OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Miesięczne archiwum: Październik 2015

Na synodzie przegrała katolicka moralność – Roberto de Mattei

Dokument końcowy synodu prezentowany jest jako sukces: papieża, konserwatywnych ojców synodalnych i zachodnich progresistów. Ale, jak zauważa prof. Roberto de Mattei, to nieprawda. Prace biskupów zakończyły się klęską. „W ostatecznym rozrachunku stajemy wobec niejasnego i wewnętrznie sprzecznego dokumentu, który każdemu pozwala na odtrąbienie zwycięstwa – nawet jeśli nikt niczego nie wygrał. Wszyscy przegrali, a w pierwszej kolejności katolicka moralność, głęboko upokorzona przez synod o rodzinie” – podkreśla włoski historyk Kościoła.

„By lepiej zrozumieć przebieg wypadków, musimy cofnąć się do wieczora 22 października, kiedy ojcom synodalnym zaprezentowano sprawozdanie końcowe, wypracowane przez komisję powołaną ad hoc na podstawie zmian do Instrumentum laboris proponowanych przez grupy robocze (circuli minors) wyszczególnione na podstawie języka” – przypomina Roberto de Mattei. Ojcom synodalnym przekazany został wyłącznie tekst w języku włoskim, zakazano im także konsultowania go z audytorami i innymi uczestnikami zgromadzenia.

„Tekst nie brał pod uwagę 1355 poprawek zaproponowanych w ciągu trzech poprzednich tygodni, a w istocie była to kolejna propozycja wprowadzenia Instrumentum laboris, wraz z akapitami, które wywołały w sali obrad największą krytykę: o homoseksualizmie i rozwodnikach w kolejnych związkach” – czytamy na łamach „Corrispondenza Romana”. Zaproponowano ojcom, by w krótkim czasie pracowali nad dokumentem w języku, który nie wszystkim był dobrze znany. „Ale rankiem 23 października papież Franciszek, który zawsze z uwagą śledził prowadzone prace, stanął wobec niespodziewanego odrzucenia dokumentu przygotowanego przez komisję” – dodaje de Mattei. W trakcie dyskusji przeciwko ponownemu narzuceniu Instrumentum laboris wystąpiło 51 ojców synodalnych, w tym m.in. kardynałowie Marc Ouellet, Angelo Bagnasco, Carlo Caffarra, arcybiskupi Joseph Kurtz (przewodniczący amerykańskiego episkopatu), Zbigniew Gądecki, Zbigniew Stankiewicz (Łotwa), Tadeusz Kondrusiewicz (Białoruś) i biskup Hlib Łonczyna (kierujący eparchią Świętej Rodziny w Londynie).

Dokument nie mógł zostać ponownie zaprezentowany, dlatego z rozwiązaniem sytuacji kryzysowej pośpieszyli duchowni pracujący w grupie niemieckojęzycznej. „Między piątkowym popołudniem i sobotnim porankiem komisja zmieniła tekst, który następnie został 24 października odczytany w sali obrad synodalnych, a po południu odbyto nad nim głosowanie, w którym każdy z 94 akapitów otrzymał kwalifikowaną większość dwóch trzecich głosów” – relacjonuje Roberto de Mattei. Kardynał Schönborn w trakcie sobotniej konferencji prasowej już antycypował wyniki głosowania dotyczącego najbardziej kontrowersyjnego tematu obrad: Komunii dla rozwodników. Austriacki kardynał podkreślał, że kluczowym pojęciem będzie „rozeznanie”, o którym nauczał Jan Paweł II w „Familiaris consortio”. Kwestii „rozeznania” i „integracji” przyjęty dokument poświęca aż trzy paragrafy: 84, 85 i 86. Paragraf 85, wywołujący największą krytykę, został przyjęty… jednym głosem.

„Na zakończenie synodu biskupów wizerunek papieża Franciszka nie jawił się jako wzmocniony, tylko nadszarpnięty i osłabiony. Popierany przez niego dokument został rankiem 23 października – był to jego czarny dzień – otwarcie odrzucony przez większość ojców synodalnych. Mowa końcowa papieża Bergolio w ogóle nie wyrażała entuzjazmu wobec końcowego Relatio, potwierdzała niezadowolenie papieża z powodu ojców synodalnych broniących tradycyjnych stanowisk” – przypomina Roberto de Mattei.

Papież mówił wówczas, że zamknięcie synodu wiąże się z obnażeniem „zamkniętych serc, które często ukrywają się nawet za nauczaniem kościoła, albo za dobrymi intencjami, aby zasiąść na katedrze Mojżesza i sądzić, czasami z poczuciem wyższości i z powierzchownością, trudne przypadki i zranione rodziny”. Jak stwierdził wówczas Ojciec święty, celem synodu było „otwarcie szerszych horyzontów”, wzniesienie się ponad „hermeneutykę konspiracji” i „zawężanie perspektyw” w celu obrony i propagowania „wolności dzieci Bożych”. „Ostre słowa, wyrażające rozgoryczenie i niezadowolenie. Z pewnością nie są to słowa zwycięzcy” – komentuje włoski historyk.

Progresiści nie odnieśli na synodzie zwycięstwa. Z proponowanego tekstu usunięto przygotowane przez nich wzmianki o homoseksualizmie, a paragrafy mówiące o rozwodnikach żyjących w kolejnych związkach nie są tak jednoznaczne, jak na to liczyli. „Konserwatyści także nie mogą odtrąbić zwycięstwa. Skoro 80 ojców synodalnych, jedna trzecia synodu, głosowało przeciwko 86 paragrafowi, to oznacza to, że nie był on satysfakcjonujący. Fakt, że paragraf ten został przyjęty dzięki jednemu głosowi nie unieważnia zawartej w nim trucizny” – ocenia profesor de Mattei.

„Relatio finalis” stwierdza, że rozwodnicy powinni móc poczuć się jak „żywe członki Kościoła”, którym oferowana jest „ścieżka towarzyszenia i rozeznania”, oraz pełniejsze uczestnictwo w życiu Kościoła. „A czym jest żywy członek Kościoła, pełniej uczestniczący w jego życiu, jeśli nie człowiekiem znajdującym się w stanie łaski i mogącym przyjmować Komunię?” – pyta historyk Kościoła. Tego przegłosowany tekst na pewno nie wyklucza. Drzwi zostały więc uchylone.

„Relatio nie stwierdza, że rozwodnicy żyjący w kolejnym związku posiadają prawo przystępowania do Komunii (a przez to prawo do cudzołóstwa), ale de facto zaprzecza, że Kościół posiada publiczne prawo do określania stanu takich osób jako cudzołóstwa. Pozostawiając odpowiedzialność związaną z taką oceną sumieniu duszpasterza oraz rozwodnikom żyjącym w kolejnym związku. Podejmując po raz kolejny język Dignitatis Humanae, nie chodzi o pozytywne prawo do cudzołóstwa, ale o prawo negatywne polegające na tym, by nie przeszkadzano im z korzystania z niego. Innymi słowy, chodzi o prawo do wolności od jakiegokolwiek przymusu w kwestiach moralnych” – tłumaczy de Mattei. Zgodnie z optyką zaprezentowaną w Relatio, wspólnota wiernych nie może wymagać od Kościoła, by ten przeciwdziałał godzącemu w nią publicznemu grzechowi.

„W rzeczywistości Komunia nie jest jedynie aktem indywidualnym, jest także aktem publicznym dokonywanym we wspólnocie wiernych. Kościół, nie wchodząc w forum wewnętrzne, zawsze zabraniał udzielania Komunii rozwodnikom żyjącym w kolejnych związkach ponieważ jest to grzechem publicznym, dokonywanym na forum publicznym. Prawo moralne jest wchłanianie przez sumienie stające się czymś nowym nie tylko teologicznie i moralnie, ale i kanonicznie” – czytamy.

Koresponduje to z perspektywą obecną w dokumentach papieża Franciszka, dotyczących nowych procedur stwierdzania nieważności małżeństwa.

Jak można było przeczytać na łamach „Corriere della Sera”, „Przywracając biskupom prawo osądu w kwestiach stwierdzania nieważności małżeństwa papież nie zmienił statusu rozwodników, ale dokonał olbrzymiej, cichej reformy papiestwa”. Moralność „poszczególnych przypadków” została odwzorowana w skali Kościoła powszechnego. 17 października papież Franciszek przemawiając do ojców synodalnych stwierdził, że zachowania prezentowane przez biskupów na jednym kontynencie jako normalne, na innym postrzegane są jako „niemal skandaliczne”, co w jednym społeczeństwie jest postrzegane jako wolność sumienia, w innym jest rozumiane jedynie jako zwykłe zamieszanie. Ojciec święty wytłumaczył to różnicami międzykulturowymi i wezwał do inkulturacji „ogólnych zasad”, co ma zapewnić ich poszanowanie i stosowanie.

Jak zauważa de Mattei, moralność „poszczególnych przypadków” relatywizuje i rozkłada prawo moralne, które z definicji posiada absolutny i uniwersalny charakter. „W ostatecznym rozrachunku stajemy wobec niejasnego i wewnętrznie sprzecznego dokumentu, który każdemu pozwala na odtrąbienie zwycięstwa – nawet jeśli nikt niczego nie wygrał. Wszyscy przegrali, a w pierwszej kolejności katolicka moralność, głęboko upokorzona przez synod o rodzinie” – podkreśla prof. Roberto de Mattei.

Źródło: „Corrispondenza Romana”, Rorate Caeli

HOŁD RUSKI, czyli najbardziej ukrywana data w historii Polski

Oraz najbardziej ukrywany polski obraz. 29 października 1611 r. w Warszawie car Rosji Wasyl IV Szujski złożył – klękając, bijąc czołem i całując królewską dłoń – hołd siedzącemu na tronie Zygmuntowi III Wazie

holdruski

„Bywało siła triumfów, bywało za pradziadów naszych siła zwycięstw (…) ale hospodara moskiewskiego tu stawić, gubernatora ziemi wszystkiej przyprowadzić, głowę i rząd państwa moskiewskiego tego panu swemu i Ojczyźnie oddawać, to dopiero dziwy, nowina, męstwo rycerstwa (…) sama sława!”. Tak przemawiał podkanclerz Feliks Kryski na uroczystym wspólnym posiedzeniu Sejmu i Senatu Rzeczypospolitej na Zamku Królewskim w Warszawie 400 lat temu 29 października 1611 roku – przypominał kilka lata temu prof. Józef Szaniawski.
To był hołd ruski. Obecny był król, prymas, biskupi, wojewodowie, posłowie i senatorowie, czołowi politycy i dowódcy wojska. Ale najważniejszy wśród nich był wielki mąż stanu, wódz i hetman Stanisław Żółkiewski. To właśnie on rozbił w bitwie pod Kłuszynem potężną armię rosyjską, zdobył Moskwę, a 29 października 1611 roku przywiódł do Warszawy wziętych do niewoli wrogów Polski. Byli to car Rosji Wasyl IV, jego żona caryca Katarzyna, dowódca armii rosyjskiej – wielki kniaź Dymitr oraz następca moskiewskiego tronu – wielki książę Iwan. U wylotu Krakowskiego Przedmieścia na plac Zamkowy został wybudowany łuk triumfalny.

 

U wylotu Krakowskiego Przedmieścia na plac Zamkowy został wybudowany łuk triumfalny.

Na ulice wyległy tysiące warszawiaków i przyjezdnych gości z całej Polski, aby z bliska obejrzeć wziętego do polskiej niewoli Wasyla IV, który sam siebie tytułował carem i samowładcą całej Rosji. Pod łukiem triumfalnym przejechał najpierw zwycięski wódz i hetman Stanisław Żółkiewski, za nim inni dowódcy wojska polskiego, zwycięscy żołnierze, a na końcu car i jeńcy rosyjscy.

Tomasz Dolabella "Przyjecie Szujskich w Sali Senatu w 1611 roku", obraz zaginiony

W konwoju i pod eskortą polskich dragonów przez Krakowskie Przedmieście zostali doprowadzeni na Zamek Królewski.

Tomasz Makowski "Stanisław Żółkiewski przedstawiający na sejmie warszawskim w 1611 r. cara Wasyla Szujskiego", sztych, 1613

Tutaj nastąpił moment kulminacyjny, oczekiwany przez wszystkich hołd ruski. Car Rosji schylił się nisko do samej ziemi, tak że musiał prawą dłonią dotknąć podłogi, a następnie sam pocałował środek własnej dłoni. Wasyl IV złożył przysięgę i ukorzył się przed majestatem Rzeczypospolitej, uznał się za pokonanego i obiecał, że Rosja nigdy już więcej na Polskę nie napadnie.

Vasili_IV_of_Russia

Dopiero po tej ceremonii król Polski Zygmunt III Waza podał klęczącemu przed nim rosyjskiemu carowi rękę do pocałowania.

Z kolei wielki kniaź Dymitr, dowódca pobitej przez wojsko polskie pod Kłuszynem armii rosyjskiej, upadł na twarz i uderzył czołem przed polskim królem i Rzecząpospolitą, a następnie złożył taką samą przysięgę jak car. Wielki kniaź Iwan też upadł na twarz i trzy razy bił czołem o posadzkę Zamku Królewskiego, po czym złożył przysięgę, a na koniecrozpłakał się na oczach wszystkich obecnych. W trakcie całej ceremonii hołdu ruskiego na podłodze przed zwycięskim hetmanem, królem i obecnymi dostojnikami Rzeczypospolitej leżały zdobyte na Kremlu rosyjskie sztandary.

W roku 1612 car Wasyl i towarzyszące mu osoby zginęli w tajemniczych okolicznościach w Gostyninie k. Płocka, zamordowani przez rosyjską agenturę działającą w Polsce. Dopóki żył Wasyl IV, bojarzy nie mogli wybrać nowego cara. Jednym z inicjatorów zgładzenia Wasyla IV był założyciel nowej carskiej dynastii Michaił I Romanow, od 1613 roku rządzący na Kremlu.

Zamek w Gostyninie koło Płocka

Takich wielkich zwycięstw jak Kłuszyn i triumfów jak hołd ruski mieliśmy w naszej historii zaledwie kilka. Zdecydowanie więcej doświadczyliśmy wielkich klęsk narodowych. Wszystkie przegrane powstania, tragiczny wrzesień 1939 r., klęska Polski w II wojnie światowej, Katyń, Oświęcim, deportacje na Syberię. Tak – rocznice tych tragicznych wydarzeń są na ogół czczone uroczyście, są odsłaniane, a zwycięstw często jakbyśmy się wstydzili. Dotyczy to przede wszystkim hołdu ruskiego i Kłuszyna, które są dla Rosjan od 400 lat ważnym memento. W rosyjskiej tradycji po dziś dzień (!) funkcjonuje charakterystyczny respekt przed Polakami oraz Polską dużo słabszą od Rosji.

Prof. Józef Szaniawski

szaniawski

 

 

 

 

 

radiomaryja.pl

Audycja z 28 października 2011 r.:

 

Wikipedia:

Carowie Szujscy przed Zygmuntem III,

Hołd Szujskich,

Sejm 1611

Jan Matejko "Hołd ruski", olej na desce, 1892, Dom Jana Matejki w Krakowie

„Hołd ruski” Jana Matejki. Katalogowany pod manipulatorskimi umownymi tytułami: „Carowie Szujscy na sejmie warszawskim”, „Bracia Szujscy na Sejmie Warszawskim”, „Hetman polny koronny Stanisław Żółkiewski przedstawia carów Szujskich na sejmie warszawskim 1611” czy „Pokłon byłego cara Wasyla IV Szujskiego z braćmi przed królem polskim Zygmuntem III Wazą na sejmie w Warszawie 29.10.1611”. Zaklasyfikowany jako „szkic do obrazu” (jeśli to jest szkic, to gdzie jest oryginał?…). Obraz stanowi ideową analogię do „Hołdu pruskiego”. Sceny hołdów: pruskiego przed Zygmuntem I Starym,moskiewskiego przed Stefanem Batorym i ruskiego przed Zygmuntem III Wazą − to szczytowe momenty polskiej dominacji politycznej.

Hołd ruski i data 29 października 1611 r. nie istnieją nie tylko w podręcznikach, encyklopediach, książkach, ale zostały wymazane celowo ze świadomości i pamięci narodowej Polaków. To najdłużej istniejąca biała plama dziejów Polski, nadal skutecznie utrzymywana przez agenturę rosyjską w Polsce, historyków złej woli oraz przez polityczną poprawność! (prof. Józef Szaniawski).

(taw)

Kontrowersyjny zapis o rozwiedzionych przyjęty! Przeszedł dwoma głosami!

Biskupi zebrani na Synodzie o Rodzinie przegłosowali większością głosów wszystkie 94 punkty zawarte w dokumencie końcowym, łącznie z tym mówiącym o udziale w życiu Kościoła rozwodników żyjących w nowych związkach.

Większością 2/3 głosów został przyjęty dokument końcowy Synodu o Rodzinie. Informację o tym przekazała francuska agencja I-Media oraz rzecznik grupy niemieckojęzycznej, publikując wpis na Twitterze. W ślad za tym poszła wieść, iż głosujący nie odrzucili kontrowersyjnego punktu mówiącego o subiektywnych zasadach dopuszczania rozwodników żyjących w nowych związkach do udziału w życiu Kościoła.

Zapis dokumentu – choć nie pada w nim dosłowne sformułowanie o dopuszczeniu rozwodników do Komunii Świętej – otwiera szerokie pole do interpretacji na gruncie praktyki duszpasterskiej poszczególnych episkopatów. “Ich udział może być wyrażony w różnych posługach kościelnych: trzeba zatem rozpoznać, które z różnych form wykluczenia obecnie praktykowanych w obrębie liturgii, duszpasterstwa, edukacji oraz w dziedzinie instytucjonalnej można przezwyciężyć. Nie powinni oni nie tylko czuć się ekskomunikowanymi, ale mogą żyć i rozwijać się jako żywe członki Kościoła, odczuwając, że jest on matką, która ich zawsze przyjmuje, troszczy się o nich z miłością i wspiera ich w pielgrzymce życia i Ewangelii” – zapisano w punkcie 84.

Dwa głosy zaważyły o przyjęciu tego punktu. Liczba 178 głosujący „za” zadecydowała o przyjęciu wytycznych, które w łatwy sposób mogą być użyte przeciwko nauczaniu Kościoła, co akcentowali bardziej konserwatywni spośród zgromadzonych hierarchów. Przeciwko zagłosowało 80 biskupów.

Niektórzy biskupi dzielili się z prasą entuzjastycznymi, a zarazem wymijającymi opiniami. Podczas briefingu dla dziennikarzy kardynał Christoph Schönborn powiedział, że celem synodu było przede wszystkim pokazanie, iż rodzina nie stanowi przeżytku, nawet we współczesnym społeczeństwie. Austriacki hierarcha określił przesłanie Synodu jako „wielkie TAK dla rodziny”.

Kard. Schönborn uznał, że wynik Synodu stanowi owoc szerokiego konsensusu pomiędzy obradującymi hierarchami. Zaznaczył jednak, iż nauczanie o małżeństwie jako otwartym na życie związku mężczyzny i kobiety pozostaje niezmienne.

– Próbowaliśmy odkryć to, czego Bóg chce dziś dla rodziny na świecie, a także to, jak Kościół może wspomóc rodziny w ich codziennym borykaniu się z różnymi wyzwaniami – skomentował kardynał Raymundo Damasceno Assis z Brazylii.

Źródło: KAI

FO

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2015-10-24)

„Rozeznanie” i “zamknięte serca” – Krystian Kratiuk

Czy synod zatwierdził Komunię Świętą dla rozwodników? Czy też przeciwnie – potwierdził świętość i nierozerwalności małżeństwa? Odpowiedź jest zatrważająca – nie wiemy! Wszystko wskazuje na to, że triumfuje wizja „Kościoła zdecentralizowanego” – biskupów podejmujących decyzje w swych diecezjach, bez jasnej doktryny. Jedna sprawa pozostaje jednak jasna – synod biskupów nie ma żadnej władzy prawodawczej. Aby jego ustalenia weszły w życie, musi je swym nauczaniem potwierdzić papież.

Wielu ojców synodalnych po opublikowaniu końcowego dokumentu ma „wątpliwości interpretacyjne”, co potwierdził arcybiskup Henryk Hoser. Sam metropolita warszawsko-praski potwierdził jednak pośrednio, że podczas obrad toczyła się swoista wojna między purpuratami – użył bowiem słów: „wracamy z tarczą”. Wyraził jednak również nadzieję, że papież wyjaśni niektóre nieścisłości dokumentu.

Jakie to niejasności? Autorzy dokumentu piszą o konieczności „rozeznawania” przez Kościół konkretnych sytuacji rodzinnych jego członków – to żadna nowość, ale słowa Jana Pawła II z „Familiaris consortio”. W dokumencie przygotowanym po tegorocznym synodzie czytamy także, że „osoby ochrzczone, które się rozwiodły i ponowie zawarły związek cywilny powinny być bardziej włączane we wspólnoty chrześcijańskie na różne możliwe sposoby, unikając wszelkich okazji do zgorszenia” – doprawdy trudno wyrokować, czym mogą być owe okazje do zgorszenia. Czy na przykład kardynał Schoenborn, popierający zasiadanie w radach parafialnych osób żyjących w homo-związkach, nie uzna, że udzielenie Komunii Świętej rozwodnikom nikogo nie zgorszy? Co w sytuacji, gdy w innych krajach – chociażby w Polsce – biskupi uznają, że to jednak sytuacja gorsząca, łamiąca wszak Boże przykazanie? Czyż nie staniemy się świadkami powstania swoistych Kościołów lokalnych, z własną interpretacją doktryny?

Dla porządku należy jednak przyznać, że w dokumencie końcowym synodu nie ma mowy wprost o rozwiązaniach postulowanych przez niemieckojęzycznych biskupów. Ale sam dokument napisany jest typowym dla współczesnego Kościoła obłym, niejasnym i rozwodnionym językiem, który każdy może zinterpretować na swój własny sposób. Oto przykładowy fragment dotyczący rozwodników żyjących w nowych związkach: „powinni zadać sobie pytanie, w jaki sposób zachowywali się wobec swoich dzieci, gdy związek małżeński przeżywał kryzys; czy były próby pojednania; jak wygląda sytuacja opuszczonego partnera; jakie konsekwencje ma nowa relacja na pozostałą rodzinę i wspólnotę wiernych; jaki przykład daje ona ludziom młody, którzy przygotowują się do małżeństwa. Szczera refleksja może umocnić zaufanie w miłosierdzie Boże, które nikomu nie jest odmawiane”. Niebezpieczeństwo dowolności interpretacji jest tutaj aż nadto widoczne.

Samo słowo „rozeznanie” w trzech punktach synodalnego dokumentu dotyczących rozwodników pada aż pięciokrotnie! To raz jeszcze uświadamia nam, że to od decyzji już nawet nie poszczególnych episkopatów, ordynariuszy ale konkretnych księży może zależeć ocena sytuacji dotyczącej takich osób. W tym kontekście brak wyjaśnienia jakie normy stosować wobec nich przy udzielaniu świętych sakramentów jest wręcz porażająca. Czyżby Rzym na naszych oczach miał zrezygnować z funkcji strażnika doktryny? Bez ostatecznego słowa papieża trudno odpowiedzieć i na to pytanie – w omawianym dokumencie kilkukrotnie padają wszak słowa podkreślające niezmienność nauki Kościoła o nierozerwalności małżeństwa sakramentalnego. Świadczy to nie tylko o zamęcie komunikacyjnym, ale także o absurdalności przyjętej metody akceptacji dokumentu – nad każdym jego punktem głosowano osobno, co umożliwiło uznanie wszystkich punktów na znanej z parlamentów zasadzie – my poprzemy was, wy poprzecie nas.

Ostateczną decyzję w sprawie kościelnego nauczania podejmuje papież. Choćby i sto procent biskupów głosowało na jakimkolwiek synodzie za „legalizacją” herezji, to do Ojca Świętego należy ostatnie słowo – tylko on ma prawo nauczać współtworząc i rozwijając kościelne magisterium. Dlatego z tak wielką nadzieją oczekiwano słów papieża Franciszka na Mszy Świętej kończącej synod. W trakcie homilii nie padły jednak żadne słowa wprost odnoszące się do problemu synodalnego konfliktu.

Papież wygłosił jednak inne przemówienie – kończąc obrady synodu. Tą ważną mowę Franciszek wygłosił w obecności biskupów broniących nauczania Pana Jezusa o nierozerwalności małżeństwa,  oraz w obecności postępowych biskupów, od miesięcy domagających się dopuszczenia rozwodników żyjących w nowych związkach. Ci ostatni mieli usta pełne pięknych słów o otwarciu i miłosierdziu, ale wspominając o swych wewnątrzkościelnych oponentach nazywali ich ludźmi bez serca, zimnymi i zamkniętymi na ludzkie dramaty. Nie może więc dziwić, że czytając przemówienie papieża, już teraz oczekując jego posynodalnej adhortacji, ze szczególną uwagą skupiamy się na tych oto słowach:

„Co oznacza dla Kościoła zakończenie synodu o rodzinie? (…) Oznacza, że świadczono wobec wszystkich, że Ewangelia pozostaje dla Kościoła żywym źródłem wiecznej nowości, przeciw każdemu, kto chce ją “zdoktrynizować” w martwe kamienie do rzucania w innych. Oznacza również, że obnażono zamknięte serca, które często ukrywają się nawet za nauczaniem kościoła, albo za dobrymi intencjami, aby zasiąść na katedrze Mojżesza i sądzić, czasami z poczuciem wyższości i z powierzchownością, trudne przypadki i rodziny zranione.

Oznacza, że stwierdzono, że Kościół jest Kościołem ubogich w duchu i grzeszników poszukujących przebaczenia, a nie tylko sprawiedliwych i świętych, więcej: sprawiedliwych i świętych, kiedy czują się ubogimi i grzesznikami. Znaczy, że usiłowano otworzyć horyzonty dla przezwyciężenia każdej hermeneutyki konspiracyjnej czy zamkniętej wizji, aby bronić i szerzyć wolność dzieci Bożych, aby przekazywać piękno chrześcijańskiej Nowiny, czasami pokrytej rdzą archaicznego języka albo po prostu niezrozumiałej”.

Słowa te wydają się wskazywać, po której stronie sporu lokują się przekonania papieża. Ale nie możemy tego przesądzać – musimy poczekać na jego adhortację. Nie ustając w modlitwach o światło Ducha Świętego dla niego.

 Krystian Kratiuk

Z Grzegorzem Braunem, reżyserem i publicystą rozmawia Rafał Otoka-Frąckiewicz

ROZMOWA MIESIĄCA: Generator cywilizacji

.
,
,
,
Grzegorz Braun (ur. 1967) – reżyser, publicysta, zdeklarowany monarchista; autor filmów dokumentalnych, m.in. o historii XX wieku: „Plusy dodatnie, plusy ujemne”, „Towarzysz generał”, „Eugenika – w imię postępu”, „Transformacja – od Lenina do Putina”.

.

.

Co możemy zrobić, żeby wrócić do normy, czyli do normalnego, zdrowego Polaka, który jest kreatywny, uśmiechnięty, uczciwy, pracowity; kiedy trzeba, da komuś w mordę, a kiedy trzeba, umie się zabawić.

Niezłe wyliczenie, bo taka bywała natura Polaka i takie są też polskie tradycje. Może tylko uściślijmy, że zwykłe mordobicie było jednak raczej domeną plebsu – naród polityczny dopracował się bardziej skonwencjonalizowanych form rozstrzygania konfliktów. I mam tu na myśli nie tylko słynną polską sztukę cięcia szablą – której placu nie dotrzymaliby zdaniem znawców nawet japońscy samuraje z ich katanami – ale i zapamiętałe procesowanie się. Bo to, co się dziś wytyka sarmatom jako rzekome nałogowe pieniactwo, to był wszak efekt uboczny nieprzeciętnej kompetencji prawnej, wyniesionej przez polską szlachtę z tych tak później zapamiętale oczernianych kolegiów jezuickich.
Ale jak rozumiem, pan akcent stawia na cnotę gospodarności – istotnie, słabo dziś kojarzoną z polskością. A przecież np. Jan Chryzostom Pasek łącznie parę lat bywał na wojnach i temu poświęcił kawał swoich pamiętników, ale przez resztę wcale nie krótkiego życia spławiał zboże do Gdańska. Był bowiem przede wszystkim zapobiegliwym gospodarzem, jak większość panów braci, którzy – nie powiem, że od święta, ale w wypadkach awaryjnych – bywali żołnierzami, a przez całe życie na ogół dobrymi przedsiębiorcami rolno-spożywczymi. Te hałdy zboża i te westernowe hordy bydła, bez których przez stulecia znaczna część Europy Zachodniej nie miałaby co do garnka włożyć – ktoś to wszystko musiał przecież nie tylko wyprodukować, ale także przetransportować i korzystnie sprzedać.
Rzadko się o tym wspomina. Główna narracja dotycząca naszej przeszłości mówi o warcholstwie i nieudacznictwie.

Przecież wiadomo, że są ludzie i ludziska, ale nie dzięki bezmyślnej mniejszości zbudowano silną Polskę. Korona Polska i cała Rzeczpospolita stała własną potęgą gospodarczą, a nie koniunkturą nakręcaną odgórnie przez jakiś centralny rząd Księstwa Warszawskiego, który dyktowałby normy i wytyczał kierunki rozwoju. Stała właśnie na ekonomicznej autonomii tych niezliczonych panów Pasków, a nie na dotacjach i dyrektywach z zagranicznych centrów.
Tradycyjnie, historycznie Polska była potęgą ufundowaną na wolności osobistej i własności prywatnej, bo wtedy świat jeszcze nie stał na głowie. A nie byłoby tu ani jednego, ani drugiego, gdyby nie cywilizacyjny porządek zaprowadzony przez ten wielki, cudowny generator cywilizacji, jakim jest Kościół katolicki. Jeśli ten generator osłabimy, przytłumimy albo – nie daj Boże – odłączymy, to wtedy  cały system pada. Bez tradycji katolickiej upada bowiem cała logika cywilizacji łacińskiej – z jej kulturą prawną, filozoficzną, artystyczną, obyczajową. Pada porządek indywidualnej wolności i społecznej odpowiedzialności, poszanowania własności prywatnej i zachowania bezpieczeństwa publicznego – porządek, który Kościół katolicki postuluje i jako jedyny jest zdolny od władzy państwowej i narodu wyegzekwować. Jeśli to odłączymy, rodzi się antycywilizacja. I z tym właśnie mamy do czynienia dzisiaj.

A przecież mówi się, że kraje, które kurczowo trzymały się  katolicyzmu, podupadały, a protestancka część świata rozkwitła w najlepsze, czego owoce zbiera do dziś.
To jest oczywiście znana klisza propagandowa, klasyka protestanckiego czarnego antykatolickiego PR. Proszę się zastanowić, skąd wzięliśmy np. podstawowe słownictwo finansowe: inflacja, deflacja, bank, banknot, awizo, inkaso czy manko? Przecież to wszystko albo wprost z łaciny, albo z języków romańskich – i tam tkwią korzenie zdrowej nowoczesnej gospodarki. Przecież nie musi się ona opierać na kartelowych zmowach międzynarodowych lichwiarzy ani na neokolonialnym wyzysku korporacyjnym. Zamiast powtarzać za Maxem Weberem antykatolickie stereotypy, czas najwyższy wprowadzić do inteligenckiego kanonu elementarną wiedzę np. o poźnoscholastycznej szkole ekonomicznej z Salamanki.  Tam to łebscy braciszkowie od świętych Franciszka, Dominika i Ignacego Loyoli tworzyli istotne zręby cywilizacji, do których warto sięgać.
Warto też zauważać, jakie są koszta ludzkie wzrostu i ekspansji, jeśli nie obowiązuje przy tym katolicki zakaz dzielenia na ludzi i podludzi. To widzimy bardzo wyraźnie w historii obu Ameryk: gdzie są pierwotni mieszkańcy kontynentu północnoamerykańskiego i gdzie są oni dzisiaj w Ameryce Południowej? Fakty są takie, że w Ameryce Północnej nie było i nie ma Kreoli w elicie rzeczywistej władzy. Biali judaizujący protestanci, którzy zdominowali kontynent północnoamerykański, nie brali pod uwagę dzielenia się jakimikolwiek wartościami czy dobrami z tubylcami, których tam zastali. To jest różnica. Tam, gdzie rozplenił się protestancki zabobon predestynacji, tam prędzej czy później daje się we znaki błąd antropologiczny polegający na deprecjacji obcoplemieńców jako „gojów” alias „Untermenschen”. A to jest przecież organicznie obce polskiej cywilizacji, która rozwijała się dzięki swojej atrakcyjności, a nie podbojom; cywilizacji otwartej, nie wykluczającej.
Nasz katolicyzm często porównywany jest do południowoamerykańskiego. Z jednej strony twarde zasady, z drugiej – radość życia i ogromna przekora. Skąd to się wzięło?
To jedna z pierwszych lekcji dziejowych, jakie pobrała Polska. Lekcja św. Stanisława, biskupa, i króla Bolesława zwanego Śmiałym albo Szczodrym, zależnie od przekazu. Otóż ta krwawa konfrontacja, fakt, że nasz król zarąbał naszego biskupa, ale zaraz potem sam stracił wszystko, wytyczyła granice uroszczeń władzy świeckiej względem duchownej i odwrotnie. Tej lekcji zawdzięczamy bardzo szczęśliwe później ułożenie się modus vivendi między tymi dwiema władzami w polskiej historii.
Na krwi św. Stanisława wyrósł wzajemny respekt tych władz, szacunek, jakim Polacy otaczali Kościół, ale z tym bardzo pragmatycznie szedł w parze swobodny, choć nieposuwający się do bezceremonialności, stosunek Polaków do hierarchii katolickiej. Jedno z drugim bardzo długo w dziejach Polski się nie kłóciło. Można rzec, że była to twarda lekcja poglądowa na temat oddawania cesarzowi tego, co cesarskie, a Bogu tego, co boskie. A to rozróżnienie  dokonane przez samego Zbawiciela jest przecież bezcenne, bo fundamentalne dla cywilizacji łacińskiej. Żadna inna cywilizacja tego rozróżnienia nie zna – nie zna więc personalizmu, czyli odpowiedzialnego indywidualizmu.
Co więc bezpośrednio wynikło z tego dla państwa?
Bardzo wiele. Wytworzyło się miejsce dla indywidualności ludzkich, ponieważ nie popadliśmy w katastrofę cywilizacyjną zamordyzmu, jakim jest jedynowładztwo. Nie byliśmy później zdani na łaskę i niełaskę cara, który jest zwierzchnikiem Cerkwi (a do tego aspirował najwyraźniej Bolesław), ani na humory protestanckiego króla, który czyni się głową Kościoła. Między innymi dzięki temu też, jak mniemam, nie pojawił się u nas odpowiednik purytańskich dyktatorów w rodzaju Jana Żiżki czy Oliwera Cromwella.
Jeśli uznamy, że Bolesław Szczodry przykręcił śrubę Kościołowi, ustawiając jego relacje wobec obywateli, to kto przykręcił ją władzy, którą też traktujemy w Polsce z przymrużeniem oka?
Ano właśnie. By to wyjaśnić, musimy się cofnąć aż do początków Korony Polskiej. To jest lekcja św. Wojciecha i Bolesława Chrobrego. Jak wiadomo, na krwi św. Wojciecha król funduje arcybiskupstwo gnieźnieńskie i parę biskupstw na rubieżach swojej domeny. Po co to robi? Zaznacza swoje terytorium, obsikuje teren, moglibyśmy powiedzieć. Ale tak właśnie działa Opatrzność – przez bardzo ludzkich ludzi.
Chrobry był pomazańcem bożym?
Oczywiście, choć jednocześnie król Bolesław był bardzo trudnym człowiekiem – „chrobry” znaczy przecież „twardziel”, „tough guy”.
Dobitnie odczuła to jedna z jego zdobycznych narzeczonych…
Chyba nie tylko jedna. I w Kijowie, i w Pradze mocno się dał we znaki. Gwałcenie księżniczek, wyłupywanie oczu oraz gnębienie poddanych wyzyskiem fiskalnym – to zostawiło fatalne wrażenie w kraju i za granicą. Król Bolesław Chrobry bardzo wiele zainwestował w projekt polityczny z cesarzem Ottonem, papieżem Sylwestrem i wszystko wskazuje na to, że lekko przeinwestował. Że czerwony chodnik dla cesarza Ottona kosztował za dużo wysiłku i łez ludzkich.
Mocno się starał, żeby dobić do europejskich standardów.
Różnica jest taka, że jeśli Bolesław fundował biskupstwa czy wykupił ciało św. Wojciecha, to złoto nie pochodziło z żadnych dotacji z ówczesnej Brukseli, tylko musiało być wygenerowane tutaj z ciężkiej pracy miejscowego ludu. Oznaczało to taki ucisk fiskalny, taki zamordyzm, egzekwowany notabene za pomocą słynnej drużyny bolesławowej, która w charakterze swoich działań niewiele się pewnie różniła od późniejszej o 500 lat opryczniny Iwana Groźnego. To był moment inicjujący powstanie państwa polskiego, więc niektórzy historycy dopatrują się udziału wikingów w drużynie bolesławowej. Wcale się temu nie dziwię, bo to przecież byli zawodowcy, zabijacy. Jeśli więc pierwsi Piastowie poważnie myśleli o państwie, być może wynajęli zawodowców. Najlepszych. Wzięli to, co było wtedy na rynku przemocy. Musiało to być bardzo dotkliwe dla poddanych i nie należy się dziwić, że rezultaty były podobne.
Chyba jednak nie do końca. Po Iwanie Groźnym lud miast i wsi rozpaczał, że nie ma już nad plecami bata, u nas raczej się z tego powodu ucieszono.
Tak, ale po śmierci króla Bolesława też nastaje wielka smuta w Polsce. Państwo rozsypuje się i znika. Z jednej strony jest jakiś półanonimowy Bolesław, z drugiej – niewiele bardziej znany dziś Mieczysław. Obaj wykreśleni właściwie z kart historii. Do dzisiaj historycy mają też różne teorie na temat reakcji pogańskiej, ale była ona faktem i pokazywała, jaką niechęcią darzyli poddani Chrobrego. Taki był rezultat. Warto o tym dzisiaj mówić, ponieważ Chrobry to jest jedna z figur, do których się chętnie odwołują polscy patrioci. Zwłaszcza polscy narodowcy tęsknią za powrotem króla Bolesława.
Naprawdę Chrobry był aż tak paskudny?
Wszystko mu dobrze szło, co wzbudzało podziw i przerażenie państw ościennych, a nawet bezsilną wściekłość na dworze cesarskim. Bolesław w kraju i poza nim wzbudzał taką nienawiść, że wszyscy po jego śmierci chcieli jak najszybciej rozmontować dopiero co stworzony suwerenny system.
Sytuacji nie potrafił uratować nawet jego syn Mieczysław II, który był notabene jednym z najlepiej wyedukowanych władców ówczesnego świata. To był najpewniej kulturalny i obyty człowiek, a i tak nie pomogło. Nie dał rady.
Dlaczego?
Bo jego ojca wszyscy znienawidzili do tego stopnia, że powiedzieli sobie: lepiej, żebyśmy w ogóle nie mieli żadnej władzy centralnej, żeby szlag trafił to państwo, niż gdybyśmy się mieli trwale podporządkować takiemu reżimowi.
W szkołach naucza się, że był to bunt pogan przeciw chrześcijaństwu.
Może i ten czynnik tu i ówdzie zadziałał. Ale przede wszystkim był to pierwszy w Polsce bunt przeciw uciskowi fiskalnemu.
Korwinizm ma ponad tysiąc lat?
Trzeba sobie uświadomić, że taki chodnik albo złote naczynia, którymi Chrobry robił wrażenie na cesarzu Ottonie, czy wreszcie liczne wyprawy wojenne musiały niebywale dużo kosztować. Po odejściu Chrobrego mamy więc z jednej strony bunt poddanych, powrót do solidarności rodowej, klanowej, z drugiej zaś nienawiść sąsiadów i wykorzystanie szansy na to, żeby naraz wszyscy Polskę najechali.
Zdaje się, że nie odrobiliśmy tej lekcji dziejowej…
Wręcz przeciwnie! Lekcja dziejowa jest bowiem taka, że władzy nie wolno zostawić samej sobie. Że trzeba uważać. Państwo, władza centralna są niewątpliwie wartością, no bo właśnie wtedy jesteśmy bezpieczni od najazdów sąsiadujących z nami zbójów Madejów. Jednak nasz zbój Madej, ten, któremu daliśmy przyzwolenie na to, żeby nas łupił podatkami, musi uważać. Nie może przesadzać.
Niech żyje anarchia!
Tak, ale lud musi też pamiętać, że jak traci władzę centralną, to pojawiają się najazdy Czechów i Niemców. Wieleci, Prusowie i Jadźwingowie też nie próżnują. Wszystko się wtedy w Polsce rozpadało, ale… wciąż działały ufundowane przez Chrobrego biskupstwa i to one – chcąc nie chcąc – przejęły rolę państwotwórczą i przetrwalnikową.
Kiedy odmieniła się koniunktura międzynarodowa i wewnętrzna, ludzie troszkę otrzeźwieli i zobaczyli, że nie jest dobrze, kiedy hula wiatr po ruinach pierwszej katedry gnieźnieńskiej, że są zdani na łaskę i niełaskę Czechów i innych najemników. Jednocześnie w cesarstwie dojrzała myśl, że dobrze jest, jak ktoś tam na rubieżach jednak pilnuje porządku. I wtedy cesarz zaofiarował Kazimierzowi Odnowicielowi (wnukowi Bolesława) nową drużynę, jakąś grupę szybkiego reagowania, dzięki czemu Kazimierz mógł odnieść zwycięstwo w Pobiedziskach pod Poznaniem i reaktywować państwo. Polska reaktywacja z wykorzystaniem jedynego, co nam naprawdę wyszło za Chrobrego, czyli Kościoła.
Kościół w Polsce nie próbował budować państwa kościelnego ani odgrywać roli alternatywnego jedynowładcy. To Kościół upomniał się o podniesienie Korony Polskiej
Reasumując obie lekcje: polskość to ciągłe zważanie, żeby nikt nie właził nam w życie z butami, niezależne od tego, czy to policjant, czy ksiądz. To chyba nieco za mało, żeby wytłumaczyć, jakim cudem Polska stała się państwem, do którego lgnęli wszyscy – od Żydów po Rusinów czy Tatarów.
To prawda, jeśli zapomni się o trzeciej lekcji. Najmniej spektakularnej i najmniej znanej, ale to ona w połączeniu z poprzednimi zbudowała polski kręgosłup. Pod koniec XII w. na synodzie łęczyckim (1180 r.) zebrani tam biskupi wydają się pochłonięci bardzo trywialną kwestią, niemającą nic wspólnego z transcendencją. Otóż ten synod upiera się przy prawie do indywidualnych zapisów testamentalnych. Księża biskupi stwierdzają wszem wobec, że zapisy testamentalne mają być respektowane.
Zdawać by się mogło, że to oczywista oczywistość.
Dziś owszem, właśnie dzięki XII-wiecznym biskupom, ale pod koniec XII w. istnieje problem respektowania woli nieboszczyka. Umarł, zapisał to i owo na pobliski klasztor, a tu przyjeżdżają krewni, jacyś tam wujowie i pociotkowie, i mówią: „Chwileczkę, ale to jest własność rodu, klanu. Nie wolno mu było w ten sposób tym dysponować, a najpewniej w ogóle nie wiedział, co czyni. A tak w ogóle to klechy go otumaniły i zapisał na klasztor, gdy tymczasem dobro rodu na tym cierpi”. I taki zajazd, bynajmniej nie ostatni, odbierał dobra siłą. Otóż księża biskupi upierają się przy tym, żeby wola zmarłego była respektowana. Można powiedzieć tak: klechy się upierają, bo są pazerni.
No tak, ale przecież respektowanie testamentów nie zawsze działa na korzyść Kościoła.
Może żaden z biskupów, którzy zebrali się w Łęczycy, nie zdawał sobie sprawy z doniosłych cywilizacyjnych konsekwencji tego sporu, w którym zajęli tak zdecydowane stanowisko. Tak jak o królu Bolesławie możemy powiedzieć, że on z próżności te biskupstwa fundował, żeby pokazać światu swoje możliwości, tak samo ktoś mógłby ocenić tych biskupów.
Kościół jako jedyny może się przy czymkolwiek uprzeć. Jest jedyną instancją zdolną stawić czoło władzy świeckiej, która jest uzbrojona w drużynę-opryczninę, ma aparat fiskalny. A jaką siłę ma Kościół? Jak lekceważąco pytał towarzysz Stalin: ile dywizji ma papież?
Władza zaś wie z lekcji z Bolesławem Śmiałym, że zabijanie księży bardzo nieładnie wygląda.
Można powiedzieć, że Kościół w tej sprawie stawia się władzy świeckiej we własnym, partykularnym, materialnym, niskim interesie. Żąda od niej, żeby dopomogła egzekwować wykonywalność testamentów. I żeby sama nie próbowała kłaść ręki na dobrach poddanych, korzystając ze zmiany pokoleń. Dzięki temu konstytuuje się indywidualność rodziny, która zostaje wydobyta spod władzy klanu, rodu.
Jak wiadomo, przed nastaniem chrześcijaństwa mieliśmy właśnie strukturę rodową w obrębie plemienia. Ta struktura rodowa, o czym może dzisiejsi czciciele Swarożyca i rewindykatorzy tradycji pogańskich na ziemiach polskich nie wiedzą, oparta była nie tylko na sympatycznym handlu bursztynowymi paciorkami, ale również na handlu niewolnikami.
Piast Kołodziej handlował swymi braćmi u stóp posągu Światowida?
Przecież chrześcijaństwo nie przychodzi do jakiejś idylli, w której ludzie trudnią się rękodziełem i śpiewają smętne pieśni. To jest świat, w którym mamy najprawdopodobniej rytualne ludożerstwo, no i niewolnictwo. Przecież św. Wojciech musi uchodzić z Czech, bo naraził się tam jako biskup, domagając się zakończenia procederu handlu niewolnikami.
O tym za mało mówi się w podręcznikach historii, może dlatego, że poprawność polityczna wzdraga się przed bulwersowaniem czytelnika szczegółami, które łatwo podpaść mogą pod paragraf antysemicki. Bo to oczywiście Żydzi tradycyjnie specjalizowali się w handlu istotami, które jako nienależące do ich plemienia zaliczały się wedle Talmudu zaledwie do świata przyrody ożywionej. Tak było w epoce kolonizacji obu Ameryk i tak było setki lat wcześniej w leśnych ostępach słowiańskiej Europy.
A na niewolników nie musieli ci łowcy specjalnie polować, bo z dostawą zdrowego towaru na ogół czekał niecierpliwie jakiś lokalny kacyk. I temu dopiero ludzie w rodzaju św. Wojciecha stanowczo się sprzeciwili. Jeśli pominiemy te realia, nastanie na ziemiach polskich chrześcijaństwa nie może być należycie docenione. Zwłaszcza jego walory cywilizacyjne. Kto nie ma woli docenić ich w wymiarze religijnym, niech doceni przynajmniej ewidentny postęp w wymiarze świeckiej pragmatyki społecznej.
Wracając do tematu…
Podczas synodu łęczyckiego w 1180 r., kiedy Kościół domaga się respektowania woli indywidualnych testatorów, którzy chcieliby coś scedować na Kościół, walcząc o swoje, w gruncie rzeczy walczy o nasze. Ponieważ dzięki temu może być uznane indywidualne gospodarowanie rolą, autonomia praw ojca, głowy rodziny, a nie przywódcy klanu. I to jest trzecia lekcja dziejowa.
Czy ostatnia?
Jest jeszcze czwarta lekcja – stulecie później. Jak wiadomo, Polska dzieli się wtedy na dzielnice. I to jest z jednej strony powtórka stałego wariantu gry, z którym mieliśmy do czynienia w wersji skondensowanej w pierwszej połowie XI w.
Przyzwyczailiśmy się myśleć o podziale dzielnicowym jako o katastrofie państwa…
Tak to jest przedstawiane przez niektórych historyków i popularyzatorów historii, którzy wychowali się w czasach, kiedy centralizm, kolektywizm i etatyzm święciły największe triumfy. W związku z tym brak władzy centralnej, która wydawałaby okólniki, rozporządzenia i dekrety, był traktowany przez osiemnasto-, dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych dziejopisów jako katastrofa cywilizacyjna. I do dziś tak jest traktowany. Otóż to wcale nie była katastrofa. To był okres dynamicznego rozwoju, kiedy wszystkie wskaźniki rosły, ziemie polskie się zaludniały. Dlaczego? Właśnie dzięki temu, że ten generator cywilizacji – Kościół katolicki – zaczął się powoli rozkręcać, dzięki temu, że przedsiębiorczość, system gospodarczy znalazły nowych uczestników i obrońców. Że prawo zatriumfowało. Że z uroszczeniami kolektywu wygrała własność prywatna.
W każdej dzielnicy testowano własny program gospodarczy i w finale wygrał najlepszy? W sumie to mój pomysł na współczesną Polskę. Dać każdemu z województw wolność w kreowaniu prawa i przepisów i zobaczyć, kto wygra, po czym wprowadzić zwycięskie rozwiązanie w całym kraju.
Z autonomią regionów dziś nie żartujmy – przy faktycznej abdykacji władzy centralnej z istotnych funkcji obronnych to ewidentne narzędzie rozwalania państwa. Na instytucjonalizację regionalizmów będziemy sobie może mogli pozwolić, jak będziemy mieli państwo z prawdziwego zdarzenia, przez co ja rozumiem oczywiście podniesienie Korony Polskiej…
A jaki element scalał kraj, nie pozwalając mu się rozpaść na zawsze, jednocześnie tworząc podwaliny przyszłej potęgi?
Ten rozwój gospodarczy jest synchroniczny z pojawieniem się na ziemiach polskich zakonów, które wprowadziły nad Wisłę nowoczesny, niezmilitaryzowany, niezależny od świeckiej władzy centralnej obieg informacji i pieniądza. Wśród klasztorów i zgromadzeń zakonnych była jedna z najwspanialszych firm, jakie kiedykolwiek funkcjonowały na ziemiach polskich: cystersi, którzy ucywilizowali Polaków w sensie pragmatycznym, gospodarczym. Na wielkich obszarach, nie tylko Polski, ściągali naszych przodków z drzewa, cywilizując dorzecze Odry, Małopolskę etc. Oni powoływali do istnienia coś, co w naszych dziejach można porównać tylko z późniejszymi redukcjami jezuickimi w dżunglach paragwajskich.
Mam rozumieć, że przed nimi umieliśmy jedynie handlować bursztynem?
Nawet i to niespecjalnie, bo przecież nie było w Rzymie słowiańskich straganów ani nawet porządnej słowiańskiej mafii. Wszystko zgarniali pośrednicy. Eksport z ziem polskich czegoś więcej niż czerwia i dziegciu może ruszyć dopiero wtedy, kiedy bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne wzrośnie na tyle, by mogły zafunkcjonować wielkoobszarowe gospodarstwa, ale nie zarządzane kolektywnie. Otóż tego nie byłoby bez katolickich zakonów – bez benedyktynów, cystersów i innych zgromadzeń. Oni po prostu uczyli gospodarować, przynosili ze sobą cywilizacyjne know-how. Jak zakładać stawy i jak wykorzystywać nurty rzek. Uczyli, jak nowocześnie orać, siać i zbierać. I jaki robić użytek z tego, co się zbierze. Tworzyli gospodarstwa powiązane ze sobą siecią dystrybucji, które kontrolowały cały łańcuch produkcyjny.
Czyli po prostu kapitaliści i ciemiężcy?
Chciałbym widzieć dzisiejsze rady nadzorcze i prezesów korporacji, którzy prowadziliby działalność opiekuńczą z takim rozmachem, adekwatnie do posiadanej potęgi gospodarczej… Na działalność charytatywną instytucji kościelnych patrzymy przez pryzmat współczesności jako na jakiś dodatek i rzecz incydentalną. Tymczasem stanowiło to normę i było pewną stałą działalnością, której rozmiary powinniśmy docenić, kiedy widzimy, co się dzieje, kiedy zaczyna brakować tych instytucji. Klasztory odgrywały fundamentalną rolę jako instytucje opieki społecznej, jako ośrodki służby zdrowia i jako instytucje finansowe. Kiedy zniszczymy klasztory, to pieniądze można pożyczyć już tylko w bankach. A w Polsce z czasem będzie to oznaczać po prostu: tylko od Żydów. Więc funkcjonowanie zgromadzeń zakonnych wprowadza tu zbawienny element dywersyfikacji, co jest niezbędne dla zdrowej konkurencji na każdym rynku.
Skoro tak świetnie to funkcjonowało, to czemu dążono do zjednoczenia rozbitego na dzielnice państwa?
Władcy dzielnicowi pasjami fałszowali pieniądze przez deprecjonowanie własnej monety, a więc pomniejszanie zawartości kruszcu. Z drugiej strony mamy najazdy tatarskie i potęgę superkorporacji, jaką w istocie był zakon krzyżacki. Atakują nas także Litwini: przecież jeszcze w XIV w. splądrowali Lublin. Trzeba to sobie uświadomić. To środek Polski, prawda? Więc te rzeczy dają do myślenia Polakom, którzy mogliby świetnie prosperować bez żadnej władzy centralnej.
Niech zgadnę: za zjednoczeniem stał Kościół, któremu ułatwiło to działanie w sferze gospodarczej?
Oczywiście! Kościół był głównym nosicielem oraz krzewicielem pamięci o Koronie Polskiej i to ludzie Kościoła są głównymi orędownikami tego projektu. Jakaż to więc piękna rzecz! Jaka piękna lekcja dziejowa, że Kościół w Polsce nie próbuje budować państwa kościelnego, nie próbuje odgrywać roli alternatywnego jedynowładcy. To Kościół upomina się o podniesienie Korony Polskiej.
Upomina się o godnego przeciwnika i partnera.
Tak. Bo ludzie Kościoła lepiej niż ktokolwiek rozumieją, jak bardzo potrzebna jest władza świecka. Ktoś musi porządkować kwestie tutaj, na ziemi, zlikwidować cła, które wprawdzie pozwalają się bogacić udzielnym książętom, ale nie pozwalają prosperować na dostatecznie szeroką skalę. A poza tym władza centralna jest nam potrzebna jako nasz zbój Madej, który nas obroni przed zbójem-najeźdźcą.
Czyli za zjednoczeniem dzielnic nie stoi żaden cud, hurrapatriotyzm, duma narodowa czy inne zaklęcia, tylko zimna finansowa kalkulacja?
Ależ oczywiście, że cud! Cuda to codzienność i rutyna w historii Polaków – jak zresztą wszelkich innych nacji – których przecież bez zrządzenia i szczególnej opieki Opatrzności w ogóle by nie było. Ale przecież Opatrzność nie zawiesza – przynajmniej nie na każde życzenie – praw grawitacji ani reguł gry ekonomicznej. Więc wszystko, co się w naszych dziejach dokonuje, podlega także i tym prawom. Cudowna harmonia gry ekonomicznej w warunkach wolności gospodarczej, jaką przez wieki cieszyli się Polacy, to także dar Opatrzności. Warto, by tę lekcję wreszcie odrobili zwłaszcza ci patrioci, którzy wydają się dumni z tego, że nie interesują ich kwestie gospodarcze, którzy nawołują, żeby nie mówić o pieniądzach, kiedy oni dyskutują o tak wzniosłych sprawach jak Polska.

Przed rokiem 2017

Czesław Ryszka

Fot. B. Sztajner/Niedziela

Ktoś, kto czyta tylko tytuły, pomyśli, że piszę o czekającym nas jakimś wydarzeniu sportowym lub politycznym. Tymczasem chcąc oderwać się od polityki – parlamentarzyści mają przerwę wakacyjną – chciałem zwrócić uwagę na nie mniej ważne wydarzenia, które się dzieją albo też nas czekają. 13 października 2013 r. papież Franciszek dokona aktu poświęcenia Rosji i świata Niepokalanemu Sercu Maryi. Uczyni to podobnie jak Jan Paweł II 25 marca 1984 r., czyli razem z biskupami świata oraz przed figurą Matki Bożej Fatimskiej specjalnie na ten dzień sprowadzoną do Watykanu. Ze strony papieża Franciszka nie będzie to „próba” kolejnego zawierzenia Rosji i świata Matce Bożej, ale wskazanie na aktualność orędzia z Fatimy, o czym Jan Paweł II mówił: „Wezwanie Maryi nie jest jednorazowe. Jej apel musi być podejmowany z pokolenia na pokolenie, zgodnie z nowymi znakami czasu. Trzeba do niego nieustannie powracać”.

O jakich nowych znakach czasu mowa? Jak sądzę, wiele może wydarzyć się zarówno przed, jak i w samym roku 2017, w którym przypada stulecie objawień fatimskich, a także zbiegają się liczne rocznice i jubileusze wydarzeń, które wstrząsnęły Kościołem i światem. Kościołem z całą pewnością, przecież prawie 500 lat temu, 31 października, Marcin Luter zawiesił na drzwiach kościoła w Wittenberdze 95 tez, wzywając do dysputy z nimi. Dał tym początek schizmie zachodniej Kościoła, której tragiczne skutki trwają już tyle wieków.

Z kolei 400 lat temu urodził się Elias Ashmole (1617-1692), antykwariusz, astrolog i założyciel muzeum w Oksfordzie, który odnotował w swoim pamiętniku dzień własnej inicjacji. Mianowicie pod datą 16 października 1646 r., godzina 4.30 po południu, zapisał: „Zostałem masonem w Warrington w hrabstwie Lancashire, wraz z płk. Henrym Mainwaringiem z Cheshire”. Zapis o tyle ważny, że mamy w nim potwierdzenie istnienia wówczas masonerii jako ruchu zwalczającego Kościół katolicki.

Jednak dopiero 300 lat temu, w roku 1717, w dniu św. Jana Chrzciciela, 24 czerwca, przedstawiciele czterech istniejących w tym czasie w Londynie lóż masońskich spotkali się w piwiarni „Goose & Gridiron”, aby utworzyć „Wielką Macierzystą Lożę Świata” oraz wybrać jej pierwszego wielkiego mistrza. Jeszcze w tym samym wieku masoneria wznieciła Wielką Rewolucję Francuską, po niej zaś w 1917 r. Wielką Rewolucję w Rosji. Ta druga miała swoim zwycięstwem uczcić okrągły jubileusz dwustulecia istnienia tej tajnej organizacji.

Kiedy w październiku 1917 r. na ulicach Rzymu zorganizowano regularną, masońską demonstrację pod znakiem Szatana, jej uczestnicy głosili otwarcie, że ukoronowaniem ich działań ma być panowanie diabła. W trakcie demonstracji rozwinięto czarny sztandar giordano-brunistów, przedstawiający postać Archanioła Michała powalonego na ziemię, nadto będącego w szponach Lucyfera. Na jednym z transparentów widniał napis postulujący w formie imperatywu: „Szatan musi zapanować w Watykanie, a papież będzie jego sługą”.

Potężne demonstracje antykatolickie zrobiły ogromne wrażenie na młodym studencie Maksymilianie Kolbem. W odpowiedzi na, jak pisał: „coraz to bardziej jawne poczynania masonów i innych wrogów Kościoła Chrystusowego w samej stolicy chrześcijaństwa”, 16 października 1917 r. utworzył pod swoim przewodnictwem związek „Militia Immaculatae” (Rycerstwo Niepokalanej), poświęcając się w całości i bezwarunkowo służbie Niepokalanej Dziewicy. Później na kartach „Rycerza Niepokalanej” pisząc o zaniku moralności, zwłaszcza wśród młodzieży, o. Maksymilian Kolbe motywował to zjawisko tym, iż „kina, teatry, literatura, sztuka kierowane w wielkiej części niewidzialną ręką masonerii, zamiast szerzyć oświatę, gorączkowo pracują w myśl uchwały masonów: «My Kościoła katolickiego nie zwyciężymy rozumowaniem, ale zepsuciem obyczajów»”.

Dzisiaj wiemy, że ta eksplozja nienawiści wobec Kościoła była odpowiedzią na znaki nadziei, jakie ludzkość otrzymywała z Nieba od 13 maja do 13 października 1917 r. Matka Boża objawiając się w Fatimie, zapowiedziała wybuch rewolucji w Rosji, liczne cierpienia papieża oraz wierzących, po których miał przyjść ostateczny triumf Jej Niepokalanego Serca. Krótko mówiąc, w obrazie zwycięstwa Matki Bożej dostrzega się znak eschatologiczny, zapowiadający koniec czasów, zbliżanie się paruzji.

Mając na uwadze obecnie nową eksplozję nienawiści do Kościoła i ludzi wierzących, prześladowanie i zabijanie chrześcijan na niespotykaną skalę, podeptanie świętości życia, małżeństwa i rodziny, prawne usankcjonowanie zboczeń, należy stwierdzić, że orędzie fatimskie zbliża się w naszych czasach do finału. To są owe „nowe znaki” zła, które łącznie z pontyfikatem Jana Pawła II, pontyfikatem cierpienia i nadziei zapowiedzianym w Fatimie, przybliżają nas do roku 2017, do być może fatimskiego finału, Wielkiej Godziny Maryi, do Jej zapowiadanego zwycięstwa.

* * *

Czesław Ryszka
Pisarz i polityk, publicysta „Niedzieli”, poseł AWS w latach 1997 – 2001, w latach 2005-2011 senator RP;
www.ryszka.com

Abp Stanisław Gądecki – Episkopat Polski wyklucza dopuszczenie rozwodników do komunii. WIDEO

Fot. archidiecezja.poznan.pl

Fot. archidiecezja.poznan.pl

Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki, który uczestniczy w synodzie biskupów na temat rodziny, na spotkaniu z dziennikarzami w Watykanie powtórzył sprzeciw Kościoła w Polsce wobec dopuszczenia rozwodników do komunii.

Metropolita poznański, który wziął udział w briefingu w watykańskim biurze prasowym, powiedział dziennikarzom z całego świata:

Jeśli chodzi o możliwość dopuszczenia do komunii osoby rozwiedzionej, w nowym związku, której poprzedni współmałżonek żyje, my jako Konferencja Episkopatu Polski wykluczamy taką możliwość.

Mówiliśmy zawsze o procesie stwierdzenia nieważności małżeństwa

— podkreślił arcybiskup Gądecki. Następnie zaznaczył, że polski episkopat przywołuje też adhortację Jana Pawła II „Familiaris consortio” z 1981 roku na temat rodziny. Wymienione są w niej – przypomniał – wszystkie możliwości udziału osoby rozwiedzionej w życiu Kościoła;

zarówno na polu edukacji, jak i w Caritas, słuchaniu Słowa Bożego, uczestnictwie we Mszy

— zaznaczył.

Na wszystkich tych polach taka osoba może być także ważnym świadkiem trudności życia rodzinnego i może nawet lepiej przygotować tych, którzy planują zawrzeć związek małżeński, niż ktoś, kto nie ma takiego doświadczenia

— zauważył abp Gądecki.

Osoby rozwiedzione w nowych związkach – oświadczył – „nie są w żaden sposób wykluczone z Kościoła, nie są ekskomunikowane”.

Arcybiskup poznański podkreślił zarazem, odnosząc się do nierozerwalności małżeństwa, że „żadna władza nie może rozwiązać węzła, który został zawarty w ważny sposób”.

Dopuszczenie do komunii – zastrzegł – nie jest możliwe także wtedy, gdy drugi związek rozwodników jest „pełen cnót”, „dobry i piękny”.

Watykan poinformował, że sytuacja osób rozwiedzionych była głównym tematem kolejnego dnia obrad synodu biskupów. Podczas briefingu ujawniono, że jeden z ojców synodalnych wzruszył uczestników debaty emocjonalną opowieścią o dziecku, które w chwili przystępowania do Pierwszej Komunii przełamało hostię na dwie części i dało je swoim rodzicom – rozwiedzionym i w nowych związkach.

Nie podano, kto przytoczył tę historię. Została ona opowiedziana – jak wyjaśniono – jako dowód tego, jak bardzo Kościół przejmuje się sytuacją, w jakiej znaleźli się rozwodnicy, pozbawieni dostępu do komunii.

PAP/mall

 

autor: Zespół wPolityce.pl

Uszczęśliwić człowieka,uszczęśliwić ludzkość – Ewa Polak-Pałkiewicz

– za  naprawdę „maleńką” cenę, tylko jednego grzechu. Jedniutkiego. Jeden – to przecież prawie tyle, co nic.
Takie namowy płyną w dniach Synodu o Rodzinie z Wiecznego Miasta. Takie perspektywy są roztaczane.

Rozwód ma nie być już przeszkodą, ponowne małżeństwo ma przestać być tą sztuczną i anachroniczną barierą, która oddziela ludzi od Komunii św. Trzeba iść z postępem. Wszystko się zmienia. Człowiek nie stoi w miejscu. Ma więcej pragnień – i coraz więcej praw. Wszystko w imię miłosierdzia. Tylko kto pozwolił tym ludziom być miłosiernym, gdy sam Bóg daje przestrogę w przykazaniach i mówi, że grzech to śmierć? Śmierć duszy.

A zatem, czy naprawdę uszczęśliwią? Chwyt zawsze jest ten sam. To dla waszego dobra! Żebyście nie byli więcej smutni. Uśmiech jest słodki i kuszący, słowa się perlą na wargach, ręka wyciągą się po bratersku, a w niej – z daleka, pachnący kwiat, a kiedy się dotknie, to coś cuchnie ohydnie i rozpada się.

Edward Okuń - My i wojna

Edward Okuń – My i wojna

Nie czynić ze świętej rzeczy kapryśnego widma

Prof. Feliks Koneczny, historyk i filozof dziejów, określając cechy cywilizacji chrześcijańskiej wymienia zniesienie niewolnictwa, odstąpienie od zemsty i małżeństwo monogamiczne. Jedno na całe życie.

Cywilizacja, jaką chcą stworzyć „miłosierni” i „pochyleni z troską nad rodziną” uczestnicy Synodu, likwidując zakaz pochodzący od Boga: „Nie cudzołóż”, nie będzie miała nic wspólnego z cywilizacją chrześcijańską.

Naszą cywilizację ukształtowała świadomość obecności Bożego Majestatu – jak podkreślał prof. Koneczny – świadomość obecności Boga, który wszystko widzi, od którego wszystko pochodzi i do którego wszystko zmierza.

To, co zamierzają zafundować społeczności wierzących reformatorzy prawa moralnego będzie jedną wielką szyderczą maskaradą, zabawą w chowanego przed Bogiem.

Będzie zwycięstwem rewolucji. Będzie otwarciem drzwi dla barbarzyństwa. Wypełni postulaty rewolucji protestanckiej, francuskiej i bolszewickiej. Każda z nich podważała jednorazowość sakramentalnego aktu małżeńskiego. Każda mówiła o „uszczęśliwieniu” ludzkości za cenę grzechu.

Każda w najgorszych słowach piętnowała Kościół katolicki za jego stanowczość i nieprzejednanie w chronieniu instytucji małżeństwa i zarzucała Kościołowi – ustami swych „filozofów”, czyli oficerów politycznych – że jest nierealistyczny i że występuje „przeciw naturze” i „nie rozumie człowieka”.

Dziś do grona „uszczęśliwiaczy” dołączył także kard. Kasper i przyjaciele. I nie tylko on.

W książce Geniusz chrześcijaństwa napisanej w kilka lat po okropnościach rewolucji francuskiej, jej autor, Francois Réne de Chateaubriand odniósł się do jednego z jej głównych haseł: rozwodu.

Pokazał społeczeństwu francuskiego, odurzonemu jeszcze wonią krwi i spalenizny, po gwałtach i zbrodniach rewolucji, czym w istocie jest ten postulat – dziś na ustach części hierarchów obradujących w Watykanie – mamiący człowieka słodką wolnością i wpychający go zarazem w otchłań cierpienia (gdyby tylko poprzestać na aspekcie naturalnym wielożeństwa). Bowiem to sam Stwórca zna najlepiej naturę człowieka – Ten, który ją stworzył – i dając zakazy, których przekraczać nie wolno, najlepiej chroni go przed nieszczęściem, w jakie wpędzają go namiętności.

Jan van Eyck - Portret małżonków Arnolfini (fragm.)

Jan van Eyck – Portret małżonków Arnolfini (fragm.)

„…[chrześcijaństwo] pojęło jako pierwsze, że mężczyzna może mieć tylko jedną żonę i że musi jej pozostać wierny aż do śmierci. Rozwód jest nieznany w Kościele katolickim… Ponieważ jednak ludzie, ulegając namiętności, zbuntowali się przeciw temu prawu, ponieważ nie dostrzegają nieporządku, jaki rozwód wnosi w łono rodziny, zakłócając dziedziczenie, wynaturzając uczucia ojcowskie, deprawując serca, czyniąc z małżeństwa domową prostytucję – tych kilka słów, jakie mamy tu do powiedzenia, nie zostanie zapewne wysłuchanych.*)

(…) zauważmy, iż jeśli podzielamy mniemanie, że rozwód czyni małżonków szczęśliwszymi (a to jest ważny argument), popełniamy niesłychany błąd. Ten, kto nie uszczęśliwił pierwszej żony, kto nie przywiązał się do swej małżonki więzami dziewiczej przepaski albo pierwszego macierzyństwa, kto nie zdołał poskromić swych namiętności, dźwigając brzemię rodziny, kto nie potrafił zamknąć swojego serca w łożnicy małżeńskiej – ten nie uszczęśliwi drugiej żony, próżno na to liczyć. On sam niczego nie zyska na tej zamianie: to, co bierze za różnice usposobienia między nim a jego towarzyszką, jest niczym innym, jak tylko niepokojem jego pragnienia i skłonnością wynikającą z jego niestałości. Przyzwyczajenie i czas są bardziej nieodzowne do szczęścia, a nawet dla miłości, aniżeli myślimy. Można znaleźć szczęście w przedmiocie swojego przywiązania tylko wówczas, gdy przeżyło się z nim wiele dni, zwłaszcza zaś wiele złych dni. Trzeba znać siebie nawzajem aż do dna duszy; tajemniczą zasłonę, którą w pierwotnym Kościele nakrywano nowożeńców, muszą oni sami uchylić, podczas gdy w oczach świata powinna pozostać nieprzenikniona.

Cóż to, mam się lękać, że z powodu byle kaprysu mogę utracić żonę i dzieci, mam się wyrzec nadziei na spędzenie razem z nimi starości?”

John Everret-Milais - Święta Rodzina

John Everret-Milais – Święta Rodzina

Nie ma co udawać, taka jest w istocie treść faryzejskich propozycji, które płyną dziś z tego miejsca, jakie Chrystus ustanowił centrum chrześcijańskiego świata. I jakiekolwiek by się tam nie pojawiały zaklęcia o miłosierdziu odmienianym przez wszystkie przypadki, ta treść jest ponuro jednoznaczna. Wabiąc rzekomą litością i współczuciem dla człowieka, zatroskaniem o jego komfort moralny, a ponadto o rodzinę, dzieci, sakramenty, chce wepchnąć ludzi wierzących jak jakieś stado, prosto do piekła.

„Niech mi nie mówią też”, ciągnie F. R. de Chateaubriand, prawdziwy katolicki realista, któremu żadna ideologia oświecenia nie odebrała rozumu, „że ów strach zmusi mnie do stania się lepszym małżonkiem: otóż nie, gdyż przywiązujemy się tylko do dobra, którego jesteśmy pewni, nie kochamy zaś wcale własności, którą łatwo możemy utracić”.

Kto ze złotoustych „obrońców człowieka” i jego „prawa do szczęścia” zagwarantuje, że „szczęście prawdziwe” da drugi „związek”, a nie trzeci, czwarty, czy dziesiąty? Kto z apologetów „miłosierdzia” będzie miał odwagę powiedzieć, że Bóg się pomylił? Nie przewidział, ustanawiając szóste przykazanie, co się stanie z człowiekiem w XXI wieku? I oto teraz zadaniem Kościoła jest „poprawić” Boga, żeby myślał o człowieku bardziej nowocześnie?

Właśnie dlatego, że Kościół kocha człowieka i troszczy się o jego dobro, jednoznacznie piętnuje i potępia grzech. Czyni to świadom, jak żadna ziemska instytucja, czym jest prawdziwe szczęście człowieka. I jaką potworną krzywdą wyrządza się mu ukrywając, albo zniekształcając prawdę o istocie grzechu. Nie zagłuszą tego żadne sentymentalne androny wypowiadane z wielkim namaszczeniem w dniach Synodu –  i wcześniej – że to rzekomo z głębi samej istoty rodziny płyną impulsy, by unieważnić prawo moralne. Dla jej dobra, jakże by inaczej.

„Nie obdarowujmy małżeństwa skrzydłami miłości; nie czyńmy ze świętej rzeczywistości kapryśnego widma”, przestrzega Chateaubriand. „Jeszcze jedna rzecz zniszczy szczęście takich przelotnych związków: będą was prześladować wyrzuty sumienia, będziecie nieustannie porównywać jedną żonę z drugą, to, co utraciliście, z tym, co zyskaliście, i nie łudźcie się, szala przechyli się na korzyść rzeczy minionych:

tak bowiem Bóg ukształtował serce człowiecze

Owo zastąpienie jednego uczucia drugim zatruje wszystkie wasze radości. Pieszcząc nowe dziecko, będziecie myśleć o tym, które porzuciliście. Kiedy przyciśniecie do serca żonę, serce wam powie, że nie jest ona pierwsza.

Wszystko w człowieku dąży do jedności: nie jest szczęśliwy, jeśli ulega rozdzieleniu; i podobnie jak Bóg, który stworzył go na swoje podobieństwo, dusza człowiecza nieustannie dąży do tego, by skupić w jednym punkcie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość… (…) chrześcijańscy małżonkowie żyją, odradzają się i umierają razem; razem wychowują owoce swego związku; razem obracają się w proch i razem spotykają się poza granicami grobu”.

Edward Okuń - Autoportret z Żoną na tle Anticoli=Corrado

Edward Okuń – Autoportret z Żoną na tle Anticoli=Corrado

Trzeba modlić się za polskich biskupów na Synodzie. Oni wiedzą – jako wychowani w Polsce, kraju cierpienia, którym okupiona była nasza walka o prawdę o Bogu przez wszystkie wieki naszej państwowości, przepojeni, jak wszyscy Polacy, duchowością Maryjną – za jaką cenę zostaliśmy nabyci przez Chrystusa. I nikt nie ma prawa naszego związku z Nim rozrywać. Oni powinni w tych dniach stanowczo wyrzec w Rzymie swoje non possumus. Tak, jak wyrzekł je z całym spokojem papież Klemens VII w odpowiedzi na żądanie króla angielskiego, Henryka VIII, wydania zgody na rozwód, bo chciał „po prostu być szczęśliwy”.

Tak, jak odpowiedzieli polscy biskupi w 1953 roku, gdy komuniści żądali podporządkowania im Kościoła w Polsce.

Świadomi odpowiedzialności przed Bogiem.


*) Chateaubriand mylił się, jego książka doczekała się w ciągu niewielu lat kilku wydań, była na ustach wszystkich, czytano ją głośno w domach i przyczyniła się w dużym stopniu do odrodzenia cywilizacji chrześcijańskiej w jego spustoszonej przez rewolucję – moralnie i materialnie – ojczyźnie. Wiele wskazuje na to, że lektura ta przyczyniła się do nawrócenia Napoleona – w ostatnim okresie jego życia. Cesarz Francuzów wysoko cenił Chateaubrianda, zabiegał o jego przyjaźń i czytał.

Cytaty za: F.R. Chateaubriand, Geniusz chrześcijaństwa,  Poznań 2003

 

Powiedzmy, że to są uchodźcy

No dobrze, powiedzmy, że są to uchodźcy.

Ale niedobrzy polscy katolicy – zawsze ten ich tępy upór! – nie chcą w swoim kraju tego tłumu. Tłumu podejrzanych indywiduów zwanych dla niepoznaki – ich zdaniem – „uchodźcami”. Przyjmowanych w oparciu o pseudozasady „sprawiedliwego podziału”.

Skąd ten sprzeciw?

Andrzej Duda, prezydent RP głosi na forum ONZ prymat cywilizacji łacińskiej nad splotem sprzecznych, kleconych na prędce reguł. Reguł podyktowanych ideologią, strachem i interesami. Głosi prymat prawa nad poprawnością polityczną i nad łzawym „humanitaryzmem” podporządkowanym grze interesów silnych państw.

Głosi, innymi słowy, prymat państwa nad plemienną wspólnotą, jakiegokolwiek dumnego nie nosiłaby ona miana, opartą tylko na kulcie siły i doraźnej przewagi.

Bo ci najgorsi spośród polskich katolików to właśnie ludzie Prawa i Sprawiedliwości i ich zwolennicy. Sympatycy prezydenta RP Andrzeja Dudy i Jarosława Kaczyńskiego – tego, który w sejmie przygważdża argumentami biedaków, którzy spadli z księżyca – urzędników na posadach rządowych – szafujących obietnicami („jakoś to będzie”, „damy radę”), bagatelizujących problem uchodźców.

Egoizm, prywata i ksenofobia. Nienawiść. Deptanie praw człowieka. Zatrzaskiwanie biednym drzwi przed nosem. Brak empatii. Brak wdzięczności dla Unii Europejskiej. To wszystko składa się na portret Polaka prawicowca i katolika – a zwłaszcza polskiego polityka z Prawa i Sprawiedliwości – w lewackich mediach. Bez serca, jak rozgłasza cała lewacka opinia publiczna. Bez wykształcenia, grzmi chór aktorsko-profesorski, jaki obsiada studia telewizyjne (z wykształceniem utożsamia on polor zyskiwany w tych studiach).

Politycy z innych krajów słuchają w Nowym Jorku tego, co ma do powiedzenia polski prezydent. O absurdzie „równego podziału” uchodźców, ale i o niemieckich obozach zagłady, o napaści 17 września 1939 na nasz kraj, o wojnie prowadzonej z Ukrainą. O sile prawa. Te rzeczy są zakłamywane w sferze publicznego słowa. Ktoś odważył się nazwać je ich prawdziwym imieniem. Samo już wyartykułowanie tych prawd na międzynarodowym forum jest wyczynem. Nikt – z wyjątkiem wydawanej w Polsce w wielkich nakładach prasy – nie kwestionuje, że prezydent Andrzej Duda odniósł sukces.

Warto zapytać, skąd się bierze w Polakach ten upór, by nie podlizywać się lewakom. To stawianie spraw jasno. Cały ten bagaż „nietolerancji”…

Francesco Maffei -  Św. Michał Archanioł

Francesco Maffei – Św. Michał Archanioł

Jesteśmy wciąż za mało ekumeniczni, to moja teza. Stąd.

Nie przychodzimy masowo na międzyreligijne spotkania modlitewne. Szlag nas trafia, gdy o nich słyszymy. Nie wznosimy modłów razem z muzułmanami, wyznawcami Kriszny czy protestantami medytującymi samotnie nad Biblią, a potem spotykającymi się ze sobą w pustych gmachach, ogołoconych z wizerunków świętych. Nie dialogujemy z nimi.

Śmieszą nas i wściekają dni judaizmu w Kościele. Przeraża całowanie Koranu. Denerwuje meczet w środku Warszawy.

Przez wrodzoną grzeczność, uprzejmość i takt nie dyskutujemy o tym z hierarchią. (Takie są zasady. Tak jak np. nie wypomina się osobom starszym ich słabości intelektualnej). Omijamy ten śliski temat. (Może to błąd. Może miłość i szacunek wobec Kościoła nakazywałaby właśnie inną postawę?)

Brak „nastawienia„ekumenicznego” rodzi w rezultacie w Polakach ów gorszący lewaków spokój i trwanie przy swoim w obliczu kłamstwa. A także brak miłości wobec „uchodźców”, milości jako narzędzia poprawnościowej propagandy, która prawie w całej „starej” Europie okazała się skuteczna w rozwalaniu od środka silnych niegdyś państw, niszczeniu społeczeństw, którym narzuca się wzięte z księżyca standardy postępowania wobec imigrantów i ich obyczajów.

Tak nas opisują. Jako beton.

Czy chodzi tu istotnie o wrogość wobec ludzi, którzy wyruszają w drogę, ale tak naprawdę, nie potrafią wyjaśnić, po co? Są przez kogoś najwyraźniej  wykorzystywani.

Św. Michał Archanioł

Św. Michał Archanioł

Nie, nie chodzi o wrogość.

Obie postawy Polaków: rezerwa wobec „ekumenizmu”, dystans wobec „uchodźców”, mają wspólny mianownik – jest nim realizm, szacunek dla rzeczywistości. Nie sprzyjają naiwości.

Odporność wierzących Polaków na fałszywe argumenty krzewicieli „ekumenizmu” jest znana ludziom Kościoła na świecie. Nie dajemy się nabrać na bełkotliwą gędźbę, iż na przykład istnienie różnych odłamów chrześcijaństwa (katolicyzm, protestantyzm, prawosławie) to rzekomo nic innego jak skutek „wzajemnej zawiści, sporów, ambicji oraz grzechów, jakich na przestrzeni wieków dopuszczali się wszyscy chrześcijanie”. Kontestujemy pogląd, że to wcale nie błąd (herezja protestancka) – błąd, który jest zarazem grzechem przeciwko wierze – i nie odstępstwo, zanegowanie władzy papieża (schizma prawosławna) – które jest grzechem przeciwko miłości – zadecydowały o rozłamie, ale po prostu zła wola chrześcijan, ich swarliwość, małostkowość… Serio? Kogo przekona ta argumentacja?

Ta demagogiczna teoria, ta ewidentna bzdura, która stała się pożywką dla szału podrobionego ekumenizmu, bo była tak wygodna dla apologetów „postępu” w Kościele – „postępu”, który jest synonimem jego zniszczenia – nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości, nawet, gdy weźmiemy pod uwagę kryteria czysto historyczne.

Polscy katolicy – o ile nie są odurzeni paplaniną sączącą się z różnych mediów podających się za „katolickie”, coraz bardziej infantylną, zachęcającą do bratania się z heretykami i schizmatykami i bicia się we własne piersi (a odurzonych jest u nas naprawdę niewielu) – wiedzą dobrze, że twierdzenie, iż „Kościół katolicki splamiony został grzechami na równi ze wszystkimi innymi wyznaniami” jest zwykłym kłamstwem. I dlatego cały ten żałosny festiwal przeprosin, kajania się za krucjaty, za Święte Oficjum, cały rytuał haniebnego omijania dogmatów Maryjnych w imię „tolerancji”, umniejszania roli Matki Bożej, bo nie życzą sobie tego protestanci, jest dla nas jedną wielką kpiną. Kpiną z Kościoła. Jest popisem obłudy.

Czy polscy katolicy mylą się w tej materii?

Od czasu, gdy głoszenie ekumenizmu zastąpiło przypominanie o podstawowych prawdach wiary – o zbawieniu i grzechu, o sprawach ostatecznych, o zasadach moralnych, które nie podlegają korekcie ani stopniowaniu, bo pochodzą od Boga – wmawia się katolikom, że istnieje jakieś zupełnie nowe i nieznane dotąd rozumienie pojęcia „jedności” Kościoła. I że trzeba do tej jedności zmierzać niwelując dzielące nas różnice. Takie pojęcie jedności pozbawione jest elementarnej logiki. O to, że różni odszczepieńcy i wichrzyciele opuścili Kościół i założyli swoje „kościoły” („kościoły siostrzane”, „bratnie religie”) nie może być przecież oskarżany Kościół katolicki. To zarzut pozbawiony sensu.

Źródło podziałów nie tkwi w Kościele, lecz w buncie wobec głoszonej przez niego prawdzie. I przeciw jego władzy.

Wtedy Osoba Syna Bożego, teraz Kościół

Nie można pomijać historycznego faktu, że już od pierwszych wieków ery chrześcijańskiej diabeł starał się atakować dogmat stanowiący wyraz fundamentalnej prawdy, przez którą został zwyciężony, mianowicie Wcielenie – czyli zjednoczenie natury boskiej z naturą ludzką w Osobie Słowa Bożego. To historyczne zmaganie, które przybierało różnoraki formy, osiągnęło swe apogeum w mającej miejsce w V wieku debacie pomiędzy św. Cyrylem z Aleksandrii a Nestoriuszem. Nie powinno nas dziwić, że jedność, stanowiąca wyjątkowy i nieutracalny przymiot Kościoła katolickiego, Ciało Mistyczne Wcielonego Słowa, jest dziś dogmatem najbardziej atakowanym przez nowe koncepcje eklezjologiczne. W V wieku ta jedność atakowana była w Osobie Słowa, obecnie zaś – w Jego Kościele. (ks. Dawid Pagliarani FSSPX)

Ercole Procaccini il Giocane - Św. Michał Archanioł

Ercole Procaccini il Giocane – Św. Michał Archanioł

Absurdem jest twierdzenie jakoby odpowiedzialność za rozłam ponosił ten, kto stał się jego ofiarą. Jedność chrześcijan osiągnąć można tylko w jeden sposób: uznając grzech odłączenia się od Kościoła. Zrywając z tym grzechem. Nawracając się na prawdziwą wiarę. (Nie chodzi tu tylko o przyjęcie prawdy teologicznej, ale i o posłuszeństwo Kościołowi).

W czasach przedsoborowych mówiło się wiele o grzechu „braci odłączonych”. Modlono się gorąco o powrót heretyków i schizmatyków do Kościoła. Dziś źródło tego grzechu chce się przypisać Kościołowi katolickiemu. To absurd. To stare kłamstwo tych, którzy usiłują zatuszować swój zły czyn, popełniony z konkretną intencją, z rozmysłem – nie przez roztargnienie – zwalając winę na tego, kogo skrzywdzili. Krzywdy doznał Kościół katolicki. Mistyczne Ciało Chrystusa.

Kościół minionych wieków nie szczędził wysiłków, by napominać i przyzywać do opamiętania tych, którzy podeptali jedność i odwrócili się od Kościoła. Zarzut, że czynili to wkładając w te napominania zbyt mało „miłości” jest zwykłym wykrętem. Będąc w łonie Kościoła nie można popełnić grzechu schizmy.

Skąd wzięło się dzisiejsze ekumeniczne szaleństwo, które piętnuje obronę jedynej katolickiej prawdy i wręcz zakazuje wypełniania tego obowiązku porzez chrześcijan? Piętnuje w sposób elementarnie nieuczciwy, fałszując historię Kościoła, przypisując mu niedopełnione winy.

Nie sposób pominąć „drobiazgu” – dziś notorycznie przemilczanego – że to właśnie środowiska protestanckie zainicjowały i ukształtowały dzisiejsze oblicze ruchu ekumenicznego, jeszcze na długo przed soborem.

Wszyscy, którzy dali się nabrać na głoszoną przez protestantów demagogię, autoryzują fałszowanie historii Kościoła, demonstrując przy tym pogardę dla wysiłków licznych papieży i świętych, którzy niestrudzenie przyzywali „braci odłączonych” do jednej owczarni, przypomina wymieniony wyżej ksiądz (Włoch). Droga była tylko jedna: nawrócenie. Powrót do prawdy o Bogu i posłuszeństwa Kościołowi. Nie zaś jakieś „uśrednienie”, „ujednolicenie”, „uzgodnienie” prawd wiary czy postaw (postawą, jaką zajęli prawosławni jest przecież butne odcinanie się od Stolicy Apostolskiej).

Gdy te wszystkie faktyczne, obiektywne przeszkody do uzyskania „pełnej jedności” bierze się w nawias, prowadzi się umysły wierzących na manowce. Wyprowadza się katolików w pole.

Św. Michał Archanioł - fresk Bronzina (za Wikipedia)

Św. Michał Archanioł – fresk Bronzina (za Wikipedia)

Nigdy w historii Kościoła (aż do ostatniego soboru!) nikt nie wymagał od wiernych, by akceptowali błąd lub grzech w imię „jedności”. Przeciwnie, Kościół nazywał i piętnował surowo każdy fałsz, który odnosił się do wiary, kultu, czy sprawowania urzędu w Kościele..

Kościół nigdy nie utracił jedności i nie może jej utracić, bo jest Bosko -ludzki.

Nie są mu potrzebne żadne teatralne „jednania się” za cenę fałszu. Żadne komedie wspólnych „modłów”. One Kościół obrażają.

Wszyscy krzyczeli, nie pojąłem ani słowa.
Autorytetu władza nie ma tu za grosz…

(J. Kaczmarski, Rejtan, czyli raport ambasadora)

Dziś próbuje się zaszantażować Polaków – jak również inne narody Europy – w podobnym stylu (przy użyciu analogicznej argumentacji), zmuszając do udowadniania, że nie są wielbłądem. Wykazując im, że muszą przyjąć uchodźców – nie precyzując przy tym, o jakie konkretne grupy przybyszów do Europy – czym motywowane – chodzi. A więc, że muszą jako obywatele suwerennego państwa okazać pełne zaufanie ludziom, którym wierzyć nie ma żadnych podstaw. Płaszczyzną odniesienia jest tu braterstwo, „jednanie” się  ma dokonać się w imię wartości nie religijnych tym razem, a humanitarnych. Nie jesteś za uchodźcami we własnym kraju, jesteś zły. Masz defekt. Musisz coś zrobić ze sobą. Jakąś śrubkę w głowie przekręcić.

„Humanitaryzm”, „miłość”, „chrześcijaństwo” są w tym wypadku synonimem drwiny z chrześcijaństwa, stworzonej przez nie cywilizacji i burzenia porządku miłości, który ludzi wierzących obowiązuje, a oznacza, że najpierw trzeba troszczyć się o rodzinę, następnie o naszych polskich braci, którzy są w potrzebie, a jest ich niemało. Przypomniał o tym podstawowym porządku (ordo caritatis) Jarosław Kaczyński, w swoim bez przesady wielkim przemówieniu na temat problemu uchodźców w parlamencie. Gdy zapominamy o zasadach, których źródłem jest prawo moralne i filozofia realistyczna oparta o logikę arystotelesowską, nie o postmodernistyczne wymysły i poprawnopolityczne lewackie zaklęcia, jesteśmy w łapach tych, których taktykę zwięźle odmalował Jacek Kaczmarski w wierszu „Rejtan, czyli raport ambasadora”: …rozgrywka z nimi, to żadna polityka, to wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse

Rezygnujemy z używania rozumu.

Św. Michał Archanioł - statua przed kościołem św. Michała w Hamburgu

Św. Michał Archanioł – statua przed kościołem św. Michała w Hamburgu

Przywódca Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński, prezydent RP Andrzej Duda nie rezygnują z używania rozumu.

Przeciwnie, zmuszają swoich oponentów politycznych, innych Polaków, do tego, by rozumem się posługiwali, przede wszystkim przy podejmowaniu decyzji dotyczących obywateli swojego państwa. Są głosem rozsądku, gdy brakuje go nawet na najwyższym piedestale.

Oto godne wypełnianie przez Polski jej misji. Misji państwa katolickiego, które oddał w lenno Piotrowi Mieszko I wraz z przyjęciem chrztu.

Tylko działając w ten sposób = broniąc się na wszystkich płaszczyznach przed kłamstwem – nie będziemy fundować obywatelom chaosu i potencjalnego terroryzmu na ulicach. W ten sposób, mając się na baczności wobec przedstawicieli religii, która jest agresywna wobec chrześcijaństwa, zapewnimy Polakom pokój i bezpieczeństwo. A to jest obowiązkiem państwa (które rozumie całą dwuznaczność, szkodliwość i fałsz pojęcia państwa neutralnego światopoglądowo).

Nie bijemy się w piersi, nie przepraszamy, że widzimy to wszystko w prawdziwych barwach i we właściwych kształtach, a nie przez różowe okulary, nie przez zniekształconą grubą szybę. Że nie ulegamy perfidnemu kuszeniu, z daleka już zalatującemu bliskowschodnim bazarem, by społeczny ład zbudowany na zasadach cywilizacji łacińskiej zamienić w farsę, kpić na oczach wszystkich z prawa, z państwa i z obywateli.

Rola i cel Kościoła oraz rola i cel państwa, a także rola i cel rodziny są do pewnego stopnia analogiczne (choć nigdy nie można utożsamiać państwa z Kościołem, co przydarzyło się prawosławnym). Dzisiejsza rewolucja – i ta lewicowa i ta prawicowa, której najbardziej znanym przedstawicielem w kulturze jest Jean Raspail, autor „Obozu świętych” i „Sire” – próbują te cele w świadomości ludzi zatrzeć, a role uczynić niezrozumiałymi. Próbują udowodnić, że trzeba się „wyzwolić” z poddaństwa prawdziwemu Bogu. A zarazem, co jest tego logicznym następstwem, unicestwiać państwo i rodzinę (jako instytucje opresyjne). Niszcząc to wszystko wysadzić w powietrze całą naszą cywilizację.

Św. Michał Archanioł - cudowna figura z Gargano

Św. Michał Archanioł – cudowna figura z Gargano

„Czy jest coś upokarzającego w posłuszeństwie dzieci wobec rodziców” – pytał jeszcze u schyłku XIX w. nawrócony na katolicyzm anglikański duchowny Arthur Fathersone Marshall  – „w posłuszeństwie wobec praw naszego kraju, czy nawet w posłuszeństwie wobec zasad życia społecznego, których celem jest ład publiczny? Bynajmniej. Ponieważ władza rodzicielska postrzegana jest jako prawomocna, zarówno na mocy praw ludzkich, jak i boskich; ponieważ prawa kraju mają zasadnicze znaczenie tak dla naszego własnego bezpieczeństwa, jak i dla samego istnienia państwa, zaś zasady życia społecznego chronią zarówno jego członków, jak też całą społeczność przed wpływami zewnętrznymi”.*)

Przypomniał o tych podstawach we wczorajszym przemówieniu w nowojorskiej siedzibie ONZ prezydent Andrzej Duda. Przestrzeganie prawa jest gwarantem pokoju – w państwach i na świecie. To jasne, ale zapominane w czasach, gdy ideologia wypiera myślenie.

Źródłem upokorzenia byłyby w rzeczywistości zarówno bunt i nieposłuszeństwo okazywane rodzicom, jak „gwałcenie praw kraju czy ostracyzm, będący skutkiem naruszenia zasad społecznych”. (A. F. Marshall)

Batalia o wywołania obrzydzenia i strachu przed ludźmi

Skutki deptania prawa zakorzenionego w prawie naturalnym ukazuje z drapieżnym realizmem Jean Raspail w swoich sugestywnych wizjach („Obóz świętych”). W wizjach inwazji barbarzyńców na starą Europę. „Uchodźcy” nadciągają w jego książce z obszaru Indii; nie natrafiając na swojej drodze żadnych przeszkód zamieniają stary kontynent w spowite w dymy rumowisko, z nienawiścią depczą i niszczą wszystko, co kojarzy im się z „wyższością” białej rasy. Czy wizje te mogą się stać realnością – gdy prawo przestanie cokolwiek znaczyć, gdy motywacje emocjonalne i ideologiczne zdominują trzeźwość ocen, strach obali zdrowy rozsądek? Współpraca międzynarodowa okaże się zwykłą przepychanką, w której triumfują szantażyści. Wspólnota –  jedynie przykrywką dla brudnych interesów. A „ekumenizm” zniszczy jedyną prawdziwą religię.

Jest w tych proroctwach kreślonych przez francuskiego pisarza przed ponad trzydziestu laty, w jakimś szczególnym zapamiętaniu, coś niepokojącego. Nawet nie ich prawdopodobieństwo, ale nuta ukrytej satysfakcji. Coś niechrześcijańskiego właśnie. Jest mianowicie założenie, że drugi człowiek to zagrożenie, bezwzględny wróg. I że nie ma ratunku przed antycywilizacją, która triumfalnie wkracza od strony morza, na kamieniste plaże śródziemnomorskich kurortów kontynentu, który popełnił wcześniej moralne i polityczne samobójstwo.

Nie ma tu Kościoła i prawdy – jedynie kruchy cień. Nie ma Piotra – Opoki. Nie istnieje Kościół, który jest wieczny i który zgodnie z obietnicą Chrystusa nie zostanie zniszczony.

Św. Michał Archanioł  - artysta anonimowy

Św. Michał Archanioł – artysta anonimowy

Niewola własnego eklektyzmu

Czy źródłem posłuszeństwa ma być tylko uznanie prawowitości danej władz? Z tym łączy się uznanie autorytetu władzy. W przypadku Kościoła jest to kwestia kluczowa.

Tylko Kościół katolicki mówi swoim wyznawcom, że jego teologia nie składa się z prywatnych opinii poszczególnych osób, „z których każda uważa się za kompetentną w dochodzeniu prawdy” (A. F. Marshall). To wszystkie pozostałe „Kościoły”, poza Kościołem katolickim – jak chcą je nazywać ludzie o nastawieniu ekumenicznym – „ szczycą się z tego, co nazywają wolnością prywatnego osądu, a co w istocie jest niewolą własnego eklektyzmu. Ich autorytetem jest prywatny osąd jednego lub więcej protestanckich teologów lub własny pogląd na wszystkie doktryny wyrażone w Piśmie św. Innymi słowy nie posiadają one żadnego autorytetu”.

Dlatego sugestywne obrazy Raspaila, na które dziś nakładają się obrazy z Internetu – rozwścieczonego tłumu przybyszy z Afryki i Bliskiego Wschodu demolującego przeszkody, które nie pozwalają im osiągnąć celu – nie powinny przerażać. (Straszenie jest jedną z głównych metod osiągania celów przez strażników nowego ładu). Trzeba bronić się przed narzucaniem, wraz z tymi obrazami, odrazy wobec innych ludzi. Rasiści mają się dobrze w atmosferze dzisiejszych czasów. Jak zauważył jeden z recenzentów głośnej w tych dniach książki Raspaila, u niego „tematykę religijną spowija lekka mgiełka ironii”. I to jest w jego dziełach najciekawsze.

Być może komuś zależy wyjątkowo, by zohydzić Europejczykom innych ludzi. By na zgliszczach religii człowieka obudzić strach przed ludźmi, nie dlatego, że wyznają fałszywe religie, tylko dlatego, że są brudni. Taki cel mógłby przyświecać tym, którzy nigdy nie brali na poważnie faktu, że do chrześcijan należy obowiązek niesienia prawdy całemu światu. Że w misjach pomaga sam Bóg. Że chroni je Św. Michał Archanioł. Że człowiek, który odzyskuje wiarę w sens swojego życia, w jego wieczny cel, przestaje doszukiwać się tego celu w materialnym zaspokojeniu swoich potrzeb. Przestaje być barbarzyńcą. Gdy wzbudza się w człowieku tęsknotę za prawdziwym celem i sensem życia  demaskuje się wszystkie fałszywe bożki i fałszywe pragnienia. One przestają szczerzyć kły.

Takie było zawsze zadanie misjonarzy.

Przez wszystkie wieki chrześcijaństwa – aż do ostatniego soboru – Kościół litował się nad takimi ludźmi  jak ci, którzy kołaczą dziś do bram Europy wśród ryków i bluzgów. Posyłał do nich misjonarzy. Nie pogardzał nimi, nie bał się ich. Nie pozwalał, by ich prześladowano. Odrzucał rasizm. Mógł zawsze liczyć na pomoc chrześcijańskich państw. Nigdy też nie głosił naiwnego poglądu, że trzeba otworzyć przed nimi cywilizacyjne przybytki Zachodu, by używali ich dowolnie na swój sposób, zanim nastąpi ich prawdziwe nawrócenie – a wtedy nie będą im potrzebne cudze dobra. Rozpoczną wznoszenie cywilizacji na swojej ziemi. Na tym polega prawdziwy pokój.

Nie istnieje on bez uznania prawdy i autorytetu Boga.

Francesco Botticini - Święci Archaniołowie Michał, Rafael prowadzący młodego Tobiasza i Gabriel

Francesco Botticini – Święci Archaniołowie Michał, Rafael prowadzący młodego Tobiasza i Gabriel

Warto zadać sobie pytanie o źródła tego wszystkiego, co dzieje się na naszych oczach.

Warto w sposób poważny rozprawić się z fałszywym ekumenizmem, który nie tylko nie prowadzi do „miłości” i „jedności”, ale ewidentnie kruszy ich podstawy: osłabia wiarę, pozbawia ludzi nadziei. Wywołuje chaos w umysłach. Kompromituje miłość. Jest pożywką dla lęku przed innymi.

Jedyną poważną odpowiedzią państw i narodów trzęsących się dziś ze strachu przed inwazją wyznawców Islamu jest postawienie sobie zadania powrotu społeczeństw Europy do Chrystusa i jego praw. Przestrzeganie tych praw. I wysłanie przez Kościół katolicki misjonarzy. Przypomnienie sobie oczywistych faktów z nieodległej historii, że przedsoborowym misjom katolickim w Afryce zawsze towarzyszył cywilizacyjny i kulturowy skok tych obszarów.

Także uświadomienie sobie konieczności powrotu do zasad Ewangelii w polityce, czego rzecznikami i wyrazicielami są dwaj główni mężowie stanu na naszej scenie publicznej, prezydent Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński. Zerwanie z fałszem i obłudą humanizmu. Przypomnienie sobie, że bogiem nie jest ani człowiek, ani społeceństwa. Nie jest bogiem państwo, rodzina, ani też życie ludzkie (z czego jakby nie zdawali sobie sprawy niektórzy  „obrońcy nienarodzonych”). Odpowiedzią jest nawrócenie się na katolicka wiarę i zerwanie z herezją, porzucenie schizmy. Zachęcenie ludzi Kościoła, by odważnie podjęli misję wobec wyznawców fałszywych religii, gdyż zadaniem Kościoła nie jest bynajmniej „zjednoczenie ludzkości”, lecz zbawienie każdego człowieka. (A nasi polscy misjonarze należą do tych najdzielniejszych, najbardziej oddanych Chrystusowi, najmniej otępiałych fałszywymi postulatami inkulturacji). Odstąpienie od mącenia ludziom w głowie mrzonkami o możliwości zbudowania ziemskiego ładu bez Boga, którym jest Trójca św.

Uniesienie nad Europą wysoko sztandaru krzyża.

To zadanie przypada dziś Polsce.

Ewa Polak-Pałkiewicz