OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Miesięczne archiwum: Październik 2019

Powrót „pańskiej Polski” – po czterech latach

Przed tak ważną decyzją, jaką przyjdzie nam jako Polakom podjąć już jutro, warto poświęcić chwilę, by spojrzeć na to, co za nami, z pewnej perspektywy. Przypominam tekst, który powstał krótko przed poprzednimi wyborami parlamentarnymi, by uprzytomnić – sobie i Czytelnikom – jaką drogę pokonaliśmy przez ostatnie cztery lata. Naprawdę niezwykłe lata naszej historii. Wspaniała była to przygoda… I gdzie jesteśmy dziś, patrząc na nasze nadzieje i oczekiwania z tamtego czasu.

_____

Jesteśmy szczęśliwym krajem. W naszym kraju trzydzieści procent Polaków od kilkunastu lat głosuje zawsze na ludzi, którzy mówią publicznie, głośno i wyraźnie, że wolność jest piękna. Że niewolnictwo – sprzedawanie się za pieniądze, za posady, za obietnice, życie bez prawdy – czyni nieszczęśliwymi, upadla. Przyobleka duszę w ohydny brudny łachman.

Dlatego jesteśmy krajem naprawdę szczęśliwym. Trzydzieści procent to dużo. [Choć dziś – byłoby zdecydowanie za mało – dop. 11. X. 2019]. Zwłaszcza, gdy tylu wynajętych pajaców gdacze bez przerwy, że ci, którzy są za wolnością, za Polską silną, za mądrym rządem, to ludzie niepoważni. Nieudacznicy, jacyś pomyleńcy. Ale prawdy o nas, Polakach, nie da się unicestwić. Nawet, gdy nikt jej nie zasieje jesienią, a pole się zaorze – odrośnie, jak trawa na wiosnę.

Nie da się Polski w sercach polskich znieważyć. Jej prawdziwe życie jest właśnie tam. Nie da się jej zniszczyć. Im bardziej lżona, tym goręcej kochana. Im bardziej wmawiają nam, że jesteśmy głupcami, tym jesteśmy mądrzejsi. Im bardziej przypisują nam szaleństwo, tym bardziej okazujemy się rozważni i dalekowzroczni. Mamy dar spokoju. Wszystko wychodzi bowiem na dobre człowiekowi, który kocha Boga. Każde doświadczenie, każdy cios.

Tak samo jest z narodem, który kocha Boga. Wolne słowo, wolna opinia publiczna to potęga Polski. Gdy patrzy się na opinię publiczną w krajach Zachodu, albo Wschodu – cóż… Tak, możemy być dumni!

Dziś wynajęci pajace gdakaniem o tym, że samolot pod Smoleńskiem sam się roztrzaskał, jakby był suchym kawałkiem drewna nadzianym na ostrze, usiłują wepchnąć innych Polaków w przepaść głupoty, niedorzeczności, zdziecinnienia.

Chcą także, żeby już bardzo małe, ledwo z pieluch wyjęte dzieci uczyły się w szkołach, które są sporządzone na modłę rosyjskich szkół dla Polaków w czasach zaborów. Wszystko tam stawiano na głowie; do umysłów dzieci i młodych ludzi usiłowano wepchnąć istny śmietnik – posługując się dwoma chwytami: presją fałszywych autorytetów i terrorem, zastraszaniem.

Ale w Polsce po prostu nie da się rozpleść tych nici, tak ściśle ze sobą zespolonych, które tworzą jeden wzór: wiara i polskość, kultura i mądrość, zdrowy rozsądek i zdolność do ofiar, fantazja, polot, umiejętność śmiania się z samych siebie i pracowitość. Nie odwracanie się nigdy plecami do ludzkiego nieszczęścia. Gościnność i tolerancja, pogodna rezerwa wobec innych narodów. Nie przyjmowanie tego, co byle jakie, co polskości zaprzecza, ale szacunek wobec ludzi. To wszystko w Polakach było zawsze i jest nadal obecne. Nic nie da się wydestylować. Tu właśnie kryje się ów pański dystans wobec innych – bez nadmiernej poufałości, ale z rewerencją i szacunkiem dla drugiego człowieka. Dystans, który nie przeczy wcale ciekawości, otwartości, ciepłu, przyjaźni; dystans, który tak intrygował i pociągał cudzoziemców. Sprawiał, że Polakami w czasach I Rzeczypospolitej chcieli być Tatarzy, Białorusini, Litwini, Ukraińcy. Że Polakiem stał się u progu XX w. Austriak prof. Oskar Halecki, znawca i miłośnik polskiej historii.

Polskość była atrakcyjna. Na dworze carów w XVII, XVIII wieku mówiło się po polsku. Polskość czarowała. Była i jest atrakcyjna, o czym zaświadczają na przykład przyjaciele z Majdanu.

Polska jest dziwnym krajem. Dziwnym, kłującym w oczy – nawet w Europie dzisiejszej., na jej tle. Bo w Polsce, to niewiarygodne, nadal jest polskość! Choćby wybito niemal wszystkich przedstawicieli polskich elit, pamięć o nich pozostanie wśród Polaków, żywa jak płomień. I będzie się wciąż odradzać. Polskości wydrzeć się z dusz mieszkańców Polski nie da. Nasi wrogowie tego nie rozumieją. Bo dla nich istnieje tylko to, co materialne.
Trzeba wierzyć w dogmat Świętych obcowania, żeby zrozumieć coś z Polski. Oni nie wierzą.

A Polacy wciąż ze sobą potrafią rozmawiać. Rozmawiają także z tymi, których już nie ma tu, na ziemi.

Polacy się lubią. Sięgają po gazety, które nie judzą i nie nudzą. Które dają oddech, bo ich autorzy mają poczucie humoru. Prawda podana ze zmarszczką na czole, z potępiającym okrzykiem i grożącym palcem, z wykrzywieniem ust, z oskarżeniem wobec wszystkich wokół – bo tylko moja gazeta, moja rozgłośnia, moja prawda są słuszne – to nie żadna prawda, a słuszniactwo. Słuszniactwo próbowali zainstalować tu bolszewicy, a wcześniej Prusacy i Moskale. Zostali wyśmiani. Słuszniactwo to myślenie pod sznurek. Na rozkaz i pod presją. Wykorzystuje się w tej presji fałszywy autorytet. Robi się z ludzi posłuszne kukły. Słuszniactwo w Polsce jest zawsze czymś żałosnym.

Jesteśmy szczęśliwym krajem. Mamy przed sobą szalone perspektywy. Bo mamy Ojca i Matkę, o których wiemy, że kochają. Dzieci, które nie mają rodziców, którzy je kochają, nie są szczęśliwe. Wciąż chcą udawać kogoś innego. Źle czują się we własnej skórze, usiłują wciąż udowadniać, że zasługują na miłość. Czasem robią tysiące głupstw, żeby tylko ktoś, kogo mają za ojca i matkę, ich pokochał… Lub choćby zwrócił na nich uwagę. Zauważył, że istnieją. Jaki to okropny ból, gdy rodzice nie kochają dzieci, lub kiedy nie potrafią im tego okazać i one sądzą, że nie są kochane!

Z Polakami jest inaczej. Oni co do miłości mają pewność. Ich Ojciec to Bóg. Ich Matka to Matka Boga. Czy dlatego, że Polacy są lepszymi katolikami? Nie, nie są lepszymi. Ale nie dali w sobie zabić wiary w Boga, który jest Trójcą, trzema Osobami Boskimi, które łączy miłość. Wiara w Boga osobowego uskrzydla. Wiara w boga bezosobowego, boga tożsamego z kosmosem, naturą, wiara w absolut, który nie ma twarzy, nie ma serca, który nie potrafi kochać, to nieszczęście. Przytrafia się różnym pobożnym mędrkom.

Pełne kościoły podczas rekolekcji przed Świętami Wielkanocnymi, kilometrowe kolejki przed konfesjonałami, ludzie na kolanach przed Bogiem, to wszystko mówi wyraźnie: Tak, mamy Ojca. Mamy Matkę. Jesteśmy kochani. Nasz Ojciec jest Bogiem. Nasz Bóg jest Zbawicielem świata. Nasz Zbawiciel jest prawdziwym Królem. Ten, którego nie chcieli, którego wyszydzili, zdradzili, opluli i ukrzyżowali.

Polacy jednak wiedzą, że On jest Królem. Jak to zwięźle ujęli w staropolszczyźnie: Próżno, straże, grób strzeżecie! Już Go tutaj nie znajdziecie: Wstał, przeniknął skalne mury, Bóg natury…

Nawet, kiedy ostatni król polskiego państwa zostaje zdrajcą, gdy tchórzy, gdy upokarza naród, Polacy nie stają się sierotami. Mają Króla, którego Serce pała miłością bez chwili wytchnienia. I oni o tym wiedzą.

Wszystkie polskie pieśni wielkopostne, Gorzkie Żale, Drogi Krzyżowe odprawiane w Polsce przez cały Wielki Post o tym mówią. Nie ma wątpliwości. W Jego ranach nasze ukojenie. W Jego bólu nasze pocieszenie. W Jego Krzyżu nasze zwycięstwo.

Mamy Matkę, która jest Królową.

Zapominamy o tym w chwilach wielkiej udręki, wielkiej boleści, ale potem budzimy się z odrętwienia. Mało kto być może dziś przypomina sobie, że osiem lat temu hołd tej Królowej, w Katedrze Lwowskiej, przed ołtarzem, gdzie modlił się Jan Kazimierz i przyjmował Ją uroczyście jako Królową Polski – dzielił się z Nią swym królestwem – złożył prezydent Polski, Lech Kaczyński. Odnowił wówczas śluby Jana Kazimierza wobec kardynała Mariana Jaworskiego. Było to 1 kwietnia 2006 roku, w 350. rocznicę Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza w tej samej katedrze.

Kiedy się ma Ojca i Matkę, gdy Oni są Królem i Królową, i gdy się o tym wie – jest się szczęśliwym narodem.

Tego narodu nie da się oszukać

Jesteśmy szczęśliwym narodem, bo dobrze wiemy, co się wydarzyło 1o kwietnia 2010 roku !!!.

To fakt, coraz więcej ludzi o najpobożniej złożonych dłoniach wykrzykuje, że nic, dosłownie nic nie zdarzyło się tego dnia. No, nic takiego, dajcie spokój! Albo: Zamknijcie się wreszcie, słyszycie! NIC! Im głośniej krzyczą, tym bardziej głuchy jest ten krzyk.

Struny głosowe już wysiadają, a oni krzyczą. Drą się na całe gardło I cisza, która zapada potem jest straszna. Przerażająca dla nich samych. Wreszcie słyszą, co wykrzyczeli.

Także ci, którzy próbują tę datę po prostu wykreślić z zestawu historycznych dat, ominąć ją wielkim łukiem, ogłaszając hałaśliwie na przykład, że tego właśnie dnia zatriumfowali w Parlamencie Europejskim obrońcy życia i dlatego dzień ten będzie pamiętny i wielki na pokolenia, dają tylko dowód, że boją się okropnie i nie chcą, by ktokolwiek o tym wiedział.

Że nie chcą kłamać wprost, ale próbują przykryć, czym się da tę datę, która pojawia się wciąż i wciąż rośnie przed oczyma oniemiałego świata, który, biedny, nie wie – choć tak naprawdę wie doskonale – jak i z czym ją powiązać. Pojawia się niczym MANE TEKEL FARES, i nie znika, choć ściera ją pracowicie niewidzialna gumka i zamalowuje pod osłoną nocy pędzel: Dziesiąty kwietnia, Smoleńsk.

Jesteśmy szczęśliwym narodem, bo czujemy wciąż i rozumiemy naszą historię. Potrafimy powiązać ze sobą w jedną całość daty, miejsca i ludzi. Pojmujemy – to, co wcale nie łatwo jest pojąć: historia państw i narodów jest mową Boga.

Wiemy, że nie da się niczym wydrapać tych kwietniowych dat: 1940…, 2010…. Odrodzą się znów, pojawią się na murach, wykwitną jak kwiaty na drzewach wiosną, wyrosną jak aksamitny mech spod ziemi – przed oczyma Polaków, którzy się na tej ziemi urodzą.

Gdy Polacy nie słyszą w kościołach podczas kazań nawiązań do tej daty, czują po prostu palący wstyd.

Oszukiwać się długo nie da nawet tych ludzi, którzy bardzo by chcieli zapomnieć – bo mają za dużo spraw, zbyt wiele interesów, projektów, zobowiązań, za wiele do stracenia – żeby dla nich nic, poza zwykłym wypadkiem, takim, jakich wiele, nie wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku.

Dlatego, że tak jest, do Polski zawsze będą przyjeżdżać cudzoziemcy. I odjeżdżać stąd z dziwnym uczuciem, że Polska jest w Europie rajem. Choć drogi nie takie, koleje przestarzałe, bruki krzywe, kawa niesmaczna, hotele byle jakie. Jest rajem, bo jest Ojczyzną ludzi, których łączą ze sobą prawdziwe relacje. Tylko niezachwiana pewność, że Bóg jest, pozwala nawiązać prawdziwe, wolne do pozy, relacje między ludźmi.

Chcą nawet osiedlać się tu, w tym kraju, tak ubogim. Jak ujął to pewien Szwajcar, który z żoną – dziewczyną po filozofii, jak i on – robi sery pod Suwałkami: Wszyscy, którzy nie są bardzo chorzy chcieliby tu przyjechać i żyć. Dlaczego? Niebogata Polska jest rajem, do którego z niejasnych dla siebie powodów tęsknią ludzie z Zachodu. I rajem, który budzi okrutne wyrzuty sumienia – starannie ukryte, ale przecież ujawniające się, nie jeden raz – u wielu z nich. U wielu także tych ze Wschodu.
Tutaj ludzie mają gest

Kupowałam niedawno mleko od starszej kobiety, która stała na chodniku. W koszyku miała jajka, w plastikowych butelkach po wodzie mineralnej mleko. Czy to od pani krów?, zapytałam z głupia frant.

Bez obrazy, od mojej krowy, odparła staruszka, prostując się z godnością.

Tutaj ludzie potrafią zachować się z godnością. Nie mówię, że wszyscy. Ale ta umiejętność, czy talent, nie wygasła Nawet kiedy sprzedają tylko grzyby i borówki czy czarne jagody stojąc na poboczu dróg szybkiego ruchu. I wiedzą, że poczucie godności u przejeżdżających szosą kierowców każe im się w końcu zatrzymać i wysiąść. Może żeby kupić te grzyby, których nie znajdą w osiedlowym supermarkecie, może żeby pogadać o tym, jak jest z grzybami w tym roku.

W zeszłym roku w lecie widziałam na wschodzie Polski kobiety – młode, stare i w średnim wieku – które wychodziły przed domy i wykładały w skrzynkach i koszach owoce i warzywa ze swoich ogródków. Niektóre sprzedawały za grosze, inne po prostu je rozdawały. To, co im tak pięknie w ogródku rozkwitło, a potem wyrosło i zaokrągliło się, przybierając odcień ciepły, rumiany: pomidory, dynie, kabaczki, cebule, jabłka, śliwki… Bo przecież, czy można powiedzieć, że dobra te są ich własnością? Czy to, co od Boga jest własnością… Więc one wynosząc te dary przed swoje domy, zawsze były chętne, by pogadać z kimś, kto by się zatrzymał. Stać je było na to. Miały czas, miały chęć. Chciały się czymś tak pięknym podzielić. Miały wielkopański gest. Bo były to nie kobiety, a panie. Choć ich domki nie były wcale okazałe, a ogródki małe nieraz jak prześcieradło.

Ludzie w Polsce zachowują się z godnością każdego dziesiątego dnia miesiąca. Stać ich na to, by złożyć kwiaty, zapalić znicz. Żeby przyjechać do Warszawy, czy innego miasta, nawet z daleka. Przejść z modlitwą ulicami razem z innymi Polakami. A przecież nic z tego nie będą mieli !

Bo w Polsce płynie Rzeka Podziemna. Wody suną powoli, niepowstrzymane, pracowicie drążąc podziemne korytarze. Nie ma struktury, nie ma brzegów umocnionych i obwałowanych. Jest rzeką zupełnie wolną, dziką i swobodną, która rozlewa swe potężne wody, gdzie chce.

Jest rzeka, płyną wody, bo jest miłość. Jedyne lekarstwo na nienawiść.

W Polsce o wielu rzeczach decydują relacje między nami. Bo one zawsze ukazują, czy ktoś jeszcze żyje życiem duchowym, czy nie. One mówią wszystko: jeżeli jesteś wobec innych szczery, prawdomówny, uczynny, bezinteresowny, gościnny, wspaniałomyślny, hojny – masz Boga. Wierzysz. Jesteś wolny, żyjesz naprawdę. Tak jak żyli naprawdę ci, co zginęli.

Tych wód nic nie powstrzyma.
Z ludźmi takiego animuszu

Zabić można też informacją, wiedzieli to znawcy wojennych strategii z Dalekiego Wschodu. Wojny informacyjne to ich wynalazek. I to właśnie niektórzy próbują dziś robić: zabijać duchowo powtarzanym wciąż negatywnym komunikatem: nic się nie zrobić. W Polsce nic się nie da zrobić. Polskę można tylko sprzedać. Jesteśmy skazani – rzekomo. Bo jesteśmy niepoważni, lekkomyślni, słabi, zatomizowani, chorzy, nienormalni, zakompleksieni. Skłóceni… To jednak nic nie ma wspólnego z nami. Nic z naszą historią i tradycją. Nic z prawdą o współczesnych Polakach. Ludzie, których serca nie stwardniały, nie stały się harde – ale też ci, których serca nie zniewieściały, nie uległy rozpaczy, nie rozpłynęły się w słabości – nigdy się nie załamią. Nigdy nie uwierzą złotoustemu kłamcy.

„Widzicie panowie, jak trudno władać Rzeczpospolitą złożoną z ludzi takiego animuszu” – to znowu Adam Mickiewicz, podczas wykładu w Paryżu w 1841 roku, który poświęcił prawie w całości Pamiętnikom Paska, obficie je cytując:

„»Skoro się trochę rozwidniło,…ruszyło się wojsko, żebyśmy, Pana Boga wziąwszy na pomoc, wcześnie zaczęli tę igraszkę«. – Tak Pasek nazywa bitwę. – »Idąc tedy, każdy odprawował swoje nabożeństwo; śpiewano godzinki; kapelani, na swych koniach jadąc, słuchali spowiedzi; każdy się dysponował, żeby był jak najgotowszy na śmierć. Przeszedłszy tedy o pół mili od Połonki, stanęło wojsko do szyku bojowego«”.

Przestańmy własną poić się boleścią; /Przestańmy ciągłym lamentem się poić, /Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią; / Mężom przystoi w milczeniu się zbroić…, przestrzegał Adam Asnyk, przeczuwając, u schyłku XIX wieku, wraz z postępami rusyfikacji, nadciągającą ze wschodu epidemię bierności i gnuśności, a wraz z nią stałą gotowość, by prześcigać się w narzekaniu. Mentalność drobnomieszczańska usiłowała zdominować, wypchnąć tę szlachecką. Do narzekania dołączyła złość wobec obcych, pomstowanie na Żydów, czemu patronowały organizacje nacjonalistyczne. Było to nadzwyczaj korzystne dla Rosji.

Tak jak niepolskie jest narzekanie, tak niepolski jest antysemityzm. Antysemityzm równa się niepolskość.

Dlatego właśnie hierarchowie Kościoła w Polsce porzucą nieuchronnie – w niedalekiej już przyszłości, to pewne – wszelkie ideologie, które przyplątały się w ostatnich czasach. To znaczy – odeprą pokusę filozoficznego idealizmu. Muszą rozliczyć się zarówno z ideologicznym potworkiem praw człowieka, jak i z potworkiem nacjonalizmu, skrywającym upodobanie w tradycji bez Boga. W pierwotnym sacrum – bez Boga. Rozgłośnie katolickie w końcu przestaną straszyć i zanudzać słuchaczy tym, że wokół panuje zgnilizna, i jest tak źle, tak beznadziejnie, że już nigdy dobrze być nie może. (Inteligencja zdradziła, politycy zdradzili…)

Te zaklęcia są nam podrzucane z zewnątrz. W Polsce brzmią fałszywą nutą. Polska jest zdolna do czynu. Polacy są dumni w sposób zdrowy, bo mają Chrystusa. Jedyną Drogę, jedyną Prawdę. Chrystus jest Królem. Choćby Go nie chcieli jako Króla ci po lewej stronie, intelektualiści zapatrzeni w swój własny pępek, w swojego idola, Teilharda de Chardin, i ci daleko po prawej, mocno pobożni, a tak często wobec swoich bliźnich okrutni, to Polacy właśnie Jego, swojego Króla mają w sercu. Kościół polski wcześniej czy później to odkryje – i będzie musiał za Królem iść.

Jak trafnie ujął to w Paryżu Mickiewicz: „Naród świadom był, że jego powołaniem walka z niewierzącymi i schizmą… za Jagiellonów od razu przejrzał niebezpieczeństwa, jakie na świat chrześcijański spaść miały po wtargnięciu Turków, i uderzył na nich. Polaków popchnął do tego ów instynkty moralny, który ludowi pozwala natychmiast odgadnąć nieprzyjaciół jego idei religijnych i społecznych….”

Natychmiast odgadnąć… Ta specyficznie polska zdolność do nieomylnego rozpoznawania kłamstwa musi niektórych niepokoić. Zbijać z pantałyku. Mieszać szyki. Tu kłamstwo nigdy się nie rozpleni. Nawet, gdy je co rok wystawiają na słońce i każą podziwiać; pracowicie podlewają, przycinają i nawożą. Chuchają, dmuchają i zaklinają – a ono nic. Tylko marnieje, więdnie i gnije.

Polskości nie da się ani zakazać, ani wykorzenić. Ma ona swobodę, lekkość i wdzięk, rodem z kultury zachodniej, łacińskiej, a zarazem jest przeniknięta w całości duchem słowiańskim. Niepowtarzalna mieszanka. Nie do podrobienia styl.

Polskość w całej urodzie uosabiał Pasek, średniozamożny szlachcic z Małopolski, autor Pamiętników, które z takim upodobaniem w Paryżu cytował Adam Mickiewicz. Poetę zachwycał także jego styl życia i nie bez przyjemności przedstawiał go paryskiej publiczności:

„Dwór Paska był to istny zwierzyniec. Kiedy jechał na polowanie, leciał przed nim oswojony kruk, wskazując mu drogę. Otaczały go i prowadziły jastrzębie i sokoły. Pomiędzy psami biegły liszki [lisy] oswojone, a nawet zające podskakiwały za pachołkami. Pysznił się tym swoim »myślistwem«, na które chłopi patrzyli jak na sprawę jakiegoś czarnoksiężnika. Ale najciekawszym stworzeniem w jego zwierzyńcu była oswojona wydra, którą w czasie postu posługiwał się do jedynego w swoim rodzaju polowania, do rybołówstwa. Musiał to cudo, nie bez obfitych łez, odstąpić królowi”.
Obowiązek rozpędzania obłoków

Jak odkrył to w prelekcjach paryskich Adam Mickiewicz: wiara w bezpośredni wpływ świata nadprzyrodzonego jest moralną i polityczną siłą Polski.

„W Polsce cios zadany religii katolickiej był śmiertelny dla Rzeczypospolitej, wszystkie bowiem zwyczaje wojskowe i polityczne opierały się na mocnej wierze w świat nadprzyrodzony, w cuda”.

Jako jeden z przykładów przytacza Mickiewicz z Pamiętników – już nie Paska, a o. Augustyna Kordeckiego – pewien epizod z oblężenia przez Szwedów Jasnej Góry:

„Co rana podnosiły się wokół warowni mgły i pod ich osłoną Szwedzi mogli podsuwać się pod same mury. Zakonnicy, nie znajdując innego sposobu przeciw temu zjawisku atmosferycznemu, polecili jednemu ze świątobliwych ojców zakonnych rozpędzać obłoki modlitwami, co też się powiodło.

W ustępie o obowiązkach każdego dowódcy oddziału czytamy, że ten a ten ojciec miał poruczony sobie obowiązek rozpędzania obłoków. Przeor uważał to po prostu za czynność zwyczajną”.

Przeciwnicy ideowi Polski, nawet nieraz chrześcijanie, ale sprotestantyzowani mentalnie i duchowo (zwłaszcza Niemcy), uważają, że idea Boga, który jest Mistrzem Miłości, jest do zakwestionowania, bo zagraża porządkowi społecznemu; musi być bowiem najpierw ściśle zorganizowana, uporządkowana, niejako okiełznana.*) Wszystko ma mieć swoje miejsce, ścieżeczki żwirkiem wysypane równiutko, system ma być doskonały. Polacy takich problemów nie mieli nigdy i nie mają. Ten typ myślenia jest im obcy, bo jest „katolicyzmem” tylko zewnętrznym, ateistycznym – jest spoganieniem chrześcijaństwa. Zakorzenionym w pysze, która uruchamia chorą wyobraźnię. Wszystko jest w niej wydzielone i określone. Myśleniu logicznemu w katolicyzmie nie można nigdy przeciwstawiać wiary związanej z gorącą miłością, płomienną nadzieją, wielką tęsknotą i pragnieniem Boga. Obie te właściwości idą razem, bo Bóg nie jest „czystym rozumem”. Jego Imieniem nie jest logiczność. Imieniem Boga jest obecność: Ja Jestem. Kochać kogoś to być przy nim. Być obecnym, nie udawać, nie deklarować. Miłość Boga jest prawdziwa, dlatego nie zniewala. Pozwala na wiele.

Polacy pozwalali sobie, przez wszystkie wieki wolności Rzeczypospolitej na wiele, potrafili pięknie i bujnie żyć, czuli się swobodni i pewni. Pewni wobec Boga, pewni Jego miłości. To musiało budzić zazdrość, a nawet – zupełny popłoch i przerażenie u niektórych przedstawicieli tych społeczeństw i państw, gdzie miłość prawdziwa była prześladowana, gdzie rozwijały się gwałtownie religijne choroby. Chorobą była reformacja Lutra i wyskoki jego następców; ciężką chorobą była schizma wschodnia. Tyko w miłości i prawdzie można dokonać rzeczy wielkich. Wielkich czynów dokonuje się dzięki wolnemu wyborowi dobra. Dlatego jedynymi ograniczeniami wolności, jakie akceptują Polacy – we wszystkich wiekach swojej historii – są ograniczenia dobrowolne.

To sprawa kluczowa. Między człowiekiem a Bogiem, między narodem a Bogiem istnieje miłość, prawdziwa miłość – z woli Boga – tylko wtedy, gdy jest tu obecna i wolność. Na tym polega szaleństwo Boga.

„Skoro Bóg nie może nas zmusić do tego, byśmy Go kochali, skoro zgadza się grać z nami w tę jakże niebezpieczną grę naszej dobrej woli i dobrowolnej miłości, dawanej lub odmawianej, trzeba, by jakieś ludzkie serce, nietknięte naszymi upadkami – ale takie, które doświadczyło naszej nędzy i cierpiało w swoim, czyli naszym ciele, tragedię grzechu – uniosło dla nas do nieba akt dobrowolnej i nieomylnej miłości, tak mocnej, żeby z naddatkiem wynagrodzić pierwszą zniewagę: trzeba będzie, żeby Bóg stał się człowiekiem.

Gdyby Bóg nie zamierzał tego drugiego szaleństwa swojej miłości, nie dopuściłby do pierwszej zniewagi, a nawet w ogóle nie stworzyłby rodzaju ludzkiego i całego wszechświata rzeczy widzialnych”.**)

(2014 r.)

11 października 2019 by Ewa Polak-Pałkiewicz________

*) Por. Marian Zdziechowski, Chateaubriand i Napoleon, Wilno 1932

**) Charles Journet, La Rédemption, drame de l`Amour de Dieu, Genève 1972, s.27 (za: Dom Yves Chauveau, Jak będzie w niebie, wyd. Promic)

LIST OTWARTY DO P. OLGI TOKARCZUK

LIST OTWARTY DO P. OLGI TOKARCZUK

Proszę mi powiedzieć, ilu Żydów zabiła Pani i Jej rodzina, jakimi metodami, dlaczego prokurator nic o tym nie wie – i dlaczego Pani uważa że wszyscy Polacy za to odpowiadają? (poniżej jest skrót listu) Tekst jest na wolnej licencji – proszę o udostępnianie: jest marzeniem, doprowadzić do sytuacji, w której pani Tokarczuk składa konkretne wyjaśnienia – albo nas przeprasza.
LIST OTWARTY DO P. OLGI TOKARCZUK
źródło: http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Olga-Tokarczuk-robilismy-straszne-rzeczy-jako-mordercy-Zydow,wid,17895476,wiadomosc.html
Szanowna Pani,

wczoraj przeczytałam, iż w programie „Minęła dwudziesta” w TVP, powiedziała Pani tak: „Wymyśliliśmy historię Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, jako kraju, który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości. Tymczasem robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów”.

Mam nadzieję, że to prawda. Gdyż bardzo mnie ucieszyła ta Pani wypowiedź.

Jest, tradycyjnym, zadaniem polskiego pisarza leczenie społecznych stosunków. Rozdzieranie ran – oraz ich opatrywanie. Aby doprowadzić zbiorowość do rachunku sumienia, odpokutowania win oraz naprawy zaburzonych relacji. A także wydźwignąć tę zbiorowość na wyższy poziom moralnej samoświadomości, przydając jej zarazem poczucia godności, woli i mocy sprawczej oraz mądrości na przyszłość.

Najgorsze czyny – przekuć w dobroć i światło, taka jest rola pisarza w Polsce.
Cieszę się, że rozumie Pani to posłannictwo.

(…) Tak więc, cieszę się, że wstąpiła Pani w szranki publicznej dyskusji. Ponieważ oczywiste że teraz musi Pani przeprowadzić porządny, logiczny i faktograficzny – dowód swoich tez.
Albo, jak mawiają w filmach z Hollywood „zamilknąć na zawsze”.

(…) Zakładam więc, że dysponuje Pani wiedzą tajemną, hermetyczną, ogólnie niedostępną na temat polskiej historii – i żądam, aby Pani teraz się nią z Polakami podzieliła.

Cieszę się, że będę mogła Pani pomóc w tym zadaniu, przedstawiając swoje stanowisko, ponieważ Polakom – oraz Europie – jest potrzebny krótki kurs prawdziwej historii Polski.

Dobrej czy złej, ale prawdziwej.
A tej trzeba dopiero poszukać. Gdyż ani Pani jej nie zna ani ja, znana jest tylko wersja zwycięzców. Natomiast działając razem – jesteśmy w stanie do tej prawdy się jakoś zbliżyć.

Najwyższy więc czas na poważną rozmowę m. in. o wzajemnych nieprzyjemnych zaszłościach w stosunkach Polaków z mniejszościami narodowymi – naturalnie na szerokim tle, historycznym oraz współczesnym tzn. warto uwzględnić też pozycję Polaków jako mniejszości w innych państwach, ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec, Ukrainy, Białorusi, Litwy. (A przy okazji jeszcze sprawdźmy, jak sobie z zagadnieniem radzą inne państwa np. USA, Izrael, Rosja, Chiny, żeby znaleźć jakieś konstruktywne tradycje czy wzory).

Czas na rozmowę o faktycznej narodowości znanych przestępców wojennych, którzy w oczach światowej opinii – uchodzą za Polaków, chociaż to nieprawda, bo akurat byli dziećmi przedwojennych mniejszości narodowych.

I w ogóle, czas na rozmowę o przestępcach wojennych, których Państwo Podziemne wyrzuciło poza nawias społeczny, ledwo powstało – których eliminowało, ile miało sił – to samo Polskie Państwo (bo mniejszości się tam dość słabo udzielały), które bezskutecznie usiłowało powstrzymać Holocaust za pomocą raportu Karskiego.

Czas na rozmowę o przestępcach wojennych, których po wojnie ukarała PRL – i których nie ukarała, gdyż komuniści zauważyli ich służebność – możliwość ich zastosowania do własnych celów, tak samo jak to zrobiły USA, Niemcy i inne kraje.

Ta dyskusja ma jeszcze jeden walor: aktualność. Obecne władze – wbrew stanowisku ponad 90% Polaków – usiłują teraz implantować do Polski mniejszość narodową. Obcą kulturowo, niewykształconą, nie asymilującą (z zasady religijnej), ubogą.

Generalnie sprawy idą w kierunku wygenerowania arabskich gett czy wsi w Polsce. Zatem pozwolę sobie na wtręt: analogia ze sztetlami i dzielnicami żydowskimi nasuwa się, niestety, automatycznie. Jest więc okazja przypomnieć, na marginesie naszej rozmowy, że II Rzeczpospolita nie radziła sobie z polityką wobec mniejszości – a także powód, dla którego większość polskich Żydów nie miała praktycznie szansy na uratowanie życia podczas niemieckiej okupacji.
Bo nie znali polskiego języka ani obyczaju, chociaż od pokoleń mieszkali w Polsce.
Bo żyli we własnych skupiskach – i nie mieli polskich krewnych oraz serdecznych przyjaciół.
Bo byli niezdolni wtopić się w tłum, nawet jeżeli dysponowali urodą fizyczną, odległą od niemieckich wyobrażeń na temat „wyglądu typowego Żyda”

Tak więc, dziękuję, że Pani wywołała wiele istotnych tematów.

I – wzywam Panią, aby krok po kroku udowodniła Pani swoje tezy.

(…) Oczekuję nazwisk tych, co wymyślili tę nieskazitelną historię Polski – oraz tytułów ich wiekopomnych dzieł, a także informacji o nakładach.

Oczekuję informacji, gdzie byliśmy kolonizatorami – i gdzie mieliśmy niewolników.

Oczekuję szczegółowego wykazu tych „strasznych rzeczy”, które robiliśmy jako większość narodowa oraz mordercy Żydów. Powinien być solidny – bardzo długi, obszerny i szczegółowy, ponieważ użyła Pani formy „my”.

W tej sytuacji akt oskarżenia musi być – potężny, chociaż Pani ujęła problem w lapidarnym skrócie.
Proszę więc o nazwiska, daty, miejscowości, komplet znanych okoliczności.
Ma Pani tysiąc lat historii Polski do dyspozycji, czas start.

Miesiąc Pani wystarczy na jakąś odpowiedź? – czy potrzebny kwartał? A może rok?
Możemy to zrobić korzystając ze swoich stron oraz Facebooka?

Tymczasem przygotuję swoje wykazy i przygotuję się do przedstawienia swojego stanowiska. Proponuję, żebyśmy się potem nawzajem – krytycznie pochyliły na całym materiałem
(…) Kulturalnie. Elegancko. Na piśmie.

***
Jeżeli Pani pozwoli, wyłożę swoje obserwacje.

Otóż, po pierwsze, wypowiadając się w imieniu wszystkich Polaków – i to ponad czasem oraz przestrzenią – weszła Pani w rolę wszechwiedzącego narratora.

Bardzo śmieszne i pisarzom się zdarza, ale życie to nie powieść, proszę Pani.
Nie jesteśmy na kartkach Pani kolejnej genialnej powieści.

Zastosowała Pani generalizację.
To poważna intelektualna nieuczciwość.

Wypowiedziała Pani jawną oraz brutalną nieprawdę, innymi słowy. Nie ma podstaw do stwierdzenia, iż „Wymyśliliśmy historię Polski jako kraju (….) który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości”.

(…) Poruszyła Pani jeszcze kwestię „kraju” czyli państwa, zarządzanego przez naród mający liczebną większość – i jego niewłaściwego stosunku do mniejszości. To znaczy, że odróżnia Pani grzechy państwa od grzechów Narodu (i wierzę, mniejszych społeczności).

(…) W mojej opinii popełnia Pani pewien błąd w rozumowaniu. To znaczy dawne wydarzenia wyrywa Pani z ich tkanki społecznej, lokalnej oraz międzynarodowej – z łańcucha następstw i skutków – po czym je mierzy współczesnymi kategoriami.

To doktrynerskie, proszę Pani.
To dyskwalifikujące w poważnym towarzystwie. Tym bardziej, że pisarze mają szczególną rangę w świecie intelektualistów – więc podobne wypowiedzi mają reperkusje. De facto, nie wiem czy Pani jest tego świadoma, Jej dyskusyjne niezręczności posłużą do szkalowania naszego narodu.

Napisałam „naszego”- czyli wspólnego, a Pani zastosowała pluralis maiestatis („wymyśliliśmy historię, robiliśmy straszne rzeczy jako właściciele niewolników, mordercy Żydów”).
I jeszcze wypowiedziała się Pani z perspektywy siły sprawczej – winnego – sprawcy: właściciela niewolników (czyżby miała Pani na myśli chłopów pańszczyźnianych? ilu ich posiadała Pani rodzina? – bo się troszkę zatraciłam), kolonizatora (bardzo ciekawe, co w ogóle Pani ma na myśli), oprawcy Żydów.

Gdyby wejść na Pani poziom erystyczny, można napisać tak:
Może i Pani mordowała Żydów, nie wiem. Ale, jeżeli sumienie Panią dręczy, może warto iść do prokuratora – i zeznać mu, z kim Pani mordowała, zamiast bić się w moje piersi – i spowiadać się w telewizji?

Być może to Pani rodzina robiła te straszne rzeczy, też nie wiem.
Ale proszę mówić za siebie oraz swoich przodków. Z doświadczeń mojej rodziny wynikają diametralne wnioski. Np. że wielu Żydów mordowało Polaków.
Innymi słowy, jak to w życiu, jak to w małżeństwie czy pod jednym dachem: stosunki nie były najlepsze z winy obu stron.

A teraz powiedzmy coś serio:
Martwi mnie, że Pani cierpi za miliony. 200 lat temu uchodziło to za wyznacznik talentu, ale dzisiaj stanowi powód do leczenia psychiatrycznego.
Nie wolno, naprawdę, zatracać miary zdrowego rozsądku – a do tego wchodzić w skórę nie tylko właścicielki Polski Ludowej, lecz także obecnego rządcy dusz.

Nie zgadzam się na to, żeby Pani wypowiadała się w moim imieniu, gdyż umiem mówić własnym głosem – a do tego mam pełnię praw cywilnych i obywatelskich. No i jestem wolna od kilku pokoleń, gdyż w tych wioskach, z których pochodzą moje rodziny po mieczu i kądzieli, wyzwolili chłopów już w 1864 r.

Mam wprawdzie pochodzenie inteligenckie, ale moi przodkowie to włościanie. Bardzo więc proszę teraz nie wypowiadać w moim imieniu tekstów na temat win kolonizatorów oraz złego traktowania niewolników. Nie ma Pani żadnego prawa, nawet jeżeli pochodzi Pani z Radziwiłłów.
Zwłaszcza, jeżeli pochodzi Pani z Radziwiłłów.

(…) Czy Pani zdaje sobie sprawę, że w miejsce prawdy o naszej historii – od kilkudziesięciu lat są montowane półprawdy, fałsze i jawne kłamstwa?

(…) Ale prawdziwym rozmachem popisali się dopiero komuniści, którzy regularnie stwarzali też wydarzenia, potrzebne aby udowodnić różne tezy.

Np. słynny pogrom kielecki był jedna z zaplanowanych prowokacji UB, zrealizowaną siłami tej instytucji. Czy Pani o tym wie? – czy przebił się do Pani materiał badawczy na ten temat zrobiony po transformacji? Wątpię. A jednak.
A to tylko jeden z przykładów takich „rewelacji”, które weszły do naszej oficjalnej historii na prawach faktu historycznego – oraz prawdy o naszym narodzie: jego usposobieniu czy charakterze.

A przecież, patrząc realnie: jeżeli UB musiało montować prowokacje – to znaczy, że w naturalnej przyrodzie nie było dostatecznie nasilonego, agresywnego antysemityzmu. Trzeba więc było „zdobywać” spektakularne „dowody” na antysemityzm rzesz zwykłych ludzi.

Tak, jest naszą winą, że dawaliśmy się sprowokować. Ale coś Pani powiem: za pogrom kielecki ludzie zapłacili głowami – pluton egzekucyjny przyjechał zresztą do Kielc razem z sędziami. Uważam rachunek za zamknięty oraz zasypany piaskiem: za głupotę drogo się nieraz płaci.

Poza tym można też prowokować dobre wydarzenia – skłaniające ludzi do refleksji i dobroci. Z tej możliwości UB jakoś nie korzystał, chociaż miał władze nad życiem oraz śmiercią – tudzież prawie nieograniczone możliwości wywierania wpływu.

A 1968 rok? – a cóż my – zwykli ludzie – mamy wspólnego z wypędzeniem Żydów z Polski oraz fachowo zorganizowaną antysemicką nagonką? Czy to my byliśmy przy władzy? (…)

Biegamy za antysemitów na całym świecie wskutek wydarzeń z okresu komunizmu, zorganizowanych przez rodziny resortowych dzieci – czyli dzieci i wnuki tych, którzy wtedy wyrzucali z Polski z paszportem w jedną stronę obywateli PRL, pochodzenia żydowskiego – (…) a dzisiaj przypisują Polakom czyny swoich własnych przodków, jakbyśmy byli jakimś durnym ofiarnym kozłem, do obarczania cudzymi grzechami i wyganiania na Wyspy Brytyjskie. (…)

Obecnie te resortowe dzieci powielają Pani niebaczną wypowiedź o Polakach – jak prawdę objawioną o naszej historii oraz narodowej naturze.

To znaczy, że Pani nazwisko wpisuje się w bardzo nieprzyjemna akcję zakłamywania naszej historii w biały dzień.
Pani nazwisko firmuje coś wyjątkowo obrzydliwego.

Nie wiem, czy Pani wzięła w tym procederze udział z głupoty i niewiedzy – ot, coś Pani chlapnęła bez zastanowienia – czy dla nagród i kariery, uznania salonów.
Jest mi to obojętne.

Domagam się, aby na piśmie – publicznie – udowodniła Pani swoje tezy. Albo nas wszystkich – publicznie – przeprosiła.

Dość, proszę Pani. Naprawdę dość tych kłamstw, tych oszustw, pogrywania ludzkimi emocjami – a także dość fałszowania historii Holocaustu. Powtarzam, dość.

Razem poszukajmy prawdy. Prawda wyzwala i konsoliduje, prawda stwarza szanse.
(całość: http://konieczna.eu/list-otwarty-do-pani-olgi-tokarczuk )
Data: 10.10.2015, 10:16
Kategoria: Polska
Tagi: #Tokarczuk #żydożercy #Polacy #Ukraińcy #żydzi

Polub nas na Facebooku

Avatar
Iwona Konieczna
Iwona L. Konieczna – https://www.mpolska24.pl/blog/iwona-l-konieczna1

Blog na temat fałszerstw historycznych.

Komu na rękę jest robienie z księży pedofilów?

Pedofilia jest jednym z najbardziej ohydnych przestępstw, jakie można popełnić. Jest to bowiem czyn nie tylko sprzeczny z ludzką naturą, ale także robiący wielką krzywdę najbardziej niewinnym i bezbronnym, czyli dzieciom.

[Ale nie według Talmudu, drogi autorze. – admin]

Nigdy nie wolno usprawiedliwiać pedofili. Antykatolickim mitem jest jednak twierdzenie, że w Kościele katolickim pedofilia jest czymś częstym. Dziennikarze w Stanach Zjednoczonych i w Europie używają wprost sformułowania „księża-pedofile” (ang. paedophile priests), które sugeruje, że wszyscy kapłani mają takie skłonności.

Obserwując, jak media i politycy mówią o przypadkach pedofilii w Kościele trudno nie nabrać przekonania, że nie chodzi im wcale o dobro dzieci. Gdyby tak bowiem było, nagłaśniano by wszelkie przypadki pedofilii, publikowano wiarygodne statystyki, które ukazywałaby z jakich grup społecznych pedofile najczęściej się wywodzą, proponowano by środki zaradcze itd.

Rzeczywistość jest jednak taka, że mówi się przede wszystkim o przypadkach księży-pedofili, które się nagłaśnia, wielokrotnie komentuje, sugerując przy tym, że jest to problem tylko Kościoła katolickiego i istnienia celibatu.

Wszystkie uczciwe statystyki mówią natomiast, że zjawisko pedofilii w Kościele jest czymś marginalnym. Warto jest zapoznać się z nimi, aby zobaczyć, jak wielkim kłamstwem i manipulacją jest tworzenie obrazu księdza-pedofila. Przykładowo rządowy raport Children’s Bureau podaje, że w całych Stanach Zjednoczonych w 2011 r. wykryto ponad 60 tys. przestępstw seksualnych przeciwko dzieciom. W tym samym roku ośrodek CARA opublikował statystyki, z których wynikało, że w tym czasie liczba doniesień do władz kościelnych przeciwko księżom popełniającym czyny seksualne wobec dzieci wyniosła 21, z których zresztą nie wszystkie były wiarygodne. Jest to ułamek procenta.

Inne statystyki również potwierdzają, że księża nie należą do tych grup społecznych, w których jest najwięcej przypadków pedofilii. Polska policja opublikowała statystyki za 2013 r., z których wynika, że na prawie 500 osób skazanych za pedofilię w Polsce, przypada jeden ksiądz. W grupie tej liczny odsetek stanowili rolnicy i murarze. Czy ktoś jednak słyszał, aby z tego powodu zainteresowano się tymi grupami?

Ewidentnie sposób podejścia do oskarżeń księży o pedofilię (z których wiele się nie potwierdza) wskazuje na to, że wielu ludziom chodzi jedynie o szkalowanie Kościoła.

Katechizm Kościoła Katolickiego w sposób jednoznaczny potępia pedofilię.

Ci, którym udowodniono przestępstwa seksualne wobec dzieci zostają usuwani z kapłaństwa. Takie osoby są osądzane przez cywilne sądy, jak wszyscy inni obywatele. Pojawiają się jednak oskarżenia, że reakcja hierarchów Kościoła była spóźniona. Miały zdarzać się przypadki tuszowania takich spraw, lekceważenia ich, czy nakładanie zbyt małych kar na tych, którzy popełnili przestępstwa seksualne wobec dzieci.

Tego rodzaju nadużycia mogły się zdarzać i są one godne ubolewania. Nie można ich usprawiedliwiać. Trzeba jednak zachować odpowiednie proporcje. Kapłani są oczywiście ludźmi, od których wymaga się więcej. Są jednak wciąż ludźmi i także wśród nich zdarzają się wszelkiego rodzaju przestępstwa, chociaż powinny się one wśród nich zdarzać znacznie rzadziej. Statystyki potwierdzają, że tak jest.

Powstaje więc pytanie dlaczego to właśnie Kościół stał się przedmiotem olbrzymiej krytyki i wielu ataków związanych z oskarżeniami o pedofilię. Można na to odpowiedzieć, że Kościół zawsze był atakowany przez wiele środowisk, którym nie podobała się jego nauka. To właśnie oskarżenie jest zaś na rękę tym, którzy się nim posługują. Władza świecka buduje swoją siłę na całym aparacie przemocy, którym dysponuje.

Władza Kościoła zaś, patrząc po ludzku, opiera się na wiarygodności. Samo oskarżenie o pedofilię, chociażby zupełnie bezpodstawne odbiera tę wiarygodność, niszcząc zaufanie wiernych i odbierając znaczenie Kościołowi. Wielu ludzi nie powierzy swoich dzieci pod opiekę sąsiada, o którym ktoś „życzliwy” powiedział, że jest pedofilem. Podobnie wielu rodziców zastanowi się zanim pośle swoje pociechy na ministrantów, czy wyśle je na obóz z duszpasterzem młodzieży.

Jest to przerażający skutek kampanii nienawiści jaką rozpętano. W ten sposób także odwraca się uwagę od faktu,
że pedofilia jest często powiązana z homoseksualizmem. Chociażby według badań W. D. Ericksona aż
86% pedofilów deklaruje się jako homoseksualiści. Kościół, w sposób jednoznaczny potępia czyny homoseksualne, uznając je za sprzeczne z naturą i zalicza je do czynów „wołających o pomstę do nieba”.

Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, że w momencie, kiedy przekracza się pewną granicę inne przestają mieć znaczenie. Jeżeli mężczyzna może współżyć z innym mężczyzną to powstaje pytanie dlaczego nie może tego robić z dzieckiem, członkiem własnej rodziny, czy ze zwierzęciem.

W Starożytnej Grecji, gdzie aprobowano homoseksualizm, popularna była też pederastia, czyli miłość do chłopców. Dorośli mężczyźni czynili swoimi kochankami już 12 letnich chłopców. Była to naturalna konsekwencja akceptacji homoseksualizmu. Czytając blogi współczesnych gejów także można natknąć się na sympatię dla pedofilii. Na Zachodzie Europy, gdzie przyjęto homoseksualizm za normę, zaczęły pojawiać się ruchy domagające się legalizacji pedofilii.

W tolerancyjnej Holandii przez wiele lat legalnie działało stowarzyszenie pedofilów zanim zostało
zdelegalizowane. Gdyby dziennikarzom i politykom naprawdę zależało na dzieciach to pokazywaliby związek
homoseksualizmu z pedofilią. Tak naprawdę jednak walczą oni z Kościołem, który pokazując prawdę o
homoseksualizmie i ludzkiej naturze najbardziej przyczynia się do walki z pedofilią.

Michał Krajski

https://prawy.pl/

Synod amazoński. Dni, które zmienią Kościół

Rozpoczyna się synod amazoński – spotkanie, które może całkowicie zmienić Kościół katolicki. Niektórzy twierdzą nawet, że nie tyle zmienić, co… podmienić. Skąd takie sugestie? Otóż to, co zaplanowali organizatorzy synodu, jest na tyle wstrząsające, że w zaistnienie niektórych postulatów ciężko w ogóle uwierzyć. Większość katolików nie chce zaś przyjąć do wiadomości, że ustalenia tegoż synodu – mimo iż formalnie dotyczy on Amazonii – dotknąć mogą całego Kościoła powszechnego, również nasze swojskie, polskie parafie.

Amazoński synod, wbrew swej nazwie, odbędzie się w Rzymie. Biskupi pragnący pochylać się nad ubóstwem oraz – jak deklarują – pięknem ludów zamieszkujących dżunglę, nie wybrali się rozbić namiotów u dorzeczy najsłynniejszej rzeki na świecie, ale debatować będą nad przyszłością Kościoła w wygodnych włoskich warunkach.

Zaskakujące tematy
Co zaś ma być przedmiotem ich obrad? Dlaczego spośród wszystkich regionów świata wzięto pod lupę właśnie Amazonię? I wreszcie z jakiego w ogóle powodu Kościół – ze swej natury przecież powszechny, a więc uniwersalny – ma pochylać się nad sprawami jakiegoś konkretnego terytorium geograficznego?

Na wszystkie te pytania znamy odpowiedzi, choć nie wszystkie wydają się satysfakcjonujące.

Otóż – jak wynika z lektury dokumentu roboczego synodu (Instrumentum laboris) – biskupi wiele miejsca poświęcą zagrożeniom środowiska naturalnego: będą perorować o wycince lasów i ratowaniu zagrożonych gatunków (sic!). Sporo uwagi poświęcą „inkulturacji” pierwotnych religii i kultur Amazonii, nazywanej w dokumencie „szczególnym miejscem Bożego Objawienia”. Znaczna część uczestników synodu podniesie temat dekonstrukcji kapłaństwa – choć oczywiście ubiorą to w inne słowa; mówić będą o zniesieniu celibatu i „wyrównaniu miejsca kobiet i mężczyzn w posłudze Kościoła”, a także o stworzeniu nowego rodzaju posługi w Kościele, mającej być quasi-kapłaństwem wymyślonym specjalnie na potrzeby ludów znad Amazonki.

Zachwyt pogaństwem
Nie sposób też nie zauważyć, że mamy do czynienia z promocją pogańskich praktyk religijnych, za którymi kryje się panteizm – ubóstwienie ziemi i przyrody. Doskonale obrazowała to zdumiewająca wręcz uroczystość zorganizowana w ogrodach watykańskich tuż przed rozpoczęciem synodu – we wspomnienie świętego Franciszka z Asyżu. Oto Ojciec Święty brał udział w ceremonii zasadzenia drzewa, wokół którego – w bliżej nieokreślonym szamańskim tańcu – wili się rdzenni mieszkańcy Amazonii. Kamery wychwyciły również towarzyszące uczestnikom spotkania figurki, znane ze… sklepów z egzotycznymi artefaktami. Co przedstawiały? Otóż jedna z nich zdawała się być swoistą indiańską opowieścią o spotkaniu Matki Bożej ze swą kuzynką Elżbietą – szkopuł w tym, że obie wyrzeźbione z drewna ciężarne kobiety były całkiem nagie. A tuż obok leżała figurka nagiego mężczyzny – najpewniej mająca w jakiś sposób symbolizować płodność. Państwa wyobraźni pozostawiam powód, dzięki któremu obserwujący wideo z watykańskich ogrodów mogli w tej niewielkiej figurce bezbłędnie odczytać symbol niezwykle płodnego mężczyzny…

Dodatkowo, jak można przeczytać w Instrumentum laboris, Kościół podczas synodu odkrywać ma „wcieloną aktywność Boga w duchowości ludów pierwotnych”, gdyż rzekomo „Duch Stwórca karmił duchowość tych ludów przez stulecia, nawet przed głoszeniem Ewangelii, nauczając ich wiary w Boga Ojca-Matkę Stwórcę i żywej relacji z naturą i Matką Ziemią oraz z przodkami”. Warto dodać, że zupełnie obce pojęcie „Boga Ojca-Matki Stwórcy”, jest żywcem wyjęte z wielokrotnie krytykowanej choćby przez Benedykta XVI teologii indiańskiej, mającej swe korzenie w wywodzącej się z marksizmu teologii wyzwolenia.

Organizatorom synodu tak bardzo podoba się duchowość ludów Amazonii, że wprost deklarują oni, iż nie zamierzają zachęcać tubylców do przyjęcia Chrystusa, ale chcą z nimi dialogować. Oto Kościół ma teraz stanowić „wspólnotę wyruszającą w drogę” unikającą „ryzyka oferowania rozwiązania o wartości uniwersalnej” lub zastosowania „doktrynalnego monolitu strzeżonego przez wszystkich”. W zamian mamy preferować międzykulturowość, to znaczy „wzajemne ubogacenie kultur w dialogu”, ponieważ „aktywnymi podmiotami inkulturacji są same rdzenne ludy”.

Dekonstrukcja kapłaństwa?
W myśl niektórych ideologów postępu, skoro działający wśród ludów pogańskich (mających być tak bardzo ważnym wzorcem dla „starego Kościoła”) szamani i inni „duchowni” nie żyją w celibacie, podobnie może być i wśród księży rzymskokatolickich. W kontekście instytucji kapłaństwa zagrożony jest nie tylko jego widzialny wymiar dotyczący słynnego już tematu ewentualnego wyświęcania viri probati – a więc „sprawdzonych mężów” – ale również duchowa koncepcja kapłaństwa. Oto według Instrumentum laboris, skoro w kulturach Amazonii „władza podlega rotacjom”, byłoby rzeczą wskazaną, by „na nowo zastanowić się nad tym, że sprawowanie jurysdykcji (władzy rządzenia) musi być powiązane we wszystkich obszarach (sakramentalnym, sądowniczym i administracyjnym) oraz w sposób trwały z sakramentem święceń kapłańskich”.

Jakby tego było mało, autorzy dokumentu namawiają, by Kościół na nowo „zidentyfikował rodzaj oficjalnej posługi, która może być powierzona kobietom”!

Wszystko to w kontekście jakiejś „kosmicznej pomocy” (sic!), gdyż w Instrumemntum laboris czytamy, że należy uznać „rdzenne rytuały i ceremonie”, które „tworzą harmonię i balans między istotami ludzkimi a kosmosem” (nr 87) oraz „tradycyjne elementy, które są częścią procesów uzdrowienia” dokonywanych przez „starszych uzdrowicieli” (nr 88), których „rytuały, symbole i style celebracji” powinny być włączone w „rytuały liturgiczne i sakramentalne”.

Wielu z nas dzisiaj martwi się, że tak niewielu księży odprawia Mszę w tradycyjnym rycie rzymskim, martwimy się również, że tak niewielu kapłanów odprawiających „nową” Mszę zwraca uwagę na konieczność zachowania nadzwyczajnej czci dla Najświętszego Sakramentu, a tymczasem w Rzymie szykują nam Msze święte połączone z przyzwyczajeniami pogańskich szamanów!

Ekologia integralna i kolektywizm plemienny
Wszystko to ma być wdrożone do praktyki Kościoła w imię uznania dla pierwotnych ludów Amazonii oraz dla otaczającej ich przyrody. Ekologia bowiem stała się głównym motorem napędowym pontyfikatu papieża Franciszka – nie bez powodu to właśnie jej poświęcona jest jego najważniejsza encyklika Laudato si.

To zapewne z tego powodu autorzy dokumentu roboczego synodu uznali, że „fundamentalnym aspektem korzeni ludzkiego grzechu jest oderwanie się od natury i nieuznawanie jej jako części człowieka oraz eksploatowanie natury bez ograniczeń”. A także, że „nowy paradygmat ekologii integralnej” (nr 56) powinien opierać się na „mądrości rdzennych ludów” i ich codziennego życia, które „uczy nas, żeby uznawać siebie za część biomu” (nr 102), „część ekosystemów” (nr 48), „część natury” (nr 17).

To oczywiste odwrócenie dotychczasowej nauki chrześcijańskiej wprost wynikającej z Objawienia, według której to my, ludzie, mamy „czynić sobie ziemię poddaną”. Oto miejsce Boga w duszach wielu duchownych zajmuje natura – według wierzeń amazońskich bowiem Bóg jest wszystkim: drzewem, wodą, i zającem. My, katolicy, od dwóch tysięcy lat wierzymy w co innego – że Bóg wszystko to stworzył i – w rozumieniu metafizycznym – może być obecny we wszystkim i wszędzie. Ale nie, że „jest wszystkim fizycznie”. W co wierzą biskupi organizujący synod?

Wydaje się, że również w jakąś formę plemiennego kolektywizmu, skoro wychwalają – wbrew dwóm tysiącom lat nauki chrześcijańskiej – „zintegrowane i zjednoczone z terytorium życie w Amazonii”, gdzie „poszczególne części nie są od siebie odseparowane ani podzielone. Ta jedność obejmuje wszelkie istnienie: pracę, odpoczynek, stosunki międzyludzkie, rytuały i celebracje. Wszystko jest współdzielone; przestrzeń prywatna, tak charakterystyczna dla nowoczesności, jest minimalna. Życie toczy się na ścieżce wspólnotowej, na której zadania i obowiązki są rozdzielane i współdzielone dla dobra wspólnego. Nie ma miejsca na koncepcję jednostki oddzielonej od wspólnoty lub jej terytorium”.

Oto manifest nowego Kościoła – Kościoła, w którym nie ma miejsca na koncepcję jednostki. Cała chrześcijańska nauka o osobie zdaje się zatem lądować w koszu na śmieci.

Co dalej?
Jako redakcja PCh24.pl będziemy dla Państwa, dla polskich katolików, obserwować synod i – w miarę możliwości – relacjonować go. Z całą pewnością do tej pory opublikowaliśmy najwięcej tekstów na ten temat, niemal jako jedyni wśród mediów dla katolików zwracając uwagę na skrajne niebezpieczeństwa, jakie zakradły się do naszej wspólnoty i zaczynają w niej triumfować.

Opublikowaliśmy dla Państwa w języku polskim manifest kardynała Brandmüllera, dwa manifesty kardynała Müllera, oraz dwa bardzo ważne oświadczenia kardynała Burke’a i biskupa Schneidera. Opublikowalibyśmy również teksty innych biskupów, gdyby tylko odważne stanowiska broniące katolickiej wiary pojawiały się częściej. Jednak – na ponad sześciu tysięcy biskupów chodzących po ziemi – zdecydowało się na to zaledwie tych kilku, policzalnych na palcach jednej ręki. Ta konstatacja z pewnością obrazuje stan Kościoła.

Ale biskupi ci mówili z mocą i ich słowa mają olbrzymie znaczenie. Zarzucili autorom dokumentu synodalnego błędy, herezje, a nawet apostazję. Nawoływali do modlitwy za Kościół i – co szczególnie istotne – do wierności papiestwu w dobie wielkiego kryzysu tej instytucji.

Świeccy mogą jednak nie tylko się modlić – choć to przecież nasze modlitwy sprawiają prawdopodobnie, że Boża kara jeszcze na ten świat nie przyszła. Świeccy mogą również gromadzić się, studiować wiarę, historię naszej jedynej prawdziwej religii oraz historię kryzysów w Kościele. Po to, by nawzajem umacniać się w wierze i głosić sobie nawzajem orędzie nadziei – zarówno przestrzegające przed karą jak i obiecujące niewątpliwy przyszły triumf Chrystusa, a wcześniej Jego Niepokalanej Matki!

Dlatego też nasza kamera była w Rzymie na konferencji świeckich liderów międzynarodowej opinii publicznej – koalicji, w której PCh24.pl i „Polonia Christiana” trwają nie od dziś. Wkrótce opublikujemy dla Państwa materiały video z tej konferencji, na razie udostępniając relację pisemną. To właśnie na tym spotkaniu, jeden z najodważniejszych świeckich wiernych naszych czasów, niezłomny profesor Roberto de Mattei, powiedział: Zachowując wielki szacunek dla władz Kościoła muszę powiedzieć wprost – oskarżam wszystkich biskupów i kardynałów, którzy potwierdzają tezy zawarte w Instrumentum laboris, o politeizm albo nawet polidemonizm! Wzywam tych kardynałów, którzy wciąż są katolikami, do interwencji. Wiemy, że aniołowie są z nami, wzywamy ich i czekamy na ich pomoc.

To bardzo mocne słowa, wypowiedziane wszak nie przez jakiegoś internetowego szaleńca, ale przez bardzo poważną i poważaną osobistość w Kościele. I my, polscy katolicy, nazywajmy sprawy po imieniu – nie bójmy się tego i apelujmy o to do naszych kapłanów, biskupów i redaktorów katolickich mediów.

I ratujmy Kościół, którego przecież nie mogą w całości przemóc bramy piekielne – mamy to przyobiecane. Uratujemy Kościół wyłącznie wtedy, gdy nie poddamy się rozpaczy i beznadziei, ale będziemy trwać w prawdziwej wierze Chrystusowej, nawet wówczas, gdy wydaje się, że ważniejsi od nas mają zupełnie inne plany.

Pan Bóg zainterweniuje kiedy zechce i w taki sposób, jaki sam wybierze. Na razie dopuszcza, byśmy oglądali synod rozpoczęty zasadzeniem drzewa przez papieża i szamanów, w dniu, w którym podczas wieczornej Mszy Świętej sprawowanej przez Franciszka w Bazylice świętego Piotra z sufitu spadły kawałki tynku, zmuszając służby do ewakuacji części ludzi ze świątyni…

Krystian Kratiuk, Rzym

Polecamy również 77. numer „PCh24 Co Tydzień”.
Aby pobrać nasz e-tygodnik wystarczy kliknąć TUTAJ.

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2019-10-06)

Kościół reformowany czy deformowany? – relacja z konferencji w Rzymie

Tuż przed rozpoczęciem synodu panamazońskiego przedstawiciele organizacji konserwatywnych katolików z całego świata zebrali się w Rzymie, by podzielić się obawami dotyczącymi tegoż synodu. W bardzo zdecydowanych słowach rozprawili się z błędami i herezjami zawartymi w Instrumentum laboris. Surowo ocenili również papieża Franciszka.

Niezwykłą konferencję zatytułowaną: „Nasz Kościół. Zreformowany czy deformowany?” prowadził John Smeaton, szef brytyjskiego Towarzystwa Ochrony Dzieci Nienarodzonych. Przedstawiając uczestników spotkania – wyłącznie osoby świeckie – zauważył, ze w pełni wypełniają oni punkt 212 Kodeksu Prawa Kanonicznego, mówiący iż „stosownie do posiadanej wiedzy, kompetencji i zdolności, jakie posiadają, przysługuje im prawo, a niekiedy nawet obowiązek wyjawiania swojego zdania świętym pasterzom w sprawach dotyczących dobra Kościoła, oraz – zachowując nienaruszalność wiary i obyczajów, szacunek wobec pasterzy, biorąc pod uwagę wspólny pożytek i godność osoby – podawania go do wiadomości innym wiernym”. Smeaton zauważył przy tym, że oto katolicy z różnych krajów świata wspólnie pochylają się nad kryzysem mimo dzielących ich niekiedy różnic. Prowadzący wyraził nadzieję, że spotkanie to rozpocznie współdziałanie w rodzącym się na naszych oczach międzynarodowym ruchu oporu wobec deformacji Kościoła.

W tym, niewątpliwie historycznym wydarzeniu, udział wzięli między innymi szefowie amerykańskich portali Church Militant (Michael Voris) czy The Remnant (Michael Matts), szef kanadyjskiego portalu LifeSiteNews.com John Henry Westen, czy znany na całym świecie watykanista Marco Tosatti.

Oskarżam biskupów o politeizm i polidemonizm!

Współorganizatorem konferencji była Fundacja Lepanto, której przewodniczy słynny historyk Kościoła profesor Roberto de Mattei, doskonale znany czytelnikom PCh24.pl.

Jego przemówienie wywarło wielkie wrażenie. – Mamy w tej chwili w Kościele de facto dwie religie, jakoś ze sobą współistniejące. Są w tym Kościele bowiem zarówno ci, którzy trwają przy tradycyjnej wierze Kościoła, ale także Ci, którzy chcą zainstalować w nim religię amazońską – nazywając to projektem „Kościoła z amazońską twarzą” – mówił.

– W dokumencie roboczym synodu amazońskiego mamy bowiem do czynienia z reinterpretacją całej wiary katolickiej – a raczej negacją dotychczasowej nauki, z nadawaniem jej zupełnie innego kształtu.

Profesor de Mattei użył ciekawego porównania. Zwrócił uwagę, że w Credo, Wyznaniu Wiary, mówimy: Wierzę w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela Nieba i Ziemi. A dokument roboczy synodu zdaje się mówić co innego: – Dokument powtarza mantrę papieża Franciszka, według której „wszystko jest połączone ze sobą”. A przecież zgodnie z wiarą katolicką Bóg jest Panem świata i wszechrzeczy, kiedyś tych którzy temu zaprzeczali, otaczano anatemą. Dziś miejsce Boga w duszach wielu duchownych zajmuje natura. Zamiast mówiąc, że Bóg stworzył wszystko i metafizycznie może być we wszystkim, oni mówią, że Bóg jest tym wszystkim fizycznie!!! To jest właśnie Kościół amazoński – tłumaczył uczony.

Historyk zwrócił również uwagę, że z Instrumentum laboris wyczytać można pochwałę politeizmu i panteizmu. Padły bardzo zdecydowane słowa: – Zachowując wielki szacunek dla władz Kościoła muszę powiedzieć wprost – oskarżam wszystkich biskupów i kardynałów, którzy potwierdzają tezy zawarte w Instrumentum laboris o politeizm albo nawet polidemonizm! Wzywam tych kardynałów, którzy wciąż są katolikami, do interwencji. Wiemy, że aniołowie są z nami, wzywamy ich i czekamy na ich pomoc.

Misjonarze zmian klimatycznych, zamiast Ewangelii

Mocne przemówienie wygłosił również Michael Matts. Zapytał po co Kościołowi „Nowa Ewangelizacja” i co było złego w starej?

– Zastanawialiście się Państwo kiedyś, co to właściwie jest ta cała Nowa Ewangelizacja? Wiemy dobrze, czym była stara, tradycyjna ewangelizacja. Polegała ona na organizowaniu misji w krajach pogańskich i nawracaniu tamtejszych ludów. O tej ewangelizacji powstało wiele legend, często czarnych i nieprawdziwych, ale wszyscy wykształceni ludzie wiedzą, że polegała ona na wierności wezwaniu Chrystusa, który powiedział do swych uczniów: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego” – mówił szef „The Remnant”. – W ten sposób wszyscy mogli dostać szansę na zbawienie! – dodał.

Ale dziś Kościół całkowicie zmienił metody pracy duszpasterskiej. – Dziś uważa się raczej, że postawy charakterystyczne dla misjonarzy to ofensywa wobec „partnerów” Kościoła. Nie ma to już nic wspólnego z nawracaniem, ale ma wiele wspólnego z dialogiem. Kulminacyjnym momentem była deklaracja z Abu Zabi, doprawdy straszna. Czy po niej w ogóle chrzest wciąż jest potrzebny do zbawienia? Czy Kościół to już tylko coś na kształt klubu religijnego? – pytał Matts.

Szef „The Remnant” zauważył również, że „synod może porzucić misję Kościoła i zmienić swych ludzi w misjonarzy klimatu czy Matki Ziemi”. – Proszę Boga by do tego nie dopuścił – zakończył.

Najbardziej destrukcyjna deklaracja w historii

Wspomnianą przez Mattsa deklarację z Abu Zabi komentował szeroko również watykanista Marco Tosatti. Przypomnijmy, że chodzi o dokument o „międzyludzkim braterstwie” podpisany przez papieża Franciszka i jednego z islamskich duchownych. Znalazły się w niej iście zaskakujące słowa – według jej autorów „istnienie wielu religii jest wyrazem mądrej woli Bożej”.

– Takie postawienie sprawy zmusza zatem do stawiania konkretnych i dość oczywistych pytań – mówił Tosatti. – Jeśli bowiem Bóg chce, by istniało wiele religii, to znaczy, że one są dobre i pozwalają zasłużyć na zbawienie. Watykanista przypomniał, że gdy papieża o tę sprawę zapytał biskup Athanasius Schneider, Ojciec Święty wyjaśnił, że chodziło mu tylko o to, że Bóg dopuszcza istnienie wielu religii. Ale nic w deklaracji nie zmienił.

– Jest przecież napisane „Panu Bogu swemu będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz”. Jest przecież napisane „Jam jest Pan Bóg Twój, który Cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli”, a potem pada pierwsze przykazanie: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną – przypomniał Tosatti. – A więc wolą Bożą jest służyć tylko temu jedynemu, prawdziwemu Bogu, to jasne. Uczy tego również Katechizm Kościoła Katolickiego. Więc jak mamy rozumieć słowa podpisane przez papieża? Że teraz katolicy są w jednym z wielu możliwych Kościołów? Po co więc teraz wierzyć w Ewangelię i w Zbawiciela? O którym to sam Bóg Ojciec powiedział: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie” – dodał.

Marco Tosatti zastanawiał się również, po co dziś katolicy mają być misjonarzami, skoro deklaracja z Abu Zabi zdaje się działalność misyjną unieważniać? Dokument ów watykanista nazwał „najbardziej destrukcyjnym dla katolickiej wiary” spośród wszystkich dokumentów podpisanych kiedykolwiek przez papieży.

Potrzeba powiedzieć: „dość!”. Dla naszych dzieci

Michael Voris powiedział wprost, że Papież Franciszek demontuje wiarę katolicką, i że jako szef portalu Church Militant oczekiwałby, by w tej sytuacji Ojciec Święty ustąpił. – Franciszek nie rozpoznaje swojego fundamentalnego obowiązku dbania o Kościół. O Kościół, który przecież nie jest jego, nie należy do niego, ani do żadnego narodu, grupy itd., ale do Chrystusa. Promuje fałszywą teologię i kieruje Kościołem posługując się plotkami i wykorzystując skandale personalne. W dodatku wykazuje się postawą antyzachodnią, to znaczy przedstawia siebie jako przeciwnika cywilizacji zachodniej, mocno uwypuklającej teocentryzm, a nie antropocentryzm. On chciałby czegoś przeciwnego – stwierdził Voris.

Nazwał Franciszka papieżem politycznym. – Interesuje go głównie socjalizm, globalizm, ochrona klimatu, itp. I Pan Bóg to wszystko widzi. A przecież Franciszek jest głową Kościoła katolickiego, nie Kościoła globalistycznego. A wydaje się, że inspiruje go w dodatku wywodząca się z marksizmu teologia wyzwolenia – teologia, która nie jest katolicka, nie należy do świętego Kościoła katolickiego – dodał.

W podobnym tonie wypowiadał się szef LifeSiteNews.com John Henry Westen. – Rozpoczyna się synod. Większość biskupów i kardynałów milczy na temat błędów zawartych w jego dokumentach. My, świeccy nie możemy. Dlaczego? Bo tu chodzi o los naszych dzieci! Jest naszym prawem domagać się służenia Chrystusowi przez księży, biskupów i papieża. Z miłości do Chrystusa i Kościoła, Najświętszej Maryi Panny i naszych dzieci, musimy powiedzieć głośno: DOSYĆ! – wołał.

– Tak wielu ludzi zdradziło dziś Kościół. Promowane są błędy potęgujące tylko zamieszanie. Papież zaoferował światu, w imieniu Kościoła, przyjaźń. A co ze Zbawicielem? Co on może sądzić o promowaniu heterodoksyjnych naukowców, cudzołóstwa i fałszywego ekumenizmu sprzecznego z Ewangelią – dodał.

Wyjaśniał jednak, że nie chodzi o to, by być przeciwnikiem papieża: – Kocham papieża Franciszka, i to właśnie dlatego milczenie wobec jego błędów byłoby wobec niego nieuczciwe. Musimy modlić się za niego. Nie osądzam jego motywacji ani oczywiście stanu jego duszy, ale widzę i opisuję jego wpływ na Kościół. A wydaje się, że buduje fałszywy Kościół i promuje fałszywą Wiarę – mówił zdecydowanie Westen. – My nie opuścimy Kościoła, bo jest jedynym prawdziwym, nie ma innego. Jesteśmy gotowi na cierpienie i śmierć. Musimy poświęcić się naszej Pani jeszcze goręcej niż do tej pory. I to tu i teraz. Stojąc z nią u stóp krzyża mówimy wraz z nią AMEN, niech się stanie. Być może zobaczymy śmierć Mistycznego Ciała Chrystusa, ale wiemy, że nastąpi zmartwychwstanie. AVE MARIA! – zakończył swe wystąpienie Kanadyjczyk.

Kapłaństwo kobiet, neo-luteranizm i rezygnacja Benedykta

W konferencji udział wzięli również Jeanne Smits, francuska dziennikarka, dr Taylor Marschall, amerykański publicysta i chilijski pisarz Jose Antonio Ureta – członek francuskiego stowarzyszenia TFP.

Smits przestrzegała przed niebezpieczeństwem ustanowienia w Kościele fałszywego ordynariatu dla kobiet-księży. Zastanawiała się przy tym, dlaczego niby to kobiety z Amazonii mają mieć pierwszeństwo w takim rewolucyjnym ruchu. Zwróciła uwagę na „teologię indiańską”, z której takie tendencje i pomysły mogą wynikać.

Jose Antonio Ureta zwrócił zaś uwagę na neo-luterańskie pojmowanie kapłaństwa w dokumentach przygotowawczych synodu.

Dr Marschall zastanawiał się natomiast, dlaczego Benedykt XVI zrezygnował z urzędu i jaki wpływ na tę decyzję mogły mieć naciski tych kręgów, które dziś czują się w Kościele po stokroć lepiej niż za czasów poprzedników Franciszka.

Wierni świeccy wobec kryzysu

Po przemówieniach zadano wiele pytań przesłanych przez internautów na żywo śledzących konferencję za pośrednictwem kanału YouTube. Większość z nich pytała, jak reagować na kryzys i co świeccy mogą zrobić dla podźwignięcia Kościoła.

Padały różne odpowiedzi – ale przewijała się wśród nich stale podkreślana potrzeba wierności Chrystusowi i utrzymywania jedności. Jose Antonio Ureta zaproponował, by bojkotować kapłanów żyjących niemoralnie i głoszących jawne herezje. Dr Marschall zaś, powołując się na św. Tomasza mówił, że odmowa udziału w sakramentach sprawowanych niegodnie, jest tych sakramentów honorowaniem.

Ureta przyznał też, że nie zgadza się z Vorisem w kwestii ustąpienia Franciszka. Twierdzi, że to spotęgowałoby tylko chaos w Kościele. – Oto mielibyśmy w Rzymie już trzech ludzi ubierających się na biało, mieszkających w Watykanie, nie podpisujących się imieniem i nazwiskiem, posługujących się herbem papieskim i udzielających apostolskiego błogosławieństwa. Rezygnacja jeszcze bardziej zniszczyłaby papiestwo niż urzędowanie Franciszka – wyjaśnił.

Profesor Roberto de Mattei wezwał wszystkich wiernych, by zwracali uwagę na to, że powstaje na naszych oczach religia globalnego ocieplenia, świecka i ateistyczna, i bierze w niej udział wielu biskupów. John Henry Westen natomiast namawiał do studiowania wiary i dziejów kryzysu Kościoła, by każdy mógł ludziom w swej parafii powiedzieć, jaka jest prawda. Wszyscy zgodzili się, że potrzeba wiele modlitwy i pracy. A także – gotowości do męczeństwa.

Krystian Kratiuk, Rzym

Krzyczą kamienie, bo ludzie milczą.

Wszyscy pamiętamy moment, kiedy na samym Watykanie szykowano obchody Reformacji i co poprzedziło to watykańskie wariactwo.

Wówczas, tuż przed okrągłą pięćsetną rocznicą Reformacji Marcina Lutra, wielkiej profanacji najświętszej Eucharystii, zorganizowanym mordzie na kapłanach, zakonnikach, wiernych świeckich, przed świętowaniem zorganizowanej grabieży majątków Kościoła, zawaliło się podczas trzęsienia ziemi sanktuarium głównego Patrona Europy, Św. Benedykta z Nursji.

Co niektórzy komentowali, że Święty Benedykt nie mógł patrzeć na to bałwochwalcze, bluźniercze świętowanie i dopuścił zniszczenie swego sanktuarium, aby obłudnie nie czczono jego i nie oddawano w najważniejszych kościołach Europy czci samemu diabłu.

Szatan jako ojciec kłamstwa i morderca od początku dał początek kłamstwu ideologii luterańskiej a mordami przede wszystkim na duchowieństwie, zainaugurował wejście Reformacji w dzieje Kościoła i świata.

Dwa dni temu, łaskawie uzurpujący tron papieski Franciszek, z okazji wspomnienia Świętego Franciszka z Asyżu, w Ogrodach Watykańskich urządził z udziałem purpuratów, świeckich i zakonników, w tym jednego franciszkanina potępieńca, obchody wspomnienia Świętego Biedaczyny z Asyżu.

Osoba tego Świętego jest bluźnierczo używana do autoryzowania nabożeństwa do sił wszechświata, do Matki – Ziemi, zamiast do Boga. W nabożeństwie tym wzięli udział jacyś szamani, poganie, guślarze i zaklinacze. Ubrani i pomalowani rytualnie wznosili oni modlitwy wokół figur dwóch nagich ciężarnych kobiet. Z grzechotkami, przykucaniem, w rytualnym rytmie wznosili modły do sił, których stworzycielem jest Bóg. Dokonali pogańskich rytuałów na Franciszku, jakby sakramenty Kościoła nie były wystarczającym namaszczeniem i potrzebne było jeszcze pogańskie. Ofiarowali mu drewnianą figurę nagiej brzemiennej kobiety.

Nie czcili Stworzyciela, który jest większy niż każda cielesna czy duchowa istota, większy niż żywioły których jest Panem. Czcili siły przyrody, siły życiowe roślin, zwierząt, ludzi i całego wszechświata. Oddawali pogańską cześć mocom, które pozwalają się rozmnażać i trwać życiu. Jakby te wszystkie żywioły nie miały jednego doskonałego Stworzyciela, który ma Imię i który ma swoją Liturgię którą sam ustanowił w swojej objawionej i jedynej religii.

Tego dnia również odbyła się papieska Msza Święta w Bazylice Watykańskiej. Z lewej strony tuż przy ołtarzu niewielki kawałek tynku odpadł od sklepienia bazyliki i upadł na posadzkę. Nikomu nic się nie stało.

>https://www.tvp.info/44700765/niebezpieczny-incydent-w-watykanie-podczas-mszy-spadly-kawalki-tynku-z-sufitu

Nie ma dziś proroków, a gdy pojawia się głos prawdy wśród kapłanów, jest niszczony, pozbawiany funkcji, zamykany, prześladowany i pozbawiany środków do życia.

Nie ma takich, co odważnie mówią, i są słyszani powszechnie. Panuje zmowa pokrywania bałwochwalstwa i kłamstwa autorytetem Boga i godnością Kościoła. Bóg używany jest do potwierdzania kłamstw.

Dorobek Kościoła jest używany do autoryzacji walki z Bogiem w Jego Kościele. Ciało Oblubienicy jest przez hierarchów odstępców poniewierane. Oni przez bałwochwalstwo oddani są szatanowi. Oni są ciałem nie Oblubienicy ale nierządnicy, która idzie na rozpustę sakralną z obcymi bóstwami.

Biblijny nierząd – bałwochwalstwo, uprawiany jest w Watykańskich ogrodach. Osoby świętych Pańskich, kościoły stawiane przez wiernych papieży i królów, w których Ołtarzach i kryptach spoczywają ciała Męczenników, zamęczonych w obronie czystości jedynej prawdziwej Wiary, są używane do autoryzacji zbrodni bluźnierstwa i czczenia pogańskich bożków.

Ojciec kłamstwa i zabójca dusz, ubrał w szaty najwyższych godności kościelnych bluźnierców i bałwochwalców, uzurpatorów, którzy dostali w ręce nie tylko urzędy, ale ludzkie zaufanie prostaczków, rząd dusz i pieniądze wszystkich kościołów świata.

Naprawdę, nadszedł czas, Watykan stał się siedzibą Antychrysta.

A że nie ma komu o tym mówić, kamienie wołają. Nie kamienie pogańskich świątyń, w których demony nie mają nic wspólnego z prawdą, ale kamienie kościołów poświęconych Bogu, kamienie Bazyliki w której murach leżą Święte Ciała Męczenników. Przemawiają kamienie Kościoła, w którym leżą szczątki Świętej Skały, na której Chrystus zbudował, jak a fundamencie, swój Kościół.

Kamienie wołają, że obrzydły Bogu nabożeństwa bluźnierców, są wstrętne ofiary bałwochwalców, który do Ołtarza Świętego podchodzą zaraz po odprawianiu pogańskich obrzędów.

Ludzie milczą, kamienie wołać będą. Im większa cisza tych, którzy powinni mówić, tym mocniej przemawiają kamienie.

Więcej mają ducha kamienie świątyń, przesiąknięte krwią męczenników, niż współcześni kardynałowie, biskupi i kapłani, niż ogłupiali, w nic naprawdę nie wierzący, nie umiejący odróżnić pogańskie bożki od Chrystusa świeccy katolicy.

Potrzeba nawrócenia, postu i modlitwy, gdyż dziś rozpoczął się Synod dla Amazonii, który może być kolejnym krokiem w galopującym niszczeniu Kościoła, jakie dokonuje się rękami Franciszka.

Przy milczeniu ludzkim, oby nas nie pogrzebały za tchórzostwo kamienie świątyń, w których szczątki zamęczonych za czystość Wiary są obecne w Ołtarzach. Bo długo tego znosić nie będą. Kyrie elejson.

https://swietatradycja.wordpress.com