OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Miesięczne archiwum: Listopad 2015

Faryzeusze i saduceusze naszych czasów – Roberto de Mattei

Jezus ogłosił nierozerwalność małżeństwa, opierając je na przywróceniu prawa naturalnego, od którego odeszli Żydzi. Faryzeusze i saduceusze odrzucając Jego nauczanie, zaprzeczyli boskim słowom Jezusa – zastąpili je własnymi opiniami. Fałszywie odwoływali się do Mojżesza, tak, jak innowatorzy naszych czasów sięgają do domniemywanej tradycji pierwszych wieków, fałszując w ten sposób historię i doktrynę Kościoła – pisze włoski historyk Kościoła prof. Roberto de Mattei.

Krytyka faryzeuszy jest motywem powracającym w słowach papieża Franciszka. W wielu wystąpieniach wygłoszonych pomiędzy 2013 i 2015 r. mówił o „chorobie faryzeuszy” (7 listopada 2013 r.), o „tych, którzy ganią Chrystusa za nieprzestrzeganie szabatu” (1 kwietnia 2014 r.), o „pokusie samowystarczalności i klerykalizmu, ograniczenia wiary do reguł i instrukcji, tak jak to czynili uczeni w Piśmie i faryzeusze w czasach Jezusa” (19 września 2014). 30 sierpnia 2015 r. w trakcie modlitwy Anioł Pański papież powiedział, że tak, jak to było w przypadku faryzeuszy, „także i dla nas czymś niebezpiecznym jest uważanie samych siebie za akceptowalnych, lub jeszcze gorzej, za lepszych od innych tylko ze względu na przestrzeganie zasad, zwyczajów, nawet jeśli nie kochamy naszych bliźnich, mamy twarde serca, jesteśmy aroganccy i dumni”. 8 listopada 2015 roku papież odróżniał zachowanie uczonych w Piśmie i faryzeuszy, oparte na wykluczaniu, od zachowania Jezusa opierającego się na „inkluzji”.

Nawiązanie do faryzeuszy jest oczywiste w przypadku przemówienia papieża z 24 października, wygłoszonego na koniec XIV Zwyczajnego Gromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów, poświęconego rodzinie. Do kogo należą te „zamknięte serca, które często ukrywają się nawet za nauczaniem kościoła, albo za dobrymi intencjami, aby zasiąść na katedrze Mojżesza i sądzić, czasami z poczuciem wyższości i z powierzchownością, trudne przypadki i rodziny zranione”, jeśli nie do „faryzeuszy, którzy z religii czynią (niekończący się) łańcuch przykazań” (26 czerwca 2014 r.)? Wydaje się, że do grona faryzeuszy należy każdy, kto z upartą dumą broni istnienia Bożych przykazań, przepisów i absolutnych, bezwzględnie obowiązujących reguł Kościoła.

Kim właściwie byli faryzeusze? Gdy Jezus zaczął nauczać, świat żydowski był podzielony na wiele różnych nurtów, o których wspomina Pismo Święte jak i historycy, np. Józef Flawiusz (37-100 p. Chr.) w „Starożytnościach żydowskich” i „Wojnie żydowskiej”. Głównymi grupami byli faryzeusze i saduceusze. Faryzeusze przestrzegali nakazów religijnych w najdrobniejszych szczegółach, utracili jednak ducha Prawdy. Byli dumnymi ludźmi, fałszującymi proroctwa dotyczące nadejścia Mesjasza i interpretowali prawo Boże zgodnie z ich własnymi opiniami. Saduceusze, wątpiąc w nieśmiertelność duszy i odrzucając większość świętych ksiąg, nauczali jeszcze poważniejszych błędów. Obydwie grupy kwestionowały władzę Sanhedrynu, kierowanego w czasach, w których skazany został Jezus, przez saduceuszy.

W Ewangelii według św. Mateusza istnieją trzy wzmianki o saduceuszach, Marek wspomina o nich tylko raz, choć faryzeusze w tych Ewangeliach pojawiają się wielokrotnie. W rozdziale 23 Ewangelii wg św. Mateusza znajduje się otwarte oskarżenie pod ich adresem: Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz pomijacie to, co ważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę. To zaś należało czynić, a tamtego nie opuszczać.

Komentując ten fragment św. Tomasz z Akwinu tłumaczy, że faryzeusze nie zostali zganieni przez Pana za to, że składali dziesięcinę, „ale za to, że lekceważyli ważniejsze, a mianowicie duchowe przykazania. Dlatego wyraźnie powiedział: I to należało czynić, i tamtego nie opuszczać. Jak zaznacza, św. Jan Chryzostom, chodzi tu raczej o stosowność aniżeli o obowiązek” (Summa Theologica, II-IIae, q. 87 ad 3).

Święty Augustyn, odnosząc się do opisu faryzeusza przedstawianego przez św. Łukasza (18,10-14), stwierdzał, że nie został on potępiony ze względu na jego czyny, ale dlatego, że chełpił się swoją domniemaną świętością (List 121 1,3). Święty Augustyn tłumaczył także, że faryzeusz nie został potępiony za post (Łk 18,11), ale „dlatego, że wyniósł się, nadął pychą wobec celnika” (List 36 3,7). W istocie, „poszczenie dwukrotnie w ciągu tygodnia jest w przypadku osoby takiej, jak faryzeusz, pozbawione zasługi, podczas gdy dla pokornego wiernego czy osoby skromnej jest to aktem religijnym. Nawet jeśli Ewangelia nie mówi o potępieniu faryzeusza, tylko o usprawiedliwieniu celnika” (List 36 4,7).

Najbardziej syntetyczną definicję faryzeusza otrzymaliśmy z rąk św. Bonawentury: Pharisaeus significat illos qui propter opera exteriora se reputant bonos; et ideo non habent lacrymas compunctionis” (Kazanie De S. Maria Magdalena, Opera omnia, Ad Claras Aquas, t. IX). „Faryzeuszami są ci, którzy uważają się za dobrych przez wzgląd na swe zewnętrzne dzieła, a tym samym nie posiadają łez skruchy”.

Jezus potępił faryzeuszy, ponieważ znał ich serca: byli grzesznikami uważającymi się za świętych. Pan chciał nauczyć swoich uczniów, że samo spełnianie dzieł zewnętrznych nie wystarcza. To, co czyni akt dobrym, to nie tylko jego przedmiot, ale i intencja. Nie mniej prawdą jest, że dobry uczynek nie wystarcza jeśli brakuje mu dobrej intencji, prawdą jest też, że nie wystarczą dobre intencje, jeśli nie towarzyszą im dobre dzieła. Stronnictwo faryzeuszy – do którego należał Gamaliel, Nikodem i Józef z Arymatei, jak i sam św. Paweł – było lepsze od stronnictwa saduceuszy, ponieważ pomimo swej hipokryzji darzyło prawa szacunkiem. Natomiast saduceusze – do których zaliczali się także arcykapłani Annasz i Kajfasz – nimi pogardzali. Faryzeusze byli dumnymi konserwatystami, saduceusze byli niewierzącymi progresistami, obydwa stronnictwa łączyło odrzucenie boskiej misji Jezusa (Mt 3,7-10).

Kim są faryzeusze i saduceusze naszych czasów? Możemy odpowiedzieć z pewnością: to ci, którzy przed, w trakcie i po synodzie próbowali (i dalej będą próbować) zmienić praktykę Kościoła, a przez to jego doktrynę dotyczącą małżeństwa i rodziny.

Jezus ogłosił nierozerwalność małżeństwa, opierając je na przywróceniu prawa naturalnego, od którego odeszli Żydzi. Wzmocnił je podnosząc więź małżeńską do rangi sakramentu. Faryzeusze i saduceusze odrzucając nauczanie Jezusa, zaprzeczyli Jego boskim słowom – zastąpili je własnymi opiniami. Fałszywie odwoływali się do Mojżesza, tak, jak innowatorzy naszych czasów sięgają do domniemywanej tradycji pierwszych wieków, fałszując w ten sposób historię i doktrynę Kościoła.

Dlatego mężny biskup, obrońca ortodoksyjnej wiary – bp Athanasius Schneider – pisał o pojawieniu się „praktyki neomozaistycznej”: nowi uczniowie Mojżesza i faryzeuszy – pod pozorem takich określeń jak: „droga rozeznania”, „towarzyszenie”, „wytyczne biskupa”, „dialog z kapłanem”, „forum internum”, „pełniejsza integracja w życie Kościoła” – faktycznie podważyli nierozerwalność małżeństwa i niejako zawiesili szóste przykazanie, zapowiadając możliwość zdjęcia odpowiedzialności za grzeszne współżycie z osób, żyjących w nieuregulowanych związkach (zob. „Raport końcowy”, 84-84).

Saduceuszami są innowatorzy otwarcie mówiący o porzuceniu doktryny i praktyki Kościoła. Faryzeuszami są ci, którzy głoszą nierozerwalność małżeństwa językiem, w praktyce jej jednak obłudnie przeczą, proponując „indywidualne” przekraczanie prawa moralnego. Prawdziwi uczniowie Chrystusa nie należą do stronnictwa neo-faryzeuszy, ani też nie do neo-saduceuszy, grup modernistycznych. Należą do szkoły św. Jana Chrzciciela, nauczającego na duchowej pustyni swoich czasów. Chrzciciel, piętnując faryzeuszy i saduceuszy jako „plemię żmijowe” (Mt 3,7) czy też upominając Heroda Antypasa za jego cudzołóstwo, nie był człowiekiem twardego serca – poruszała go miłość wobec Boga i dusz. Hipokrytami i ludźmi twardego serca byli doradcy Heroda, twierdzący, że uda im się pogodzić jego stan – zatwardziałego grzesznika – z nauczaniem Pisma Świętego. Herod zabił Jana Chrzciciela po to, by zdusić głos prawdy. A jednak, głos Prekursora Jezusa rozbrzmiewa po upływie dwudziestu stuleci.

Ci, którzy bronią zdrowej doktryny, nie postępują śladami faryzeuszy ani saduceuszy. Podążają za przykładem świętego Jana Chrzciciela i samego Zbawiciela.

Roberto de Mattei

11 listopada 2015, „Corrispondenza Romana”

Antypapieże XXI wieku

Z jakich źródeł czerpie swoje pomysły grupa Franciszka i kardynała Waltera Kaspera? Który z papieży obdarzył ludzi wygłaszających poglądy tak nieroztropne lub wręcz heretyckie godnością biskupów i kardynałów? Każdy wie. Ich kariery nie byłyby możliwe, gdyby nie Jan Paweł II.

Spory i rozważania na temat wakatu na Stolicy Apostolskiej, heretyckiego papieża oraz legalności wyboru posoborowych następców św. Piotra do niedawna interesowały niemal wyłącznie tradycjonalistów katolickich. Nieoczekiwanie jednak w ostatnim czasie przeniknęły do kościelnego mainstreamu i stały się częścią oficjalnej dyskusji o współczesnej kondycji Kościoła katolickiego.

Oczy przecieram ze zdumienia, czytając najnowszą książkę uznanego i dobrze ustosunkowanego „watykanisty” Antoniego Socci na temat Franciszka, który opisany został jako groźny heretyk, uzurpator na Tronie Piotrowym i przewodnik spisku wilków w samym sercu Kościoła. I gorzej jeszcze. „Sam wybór kardynała Jose Mario Bergoglio jest niebyły i nieważny” – napisał już na wstępie swojej książki Socci, zdradzając i artykułując wyraźnie główną tezę. „W »zagrodzie Piotra« jest Benedykt XVI jako »papież emeryt«, ale nie rządzi Kościołem” – czytamy w innym miejscu – „Jest też Jose Mario Bergoglio, który określa się jako »biskup rzymski« i prawdopodobnie nie został ważnie wybrany na papieża, lecz to on sprawuje czynne rządy w Kościele”.

Mamy więc do czynienia z książką tyleż szokującą w swojej odwadze i opisie faktów, co zainspirowaną troską pobożnego dziennikarza o los Kościoła katolickiego.

Tonąca łódź, statek pijany

Czy katastrofę Kościoła zapoczątkowała rezygnacja Benedykta XVI ze sprawowania urzędu papieskiego na początku 2013 r.? Wszak sytuacja Chrystusowej Oblubienicy już wcześniej była wręcz tragiczna. Żywe były obawy, że kryzys trawi Kościół od czasu „soborowej odnowy” lat 60. Socci przywołuje szokujące fakty ukazujące upadek Kościoła, z którymi nie sposób dyskutować: od 1965 r. kapłaństwo porzuciło ponad 100 tysięcy księży, a w latach 1966–1988 aż 108 tysięcy zakonnic i zakonników.

Dechrystianizacja i laicyzacja odrywa od Kościoła całe narody, kościoły pustoszeją, diecezje bankrutują, hierarchia rozsiewa bezkarnie herezje „pełnymi garściami” i publicznie rozważa przyjęcie praktyki duszpasterskiej sprzecznej z doktryną Kościoła… „Panie, tak często Twój Kościół przypomina tonącą łódź, która nabiera wody ze wszystkich stron” – mówił kardynał Ratzinger w jakże symboliczny Wielki Piątek roku 2005.

A skoro woda napływa „ze wszystkich stron”, to po ludzku nie ma już ratunku i żadnej zdrowej tkanki Kościoła. Nie ma też komu krzyknąć za św. Piotrem: „Panie, toniemy”, bo ta łódź przypomina statek pijany, którego kapitan pompuje wodę na pokład, usuwając z niego szalupy. Nieprzypadkowo tuż po wyborze Benedykt XVI prosił: „módlcie się za mnie, abym nie uciekł ze strachu przed wilkami”.

W Ameryce Łacińskiej, którą nie wiedzieć dlaczego, zwłaszcza po wyborze Franciszka, ukazuje się u nas jako rzekomy wzór bujnie rozwijającego się katolicyzmu, jest może dzisiaj najgorzej. Antykatolickie tsunami, w którego awangardzie jest tam niejeden wilk-hierarcha kościelny, w ekspresowym tempie niszczy kilkuwiekowe dzieło franciszkańskich, dominikańskich i jezuickich misjonarzy.

W Argentynie tylko w ostatnich kilkunastu latach z Kościoła odeszło 10 procent katolików. W tym samym czasie w Brazylii odsetek katolików spadł z 78 do 63 procent, choć jeszcze w 1981 r. katolicy stanowili 83 procent społeczeństwa. W Hondurasie liczba katolików spadła z 76 procent w 1995 r. do 47 procent z 2013r.

Z jakiegoś powodu Pan Bóg utrzymuje Benedykta XVI w niezłym zdrowiu i kondycji. On sam – również z jakichś powodów – zachował przy sobie atrybuty papiestwa

Socci opisuje sytuację w tych krajach, bo chce nam ukazać realne „sukcesy” duszpasterskie Franciszka w czasach, gdy był ordynariuszem Buenos Aires, a także jego najbliższych kompanów – kardynałów Humesa z Brazylii i Maradiagi z Hondurasu, z którymi dzisiaj chce on naprawiać i reformować Kościół.

Bezprecedensowa (bo sprawa Celestyna V z XIII wieku była zupełnie inna) rezygnacja Benedykta XVI owiana jest wciąż tajemnicą. Zrezygnował przy milczącym aplauzie większości hierarchów, z których jeden – kardynał Romeo – podczas podróży do Chin prorokował nawet jego rychłą śmierć…

Nie namawiany przez nikogo do zmiany decyzji, osamotniony Benedykt XVI odleciał z Watykanu do Castelgandolfo, by odpocząć, oczekiwać na wyniki konklawe i zakończenie remontu jego nowej rezydencji, po czym wrócił do Rzymu. Powody jego rezygnacji są niejasne, a nawet mało poważne (utrata sił fizycznych i duchowych – sic!), a w dodatku teologicznie i kanonicznie wątpliwe.

Zdaniem Socciego papież zrezygnował ze sprawowania urzędu, ale nie z papiestwa, czego potwierdzeniem mają być zadziwiające słowa Benedykta XVI z 27 lutego 2013 r. o tym, że przyjęcie posługi Piotrowej jest „na zawsze”, a „decyzja o rezygnacji z czynnego sprawowania posługi nie odwołuje tego”!

Na skutek tego powstała sytuacja trudna do zinterpretowania: jest papież Franciszek i papież emeryt Benedykt XVI, który zachował białą sutannę (początkowo tłumaczono to brakiem czarnej), imię papieskie, nie całuje następcy w Pierścień Rybaka, mieszka na Watykanie, pojawia się publicznie, a jego portret towarzyszy dorocznej odnowie przysięgi Gwardii Szwajcarskiej…

Z jakiegoś powodu Pan Bóg utrzymuje Benedykta XVI w niezłym zdrowiu i kondycji. On sam – również z jakichś powodów – zachował przy sobie atrybuty i symbole papiestwa. Zaś Franciszek nie tylko to toleruje, ale i mówiąc o sobie, że jest jedynie „biskupem Rzymu”, jakby ustępuje miejsca Benedyktowi XVI.

Fatalne konklawe

Być może wszystko ułożyłoby się inaczej, gdyby papieżem został kardynał Angelo Scola z Mediolanu. Zresztą wszystko na to wskazywało, gdyby nie „fatalne konklawe” z 2013 r. Fatalne – bo jak twierdzi Socci – było źle przygotowane, z procedurą gwałcącą konstytucję apostolską Jana Pawła II „Universi Dominici Gregis”, a ostatecznie nieważne.

Chodzi o wydarzenia z Kaplicy Sykstyńskiej z 13 marca 2013 r. i bezprawne anulowanie czwartego (jest też mowa o anulowaniu piątego) głosowania, w którym kardynał Bergoglio najpewniej „nie przeskoczył poprzeczki 77 głosów”, a w trzech wcześniejszych głosowaniach prowadził Scola.

Pretekstem miało być wrzucenie do urny przez jednego purpurata dwóch kart do głosowania, z których jedna była czysta i przykleiła się do wypełnionej. Głosowano więc dalej, czego skutkiem był wybór Franciszka w szóstym głosowaniu!

Jednak artykuł 69 konstytucji „Universi Dominici Gregis” nie daje możliwości anulowania głosowania w takiej sytuacji! Mało tego, artykuł 63 tej samej konstytucji o wyborze papieża jednoznacznie stanowi, że istnieje możliwość jedynie czterech głosowań w ciągu jednego dnia posiedzenia konklawe!

Natomiast w artykule 76 czytamy, że „gdyby wybór nastąpił w inny sposób niż jest to ustalone w niniejszej konstytucji lub nie byłyby zachowane warunki tu ustalone, wybór jest przez to samo niebyły i nieważny, bez potrzeby wydawania jakiejkolwiek deklaracji w tym względzie, a więc nie daje on żadnego prawa osobie wybranej”!

Historia konklawe i decydującej rozgrywki z 13 marca 2013 r. została szczegółowo opisana przez zaprzyjaźnioną z Franciszkiem Elisabettę Piqué w książce poświęconej Bergoglio. Zdaniem Socciego, to sam Franciszek stoi więc za przeciekami związanymi z kulisami konklawe, mimo że grozi za to kara ekskomuniki.

W każdym razie misterna gra grupy kardynałów z Walterem Kasperem na czele skupionych wokół zakulisowych spotkań w St. Gallen, która już po śmierci Jana Pawła II forsowała Bergoglio jako „papabile“, została niejako obnażona fałszerstwem dokonanym na konklawe.

Nie klęka przed Najświętszym Sakramentem

Papież wątpliwy uznawany jest za nie-papieża” – pisał św. Robert Bellarmin, doktor Kościoła żyjący na przełomie XVI i XVII wieku. Antonio Socci uważa, że fałszerstwo grupy elektorskiej z St. Gallen spowodowało, że Franciszek pozbawiony został łaski i asystencji Ducha Świętego „gwarantowanej papieżom prawomocnie wybranym”, czym z kolei tłumaczy jego liczne nieroztropne i mało ortodoksyjne wypowiedzi.

Trzeba przyznać, że skrupulatny opis zachowań i poglądów Franciszka jest wstrząsający. Papież od wielu lat nieklękający przed Najświętszym Sakramentem (tłumaczono to później chorobą stawów, choć w innych sytuacjach w tym samym czasie klękał), odmawiający wzięcia udziału w procesji Bożego Ciała, ośmieszający papieży jako „narcyzów” „popychanych ku złemu”, mówiący o „trądzie papiestwa”, atakujący (jako arcybiskup Buenos Aires) decyzję Benedykta XVI w sprawie liturgii trydenckiej.

Papież nieużywający paramentów (szat i przedmiotów) papieskich nawet podczas największych uroczystości i świąt (błogosławieństwa „Urbi et Orbi” w samej sutannie, bez mitry i paliusza, rezygnacja z paliusza w herbie papieskim!).

Papież mówiący o tym, że Bóg nie jest katolicki, cytujący heretyckie książki kardynała Kaspera podczas modlitwy „Anioł Pański”, wkładający w usta św. Pawła zdanie: „chlubię się z moich grzechów”.

Papież odmawiający udzielenia błogosławieństwa wiernym, udzielający wywiadów, w których podważa nauczanie moralne Kościoła, głoszący publicznie pogląd o Duchu Świętym jako „harmonijnej jedności w różnorodności” różnych wyznań.

Papież rehabilitujący komunistów i „teologów wyzwolenia”, a jednocześnie brutalnie zakazujący odprawiania mszy trydenckiej zgromadzeniu Franciszkanów Niepokalanej (mimo sprzeczności z treścią motu proprio Benedykta XVI Summorum Pontificum w sprawie swobody celebracji mszy trydenckiej). Papież wychwalający islam podczas podróży do Turcji, myjący nogi w Wielki Czwartek muzułmańskiej kobiecie, a nawet unikający w lecie 2014 r. słów potępienia rzezi chrześcijan w Iraku przez ISIS!

Skala tego zjawiska jest porażająca, stąd Socci pisze wprost, że Franciszek funduje nam „szpital polowy”, w którym się „nie leczy, tylko informuje chorych, że ich choroby nie istnieją i że z mocy prawa jesteśmy zdrowi”, a „nasze biedne, grzeszne dusze niech sobie umierają”.

I dalej: „wbrew naszym nadziejom, pontyfikat Bergoglio po półtora roku demonstruje katastrofalne rezultaty, niszczycielskie dla Kościoła, który wystawiony jest na dramatyczne podziały. Jeżeli zaczniemy dyskutować o nieważności elekcji kardynała Bergoglio, to mógłby on i powinien – chwycić się tej szalupy ratunkowej, którą sama Opatrzność mu zsyła jako sposobność do wycofania się i powrotu na argentyńską ziemię”.

Ale niektóre z konstatacji Antoniego Socciego budzą we mnie zdecydowany opór. Nie dlatego, że nie podzielam jego troski o Kościół i niepokojów związanych z rozkołysaną łodzią św. Piotra w ostatnim czasie. Uważam jednak, że zaprezentowany opis genezy aktualnego stanu rzeczy w Kościele jest fałszywy.

Obrona „prawdziwego ducha” Soboru Watykańskiego II, a zwłaszcza tyrady na temat Franciszka i herezji wygłaszanych przez kardynałów Kaspera, Lehmanna i Martiniego oraz uporczywe przeciwstawianie ich Janowi Pawłowi II, stawia mnie w obowiązku zapytać, który z papieży obdarzył ich godnością biskupów i kardynałów?

Każdy przecież wie, że kariery ich wszystkich nie byłyby możliwe, gdyby nie polski papież. Również tak piętnowane szaleństwa ekumeniczne, liturgiczne ekscesy i herezje opatrywane kościelnym imprimatur przybrały często w ostatnich kilkudziesięciu latach formę oficjalną.

By się przekonać, z jakich źródeł czerpie swoje pomysły grupa Franciszka i kardynała Waltera Kaspera, wystarczy raz jeszcze przyjrzeć się tańcom liturgicznym półnagich uczestników mszy papieskich, prześledzić historię wprowadzania komunii świętej udzielanej na rękę, przestudiować dyrektoria ekumeniczne. Wystarczy prześledzić dorobek różnorakich komisji międzyreligijnych, zapoznać się z treścią porozumienia katolicko-prawosławnego z Balamand w 1993 r. potępiającego katolicką drogę poszukiwania jedności przez przyjęcie niewiernych do Kościoła katolickiego, czy z katolicko-protestancką deklaracją o usprawiedliwieniu z Augsburga w 1999 r., która rewiduje jednoznaczne stanowisko Soboru Trydenckiego w kwestii łaski i zbawienia człowieka.

Ledwo wspominając już o spotkaniu religii w Asyżu w 1986 r., które dla wielu katolików było prawdziwym wstrząsem. Wikariusz Chrystusa zrównany z wyznawcami innych religii. Animiści przynieśli swoje węże, Indianie oddawali się czarom i wzywali duchy, a w jednym z kościołów przeznaczonych na ów „dialog” uczniowie dalajlamy postawili na tabernakulum posąg Buddy!

Nakłanianie do grzechu

„Poważne zgorszenie, we właściwym rozumieniu tego słowa, oznacza nakłanianie do grzechu” – grzmiał wówczas abp Marcel Lefebvre, założyciel Bractwa św. Piusa X. – „Poprzez ekumenizm, poprzez uczestnictwo w kulcie fałszywych religii, chrześcijanie tracą wiarę. I to jest zgorszenie. Katolicy nie wierzą już, że jest tylko jedna prawdziwa religia, jeden prawdziwy Bóg, Trójca Święta i Nasz Pan Jezus Chrystus”.

Dlatego tak wielu katolików, znacznie wcześniej niż Antonio Socci, zrozumiało potrzebę ratowania się przed błędami i herezjami nawet za cenę konfliktu z hierarchią kościelną. Posłuszeństwo bowiem nie może być na służbie wiary!

Św. Maksymilian Kolbe pisał, że jedyny wyjątek w katolickim posłuszeństwie to taki, gdy „przełożony nakazuje coś, co jednoznacznie, także w najdrobniejszych sprawach, sprzeczne jest z prawem Bożym. W takim wypadku nie może on być pośrednikiem woli Bożej”.

Dlatego tak ważne jest, byśmy mieli dobrych pasterzy za przewodników dusz. Akurat w tej sprawie nie mam wątpliwości, że Socci napisał swoją książkę przejęty Chrystusową przypowieścią o dobrym pasterzu.

Sławomir Cenckiewicz

[Źródło:] http://www4.rp.pl/Plus-Minus/311209990-Antypapieze-XXI-wieku.html  20.11.2015

 

Islam czyli Podbój

„Piekło zajmuje się wyłącznie sprawdzaniem formuły Islamu”, pisał w swoim Dzienniku w 1923 roku Paul Claudel. Co to za formuła? Mówi ona: „Nie ma innego Boga niż Bóg radykalnie oddzielony od całej reszty. Islam ogłosił Boga nieprzekraczalnym. Piekło jest weryfikacją Niebytu (po trosze jak Sztuka)”.

Tak – jako katolik wychowany jeszcze na św. Tomaszu z Akwinu i nie znoszący mętnej nowoczesnej filozofii – rozumiał całkowitą obcość religii islamskiej jeden z najbardziej przenikliwych umysłów epoki, obrońca cywilizacji europejskiej i twórca, który temat wiary czynił osnową swoich dramatów, przyjaciel Polski. A przy tym dyplomata, który objeździł świat jako ambasador Francji. W pierwszych latach XX wieku był konsulem generalnym we Frankfurcie nam Menem, dobrze znał Niemcy. Jego intuicje i świadomość głębokiego powinowactwa między islamem a hitleryzmem, którego rozwój obserwował osobiście, znalazły odzwierciedlenie na kartach Dziennika, który prowadził przez wszystkie lata swojego życia.

„(…) Doświadczenie przeprowadzane w nieskończoność nad tym wszystkim, co Bogiem nie jest”, kontynuował myśl o islamie, którego formułę sprawdza Piekło. „Może cechować je beznadziejne piękno. W ten sposób dałoby się pogodzić dogmat o udręce Piekła ze Sprawiedliwością, która domaga się nagrody za cnoty przyrodzone. Dusza na wieczność zapatrzona w stworzenie, którego niewystarczalność wieczyście wyjaśnia Bogu”.

W tym samym czasie pisał w liście do A. Gide`a: „Świętość to burzyć przeszkody, unicestwiać się, przestać być jakąkolwiek przeszkodą dla woli Bożej”. A w Dzienniku notował: „Tajemnica świętości to zostawiać Bogu pole do działania i zaprzestać wszystkich sprzeciwów wobec Jego świętej woli. Dziecięca ufność”.

W roku 1925 Claudel jest ambasadorem Japonii. Pod datą 12 listopada zapisuje: „Widziałem się z L. Massignonem. Przypomina mi, co kiedyś napisałem mu o arabskich sufi. Nie miłość, ale żądza, rodzaj żądzy bez miłosierdzia, żądza >ontologiczna<”. (Sufi – od arabskiego słowa suf, szorstka wełna którą okrywali się muzułmańscy asceci).

W 1935 roku wszystko jest już dla Claudela jasne. Islam jest w ekspansji. Pod datą 25 maja odnotował: „Przemówienie Hitlera. Stwarza w centrum Europy rodzaj islamizmu, wspólnotę, która poczytuje sobie podbój za rodzaj obowiązku religijnego”. (W przemówieniu wygłoszonym 21 maja 1935 roku, Hitler wypowiedział klauzule Traktatu Wersalskiego dotyczące zbrojeń).

29 marca 1936 roku Claudel zanotował: „Hitler uzyskał jednogłośny aplauz Niemiec ogarniętych maligną radości. To islam”.

(Kto nałożył bielmo na oczy tym, którzy pięćdziesiąt lat później, reprezentując Kościół katolicki, ze czcią całowali Koran i odwiedzali meczety, by modlić się w nich – do kogo?)

W 1947 roku, na marginesie dzieła Louisa Massignona Troi Prières d`Abraham, Claudel notuje: „Mahomet: Otrzymałem rozkaz, by walczyć z ludźmi dopóki nie wyznają, że nie ma boskości prócz Boga. (…) Islam nie jest niczym innym jak afirmacją Jedności niepojętej, a zarazem nieprzekraczalnego rozdziału między Bogiem a człowiekiem. Negacja możliwości wszelkiego przymierza. Mahomet przyznaje, że nie może nic dla ludzi. Wyznaje błędy Koranu. (…) Ekspiacja bez skruchy. Jagnięta składane w ofierze w Mekce. >Obowiązująca koncepcja sunnicka widzi w słowie bez warg – Koran, tekst przedwieczny, cud wysłowienia nadludzkiego istniejący per se<. Jedyny wskaźnik wznoszący się między Stwórcą a stworzeniem, Koran, tworzy znak nie zjednoczenia, lecz rozdziału, pieczęć zakazu, cud intelektualny formalny i wieczny, każdy bowiem werset z osobna stanowi integralny dowód istnienia Boga (Louis Massignon)”.

Tak pisze katolik, który przyjmował bez zastrzeżeń naukę Kościoła o tym, że istnieją fałszywe religie. I postanowił zrozumieć, czym jest jedna z nich. Z największym szacunkiem odnosił się do katolickich misjonarzy, którzy nawracali a nie dialogowali. Wiele poświęcał im miejsca w Dzienniku. Widział też na własne oczy jedyny europejski kraj, którego pogańskie pierwiastki, jakie w nim przetrwały z powodu nie ukończonej chrystianizacji, spowodowały, że gwałtownie, wręcz z entuzjazmem przyjmował ideologię zaszczepioną przez tchnienie islamu, Niemcy Hitlera. Przerażały go wpływy hitleryzmu, mentalne i duchowe, w jego ojczyźnie podczas okupacji niemieckiej, zwłaszcza gdy wpływom tym ulegali biskupi Kościoła i wojskowi, którzy otwarcie kolaborowali z Niemcami, dając sobie narzucić prymitywny antysemityzm.

(Pytanie, w czyjej głowie mogło zrodzić się pragnienie – pięćdziesiąt lat później – by modlić się z muzułmanami wspólnie, do jednego Boga?)

Rozerwane ciała ofiar zamachów w Paryżu w listopadowy piątek 2015 roku, wymieszane z rozerwanymi ciałami ich morderców, którzy – jak wszystko na to wskazuje – byli ludźmi religijnymi, zachowywali wszelkie zasady i chcieli po prostu jak najszybciej znaleźć się w raju, dopowiadają to, czego nie mieliśmy odwagi powiedzieć – a nawet pomyśleć – patrząc bezsilnie na postać w białej sutannie, którą tak kochaliśmy, gdy bez drżenia wyciągała ręce, by złożyć pocałunek na księdze Koranu.

A przecież prosił tyle razy, pod koniec życia, by modlić się   z a   n i e g o!  Czyż nie był to ewidentny znak, zlekceważony jednak, iż miał świadomość, że błąd gorszy czasem jest niż grzech?

Filozofia realistyczna, jako fundament myśli teologicznej nie pozwalała na tego rodzaju błędy, dokąd obowiązywała w Kościele. „Nowoczesny błąd zawdzięcza swoje powodzenie w wielkiej mierze używaniu terminów o dwuznacznym charakterze, czy raczej – zaszczepianiu nowego znaczenia słowom noszącym dotąd znaczenie odmienne…”, pisze ks. Félix Sardá y Salvany w swoim dziele „Liberalizm jest grzechem”. Arystoteles, Św. Tomasz, nauczyciele żelaznej logiki, wywodzenia skutków z przyczyn, pilnujący zasad, z których najważniejsza jest zasada tożsamości, w myśli modernistycznej, w teologii  „nowoczesnej”, „postępowej”, nastawionej na „dialog” z inymi wyznaniami i religiami, przegrywali z dwuznacznością. Mętne filozoficzne idee podpowiadały i kusiły jak szepczący do ucha Ewie szatan: coś co jest „fałszywe”, np. religia, nie musi być od razu „fałszywe do końca”. Są „ziarna prawdy”, są przestrzenie szarości. A poza tym to „nie prawda sama jest ważna”, lecz „dążenie do prawdy”. Pośród wielu ludzkich praw zagwarantować trzeba „prawo do błędu”…

Te i wiele innych mgławicowych koncepcji stopniowo rozmywały w głowach ludzi wierzących niezmienną  n a u k ę  Kościoła, wypierały z tych głów pewniki. (Także ten, że duchowieństwo Kościoła nie jest częścią duchowieństwa wszystkich wyznań, lecz kapłanami Boga z mocą sakramentalną). To, co Kościół formułował pod postacią dogmatów i w co wyposażał ludzi ochrzczonych zaczęło być coraz częściej pomijane, przemilczane, ignorowane. W to miejsce pojawiła się chwiejność przekonań (otwarcie na dialog), zawieszenie sądu, niejasne sformułowania typu „opinii”, „opcji”; wszystko to w rezultacie odebrało, także ludziom odpowiedzialnym za tok spraw politycznych w Europie, jasność ocen i zdolność do zdecydowanego reagowania na śmiertelne zagrożenie ich państw. Tak jak zareagował w XVII wieku Jan III Sobieski, poproszony o to przez Ojca Świętego. Wezwany stawił się. Nie po to, by dyskutować z islamem.

Cudowny Obraz Matki Boskiej na Pólku pod Bralinem (pochodzacy z XVI w., z czasów Kontreformacji).

Cudowny Obraz Matki Boskiej na Pólku pod Bralinem (pochodzacy z XVI w., z czasów Kontreformacji).

Ale żaden błąd trwały nie jest. Jest Ktoś, kto błąd z miejsca demaskuje, od błędu wyzwala. Depcze usta, które błąd głoszą. Matka Boga. Nie bez przyczyny nazywa się Ją Przeciwniczką i Demaskatorką Wszystkich Herezji.

Jest potężna. Stoi na czele zbrojnych Hufców.

„Ażeby widzieć mamy oczy. Ażeby słyszeć – uszy. Ażeby poznawać Boga, który jest Bytem, mamy naszą egzystencję”, pisał Paul Claudel 29 listopada 1929 roku. „Otóż to stanowi cechę charakterystyczną naszego sposobu egzystowania, że jesteśmy  s t w o r z e n i.  Owo poznanie nie jest u nas odpowiedzią zastygłą w formę numeryczną, geometryczną, nieruchomą jak u minerałów i nie jest rozwojem krótkiej frazy melodycznej jak w królestwie roślin lub zwierząt. Pojęcie przyczyny wykłada się u człowieka pojęciem filiacji. To jako skutek istota pierwota poznaje swoją przyczynę. To jako synowie poznajemy naszego ojca. (…) Jest w nas duch, który powiada: Abba! – to znaczy Ojcze! >Bezbożni opowiadali mi przeróżne historie, ale nic takiego, co byłoby jak   t w o j e    p r a w o!<„.

To prawo jest unikalne w świecie religii. Nie pozwala zabijać. Nie pozwala nienawidzić. Pozwala i nakazuje bronić prawdy. Nakazuje miłować. A to oznacza także – nie być naiwnym i nie być słabym.

Ewa Polak-Pałkiewicz

 

 

Rivka i Bergoglio

Il blasfemo servilismo anticristico del supposto Vicario di Cristo” – Bluźnierczy, antychrystusowy serwilizm rzekomego papieża

3 września 2015, papież Bergoglio przyjął w Watykanie prezydenta Izraela Reuvena Rivlina z żoną i współpracownikami. Kiedy Rivlin zaprezentował papieżowi jedną ze swych asystentek Rivkę Ravitz, uważajacą się za żydówkę “ortodoksyjną”, ta odmówiła tak podania papieżowi ręki, jak i najmniejszego nawet skinienia głową, tłumacząc mu, że ortodoksja żydowska zabrania kontaktów fizycznych pomiędzy osobami różnej płci, a ponadto zabrania również jakichkolwiek gestów uszanowania względem symboli innych od żydowskiej religii. W tym przypadku chodzi o krzyż, jaki nosi Bergoglio jako papież.

Papież zamanifestował względem takiego stanowiska ogromną wrażliwość, przykrywając krzyż dłonią i kłaniając się przed całkowicie niewzruszoną Rivką. (…)

Wiadomość tę znaleźliśmy na żydowskim portalu “Moked”, obdarzoną tytułem: “Rivka, żydowska skromność i rozwiązanie jakie znalazł Bergoglio”. (“Rivka, la modestia ebraica e la soluzione di Bergoglio”.)

http://moked.it/blog/2015/09/07/rivka-la-modestia-ebraica-e-la-soluzione-di-bergoglio/

(…)

Za: Strona prof. Mirosława Dakowskiego (19.11.2015)

Zdjęcie pochodzi ze strony UnaVox

 

Gabiś w ARCANACH nr 125: Powitajmy uchodźców z Europy Zachodniej

W ostatnich miesiącach u naszych zachodnich sąsiadów najwięcej pisze się – co zrozumiałe – o masowej, w znacznym stopniu niekontrolowanej, imigracji z Afryki i Azji do Niemiec i całej Europy, a w tym kontekście analizuje się rolę mediów.
18.11.2015 13:01

Zachowanie niemieckich mediów w czasie „letniej kampanii” opisał Heribert Seifert z „Neue Zürcher Zeitung”. Jego zdaniem, straciły one krytyczny dystans do przedstawianych wydarzeń,  relacjonowanie przekształciło się w kampanię propagandową – monotematyczną, obezwładniającą, zajmującą jedynie słuszną postawę wobec masowej imigracji. Niemieckie media rywalizowały ze sobą, które z nich przeżyje większą moralną i emocjonalną ekstazę. Prześcigały się w okazywaniu empatii i demonstrowaniu euforii gościnności, nie myśląc o przesycie, jaki mogą wywołać u odbiorcy. Triumfowała jednostronność, branie w ramiona przybyszy z odległych krajów szło w parze z bezwzględnym zerwaniem komunikacji z bliskim niemieckim sąsiadem, który jakoś nie chciał się cieszyć z nadchodzących zmian społecznych.

Media rodem z NRD

W mediach nie było miejsca na dokładne zbadanie sprawy, na wstrzemięźliwość w ocenie faktycznej, niejasnej sytuacji, gruntowne prześwietlenie kulisów, bezstronność przy prezentacji zróżnicowanych poglądów, analityczne podejście skierowane – ponad tym, co aktualne – ku skutkom i przyszłym problemem – to wszystko stało się niestosowne.  Przebił wszystkich dziennikarz „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung” swoimi kiczowatymi wtrętami o tym, z jak ogromną empatią i czułością odnosi się pani kanclerz do dzieciWezwanie stałego komentatora z tygodnika „Der Spiegel” do uprawiania „nowego dziennikarstwa”, bardziej aktywistycznego i zaangażowanego, zostało spełnione z nawiązką. Relacje, komentarze, artykuły stawały się coraz większe objętościowo, a jednocześnie coraz bardziej powierzchowne, coraz mniej różnorodne. Relacjonowanie było maksymalnie emocjonalne, naruszano profesjonalne standardy. Doszło do tego, że komentator z programu „Heute Journal” (ZDF) Claus Kleber tak się wzruszył gościnnością wobec uchodźców, że uronił na wizji autentyczną łzę.

Fotografia martwego chłopca na plaży w Bodrum przyczyniła się do zmobilizowania polityków oraz, jak napisał tygodnik „Die Zeit”, do „zsynchronizowania uczuć całego kraju” [właściwie powinno być „całego narodu”, ale „Die Zeit” stara się unikać słowa „Volk” (naród), żeby nie zostać posądzonym o myślenie „volkistowskie” – TG] . Dziennikarze byli  całkowicie bezkrytyczni wobec jednych polityków, natomiast wobec innych np. węgierskich, przybierali wyłącznie pozę prokuratorów. Nigdy wcześniej Angela Merkel nie była tak jednomyślnie i bez zastrzeżeń wychwalana pod niebiosa jak podczas letniej kampanii. Przebił wszystkich dziennikarz „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung” swoimi kiczowatymi wtrętami o tym, z jak ogromną empatią i czułością odnosi się pani kanclerz do dzieci. Problemy były w ten sposób prywatyzowane i depolityzowane, krytycznych pytań nie stawiano.

Pisarz Michael Klonovsky zauważył, że nie można było otworzyć gazety, włączyć stacji telewizyjnej, a nawet kliknąć na mailowego usługodawcę, żeby nie chlusnęła człowiekowi w twarz radosna proimigracyjna propaganda, naszpikowana statystycznymi bajeczkami, zuniformizowana jak za czasów realnego socjalizmu. Niejednokrotnie wskazywałem – przypomina Klonovsky – na podobieństwa pomiędzy metodami działania naszych socjalistycznych mediów i mediów enerdowskich. To się sprawdziło obecnie.Problemy były w ten sposób prywatyzowane i depolityzowane, krytycznych pytań nie stawiano

Klonowski wyśmiewa niesłychane wręcz nonsensy, jakimi posługują się dziennikarze (a także politycy), aby przekonać czytelników czy widzów, do zaakceptowania masowej imigracji. Nagle ludzie imigrujący do europejskich systemów socjalnych stają się podobni do Europejczyków osiedlających się w XIX w. w USA. Dziennikarze przekonują z pełną powagą, że podobnie jak kiedyś Niemcy z zachodnich prowincji przyjęli i zintegrowali miliony rodaków wysiedlonych przymusowo z prowincji wschodnich Rzeszy, tak samo dzisiejsi Niemcy powinni przyjąć setki tysięcy lub miliony imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu, ponieważ są to zjawiska analogiczne! Takie drobiazgi jak to, że należeli oni do jednego narodu, mieli tę samą historię i podobną mentalność, mówili tym samym językiem, przynależeli do tej samej chrześcijańskiej kultury itd. , nie ma żadnego znaczenia!

Konserwatywny publicysta Thorsten Hinz z kręgu tygodnika „Junge Freiheit” (podobnie jak Klonovsky dorastający w NRD), dostrzega w tym, co objawiło się latem w mediach, „powrót dziennikarzy jako przekaźników”. Podejście mediów do masowej imigracji można komentować tylko z sarkazmem: oto przybywają do nas kardiochirurdzy, informatycy, rzemieślnicy o złotych rękach, opiekuńczy pielęgniarze, wszyscy gorączkowo czekający na okazję, aby móc zwiększyć nasz produkt krajowy brutto, uzdrowić i wzbogacić nasz system opieki socjalnej a wyludnione okolice na wschodzie przekształcić w kwitnące krajobrazy. W całym kraju tworzą się spontanicznie komitety powitalne i wszystko byłoby super, gdyby nie „ciemne, rasistowskie, prawicowe” siły, szczujące przeciwko uchodźcom, organizujące demonstracje przeciwko imigrantom itd. Hinz pisze, że coraz trudniej zaprzeczyć, iż ta medialna praktyka podobna jest do tej z NRD. Tak jak latem 1989 r., kiedy NRD wchodziła w stan zapaści, dziennikarze pisali o pełnych inicjatywy pracownikach, którzy przekraczali normy planu, o zbiorowej radości z powodu zbliżającego się kolejnego zjazdu partii; niestety, wróg klasowy ze wszystkich sił starał się sabotować szczęście panujące w niemieckim państwie socjalistycznym.

Były to wówczas i są dzisiaj, hermetycznie zamknięte na rzeczywistość medialne światy. Jednak nie docieramy do istoty rzeczy, kiedy diagnozujemy oderwanie od realnego życia, internalizację szaleństwa, mentalność oblężonej twierdzy. Jak bowiem pokazują badania nad samoświadomością i funkcją dziennikarzy w NRD, dla dziennikarskiego cechu typowa była mieszanka złożona z braku złudzeń i konformizmu. Jedno łączyło dobrze zarabiającego cynika, zakutego dogmatyka czy zwykłego durnia – wszyscy oni pełnili funkcję „przekaźników”. Do nich przepływały informacje z partii, które przekazywali dalej. Ponadto sami mieli instruować masy, byli wszak partyjnymi funkcjonariuszami. Obecnie nie istnieje w Niemczech jedna partia państwowa posiadająca monopol władzy i informacji, ale korytarz opinii zawęża się w miarę jak partie stają się coraz bardziej nieodróżnialne od siebie. Funkcja większości dzisiejszych niemieckich dziennikarzy zbliża się do tej z NRD: zamiast relacjonować i analizować rzeczywistość sugerują opinie i propagują światopoglądy, grożą i instruują jak należy się zachowywać. Stałe powtarzanie absurdalnych opinii i argumentów ma przekonać odbiorcę, że absurdalne sytuacje są nieuniknione i normalne.

Podobieństwo pomiędzy konformizmem dzisiejszych mediów a tym rodem z NRD jest uderzające. Co ciekawe, nawet kryzys mediów (spadek nakładów czy oglądalności) nie wywołuje wśród nich rywalizacji o większe zbliżenie do życia, o większą różnorodność opinii i otwartość na różne poglądy, choć skądinąd wiadomo, że tego właśnie publiczność sobie życzy. Instytucjonalne ograniczenia kompleksu polityczno-medialnego, który swoim szeregowym członkom nie pozostawia żadnej alternatywy, są tak silne, że dopuszczenie większego pluralizmu i wykorzystanie zasady podaży i popytu jest niemożliwe. Dziennikarze wolą oportunistycznie wyczekiwać na rozwój wypadków niż podjąć ryzyko wyłamania się z jednolitego frontu. W sytuacji spadających nakładów i spadku oglądalności, nikt nie wie, czy stacja telewizyjna lub gazeta nie zbankrutuje, nie zacznie zwalniać, albo czy nie dokona fuzji z konkurencją. Aby być przygotowanym na któryś z tych przypadków i zachować możliwość znalezienia sobie przytuliska gdzie indziej, dziennikarze orientują się na przeciętność nie niosącą ze sobą żadnego ryzyka. To z kolei potęguje jeszcze procesy upodobnienia. Gazety i czasopisma wydają się widzieć wyjście w systemie podobnym do finansowanego z podatków, abonamentu radiowo-telewizyjnego; w tym upatrują szansy na finansową asekurację. Dlatego podkreślają swoją niezbędność z punktu widzenia polityki państwa, a żeby o tym przekonać polityków, podbudowują argumenty konformizmem wobec władzy. Kiedy taka kalkulacja staje się dominująca, oddalenie od czytelników i widzów jest traktowane jako mniejsze zło. Aby jednak zachować poczucie własnej godności i niezależności, przymusy, jakim się podlega, przedstawia się jako wolny wybór. Sprawia to, że pod względem ideologicznym wypowiedzi usztywniają się jeszcze bardziej, co nie oznacza, że są w pełni zgodne z wewnętrznymi przekonaniami tych, którzy je wygłaszają.Podobieństwo pomiędzy konformizmem dzisiejszych mediów a tym rodem z NRD jest uderzające

 

Nieprzezwyciężone dziedzictwo nazizmu

Niektórzy prasoznawcy wywodzą pewne cechy enerdowskich dziennikarzy z nie do końca przezwyciężonego dziedzictwa narodowego socjalizmu, które w RFN zostało „przepracowane” i „powoli zanikło”. Być może, ale – zauważa Hinz – totalitarne wzorce zachowań już dawno się zregenerowały w zjednoczonych Niemczech, gdzie obecnie dominuje typ dziennikarskiego przekaźnika, który kroczy zdecydowanie po drodze ideologicznego, zawodowego i moralnego bankructwa, tłumiąc przy tym wszelkie wątpliwości. O jego przyszłych zadaniach w obliczu masowej imigracji można było przeczytać w berlińskim „Tagesspiegel”. Według gazety, projekt „Oświecenie”, który dotknąłby najgłębiej zakorzenionych socjokulturowych nastawień i postaw Niemców oraz innych Europejczyków, byłby jako zadanie polityczno-edukacyjne porównywalny do „reedukacji” prowadzonej przez Amerykanów i Brytyjczyków po 1945 r. w Niemczech Zachodnich. Dziennikarz jako inżynier ludzkich dusz i narzędzie w rękach nad-władzy! NRD 2.0 jest czymś więcej niż tylko urojeniem – konkluduje Hinz.

Mieszkający w Wiedniu publicysta Martin Lichtmesz, związany z czasopismem „Sezession”, autor książki  Kann nur ein Gott uns retten? (Czy tylko Bóg może nas uratować?), ponownie przetłumaczył znaną książkę Jeana Raspaila Obóz świętych i przygotował dla wydawnictwa Antaios jej nową edycję. (…)

Lichtmesz z uwagą śledził i komentował kampanię medialną wokół masowego napływu imigrantów do Austrii i Niemiec. Zgadzając się z tymi, którzy twierdzą, że dystopia Raspaila staje się na naszych oczach rzeczywistością, a każdy dzień przynosi nowe, niesamowite wręcz, przykłady pokrywania się życia z fikcją literacką, Lichtmesz wskazuje na pewne różnice. Na gazetowej fotografii sprzed ośrodka dla uchodźców w Berlinie widać młodych mężczyzn, pochodzenia arabskiego, w większości, na oko, poniżej trzydziestu lat, należących do „youth bulge”, których Gunnar Heinsohn uważa za siłę napędową wojen i rewolucji. Nie są podobni do wynędzniałych, wychudłych postaci z powieści Raspaila, przeciwnie, są niecierpliwi i naładowani energią, niektórzy śmieją się wesoło do kamery, pokazują znak zwycięstwa, zachowują się więc raczej jak zwycięzcy i zdobywcy, do których należy świat (Europa).

Media – pisze Lichtmesz – prowadziły regularny dywanowy nalot psychologiczny, mentalne „moral bombing”, wszędzie te same nagłówki, te same opowieści, bez końca powtarzano tę samą śpiewkę. To unisono mogło wywołać dreszcz przerażenia. Obserwować było można totalne „zglajchszaltowanie”; niemiecki rynek prasowy, kiedyś na poły pluralistyczny, przekształcił się w jedną olbrzymią „Prawdę” z tysiącem łbów hydry, które raz syczą, raz seplenią, a znowu innym razem schlebiają, w sumie nie mają nic wspólnego z poszukującym, informującym, analizującym dziennikarstwem.

To co przeżywali Niemcy w te letnie dni to nic innego jak pranie mózgów, wojna psychologiczna w wielkim stylu, czysta, naga propaganda i masowa manipulacja, wywoływanie i podtrzymywanie masowej psychozy. Najwyżsi kapłani od sterowania „opinią publiczną” zachowywali się w stosunku do publiczności jak psychopaci, którzy mózgi swoich ofiar na zmianę karmili pochlebstwami, moralnym szantażem i groźbami, i kłamstwami, aby utraciły twardy grunt pod nogami. Demonstrowali obywatelom ich bezsilność, aby wpędzić ich w depresję i zapewnić sobie ich uległość. Posuwali się nawet do apelowania do poczucia narodowego, do idealizmu, poświęcenia, poczucia wspólnoty – nawet ci, którzy jeszcze niedawno takich słów do ust nie brali z obrzydzenia – byleby tylko Niemców zwabić i zinstrumentalizować dla swoich celów. Mówili o „historycznych zadaniach stojących przed narodem”, w prasie można było przeczytać, w całości złożone z sloganów, teksty typu: „Największe zadanie Niemiec. Napływ uchodźców da naszemu społeczeństwu nowe oblicze. Kraj czeka historyczne zadanie. Nigdy przedtem tak wielu ludzi nie szukało u nas azylu. Oni zmienią kraj – to jak razem żyjemy, pracujemy, mieszkamy, myślimy. Uchodźcy tworzą nowe Niemcy”. Wszyscy mówią o „Nowych Niemczech”, jakie powstaną dzięki masowemu napływowi imigrantów, niepomni (?), że tytuł „Neues Deutschland” nosił centralny organ SED. Przyjęcie mas imigrantów i ich ugoszczenie nagle stało się „czynem patriotycznym”. Niemcy zjednoczeni jak jeden mąż mają zrealizować wielką historyczną misję, a każdy, kto ma wobec niej krytyczne nastawienie, ten jest wrogiem przepełnionym nienawiścią.

(…)

Podprogowo, a niekiedy wprost, trafiano w niemiecką neurozę: trzeba ratować prześladowanych uchodźców („Żydów”) uciekających przed Assadem, Państwem Islamskim („nazistami”) i w ten sposób dostąpić moralnego oczyszczenia. „Czerwony dywan dla imigrantów! Niemcy powinny powitać imigrantów z otwartymi ramionami. To nie jest tylko nakaz moralny, to będzie z korzyścią dla nas wszystkich” – raz odwołuje się do bezwarunkowych nakazów moralności współczucia i miłosierdzia, do bezinteresownej gościnności, a zaraz obok obiecuje się materialne korzyści i zagwarantowane, dzięki harującym imigrantom, emerytury. Propaganda grała na wszystkich możliwych fortepianach. Apelowano do klasy średniej i odwoływano się do jej wartości, akcentując społeczne dystynkcje: ten kto „działa na rzecz uchodźców” stoi wyżej nie tylko moralnie, ale i społecznie: tu mieszczaństwo, tam proleci i „hołota” (socjaldemokrata Sigmar Gabriel o przedstawicielach ludu). Podprogowo, a niekiedy wprost, trafiano w niemiecką neurozę: trzeba ratować prześladowanych uchodźców („Żydów”) uciekających przed Assadem, Państwem Islamskim („nazistami”) i w ten sposób dostąpić moralnego oczyszczenia

(…)

Odgrzewano podział na oświeconych „zachodniaków” i zacofanych, nieoświeconych na „zachodnią” modłę „wschodniaków”. „Wschodniacy” okazują się bowiem bardziej odporni na „nazistowską maczugę” i nie dają się tak łatwo manipulować jak „zachodniacy”, którym przez lata udało się wpoić odpowiednie odruchy (zauważmy, że tym samym w propagandzie polityczno-medialnej dawną NRD dołączono do pozostałych „ksenofobicznych” krajów – Polski, Słowacji, Czech i Węgier).

Z jednej strony sugeruje się, że przybywający masowo imigranci to ludzie „tacy sami jak my”, a z drugiej zapowiada, że Niemcy czeka gruntowana transformacja, że uzyskają „nowe oblicze”, co zakłada, że przybysze są od nas odmienni. Wszystko to opakowane w sugestię, że całe Niemcy zobowiązane są, aby z całych sił brać udział w tej transformacji, która jest nie do uniknięcia, nie do zatrzymania i nie ma dla niej alternatywy. Masowa imigracja jest niczym zjawisko naturalne, przeciwko któremu nie ma sensu protestować. Niemcy są krajem imigracyjnym, z tym nieodwracalnym faktem można się jedynie pogodzić. Jako oczywistość przedstawia się to, że uchodźcy starający się o azyl, pozostaną tu na zawsze, przejmą kraj i go zmienią. Zapewne – zgadza się z tym Lichtmesz – zmienią: będą wypychać Niemców z ich przestrzeni, robić z nich mniejszość we własnym kraju, narzucać im swoje obyczaje, rozbudowywać społeczności równoległe, gwałtownie przyspieszać islamizację, a także – o czym mówią doświadczenia z przeszłości – znacząco podniosą wskaźniki przestępczości, gwałtów, molestowania, jak i antyniemieckiego rasizmu.

 

(…)

 

Tolerancyjni mogą nienawidzieć

Baranem-przewodnikiem stada dla całej „niemieckiej prasy” był tygodnik „Der Spiegel” publikujący w stylu północnokoreańskim, np. na okładce bije w oczy nagłówek „helles Deutschland” (niemiecki Jasnogród). Do tego obraz radosnych, niemieckich dzieci, puszczających kolorowe balony w kształcie serca w jasnoniebieskie letnie niebo. Kiedy przewrócimy stronę, objawia się diametralnie odmienny widok: zły, mroczny, wywołujący nienawiść napis „dunkles Deutschland” (niemiecki Ciemnogród), oczywiście we frakturze, a do tego fotografia płonącego domu na tle brudnego, brunatno-czarnego, nocnego nieba. Oto alternatywa, którą prezentuje „Spiegel”: albo zdecydujemy się na wesoły, jasny kraj, gdzie radosne dzieci puszczają kolorowe balony, albo na czarny, śmierdzący, zły, brutalny, pogromowy, „nazistowski” koszmar. Ci co zawsze byli pierwsi, aby innych oskarżać o stosowanie manichejskich podziałów i czarno-białych schematów, przebili wszystkich w  „manichejskim” prymitywizmie przekazu; założonym adresatem tego typu demagogicznej propagandy mogą być wyłącznie zinfantylizowani i umysłowo niedorozwinięci dorośli (już przed wielu laty jeden z konserwatywnych publicystów niemieckich nazwał „Spiegla” „organem prasowym niemieckiej ćwierćinteligencji”).

W tekście „Empatia i patologiczny altruizm” Lichtmesz pisze, że lewicowe media, jakimi w trakcie letniej kampanii stały się wszystkie media w Niemczech, zarzucały krytykom masowej imigracji brak „współczucia” i brak „empatii”; jest to częsty, stary jak świat, zarzut lewicowców wobec „prawicowych” oponentów, których przedstawia się jako „bezlitosnych faszystowskich Terminatorów”. Oni sami natomiast to ludzie współczujący, empatyczni, ba, wprost napęczniali od tego współczucia i empatii niczym kleszcze opite krwią, omal nie pękną z nadmiaru współczucia i empatii, ich wypięta pierś jest upstrzona błyszczącymi medalami przyznanymi za empatię i współczucie, które z dumą demonstrują. Empatia i współczucie kapią z ich ust niczym stróżki miodu, podczas gdy z  języków spływają mało empatyczne i współczujące słowa o pół-ludzkich istotach, które wypełzły z ciemnych nor na światło dzienne i ośmielają się protestować przeciwko masowemu zajmowaniu ich świata przez Obcych. Jako „ludzie najbardziej ludzcy z ludzi” mogą bez żadnych hamulców nienawidzić podludzi i autorytarnie zamykać im usta. Jako „ludzie najbardziej ludzcy z ludzi” mogą bez żadnych hamulców nienawidzić podludzi i autorytarnie zamykać im ustaOto mistrzowie świata w empatii – krzyżówka Matki Teresy i Józefa Stalina.

Medialna kampania związana z „kryzysem imigracyjnym” stanowi – według Lichtmesza – element strategii na wyczerpanie, której celem jest zduszenie w ludziach zachodniej cywilizacji elementarnych odruchów asertywności, samoafirmacji, akceptacji i obrony własnej tożsamości, godnej zachowania i obrony z tej prostej przyczyny, że jest „nasza” i „własna”. Rezultatem jest zbiorowa forma „patologicznego altruizmu” definiowanego przez naukowców jako „niezdrowe obsesyjne koncentrowanie się na dobru innych przy zaniedbywaniu potrzeb własnych i potrzeb bliskich”. Patologiczni altruiści sami robią sobie krzywdę, działają na własną szkodę, błędnie wierząc, że to oni spowodowali cierpienia innych albo że mają środki, aby kogoś wybawić od jego cierpienia. Towarzyszy temu często bezkrytyczny stosunek do siebie i poczucie moralnej wyższości.

Niektórzy badacze patologicznego altruizmu jego genezę lokują już na poziomie biologicznym. Kobiety częściej niż mężczyźni pragną się dobrze czuć wśród innych ludzi i podobać się im;  w większym stopniu nastawione są na współpracę, są bardziej uczynne , potrafią też lepiej odgadywać potrzeby innych ludzi, politycznie są w naturalny sposób „lewicowo-liberalne” i uważają, że rząd powinien troszczyć się o ludzi. To niższy poziom testosteronu powoduje wyższy poziom empatii, stąd kobietom grozi, że ich naturalny altruizm przekształci się w altruizm patologiczny, którego odpowiednikiem, na przeciwnym biegunie, jest autyzm, zwłaszcza w formie zespołu Aspergera, dotykający przede wszystkim chłopców, i charakteryzujący się niezdolnością do wczucia się w emocje i uczucia innych ludzi. Prawdopodobnie istnieje tyle samo kobiecych patologicznych altruistów co patologicznych męskich autystów. Badacze patologicznego altruizmu nie zajmowali się dotąd współczesnym „człowiekiem Zachodu”, a przecież członkowie tych „podżeganych do gościnności i empatii” grup z entuzjazmem witający na dworcach przybyszy z Azji i Afryki, którzy zajmą ich miejsce, stanowiliby wdzięczny obiekt badań.zajrzyjdoksiegarni_120

Już po przetoczeniu się fali imigrantów Lichtmesz pojechał na wiedeński dworzec, gdzie zastał empatyczne osoby w typie „Social Justice Warriors”, kobiety, dziewczęta, mężczyzn o łagodnych, ufnych, lekko kobiecych twarzach. Odnosiło się wrażenie, że „barbarzyńcy”, o których pisał Kawafis, stanowią dla nich rozwiązanie ich własnych problemów. Na peronie piętrzyły się stosy zabawek, przygotowane zapewne dla dzieci imigrantów, ale widocznie dzieci było za mało. Miałem ochotę, wyznaje Lichtmesz, podejść do jednej z pań i powiedzieć: „Mam radę: ci chłopcy, którzy tu przybywają, chętniej pobawiliby się innymi rzeczami” [w oryginale gra słów: „Ding” – rzecz, „Ding” – młoda dziewczyna – TG]. Ci ludzie z ich łagodną naiwnością, przypominali Lichtmeszowi dziecięcych elojów z Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa, te przerasowione, niewinne istoty schyłkowej cywilizacji, które barbarzyńskim morlokom służyły jako kanibalistyczne źródło pożywienia. Dostrzegł w nich dzieci o wypranych mózgach, zaślepione, podburzone, które najeźdźcom otwierają bramy, wierząc, że zostaną oszczędzone i party będzie trwało wiecznie, nieświadome, że bardzo szybko mogą stać się seksualnym łupem zwycięskich wojowników.

Opisy działania niemieckich mediów w czasie „kampanii proimigracyjnej”, jakie przedstawili Klonovsky, Lichtmesz i Hinz, pokazują, niejako w stanie laboratoryjnym, jak będą funkcjonować media w dojrzałym, „realnym społeczeństwie wielokulturowym”. To co obecnie było zmasowaną kampanią, która po pewnym czasie uspokaja się i wygasa, stanie się powszednią normą.

 

Angela Merkel w wiecznej niełasce

„Kryzys imigracyjny” wywołał oczywiście wiele głosów na temat kanclerz Merkel, jej polityki i stylu sprawowania władzy. Lichtmesz twierdzi, że Merkel jako Największa Mamuśka Wszechczasów jest na najlepszej drodze, by zostać Honeckerem RFN. Idzie o coś więcej niż o kanclerstwo Merkel, o chadecję, o kwestię możliwości państwa: idzie ni mniej ni więcej o ostateczne rozmontowanie Niemiec jako państwa i narodu niemieckiego jako etnokulturalnej jedności. Otwarcie przez Merkel śluz dla niekontrolowanej masowej imigracji mogło być pochopne i nieprzemyślane, jednakże nie jest ono niczym innym jak kulminacją polityki, którą ona i jej poprzednicy prowadzili już od dziesięcioleci, najpóźniej od chwili, kiedy „gastarbeiterzy” stali się imigrantami, i od czasu, kiedy „wielokulturowe społeczeństwo”, czyli transformacja Niemiec w „państwo wielonarodowe”, została ogłoszona jajkiem Kolumba „kwestii niemieckiej”. Skupiając się na Merkel, traci się z oczu o wiele głębszy problem wieloletniej błędnej polityki imigracyjnej i polityki tożsamości. Merkel może stać się kozłem ofiarnym, na którego zrzuci się odpowiedzialność za ewentualne fiasko tej polityki

Merkel, ta „kobieta bez właściwości”, zawsze wydawała mi się – pisze Lichtmesz – kroczącą bańką władzy, wewnątrz całkowicie wydrążoną, kierowaną nieomylnym instynktem, skąd wieje wiatr, ale dlatego właśnie bardziej gnana przez okoliczności niż je tworząca. Krągłość, miękkość, niemal milutkość  postaci, jej jakby nieśmiała sylwetka, połączona z lekko protekcjonalnym gestem i spojrzeniem guwernantki lub nauczycielki, która  przemawia do narodu jak do pierwszoklasistów – ten habitus idealnie pasuje do infantylnego stadium końcowego Republiki Federalnej. Za pozą mamuśki i kwoki czai się coś pasywno-agresywnego, przytłaczającego, łagodnie manipulatorskiego. Nie potrafię zgłębić – przyznaje Lichtmesz – czy jest inteligentna czy głupia, cwana czy naiwna, czy sama wierzy w brednie, które wygłasza, czy też nie, czy jest zaślepioną idealistką czy wyrachowaną kłamczuchą, faktem jest tylko to, że zdradza interesy narodu, czego ten – w dużej mierze otępiały – nawet nie zauważa.

Klonovsky jest zdania, że nigdy jeszcze w niemieckiej historii, wyjąwszy owe nieszczęsne 12 lat, nie było w takim stopniu możliwe dyskredytowanie zwykłych obywateli, obrzucanie ich inwektywami, obrażanie i zbiorowe poniżanie jak w późnej erze Merkel, kiedy każdy, kto nie wita z hałaśliwym entuzjazmem niekontrolowanej masowej imigracji, jest wystawiony na odstrzał jako „ciemny Niemiec”; mogą ryczeć na niego „multi-media”, tak jak wcześniej każdego eurosceptyka oskarżały o nienawiść do Europy, a każdego konserwatystę piętnowały jako tępaka. I to wszystko pod egidą kobiety, która sama przeżyła NRD, ale widocznie albo za mało, albo za dużo nauk z tamtego reżimu wyciągnęła.

Gdyby ktoś dyskretnie zapytał panią kanclerz, czy swoją polityką służy interesom narodu niemieckiego, prawdopodobnie uznałaby to pytanie za żart; dokładnie tak samo można by zapytać Merkel, jak dalece czuje się zobowiązana wobec języka niemieckiego. Powoli wielu Niemcom zaczyna świtać w głowach, że zniszczenia, jakie Merkel wyrządza niemieckiej składni, są lilipucie w porównaniu z tymi, które wyrządziła w rzeczywistości. Demolki powiodły się, ale jakim celom służą? Wymieńmy jej wielkie czyny: zniszczyła CDU jako partię konserwatywną i przejęła w całości czerwono-zielony program, łącznie z polityką rodzinną – w „zieloną energię” chyba jako fizyk nie wierzy, ale po osobie, która mówi tak prymitywnym niemieckim, trudno oczekiwać, że przejmie się panelami słonecznymi na dachu katedry w Ulm albo wiatrakami w parku Sanssouci lub na grzbiecie Lasu Turyńskiego; załatwiła niemiecką gospodarkę energetyczną, złamała prawie każdy unijny traktat, wielokrotnie łamała niemiecką konstytucję i niemieckie prawo, znacząco podkopała fundamenty niemieckiej solidności finansowej.

 

(…)

Wszystko to razem sprawi, że wielu zachodnich Europejczyków, zwłaszcza tych inteligentnych, przedsiębiorczych, dynamicznych, kreatywnych uda się na emigrację. Część wyjedzie na dalszy zachód (USA, Kanada), a część na wschód. Coraz więcej ludzi będzie uciekać spod opresywnej władzy multikulturalistów, od panującej ideologii antyrasizmu (będącego zakamuflowanym rasizmem skierowanym przeciwko Białym) do Polski, Czech, na Słowację, na Węgry. Na dworcach będziemy z transparentami „Refugees Welcome!” witać Niemców, Belgów, Szwedów, Francuzów, Holendrów i innych uchodźców z zachodniej Europy, szukających u nas wolności, lepszych warunków życia, możliwości zakupu ziemi i prowadzenia biznesu. Jestem pewien, że Polacy okażą im wiele empatii i  przyjmą z otwartymi ramionami.

 

To tylko skrócona wersja artykułu Tomasza Gabisia. Całość została opublikowana w 125 numerze Arcanów.

Zobacz co jeszcze można przeczytać w najnoszywch ARCANACH – kliknij TUTAJ

O encyklice Laudato si: rozmawiajcie ze zwierzętami – wszak jesteście jednymi z nich… – Christopher A. Ferrara

Zgodnie z ewolucyjną eschatologią Teilharda de Chardin, papież Franciszek usiłuje narzucić Kościołowi kolejną posoborową nowinkę: wezwanie do „ekologicznego nawrócenia”, pociągające za sobą degradację człowieka do poziomu elementu świata naturalnego.

Ostateczna, oficjalna, skorygowana wersja Laudato si (LS) została właśnie formalnie zaprezentowana światu przez triumwirat mianowany przez papieża Franciszka: kardynała Turksona, wychwalanego przez „Vatican Insider” za „obronę gejów przed dyskryminującym ich prawodawstwem Ugandy”, fanatycznego głosiciela zmian klimatycznych Hansa Joachima Schellnhube, powołanego właśnie przez Franciszka do Papieskiej Akademii Nauk (czyli Ateistów…), oraz prawosławnego arcybiskupa Jana Zizioulasa, reprezentującego „Ekumeniczny” Patriarchat Konstantynopola, a będącego rzekomo wybitnym ekologiem.

Encyklika – wybuch retorycznej lawy

Ukończyłem lekturę włoskiej „wersji roboczej” tego liczącego 185 stron dokumentu, mającego usprawiedliwić angażowanie autorytetu Kościoła po stronie „eko-faszyzmu” i fanatycznych głosicieli globalnego ocieplenia, a która wydaje się być identyczna z ostateczną wersją dokumentu. Jak wiemy, Sandro Magister spowodował „wyciek” tej „wersji roboczej” do prasy, za co zapłacił cofnięciem akredytacji dziennikarskiej.

Streszczenie tego co znalazłem w tym dokumencie – rzeczy złych, oraz – jak to zazwyczaj bywa w przypadku niezwykle rozwlekłych dokumentów epoki posoborowej – elementów dobrych, przedstawiłem już w osobnym tekście. W tym miejscu chciałbym skupić się na jednym z najbardziej kłopotliwych aspektów tekstu, który – jak się obawialiśmy – stanowić będzie kolejną erupcję Wezuwiusza, na przestrzeni ostatnich dwu i pół lat grzebiącego wszystko na swej drodze pod potokami retorycznej lawy.

Poinformowawszy nas, że „choć zmiany należą do dynamiki złożonych systemów, prędkość, jaką im narzucają ludzkie działania, kontrastuje dziś z naturalną powolnością ewolucji biologicznej”, Franciszek – tzn. komitet, który połączył w jedną całość dokumenty w encyklice tej zawarte – przedstawia następujący, ewolucyjny wizerunek człowieka:

Człowiek, choć jest również objęty procesami ewolucyjnymi, niesie ze sobą pewną nowość, której nie da się wyjaśnić przez ewolucję oraz inne systemy otwarte. Każdy z nas ma jakąś tożsamość osobistą, zdolną do wejścia w dialog z innymi i z samym Bogiem. Zdolność do refleksji, rozumowania, kreatywności, interpretacji, twórczości artystycznej i inne oryginalne możliwości ukazują pewną wyjątkowość, która wykracza poza dziedzinę fizyczną i biologiczną. Nowość jakościowa, jaką oznacza powstanie bytu osobowego w ramach materialnego wszechświata, zakłada bezpośrednie działanie Boga, szczególne powołanie do życia i do relacji jednego „Ty” z innym „ty”.

„Nowość jakościowa” osobowego bytu…

Na próżno szukałem w tekście LS jakichkolwiek odniesień do tego, co my – katoliccy „fundamentaliści” – powszechnie, jakkolwiek staromodnie, określamy mianem duszy. Nic takiego jednak nie znalazłem, poza luźnym nawiązaniem w paragrafie 233., stanowiącym w kilku ostatnich paragrafach tego dokumentu rodzaj „katolickiego suplementu” do całkowicie humanistycznej prezentacji oblicza „kryzysu ekologicznego”. Na początku rozdziału 2. tej książki, określanej mianem encykliki, Franciszek stawia zdumiewające pytanie: „Dlaczego w tym dokumencie, skierowanym do wszystkich osób dobrej woli, znalazł się rozdział o przekonaniach ludzi wierzących?”. Fakt, iż papież może traktować „przekonania ludzi wierzących” jako dodatek do encykliki papieskiej, mówi nam wiele o kondycji obecnego Kościoła.

Przyjmijmy, że słowa, pod którymi podpisuje się Franciszek, powinny być interpretowane zgodnie z ich powszechnym rozumieniem, a wbrew temu co rzekomo „naprawdę” oznaczają – o czym niewątpliwie będzie się nas starał przekonać Jimmy Akin (…). Przyjąwszy to założenie należałoby uznać, iż według LS poprzez jakieś bliżej nieokreślone „bezpośrednie działanie Boga” człowiek „powstał” jako „byt osobowy” ze świata materialnego, cechowała go jednak „nowość jakościowa”, odróżniająca go od innych zwierząt, które również „pojawiły się” ze świata materialnego w „procesach ewolucyjnych”.

W Księdze Rodzaju czytamy, że „Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą”. Nie znajdujemy tam wzmianki o tym, że człowiek jest „nowością jakościową”, wyłaniającą się z procesu ewolucyjnego jako „byt osobowy”. Jako że człowiek posiada duszę, stoi on z samej swej natury ontologicznie ponad wszystkimi innymi istotami żywymi, nawet wziętymi razem.

Biblijna nauka o człowieku

Słuszne i sprawiedliwe byłoby więc – w istocie stanowi to imperatyw moralny – poświęcenie każdego zwierzęcia niższego dla uratowania choćby jednej ludzkiej duszy. Dlatego właśnie Zbawiciel powiedział rzeszom, które chwilę wcześniej ostrzegał przed kłamstwami faryzeuszy: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a potem nic więcej uczynić nie mogą. Pokażę wam, kogo się macie obawiać: bójcie się tego, który po zabiciu ma moc wtrącić do piekła. Tak, mówię wam: tego się bójcie! Czyż nie sprzedają pięciu wróbli za dwa asy? A przecież żaden z nich nie jest zapomniany w oczach Bożych. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli” (Łk 12, 4–7).

Bóg nie zapomina nawet o rzeczach tak błahych jak wróble sprzedawane na targu za grosze, a tym bardziej o każdym człowieku posiadającym nieśmiertelną duszę, który wart jest daleko więcej niż jakiekolwiek zwierzę. Taki jest właśnie sens nauczania Chrystusa Pana.

W odpowiedzi na pytanie czy Adam w stanie niewinności panował nad zwierzętami, św. Tomasz podaje wyjaśnienie zgodne tym, czego zawsze nauczał Kościół: „Ponieważ człowiek – jako stworzony na obraz Boga – stoi ponad innymi zwierzętami, słusznie jego rządom są podległe inne zwierzęta” (ST I, q. 96, art. 1).

Jedynie w konsekwencji grzechu pierworodnego „człowiek ukarany został poprzez nieposłuszeństwo ze strony tych stworzeń, które powinny być mu podległe”. Stan rzeczy po upadku jest więc wyrazem buntu przeciwko człowiekowi, będącemu z ustanowienia Bożego panem nad stworzeniem. Człowiek nie utracił jednak swej wrodzonej wyższości względem innych zwierząt, ani swego tytułu do rządów nad nimi.

Dlaczego więc Franciszek nie potwierdza prostej prawdy, że Bóg obdarzył człowieka nieśmiertelną duszą o nieskończonej wartości, stawiając go w ten sposób ponad wszystkie inne stworzenia? I dlaczego cytując słowa Chrystusa o wróblach z Ewangelii wg św. Łukasza, pomija fragment: „Jesteście ważniejsi niż wiele wróbli”? Być może odpowiedzi szukać należy w konsekwencji tego kim jest człowiek na mocy faktu posiadania nieśmiertelnej duszy: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi” (Rdz 1, 28).

„Ekologiczne nawrócenie” i degradacja człowieka

Fragment ten jest jednak kłopotliwy dla Franciszka, usiłującego narzucić Kościołowi kolejną nowinkę: wezwanie do „ekologicznego nawrócenia”, co wymaga degradacji człowieka – choć stanowiącego „nowość jakościową” – do rangi elementu świata naturalnego. Pozostaje to w zgodzie z ewolucyjną eschatologią Teilharda de Chardin, której wyraźny wpływ dostrzec można w dwóch kolejnych paragrafach.

Czyniąc wyraźny ukłon w stronę Teilharda, Franciszek pisze: „Cel drogi wszechświata to Boża pełnia, którą osiągnął już zmartwychwstały Chrystus, będący fundamentem powszechnego dojrzewania. W ten sposób dodajemy kolejny argument, aby odrzucić wszelkie despotyczne i nieodpowiedzialne panowanie człowieka nad innymi stworzeniami. My sami nie jesteśmy ostatecznym celem wszystkich innych stworzeń. Wszystkie zmierzają wraz z nami i przez nas ku ostatecznemu kresowi, jakim jest Bóg w transcendentalnej pełni, gdzie zmartwychwstały Chrystus wszystko ogarnia i oświetla. Ponieważ człowiek, obdarzony inteligencją i miłością, pociągany jest pełnią Chrystusa, powołany jest, by przyprowadzić wszystkie stworzenia do ich Stwórcy”.

Pomińmy już ideę, wedle której zmartwychwstały Chrystus „osiągnął” Bożą pełnię. Jezuicka teologia Franciszka z lat 70. XX wieku jest zaiste wyjątkowo ciężkostrawna. Zwróćmy jedynie uwagę, że człowiek został tu zredukowany do roli kogoś w rodzaju ewolucyjnego dra Dolittle, prowadzącego swe zwierzaki do nieba w procesie „powszechnego dojrzewania” – wie bowiem którędy iść, a one będą postępować za nim.

Ta wizja człowieka oraz zwierząt postępujących wspólnie ku temu, co jawi się jako teilhardiański punkt Omega, wydaje się być trudna do pogodzenia z faktem, iż człowiek może znajdować przyjemność na przykład w zjedzeniu dobrego steku czy w polowaniu na kaczki. W istocie wydaje się być ona trudna do pogodzenia nawet z nabywaniem pięciu wróbli za dwa sykle w celu sporządzenia z nich posiłku.

Franciszek bojownikiem „praw zwierząt”?

Co więc z tradycyjnym nauczaniem Kościoła, wedle którego wszystkie stworzenia istnieją po to, by człowiek z nich korzystał, oczywiście w sposób odpowiedzialny, co oznacza niemarnotrawienie darów Bożych? Musi ono oczywiście zostać zapomniane i Franciszek porzuca je bez skrupułów: „Kościół nie mówi dziś, upraszczając, że inne stworzenia są całkowicie podporządkowane dobru człowieka, jak gdyby nie miały one wartości samej w sobie i jakbyśmy mogli nimi dysponować do woli”.

Mamy tu do czynienia z tym, co stało się już stałym elementem rozlicznych wypowiedzi papieża Franciszka – z posługiwaniem się fałszywymi antytezami. „Całkowite podporządkowanie” stworzeń człowiekowi nie sprzeciwia się w rzeczywistości faktowi posiadania przez nie wartości „samej w sobie”, albowiem wszystkie elementy stworzenia posiadają wartość samą w sobie, włączając w to drzewa, które ścinamy „wedle naszej woli” na ogień czy też różnego rodzaju zwierzęta, którymi „dysponują do woli” myśliwi. Z tego właśnie powodu w cytowanym wyżej rozdziale Sumy św. Tomasz zauważa, że „polowanie na dzikie zwierzęta jest sprawiedliwe i naturalne, ponieważ w sposób ten człowiek wykonuje swe naturalne prawo”.

Stosując podobną „logikę”, można by wysunąć argument, że królowi nie wolno podporządkowywać sobie swych poddanych, ponieważ posiadają oni wartość samą w sobie. Użycie w tym kontekście słowa „całkowicie” potęguje jedynie zamieszanie. Czy więc zwierzęta są jedynie „częściowo” podporządkowane człowiekowi? Czy istnieje jakaś granica podporządkowania, której przekroczyć nie mamy prawa? Czy Franciszek usiłuje przemycić w ten sposób do nauczania Kościoła katolickiego „prawa zwierząt”?

Nie ulega wątpliwości, że złem jest wszelkie nieuzasadnione okrucieństwo wobec zwierząt lub marnowanie pożywienia, jakiego one dostarczają. Jest to jednak złem dlatego, iż nadużycie władzy człowieka nad zwierzętami stanowi wykroczenie przeciwko Bogu, a nie przeciw zwierzętom.

Papież nadużywa hymnu świętego Franciszka

Trudno o jaskrawszą próbę zantropomorfizowania życia zwierząt niż stwierdzenie, że Ziemia jest naszą matką, którą jesteśmy w stanie obrazić. To właśnie jednak czyni Franciszek pisząc w LS (49), że „prawdziwe podejście ekologiczne zawsze staje się podejściem społecznym, które musi włączyć sprawiedliwość w dyskusje o środowisku, aby usłyszeć zarówno wołanie ziemi, jak i krzyk biednych”, a także dołączając do tego rozwlekłego i monotonnego dokumentu „chrześcijańską modlitwę wraz ze stworzeniem”, wedle której mielibyśmy zwracać się do Boga słowami: „Chwalimy Cię, Ojcze, wraz ze wszystkimi stworzeniami (…), ubodzy i ziemia wołają (…)”.

Nie sądzę, by coś podobnego miał na myśli św. Franciszek z Asyżu układając swój słynny hymn, na którym papież Franciszek usiłuje obecnie oprzeć całą „duchowość ekologiczną” (por. LS, rozdz. 6). Nie sądzę też, by św. Franciszkowi przyjemność sprawił fakt, że choć papież rozpoczyna LS od pierwszych słów tego hymnu i często go cytuje, to jednak z jakiegoś powodu pomija poruszające słowa, stanowiące jego zakończenie:

Pochwalony bądź, mój Panie, przez siostrę naszą śmierć cielesną, przed którą nikt z żyjących ujść nie może: biada umierającym w grzechu ciężkim. Błogosławieni, których zastaniesz pełniących Twą najświętszą wolę, śmierć druga nie uczyni im żadnej szkody. Chwalcie i błogosławcie mojego Pana i dzięki Mu składajcie, służcie Mu w wielkiej pokorze.

Fakt, iż św. Franciszek nazywał „naszą siostrą” nie tylko księżyc, ale też śmierć cielesną, dobrze ilustruje rozmiar nadużycia, jakim jest wykorzystanie tej metafory przez noszącego jego imię papieża.

Przeczytałem na blogu Pewsitter.com wpis opatrzony kadrem z serialu telewizyjnego All in the Family, którego tytuł dobrze oddaje coraz większą absurdalność obecnego pontyfikatu: „Czas wyłączyć show Franciszka i zachować wiarę”. Z radością bym to uczynił, gdyby tylko było to możliwe. Niestety, jednak możliwe nie jest. Wręcz przeciwnie, wydaje się, że świat będzie „wznawiał ten serial” tak długo, jak długo kontynuować go będzie jego „gwiazda”, emitując go codziennie w każdym zakątku ziemi.

Jak powiedział Joe Biden po tym, jak do prasy przedostała się wersja robocza Laudato si: „Teraz mamy odpowiedniego [człowieka]”. Niech nas Bóg ma w opiece. I niech ma w opiece swój święty Kościół.

Christopher A. Ferrara

Tłum. Tomasz Maszczyk

 

 

Ameryka jest stracona, nie ma już odwrotu – z Thomasem Flemingiem rozmawia Michał Krupa

Prof. Thomas Fleming – katolicki tradycjonalista i paleokonserwatywny myśliciel, były przewodniczący Rockford Institute, redaktor “Chronicles: A Magazine of American Culture”. Autor sześciu książek.

Po ośmiu latach prezydentury Baracka Obamy, jakim krajem są Stany Zjednoczone?

Gdy Barack Obama został wybrany na prezydenta, reakcje były podzielone w zależności od afiliacji partyjnej. Demokraci, szczególnie ci, którzy należeli do mniejszości etnicznych, oczekiwali natychmiastowego polepszenia ich warunków życia i szybkiej możliwości rozwoju. Oczekiwali również rychłego zakończenia militarnego awanturnictwa, które charakteryzowało prezydenturę jego poprzednika. Republikanie, przeciwnie, obawiali się wyższych podatków, które w połączeniu z socjalistycznymi propozycjami Obamy, doprowadziłyby do gospodarczej stagnacji i utraty szansy życiowego rozwoju. Jak się okazało, demokraci całkowicie się mylili, a republikanie byli zbyt optymistyczni. Czarni i latynoscy wyborcy nie uzyskali niczego poza większym oburzeniem, amerykańscy żołnierze nadal walczą w Afganistanie, a zainicjowana przez Amerykę “arabska wiosna” spowodowała nieopisane zniszczenia w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. Częściowe uzdrowienie gospodarcze jest powolne i niezadowalające, a klasa średnia wiąże teraz swoje nadzieje z wyborem republikanina na prezydenta, który najprawdopodobniej nie zrobi nic, aby cofnąć rewolucję, która przetoczyła się przez kraj przez ostatnie 8 lat. Ameryka jest obecnie krajem, gdzie obywatele – szczególnie ci z Południa i chrześcijanie – są zobligowani nienawidzić swojej historii i tożsamości.

Wielu konserwatystów, szczególnie w świetle ostatniej decyzji Sądu Najwyższego legalizującej tzw. małżeństwa homoseksualne, twierdzi, że wojna kulturowa w Ameryce dobiegła końca i lewica wygrała. Niektórzy proponują tzw. opcję benedyktyńską, według której chrześcijanie powinni odwrócić się od otaczającego ich liberalizmu i zacząć tworzyć zamknięte wspólnoty moralnej ortodoksji. To zbiega się ze słynnym libertariańskim postulatem “nieregulowania małżeństwa”, implikując tym samym, iż rząd nie ma żadnej roli do odegrania w ochranianiu i promocji instytucji małżeństwa. Jednak, gdy spojrzymy na klasyczną filozofię państwa, która leży w samym sercu Christianitas – lub pozostałościach tejże – nie tylko, że chrześcijanie nie powinni odwracać się od świata, lecz również władza ma moralny obowiązek karania zła i promowania cnoty, w ten sposób przyczyniając się do “wspólnego dobra” społeczności. Czy nie jest tak, iż obie te opcje są niczym innym jak zwykłą kapitulacją w obliczu kulturowej hegemonii liberalizmu?

Całkowicie nie zgadzam się z libertariańską argumentacją. Wspólnota polityczna (termin “państwo” ma wiele specyficznie historycznych konotacji, które ograniczają jego użyteczność) istnieje, jak to św. Tomasz z Akwinu genialnie wydedukował od Arystotelesa, w celu stworzenia warunków sprzyjających prawemu życiu. Nie jest w stanie skutecznie narzucić cnoty, ale poprzez zabezpieczenie praw własnościowych, ustanowienie rządów prawa, sprzyjanie cnocie i oponowaniu przeciwko występkom, zachęca swoich obywateli do prawego i dobrego życia. Tzw. opcja benedyktyńska ma więcej zalet po swojej stronie, ale jest oparta na złudzeniu, iż Zachód zasadniczo był kwitnącą i moralnie nienaruszoną kulturą aż do czasów najnowszych (np. do lat 60., lub w bardziej skrajnych przypadkach, do lat 20.). De facto, kampania na rzecz podważenia i zniszczenia Christianitas była projektem renesansowych i oświeceniowych intelektualistów, którzy ciągle są chwaleni przez katolickich teologów, którzy to nawet obecnie przywołują antykatolicką terminologię praw człowieka, demokracji i równości. Dopóki Montaigne, Locke, Kant, Hegel, Husserl i Sartre są akceptowalni w katolickich kręgach, dopóty ich członkowie nie wniosą nic użytecznego do dzieła kontrrewolucji, które jako jedyne może uratować Europę i Amerykę Północną.
Trudność pytania, tak jak je Pan zadał, jest taka, iż oparte ono jest na błędnym przeświadczeniu o tym, że małżeństwo było domeną władzy państwowej. Nic bardziej mylnego. W społecznościach przedchrześcijańskich, władcy (czy to w ateńskiej demokracji, czy w Imperium Rzymskim lub Królestwie Żydowskim) byli tylko zainteresowani cywilnymi aspektami małżeństwa – mianowicie, kto z kim może zawrzeć małżeństwo i wydać na świat dziedziców swojej własności lub poddanych i obywateli wspólnoty. Nie było, rzecz jasna, żadnych instytucji, które wdrażałyby prawa przeciwko kazirodztwu lub małżeństwom z niewolnikami lub obcymi. Strony, które czuły się pokrzywdzone w sytuacji, gdy rzekomo bezprawny spadkobierca odziedziczył majątek, mogły skorzystać z systemu prawnego danego kraju. Prawie cała reszta spraw pozostawała jednak w gestii rodzin narzeczonych.
Tryumf chrześcijaństwa niewiele zmienił w tej materii, poza eliminacją jakichkolwiek elementów pogaństwa z ceremonii zaślubin. Zaiste, do czasów Soboru Trydenckiego, obyczaje małżeńskie w Toskanii pozostały poza zasięgiem zarówno władzy cywilnej, jak i kościelnej. Śluby odbywały się w domu i jeśli obecny był ksiądz, to przede wszystkim był tam jako przyjaciel rodziny. Toskania jest być może przypadkiem skrajnym, gdyż Kościół musiał egzekwować swoje prawo nt. wolnej woli małżonków, kazirodztwa i rozwodów. Jednak w średniowiecznej Europie klasy panujące były główną przeszkodą dla porządku moralnego propagowanego przez Kościół, który musiał, pokolenie po pokoleniu, zmuszać rozpustnych królów Francji, od Charlemagna do Ludwika XV, do powstrzymywania się od cudzołóstwa i kazirodztwa.
Od czasów rewolucji francuskiej, rządy zachodnie wypowiadały, jedne po drugich, wojnę małżeństwu, liberalizując prawo rozwodowe, ograniczając władzę rodzicielską i obecnie legalizując związki erotyczne (są wszystkim, tylko nie małżeństwem– między osobami tej samej płci). Amerykańscy konserwatyści nieuchronnie oskarżają okres lat 60., ale nasza własna wojna przeciwko małżeństwu rozpoczęła się na krótko po zakończeniu rewolucji amerykańskiej i osiągnęła swoją kulminację w późnych latach XIX wieku w postaci czegoś bardzo zbliżonego do rozwodów bez konsekwencji, które stały się normą w stanach północno-wschodnich i środkowozachodnich. Pierwszym koniecznym krokiem w odbudowie instytucji małżeństwa jest uznanie, czym jest małżeństwo i jak ono było praktykowane. Uciekanie się do wspólnot wiary jest niezgodne z chrześcijańska tradycją. Nie jesteśmy, wszak, esseńczykami, lecz mężczyznami i kobietami, którzy muszą żyć w tym świecie i być przykładem dla naszych bałwochwalczych bliźnich. Z drugiej strony, nie możemy popełnić błędu marnowania czasu w zbędnych próbach przekonywania naszych antychrześcijańskich rządów do poddania się chrześcijańskim zasadom.

Ostatnie wydarzenia związane z medialnymi i politycznymi atakami na flagę konfederacką, jak również na inne symbole południowego dziedzictwa, wznieciły oburzenie u wielu Amerykanów. Dlaczego liberałowie z taką zajadłością nienawidzą Południa? Czy Południe jest naprawdę “zaściankiem zinstytucjonalizowanego rasizmu”, jak niedawno je określił pewien neokonserwatywny publicysta?

Nienawiść lewicy wobec Południa ma długą tradycję. Już Marks był entuzjastycznym zwolennikiem “chwalebnej Unii” i jest oznaką lewicowych ruchów głównego nurtu, poczynając od francuskich jakobinów, aby przeciwstawiać się utrzymywaniu tradycji, wspólnoty i wiary chrześcijańskiej. Południe, podobnie jak i wiejski Quebec, jest jedną z ostatnich pozostałości tradycyjnie chrześcijańskiej kultury w Ameryce Północnej. Nie jest przypadkiem, że flaga, którą usuwają i ściągają, zdobiona jest krzyżem św. Andrzeja.

Jaka jest Pana Profesora opinia na temat niedawno zawartej umowy w sprawie ograniczenia irańskiego programu atomowego? Czy można to uznać za umiarkowany sukces polityki zagranicznej Obamy?

Jakikolwiek ruch w kierunku normalizacji relacji z Iranem i resztą świata islamskiego na Bliskim Wschodzie jest mile widziany, ale zachowałbym słowo “sukces” dla bardziej klarownie artykułowanej polityki, która osiągnęłaby jasno określone i pożądane cele. Skoro, przynajmniej w czasach nowoczesnych, irańscy politycy i dyplomaci nigdy uczciwie nie weszli w jakiekolwiek negocjacje – są synonimem nieuczciwości i zdrady w całym świecie islamskim – możemy tylko przypuszczać, iż jakakolwiek umowa, pod którą złożą swój podpis, jest nieszczerym manewrem. Jeśli moglibyśmy uwierzyć w to, że prezydent Obama i sekretarz Kerry są tak samo przebiegli i obłudni jak Irańczycy, lub że faktycznie mają dobro Ameryki w sercu, wówczas można by skonkludować, iż ta umowa jest częściowym sukcesem. Skoro jednak ani Obama, ani Kerry nie mają najmniejszej zdolności do dyplomacji, musimy założyć, iż dali się wrobić.

Czy uważa Pan Profesor, że zdominowanie przez neokonserwatystów dyskursu nt. amerykańskiej polityki zagranicznej powoli dobiega końca, czy raczej widzimy zwykłą wymianę pokoleniową? Również, czy neokonserwatyści, według Pana, odegrali rolę w obecnym kryzysie na Ukrainie?

Neokonserwatyści sami w sobie nie mają praktycznie żadnego znaczenia. Nie formułują polityki, powtarzają jedynie slogany Partii Demokratycznej z czasów zimnej wojny i nadają im lekko konserwatywną otoczkę. Ich wielkim sukcesem był sojusz z amerykańskimi ewangelikalnymi syjonistami, którzy są uczeni patrzeć na świat jako na walkę między dobrem i złem, światłem i ciemnością. Głupotą były dążenia do przejęcia Ukrainy przez ostatnie dwie amerykańskie administracje prezydenckie. Rosjanie są wyjątkowo paranoiczni i ta paranoja nie przejawia się tylko w szeregach skrajnej prawicy, lecz obejmuje również prozachodnich liberałów, którzy wspierali Gorbaczowa i Jelcyna. Rozmawiając z doradcami politycznymi, politykami i nauczycielami akademickimi w Rosji, byłem zdumiony ich jednolitą wiarą w to, że Stany Zjednoczone i ich sojusznicy okrążają Rosję i jeden po drugim odrywają byłych klientów i sojuszników. Oczywiście, mają rację, jest to dokładnie strategia realizowana przez rząd amerykański. Rzecz jasna, Rosjanie nie są niewiniątkami i energicznie realizują strategię odzyskania przynajmniej części swojej utraconej regionalnej hegemonii. W pełni rozumiem i podzielam wiele z polskich obaw wobec Putina. To, czego nie rozumiem, to histerycznej retoryki pana Sikorskiego [Radosława Sikorskiego, b. ministra spraw zagranicznych – przyp. red.] w momencie, gdy konieczna jest dyplomacja. Brzmi tak, jakby nadal pisywał dla neokonserwatywnego “National Review”. Dla kogoś z zewnątrz, wygląda na to, iż robił wszystko, aby zagwarantować, że następna wielka wojna europejska będzie toczona na terenie Polski. Polska nie jest i nigdy już nie będzie dominującą potęgą europejską, a Stany Zjednoczone wielokrotnie już pokazywały, że są smukłą trzciną, do której władcy małych narodów przypinają swoje nadzieje.

W ubiegłym roku Pat Buchanan w jednym ze swoich artykułów zadał pytanie: “Czy Putin jest jednym z nas”? Dał do zrozumienia, że Putin coraz bardziej wypowiada się jak paleokonserwatysta. Jak Pan postrzega rosyjskiego prezydenta?

Putin jest najprawdopodobniej najbardziej zdolnym politykiem przy władzy w obecnej dobie. Wspiął się na sam szczyt rosyjskiej piramidy, sprzymierzając się z każdym sektorem, na którym można oprzeć władzę, w tym z kręgami wojskowymi i wywiadowczymi, bankowością i przemysłem oraz organizacjami przestępczymi. Prawdziwie jest capo di tutti capi. Nie jest bez wad i wielokrotnie w swoich działaniach w kontekście Ukrainy wydaje się, że przeholował. Największe zagrożenie dla jego władzy nie pochodzi z USA ani UE, lecz od jego własnych sprzymierzeńców, którzy zwrócą się przeciwko niemu, jeśli tylko zacznie popełniać serię znaczących błędów. Wydaje się widzieć samego siebie nie jako następcę Lenina i Stalina, lecz wielkich carów, których portrety wiszą w jego gabinecie. Cokolwiek by osobiście myślał o tradycyjnej moralności czy prawosławiu, zapewne wie, iż są to siły instrumentalne w odbudowie kraju. Jak wielu publicystów, Pat Buchanan może czasami przesadzić z potrzebą formułowania uproszczeń, aby opisać świat naiwnym i niedouczonym czytelnikom. Mając to na uwadze, nawet jeśli Putin jest całkowicie cyniczny i bez skrupułów, nie jest, mimo wszystko, wrogiem naszej cywilizacji i religii, co umieszcza go w całkowicie innej kategorii niż przywódców UE i USA.

Śp. prof. Tomas Molnar, autorytet wśród paleokonserwatystów, kiedyś zauważył, że “Nasza cywilizacja niewątpliwie zniknie w dniu, w którym Kościół katolicki i Stany Zjednoczone dołączą do rewolucji”. 50 lat po Soborze Watykańskim II, z papieżem, który bardziej woli promować teorię nt. zmian klimatycznych spowodowanych działalnością człowieka, niż skarcić takie decyzje, jak legalizacja tzw. małżeństw homoseksualnych w niegdyś chrześcijańskich krajach i ze Stanami Zjednoczonymi przesuwającymi się coraz bardziej na lewo politycznie i kulturowo, czy nasz wspólny dom, Cywilizacja Zachodnia, naprawdę kończy się?

Mój stary przyjaciel, Tomas Molnar, był jednym z niewielu światłych ludzi, których miałem okazję znać. Myślę, że tuż przed swoją śmiercią był przekonany, że rząd i masowa kultura Stanów Zjednoczonych stały się zaawansowanymi instrumentami rewolucji. To, tak a propos, jest powodem, dla którego niegdyś antyamerykańska lewica stała się tak nacjonalistyczna, ponieważ postrzega Stany Zjednoczone jako wielki rewolucyjny avant garde, niszczący bariery religii i tradycji na całym świecie. Jak oświadczyła Hillary Clinton, jesteśmy gotowi prowadzić wojnę w celu “emancypacji” kobiet.
Odnośnie do obecnego papieża – cóż, im mniej powiem, tym lepiej. Jak na razie, nie widzę żadnych znaków herezji, choć jest tak samo niezdarnym i amatorskim dyplomatą jak nasz prezydent. Jego retoryka, ktokolwiek jest jej autorem, jest zwyczajnie głupkowata i wstyd mi jest czytać nieporadne próby tzw. konserwatywnych katolików, którzy go bronią. Ci, którzy uważnie przestudiowali historię naszego Kościoła, doskonale wiedzą, że następcy św. Piotra nie zawsze błyszczeli inteligencją lub erudycją, a nawet zdrowym rozsądkiem. Zapewne nie jest on najgorszym papieżem w historii – przeżyliśmy Leona X i papieży tzw. pornokracji – i być może w jakiś sposób przyczyni się do jakiegoś dobra. Jako katolik, wolę koncentrować się bardziej na tym, czego nas Kościół nauczał przez 2000 lat, niż angażować się w idolatrię lub krytykę papiestwa.

Czy z Pana perspektywy, jest ktokolwiek wśród obecnych kandydatów na prezydenta, który przynajmniej w jakimś stopniu mógłby zaspokoić oczekiwania tradycyjnego konserwatysty, jak Pan Profesor? Z jakimi przynajmniej trzema domenami polityki musiałby się zmierzyć prawdziwie konserwatywny prezydent?

Odpowiadając na pierwszą część pytania – nie. Myślę, że konserwatysta musi być wyrazicielem jasnej wizji ludzkiej natury. Musi rozumieć, że człowiek jest określoną i ograniczoną istotą i jego natura jest niezmienna. Człowiek nie może być przedmiotem eksperymentowania, tak jak przy próbach zrobienia z kobiet mężczyzn, czy też promocji fikcji zwanej małżeństwem homoseksualnym. Wraz z takim pojmowaniem osoby ludzkiej, prezydent-konserwatysta przystąpiłby do dewolucji państwa opiekuńczego, jako przeszkody dla ludzkiej godności, i popierałby powrót do starej amerykańskiej unii, opartej na federalizmie i subsydiarności, pozwalającej wspólnotom na rozwiązywanie własnych problemów. Wreszcie, rozciągnąłby tę samą zasadę na inne kraje i nie pozwoliłby Ameryce dać się wciągnąć w konflikty lub masowe ruchy (np. arabska wiosna), z których nie wynikałyby żadne korzyści dla narodu amerykańskiego. Obecnie nie widzę ani jednego kandydata, który ma rację przynajmniej w jednej z tych kwestii. Od jakiegoś czasu, każdy nowy prezydent okazuje się być gorszy niż jego poprzednik i, jakkolwiek trudno w to uwierzyć, taki Jeb Bush czy Rand Paul mógłby z łatwością być gorszym prezydentem niż Obama, który już i tak jest o wiele gorszy niż George W. Bush, który był o wiele gorszy niż Clinton.

Co by Pan doradził polskim konserwatystom walczącym w okopach naszej własnej wojny kulturowej?

Przez wiele lat miałem okazję rozmawiać z konserwatystami w Europie i największym błędem, jaki u nich zauważyłem, jest ich przypuszczenie, że anglo-amerykański konserwatyzm ma dla nich gotowe rozwiązania. Bardzo niewielu, niestety, w wystarczający sposób rozumiało i znało amerykańską historię, przynajmniej na tyle, aby wyciągnąć użyteczne wnioski z naszego doświadczenia. Nieuchronnie więc ciążyli najpierw ku klasycznym liberałom/kapitalistom z “National Review”, a później ku katolickim neokonserwatystom, u których teologia zawsze zajmuje drugorzędne miejsce wobec deliberacji natury politycznej i gospodarczej.
Jednym użytecznym punktem styczności – na temat którego chciałem kiedyś w Polsce zorganizować konferencję- jest nacisk amerykańskiego Południa na prawa stanowe, lokalizm i zdecentralizowane struktury polityczne ze zdecentralizowanym ustrojem polskim, który zbyt wielu historyków określiło jako anarchiczny. Oczywiście żaden system nie jest doskonały, ale w epoce, która ciąży ku rządom światowym – marzeniu nazistów oraz marksistów – restauracja tego starszego, chrześcijańskiego pojmowania ładu politycznego, byłaby pokrzepiającą alternatywą. Wśród narodów środkowej i wschodniej Europy, Polacy mają szczęście posiadać jedną z najbardziej bogatych tradycji intelektualnych i literackich. Moje własne zainteresowania zostały pobudzone przez rozmowy z moim starym szefem, Leopoldem Tyrmandem. Choć Tyrmand – krytyk jazzowy i wielki swinger – nie był katolickim tradycjonalistą, miał zamiłowanie do polskiej tradycji literackiej i to on zachęcał mnie, abym sięgnął po historyczne opowieści Sienkiewicza. Naturalnie, można przedobrzyć i nawet patriotyczne przywiązanie do literatury własnego narodu może przerodzić się w zwykłą parafiańszczyznę i prowincjonalność. Jednak jeśli kulturowy patriotyzm jest połączony ze studium klasycznych i mediewalnych tradycji kulturowych, konserwatyści w Polsce mieliby potężną broń do zwalczania pustych i głupich herezji nowoczesnego świata. Jeden angielski pisarz, z którego dorobku Polacy mogliby wiele czerpać, to Gilbert Keith Chesterton, który kochał Polaków.

W bieżącym miesiącu minęła 41. rocznica rezygnacji prezydenta Richarda Nixona. Choć powszechnie uważa się go za liberalnego prezydenta, zauważam, iż wielu paleokonserwatystów i prawicowców ma wiele dobrego do powiedzenia o 37. prezydencie. Czy Richard Nixon był naprawdę li tylko oszustem i politycznym przestępcą, czy też ta fascynująca postać ma jeszcze inne oblicze?

Wychowywano mnie tak, abym nienawidził Richarda Nixona. I nienawidziłem go aż do “Watergate”, gdy spostrzegłem, że antyamerykańscy lewicowcy z Partii Demokratycznej, łącząc siły z tchórzliwymi republikanami, byli gotowi wyrzucić za burtę prezydenta i męża stanu w szczytowym okresie zimnej wojny. Jest to złożony problem, ale wystarczy powiedzieć, że Nixon wcale nie był bardziej nikczemny niż jego poprzednicy oraz że choć popełniał błędy w polityce krajowej, był ostatnim intelektem pierwszej klasy w Białym Domu. Miałem okazję go trochę poznać w późniejszych latach, wymieniałem się listami i pewnego razu nawet spędziłem większą część dnia z nim. Mówił pełnymi zdaniami, grupowanymi w koherentnych paragrafach. Dzięki swojemu światłemu umysłowi, posiadał doskonałe pojmowanie historii i makiaweliczne rozumienie politycznej rzeczywistości. Miał swoją ciemną stronę i był nękany przez osobiste demony, ale bliżej mu do tragicznego bohatera niż czarnego charakteru wymyślonego przez media.

Popularna konserwatywna autorka Ann Coulter niedawno opublikowała książkę pt. “Adios America”, odnosząc się do masowego napływu nielegalnych imigrantów do Stanów Zjednoczonych z Meksyku i nie tylko. Cisi zwolennicy tego procederu ciągle określają Amerykę jako “naród propozycyjny”, oparty na swoistym “credo”, który nie jest związany ani krwią, ani etnicznością. Paleokonserwatyści od początku ostrzegali, że amnestia dla nielegalnych imigrantów nie tylko zmieni kulturowe oblicze Ameryki – z nade wszystko europejskim rodowodem, lecz również przyniesie ze sobą liczne problemy społeczne. Kto ma rację w tym sporze?

Miło jest widzieć, gdy popularna autorka budzi się i dostrzega otaczającą nas amerykańską rzeczywistość. Mocno spóźniła się jednak w swoich konkluzjach, a jej rozumienie problemu jest trywialne. Główne problemy nie wynikają z samego faktu meksykańskiej imigracji, wśród której są i dobre, i złe elementy (choć hojność naszego państwa opiekuńczego przyciąga sporą liczbę zależnych od niego przestępców). Nie, problem tkwi w Ameryce, która utraciła swoją tożsamość i swoje zasady. Ameryce, której tzw. konserwatyści bronią otwartych granic jako sposobu przyciągania tańszych pracowników dla amerykańskich korporacji i której lewicowcy witają z radością moralne i kulturowe zamieszanie wynikłe z napięć etnicznych. Po prostu nie ma żadnej paraleli w historii z narodowym samobójstwem, jakie Stany Zjednoczone popełniają od lat 60.
Tym razem sytuacja różni się od poprzednich fal imigracji, gdyż Meksykanie nie muszą się asymilować. Mogą słuchać meksykańskiego radia, oglądać meksykańską telewizję i filmy oraz czytać meksykańską prasę. Jeśli w ogóle zaczynają się już amerykanizować, ich lojalność wobec Meksyku jest natychmiast wzmacniania przez nowo przybyłych imigrantów i dzięki tanim wycieczkom do Meksyku.
Co więcej, Stany Zjednoczone stworzyły całą sieć centrów propagandy – nazywamy je szkołami publicznymi – które pouczają zarówno autochtonów, jak i przybyszów, że cała historia Ameryki jest oparta na bigoterii, chciwości i wyzysku. I jak tu się nie dziwić, że Meksykanie chcą pozostać Meksykanami.
Sytuacja wymknęła się spod kontroli i jest nieuleczalna. Pamiętam rozmowę z pewnym senackim asystentem około 1980 r. Tłumaczył mi, że jeśli nie powstrzymamy masowej imigracji w ciągu dekady, Ameryka będzie stracona. Miał absolutną rację i nie ma już odwrotu. Ameryki, w której wzrastałem, już nie ma (poza małymi gniazdami), podczas gdy naszymi współczesnymi bohaterami są gwałtowni sportowcy, zdegenerowani artyści i narko-terroryści, sławieni w najbardziej popularnej formie meksykańsko-amerykańskiej rozrywki, narco-corridosy [“narkotykowa ballada”]. To nie przemoc i przestępczość same w sobie są największym problemem, lecz amerykańska ochoczość do akceptacji nowego status quo.
Niestety, jakiekolwiek formy oporu istnieją, ciążą one ku strachowi, nienawiści i przemocy. Jest to walka, w której czymś moralnie niebezpiecznym jest zaangażować się po którejkolwiek ze stron. Wiele pisałem i zredagowałem dwie książki na ten temat, ale coraz bardziej niechętnie do tego się odnoszę w obawie, iż napiszę coś, co może doprowadzić jakąś pogubioną duszę w stronę nienawiści. Nacjonalizm – w przeciwieństwie do patriotycznej miłości własnego ludu i jego tradycji – niemalże zawsze przekształca się w zajadłość. I choć musimy ciągle mówić o tym, co sami sobie robimy w tym kraju, musimy, jako chrześcijanie, odrzucić jakiekolwiek ruchy, które określają siebie w kategoriach nienawiści.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Michał Krupa

Za: Goniec.net (08, październik 2015)

 

Warunki odpustu zupełnego (1 – 8 listopada)

Radio Maryja

 

fot. PAP/Bartłomiej Zborowski

Dar odpustu

Nawiedzając z modlitwą kościół lub kaplicę w uroczystość Wszystkich Świętych oraz w Dniu Zadusznym, możemy pod zwykłymi warunkami uzyskać odpust zupełny, czyli całkowite darowanie kar dla dusz w czyśćcu cierpiących. Ponadto wypełniając określone warunki, możemy uzyskać odpust zupełny od 1 do 8 listopada za pobożne (czyli modlitewne) nawiedzenie cmentarza. Odpust zupełny możemy uzyskać raz dziennie. Warunki uzyskania odpustu zupełnego:

1. Wzbudzić intencję jego otrzymania.
2. Być w stanie łaski uświęcającej.
3. Wyzbyć się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu.
4. Przyjąć w tym dniu Komunię Świętą.
5. Odnowić naszą jedność ze wspólnotą Kościoła poprzez odmówienie: “Ojcze nasz”, “Wierzę w Boga” oraz modlitwy w intencjach bliskich Ojcu Świętemu.

Rozróżnia się odpust: zupełny i cząstkowy.

Odpust zupełny –  uwalnia od kary doczesnej należnej za grzechy w całości.

Odpust cząstkowy – uwalnia od kary doczesnej należnej za grzechy w części, jest oznaczany bez określania dni lub lat. Kryterium miary tego odpustu stanowi wysiłek i gorliwość, z jaką ktoś wykonuje dzieło obdarzone odpustem cząstkowym.

Co to jest?

Grzech – odwrócenie się od Boga w stronę stworzenia; świadome i dobrowolne wykroczenie przeciw prawu Bożemu; wybranie swojej woli wbrew woli Bożej.

Kara – w Biblii zawsze ma wymiar naprawczy: ma doprowadzić grzesznika do nawrócenia, pomóc mu zrozumieć popełniony błąd, naprawić zło. Jest konsekwencją grzechu, odrzucenia świętości Boga. Kara jest tamą postawioną grzechowi.

Wina – odpowiedzialność człowieka, którą jako istota rozumna i wolna ponosi za popełnione przez siebie zło, ewentualnie obojętność na nie.

Rozgrzeszenie – sakramentalne odpuszczenie win, zanurzenie grzesznika w Bożym miłosierdziu. Aby mogło się dokonać, konieczne jest spełnienie 5 warunków: dobry rachunek sumienia, żal za popełnione zło, szczere wyznanie win, postanowienie poprawy zakładające wyzbycie się przywiązania do grzechu, naprawienie wyrządzonego zła.

Niebo – stan zbawienia, eschatologicznej radości. Miejsce, w którym Bóg gromadzi zbawionych. Niekończące się szczęście płynące z faktu przebywania w bliskości Ojca.

Piekło – utrwalona na wieki konsekwencja odwrócenia się od Boga i zwrócenia się ku stworzeniu, własnego egoizmu, który zamknął człowieka wyłącznie w kręgu jego własnych spraw; źródłem cierpienia w piekle jest brak Boga, świadomość niewykorzystanej szansy, brak miłości. Piekłem jest brak nadziei.

Czyściec – stan oczyszczenia, jakiego doświadczają ci, którzy umarli w stanie przyjaźni z Bogiem, nie są jednak jeszcze dostatecznie czyści, w pełni gotowi do tego, aby doświadczyć radości zbawienia.

***

Jak pomóc zmarłym?

1. Ofiarowanie w ich intencji Mszy św. i Komunii św.
2. Przebaczenie zmarłemu wszystkiego, czym wobec nas zawinił.
3. Post, jałmużna, ofiarowane odpusty.
4. Modlitwa, w tym modlitwa wypominek.

Wszystko, co podejmujemy z myślą o zmarłych, powinniśmy zanurzać w odkupieńczej ofierze Chrystusa, bo tylko wtedy możemy ufać, że nasza modlitwa i ofiara będą dla nich pomocne. Ważne są kwiaty, znicze, troska o groby. One ocalają pamięć, przypominają o celu ludzkich dążeń, scalają rodzinę, przypominają wspólne dziedzictwo. To jednak za mało. “Życie ludzkie zmienia się, ale się nie kończy” – słyszymy w prefacji podczas Mszy św. żałobnej. Wiara w “świętych obcowanie” stwarza jedyną w swoim rodzaju okazję, by pomóc naszym zmarłym w osiągnięciu pełni zbawienia. Materia ma tutaj niewielkie znaczenie. Najważniejsze są dary duchowe, które możemy im ofiarować, pokuta, dzięki której nie tylko zostanie skrócony czas cierpienia w czyśćcu, ale też dokona się nasze nawrócenie.

***

Warunki uzyskania odpustu zupełnego:
1. Wykluczyć wszelkie przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego (dyspozycja).
2. Wykonać czynności obdarzone odpustem.
3. Wypełnić trzy warunki:

– Spowiedź sakramentalna lub bycie w stanie łaski uświęcającej;
– Przyjęcie Komunii Świętej (po jednej Komunii Świętej możemy uzyskać tylko jeden odpust zupełny);
– Odmówienie modlitwy w intencjach Ojca Świętego. (Nie chodzi o modlitwę w intencji samego Papieża, ale w wyznaczanych przez Ojca Świętego).

Jeżeli nie ma pełnej dyspozycji wykluczenia przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, odpust będzie tylko cząstkowy.

***

Odpusty zupełne możliwe do uzyskania każdego dnia:

1. Za adorację Najświętszego Sakramentu przez pół godziny. Za samo tylko nawiedzenie Najświętszego Sakramentu odpust cząstkowy.

2. Za odmówienie cząstki Różańca (czyli 5 dziesiątków) w kościele, w publicznej kaplicy, w rodzinie, w społeczności zakonnej, w stowarzyszeniu publicznym.

Warunki:

1. Trzeba odmówić 5 dziesiątków bez przerwy;
– Do modlitwy ustnej trzeba dodać rozmyślanie tajemnic różańcowych;
– Przy publicznym rozważaniu Różańca trzeba zapowiadać odmawiane tajemnice według przyjętego zwyczaju.

3. Za nawiedzenie kościoła parafialnego w dniu święta tytularnego i w dniu 2 sierpnia (Matki Bożej Anielskiej).
4. Za nawiedzenie kościoła, w którym odbywa się synod diecezjalny.
5. Za pobożne nawiedzenie kościoła lub ołtarza w dniu jego konsekracji.
6. Za pobożne nawiedzenie kościoła lub kaplicy zakonnej w dniu święta założyciela zakonu.
7. Jeżeli nie ma kapłana, który udzieliłby umierającemu sakramentów i odpustu zupełnego, to Kościół mu je udzieli w momencie śmierci, jeżeli jest odpowiednio dysponowany i za życia miał zwyczaj odmawiania jakichkolwiek modlitw. Do uzyskania tego odpustu chwalebną jest rzeczą posługiwać się krucyfiksem lub krzyżem. Taką odpowiednią dyspozycją w godzinie śmierci jest stan łaski uświęcającej i wolność do przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet lekkiego.

***

Odpusty cząstkowe możliwe do uzyskania wielokrotnie każdego dnia

Są trzy ogólne warunki uzyskania odpustu cząstkowego:

1. Wierny dostępuje odpustu cząstkowego, jeśli w czasie spełniania swoich obowiązków i w trudach życia wznosi myśli do Boga z pokorą i ufnością, dodając w myśli jakiś akt strzelisty, np. “Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami”
2. Jeśli wierny powodowany motywem wiary przyjdzie z pomocą potrzebującym współbraciom, pomagając im osobiście lub dzieląc się z nimi swoimi dobrami, uzyskuje odpust cząstkowy
3. Gdy wierny w intencji umartwiania się, odmówi sobie czegoś godziwego, a przyjemnego dla siebie, uzyskuje odpust cząstkowy. Warunek ten ma zachęcić wiernych do praktykowania dobrowolnych umartwień

Odpust cząstkowy jest związany z odmówieniem wielu znanych modlitw i można go uzyskać wielokrotnie w ciągu dnia. Niektóre z modlitw związanych z odpustem cząstkowym to: Anioł Pański (lub Regina Caeli w Okresie Wielkanocnym); Duszo Chrystusowa; Wierzę w Boga; Psalm 130 (Z głębokości); Psalm 51 (Zmiłuj się…); odmówienie Jutrzni lub Nieszporów za zmarłych; Panie, Boże wszechmogący (modlitwa z Liturgii Godzin, Jutrznia w Poniedziałek II tygodnia psałterza); modlitwa św. Bernarda (Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo); Wieczny odpoczynek; Witaj, Królowo, Matko Miłosierdzia; Pod Twoją obronę; Magnificat; odmówienie jednej z sześciu litanii zatwierdzonych dla całego Kościoła (do Najświętszego Imienia Jezus, do Najświętszego Serca Pana Jezusa, do Najdroższej Krwi Chrystusa Pana, Loretańskiej do NMP, do świętego Józefa lub do Wszystkich Świętych); pobożne uczynienie znaku Krzyża świętego.

***

Ponadto dla Polski zostały zatwierdzone także dwa dodatkowe odpusty zupełne:

– Uczestnictwo w nabożeństwie Gorzkich Żalów jeden raz w Wielkim Poście w jakimkolwiek kościele na terenie Polski;
– Nawiedzenie dowolnej bazyliki mniejszej w następujące dni:

* w uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła (29 czerwca)
* w święto tytułu
* w dniu 2 sierpnia (odpust “Porcjunkuli”)
* jeden raz w ciągu roku w dniu określonym według uznania