Chwała Bogu

OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Polityczne strategie przetrwania ugrupowań katolickich w kraju zniewolonym przez komunizm. Przypadek Polski (1944-1989) – Jacek Bartyzel

Wprowadzenie

W nocy z 3 na 4 stycznia 1944 Armia Czerwona, rozwijając kontrofensywę przeciwko armii niemieckiej, przekroczyła wschodnią granicę państwa polskiego sprzed 1939 roku. Siedem miesięcy później, w toku kolejnej ofensywy sowieckiej, wyparto Niemców z obszaru na zachód od tzw. linii Curzona, czyli położonego pomiędzy rzeką Bug a prawym brzegiem Wisły i będącego sercem Polski centralnej. Ta operacja została jednak na rozkaz Józefa Stalina gwałtownie wstrzymana na linii Wisły, kiedy 1 sierpnia 1944 w Warszawie wybuchło powstanie przeciwko Niemcom, wciąż okupującym stolicę Polski. Cel takiego postępowania był jasny: chodziło o to, aby dysponujący ogromną przewagą Niemcy stłumili powstanie, zburzyli miasto oraz zlikwidowali kadrę przywódczą Polskiego Państwa Podziemnego i jego Armii Krajowej. Kolejna ofensywa sowiecka ruszyła dopiero na początku stycznia 1945 i tym razem dotarła aż do Berlina.

Los wschodnich ziem Rzeczypospolitej Polskiej wskutek zdrady anglosaskich aliantów Polski został przesądzony już podczas konferencji tzw. Wielkiej Trójki (J. Stalin, F.D. Roosevelt, W. Churchill) w Teheranie 28 listopada – 1 grudnia 1943, gdzie uzgodniono, że ziemie te zostaną wcielone bezpośrednio do Związku Sowieckiego. Porozumienie to jednak było tajne i światowa opinia publiczna oraz rząd polski na uchodźstwie w Londynie i ogół Polaków dowiedzieli się o tym dopiero po kolejnej konferencji nowych panów świata w Jałcie (4-11 lutego 1945). Od początku 1944 roku w Polsce wiedziano jednak dobrze, że żołnierze Armii Krajowej, którzy w ramach akcji „Burza” brali udział w wyzwalaniu od Niemców Wilna, Lwowa i innych miast, byli przez Rosjan rozbrajani i albo mordowani, albo deportowani na Syberię. Jeśli chodzi natomiast o obszar Polski centralnej, to Stalin wahał się przez pewien czas pomiędzy dwoma rozwiązaniami: inkorporacji do ZSRR i uczynienia z Polski „XVII republiki sowieckiej” oraz zachowaniem odrębnego bytu państwowego, lecz całkowicie podporządkowanego Związkowi Sowieckiemu i skomunizowanego. Ostatecznie wybrał to drugie rozwiązanie. 22 lipca 1944 Radio Moskwa ogłosiło, że tzw. Krajowa Rada Narodowa (czyli samozwańczy pseudoparlament utworzony w nocy z 31 grudnia 1943 na 1 stycznia 1944 przez komunistyczną Polską Partię Robotniczą) powołała w pierwszym mieście na zachód od Buga wolnym od Niemców, czyli w Chełmie, tzw. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, jako namiastkę rządu. Po przekonaniu się, że alianci zachodni, będący wciąż przecież oficjalnym sojusznikiem legalnego rządu polskiego na emigracji w Londynie, nie sprzeciwili się powołaniu PKWN, 31 grudnia 1944 Stalin podwyższył stawkę rozgrywki i nakazał temu Komitetowi przekształcić się w Rząd Tymczasowy Rzeczypospolitej Polskiej.

Faktyczną władzę na obszarze formalnie polskim sprawował jednak nie ten „rząd”, ale sowiecki aparat bezpieczeństwa, mający też własne oddziały wojskowe, czyli NKWD (Główny Zarząd Bezpieczeństwa Państwowego), oraz obozy koncentracyjne. Ich „polskim” przedłużeniem był Urząd Bezpieczeństwa (UB), mający również „doradców” rosyjskich, którego prawie cała kadra oficerska była nadto złożona z komunistów-Żydów, nienawidzących Polski tyleż z powodów rasowych, co ideologicznych. Także podległe formalnie rządowi Wojsko Polskie (potocznie nazywane „ludowym”) faktycznie podlegało dowództwu sowieckiemu, a znaczna część jego kadry oficerskiej, zwłaszcza generałów, składała się z Rosjan nieznających nawet języka polskiego. Kraj został całkowicie sterroryzowany. Mordy na żołnierzach podziemia, jeszcze antyniemieckiego, przedstawicielach przedwojennego i wojennego aparatu administracyjnego, działaczach niekomunistycznych ruchów politycznych, członkach „klas posiadających”, były codzienną rzeczywistością. Tortury stosowane wobec uwięzionych żołnierzy i cywilów często przewyższały swoim okrucieństwem i wyrafinowaniem metody niemieckiego Gestapo. Rozstrzeliwano albo w ogóle bez sądu, albo urządzając parodię sądownictwa. Na mocy dekretów o tzw. reformie rolnej i nacjonalizacji głównych gałęzi przemysłu praktycznie zlikwidowano jako klasę zarówno ziemian (właścicieli ziemskich), jak i przemysłowców. Opór zbrojny formacji powstałych po samorozwiązaniu Armii Krajowej w styczniu 1945 i na jej bazie, jak również innych formacji, głównie o charakterze narodowym (Narodowe Siły Zbrojne, Narodowe Zjednoczenie Wojskowe i in.), z wielkim heroizmem i w niemałej skali trwał do 1947 roku, aczkolwiek mniejsze oddziały walczyły jeszcze w latach 50. Wobec miażdżącej przewagi wroga walka zbrojna była oczywiście skazana na klęskę, ale zdołała przynajmniej nieco opóźnić pełną sowietyzację Polski.

Z drugiej strony, aby dać aliantom zachodnim jakieś usprawiedliwienie tłumaczące zdradzenie przez nich Polski i wycofanie uznania dla legalnych władz Rzeczypospolitej Polskiej na emigracji, Stalin musiał zgodzić się na zachowanie pewnych pozorów pluralizmu politycznego. Dlatego na mocy porozumień jałtańskich utworzono 28 czerwca 1945 Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej, do którego prócz komunistów i ich agenturalnych satelitów weszli niektórzy politycy krajowi i emigracyjni ze stronnictw przedwojennych, z przywódcą Polskiego Stronnictwa Ludowego (PSL) Stanisławem Mikołajczykiem (1901-1966) jako wicepremierem na czele. Oprócz mającego zasięg masowy, zwłaszcza na wsi, PSL do jawnej działalności dopuszczono także niemarksistowską Polską Partię Socjalistyczną (PPS) i chrześcijańsko-demokratyczne Stronnictwo Pracy (SP), co stało się po słynnym pytaniu ambasadora USA Arthura Blissa-Lane’a: „a gdzie jest partia ludzi chodzących do kościoła?”. Komuniści bezwzględnie odrzucili natomiast możliwość legalizacji ugrupowań prawicowych, określanych przez nich jako „faszystowskie”, a przede wszystkim największego w II Rzeczypospolitej ugrupowania, czyli Stronnictwa Narodowego (SN). Legalizacja ta, a nawet wejście do rządu, niewiele zmieniły, ponieważ działacze PSL i SP byli nieustannie obiektem szykan i napaści, a nawet morderstw. Pierwsze, bo już 10 lipca 1946, zmuszone zostało do zawieszenia działalności Stronnictwo Pracy, ponieważ nie było w stanie obronić się przed nasyłaną mu agenturą wywodzącą się po części z ruchu [sic!] neopogańskiego. PSL dotrwało do wyborów do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1947, które odbywały się w atmosferze totalnego zastraszania (pobicia, porywania i aresztowania działaczy partii, z których ok. 200 zostało zamordowanych) oraz zostały całkowicie sfałszowane. Po kolejnych aresztowaniach przywódców PSL, co zapowiadało wytoczenie im procesu, Mikołajczyk przy pomocy ambasady amerykańskiej uciekł z kraju.
1945-1956

W pierwszych latach zdobywania i umacniania swojej władzy komuniści, zdający sobie sprawę z braku jakiegokolwiek poparcia w katolickim społeczeństwie i z tego, że posłuszeństwo mogą wymusić jedynie terrorem i obcą przemocą, ze względów taktycznych nie podjęli jeszcze otwartej walki z Kościołem katolickim. Pod pretekstem rzekomo prohitlerowskiej polityki papieża Piusa XII zerwano jedynie już we wrześniu 1945 konkordat ze Stolicą Apostolską z 1925 roku. W kraju jednak Kościół prawie do końca lat 40. mógł prowadzić w zasadzie bez przeszkód działalność stricte duszpasterską, organizować bractwa i stowarzyszenia religijne, wydawać (acz pod cenzurą) prasę kościelną. Zniszczone wskutek działań wojennych bądź celowo świątynie były odbudowywane, a na poniemieckich ziemiach zachodnich (Śląsk, Pomorze), przyznanych Polsce jako rekompensata za utracone prowincje wschodnie, nowa administracja przekazywała Kościołowi sakralne budowle poprotestanckie. W szkołach podstawowych i średnich odbywały się nadal lekcje religii. Dla omamienia katolickiego społeczeństwa komuniści wręcz ostentacyjnie wykonywali niemal „klerykalne” gesty, jak na przykład udział dygnitarzy państwowych – z samym „prezydentem” Bolesławem Bierutem na czele – i wojskowych w procesjach Bożego Ciała i niekiedy w uroczystych mszach. Kościół nie dał się jednak zwieść tym gestom i korzystając z posiadanej jeszcze swobody, przestrzegał naród przed nasilającą się propagandą „bezbożnego materializmu”1. Sfałszowane przez komunistów „wybory” do Sejmu Ustawodawczego w lutym 1947 ówczesny Prymas Polski, abp August kardynał Hlond (1881-1948), nazwał „aktem wielkiego terroru, oszukaństwa i kłamstwa”2. Miesiąc później natomiast Episkopat Polski ogłosił Katolickie postulaty konstytucyjne, w których otwarcie przypominał katolicką doktrynę prawa naturalnego jako emanacji boskiego prawa wiecznego oraz oznajmiał, że przyszła konstytucja polska winna być konstytucją państwa nie „ludowego” (w nomenklaturze komunistycznej), lecz chrześcijańskiego, „które uznaje Boga za władcę wszelkiego stworzenia, bierze udział w aktach czci Bożej i szanuje katolickie sumienia obywateli, ułatwiając im wyznawanie wiary i osiągnięcie celu ostatecznego”3.

Do otwartej walki z Kościołem – kierowanym już, po śmierci kard. Hlonda, który na łożu śmierci zapowiedział, że zwycięstwo przyjdzie przez Maryję, przez nowego Prymasa Polski, abpa Stefana Wyszyńskiego (1901-1981) – reżim komunistyczny przystąpił dopiero po złamaniu oporu niepodległościowego podziemia zbrojnego i wyeliminowaniu opozycji legalnej. We wrześniu 1949 wprowadzono przepisy prawne zmuszające do zawieszenia wszystkich stowarzyszeń kościelnych oraz organizowania zgromadzeń religijnych (oprócz procesji Bożego Ciała). W tym samym czasie zaczęto organizować dywersyjny ruch tzw. księży patriotów, złożony z kapłanów mających problemy z dyscypliną moralną i kościelną albo znanych z modernistycznych poglądów. W styczniu 1950 odebrano Kościołowi siłą struktury i mienie kościelnej organizacji charytatywnej „Caritas”. Chcąc powstrzymać przynajmniej proces fizycznej destrukcji Kościoła, w kwietniu 1950 prymas Wyszyński zdecydował się podpisać porozumienie z władzami, na którego mocy Kościół zgodził się potępić tzw. bandytyzm, czyli akcje zbrojne resztek podziemia oraz „nie przeszkadzać” w kolektywizacji wsi, w zamian za obietnicę nielikwidowania nauczania religii w szkołach oraz istniejących jeszcze szkół katolickich i prasy katolickiej. Komuniści jednak natychmiast zaczęli łamać te warunki porozumienia. Już w czerwcu tego roku zaczęto usuwać katechetów ze szkół, a do września 1952 religia została usunięta ze szkolnictwa całkowicie. Do 1954 roku zlikwidowano też wydziały teologiczne na uniwersytetach Jagiellońskim i Warszawskim. Rozpoczęły się także procesy pokazowe przeciwko księżom i zakonnikom, kończące się wieloletnimi wyrokami więzienia. Dążąc do skłócenia Kościoła lokalnego ze Stolicą Świętą, komuniści zmusili kapituły tymczasowej administracji kościelnej na Ziemiach Odzyskanych do niekanonicznego wyboru ordynariuszy spośród „księży patriotów”. W styczniu 1951 aresztowano, a we wrześniu 1953, po wielomiesięcznych torturach, skazano na 12 lat więzienia bpa kieleckiego Czesława Kaczmarka (1895-1963). Aresztowania dotknęły wielu innych duchownych. Największy rozgłos nadano procesowi księży kurii krakowskiej, oskarżonych o szpiegostwo na rzecz Stanów Zjednoczonych, w którym zapadły cztery wyroki śmierci (lecz niewykonane). Łącznie pomiędzy 1944 a 1953 rokiem z rąk komunistów straciło życie, nieraz w okrutnych męczarniach (wydłubywanie oczu, wycinanie języka i genitaliów), dwunastu kapłanów polskich. Apogeum terroru przypadło już po śmierci Stalina, kiedy wskutek słynnego listu Episkopatu „non possumus” z 8 maja 1953, w którym biskupi oświadczyli, że nie mogą zgodzić się na obsadzanie stanowisk kościelnych przez władze komunistyczne, co przewidywał dekret rządu z lutego tegoż roku, prymas Wyszyński został 25 września 1953 aresztowany, wywieziony z Warszawy i uwięziony w kilku kolejnych budynkach poklasztornych, gdzie przybywał do jesieni 1955, po czym, przez następny rok, do października 1956, miejscem jego przymusowego pobytu w złagodzonych warunkach był żeński klasztor w Komańczy nad granicą polsko-czechosłowacką.

W obliczu zarysowanej wyżej sytuacji w środowiskach laikatu katolickiego (i aktywnego społecznie duchowieństwa) ukształtowały się trzy rodzaje postaw i trzy strategie działania, których jedynym wspólnym mianownikiem było uznanie nowej rzeczywistości geopolitycznej, czyli przymusowego znalezienia się Polski pod dominacją ZSSR, oraz przyjęcie płaszczyzny legalizmu. Te trzy strategie można określić mianem: (1) społecznego integralizmu katolickiego i konfrontacji ideowej z marksizmem; (2) defensywnego minimalizmu katolickiego, samoograniczającego się do obrony wolności kultu i duszpasterstwa oraz do sfery kultury; (3) aktywizmu kolaboracyjnego nie tylko na gruncie politycznym, ale i dążenia do prosocjalistycznej reorientacji doktryny katolickiej.

Pierwszą strategię próbowało realizować przez trzy lata swojego istnienia (listopad 1945 – sierpień 1948) środowisko „Tygodnika Warszawskiego”, formalnie niezależnego, lecz wydawanego pod auspicjami Kurii Metropolitalnej Warszawskiej. Skupiało ono działaczy i intelektualistów wywodzących się z różnych formacji tradycyjnej prawicy katolickiej w Polsce oraz chrześcijańskiej demokracji, stojącej na gruncie Rerum novarum i Quadragesimo anno. Redaktorem naczelnym pisma był chrześcijański demokrata, szambelan papieski, ks. Zygmunt Kaczyński (1894-1953). Najbardziej płodnym publicystą tygodnika, nadającym mu więc ton, był pisarz Jerzy Braun (1901-1975), propagator „filozofii absolutnej”, zwanej też mesjanizmem, największego XIX-wiecznego filozofa polskiego (acz piszącego po francusku), Józefa Hoene-Wrońskiego, w czasie wojny założyciel podziemnej katolickiej organizacji pod nazwą UNIA (której – szeregowym – członkiem był też Karol Wojtyła), oraz ostatni delegat legalnego rządu Rzeczypospolitej Polskiej na Kraj i autor Testamentu Polski Walczącej z 5 lipca 1945. W redakcji pisma znaleźli się także przedwojenni konserwatyści, jak Adam Grabowski (1902-1986), oraz reprezentujący ideologię nacjonalizmu chrześcijańskiego (resp. narodowo-katolicką) działacze Stronnictwa Narodowego (na którego legalizację komuniści się nie zgodzili), pośród których wybijał się już wówczas działacz młodego pokolenia Wiesław Chrzanowski (1923-2012). Co warto podkreślić, niemal wszyscy członkowie zespołu redakcyjnego byli podczas okupacji niemieckiej konspiratorami i żołnierzami Polskiego Państwa Podziemnego, a ks. Kaczyński był ministrem oświaty w rządzie emigracyjnym.

„Tygodnik Warszawski” odważnie przeciwstawiał się „psychozie klęski”4 i afirmował „postawę czynną”5 wobec sfery społeczno-politycznej. Katolicka ofensywa pisma szła w trzech kierunkach: akcentowania nierozerwalności związku narodu polskiego z Kościołem katolickim, wyrażania wiary w możliwość urzeczywistnienia „pełnego chrześcijaństwa”6, czyli realizacji zasad moralnych chrystianizmu w życiu społecznym, oraz przypominania, że chrześcijański ład społeczny był zawsze ideą przewodnią polskiej kultury narodowej, która pozostaje nadal aktualna. Piórem Brauna i innych autorów pismo głosiło otwarcie program „państwa chrześcijańskiego”7, pojętego jako zrzeszenie etyczno-prawne, zapewniające obywatelom nie tylko dobrobyt materialny, ale również rozwój duchowy, którego celem najwyższym jest Bóg (na łamach pisma drukowano też tłumaczenie pracy włoskiego teoretyka państwa chrześcijańskiego Guida Gonelli8). Dopóki pozwalała na to komunistyczna cenzura, „Tygodnik Warszawski” bezkompromisowo atakował także ideologię marksistowską jako amoralną i antyludzką oraz demistyfikował rzekomo „naukowy” charakter marksizmu9.

Działalność „Tygodnika Warszawskiego” została brutalnie przerwana przez czerwony reżim w sierpniu 1948 roku. Pismo zostało zamknięte, a jego redaktorów i wielu współpracowników aresztowano. Następnie wytoczono im proces pod zarzutem dążenia do obalenia przemocą „demokratyczno-ludowego” ustroju państwa oraz – szczególnie podłym i absurdalnym – bycia kolaborantami III Rzeszy: na sali sądowej i w opublikowanym stenogramie z przebiegu procesu nazywano ich „sojusznikami Gestapo”10. Szczególną gehennę – z powodu „hardego zachowania” – przeszedł w śledztwie, katowany 250 razy, Braun, któremu oprawcy wybili jedno oko i całe uzębienie. W procesie zakończonym w 1951 roku zapadły aż trzy wyroki dożywotniego więzienia oraz wiele innych na czas określony. Skazany na 10 lat ks. Kaczyński został dwa lata później zamordowany w więzieniu.

Strategię drugą przyjął – lecz nie od razu – krakowski „Tygodnik Powszechny”. Został on założony, jako organ Kurii Książęco-Metropolitalnej, przez abpa krakowskiego, Adama Stefana księcia-kardynała Sapiehę (1867-1951), cieszącego się ogromnym autorytetem w społeczeństwie polskim jako „Książę Niezłomny” zarówno wobec okupanta hitlerowskiego, jak i komunistów. Pierwszy numer pisma ukazał się już 24 marca 1945, a więc jeszcze przed kapitulacją Niemiec. W 1946 roku to samo środowisko uzyskało zgodę na wydawanie miesięcznika społeczno-kulturalnego „Znak”. Początkowo ster „Tygodnika Powszechnego” dzierżył faktycznie jego formalny asystent kościelny, ks. Jan Piwowarczyk (1889-1959) – chrześcijański demokrata, ale otwarcie polemizujący z marksizmem. Z pismem współpracowali także liczni konserwatyści (należy pamiętać, że Kraków – dawna stolica Królestwa Polskiego – był także od XIX wieku stolicą konserwatyzmu polskiego).

Z czasem jednak linia tygodnika została zdominowana przez grupę wywodzącą się ze środowiska, które już przed wojną akcentowało tzw. katolicyzm otwarty na świat, reprezentując zarazem swoiście elitarystyczną wizję inteligencji katolickiej. Było to środowisko zafascynowane tym, co nazywano modelem „katolicyzmu francuskiego”, mając przede wszystkim na uwadze tzw. personalizm w wersji reprezentowanej przez Jacquesa Maritaina, głoszącego też, jak wiadomo, że „nowa cywilizacja chrześcijańska” nie może opierać się na konfesjonalizacji państwa, tylko na indywidualnej aktywności katolików, działających nie jako chrześcijanie, lecz jak chrześcijanie. Była to koncepcja sprzeczna z nauczaniem Kościoła o „chrześcijańskiej konstytucji państw” i społecznym panowaniu Chrystusa Króla, a w warunkach polskich po II wojnie światowej wręcz zabójcza. Nadto, specyficznym rysem tego środowiska była niechęć do nacjonalizmu, także w wersji narodowo-katolickiej, a więc postawy dominującej w społeczeństwie polskim i w polskim katolicyzmie politycznym.

Publicystami, którzy najmocniej wyznaczali ten kierunek myślenia i działania, byli: długoletni, od ukazania się pisma aż do swojej śmierci, redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”, Jerzy Turowicz (1912-1999), oraz pierwszy redaktor naczelny „Znaku” – Stanisław Stomma (1908-2005). Manifestem tego środowiska był artykuł Stommy Maksymalne i minimalne tendencje społeczne katolików opublikowany w „Znaku” w 1946 roku11. Sens jego przesłania sprowadzał się do odrzucenia „maksymalnych tendencji” katolików chcących „urobić na własną modłę dziedziny życia społecznego”12, począwszy od ustroju państwa po życie gospodarcze. Punktem wyjścia dla tego postulatu była redukcjonistyczna definicja katolicyzmu jako wyłącznie indywidualnego życia duszy z Bogiem, w konsekwencji czego „zagadnienia ustrojowe są dla katolicyzmu rzeczą wtórną”13. Należy więc, zdaniem Stommy, zrezygnować z katolickiego programu społecznego, zawartego w dokumentach nauki społecznej Kościoła, oraz „cofnąć się na dalsze, zupełnie ostateczne pozycje”14. Znaczyło to tyle, że inteligencja katolicka powinna ograniczyć się do pracy formacyjnej w małych kręgach, pielęgnującej katolicką religię, moralność i kulturę.

„Minimalizm katolicki” Stommy spowodował zrazu nie tylko polemiki ze strony „maksymalistów”, czyli „Tygodnika Warszawskiego”, protestującego przeciwko oddaniu społeczeństwa i państwa bez walki materialistycznej ideologii15, ale wzburzył nawet część środowiska „Tygodnika Powszechnego”; ze Stommą polemizowali ostro Józef Marian Święcicki (1904-1999) oraz ks. Piwowarczyk16. Jednak coraz bardziej pogarszająca się sytuacja polityczna sprzyjała przyjęciu postawy proponowanej przez Stommę. Chociaż przedstawiciele tej grupy podkreślali, że jako katolicy nie mogą przyjąć ideologii marksistowskiej za swoją, to jednak stopniowo coraz bardziej przesuwali granice oporu oraz akceptacji narzuconego systemu społeczno-gospodarczego. Już w 1946 roku Turowicz oświadczył, że „obóz katolicki” nie stoi na stanowisku zasadniczej negacji wobec dokonujących się w Polsce przemian i zdaje sobie sprawę z tego, że era kapitalizmu minęła bezpowrotnie, a ewolucja ustroju musi iść od liberalizmu w stronę gospodarki planowej17, a w podpisanym wspólnie przez Turowicza i Stommę edytorialu Katolicy w Polsce Ludowej w numerze 50 z 1950 roku została ogłoszona jakby formalna kapitulacja, gdyż oświadczono: „Zwycięstwo marksistów jest bezapelacyjne. I katolicy ten fakt zwycięstwa uznają”18. Non possumus tego środowiska okazała się dopiero kwestia treści nekrologu Józefa Stalina, żądanej przez cenzurę, co spowodowało odebranie tygodnika jego właścicielom, a po kilkumiesięcznej przerwie w jego ukazywaniu się – przekazanie jego redakcji grupie związanej z otwarcie kolaboracyjnym Stowarzyszeniem PAX.

Właśnie to stowarzyszenie, skupiające tzw. katolików społecznie postępowych, stało się wehikułem trzeciej z wyodrębnionych tu strategii. Jej pojawienie się stanowiło efekt bardzo złożonej ewolucji, mającej nawet cechy karkołomnej wolty ideologiczno-politycznej. Rzecz w tym, że trzon środowiska PAX, z jego liderem, Bolesławem Piaseckim (1915-1979) na czele, wywodził się z przedwojennego, niezbyt licznego, ale bardzo dynamicznego Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”. Grupa ta, usytuowana na narodowo-rewolucyjnym skraju obozu narodowego, głosiła program „totalizmu katolickiego”, opartego na podporządkowaniu społeczeństwa i państwa monopartyjnej „organizacji narodu” z „wodzem” będącym zarazem głową państwa19, toteż zazwyczaj postrzegana jest jako polska odmiana faszyzmu. Mieszanka elementów tradycjonalistycznych z rewolucyjnymi, antymarksizmu i antykapitalizmu z radykalizmem społecznym i programowym etatyzmem oraz „dialektyka pięści i pistoletu” upodabniały Falangę polską do Falangi hiszpańskiej, a niewątpliwa charyzma jej lidera – osobiście do José Antonia Prima de Rivery.

W czasie II wojny światowej i pod okupacją niemiecką Piasecki – aresztowany przez Niemców, lecz zwolniony po interwencji dyplomacji włoskiej – założył konspiracyjną organizację Konfederacja Narodu, która reprezentowała maksymalistyczny i najbardziej optymistyczny program w całym polskim podziemiu, za podstawę mający założenie jednoczesnej klęski Rosji sowieckiej i Niemiec hitlerowskich, toteż zakładający utworzenie pod egidą Polski Imperium Słowiańskiego, obejmującego obszar od rzek Łaby i Sali na zachodzie po Bramę Smoleńską na przedpolach Moskwy. Utworzone przez KN tzw. Uderzeniowe Bataliony Kadrowe (później podporządkowane Armii Krajowej) wsławiły się brawurowymi akcjami zbrojnymi, walcząc zarówno z Niemcami, jak i z sowiecką i komunistyczną partyzantką. Jednak faktyczne losy wojny obróciły w nicość iluzję Imperium Słowiańskiego, a sam Piasecki w listopadzie 1944 został schwytany przez Rosjan. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa powinien zostać rozstrzelany, ale stało się zupełnie inaczej. Przesłuchiwany kilkakrotnie przez samego gen. Iwana Sierowa – głównego „doradcę” NKWD przy Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, który dokonał porwania 16 przywódców Polskiego Państwa Podziemnego – napisał dla niego memoriał i zdołał przekonać do wyłożonej tam koncepcji wciągnięcia do współpracy z komunistami środowisk katolickich, narodowych i prawicowych, opowiadających się z pobudek realizmu geopolitycznego za sojuszem z Rosją sowiecką, a przy okazji – tzw. rozładowania lasu, czyli wyprowadzania ludzi ze zbrojnego podziemia niepodległościowego. Piasecki nie mógł przy tym wiedzieć, że identyczną w treści propozycję złożył w Krakowie przedstawicielowi polskojęzycznych komunistów, Jerzemu Borejszy (właśc. Beniaminowi Goldbergowi), publicysta i polityk konserwatywny Aleksander Bocheński (1904-2001).

Piasecki został zwolniony z więzienia w lipcu 1945 i natychmiast otrzymał zgodę na założenie tygodnika „Dziś i Jutro”, na którego łamach zaczęto propagować wspomnianą koncepcję. W 1947 roku otrzymał również zezwolenie na założenie Stowarzyszenia PAX oraz wydawanie dziennika „Słowo Powszechne” – jedynej deklaratywnie katolickiej gazety codziennej w całej historii PRL, a dwa lata później również Instytutu Wydawniczego PAX oraz katolickiego Liceum św. Augustyna. Co równie ważne, Piaseckiemu i jego ludziom pozwolono zbudować potężne zaplecze gospodarczo-finansowe w postaci wielobranżowego przedsiębiorstwa, co było zupełnym ewenementem w gospodarce socjalistycznej. Całym tym koncernem polityczno-prasowo-gospodarczym Piasecki rządził jako niekwestionowany dyktator, zupełnie jak przed wojną w Falandze. Niewątpliwą zasługą Piaseckiego było uratowanie wielu ludzi przed śmiercią, wyciągnięcie ich z więzień i danie im źródła utrzymania w wydawnictwie bądź w przedsiębiorstwie, jak również drukowanie w wielosettysięcznych nakładach Pisma Świętego i wartościowej literatury katolickiej.

Jednak cena, którą Piasecki i PAX płacił za te koncesje, była ogromna. Już w grudniu 1948 „Dziś i Jutro”, piórem Konstantego Łubieńskiego (1910-1977), w artykule List otwarty do Pana Juliana Łady przekroczyło granicę kolaboracji politycznej i geopolitycznej, przechodząc na płaszczyznę kolaboracji również ideologicznej. Sporządzając bilans pierwszych lat istnienia „Polski Ludowej”, autor uznał za historyczną zasługę komunistów obalenie ustroju kapitalistycznego (czytaj: zniesienie dużej i średniej własności prywatnej) i opowiedział się w imieniu środowisku za socjalizmem jako ustrojem społeczno-gospodarczym20. Aby usprawiedliwić tę opcję za socjalizmem, Piasecki wymyślił schemat, w którym dokonał sztucznego rozdzielenia w marksizmie jego warstwy światopoglądowej – materialistycznej i ateistycznej, dla katolików niemożliwej do zaakceptowania – od warstwy społeczno-ekonomicznej, której przyznał moralną wyższość nad kapitalizmem, jednocześnie nie przewidując żadnej alternatywy dla obu. Było to zatem jaskrawo sprzeczne z podejściem na przykład prymasa Wyszyńskiego, który też surowo oceniał liberalny kapitalizm, ale stawiał go obok socjalizmu, jako dwie ideologie materialistyczne, przeciwstawiając im chrześcijańską wizję człowieka i porządku społecznego. Piaseckiemu jednak jego konstrukcja była potrzebna po to, aby dowieść, że katolicy mogą, nie wyrzekając się wiary, współpracować z marksistami w budowaniu socjalizmu. Swoim fanatycznie oddanym zwolennikom porozumiewawczo dodawał, że chociaż marksizm zwycięży w globalnej konfrontacji z kapitalizmem, to jednak jego własne błędy filozoficzne zostaną później przezwyciężone przez katolicyzm21. Z czasem w tych swoich aberracjach Piasecki posunął się nawet do ogłoszenia, że sam Duch Święty sprzyja budowaniu socjalizmu. Nie mogło to ujść uwadze Stolicy Apostolskiej i w 1955 roku Kongregacja Indeksu wpisała na index libri prohibitorum książkę Piaseckiego Zagadnienia istotne oraz tygodnik „Dziś i Jutro”. Piasecki natychmiast podporządkował się formalnie decyzji, książkę wycofał z obiegu, a tygodnik zlikwidował, zastępując go nowym tytułem „Kierunki”, ale faktycznie pozostał przy głoszonych poglądach. W sferze działań kompromitowały go także kontakty z aparatem bezpieczeństwa oraz dwuznaczna rola odegrana w szczytowym momencie konfrontacji reżimu z Kościołem, kiedy to namawiał Wyszyńskiego do przyjęcia dekretu o obsadzaniu stanowisk kościelnych.

W myśli i działalności Piaseckiego można wyodrębnić elementy realistyczne i utopijne. Realistyczne było jego przeświadczenie powzięte w 1945 roku, że „bolszewicy stąd nie wyjdą przez 50 lat”, więc trzeba znaleźć z nimi jakiś modus vivendi, żeby przetrwać, co nazywał „przezwyciężaniem zwycięzcy”. Utopijna w tej strategii była natomiast idea „wieloświatopoglądowości obozu socjalistycznego”22, a zwłaszcza idée fixe, że można doprowadzić do sytuacji, w której władzą będą się wymieniać dwie partie akceptujące społeczne zasady socjalizmu: marksistowska i katolicka.
1956-1976

W rezultacie perturbacji, jakie w Związku Sowieckim nastąpiły po śmierci Stalina (marzec 1953), oraz potępienia na XX Zjeździe Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego (luty 1956) przez jej nowego sekretarza generalnego Nikitę Chruszczowa tzw. kultu jednostki nastąpiła tzw. destalinizacja oraz „odwilż”, czyli w pierwszym rzędzie odstąpienie od masowego terroru. W bloku sowieckim owa „odwilż” miała największe reperkusje na Węgrzech – gdzie jednak zbrojny zryw wolnościowy zakończył się brutalną pacyfikacją przez Armię Czerwoną – oraz właśnie w Polsce. Chociaż i tutaj stłumione zostało krwawo powstanie robotnicze w Poznaniu w czerwcu 1956, to jednak nie doszło do takiej tragedii, jak na Węgrzech, a Polska uzyskała rzeczywiście pewien margines swobody, stopień zależności od ZSSR zmniejszył się znacznie i jego formy przybrały mniej ostentacyjny charakter. Już w kwietniu 1956 zwolniono z więzień niemal wszystkich więźniów politycznych, następnie anulowano im wyroki, a niektórzy uzyskali nawet rehabilitację. Punktem przesilenia politycznego był październik 1956, kiedy to w dramatycznych okolicznościach – ruchów wojsk sowieckich na terenie Polski – na VIII Plenum KC PZPR nastąpiła zmiana na stanowisku I sekretarza, którym został Władysław Gomułka, komunista już wcześniej wykazujący pewną niezależność wobec moskiewskiego hegemona i nawet przez pewien czas więziony. Zaakceptowany teraz przez Chruszczowa, który osobiście przybył do Warszawy, Gomułka proklamował tzw. polską drogę do socjalizmu, co oznaczało przede wszystkim: wycofanie się z kolektywizacji rolnictwa i zaakceptowanie drobnej (chłopskiej) własności rolnej; rezygnację z forsowania w kulturze tzw. socrealizmu i wydatne zwiększenie swobód kulturalnych również w życiu naukowym; wycofanie się z otwartej walki z Kościołem, przywrócenie mu niektórych form działalności duszpasterskiej, wcześniej zlikwidowanych, a także przyznanie koncesji na istnienie pewnych form działalności laikatu.

Prymas Wyszyński został zwolniony z internowania w klasztorze w Komańczy i dopuszczony do ponownego objęcia swojego urzędu arcybiskupiego. Z więzień wyszli też inni duchowni, w tym szczególnie okrutnie torturowany w śledztwie (zrywano mu między innymi paznokcie i godzinami trzymano bez ubrania w lodowatej, pełnej fekaliów celi) bp Antoni Baraniak (1904-1977). Względny dobrostan Kościoła nie trwał jednak długo. Władze komunistyczne nigdy nie zrezygnowały z agresywnej propagandy antyreligijnej i prób ateizacji narodu; w 1961 roku ostatecznie wycofano nauczanie religii ze szkół (przywrócone po 1956). Służba Bezpieczeństwa inwigilowała duchownych i katolików świeckich, budując także siatkę agenturalną wśród księży, najczęściej poprzez wykorzystywanie ich upadków moralnych. Stałym polem konfliktu była także kwestia budowy nowych kościołów dla zaspokajania potrzeb duszpasterskich. Władze nie dopuszczały przede wszystkim do wznoszenia świątyń w nowych dzielnicach mieszkaniowych i w miastach tworzonych wraz z forsowną industrializacją, takich jak Nowa Huta pod Krakowem. Właśnie tam 27 kwietnia 1960 doszło do prawdziwej bitwy ulicznej pomiędzy milicją a wiernymi broniącymi krzyża wzniesionego w miejscu, gdzie miał powstać kościół, lecz udzieloną wcześniej zgodę cofnięto. Największą wściekłość komunistów budził jednak opracowany przez prymasa Wyszyńskiego jeszcze podczas internowania i zapoczątkowany aktem Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego w Częstochowie, 26 sierpnia 1956, plan duchowej mobilizacji katolickiego społeczeństwa poprzez obchody tzw. Wielkiej Nowenny przed Millenium Chrztu Polski (966-1966). Programem tej nowenny było wprowadzanie w życie poszczególnych ślubowań odnawiających ducha narodu, a wsparciem duchowym dla nich była peregrynacja kopii cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej po wszystkich diecezjach i parafiach. Władze różnymi sposobami usiłowały przeszkodzić tym niekontrolowanym przez siebie zgromadzeniom. Kulminacją tej wrogości komunistów był rok milenijny 1966, kiedy to obraz został „aresztowany” i odwieziony do Częstochowy na Jasną Górę, z zakazem jej opuszczania, lecz wtedy po parafiach zaczęły pielgrzymować puste ramy, Ewangeliarz, lilia i świeca.

Jeśli chodzi o laikat, to beneficjentem „odwilży” po Październiku 1956 okazało się krakowskie środowisko, któremu przewodził Jerzy Turowicz. Grupa ta odzyskała „Tygodnik Powszechny” oraz miesięcznik „Znak”. Co więcej, została liczebnie wzmocniona przez warszawską grupę skupioną wokół nowego (od 1958) miesięcznika „Więź”, któremu przewodził Tadeusz Mazowiecki (1927-2013). Grupa „Więzi” wywodziła się z PAX, ale ze względu na młody wiek jej członków nie miała nacjonalistyczno-radykalnej przeszłości „pretorianów” Piaseckiego. Natomiast sam Mazowiecki, jako redaktor naczelny „Wrocławskiego Tygodnika Katolików”, splamił się brutalnym atakiem na uwięzionego i torturowanego bpa kieleckiego, Czesława Kaczmarka23. Grupa Mazowieckiego, zwana potocznie „frondą”, zbuntowała się przeciwko Piaseckiemu w 1955 roku, zarzucając mu „niedemokratyczny styl kierowania” stowarzyszeniem, przy czym pomocy w walce o przejęcie PAX szukała u władz partii komunistycznej (PZPR), ale bezskutecznie, i sama została wyeliminowana ze stowarzyszenia. Fuzja grupy Mazowieckiego ze środowiskiem „Tygodnika Powszechnego” oznaczała jednak jeszcze większy wspólny przechył na lewo, albowiem „Więź” inspirowała się personalizmem jeszcze bardziej radykalnym niż Maritaina, bo Emmanuela Mouniera i „Esprit”, nadto zaś otwarcie i szczerze opowiadała się za socjalizmem, walcząc jedynie o „humanistyczną perspektywę świata socjalistycznego”24.

„Tygodnik Powszechny” i „Więź” zdominowały pięć Klubów Inteligencji Katolickiej (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań i Toruń), na których istnienie władze dały koncesję. Co najważniejsze, środowisko to otrzymało ofertę wejścia do polityki państwowej i ją przyjęło. Oferta polegała na tym, że ci działacze katoliccy, których zaakceptowało kierownictwo Partii (komunistycznej), otrzymali tzw. miejsca mandatowe na jedynej krajowej liście wyborczej tzw. Frontu Jedności Narodu, skupiającego PZPR oraz jej „stronnictwa sojusznicze” i wyselekcjonowanych bezpartyjnych. „Wybrani” w ten sposób, a raczej mianowani, posłowie katoliccy otrzymali zezwolenie na utworzenie Koła (ale nie Klubu) Poselskiego „Znak” – odtąd stanie się to również nieformalną nazwą całego środowiska. Liczba posłów Koła nie przekraczała pięciu, z wyjątkiem kadencji 1956-1961, kiedy to przyłączyło się do niego kilku posłów niezrzeszonych. Nadto, związany ze środowiskiem pisarz Jerzy Zawieyski (1902-1969) został mianowany jednym z szesnastu członków Rady Państwa – fasadowej instytucji pełniącej formalnie obowiązki kolektywnej głowy państwa.

Swoje zaangażowanie w ściśle limitowaną działalność polityczną grupa „Znaku” uzasadniała sformułowaną ad hoc w serii artykułów Turowicza25, Stommy26 i Stefana Kisielewskiego27 (1911-1991) doktryną tzw. neopozytywizmu (należy zaznaczyć, że odniesieniem nie jest tu pozytywizm w sensie ogólnoeuropejskiego prądu umysłowego w XIX wieku, lecz tzw. pozytywizm warszawski w okresie po stłumieniu powstania styczniowego przeciwko Rosji w 1864 roku, rozumiany jako polityka ostrożna, ugodowa i realistyczna, w przeciwieństwie do romantycznego insurekcjonizmu). Neopozytywizm ten motywowany był przede wszystkim względami geopolitycznymi, tj. akceptacją faktu uzależnienia (nazywanego „sojuszem”) Polski od Rosji Sowieckiej. Polska jednak, jak to pisał Kisielewski, powinna być „nogami” na Wschodzie, a „głową” na Zachodzie, to znaczy, że pomimo politycznych, militarnych i gospodarczych więzów ze Związkiem Sowieckim duchowo i kulturalnie należy i chce należeć do zachodniej cywilizacji łacińskiej. Tym samym stosunki „Polski Ludowej” (PRL) z ZSSR powinny zostać odideologizowane i oparte wyłącznie na wspólnocie interesów. Akceptując również z powodów geopolitycznych władzę partii komunistycznej w Polsce, bo tylko ona gwarantuje Rosjanom lojalność Polski, posłowie katoliccy chcą stałego zwiększania swobód religijnych, kulturalnych i gospodarczych kraju, ale będą odgrywać rolę „perswadującej i doradzającej opozycji Jego Królewskiej Mości”28.

Program neopozytywizmu, choć minimalistyczny, okazał się i tak nazbyt wygórowany. Komuniści nie życzyli sobie żadnego „doradztwa” ani w ogóle opozycji i nie tolerowali żadnej dyskusji w sprawach, które wykraczały poza krąg kwestii ściśle kościelnych. Posłowie, którzy przekraczali tę granicę, byli z kadencji na kadencję eliminowani z list wyborczych i zastępowani posłuszniejszymi. Jako pierwszego spotkało to najbardziej „niepokornego” Kisielewskiego, który odtąd stawał się w coraz większym stopniu rozpoznawalnym w społeczeństwie i przez to bardzo popularnym opozycjonistą wobec systemu. Jego cotygodniowe felietony, zamieszczane na ostatniej stronie „Tygodnika Powszechnego”, były czytywane entuzjastycznie, ponieważ pisarz ten znalazł metodę – wzorowaną na wrogu Napoleona III, Henrim de Rochefort – wyszydzania absurdów socjalizmu w sposób tak finezyjny, że cenzura na ogół nie miała się do czego przyczepić. W 1968 roku Kisielewski zostanie nawet dotkliwie pobity w zaułkach Starego Miasta w Warszawie przez „nieznanych sprawców”. W tym samym roku, w następstwie tzw. wydarzeń marcowych, będących złożonym splotem buntu młodzieży akademickiej i środowiska literackiego przeciwko ograniczeniom swobód w kulturze z wewnątrzpartyjną rozgrywką frakcji „narodowo-komunistycznej” z „syjonistyczną”, posłowie „Znaku” zostali dość brutalnie zaatakowani z trybuny sejmowej, a Zawieyski stracił funkcję w Radzie Państwa i niedługo potem zmarł (oficjalnie wypadł z okna w szpitalu) w podejrzanych okolicznościach. Był to zarazem pierwszy przypadek zbliżenia tego środowiska do neotrockistowskiej grupy „dysydentów” usuniętych wcześniej z partii komunistycznej, odgrywających istotną rolę w „wydarzeniach marcowych”. Ostateczna klęska polityki neopozytywistycznej nastąpiła w 1976 roku, kiedy to jedyny z posłów „Znaku” od początku istnienia koła i jego przewodniczący, Stanisław Stomma, wstrzymał się od głosu podczas głosowania w Sejmie poprawek do konstytucji PRL mówiących o „wieczystym sojuszu” ze Związkiem Sowieckim oraz o „przewodniej roli partii w budowaniu socjalizmu”. „Bohaterstwo” Stommy nie było jednak aż tak wielkie, nie tylko dlatego, że nie zagłosował przeciw, ale również dlatego, że wiedział już, że i tak komuniści nie zaakceptują jego obecności w następnej kadencji, więc zakończenie kariery czymś tak haniebnym, jak poparcie tych poprawek, byłoby plamą na życiorysie nie do zmazania.

Jeszcze bardziej ujemną stroną działalności grupy „Znak” w tym okresie była permanentna nielojalność wobec prymasa Wyszyńskiego i obranej przez niego linii postępowania wobec reżimu. Wynikało to zarówno z zasadniczych rozbieżności co do pojmowania katolicyzmu i wizji Kościoła, jak i z błędnej oceny sytuacji w aspekcie pragmatycznym. Liberalni katolicy z „Tygodnika Powszechnego” i „socjaliści humanistyczni” z „Więzi” opowiadali się za „Kościołem cichej pracy”, skoncentrowanym na formacji elit, zresztą w duchu modernistycznym. Ofensywny wobec komunistycznego materializmu i laicyzmu oraz adresowany do rzesz narodu program Prymasa jawił im się jako nazbyt tradycjonalistyczny, „skostniały”, a nawet „prymitywny”, bo bazujący na religijności ludowej, nadto zaś rozbudzający nacjonalizm, którego „maritainiści” byli, jak wiadomo, zdecydowanymi wrogami. Konflikt ten zaostrzył się jeszcze w czasie trwania Soboru Watykańskiego II, kiedy to środowisko „Tygodnika Powszechnego” i „Więzi” odsłoniło już całkiem swoje progresistowskie nastawienie. Wyrażając i szerząc entuzjazm wobec „soborowej odnowy”, środowisko to domagało się natychmiastowej i jak najszerszej implementacji wszystkich „nowinek”, podczas gdy Prymas – atakowany równolegle za „wstecznictwo” przez propagandę komunistyczną – starał się przynajmniej opóźnić i złagodzić destrukcyjne skutki owej „odnowy”. Do tego ludzie „Znaku” przypisywali napięcia w stosunkach Kościoła z państwem nie złej woli komunistów, lecz nazbyt sztywnemu i nieprzejednanemu charakterowi Wyszyńskiego. Po cichu, w rozmowach prywatnych, redaktorzy „Tygodnika Powszechnego” wręcz lżyli Prymasa, a w 1963 roku Stomma posunął się do tego, że podczas pobytu w Rzymie rozpowszechniał w dykasteriach watykańskich tzw. Opinię, w której opisywał Prymasa jako przeszkodę w normalizacji stosunków między państwem a Kościołem powszechnym i polskim oraz sugerował wszczęcie ponad jego głową przez dyplomację papieską rozmów mających doprowadzić do nawiązania stosunków dyplomatycznych pomiędzy Stolicą Apostolską a PRL29.

W odróżnieniu od grupy „Znaku” dla PAX i Piaseckiego przełom październikowy stał się momentem krytycznym. Wynikało to z tego, że zbyt bliskie stosunki z czynnikami reżimowymi, nawiązane w poprzednim okresie, uwikłały grupę Piaseckiego w wewnątrzpartyjne walki frakcji partii komunistycznej, które rozgorzały po śmierci Stalina. Piasecki postawił na grupę nazywaną „Natolinem”, od nazwy pałacu pod Warszawą, w której zbierali się jej członkowie. Była to grupa działaczy pochodzenia polskiego i plebejskiego, która chciała utrzymać stalinowskie status quo, ale zająć miejsce towarzyszy pochodzenia żydowskiego, którzy dominowali w poprzednim okresie. Ci drudzy to właśnie frakcja tzw. Puławian, nazywana tak, ponieważ zbierali się w kamienicy przy ulicy Puławskiej w Warszawie. Istota sprawy tkwiła jednak w tym, że Puławianie, którzy byli w największym stopniu odpowiedzialni za terror i sowietyzację w pierwszym dziesięcioleciu, gdy tylko w Związku Sowieckim zaczęła się „odwilż”, błyskawicznie przedzierzgnęli się w partyjnych „liberałów” i „reformatorów”, stając na czele ruchu przemian. Później obie frakcje zyskały sobie dosadniejsze nazwy: „Chamów” i „Żydów”30.

Piasecki, który za sprawę najpilniejszą uznał wyeliminowanie z polityki „Puławian”, opublikował w gorących dniach października 1956 artykuł pt. Instynkt państwowy, wzywający do rozwagi, który jednak został odczytany jako wrogi wolności31. W propagandzie „Puławian” stał się natychmiast wrogiem nr 1, tak jakby za całe zło stalinizmu odpowiadał właśnie on, a nie komuniści. Przypominano także faszyzujący i antysemicki charakter organizacji, którą kierował przed wojną. W trakcie tej nagonki doszło także do uprowadzenia oraz zamordowania jego 15-letniego syna, Bohdana Piaseckiego, którego rany na ciele (odnalezionym dopiero dwa lata później) wskazywały na możliwość, że dokonano na nim mordu rytualnego. W listopadzie 1956 nastąpiła także secesja grupy działaczy PAX, którzy utworzyli Chrześcijańskie Stowarzyszenie Społeczne (ChSS) – jedyną z koncesjonowanych grup wyznaniowych w PRL, która statutowo miała charakter interkonfesyjny (dotyczyło to w szczególności prawosławnych). Istnienie PAX w ogóle było zagrożone, lecz uratował go nowy przywódca PZPR, Władysław Gomułka, który wprawdzie Puławianom zawdzięczał powrót do władzy, ale nie zapomniał im prześladowania go w minionym okresie. PAX przetrwał, a Piasecki swoją osobistą karierę uwieńczył członkostwem (od 1971) w Radzie Państwa, ale jego sen o wieloświatopoglądowości ustroju socjalistycznego i rządzeniu przez katolików na zmianę z komunistami nigdy się nie urzeczywistnił. W toku swojej dalszej działalności PAX uprawiał szczególnie szkodliwą dywersję ideologiczną na korzyść komunistów za granicą. Jego działacze, obdarowywani hojnie przywilejem paszportów, przekonywali opinię katolicką na Zachodzie, że w Polsce pod rządami komunistów położenie katolików ulega systematycznej poprawie.

„Odwilż” 1956 roku nie przyniosła natomiast najmniejszych możliwości legalnego organizowania się i działania katolikom reprezentującym tradycyjny katolicyzm, nurt narodowo-katolicki czy kierujący się nauką społeczną Kościoła. Wszystkie próby zarejestrowania klubów czy stowarzyszeń tego typu spotykały się z odmową władz. W tej sytuacji katolikom tym pozostało jedynie albo prowadzenie pracy formacyjnej w małych, nieformalnych kółkach (inwigilowanych przez Służbę Bezpieczeństwa), albo jeszcze bardziej ryzykowne tworzenie organizacji konspiracyjnych, albo skupienie się wokół prymasa Wyszyńskiego w jego Zespole Informacyjnym i oddziaływanie ideowo-wychowawcze na rzesze wiernych poprzez wygłaszanie prelekcji w pomieszczeniach parafialnych. Ten ostatni przypadek dotyczy m.in. wspomnianego już tu przy okazji prezentacji „Tygodnika Warszawskiego”, najwybitniejszego po wojnie reprezentanta myśli katolicko-narodowej, Wiesława Chrzanowskiego, zwolnionego z więzienia w 1954 roku. Już rok później w uwagach w związku z uchwałami emigracyjnego Stronnictwa Narodowego Chrzanowski postawił fundamentalną tezę ideową, iż ruch narodowy musi swoją koncepcję programową tworzyć na bazie światopoglądu katolickiego nie tylko dlatego, że katolicyzm jest religią większości narodu, ale przede wszystkim z tego powodu, że jest on po prostu Prawdą32.

Największą zasługą Chrzanowskiego było sformułowanie opartej na głębokiej analizie historycznej teorii i praktyki działania w warunkach państwa jeszcze totalitarnego i niesuwerennego, ale już tracącego swój ideologiczny zapał w dążeniu do komunistycznej quasi-eschatologii, którego aparat coraz bardziej koncentruje się jedynie na pragnieniu zachowania władzy i przywilejów „nomenklatury”. Swoją koncepcję Chrzanowski nazwał „modelem obrony czynnej” narodu i Kościoła33, przeciwstawiając go dwu innym modelom, powielającym dwa jeszcze XIX-wieczne wzory, z epoki, gdy Polska była podzielona między trzy państwa zaborcze, z których jedno (Rosja) było nadto schizmatyckie, a drugie (Prusy/Niemcy) protestanckie. Te dwa odrzucane modele to: (1) model „falowania rewolucyjnego” oraz (2) model „oddziaływania odgórnego”. Pierwszy, charakterystyczny dla ruchów lewicy rewolucyjno-demokratycznej, a później socjalistycznej, polegał na tworzeniu kadrowych organizacji konspiracyjnych, uprawiających demagogiczną agitację, niekiedy zaś także indywidualny terror, mający na celu takie „rozkołysanie” mas, które doprowadzi do wielkiego społecznego wybuchu, rozsadzającego struktury władzy, nie licząc się przy tym w ogóle z „kosztami ludzkimi” takiego poruszenia. Drugi, uprawiany przez XIX-wiecznych konserwatystów, biorących owe koszty w rachubę aż przesadnie, polegał na próbie racjonalnej perswazji wobec elity przywódczej państw zaborczych, że polityka ucisku narodowego i religijnego wobec Polaków wymaga utrzymywania permanentnego „stanu wyjątkowego”, którego koszty są zbyt wysokie również dla tych państw. Celem takiej polityki było zawarcie z władcami i elitą kierowniczą zaborców ugody, która przyniosłaby zarazem uspokojenie społeczne, korzystne dla obu stron, jak i możliwość swobodnego rozwoju życia narodowego Polaków będących poddanymi tych monarchów.

Współczesną aplikację pierwszego modelu Chrzanowski dostrzegał w rodzącej się opozycji byłych „rewizjonistów partyjnych”, którzy wypadli z obozu władzy, a obecnie chcieliby z Polski uczynić zapłon rewolucji w całym bloku sowieckim, aby ustanowić „socjalizm demokratyczny”, drugiego zaś – w opisanej wyżej doktrynie „neopozytywizmu” i taktyce koła „Znak”. Pierwszy model odrzucał z powodów zasadniczych, jako antynarodowy i śmiertelnie groźny, drugi uważał za nierealistyczny, bo nierozumiejący różnicy pomiędzy zawieraniem ugody z dość jeszcze tradycyjnymi monarchiami a próbą ugody z totalitarystami, którzy nie respektują żadnych zasad34.

Zalecany przez Chrzanowskiego model obrony czynnej powinien natomiast polegać na wytrwałym budowaniu oddolnej samoorganizacji narodu, wykorzystującej każdą szczelinę rysującą się na pękającym powoli gmachu monopartyjnego państwa, przede wszystkim zaś wychodzącym od tego obszaru, którego totalitarna władza już w pełni nie kontrolowała, czyli życia wewnątrzkościelnego. Model obrony czynnej powinien być maksymalnie pluralistyczny i „giętki”, a odrzucając jedynie dwa niebezpieczne ekstrema: konfrontację siłową oraz abdykację z aspiracji wolnościowych, winien wykorzystywać wszystkie istniejące środki nacisku na reżim i budować wszystkie możliwe formy organizowania się społeczeństwa, nie zaniedbując jednak przy tym, na rzecz akcji doraźnych, długofalowej pracy formacyjnej, prowadzonej niezmiennie na bazie katolicyzmu i myśli narodowej. Ten wzorzec Chrzanowski propagował w środowiskach patriotycznej i katolickiej młodzieży, takich jak utworzony w 1979 roku Ruch Młodej Polski.
1976-1989

Dalszą ewolucję postaw środowisk katolickich oraz pojawianie się nowych należy postrzegać w świetle trzech doniosłych kompleksów wydarzeń w następującej kolejności: (1) ujawnienia się zorganizowanej opozycji politycznej w Polsce, przed której siłową likwidacją władze powstrzymywały się ze względu na podpisane w Akcie Końcowym KBWE w Helsinkach zobowiązania dotyczące przestrzegania tzw. praw człowieka; (2) wyboru 1 października 1978 Polaka – abpa krakowskiego, Karola kardynała Wojtyły – na papieża Kościoła Powszechnego, a w konsekwencji tegoż pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do ojczyzny w czerwcu 1979, która ujawniła siłę polskiego katolicyzmu, widoczną w wielosettysięcznych rzeszach gromadzących się na „mszach papieskich” pod gołym niebem; (3) powstania, dzięki tzw. porozumieniom sierpniowym między strajkującymi w Gdańsku, Szczecinie i na Śląsku robotnikami, Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”, będącego faktycznie wielomilionowym ruchem społecznym o silnie narodowym i katolickim obliczu, acz dotyczy to raczej mas członkowskich aniżeli przywódców, a zwłaszcza odgrywających wielką i niekoniecznie pozytywną rolę tzw. doradców. W następstwie zaś tego trzeba uwzględnić złamanie tego ruchu wskutek wprowadzenia 13 grudnia 1981 stanu wojennego i aresztowania tysięcy osób, trwający kilka lat, lecz stopniowo słabnący, cywilny opór podziemia, a wreszcie zwrot wywołany tzw. pierestrojką w ZSRR, który doprowadził do nawiązania rozmów między władzami PRL i częścią opozycji.

Waga polityczna tych zdarzeń jest mniej więcej równorzędna, natomiast w aspekcie wyznaniowo-kościelnym najważniejszy był oczywiście pontyfikat Jana Pawła II. Pociągał on za sobą ogromny wzrost prestiżu Kościoła polskiego w całym świecie, postrzeganego, może przesadnie – zwłaszcza przez kręgi tradycyjne, zaniepokojone posoborowym kryzysem katolicyzmu – jako bastion ortodoksyjnej religijności, który dzielnie przetrwał napór ateistycznego komunizmu i jeszcze wzmógł swoją siłę. Z korzyścią było to również dla rozwoju jedynego w świecie komunistycznym uniwersytetu katolickiego w Lublinie (KUL), a zwłaszcza dla jednego z najwybitniejszych na świecie ośrodków filozofii tomistycznej, czyli Szkoły Lubelskiej35, z ks. prof. Mieczysławem A. Krąpcem (1921-2008) na czele. Również reżim komunistyczny musiał zmienić, przynajmniej oficjalnie, swoją taktykę wobec Kościoła. Kościół w Polsce stał się uznanym partnerem rządzących, do którego mediacji najchętniej odwoływano się w sytuacjach kryzysowych. Rządzący w PRL nie mogli już nie wpuścić do Polski papieża, który do końca PRL odbył trzy pielgrzymki do kraju, w tym jedną w stanie wojennym. Z drugiej strony nie należy zapominać ani o zamachu na papieża w 1981 roku, ani o bestialskim mordzie na kapłanie Solidarności bł. Jerzym Popiełuszce w 1984 roku, ani o tym, że ostatnich zabójstw polskich księży (Stefan Niedzielak, Stanisław Suchowolec, Sylwester Zych) dokonano jeszcze w roku 1989, w czasie rozmów Okrągłego Stołu.

Istniejące dotąd katolickie grupy koncesjonowane w różny sposób przystosowywały się do nowych wyzwań. Wypchnięte w 1976 z Sejmu środowisko „Tygodnika Powszechnego” i „Więzi” coraz bardziej otwarcie zbliżało się do opozycji, aliści fraternizując się z jej lewicowym odłamem – tzw. lewicą laicką (Jacek Kuroń, Adam Michnik i inni), której ekspozyturą był Komitet Obrony Robotników (później Komitet Samoobrony Społecznej KOR). Łatwiej więc znajdowało wspólny język z byłymi trockistami i z ateistami niż z nieliberalnymi katolikami.

Inną drogą poszła grupa dawnych współpracowników „Więzi”, z Januszem Zabłockim (1926-2014) na czele, którzy w odróżnieniu od swoich byłych kolegów dążyli do uzyskania zgody władz na reaktywowanie partii chrześcijańsko-demokratycznej. Pomimo zajmowania ugodowej postawy wobec władz celu swojego nie osiągnęli, a jedynie w 1981 roku uzyskali zgodę na utworzenie stowarzyszenia Polski Związek Katolicko-Społeczny, którego członkowie mieli 4-5 mandatów poselskich w Sejmie, oraz założenie tygodnika „Ład”.

Stowarzyszenie PAX po śmierci Bolesława Piaseckiego (1979) przeżywało permanentny kryzys, wypełniony rywalizacją pomiędzy frakcją następnego prezesa, Ryszarda Reiffa (1923-2007), który skłaniał się ku solidarnościowej opozycji i jako jedyny członek Rady Państwa głosował przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego, a zwolennikami ścisłej kolaboracji z reżimem. Związany z PAX powieściopisarz katolicki Jan Dobraczyński (1910-1994) został nawet członkiem wspierającego juntę Wojciecha Jaruzelskiego Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego. Z drugiej strony, wielu „dysydentów” PAX zasiliło szeregi opozycji niepodległościowej, począwszy od współzałożyciela (1979) Konfederacji Polski Niepodległej i wieloletniego więźnia politycznego Romualda Szeremietiewa (ur. 1945) oraz jego kolegów.
Epilog. Po 1989 roku

Ugoda zawarta wiosną 1989 roku przy tzw. Okrągłym Stole pomiędzy reżimem komunistycznym a wyselekcjonowaną częścią opozycji demokratycznej i Solidarności otworzyła drogę wiodącą ku „transformacji” systemu komunistycznego w demokratyczno-parlamentarną III Rzeczpospolitą. W rezultacie wyborów kontraktowych z 4 czerwca, czyli przyznających z góry listom niereżimowych, a w praktyce liście Solidarności, 35 procent mandatów poselskich, później zaś przejścia na stronę Solidarności dotychczasowych „stronnictw sojuszniczych” PZPR, to jest Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego, we wrześniu tego roku został utworzony rząd koalicyjny, na którego czele stanął Tadeusz Mazowiecki, aczkolwiek wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych pozostał komunista gen. Czesław Kiszczak. W nowym systemie, teoretycznie pluralistycznym politycznie, ale z zagwarantowaną uprzywilejowaną pozycją postkomunistów, zwłaszcza w życiu gospodarczym, również wielu innych działaczy katolickich ze środowiska „Tygodnika Powszechnego” i „Więzi” zostało dygnitarzami państwowymi. W żadnym wypadku nie oznaczało to jednak sukcesu katolicyzmu w życiu publicznym i ustanowienia „chrześcijańskiej konstytucji państwa”. Politycy z tego kręgu konsekwentnie sprzeciwiali się konfesjonalizacji państwa, nawet w sferze symbolicznej, jak na przykład uwieńczenia godła państwowego, czyli Orła Białego, nie tylko (przywróconą mu) koroną, ale również krzyżem. Zajmowali oni także chwiejne i dwuznaczne stanowisko w fundamentalnych kwestiach moralnych, jak ochrona życia prenatalnego, i przyczynili się do zawarcia tzw. kompromisu aborcyjnego, dozwalającego przerwanie życia w kilku wypadkach. Sam premier Mazowiecki, który na początku swojego urzędowania złożył wymowną deklarację, iż najpierw jest demokratą, a później chrześcijaninem, już w późniejszym okresie, jako członek parlamentarnej komisji konstytucyjnej, przyczynił się wydatnie do przyjęcia relatywistycznej preambuły (napisanej przez autorów z „Tygodnika Powszechnego”), która wprawdzie odwołuje się do „chrześcijańskiego dziedzictwa narodu”, ale „uniwersalne wartości” zawarte w konstytucji wyprowadza równorzędnie z wiary jednych obywateli w Boga jako źródła prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, oraz z nienazwanych „innych źródeł”, uznawanych przez obywateli niepodzielających tej wiary36. Obserwując postawy tego środowiska w ostatnich dekadach, można zauważyć, że stało się ono już po prostu częścią laickiego obozu demoliberalnego. Głoszony od zawsze przez środowisko „Tygodnika Powszechnego” katolicyzm „otwarty” otworzył się aż tak bardzo, że dzisiaj jego publicyści jawnie kontestują naukę moralną Kościoła i prawo naturalne, opowiadając się nawet za ideologią gender i jakąś formą prawnego uznania związków homoseksualnych.

Pozytywną stroną przemian było to, że nurt tradycyjny i katolicko-narodowy zyskał możność zorganizowania się politycznego. Jesienią 1989 roku została utworzona partia Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, na której czele stanął nestor tego ruchu Wiesław Chrzanowski – wkrótce także minister sprawiedliwości, a następnie (1991-1993) Marszałek Sejmu. ZChN podjął walkę o państwo katolickie, zgodnie z tradycyjną nauką Kościoła, oraz o pełną ochronę życia poczętego, napotykając zwarty mur wrogości wszystkich sił laickich oraz katolików liberalnych. Później jednak ZChN uwikłał się w koalicję rządową z partiami centrowymi i odtąd stopniowo ulegał dezintegracji. Kontynuacją jego konserwatywnego skrzydła jest obecnie partia Prawica Rzeczypospolitej, której przewodzi europoseł Marek Jurek (ur. 1960).

Fenomenem katolicyzmu ludowego jest, mające bardzo szeroki, wielomilionowy zasięg, środowisko Rodzin Radia Maryja, skupione wokół rozgłośni założonej w 1991 roku przez redemptorystę, o. Tadeusza Rydzyka CSsR (ur. 1945), oraz innych związanych z nim instytucji, jak Telewizja Trwam czy Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej. Radio Maryja jest znienawidzone przez środowiska laickie, jak również przez progresistów, oskarżających je o „skrajny tradycjonalizm” i sabotowanie „odnowy soborowej” oraz szerzenie nacjonalizmu, ksenofobii i antysemityzmu, a także domagających się nieustannie od Episkopatu zamknięcia tej rozgłośni. W rzeczywistości prawda jest inna. Radio Maryja stanowi amalgamat tradycyjnych form pobożności ludowej oraz typowego w historii Polski zrostu religijności z uczuciowym patriotyzmem i z „posoborową” właśnie wizją „nowej ewangelizacji” Jana Pawła II.

Kończąc ów skrótowy z konieczności przegląd dotyczący kultury katolickiej w Polsce współczesnej, wolnej już od prawie trzech dekad od komunizmu, ale usidlonej przez innego typu więzy, typowe dla świata demoliberalnego i postmodernistycznego, należy koniecznie wspomnieć, że po 1989 roku możliwa stała się także działalność katolickich środowisk stricte tradycjonalistycznych, broniących zarówno tradycyjnej, ortodoksyjnej liturgii, jak integralnej katolickiej doktryny, także społecznej. Stanowią one szeroki wachlarz grup, od stojących na gruncie Summorum Pontificum, jak na przykład znakomite intelektualnie środowisko pisma „Christianitas” z filozofem Pawłem Milcarkiem (ur. 1966) na czele, czy polska mutacja ruchu Tradycja – Rodzina – Własność, czyli Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi, po wiernych korzystających z posługi kapłańskiej Bractwa św. Piusa X, a nawet mikroskopijne środowisko sedewakantystów. Ruch tradycjonalistyczny przenika się też często z metapolitycznymi klubami czy portalami konserwatywnymi i monarchistycznymi. Jeśli chodzi zaś o aktywność stricte polityczną, to na razie posiada on jedynie pewne przyczółki w ugrupowaniach narodowych i narodowo-radykalnych albo takich jak ruch „Pobudka” znanego reżysera dokumentalisty Grzegorza Brauna (ur. 1967).

Jacek Bartyzel

Podstawowa literatura:

Bożena Bankowicz & Antoni Dudek, Ze studiów nad dziejami Kościoła i katolicyzmu w PRL, Wydawnictwo PiT, Kraków 1996.

Jacek Bartyzel, Stefan Kisielewski jako publicysta i „zwierzę polityczne”, [w:] Dysonanse. Twórczość Stefana Kisielewskiego (1911-1991), red. A. Hejmej, K. Hawryszków, K. Cudzich-Budziak, Wydawnictwo UJ, Kraków 2011, ss. 37-72.

Konrad Białecki, Rafał Łatka, Rafał Reczek, Elżbieta Wojcieszyk, Arcybiskup Antoni Baraniak 1904-1977, IPN, Poznań – Warszawa 2017.

Sabina Bober (red.), Komu służył PAX. Materiały z sympozjum Od PAX-u do Civitas Christiana zorganizowanego przez Katolickie Stowarzyszenie Civitas Christiana 30-31 stycznia 2008 roku, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 2008.

Andrzej Brzeziecki, Tadeusz Mazowiecki. Biografia naszego premiera, ZNAK, Kraków 2015.

Ewa K. Czaczkowska, Kardynał Wyszyński, Świat Książki, Warszawa 2009.

Antoni Dudek, Grzegorz Pytel, Bolesław Piasecki. Próba biografii politycznej, Aneks, Londyn 1990.

Jan Engelgard, Bolesław Piasecki 1939-1956, Wydawnictwo Myśl Polska, Warszawa 2015.

Andrzej Friszke, Koło posłów „Znak” w Sejmie PRL 1957-1976, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2002.

Andrzej Friszke, Oaza na Kopernika. Klub Inteligencji Katolickiej. 1956-1989, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 1997.

Roman Graczyk, Cena przetrwania? SB wobec „Tygodnika Powszechnego”, Czerwone i Czarne, Warszawa 2011.

Roman Graczyk, Katolicy-rewizjoniści: nowa „wieloświatopoglądowość”?, „Christianitas”, nr 51/2013, ss. 265-284.

Aleksander Hall, Idee polityczne Wiesława Chrzanowskiego, Wydawnictwo Arche, Gdańsk 2013.

Andrzej Jaszczuk, Ewolucja ideowa Bolesława Piaseckiego, 1932-1956, Wydawnictwo DiG, Warszawa 2005.

Grzegorz Kucharczyk, Polska myśl polityczna po roku 1939, Wydawnictwo Dębogóra, Dębogóra 2009.

Halina Lisicka, Pluralizm światopoglądowy w koncepcjach politycznych PAX, ChSS, PZKS, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 1991.

Rafał Łętocha, „Oportet vos nasci denuo”. Myśl społeczno-polityczna Jerzego Brauna, Zakład Wydawniczy Nomos, Kraków 2006.

Maciej Łętowski, Ruch i Koło Poselskie ZNAK 1957-1976, Wydawnictwo Unia Jerzy Skwara, Katowice 1998.

Lech Mażewski, Wojciech Turek (red.), Zapomniany rok 1966. W XXX rocznicę obchodów Millenium Chrztu Polski, Instytut Konserwatywny im. E. Burke’a, Gdańsk 1996.

Andrzej Micewski, Kardynał Wyszyński. Prymas i mąż stanu, Éditions du Dialogue, Paris 1982.

Andrzej Micewski, Współrządzić czy nie kłamać? Pax i Znak w Polsce 1945-1976, Libella, Paryż 1978.

Stanisław Murzański, Wśród łopotu sztandarów rewolucji. Rzecz o „katolewicy” 1945-1989, Wydawnictwo ARCANA, Kraków 1998.

Jerzy Pietrzak, Pełnia prymasostwa. Ostatnie lata Prymasa Polski kardynała Augusta Hlonda, 1945-1948, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2009.

Radosław Ptaszyński, Stommizm. Biografia polityczna Stanisława Stommy, ZNAK, Kraków 2018.

Peter Raina, Piasecki na indeksie watykańskim. Geneza sprawy, Wydawnictwo von Boroviecky, Warszawa 2002.

Ryszard Reiff, Archiwum Stowarzyszenia PAX, t. I-II, Wydawnictwo Comandor, Warszawa 2006-2007.

Tomasz Sikorski, Marcin Kulesza, Niezłomni w epoce fałszywych proroków. Środowisko „Tygodnika Warszawskiego” (1945-1948), Wydawnictwo von Boroviecky, Warszawa 2013.

Maciej Strutyński, Religia i naród. Inspiracje katolickie w myśli ruchu narodowego w Polsce współczesnej (1989-2001), Zakład Wydawniczy Nomos, Kraków 2006.

Agata Tasak, Katolicy w świecie polityki w Polsce w latach 80. Strategia Polskiego Związku Katolicko-Społecznego, „Annales Universitatis Paedagogicae Cracoviensis. Studia Politologica”, nr 9/2013, ss. 73-87.

Agata Tasak, Miejsce i rola Polskiego Związku Katolicko-Społecznego w rzeczywistości społeczno-politycznej lat osiemdziesiątych w Polsce – problem opozycyjności koncesjonowanej, „Polityka i Społeczeństwo” 2016, nr 1 (14), ss. 123-141.

Wiesław Chrzanowski. Historia – Polityka – Idee, red. R. Kostro, R. Kuraszkiewicz, M. Wysocki, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2012.

Jan Wiszniewski, Z historii prasy katolickiej w Polsce: „Tygodnik Warszawski” 1945–1948, Wydawnictwo PiT, Kraków 1998.

Janusz Zabłocki, Odwagę łączyć z rozwagą – Polski Związek Katolicko-Społeczny w latach 1980-1983, OSPiS, Lublin 2001.

Zygmunt Zieliński (red.), Prymas Tysiąclecia w państwie komunistycznym, Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne POLWEN, Radom 2003.

Artykuł niniejszy stanowi polskojęzyczną wersję wystąpienia na LV Reunión de Amigos de la Ciudad Católica “La cultura política y los católicos: del siglo XX al XXI”, zorganizowanego przez Fundación Speiro i Consejo de Estudios Hispánicos “Felipe II”, na Universidad Antonio de Nebrija w Madrycie w dniu 7 IV 2018, a następnie opublikowanego pt. Las estrategias políticas de la supervivencia de las agrupaciones católicas en un país esclavizado por el comunismo y su posterioridad) w książce pod red. prof. Miguela Ayuso La cultura política y los católicos del siglo XX al XXI (Ed. Itinerarios, Madrid 2018, ss. 165-197) oraz w dwumiesięczniku „Verbo” (Madrid 2018, nr 569-570, ss. 895-927).

Pierwodruk wersji polskiej: „Arcana”, nr 145-146/2019, ss. 88-110.

[Przypisy:]

1 Zob. G. Kucharczyk, Polska myśl polityczna po roku 1939, Wydawnictwo Dębogóra, Dębogóra 2009, s. 70.

2 Zob. P. Stachowiak, Kościół katolicki wobec przemian konstytucyjnego ustroju PRL, [w:] Silna demokracja w silnym państwie. Koncepcje reformy ustroju politycznego państwa w publicystyce politycznej XX wieku, red. J. Faryś, T. Sikorski, P. Głowiński, PWSZ, Gorzów Wielkopolski 2007, s. 335.

3 Ibidem, s. 336.

4 Zob. J. Braun, W cieniu dekadencji (Psychoza klęski w katolicyzmie francuskim), „Tygodnik Warszawski”, 30 III 1947, nr 13.

5 Zob. ks. Z. Kaczyński, O postawę czynną, „Tygodnik Warszawski”, 20 VII 1947, nr 29.

6 Zob. Nasza generalna linia, „Tygodnik Warszawski”, 19 X 1947, nr 42.

7 Zob. J. Braun, Państwo chrześcijańskie, „Tygodnik Warszawski”, 9 XI 1947, nr 45; S. Grabski, Idea chrześcijańskiego narodu, „Tygodnik Warszawski”, 14 VII 1946, nr 28; K. Studentowicz, O chrześcijański styl życia, „Tygodnik Warszawski”, 7 IX 1946, nr 36.

8 Cfr. G. Gonella, Państwo chrześcijańskie, „Tygodnik Warszawski”, 18 IV 1948, nr 16.

9 Zob. ks. Z. Kaczyński, Reformy i człowiek, „Tygodnik Warszawski”, 16 XII 1945, nr 6; J. Braun, Marksizm a społeczeństwo przyszłości, „Tygodnik Warszawski”, 11 V 1947, nr 19; Idem, Marksizm – nauka – objawienie, „Tygodnik Warszawski”, 27 VII 1947, nr 30.

10 Zob. Sojusznicy Gestapo. Proces Kwasiborskiego i innych, Książka i Wiedza, Warszawa 1951.

11 Zob. S. Stomma, Maksymalne i minimalne tendencje społeczne katolików, „Znak” 1946, nr 3, ss. 257-275.

12 Ibidem, s. 258.

13 Ibidem, s. 267.

14 Ibidem.

15 Zob. J. Braun, W cieniu dekadencji (Psychoza klęski w katolicyzmie francuskim), „Tygodnik Warszawski”, 30 III 1947, nr 13; A. Żur [W. Chrzanowski], Neopozytywizm na tle rzeczywistości, „Tygodnik Warszawski”, 22 VI 1947, nr 25.

16 Zob. J.M. Święcicki, O katolickim maksymalizmie, „Tygodnik Powszechny”, 2 II 1947, nr 5; Idem, Kwestia zasady czy taktyki?, „Tygodnik Powszechny”, 20 IV 1947, nr 19; ks. Jan Piwowarczyk, Rada nie na czasie, „Tygodnik Powszechny”, 20 IV 1947, nr 19.

17 Zob. J. Turowicz, W stronę uspołecznienia, „Znak” 1946, nr 1, ss. 63-92.

18 Zob. S. Stomma, J. Turowicz, Katolicy w Polsce Ludowej, „Tygodnik Powszechny”, 10 XII 1950, nr 50.

19 Zob. B. Piasecki, Organizacja Polski Narodowej, „Sztafeta”1934, nr 3; Duch czasów nowych a Ruch Młodych, Warszawa 1935, ss. 54-59; Zasady programu narodowo-radykalnego, Warszawa 1937, passim.

20 Zob. K. Łubieński, List otwarty do Pana Juliana Łady. Na marginesie notatki w „The Tablet”, „Dziś i Jutro”, 5 XII 1948.

21 B. Piasecki, Wytyczne [1950], cyt. za: B. Bankowicz, W labiryncie wieloświatopoglądowości. Stowarzyszenie PAX między marzeniem a rzeczywistością, [w:] B. Bankowicz, A. Dudek, Ze studiów nad dziejami Kościoła i katolicyzmu w PRL, Wydawnictwo PiT, Kraków 1996, s. 54.

22 Ibidem, s. 55.

23 Zob. T. Mazowiecki, Wnioski, „Wrocławski Tygodnik Katolicki”, 27 IX 1953, nr 5.

24 T. Mazowiecki, Pozycje i praca środowiska „Więź”, „Więź”, marzec 1961, nr 3 (35), s. 12.

25 Zob. J. Turowicz, Czy neopozytywizm? Na historycznym zakręcie, „Tygodnik Powszechny”, 25 XII 1956, nr 1.

26 Zob. S. Stomma, Idea i siła, „Tygodnik Powszechny”, 25 XII 1956, nr 1; Idem, Dlaczego kandyduję do Sejmu, „Tygodnik Powszechny”, 20 I 1957, nr 3; Idem, Pozytywizm od strony moralnej, „Tygodnik Powszechny”, 14 IV 1957, nr 15.

27 Zob. S. Kisielewski, Czy neopozytywizm?, „Tygodnik Powszechny”, 25 XII 1956, nr 1.

28 B. Bankowicz, Neopozytywizm Znaku: próba legalizmu motywowana realizmem, [w:] B. Bankowicz, A. Dudek, Ze studiów nad dziejami Kościoła i katolicyzmu w PRL, Wydawnictwo PiT, Kraków 1996, s. 44.

29 Zob. R. Graczyk, Katolicy-rewizjoniści: nowa „wieloświatopoglądowość”?, „Christianitas”, nr 51/2013, ss. 275-278; zob. także: T. Mazowiecki, A. Wielowieyski, Otwarcie na Wschód, „Więź”, listopad-grudzień 1963, nr 11/12 (67), ss. 7-13.

30 Zob. W. Jedlicki, Chamy i Żydy, „Kultura” (Paryż), 1962, nr 12 (182), ss. 3-41.

31 Zob. B. Piasecki, Instynkt państwowy, „Słowo Powszechne”, 16 X 1956, nr 248 (3162).

32 Zob. [W. Chrzanowski], Uwagi w związku z uchwałami I Centralnego Zjazdu Delegatów Stronnictwa Narodowego w 1955 r., [w:] Idem, Rzecz o obronie czynnej, Wydawnictwo Młoda Polska, [Gdańsk] 1988 /II obieg/.

33 Zob. Z. Stalmach [W. Chrzanowski], Rzecz o obronie czynnej, „Polityka Polska” 1985, nr 7, ss. 10-19.

34 Ibidem. Zob. także: Pół wieku polityki, czyli rzecz o obronie czynnej, z Wiesławem Chrzanowskim rozmawiali Piotr Mierecki i Bogusław Kiernicki, Ad Astra, Warszawa 1997.

35 Zob. Andrzej Maryniarczyk, Mieczysław Albert Krąpiec, Lubelska Szkoła Filozoficzna, [w:] Powszechna Encyklopedia Filozofii, Polskie Towarzystwo Tomasza z Akwinu, t. 6, Lublin 2005, ss. 532-550.

36 Zob. Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r.

Kościół dwóch papieży. Stan wyjątkowy z woli Nieba?

„Jest tylko jeden papież i nazywa się Franciszek” – powiedział przed kilkoma dniami Benedykt XVI w wywiadzie dla „Corriere della sera”. Z jakiego powodu w takim razie poprzednik Franciszka postanowił zachować swoje papieskie imię, tytuł „Jego Świątobliwości” i białą sutannę?
Gdy pięć lat temu abdykował Benedykt XVI, dla wielu był to absolutny szok. Ojciec nie odchodzi na emeryturę – powtarzano i skrzętnie analizowano oficjalnie podane powody tego dramatycznego kroku. Teraz, choć nadal nic nie wiadomo, i coraz lepiej widać, w jak zaskakującej sytuacji jest Kościół, w którym żyje dwóch papieży, to debaty (przynajmniej w Polsce) ustały, a wszyscy przekonują katolików, że to absolutna norma i że trzeba się przygotować na sytuację, w której w Kościele będzie trzech albo jeszcze więcej biskupów w bieli.

Czy oznacza to jednak, że pytania przestały istnieć, że nikt już ich nie zadaje i że urzędowy optymizm może zastąpić poważną debatę teologiczną? Odpowiedź brzmi: „nie”, a najlepszym na to dowodem są dwie znakomite książki udostępnione ostatnio polskim czytelnikom: „Proroctwo o dwóch papieżach” Saverio Gaety i „Tajemnica Benedykta XVI” Antonio Socciego.
Inauguracyjna msza święta papieża Benedykta XVI na Placu Św. Piotra w Watykanie. Fot. Franco Origlia/Getty Images
Można je oczywiście zbyć prostym wzruszeniem ramion (co zdaje się robić Stolica Apostolska) i oznajmić, że to dzieła „szukających sensacji przeciwników Franciszka”, ale nie sposób sprawić, że zadawane przez tych dwóch watykanistów pytania przestaną dręczyć wielu katolików.

Dwaj papieże, dwie diagnozy

Trudno zresztą, żeby było inaczej, gdy coraz lepiej widać, jak rozjeżdżają się wizje Kościoła papieża Franciszka i papieża-emeryta Benedykta XVI. Doskonale widać to w przypadku debaty na temat źródeł skandali seksualnych, jakie – co do tego akurat obaj papieże się zgadzają – niszczą obecnie Kościół od wewnątrz.

Obecny Ojciec święty przekonuje, że ich źródłem jest klerykalizm, nadużywanie władzy i brak miłosierdzia, a nie mają one wiele wspólnego z rozluźnieniem obyczajów, zniszczeniem tradycyjnej ascezy czy wreszcie z rozpanoszonym w Kościele homolobby.

Benedykt XVI natomiast w opublikowanym niedawno znakomitym tekście wskazuje, że prawdziwe przyczyny głębokiego kryzysu tkwią zupełnie gdzie indziej, bowiem są nimi: głębokie rozluźnienie dyscypliny wśród duchownych i wtargnięcie rewolucji seksualnej do Kościoła; po drugie zanik solidnej formacji seminaryjnej i teologii moralnej; po trzecie nadużywanie obrony sprawców, a nie ofiar przez posoborowe sądy kościelne (które dokładnie tak samo jak świeckie, zamiast szukać sprawiedliwości i bronić ofiar, zaczęły stawać po stronie sprawców, których uznawano za prawdziwe ofiary i broniono często wbrew faktom); i wreszcie po czwarte zanik żywej wiary (szczególnie wiary w Eucharystię), a co za tym idzie zanik fundamentów moralności i ascezy.
Tygodnik TVPPolub nas
Wszystko to nie tylko zniszczyło praktykę życia kapłańskiego, ale też doprowadziło do ukształtowania się w wielu miejscach potężnego lobby homoseksualnego, które uniemożliwiło normalną formację. „W wielu seminariach powstały homoseksualne kliki, które działały mniej lub bardziej otwarcie, zmieniając klimat tych miejsc” – napisał Benedykt XVI.

Trudno nie dostrzec, że te diagnozy w niczym się nie stykają, nie ma między nimi punktów wspólnych i opinię papieża-emeryta można potraktować jako swoiste votum separatum wobec nieustannie powtarzanego twierdzenia, że głównym problemem w Kościele jest klerykalizm i gdy tylko usunie się nadużycia władzy, a także zmieni tradycyjną moralność, a najlepiej także zniesie celibat, natychmiast znikną problemy z nadużyciami seksualnymi.
Doskonale wychwycili to zresztą najważniejsi gracze tzw. teamu papieża Franciszka, którzy w mediach społecznościowych niemal jednym głosem skrytykowali Benedykta XVI. Massimo Faggioli z Uniwersytetu Villanova stwierdził, że list ten jest kolejnym z długiego cyklu błędów popełnianych przez Benedykta XVI; Brian Flanagan, który wykłada teologię na Uniwersytecie Marymount i od dawna jest głosem bergoglian w amerykańskim Kościele uznał list za „żenujący”, a Robert Mickens z katolickiego magazynu „The Tablet” zadał pytanie: „gdzie żyje ten człowiek”, a nawet zasugerował zdziecinnienie papieża emeryta: „ktoś tu potrzebuje kolorowanek i kredek”.

Oczywiście ton oficjalnych komentarzy płynących z Watykanu był inny, ale i tam zapanowała wyraźna nerwowość związana z faktem, że Benedykt XVI nie idzie i nie zamierza iść szlakiem wytyczonym przez Franciszka.

Nigdy wcześniej

Nic w tym zresztą dziwnego. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że podczas konklawe po śmierci św. Jana Pawła II kardynałowie Ratzinger i Bergoglio byli kandydatami dwóch, zupełnie odmiennych frakcji eklezjalnych. Papież-emeryt Benedykt XVI należał wówczas, a może trzeba powiedzieć o wiele mocniej, był naturalnym liderem grupy zdecydowanych obrońców ortodoksji, zwolenników obrony fundamentów wiary i walki z duchem czasów, a także czegoś, co on sam nazywał „hermeneutyką ciagłości”.

Obecny zaś papież Franciszek był wówczas kandydatem na urząd biskupa Rzymu „grupy z Sankt Gallen”, czyli zwolenników stopniowej reformy, zmiany, odrzucania pewnych elementów doktryny i moralności katolickiej. Jej naturalnym przywódcą był kardynał Carlo Maria Martini, który wprost mówił i pisał, że Kościół katolicki jest zapóźniony o dwieście lat.
Polskim czytelnikom udostępniono ostatnio dwie znakomite książki: „Proroctwo o dwóch papieżach” Saverio Gaety (wyd. Esprit) i „Tajemnica Benedykta XVI” Antonio Socciego (wyd. Aromat Słowa). Fot. arch
Oczywiście nie po raz pierwszy zdarza się w Kościele, że następujący po sobie papieże mają radykalnie odmienne wizje. Po raz pierwszy w dziejach Kościoła zdarza się jednak, że równocześnie mamy dwóch papieży, którzy mają w wielu kwestiach tak radykalnie odmienne wizje.

Oczywiście – jak wskazuje włoski dziennikarz Saverio Gaeta – bywało już wcześniej, że papieże rezygnowali, ale nigdy wcześniej w historii Kościoła nie było tak, by jednocześnie „urzędowało dwóch papieży, z których jeden byłby czynny, a drugi ma emeryturze”. Gdy wcześniej papież podawał się do dymisji, tracił nie tylko papieskie imię, herb, ale także prawo do noszenia szat papieskich.

Teraz jest inaczej. Papież emeryt Benedykt XVI zachował papieskie szaty, herb, a także tytuł „Jego Świątobliwości”. I to jest absolutna nowość, której nie może przykryć zgodne udawanie, że „nic się nie stało” i że to „normalny proces”. Niczego nie wyjaśniają także, na co zwraca uwagę Antonio Socci w „Tajemnicy Benedykta XVI”, tłumaczenia papieża emeryta, który przekonuje, że zdecydował się na białe szaty, bo nie miał innych. Włoski dziennikarz ironicznie wskazuje, że chyba nie brakowało w Rzymie krawców, którzy takie szaty by uszyli…
Herbatka z tureckimi politykami. Papież Franciszek na lotnisku w Ankarze. Fot. Abdulhamid Hosbas/Anadolu Agency/Getty Images
Jakby tego było mało, osobisty sekretarz Benedykta XVI arcybiskup Georg Gänswein coraz częściej – a sam papież emeryt wcale się od tego nie odcina – wskazuje na istnienie w Kościele sytuacji wyjątkowej „z dwoma następcami Piotra żyjącymi pośród nas”. „Wielu nadal postrzega jeszcze dziś tę nową sytuację jako coś w rodzaju stanu wyjątkowego z woli Nieba” – wskazuje arcybiskup.

Dlaczego Niebo miałoby dopuścić do takiej sytuacji? Tu obaj autorzy się rozchodzą. Gaeta cytując licznych mistyków wskazuje, że żyjemy w przededniu jakiegoś przełomu w Kościele i świecie, wielkich i trudnych wydarzeń, które zwieńczą ogromny kryzys, doprowadzą do wielkich prześladowań i apostazji; Antonio Socci skupia się raczej na poszukiwaniu odpowiedzi o status kanoniczny Benedykta XVI i Franciszka, i zastanawia się, dokąd ów stan wyjątkowy w Kościele miałby nas zaprowadzić. Obaj jednak zadają cenne pytania, które inni – szczególnie hierarchia watykańska – całkowicie ignorują.

Uspokajacze kontra zaniepokojeni

Z Soccim czy Gaetą nie trzeba się zgadzać co do odpowiedzi, ale warto docenić wagę ich pytań. Wielu, bardzo wielu katolików, zadaje sobie podobne pytania, wielu próbuje zrozumieć, co się obecnie dzieje, odnaleźć się w czasie, gdy powszechna apostazja dotyka całe diecezje czy konferencje episkopatu, gdy Watykan zdaje się akceptować zmianę doktryny moralnej, która swoje źródła ma w Ewangelii, a generał jezuitów sugeruje, że w istocie nie mamy pojęcia, co mówił Jezus, bo w Jego czasach nie było magnetofonów.

Uspokajacze przekonują wprawdzie, że nic się nie dzieje, ale wystarczy spojrzeć na otaczający nas świat, żeby dostrzec, że coś się jednak szykuje i także w Kościele dochodzi do jakiegoś przełomu. Widać to na tyle dobrze, że „uspokajacze” posuwają się coraz częściej do kneblowania zaniepokojonych, a nawet do sugerowania, że ci ostatni są nie tylko przeciwko Franciszkowi, ale wręcz przeciwko Duchowi Świętemu, który osobiście wyznaczył papieża na nasze czasy, a każdy, kto to kwestionuje, występuje przeciwko samemu Bogu.
Zamach stanu w Watykanie? Teorie spiskowe w obronie Franciszka

Czy agenci FBI i CIA, wywiadownie gospodarcze i amerykańscy konserwatywni katolicy zjednoczyli się, aby wymusić na papieżu Franciszku dymisję?
zobacz więcej
To zwykły szantaż, bo każdy, kto zna katolicką doktrynę i historię papiestwa wie, że asystencja Ducha Świętego podczas konklawe nie działa w ten sposób. Gdyby tak było, to trzeba by uznać, że papież Aleksander IV Borgia był najlepszym wyborem na tamte czasy, a każdy, kto go krytykuje czy krytykował występował przeciwko Duchowi Świętemu. Niewielu jest śmiałków, którzy sformułowaliby podobną tezę.

Nie, nie porównuję papieża Franciszka do Aleksandra IV, a jedynie wskazuję na absurdalne założenia pewnej formy blokowania dyskusji przy pomocy emocjonalnego szantażu.

Debata teologiczna na temat Kościoła dwóch papieży musi się odbyć, bo bez niej pytania wciąż będą wisieć w powietrzu, a ludzie, którzy nie otrzymają wyjaśnień od poważnych teologów czy liderów kościelnej opinii, będą ich szukać w wizjach, objawieniach czy teoriach spiskowych. Warto o tym przypomnieć uspokajaczom.

– Tomasz P. Terlikowski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Reforma Franciszka. Decentralizacja czy centralizacja?

Praedicate Evangelium – taką nazwę nosi nowa konstytucja apostolska o Kurii Rzymskiej, którą papież Franciszek chce ogłosić jeszcze w tym roku. Dokument na nowo ujmie strukturę władzy w Kościele katolickim. Szykują się bardzo duże zmiany. O szczegółach pisze teraz „Catholic News Agency”. Agencja dotarła do obecnego projektu konstytucji.

Aktualny tekst zakłada, że znacząco zmieni się rola watykańskich kongregacji.

Po pierwsze, nie będą nosić już dotychczasowych nazw, ale staną się dykasteriami. Wszystkie będą formalnie równe, ale powstanie też nowa dykasteria: Dykasteria ds. Ewangelizacji. Dokument wymienia ją jako pierwszą i to ona ma mieć praktycznie największe znaczenie, przewyższając dotychczas najistotniejszą Kongregację Nauki Wiary. Raz jeszcze podkreślając: to tylko nieformalne pierwszeństwo, dykasterie w swojej strukturze nie będą się poza tym różnić.
Opublikowano ocenzurowany wywiad abp. Vigano Opublikowano ocenzurowany wywiad abp. Vigano

Rewolucyjna jest inna zmiana. Dykasterie nie będą już mogły wydawać żadnych autorytatywnych dokumentów. Zostaje im odebrane prawo zabierania głosu w imieniu Stolicy Apostolskiej we wszystkich ważnych kwestiach. Będą mogły to zrobić, ale tylko wówczas, gdy zgodzi się na to osobiście i po zapoznaniu się ze sprawą papież.

Skąd ta zmiana? Stąd między innymi, że w nowym układzie władze w dykasteriach będą mogli sprawować także świeccy – i to prawdopodobnie zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Dotąd na czele dykasterii stali jedynie kardynałowie lub arcybiskupi. To się zmieni.

Prace dykasterii będzie kontrolować Sekretariat Stanu podległy bezpośrednio papieżowi. Od czasów Pawła VI rola Sekretariatu Stanu cały czas rośnie i Praedicate Evangelium idzie w tym samym kierunku. Na czele Sekretariatu Stanu będzie mógł stać wyłącznie kardynał. To on będzie pośrednikiem między papieżem a dykasteriami.

Co ciekawe zarazem dokument zaznacza wielką rolę debat, konsultacji i spotkań. Problem w tym, że wszystko to będzie jedynie konsultacyjne. Ostatecznie realna władza będzie i tak poza dykasteriami.

Mówiąc krótko, dochodzi do bardzo silnej centralizacji władzy w samym Watykanie. Wszystko skupia się w rękach Ojca Świętego – i sekretarza stanu.

Jednocześnie, na innym poziomie, Praedicate Evangelium przewiduje decentralizację. Nakłada bowiem większą odpowiedzialność na biskupów diecezjalnych oraz na poszczególne Konferencje Episkopatu. Będą miały w większej mierze niż dziś kształtować życie Kościoła w swoich krajach, a co więcej – otrzymać mają także pewien autorytet doktrynalny.

To niezwykle, wręcz skrajnie kontrowersyjny punkt. „Idea posiadania autentycznego autorytetu doktrynalnego przez konferencje episkopatu jest bardzo niebezpieczna. Widzieliśmy już mnóstwo zamieszania wokół sprawy Komunii dla rozwodników w nowych związkach. I co teraz powiemy? Niemcy mogą decydować jak chcą poprzez głosowanie i to będzie autentycznym autorytetem nauczycielskim?” – mówi anonimowo cytowany przez CNA urzędnik kurialny.

„Jeżeli chcesz zobaczyć jedno autentyczne nauczanie w Niemczech, a drugie w Polsce, to tak to się właśnie osiągnie” – powiedział z kolei jeden z kurialnych arcybiskupów.

Aktualna wersja dokumentu została przesłana przewodniczącym episkopatów z całego świata, wyższym przełożonym zakonnym i innym czołowym katolickim przywódcom. W czerwcu papież spotkał się z sześcioosobową Radą Kardynałów, by omówić otrzymane ze świata odpowiedzi na projekt dokumentu. Jego ostateczna wersja może więc jeszcze ulec pewnym zmianom.

A zatem: w kwestiach „najważniejszych” (czym są – tego się nie precyzuje!) wielka centralizacja; w kwestiach „mniej ważnych” – decentralizacja. Praedicate Evangelium wciąż budzi wielkie wątpliwości. Jedno jest pewne: zmiany będą naprawdę duże. I trzeba się na przygotować, bo dotkną także Polski. Nie przez przypadek biskupi i kardynałowie komentujący praktyczne skutki reform podają ciągle ten sam przykład: różnic między Niemcami a Polską. Bo bitwa toczy się właśnie o model katolicyzmu – polskie przywiązanie do Tradycji i prawdy przeciw niemieckiemu idealizmowi i parciu ku protestantyzmowi.

fronda.pl/cna

No, dawajcie te wasze smoki!

No, dawajcie te wasze smoki!

Wysiłki, by nas, katolików i Polaków nastraszyć są dziś jak nigdy widoczne. Efekty mogą wydawać się czymś przerażającym, ale tak naprawdę momentami ocierają się o groteskę. Film dokumentalny braci S., który podniósł temperaturę wzajemnych publicznych oskarżeń w Polsce o kilkanaście stopni jest kolejnym straszakiem. Straszenie zawsze się opłaca, zawsze jest w cenie. Człowiek przestraszony nigdy nie będzie szczęśliwy. Nigdy nie będzie wolny.

Na jednej z karykatur G.K. Chesterton, został przedstawiony jako współczesny święty Jerzy, roześmiany i zacierający ręce: »No, dawajcie te wasze smoki!«. Jego smoki, rzecz jasna, miały charakter metaforyczny, wcieleniem każdego był jakiś światopogląd oparty na logicznych błędach, jakaś modna ideologia czy też po prostu mętniactwo intelektualne, typowe dla epoki (Jaga Rydzewska). Nasze smoki są nieodrodnym potomstwem tamtych, z czasów Chestertona. Mamy ich całą kolonię. Od swoich rodziców różnią się bezczelnością. Jeden z nich ujada właśnie z mściwą zaciekłością po pokazaniu demaskatorskiego dokumentu filmowego, chcąc nas przekonać, że film ten to wreszcie prawdziwy obraz tego, co zawsze kochaliśmy, szanowaliśmy, czemu wierzyliśmy, a co powinniśmy teraz odrzucić, wyśmiać i znienawidzić. Wyszydzić nas, że dajemy się tak głupio nabrać, to jego zadanie.

Obraz filmowy jest bardzo sugestywny. Wyolbrzymia to, co jest w rzeczywistości, bo wyodrębnia i siłą rzeczy przerysowuje. Obraz filmowy był zawsze uważany za najlepszy środek propagandy i nader często, niestety, propaganda mylona jest z „prawdą”. Propaganda ma zawsze na celu wytworzenie niechęci albo nawet nienawiści wobec kogoś, kto jest dla jej twórców niewygodny.

Matka Boża z Fatimy mówiła o „biednych grzesznikach”. Uczuciem, które wobec nich żywiła była litość. Nazywała jednak grzechy przeciwko czystości ich właściwym imieniem. Pokazała Hiacyncie piekło. I dodała, że najwięcej ludzi trafia tam właśnie z powodu tych grzechów. Ludzie wpadali do rozżarzonego oceanu ognia „jak deszcz”, jak relacjonowała mała Hiacynta. Kościół potwierdził objawienie, Hiacynta została kanonizowana, a jednak o sednie rzeczy zapominano – coraz mniej rozumiane jest ono właśnie tam, gdzie przesłanie fatimskie powinno być usłyszane w pierwszym rzędzie, w Rzymie. A także w siedzibach biskupich. Dlatego ten film tak bardzo przeraził dziś wielu ludzi w nich się znajdujących. A piekło powoli staje się symbolem, przenośnią, metaforą.

Kiedy uważamy seks tylko za coś niewinnego i naturalnego, skutek jest taki, że wszystko co niewinne i naturalne zostaje przesiąknięte i przeniknięte seksem. Albowiem seks nie może być traktowany na równi z innymi elementarnymi emocjami czy zachowaniami, takimi jak jedzenie czy spanie. Gdy tylko seks przestaje być sługą, staje się tyranem (G. K. Chesterton).

Zapomnienie o tym, ignorowanie faktu, że istnieje obiektywnie coś takiego jak nieczystość, która jest grzechem, i prowadzić może do najgorszych wynaturzeń i zbrodni, nie jest niczym innym jak samooszukiwaniem się człowieka. Samooszukiwaniu się w kwestiach grzechu sprzyja nie tylko dzisiejsza wyuzdana kultura – atakująca bez żadnych zewnętrznych przeszkód kilka już kolejnych pokoleń (nie oszczędzając ludzi młodych i dzieci) obrazami perwersji, wulgarności, zdrady, które nazywa się na przemian to „sztuką”, to „realizmem”, to „naturą”, a nawet „poezją” – ale także, a może przede wszystkim, płynące z „odnowy posoborowej” zapewnienie, że grzech jest czymś subiektywnym, nie obiektywnym, i w najmniejszym nawet stopniu nie może obrazić Boga. W jak innej kulturze żyliśmy jeszcze niedawno jako Polacy.

Religia protestancka, gdzie humanizm jest najszczytniejszą ideą i kresem możliwości człowieka, wkroczyła w czasach Soboru w postaci modernistycznej teologii do Kościoła. Jest ona karykaturą wiary katolickiej. Cywilizacyjne i moralne skutki tego faktu właśnie obserwujemy, także w Polsce; określa się je eufemistycznie mianem „skandalu”.

Tylko, co nowego ukazuje ten film? Czy naprawdę jest on odkrywczy? Czy rezultaty moralne przyjęcia religii humanistycznej nie były do przewidzenia; zawsze są przecież takie same? Wiara w człowieka to nic innego jak negowanie dogmatów wiary. Kłamstwem jest także sugerowanie, że zło seksualnego rozpasania i wynikających z niego nadużyć, które się tak powszechnie bagatelizuje miałoby dotykać tylko niektóre grupy społeczne, inne pozostawiając nienaruszone.

Dziś nasze oczy przestają dostrzegać zarówno dobro jak zło. Bo gdy jednego nie oddziela się od drugiego, dobro jak i zło stają się niewidzialne. I to jest naprawdę niebezpieczne. Protestantyzm, gdzie kwitnie kult zmysłów, gdzie cześć religijną oddaje się człowiekowi i jego chwiejnej woli, jego wciąż nowym zachciankom, wdzierający się od czasu ostatniego Soboru do Kościoła, jest tylko jeszcze jedną próbą, którą musi przejść Kościół, a wraz z nim, my, jego wierni. O tym jakoś jednak nie słuchać w komentarzach polskich hierarchów po ujawnieniu w filmowym dokumencie wstrząsających faktów. Mówi się w nich natomiast, że trzeba nasilić kontrolę, prosi się nawet o pomoc ludzi świeckich. A przecież kiedyś Kościół, realistycznie oceniający naturę ludzką, potrafił sam sobie radzić z tego rodzaju przestępstwami…*) Dziś słyszymy wieki lament. „Przyznajemy, że jako pasterze Kościoła nie uczyniliśmy wszystkiego, aby zapobiec krzywdom”, mówią polscy biskupi. To tak jakby ujawniali się, że traktują sami siebie jak firmę ochroniarską, której zadaniem jest roztoczenie kontroli nad bezpieczeństwem swoich owieczek. Brzmi to doprawdy żałośnie. I jest zarazem oddaniem pokłonu wobec potęgi masowej kultury. Gdyby nie ten film, wszyscy spaliby spokojnie. „Film, przyjmując perspektywę pokrzywdzonych, uświadomił nam wszystkim ogrom ich cierpienia”, piszą hierarchowie w komunikacie KKE. I zapewniają o swoim „rozczarowaniu” i „oburzeniu”. Tak, jakby się przed chwilą obudzili i przecierając oczy zobaczyli, że świat nie jest taki piękny i dobry jak im się wydawało, że bywa brzydki i odpychający, że człowiek na tym świecie, także i przedstawiciel stanu duchownego, potrafi przejawiać pewne przykre cechy, a nawet być dewiantem i okrutnikiem. Stąd zapewne to nieprzyjemne rozczarowanie. Bardzo współczujemy.**)

A przecież świat się nie zmienił, człowiek się nie zmienił – od czasu gdy pewien gad wślizgnął się po pniu drzewa na gałęzie i spoglądając spomiędzy nich świdrującymi ślepiami zadał pytanie istocie ludzkiej: „Naprawdę wierzysz, że Bóg jest dobry? Że niczego przed tobą nie ukrywa? Naprawdę?…” Od czasu, gdy człowiek zwątpił w Boga i sam chciał Go zastąpić – Wszechmogącego… I zamiast spoglądać na Boga zaczął odtąd patrzeć w swoje wykrzywione strachem i zgrozą oblicze.

Pierwsi rodzice dali się zastraszyć! I utracili przyjaźń Boga… Dzisiaj mamy nową wykładnię nauki o grzechu; od czasu Soboru słyszymy coraz częściej, że także grzech pierworodny, owe pełne lęku i pychy odwrócenie się od Stwórcy, nie było niczym wielkim. Było zupełną błahostką. Chrystus nie musiał umierać, by przebłagać Boga za czyn człowieka! Wyparcie się Boga w Raju nie spowodowało katastrofy człowieka. Dlatego śmierć Chrystusa nie miała wcale charakteru odkupieńczego. Syn Boży poprzez swoje wcielenie rzekomo „zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem”, i to zupełnie wystarczyło. Bardzo taka koncepcja odpowiada wyznawcom judaizmu. Skoro krzyż został odrzucony, grzech pierworodny zlekceważony, to i piekło musi być puste. Film pokazuje ludzi, którzy w to naprawdę wierzą.

Rosja się nawróci!

Ciekawe, że w Fatimie nie było mowy o masonach, o Żydach, o Niemcach (a nawet o Amerykanach, którzy z pewnością są apokaliptyczną Bestią, zdaniem niejednego gorliwego prawicowca) – ale o Rosji. Nawrócić ma się Rosja. To z powodu Rosji dzieje się na całym świecie tak wiele zła i niesprawiedliwości. I nie chodziło tylko o Rosję sowiecka, która wtedy jeszcze nie istniała. Tak powiedziała Matka Najświętsza. Tryumf Niepokalanego Serca Maryi będzie więc związany z nawróceniem się Rosji. Będzie ono znakiem tego tryumfu Pani Fatimskiej.

Czy nasi Pasterze coś na ten temat mówią? Wydaje się, że wielu z nich wcale nie kojarzy pojęcia Rosji z zagrożeniem cywilizacji łacińskiej, że łatwo biorą za dobrą monetę dzisiejszą popularną – szczególnie w mediach katolickich – narrację, że to właśnie Zachód jest kolebką wszelkich chorób moralnych, zagrożeń i całego kłamstwa. Historia kontynentu, łącznie z tą najnowszą, z rokiem 1920, rokiem 1936 w Hiszpanii, 17 września 1939 w Polsce i z wszystkimi latami sowieckiego koszmaru w Europie Środkowo-Wschodniej, szybko została zapomniana.

Czy tak trudno zgadnąć, dlaczego prominentna część Żydów jednoczy się dziś przeciwko Polakom – współofiarom niemieckiej agresji – z Niemcami i Rosją? I na jakich zasadach opiera się tego rodzaju solidarność? Gładko przełyka się dziś fakt, że mówienie o winie Niemców wobec Polaków za zbrodnie wojenne stało się sprawą wstydliwą i w złym tonie; jako wciąż aktualny temat pozostała tylko totalna wina „antysemityzmu”… Czy na te pytania naprawdę tak trudno odpowiedzieć?

Jeżeli ktoś uważa, że wiary w Chrystusa i Jego Kościół już na świecie nie ma, po przyjeździe do Polski zmienia zdanie. Kościół Katolicki to jedyne, co broni człowieka przed poniżającą niewolą, jaką jest bycie typowym dzieckiem swoich czasów. (G.K. Chesterton). Ta niewola w naszym kraju jeszcze nie całkiem zapanowała. Jeszcze oddychamy swobodnie. To jest prawdziwy problem, prawdziwe zmartwienie naszych sąsiadów i ich politycznych sojuszników.

Żydzi bywają jak eugenicy – dążą do „poprawiania” wszystkiego, a przede wszystkim katolicyzmu. Nie wierzą niczemu, ignorują racje zdrowego rozsądku czyli tomistycznych rozróżnień, są podejrzliwi wobec wszystkich. Przypominają współczesnego rzecznika prasowego, „który nic nie może zrobić dobrze, bo nie może się przyznać, że kiedykolwiek zrobił coś źle” (sztuczki językowe, erystyka, semantyczne eksperymenty bywają specjalnością ludzi szczególnie wpływowych – w kulturze, mediach, polityce). …współcześni imperialiści wierzą że tak przyszłość jest nieunikniona, jak przeszłość jest nieodwołalna, mówi Chesterton w Eugenice… . Być deterministą i wierzyć jedynie w możliwość udoskonalenia natury człowieka, by powstał idealny człowiek jako ukoronowanie kosmicznej ewolucji, jest łatwo, o wiele za łatwo jak na intelektualne możliwości naszych przyjaciół z nad Morza Martwego. A jednak… Może dlatego tak wielu z nich uważa, że droga obrana przez Niemcy w pierwszej połowie XX wieku n i e m o g ł a być w gruncie rzeczy drogą złą, bo opierała się na zdobyczach nauki i oświecenia umysłowego, na przekór katolickiemu obskurantyzmowi? Ci, którzy od Niemców ucierpieli najwięcej, dziś więc de facto stają po ich stronie – przeciwko naszemu krajowi, gdzie wierzy się w prawdziwego Boga, nie w boga postępu. Oto paradoks historii.

Czy jest w Polsce wielu polityków i działaczy partyjnych – oprócz ludzi Prawa i Sprawiedliwości – których diagnoza sytuacji wokół naszego kraju jest podobna? Których wizja rzeczywistych zagrożeń państwa jest równie klarowana, a wnioski wyciągane służą społeczeństwu, są zdecydowaną reakcją mężów stanu na polityczną hucpę? Czy tak trudno zauważyć, że politycy Prawa i Sprawiedliwości działają w duchu prawdy katolickiej, która nie akceptuje relatywizmu? Czy biskupi polscy potrafią zauważyć różnicę między nimi a politykami innych grup? Czy widzą jej inne, nie tylko humanitarne, czy socjologiczne źródła?

Polacy ze względu za swoją rycerskość byli już w czasach Chestertona wyjątkami w Europie, podobnie jak Irlandczycy, i pisarz często to podkreślał. A były to czasy, gdy Pius XI w encyklice Quas primas opisał nadprzyrodzony ład społeczny, którego respektowanie i chronienie jest obowiązkiem katolika, zwłaszcza katolickiego polityka. Otwarcie też podkreślał, że odrzucenie naszego Pana Jezusa Chrystusa, prawdziwego Mesjasza przez Jego własny naród oraz nieugięta opozycja tego narodu względem Niego są fundamentalnym źródłem chaosu i konfliktów w świecie (ks. Denis Fahey). Mamy więc odpowiedź, dlaczego Rosja, Niemcy i Żydzi potrafią działać razem przeciwko Polsce; jest im tak najwyraźniej po drodze.

Kościół nie może iść z duchem czasów – z tego prostego powodu, że duch czasów donikąd nie idzie. Kościół może co najwyżej ugrzęznąć w bagnie razem z duchem czasów, by razem z nim cuchnąć i gnić, mówił Chesterton. Wniosek jest zawsze ten sam: jedynym naprawdę wielkim złem, nieproporcjonalnym wobec każdego innego zła, jest grzech. Zapominanie o tym zaś jest więcej niż złem, jest głupotą. Jest zdradą Kościoła. I wyparciem się cywilizacji.

Ale przerażenie, lament, narzekanie jest chyba jeszcze czymś gorszym. Jest bowiem negowaniem Boga przez jego stworzenie. W 1901 roku Chesterton, człowiek, który dużo widział i nigdy się nie gorszył, ale zawsze się zastanawiał, pisał w jednym z artykułów: W naszych czasach bluźnierstwo stało się już wyświechtane (…) Profanacja jest czymś więcej niż efektem – jest konwencją (…) W oczach przeciętnego człowieka, nasz świat jest zagubiony niczym Eden i pogrążony nisko na dnie niczym Atlantyda. Od zarania ludzkich dziejów zachodzi przedziwna prawidłowość: człowiek nigdy nie doceniał własnego otoczenia, własnego szczęścia ani własnej osoby. (…) Dziwne, że tylu naprawdę uduchowionych ludzi, jak choćby generał Gordon, spędzało godziny całe zastanawiając się nad dokładną lokalizacją rajskiego ogrodu. Najbardziej prawdopodobne jest, że nadal żyjemy w rajskim ogrodzie. Tylko nasze oczy się zmieniły.

Zaiste, wywrotowa to myśl! Niebezpieczna dla całej niemal współczesnej kultury! Kultury, która chce nas porazić swoim mrokiem. Kultura, z jaką mamy do czynienia, ten preparat ideologii antychrześcijańskiej, jest de facto czymś antyludzkim. Cała ta duszna atmosfera apologii zła, śmierci i grzechu, wynoszona i wychwalana przez tłum urzeczonych, olśnionych, zafascynowanych, słowem dobrze opłacanych chwalców, jest kulturą barbarzyńców. W czasach wielkości naszego kontynentu, w czasach katedr kultura była jego chwałą. I ona zbliżała do Boga innowierców i pogan.

Dokąd sami ludzie Kościoła będą siebie uważali za pracowników wielkiej firmy ochroniarskiej i zamiast modlić się do Boga i szerzyć Jego kult, dbać, by był jak najgodniej sprawowany, będą zabiegać o odpowiednią ilość kamizelek kuloodpornych, hełmów i pałek, dotąd każdy krytycznie myślący młody człowiek będzie sądził, że Kościół jest czymś nudnym, choć bywa zabawny.

Czemu tak często uważamy, że to co naturalne, jest ważniejsze od tego, co ponadnaturalne? Nie, nie jest ważniejsze! I dokąd człowiek będzie człowiekiem, nie będzie w stanie, tak naprawdę w to uwierzyć.

Warto uważać na wszystkie filmy – artykuły, piosenki, plakaty, reklamy, szyldy, nagłówki, tweety, powieści, sztuki teatralne – które mówią coś dokładnie przeciwnego; na cały ten smoczy dorobek.

Ewa Polak – Pałkiewicz

_____

Nieopisane w tekście cytaty: Gilbert K. Chesterton [za: Jaga Rydzewska: Chesterton. Dzieło i myśl, Komorów]

*) Warto przeczytać: http://przedsoborowy.blogspot.com/

**) Zgoła inne spojrzenie na ten temat zaprezentował kard. Josef Ratzinger, były papież Benedykt XVI. Zachęcam do zapoznania się z tekstem:

List Czytelnika

(…) dziękuję ze nowy tekst, klarowny i przejrzysty. Dobrze wskazuje Pani przyczyny. Biskupi niczego nie zdziałają wprowadzając „procedury”. Zresztą wygląda to tym żałośniej, bo przypomina korporacyjne zarządzanie kryzysem i nie ma nic wspólnego z chrześcijańskim zmierzeniem się z upadkiem, raczej jest tuszowaniem zbrodni, by uniknąć odpowiedzialności, w tym finansowej.

Moim zdaniem to upadek autorytetu biskupów, którzy będą musieli się poddać teraz komisji „pogan”. To przypomina wprost historię Izraela, którego Bóg karał ościennymi, ergo pogańskimi narodami, żeby dokonać oczyszczenia narodu wybranego. Trafnie oznacza Pani również błędne koło myślenia o pedofilii niekoniecznie w kategoriach grzechu (contram Fatima) a na pewno nie takiego, który prowadzi do piekła – które albo jest puste (apokatastaza wskrzeszona w latach 70-tych) albo ze względu na miłosierdzie Boże – nikt tam nie trafia. Zapomina się często, i tu również trafnie to Pani sygnalizuje, że oskarżenie człowieka z racji grzechu, było i jest oskarżeniem Boga, który stworzenie uczynił niezdolnym do przemiany i nawrócenia. W tym właśnie tkwi sedno nauki protestanckiej: nieodwracalne zepsucie natury ludzkiej (Luter) otwiera drogę do utraty znaczenia grzechu, a przez to ludzkiej odpowiedzialności. Echa tego słychać zewsząd w Kościele, papież Franciszek mówi o (nieosiągalnym) ideale małżeństwa, a grzech kolejnego związku (współżycia) jest konieczny do zachowania spoistości związku (sic!). Dobrze pokazuje też Pani tło rozumienia seksu jako meta-kategorii. Seks, czy może jednak bardziej po katolicku: współżycie (co zawsze wskazuje na więź) w nauczaniu przedsoborowym było lekarstwem na pożądliwość i podporządkowany był celowi głównemu, jakim jest prokreacja (mylona z przymusem). W tym tkwi źródło Pani cytatu: „Gdy tylko seks przestaje być sługą, staje się tyranem”.

Dziś w Kościele mamy o. Knotza który błogosławi seks, i walczy z dawną katolicką pruderią. Nie widząc przyczyn nie możemy leczyć skutków. Można to jeszcze rozszerzyć na kolejne zaślepienie: homoseksualizm, który poprzez wprowadzenie do języka Kościoła w formie „orientacji” ( a ostatnio na synodzie dla młodzieży pojęcia LGBT) – oznaczać będzie stopniową akceptację (nie da się zakazać czynów homoseksualnych skoro istnieje orientacja – czyli wrodzona skłonność). Podsumowując: Kościół który nie uzna na powrót grzechu jako tego co oddziela od Boga i prowadzi do piekła, które istnieje – nie uleczy żadnej rany w sobie i nie będzie miał nic do zaproponowania światu, tak Kościół nie może iść z duchem czasu. Kto ma jednak dzisiaj siłę by tę prawdę podnieść? Myślę, że właściwym jest zdanie B XVI sprzed kilku tygodni: przyczyną jest utrata wiary w Boga. I to jest najgłębszy skutek soboru: nie przybliżył nam Boga, tylko ulepiliśmy go sobie w formie cielca. Czas potłuc tablice i zacząć wszystko od początku.

Wojciech Miotke

26 maja 2019

WikiLeaks: Kaczyński w 2009 zobowiązał się do zapłaty roszczeń: „Decyzja już zapadła”

-Prawo będzie przyjęte. Decyzja już zapadła. Nikt wpływowy w polskiej polityce nie będzie tego kwestionował. To jedynie kwestia czasu – powiedział Jarosław Kaczyński na tajnym spotkaniu z ówczesnym ambasadorem USA w Polsce Victorem Ashem.

Nasz portal dotarł do notatki ze spotkania Kaczyński – Ash z 12 stycznia 2009 roku ujawnionej przez WikiLeaks. Treść notatki wskazuje, że klasa polityczna III RP jest całkowicie zgodna ws. żydowskich roszczeń majątkowych.

Dokument ujawniony przez WikiLeaks to raport ze spotkania w Warszawie Jarosława Kaczyńskiego z Victorem Ashem. Raport zawiera wiele wątku, a jest wśród nich także ten dotyczący restytucji mienia żydowskiego.

Poniżej prezentujemy cały ten fragment.

RESTYTUCJA MIENIA PRYWATNEGO

7. (C) Odpowiadając na pytanie, Kaczyński powiedział, że jest „przekonany”, iż Sejm uchwali przepisy prawa, dotyczące rekompensat za konfiskaty II wojny światowej i ery komunizmu. Dodał: „Prawo będzie przyjęte. Decyzja już zapadła. Nikt wpływowy w polskiej polityce nie będzie tego kwestionował. To jedynie kwestia czasu.” Wyjaśnił też, że jeśli notowania akcji spadną, rząd RP nie będzie w stanie wygenerować odpowiednich funduszy, pochodzących z prywatyzacji dużych przedsiębiorstw państwowych. Głośno rozważał czy dwudziestoprocentowa rekompensata, przewidziana przez obecnie obowiązujące przepisy prawa, będzie satysfakcjonującą odpowiedzią. Zauważył, że jako premier spotykał się z szeroką gamą opinii ze strony zaangażowanych środowisk żydowskich. Kaczyński powiedział także, że byłoby lepiej, gdyby porozumienie z organizacjami żydowskimi zostało osiągnięte przed uchwaleniem prawa, ale przyznał, że może to potrwać od dwóch do trzech lat.

11 maja w Warszawie środowiska patriotyczne organizują marsz przeciw roszczeniom pod hasłem: „STOP 447”. Będzie to manifestacja przeciw ustawie w sprawie zwrotu mienia ofiar Holokaustu. W maju zeszłego roku przyjął ją prezydent USA Donald Trump. Manifestację organizuje stowarzyszenie Marsz Niepodległości.

ŹRÓDŁO: WIKILEAKS

Za: medianarodowe.com (10-05-2019)

[UJAWNIAMY] Pełna treść raportu z rozmowy Kaczyński – Ash

SPOTKANIE BYŁEGO PREMIERA RP, JAROSŁAWA KACZYŃSKIEGO,

Z AMBASADOREM USA (VIKTOREM ASHE – przyp. tłum.)

Źródło: Wikileaks

(https://wikileaks.org/plusd/cables/09WARSAW33_a.html)

DATA SPOTKANIA: Poniedziałek 12 stycznia 2009, 16:57

IDENTYFIKATOR KANONICZNY: 09WARSAW33_a

ORYGINALNA KLASYFIKACJA: Poufne

OBECNA KLASYFIKACJA: Poufne

OGRANICZENIA DOSTĘPU: Nie przypisane

LICZBA ZNAKÓW (w oryginale – przyp. tłum.): 8046

PORZĄDEK: Nie przypisany

LOKALIZACJA: Tekst online

TAGI: ECON – SPRAWY EKONOMICZNE — WARUNKI EKONOMICZNE, TRENDY I POTENCJAŁ / PGOV – SPRAWY POLITYCZNE — RZĄD, STOSUNKI MIĘDZYRZĄDOWE / PHUM – SPRAWY POLITYCZNE — PRAWA CZŁOWIEKA / PL – POLSKA / PREL – SPRAWY POLITYCZNE — POLITYKA ZEWNĘTRZNA

ZAŁĄCZNIK: Nie przypisany

TYP: TE – telegram

OZNACZENIA: Nie przypisane

OD: Polska, Warszawa

DO: ADRESAT GRUPOWY EUROPEJSKI KOLEKTYW POLITYCZNY, SEKRETARZ STANU

DOKUMENTY POWIĄZANE LUB INNE DOKUMENTY O TYM SAMYM IDENTYFIKATORZE: 09WARSAW339_a (link: https://wikileaks.org/plusd/cables/09WARSAW339_a.html)

1. PODSUMOWANIE:

Dnia 9 stycznia (2009 – przyp. tłum.), podczas spotkania z ambasadorem, przygaszony i refleksyjny Jarosław Kaczyński – były premier i aktualny przewodniczący partii opozycyjnej, Prawo i Sprawiedliwość (PiS) – scharakteryzował porozumienie o partnerstwie pomiędzy USA a Gruzją jako ważny krok, ze względu na niepewną sytuację polityczną Gruzji.

Kaczyński wyraził zaniepokojenie mało stanowczym charakterem odpowiedzi Unii Europejskiej, skierowanej do odradzającej się Rosji. Zauważył także, iż wysiłki premiera Tuska, zmierzające do zaangażowania Rosji i Niemiec, nie przyniosły dotąd żadnego rezultatu. Odnośnie sporu o gaz pomiędzy Rosją i Ukrainą stwierdził, że „Polska nie miałaby w ogóle gazu” gdyby gazociąg Nordstream obecnie działał.

Kaczyński wydawał się pewny szans jego partii na powrót do władzy, dodając, iż PiS przyswoiło sobie cenne lekcje. Stwierdził także, iż jest „pewien”, że Sejm w ciągu następnych dwóch lub trzech lat uchwali przepisy prawa, dotyczące rekompensat za konfiskaty wojenne i okresu komunistycznego. KONIEC PODSUMOWANIA.

2. (C) Ambasador zauważył, że rok 2009 jest rokiem ważnych rocznic, takich jak 90. rocznica polsko-amerykańskich relacji dyplomatycznych, 70. rocznica wybuchu II wojny światowej, 50. rocznica powstania Polsko-Amerykańskiej Komisji Fulbrighta i 20. rocznica upadku komunizmu. Kaczyński powiedział, że program wymiany naukowej Fulbrighta był istotny, gdyż dawał polskim naukowcom i intelektualistom dostęp do myśli Zachodu. Dodał, że promotorem jego własnej pracy doktorskiej był stypendysta Fulbrighta. Wyraził wdzięczność za stałe wsparcie płynące ze strony USA w czasie trudnych lat komunistycznego reżimu oraz nadzieję, że prezydent elekt Obama odwiedzi Polskę w 2009 roku.

OBAWY DOTYCZĄCE ROSJI

3. (C) Kaczyński zapytał o status planów USA związanych z podpisaniem dwustronnego porozumienia z Gruzją. Powiedział, że nawet jeśli okaże się ono jedynie rozwiązaniem tymczasowym, porozumienie to jest wciąż ważnym krokiem do uregulowania niepewnej sytuacji Gruzji. Wskazał na potrzebę okazania dwustronnego wsparcia, a to w szczególności w związku z brakiem poparcia wewnątrz NATO co do wstąpienia Gruzji w jego szeregi oraz wobec zawieszenia przez Unię Europejską niektórych jej działań na terytorium tego kraju. Kaczyński powiedział, że rosyjska polityka dotycząca Gruzji i Ukrainy jest dla wszystkich wyraźnie widoczna. Podkreślił wagę utrzymania silnej pozycji NATO i wyraził zaniepokojenie, że „słabnąca pozycja” Unii Europejskiej w stosunku do Rosji wkrótce postawi Polskę w niewygodnym położeniu. „Chcemy by Unia Europejska była silna, ale wolelibyśmy, by miała nieco inną strukturę.” – powiedział.

4. (C) Kaczyński powiedział, że wybory prezydenta elekta Obamy, dotyczące obsadzenia najwyższych stanowisk bezpieczeństwa narodowego, rozproszyły jego obawy, jakkolwiek dodał, że pewne sformułowania kampanii wyborczej w rzeczy samej „budziły pewne wątpliwości”. Powiedział także, że „Obecnie jest już jasne, że polityka nowej administracji będzie mieścić się w granicach <>” Wedle jego słów, niedawne wydarzenia w rosyjskiej polityce zagranicznej dowiodły zasadności wysiłków jego rządu, zmierzających do umocnienia relacji polsko-amerykańskich. „Byliśmy pewni naszej polityki co Rosji i Niemiec – i mieliśmy rację” dodał. Dla kontrastu, wysiłki premiera Tuska, ukierunkowane na zaangażowanie Rosji i Niemiec „nie przyniosły żadnych pozytywnych rezultatów”. Kaczyński skrytykował także „politykę historyczną” Tuska w odniesieniu do Niemiec. Cicho dodał, że gdyby gazociąg Nordstream obecnie działał, „Polska nie miałaby w ogóle gazu.”

OBRONA PRZECIWRAKIETOWA

5. (C) Globalny kryzys ekonomiczny sprawił, że sytuacja obrony przeciwrakietowej stała się „bardziej skomplikowana”, powiedział Kaczyński, dodając, że jego brat bliźniak, prezydent Lech Kaczyński był „zaniepokojony brakiem pewności” w rozmowach z prezydentem elektem Obamą. Kaczyński powiedział ambasadorowi, że jego rząd miał ambitne plany zakupu technologii przeciwlotniczych i przeciwrakietowych od USA. „W związku z silną pozycją złotówki, to, co zamierzaliśmy zakupić, dalece wykraczało poza postanowienia umowy. Cena była wysoka, ale nasze szacunki wskazywały, że było nas stać.” Podkreślając, iż „w polityce wszystko jest możliwe” Kaczyński zasugerował, że w przypadku powrotu do władzy, przyszły rząd PiS będzie dążył do sfinalizowania planu tego kosztownego zakupu.

POLITYKA WEWNĘTRZNA

6. (C) Kaczyński stwierdził, że polityka rządu Tuska była „zasadniczo identyczna” z polityką jego własnego rządu, lecz jest inaczej przedstawiana przez media. „Ataki na nas (PiS) były kompletnie bezpodstawne. Mimo to, nauczyliśmy się wartościowych lekcji, które nas poprowadzą dalej”. Powiedział także, że PiS niemal ukończył pracę nad nowym programem partyjnym, który ma zostać ogłoszony jeszcze w tym miesiącu, podczas partyjnego kongresu PiS w Nowej Hucie. Potwierdził, że nowy program skupi się w dużej mierze na kwestii globalnego kryzysu ekonomicznego. (Notabene, 9 stycznia PiS zaprezentował w Sejmie pakiet antykryzysowy; główne jego punkty odbejmowały wzrot wydatków na najbiedniejszych, niższy podatek VAT na artykuły żywnościowe, lepsze wykorzystanie funduszy unijnych oraz wsparcie rządowe dla sektora mieszkaniowego). Kaczyński dodał także, że podczas wizyt w Korei Południowej, Mongolii, Japonii i w Kazachstanie prezydent Lech Kaczyński usłyszał pesymistyczne raporty. Kaczyński wyraził ulgę, że kryzys ekonomiczny nie uderzył w Polskę zbyt mocno.

RESTYTUCJA MIENIA PRYWATNEGO

7. (C) Odpowiadając na pytanie, Kaczyński powiedział, że jest „przekonany”, iż Sejm uchwali przepisy prawa, dotyczące rekompensat za konfiskaty II wojny światowej i ery komunizmu. Dodał: „Prawo będzie przyjęte. Decyzja już zapadła. Nikt wpływowy w polskiej polityce nie będzie tego kwestionował. To jedynie kwestia czasu.” Wyjaśnił też, że jeśli notowania akcji spadną, rząd RP nie będzie w stanie wygenerować odpowiednich funduszy, pochodzących z prywatyzacji dużych przedsiębiorstw państwowych. Głośno rozważał czy dwudziestoprocentowa rekompensata, przewidziana przez obecnie obowiązujące przepisy prawa, będzie satysfakcjonującą odpowiedzią. Zauważył, że jako premier spotykał się z szeroką gamą opinii ze strony zaangażowanych środowisk żydowskich. Kaczyński powiedział także, że byłoby lepiej, gdyby porozumienie z organizacjami żydowskimi zostało osiągnięte przed uchwaleniem prawa, ale przyznał, że może to potrwać od dwóch do trzech lat.

KRYZYS W GAZIE

8. (C) Gdy spotkanie miało się ku końcowi, Kaczyński wyraził zaniepokojenie sytuacją w Gazie i retorycznie zapytał jaki cel Izrael chce docelowo osiągnąć. Odpowiedź Izraela opisał jako „dość drastyczną” i zauważył, iż zaogniła ona nastroje w świecie arabskim. Zwrócił także uwagę na fakt istnienia w okupowanej Warszawie rozległej sieci tuneli. Wówczas, nawet dysponując 50 tysiącami wojska i policji (i bez żadnych ograniczeń co do stosowania represji i masowych mordów) naziści nie byli w stanie zapobiec budowie tuneli. „Wszelkie izraelskie próby powstrzymania Hamas przed budową tuneli są skazane na porażkę. Obserwujemy ten konflikt z bardzo dużym zaniepokojeniem.”

KOMENTARZ

9. (C) W ponad rok po porażce PiS w przedterminowych wyborach z listopada 2007, w sondażach popularności politycznej Kaczyński jest konsekwentnie oceniany jako jeden z najmniej popularnych i godnych zaufania polityków. Komentatorzy prawicowi wezwali go do rezygnacji z funkcji prezesa partii, twierdząc, iż powstrzymywał on PiS przed unowocześnieniem. Pod koniec minionego roku Kaczyński podobno usunął się w cień, aby skupić się na pracy nad nowym programem partyjnym.

Podczas spotkania z ambasadorem, Kaczyński emanował spokojną pewnością siebie, w szczególności odnośnie perspektyw PiS na powrót do władzy. W kontraście do swego płomiennego wystąpienia przeciwko polityce ekonomicznej premiera Tuska, które zaledwie kilka godzin wcześniej z sali obrad Sejmu nadała telewizja, Kaczyński mówił cicho (do tego stopnia, że jego tłumacz miał problemy z usłyszeniem jego słów) i był refleksyjny. Gdy słuchał, jego wzrok często błądził w przestrzeni, a on sam unikał kontaktu wzrokowego. ASHE*

(*Victor Ashe, ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce w latach 2004-2009 – przyp. tłum.)

Za: medianarodowe.com (10-05-2019)

Pożar katedry Notre Dame w Paryżu

Pożar katedry Notre Dame w Paryżu

Errata do wiersza „Zmartwychwstanie”

Trudno pominąć milczeniem tragiczny, dramatyczny w skutkach i swej wymowie, pożar katedry Notre Dame w Paryżu, który wybuchł kilka dni po napisaniu tego okolicznościowego wiersza „Zmartwychwstanie”.
Jego motyw, jakim jest odwalony kamień grobowca, świadczący o zmartwychwstaniu Pana Jezusa,
jak też nasze kamienie, będące naszym codziennym zmartwychwstawaniem w Bogu dla budowania potrzebnych obecnie szańców naszej wiary oraz dynamika, wynikająca z odpowiedzi Chrystusa na żądania faryzeuszy, żeby zmusił do milczenia wiernych Bogu i Jego odpowiedź – „Jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą”.
Widać dzisiaj, że to nie mógł być przypadek, że ten dramatyczny pożar, który rozgrywał się na naszych oczach, także był uzależniony od potężnych, solidnych, średniowiecznych murów, wykonanych z kamienia. Właśnie, i tu kamień, już nie w ujęciu metaforycznym, ale konkretnie, przyczynia się do uratowania świątyni, jest sprzymierzeńcem dzielnych strażaków,stanowił o sile tej starej i ważnej dla nas świątyni. Kamienie katedry, przez stulecia nasiąkały modlitwami do Boga, dymem kadzideł, były niemym świadkiem naszych losów, aż przyszło im dzisiaj dać głos, w imię naszej wiary,jako zwieńczenie Wielkiego Tygodnia Zmartwychwstania.
I jeśli to był szatański pomysł,żeby w Wielkim Tygodniu pożar strawił Katedrę, to musiał się zawieść, z pomocą Boską udało się ją uratować i może ona jeszcze przysłużyć się do wyrwania z jego szpon laicyzującą się Francję i Europę.
Tak, te kamienie dzisiaj do nas przemówiły, i mogą stać się fundamentem odnowy Kościoła, odnowy dla Boga, jak ten pierwszy kamień odwalony rekami Pana Jezusa.
I nic nie będzie z tryumfu szatana,przywołane kilka dni temu kamienie użyte w sensie merytorycznym,już dzisiaj spełniły swoje zadanie,uratowały /oczywiście z pomocą ofiarnych strażaków/ten bezcenny zabytek,który – miejmy taką nadzieję – stanie się zarzewiem odnowy wiary,wbrew zamysłom szatana.

Faryzeusze naszych czasów również niepokoją się jak tłumy serc ogłaszają Chrystusa królem.
Domagają się zamilknięcia w kwestiach wiary i moralności.
Żądają wyznawania wiary w domu i po cichu.
Chcą wyprzeć oznaki wiary z życia publicznego.
Wyrzucić drażniące ich słowa, gesty czy symbole religijne.
Zmusić do milczenia wiernych Bogu.
Usunąć Boga do kąta…

Także dziś donośnym głosem brzmi faryzejskie żądanie:
„Nauczycielu, zabroń tego swoim uczniom!”

Odpowiedź Chrystusa przeszywa niejedno faryzejskie serce:
Jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą.
Nieme kamienie przemówią!
I PRZEMÓWIŁY !!! – uratowały Katedrę, wbrew zamysłom szatana i jego dzieci.
Wesołych Świąt – ALLELUJA !!!
Marian Retelski – Wielkanoc 2019

ZMARTWYCHWSTANIE

Dzisiaj na szańcach naszej wiary
Potrzeba jest dużo kamieni, coraz więcej,
I tego, który Jezus odwalił, znacząc go
Stygmatem swojego Boskiego majestatu,
Oraz tych, wydobytych przez nas z ukrycia,
Będących wynikiem naszego zmartwychwstawania w Bogu.
Jezus nie wyparł się swego człowieczeństwa,
Lecz dał nam świadectwo swą męczeńską śmiercią,
Umierając za nasze grzechy na krzyżu,
Dla naszego zbawienia !
Odwalając kamień, dał nam drugie świadectwo,
Boskiej mocy swego zmartwychwstania.
A tego, szatan i jego dzieci, boją się najbardziej,
Chcąc zawładnąć naszym światem,
Prowadzą nas na manowce, dbając o to,
Abyśmy nie wzięli odważnie do ręki tych kamieni
I stanęli do walki, w imię naszego prawa,
Do miłości, prawdy i piękna !
Szatan boi się, aby odwalony kamień
Nie stał się kamieniem milowym
Na naszej drodze do Boga.
Nie możemy sobie na to pozwolić – w swej opieszałości,
Aby dopuścić do tego, że w naszej obronie,
Tylko kamienie wołać będą,
A nam pozostanie tylko ten jeden, jedyny -
Jezusa Zmartwychwstałego.

Warszawa – na Wielkanoc 2019 roku.
Marian Retelski

zmartwychwstanieZMARTWYCHWSTANIE

Dzisiaj na szańcach naszej wiary
Potrzeba jest dużo kamieni, coraz więcej,
I tego, który Jezus odwalił, znacząc go
Stygmatem swojego Boskiego majestatu,
Oraz tych, wydobytych przez nas z ukrycia,
Będących wynikiem naszego zmartwychwstawania w Bogu.
Jezus nie wyparł się swego człowieczeństwa,
Lecz dał nam świadectwo swą męczeńską śmiercią,
Umierając za nasze grzechy na krzyżu,
Dla naszego zbawienia !
Odwalając zaś kamień, dał nam drugie świadectwo,
Boskiej mocy swego zmartwychwstania.
A tego, szatan i jego dzieci, boją się najbardziej,
Chcąc zawładnąć naszym światem,
Prowadzą nas na manowce, dbając o to,
Abyśmy nie wzięli wreszcie do ręki tych kamieni
I nie stanęli do walki, w imię naszego prawa,
Do miłości, prawdy i piękna !
Szatan boi się też, aby odwalony kamień
Nie stał się kamieniem milowym
Na naszej drodze do Boga.
Nie możemy sobie na to pozwolić – w swej opieszałości,
Aby dopuścić do tego, że w naszej obronie,
Tylko kamienie wołać będą,
A nam pozostanie tylko ten jeden, jedyny -
Jezusa Zmartwychwstałego.

Na Wielkanoc 2019 roku.
Marian Retelski

O rewolucji seksualnej, homolobby i odejściu od Tradycji. Benedykt XVI o przyczynach kryzysu Kościoła [PEŁNY TEKST PO POLSKU]

Amerykańska stacja EWTN opublikowała angielską wersję listu autorstwa Benedykta XVI, w którym obszernie przedstawia podstawy kryzysu, jaki dotknął Kościół w sferze seksualnej. Zdaniem papieża emeryta, do przyczyn obecnych skandali zaliczyć należy m.in. odrzucenie tradycji na rzecz „nowocześnie pojmowanego Kościoła” czy idee seksualnej rewolucji lat ’60, które przeniknęły w struktury Kościoła. Benedykt XVI wskazuje także na problem homoseksualnych sieci, które zawiązały się w części seminariów. Portal PCh24.pl w całości przetłumaczył list na język polski. Oto jego treść:

Od 21 lutego do 24 lutego na zaproszenie papieża Franciszka przewodniczący konferencji biskupów świata zebrali się w Watykanie, by przedyskutować obecny kryzys wiary i Kościoła; kryzys doświadczany na całym świecie po szokujących doniesieniach o nadużyciach popełnianych przez duchownych w stosunku do nieletnich.

Skala i powaga nagłośnionych incydentów głęboko zmartwiła księży, jak również świeckich i spowodowała, że niejeden człowiek poddał w wątpliwość samą wiarę Kościoła. Koniecznością było wysłanie mocnego przesłania i znalezienie nowego początku, by na nowo uczynić Kościół naprawdę wiarygodnym jako światło wśród narodów i siłę w służbie przeciwko siłom zniszczenia.

Ponieważ sam służyłem na odpowiedzialnym stanowisku jako pasterz Kościoła w czasie publicznego wystąpienia kryzysu i w okresie go poprzedzającym, musiałem zadać sobie pytanie – chociaż jako emeryt nie jestem już bezpośrednio odpowiedzialny – co mógłbym wnieść do nowego początku.

Stąd po tym, gdy ogłoszono spotkanie przewodniczących konferencji biskupów, przygotowałem notatki, dzięki którym mógłbym ofiarować jedną lub dwie uwagi, aby wspomóc w tej trudnej godzinie.

Po skontaktowaniu się z Sekretarzem Stanu, Kardynałem [Pietro] Parolinem i samym Ojcem Świętym [Papieżem Franciszkiem] wydawało się stosowne opublikowanie tego tekstu w „Klerusblatt” [miesięczniku dla duchowieństwa w większości bawarskich diecezji]

Moje uwagi dzielą się na trzy części.

W pierwszej części moim celem jest krótkie przedstawienie szerszego kontekstu społecznego kwestii, bez którego nie można zrozumieć problemu. Próbuję pokazać, że w latach sześćdziesiątych XX wieku doszło do ważnego wydarzenia na skalę w historii bezprecedensową. Można powiedzieć, że w ciągu 20 lat od 1960 roku do roku 1980 dotychczasowe standardy normatywne dotyczące seksualności zawaliły się całkowicie i pojawiła się nowa normalność, która do tej pory była przedmiotem żmudnych usiłowań zmierzających ku zamętowi.

W drugiej części zamierzam wskazać wpływ tej sytuacji na formację księży i ich życie.

W końcu w trzeciej części chciałbym rozwinąć pewne perspektywy właściwej reakcji ze strony Kościoła.

I.

(1) Sprawa zaczyna się wraz z zalecanym i wspieranym przez państwa wprowadzaniem dzieci i młodzieży w naturę seksualności. W Niemczech ówczesna minister zdrowia, pani [Käte] Strobel, zleciła realizację filmu, w którym wszystko to, co poprzednio nie było dopuszczane do publicznego pokazu, łącznie ze stosunkiem seksualnym, było teraz pokazane dla celów edukacyjnych. To, co z początku było jedynie przeznaczone dla seksualnej edukacji młodzieży, w konsekwencji stało się powszechnie akceptowane jako realna opcja.

Podobne skutki osiągnięto dzięki „Sexkoffer”, które opublikował rząd Austrii [kontrowersyjną „walizeczkę” materiałów do edukacji seksualnej, jakiej używano w austriackich szkołach pod koniec lat 80-tych]. Filmy erotyczne i pornograficzne stały się następnie zjawiskiem powszechnym do tego stopnia, że wyświetlano je w kinach prezentujących kroniki filmowe [Bahnhofskinos]. Do tej pory pamiętam, jak idąc pewnego dnia przez miasto Regensburg widziałem tłumy ludzi stojące w kolejce przed dużym kinem – coś, co wcześniej widzieliśmy tylko w czasach wojny – kiedy miano nadzieję na specjalny przydział. Pamiętam także, jak przyjechałem do miast w Wielki Piątek roku 1970 i zobaczyłem wszystkie bilbordy oklejone plakatami dwojga kompletnie nagich ludzi w ścisłym objęciu.

Wśród wolności, do których w swojej walce dążyła rewolucja roku 1968, była ta powszechna wolność seksualna, taka, która już nie uznawała żadnych norm.

Upadek umysłowy był także powiązany ze skłonnością do przemocy. To dlatego filmy erotyczne nie były już dopuszczalne w samolotach, gdyż groziło to wybuchem przemocy wśród małej wspólnoty pasażerów. A ponieważ ubranie w tamtym czasie również prowokowało do agresji, dyrektorzy szkół także usiłowali wprowadzić mundurki szkolne, mając na uwadze stworzenie atmosfery sprzyjającej uczeniu się.

Częścią fizjonomii rewolucji roku 1968 było to, że pedofilia została wówczas także zdiagnozowana jako dopuszczalna i właściwa.

Dla młodych ludzi w Kościele, ale nie tylko dla nich, był to na wiele sposobów bardzo trudny czas. Zawsze zastanawiałem się, w jaki sposób młodzi ludzie w tej sytuacji mogą zbliżyć się do kapłaństwa i przyjąć je ze wszystkimi jego konsekwencjami. Powszechny upadek następnego pokolenia księży w tamtych latach i bardzo wysoka liczba sekularyzacji były konsekwencjami całego tego rozwoju wydarzeń.

(2) Jednocześnie, niezależnie od tego rozwoju wydarzeń, katolicka teologia moralna ucierpiała z powodu upadku, który sprawił, że Kościół stał się bezbronny wobec tych zmian w społeczeństwie. Spróbuję krótko naszkicować trajektorię tego rozwoju.

Do Soboru Watykańskiego II katolicka teologia moralna była w głównej mierze ufundowana na prawie naturalnym, gdy Pismo Święte było jedynie przytaczane dla kontekstu czy uzasadnienia. W soborowych zmaganiach o nowe zrozumienie Objawienia, opcja prawa naturalnego została w głównej mierze porzucona, a domagano się teologii moralnej opartej całkowicie na Biblii.

Wciąż pamiętam, jak wydział jezuicki we Frankfurcie kształcił bardzo utalentowanego księdza (Bruno Schüllera) w celu opracowania moralności opartej całkowicie na Piśmie Świętym. Piękna rozprawa księdza Schüllera pokazuje pierwszy krok ku budowaniu moralności opartej na Piśmie Świętym. Ksiądz Schüller został potem wysłany do Ameryki na dalsze studia i powrócił zdając sobie sprawę, że nie można wyrazić systematycznie moralności na podstawie tylko Biblii. Usiłował potem stworzyć bardziej pragmatyczną teologię moralną, nie potrafiąc dostarczyć odpowiedzi na kryzys moralności.

Ostatecznie główna hipoteza, że moralność ma być określana wyłącznie celami ludzkich działań, zwyciężyła. Choć stare powiedzenie, że „cel określa środki” nie zostało potwierdzone w tej surowej formie, to jego sposób myślenia stał się ostateczny. W konsekwencji nie mogło już być niczego, co stanowiłoby absolutne dobro, tak jak niczego, co byłoby fundamentalnie złe; [mogły być] jedynie relatywne oceny wartości. Nie było już [absolutnego] dobra, jedynie to, co względnie lepsze, zależne od chwili i okoliczności.

Kryzys uzasadnienia i przedstawienia moralności katolickiej osiągnął dramatyczne proporcje w latach 80-tych i 90-tych. 5 stycznia 1989 roku opublikowano „Deklarację kolońską”, podpisaną przez 15 profesorów teologii. Skupiała się ona na różnych punktach kryzysowych w relacjach między biskupim magisterium a zadaniem teologii. [Reakcje na ten tekst], które z początku nie wykraczały poza zwykły poziom protestów, bardzo szybko zamieniły się w krzyk przeciwko Magisterium Kościoła i osiągnęły, w sposób wyraźny i widoczny, potencjał globalnego protestu przeciwko spodziewanym tekstom doktrynalnym Jana Pawła II (por. D Mieth, Kölner Erklärung, LThK, VI3, s. 196) [LTHK to Lexikon für Theologie und Kirche, niemieckojęzyczny „Leksykon of teologii i Kościoła”, którego redaktorami byli m.in. Karl Rahner i kardynał Walter Kasper].

Papież Jan Paweł II, który bardzo dobrze znał sytuację teologii moralnej i uważnie ją śledził, zlecił pracę nad encykliką, która uporządkowałaby te sprawy na nowo. Została ona opublikowana pod tytułem Veritatis splendor 6 sierpnia 1993 roku i wywołała gwałtowny sprzeciw części teologów moralnych. Wcześniej „Katechizm Kościoła Katolickiego” już przedstawiał przekonująco, w sposób systematyczny, moralność głoszoną przez Kościół.

Nigdy nie zapomnę tego, jak wówczas wiodący niemiecki teolog moralny, Franz Böckle, wróciwszy do swej rodzimej Szwajcarii po przejściu na emeryturę, ogłosił – mając na uwadze możliwe decyzje encykliki Veritatis splendor – że jeśli encyklika określi, iż istnieją działania, które zawsze i we wszystkich okolicznościach należy zaklasyfikować jako złe, zakwestionuje ją używając wszystkich dostępnych mu zasobów.

Miłosierny Bóg zapobiegł w realizacji jego postanowienia; Böckle zmarł 8 lipca 1991 roku. Encyklika została opublikowana 6 sierpnia 1993 roku i w istocie zawierała określenie, że istnieją działania, które nigdy nie mogą stać się dobre.

Papież był w pełni świadom znaczenia tej decyzji w tamtej chwili i ponownie konsultował tę część tekstu z wiodącymi specjalistami, którzy nie brali udziału w redagowaniu encykliki. Wiedział, że nie może zostawić żadnych wątpliwości co do faktu, że rachunek moralny związany z wyważeniem dóbr musi uwzględniać ostateczną granicę. Istnieją dobra, które nigdy nie są przedmiotem kompromisu.

Istnieją wartości, których nigdy nie wolno porzucać dla większej wartości, a nawet stoją wyżej niż zachowanie życia cielesnego. Istnieje męczeństwo. Wiara w Boga dotyczy czegoś więcej niż tylko zwykłego fizycznego przetrwania. Życie, które zostałoby kupione za cenę zaparcia się Boga, życie, które opierałoby się na ostatecznym kłamstwie, jest nie-życiem.

Męczeństwo jest podstawową kategorią chrześcijańskiej egzystencji. Fakt, że męczeństwo już nie jest moralnie konieczne według teorii promowanej przez Böckle’a i wielu innych, pokazuje, że zagrożona jest tutaj sama istota chrześcijaństwa.

W teologii moralnej jednakże w międzyczasie stała się pilna kolejna kwestia: otóż powszechną akceptację zyskiwała hipoteza, że Magisterium Kościoła powinno mieć ostateczną kompetencję („nieomylność”) jedynie w kwestiach dotyczących samej wiary; (zgodnie z tym poglądem) kwestie dotyczące moralności powinny nie podpadać pod zakres nieomylnych decyzji Magisterium Kościoła. Jest prawdopodobnie w tej hipotezie coś słusznego, co uzasadnia dalszą dyskusję. Ale istnieje minimalny zestaw zasad moralnych, który jest nierozerwalnie powiązany z fundamentalną zasadą wiary i który musi być broniony, jeśli wiara nie ma być sprowadzona do teorii, ale uznana w swoich roszczeniach do konkretnego życia.

Wszystko to ukazuje, jak zasadniczo kwestionuje się autorytet Kościoła w kwestiach moralności. Ci, którzy odmawiają Kościołowi ostatecznej kompetencji nauczycielskiej w tej dziedzinie, zmuszają go do milczenia właśnie tam, gdzie granica pomiędzy prawdą a kłamstwem jest zagrożona.

Niezależnie do tej kwestii, w wielu kręgach teologii moralnej wykładano hipotezę, że Kościół nie ma i nie może mieć swojej własnej moralności. Argumentowano to tym, że wszystkie hipotezy moralne będą także istnieć paralelnie w innych religiach, a zatem chrześcijańska cecha moralności nie może istnieć. Jednak kwestia wyjątkowej natury moralności biblijnej nie znajduje odpowiedzi w fakcie, że dla każdego jednego zdania można także znaleźć paralelę w innych religiach. Raczej to cała moralność biblijna jest jako taka nowa i różna od swoich pojedynczych części.

Moralna doktryna Pisma Świętego ma swoją wyjątkowość ostatecznie stwierdzoną w swoim wiernym trwaniu przy obrazie Boga, w wierze w jednego Boga, który ukazał się w Jezusie Chrystusie i który żył jako człowiek. Dekalog jest zastosowaniem biblijnej wiary w Boga do ludzkiego życia. Obraz Boga i moralności stanowią całość i stąd ich wynikiem jest konkretna zmiana chrześcijańskiej postawy wobec świata i ludzkiego życia. Ponadto chrześcijaństwo było opisywane od początku słowem hodós [greckim słowem na oznaczenie drogi, często stosowanym w Nowym Testamencie w rozumieniu ścieżki rozwoju].

Wiara jest podróżą i drogą życia. W starym Kościele katechumenat został stworzony jako środowisko przeciwko coraz bardziej zdemoralizowanej kulturze, w której charakterystyczne i świeże aspekty chrześcijańskiej drogi życia były praktykowane i jednocześnie chronione przed powszechną drogą życia. Sądzę, że nawet dzisiaj coś takiego jak wspólnoty katechumenalne są koniecznością, aby życie chrześcijańskie mogło ukazać się na swój sposób.

II.

Początkowe reakcje kościelne

(1) Długo przygotowywany i trwający proces rozpadu chrześcijańskiej koncepcji moralności był – jak próbowałem pokazać – naznaczony bezprzykładnym radykalizmem w latach 60-tych XX wieku. Ten rozpad moralnego autorytetu nauczycielskiego Kościoła siłą rzeczy musiał mieć wpływ na różnorodne dziedziny Kościoła. W kontekście spotkania przewodniczących konferencji biskupów z całego świata z papieżem Franciszkiem kwestia życia kapłańskiego, jak również kwestia seminariów, ma szczególne znaczenie. Jeśli chodzi o problem przygotowania do posługi kapłańskiej w seminariach mamy w rzeczywistości do czynienia z dalekosiężnym załamaniem poprzedniej formy tego przygotowania.

W różnych seminariach ustanowiono kliki homoseksualne, które działały mniej lub bardziej otwarcie i znacząco zmieniły klimat w seminariach. W jednym z seminariów w południowych Niemczech kandydaci do kapłaństwa i kandydaci do świeckiej posługi jako specjaliści duszpasterscy [Pastoralreferent] mieszkali razem. Na wspólnych posiłkach klerycy i specjaliści duszpasterscy jedli razem, żonaci spośród świeckich w towarzystwie swoich żon i dzieci, a od czasu do czasu swych dziewczyn. Klimat w tym seminarium nie mógł zapewnić wsparcia do przygotowania do powołania kapłańskiego. Stolica Apostolska wiedziała o takich problemach, nie będąc informowana szczegółowo. Jako pierwszy krok zorganizowano wizytację apostolską w seminariach w Stanach Zjednoczonych.

Ponieważ kryteria wyboru i powołania biskupów także zmieniły się po Soborze Watykańskim II, relacja biskupów z ich klerykami była także bardzo odmienna. Ponadto kryterium powołania nowych biskupów była „koncyliarność”, która oczywiście mogła być rozumiana jako coś, co oznacza różne rzeczy.

W istocie w wielu częściach Kościoła postawy koncyliarne rozumiano jako takie, które oznaczają posiadanie krytycznego czy negatywnego stosunku do istniejącej dotąd tradycji, która miała teraz być zastąpiona nową, radykalnie otwartą relacją ze światem. Jeden z biskupów, który wcześniej był rektorem seminarium, zorganizował pokaz filmów pornograficznych dla kleryków, rzekomo z zamiarem uodpornienia ich w ten sposób na zachowania przeciwne wierze.

Byli – nie tylko w Stanach Zjednoczonych Ameryki – pojedynczy biskupi, którzy odrzucali tradycję katolicką jako całość i dążyli do zapoczątkowania nowej, nowoczesnej „katolickości” w swoich diecezjach. Być może warto wspomnieć, że w niejednym seminarium studenci przyłapani na czytaniu moich książek byli uważani za niezdolnych do kapłaństwa. Moje książki były chowane, jak zła literatura, i jedynie czytane pod ławką.

Wizytacje, które się odbyły, nie przyniosły nowych spostrzeżeń, najwidoczniej dlatego, że różne siły połączyły się, by ukryć prawdziwą sytuację. Zlecono drugą wizytację i przyniosła ona znacznie więcej spostrzeżeń, ale generalnie nie osiągnęła jakichkolwiek rezultatów. Niemniej jednak od lat 70-tych sytuacja w seminariach generalnie się poprawiła. A mimo to wystąpiły tylko odosobnione przypadki nowego wzmocnienia powołań kapłańskich, gdy ogólna sytuacja przybrała inny obrót.

(2) Kwestia pedofilii, jak pamiętam, nie stała się poważna, aż do drugiej połowy lat osiemdziesiątych. W międzyczasie stała się ona już sprawą publiczną w Stanach Zjednoczonych do tego stopnia, że biskupi w Rzymie szukali pomocy, gdyż prawo kanoniczne w takiej postaci, w jakiej jest ono zapisane w nowym (1983 r.) Kodeksie, wydawało się niewystarczające do podjęcia koniecznych środków.

Rzym i rzymscy specjaliści prawa kanonicznego z początku mieli trudność z tymi sprawami, w ich opinii bowiem tymczasowa suspensa urzędu kapłańskiego musiała wystarczyć w doprowadzeniu do oczyszczenia i wyjaśnienia. Tego nie mogli przyjąć biskupi amerykańscy, gdyż kapłani pozostawali w ten sposób w służbie biskupa i tym samym mogli być traktowani jako tacy, którzy wciąż są bezpośrednio z nim związani. Odnowa i pogłębienie umyślnie luźno skonstruowanego prawa karnego nowego Kodeksu zaczynała dopiero powoli nabierać kształtu.

Dodatkowo jednakże istniał podstawowy problem w postrzeganiu prawa karnego. Tylko tak zwany „gwarantyzm” [rodzaj protekcjonizmu proceduralnego] był wciąż uważany za „koncyliarny”. Oznacza to, że ponad wszystko prawa oskarżonego musiały być zagwarantowane do tego stopnia, że faktycznie wykluczało to w ogóle jakiekolwiek skazanie. W ramach przeciwwagi dla często nieadekwatnych opcji obrony, jakie były dostępne oskarżonym teologom, ich prawo do obrony poprzez gwarantyzm zostało rozszerzone do takiego stopnia, że skazania były praktycznie niemożliwe.

Pozwolę sobie w tym momencie na krótką dygresję. W świetle skali wykroczeń pedofilskich, z uwagą spotkało się ponownie słowo Jezusa, które mówi: „A kto by stał się powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu lepiej byłoby kamień młyński uwiązać u szyi i wrzucić go w morze” (Mk 9,42).

Wyrażenie „mali” w języku Jezusa oznacza zwykłych wierzących, którzy mogą być wprawieni w konfuzję w swojej wierze intelektualną arogancją tych, którzy myślą, że są inteligentni. A więc tutaj Jezus chroni depozyt wiary stanowczą groźbą kary dla tych, którzy wyrządzają mu szkodę.

Współczesne użycie tego zdania nie jest samo w sobie mylne, ale nie może ona zaciemniać pierwotnego znaczenia. W tym znaczeniu staje się jasne, przeciwnie do jakiegokolwiek gwarantyzmu, że nie tylko prawo oskarżonych jest ważne i wymaga gwarancji. Wielkie dobra, takie jak wiara, są równie ważne.

Zrównoważone prawo kanoniczne, które odpowiada całemu przesłaniu Jezusa musi zatem nie tylko dostarczać gwarancji oskarżonym, do których szacunek jest dobrem prawnym. Musi także chronić wiarę, która jest także ważnym atutem. Właściwie ukształtowane prawo kanoniczne musi zatem zawierać podwójną gwarancję – prawnej ochrony oskarżonych, prawną ochronę zagrożonego dobra. Jeśli dzisiaj ktoś przedstawia tę z natury jasną koncepcję, generalnie trafia ona w próżnię, kiedy dochodzi do kwestii ochrony wiary jako dobra prawnego. W ogólnej świadomości prawa wiara już nie okazuje się mieć rangi dobra wymagającego ochrony. Jest to sytuacja alarmująca, którą należy wziąć pod uwagę i którą pasterze Kościoła muszą potraktować poważnie.

Chciałbym teraz dodać do tych krótkich spostrzeżeń o sytuacji kapłańskiej formacji w czasie publicznego wybuchu kryzysu kilka uwag dotyczących rozwoju prawa kanonicznego w tej kwestii.

Zasadniczo Kongregacja ds. Duchowieństwa jest odpowiedzialna za zajmowanie się przestępstwami popełnianymi przez kapłanów. Ale ponieważ gwarantyzm w tym czasie w dużym stopniu zdominował sytuację, zgodziłem się z papieżem Janem Pawłem II, że stosowne było przydzielenie kompetencji w przypadku tych przestępstw Kongregacji Nauki Wiary pod tytułem Delicta maiora contra fidem.

Takie ustalenia umożliwiły także nakładanie maksymalnej kary, tj. wykluczenia z duchowieństwa, która nie mogła być nałożona na mocy innych prawnych warunków. Nie był to trik umożliwiający nakładanie maksymalnych kar, ale jest to konsekwencja znaczenia wiary dla Kościoła. W rzeczywistości ważne jest dostrzeżenie, że takie złe prowadzenie się ze strony duchownych ostatecznie niszczy wiarę.

Jedynie wówczas, kiedy wiara nie określa już działań człowieka, takie przestępstwa są możliwe.

Surowość kary jednakże także zakłada wyraźny dowód przestępstwa – ten aspekt gwarantyzmu pozostaje w mocy.

Innymi słowy, aby nałożyć maksymalną karę zgodnie z prawem, wymagany jest autentyczny proces karny. Jednak zarówno diecezje, jak i Stolica Apostolska były przytłoczone takim wymogiem. Sformułowaliśmy zatem minimalny poziom postępowań karnych i zostawiliśmy otwartą możliwość, że sama Stolica Apostolska przejmie proces tam, gdzie diecezja albo administrator metropolitalny nie jest zdolny go przeprowadzić. W każdym przypadku proces musiałby być zrewidowany przez Kongregację Nauki Wiary, aby zagwarantować prawa oskarżonego. Ostatecznie w Feria IV (tj. w zgromadzeniu członków Kongregacji) ustanowiliśmy instancję odwoławczą, aby zapewnić możliwość odwołania.

Ponieważ to wszystko w rzeczywistości przekroczyło zdolności Kongregacji Nauki Wiary i ponieważ powstały opóźnienia, którym należało zapobiec w związku z naturą sprawy, papież Franciszek przedsięwziął kolejne reformy.

III.

(1) Co należy zrobić? Może powinniśmy stworzyć drugi Kościół, by wszystko zaczęło działać? Cóż, już podjęto taki eksperyment i już zakończył się niepowodzeniem. Jedynie posłuszeństwo i miłość do naszego Pana, Jezusa Chrystusa, może wskazać drogę. A więc najpierw spróbujmy zrozumieć na nowo i od wewnątrz [wśród nas], czego chce Pan i czego oczekuje w naszym przypadku.

Po pierwsze sugerowałbym rzecz następującą: Gdybyśmy naprawdę chcieli bardzo krótko streścić treść wiary wyłożoną w Biblii, moglibyśmy zrobić tak stwierdzając, że Pan zapoczątkował narrację miłości z nami i chce włączyć w nią całe stworzenie. Siła przeciwdziałająca złu, które stanowi zagrożenia dla nas i całego świata, może jedynie polegać na naszym wejściu w tę miłość. Jest to prawdziwa siła przeciwdziałająca złu. Moc zła wynika z naszej odmowy kochania Boga. Ten, kto powierza się miłości Boga, zostaje odkupiony. Nasze istnienie nieodkupione jest konsekwencją naszej niezdolności kochania Boga. Nauka kochania Boga jest zatem ścieżką do ludzkiego odkupienia.

Spróbujmy teraz odsłonić tę zasadniczą treść Bożego objawienia odrobinę bardziej. Możemy wówczas powiedzieć, że pierwszym fundamentalnym darem, jaki wiara nam ofiaruje, jest pewność, że Bóg istnieje.

Świat pozbawiony Boga może jedynie być światem pozbawionym znaczenia. Albowiem skąd wszystko, co jest, się wywodzi? W każdym razie nie ma on żadnego celu duchowego. W jakiś sposób jest i nie ma ani celu, ani sensu. W takim razie nie ma żadnych standardów dobra czy zła. W takim razie tylko to, co jest silniejsze niż inni, może zaznaczyć swój autorytet. Władza jest zatem jedyną zasadą. Prawda się nie liczy, w rzeczywistości nie istnieje. Jedynie wówczas, gdy rzeczy mają przyczynę duchową, są zamierzone i stworzone – tylko wówczas, gdy istnieje Bóg Stwórca, który jest dobry i chce dobra – może życie człowieka także mieć sens.

To, że istnieje Bóg jako stwórca i miara wszechrzeczy, jest przede wszystkim pierwotną potrzebą. Jednak Bóg, który w ogóle by siebie nie wyrażał, który nie dałby siebie poznać, pozostałby przypuszczeniem i tym samym nie mógłby określić kształtu [Gestalt] naszego życia.

Jednak Bóg, który nie wyrażałby siebie w ogóle, który nie dałby siebie poznać, pozostałby założeniem i tym samym nie mógłby określić kształtu naszego życia. Aby Bóg był rzeczywistym Bogiem w tym celowym stworzeniu, musimy liczyć na Niego, że w jakiś sposób siebie wyrazi. Uczynił tak na wiele sposobów, ale zdecydowanie w wołaniu, które doszło do Abrahama i dało ludziom szukającym Boga orientację, wiodącą poza wszelkie oczekiwania: sam Bóg staje się stworzeniem, mówi jako człowiek z nami, istotami ludzkimi.

W ten sposób zdanie „Bóg jest” ostatecznie zamienia się w prawdziwie radosne przesłanie, właśnie dlatego, że jest On czymś więcej niż rozumieniem, ponieważ stwarza miłość – i jest miłością. Sprawienie, by ludzie ponownie byli tego świadomi, jest pierwszym i podstawowym zadaniem powierzonym nam przez Pana.

Społeczeństwo bez Boga – społeczeństwo, które nie zna Go i traktuje Go jako nieistniejącego – jest społeczeństwem, które gubi swoją miarę. W naszych czasach ukuto powiedzenie: Bóg umarł. Kiedy Bóg faktycznie umiera w społeczeństwie, staje się ono wolne – zapewniano nas. W rzeczywistości śmierć Boga w społeczeństwie także oznacza koniec wolności, ponieważ to, co umiera jest celem, który zapewnia orientację. I ponieważ znika busola, która wskazuje nam właściwy kierunek, ucząc nas odróżniania dobra od zła. Społeczeństwo Zachodu jest społeczeństwem, w którym Bóg jest nieobecny w sferze publicznej i nie ma nic, co mógłby mu zaoferować. I dlatego jest to społeczeństwo, w którym miara człowieczeństwa jest coraz bardziej gubiona. W indywidualnych punktach staje się nagle jasne, że to, co złe i niszczy człowieka, stało się rzeczą naturalną.

Tak jest w przypadku pedofilii. Jeszcze niedawno teoretyzowano o niej jako o czymś całkiem uzasadnionym, dziś rozprzestrzenia się coraz bardziej. A teraz uświadamiamy sobie z szokiem, że naszym dzieciom i młodym ludziom przytrafiają się rzeczy, które grożą ich zniszczeniem. Fakt, że mogło się to także rozprzestrzenić w Kościele i wśród księży, powinien niepokoić nas w szczególności.

Dlaczego pedofilia osiągnęła takie proporcje? Ostatecznym powodem jest brak Boga. My, chrześcijanie i księża, także wolimy nie rozmawiać o Bogu, ponieważ taka mowa nie wydaje się praktyczna. Po wstrząsie II wojny światowej my w Niemczech wciąż wyraźnie ustaliliśmy naszą Konstytucję jako mającą zobowiązania wobec Boga będącego zasadą przewodnią. Pół wieku później okazało się, że niemożliwe jest w konstytucji europejskiej włączenie zobowiązania wobec Boga jako zasady przewodniej. Bóg jest postrzegany jako partyjny interes małej grupki i nie stanowi już przewodniej zasady dla wspólnoty jako całości. Ta decyzja odzwierciedla sytuację na Zachodzie, gdzie Bóg stał się prywatną sprawą mniejszości.

Nadrzędnym zadaniem, które musi być wynikiem moralnych wstrząsów naszych czasów, jest to, byśmy ponownie zaczęli żyć według Boga i ku Niemu. Nade wszystko my sami musimy nauczyć się ponownie uznawać Boga za fundament naszego życia, zamiast zostawiać Go na boku jako w jakiś sposób nieskuteczne wyrażenie. Nigdy nie zapomnę ostrzeżenia, jakie wielki teolog Hans Urs von Balthasar kiedyś napisał dla mnie na jednej ze stron swego listu. „Nie zakładaj z góry Boga w trzech osobach: Ojca, Syna i Ducha Świętego, ale uobecniaj Go!”. Istotnie w teologii Bóg jest często traktowany naturalnie jako oczywistość, ale konkretnie nikt się Nim nie zajmuje. Temat Boga wydaje się tak nierealny, tak daleki od rzeczy, które nas zajmują. A jednak wszystko staje się odmienne, jeśli ktoś nie zakłada z góry Boga, ale Go uobecnia; nie zostawiając Go w jakiś sposób w tle, ale uznając Go za centrum naszych myśli, słów i działań.

(2) Bóg stał się człowiekiem dla nas. Człowiek jako Jego stworzenie jest tak blisko Jego serca, że zjednoczył się z nim i stąd wkroczył w ludzką historię w bardzo praktyczny sposób. Rozmawia z nami, żyje z nami, cierpi z nami i wziął na siebie za nas śmierć. Mówimy o tym szczegółowo w teologii przy pomocy uczonych słów i myśli. Ale właśnie w ten sposób ryzykujemy, że staniemy się panami wiary, zamiast przeżyć odnowę i być opanowanym przez wiarę.

Zastanówmy się nad tym uwzględniwszy centralne zagadnienie, jakim jest odprawianie Świętej Eucharystii. Nasze podejście do Eucharystii może jedynie budzić niepokój. Sobór Watykański II słusznie skupił się na przywróceniu tego sakramentu Obecności Ciała i Krwi Chrystusa, Obecności Jego Osoby, Jego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania do centrum życia chrześcijańskiego i samej egzystencji Kościoła. Częściowo to naprawdę się udało i powinniśmy być szczególnie za to Panu wdzięczni.

A jednak dominuje dość odmienne nastawienie. To, co przeważa, to nie nowa rewerencja dla obecności śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, ale sposób postępowania z Nim, który niszczy wspaniałość Misterium. Spadające uczestnictwo w uroczystościach niedzielnej Eucharystii pokazuje, jak niewiele my, dzisiejsi chrześcijanie, wciąż wiemy o docenieniu wspaniałości daru, który polega na Jego rzeczywistej obecności. Eucharystia zostaje zdewaluowana do zwykłego ceremonialnego gestu, kiedy bierze się za oczywistość, że grzeczność wymaga, by ofiarować Go na rodzinnych uroczystościach czy przy okazjach takich jak śluby i pogrzeby wszystkim tym, którzy zostali zaproszeni z powodów rodzinnych.

Sposób, w jaki ludzie często po prostu przyjmują Najświętszy Sakrament w komunii siłą rzeczy pokazuje, że wielu postrzega komunię jako gest czysto ceremonialny. Zatem, kiedy myśli się o tym, jakie działanie jest wymagane przede wszystkim, jest raczej oczywiste, że nie potrzeba nam drugiego Kościoła naszego własnego projektu. To, czego potrzeba przede wszystkim, to odnowa wiary w rzeczywistość Jezusa Chrystusa danego nam w Najświętszym Sakramencie.

W rozmowach z ofiarami pedofilii dotkliwie uświadomiłem sobie ten najważniejszy wymóg. Młoda kobieta, która [wcześniej] usługiwała przy ołtarzu, opowiedziała mi, że kapelan, jej zwierzchnik w służbie ołtarza, zawsze inicjował molestowanie seksualne, jakiego dopuszczał się wobec niej, słowami: „To jest ciało moje, które będzie za ciebie wydane”.

To oczywiste, że ta kobieta nie może już słuchać tych słów konsekracji bez doświadczania ponownie tego całego straszliwego cierpienia molestowania. Tak, musimy natarczywie błagać Pana o przebaczenie i przede wszystkim musimy święcie wierzyć w Niego i prosić Go o nauczanie nas całkowicie na nowo zrozumienia wielkości Jego cierpień, Jego ofiary. I musimy zrobić wszystko, co można, by chronić dar Eucharystii Świętej przed nadużyciami.

(3) I w końcu mamy Misterium Kościoła. Zdanie, którym niemal sto lat temu Romano Guardini wyraził radosną nadzieję, jaka została wzbudzona w nim i w wielu innych, pozostaje niezapomniane: „Zaczęło się wydarzenie o nieocenionym znaczeniu; Kościół budzi się w duszach”.

Chciał przez to powiedzieć, że Kościoła nie doświadczano już i nie postrzegano jako jedynie zewnętrznego systemu, wkraczającego w nasze życie jako rodzaj władzy, ale że zaczął on być postrzegany jako ten, który jest uobecniany w ludzkich sercach – jako coś nie tylko zewnętrznego, ale wewnętrznie nas poruszającego. Około pół wieku później, rozważając ten proces i spoglądając na to, co się wydarzyło, miałem pokusę, by zmienić to zdanie: „Kościół umiera w duszach”.

Istotnie Kościół dzisiaj jest powszechnie postrzegany jako po prostu jakiś rodzaj aparatu politycznego. Mówi się o nim niemal wyłącznie w kategoriach politycznych, a to ma zastosowanie nawet do biskupów, którzy formułują koncepcje Kościoła jutra niemal wyłącznie w terminologii politycznej. Kryzys spowodowany wieloma przypadkami nadużyć ze strony duchownych skłania nas do postrzegania Kościoła jako czegoś niemal niemożliwego do przyjęcia, co musimy teraz wziąć w nasze dłonie i zaprojektować na nowo. Ale własnoręcznie zmajstrowany Kościół nie może stanowić nadziei.

Sam Jezus porównał Kościół do sieci, w której dobre i złe ryby zostaną ostatecznie oddzielone przez samego Boga. Jest także przypowieść o Kościele jako polu, na którym rośnie dobre ziarno, które posiał Bóg, ale także chwasty, które potajemnie na nim zasiał „nieprzyjaciel”. Istotnie chwasty na Bożym polu, Kościele, są widoczne ponad miarę, a złe ryby w sieci także pokazują swą moc. Tym niemniej pole wciąż jest Bożym polem, a sieć jest Bożą siecią. I przez cały czas są nie tylko chwasty i złe ryby, ale także Boże uprawy i dobre ryby. Głoszenie obu tych rzeczy z naciskiem nie jest fałszywą formą apologetyki, ale konieczną służbą dla Prawdy.

W tym kontekście konieczne jest odwołanie się do ważnego tekstu w Apokalipsie św. Jana. Diabeł jest określony jako oskarżyciel, który oskarża naszych braci przed Bogiem dniem i nocą (Ap 12,10). W ten sposób Apokalipsa św. Jana podejmuje myśl z centrum ramowej narracji Księgi Hioba (Hi 1 i 2, 10; 42,7-16). W tej księdze diabeł dążył do pomniejszenia prawości Hioba przed Bogiem jako czegoś jedynie zewnętrznego. I to właśnie ma do powiedzenia Apokalipsa: Diabeł chce udowodnić, że nie ma prawych ludzi; że cała prawość ludzi jest tylko pokazana na zewnątrz. Gdyby tylko można bardziej ograniczyć się do samej osoby, wówczas jej sprawiedliwość szybko by upadła.

Opowieść w Księdze Hioba zaczyna się od dysputy pomiędzy Bogiem a diabłem, w której Bóg mówi o Hiobie jako prawdziwie prawym człowieku. Teraz zostanie on użyty jako przykład, by sprawdzić, kto ma rację. Jeśli zabierze się jego dobra, zobaczysz, że nic nie pozostanie z jego pobożności – argumentuje diabeł. Bóg pozwala mu na tę próbę, z której Hiob wyłania się w pozytywnym świetle. Teraz diabeł naciska dalej i mówi: „Skóra za skórę. Wszystko, co człowiek posiada, odda za swoje życie. Wyciągnij, proszę rękę i dotnij jego kości i ciała. Na pewno Ci w twarz będzie złorzeczył” (Hi 2,4-5).

Bóg daje diabłu drugą szansę. Może także dotknąć skóry Hioba. Jedynie wzbronione jest mu zabijanie Hioba. Dla chrześcijan jest jasne, że tym Hiobem, który stoi przed Bogiem jako przykład dla całej ludzkości, jest Jezus Chrystus. W Apokalipsie św. Jana dramat ludzkości jest przedstawiony nam w całej swojej rozciągłości.

Bóg Stwórca jest skonfrontowany z diabłem, który mówi źle o całej ludzkości i całym stworzeniu. Mówi nie tylko do Boga, ale nade wszystko do ludzi: Spójrzcie, co ten Bóg zrobił! Pozornie dobre stworzenie, ale w rzeczywistości pełne biedy i obrzydzenia. To dyskredytowanie stworzenia jest w rzeczywistości dyskredytowaniem Boga. Chce się tutaj dowieść, że sam Bóg nie jest dobry i w ten sposób odwrócić nas od Niego.

Stosowność pory, o której Apokalipsa nam tutaj mówi, jest oczywista. Dzisiaj oskarżenie wymierzone w Boga jest nade wszystko charakteryzowaniem Jego Kościoła jako całkowicie złego i w ten sposób odwodzeniem nas od niego. Idea lepszego Kościoła stworzonego przez nas jest w rzeczywistości propozycją diabła, przy pomocy której chce nas odwieść od Boga żywego, poprzez oszukańczą logikę, na którą zbyt łatwo dajemy się nabierać. Nie, nawet dzisiaj Kościół nie składa się z tylko złych ryb i chwastów. Kościół Boży istnieje także dzisiaj i dzisiaj jest on tym właśnie narzędziem, dzięki któremu Bóg nas zbawia.

Bardzo ważne jest przeciwstawianie się kłamstwom i półprawdom diabła pełną prawdą: Tak, jest grzech w Kościele i zło. Ale nawet dzisiaj jest święty Kościół, który jest niezniszczalny. Wciąż istnieje wielu ludzi, którzy pokornie wierzą, cierpią i kochają, w których prawdziwy Bóg, kochający Bóg, pokazuje się nam. Dzisiaj Bóg także ma swoich świadków (martyres) na świecie. Musimy tylko być czujni, by ich zobaczyć i usłyszeć.

Słowo męczennik jest zapożyczone z prawa proceduralnego. W procesie przeciwko diabłu Jezus Chrystus jest pierwszym i rzeczywistym świadkiem Boga, pierwszym męczennikiem, za którym poszła niezliczona rzesza innych.

Dzisiaj Kościół jest bardziej niż kiedykolwiek „Kościołem męczenników” i w ten sposób świadkiem Boga żywego. Jeśli się rozejrzymy i wsłuchamy uważnym sercem, będziemy mogli dzisiaj odnaleźć świadków wszędzie, szczególnie pośród zwykłych ludzi, ale także w wysokich rangach Kościoła, którzy stają w obronie Boga swoim życiem i cierpieniem. To inercja serca sprawia, że nie pragniemy ich rozpoznać. Jednym z wielkich i zasadniczych zadań naszej ewangelizacji jest – na tyle, na ile potrafimy – ustanowienie siedlisk wiary i nade wszystko znalezienie ich i rozpoznanie.

Mieszkam w domu w małej wspólnocie ludzi, którzy stale odkrywają takich świadków Boga żywego w codziennym życiu i którzy radośnie wskazują na to również i mi. Widzieć i odkryć żywy Kościół jest cudownym zadaniem, które wielokrotnie wzmacnia nas i daje nam radość w naszej wierze.

Pod koniec moich refleksji chciałbym podziękować papieżowi Franciszkowi za wszystko, co robi, by pokazać nam ciągle na nowo światło Boga, które nie znikło, nawet dzisiaj. Dziękuję Ci, Ojcze Święty!

Benedykt XVI

Dokument ten został pierwotnie opublikowany po angielsku przez EWTN

Źródło: LifeSiteNews

Tłum. z j. angielskiego: Jan J. Franczak PCh24.pl