Chwała Bogu

OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Rosnące zapotrzebowanie na prowokację

Niezależnie od tego, jak układać się ma dramaturgia zdarzeń wedle planów ewentualnościowych aktualizowanych dziś w sztabach kryzysowych, najważniejsze zadanie dla polskich patriotów niezmiennie brzmi: nie dać się pozabijać, nie dać się rozegrać w charakterze pionka i blotki w cudzej rozgrywce, nie dać się obsadzić w rolach prowokatorów mimo woli, przetrwać.

Na wpadek gdyby Sz. Czytelnik wcześniej nie zauważył: suwerenne rządzenie nie jest najwyraźniej celem elity władzy III ani IV RP. Niepodległość realna – a nie tylko jako rocznicowy frazes – prawdopodobnie nie należy nawet do sfery najskrytszych marzeń ludzi, którzy zajmują eksponowane miejsca w politycznej fasadzie nadwiślańskiego kondominium. Zaś skryty za tą fasadą „zarząd powierniczy” nie dba już nawet specjalnie o dyskrecję w swoim postępowaniu. Oto bowiem dokonał się akt abdykacji warszawskiego parlamentu, rządu i belwederskiego prezydenta, którzy oficjalnie uznali nadrzędną władzę żydowskich kuratorów. Tym ostatnim udało się w sposób jawny, a wręcz manifestacyjny wyegzekwować przywilej arbitrażu w polskim procesie legislacyjnym. I niechaj nikt naiwnie nie zakłada, że tak nabyte prerogatywy wykorzystywać będą wyłącznie w sprawach polityki historycznej. Nie, sprawa ustawy o IPN była tylko skromną wprawką, po której czas przyjdzie na kwestie grubszego kalibru – wymierne w grubszej gotówce. Zatem jeśli idzie o stan prawny, Żydom udało się bardzo sprawnie zredukować sprawę polską do kolejnego, niższego jeszcze poziomu upadku – bliższego raczej Generalnemu Gubernatorstwu niż Królestwu Kongresowemu.

Wspólne oświadczenie premierów Moraniachu i Netanieckiego (czy inaczej, mniejsza o to w tej opłakanej sytuacji) dało asumpt do niewiarygodnych wprost popisów ekwilibrystyki – aby tę sromotną kapitulację przedstawić jako nieprzeciętny sukces, a całą zimowo-wiosenną kampanię antypolską jako rosyjską prowokację. Jeśli to była prowokacja, to gdzie są ci prowokatorzy, autorzy nowelizacji ustawy o IPN, którą pół roku temu tak pilnie procedowano, by teraz jeszcze pilniej odszczekiwać? Nietrudno ich znaleźć w Ministerstwie Sprawiedliwości – i to warszawskim, nie moskiewskim bynajmniej. A jeśli to wszystko taki wielki „sukces”, „przełom” i „zwycięstwo Polski” – to gdzież są autorzy, anonimowi negocjatorzy, tak skromni najwyraźniej, że rząd jak niepodległości strzec będzie dostępu do mysich dziur, w których się pochowali? Niech zgadnę: Bielan, Dziedziczak czy Gliński? Wildstein senior czy junior? A może inni jeszcze bywalcy kolacji szabasowych u starszego sierżanta sztabowego Danielsa? Jakiekolwiek są nazwiska autorów „dziejowego sukcesu” – na resztę swego nędznego żywota pozostaną zakładnikami tej sytuacji. Bo to do uznania żydowskich partnerów pozostanie wybór chwili, w której warszawskich spec-emisariuszy zechcą ujawnić.

Zauważmy, że ledwie wspomniał pan prez. prem. nacz. Kaczyński, że rozmowy z Żydami w tej sprawie prowadzono już od miesięcy „na gruncie neutralnym” – co samo w sobie jest już dostatecznie kompromitujące, bo jawnie niekonstytucyjne, a przy okazji sprzeczne z wcześniejszymi zapewnieniami – a tu na dokładkę ujawnia izraelska telewizja, że ów „grunt neutralny” to m.in. ustronny ośrodek Mosadu w Glilot pod Tel Awiwem. Jak to starzy kiedyś powiadali: „Kto z chłopem pije, ten z nim potem pod płotem leży” – komu się zdaje, że się z Żydami na coś poufnie umówił, tego prędzej czy później czeka przykry proces trzeźwienia z tych urojeń. „Nie ma bowiem nic zakrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć” (Mt 10, 26). Co uczynią Polacy skonfrontowani z przykrą rzeczywistością wyzucia z suwerenności na własnym terytorium? Zawsze zdążą jeszcze poszukać winnego – i to może nie w Glilot, tylko zacznie bliżej, np. na Żoliborzu? Ale i to może być wpisane w scenariusz nowej transformacji – zewnętrzni operatorzy naszej sceny politycznej zapewne przewidzieli w dawkowanej dramaturgii wydarzeń również taki moment „gniewu ludu”. Być może mądrość nadchodzącego etapu przewiduje nawet spuszczenie do zsypu na śmieci całej „dobrej zmiany” – aby dopuściwszy do fasady władzy pryncypialnych patriotów, pokazywać ich światu jako „faszystów”, których odsunąć mogą tylko połączone siły „Rzeczpospolitej przyjaciół”, tj. interwencja zewnętrzna i jej chętni kolaboranci?

Ci ostatni zresztą zgłaszają się jeden przez drugiego – w ramach otwartego kastingu na kandydatów do „Polenratów” (przez smutną analogię do Judenratów czasów II w. s.). Wśród faworytów, obok wyżej wymienionych, widzimy także warszawskich ministrów od nauki i kultury: Gowina, Sellina i Gowinową, którzy już od dawna zachowują się tak, jakby przeszli do finału. Minister Sellin do tego stopnia ulega nastrojowi chwili dziejowej, że udzielił mu się chyba nawet dar języków – co wynika z prasowego doniesienia niestrudzonego (w obróbce propagandowej na odcinku polskich podludzi) prof. Szewacha Weissa, który w relacji z wzruszającej uroczystości obrzezania najmłodszego potomka Szaloma Ber Stamblera (rabina rasistowskiej sekty chasydzkiej Chabad w Warszawie) tak pisze: Cała rodzina pięknie śpiewa, bo są nie tylko rabinami, lecz tak ze kantorami, a do tego śpiewu przyłączył się zaproszony na tę uroczystość minister Jarosław Sellin, który – mam nadzieję, że się nie mylę – czuł się między nami jak między swoimi, a i my tak czuliśmy się w jego towarzystwie.

Nota bene: min. Sellin, podobnie jak Wildstein senior specjalizuje się również w stręczeniu skołowanym polskim patriotom „republikanizmu” – tj. w praktyce masońskiej oligarchii za fasadą oświeconej demo-dyktatury dla niepoznaki jeszcze owiniętej w sarmacki pas kontuszowy. To będzie zapewne kluczowa linia dramaturgiczna nadchodzącego etapu: „demokraci” w walce z „faszystami” wspierani przez siły międzynarodowej interwencji, której zresztą wcale już nie trzeba z daleka przyzywać, bo przecież bazy wojsk i służb obcych na naszym terytorium zainstalowane zostały już całkiem oficjalnie i w dodatku na nasz własny koszt. W tej sytuacji mediom „obozu patriotycznego” tj. kolegom i koleżankom niegdyś niezależnym i niepokornym, dziś tworzącym otulinę propagandową „dobrej zmiany” pozostaje już tylko osiągać himalaje hipokryzji (w czym przynajmniej byłby jakiś element wyrachowania, a więc racjonalności) albo też kompletnego zidiocenia (co niestety znacznie bardziej prawdopodobne) – wmawiając rodakom, że najlepszym sposobem na zabezpieczenie suwerenności jest wyrzeczenie się jej, zarówno zresztą w kwestiach militarnych, jak i finansowych.

Bo na dodatek do wprowadzania państwa w jednokierunkową uliczkę „sojuszy bezalternatywnych” – na dodatek do sprowadzania na terytorium Polski żołnierzy i funkcjonariuszy obcych państw, które na co dzień nie wahają się kwestionować prawa Polaków do samostanowienia (patrz: Akt 447) – nasi mężowie i żony stanu dokonują wobec własnego narodu kolejnych aktów ekspropriacji (wyzucia z mienia, tj. po prostu grabieży) w interesie lichwiarskiej międzynarodówki i gangów monopolistów. Oto właśnie pod doskonale wyciszającym temat przykryciem propagandowym – kiedy jedni zajęci byli już przeżywaniem nagłej korekty w ustawie o IPN, a drudzy przeżuwaniem klęski na mistrzostwach w piłce kopanej – dokonała się kolejna „zdrada gazowa”. Warszawa zobowiązała się sprowadzać gaz zza oceanu po absurdalnie zawyżonej cenie, która dopiero skłonić ma amerykańskich eksporterów do budowy infrastruktury, której jeszcze nie mają. To zupełnie jak te kontrakty na izraelskie systemy obronne, które jeszcze nie przeszły fazy prób i my właśnie mamy je sfinansować, albo te amerykańskie garnizony, które w strategicznym interesie naszego bezalternatywnego sojusznika mamy po wsze czasy utrzymywać – tyle że w wypadku wieloletniego kontraktu gazowego o jeszcze większe pieniądze chodzi. Jeśli zatem wcześniej byłem zdania, że za podpisanie moskiewskiej umowy z roku 2010 należało by rozstrzelać ówczesnego wicepremiera Waldemara Pawlaka – tak niniejszym postuluję zastosowanie analogicznej przykładnej procedury wobec Piotra G. Woźniaka (prezesa PGNiG) i Piotra Naimskiego (pełnomocnika Rządu d/s strategicznej infrastruktury energetycznej).

Proces autokompromitacji aktualnego układu władzy postępuje w takim tempie, że brać trzeba pod uwagę rozpaczliwe reakcje ludzi tegoż układu – kiedy widmo niespłacalności kredytów pobranych co najmniej na dwie kadencje parlamentarne zamajaczy jeszcze przed końcem tej pierwszej. I otóż ci zrozpaczeni dłużnicy układu będą skłonni licytować sprawę polską w dół – bez żadnych ograniczeń. Zresztą nie traktujmy całego obozu „dobrej zmiany” jako bandy wyrachowanych koniunkturalistów – o nie, z pewnością nie brak wśród nich ideowców. I otóż ci właśnie – w poczuciu własnej misji dziejowej, czy to na froncie „walki z zagrożeniem rosyjskim” (á la Macierewicz), czy „sprawiedliwej redystrybucji dóbr” (á la Morawiecki) – będą zawsze najlepszymi kooperantami zewnętrznych moderatorów naszego życia publicznego. Pod sztandarem patriotyzmu i modernizacji uczynią wszystko, czego wcześniej nie ważyły się dokonać kolejne rządy i prezydentury otwartego zaprzaństwa i jawnej zdrady stanu. I być może właśnie oni stają się dziś mniej lub bardziej świadomymi podwykonawcami scenariusza krwawej prowokacji.

Komu i czemu miałaby dziś służyć? Już o tym była mowa: przedstawieniu przeciwników politycznych jako niebezpiecznych fanatyków, groźnych wywrotowców, oczywiście antysemitów. Tak być może widać to z perspektywy gabinetu ministra Brudzińskiego, który wszak już ćwiczy podległe sobie służby, a jednocześnie testuje opinię publiczną w pacyfikowaniu „nacjonalizmu” (na razie przez delegalizowanie demonstracji patriotycznej młodzieży na Śląsku). W roli pożytecznych żyrantów tej polityki występują, o zgrozo, hierarchowie katoliccy – dokonujący rytualnego „odcinania się”, a nawet „potępiania” w specjalnych proklamacjach „nacjonalizmu”, a więc tego de facto, co Żydzi wskazują im palcem jako niekoszerne. To jednak nie koniec –„Hołd Polski” złożony Żydom nie zamyka bynajmniej, ale właśnie szeroko otwiera to okno możliwości, w którym prędzej czy później pojawi się pełnoskalowa prowokacja realizująca model kielecki (1946), aby cały świat ze zgrozą zaakceptował pilną konieczność poddania Polski zewnętrznej kurateli. Że rozwiązania bynajmniej niedyplomatyczne stoją dziś wysoko na giełdzie bezpieki – tego całkiem poważnym wbrew pozorom symptomem jest m.in. bełkotliwa tromtadracja Lecha Wałęsy, który w ostatnich dniach uaktywnił się i jako weteran wśród agentów-prowokatorów zgłasza akces do najbliższej akcji.

Nota bene: bezpieczniackiej prowokacji typu „Kielce 2” towarzyszyć może prowokacja wojenna typu „odsiecz Lwowa 2” lub „powstanie suwalskie 2” – choć teraz już nie do Lwowa, a nieco bliżej, np. do Przemyśla wysłane zostaną nasze „orlęta” z Brygad Obrony Terytorialnej (których kontrakty wcale przecież nie wykluczają ekspediowania tego młodego mięsa armatniego nawet za najdalsze góry i lasy). Niezależnie od tego, jak układać się ma dramaturgia zdarzeń wedle planów ewentualnościowych aktualizowanych dziś w sztabach kryzysowych, najważniejsze zadanie dla polskich patriotów niezmiennie brzmi: nie dać się pozabijać, nie dać się rozegrać w charakterze pionka i blotki w cudzej rozgrywce, nie dać się obsadzić w rolach prowokatorów mimo woli, przetrwać. Jak długo? Dobra wiadomość: na punkt zwrotny w tej skądinąd mrożącej krew w żyłach fabule nie trzeba będzie długo czekać – bo wszak już za kilka dni nasz los na następne pokolenie przypieczętować ma dwóch cesarzy: Trump z Putinem. Nie ułatwiajmy im sprawy przez zbyt ochocze wpisywanie się w cudze scenariusze – pisane w jakimś Glilot pod Tel-Awiwem czy może w Joint Base Anacostia–Bolling pod Waszyngtonem (gdzie swą centralę mają „zielone ludziki” z DIA) – konsultowane na bieżąco z Londynem, Berlinem i… Moskwą. Wszak wizyty prominentnych przedstawicieli państwa i diaspory żydowskiej na Kremlu przybrały tej wiosny charakter tak intensywny i ostentacyjnie kordialny, że chyba można mówić wręcz o zasiedzeniu – Benjamina Netanjahu na kolanach u Włodzimierza Putina.

Grzegorz Braun /przedruk „Bibuła”/

Wołyń 43. Bohaterowie i rezuny

W niedzielny poranek 11 lipca 1943 roku ktoś załomotał do drzwi plebanii w Porycku, małym miasteczku w powiecie włodzimierskim, na Wołyniu.

Proboszcz, ks. Bolesław Szawłowski ujrzał na progu zdyszanego mężczyznę. Przybysz był Ukraińcem z pobliskiej wioski. Przybiegł z ostrzeżeniem – jego rodacy z Ukraińskiej Powstańczej Armii szykują rzeź; uderzą w czasie Mszy św. rozpoczynającej się o godzinie 11.00. Ksiądz Szawłowski natychmiast rozesłał po miasteczku ministrantów, by kołatali do drzwi domów, przekazując straszną wieść. Ale ogromna większość mieszkańców nie uwierzyła, że ich sąsiadami są barbarzyńcy zdolni do mordu w świątyni. O godzinie 11.00 kościół wypełnił ufny, rozmodlony tłum.

Najpierw rozległ się krzyk. Mała dziewczynka wpadła do kościoła wołając, że na zewnątrz gromadzą się uzbrojeni ludzie. Zaraz potem huknął strzał – na progu stanęła zakrwawiona, chwiejąca się na nogach kobieta. Wśród wiernych wybuchła wrzawa, zaraz zagłuszona jazgotem broni maszynowej. Strumienie pocisków wpadały przez drzwi i okna, kładąc pokotem zgromadzonych.

Po chwili kanonada umilkła. W świątyni słychać było jęki rannych i przeraźliwy szloch. Wtedy rozległy się głośno wypowiedziane słowa modlitwy. Ksiądz Szawłowski, jak dotąd nietknięty, stał u ołtarza i udzielał wiernym zbiorowego rozgrzeszenia. Z zakrystii wyłonił się uzbrojony Ukrainiec. Wymierzył do kapłana. Po strzale ksiądz zachwiał się, ale dalej odmawiał modlitwę. Dopiero druga kula cisnęła nim o posadzkę.

Dwaj mordercy, z karabinami w dłoniach, urządzili obchód kościoła. Szli między ławkami, przyglądając się leżącym. Jeżeli zauważyli oznaki życia, dobijali ofiary pojedynczymi strzałami. Robili to bez pośpiechu, metodycznie, a ich działania cechowała upiorna sumienność. Potem bojówka UPA ruszyła na miasto, w poszukiwaniu pozostałych Polaków. Tych, których udało się zaskoczyć w domach, zabijano na miejscu, całymi rodzinami.

W ów straszny dzień krew lała się w dziesiątkach miejscowości Wołynia. Bandyci UPA uderzyli niemal równocześnie na 99 polskich wsi i miasteczek. W ciągu nocy i następnego dnia liczba zmasakrowanych siół wzrosła do 167. Podczas tych kilkudziesięciu godzin zamordowano co najmniej 11.000 bezbronnych ludzi.

Sprawcy

Założona w roku 1929 Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów już przed wojną prowadziła kampanię terrorystyczną przeciw państwu polskiemu.

Terroryści OUN z biegiem lat zacieśniali współpracę ze służbami specjalnymi hitlerowskich Niemiec. We wrześniu 1939 roku ochoczo wbili nóż w plecy Polakom broniącym się przed skoordynowaną agresją sąsiadów. Podczas wystąpień przeciw Wojsku Polskiemu ukraińska „piąta kolumna” wielokrotnie zebrała zasłużone baty. Ounowscy hiroje powetowali to sobie na ludności cywilnej – dziś mało kto pamięta, że do masowych rzezi w województwach południowo-wschodnich doszło już w pierwszych tygodniach wojny. Niepełne szacunki mówią o zamordowaniu wówczas przez bojówkarzy ukraińskich co najmniej 3278 Polaków.

Różnice zdań między liderami szowinistów, Stepanem Banderą i Andrijem Melnykiem, doprowadziły do rozłamu na skłócone frakcje: OUN-B (banderowcy) i OUN-M (melnykowcy). Oba skrzydła wystąpiły aktywnie w czerwcu 1941 roku, po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, atakując tu i tam wycofującą się Armię Czerwoną, a przede wszystkim przeprowadzając kolejną serię pogromów Polaków i Żydów, znów zabijając tysiące ludzi.

Niemcy wypędzili Sowietów z Ukrainy, ale nie zamierzali przyznawać jej niepodległości. Wobec tego banderowskie skrzydło OUN zeszło do podziemia. Natomiast melnykowcy dość szybko pogodzili się z III Rzeszą, wystawiając u jej boku formacje policyjne i wojskowe (Wołyński Legion Samoobrony, Ochotnicze Pułki Policyjne SS „Galizien”, wreszcie 14. Ochotniczą Dywizję Grenadierów SS „Galizien”), które wkrótce zasłyną licznymi zbrodniami.

Niemcy powołali Ukraińską Policję Pomocniczą, przy pomocy której w ciągu dwóch lat wymordowali niemal całą sześćsettysięczną społeczność żydowską Małopolski Wschodniej i Wołynia. W policji służyli sympatycy OUN, także z frakcji banderowskiej, oficjalnie skłóconej z III Rzeszą, jako że wytępienie Żydów (a w przyszłości Polaków) pokrywało się z celami organizacji. Ukraińscy wachmani licznie zasilili załogi niemieckich obozów koncentracyjnych.

Genocidum atrox

W 1943 roku banderowcy postanowili rozpocząć samodzielną akcję ludobójczą. Odezwa OUN-B jasno wskazywała wrogów: „Narodzie! Wiedz! Moskwa, Polska, Węgrzy, Żydostwo – to Twoi wrogowie. Niszcz ich!”

Narzędziem zniszczenia miało być zbrojne ramię organizacji – Ukraińska Powstańcza Armia, wspierana przez Służbę Bezpieczeństwa (Służba Bezpeky) oraz pospolite ruszenie (Samoobronni Kuszczowi Widdiły – SKW), takoż tłumy doraźnie zwerbowanego ukraińskiego chłopstwa.

Za początek ludobójstwa w wykonaniu OUN-B przyjmuje się rzeź w kolonii Parośla na Wołyniu, dokonaną w dniu 9 lutego 1943 roku. Zamordowano tam 149 mieszkańców, a także 6 jeńców rosyjskich, których rezuni przywlekli ze sobą. Przybyli potem na miejsce zdarzenia Polacy z okolicznych wiosek byli zaszokowani tym, co ujrzeli. W chatach i na podwórkach leżeli mężczyźni obdarci ze skóry, kobiety z obciętymi piersiami, zadźgane nożami niemowlęta. Wiele ofiar miało odcięte głowy, innym przed śmiercią wyłupiono oczy, odrzynano nosy i wargi…

Zbrodnia w Parośli nie była jednorazowym wybrykiem bandy degeneratów, ale elementem świadomie forsowanej strategii. Ataki fanatyków następowały raz za razem. Ich ofiarą padały zarówno pojedyncze polskie rodziny otoczone morzem ukraińskich sąsiadów, jak i skupiska liczące setki ludzi. Na porządku dziennym było odrąbywanie ofiarom głów i kończyn, najwymyślniejsze okaleczenia, wyrywanie języków, wypruwanie wnętrzności, palenie żywcem, zakopywanie żywcem, wbijanie na pal, wbijanie gwoździ w czaszkę, skalpowanie, ćwiartowanie przy pomocy siekier i pił. Maleńkie dzieci obnoszono na ostrzach wideł, albo wbijano na sztachety płotów. Kobietom ciężarnym rozpruwano brzuchy i wydzierano płody, niekiedy wkładając na ich miejsce żywego kota albo tłuczone szkło. Zwłoki ofiar bywały bezczeszczone – okaleczane, gwałcone, rzucane świniom na pożarcie. Znane były przypadki rozwieszania na ścianach wyprutych ludzkich jelit z podpisem „Polska od morza do morza”, krzyżowania niemowląt na ścianach z podpisem „polśkij oreł”, używania odciętej głowy do gry w piłkę nożną…

Banderowcy zmuszali osoby narodowości ukraińskiej, posiadające polskich współmałżonków, do ich zabijania. Dzieciom z mieszanych małżeństw dawano szansę ocalenia, każąc zabić polskiego rodzica.

Bandyci UPA zburzyli ćwierć tysiąca świątyń rzymskokatolickich, zamordowali około stu księży, zakonników i sióstr zakonnych. Z ich rąk zginęło również kilkudziesięciu duchownych prawosławnych i greckokatolickich, przeciwstawiających się mordercom. Pamiętając o tych bohaterach trzeba nadmienić, że znaczna liczba duchownych obrządków wschodnich zaangażowała się bez reszty w działalność OUN. Niektórzy z tych osobliwych kapłanów otwarcie podburzali wiernych do antypolskich wystąpień, posuwali się do bluźnierczego święcenia noży i siekier używanych podczas rzezi, a nawet sami uczestniczyli w napadach.

Rachunek krwi

W latach 1943-1945 ofiarą terroru UPA padło (przede wszystkim na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, w mniejszym stopniu na Lubelszczyźnie i na Polesiu) od 120.000 do 140.000 etnicznych Polaków, a także kilkadziesiąt tysięcy polskich Ukraińców, Żydów, Ormian, Rosjan, Czechów, Cyganów.

Nadto tysiące mieszkańców Rzeczypospolitej UPA zabiła po 1945 r., po obu stronach nowo utworzonej granicy. Część z nich straciła życie już jako obywatele sowieccy, którymi mianowano ich po anektowaniu przez Stalina polskich województw południowo-wschodnich. Dalsze setki tysięcy obywateli (głównie Polaków i polskich Żydów) zginęło przy współudziale formacji ukraińskich na żołdzie niemieckim.

Dla porównania, wedle opublikowanych w 2009 roku danych Instytutu Pamięci Narodowej, w latach 1939-1945 terror sowiecki pochłonął życie 150.000 obywateli Rzeczypospolitej. Ilu ludzi ma świadomość, że w dziele mordowania Polaków, banderowska wataha zbirów z siekierami i widłami, operująca na ograniczonym obszarze i w trzykrotnie krótszym czasie, zdołała dorównać krwawym antypolskim osiągnięciom całego imperium Stalina z jego Gułagiem, z jego dywizjami NKWD, ze Smierszem i całą resztą instrumentów terroru?

Żołnierze czy bandyci?

UPA działała przeciw Polsce, ale nie to powinno wpływać na jej ocenę.

W naszej historii mieliśmy wielu przeciwników, których wspominamy bez nienawiści, a nawet z szacunkiem, jako dzielnych wrogów, którzy wypełniali swój obowiązek wobec własnego narodu i ojczyzny. Nawet w odniesieniu do koszmarnych lat II wojny światowej, wypada inaczej ocenić poborowego wcielonego do Wehrmachtu czy Armii Czerwonej, walczącego na pierwszej linii – inaczej zaś oprawcę z Einsetzgruppen, Gestapo bądź NKWD.

Kłopot z UPA polega na tym, że jeśli pominąć zastraszony terrorem tłumek „przymusowych ochotników”, to składała się ona przede wszystkim z oprawców. Jej modus operandi był przerażający.

Zawsze, na każdym etapie działań ounowskich hirojów, większość ich ofiar stanowili bezbronni cywile. Na 60.000 polskich ofiar Rzezi Wołyńskiej (1943-1944) znaleziono tylko 262 przypadki śmierci Polaków uzbrojonych, poległych w trakcie walki. Nie inaczej było na innych obszarach, w tych i innych latach.

Obrońcy OUN i UPA mówią, że organizacje te walczyły z Sowietami. Prawda, ale jak wyglądała ta walka? W kwietniu i maju 1941 roku w woj. tarnopolskim i na Wołyniu ounowska konspiracja zamordowała 98 osób, uznanych za Sowietów i kolaborantów. Pominę fakt, że w tamtych czasach łatkę „sowieckiego agenta” dostawał każdy, kto nie zgadzał się z linią polityczną OUN. Czytelników zainteresuje pewnie, ilu z tych 98 zlikwidowanych było przedstawicielami resortów siłowych okupanta. Otóż było ich dokładnie SZEŚCIU – czterech milicjantów i dwóch żołnierzy Armii Czerwonej.

Równie ciekawymi danymi dysponujemy o okresie „powojennym” na Ukrainie Sowieckiej. Na 30.646 morderstw przypisanych ukraińskim nacjonalistom w latach 1944-1953 zginęło raptem 8340 sowieckich żołnierzy i milicjantów, za to ponad 22.000 cywilów.

Czy to zwalczając Polaków, czy Sowietów, banderowcy najlepiej czuli się w roli katów bezbronnych. Jeżeli bandytów z UPA ktoś określa mianem żołnierzy i bojowników o wolność, to czemu do tego zacnego grona nie zaliczy również ukraińskich wachmanów z Auschwitz, Bełżca, Sobiboru i Treblinki?

Polski odwet

Próbuje się „równoważyć” ludobójstwo wołyńsko-małopolskie stwierdzeniem, że ofiary były po obu stronach.

Trudno kłaść na jednej szali zgładzonych cywilów wraz z poległymi w walce rezunami z UPA, policjantami, esesmanami z dywizji „Galizien”. Tym niemniej, trzeba to powiedzieć uczciwie, zdarzały się też polskie odwety wymierzone w ludność cywilną. Zginęło w nich kilka tysięcy osób.

Każda niewinna ofiara to o jedną za dużo. Jednak w tym przypadku wypada pamiętać o proporcjach. Strona polska nie prowadziła planowej akcji eksterminacyjnej. Akty ślepej zemsty były najczęściej samowolną inicjatywą dowódców niewielkich oddziałów partyzanckich, grup cywilów bądź pojedynczych mścicieli. Ukraińskie ofiary cywilne stanowiły kilka procent wielkości ofiar polskich (a jeszcze mniej, gdy uwzględnimy dokonania ukraińskich pomocników Hitlera). To, co po stronie polskiej było patologią, w przypadku działań UPA stanowiło normę.

To prawda, niektórzy Polacy po tym, co ujrzeli na Wołyniu czy gdzie indziej, przeszli straszną przemianę. Już nie byli tymi samymi ludźmi, co niegdyś. Nie każdy, widząc dzieci zarąbane siekierą, albo obdarte ze skóry, albo wbite na pal, jest w stanie zapanować nad rodzącym się uczuciem nienawiści. Bóg to osądzi – i chyba nawet dla Niego będzie to straszliwy dylemat.

Zdradzeni

W tamtych mrocznych latach naród ukraiński miał prawdziwych bohaterów.

Kiedy banderowcy wyrzynali setkę Polaków w Ciemierzyńcach (gm. Dunajów), maleńka Stasia Wilk, uciekając wpadła na podwórko sąsiadki, Ukrainki Ireny Chruścielowej. Umazani krwią zbrodniarze podążyli za ofiarą. Na ich widok pani Chruścielowa porwała dziecko na ręce, przycisnęła je do piersi, krzycząc oprawcom w twarz: „Nie dam! Nie dam!” Rozwścieczeni „żołnierze UPA” zarąbali kobietę i dziecko.

W Antolinie (gm. Ludwipol) Ukrainiec Michał Mieszczaniuk miał żonę-Polkę, razem cieszyli się rocznym dzieciątkiem. UPA kazała Mieszczaniukowi zgładzić żonę i dzieciaka, a on odmówił. Zapłacił za to głową.

W Tutowiczach (gm. Antonówka) „ukraińscy powstańcy” zamordowali swą koleżankę, Jarynę Wołoszyn. Powód? Nie chciała zabić polskiego dziecka.

W Żabczu (gm. Czaruków) ksiądz greckokatolicki Serafin Horosiewicz ukrywał czterech Polaków. Kiedy sprawa wydała się, banderowcy zamknęli ich razem w cerkwi i spalili żywcem.

W Niżborgu Nowym (gm. Kopyczyńce) pewien Ukrainiec głośno potępił mordowanie Polaków. Potem zginął z ręki własnego syna.

Takich przypadków były tysiące. Pamięć o Ukraińcach zamordowanych przez banderowców winna stać się pomostem łączącym narody polski i ukraiński. Ale czy tzw. „rzecznicy pojednania polsko-ukraińskiego” pamiętają o pani Chruścielowej, o Wołoszyn, o Mieszczaniuku? Nie! Oni chcą jednać się z tymi, którym dzisiaj na Ukrainie stawiane są pomniki – z hirojami, co wbijali na pal, co wykłuwali oczy, co roztrzaskiwali dziecięce główki.

***

Dziś emocje rozpala konflikt polsko-żydowski. Słusznie przeciwstawiamy się insynuacjom i nieuzasadnionym roszczeniom. Jednak polski patriota musi odczuwać wstyd, widząc szacunek okazywany przez Żydów ich męczennikom. W parlamencie Izraela nie znalazł się nikt, kto by zakwestionował określanie zagłady Żydów mianem ludobójstwa; kto żądałby przekwalifikowania jej na jakąś „akcję o znamionach”. Żydowscy historycy i publicyści nie roztrząsali „dramatycznych wyborów i dylematów” wachmanów z Treblinki. Żaden izraelski polityk nie przekonywał, że nazywanie rzezi Żydów zbrodnią „wzbudza niepotrzebne emocje”; że dyplomatyczniej byłoby mówić o „tragicznych wydarzeniach w Birkenau”…

Tymczasem polskie ofiary banderowców, takoż uczciwi Ukraińcy ryzykujący niegdyś życiem za wierność Rzeczypospolitej, albo za zwykłą ludzką życzliwość okazaną polskim sąsiadom, są dziś zdradzani przez elity polityczne Kraju nad Wisłą, również przez wielu tutejszych dziejopisów i publicystów – w kwestii oceny zbrodni UPA bijących wszelkie rekordy skundlenia.

Andrzej Solak.

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2018-07-11Wołyń 1943 – holokaust z ręki sąsiadów Strona główna > Opinie Wołyń 1943 – holokaust z ręki sąsiadów By Władysława Siemaszków, Ludobójstwo, page 1294, from Henryk Słowiński collection (http://www.starwon.com.au/~korey/Wolyn%2043.htm) [Public domain], via Wikimedia Commons #WOŁYŃ 1943 #HOLOKAUST #NIENAWIŚĆ #UKRAINA #WSCHODNIA GALICJA #POLSKA #LUDOBÓJSTWO #KRESY Nigdy i nigdzie indziej w szatańskim XX stuleciu nie zalała Polaków tak potężna fala tak skondensowanej nienawiści jak na Wołyniu i we wschodniej Galicji pod koniec drugiej wojny światowej. Wiek XX był z dopustu Bożego stuleciem szatana – któż to może lepiej wiedzieć niż Polacy. Naród polski jak mało który poznał otchłanie „ciemnej doliny” (Ps 23, 4), wtrącony w miażdżące tryby obu totalitaryzmów. Jednakowoż najohydniejszą zbrodnię popełnili na Polakach nie wrogowie zewnętrzni, tylko ich najbliżsi sąsiedzi, z którymi przez całe lata mieszkali przez płot, z którymi chodzili do jednej szkoły, z którymi pracowali i bawili się, z którymi prowadzili wspólne interesy, z którymi się wiązali małżeństwem i zakładali mieszane rodziny. To był prawdziwy holokaust. Czy wypada tak nazywać ludobójstwo na Kresach? Niejednego to może oburzyć – wielu wszak uważa holokaust za wyłączną własność Żydów. I wcale nie trzeba do tego być jednym z nich – oto kilka lat temu pewien nieżyjący już hierarcha Kościoła katolickiego dał syntetyczny wykład owego stanowiska podkreślając, iż „słowo holokaust wiąże się z ich tragedią i dramatem. Oni jako jedyny naród skazani byli na zagładę za sam fakt bycia Żydami, więc nie można cierpień innych narodów stawiać na tym samym poziomie, operując słowem holokaust jako synonimem tragedii”. Sęk w tym, że Polacy na Wołyniu i we wschodniej Galicji zostali skazani na zagładę dokładnie za to samo co Żydzi – za sam fakt bycia Polakami. Różnica leży w proporcjach, ale nie o liczby przecież chodzi. To, że Polaków na Wołyniu i we wschodniej Galicji mordowano w ilościach mniej hurtowych i metodą mniej przemysłową niż Żydów dowodzi wyłącznie nieporównanie węższych możliwości technologicznych i horyzontów umysłowych morderców. Zamiar jednak był ten sam – wytępić „lacką rasę”. Po zastanowieniu jednak wydaje się, że umysł należy w ogóle wyłączyć z całej sprawy. Mamy tu wszak do czynienia z szatańskim zaślepieniem. Czyż bowiem zagłada Polaków na Wołyniu i we wschodniej Galicji, podobnie jak zagłada Żydów (a wcześniej Ormian, czy po części również Ukraińców w latach zadekretowanego przez Stalina Wielkiego Głodu, a w naszych czasach – rwandyjskich Tutsi) nie była całopalną ofiarą złożoną na ołtarzu Księcia Ciemności? Zauważmy, że grubo przekroczone zostały wszelkie granice ludzkiej natury. Dlaczego, chociażby, mordowano niemowlęta? Czyż nie rozsądniej było zachować je przy życiu, aby je wychować na ukraińskich janczarów? O, nie! Chodziło wszak o ofiarę całopalną, której składający nic nie zostawia dla siebie. Stąd właśnie nie tylko można, ale wręcz trzeba nazywać rzeź wołyńską holokaustem. Słowo to bowiem w tym kontekście nie stanowi wcale – jak się dziś równie powszechnie co błędnie mniema – synonimu tragedii, lecz adekwatne określenie sytuacji. Oto w latach ostatniej wojny światowej szatan zażądał od swych wyznawców całopalnej ofiary z Żydów i Polaków – holokaustu właśnie – i ta została mu złożona. Dlaczego pomimo posiadania broni palnej oprawcy w większości przypadków posługiwali się prymitywnymi narzędziami zbrodni: nożami, siekierami, drągami, orczykami? Tłumaczenie, że chodziło o oszczędzanie szczupłych zasobów amunicji brzmi ze wszech miar niepoważnie (lepiej już wprost powiedzieć, że ofiary jako „laccy podludzie” nie zasługiwały na kulę…). Prawdziwa przyczyna jednak wydaje się leżeć znacznie głębiej. Rzeź wołyńska nosi wszelkie znamiona mordu rytualnego, a w takim rodzaju mordowania chodzi o to, by się jak najdokładniej unurzać we krwi, by się w niej skąpać, by nią na całym ciele spływać… W zgodzie z narodową tradycją? Stąd wiec dantejskie sceny – chociaż ściślej można by rzec: sienkiewiczowskie. Czyż bowiem relacje wołyńskie nie przywodzą z miejsca na myśl scen opisanych w „Ogniem i mieczem” sześć dekad wcześniej? Przypomnijmy tylko, co przebywający w kozackiej niewoli Jan Skrzetuski oglądał na ulicach opanowanego przez czerń Korsunia, gdzie „tłuszcza ciągle rabowała domy i mordowała każdego, kto się jej wydał Lachem”. „Przez wybite okna widział pan Skrzetuski gromady pijanych chłopów, krwawych, z podwiniętymi rękawami u koszul, włóczących się od domu do domu, od sklepu do sklepu i przeszukujących wszystkie kąty, strychy, poddasza; od czasu do czasu wrzask straszliwy oznajmiał, że znaleziono szlachcica, Żyda, mężczyznę, kobietę lub dziecię. Wyciągano ofiarę na rynek i pastwiono się nad nią w sposób najstraszliwszy. Tłuszcza biła się ze sobą o resztki ciał, obmazywała sobie z rozkoszą krwią twarze i piersi, okręcała szyje dymiącymi jeszcze trzewiami. Chłopi chwytali małe Żydzięta za nogi i rozdzierali wśród szalonego śmiechu tłumów.” Ewentualny zarzut, że to tylko powieść i Sienkiewicz mógł wielu po prostu zmyślić, nie wytrzymuje krytyki. Autor „Trylogii” oparł bowiem jej fabułę o kwerendę wiarygodnych źródeł historycznych i dokumentów z epoki, a z pewnością nie mniej ciekawego materiału w tej kwestii dostarczyła mu późniejsza o wiek koliszczyzna (której dwustupięćdziesiąta rocznica właśnie mija całkiem niezauważenie), wciąż jeszcze w jego czasach żywo pamiętana. „Czy nie wiesz o tym, że na Ukrainie zaczęła się rzeź i szlachty wyrżnięcie? Pod święconymi nożami krew płynie; pop otwiera pierś, a chłop daje cięcie w bijące serce. Cały naród ginie jak w zapalonym przez Boga okręcie” – pisał Juliusz Słowacki w „Beniowskim”. W roku 1768 też doszło do hekatomby – w samym Humaniu ofiarą morderczego szału hajdamaków padło dwadzieścia tysięcy osób, a krew płynęła ulicami. Jaka tego przyczyna? Czy to genius loci tego dziwnego kraju, w którym – jak rzecz trafnie ujął Władysław Łoziński – „krew tańsza od wina, człowiek tańszy od konia (…) w którym łatwo zabić, trudno nie być zabitym”? A może jest coś specyficznego w narodzie ziemię ową od stuleci zamieszkującym? Franciszek Rawita-Gawroński w „Historii ruchów hajdamackich” nie pozostawia wątpliwości, że to „etniczne pierwiastki turańskie tkwiące w krwi ukraińskiego społeczeństwa ruskiego, a wybuchające od czasu do czasu, były jedną z ważniejszych przyczyn rzucających to społeczeństwo w objęcia bezbrzeżnej swawoli i czyniących z niego bardzo niepewny i mało przydatny materiał do pracy państwowej na długo jeszcze”. Na jak długo? Na pewno do roku 1943… Holokaust – złe słowo Ludobójstwo na Wołyniu i we wschodniej Galicji było grą o krew. Mordercom Polaków chodziło o to, by nie zostawić na ziemi, do której rościli sobie wyłączne prawo, ani kropli polskiej krwi. W mojej rodzinie znającej grozę tamtych dni do dziś opowiada się historię ukraińskiego lekarza, który otrzymał „z lasu” nakaz zabicia swej polskiej żony i zrodzonych z niej własnych dzieci. Odmówił i zginął bestialsko zakatowany wraz z nimi – jako jedna z ukraińskich ofiar holokaustu Polaków. Słowo holokaust nie ujmuje niczego tragedii narodu żydowskiego, której nikt zresztą nie zamierza kwestionować. To raczej niektóre środowiska żydowskie za wszelką cenę chciałyby zmonopolizować cierpienie. Ale są również inne środowiska żydowskie, które wzdragają się przed słowem holokaust na określenie tego, co spotkało dzieci Izraela z rąk narodowych socjalistów. Wolą nazywać rzeczy po imieniu słowem Szoa, czyli Zagłada, słusznie dopatrując się w anglojęzycznym określeniu holocaust (notabene w potocznym użyciu oznaczającym przede wszystkim katastrofę obfitującą w liczne ofiary ludzkie) profanacji całopaleń ku czci Jedynego Boga, składanych przez niezliczone pokolenia patriarchów, proroków i królów Izraela. Niestety w języku polskim słowo to, bezmyślnie mielone przy każdej okazji (a i bez okazji) zadomowiło się na dobre. A wszystko dlatego, że wiedza na temat Żydów, ich cywilizacji, kultury i mentalności jest w naszym kraju – nawet w kręgu intelektualistów – praktycznie zerowa. Jerzy Wolak Zobacz także: Przeczytaj także: Wołyń 43. Bohaterowie i rezuny Read more: http://www.pch24.pl/wolyn-1943—holokaust-z-reki-sasiadow,61552,i.html#ixzz5Ky9zk3wD )

Czy tatuaże są dozwolone?

Uzależnienie od tatuażu nie jest nowym zjawiskiem w historii ludzkości. Oszpecanie własnego ciała było spotykane w wielu prymitywnych społecznościach jako znak męstwa, osiągnięć, jako prawdziwy znak honoru.

Czy jednak współczesna praktyka stosowania tatuaży jest możliwa do porównania?

Tatuaże podlegają pod pojęcie samookaleczenia. Samookalecznie jest oczywiście dopuszczalne wtedy, gdy dokonywane jest dla dobra całego ciała, zgodnie z zasadą całości, oznaczającą iż część istnieje dla całości. To zdroworozsądkowe zrozumienie podkreślone zostaje słowami Naszego Pana:

” Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła.”

(Mt. 5, 29)

W związku z tym, nikt nie podważa możliwości poddania organów czy ciała okaleczeniu, zniekształcaniu zewnętrznego wyglądu, będących skutkiem leczenia poważnej lub zagrażającej życiu chorobie, na przykład nowotworu. Jednakże tatuaże są zniekształcaniem ciała skierowanym nie dla jakiegokolwiek dobra, czy to dla dobra ciała czy też duszy. Czy dopuszczalne jest zatem przeprowadzenie takiej kosmetycznej deformacji bez jakiegokolwiek obiektywnego celu, jedynie z tego powodu, iż ktoś po prostu chce tego dokonać?

Moralność zależy od władzy człowieka nad swoim ciałem. Zgodnie ze współczesnym myśleniem, człowiek ma absolutną władzę nad swoim ciałem i może czynić z nim wszystko czego sobie zażyczy. Nie jest to jednak nauczanie Kościoła, gdyż aczkolwiek rozporządzamy naszym ciałem, to należy ono do Wszechmogącego Boga. Nasze panowanie nad naszym ciałem jest ograniczone do używania go do celów, dla jakich zostało stworzone. Było to przedmiotem wyraźnego nauczania papieża Piusa XI, który w encyklice dotyczącej małżeństw chrześcijańskich, potępił samookaleczenie sterylizacji:

Jest to zresztą nauką chrześcijańską i także wynikiem ludzkiego rozumowania, że poszczególny człowiek częściami swego ciała tylko do tych celów rozporządza, do których przez przyrodę są przeznaczone. Nie można ich niszczyć lub kaleczyć lub w jaki inny sposób udaremniać naturalnego ich przeznaczenia, chyba że tego wymaga zdrowie ciała całego.

Casti Connubii – Encyklika Piusa XI

Na zarzuty mówiące, iż tatuaże nie powodują szkody w funkcjonowaniu ciała, należy odpowiedzieć, że każde działanie człowieka musi mieć swój cel opierający się moralności. Nie ma czegoś takiego jak czyn moralnie obojętny. Czyn, który nie jest dobry, jest z konieczności zły. Jeśli nie ma celu w robieniu tatuażu, to mamy do czynienia co najmniej z próżnością, brakiem respektu dla człowieka, żądzą przyciągnięcia ku sobie uwagi lub zaszokowania innych. Ale w każdym z tych przypadków mamy do czynienia z nieuporządkowanymi motywami. Jeśli tatuaż nie jest szlachetny bądź umiarkowany, to jest zły, gorszący i grzeszny. Ten grzech może być powszedni, jeśli tatuaż nie atakuje Boga lub religii, lub nie jest niemoralny w swojej symbolice i jeśli dokonany został w akcie próżności, sam przez się jest powszednim nieuporządkowaniem. Może jednak być grzechem śmiertelnym, jeśli tatuaż jest bluźnierczy lub zaprzeczający religii, lub zastosowany jako bezpośredni atak na Boską władzę nad ciałem człowieka.

Czasami podnoszone są zarzuty, iż nawet żarliwi katolicy mają tatuaże z symbolami krzyży czy innymi symbolami świętymi. W takich przypadkach tatuaż może być wyrażeniem wiary i zewnętrznym zademonstrowaniem świętości ciała, konsekrowanego Wszechmogącemu Bogu poprzez chrzest. Czytamy więc, że św. Jane Frances Fremiot de Chantal wycięła na swojej klatce piersiowej gorącym żelazem święte imię Jezusa Chrystusa. Jednak jest to nadzwyczajna inspiracja świętej. W naszych czasach, najczęściej te symbole są zastosowane jako forma przedrzeźniania i są bardziej symbolem desakralizacji tej świątyni Boga, którą jesteśmy, niż w celu przeciwnym. Odnoszą się najczęściej do subkultury – ateistycznej a czasem pogańskiej. Zniżają one człowieka do poziomu zwierzęcia i mają czysto utylitarne znaczenia.

W tym właśnie tkwi prawdziwe moralne podłoże tatuaży. Stosowane są one w duchu rebelii i generalnie przedstawiają jeden lub więcej aspekt tej rebelii, czasem nieczystej, ordynarnej, brutalnej, wstrętnej, przerażającej, odrażającej, jeśli nie otwarcie bluźnierczej czy diabolicznej. To jest dokładnie ta rebelia przeciw naturalnemu porządkowi, odrzucająca podporządkowanie się człowieka swojemu Stwórcy. Rebelia ta symbolizowana jest w tatuażach, przez które człowiek udaje posiadanie pełnej władzy nad swoim ciałem, oszpeca ciało, które Bóg w swej dobroci powierzył człowiekowi. To jest ta rebelia przeciwko zasadom, przeciwko skromności, rebelia przeciwko wszystkim społecznym oczekiwaniom, przeciwko społecznemu charakterowi człowieka. Właśnie w związku z tym, ten symbol opozycji wobec naturalnego porządku, został zabroniony w przykazaniach Starego Prawa:

” Nie będziecie nacinać ciała na znak żałoby po zmarłym. Nie będziecie się tatuować. Ja jestem Pan!”

Kpł. 19, 28

Jakkolwiek prawa te nie są same w sobie wiążące dla sumienia, to jednak nie były one przypadkowe. Przykazanie aby nie „uszkadzać swojego ciała” jest wymienione razem z takimi zabronionymi czynami, jak konsultowanie się z czarownikami czy wróżbitami, wróżenie ze snów, czy hańbienie swojej córki, nakłaniając ją do nierządu.

Jest zatem aktem rebelii przeciwko nadprzyrodzonemu porządkowi, gdyż tatuowanie symbolizuje człowieka trwającego w swoich prawach do czynienia cokolwiek mu się podoba, bez oddawania czci Swojemu Zbawicielowi. […] Tatuowanie symbolizuje odrzucenie świętości ciała człowieka. Jest symbolem najwyższej rozpaczy tak charakterystycznym dla współczesnego społeczeństwa mówiącego, że nasze życie cielesne jest końcem samym w sobie i nic już poza nim nie ma.

Ks. Peter R. Scott, FSSPX

Tłumaczył Lech Maziakowski /Bibuła/

Dzisiaj mija 75 – ta rocznica zbrodni Wołyńskiej

Dzisiaj obchodzimy 75 rocznicę „krwawej niedzieli” na Wołyniu, wydarzenia, które stało się apogeum pierwszej fazy rzezi wołyńskiej. 11 lipca 1943 roku o świcie UPA, często przy aktywnym współudziale miejscowej ludności ukraińskiej zaatakowała 99 miejscowości, w których żyli Polacy, a dzień później, 12 lipca kolejne 50 miejscowości. Historycy obliczają, że w „krwawą niedzielę” mogło zginąć ok. 8 tys. Polaków, głównie kobiet, dzieci i starców. Ludność polska ginęła od kul, siekier, wideł, noży i innych narzędzi, nierzadko w kościołach podczas mszy św. i nabożeństw.

Lipiec i sierpień 1943 r. stał się okresem największej liczby napadów UPA w trakcie całej rzezi wołyńskiej. Według szacunków badaczy, ludobójstwo na Wołyniu w latach 1943-1945 pochłonęło ok 50-60 tys. polskich ofiar, zaś ukraińskie czystki na Kresach i w Małopolsce Wschodniej od 100 do 200 tys. Polaków oraz niewielką liczbę ratujących ich Ukraińców.

Na mocy uchwały Sejmu z 22 lipca 2016 roku, dzień 11 lipca ustanowiony został jako Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej.

Polecamy Państwu szczególnie stronę zbrodniawolynska.pl, na której znajdą Państwo podstawowe informacje dotyczące zbrodni wołyńskiej. Polecamy też wersję tej strony w języku angielskim: volhyniamassacre.eu

Obejmijmy wszystkie ofiary ukraińskiego ludobójstwa pamięcią i modlitwą.

N I E B O

Nie – bo, nie będziesz miał cudzych bogów przede mną,
Nie – bo, nie można uciec od siebie, i stanąć za własnymi plecami,
Nie – bo, wrzeszcząc nawet w nie – bo głosy, nie zagłuszysz siebie,
Nie – bo, kiedy śpisz, możesz znaleźć się w Niebie, bez Jakubowej
drabiny,
i wrócić odmienionym, w tym samym ciele, z piękną duszą,
która otarła się o niebyt,
Nie – bo, czeka na nią, a Ty masz ją tam doprowadzić do wieczności.
Nie – bo, Bóg jest nieskończonością, i nic się nie może się stać wbrew,
Jego woli,
- bo będzie tak, jak zechce ! -
dla naszego dobra.

Marian Retelski
Warszawa 09/07/2018

Ten rodzaj poezji, każdy ma w sobie,i nie można jej lekceważyć.

A więc klęska

…Ale Żydzi pracują na kolejną falę pogromów.

Gazety izraelskie, w przeciwieństwie do polskich, nie mają wątpliwości, jak ocenić naszą ekspresową rejteradę z ustawy „antydefamacyjnej” (Sejm, Senat i podpis prezydenta w 9 godzin – takiej legislacyjnego rekordu jeszcze nie było!).

„Nie poszliśmy na kompromis, doprowadziliśmy do uchylenia [polskiego] prawa i przywróciliśmy stosunki z Polską”, pochwalił się w „Haaretzu” prowadzący poufne rozmowy z Polską Jakow Nagel – i w tym duchu mniej więcej widzą to wszyscy. Polacy próbowali wybielić swą haniebną przeszłość, wyprzeć się współudziału w holocauście, ale dostali dobrą szkołę i musieli się przyznać. Kto nie wierzy, niech przerzuci choćby same tytuły zachodnich gazet.

PiS usiłuje jednak wmówić swym wyznawcom, że to wielki sukces, obronienie naszej historii przed oszczercami i historyczne pojednanie z Izraelem. Jakoś muszą się z poniesionej klęski wykręcić i zrobić dobrą minę, oczywiście, ale doprawdy, lepiej by było przyznać po prostu uczciwie, że ustawa była bezmyślna i przyjęta bez próby przewidzenia skutków (a mądrzy ludzie ostrzegali!), a nacisk USA tak silny, że po prostu trzeba było rzucić ręcznik na ring, zanim zrobią z nas kompletnie mokrą szmatę.

Można się domyślać, że dziki pośpiech w denowelizacji ustawy o IPN (bo tak chyba należy nazwać ten akt prawny) związany był z zapowiadanym spotkaniem prezydenta USA z prezydentem Rosji – i na miejscu rządzących nie robiłbym z tego tajemnicy. Trudno, daliśmy ciała, ale tylko kapitulacja pozwoliła uniknąć kompletnego pogromu. Teraz trzeba wstać z desek, otrzepać się – alleluja i do przodu.

I, przede wszystkim, pomyśleć. Powodem, dla którego od lat zdzieram pióro, wojując z romantycznym brązownictwem polskiej historii, dla którego napisałem bolesne książki o fałszywości mitu Września 1939 i legendy Piłsudskiego, jest to, że ten kretyński nawyk brązowienia i uwznioślania popełnionych błędów, bagatelizowania, a wręcz niedostrzegania klęsk, skazuje nas na ich ciągłe powtarzanie.

No bo jeśli człowiek nie przyznaje do wiadomości, że dostał w nos, i że to źle, jeśli z godnym psychopaty uporem wmawia sobie, że obita gęba to powód do dumy, moralne zwycięstwo, przewrotny dowód naszej wyższości nad niemoralnym, “kupieckim” światem czniającym wyższe wartości – to i nie może wyciągnąć żadnych wniosków i niczego się nauczyć.

Ale zostawmy dziś to miotanie grochem o ścianę polskiej niedojrzałości i przyjrzyjmy się raczej Żydom, zwycięzcom wojny o to, czemu oni sami, narzucili nazwę “polish holocaust law”. Premier Izraela to polityk bezwzględny, dla dobra Żydów, tak, jak je rozumie, gotów nawet do zbrodni – bo czymże innym jest rozkaz rozstrzeliwanie uczestników protestów, uzbrojonych tylko w kamienie, przez snajperów? (Nawiasem mówiąc, umieraliśmy z oburzenia, gdy to samo robili snajperzy Janukowycza [czy kogoś-tam… MD], choć ci przynajmniej oszczędzali kobiety i dzieci – a dziś przedstawiciele władzy zachwycają się, że “nasze relacje z Izraelem weszły na wyższy poziom”; no ale Janukowycz był ruski, a Netanjahu jest amerykański).

Rozjechanie polskich nieudaczników to dla niego tyle co zjeść koszerną bułkę z masłem, zwłaszcza, gdy sami się podłożyli, a potem wykazali krańcową nieudolnością, brakiem broni, strategii i nawet woli walki, bo przecież uparcie chcemy wierzyć, że to wszystko tylko nieporozumienie. “Rozgrywka z nimi to nie żadna polityka, to wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse”.

Natajlahu wygrał, Polska za cenę chwilowego zaprzestania spuszczania jej bącek i kilku słodkich słówek, podpisała deklarację, otwierającą drogę do wyciśnięcia z niej miliardów za “mienie bezspadkowe” po ofiarach holocaustu. Ma się z czego cieszyć, i jeśli tego nie robi, to dlatego, że wsparcie żydowskich roszczeń jest w jego działaniach stosunkowo mało ważne, prawdziwym wyzwaniem jest zniszczenie rodzącej się potęgi Iranu i korzystne dla Izraela ułożenie balansu sił w regionie z uwzględnieniem ambicji Rosji, Turcji i Arabii Saudyjskiej.

Ale, może to nie moja sprawa, ale powiem – na miejscu Żydów wcale bym się z tego triumfu nie cieszył.

Bynajmniej. Gdybym był Żydem, to po każdym takim triumfie a la Natanjahu byłbym coraz bardziej przerażony.

Bo, jakkolwiek okropnie to zabrzmi – realizując bezwzględnie swe roszczenia (oczywiste prawa, we własnym przekonaniu)

Żydzi pracują krok po kroku jeśli nie na kolejny holocaust, to na pewno na kolejna falę pogromów.

Żydzi pracują krok po kroku jeśli nie na kolejny holocaust, to na pewno na kolejna falę pogromów.

Na miejscu samych Żydów naprawdę poważnie bym się zastanowił nad zasadniczym błędem, jaki popełnili, zeświecczając się na rzecz “religii holocaustu” i na niej wychowując swe kolejne pokolenia w duchu: jesteśmy ofiarą odwiecznej nienawiści, wszyscy są przeciwko nam, musimy nienawidzić wszystkich i być bezwzględni, bo inaczej znowu zbudują nam piece. Ta postawa sprawia, że Żydzi rzeczywiście są w świecie coraz bardziej nienawidzeni – choć upadające białe społeczeństwa, a przynajmniej ich elity, sterroryzowane polit-poprawnością boją się tę nienawiść artykułować otwarcie.

Ale one są coraz mniej wpływowe. Coraz bardziej wpływowi za to są w Europie muzułmanie, w Ameryce czarni – jedni i drudzy nienawidzący Żydów nienawiścią równie zwierzęcą, jak tak, która musiała kierować Horstem Wesselem i jego towarzyszami. I jedni i drudzy nie mający wobec nich żadnych kompleksów w związku z holocaustem. Na nich to, co nakazuje Żydom ich świecka religia, czyli ciągłe ustawianie holocaustu w centrum dziejów i czynienie zeń archetypicznej zbrodni oraz winy, której ludzkość nigdy nie odpokutuje, działa inaczej.

Uczy, że z Żydem po prostu nie da się normalnie żyć – albo go prześladujesz, albo musisz bez ustanku korzyć się i przepraszać za dawne prześladowania.

Ta nienawiść wybuchnie, wymieranie resztek europejskiej, post-chrześcijańskiej cywilizacji nie pozostawia co do tego wątpliwości. I oczywiście nie dotknie ona ludzi pokroju Natanjahu czy chciwych nowojorskich gangsterów z “holocaust industry”, tuczących się miliardami za “bezspadkowe mienie” po ofiarach, których cierpienia, gdy zbrodnia się działa, ich bezpośrednich przodków w najmniejszym stopniu nie wzruszały.

Po raz kolejny “za zbrodnie Trockich zapłacą Bronsteinowie” – tak jak już dziś za snajperów z Gazy płacą zupełnie przypadkowi Żydzi na berlińskich ulicach czy paryskich przedmieściach.

Nie miejcie do mnie pretensji – ja tylko mówię, co będzie. Kiedy dwadzieścia parę lat temu pisałem swoje opowiadania SF o Europie 2020, zalanej imigrantami i uciekinierami, sparaliżowanej politycznie i wymierającej, o pogrążonej w wojnie Ukrainie i zamordyzmie wprowadzanym przez monopolizujące internet korporacje, też nikt tego nie traktował poważnie. To sobie teraz kupcie, poczytajcie, i zobaczcie.

Ja tylko mam takie pytanie do tych wszystkich mędrków, którzy tak ochoczo wyrzucają nam, Polakom, że “mogliśmy więcej zrobić” dla Żydów, gdy ich na naszych ziemiach mordowano. Pytanie brzmi: a co wy zrobicie, kiedy zaczną ich mordować u was za kilkanaście, a może już kilka lat? Gdy wyznawcy Allaha ogłoszą, że nie tylko za bezpośrednią pomoc, ale nawet za wasze ulubione pajacowanie z kredkami albo świecami czy inne formy “solidarności” będą bezlitośnie odcinać łby? Znajdziecie wtedy w sobie odwagę? Bo jakoś jej za grosz nie widzę.

Tak tylko pytam.

Rafał Ziemkiewicz

Źródło:Bibuła.com

Polscy katolicy pod sztandarem Maryi. Podpisano deklarację Konfederacji Gietrzwałdzkiej.

W warszawskiej katedrze św. Jana miało miejsce podpisanie deklaracji Konfederacji Gietrzwałdzkiej. Inicjatywa skupia katolików, kontrrewolucjonistów, którzy chcą dążyć do budowy niepodległej, katolickiej Wielkiej Polski. Wśród sygnatariuszy deklaracji znaleźli się prawicowi politycy oraz publicyści.

„Jesteśmy kontrrewolucjonistami. Stoimy po stronie wiecznego, zdrowego porządku. Przeciwko zarazie utopijnej ideologii. Stoimy na gruncie cywilizowanego prawa naturalnego, przeciwko rewolucyjnemu terrorowi” – brzmi fragment deklaracji. Sygnatariusze dokumentu podkreślają, że jednym z głównych punktów odniesienia ich działalności są objawienia Matki Bożej w Gietrzwałdzie w 1877 roku. W deklaracji zwrócono uwagę na to, że Matka Boża przepowiedziała odzyskanie niepodległości przez Polskę, której niestety poprzez zaniedbania nie udało się obronić w 1939 roku. Przesłanie Matki Bożej z Gietrzwałdu ma być także drogowskazem w budowie katolickiej Wielkiej Polski.

Inicjatywa jest skierowana do osób pracujących dla sprawy niepodległej i katolickiej Polski, niezależnie od stanu i własnej działalności. W akcie podpisania deklaracji uczestniczyli prawicowi politycy, a także publicyści. Wśród nich m.in. Robert Winnicki oraz Krzysztof Bosak z Ruchu Narodowego oraz dr Stanisław Krajski. Deklarację uczestnictwa w Konfederacji Gietrzwałdzkiej złożył w katedrze również reżyser Grzegorz Braun, który jest także jednym z głównych inicjatorów przedsięwzięcia.

„Niniejszym przede wszystkim zobowiązujemy się do obrony nieuszczuplonego depozytu świętej wiary katolickiej, zachowanej przez wielowiekową tradycję Kościoła. Zobowiązujemy się bronić naszych kapłanów przed wszelkimi zamachami i zakusami zmierzającymi do zakwestionowania ich władzy duchowej i uszczuplenia środków koniecznych do działania. Zobowiązujemy się do ochrony życia ludzkiego, w jego naturalnych wyznaczonych przez Boga granicach. Odrzucamy bezbożne koncepcje segregacji skutkujące wykluczeniem lub wprost samobójstwem. Odrzucamy eugenikę, aborcję i eutanazję” – czytamy w treści deklaracji Konfederacji Gietrzwałdzkiej.

Sygnatariusze dokumentu zwracają uwagę na konieczność chronienia dzieci i młodzieży przed atakami ze strony rewolucyjnych ideologów. „Upominamy się o wolność i bezpieczeństwo dzieci i młodzieży od przymusu urzędowej demoralizacji i dezinformacji, które przychodzą ze strony instytucji państwowych, np. podczas propagandy tzw. multikulturalizmu, quasireligijnego ekologizmu czy pseudonaukowego genderyzmu” – napisano w deklaracji.

W dokumencie zwrócono także uwagę na konieczność ochrony i poszanowania świętej instytucji małżeństwa, respektowanie praw rodzicielskich, a także nienarzucanie w sprawach wychowania jakichkolwiek arbitralnych procedur. Sygnatariusze podkreślają także konieczność sprzeciwiania się ideom laickiego republikanizmu. Domagają się również realizacji misji dziejowej Polski i cywilizacji chrześcijańskiej. W deklaracji zapewniono również o konieczności zapewnienia Polakom prawa do posiadania broni, a także utrzymania własnej waluty, aby budować niezależność finansową Polaków i gospodarki.

„Jesteśmy polskimi państwowcami. Niepodległe państwo narodowe, polski interes narodowy i polska racja stanu to są dla nas pojęcia bynajmniej abstrakcyjne, ale najlepiej opisujące nasze polityczne aspiracje. Wielka Polska Katolicka, gościnna i otwarta na współpracę – owszem, ale przecież służąca przede wszystkim zabezpieczająca Polaków w ich doczesnym bycie i w dążeniu do życia wiecznego” – podkreślono w akcie Deklaracji Gietrzwałdzkiej.

–Źródło: Polonia Christiana

Michalkiewicz o nowelizacji ustawy o IPN: Obóz gorliwych patriotów połączył się z obozem zdrady i zaprzaństwa

Ze Stanisławem Michalkiewiczem o nowelizacji ustawy o IPN i jej skutkach rozmawia Tomasz Sommer

– Co się zdarzyło dzisiaj w sejmie

– Pan Premier znowelizował nowelizację ustawy IPN przy pomocy sejmu. Usunięto wszelkie przepisy karne. W ciągu 2 godzin przeprowadzono 3 czytania. W ten sposób Pan Premier uczynił zadość rozkazom kongresmenów amerykańskich i żydowskiego rządu, ale oni nie robili aż takiego takiego wrażenia na panu premierze, by pobudzić go do szybkiego czynu. Aż dopiero przedwczoraj kiedy Stowarzyszenie Amerykańskich Prawników i Adwokatów Żydowskich napisało bardzo stanowczy list przeciwko poprzedniej nowelizacji, to to pobudziło Pana Premiera do działania.

– Pan Premier zapowiada teraz, że będzie walczył cywilnie z oskarżeniami przeciwko Polsce.

Pan Premier uczynił zadość rozkazom kongresmenów amerykańskich i żydowskiego rządu … Pan Premier po to został premierem żeby przygotować rewindykacje żydowskie…

– Będzie walczył cywilnie? Kto traktuje poważnie takie zapowiedzi to sam sobie szkodzi. Chyba przed sądem morskim. To był taki sąd, którym pisarz ziemski straszył chłopów w sieńkiewiczowskich „Szkicach węglem”. Wiemy, że w „rozwiniętej demokracji” po to są sądy, by pomagać władzy, a zagraniczne sądy i to cywilne, Panu Premierowi przecież nie pomogą. Bo po co?

– Pan Premier tłumaczy, że to tylko krok wstecz, po którym przyjdą kroki do przodu…

– Pan Premier po to został premierem żeby przygotować rewindykacje żydowskie. Po to chyba został wystawiony. Kwalifikacji specjalnych nie ma, charyzmy ma tyle co zdechła ryba, ale takie zadanie ma do wykonania i wykona je w podskokach. Czyli dalsze kroki oczywiście będą i to pewnie szybko. W kierunku polskich portfeli.

– Jarosław Kaczyński był na egzekutywie PiS-u przed głosowaniem, ale na samo głosowanie się nie wybrał. Dlaczego?

– Widocznie uważał, że uczestnictwo w takim głosowaniu może szkodzić jego legendzie jako dzierżawcy monopolu na patriotyzm. Bo nikt mu nie wypomni jak głosował, bo nie głosował. Bardzo sprytne. Zmusił do głosowania swoich hunwejbinów, a twarzą zrobił Pana Premiera, który się prędzej czy później zużyje.

– Ale skoro był na egzekutywie to wiedział co się stanie?

– Biuro Polityczne musiało wcześniej podjąć decyzję. A jego sekretarzem jest poseł Kaczyński. Nie tylko wiedział, ale to przecież on zdecydował. Jakby to nie on zdecydował, to znaczy, że nie ma władzy.

– Po co PiS wprowadzał ustawę skoro z niej się wycofuje?

– Inicjatorami byli ministrowie Zbigniew Ziobro i Patryk Jaki. A minister Ziobro, zanim został znów dopuszczony do stołu, został przez Komendanta przeczołgany. Ustawa ta jest szajsem jeśli chodzi o stronę prawną, więc nie wykluczam, że to była podłożona Prawu i Sprawiedliwości świnia. Jeśli tak było, to to mu się udało i postawił w stan alarmu Żydów i szabesgojów na całym świecie. Jeśli tak było – to czapki z głów przed ministrem Ziobrą.

– Nagle nastąpiła zgoda w sejmie. I PiS i PO i .Nowoczesna zagłosowały za nowelizacją. Skąd ta zgodność?

– Jak międzynarodowe stowarzyszenie prawników i adwokatów żydowskich rozkazuje to nie ma żartów, to tu przestajemy się różnić pięknie, to tu się już nie różnimy. A rolę obozów gorącego patriotyzmu oraz zdrady i zaprzaństwa zaczniemy grać znów od jutra…

Kto stoi za Światową Radą Kościołów? W czwartek jej siedzibę odwiedzi Franciszek

Papież Franciszek w czwartek udaje się na krótką, jednodniową pielgrzymkę do Szwajcarii. W Genewie odbędzie ekumeniczne spotkanie z przedstawicielami założonej z inicjatywy rodziny Rockefellerów Światowej Rady Kościołów (World Council of Churches) działającej przy ONZ.

Skupia ona przede wszystkim denominacje protestanckie. Papież jedzie na obchody upamiętniające 70-lecie postania Światowej Rady Kościołów propagującej Agendę 30, a także w celu upamiętnienia rebelii sprzed prawie 500 lat temu, czyli kalwinizmu, który narodził się w stolicy Szwajcarii i rozprzestrzenił na inne kraje.

„Ekumeniczna pielgrzymka” Franciszka – jak się nazywa planowaną we czwartek podróż do stolicy dyplomacji – ma dać nowy impuls do zjednoczenia chrześcijan.

Franciszek wyruszy z Rzymu o 8:30 w czwartek. Przybędzie do Genewy na 10.10. Po osobistym spotkaniu z prezydentem konfederacji szwajcarskiej, Alainem Bersetem, uda się do siedziby Światowej Rady Kościołów (WCC), gdzie wygłosi homilię podczas ekumenicznego nabożeństwa modlitewnego.

WCC powstała w 1948 r., wyodrębniając się z wcześniej działających organizacji religijnych założonych z inicjatywy klanu Rockefellerów. Miała ona ułatwić podporządkowanie narodów globalizacji realizowanej poprzez agendy oenzetowskie z polecenia bogatych filantropów. Obecnie takim programem jest Agenda Zrównoważonego Rozwoju 2030.

Pierwsze spotkanie Światowej Rady Kościołów odbyło się w Amsterdamie w sierpniu 1948 roku. Ostatecznie siedzibą Rady została Genewa, gdzie znajduje się drugie co do wielkości biuro Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Na początku Światowa Rada Kościołów obejmowała 147 denominacji, głównie z Europy i Ameryki Północnej. Dziś w jej skład wchodzi 348 wspólnot, głównie protestanckich z ponad 110 krajów na sześciu kontynentach, reprezentujących 560 milionów chrześcijan.

Podczas gdy Kościół Rzymskokatolicki nigdy nie przyłączył się do tej inicjatywy jako oficjalny członek, ma tam swoich obserwatorów i stałego przedstawiciela Komisji Wiary i Ustroju. Watykan uczestniczył w licznych inicjatywach Światowej Rady Kościołów.

W wywiadzie dla Crux, ksiądz Andrzej Choromański, urzędnik Papieskiej Rady ds. Promowania Jedności Chrześcijan i członek komisji powiedział: „zasadniczym przesłaniem [tej podróży] jest powiedzenie, że Kościół katolicki uznaje wielki wkład Światowej Rady Kościołów w rozwój nowoczesnego ruchu ekumenicznego”. Choromański opisał współpracę jako nie tylko teologiczną i doktrynalną, ale także praktyczną.

Franciszek z inicjatywy Rady m.in. wydał wspólne oświadczenie z patriarchą Bartłomiejem z okazji Światowego Dnia Modlitwo Ochronę Stworzenia we wrześniu 2017 r. oraz wspólne oświadczenie z luteranami w październiku 2016 r. w sprawie 500. rocznicy reformacji.

Marcelo Figueroa, argentyński teolog protestancki, którego osobiście papież ustanowił redaktorem argentyńskiej wersji gazety watykańskiej – „L’Osservatore Romano” spodziewa się konkretnego oświadczenia z czwartkowego spotkania z Radą, które może dotyczyć kwestii imigracji i tzw. ekologii integralnej. Ma ono „otworzyć nowe ścieżki teologiczne” i globalnej współpracy w zakresie konkretnych rozwiązań.

Po porannej modlitwie Franciszek zje lunch w Ekumenicznym Instytucie w Bossey z kierownictwem WCC. Instytut usytuowany na obrzeżach Genewy w XVIII-wiecznym zamku, został założony jako „miejsce pojednania,” mające ułatwić realizację celów federalistów po II wojnie światowej.

Tym razem nie przewidziano w programie spotkania z ubogimi, chorymi czy ofiarami handlu ludźmi albo innymi zmarginalizowanymi członkami społeczeństwa.

Po obiedzie Franciszek raz jeszcze zwróci się do członków Światowej Rady Kościołów w bardziej formalnym przemówieniu, gdzie ma zarysować szeroką wizję chrześcijańskiej jedności. Podobnie jak w przypadku wizyty w Lund w Szwecji w 2016 r., uwagi papieża prawdopodobnie będą koncentrować się na przyszłości, a nie na przeszłości i będą odzwierciedlać ideę ekumenicznych relacji Kościoła z protestantami.

Odair Mateus, dyrektor Komisji Wiary i Ustroju w WCC wskazuje, że pielgrzymka papieża Franciszka w Genewie będzie naznaczona przykładem „żyjącego ekumenizmu”, który charakteryzuje się podejmowaniem współpracy w różnych dziedzinach.

Papież odprawi również Mszę dla szwajcarskich katolików – pierwszą papieską Mszę, która odbędzie się w kraju od czasu, gdy Jan Paweł II odwiedził Szwajcarię w 2004 r.

Genewa jest drugim najbardziej zaludnionym miastem w Szwajcarii, zamieszkałym przez około 3 miliony katolików. Niemal 70 tys. osób wzięło udział w papieskiej mszy w 2004 r.

Podczas odprawiania Mszy dla katolików szwajcarskich do Franciszka dołączy biskup Karol Morerod z diecezji Lozanna , Genewa i Fryburg. Kapłan – zanim został biskupem – był rektorem w Angelicum, a od 2009 roku członkiem zespołu watykańskiego, mającym na celu pojednanie z Bractwem Świętego Piusa X, ustanowionym w 1970 r. po odrzuceniu nauczania Soboru Watykańskiego II.

W niedawnym wywiadzie dla jezuickiego dziennika „La Civiltà Cattolica”, sekretarz generalny Światowej Rady Kościołów, dr Olav Fykse Tveit opisał aktualny stan stosunków ekumenicznych z Kościołem jako „nową wiosnę”.

Tveit przyznał jednak, że podczas gdy wspólnoty tworzące Radę zgadzają się w kwestiach dotyczących zwalczania ubóstwa, głodu i zmian klimatycznych, denominacje są mocno podzielone odnośnie kwestii takich, jak: seksualność.

Kardynał Donald Wuerl z Waszyngtonu, który jest członkiem Papieskiej Rady ds. Promowania Jedności Chrześcijan przekonuje, że chrześcijan więcej łączy niż dzieli, a wizyta papieża ma to podkreślić.

Franciszek ma opuścić Genewę jeszcze tego samego dnia o godz. 20.00. W samolocie tradycyjnie odbędzie się konferencja prasowa. Ks. Choromański podkreśla, że zadawane przez dziennikarzy pytania nie powinny przyćmić głównego tematu podróży, czyli „chodzić i modlić się razem”. Zamiast mówić o blokadach „dynamicznego ekumenizmu”, według Choromańskiego, „musimy wspólnie podjąć te wyzwania” wraz ze zobowiązaniem do wspólnej pracy.

Charles E. Harvey, profesor historii na California State University, który badał historię Światowego Ruchu Kościołów i szeroko pojmowanego Interchurch World Movement, w artykule z 1982 roku zatytułowanym „John D. Rockefeller, Jr. Interchurch World Movement 1919-1920: A different Angle on the Ecumenical Movement” wskazuje na rolę nowej „społecznej ewangelii” i wynikającej z tego tytułu walki pomiędzy konserwatywnymi chrześcijanami a liberałami. Harvey odkrył, że informacje, do których większość historyków i badaczy sięgała w swoich badaniach pisząc o tych kwestiach, zostały przygotowane bezpośrednio przez prawnika Johna D. Rockefellera Jr., człowieka o nazwisku Raymond B. Fosdick. Szkodliwe informacje, pisze Harvey, były „(…) skompilowane właśnie po to, by ukryć prawdziwą rolę, jaką Rockefeller odgrywał w organizacji.” Harvey udokumentował prośbę Johna D. Rockefellera Jr. skierowaną do swojego ojca o przyznanie od 50 do 100 milionów dolarów, aby skonsolidować kościoły. Chciał stworzyć fundację, która wykorzystałaby IWM do administracyjnej konsolidacji denominacji na wzór wielkiego biznesu. Fundacja miała związać duchownych uczestniczących kościołów we wspólnym funduszu emerytalnym i zjednoczyć denominacyjne „zagraniczne oraz lokalne działania,” by IWM miało potencjalnie większy wpływ niż Liga Narodów.

Po upadku IWM, w jej miejsce powstała Światowa Rada Kościołów, która ma być wykorzystana przez inne organizacje wspierane finansowo przez Rockefellerów w celu ułatwienia wprowadzenia globalnej władzy. Rada miałaby stworzyć coś w rodzaju globalnej religii.

Siedziba Światowej Rady Kościołów – Chateau de Bossey, gdzie znajduje się Ekumeniczny Instytut – została zakupiona za pieniądze Rockefellerów.

Podczas trzeciego zgromadzenia Światowej Rady Kościołów w New Delhi w 1961 roku mówiono o potrzebie nowego porządku międzynarodowego, światowego rządu, współzależności, rezygnacji z suwerenności narodowej na rzecz organizacji międzynarodowych.

Na swojej stronie Rada podkreśla, że jest zaangażowana poprzez ekumeniczne działania w realizację założeń i ideałów zawartych w Karcie Narodów Zjednoczonych, a także w wartości etyczne, moralne i duchowe, na których muszą się opierać stosunki międzynarodowe.

„Myśl społeczna Światowej Rady Kościołów”, napisana przez Edwarda Duffa opisuje filozofię, którą kieruje się Rada. Zgodnie z wizją prof. W. E. Hockinga z Harvardu, który przewodniczył Radzie, ma powstać „religia przyszłości”, reprezentująca „wspólną światową kulturę”.

Samo chrześcijaństwo – wg prof. Hockinga – jest jedynie „etapem” w powszechnym poszukiwaniu „prawości.” Będzie ona stanowiła cenny składnik religii przyszłości – „Nowego Testamentu każdej istniejącej Wiary” i służyć jako „dusza” przyszłej wspólnej kultury światowej. (Książka Hockinga z 1956 roku: „The Coming World Civilization”). Aby powstała światowa cywilizacja, Hocking stwierdza, że ​​chrześcijaństwo musi zostać dostosowane do „globalnych” wartości i musi odrzucić elementy „dzielące.” Ta nowa religia ma być mieszanką wierzeń różnych ludów etnicznych, Wschodu itp.

Źródło: cruxnow.com., oikoumene.org

Pułapki religii praw człowieka

Arkadiusz Stelmach w 20 numerze „Do rzeczy” niepokoi się, że politycy sprawujący dziś w Polsce władzę nie tylko nie spieszą się z ustawą chroniącej życie, ale nie wypowiadają konwencji stambulskiej, są za „zrównoważonym rozwojem”, nie polemizują z lewicowymi hasłami polityki globalnej. A przecież są katolikami! Jak to wszystko „można pogodzić z przywiązaniem do głoszonej przez Jana Pawła II wartości, którą jest obrona życia od poczęcia do naturalnej śmierci”, pyta bohater wywiadu.

Czy rzeczywiście katolicyzm sprawujących władzę w Polsce różni się od katolicyzmu ogółu społeczeństwa; są oni jakąś szczególną, faryzejską grupą? Przecież tak jak wszyscy słuchają w kościele kazań, słyszą pouczenia papieża, czytają listy pasterskie Episkopatu. A może postawa ta jest odzwierciedleniem tego, co w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wydarzyło się w Kościele?

Mam wrażenie, że rozmówca „Do rzeczy” oczekuje od polityków obozu rządzącego, że będą „bardziej papiescy od papieża”. W tego rodzaju zarzutach bowiem pomija się fakt najistotniejszy: nauczanie Kościoła od czasu ostatniego Soboru uległo poważnej zmianie. Za zmianami teologicznymi, jakie zostały wówczas dokonane idą nieuchronnie przesunięcia w nauczaniu moralnym Kościoła, co dziś widać wyraźnie. Za nim idą postawy ludzi. Mimo, że Jan Paweł II głosił zawsze konieczność obrony prawnej życia nienarodzonych, jego pontyfikat naznaczony był wcielaniem w życie posoborowej „odnowy”; odległe skutki tej wielkiej operacji pogodzenia Kościoła ze światem możemy obserwować dziś w Polsce.

Zmiana ta obecna jest zarówno w konstytucjach soborowych, w nowym Katechizmie Kościoła Katolickiego, w nowym Kodeksie Prawa Kanonicznego, w wypowiedziach posoborowych papieży, kardynałów i biskupów, w praktyce duszpasterskiej, w formacji seminaryjnej. Wiele mówiło się swego czasu o „duchu Soboru”, który wymiótł z seminariów, parafii i klasztorów tysiące kleryków, księży i zakonników, ale wystarczy zauważyć jak zmienił się w ciągu posoborowych lat język Kościoła. Kościół odszedł od definicji dogmatycznych, od jasnych i zrozumiałych dla ludzi o różnym poziomie wykształcenia prawd katechizmowych, na korzyść zawiłych, niejednoznacznych określeń. Jednym z przykładów tej nowej szkoły definiowania prawd religijnych jest pojęcie „wartości chrześcijańskich”. Niby wszyscy wiemy, co ono oznacza, ale tak naprawdę jest ono ogólnikowe, płynne, każdy może umieścić pod nim własną interpretację, poszerzyć lub zawęzić zestaw „wartości”, dowolnie to uzasadniając. „Wartości” wprowadził do filozofii i etyki Max Scheller, przedstawiciel fenomenologii. Karol Wojtyła był pod urokiem fenomenologii. Tytuł jego pracy habilitacyjnej brzmi: „Ocena możliwości budowania etyki chrześcijańskiej przy założeniach systemu Maxa Schelera„. Był również jako filozof pod wpływem innego fenomenologa, urodzonego na Litwie żydowskiego myśliciela Emanuela Levinasa, znanego szczególnie jako komentator Talmudu.

Przedtem w Kościele mówiło się po prostu o „dobru”, „świętości”, o „cnotach”. Kategorie te były ścisłe, kryteria ich określania jasne. Cnoty były zdefiniowane i usystematyzowane. Wartości natomiast są cechami bytów, które zostały oderwane, usamodzielnione i próbują je zastąpić. Zestaw „wartości” nigdzie nie figuruje w nauczaniu Kościoła przed Soborem, bazowano wówczas na filozofii realistycznej św. Tomasza z Akwinu. Kościół traktujący filozofię realistyczną jako podstawę teologii musiał przemawiać w sposób jasny do rozumu ludzkiego – nie do uczuć – religia wszak to Objawienie. „To właśnie Słowo, czyli myśl, a nie życie czy miłość, jest pierwszą zasadą religii”, przypominał prof. Romano Amerio, który prawie tysiącstronicowe dzieło, „Iota unum” poświęcił analizie zmian w Kościele katolickim; ten szwajcarski filozof i teolog cieszył się uznaniem Benedykta XVI. Odejście współczesnego nauczania Kościoła od filozofii realistycznej utorowało drogę nowemu myśleniu o Bogu. Wielką fascynacją Karola Wojtyły jako filozofia i etyka była koncepcja Teiharda de Chardin, francuskiego jezuity, którego prace aż do Soboru uznawane były za heterodoksyjne. Jego nauki interpretujące Wcielenie i Odkupienie Jezusa Chrystusa zgodnie z teorią ewolucji cieszyły się jednak popularnością u intelektualistów katolickich ery soborowej. W pismach polskiego papieża, także w jego encyklikach, znajduje się wiele myśli zaczerpniętych z jego teorii Boga, który swoje „dopełnienie” znajduje rzekomo w człowieku i jest utożsamiony z wiecznym procesem przemieniającego się Kosmosu.

„Jesteśmy krajem chrześcijańskim od ponad 1050 lat”, mówi Arkadiusz Stelmach. „To chyba wystarczający czas, by nauczyć się obrony wartości. To my wydaliśmy na świat Jana Pawła II, który nie kalkulował, czy opłaca się bronić życia”. Autor zdaje się zapominać, że zmiana w Kościele czasu Soboru owocowała liberalnym podejściem do oferty świata, czego dowodem było m.in. wyraźna zachęta Jana Pawła II, by polscy katolicy nie obawiali się akcesu naszego kraju do Unii Europejskiej. Pomimo, że zarówno założenia jak i skutki globalizacji, obecność w dokumentach unijnych „praw człowieka”, z niepodważalnym prawem „wolności”, czyli czynienia z własnym ciałem wszystkiego, co tylko człowiekowi przyjdzie do głowy, nie były żadną tajemnicą. Nie kryły się za tym ambicje Jana Pawła II jako Polaka, jego przekonanie, że nasze wejście do UE jest czymś historycznie sprawiedliwym, ale przede wszystkim zmiana nastawienia Kościoła do współczesności.

Bo co naprawdę kryło się za hasłami odnowy Kościoła, uwspółcześnienia go, otwarcia się na świat? Skoro nowa teologia nie jest „oddawaniem przy pomocy zrozumiałych formuł niezmiennej prawdy, lecz – jak się to dziś uporczywie powtarza – jest transponowaniem na słowa doświadczeń i przeżyć osoby wierzącej”, a ponieważ doświadczenie jest „z natury swej subiektywne i zmienne, nie może być innej teologii, niż subiektywna i zmienna”, jak zaznacza Amerio, musiał się zmienić także cel, jaki Kościół stawia przed światem. Wcześniej Kościół wymagał, by przywódcy państw, w których większość stanowią katolicy, odpowiadali moralnie za społeczności, którym przewodzą, by dbali o realizowanie ostatecznego celu człowieka, a więc także celu ludzkich zbiorowości. By chronili religię i jej pryncypia. Dogmat ”poza Kościołem nie ma zbawienia”, nie był traktowany jako przenośnia czy obciążona dawną, „ciasną” mentalnością formuła, którą można dowolnie manipulować. Gdy na Soborze zadeklarowano otwarcie się na współczesność, na nowe prądy filozoficzne i polityczne, odstąpiono zarazem od potępień tego, co Kościół piętnował dotąd zawsze jako ewidentne zło zagrażające zbawieniu: kłamstwa i błędu. Nie został potępiony komunizm, mimo, że domagała się tego na Soborze duża grupa biskupów. Kościół rozpoczął erę „dialogu”, podpierając się postulatami ekumenizmu, wolności religijnej i kolegializmu, zakładając, że wszyscy ludzie na świecie, niezależnie od religii, chcą, dobra. Celem stało się dla Kościoła zjednoczenie ludzkości, światowy pokój. Globalizm, tak wyklinany w naszym kraju przez tradycyjnych prawicowców, którzy zawsze chętnie powołują się na polskiego papieża, jest więc autoryzowany nie tylko przez „społeczności międzynarodowe”. Otrzymał także błogosławieństwo głowy Kościoła.

Jan Paweł II oparł swoją naukę moralną dotyczącą aborcji na prawach człowieka. W Kościele odstąpiono po Soborze od słowa „grzech”, w powszechnym użyciu jest „niezbywalna godność osoby ludzkiej”. Już nie grzech przeciw Bogu, ale zło wyrządzone człowiekowi jest najgorszym wykroczeniem. Dawniej przypominano piąte przykazanie: „Nie zabijaj! – bo zabijając człowieka niewinnego obrażasz Boga, sprzeciwiasz się Bogu. Zasługujesz na piekło”. Jak bardzo zmienił się język Kościoła! Ludzie Kościoła coraz częściej bronią praw człowieka powołując się na Konstytucję. Coraz rzadziej bronią praw Boga odwołując się do kilku dogmatów wiary, które zmieściłyby się na jednej kartce papieru, i do ludzkiego rozumu. (Nowy Katechizm Kościoła Katolickiego z 1994 r. ma 643 strony).

Jeśli gromy dziś sypią się na papieża Franciszka, który na własną ręką, jako religijny satrapa, wprowadzać ma nasączoną marksizmem moralność i teologię, to zapomina się, że argentyński papież krok po kroku realizuje tylko założenia soborowe, nie dodając od siebie w zasadzie nic. Wyróżnia go większa determinacja we wcielaniu ich w życie, ma mniej skrupułów i wahań.

O tym, że nowe odniesienie Kościoła do świata nie jest wynikiem knowań garstki kardynałów, zwłaszcza niemieckich, ale dziełem nowej teologii i nowej eklezjologii pisał w swoich pracach zarówno Romano Amerio, jak włoski historyk Kościoła Roberto de Mattei, filozof Augusto del Noce, pisarz Vittorio Messori, Michael Davies i wielu poważnych ludzi nauki; w Polsce prof. Marcin Karas z UJ. Od czasu przyjęcia nowej teologii zarówno duchowieństwo jak i świeccy w Kościele muszą uporać się ze sprzecznością między tradycyjną niezmienną nauką Kościoła, która oparta jest na objawienia Boga, a tą lansowaną dziś, w której miesza się porządek naturalny i nadprzyrodzony, Objawienie, łaskę i zmienne uczucia ludzkie.

Jaki to wszystko ma związek z dzisiejszymi narzekaniami na polityków, którzy zwlekają z ustawą antyaborcyjną i zdają się akceptować globalizm?

Dzięki przyjęciu przez Kościół nowej teologii zmarginalizowany został grzech pierworodny, wszyscy ludzie na ziemi są zbawieni, niezależnie od tego, w co wierzą i jak żyją, „prawa człowieka”, „godność osoby ludzkiej” i „dialog” stały się podstawą nowej etyki i praktyki duszpasterskiej. Do tego doszedł ekumenizm, nawracanie zyskało pogardliwą nazwę „prozelityzmu”.

„Wiosna Kościoła”, oczekiwana i zapowiadana przez autorów tych zmian jednak nie nadeszła. Konsekwencją – oczywiście nie należy zapominać o sekularyzacyjnym wpływie współczesnej kultury, która potęguje kryzys – są nie tylko puste seminaria, duch anarchii w instytucjach Kościoła, ale także coraz większe zmaterializowanie rzesz katolików, przyjęcie nowych standardów życia rodzinnego. Ma ono dawać pełną satysfakcję, uszczęśliwiać, pomagać w „samorealizacji”. Coraz częściej – także wśród osób wierzących – uważa się, że nowe dziecko w rodzinie może ten ideał zniweczyć. Optymizm o. Congara, de Lubaca, Karla Rahnera, o. Chenu, ale także Karola Wojtyły, należącego do grona zwolenników wielkiego otwarcia Kościoła na współczesny świat, okazał się nieuzasadniony. Człowiek w tym świecie nie okazał się „lepszy”. Dialog zaś ze światem okazał się monologiem, w którym mówi tylko jedna strona. Wizja posoborowej „wiosny Kościoła” i zwycięstwa „cywilizacji miłości”, którą głosił polski papież okazała się utopią, oparta o idealistyczne wyobrażenia o naturze ludzkiej.

Może polscy politycy, w których rękach spoczywa los ustawy antyaborcyjnej po prostu lepiej niż inni zdają sobie z tego sprawę? Wiedzą, że między postawą katolików sprzed jeszcze pięćdziesięciu laty, a postawą dzisiejszą istnieje ogromna różnica. „Poszanowanie praw człowieka” nie zastąpi „bojaźni Bożej”, która została po Soborze wyśmiana. Ludzie, którzy zwykli sobie ułatwiać życie, iść na skróty, zyskali nowe usprawiedliwienie dla swojego wygodnictwa. Chcą by także ich „prawa”, ich „wolność” była nienaruszalna. Sprzeczności między tymi współczesnymi „wartościami” a dogmatami wiary i zasadami moralności katolickiej, która opiera się przede wszystkim na powinnościach człowieka wobec Boga, nie da się pokonać.

To nie fakt, że obecnie w Papieskiej Akademii Życia „doszło do głębokich zmian” i znaleźli się tam „ludzie, którzy reprezentują cywilizację śmierci”, jak podkreśla bohater wywiadu w „Do rzeczy”, przesądza o niedobrym klimacie wokół obrony życia. W Kościele nie dzieje się nic z dnia na dzień. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Kościół był rzeczywiście sumieniem narodu – w Polsce i w krajach takich jak Irlandia, Włochy, Malta kraje Ameryki Południowej, Brazylia, Ekwador. Katolicy podporządkowywali się mu jako autorytetowi zewnętrznemu. Dziś mamy do czynienia z gwałtowną reakcją na posoborową rewolucję. Ludzie odrzucają ”autorytet zewnętrzny”; zdanie polskiego papieża na temat nienarodzonych nie jest dla nich wiążące; chcą myśleć na własny rachunek, odpowiadać za swoje czyny wyłącznie przed swoim sumieniem. Stąd biorą się coraz głębsze antagonizmy w społeczeństwach, niedawno jeszcze jednolitych, mało zróżnicowanych, spójnych.

Czy więc pretensje do polityków, że to „przez nich giną w Polsce dzieci nienarodzone”, są uzasadnione? Czy nie są zafałszowywaniem zagadnienia, myleniem skutków z przyczyną? I czy nie zapomnieliśmy przypadkiem, że pod koniec swojego życia, gdy błędy Soboru były już jaskrawo widoczne, Jan Paweł II kilkakrotnie zwracał się do Polaków z prośbą, by modlić się za niego (nie „do niego”)? Czy wysłuchaliśmy tej prośby naszego rodaka na Stolicy Piotrowej?

Ewa Polak-Pałkiewicz