Chwała Bogu

OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Kremacja – pożar współczesnej dechrystianizacji – Nelson Fragelli

Popularyzacja kremacji następuje w miarę postępów materializmu. Przy okazji pogrzebów stopniowo ważniejsze od idei Boga stają się inne koncepcje, motywowane ekonomicznie (kremacja jest tańsza), utylitarnie (duże obszary zajęte pod cmentarze mogłyby służyć społeczności w inny sposób), pozorami higieny (by nie zanieczyszczać podglebia) lub sentymentem. Testamenty nakazują wrzucanie prochów do morza, rozsypywanie ich w górach lub na boiskach. (…) Proponuje się również rozsypywanie prochów na cmentarzach, w tak zwanych ogrodach pamięci. Jak widać pod różnymi pretekstami wprowadza się tu idee antychrześcijańskie – czytamy w tekście autorstwa Nelsona Fragelliego opublikowanym w najnowszym numerze magazynu „Krzyżowiec”.

Georges D. był dystyngowanym emerytem, uposażenie miał godziwe. Był dobrym obserwatorem, wnikliwie badającym istotę rzeczy, rozsmakowującym się w niej i umiejącym opowiadać skupiając uwagę słuchaczy. Ci zaś mieli wrażenie, jakby uczestniczyli w opowiadanym zdarzeniu

Przyjaciele rezygnowali ze spektakli teatralnych czy meczów, by niedzielne popołudnia spędzać właśnie z nim. Jako potomek starego francuskiego rodu mieszczańskiego umiał posługiwać się sztuką konwersacji z prostotą i naturalnością. Urodzony i wychowany w Lotaryngii, w pobliżu granicy z Niemcami, już jako młodzieniec, podczas drugiej wojny światowej, rozpoczął karierę inżyniera górnictwa.

Podczas tego globalnego konfliktu przeżył swoje dni próby. Trudności nauczyły go odróżniać odmienne sytuacje i poznawać różne umysłowości. Wiedza ta stanowiła esencję jego konwersacji. Choć był żonaty od ponad 50 lat, również jego żona, Jeanne, nie była wcale zmęczona słuchaniem go. Opowiadał naprawdę interesująco.

Wreszcie Georges umarł, ale pogrzebu nie było. Fakt ten zaskoczył przyjaciół, choć żaden z nich tego nie skomentował. Ciało skremowano. Podczas uroczystości odtworzono z taśmy modlitwy ekumeniczne, którym towarzyszyła muzyka New Age nadająca temu pożegnaniu nastrój tajemniczego niepokoju. Choć zarówno zmarły, jak i jego żona byli katolikami, nie odprawiono żadnego pobożnego obrzędu. Nigdy nie zostało też wyjaśnione, czy kremacja była jego decyzją, czy jej.

Jeanne złożyła prochy męża do urny w kształcie książki i „przechowywała” je w regale, nad telewizorem, w salonie. Nikt nie mógł pomodlić się nad grobem przyjaciela, przynieść kwiatów, powspominać wspólnych rozmów, wspólnych niedziel, jego wykwintnej konwersacji.

Zażyła relacja przyjaźni domagała się tego prostego aktu szacunku. Ale nie było to możliwe. Płomienie, które gwałtownie i natychmiast obróciły w proch jego ciało, zdawały się, że pochłonęły również wspomnienia o nim. O dwadzieścia centymetrów ponad prostackimi komediami czy innymi nieprzyzwoitymi opowieściami emitowanymi przez telewizor spoczywał Georges, wraz z całą swoją życzliwością i pulsującą energią. W takim otoczeniu nie można było odmówić choćby Zdrowaś Maryjo za jego duszę.

Kremacja jako rewolucyjna zmiana zwyczajów

Jak podaje A. Favole w „Corriere della Sera” z 28 lutego 2017 roku, Renato Bialetti, zmarły na początku ubiegłego roku twórca kafeterki Moka, która okazała się wielkim sukcesem, chciał, by go skremowano i złożono jego prochy w jednym z egzemplarzy jego wynalazku. Jego kafeterka stała się jego grobem. Gene Roddenberry, znakomity amerykański producent i scenarzysta telewizyjny chciał, by prochy jego i jego żony rozrzucono w przestrzeni pozaziemskiej. Istnieje nawet przedsiębiorstwo zajmujące się takimi kosmicznymi pogrzebami.

François Michaud Nérard (Une révolution rituelle, Atelier, 2012), wskazuje, że jeśli chodzi o kremację nastąpiła głęboka zmiana zwyczajów Francuzów. W ciągu niespełna 40 lat odwieczne obrzędy żałobne uległy daleko idącym przeobrażeniom. Do 1980 r. jedynie 1 proc. Francuzów opowiadał się za kremacją. Dziś około 50 proc. twierdzi, że chce ją wybrać. W krajach północnej Europy odsetek ten może sięgać 50 proc.

Popularyzacja kremacji następuje w miarę postępów materializmu. Przy okazji pogrzebów stopniowo ważniejsze od idei Boga stają się inne koncepcje, motywowane ekonomicznie (kremacja jest tańsza), utylitarnie (duże obszary zajęte pod cmentarze mogłyby służyć społeczności w inny sposób), pozorami higieny (by nie zanieczyszczać podglebia) lub sentymentem. Testamenty nakazują wrzucanie prochów do morza, rozsypywanie ich w górach lub na boiskach. Jak wspomina w tym samym artykule Favole, proponuje się również rozsypywanie prochów na cmentarzach, w tak zwanych „ogrodach pamięci”. Jak widzimy pod różnymi pretekstami wprowadza się tu idee antychrześcijańskie.

Sakralność pogrzebu vs. zwyczaje pogańskie

Po co odrzucać pogrzeb i sakralny wymiar pochówku na rzecz brutalnego, natychmiastowego zniszczenia ciała? Grzebanie umarłych zawsze stanowiło poważny obowiązek chrześcijan. Kościół przejął tę praktykę już u zarania chrześcijaństwa nie tylko ze względu na własne nauczanie, ale również ze względu na symboliczną wymowę pogrzebu. Z tego właśnie względu ciała zmarłych zawsze były otaczane szacunkiem. W przeszłości Papieże potępiali niegodne traktowanie ciał zmarłych takie jak przechowywanie ich czy przewożenie. Palenie zwłok również było uznawane za czynność niegodną, właściwą poganom.

Również w Lotaryngii, w innej niewielkiej miejscowości i nieodległej od domu Georgesa, mieszkał samotnie Antoine M. Był to bezdzietny wdowiec, miał niewielu krewnych, mieszkali oni daleko i jak zwykł mawiać swojemu proboszczowi, ks. Michelowi R, miał na świecie tylko jednego prawdziwego przyjaciela: piękne drzewo w swoim ogrodzie. Dbał o nie, podlewał je, nawoził. Był to bujny kasztanowiec.

Latem Antoine z przyjemnością spożywał obiad w jego cieniu, a zimą spalał w kominku nieliczne, przycięte wczesną jesienią z chirurgiczną precyzją gałązki. Patrzył w palenisko oczarowany nie dającym się z niczym porównać pięknem płomieni pochodzących z tych odrośli, głęboko wdychał przyjemną woń spalanego drewna. To wszystko dawał mu jego kasztanowiec.

Czując, że sił mu ubywa, Antoine spisał testament. W swej ostatniej woli zażądał, by jego ciało zostało skremowane, a prochy rozsypane wokół umiłowanego drzewa. Miał to być ostatni hołd dla istoty, która za życia dała mu tyle pociechy. Kilka lat później Antoine faktycznie zmarł. Wszystko uczyniono zgodnie z jego testamentem: była kremacja, a prochy rozsypano u stóp drzewa.

Dom – i tym samym drzewo – odziedziczył bratanek Antoine’a. Po objęciu spadku przeprowadził się do domu stryja z Marsylii, gdzie mieszkał w momencie śmierci Antoine’a. Przyzwyczajony do ciepłego, śródziemnomorskiego klimatu zauważył, że w Lotaryngii słońca jest znacznie mniej. I jeszcze tę niewielką ilość ciepła zabierało drzewo starca. Polecił je zatem ściąć. Bezwzględna mechaniczna piła obróciła jedynego przyjaciela Antoine’a w polana. Wszystko, łącznie z ziemią otaczającą piękną roślinę, wywieziono na śmietnisko. Ks. Michel, udając przerażonego, ale z przebiegłym uśmieszkiem, opowiedział o wszystkim mieszkańcom osady.

Szczątki zmarłych oczekują dnia zmartwychwstania

Z punktu widzenia religii powiada św. Paweł: Proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe (Rz 12, 1-2).

Jakże więc to ciało, o którym pisze Apostoł, uświęcone chrztem i przyjmowaniem Najświętszej Eucharystii, ożywiane przez duszę wyniesioną dzięki łasce ku życiu Bożemu, świątynię Ducha Świętego, spopielić niczym niepotrzebne odpadki?

W zwyczaju kremacji nieobecna jest idea spoczynku tego, który duszę oddał Bogu: requiescat in pace („niech odpoczywa w pokoju”). Wszystko dzieje się szybko. Pogrzeb traci swój uroczysty wymiar, obrzędy żałobne odarte są z dostojeństwa. Akt pozoruje całkowite unicestwienie w momencie, gdy płomień obraca w szary popiół rysy oglądane przez najbliższych przez wiele lat z szacunkiem i miłością.

Poprzez obrzęd złożenia ciała do grobu Kościół wyraża w sposób symboliczny wiarę w dogmat o zmartwychwstaniu ciał. Dla Kościoła grób jest dormitorium, w którym śmiertelne szczątki oczekują na zmartwychwstanie niczym ziarna rzucone w glebę, z których po Sądzie Ostatecznym wykiełkuje nieśmiertelność. W poświęconej ziemi, w cieniu krzyża ciało wiernego oczekuje na zmartwychwstanie tak jak Jezus, który zmarły i złożony do grobu powstał z martwych. Ciało to zasługuje na szacunek ze względu na to, czym było i czym będzie przez całą wieczność.

Lekceważąca czynność palenia zwłok w piecu krematoryjnym niszczy ten wizerunek w oczach świadków takiej procedury. Zgodnie z tym, co Kościół mówi śmiertelnikom memento homo, quia pulvis es et in pulverem reverteris, ciało winno powoli, w sposób naturalny, rozłożyć się na proch ziemi, z którego wzięło początek. Ma to być proces naturalny, zgodny z rytmem organicznym, nie zaś sztuczne zniszczenie.

Kościół, współczująca Matka, bierze pod uwagę szacunek, jaki żywią wobec siebie kochające się istoty. Miłość rodzicielska czy miłość dziecka, każde uczucie ludzkie doznaje w momencie śmierci uwznioślenia. Wyobrażanie sobie ukochanych jako powykręcanych przez płomienie jest przykre dla osób żywiących te uczucia. Pociechą jest natomiast dla wszystkich świadomość, że w poświęconej ziemi to ciało stopniowo zniknie zgodnie z ustalonym przez Boga porządkiem naturalnym: in pulverem reverteris – w proch się obrócisz.

Chrześcijański zwyczaj grzebania ciał wiernych

Czynność kremacji ma również wymiar symboliczny. Ma ona przysłonić istnienie dogmatu o zmartwychwstaniu ciał. Nadzieja zmartwychwstania jest z kolei jasno wyrażona w powierzeniu duszy Bogu. Pierwsi zwolennicy kremacji mieli na celu wyeliminowanie religii z czynności związanych ze śmiercią.

We Francji ideę kremacji jako pierwsza wprowadziła Rewolucja 1789 r. Na fali tego antychrześcijańskiego trendu przeprowadzono w sposób zorganizowany kampanię promocji kremacji. W latach następujących po Rewolucji Francuskiej, na początku XIX w., propaganda materialistyczna i ateistyczna jeszcze się wzmogła, z korzyścią dla popularyzacji kremacji. Wreszcie na początku XX w. zaczęto pod różnymi pretekstami budować w Europie piece krematoryjne.

Kościół był zdecydowanie przeciwny kremacji. W 1886 r. Święte Oficjum wydało dokumenty wykazujące fałszywość doktryn zwolenników palenia zwłok. Wskazano, że „kłamliwe podstępy i sofizmaty niepostrzeżenie pomniejszają cześć i szacunek dla chrześcijańskiego zwyczaju chowania ciał zmarłych do ziemi, który to zwyczaj jest stale zachowywany i uświęcony uroczystymi obrzędami Kościoła”.

Wówczas to wiernym, którzy by z własnej woli zadecydowali o kremacji, nie tylko odmówiono kościelnego pogrzebu, ale także odprawiania Mszy publicznych w ich intencji. Zwolenników tych błędów uznano również za niegodnych ostatnich sakramentów. W ten sposób Kościół ze względów dogmatycznych chronił kult i obyczaje wiernych (Dictionnaire Apologétique de la Foi Chrétienne, “Incinération”, Beauchesne éditeurs, Paris 1911).

Związany z Soborem Watykańskim II pęd ku reformom sprawił, że 5 lipca 1963 r. Święte Oficjum promulgowało instrukcję „Piam et Constantem”, która otwierała możliwość kremacji. „Kremacja nie ma wpływu na duszę, nie uniemożliwia Bogu Wszechmogącemu odtworzenia ciała, nie oznacza także sama w sobie obiektywnego zaprzeczenia wspomnianych dogmatów. Kościół nie sprzeciwiał się tej praktyce ani się jej nie sprzeciwia, jeśli wypływa ona ze sprawiedliwej motywacji opartej na rozsądnych przesłankach”. Nie jest łatwo zrozumieć, w jaki sposób instrukcja ta ma nie sprzeciwiać się cytowanym wyżej słowom św. Pawła: „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata”.

Szczególne modlitwy za zmarłych

Kościół ustanowił dzień 2 listopada Dniem Zadusznym (wspomnieniem wszystkich wiernych zmarłych). Tego dnia niemal na całym obszarze chrześcijaństwa cmentarze zapełniają się nawiedzającymi. Na cmentarzach tych groby przodków ozdobione są ich fotografiami, utrwalającymi ich ukochane rysy, wizerunkami świętych i aniołów czuwających nad zmarłym.

Wbrew temu odwiecznemu zwyczajowi brak ceremonii i „przechowywanie” niewielkich urn zawierających spalone szczątki na półkach zabija szacunek wobec zmarłych. Taki widok sprawia, że zaczynamy nabierać błędnego przekonania, iż wszystko się kończy na tym świecie. Przesłania świadomość życia po śmierci. Tłumi również ludzkie i naturalne uczucie uznania wobec zmarłych.

W Dzień Zaduszny krewni i przyjaciele przynoszą na groby swoich ukochanych kwiaty i znicze. Za dusze wiernych zmarłych odprawiane są Msze, odmawia się w ich intencji różańce. Jest to macierzyńskie i potężne wsparcie dla dusz cierpiących, które jęczą w Miejscu Oczyszczenia. Kościół Walczący przy grobach zmarłych prosi Boga, by dusze czyśćcowe mogły rychło wstąpić do Nieba, by zjednoczyć się z Kościołem Triumfującym i oglądać Boga twarzą w twarz

„Uwolnij, Panie, dusze wszystkich wiernych zmarłych od wszelkich więzów grzechowych” – prosimy w liturgii za zmarłych. Odprawiane są również modlitwy na chwałę tych, którzy są już w Niebie i których prosimy o wstawiennictwo w intencji uświęcenia tych, którzy toczą jeszcze ciężki bój na tej Ziemi. Już w XI w. św. Odylon, opat z Cluny, polecił swoim mnichom odprawiać 2 listopada Mszę za zmarłych. W Rzymie najstarsze nawiązania do tego święta pojawiają się w XIV w.

Zaduszki w Krakowie

Głęboko chrześcijański charakter ludu polskiego nadaje wspomnieniu zmarłych ton bolesnej wzniosłości. Ludność licznie nawiedza cmentarze. Listopad to już pełnia europejskiej jesieni. Jeszcze w godzinach popołudniowych nad miastem zapada noc, której towarzyszy drobna mżawka. Poświęconą ziemię okryłaby głęboka ciemność, gdyby nie tysiące zniczy, głównie czerwonych, nabożnie zapalanych zmarłym przez ich krewnych. Ci, skruszeni, przesuwają się niby cienie między nagrobkami i grobowcami z powagą akolitów niosąc rozżarzone latarenki.

Na grobach, nad którymi rodziny odmawiały wspólne modlitwy, te małe pochodnie pobłyskują w mroku niczym konstelacje świec na czuwaniu modlitewnym. Bo są to modlitwy żywych za tych, którzy odeszli już do Wieczności. Kropelki dżdżu opadające na znicze natychmiast odparowują niczym małe obłoczki, wydając się duszami, które opuszczają ten świat.

Czasem ktoś coś do kogoś szepnie. Dzieci pytają o przodków. Ze złożonymi rączkami naśladują modlitwę i uczucia rodziców. Na progu życia niewinność staje w zachwycie wobec misterium zaświatów. W ciszy przysuwają się do rodziców, jakby chciały być bliżej życia.

Tylko Kościół umie z łagodnością pogodzić tak przeciwne odczucia: czas i wieczność, śmierć jako nasienie życia wiecznego. W tej scenerii niczym krople deszczu opadające na płonące znicze, ulatnia się smutek i wzajemne przenikanie pełne nadziei i rezygnacji. Te cienie poruszające się w czasie poszukują tego, co niewidzialne w Wieczności, zaś z tego spotkania wyrasta afirmacja Wiary.

Gdyby Kraków przyjął zwyczaj kremacji, redukując swe cmentarze do pustki „ogrodów pamięci” – bez nagrobków, pomników czy grobowców – wierni nie przeżywaliby już podczas Dnia Zadusznego tych chwil religijnej refleksji. Kremacja poprzez likwidację pogrzebów i cmentarzy zmierza do usunięcia religii z obrzędów pogrzebowych i usunięcia prawdy o cierpieniu przodków, którzy „nas poprzedzili ze znakiem wiary”.

Nelson Fragelli

Catolicismo, nr 799, lipiec 2017 r.

Na Dzień Zaduszny

Mało mówi Pismo święte o umarłych. Ale to co nam o nich powiada jest jasne i dobitne i nie pozostawia żadnej wątpliwości. Święta to myśl i zbawienna, modlić się za zmarłych. Oni potrzebują zatem naszej pomocy.

Wyraźnie i stanowczo uczy nas wiara święta, że koniec każdego człowieka to jedno wielkie albo – albo; albo życie wieczne, pełne szczęścia i radości w Niebie, albo wieczne odrzucenie do ognia wiecznego, gdzie ogień nie gaśnie i robak nie umiera.

Niedwuznacznie uczy nas też wiara święta, że do wielkiego dnia, na końcu czasów, w którym sądzić nas będzie Sędzia Odwieczny, jest jeszcze pośrednia droga między niebem a piekłem. Nie jest to droga, która powoli prowadzi na wieczną zgubę, ale droga, która prowadzi do życia i szczęścia wiecznego.

Kto grzechem ciężkim obarczony świat ten żegna, na wieki pozostanie dzieckiem zatracenia i wyrok na niego zapadnie już w chwili jego nieszczęsnej śmierci. Kto zaś w stanie łaski umiera, ten duszę swoją uratował na wszystkie wieki.

Od wolności od grzechu ciężkiego jednakowoż do wolności od najmniejszej skazy daleka jeszcze droga! Kto drogi tej tu na ziemi żyjąc nie przebył, po śmierci odbyć ją musi, zanim wejdzie do radości Pana; bo „nic nieczystego nie może wnijść do Nieba”.

Jaki więc jest los dusz nie zupełnie jeszcze czystych? Jedna rzecz jest pewna. Czas dobrowolnej pokuty a zatem i czas zasługi z śmiercią się kończy. Dusze, całkowicie jeszcze nie oczyszczone nie mogą stanąć przed obliczem Boga. Musi zatem istnieć jakieś miejsce, gdzie dusze te przygotować się mogą na wejście swoje do Nieba. Dusza taka nie może sama oczyścić się z błędów i uchybień, bo czas zasługi dla niej się już skończył. Cierpiąc może się tylko dać oczyścić przez łaskawą rękę Boga sprawiedliwego, i to tak długo, dopóki wszelki dług wobec Boga zaciągnięty zapłacony nie zostanie.

Cierpienia zaś duszy pokutującej są tak wielkie i straszne, że przewyższają wszelkie cierpienia ziemskie czy to cielesne czy też duchowe. Nie wiemy wprawdzie jakiego rodzaju są te cierpienia. Święty Paweł jednakowoż wyraźnie powiada, że „będą oczyszczeni jakby przez ogień”.

Wielu bardzo sprawiedliwych tą drogą oczyszczenia pójdzie. Jeżeli nie wszyscy aniołowie byli godni oglądać oblicze Boga; jeżeli święci drżeli na samą myśl o Sędzi przedwiecznym — jakżeby mógł zwykły człowiek stanąć przed Boskim Majestatem nie przeszedłszy ognia czyśćcowego!

Nauka o czyśćcu, to nauka bardzo poważna; ale mimo to wiele zawiera dla nas pociechy. Jeżeli nic nieczystego do Nieba wejść nie może, jakże moglibyśmy jeszcze cieszyć się nadzieją szczęścia wiecznego, gdyby po śmierci nie było dla nas miejsca oczyszczenia! Nauka o czyśćcu dla niejednego niedowiarka była przyczyną jego nawrócenia się, bo zrozumiał dobrze, że żaden chrześcijanin, chociażby najmniejszą plamą grzechową skażony, nie może stanąć przed obliczem Boga Najświętszego.

Poważna nauka Kościoła o czyśćcu wymaga też zastanowienia się, wyciągnięcia z niej dla nas korzyści. Chociaż dusze nieszczęśliwe same sobie pomóc nie mogą, to ty wiele dla nich uczynić możesz! Nie znajdziesz więcej uszczęśliwiającego sposobu, by wyświadczyć miłosierdzie, jak modlić się za dusze cierpiące. Nic nie zdoła większej ci sprawić radości jak świadomość, że przez twoje modlitwy, posty i zyskanie odpustów ulżyłeś w cierpieniach duszom i Niebo im otworzyłeś. Największa bowiem tęsknota tu na ziemi niczym jest w porównaniu z tęsknotą za Bogiem duszy w czyśćcu cierpiącej. A ty tak łatwo pomóc jej możesz!

Połącz dlatego swoją wiarę z miłością bliźniego i zastanów się nad mocą, jaką ci daje wiara święta. Dołącz do tego całą swoją miłość Boga! Bogu samemu przysługę uczynić możesz. Umożliwiasz mu prędzej dusze wybrane do siebie przyciągnąć, jakby tego dozwoliła odwieczna Jego sprawiedliwość.

Jaka błoga to myśl! Bóg twoim dłużnikiem! Szczęśliwy człowiek, który Boga sobie zobowiązuje! Bądź przekonany, że w swoim nieprzebranym miłosierdziu, z boską swoją szczodrobliwością wiele więcej ci Bóg odda aniżeli zasłużyłeś!

Jak wielka będzie wdzięczność dusz z czyśćca wybawionych! Z Nieba otaczać cię będą opieką. A kiedy ty w więzieniu czyśćcowym jęczeć będziesz, kiedy tam odpłacać będziesz dług swój wobec Boga zaciągnięty, prosić za ciebie będą Boga, abyś jak najprędzej był uczestnikiem szczęśliwości wiecznej. Nie możesz sobie wdzięczniejszych przyjaciół pozyskać nad dusze czyśćcowe, którym przez modlitwę pomożesz zapłacić dług Boskiej sprawiedliwości.

Szkoła Seraficka, z. 11, listopad 1934

(Pisownię uwspółcześniono)

Halloween – największe święto okultystów

Dziś to takie modne, aby przebrać się za ducha, „szkieletora”, diabła czy czarownicę, w szkołach organizować dyskoteki i zabawy nawiązujące do tematyki śmierci, a niekiedy zachęcać dzieci do tego, by chodziły od domu do domu i prosiły o słodycze. Wszystko z pozoru wygląda niewinnie. Wielu ludzi wciąż nie wie, co się za tym tak naprawdę kryje.

By choć trochę poznać genezę powstania Halloween, warto sięgnąć do historii. Już w czasach starożytnych doszło do powstania druidyzmu skupiającego magów i czarownice, którzy czcili kult natury. Chcieli za pomocą prowadzonych przez siebie praktyk odkryć tajemne jej prawa, a praktykami tymi była medytacja i przywoływanie zmarłych. I choć z czasem druidyzm zanikł, byli jednak tacy, którzy go praktykowali. Stąd też w 1717 roku kult ten ponownie się odrodził – w Londynie założono klasztor druidyczny, który funkcjonuje do dziś. Praktyki magiczne nasilają się w Halloween, kiedy to czarownice i magowie spotykają się na rytualnych obrzędach, podczas których w narysowanym magicznym kręgu rozpalają ogień, a wydobywający się z niego dym ma otwierać drogę do demonów posiadających, wedle członków druidyzmu, tajemną moc pomocną w lepszym rozeznawaniu rzeczywistości i tego, co jest poza nią.

Halloween to także czas, w którym w sposób szczególny uaktywniają się sataniści i okultyści. Oddają cześć diabłu poprzez składanie ofiar ze zwierząt i ludzi, najczęściej zaś z dzieci, które wpierw są wykorzystywane seksualnie, deprawowane, by zniszczyć w nich niewinność i czystość, a następnie zabijane. To niejedyna praktyka stosowana przez osoby oddające pokłon szatanowi. W noc Halloween dochodzi do obrzędów inicjacyjnych, wprowadzających wybranych w krąg satanistyczny. Niejednokrotnie takim obrzędem jest składanie tzw. ofiary z białej dziewicy – kobieta, która ma stać się członkiem sekty satanistycznej, kładziona jest na specjalnym, kamiennym ołtarzu i gwałcona przez arcykapłana, nieraz z zamiarem poczęcia dziecka – przyszłej ofiary. Krew zabitych wypijana jest podczas specjalnego rytuału, mającego wyzwolić demoniczną energię.

– Dla satanizmu święto Halloween to wyjątkowy okres – wspomina Glenn Hobbs, były satanista. –Należę do generacji satanistów, co oznacza, że moja rodzina wyznawała ten kult od pokoleń. Moje wspomnienia z dzieciństwa dotyczące Halloween są bardzo mroczne. Pamiętam, że już na początku września zaczynano specjalne rytuały, które wprowadzały w Halloween. Któregoś roku w obrzędach tych, oprócz mnie, uczestniczyła pewna dziewczynka. Miała na imię Becky, była przeznaczona na ofiarę. Ja miałem zostać arcykapłanem. Oboje zostaliśmy rytualnie zaślubieni w imię szatana, a rytuał ten miał charakter seksualny. Dodatkowo, polewano nas wówczas krwią, co miało przypieczętować nasze połączenie.

Hobbs wspomina też, że w trakcie rytuałów zabijano mnóstwo zwierząt, wzywano Lucyfera, oddawano mu cześć. Gdy nadchodziło Halloween, składano w ofierze ludzi. Becky, owa dziewczynka, z którą odbył stosunek seksualny, także została zabita. – Arcykapłan wziął rytualny sztylet, włożył mi go w dłonie i trzymając je wbił ostrze w pierś Becky. Kiedy wspominam tamto Halloween, kulminację obrzędów, podczas których zabito niewinną dziewczynkę, mam świadomość, że coś takiego dzieje się co roku – mówi Hobbs.

Pisząc ten tekst przypomniała mi się pewna sytuacja, która miała miejsce, gdy chodziłam jeszcze do szkoły podstawowej. Wychowawczyni klasy wymyśliła, że każdy z nas ma się przebrać za postacie nawiązujące do Halloween, czyli za czarownice, wampiry, diabły, monstra. Rozdała nam też karteczki, na których były spisane słowa piosenki o czarnym pająku rozstawiającym sieci w celu zbierania pokarmu. Musieliśmy się tej piosenki nauczyć na pamięć, tak aby 31 października być w pełni przygotowani. Mieliśmy w ten dzień chodzić od klasy do klasy i poprzez śpiewanie tej piosenki zachęcać innych uczniów do obdarowywania nas drobnymi słodkościami. Gdy przyszłam do domu i powiedziałam moim rodzicom, jakie są plany na przeddzień uroczystości Wszystkich Świętych, byli bardzo zaskoczeni i oburzeni. Już następnego dnia udali się do szkoły, aby porozmawiać z wychowawczynią na temat zagrożeń, jakie niesie ze sobą z pozoru niewinna zabawa w Halloween. Skutek tej rozmowy był taki, że nie było ani przebieranek za śmiertelne postacie, ani śpiewania piosenki, ani w ogóle obchodzenia tego „święta”.

Świadomość rodziców i ich reakcja jest bardzo ważna – od tego zależy, czy dziecko będzie chronione przed deprawującymi, a także duchowymi i fizycznymi zagrożeniami związanymi z obchodem Halloween. 31 października każdego roku jest dniem, w którym giną niewinne dzieci, podczas gdy inne są zachęcane do tego, by w formie zabawy i atmosferze radości zbierać słodycze. Często dorośli pchają swoje pociechy do takich czynów nie mając pojęcia, co kryje się za ich symboliką.

Tylko dla przykładu można tu podać trzy popularne rekwizyty Halloween:

1) Przebieranie i zabawy – tradycja żądania poczęstunku słodyczami wzięła się z pogańskich wierzeń, według których w zamian za smakołyki duchy zmarłych miały błogosławić obdarowujących. Odmowa zaś oznaczała zemstę demonów.

2) Wydrążona dynia – mało kto wie, że to relikt zwyczaju rzeźbienia portretów demonów odstraszających nieszczęścia. W starożytności zaś był to symbol potępionych dusz. Dodatkowo, podświetlona dynia lub czaszka, umiejscowiona przy drzwiach domu, wskazywała, że jego mieszkańcy czczą szatana lub chcą wkupić się w łaski demonów.

3) Atrybuty czarownicy, czyli miotła i kapelusz – pierwotnie rzeczy te miały podtekst erotyczny i w czasie obrzędów magicznych symbolizowały przemianę energii – czyny seksualne były jej źródłem.

Stąd też w Halloween dochodzi do gwałtów i nierządu.

Demony nie znają się na żartach i zabawie. Sataniści dobrze o tym wiedzą, dlatego chcą uśpić czujność ludzi poprzez stosowanie zasłony dymnej w postaci kreowania Halloween jako radosnego i fajnego święta, dochodowego interesu, przynoszącego wielomilionowe zyski. Nie dajmy się zagłuszyć, reagujmy i informujmy o prawdziwym obliczu tego demonicznego święta.

* Wykorzystano wypowiedzi z filmu „Halloween – święto duchów”

Agnieszka Jarczyk

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2018-10-26)

Zagrożenie Halloween. Raport PCh24.pl

Wierzącemu katolikowi nie trzeba przypominać, że Halloween to nie jedynie psikusy, przebieranki, zabawy i dreszczyk emocji. To mroczne okultystyczne święto, którego celebrowanie realnie zagraża zarówno naszej duszy, jak i ciału. O niebezpieczeństwach z niego wypływających wielokrotnie pisaliśmy na łamach naszego portalu. Zapraszamy do lektury.

Pakt z diabłem na dobrą zabawę. Tak kończy się uleganie modzie Halloween

Mimo przestróg znaleźli się tacy, którzy uznali, że zorganizowanie dla dzieci imprezy z okazji Halloween, to dobry pomysł. By było jeszcze bardziej „swojsko”, organizatorzy „zabawy” podsunęli dzieciom cyrograf. Tak milusińscy za dobrą zabawę oddali diabłu dusze.

Halloween niewinną zabawą? Diabeł nie żartuje! – egzorcyści ostrzegają przed opętaniami dzieci

„Halloween nie jest niewinną, beztroską zabawą, ale grozi otwarciem się na działanie złych duchów. Osoby biorące udział w Halloween nie muszą uczestniczyć w złych rytuałach, składać ofiary ze zwierząt czy profanować cmentarzy bądź Najświętszego Sakramentu. Już samo wejście w przestrzeń demonów, choćby dla zabawy, jest niebezpieczne” – przestrzegają duchowni.

Co z tym halloween?

Zamiast Halloween, bal Wszystkich Świętych! Pielęgnujmy u dzieci katolickie wychowanie!

Rozmowa z egzorcystą. Halloween – przejaw bałwochwalstwa i utraty wiary

Mamy do czynienia ze zderzeniem dwóch cywilizacji: życia i śmierci. Druga z nich przejawia się między innymi tym, że kiedy my, chrześcijanie świętujemy narodziny dla Nieba wszystkich świętych i błogosławionych, cywilizacja śmierci każe spoglądać w groby i przebierać się za wampiry i diabły – mówi ksiądz Maciej Chmielewski, egzorcysta diecezji bydgoskiej.

8 argumentów przeciwko Halooween

Ciągle słyszysz od znajomych, że Halloween to tylko niewinna zabawa? Jak przekonać ich, że jest całkowicie inaczej? Jakich argumentów użyć by uchronić ich przez zagrożeniami?

Była satanistka o Halloween: „to święto czcicieli szatana”

Kilka słów prawdy od osoby znającej problem od środka.

Czy katolik może obchodzić Halloween?

Oczywiście, że nie! Ale dlaczego? Nie wiesz? Sprawdź!

Halloween. Kiedy diabeł się cieszy

Brak wiary i zrozumienia spraw ostatecznych powoduje u wielu ucieczkę w świat fikcji Halloween. Współczesny człowiek, nie mogąc sobie poradzić z własnym przemijaniem, nie mając silnego oparcia w Słowie Bożym, ucieka się do nowych zastępczych form wiary w nieśmiertelność.

Strzeżcie dzieci przed pogańskim Halloween

Jak uchronić namłodszych przed nową modą, sprzedawaną im jak coś bardzo atrakcyjnego?

Kościół i papieże nie mają wątpliwości. Halloween trzeba zakazać – to zło, rośnie liczba opętanych dzieci!

Związek pomiędzy Halloween a opętaniami jest oczywisty. Oto dlaczego należy zakazać tego „święta”!

Halloween. Neopoganizm czy niewinna zabawa?

Znaczna część dzieci i ich rodziców nadal uważa, że uczestnictwo katolika w Halloween jest całkowicie bezpieczne. Czy to prawda?

Halloween. Igranie z diabłem

„A świętujcie sobie, Państwo! Bawcie się duchami, wampirami, bawcie się z diabłem, a owoce wkrótce zaczniecie zbierać. Najpierw w postaci wizyt u psychiatry, czy to we własnej sprawie, czy w sprawie własnych dzieci, a potem skończyć możecie u egzorcystów. Kolejki do nich rosną i nie są to wymysły, ale fakty!” – mówił redaktor „Polonia Christiana” Jerzy Wolak.

Święci pańscy a protestancka nienawiść

Zakaz kultu świętych, a w konsekwencji zaprzestanie modlitwy za zmarłych. Ile wspólnego ma protestantyzm z Halloween?

Największy na świecie dar reformacji

Marcin Luter swoje tezy przybił na drzwiach kościoła w Wittemberdze 31 października, w Halloween. Przypadek?

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2018-10-28)

Halloweenowy obłęd w holenderskich fast foodach: awantury, korki i policja w akcji

Popularna w Holandii sieć fast foodów zmieniła swoje restauracje w przerażające obiekty. Wszystko z powodu Halloween. Wydarzenie stało się jednak horrorem nie tylko z powodu strasznych strojów obsługi. Olbrzymie zainteresowanie imprezą spowodowało logistyczne problemy, zaś te trudności wywołały napięcia między klientami.

Restauracje typu fast food w Doetinchem, Amelo i Deventer przeżyły oblężenie. Nikt nie spodziewał się bowiem tak wielkiej ilości klientów halloweenowej imprezy, podczas której frytki i hamburgery podawali kelnerzy przebrani za zombie lub ociekające krwią wampiry.

Przed okienkami do składania zamówień z samochodów zaczęły tworzyć się gigantyczne korki. W Doetinchem sięgały nawet pobliskiej autostrady. W końcu policja zdecydowała, że dojazd do restauracji jest niemożliwy, a klienci muszą udać się na konsumpcję pieszo.

W korkach dochodziło do sprzeczek, a klientom przybywającym do fast foodów z daleka puszczały nerwy. Ostatecznie policja zakończyła zabawę, gdyż uznała, że nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa.

Źródło: rmf24.pl

MWł

Polecamy również:

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2018-10-29)

Biedronka i Lidl przygotowały specjalną ofertę na Halloween. Supermarkety idą na całość!

Już za dwa dni Halloween. Aby zrobić zakupy związane z tym dniem pozostały dwa dni. Biedronka i Lidl przygotowały się na ten dzień i jak wynika z ich gazetek promocyjnych, zamierzają ubić z tej okazji niezły interes!

W Polsce podejście do Halloween jest dość radykalne z każdej ze stron – od zwolenników, którzy bezrefleksyjnie przyjmują modę na świętowanie pogańskiego dnia po fideistów przekonanych, że po przebraniu dzieciaka demon porwie go wprost do siódmego kręgu piekielnego. W każdym razie popularność tego dnia rośnie.

W dyskontach wcześniej bez trudu można kupić maski, stroje, rekwizyty czy słodycze związane z tym dniem. W kilku ostatnich gazetkach promocyjnych Lidl i Biedronka już reklamowały asortyment na ten dzień.

W Biedronce znajdziemy rekwizyty do przebrania. Za dosłownie kilka złotych można nabyć pazury, gumowe zęby, spinki do włosów w kształcie rogów czy też zestaw do malowania twarzy. W Lidlu za 24,99 można nabyć gotowy strój wampira lub szkieleta. Dla dorosłych w obu sieciach znajdują się maski. W Lidlu znajdziemy również peruki.

W Biedronce znaleźć można również zabawki i akcesoria, np. specjalne wiadro do zbierania słodyczy. Sieć sprzedaje też sztuczne pająki, balony i dzwonek na Halloween, który emituje dźwięk szyderczego śmiechu.

Zarówno w Biedronce jak i w Lidlu znajdziemy specjalne słodycze na Halloween. W Lidlu można kupić praliny w kształcie gałek ocznych czy też małych dyń. Z kolei w Biedronce dostaniemy bombonierkę w kształcie trumny czy też lizaki stylizowane na ducha.

No i oczywiście dynia. Biedronka idzie na całość i daje promocję na nią 50 proc. Za dynię Hokkaido zapłacimy jedynie 1,29 zł za kilogram.

Źródło: fakt.pl

Za: Najwyzszy Czas! (29/10/2018)

Papież Franciszek- foto

Mój śp.Ojciec mówił dawno temu – „jak cię widzą tak cię piszą”.
I pewnie miał rację,kiedy widzę Papieża z takim pogniecionym nakryciem głowy.Zastanawiam się tylko,czy to jest przypadek, czy jednak Papież swoim wyglądem chce nam coś powiedzieć?
Marian 44

Wojna hybrydowa polskich władz z Polską

Wojna z prawdą – wojną o rząd dusz

Trwa wojna hybrydowa w Polsce w sferze wszystkich typów komunikacji: politycznej, społecznej, kulturowo-cywilizacyjnej. Takim właśnie mianem można określić wytoczoną nam wojnę informacyjną. Podobnie jak każda hybryda, łączy ona różne, często nieprzystające do siebie formy informacyjnego oddziaływania na polskie społeczeństwo – uprzedmiotowienie z quasi-upodmiotowieniem. Celem wszystkich jest mentalne ubezwłasnowolnienie Polaków. Analogicznie do militarnych działań hybrydowych, łączących przeciwstawne formy walki: konwencjonalne z terrorystycznymi, spekulacyjnymi czy kryminalnymi – wojna hybrydowa w sferze informacji wykorzystuje wszystkie dostępne metody manipulacji i propagandy, atakując w sposób bezwzględny tożsamość zarówno osobową, jak i narodową Polaków pod pozorem jej podtrzymywania czy nawet obrony. Jej obecny etap jest szczególnie ważny, gdyż idzie w nim o to, co określamy jako rząd dusz. Celem tych, którzy wojnę hybrydową nam wytoczyli, jest takie oddziaływanie w sferze informacji na świadomość polskiego społeczeństwa, aby odczytywało ono panującą rzeczywistość zgodnie z ich antypolską polityką. Instrumentami wojny hybrydowej na etapie informacyjnym jest więc perswazja, manipulacja i propaganda. – wszystkie ukierunkowane na ukrycie konkretnej prawdy. Jest to prawda o rzeczywistej sytuacji Polski, nade wszystko o jej zwasalizowaniu wobec USA i automatycznie wobec Izraela, oraz konsekwencjach tego zwasalizowania w polityce zewnętrznej i wewnętrznej Warszawy, widocznych nade wszystko w naszej przynależności do NATO i UE.. Tę wojnę przeciwko Polsce prowadzą nie Putin i Rosja, ale polskie władze, wspierane przez opozycję – w najmniejszym stopniu przez PSL – i mainstreamowe media, również katolickie.

Inkwizycyjna rola mediów

Językiem polskich władz i polskiego establishmentu politycznego oraz opiniotwórczego, z medialnym na czele, jest język propagandy amerykańskiej, utożsamianej z transatlantycką. Klasyczne kłamstwo, przeinaczenia, półprawdy – określane coraz częściej mianem fake-newsów – selekcja informacji, przemilczenia – to podstawowa broń polskich władz w walce z prawdą o roli Polski jako wasala USA w UE oraz NATO i, oczywiście, w relacjach nie tylko z Izraelem, ale również z Ukrainą i nade wszystko z Rosją. Całkowity brak suwerenności w wymienionych relacjach określany jest w języku ich wojny z nami w kategoriach postprawdy – dowolnej interpretacji faktów bądź ich zaprzeczenia – jako umacnianie naszej suwerenności i zwiększanie bezpieczeństwa w sferze militarnej, energetycznej etc.. Owe kategorie postprawdy – podobnie jak sam typ wojny hybrydowej – to słowa-klucze, jakimi określają ludzie opcji transatlantyckiej wojnę informacyjną Rosji z Zachodem. Klasyczne dla narracji tej opcji stały się wypowiedzi europosłanki PiS Anny Fotygi, która co kilka miesięcy alarmuje Brukselę o Moskwie zagrażającej UE w sferze informacji, czy Antoniego Macierewicza, który równie często ostrzega Polskę i NATO przed propagandą i cyberatakami Rosji.

W języku hybrydowej propagandy nasza rola wasala bywa też określana metaforą ze snów o potędze: Polska – obok Francji i Niemiec – to filar relacji transatlantyckich. Gdy w imieniu wasala wiceminister MSZ Bartosz Cichocki przed wizytą prezydenta RP Andrzeja Dudy w Białym Domu odwołuje się w wywiadzie dla TVP Info do metafory filara transatlantyckiego, mówi prawdę, której przekaz miałby upodmiotowić nasze społeczeństwo. Jest to jednak kwintesencja hybrydowej manipulacji, gdyż nadawca tego przekazu przemilcza jednocześnie kontekst tej prawdy i żałosne jego skutki [i]. Gdyby Polska była owym filarem 30 lat temu, może byłyby powody do jakiejś satysfakcji. Ale teraz, gdy opcja transatlantycka schodzi na dalszy plan w zaistniałym wielobiegunowym porządku globalnym, gdy USA utraciły rolę hegemona, przegrywają gospodarczo z Chinami, militarnie w Afganistanie i na Bliskim Wschodzie, nie są w stanie zbudować koalicji antykoreańskiej ani też antyirańskiej, gdy w Komisji Praw Człowieka ONZ tracą przywódczą rolę, chcąc zamienić obronę owych praw na obronę prawa Izraela do ludobójczych działań wobec Palestyńczyków, gdy na forum ONZ 128 jego członków potępiło w rezolucji amerykańską próbę uznania Jerozolimy za stolicę Izraela (przeciw potępieniu było 9: Izrael, USA, Gwatemala, Honduras, Togo i 4 państewka tropikalne; Polska, oczywiście, wstrzymała się – czyli poparła USA), gdy ponadto Waszyngton musi zmierzyć się z przyspieszjącą dedolaryzacją światowej gospodarki – odgrywać nadal rolę amerykańskiego filara to żaden interes i powód do dumy. Wspierać polityką amerykańsko-transatlantycką, obarczoną odpowiedzialnością za miliony ofiar wywołanych w jej ramach wojen – m.in. na Bliskim Wschodzie i Afryce – czy za ludobójstwo setek tysięcy chrześcijan, dokonane na tych obszarach to powód do wstydu i ekspiacji narodowej. A chcieć upadać razem z USA i dolarem to wola politycznego samobójstwa. I wiedzą o tym doskonale inne dwa „filary” opcji transatlantyckiej – Niemcy, które myślą o niezależnym od kontrolowanego przez USA SWIFT – systemie rozliczeń bankowych i Francja, która mówi o konieczności utworzenia unijnych sił zbrojnych, niezależnych od Pentagonu i NATO. Tego typu informacje i moralna ocena kierunku polskiej polityki są wycinane przez oficjalną propagandę. Dezawuowałyby bowiem utrzymywany na blefie mit opcji amerykańskiej. Każda próba krytycznej oceny tego ukierunkowania polityki Polski jest natychmiast udaremniana. Każdy, kto ma odwagę wskazać jakąś alternatywę, bądź odkłamać propagandowy charakter tej opcji, podlega karze – jak Mateusz Piskorski, więziony już 2 i pół roku za uznanie legalności prorosyjskiego referendum na Krymie czy senator Maciej Grubski, zawieszony w członkostwie PO i odsądzony od czci i wiary w mediach za wypowiedź dla Sputnika o szkodach wyrządzanych polskiej gospodarce poprzez rusofobiczną politykę oraz słowa uznania dla Władimira Putina.

Stratedzy informacyjnej wojny hybrydowej robią wszystko, aby Polacy nic albo jak najmniej wiedzieli o BRICS – który stał się już nowym modelem współdziałania suwerennych państw, zachowujących swoją kulturę i cywilizację – o Szanghajskim Obszarze Współpracy, Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej, jedwabnym szlaku, który ma ominąć Polskę – i wielu innych alternatywnych kierunkach rozwoju. Każda informacja o świecie zagrażająca mitycznej opcji, na której opiera się polska polityka, skazana jest z góry na niezaistnienie.

Balansowanie między tragedią i komedią

Próba podtrzymywania mitu amerykańskiej opcji jest coraz częściej tragikomiczna. Wiąże się bowiem z próbą pogłębienia polskiej rusofobii w oparciu o fałszywą tezę, iż Rosja jest największym zagrożeniem dla każdego wymiaru naszego istnienia. Dlatego trzeba ją zniszczyć pod każdym względem – nie tylko militarnie, ale również politycznie, gospodarczo, cywilizacyjnie. Trzeba udowodnić upadającemu światowemu hegemonowi, że w dziele niszczenia Rosji może na nas liczyć, że Warszawa na skinienie Białego Domu rzuci do walki z Moskwą polskich żołnierzy bądź – w wersji łagodniejszej – będzie jej po wsze czasy szkodzić, nie zważając na własne straty polityczne, gospodarcze, moralne, cywilizacyjne. Uczyni wszystko, aby rusofobia stała się wyznacznikiem polskiego patriotyzmu, quasi-religią polityczną. Wystarczy w tym miejscu wymienić hybrydową propagandę wsparcia dla banderowskiej Ukrainy skonfliktowanej z Moskwą, politykę zmuszania do emigracji ekonomicznej kolejnego pokolenia Polaków, aby na ich miejsce przyjmować do pracy miliony Ukraińców. Trzeba wmówić nie tylko Polakom, ale również całej Unii, że Nord Stream 2 szkodzi wszystkim, choć naprawdę szkodzi jedynie Ukrainie, pozbawiając ją dochodów z tranzytu rosyjskiego gazu i amerykańskim korporacjom, które chciałyby poprzez Polskę rozprowadzać w Europie swój LNG. Sytuacja jest poważna, bo zawiera w sobie czynnik prowokacji, która może skończyć się dla Polski bardzo źle. W języku propagandy hybrydowej nosi natomiast znamiona pedagogiki nieuzasadnionej wyższości nie tylko politycznej, ale również moralnej nad Rosją. Pedagogika ta ma skutkować ukształtowaniem takiej mentalności Polaków, aby nie tylko godzili się na przekształcenie naszego terytorium w obszar III wojny światowej – z Rosją – ale byli gotowi ginąć w niej masowo w imię obrony dolara i amerykańskich interesów. Ta tragiczna pedagogika jest łączona z komicznymi działaniami, nieadekwatnymi do naszych skrajnie ograniczonych możliwości, nie uwzględniającymi faktu, iż nasza suwerenność jest udawana – jest kopią, która nie ma oryginału. Do takich działań należy pohukiwanie na Rosję, pouczanie jej, grożenie nowymi sankcjami. Kabaretowo brzmią np. upomnienia Moskwy przez polskie MSZ z powodu zatrzymań uczestników ostatnich – w większości nielegalnych – demonstracji przeciwko podwyższeniu wieku emerytalnego Rosjan – jak proponuje Władimir Putin: dla kobiet z 55 lat do 60 i dla mężczyzn z 60 do 65. Ingerowanie w tego typu wewnętrzne sprawy Rosji jest kuriozalne, bo chyba nikt nie wyobraża sobie, że Siergiej Ławrow mógłby w tym stylu wtrącać się w naszą wewnętrzną politykę i krytykować nas np. za reformę sądownictwa. Niczego z komizmu nie ma natomiast antyrosyjska hybrydowa propaganda w zakresie cywilizacyjnym i moralnym. W sytuacji, gdy Europa, podobnie jak cały Zachód, nie tylko odeszła od chrześcijańskich wartości, ale podjęła z nimi walkę, gdy cywilizacja łacińska – chrześcijańska – ma już dla niej znaczenie wyłącznie historyczne, każda próba zniszczenia Rosji jest próbę zniszczenia odrodzonego w niej po upadku komunizmu chrześcijaństwa. To by zaś oznaczało, że religijna tożsamość polskich partii – z PiS na czele – uważanych za prochrześcijańskie, jest czystą symulacją. Liderzy tych partii w starciu cywilizacyjnym z Rosją chcą uzyskać sławę Herostratesa i wziąć udział w podpaleniu drugiego po Bliskim Wschodzie, większego, obszaru cywilizacji chrześcijańskiej.

Symulacja i dysymulacja

Znamienną cechą hybrydowej propagandy jest ucieczka od rzeczywistości. Dokonuje się ona na dwa klasyczne sposoby, eksponowane przez Jeana Baudrillarda jako wiodące w tworzeniu sztucznej rzeczywistości, mającej jednak odniesienie do realnie istniejącej. Dlatego nie mówimy tu o fikcji. Pierwszy sposób: poprzez symulację czyli udawanie, że jest coś, czego nie ma. Drugi – poprzez dysymulację, udawanie, że nie ma czegoś, co jest. To, co w rezultacie takiego podwójnego udawania otrzymuje polskie społeczeństwo, to symulakry – twory sztucznej rzeczywistości, które są nam przekazywane jako realnie istniejące.

Bohaterowie wojny hybrydowej

Bohaterowie wojny hybrydowej są wyreżyserowani według biało-czarnego schematu powieści socrealistycznej. Zbieżność ta nie jest przypadkowa, gdyż cel propagandy amerykańskiej w Polsce jest taki sam jak propagandy komunistycznej: rząd dusz. Zgodnie z tym celem, każdy, kto prezentuje poglądy inne od obowiązujących, jest czarnym charakterem – jak. M. Piskorski i M. Grubski. Każdy, kto umacnia narzucaną przez propagandę opcję czy raczej wyznaje ją jako quasi-religię, jest białym charakterem, wzorem do naśladowania. Takimi bohaterami nie muszą być wyłącznie przedstawiciele najwyższych władz. Mogą nimi być ludzie niższego szczebla politycznego, czego przykładem są dwaj eurodeputowani PiS – Ryszard Legutko i Tomasz Poręba. Wszystkim wiadomo, że to oni przyjęli wytyczne Izraela w sprawie anulowania w ustawie o IPN karalności za wypowiedzi o polskich obozach koncentracyjnych czy udziale Polski w holokauście. Wszyscy to wiedzą, a opozycja domagała się nawet – głównie w mediach – wyjaśnień. I nastała cisza. Nikt nie reaguje, zawieszone zostały wszelkie oceny moralne i patriotyczne. Przeciwnie, podsumowaniem tych działań przeciwko interesom Polski jest w propagandzie hybrydowej konkluzja, że dzięki nim uniknęliśmy wielkiego zła: pogorszenia czy nawet zerwania stosunków z Izraelem. Gdyby ci dwaj panowie przyjęli jakieś wytyczne od obcego państwa innej opcji politycznej – nie mówiąc już o Rosji – skończyliby w więzieniu.. A jeden z nich – Ryszard Legutko – zostałby wcześniej jako profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego poddany krytyce środowiska naukowego, które by się od niego odcięło i wymusiło na władzach tej szacownej uczelni rozwiązanie umowy o pracę. Bohaterowie hybrydowej wojny nie mają zamiaru wstydzić się ani też zejść ze sceny politycznej. Pan Poręba został szefem kampanii wyborczej PiS, zaś Pan Legutko toczy w Brukseli spektakularną, choć nieskuteczną wojnę z imigrantami. Takie są zadania bohaterów, działających hybrydowo – na różnych frontach. Aby osiągnąć sukces na jednym (przyjąć obce wytyczne), trzeba się legitymizować działaniami na drugim. Legitymizacja jest, oczywiście, hybrydowa.

Czy Polacy tę wojnę przegrają?

W przeciwieństwie do czasów PRL i komunistycznej propagandy, której Polacy nie ulegli i dali temu kilkakrotnie wyraz w latach: 1956, 1970, 1976, 1980 – po 1989 roku ulegli masowo iluzji amerykańskiej demokracji i liberalnej wolności – od wszystkiego i od wszystkich. Wielu przeżywa przebudzenie, co potwierdzają różne niezależne portale i próby budowania całkowicie nowej siły politycznej. Organizują się – również w ramach obecnych wyborów samorządowych – małe środowiska, świadome wielkiego wysiłku, jaki podejmują dla wypracowania alternatywnego programu dla Polski. Oby tylko nie zwiodły ich rzucane od 1989 roku w środowiskach prawicowo-konserwatywnych hasła głosowania na mniejsze zło. Taki krok oznaczałby wybór alternatywy hybrydowej – a więc żadnej.

Anna Raźny
Źródło: KONSERWATYZM.PL , 15 września 2018.

Myślałem, że nie doczekam…

foto_duda

To nie jest śmieszne, to dzieje się naprawdę, do tego z całą pewnością nieprzypadkowo.
Polski prezydent zostaje w świetle jupiterów, na oczach świata, sprowadzony do roli podrzędnego urzędnika wasalnego państwa, który nie ma miejsca przy stole, dla podpisania wspólnej deklaracji.
W Białym Domu zabrakło dla niego krzesła !!!
Zdjęcie w zasadzie mówi wszystko, wystarcza za tysiąc słów komentarza, który mógłby opisywać nasze odczucia przykrości i żalu, że tak potraktowano naszego prezydenta, który o zgrozo !!!,wdzięczy się i uśmiecha do gospodarza,odkładając na bok swój majestat i wymagane w tym momencie uszanowanie.
Trudno mi zrozumieć to zachowanie,które według mnie, nie było przypadkowe.Wydaje mi się,że prawda jest bardziej dotkliwa,a brak uszanowania jest jedynie tylko ilustracją naszej beznadziejnej sytuacji, do której przez lata nieudolnych i zdradzieckich rządów doprowadzono.
Starannie pomijany w wypowiedziach i deklaracji, problem roszczeń żydowskich świadczy o tym,że negocjacje, zgodnie z ustawą 447, weszły w decydującą fazę.Że Polska,zniszczona przez dwa totalitaryzmy,będzie musiała wypłacić 300 mld$ odszkodowań dla żydowskiego przemysłu holokaustu!
I już dzisiaj, co widać na zdjęciu,jest traktowana jako winowajca,który musi wypłacić ogromne sumy odszkodowań.Nie będzie zmiłuj się,a nasze żebranie o bazy amerykańskie jest jedynie pewną groteską,bo kiedy oni uznają to za konieczne,to sami je zainstalują,żeby pilnować swoich interesów.
Przypuszczam,jaki musi wywoływać śmiech u naszego „strategicznego partnera” propozycja Dudy,że możemy im za to zapłacić 2 mld$ rocznie,lub więcej, jak przytomnie zauważa /doskonały biznesmen/ Tramp.Możemy być spokojni,jeśli zajdzie taka potrzeba,takich baz jego imieniem utworzą więcej,i wcale nie w charakterze firmy ochroniarskiej. .Będzie to zależało tylko od tego, jak bardzo pokornym wasalem będziemy i czy w ustalonym czasie będziemy się wywiązywali z ustalonych warunków,o których my nie mamy prawa wiedzieć.
A nam nie potrzeba wiedzieć,wystarczy patrzeć i widzieć,niestety,jak tragiczna już jest nasza sytuacja.
Bóg dał nam tak dużo,ale nie można oczekiwać zbyt wiele,bo może wreszcie jest pora najwyższa skończyć z naszą gnuśnością i pomyśleć o sobie, a przynajmniej o przyszłości naszych dzieci i wnuków,by mogły żyć nadal w swoim, jakże pięknym kraju.
Marian 44

Sanocki: Ojców założycieli za kratki?

Stany Zjednoczone wydadzą Polsce Dariusza Tytusa Przywieczerskiego b. prezesa Universalu, skazanego w procesie „FOZZ” na 3,5 roku za przywłaszczenie jakichś głupich 1,5 mln dolarów./już wydały.adm./

Przy tej okazji nasze media podają jakoby Polska straciła w „aferze FOZZ” ponad 300 mln zł. To wszystko bajka. Wg autorów książki „Via bank i FOZZ” – Jerzego Przystawy i Mirosława Dakowskiego – Polska w ramach przekrętu, którego częścią był FOZZ, straciła co najmniej 300 miliardów zł czyli mniej więcej roczny budżet państwa.

Obaj autorzy opisali mechanizm przekrętu po tym jak skontaktował się z nimi Michał Falzmann – inspektor NIK, który aferę wykrył. Potem Falzmann zmarł w niejasnych okolicznościach na zawał serca, ale przed śmiercią przekazał to co odkrył dwom profesorom fizyki, którzy musieli zagłębić się w tajemnice prawa bankowego i dojść do wniosku, że wśród oskarżonych powinien znaleźć się cudotwórca ekonomiczny – Leszek Balcerowicz.

Balcerowicz jako minister finansów w pierwszym niekomunistycznym rządzie po 1989 roku, wprowadzał plan, który miał uzdrowić gospodarkę („Plan Balcerowicza”). W tym celu nasz cudotwórca pojechał do Londynu, gdzie z Międzynarodowym Funduszem Walutowym w końcu 1989 roku umówił się, że kurs dolara w Polsce przez rok pozostanie stały jako „antyinflacyjna kotwica”. Było to wówczas ok. 10 tys. starych złotych za 1 dolara. Na dzisiejsze złotówki wychodziłoby 1 zł za dolca.

Jednocześnie, żeby zdławić inflację nasz cudotwórca Balcerowicz ustalił że odsetki od lokat złotówkowych, (a wiec i kredytów) będą wynosiły kilkadziesiąt procent miesięcznie. Tak, tak miesięcznie. Każdy kto pamięta rok 1990 – pierwszy rok „Planu Balcerowicza” – przypomni sobie, że w samym styczniu odsetki od lokat wynosiły 60% za miesiąc.

Po styczniu odsetki i oprocentowanie lokat malało – w lutym wynosiło jeszcze 40% za miesiąc, potem spadło do kilku procent miesięcznie. W skali roku oprocentowanie lokat przekraczało 100%. Czyli jak wpłaciłeś 10 mld na lokatę, za rok odbierałeś 20 mld.

Co więc robił każdy mądry człowiek, który wiedział co w Londynie podpisał nasz Leszek B. i który miał np. bogatą ciotkę od której mógł pożyczyć milion dolarów? Ano pożyczał, szedł do kantoru wymieniał dolary na złotówki – brał te 10 mld złotych przechodził przez ulicę do państwowego banku – powiedzmy PKO BP – tam wpłacał na lokatę roczną i pod koniec wspaniałego roku 1990 – odbierał z banku 20 mld. Następnie wracał do kantoru i kupował za 20 mld zł 2 miliony dolarów. Jeden milion oddawał ciotce, a drugi – wiózł do jakiegoś bezpieczniejszego kraju – powiedzmy do Luksemburga, po drodze chwaląc ekonomistę Balcerowicza, bez którego cały ten „interes” oczywiście nie byłby możliwy.

A co ma do tego FOZZ? Ano FOZZ był właśnie tą „ciotką” co to pożyczała swoim kolesiom pierwszy milion dolarów na początek całego geszeftu.

Ale mądrzy ludzie nie zadowalali się jednorazową lokatą. Kiedy tylko lokatę zaksięgował polski bank, mądrzy ludzie brali od banku gwarancję pod zastaw lokaty, jechali do jakiegoś Luksemburga, tam brali kredyt dolarowy oprocentowany 10% rocznie, wracali do kraju, zamieniali dolce w kantorze, szli do banku, zakładali lokatę, brali znów gwarancję i tak dalej i tak dalej. Ten mechanizm nazwany potem „oscylatorem” zastosowało m.in. dwóch młodych muzyków – Bagsik i Gąsiorowski, którzy po ośmiu miesiącach „oscylowania” między bankiem PKO BP, a bankami w Luksemburgu wywieźli z naszego umęczonego kraju, kwotę grubo ponad 400 mln dolarów. A ilu takich Bagsików było wtedy w Polsce?

Ten przekręt tysiąclecia kojarzy się z FOZZ, bo FOZZ był tą „ciotką od dolarów” złapaną za rękę. O innych „ciotkach”, innych Przywieczerskich milczą elity III RP.

Afera była możliwa bo Balcerowicz usztywniając kurs dolara, przy gigantycznych stopach od lokat złotówkowych, naruszył podstawowe prawo bankowe – parytetu stóp procentowych, które mówi, że cena pieniądza na rynkach światowych musi być taka sama.

I nasz geniusz o tej zasadzie nie wiedział? Bo i po co miał wiedzieć?

Janusz Sanocki – 11 września 2018 Redakcja Konserwatyzm.pl
Komentarz: Pan Tytus jest już w Polsce i włos mu z głowy nie spadnie,i jeszcze zgarnie swoją dolę od swoich kamratów za dobre sprawowanie.
A Panu Santorskiemu dziękuję, że w prostych żołnierskich słowach objaśnił nam to wszystko,co tak mgliście opisywali znawcy przedmiotu.

50 lat temu Ryszard Siwiec dokonał samospalenia

8 września 1968 r. podczas uroczystości centralnych dożynek na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie dokonał samospalenia Ryszard Siwiec, weteran AK, filozof. Był to protest przeciwko udziałowi Ludowego Wojska Polskiego w inwazji na Czechosłowację.

„Wciąż mówią, że na dożynkach w obecności Wiesia [Władysława Gomułki – przyp. red.] i Józia [Józefa Cyrankiewicza] ktoś się oblał benzyną i podpalił. Nie wiadomo tylko, po jakiej linii to się stało” – zapisał w swoim dzienniku Stefan Kisielewski.

Zwykle dobrze poinformowany pisarz, publicysta i poseł katolickiego „Znaku” sześć dni po dramacie na Stadionie Dziesięciolecia nie miał niemal żadnej wiedzy o tym, kim był Ryszard Siwiec i jakie były motywy jego postępowania. Przykład ten obrazuje ogromną skuteczność działania bezpieki i władz komunistycznych PRL, które sprawiły, że jego czyn pozostał prawie nieznany. Dzisiaj Siwiec ma ulicę swojego imienia i pomniki. Władze Polski, Czech i Słowacji nadały mu najwyższe odznaczenia.

Ryszard Siwiec urodził się 7 marca 1909 r. w Dębicy. Po śmierci ojca przeprowadził się wraz z matką do Lwowa. Uczęszczał do szkoły podstawowej w Dębicy i do Państwowego Gimnazjum im. Jana Długosza we Lwowie. Następnie studiował na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, gdzie otrzymał tytuł magistra filozofii. Podczas studiów grał w hokejowych drużynach Czarnych i Pogoni Lwów. Po ukończeniu studiów w roku 1936 przeprowadził się do Przemyśla, gdzie podjął pracę w urzędzie skarbowym. Po klęsce we wrześniu 1939 r. zrezygnował z pracy i do końca okupacji niemieckiej pracował jako robotnik jednego z miejskich przedsiębiorstw. Podczas II wojny był żołnierzem Armii Krajowej.

Po wojnie odrzucił propozycję objęcia posady nauczyciela historii, nie chcąc uczyć zafałszowanej wersji dziejów. „Nie będę uczył głupstw” – stwierdził Ryszard Siwiec. Zatrudnił się jako księgowy w spółdzielczej wytwórni win. Zajmował się także ogrodnictwem i hodowlą kur, co pomagało mu utrzymać żonę i pięcioro dzieci. Kolekcjonował fajki. Dwie z nich należały do dowódców kieleckiej 7. Dywizji Piechoty Armii Krajowej oraz miejscowego inspektoratu AK.

Ryszard Siwiec nie potrafił zaakceptować ustroju komunistycznego wprowadzonego w Polsce po wojnie, zakłamującego historię i blokującego wolność słowa. Starał się ukazać rodakom prawdę o PRL w ulotkach podpisywanych jako „Jan Polak”. W mieszkaniu Siwców honorowe miejsce zajmował udekorowany portret Marszałka Józefa Piłsudskiego. Ścianę domu zdobiła również szabla z dewizą „Honor i Ojczyzna”. W biblioteczce najważniejsze miejsce zajmowały dzieła Henryka Sienkiewicza i Adama Mickiewicza.

O antykomunistycznych poglądach Siwca świadczą także wspomnienia dalszych członków rodziny. W rozmowach z nimi surowo oceniał ideologię komunistyczną i system PRL. „Naród żyjący w nędzy, który nie ma nadziei na lepsze i godniejsze życie, zajmuje się wyłącznie walką o biologiczne przetrwanie. W takim systemie nie wolno dopuścić do sytuacji, która stwarzałaby nadzieję na jakąkolwiek zmianę. Ktoś musi dbać o to, aby nadzieja umarła in statu nascendi [w chwili narodzin – przyp. red.]” – mówił.

Rodzina Ryszarda Siwca wspominała, że szczególnym niepokojem i niechęcią wobec systemu komunistycznego napełniały go dramatyczne wydarzenia roku 1968. Niemal przez cały czas słuchał Radia Wolna Europa, które stale informowało o studenckich protestach marca 1968 r. oraz reformach Alexandra Dubčeka w Czechosłowacji. Na maszynie do pisania pisał jeszcze więcej ulotek niż wcześniej.

Interwencja wojsk Układu Warszawskiego, których część stanowiły oddziały LWP, w Czechosłowacji w nocy z 20 na 21 sierpnia 1968 r. skłoniła go do aktu, który miał być znacznie bardziej radykalny niż podejmowane w całej Polsce próby protestu wobec stłumienia Praskiej Wiosny. Większość z nich była anonimowa i ograniczała się do rozrzucania wykonywanych chałupniczo ulotek, pisania na murach lub naklejania antykomunistycznych plakatów.

Kilka dni przed 8 września Ryszard Siwiec w rozmowie z jednym z krewnych uprzedził, że planuje protest. Nie zdradził jednak jego charakteru. Bez wątpienia czyn Siwca nie wynikał z chwilowego impulsu. Znaleziona przez jego rodzinę kartka zawierała dokładny plan przygotowań, zawierający m.in. spis rzeczy, które miał zabrać na stadion.

Przed wyjazdem do stolicy Ryszard Siwiec napisał testament i nagrał na taśmę magnetofonową antykomunistyczny manifest: „Poprzez atak na Czechosłowację pokazaliście, że jedynym argumentem w dyskusji ze słabszym są dla was czołgi”. Swoją odezwę zakończył wezwaniem: „Ludzie, w których może jeszcze tkwi iskierka ludzkości, uczuć ludzkich, opamiętajcie się! Usłyszcie mój krzyk, krzyk szarego, zwyczajnego człowieka, syna narodu, który własną i cudzą wolność ukochał ponad wszystko, ponad własne życie, opamiętajcie się! Jeszcze nie jest za późno!”.

Nad ranem 8 września wsiadł do pociągu relacji Przemyśl – Warszawa. W teczce miał m.in. bilet na sektor 37. Stadionu Dziesięciolecia. W pociągu napisał pożegnalny list do żony i dzieci: „Kochana Marysiu, nie płacz. Szkoda sił, a będą ci potrzebne. Jestem pewny, że to dla tej chwili żyłem 60 lat. Wybacz, nie można było inaczej. Po to, żeby nie zginęła prawda, człowieczeństwo, wolność, ginę, a to mniejsze zło niż śmierć milionów. Nie przyjeżdżaj do Warszawy. Mnie już nikt nic nie pomoże. Dojeżdżamy do Warszawy, piszę w pociągu, dlatego krzywo. Jest mi tak dobrze, czuję spokój wewnętrzny jak nigdy w życiu”. Wysłał go po przyjeździe do stolicy. Niestety ostatnia korespondencja Siwca dostała się na poczcie w ręce SB, a żona otrzymała list dopiero po dwudziestu latach.

Centralne Dożynki na Stadionie Dziesięciolecia Manifestu Lipcowego rozpoczęły się dokładnie w południe, w obecności przywódców partii, dyplomatów „bratnich krajów demokracji ludowej” i 100-tysięcznej publiczności z całej Polski. Propagandowa impreza rozpoczęła się krótkim wystąpieniem Władysława Gomułki. Historycy do dziś nie wiedzą, dlaczego Ryszard Siwiec nie podpalił się właśnie w tamtym momencie: gdy jego protest byłby odczytany jako sprzeciw wobec władz. Prawdopodobnie jakiś czas zajęło mu przejście do sektora, w którym byłby najlepiej widoczny z trybuny honorowej. Wybrał dolną część sektora 13., naprzeciw zasiadających po drugiej stronie notabli.

O godz. 12.15 na murawę wkroczyła młodzież tańcząca poloneza. W tym samym momencie Ryszard Siwiec rozrzucił przygotowane ulotki, a następnie oblał się benzyną i podpalił zapałką. Płonąc, krzyczał: „Za naszą i waszą wolność, honor i Ojczyzna” oraz: „Nie ratujcie mnie! Zobaczcie, co mam w teczce”. Według raportu esbecji skórzana teczka zawierała „29 ulotek sporządzonych na maszynie do pisania, rozpoczynających się od słów: protestuję przeciwko niesprowokowanej agresji na bratnią Czechosłowację”.

Kilka chwil później wokół Ryszarda Siwca pojawili się milicjanci. Jeden z nich zeznawał: „Widziałem, że ten człowiek zmieniał się jak kameleon. Płonął cały, kolory od fioletu po zieleń, wymachiwał rękoma”. W raporcie Milicji Obywatelskiej czytamy, że stan Ryszarda Siwca po przewiezieniu do nieodległego Szpitala Praskiego został określony jako ciężki.

Ryszard Siwiec zmarł 12 września 1968 r. w wyniku oparzeń zajmujących ponad 85 proc. powierzchni ciała. Lekarze byli zaskoczeni, że przeżył tak długo mimo tak ogromnych obrażeń. Do końca był przytomny. Spoczął na cmentarzu w Przemyślu.

Dramatyczny protest przeszedł w kraju bez echa – państwowe media nie zamieściły na ten temat jakiejkolwiek wzmianki. Po Warszawie krążyła opowieść o pijanym, na którym przypadkowo zajęło się ubranie. Jedna z uczestniczek dożynek wspominała: „On dłuższy czas coś wołał, ale grała muzyka i myśmy nic nie słyszeli. Był jak gdyby w szoku, co mogło sprawiać wrażenie, że jest pijany. Młodzież przestała tańczyć w tej części stadionu, gdzie my byliśmy. W końcu zapędzili go do karetki. Karetka odjechała, z tunelu wypuścili nową młodzież, która w radosnym tańcu, nie pamiętam, chyba to był mazur. […] Wszystko wróciło do normy”.

Zmowę milczenia reżimowych mediów wspierały działania bezpieki. W Przemyślu rozpuszczano plotki o alkoholizmie i chorobie psychicznej Siwca. W Warszawie oficer SB pisał w raporcie: „Wczoraj i dzisiaj podjąłem kroki zmierzające do zagwarantowania, że z oddziału i ze szpitala nie wydostaną się żadne informacje o R. Siwcu. Personel oddziału został poinformowany, jak ma się zachowywać w przypadku, gdyby Siwca chcieli odwiedzić jacyś dziennikarze, korespondenci itp.”.

Pierwszą wiadomość o jego samospaleniu można było usłyszeć na antenie sekcji polskiej Radia Wolna Europa dopiero w kwietniu 1969 r. Z nieporównywalnie większym odzewem spotkały się samospalenia Czechów i Słowaków. W styczniu 1969 r. na podobny protest zdecydował się m.in. student Jan Palach, który podpalił się przed Muzeum Narodowym na placu Wacława w Pradze. Jego pogrzeb zamienił się w wielotysięczną demonstrację przeciwko okupacji Czechosłowacji przez wojska Układu Warszawskiego. W kolejnych miesiącach w Czechosłowacji 26 osób dokonało aktów samospalenia, siedem z nich zmarło.

Za: Nasz Dziennik 8 września 2018
Mój komentarz – za komentarz niech posłuży informacja, która znakomicie ilustruje postępowanie obecnych służb Rzeczpospolitej,o wykreowaniu pani o nazwisku Natalia Siwiec /jeśli to jest jej prawdziwe nazwisko/,modelka, wystrugana z banana,także na stadionie,tym razem z okazji Euro-2012,jako jej „Miss”.Obecna celebrytka, brylująca aż do znudzenia na salonach.
Tragiczne i głupie to zarazem szyderstwo naszych /?/ wadz,jako
przykład jednego z wielu przypadków duraczenia Narodu tubylczego.
I taką Siwiec mamy dzisiaj pamiętać, a nie śp.Ryszarda-który niech będzie wzorem prawości i spoczywa w pokoju wiecznym.