałem się ten plan opublikować, ponieważ uważam, że to pomoże otworzyć oczy wielu księżom oraz dobrym chrześcijanom zanim będzie za późno.

Bądźcie czujni, przyjaciele. Ktoś pracuje bardzo przeciwko Kościołowi. Otwórzcie wasze oczy! Nie śpijcie, kiedy diabeł nie śpi!
„Mistrzowski plan” wydaje się całkiem bezbłędny. Składa się on z trzech części: pierwszej – zawierającej konkretny plan zniszczenia, drugiej – jak tego dokonać, krok po kroku, trzeciej – kto ma tego dokonać.

Sens „Mistrzowskiego planu” jest niesłychanie prosty. Polega on na zaszczepieniu miłości i adoracji (kultu) dla człowieka, a wyeliminowaniu miłości i kultu dla Boga. Kiedy miłość Boga przestanie istnieć, ludzie nie będą zdolni do miłości, za to będą oni nienawidzić. Tak, więc pierwsze przykazanie Boskie ma być zastąpione słowami: „Miłuj tylko bliźniego swego jak siebie samego”, odrzucając pierwszą część „Miłuj Boga ponad wszystko, całym swym sercem, całą swoją duszą oraz całym swym rozumem”. Ten plan jest bardzo atrakcyjny, ponieważ wszystko w nim jest oparte na miłości bliźniego. I tak w imię tej miłości dobrzy katolicy, księża i biskupi będą łatwo przekonywani do zakończenia swej miłości do Boga. W imię miłości nastąpi próba zaszczepienia nienawiści do sensu tej miłości, jaką jest Bóg. Czy jesteście świadomi teraz, drodzy przyjaciele, jak nieobliczalne skutki może przynieść ten plan? Czytaj dalej

Ameryka na równi pochyłej – prof.Grzegorz Kucharczyk

Laicyzacja nie musiała się dokonać w nieubłagany sposób. Nie jest to anonimowy proces, tylko dzieło konkretnych rządów i konkretnych większości parlamentarnych, konkretnych ludzi dokonujących zasadniczych wyborów. Podobnie rzecz wygląda w przypadku obecnej, krytycznej chyba, fazy rewolucjonizowania Ameryki.

Błyskawica, która uderzyła w kopułę bazyliki świętego Piotra tuż po obwieszczeniu przez Benedykta XVI woli opuszczenia Tronu Piotrowego, okazała się potężnym znakiem. Bo też symbolem naszej, chrześcijańskiej cywilizacji jest właśnie ta Bazylika, a nie na przykład budynki WTC w Nowym Jorku. Jak wieść o abdykacji Ojca Świętego spadła niczym grom z jasnego nieba, tak i ten piorun uderzający w kopułę nad Konfesją świętego Piotra podkreślał wagę (moim zdaniem rewolucyjną) papieskiej decyzji. Dzisiaj, po dwóch latach od tego wydarzenia możemy powiedzieć, że była to również zapowiedź kolejnych uderzeń w podstawy chrześcijańskiej cywilizacji.

 Sąd Najwyższy – wehikuł rewolucji

Historia ostatnich miesięcy, a nawet tygodni, to zapis tych klęsk: wynik referendum w Irlandii na temat homoseksualnych pseudomałżeństw, ustawa o in vitro w Polsce, wreszcie ogłoszona 26 czerwca, podjęta większością jednego głosu decyzja Sądu Najwyższego USA zrównującego w sensie świeckiego prawa związki jednopłciowe z małżeństwami. Trudno nie zgodzić się z komentatorami, którzy przypisują temu ostatniemu wydarzeniu „kosmiczne znaczenie”.

Bo tak w istocie jest. Po 26 czerwca nic już nie będzie takie samo. Werdykt wydany przez amerykański Sąd Najwyższy wyznacza kolejny etap w rewolucyjnej działalności tego gremium. W „największej demokracji świata” to nie rzesze wyborców ostatecznie decydują o obliczu kulturowym – czyli najważniejszym – swojego kraju, ale pięć osób. Bo taką zwykłą większością (5:4) w minionych dziesięcioleciach ten sam sąd rewolucjonizował Amerykę – czy to w przypadku zgody na legalizację zabijania nienarodzonych czy odmawiając prawa do modlitwy (nawet w ciszy) na terenie szkół.

Patrick Buchanan, komentując na swoim blogu decyzję pięciu amerykańskich sędziów ws. legalizacji homoseksualnych nibymałżeństw, napisał: Mówi się nam, że Ameryka zmieniła się w takich sprawach jak aborcja i homoseksualizm. Ale chociaż myślenie może podlegać zmianie, prawa mogą się zmieniać i wyniki wyborów z pewnością zmieniły się, czy jednak prawda moralna zmienia się? Czyż Dziesięć Przykazań, chrześcijańska tradycja i Prawo Naturalne zdefiniowane przez Akwinatę były tylko dobre dla swoich czasów, ale nie dla naszych?

 Nadchodzi ucisk

Dla nas – czytelników i autorów piszących na tym portalu – są to pytania retoryczne. Choć nie miejmy złudzeń, decyzja z 26 czerwca przyspieszy proces, który już trwa – dopisywanie do podstaw naszej upadającej chrześcijańskiej cywilizacji jeszcze jednego dogmatu, że małżeństwo jest związkiem mężczyzny i kobiety. W tych dniach bowiem widzimy, jak trafnie Gilbert K. Chesterton zdefiniował dogmat jako „prawdę oczywistą, która została zakwestionowana”.

Za głoszenie tego dogmatu wierzący chrześcijanie (katolicy, protestanci) już płacą. Przypominanie bowiem tej, zakwestionowanej teraz przez pięciu amerykańskich sędziów oczywistości już dzisiaj jest w wielu europejskich krajach określane jako „mowa nienawiści” i w związku z tym penalizowane. Podobnie jak na przykład sprzeciw katolickich agencji adopcyjnych wobec oddawania dzieci do adopcji parom homoseksualnym. Ogłoszona w imię „wolności i godności” decyzja większości sędziów Sądu Najwyższego USA zwiastuje nadejście kolejnej fali despotyzmu i pogardy.

Sędzia Samuel Alito, autor jednego z czterech głosów mniejszości do fatalnego orzeczenia, przewiduje taki właśnie przebieg wydarzeń, pisząc w swoim votum separatum: Dzisiejsza decyzja jest uzurpowaniem sobie konstytucyjnego prawa należnego obywatelom – czy utrzymać, czy zmienić tradycyjne pojmowanie małżeństwa. […] Będzie ona służyć do oczerniania Amerykanów, którzy nie chcą przystać do nowej ortodoksji. […] Jeśli zwykła większość sędziów może wymyślić nowe prawo, a następnie narzucić je reszcie kraju, jedynym realnym ograniczeniem stojącym na drodze przyszłym większościom [sędziowskim] w robieniu tego, co im się podoba, będzie ich własne poczucie tego, co ci, którzy mają polityczną władzę i wywierają kulturowy wpływ, zechcą tolerować.

Jeszcze lapidarniej określił to kolejny autor głosu mniejszości w składzie Sądu Najwyższego, Chief Justice (odpowiednik naszego Prezesa Sądu Najwyższego) John Roberts, który w swoim votum separatum podkreślił, że „zamknięcie debaty zmierza do zamknięcia umysłów”. Ten sam sędzia słusznie zauważył, że uderzającą rzeczą jest to, jak dużo w sposobie rozumowania większości orzekającej w równym stopniu można zastosować do podstawowego prawa do zawierania małżeństwa przez więcej niż dwie osoby. Jeśli ‘bowiem istnieje godność w związku między dwoma mężczyznami lub dwiema kobietami, którzy (które) chcą się pobrać i należy to do ich autonomii, by dokonać takiego wyboru’, dlaczegóż miałoby być mniej godności w związku trzech ludzi, którzy wykonując swoją autonomię, dokonują zasadniczego wyboru zawarcia związku małżeńskiego?.

 Na co stać „pragmatyczną” prawicę?

Od lat zajmując się problemami laicyzacji w Europie (dziewiętnastowieczne Kulturkampfy), podkreślam, że laicyzacja nie musiała się dokonać w nieubłagany sposób, nie jest to anonimowy proces, tylko dzieło konkretnych rządów i konkretnych większości parlamentarnych, konkretnych ludzi dokonujących zasadniczych wyborów. Podobnie rzecz wygląda w przypadku obecnej, krytycznej chyba, fazy rewolucjonizowania Ameryki.

Pięciu sędziów – rewolucjonistów znamy z nazwiska: Ruth Bader Ginsburg, Stephen Breyer, Sonia Sotomayor, Elena Kagan oraz Anthony Kennedy. Czterech pierwszych mianowali lewicowi prezydenci, Bill Clinton i Barack Obama. Jednak głos decydujący oddał mianowany przez Ronalda Reagana ostatni z wymienionych sędziów.

Od czasu obalenia w 2013 roku przez Sąd Najwyższy tzw. Prawa o Obronie Małżeństwa (Demence of Marriage Act), Anthony Kennedy był wskazywany jako tzw. głos wahający się (swaying vote), który może przeważyć szalę w amerykańskim Sądzie Najwyższym nominalnie zdominowanym przez sędziów pochodzących z nominacji republikańskich prezydentów (takich jest w obecnym składzie Supreme Court pięciu) na korzyść radykalnej, rewolucyjnej w istocie rzeczy lewicy.

Cytowany wcześniej Patrick Buchanan czterdzieści lat temu opublikował książkę pod znamiennym tytułem Konserwatywne głosy, liberalne zwycięstwa, opisującą mechanizm rozchodzenia się w USA dwóch rzeczywistości: tradycyjnych (czyli normalnych) przekonań większości obywateli oraz ciągłego, udanego forsowania liberalnej agendy kulturowej czyli agendy najważniejszej. Wskazywał przy tym na fenomen kolejnych większości w składzie Sądu Najwyższego, odpowiedzialnych za rewolucjonizowanie Ameryki; większości tworzonych przez nominatów demokratycznych prezydentów, do których zazwyczaj dochodził przedstawiciel prawicy „umiarkowanej”, „pragmatycznej”, w Polsce powiedzieć by można „wzorowanej na najlepszych standardach zachodnioeuropejskiej chadecji”.

Kimś takim jest właśnie sędzia Anthony Kennedy, nominowany przez Reagana w 1987 roku, po tym jak opanowany przez demokratów Senat nie zgodził się na wysuniętego wcześniej przez prezydenta jako kandydat do Sądu Najwyższego Roberta Borka. Dla senackiej większości był on zbyt „konserwatywny”. Kennedy był „konserwatywny w wystarczający sposób”. Teraz wiemy dlaczego.

 Katolicyzm bezobjawowy w akcji

Sędzia Anthony Kennedy był również autorem pisemnego uzasadnienia orzeczenia z dnia 26 czerwca. Ten sam sędzia Kennedy jest nominalnym katolikiem, podobnie jak katoliczką jest sędzina Sonia Sotomayor (z nominacji Obamy) również glosująca za legalizacją homoseksualnych pseudomałżeństw. Podobnie jak katolikami są w Polsce odchodzący prezydent, premier i znakomita większość parlamentarzystów głosujących niedawno za ustawą o tzw. leczeniu niepłodności, jak katoliczką jest dawna minister zdrowia (dziś premier), która organizowała zabójstwo dziecka nastoletniej „Agaty”, jak katoliczką jest prezydent Warszawy wyrzucając z pracy lekarza, bo kierując się sumieniem nie chciał zabić nienarodzonego dziecka… To ten sam katolicyzm bezobjawowy, który „nie narzuca nikomu swojego światopoglądu”, „zostawia swoje przekonania w szatni”, czytaj: sól pozbawiona smaku.

Cechą wspólną wszystkich odmian bezobjawowego katolicyzmu jest oderwanie się od filozoficznych podstaw (w znaczeniu filozofii bytu) i bazowanie tylko na emocjach i mglistych odczuciach. A przecież jak uczy św. Jan Paweł II (encyklika „Fides et Ratio”), nie ma nauczania wiary bez zdrowej teologii, a zdrowej teologii nie ma bez fundamentów teologicznych zdrowej filozofii, czyli filozofii bytu, tak jak określił ją św. Tomasz z Akwinu.

W napisanym przez sędziego Kennedy’ego uzasadnieniu do orzeczenia większości w kwestii tzw. małżeństw homoseksualnych czytamy, że „ich [homoseksualnych par] nadzieja nie może być skazana na życie w samotności, nie może być wyłączona z najstarszej instytucji naszej cywilizacji. Proszą oni o równą godność w oczach prawa. Konstytucja przyznaje im to prawo”. Klasyczny przykład takiego właśnie oderwania się od podstaw filozoficznych w znaczeniu braku odniesienia się do definicji bytu, jakim jest małżeństwo, a tylko odnoszenia się do mglistych odczuć („poczucie godności” etc.).

 Co powie Papież?

Zmarły parę lat temu amerykański myśliciel konserwatywny Thomas Molnar napisał, że „nasza cywilizacja bez wątpienia zakończy się, gdy Kościół katolicki oraz Stany Zjednoczone przystąpią do rewolucji”. 26 czerwca 2015 roku pięciu amerykańskich obywateli zadecydowało, że w przypadku USA akces ten stał się faktem. Obserwując rok temu obrady rzymskiego synodu biskupów, czytając opublikowany niedawno dokument roboczy („Instrumentum laboris”) mający być podstawą prac II sesji synodu w październiku 2015 roku, patrząc na aktywność niemieckich hierarchów zamierzających „skorygować” szóste przykazanie Dekalogu oraz słysząc znaczące milczenie papieża Franciszka w tej sprawie, powraca myśl o gromie spadającym na Bazylikę.

Ojciec Święty we wrześniu ma przybyć z wizytą do Stanów Zjednoczonych. Do kraju, w którym zaszła rewolucyjna zmiana, a o której – póki co – Rzym milczy, zajmując się pilniejszymi kwestiami w rodzaju zmian klimatycznych. Czy Amerykanie, ale i cały Kościół, usłyszą wtedy słowa umocnienia w wierze?

Grzegorz Kucharczyk