Chwała Bogu

OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Naród bez (członka i …) głowy.

Polska przez wieki była największym skupiskiem diaspory żydowskiej na świecie. I jak nigdzie indziej uzyskała ona tu największe przywileje i żyła w otoczeniu niezwykle tolerancyjnego i łagodnego narodu. Wyrzuceni z całej Europy Zachodniej znaleźli tu Żydzi swoje miejsce odpoczynku, swoje Polin. Konsekwencje tego, my Polacy, odczuwamy dziś w sposób wyjątkowo bolesny, ale najgorsze jeszcze przed nami. Nie da się napisać historii Polski bez uwzględnienia w niej roli Żydów, co więcej, nie można zrozumieć naszej rzeczywistości, udając, że ich w niej nie ma. Oni są!

Druga wojna światowa była tragedią. Była tragedią dla narodu polskiego i taką była dla narodu żydowskiego. Dla narodu polskiego była to tragedia większa niż dla narodu żydowskiego. Naród polski stracił w niej swoją inteligencję, a właściwie jej zaczątek budowany w okresie II RP. Masy, jako takie, przetrwały, chociaż one też cierpiały i ich danina krwi była większa. W przypadku Żydów było odwrotnie. Inteligencja przetrwała, a masy, w odróżnieniu od polskich, zostały całkowicie unicestwione.

W kategoriach jednostki wartościowanie czyjegoś życia na podstawie przynależności do takiej czy innej warstwy czy klasy społecznej byłoby niemoralne i naganne. Tu chodzi o ludzką godność. W Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych brzmi to tak: We hold these truths to be self-evident: that all men are created equal and endowed by their Creator with certain inalienable rights, that amnog these are life, liberty and the pursuit of happiness. To można przetłumaczyć mniej więcej tak: Te prawdy uważamy za oczywiste: że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi i obdarzeni przez Stwórcę pewnymi niezbywalnymi prawami, wśród których są życie, wolność i dążenie do szczęścia.

Jednak w przypadku narodów jest trochę inaczej. Tak zwane elity odpowiadają za losy danego narodu czy państwa. Jeśli ulegną likwidacji, to ich odbudowa wymaga czasu. Masy odbudowują się już w następnym pokoleniu.

Nie ulega wątpliwości, że elity wywodzą się z mas. Jest to jednak proces długotrwały. One nie powstają z pokolenia na pokolenie. W II RP był już zaczątek tych elit, ale druga wojna światowa przerwała ich odradzanie się. Natomiast elity żydowskie przetrwały wojnę i wzmocnione zasięgiem przybyłym wraz z Armią Czerwoną zdominowały życie PRL-u. Trudno więc zgodzić się z tym, że tzw. plan Balcerowicza był próbą uzdrowienia polskiej gospodarki, raczej był zamiarem jej zlikwidowania i to się udało. To kolejny etap na drodze do tworzenia Judeopolonii.

MSO_1

Krzysztof Baliński w swojej książce „Ministerstwo Spraw Obcych czyli polskie sprawy w cudze ręce?” pisze:

»Po wyborach z 4 czerwca Sachs ponownie udał się do Polski, gdzie dziennikarz „Gazety Wyborczej” Grzegorz Lindenberg zorganizował mu i jego asystentowi Davidowi Liptonowi kolejne spotkania. Sachs tak wspomina: „Kiedy wkrótce po wyborach wróciłem do Polski, młody dynamiczny działacz Grzegorz Lindenberg zorganizował nasze, tj. Liptona i moje, trzy kolejne spotkania z głównymi strategami ruchu «Solidarności»: Bronisławem Geremkiem, Jackiem Kuroniem i Adamem Michnikiem”.

Sachs zobaczył się najpierw z Geremkiem. Oczywiście ten nie miał bladego wyobrażenia o zagadnieniach ekonomicznych. Spotkanie zakończyło się stwierdzeniem Geremka: „Myślę że ma pan rację”. Następnie Sachs udał się do Kuronia. Prof. Witold Kieżun tak opisuje spotkanie w swej książce Patologia Transformacji: „Kuroń palił papierosa za papierosem i od razu wyciągnął butelkę”. Następnie Sachs zaczął mu opowiadać o „niezbędnych” reformach, jakie czekają Polskę. Kuroń oczywiście nic z tego nie zrozumiał, ale co chwila znajdując się w alkoholowo-nikotynowym amoku walił ręką w stół i powtarzał: „Tak , rozumiem”. Ostatecznie podpity Kuroń stwierdził, że brzmi to fascynująco i że trzeba to zapisać. Natychmiast Sachs z razem z Liptonem i Lindenbergiem udali się do siedziby „Wyborczej”. Było około 23:30. Od razu przystąpiono do pospiesznego zapisywania programu transformacji ustrojowej. Kuroń chciał, żeby był gotowy już na następny dzień. Potwierdza to Naomi Klein w Doktrynie szoku: „Sachs i Lipton napisali plan polskiej terapii szokowej w ciągu jednej nocy. Miał piętnaście stron i, jak twierdził Sachs, był to, jak sądzę, pierwszy raz, gdy ktoś napisał całościowy plan przejścia z gospodarki socjalistycznej do wolnego rynku”. Po napisaniu planu, który zostanie nazwany „Planem Balcerowicza”, oboje udali się do Michnika.

Tak więc plan polskiej transformacji ustrojowej napisany przez Sachsa z polecenia Sorosa i jego „zaufanych ludzi” powstał w ciągu jednej nocy na życzenie pijanego Kuronia i w siedzibie „Wyborczej”. Sachs w swojej książce wspomina, że rząd amerykański ostrzegał przywódców „Solidarności”, że on i Soros są groźnymi osobami i że mogą jedynie zaszkodzić polskiej transformacji: „Po wydarzeniach tego dnia wielu ludzi w Waszyngtonie próbowało tłumaczyć nowym polskim władzom, że jestem człowiekiem niebezpiecznym. Co najmniej jeden Polak dobrze notowany w Waszyngtonie radził premierowi, żeby mnie wydalił z Polski, zanim naprawdę zaszkodzę polskim reformom”.

W takim razie kogo reprezentował Soros, jeśli rząd amerykański ostrzegał przed nim Polaków? Czy aby nie organizacje żydowskie? Jasno więc z powyższego wynika, że Balcerowicz był nie tylko wykonawcą planu, przez który straciliśmy setki fabryk i przedsiębiorstw, ale planu transferu polskiego mienia do Nowego Jorku. I że to Soros jest odpowiedzialny za plan transformacji gospodarczej Polski, który Polskę w dalszym ciągu niszczy.«

Polska po rozbiorach i powstaniu listopadowym doświadczyła czegoś, co opisano jako Wielką Emigrację. Po prostu polskie elity wyemigrowały do Paryża. I od tego momentu Polacy stali się narodem bez głowy.

Bernhard Struck w książce „Nie Zachód, nie Wschód; Francja i Polska w oczach niemieckich podróżnych w latach 1750-1850”, Wydawnictwo Neriton, Muzeum Historii Polski, Warszawa 2012, pisze tak:

»Epokę reform w drugiej połowie XVIII w. aż po trzeci rozbiór Polski można w oparciu o pojęcia Bitterliego określić jako okres intensywnych stosunków i wymiany kulturalnej, a nawet jako splot kultur. Podróżni tacy jak Johann Bernoulli, Joachim Schulz, Johann Philipp von Carosi, Therese Hubner i inni utrzymywali kontakty osobiste i naukowe, i opisywali je. Prowadzili dialog z polskimi uczonymi, naukowcami, literatami, politykami, światłymi przedstawicielami szlachty, a w niektórych przypadkach z samym królem. Ich relacje i przekaz wiedzy o Polsce był wkładem w polsko-niemiecki transfer kulturalny. Taka forma stosunków kulturalnych w obrębie europejskiej republiki uczonych nie różniła się w istotny sposób aż do ok. 1800 r., pomijając kilka wyjątków, od sytuacji wielu podróżnych udających się w tym samym czasie do Paryża.

Jednak inaczej niż w przypadku Francji i wielorakich kontaktów niemieckich podróżnych z uczonymi, artystami i politykami w Paryżu, których opisy przewijają się w całym badanym okresie, podobnie jak zresztą i w innych epokach, stosunki kulturalne i dialog niemiecko-polski sukcesywnie zanikały. Ostatni rozbiór Polski i pierwsza fala emigracji polskich elit politycznych i kulturalnych po 1795 r. wpłynęła na zmniejszenie się liczby ewentualnych rozmówców czy partnerów. Ostatecznie stosunki te uległy zerwaniu po fali Wielkiej Emigracji, która nastąpiła po upadku powstania listopadowego. Bez elit towarzyskich i kulturalnych, wystarczy przypomnieć opisywaną ponurą atmosferę w Warszawie po 1830 r., wzajemna wymiana i splot kultur były na poziomie podróżujących, kulturalnych i literackich elit trudne do zrealizowania. Tym samym w odniesieniu do Polski sytuacja wzajemnego dialogu zmieniła się fundamentalnie. Aby posłużyć się językiem kolonialnego dyskursu, po 1831 r. nie rozmawiano już z mieszkańcami odwiedzanego kraju, lecz jedynie relacjonowano o nim samym. Polska – podobnie jak z punktu widzenia kolonizatora – przedstawiana była od zewnątrz, nie będąc już prezentowana z perspektywy kontaktów, jakie mogliby nawiązać zagraniczni goście. Znamienne jest, że ci spośród odwiedzających, którzy posługiwali się w latach 30. i 40. negatywną retoryką wobec Polski i polskiej kultury, nie wspominali w swych relacjach o żadnych partnerach dialogu, społecznych czy naukowych środowiskach w Polsce. Zamiast tego dominował podział na „my” i „oni”, który sprawiał, że w narracji brak było indywidualizacji charakteryzującej opisy sprzed 1800 r. Ten podstawowy wzorzec jednostronnie prowadzonego dyskursu, a zatem hegemonicznego dyskursu kulturalnego i spojrzenia wręcz kolonialnego, można odnieść do kontekstu wewnątrzeuropejskiego, a mianowicie do relacji niemiecko-polskich i relacji podróżniczych o Polsce. Dopiero połączenie narodowego i hegemoniczno-kolonialnego dyskursu umożliwiło, inaczej niż w odniesieniu do Francji, posługiwanie się przez podróżnych od połowy lat 30. negatywną i deprecjonującą retoryką.«

Żydzi szybko dostrzegli tę lukę tj. brak polskich elit. Ale była jeszcze polska szlachta, która ze swoim majątkiem i ziemią mogła stanowić pewną przeszkodę w realizacji ich celów. J.I. Kraszewski, jako redaktor kronenbergowskiej “Gazety Codziennej” miał okazję poznać ich. I opisał to w swojej powieści “Żyd”, której fragment cytuje Teodor Jeske-Choiński w książce „Historia Żydów w Polsce”:

»W powietrzu czuć proch (chodzi o powstanie styczniowe), ale dla nas to nic złego. Naturalnie ofiary będą, ale trzeba się będzie wyślizgiwać, aby nas koła tej wielkiej machiny, druzgocącej wszystko, nie pochwyciły. Ostatecznie jednak dla nas wygrana, ktokolwiek z nich wygra. Albo jeden, albo drugi da nam po skończonej awanturze równouprawnienie. Choćby potrzeba było z naszej strony jakichś ofiar pieniężnych, my się zawsze najmniej zrujnujemy, ocalejemy majątkowo, bo nasze kapitały ukryte dobrze, są mniej dostępne od mienia szlacheckiego, od ziemi, widocznej dla każdego. Byliśmy długo w pogardzie i poniewierce; korzystajmy z okazji. Zamiast bawić się w patriotyzm, asymilację itp. mrzonki, myślmy przede wszystkim o sobie. Chłop polski nas nie lubi, wiemy o tym, ale chłop jest głupi – nie boimy się go. O szlachtę nam głównie idzie. Wmiesza się ona przez sam punkt honoru w awanturę, pójdzie do lasu, na krwawe pola, za co ją rząd ukarze, zniszczy, wytępi, wydusi, wywłaszczy, a wówczas dla nas droga otwarta.

“A wówczas dla nas droga otwarta”… Jaka droga?…

„W każdym narodzie musi się wyrobić – rezonowali dalej bogacze żydowscy – ponad masy jakaś inteligencja i rodzaj arystokracji. My jesteśmy materiałem gotowym, my zawładniemy krajem, a panujemy już przez giełdy i przez wielką część prasy nad polową Europy. Ale naszym właściwym królestwem, naszą stolicą, naszym Jeruzalem będzie Polska. My będziemy jej arystokracją, my tu rządzić będziemy. Kraj ten należy do nas, jest nasz…”

Oto jaką drogę widzieli przed sobą, do jakiego celu dążyli żydowscy asymilatorzy już około r. 1862. Zaledwie zdążyli wyjść z ghetta, zdjąć z siebie chałat, oświecić się po wierzchu, dorobić się wielkiej mamony, a już zachciało się im być inteligencją i arystokracją polską, już nazywali Warszawę swoją Jerozolimą, a ziemię polską swoją własnością. Parobkami, helotami mieli być u nich Polacy. Kultura europejska nie wytrzebiła z ich mózgu megalomanii talmudyzmu. Żydami, wrogami innowierców zostali.«

Kraszewski napisał powieść “Żyd” w1866 roku. Można więc śmiało powiedzieć, że świadomość żydowska po powstaniu styczniowym już dojrzała do podjęcia kroków do stworzenia w Królestwie Polskim Judeopolonii. A może to była pierwsza próba? Marian Miszalski w książce „Ukryta wojna cicha kapitulacja? (Polityka polska wobec żydowskiego rasizmu)” wymienia 5 prób stworzenia Judeopolonii:

-pierwsza, to projekt niemiecko-żydowski z 1914 roku.

-druga, to projekt Grunbauma z 1919 roku, polegający na próbie utworzenia państwa polsko-żydowskiego. Projekt ten poległ w Sejmie Ustawodawczym. Była to próba żydowska.

-trzecia próba, ta karykaturalna z 1945 roku (niesuwerenne państwo żydowsko-polskie w sowieckiej Polsce). Był to pomysł rosyjsko-żydowski.

-czwarta próba, to również próba rosyjsko-żydowska: spisek „okrągłego stołu”. Jaruzelski – eksponent sowieckiej racji stanu, „strona społeczna, to agentura bezpieczniacka ulokowana w „Solidarności” i żydowscy pupile Geremka i Michnika.

-piąta próba za 65 czy 300 miliardów dolarów. To jest próba wyłącznie żydowska, która jest realizowana przy pomocy rządu Izraela, lobby żydowskiego w Ameryce i „piątej kolumny” w Polsce.

Tak to widzi Marian Miszalski. Jeśli więc uznanie powstania styczniowego za taką próbę jest przedwczesne, to uznanie rewolucji 1905 roku już chyba nie! Cytowany wcześniej Jeske-Choiński pisze również:

Dokąd Żydzi zdążali podczas rewolucji, niech opowie Julian Unszlicht, który jako polski pisarz żydowskiego pochodzenia, zna lepiej od „gojów” tajemnice swoich współplemieńców. Pisze on pomiędzy innymi: „Ubiegła rewolucja w Królestwie była rewolucją żydowską, mającą na celu utrwalić hegemonię Izraela nad Polską i zrealizować utopijny ideał »Judeo-Polski«, Syjon na gruzach Polski. – Wiekami całymi żydostwo ze wszech stron spływało w granice Rzeczypospolitej na oścież dla obcych otwarte. Rzeczpospolita nie umiała wzbudzić dla siebie poszanowania ze strony żydostwa, które, biorąc jej tolerancyjność za oznakę słabości, nauczyło się Polskę lekceważyć, nie chcąc nawet jej języka uznać za swój. Żargon niemiecki, jak obecnie żargon rosyjski litwactwa – to żywe dokumenty stwierdzające przywiązanie żydostwa do tych państw, które nie tylko Polskę ciemiężą, ale i samo żydostwo sposobami wytępić usiłowały. Polska ujarzmiona stała się ojczyzną żydostwa całego świata, drugą Palestyną, w której nie miało ono potrzeby liczyć się z interesami ludności rdzennej. W warunkach wyjątkowych Polski przy rosnącym ucisku obcym i pozornym zmiażdżeniu przezeń aspiracji politycznych narodu polskiego, proces odpadania żydostwa od polskości mógł się tylko potęgować, prowadząc w prostej linii do fantastycznej idei Judeo-Polski, odrodzenia »narodowego« żydostwa w ujarzmionej Polsce pod egidą państwowości rosyjskiej. – Pierwszy etap został przebieżony: żydostwo powstaje jako zwarta masa przeciwko narodowi, który w ciągu tylu wieków udzielał mu gościny i przytułku, sądząc, że w zamian za to zdobędzie względy gromiącej go Rosji. Lecz w tej sytuacji walka żydostwa z polskością, mimo poparcia rządu rosyjskiego zakończyłaby się rychło klęską żydostwa, gdyby ono dla swych dążeń nie znalazło punktu oparcia w samym społeczeństwie polskim. Warunkiem nieodzownym istnienia w Polsce jako odrębnej całości tak osobliwej grupy jak żydostwo, było rozerwanie przezeń społeczeństwa polskiego na dwie wrogie części i przykucie jednej z nich – polskiego ludu pracującego – do swego dziejowego rydwanu, toczącego się ku nieznanym losom Izraela po »trupie Polski«.

Siła proletariatu polskiego miała zarazem służyć do wywarcia presji na rząd, by zdobyć na nim ustępstwa, których koszta poniesie Polska, a korzyści zagarnie żydostwo. Do tak niesłychanego eksperymentu dał się użyć socjalizm w Polsce. – Socjalizm polski nie umiał stawić czoła parciu nacjonalizmu żydowskiego, gdyż element żydowski, który się w nim licznie zagnieździł, nie dopuszczał do żadnej krytyki działalności politycznej żydostwa, natomiast zmuszał go ustawicznie do walki z reakcją polską, nie za jej ugodowość, bo to odpowiadało dążeniom centralistycznym nacjonalizmu żydowskiego, lecz za jej antysemityzm, któremu żer obfity dawały wybryki antypolskie socjal-litwactwa. W tych warunkach nastąpił wybuch szalonego, nieokiełznanego niczym antagonizmu. – Izrael stał się nieubłaganym, bezlitosnym sędzią wszystkich prawdziwych czy urojonych przewinień Polski, z lubością opluwał jej przeszłość, jej męczeństwo, jej prawo do wolnego życia. – Żydostwo stało się panem sytuacji w rewolucji. Coraz natarczywiej żądało od socjalistów polskich, by się wyparli swej narodowości, swych ideałów, a z proletariatu polskiego uczynili hołotę nacjonalizmu żydowskiego”.

Najmniej znana powieść Henryka Sienkiewicza to „Wiry”. Jej akcja toczy się w okresie rewolucji 1905 roku. Jest to romans i po części powieść polityczna, choć realistyczny obraz 1905 roku jest w niej skromny. Nie mniej jednak niektóre fragmenty brzmią nad wyraz aktualnie:

Nasi socjaliści zabrali się do przebudowy nowego domu, zapomniawszy, że żyjemy stłoczeni tylko w kilku izbach, a w innych mieszkają obcy, którzy na to nie pozwolą. A raczej owszem! Te kilka izb pozwolą zwalić, ale nie dadzą ich odbudować.

-To lepiej cały dom wysadzić dynamitem – wtrącił Świdwicki.

Ale uwagę tę pominięto milczeniem, po czym Groński rzekł:

-Jedna rzecz mnie wprost zdumiewa, a mianowicie to, że konserwatyści zwracają się z największą zaciekłością nie przeciw rewolucjonistom, ale przeciw patriotom narodowym, którzy rewolucji nie chcą i którzy jedynie mają dość siły, by do niej nie dopuścić. Rozumiem, że to robi obca biurokracja, ale dlaczego wtórują jej w tym nasi patres conscripti?

bp

Również Bolesław Prus napisał powieść „Dzieci” poświęconą rewolucji 1905 roku i również mało znaną. Obie chyba za PRL-u nie były wydawane, co zrozumiałe. Bo czyż można było wydrukować coś takiego:

„-Mamy wrażenie, że poza naszymi warchołami i ewentualnymi zabójcami stoi ktoś inny, komu bardzo zależy na tym, ażeby w kraju upadł przemysł, rolnictwo, wszelki dobrobyt i ażeby stan wojenny trwał Bóg wie jak długo.

-Proszę pana – ciągnął – zarząd fabryki nie tylko u nas dba o interesy akcjonariuszów, to samo jest wszędzie… Bywało źle… działy się niegodziwości… temu nie będę przeczył… Ale kiedy robotnicy pierwszy raz urządzili strajk, kiedy postawili żądania, aby im powiększyć płacę, zmniejszyć liczbę godzin pracy, urządzić łaźnię i ochronkę, opiekę na wypadek choroby, grzecznie traktować ich i tak dalej, i tak dalej, wszyscy począwszy od dyrektora, skończywszy na obecnym tu słudze pańskim – przyznaliśmy im rację i poparliśmy ich w radzie zarządzającej… Więcej panu powiem; w sekrecie zacieraliśmy ręce i szeptaliśmy między sobą: chwała Bogu, że nareszcie i w fabrykach skończą się obrzydliwe, pańszczyźniane stosunki.

-Tak, ruch ten zapowiadał się bardzo dobrze – wtrącił Świrski.

-A ciągnie się jak najgorzej – pochwycił sekretarz. – Bardzo prędko przekonaliśmy się, że robotnikom, a raczej menerom, nie chodzi o poprawę stosunków, ale o wywołanie zamętu… My pierwsze warunki robotników przyjęliśmy i gotowi byliśmy je wykonywać, ale oni tylko zaczęli stawiać coraz to nowe, coraz niemożliwsze żądania, ale jeszcze pracowali niedbale, psuli materiały, kradli, zmuszali trzymać w fabrykach takie jednostki, które kwalifikują się w najlepszym razie do wyrzucenia, w najgorszym do kryminału… A gdy oświadczyliśmy, że dalszych ustępstw fabryka nie może robić, skazano nas na śmierć.

-Cóż oni na przykład panu zarzucają?… – spytał Świrski.

-Nigdy pan nie uwierzy!… – zawołał sekretarz. – Mam zginąć za to, że kiedyś cieszyłem się zaufaniem robotników, że zachęcałem ich do uczenia się, do zawiązywania stowarzyszeń… że wreszcie w ostatnich czasach wyjaśniałem robotnikom niepraktyczność ich postępowania… A prawda!… Parę razy odezwałem się, że niepolskie to ręce i niepolskie serca kierują ruchem, który może skończyć się ogólną nędzą i upadkiem naszego narodu na korzyść nie wiadomo czyją…”

To, co może nie do końca udało się podczas rewolucji 1905 roku, udało się po 1989 roku. Soros zaaplikował nam „Plan Balcerowicza”, a następnie zaczął realizować ideę społeczeństwa otwartego, czyli wszelkie możliwe zboczenia i internacjonalistyczne społeczeństwo.

„Kuroń chciał, żeby był gotowy już na następny dzień. Potwierdza to Naomi Klein w Doktrynie szoku: „Sachs i Lipton napisali plan polskiej terapii szokowej w ciągu jednej nocy. Miał piętnaście stron i, jak twierdził Sachs, był to, jak sądzę, pierwszy raz, gdy ktoś napisał całościowy plan przejścia z gospodarki socjalistycznej do wolnego rynku”.

Tyle tylko, że nie był to plan przejścia z gospodarki socjalistycznej do wolnego rynku, tylko plan zlikwidowania gospodarki polskiej. Na piętnastu stronach to można napisać plan destrukcji. Destrukcja wymaga znacznie mniejszego wysiłku niż konstrukcja. Żeby napisać plan przejścia polskiej gospodarki od socjalizmu do wolnego rynku, to trzeba by było dokonać inwentaryzacji tj. opisania tego, co jest rentowne i warte zachowania i tego, co jest nieopłacalne i niewarte zachowania. W PRL-u były przedsiębiorstwa warte zachowania i takie, które były nierentowne, i które należało zlikwidować. Jednak tego typu inwentaryzacja trwałaby co najmniej kilka miesięcy, jeśli nie lat i byłaby opisana na kilkuset stronach, jeśli nie na tysiącach.

Published by Wiesław Liźniewicz

Kontakt: wzl@interia.pl View all posts by Wiesław Liźniewicz
Published July 12, 2019
źródło: https://bb-i.blog/2019/07/12/narod-bez-glowy/

Nauka wspiera dogmaty o Niepokalanym Poczęciu i Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny

Czy nauka może dać wsparcie dla tak ważnych dla katolika dogmatów, jak Niepokalane Poczęcie i Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny? Okazuje się, że… tak. Takiego przynajmniej zdania jest Elizabeth Scalia – oblatka benedyktyńska, blogerka, autorka artykułów i książek, w tym wydanych po polsku: Obcy bogowie. Ukryte bożki życia codziennego.

Nauka wspiera dogmaty o Niepokalanym Poczęciu i Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny

Wniebowzięcie, Francesco Botticini, XV wiek

Autorka uczęszczając na wykłady z anatomii i fizjologii, choć zachwycała się budową i funkcjonowaniem ciała ludzkiego, stwierdziła w „Our Sunday Visitor”, że „nic, co przedstawiano na wykładzie, nie wywołało u niej głośnej reakcji aż do chwili, gdy przedmiotem studiów stał się proces mikrochimeryzmu.

Gdy tylko profesor zaczął mówić o tym procesie, odezwał się mój katolicki dzwonek:

– Ależ to całkowicie tłumaczy Wniebowzięcie! – wypaliłam na głos pośród moich zaskoczonych kolegów i koleżanek ze studiów. Profesor popatrzył na mnie przez chwilę zaintrygowany i powiedział: – Ok-eeej, w każdym razie, w mikrochimeryzmie chodzi o to…”

‚Maryja była prawdziwym tabernakulum, w którym Bóg faktycznie nieustannie mieszkał’

Dalej autorka zauważa, że mikrochimeryzm „tak głęboko wyjaśnia i usprawiedliwia nasz dogmat, że powinien być włączony do naszej katechezy mariologicznej”, gdyż pozwala to nam docenić fakt, „jak nauka i religia potrafią się uzupełniać i dopełniać nawzajem, i zachwycać w oniemiałym z wrażenia podziwie, że nasz Kościół wyjaśnił tę rzeczywistość bez pomocy mikroskopu dawno temu”.

Czym jest proces mikrochimeryzmu? To „proces, który powoduje, że odrobina komórek żyje w ciele żywiciela, ale są one zupełnie odrębne od niego”. Nie tak dawno media, także w Polsce, obiegła wiadomość, że według naukowców dziecko zostawia w ciele matki „mikroskopijną cząstkę samego siebie”. Co zresztą niesie ze sobą intrygujące implikacje, gdyż „wszystkie te komórki pozostają w niej na zawsze”, a więc także komórki nienarodzonego dziecka, które zostało zabite w wyniku aborcji.

Jakie ma to znaczenie w przypadku Maryi? E. Scalia pisze o tym, że wcześniej po prostu przyjmowała dogmat o Wniebowzięciu i nie próbowała się nawet nad nim zastanawiać, bo przekraczało to jej możliwości. Kiedy dowiedziała się o mikrochimeryzmie „nagle to wszystko nabrało sensu: niewielka ilość komórek Jezusa Chrystusa pozostała w Maryi na całe Jej życie”. Katolicy mają w ograniczonym stopniu takie doświadczenie, kiedy przyjmują Eucharystię, natomiast „Maryja była prawdziwym tabernakulum, w którym Bóg faktycznie nieustannie mieszkał”.

Przytaczając Psalm 16,10 Scalia podkreśla, że ciało Chrystusa nie doznało zepsucia w grobie, a „z tego wynika, że ciało Jego Matki, zawierając ślady komórkowe Boga (a cząstka Boga jest Bogiem całkowicie)” również nie mogło ulec rozkładowi. I tutaj nauka idzie ręka w rękę z teologią, gdyż wynika z tego logicznie, że „ciało Najświętszej Panny, zawierając wewnątrz Chrystusa, nie mogło pozostać na ziemi; oczywiście musiało przyłączyć się do Chrystusa w wymiarze niebiańskim”.

Co więcej, zdaniem autorki, tłumaczy to także inny „bardzo piękny dogmat” katolicki odnoszący się do Maryi, a mianowicie dogmat o Niepokalanym Poczęciu. Przecież skoro wcielenie miało się dokonać przez Maryję, to „naczynie”, które miało do tego celu posłużyć „musiało być z konieczności czyste”. Jak wyjaśnia autorka: „Kiedy argumentujemy, że Maryi jako Arce Nowego Przymierza, miano oszczędzić zmazy grzechu pierworodnego, wiedza o tym, że Chrystus nie tylko skorzystał z Jej ciała, ale miał nieustannie w nim mieszkać, jedynie jeszcze bardziej wspiera tę dobrze uzasadnioną wiarę”. Tak oto wiara i rozum splatają się w „piękną całość”.

Jan J. Franczak

Świętowanie błędu w „Roku Wiary”KS. KEVIN VAILLANCOURT

Ryzykując splagiatowanie wypowiedzi prezydenta Roosevelta po zbombardowaniu Pearl Harbor w 1941 roku, muszę stwierdzić, że był taki straszny dzień, który dotknął wszystkich katolików i który musi zostać na zawsze zapamiętany ze względu na całe zło, jakie sobą przedstawia: 11 października 1962 roku. To dzień, który pozostanie w niesławie u katolików lojalnych wobec swej Wiary i tradycji, gdyż jest to dzień otwarcia pierwszej sesji „Soboru Watykańskiego Drugiego”. Wszystkie nadzieje i marzenia modernistów urzeczywistniły się w tym dniu i od tej pory katolicy ponoszą jego bolesne konsekwencje.

Latrocinium Vaticanum II. Zbójecki Sobór Watykański II.

Aby naszkicować nieszczęsne początki tego fałszywego soboru w ostatnim numerze naszego periodyku zestawiłem pochodzące z licznych źródeł informacje. Tamten artykuł kończył się tymi słowami:

„Kierunek soboru został wyznaczony przez Jana XXIII, gdy wyraził się o nim, że nie jest zainteresowany dogmatycznym potępieniem błędu, lecz raczej pozytywnym wyrażeniem starych prawd we współczesnym i zrozumiałym języku. Kluczowym słowem kierującym soborowymi obradami miało być aggiornamento czyli «uwspółcześnienie» doktryn Kościoła rzymskokatolickiego”.

Aggiornamento było wówczas słowem dnia. Teraz, gdy od tamtego wydarzenia minęły lata naznaczone niewielkim oporem katolików wobec tych błędów – i to nawet ze strony wielu tych o rzekomo tradycyjnym nastawieniu – hasło, które streszcza wszystkie błędne nauki modernistów na tamtym soborze i po nim, brzmi: Nowa Ewangelizacja. Tym, co zostało uwspółcześnione w katolickiej wierze jest nowy duch Ewangelii oznaczający skoncentrowanie naszych myśli i przekonań na człowieku oraz to, że „każdy człowiek jest kochany na wieczność i powołany do miłości” (Michelle Boras, What is the New Evangelization?, 2012, str. 11). Modernistyczna nauka o człowieczeństwie i tym, „co dzieje się z osobą ludzką, gdy zmysł Boga zostaje zaćmiony” (op. cit., str. 11) przenika każdy aspekt tego skażonego nauczania poczynając od liturgii a kończąc na moralności i prawie. Gloryfikowany jest człowiek i jego dzieła, przy niewielkim odniesieniu do Boga i Jego wspomagającej łaski. Niektóre modlitwy Novus Ordo Missae specjalnie wyrażają tę koncepcję w modlitwach „Offertorium”: oto chleb ziemi, owoc winnej latorośli, dzieło rąk ludzkich, o których przyjęcie prosi się – lub niemal żąda – Boga.

Modernistyczna koncepcja „odczuwania Boga” ma niewiele wspólnego z prawdziwą wiedzą o Nim i zjednoczeniem z Nim oraz Jego nauczaniem za pośrednictwem Jego Kościoła. Wygląda raczej na to, że jakaś forma wschodniego mistycyzmu, z jego skupionymi na człowieku ideałami, zalała współczesne życie duchowe do tego stopnia, że Bóg jest jedynie „odczuwany” i nie może być poznany takim, jakim Sam się nam objawił. A dodatkowo, nie tylko, że doszło przez to do skażenia natury życia duchowego od wieków bezpiecznie kierującego katolików, ale pojawiła się nowa filozofia, która została już bez ogródek zasadniczo potępiona przed Vaticanum II, czyniąc przez to prawie niemożliwym pogodzenie „starych dróg” z „nowymi”. Dokumenty Vaticanum II wymieniają teologiczne i duszpasterskie wskazówki służące rozwinięciu na całym świecie tej skoncentrowanej na człowieku religii i stały się podstawowym kompendium dla współczesnych nauk katechetycznych dla kleru, współczesnych zakonników i oszukanych ludzi świeckich. Krótko mówiąc, 11 października 1962 roku był dniem, w którym narodziła się nowa religia uzurpująca sobie miano katolickiej, wraz z budynkami naszego Kościoła, Jego formą hierarchicznej struktury i Jego wyjątkowym liturgicznym i powszechnym językiem – zdegenerowanymi zgodnie z dalekosiężnymi celami modernistów, przed czym ostrzegał nas Papież św. Pius X.

Świętowanie Nowej Ewangelizacji

Joseph Ratzinger – modernistyczny herezjarcha.

Z okazji inauguracji Roku Wiary 11 października 2012 w pięćdziesięciolecie otwarcia pierwszej sesji Vaticanum II obchodzono na całym świecie różne uroczystości. Ten Rok (a raczej trzynaście miesięcy) będzie okresem – jak zauważa arcybiskup Fisichella – doświadczenia sposobności do refleksji nad Vaticanum II, który „pozostawił tak głęboki ślad w życiu Kościoła dwudziestego wieku i do zbadania wpływu, jaki jego nauczanie miało podczas minionych dziesięcioleci i będzie mieć w nadchodzących latach zaangażowania Kościoła w Nową Ewangelizację. W gruncie rzeczy, sam Sobór miał być w zamierzeniu szczególnym momentem nowej ewangelizacji” (Zenit, 9 października 2012).

W moim rozumieniu, najważniejszy „wpływ” Vaticanum II polegał na wezwaniu katolików do „poszukiwania oblicza Chrystusa” w całym Jego człowieczeństwie, aby lepiej docenić ludzkość i wielką godność naszego stworzenia. Jak to przedstawiono w Lumen gentium, Gaudium et spes i innych współczesnych pracach źródłowych, skoro Chrystus przyjął naszą ludzką naturę, stając się człowiekiem i Bogiem aby żyć pośród nas, zbawienie przychodzi do ludzi przez zjednoczenie z Chrystusem człowiekiem. Jest to znane jako teologia wcielenia. W istocie, ta współczesna doktryna zakłada, że gdy Chrystus przyjął ludzkie ciało zbawienie wszystkich ludzi jest zagwarantowane, jako że są zjednoczeni z Chrystusem przez Jego człowieczeństwo. Wiara w Niego i Jego Kościół – jak się nam wmawia – są drugorzędne w modernistycznym nauczaniu o zbawieniu. Nauka ta ma niewiele wspólnego ze „starą teologią”, ponieważ znajduje drogi do zbawienia we wszystkich religiach. Naleganie św. Pawła, byśmy umarli dla siebie po to, by móc wznieść się do Boga, zajmuje niewiele miejsca w tym współczesnym systemie. Samo dążenie do „odczuwania Boga” w naszym człowieczeństwie zdaje się być wystarczającym.

Lecz w jakim źródle mamy poszukiwać tego „odczuwania Boga”? Co więcej, kto ma być naszym przewodnikiem, by nasze poszukiwanie nie zawiodło nas na obce i zgubne ścieżki? Krótko mówiąc, źródłem wszystkiego, czego potrzebujemy do tej ewangelizacji jest „Słowo Boże”, nazwa nadawana Biblii (jak mówią nam niekatolicy) albo doświadczeniu odczuwanemu podczas uważnego przeglądania samego Pisma Świętego albo „dobremu kościołowi” doświadczanemu w „eucharystii” albo książkom, konferencjom i spotkaniom duchowym sprawiającym, że do naszych serc i dusz spływa pokój i radość poprzez „Ducha”, który nas wszystkich prowadzi. Ewangelizacja dokonuje się w naszych czasach – jak się nam mówi – przez niesienie wszystkim ludziom „dobrej nowiny” Ewangelii (którą jest pokój, radość i miłość) o jakiej naucza nas „Słowo”. „Odczucie Boga” zatem, narodzi się u jednych, a odrodzi u innych i świat doświadczy „ożywienia wiary, by stała się podstawą nowego humanizmu, który będzie potrafił tworzyć kulturę i rodzić zaangażowanie społeczne” (Benedykt XVI, Homilia Te Deum, 31 grudnia 2011).

Jak widzimy, Nowa Ewangelizacja jako podstawowy obowiązek wyznacza katolikom ludzkie, naturalne dobre uczynki. Najważniejszym apostolskim wysiłkiem jest ugruntowanie wśród wszystkich ludzi cnót społecznych i sprawiedliwości społecznej, podczas gdy zbawienie dusz – najważniejsze pragnienie Serca Jezusa Chrystusa – jest zwykłą refleksją. Wiemy, że Apostołowie zostali posłani przez Chrystusa do wszelkiego stworzenia, aby każdego przywieść do Chrztu i zbawienia sprawiając, aby „cnoty społeczne” wyłoniły się w naturalny sposób z posłuszeństwa wobec Boga i Jego Kościoła. W rzeczywistości, w Nowej Ewangelizacji jest bardzo niewielkie ukierunkowanie na Kościół, co oznacza, że dzisiejsi katolicy nie są uczeni by podążać za Kościołem, być Kościołowi posłusznymi, kochać Kościół. Został on nam dany przez Chrystusa jako instytucja prowadząca do zbawienia, a nie jedynie jako przystań, z której pokój, radość i miłość miałyby się wszędzie rozprzestrzeniać bez uprzedniego zasadzenia nasion wiary. Wiara dla modernisty nie jest nawróceniem serca opartym na prawdach Objawienia. Ich „wiara” jest raczej „ślepym uczuciem religijnym, które się wydobywa z głębin podświadomości pod wpływem potrzeby serca i skłonności woli kierowanej pobudkami moralnymi” (z Przysięgi antymodernistycznej). W rzeczywistości „wiara jest prawdziwym uznaniem przez rozum prawdy poznanej ze słuchania, uznaniem, którym uważamy za prawdę to, co Bóg osobowy, Stwórca i Pan nasz powiedział, potwierdził i objawił, a uważamy dla powagi samego Boga, Prawdy najwyższej”. Innymi słowy, jesteśmy przekonani, że Bóg i Jego obecność wśród nas jest realna, a nie jedynie „wyczuwalna”.

Zamiast tego, Rok Wiary ma być okresem utwierdzania „Dobrej Nowiny” Ewangelii bez jakiejkolwiek wzmianki o tym, że Ewangelia nie może istnieć wśród ludzi jako środek zbawienia w oderwaniu od Kościoła i Jego interpretacji treści i ducha, w jakim Ewangelia ma być głoszona między ludźmi. Lecz w takim razie, jest to nowy kościół z nową ewangelizacją, a współcześni katolicy nie muszą się obawiać popadnięcia w błąd integrując się z tym kościołem dopóki pokój, radość i miłość wynikają z ich uczynków. A zatem nieomylne przywództwo Ducha Świętego w Kościele zostało odsunięte na bok i jest zastępowane przez emocjonalizm i samokierowanie się „Słowem”. W takim działaniu realizowany jest cel ugruntowania wśród katolików „ekumenicznego” ducha, dostrzegania „prawdy” w każdej religii i tego, że zbawienie przysługuje wszystkim, ponieważ wszyscy posiadają jakieś elementy „prawdy”. To dlatego biskup Fiscichella (cytowany powyżej) odnajduje „moc” w Vaticanum II. Tą „siłą” „jest przedstawianie chrześcijanom kolejnego argumentu, że są częścią jednego kościoła, który nie zna granic…”. Tę myśl znajdujemy również w dokumencie Amerykańskiej Konferencji Katolickich Biskupów wydanym z okazji Roku Wiary i zatytułowanym Go And Make Disciples (Idźcie i nauczajcie). W 18 akapicie tego dokumentu czytamy:

„Owocami ewangelizacji jest odmienione życie i odmieniony świat – świętość i sprawiedliwość, duchowość i pokój. Ważność przyjęcia przez nas Ewangelii nie wywodzi się tylko z tego, co czujemy albo, co wiemy; pochodzi również z tego jak służymy innym, szczególnie najbiedniejszym, najbardziej zmarginalizowanym, najbardziej zranionym, najbardziej bezbronnym i najmniej kochanym. Ewangelizacja, która pozostaje wewnątrz nas samych nie jest ewangelizacją Dobrej Nowiny Jezusa Chrystusa”.

Wychwalane są tu wyłącznie cnoty społeczne, a nie działania na rzecz zbawienia dusz ludzkich poprzez odwiedzenie ich od błędu i doprowadzenie do prawdy jaką znajdujemy w Kościele rzymskokatolickim.

Rok świętowania Vaticanum II

To co powyżej omówiłem jest krótką wersją znaczenia „nowej ewangelizacji” i „ducha Vaticanum II”. Zgodnie z planem, ten „Święty Rok” ma być spędzony na dawaniu świadectwa tej wierze jak również uczczeniu tego wszystkiego, co Vaticanum II „wniósł” do ludzkiej radości, pokoju i miłości. W nadchodzącym roku naszym zadaniem będzie donośne głoszenie doktrynalnych i moralnych błędów Vaticanum II po to, aby współcześni katolicy dostrzegli w nim, nie czas świętowania, lecz opłakiwania tego, co spotkało Kościół Chrystusowy na ziemi. Musimy poświęcić się działaniom przeciwnym „Nowej Ewangelizacji”, tak abyśmy mogli doprowadzić do zakończenia tego kataklizmu – jak Bóg pozwoli…

Poniżej znajduje się krótki przegląd tego, do czego w imieniu Kościoła doprowadzono wśród katolików, aby utwierdzić tak wielu z nich – dobrowolnie lub nie – w nowej religii. Oto niektóre z głównych doktrynalnych błędów Vaticanum II i przykłady zaszczepienia jego „ducha”:

1. Cywilne prawo do wolności religijnej.

„Poza tym [sobór] oświadcza, że prawo do wolności religijnej jest rzeczywiście zakorzenione w samej godności osoby ludzkiej… To prawo osoby ludzkiej do wolności religijnej powinno być w taki sposób uznane w prawnym ustroju społeczeństwa, aby stanowiło prawo cywilne” (Deklaracja o wolności religijnej Dignitatis humanae, nr 2).

Tymczasem prawidłowe nauczanie Kościoła znajduje się w następującym fragmencie encykliki Papieża Piusa IX Quanta cura (1864):

„Na podstawie tego całkowicie fałszywego pojęcia o władzy w społeczeństwie nie cofają się przed popieraniem owego błędnego poglądu, ze wszech miar zgubnego dla Kościoła katolickiego i narażającego dusze ludzkie na utratę zbawienia, a przez świętej pamięci Grzegorza XVI, Naszego Poprzednika, nazwanego szalonym pomysłem, a mianowicie, że «wolność sumienia i kultu jest własnym prawem każdego człowieka, które powinno być ogłoszone i sformułowane w ustawie w każdym właściwie ukonstytuowanym społeczeństwie…». Dlatego wszystkie i każde z osobna zda­nie przewrotne i naukę, poszczególnie wymienione w tym Liście, powagą Naszą Apostolską odrzuca­my, piętnujemy i potępiamy, jako też żądamy i roz­kazujemy, iżby takowe od wszystkich katolickiego Kościoła dzieci uznane były za odrzucone, napiętnowane i potępione”.

2. Heretyckie i schizmatyckie sekty są środkami zbawienia.

Z dokumentu Vaticanum II:

„Same te Kościoły i odłączone Wspólnoty, choć w naszym przekonaniu podlegają brakom, wcale nie są pozbawione znaczenia i wagi w tajemnicy zbawienia. Duch Chrystusa nie wzbrania się przecież posługiwać nimi jako środkami zbawienia, których moc pochodzi z samej pełni łaski i prawdy, powierzonej Kościołowi katolickiemu” (Dekret o ekumenizmie, nr 3).

Jest to sprzeczne z nauką, która była wielokrotnie głoszona wszystkim katolikom od ich najmłodszych lat. Wystarczy pojedynczy przykład z nauczania prawdziwej doktryny przez Magisterium Kościoła a będzie nim następujący fragment z Soboru Florenckiego który odbył się pod Papieżem Eugeniuszem IV (1442):

„Zawsze wierzy i wyznaje święty Kościół rzymski, że nikt z pozostających poza Kościołem katolickim, nie tylko poganie, ale i żydzi, heretycy i schizmatycy, zbawienia wiecznego nie osiągną, ale pójdą w ogień wieczny zgotowany diabłu i jego aniołom, jeżeli się przed śmiercią z tym Kościołem nie połączą…”.

3. Nabożeństwa liturgiczne protestantów są źródłem życia łaski i mogą udzielać dostępu do wspólnoty zbawienia.

„Nasi bracia odłączeni sprawują wiele chrześcijańskich obrzędów, które – zależnie od różnych warunków każdego Kościoła lub Wspólnoty – niewątpliwie mogą w rozmaity sposób wzbudzić rzeczywiste życie łaski i którym trzeba przyznać zdolność otwierania wstępu do społeczności zbawienia” (Dekret o ekumenizmie, nr 3).

Co się tyczy słów: „obrzędy, które … niewątpliwie mogą w rozmaity sposób wzbudzić rzeczywiste życie łaski” dobry katolik zauważy, że zważywszy iż przeważająca większość „naszych braci odłączonych” należy do sekt, w których nie ma kapłaństwa, Mszy ani też rozgrzeszenia i których podstawowa forma kultu jest obiektywnie świętokradzka, to jak wobec tego można domniemywać, że ich liturgiczne praktyki mogą nieść choćby najdrobniejszą korzyść ich uczestnikom?

Jeśli chodzi o twierdzenie, że różne liturgiczne praktyki oddzielonych społeczności nazywanych przez św. Piotra „zgubnymi odszczepieństwami” (II Piotr 2, 1) mogą udzielić dostępu do wspólnoty zbawienia – to jego nieprawowierność jest zbyt rażąca by wymagała analizy. Tylko w nielicznych przypadkach może istnieć jakikolwiek pozór prawdy w tym stwierdzeniu – a mianowicie ważnie ochrzczone niemowlęta i paru wschodnich odszczepieńców, którzy mogą otrzymać ważną Komunię Świętą w dobrej wierze.

4. Wskazane są teologiczne spotkania i dyskusje na równej stopie między katolikami a niekatolikami.

„Katolicy należycie przygotowani muszą zdobyć lepszą znajomość doktryny i historii, życia duchowego i kultowego, psychologii religijnej oraz kultury właściwej braciom. Do osiągnięcia tego wielce są pomocne zebrania, z udziałem obu stron, dla omówienia głównie kwestii teologicznych, gdzie by każdy występował jako równy wśród równych, byle tylko ich uczestnicy, pozostający pod nadzorem biskupów byli naprawdę rzeczoznawcami” (Dekret o ekumenizmie, nr 9).

Takie nauczanie zostało wyraźnie potępione w encyklice Mortalium animos Papieża Piusa XI w 1928 roku:

„Jeżeli zresztą spotkać można wielu niekatolików, którzy w pięknych słowach głoszą braterską wspólność w Chrystusie, to przecież nie ma ani jednego, któremu przez myśl by przeszło poddać się posłusznie w nauce i kierownictwie Namiestnikowi Jezusa Chrystusa. W międzyczasie oświadczają, że chcą wprawdzie rokować z Kościołem Rzymskim, lecz z zastrzeżeniem równości wzajemnych praw, tzn. jako równouprawnieni. Gdyby jednak mogli rokować, to bez wątpienia w rokowaniach dążyliby do takiej umowy, która umożliwiłaby im trwanie przy tych zapatrywaniach, z powodu których błąkają się jeszcze ciągle poza jedyną owczarnią Chrystusa.

W tych warunkach oczywiście ani Stolica Apostolska nie może uczestniczyć w ich zjazdach, ani też nie wolno wiernym zabierać głosu lub wspomagać podobne poczynania…”.

Ojciec Święty nauczał również, że: „Z tego jasno wynika, że od religii, przez Boga nam objawionej, odstępuje zupełnie ten, ktokolwiek podobne idee i usiłowania popiera”. Podsumowuje to, w kilku słowach, potępienie tego, co przynależy do „Nowej Ewangelizacji” i „ducha Vaticanum II”.

Istnieje jeszcze o wiele więcej błędów doktrynalnych, które mogłyby i powinny zostać przeanalizowane gdyby nie brak miejsca i czasu. To, co zostało omówione jest wystarczające do wykazania, że współczesnego kościoła „Nowej Ewangelizacji” nie należy utożsamiać z Kościołem rzymskokatolickim. Dodajmy teraz do tego szybkiego przeglądu kilka z poważnych błędów liturgicznych, które są również odpowiedzialne za przeobrażenie wiary milionów ludzi, jako że sposób, w jaki ktoś się modli określa sposób, w jaki będzie on wierzyć.

1. Święta Ofiara Mszy została na nowo zdefiniowana jako „eucharystia” i odnowienie Ostatniej Wieczerzy.

„Jest więc bardzo ważne, aby sprawowanie Mszy świętej, czyli Wieczerzy Pańskiej, zostało tak uporządkowane, by wyświęceni szafarze, jak i wierni, uczestnicząc w niej zgodnie ze swoim miejscem we wspólnocie Kościoła (ze swoją godnością), czerpali stąd coraz obfitsze owoce” (Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego, 1975, rozdz. 1).

Podczas Ostatniej Wieczerzy Pan Jezus udzielił Apostołom władzy przemieniania chleba i wina w Jego Ciało i Krew, mówiąc im, że to co oni później sami będą czynić jako akt ofiarniczy Nowego Prawa będzie na Jego pamiątkę oraz Jego Męki i Śmierci. Św. Paweł przypomina im o tej prawdzie mówiąc: „Albowiem ilekroć będziecie ten chleb jedli, i kielich pili, śmierć Pańską będziecie opowiadać, aż przyjdzie” (I Kor. 11, 26). Wieki później, Sobór Trydencki potwierdził to nauczanie w orzeczeniu przeciwko Lutrowi i reformatorom z anatemą: „Jeśli ktoś twierdzi, że we Mszy św. nie składa się Bogu prawdziwej i właściwej ofiary, albo że składanie ofiary nie jest niczym innym, jak podawaniem nam Chrystusa do spożycia – niech będzie wyklęty” (Sesja XXII, kanon 1).

2. Słowa konsekracji wina podczas Mszy zostały zdeformowane tak, aby wspierać koncepcję powszechnego zbawienia wszystkich ludzi.

W pierwotnym przekładzie Novus Ordo Missae Pawła VI, Międzynarodowa Komisja ds. Języka Angielskiego w Liturgii (ICEL) przetłumaczyła wyrażenie qui pro vobis et pro multis effundetur in remissionem peccatorum jako, „która będzie wylana za was i za wszystkich ludzi, na odpuszczenie grzechów” (Słowo „ludzie” [(ang.) – "men"] zostało później pominięte z powodu skarg, że może to być rozumiane jako odnoszące się tylko do mężczyzn). Ta zmiana formy Sakramentu Świętej Eucharystii w łacińskim rycie zniekształciła słowa samego Chrystusa, zupełnie zmieniając sens przekazu, jak również czyniąc jej użycie dla przeistoczenia nieważnym.

Nauczanie Kościoła dotyczące poprawnej formy używanej w Sakramencie Świętej Eucharystii jest zupełnie klarowne: Słowa Konsekracji, będące formą tego Sakramentu są następujące: „HOC EST ENIM CORPUS MEUM” oraz „HIC EST ENIM CALIX SANGUINIS MEI, NOVI ET AETERNI TESTAMENTI: MYSTERIUM FIDEI: QUI PRO VOBIS ET PRO MULTIS EFFUNDETUR IN REMIS­SIONEM PECCATORUM”.

Gdyby kapłan skrócił albo zmienił formę konsekracji Ciała i Krwi, w taki sposób, że po zmianie sformułowania słowa nie oznaczałyby tego samego, to Sakrament nie doszedłby do skutku. Gdyby – z drugiej strony – miał coś dodać albo pominąć, co nie zmieniłoby znaczenia, to Sakrament byłby ważny, ale kapłan popełniłby ciężki grzech. (De defectibus, rozdz. 5, Defekt formy).

Katechizm Soboru Trydenckiego zwraca uwagę: „Słusznie się więc stało, iż się nie mówi za wszystkich, ponieważ na tym miejscu o pożytkach tylko męki rzecz była, który to pożytek samym wybranym przyniosła. I do tej rzeczy ściągają się one Apostolskie słowa: Chrystus raz ofiarowany jest, na zgładzenie grzechów wielu ludzi. Także owo co u Jana św. Chrystus mówił: Ja zaś za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których mi dałeś, albowiem Twoi są”.

3. Praktyka udzielania „eucharystii” niekatolikom została dozwolona. „Kanon 844 – Udzielanie sakramentów”.

„§ 2. Ilekroć domaga się tego konieczność lub zaleca prawdziwy pożytek duchowy… wolno wiernym, dla których fizycznie lub moralnie jest niemożliwe udanie się do szafarza katolickiego, przyjąć sakramenty pokuty, Eucharystii i namaszczenia chorych od szafarzy niekatolickich tego Kościoła, w którym są ważne wymienione sakramenty”.

„§ 4. …szafarze katoliccy mogą godziwie udzielać wymienionych sakramentów także pozostałym chrześcijanom, nie mającym pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim, którzy nie mogą się udać do szafarza swojej wspólnoty i sami o nie proszą, jeśli odnośnie do tych sakramentów wyrażają wiarę katolicką i do ich przyjęcia są odpowiednio przygotowani”.

Oficjalny komentarz wydany z upoważnienia Canon Law Society of America i opublikowany przez wydawnictwo Paulist Press w 1985 roku, wyjaśnia w punkcie 4: „Pewnych wytycznych w tej kwestii dostarcza Dekret o ekumenizmie Vaticanum II, który wyodrębnia wśród zachodnich kościołów i wspólnot kościelnych wspólnotę anglikańską, jako zajmującą «szczególne miejsce wśród tych wspólnot, w których po części wciąż istnieją katolickie tradycje i instytucje» (UR 13)”.

Porównajmy to z tradycyjnym „starym” Kodeksem, kanon 731:

„Zakazane jest udzielanie sakramentów Kościoła heretykom i schizmatykom, nawet jeżeli błądzą w dobrej wierze i proszą o nie, o ile najpierw nie odwołali swoich błędów i nie pojednali się z Kościołem”.

I jeszcze kilka uwag…

Spotkanie w Asyżu, 27. 10. 2011.

• Dwa ekumeniczne nabożeństwa modlitewne w Asyżu muszą również przyciągnąć naszą uwagę. Na obu tych spotkaniach odbywających się w murach dawnego klasztoru św. Franciszka widzieliśmy przedstawicieli niemal wszystkich religii istniejących na ziemi występujących jak równorzędni partnerzy, wszystko w imię „pokoju”. Takie postępowanie stanowi grzech przeciwko wierze i według „starych” przepisów jest podstawą do ekskomuniki. Ponieważ sprawy wiary są niezmienne, gdyż pochodzą od Boga, to jak w tej sytuacji „nowa ewangelizacja” może zmienić coś, co należy do Prawa Bożego i nadal uważać to za coś, w czym mogą uczestniczyć katolicy?

• Ostatnia „kanonizacja” ekumenisty Josémaríi Escrivy, założyciela Opus Dei, jest kolejnym znakiem rozpoznawczym „nowej ewangelizacji”. Ta organizacja – w założeniach i praktyce podobna do ruchu Sillon, który Papież św. Pius X potępił w 1910 roku i nakazał rozwiązać – dąży do przebudowy społeczeństwa, nie zgodnie z zasadami Chrystusa Króla, lecz według ekumenicznego szablonu panreligijnej wiary. Jak taka organizacja i jej założyciel może być uważany jako godny do naśladowania dla naszego zbawienia?

• Nawet Różaniec znalazł się ostatnio w centrum uwagi „nowej ewangelizacji” wraz z ogłoszeniem pięciu nowych „tajemnic Różańca”, których odmawianie „sugeruje się” we czwartki. W dokumencie ogłaszającym nowe „tajemnice światła”, Różaniec jest postawiony na równi z proklamacją o Maryi w heretyckim dokumencie, Lumen gentium. Tym sposobem, ta potężna broń przeciw błędowi i herezji jest stawiana za wzór jako symboliczne narzędzie reprezentujące „nową ewangelizację”.

Jeśli „Rok Święty” ogłoszony, aby zrelacjonować to wszystko, czego Vaticanum II dokonał, powoduje brnięcie dalej w tym samym kierunku zamiast przyczynić się do dokonania uczciwej refleksji na temat poważnego uszczerbku na wierze milionów ludzi, jaki spowodował ten „sobór”, to okres ten będzie „święty” o tyle, o ile skłoni ludzi do odrzucenia nowości nowej religii i działania na rzecz przywrócenia Prawdziwej Wiary. (1)

Ks. Kevin Vaillancourt

––––––––––

Artykuł powyższy ukazał się w czasopiśmie „The Catholic Voice” z listopada 2012 r., OLG Press, 3914 N. Lidgerwood St., Spokane, Washington 99201-1731 USA.

Pedofilia: brudny sekret Talmudu – Ted Pike

Od niemal wieku, zdominowany przez Żydów przemysł filmowy Hollywood i duże media w widoczny sposób wpływają na chrześcijańską Amerykę poza biblijnymi moralnością i wartościami.

Jednak w buncie hippisów w początku lat sześćdziesiątych, żydowskie media znalazły możliwości, aby przyspieszyć upadek moralny Ameryki. Zachęcając do narkotyków i pornografii przekonały Amerykę, że „wolna miłość” i wspólne życie poza małżeństwem są społecznie akceptowalne. Z zadziwiającą szybkością film, telewizja i media drukowane pomogły stworzyć pokolenie seksualnych libertynów. Pod koniec lat sześćdziesiątych, przyspieszyło to przejście ewolucji seksualnej do następnego etapu, homoseksualizmu.

Teraz, ponad 40 lat później, nawet homoseksualizm stracił swoją atrakcyjność dla wielu dzieci i wnuków pokolenia hippisów. Pedofilia (seks z młodymi chłopcami i dziewczętami oraz pornografia dziecięca) jest jest najnowszą podziemną obsesją przechodzącą przez Amerykę i świat.

Jesienią ubiegłego roku, zwracałem uwagę narodu na siłę lobby pedofilów w Kongresie; senator Edward Kennedy, długo wspierany przez homoseksualistów by poparł federalną ustawę anty-nienawiści, zdradził ich sprzyjając wyraźnie silniejszym i bardziej korzystnym pedofilom.

Zgniłe korzenie

Na jakich moralnych podstawach opierają się Żydzi w mediach, by mogli świadomie rozpalić i rozniecić płomienie seksualnego inferno, który nadal pustoszy nasze kiedyś chrześcijańskie społeczeństwo?

Praktycznie wszyscy potentaci medialni, który założyli Hollywood i trzy wielkie sieci telewizyjne byli imigrantami lub ich dziećmi, głównie z ortodoksyjnych wspólnot żydowskich w Europie Wschodniej.

Pod koniec XIX wieku, większość europejskich Żydów była ludźmi księgi. Ale ich księgą nie była Biblia. Był to Talmud babiloński. Do dziś Talmud pozostaje najwyższym moralnym, etycznym i prawnym autorytetem judaizmu.

Czy Talmud dzieli podstawy zdrowej wartości moralnych z chrześcijaństwem? Raczej nie. Zamiast tego, Talmud jest marnym podłożem systemu religijnego, który odszedł daleko; jest to ten kod faryzejskiej niewiary, co Chrystus opisał jako „pełny wszelkiego plugastwa” (Mt 23,27). Szokująco, najbardziej szanowana instytucja judaizmu rzeczywiście popiera takie grzechy jak kłamstwo, łamanie przysięgi, jak i morderstwo pośrednie. I nawet sankcjonuje jeden z największych grzechów ze wszystkich: molestowanie dzieci.

Trzyletnie panny młode

Kiedy Chrystus oskarżył faryzeuszy, że są duchowymi dziećmi szatana, w pełni zdawał sobie sprawę do czego byli zdolni. Żyjący w II wieku Symeon ben Yohai, jeden z największych rabinów judaizmu i twórca kabały, usankcjonował pedofilie – pozwalając na molestowanie dziewczynek nawet w wieku poniżej trzech lat! Ogłosił, że „neoficie, który jest w wieku poniżej 3 lat i 1 dzień wolno poślubić kapłana.” Późniejsi rabini odnoszą się do zatwierdzenia pedofilii ben Yohai jako „halakah” lub obowiązujące prawo żydowskie. Czy współcześni Żydzi wyparli się ben Yohai, adwokata gwałtów na dzieciach? Raczej nie. Dzisiaj w rodzinnym mieście ben Yohai – Meron, Izrael, dziesiątki tysięcy ortodoksyjnych i ultra-ortodoksyjnych Żydów zbierają się corocznie na dni i noce, by śpiewać i tańczyć ku czci jego pamięci.

Talmud obfituje w odniesienia do pedofilii. Zajmują one znaczną część traktatów Kethuboth i Yebamoth i są entuzjastycznie popierane przez definitywne opracowania prawne Talmudu, Traktat Sanhedryn.

Faryzeusze popierali seks z dziećmi

Rabini z Talmudu są znani z prawnych kruczków i wykrętnych debat. Ale mają rzadkie porozumienie o ich prawie do molestowania 3- letnich dziewcząt. W przeciwieństwie do wielu gorąco dyskutowanych kwestii, rzadko występuje sprzeciw wobec dominującej opinii (wyrażonej w wielu jasnych fragmentach), że pedofilia jest nie tylko normalna, ale również zgodna z pismami! To tak, jakby rabini znaleźli egzaltowaną prawdę, której majestat ucisza debatę.

Ponieważ autorytety talmudyczne, którym jest tak znane sankcjonowanie pedofilii, i ponieważ pedofilia jako „halakah” jest tak wyraźnie podkreślana, nawet tłumacze wydania Soncino Talmudu (1936) nie odważyli się wstawić przypisu sugerującego najmniejszą krytykę. Dodali tylko komentarz: „Małżeństwo, oczywiście, wtedy było zawierane w znacznie młodszym wieku niż teraz.”

W rzeczywistości, przypis 5 do Sanhedryn 60b odrzuca prawo rabina talmudycznego nie zgadzania się z poparciem pedofilii przez ben Yohai: „Jak mogą [rabini], w przeciwieństwie do opinii Simeona ben Yohai, który ma wsparcie w pismach, zakazywać małżeństwo z małymi neofitami?”

Z Babilonu

To w Babilonie po wygnaniu za rządów Nabuchodonozora w 597 pne, główni mędrcy judaizmu prawdopodobnie zaczęli oddawać się pedofilii. Babilon był zdumiewająco niemoralną stolicą starożytnego świata. Przez 1600 lat kwitła w niej największa na świecie populacja Żydów.

Jako przykład ich zła, kapłani babilońscy mówili, że obowiązek religijny mężczyzny obejmował regularny seks z prostytutkami świątyni. Powszechnie tolerowano bestialstwo. Więc Babilończyków nie interesowało, czy rabin żenił się z 3-letnią dziewczynką.

Ale po wygnaniu Żydów w XI wieku AD, najczęściej na zachodnie ziemie chrześcijańskie, gojowska tolerancja żydowskiej pedofilii nagle się zakończyła.

Nadal trwa szokująca sprzeczność: jeśli Żydzi chcą czcić transcendentną mądrość i moralne wskazówki faryzeuszy i ich Talmud, muszą akceptować prawo ich największych starożytnych mędrców do naruszania dzieci. Do tej pory żaden synod judaizmu nie odrzucił swoich nikczemnych praktyk.

Seks z „nieletnim” dozwolony

Co dokładnie mówili ci mędrcy?

Faryzeusze uzasadniali gwałt na dziecku, tłumacząc, że 9-letni chłopiec nie był „mężczyzną.” W ten sposób zwalniali go z Prawa Mojżeszowego: „Nie będziesz leżał z mężczyzna jak się leży z kobietą; jest to obrzydliwość” (Kpł 18:22) Jeden fragment Talmudu zezwala kobiecie, która molestowała młodego syna ożenić się z arcykapłanem. Stwierdza: „Wszyscy zgadzają się, że kontakt z chłopcem w wieku 9 lat i 1 dnia jest prawdziwym związkiem, podczas gdy dla osoby w wieku poniżej 8 lat nie jest.” Ponieważ chłopiec w wieku 9 lat jest niedojrzały płciowo, nie może „przerzucać winy” moralnie i prawnie na aktywnego sprawcę,.

Kobieta może molestować chłopca bez stawiania pytania o moralność: ” … obcowanie z małym chłopcem, nie jest traktowane jako akt seksualny.” Talmud mówi też, „chłopiec w wieku 9 lat i 1 dnia, który zamieszkuje z żoną swego zmarłego brata nabywa ją (jako żonę).” Talmud wyraźnie uczy, że kobieta ma prawo poślubić i mieć seks z 9-letnim chłopcem.

Seks w wieku 3 lat i 1 dnia

W przeciwieństwie do dictum Symeona ben Yohai, że seks z dziewczynką jest dozwolony w wieku poniżej 3 lat, ogólne nauczanie Talmudu jest takie, że rabin musi poczekać 1 dzień po trzecich urodzinach. Można ją wziąć do małżeństwa po prostu poprzez gwałt.

Rabin Joseph powiedział: Chodźcie i słuchajcie! Dziewczynę w wieku 3 lat i 1 dzień można zdobyć do małżeństwa przez spółkowanie, i jeśli brat jej zmarłego męża żyje z nią, staje się jego.(Sanh. 55b)

Dziewczyna w wieku 3 lat i 1 dzień może być poślubionej przez wspólne pożycie. (Yeb. 57b)

Dziewczyna w wieku 3 lat i 1 dzień może zostać nabyta do małżeństwa przez współżycie, i jeśli brat jej zmarłego męża żyje z nią, staje się jego. (Sanh. 69a, 69b, Yeb. 60b)

Nauczano: Rabin Symeon b. Yohai stwierdził: neofitce, która jest w wieku poniżej 3 lat i 1 dzień wolno poślubić kapłana, gdyż jest powiedziane, że wszystkie kobiety dzieci, które nie poznały mężczyzny przez leżenie z nim, utrzymują się przy życiu, i Fineasz (który był kapłanem, przypis mówi) na pewno był z nimi. (Yeb. 60b)

[Talmud mówi, że takie dziewczyny w wieku 3 lata i 1 dzień]. . . nadają się do współżycia. . . Ale wszystkie kobiety dzieci, które nie poznały mężczyzny przez leżenie z nim, należy stwierdzić, że Pismo mówi o tym kto jest zdolny do współżycia. (przypis do Yeb. 60b)

Przykład Fineasza, kapłana, który sam poślubił nieletnią dziewczynę w wieku 3 lat, przez Talmud uważany jest za dowód, że takie dzieci „nadają się do współżycia.”

Talmud uczy, iż molestowanie 9-letniego chłopca przez dorosłą kobietę nie jest „aktem seksualnym” i nie „rzuca na nią winy,” ponieważ chłopiec nie jest naprawdę „człowiekiem.” Ale używa przeciwnej logiki wobec sankcji za gwałt na dziewczynie w wieku 3 lat i 1 dzień: Takie dzieci są traktowane jako „kobiety” dojrzałe płciowo oraz w pełni spełniają wymagania małżeństwa.

Przypisy 2 i 4 do Sanhedrynu 55a Talmudu jasno mówią, że kiedy rabini uznają chłopca i dziewczynkę za dojrzałe płciowo i gotowe do małżeństwa. „W wieku 9 lat chłopiec osiąga dojrzałość seksualną… Dojrzałość seksualna kobiety osiągana jest w wieku 3 lat.”

Żadnych praw dla dzieci ofiar

Faryzeusze z pewnością znali uraz odczuwany przez molestowane dzieci. Aby utrudnić dochodzenie odszkodowań, Talmud mówi, że ofiara gwałtu musi czekać do osiągnięcia wieku zanim byłaby możliwość odszkodowania. Musi udowodnić, że żyła i będzie żyć jako oddana Żydówka, i musi zaprotestować przeciwko utracie dziewictwa o tej samej godzinie kiedy osiąga wiek. „Kiedy tylko osiągnęła wiek i przez godzinę nie protestowała, więcej nie może protestować.”

Talmud broni tych surowych środków jako niezbędnych, by zapobiec możliwości buntu gojowskiej dziecka-panny młodej przed judaizmem i wypłacania przyznanego jej odszkodowania jako pogance – bluźnierstwo nie do pomyślenia! Ale prawa dziewczynki naprawdę nie mają z tym większego związku, gdyż „Kiedy dorosły mężczyzna ma stosunek z małą dziewczynką, to nic, gdy dziewczyna jest młodsza (trzy lata i jeden dzień) to jest tak jak włożyć palec w oko.” Przypis mówi, że „jak łzy przychodzą do oczu znowu i znowu, tak dziewictwo wróci do dziewczynki młodszej niż 3 lata.”

W większości przypadków, Talmud potwierdza niewinność męskich i żeńskich ofiar pedofilii. Obrońcy Talmudu twierdzą, że to potwierdza niesamowite moralne zaawansowanie Talmudu i życzliwość wobec dzieci, mówią, że to pozytywnie kontrastuje z „prymitywnymi” społeczeństwami, w których dziecko mogłoby zostać ukamienowane wraz z dorosłym sprawcą.

Faktycznie, rabini dla samoobrony, zamierzali udowodnić niewinność obu stron zaangażowanych w pedofilię: dziecko, ale co ważniejsze, pedofila. Zabierali małemu chłopcu prawo do „zrzucenia winy” na napastnika i żądali współudziału w seksie z małą dziewczynką. Tym samym, nie zapewniając żadnych znaczących szkód moralnych lub odwoławczych dla dziecka, Talmud wyraźnie pokazuje, po czyjej stoi stronie: rabina gwałciciela.

Powszechna pedofilia

Gwałt na dzieciach praktykowany był w najwyższych kręgach judaizmu. Ilustruje to Yeb. 60b:

Na ziemi Izraela było pewne miasto, w którym zostało zakwestionowana prawowitość mieszkańców i rabin wysłał rabina Romanos, który prowadził śledztwo i znalazł w nim córkę neofity, która była w wieku poniżej trzech lat i jeden dzień, i rabin uznał ją zdolną do zamieszkania z kapłanem.

Przypis mówi, że była „małżonką kapłana,” a rabin po prostu pozwolił jej żyć z mężem, zachowując w ten sposób „halakah,” oraz dyktat Simeona ben Yohai: „Neofitka w wieku poniżej 3 lat i 1 dnia może poślubić kapłana.”

Te dzieci-panny młode miały z własnej woli uprawiać seks. Yeb. 12b potwierdza, że każdej dziewczynie w wieku poniżej 11 lat i 1 dnia zakazuje się stosowania antykoncepcji, ale „musi kontynuować współżycie seksualne w zwykły sposób.”

W Sanhedrynie 76b udziela się błogosławieństwa mężczyźnie, który wyżeni swoje dzieci zanim osiągną dojrzałość płciową, a przekleństwo dla tych, którzy czekają dłużej. Faktycznie niedokonanie tego do czasu, kiedy córka osiąga wiek 12 lat i 6 miesięcy, jak mówi Talmud, jest tak złe jakby ktoś „zwrócił zgubioną rzecz Cuthean” (Goj) – czyn, z powodu którego „Pan go nie oszczędzi.” Fragment ten mówi: „… jest zasługą wyżenić dzieci kiedy są małoletnie.”

Mózg się lasuje z powodu krzywd wyrządzonych niezliczonej ilości dziewcząt, które były wykorzystywane seksualnie w judaizmie w okresie rozkwitu pedofilii. Takie wykorzystywanie dzieci, zdecydowanie praktykowane w II wieku, trwało nadal, przynajmniej w Babilonie, przez kolejnych 900 lat.

Fascynacja seksem

Czytając uważnie Talmud, jest się przytłoczonym powtarzającą się fascynacją seksem, zwłaszcza przez wybitnych rabinów. Można przedstawić dziesiątki ilustracji w celu zilustrowania radości faryzeuszy, aby dyskutować o seksie i spierać się w jego najdrobniejszych szczegółach.

Rabini aprobując seks z dziećmi niewątpliwie praktykowali to co głosili. Ale do chwili obecnej czci się ich słowa. Simeon ben Yohai jest szanowany przez ortodoksyjnych Żydów, jako jeden z największych mędrców i duchowych świateł, jakie widział świat. Członek najwcześniejszego „Tannaim” najbardziej wpływowych rabinów w tworzeniu Talmudu, stanowi większy autorytet dla pobożnych Żydów niż Mojżesz.

Dzisiaj, otwarci pedofile Talmudu i obrońcy gwałtu na dzieciach bez wątpienia mieliby trudności w więzieniu za molestowanie dziecka. Ale tutaj jest to, co wybitny żydowski uczony, Dagobert Runes (który jest w pełni świadomy wszystkich tych fragmentów), mówi o takich „brudnych staruchach” i ich wypaczonych naukach:

Nie ma żadnej prawdy w chrześcijańskich i innych strukturach wobec faryzeuszy, którzy reprezentowali najlepsze tradycje swojego narodu i ludzkiej moralności.

Czy nie są bardziej odpowiednie słowa Chrystusa?

Biada wam, uczeni w piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo podobni jesteście do grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa. Tak i wy z zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, lecz wewnątrz pełni jesteście obłudy i nieprawości. (Mt. 23:27,28)

Pastor Ted Pike – 11.10.2006

Z książki Teda Pike’a „Israel: Our Duty, Our Dilemma” [Izrael: nasz obowiązek, nasz dylemat]

Tłumaczenie Ola Gordon

Tęczowego holokaustu nie będzie

Kto by pomyślał, że w centrum amerykańskich wartości jest promocja sodomii i gomorii? Myślę, że na taką wiadomość wszyscy Ojcowie Założyciele poprzewracali się w grobach, ale cóż robić; czasy się zmieniają i tak zwana „wolność prawdziwa” musiała w końcu zawitać i do Ameryki. Nie wszyscy jeszcze wiedzą, co to jest, ta cała „wolność prawdziwa”, więc wyjaśniam, że dawno temu Sławomir Mrożek napisał sztukę „Na pełnym morzu”, gdzie ta kwestia została w prostych żołnierskich słowach wyjaśniona. Otóż wolność prawdziwa jest tam, gdzie nie ma zwyczajnej wolności.

Wydawałoby się że coś takiego może zdarzyć się wszędzie, tylko nie w Ameryce, gdzie tamtejsi twardziele bez przerwy informują się nawzajem, że to „wolny kraj” – jakby chcieli w ten sposób zagłuszyć jakieś wzruszające wątpliwości. A jednak wolność prawdziwa zawitała i tam, o czym poinformował nas nie kto inny, tylko sama pani Żorżeta, więc nie wypada zaprzeczać. Pani Żorżeta z jakichś zagadkowych przyczyn uważa, że wolność prawdziwą trzeba będzie zaprowadzić i u nas i nie zawaha się w tej sprawie „podnosić głosu”, a wiadomo, że kiedy pani Żorżeta podnosi głos, to wtedy zgina się każde kolano; zarówno w obozie „dobrej zmiany”, jak i w obozie zdrady i zaprzaństwa, nie mówiąc już o farbowanych lisach z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, którzy dla miłego grosza gotowi są zlać się z każdym, kto obieca im możliwość dalszego pasożytowania na historycznym narodzie polskim. Ten historyczny naród właśnie dożywa swoich dni nie tylko dlatego, że Nasz Najważniejszy Sojusznik nakazał pani Żorżecie podnieść głos w sprawie ochrony sodomitów i gomorytów przed „dyskryminacją”, ale również, a może nawet przede wszystkim dlatego, że już wkrótce sprawa roszczeń żydowskich powróci „i będzie wracać, aż coś się z tym zrobi”. Jak wiadomo, dyplomacja, nawet ta w wydaniu pani Żorżety nie służy wyrażaniu myśli, tylko ich ukrywaniu. Zresztą żeby wyrazić jakąś myśl, to najpierw musi się ona gdzieś narodzić, ale nie drążmy już tej sprawy, tylko rozbierzmy sobie z uwagą deklarację, że sprawa roszczeń żydowskich będzie wracała, „aż coś się z tym zrobi”. Coś – czyli konkretnie – co? Pani Żorżeta twierdzi, że nie wie, ale to pewnie tylko taka kokieteria, bo jak sekretarz stanu, pan Pompeo podniesie głos, to od razu będziemy wszystko wiedzieli. Konkretnie to, że Polska wszystkim tym roszczeniom zadośćuczyni. A czy zrobi to obóz „dobrej zmiany”, czy obóz zdrady i zaprzaństwa – o to mniejsza. Zresztą gdyby nawet i jeden i drugi się wahał, co oczywiście jest niepodobieństwem, to przecież pan Robert Biedroń w zamian za protekcję sodomii i gomorii i pan Czarzasty w zamian za wiadomą obietnicę, albo nawet doraźny napiwek, podobnie jak w przypadku tajnego więzienia w Starych Kiejkutach, wszystko zrobią w podskokach. Żeby jednak opinia publiczna w Polsce miała jakąś satysfakcję, to pani Żorżeta już zapowiedziała makagigi w postaci zniesienia wiz. W tej sytuacji będziemy mogli przenieść się do Ameryki, żeby w kraju nad Wisłą zrobić miejsce Żydom. Oczywiście nie wszyscy, bo jakaś część będzie musiała tu zostać w charakterze szabesgojów, którym lichwiarze będą pożyczać pieniądze na procent, a oni – wzorem pana Kazimierza Marcinkiewicza, który ugina się już od nadmiaru szczęścia – będą wymachiwali rękami i wołali: „yes! yes, yes!” – całkiem, jak w Ameryce. W takiej sytuacji nie trzeba będzie jeździć do Ameryki, bo w Polsce będzie dokładnie tak, jak w USA; tak samo Żydzi będą kręcili tymi wszystkimi Umiłowanymi Przywódcami, tak samo wszyscy będą u nich pozadłużani, tak samo będą kupowali bimber wyprodukowany przez firmę Seagrams, której właściciel, a zarazem prezes światowego Kongresu Żydów, pan Bronfman, przez całe lata dyrygował tymi wszystkimi prezydentami i posłużył się nimi do wyszlamowania Szwajcarii, tak samo będą oglądali telewizję, z której dowiedzą się, ile to Polska zawdzięcza Żydom, tak samo będą obowiązkowo uczyli się o holokauście i w rocznicę powstania w getcie będą przebierać się za żonkile w kształcie Gwiazdy Dawida i uczestniczyć w ekumenicznych, ekspiacyjnych nabożeństwach, których liturgia zostanie drobiazgowo ustalona podczas „dialogu z judaizmem”.

Dlatego też niepotrzebnie się niecierpliwią niektórzy sodomici, jak na przykład pan doktor z Białegostoku, który nie dość, że jest gojem, to jeszcze gejem. Po rozruchach towarzyszących tęczowemu marszowi równości tak się wystraszył, że „już się pakuje”. Ciekawe, dokąd chce wyjechać i na co liczy? Gdyby jeszcze był Żydem, to mógłby opowiadać, jak to ledwo zdążył ocaleć z holokaustu, a już białostoccy naziści kazali mu „wypierdalać”, a wtedy na otarcie łez daliby mu klinikę aborcyjną z sodomickim personelem i w ogóle – urządziłby się na resztą życia, jak nie przymierzając komisarze w Komisji Europejskiej. Tak w każdym razie było do tej pory, kiedy to w drugiej połowie lat 50-tych najwięksi stalinowscy oprawcy prezentowali się na Zachodzie, przede wszystkim w Ameryce, jako ofiary „polskiego antysemityzmu” i na otarcie łez dostawali wszystko, czego tylko zażądali. Podobnie było i w 1968 roku, podczas tak zwanego „małego holokaustu”, kiedy to partyjniacy z rozgramianej właśnie przez „Chamów” frakcji „Żydów” przenosili się z cudnego raju, którym w latach dobrego fartu zarządzali, do lepszego świata – znowu jako ofiary „polskiego antysemityzmu”, który od tamtej pory stał się trwałym elementem polskiego narodowego wizerunku. Ale pan doktor Żydem nie jest, tylko „gejem”, więc kiedy już się spakuje i wyjedzie, to jaką zaprezentuje tam martyrologię? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie ma problemu i na przykład, gdyby powiedział, że jakiś efeb odrzucił jego zaloty, bo okazał się nacjonalistą, to z pewnością wzbudziłby współczucie środowiska i kto wie – może by mu jakiś sodomita zaproponował wspólny nocleg – ale już kliniki nikt by mu chyba nie zaoferował. Zresztą w tą martyrologią też nie ma co przesadzać, bo wiadomo, że ofiarami są Żydzi, a cała reszta musi nie tylko przyjąć to do wiadomości, ale i powstrzymać się przed próbami jakichś martyrologicznych licytacji. Z Żydami nie jest tak łatwo, jak z warszawskimi powstańcami, którzy podpiszą, co im się tam podsunie, nawet świstek, że wtedy chodziło o wyzwolenie sodomitów z cęgów reżymu – ale Żydzi na takie sentymenty nabrać się nie dadzą i z żadnymi tęczowymi męczennikami na pluszowych krzyżach nie będą się dzielić dochodami ze swego monopolu. Owszem, mogą nakręcić panią Żorżetę, żeby się z nimi ostentacyjnie solidaryzowała, bo to nikomu nic nie szkodzi, ale w momencie, gdy w grę wchodzi szmal, to żarty się kończą, podobnie jak i amikoszoneria, po której tutejsi sodomici tyle sobie obiecują.

Felieton • tygodnik „Najwyższy Czas!” • 6 sierpnia 2019
Stanisław Michalkiewicz

Rzeź Woli – największe ludobójstwo II Wojny Światowej

Jeśli ktoś nazywa Powstanie Warszawskie „obłędem” ma całkowitą rację – to co się wówczas działo przez 63 dni na ulicach stolicy było przede wszystkim morderczym OBŁĘDEM w wykonaniu Niemców! To Niemcy zrujnowali Warszawę! To Niemcy wymordowali 200 tys. Polaków! To Niemcy nie mieli skrupułów, aby polskim dzieciom podrzynać gardła! I w końcu: to Niemcy dokonali rzezi Woli – jednego z najpotworniejszych w dziejach ludzkości ludobójstw.

Zabić wszystkich Polaków!

Wieczorem 1 sierpnia 1944 roku w Wilczym Szańcu doszło do spotkania Adolfa Hitlera z Heinrichem Himmlerem. Fuhrer był mocno poddenerwowany, ponieważ dotarły do niego informacje o wybuchu Powstania Warszawskiego. Z kolei jego najbliższy współpracownik „zacierał ręce”. Nastał bowiem moment, w którym mógłby rozpocząć jedną z najważniejszych misji w swoim życiu – raz na zawsze pozbyć się przeklętych, polskich „podludzi”.

Po tym jak Himmlerowi udało się uspokoić Hitlera, ten pierwszy miał ze stoickim spokojem powiedzieć, że sytuacja może faktycznie nie jest najlepsza, że może i nie jest to najbardziej dogodny moment, ale lepszej okazji Rzesza i jej żołnierze już mieć nie będą. Na co? Na „ostateczne rozwiązanie kwestii Warszawy”.

– Warszawa, stolica, głowa, inteligencja tego byłego 16-17-milionowego narodu Polaków będzie zniszczona, tego narodu, który od 700 lat blokuje nam Wschód i od czasu pierwszej bitwy pod Tannenbergiem leży nam w drodze – miał wykrzykiwać Himmler, który znany był ze swego stoickiego spokoju. To on wytłumaczył Fuhrerowi, że wybuch powstania to najlepszy moment na dokonanie rzezi Polaków a następnie zrównanie Warszawy z ziemią i dlatego wszystkie dostępne siły muszą zostać rzucone właśnie na polską stolicę.

To właśnie wtedy – 1 sierpnia 1944 roku w Wilczym Szańcu – najpotężniejsi spośród niemieckich nazistów zdecydowali, że trzeba myśleć o przyszłości, która nie jest zbyt różowa dla obecnych Niemców, ale może być bardzo obiecująca dla ich przyszłego pokolenia.

Ta rozmowa, ta przemowa Himmlera do Hitlera wyjaśnia, dlaczego zdarzyła się rzeź Woli i dlaczego Niemcy przegrywając II Wojnę Światową marnowali mnóstwo sił i środków na niszczenie Warszawy i mordowanie jej mieszkańców. Chodziło o przyszłość! Przyszłość bez Polaków. Himmler miał powiedzieć, że nawet jeśli nie uda się fizycznie zniszczyć narodu polskiego, to zostanie mu przetrącony kręgosłup. Pamiętać bowiem należy, że ówczesna Warszawa była rezerwuarem inteligencji i miejscem, w którym w dużym stopniu kondensował się duch narodu, jego serce i jego rozum.

W Warszawie mieszkali ludzie niezwykle ważni dla przyszłości Polski – wielcy duchowni, przedstawiciele inteligencji, świata kultury etc. Ich likwidacja, zdaniem Himmlera, ostatecznie osłabiłaby wolę przetrwania narodu polskiego i położyła wieczną skazę na jego duszy.

Ludobójstwo – nowa gałąź niemieckiego przemysłu

Wielu z nas, kiedy mówi o ludobójstwie dokonanym przez Niemców na mieszkańcach warszawskiej Woli, w sposób naturalny łączy je z Powstaniem Warszawskim. Rozpoczynają się walki, Warszawa powstaje przeciwko Niemcom. Wermacht i SS w pierwszych kilku dniach są zepchnięci do defensywy i muszą się bronić. Następuje rzeź Woli, a potem powstanie toczy się dalej. Jest to fałszywe spojrzenie na tę tragedię.

Ludobójstwo na Woli nie miało żadnego związku z walkami powstańczymi! Niemcy dokonali mordu na Polakach w dzielnicy Warszawy, w której nie toczyły się żadne walki!

To nie była wymiana ognia. To nie było dzieło przypadku, po którym można by powiedzieć, że w trakcie walk pocisk z ciężkiego moździerza przypadkowo uderzył w kamienicę zabijając mieszkańców Woli, że warszawiacy z Woli zginęli w trakcie walk bądź Niemcy zlikwidowali cywilów, którzy im przeszkadzali. NIE! Największe zbrodnie, największa rzeź została dokonana tam, gdzie panował spokój, ponieważ nie toczyły się tam działania zbrojne!

Zanim Niemcy doszli do głównych barykad na ulicy Wolskiej i Górczewskiej wpierw wymordowali ludność na terenie nie objętym Powstaniem Warszawskim. Wiele lat po tych wydarzeniach należy to wciąż przypominać kolejnym pokoleniom!

Za masakrę odpowiadał Heinz Reinefarth – zbrodniarz i karierowicz, który z niemożliwym do opisania zapałem wypełniał wszystkie rozkazy swoich przełożonych. Reinefarth nie kalkulował – kazano mu zabić wszystkich, więc robił co mógł, aby tak się stało, ponieważ liczył, że dzięki temu zyska pochwały i awanse.

Nieco, ale tylko nieco inne podejście zaprezentował Gunther Rohr – zwyrodnialec odpowiedzialny za rzeź innej warszawskiej dzielnicy – Ochoty. Jego oddziały nie wymordowały wszystkich mieszkańców, ponieważ w tym wypadku zwyciężyły „kalkulacje”. Rohr bał się, że w wypadku przegranej wojny zostanie pociągnięty do odpowiedzialności i dlatego licznik zamordowanych przez jego podwładnych mieszkańców Ochoty zatrzymał się „jedynie” na 10 tysiącach osób zamordowanych w wyjątkowo zwyrodniały sposób.

Na tym właśnie polega różnica między rzezią Ochoty a rzezią Woli. Ta pierwsza była paroksyzmem zwyrodnialców, którzy rabowali, łupili i gwałcili. Ta druga z kolei zasługuje na miano dokonanej na zimno zbrodni przemysłowej.

Powyższe porównanie nie zostało przywołane po to, żeby kogoś usprawiedliwiać a kogoś potępiać. NIE! Reinefarth i Rohr byli krwawymi zbrodniarzami i nic tego nie zmieni!

Zabawa w morderstwo

Dla Niemców mordowanie mieszkańców Woli było „zabawą”, o czym sami tak pisali.

„Upychano” w domach jak największą ilość kobiet, mężczyzn i dzieci, po czym ryglowano wszystkie możliwe wyjścia, a następnie budynek podpalano.

Ustawiano kobiety, mężczyzn i dzieci pod ścianą, a następnie rzucano w nich granatem. Ci którzy przeżyli mieli do wyboru dwa „rozwiązania”: poderżnięcie gardła bądź strzał w tył głowy.

Niejednokrotnie ustawiano w rzędzie dzieci jedno za drugim a następnie strzelano do pierwszego albo ostatniego, żeby sprawdzić, ile ciał jest w stanie przebić kula z niemieckiego karabinu.

Można znaleźć tysiące śladów „oddolnego” i „spontanicznego” sadyzmu wobec polskich ofiar. Co jest jednak najbardziej uderzające? Pod koniec pierwszego dnia ludobójstwa – wieczorem 5 sierpnia – Niemcy postanowili przeprowadzić masowe rozstrzeliwanie wszystkich mieszkańców Woli. Po dzielnicy jeździli na motorach kurierzy z tymże rozkazem zawierającym wytyczne. Zwyrodnialcy rozstrzeliwujący mieszkańców Woli żądali okazania im tego rozkazu na piśmie. Na Miłość Boską! Normalny człowiek przymuszany do robienia czegoś okropnego szuka pretekstu, żeby to przerwać. Tu zaś było inaczej! Niemcy żądali potwierdzenia rozkazu, bo chcieli dalej mordować Polaków!

Właśnie dlatego na Woli mieliśmy do czynienia z nieprawdopodobną koncentracją okrucieństwa.

Odkłamać wczoraj i dziś!

Od wielu lat jesteśmy świadkami procesu mającego na celu totalne zafałszowanie historii II Wojny Światowej. Przedstawia się ten konflikt jako wojnę z ideologią nazistowską całkowicie pomijając jej etniczne aspekty.

Rzeź Woli całkowicie obala tego typu kłamstwa wmawiane światu od dziesięcioleci. W przypadku Woli widać wyraźnie, jak ogromną rolę w zbrodniczym przemyśle Niemców odgrywał właśnie element etniczny, czyli pogarda dla Polaków – podludzi ze Wschodu.

Wystarczy porównać Powstanie Warszawskie z tzw. Powstaniem w Paryżu. Źródła podają, że na tzw. wyzwolenie Paryża składał się „szereg działań zbrojnych w Paryżu w okresie od 19 do 25 sierpnia 1944 roku pomiędzy francuskim ruchem oporu oraz wspierającymi go wojskami armii sił Wolnych Francuzów de Gaulle’a oraz amerykańskiej 3 Armii gen. Pattona przeciw okupującym miasto wojskom niemieckim”. W rzeczywistości była to co najwyżej totalnie niezorganizowana ruchawka, którą Niemcy mogli stłumić w ciągu kilku, kilkunastu godzin zadając przy tym Francuzom ogromne straty i rujnując Paryż.

Rozkaz takiej treści został też wydany. Stacjonujący we Francji Niemcy mieli dokonać bardzo brutalnego stłumienia wszelkich przejawów buntu łącznie ze zniszczeniem Paryża i zamordowaniem jego mieszkańców. Tak się jednak nie stało, ponieważ osoba, która ów rozkaz otrzymała, Dietrich von Choltitz nie wykonał go. Istnieje wiele relacji dowodzących, że gdyby przyszło mu stłumić Powstanie Warszawskie i zrównać stolicę z ziemią, to niemiałby co do tego najmniejszych oporów. Dlaczego jednak nie zniszczył Paryża? Ponieważ, jak sam mówił, jak mógłby zniszczyć miasto świateł – Paryż – światową metropolię? Czym innym byłoby unicestwienie Warszawy – miasta zamieszkanego przez podludzi. Ale Paryża?

Liczby, liczby są bezpieczne…

Ludobójstwo na warszawskiej Woli pochłonęło życie około 60 tys. osób. Liczba ofiar cywilnych w całym okresie powstania warszawskiego to około 200 tysięcy, czyli liczba ofiar rzezi Woli to 1/3 wszystkich cywilów zabitych i zamordowanych w czasie 63 dni powstania.

Rzeź Woli to największy, jednorazowy mord na ludności cywilnej w całej historii II Wojny Światowej. Nigdy w żadnym miejscu nie zamordowano tylu niewinnych ludzi w tak krótkim czasie.

Nie wytrzymują tu żadne porównania, nawet Holocaust. Nie ma w dziejach zagłady Żydów takiego nasilenia okrucieństwa i śmierci jak podczas rzezi Woli. Największym jednorazowym aktem mordowania Żydów był 3 listopada 1943 roku. Niemcy nadali tej akcji kryptonim Dożynki, kiedy w ciągu dwóch dni wymordowano wszystkich Żydów na Majdanku w liczbie około 18 tys. Wola to 60 tys. w ciągu trzech dni. O tym trzeba pamiętać.

____________

Źródło: Piotr Gursztyn „Rzeź Woli. Zbrodnia nierozliczona”
DATA: 2019-08-05 09:56
AUTOR: TOMASZ D. KOLANEK
Za; https://www.pch24.pl/rzez-woli—najwieksze-ludobojstwo-ii-wojny-swiatowej-twt,69951,i.html#.XUfrsCJp48Q.twitter

Zobacz:

„Ze zdumieniem dowiedzieliśmy się, że niedawna antypolska konferencja w Paryżu miała nazwę “Nowa polska szkoła historii Holocaustu”. Na podkreślenie zasługuje słowo “polska”. To już nie izraelska, czy amerykańska, ale polska szkoła. Przy tej okazji dowiedzieliśmy się, że jednym z organizatorów tej konferencji było działające w ramach Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk “Centrum Badań nad Zagładą Żydów”. Centrum działa od roku 2003 (www.holocaustresearch.pl/) i z jego szeregów wywodzą się główni prelegenci z Paryża. Jak widać, nie jest ważne, że w czasie II Wojny Światowej wymordowano więcej etnicznych Polaków niż Żydów z Polski. W Polskiej Akademii Nauk nie utworzono Centrum Badań nad zagładą Polaków, lecz Żydów. Nie wygląda na to, aby państwo polskie miało jakiś plan, a choćby zamiar przeciwdziałania antypolskiej kampanii.”

Watykanista Antonio Socci: mamy najpoważniejszy kryzys w ciągu 2000 lat historii Kościoła

Watykanista Antonio Socci w mocnych słowach wypowiadział się o kryzysie we współczesnym Kościele. Surowo skrytykował między innymi Instrumentum Laboris – dokument roboczy przed jesiennym Synodem Amazońskim. Zwrócił też uwagę na istotną rolę Benedykta XVI, także w obecnych czasach.

Antonio Socci w swym artykule krytycznie wypowiada się o ideologicznym zaangażowaniu niektórych przedstawicieli Watykanu, którego przejawem jest dokument Instrumentum Laboris przed Synodem Amazońskim. Krytykuje ich nadmierne zaangażowanie w sprawy brazylijskiego społeczeństwa.

Jak twierdzi Antonio Socci, brazylijski premier Jair Bolsonaro stał się obok Matteo Salviniego i Donalda Trumpa wrogiem władz kościelnych. Politycy ci reprezentują bowiem zachodnią cywilizację wierną swej tradycji i tożsamości.

Antonio Socci powołuje się także na słowa konserwatywnego myśliciela José Antonio Urety twierdzącego, że Instrumentum Laboris stanowi otwarcie na oścież bram Magisterium na teologię indiańską i ekoteologię, stanowiącymi rozwinięcie teologii wyzwolenia. „Po upadku Związku Sowieckiego i klęsce realnego socjalizmu, rzecznicy teologii wyzwolenia w stylu marksistowskim przypisali historyczną rolę siły rewolucyjnej ludom tubylczym i przyrodzie” – pisał José Antonio Ureta.

Mocne słowa kardynała Walter Brandmüllera

Antonio Socci zauważa również, że „kardynał Walter Brandmüller – osobisty przyjaciel Benedykta XVI – jest wybitnym historykiem Kościoła, a jednak nie wahał się użyć najmocniejszych słów, by wypowiedzieć się otwarcie przeciwko temu Instrumentum laboris: heretyckie i apostazja”. Podkreśla również, że kardynał Brandmüller odrzucił agresywną jego zdaniem ingerencję w świeckie sprawy brazylijskiego społeczeństwa, potępił też „teologiczne absurdy dokumentu” i „antyracjonalne odrzucenie zachodniej kultury”.

W opinii cytowanego przez Antonio Socciego hierarchy „[…] watykańskie Instrumentum obciąża synod biskupów i ostatecznie papieża poważnym naruszeniem depositum fidei, co w konsekwencji oznacza samozniszczenie Kościoła albo zamianę Corpus Christi mysticum w świecką organizację pozarządową, mającą pełnomocnictwo ekologiczno-społeczno-psychiczne”.

Kardynał Brandmüller stwierdził również, że Instrumentum Laboris „stanowi atak na fundamenty Wiary i w sposób, który dotąd uważano za niemożliwy. Dlatego musi być odrzucone z całą stanowczością”. Według Antonio Socciego stanowisko kardynała Brandmüllera jest podzielane przez Benedykta XVI, który wiele lat występował przeciwko teologii wyzwolenia.

Benedykt XVI dostrzega kryzys

Watykanista podkreśla też, że „mimo licznych nacisków” na Benedykta XVI nie odrzucił on zarzutów czterech kardynałów autorów dubiów (chodzi o wątpliwości dotyczące zwłaszcza dopuszczenia niektórych rozwiedzionych w nowych związkach do Komunii świętej, które wyrazili kardynałowie: Walter Brandmüller, Leo Raymond Burke, Carlo Caffarra i Joachim Meisner).

Benedykt XVI nie odrzucił też „zarzutów abp. Carla Marii Viganò, autora historycznego świadectwa dotyczącego watykańskich skandali. Opublikował natomiast własne refleksje „podejmujące szczególnie kwestię skandali – które przedstawia refleksje w zgodzie z punktem widzenia wcześniej wspomnianych kardynałów – autorów dubiów, a także wnosi własny wkład […]”.

Według Antonio Socciego „możemy także powiedzieć, że dokument Ratzingera już antycypował watykański dokument na temat Amazonii. W rzeczywistości potępia każdą próbę zastąpienia Kościoła Chrystusa tworzeniem innego Kościoła według naszego własnego projektu, ponieważ jest to kościół, który – zamiast troszczyć się o zbawienie człowieka – zajmuje się polityką, gospodarką i ekologią (według światowych ideologii) […]”.

Antonio Socci przekonuje, że między Benedyktem XVI a Franciszkiem nie istnieje harmonia poglądów. Według Watykanisty Franciszek pilnował, by nie rozpowszechniać dokumentu Benedykta o nadużyciach w Kościele podczas lutowego szczytu poświęconego tej tematyce. Tymczasem to właśnie z tej okazji Benedykt napisał swój dokument.

Znaczenie Benedykta XVI obecnie

Według Antonio Socciego Benedykt XVI pilnuje, by Kościół nie wykroczył poza granice ortodoksji, a jednocześnie dodaje otuchy katolikom wiernym przerażonych kryzysem – w tym kardynałom i biskupom. Musi on „zachęcać ich do obrony wiary Kościoła, jednocześnie unikając wywołania nieodwołalnych rozłamów”.

Antonio Socci cytuje też słowa Benedykta XVI z jego ostatniej audiencji 27 lutego 2013 roku: „Zawsze oznacza również na zawsze” – nie ma już powrotu do życia prywatnego. Moja decyzja o rezygnacji z pełnienia urzędu tego nie anuluje” . Benedykt XVI według Socciego nie stwierdził nigdy, jakoby nie miał już nic wspólnego z papiestwem.

Antonio Socci cytuje także słowa sekretarza Benedykta XVI, arcybiskupa Georga Gaensweina, jakie padły podczas historycznej na Uniwersytecie Gregoriańskim:

„przed i po swojej rezygnacji Benedykt rozumiał i rozumie swoje zadanie jako uczestnictwo w takiej posłudze Piotrowej. Opuścił tron papieski, a jednak, podejmując ten krok 11 lutego 2013 roku, wcale nie porzucił tej posługi. Zamiast tego dopełnił osobisty urząd kolegialnym i synodalnym wymiarem, jako jakby wspólną posługą. […] Oto dlaczego Benedykt XVI nie zrezygnował ze swojego imienia, czy białej sutanny. Oto dlaczego prawidłowym zwrotem, z którego pomocą należy się do niego zwracać nawet dzisiaj, jest Wasza Świątobliwość. […] Nie porzucił on urzędu św. Piotra – czego zrobienie byłoby dla niego całkowicie niemożliwe po nieodwołalnym przyjęciu urzędu w kwietniu 2005 roku”.

„Są tacy, którzy wierzą, że na mocy tajemniczego zamysłu Bożej Opatrzności Kościół jest poddawany bardzo ciężkiej próbie, że to jego Wielki Piątek, ale że obecność Benedykta gwarantuje, że nawa Kościoła się nie rozbije” – twierdzi Antonio Socci. „Z pewnością Benedykt ma kluczowe znaczenie w dzisiejszym Kościele. I pewnego dnia wszystko stanie się jasne” – dodaje.

Pierwszy raz opublikowano w Libero 1 lipca 2019 roku.

Antonio Socci

Źródło: ChurchMilitant.com

Tłum. z j. angielskiego: Jan J. Franczak

Opracowanie: mjend

Na marginesie tekstu Socciego pamiętajmy, że obecny kryzys nie jest pierwszym, z jakim musi zmierzyć się Kościół. Dawniej dochodziło bowiem do kryzysu ariańskiego, wielkiej schizmy zachodniej, czy kryzysu renesansowego papiestwa. Jednak ze wszystkich tych przypadków Kościół wychodził obronną ręką. Nic w tym dziwnego. Wszak w mocy pozostają słowa Pana Jezusa wypowiedziane do świętego Piotra:

„Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą”. [Mt 16,18]. Módlmy się zatem za papieża Franciszka, a także za Benedykta XVI, hierarchów i duchownych. Pamiętajmy też o ogromnej roli, jaką do odegrania w naszych czasach mają świeccy.

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2019-07-29)

Pewne różnice, wspólny trzon! Prof. Jacek Bartyzel o nazizmie, komunizmie i zaawansowanym demoliberalizmie

Profesor Jacek Bartyzel w facebookowym wpisie zwrócił uwagę na podobieństwa i różnice między narodowym socjalizmem (nazizmem), komunizmem i zaawansowanym demoliberalizmem. Naukowiec zwraca uwagę na wiele podobieństw łączących systemy.

„W narodowym socjalizmie wrogami publicznymi (hostes) byli: reakcjoniści, monarchiści, księża katoliccy, demoliberałowie, socjaldemokraci, komuniści, Żydzi, Słowianie oraz nacjonaliści narodów innych, niż niemiecki.

W komunizmie wrogami publicznymi byli: reakcjoniści, monarchiści, księża katoliccy, burżuje, demoliberałowie, socjaldemokraci, faszyści, antysemici oraz nacjonaliści wszystkich narodów.

W (zaawansowanym) demoliberalizmie wrogami publicznymi są: reakcjoniści, monarchiści, księża katoliccy, populiści, faszyści, antysemici, homofobi oraz nacjonaliści narodu rodzimego.

Jak widać, pewne różnice są, ale istnieje też trzon wspólny” – zauważa profesor Jacek Bartyzel.

Źródło: Facebook

MWł

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2019-07-23)

18 politycznych idei, których katolikowi nie wolno popierać

Wbrew coraz popularniejszym twierdzeniom, katolicyzm nie jest obojętny wobec życia politycznego. Kościół przez wieki funkcjonowania – w oparciu o Tradycję oraz Pismo Święte – wytworzył naukę społeczną. Dzięki niej wiemy, jakich ideologii i poglądów nie może wspierać katolik.

Komunizm

VII Przykazanie Boże mówi wprost: nie kradnij! To najkrótszy katolicki argument przeciw komunizmowi, gdyż system odmawiający człowiekowi prawa do posiadania własności i żądający systemowej grabieży jest nie do pogodzenia z zasadami Świętej Wiary. A gdy uświadomimy sobie, że immanentną cechą komunizmu jest marksistowski materializm, czyli de facto programowy ateizm, sprawa staje się jeszcze jaśniejsza. Ideologia ponadto – poprzez koncepcję tzw. walki klas – antagonizuje społeczeństwa. O tym wszystkim pisali papieże ostrzegający świat przed tą doktryną (chociażby Leona XIII w Quod apostolici muneris czy Piusa XI w Quadragesimo anno).

Socjalizm

Komunizm ma bardzo bliskiego „krewnego”. To socjalizm. Najważniejszą różnicą między nimi są nieco odmienne metody służące do osiągnięcia rewolucyjnego celu oraz radykalizm w likwidacji własności prywatnej (częściowa lub całkowita). Mimo tych niuansów wciąż mamy jednak do czynienia z systemem opartym na fałszywej antropologii, przed czym ostrzegał m.in. Jan Paweł II (Centesimus annus).

Teologia wyzwolenia

Gdyby jednak jakiś katolik upierał się przy próbach łączenia chrześcijaństwa i marksizmu, to warto odesłać go do instrukcji Jana Pawła II Libertatis nuntius z roku 1984. Papież potępił w niej pochodzącą z Ameryki Południowej groźną herezję próbującą stworzyć syntezę materialistycznej ideologii i katolickiej wiary. Wynik takiego połączenia może być jeden: zamiana chrześcijaństwa w polityczną doktrynę i wpadanie w objęcia komunizmu.

Socjaldemokratyzm

Socjaldemokracja to lewicowy nurt dopuszczający zaprowadzenie nowego systemu na drodze reform, a nie zbrojnej rewolucji proletariatu. Reformizm (inna nazwa doktryny) godzi się z istnieniem kapitalizmu (lub przynajmniej czasowo go akceptuje), ale poszukuje jego socjalistycznych wersji. Mimo tego socjaldemokracja pozostaje ideologią wspierającą wywrotowe i sprzeczne z naturalnym porządkiem prądy. Reformiści sprzeciwiają się wpływom Kościoła na życie społeczeństw oraz odrzucają tradycyjnie rozumianą rodzinę i małżeństwo.

Ekologizm

Na scenie politycznej blisko socjaldemokratów znajdują się „zieloni”, którzy – podobnie jak reformiści – walczą o „sprawiedliwość społeczną” i „postęp” rozumiany jako „prawa” rozmaitych mniejszości oraz akceptacja wynaturzeń w życiu społecznym. Kładą przy tym jednak większy nacisk na ekologię, co współcześnie przekłada się na walkę o realizację postulatów tzw. zrównoważonego rozwoju (aborcja, sterylizacja, eutanazja i inne formy depopulacji).

Progresywizm

Niekatolickim jest również niepohamowany ideologiczny pęd do nowoczesności, zmiany i nieustannej modernizacji połączony z wiarą w determinizm (tzw. konieczność dziejowa) oraz możliwość stworzenia „raju na ziemi”. Wyznawcy idei, których genezę odnaleźć można u niekatolickich myślicieli jak Marks i Hegel, krytykują stare rozwiązania społeczne tylko dlatego, że funkcjonowały w przeszłości – i to nawet jeśli doskonale sprawdzały się w poprzednich epokach. Ów progresywizm może dotykać jednak nie tylko systemów politycznych – pod postacią modernizmu wdarł się do Kościoła.

Genderyzm

Jedną z najnowszych mutacji ideologii rewolucyjnej jest genderyzm – doktryna próbująca rozdzielić ludzką płeć na „płeć biologiczną” i „kulturową”. Po dokonaniu owego rozwodu obie, w myśl koncepcji, mogą zostać sobie przeciwstawione, co otwiera furtkę do „zmian płci” oraz kreowania trzeciej i kolejnych mutacji. Pan Bóg jednak – o czym czytamy na kartach Księgi Rodzaju – stworzył ludzi jako mężczyznę i niewiastę, więc genderyzm w każdej formie pozostaje niekatolicki.

Homoseksualizm

Wbrew sloganom powtarzanym przez politpoprawne media, nie ma czegoś takiego jak „orientacja seksualna”, zaś owa zbitka fałszywie sugeruje równorzędność zachowań homoseksualnych i heteroseksualnych. Tymczasem ludzie popędy mogą albo być właściwie ukierunkowane i kontrolowane, albo nie. Dlatego też walka o przywileje dla środowisk LGBT jest w sposób oczywisty walką polityczną, zaś homoseksualizm (jako jedna z pochodnych zakłamującego obraz człowieka freudyzmu) stanowi wywrotową ideologię sprzeczną z Prawem Bożym. Katolik nie może w żaden sposób wspierać ruchów LGBT.

Pacyfizm

Elementem składowym wielu lewicowych ideologii (szczególnie tych należących do tzw. nowej lewicy – odmiennej od militarystycznego komunizmu bolszewików) jest pacyfizm. W XX wieku działacze ruchów antywojennych aktywnie atakowali politykę państw pozostających w sporach z krajami marksistowskimi, pokazując rzekomą brutalność Zachodu i przymykając oczy na występki „czerwonych”. Za sprawą lewicowego zakłamywania wizerunku świętego Franciszka z Asyżu pacyfizm upowszechnił się także wśród katolików. Warto jednak pamiętać, że Boże Przykazanie „nie zabijaj” nie oznacza zakazu bronienia swojej rodziny, domostwa czy ojczyzny, zaś w nauczaniu Kościoła znajdziemy pojęcie wojny sprawiedliwej.

Anarchizm

Doktryna anarchistyczna uderza swoimi postulatami we wszystkie katolickie zasady życia zbiorowego. Podważa bowiem istotę władzy, która zgodnie z nauką Kościoła pochodzi od Pana Boga. Ponadto anarchizm gardzi hierarchią i tradycyjnym ładem, dąży do likwidacji państw oraz w większości odmian sprzeciwia się własności prywatnej i religijności. Anarchizm stanowi więc zaprzeczenie całego naturalnego porządku społecznego.

Nazizm

Narodowy socjalizm pozostaje w sprzeczności z nauką Kościoła z wielu powodów. Pierwszym z nich jest – stanowiący fundament owej ideologii – jeden z grzechów głównych. To nienawiści, w nazizmie skierowana wobec przedstawicieli innych nacji. Drugi powód to ubóstwienie narodu. Bóg jest jednak jeden, więc czynienie „boga” z grupy etnicznej stanowi najzwyklejsze pogaństwo (z resztą historycznemu nazizmowi niemieckiemu towarzyszyły pogańskie inklinacje oraz okultyzm). Wszystkie katolickie argumenty przeciw nazizmowi przedstawił papież Pius XI w Mit brennender Sorge.

Faszyzm

Chociaż faszyzm nie ma w swoich założeniach szowinizmu rasowego czy narodowego, to włoska ideologia również kłóci się z nauczaniem Kościoła, gdyż na miejscu należnym Panu Bogu próbuje umieścić państwo. Pogańską statolatrię (kult państwa) doskonale obrazuje slogan ekipy Mussoliniego: wszystko w Państwie, nic poza Państwem, nic przeciw Państwu.

Totalitaryzm

Niekatolicki jest również totalitaryzm, bowiem w państwie totalitarnym to administracja decyduje o każdym aspekcie ludzkiego życia. Aparat walczy więc z Kościołem, gwałci autonomię rodziny i uderza we własność prywatną. A wszystko po to, by realizować jedną z mrocznych, antykatolickich ideologii.

Rasizm

Doktryna dzieląca ludzi na rzekomo lepszych i gorszych ze względu na cechy fizyczne wyklucza się z katolicyzmem, gdyż – jak naucza Kościół – wszyscy ludzie są dziećmi Bożymi i nikomu nie można odmawiać praw ludzkich (jak np. prawo do życia) z żadnego powodu, niezależnie czy ma inny kolor skóry, włosów, oczu, czy też jest chory. Nie wolno również nikogo nienawidzić.

Szowinizm narodowy

Chociaż odpowiednio ukształtowana miłość oraz troska o naród i ojczyznę może stanowić moralną cnotę, to ubóstwienie grupy etnicznej i stawianie jej na miejscu należnym Bogu oraz nienawiść do obcych stoją w sprzeczności z ewangelicznymi zasadami będącymi fundamentem nauczania Kościoła. Szczególnym zagrożeniem są ruchy nacjonalistyczne odwołujące się do pogaństwa.

Demokratyzm

Co ciekawe, zarzuty podobnej natury jak w przypadku nazizmu, faszyzmu czy szowinizmu katolicy mogą – i powinni – wysuwać wobec demokracji. Wszak również ta doktryna stawia na miejscu Stwórcy swoje założenia, w tym przypadku wolę ludu, co prowadzi do moralnego relatywizmu. W demokracji lud nie tylko decyduje o polityce, ale również o tym, co ma zostać uznane za dobre, a co złe – czego skutek widzimy w zdemoralizowanych „starych demokracjach”. Demokratyzm kłóci się ponadto z hierarchą stanowiącą część tradycyjnego, katolickiego ładu. Dlatego też tak poważne wątpliwości budzi nie tylko demokracja liberalna, socjalna czy narodowa, ale także demokracja chrześcijańska (chadecja).

Liberalizm

Chociaż liberalizm w swojej warstwie gospodarczej nie musi stać w sprzeczności z nauczaniem Kościoła, to doktryna stawiająca na pierwszym miejscu wolność jednostki kłóci się z katolicyzmem. Wszak w życiu człowieka wierzącego na pierwszym miejscu musi znajdować Pan Bóg, a tylko życie w zgodzie z Jego prawami zapewnia człowiekowi prawdziwą wolność. Podobne zastrzeżenia dotyczą libertarianizmu.

Katolicki liberalizm

Podobnie jak łącząca katolicyzm i komunizm teologia wyzwolenia, tak i katolicki liberalizm próbuje godzić ogień i wodę. Efekt tych starań jest jasny do przewidzenia. Katolicki liberalizm nie jest ani katolicki, ani tak liberalny, jak chcieliby tego postępowcy i pozostaje doktryną potępioną przez papieża Grzegorza XVI w Singulari nos.

Michał Wałach

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2018-08-21)

Synod spod znaku New Age

Kontury kolejnego synodu biskupów, dotyczącego Amazonii, który odbędzie się w październiku br., zarysowują się coraz wyraźniej. 17 czerwca opublikowano instrumentum laboris1 synodu, czyli coś w rodzaju jego mapy drogowej. Lektura tego dokumentu budzi ogromne zdziwienie i to do tego stopnia, że czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy naprawdę został on napisany przez osoby duchowne. Dotychczasowe komentarze skupiały się przede wszystkim na kwestii [planowanej na synodzie] debaty nad możliwością wyświęcania na kapłanów żonatych mężczyzn. Pozostawimy ten aspekt na boku, gdyż z pewnością na jego temat powstaną w swoim czasie szczegółowe analizy.

Zebranie Nazdzwyczajne Synodu Biskupów dla Regionu Panamazońskiego odbędzie się w październiku 2019 r.

Tymczasem zupełnie przemilczano fakt, że zarówno język, jak i tematy poruszone w instrumentum laboris częstokroć wprost nawiązują do ideologii New Age. Filozofia tego szerokiego, niejednorodnego ruchu tkwi korzeniami w spuściźnie Towarzystwa Teozoficznego, założonego w XIX w. przez Helenę Bławatską. Ruch New Age narodził się w latach 60. XX wieku w USA, rozprzestrzenił na całym świecie i objął szeroką gamę zagadnień. New Age dla obyczajów i religii jest tym, czym globalizm dla polityki: pragnie zjednoczyć duchowo ludzkość i wprowadzić ją w nową erę szczęścia, harmonii duchowej i pokoju, zwaną erą Wodnika. Aby doń doprowadzić, New Age promuje okultyzm (a więc m.in. astrologię, jasnowidzenie, spirytyzm, wykorzystywanie nieznanych energii i sił), psychotechniki oraz… naturalizm (ekologizm). Już Arnold (Arnaud) de Lassus w książce Connaissance élémentaire du Nouvel Âge 2 zauważył, że jedną z trzech cech charakterystycznych dla New Age jest naturalizm, zresztą w przypadku Francji najbardziej widoczny. Istotnie, ruchy New Age postrzegają wszechświat co najmniej jako autonomiczną osobę, która myśli, czuje i może cierpieć – a czasem nawet jako bóstwo. Skądinąd poważne opracowanie – Guide du Nouvel Âge („Przewodnik New Age”, Paryż 1990) – głosi na s. 37: „Planeta potrzebuje głębokiego impulsu indywidualnej świadomości. Ruch New Age, który postrzega Ziemię – Gaję – jako żywy organizm, może wiele zdziałać w zakresie świadomości ekologicznej”.

New Age postrzega więc Ziemię jako żywą istotę – idea ta wywodzi się bezpośrednio z panteizmu, doktryny wprost głoszonej przez głównych promotorów tego ruchu, wedle której Bóg i wszechświat są w gruncie rzeczy tym samym. W myśl New Age człowiek powinien odkryć bóstwo, którym jest, a także dostroić się do kosmicznych i duchowych sił wszechświata, aby dostąpić najwyższego szczęścia.

Otóż instrumentum laboris przyszłego synodu nt. Amazonii do złudzenia przypomina dokument zredagowany przez zwolenników doktryny New Age. Oto kilka cytatów:

Par. 12: „Chodzi o życie w harmonii z samym sobą, z naturą, z istotami ludzkimi i z bytem najwyższym, albowiem między wszystkimi elementami kosmosu zachodzi inter-komunikacja, w której nikt nie wyklucza nikogo i w której może powstać wspólny projekt życia w pełni”.

Par. 13: „Takie rozumienie życia charakteryzuje się więzami i harmonią relacji między wodą, terytorium a naturą, życiem wspólnotowym a kulturą, Bogiem a różnymi siłami duchowymi”.

Najbardziej zdumiewający jest cytat z wypowiedzi Indian zamieszkujących Amazonię, zamieszczony w 17. paragrafie dokumentu: „My, rdzenni mieszkańcy Guaviare (Kolumbia), jesteśmy częścią natury, albowiem jesteśmy wodą, powietrzem, ziemią i życiem środowiska stworzonego przez Boga. Dlatego też prosimy, aby ustało złe traktowanie i eksterminacja «Matki Ziemi». Ziemia ma krew i krwawi; międzynarodowe konsorcja przecięły żyły naszej «Matki Ziemi»”.

Trudno o bardziej dobitne wyrażenie doktryny panteistycznej, z którą ruch New Age jest nieodłącznie związany.

Rzeczony dokument w pozytywnym świetle przedstawia także pogańskie praktyki.

Par. 25: „Życie wspólnot amazońskich jeszcze nie dotkniętych wpływami cywilizacji zachodniej ma swe odzwierciedlenie w wierzeniach i rytuałach dotyczących działania duchów czy też różnie nazywanego bóstwa wraz z i odnośnie do terytorium, wraz z i w relacji z naturą. Ta wizja świata jest wyrażona w «mantrze» Franciszka: «Wszystko się łączy»”.

Użycie terminu mantra, oznaczającego hinduistyczną formułę zaklinania, jest wymowne, ale przede wszystkim czymś niepokojącym w dokumencie kościelnym.

Można by mnożyć cytaty, wskazujące na przesiąknięcie dokumentu doktrynami New Age. Jako ostatni podamy następujący fragment:

Par. 75: „Kosmiczny wymiar egzystencji (cosmovivencia) pulsuje w rodzinach. […] Krótko mówiąc, to w rodzinie uczymy się żyć w harmonii: między ludami [sic!], między pokoleniami, z naturą, w dialogu z duchami”. Dialog z duchami nazywa się spirytyzmem i jest to praktyka bardzo ceniona przez ruch New Age!

Od II Soboru Watykańskiego minęło już ponad 60 lat i wydaje się, że podążając za jego spuścizną rzymskie umysły grzęzną w doktrynach coraz bardziej odległych od jedynie prawdziwej nauki katolickiej. Spuścizną, którą zresztą dokument wyraźnie podkreśla w paragrafie 30:

„Jest to zgodne z [kierunkiem] podróży, rozpoczętej przez cały Kościół wraz z II Soborem Watykańskim. […] Unikatowa różnorodność regionu amazońskiego – biologiczna, religijna i kulturowa – przywodzi na myśl nowe zesłanie Ducha Świętego”.

Przyszły synod zdecydowanie plasuje się w dynamice New Age i zapowiada się w wielu punktach jako nowy, znaczący etap soborowej rewolucji. Jego duch będzie z pewnością zupełnie różny od Ducha Świętego, który ukazał się w czasie jedynego i prawdziwego zesłania. Z wielką szkodą dla Kościoła.

Autorem artykułu jest ks. Wilhelm (Guillaume) Scarcella FSSPX.

Polityczne strategie przetrwania ugrupowań katolickich w kraju zniewolonym przez komunizm. Przypadek Polski (1944-1989) – Jacek Bartyzel

Wprowadzenie

W nocy z 3 na 4 stycznia 1944 Armia Czerwona, rozwijając kontrofensywę przeciwko armii niemieckiej, przekroczyła wschodnią granicę państwa polskiego sprzed 1939 roku. Siedem miesięcy później, w toku kolejnej ofensywy sowieckiej, wyparto Niemców z obszaru na zachód od tzw. linii Curzona, czyli położonego pomiędzy rzeką Bug a prawym brzegiem Wisły i będącego sercem Polski centralnej. Ta operacja została jednak na rozkaz Józefa Stalina gwałtownie wstrzymana na linii Wisły, kiedy 1 sierpnia 1944 w Warszawie wybuchło powstanie przeciwko Niemcom, wciąż okupującym stolicę Polski. Cel takiego postępowania był jasny: chodziło o to, aby dysponujący ogromną przewagą Niemcy stłumili powstanie, zburzyli miasto oraz zlikwidowali kadrę przywódczą Polskiego Państwa Podziemnego i jego Armii Krajowej. Kolejna ofensywa sowiecka ruszyła dopiero na początku stycznia 1945 i tym razem dotarła aż do Berlina.

Los wschodnich ziem Rzeczypospolitej Polskiej wskutek zdrady anglosaskich aliantów Polski został przesądzony już podczas konferencji tzw. Wielkiej Trójki (J. Stalin, F.D. Roosevelt, W. Churchill) w Teheranie 28 listopada – 1 grudnia 1943, gdzie uzgodniono, że ziemie te zostaną wcielone bezpośrednio do Związku Sowieckiego. Porozumienie to jednak było tajne i światowa opinia publiczna oraz rząd polski na uchodźstwie w Londynie i ogół Polaków dowiedzieli się o tym dopiero po kolejnej konferencji nowych panów świata w Jałcie (4-11 lutego 1945). Od początku 1944 roku w Polsce wiedziano jednak dobrze, że żołnierze Armii Krajowej, którzy w ramach akcji „Burza” brali udział w wyzwalaniu od Niemców Wilna, Lwowa i innych miast, byli przez Rosjan rozbrajani i albo mordowani, albo deportowani na Syberię. Jeśli chodzi natomiast o obszar Polski centralnej, to Stalin wahał się przez pewien czas pomiędzy dwoma rozwiązaniami: inkorporacji do ZSRR i uczynienia z Polski „XVII republiki sowieckiej” oraz zachowaniem odrębnego bytu państwowego, lecz całkowicie podporządkowanego Związkowi Sowieckiemu i skomunizowanego. Ostatecznie wybrał to drugie rozwiązanie. 22 lipca 1944 Radio Moskwa ogłosiło, że tzw. Krajowa Rada Narodowa (czyli samozwańczy pseudoparlament utworzony w nocy z 31 grudnia 1943 na 1 stycznia 1944 przez komunistyczną Polską Partię Robotniczą) powołała w pierwszym mieście na zachód od Buga wolnym od Niemców, czyli w Chełmie, tzw. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, jako namiastkę rządu. Po przekonaniu się, że alianci zachodni, będący wciąż przecież oficjalnym sojusznikiem legalnego rządu polskiego na emigracji w Londynie, nie sprzeciwili się powołaniu PKWN, 31 grudnia 1944 Stalin podwyższył stawkę rozgrywki i nakazał temu Komitetowi przekształcić się w Rząd Tymczasowy Rzeczypospolitej Polskiej.

Faktyczną władzę na obszarze formalnie polskim sprawował jednak nie ten „rząd”, ale sowiecki aparat bezpieczeństwa, mający też własne oddziały wojskowe, czyli NKWD (Główny Zarząd Bezpieczeństwa Państwowego), oraz obozy koncentracyjne. Ich „polskim” przedłużeniem był Urząd Bezpieczeństwa (UB), mający również „doradców” rosyjskich, którego prawie cała kadra oficerska była nadto złożona z komunistów-Żydów, nienawidzących Polski tyleż z powodów rasowych, co ideologicznych. Także podległe formalnie rządowi Wojsko Polskie (potocznie nazywane „ludowym”) faktycznie podlegało dowództwu sowieckiemu, a znaczna część jego kadry oficerskiej, zwłaszcza generałów, składała się z Rosjan nieznających nawet języka polskiego. Kraj został całkowicie sterroryzowany. Mordy na żołnierzach podziemia, jeszcze antyniemieckiego, przedstawicielach przedwojennego i wojennego aparatu administracyjnego, działaczach niekomunistycznych ruchów politycznych, członkach „klas posiadających”, były codzienną rzeczywistością. Tortury stosowane wobec uwięzionych żołnierzy i cywilów często przewyższały swoim okrucieństwem i wyrafinowaniem metody niemieckiego Gestapo. Rozstrzeliwano albo w ogóle bez sądu, albo urządzając parodię sądownictwa. Na mocy dekretów o tzw. reformie rolnej i nacjonalizacji głównych gałęzi przemysłu praktycznie zlikwidowano jako klasę zarówno ziemian (właścicieli ziemskich), jak i przemysłowców. Opór zbrojny formacji powstałych po samorozwiązaniu Armii Krajowej w styczniu 1945 i na jej bazie, jak również innych formacji, głównie o charakterze narodowym (Narodowe Siły Zbrojne, Narodowe Zjednoczenie Wojskowe i in.), z wielkim heroizmem i w niemałej skali trwał do 1947 roku, aczkolwiek mniejsze oddziały walczyły jeszcze w latach 50. Wobec miażdżącej przewagi wroga walka zbrojna była oczywiście skazana na klęskę, ale zdołała przynajmniej nieco opóźnić pełną sowietyzację Polski.

Z drugiej strony, aby dać aliantom zachodnim jakieś usprawiedliwienie tłumaczące zdradzenie przez nich Polski i wycofanie uznania dla legalnych władz Rzeczypospolitej Polskiej na emigracji, Stalin musiał zgodzić się na zachowanie pewnych pozorów pluralizmu politycznego. Dlatego na mocy porozumień jałtańskich utworzono 28 czerwca 1945 Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej, do którego prócz komunistów i ich agenturalnych satelitów weszli niektórzy politycy krajowi i emigracyjni ze stronnictw przedwojennych, z przywódcą Polskiego Stronnictwa Ludowego (PSL) Stanisławem Mikołajczykiem (1901-1966) jako wicepremierem na czele. Oprócz mającego zasięg masowy, zwłaszcza na wsi, PSL do jawnej działalności dopuszczono także niemarksistowską Polską Partię Socjalistyczną (PPS) i chrześcijańsko-demokratyczne Stronnictwo Pracy (SP), co stało się po słynnym pytaniu ambasadora USA Arthura Blissa-Lane’a: „a gdzie jest partia ludzi chodzących do kościoła?”. Komuniści bezwzględnie odrzucili natomiast możliwość legalizacji ugrupowań prawicowych, określanych przez nich jako „faszystowskie”, a przede wszystkim największego w II Rzeczypospolitej ugrupowania, czyli Stronnictwa Narodowego (SN). Legalizacja ta, a nawet wejście do rządu, niewiele zmieniły, ponieważ działacze PSL i SP byli nieustannie obiektem szykan i napaści, a nawet morderstw. Pierwsze, bo już 10 lipca 1946, zmuszone zostało do zawieszenia działalności Stronnictwo Pracy, ponieważ nie było w stanie obronić się przed nasyłaną mu agenturą wywodzącą się po części z ruchu [sic!] neopogańskiego. PSL dotrwało do wyborów do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1947, które odbywały się w atmosferze totalnego zastraszania (pobicia, porywania i aresztowania działaczy partii, z których ok. 200 zostało zamordowanych) oraz zostały całkowicie sfałszowane. Po kolejnych aresztowaniach przywódców PSL, co zapowiadało wytoczenie im procesu, Mikołajczyk przy pomocy ambasady amerykańskiej uciekł z kraju.
1945-1956

W pierwszych latach zdobywania i umacniania swojej władzy komuniści, zdający sobie sprawę z braku jakiegokolwiek poparcia w katolickim społeczeństwie i z tego, że posłuszeństwo mogą wymusić jedynie terrorem i obcą przemocą, ze względów taktycznych nie podjęli jeszcze otwartej walki z Kościołem katolickim. Pod pretekstem rzekomo prohitlerowskiej polityki papieża Piusa XII zerwano jedynie już we wrześniu 1945 konkordat ze Stolicą Apostolską z 1925 roku. W kraju jednak Kościół prawie do końca lat 40. mógł prowadzić w zasadzie bez przeszkód działalność stricte duszpasterską, organizować bractwa i stowarzyszenia religijne, wydawać (acz pod cenzurą) prasę kościelną. Zniszczone wskutek działań wojennych bądź celowo świątynie były odbudowywane, a na poniemieckich ziemiach zachodnich (Śląsk, Pomorze), przyznanych Polsce jako rekompensata za utracone prowincje wschodnie, nowa administracja przekazywała Kościołowi sakralne budowle poprotestanckie. W szkołach podstawowych i średnich odbywały się nadal lekcje religii. Dla omamienia katolickiego społeczeństwa komuniści wręcz ostentacyjnie wykonywali niemal „klerykalne” gesty, jak na przykład udział dygnitarzy państwowych – z samym „prezydentem” Bolesławem Bierutem na czele – i wojskowych w procesjach Bożego Ciała i niekiedy w uroczystych mszach. Kościół nie dał się jednak zwieść tym gestom i korzystając z posiadanej jeszcze swobody, przestrzegał naród przed nasilającą się propagandą „bezbożnego materializmu”1. Sfałszowane przez komunistów „wybory” do Sejmu Ustawodawczego w lutym 1947 ówczesny Prymas Polski, abp August kardynał Hlond (1881-1948), nazwał „aktem wielkiego terroru, oszukaństwa i kłamstwa”2. Miesiąc później natomiast Episkopat Polski ogłosił Katolickie postulaty konstytucyjne, w których otwarcie przypominał katolicką doktrynę prawa naturalnego jako emanacji boskiego prawa wiecznego oraz oznajmiał, że przyszła konstytucja polska winna być konstytucją państwa nie „ludowego” (w nomenklaturze komunistycznej), lecz chrześcijańskiego, „które uznaje Boga za władcę wszelkiego stworzenia, bierze udział w aktach czci Bożej i szanuje katolickie sumienia obywateli, ułatwiając im wyznawanie wiary i osiągnięcie celu ostatecznego”3.

Do otwartej walki z Kościołem – kierowanym już, po śmierci kard. Hlonda, który na łożu śmierci zapowiedział, że zwycięstwo przyjdzie przez Maryję, przez nowego Prymasa Polski, abpa Stefana Wyszyńskiego (1901-1981) – reżim komunistyczny przystąpił dopiero po złamaniu oporu niepodległościowego podziemia zbrojnego i wyeliminowaniu opozycji legalnej. We wrześniu 1949 wprowadzono przepisy prawne zmuszające do zawieszenia wszystkich stowarzyszeń kościelnych oraz organizowania zgromadzeń religijnych (oprócz procesji Bożego Ciała). W tym samym czasie zaczęto organizować dywersyjny ruch tzw. księży patriotów, złożony z kapłanów mających problemy z dyscypliną moralną i kościelną albo znanych z modernistycznych poglądów. W styczniu 1950 odebrano Kościołowi siłą struktury i mienie kościelnej organizacji charytatywnej „Caritas”. Chcąc powstrzymać przynajmniej proces fizycznej destrukcji Kościoła, w kwietniu 1950 prymas Wyszyński zdecydował się podpisać porozumienie z władzami, na którego mocy Kościół zgodził się potępić tzw. bandytyzm, czyli akcje zbrojne resztek podziemia oraz „nie przeszkadzać” w kolektywizacji wsi, w zamian za obietnicę nielikwidowania nauczania religii w szkołach oraz istniejących jeszcze szkół katolickich i prasy katolickiej. Komuniści jednak natychmiast zaczęli łamać te warunki porozumienia. Już w czerwcu tego roku zaczęto usuwać katechetów ze szkół, a do września 1952 religia została usunięta ze szkolnictwa całkowicie. Do 1954 roku zlikwidowano też wydziały teologiczne na uniwersytetach Jagiellońskim i Warszawskim. Rozpoczęły się także procesy pokazowe przeciwko księżom i zakonnikom, kończące się wieloletnimi wyrokami więzienia. Dążąc do skłócenia Kościoła lokalnego ze Stolicą Świętą, komuniści zmusili kapituły tymczasowej administracji kościelnej na Ziemiach Odzyskanych do niekanonicznego wyboru ordynariuszy spośród „księży patriotów”. W styczniu 1951 aresztowano, a we wrześniu 1953, po wielomiesięcznych torturach, skazano na 12 lat więzienia bpa kieleckiego Czesława Kaczmarka (1895-1963). Aresztowania dotknęły wielu innych duchownych. Największy rozgłos nadano procesowi księży kurii krakowskiej, oskarżonych o szpiegostwo na rzecz Stanów Zjednoczonych, w którym zapadły cztery wyroki śmierci (lecz niewykonane). Łącznie pomiędzy 1944 a 1953 rokiem z rąk komunistów straciło życie, nieraz w okrutnych męczarniach (wydłubywanie oczu, wycinanie języka i genitaliów), dwunastu kapłanów polskich. Apogeum terroru przypadło już po śmierci Stalina, kiedy wskutek słynnego listu Episkopatu „non possumus” z 8 maja 1953, w którym biskupi oświadczyli, że nie mogą zgodzić się na obsadzanie stanowisk kościelnych przez władze komunistyczne, co przewidywał dekret rządu z lutego tegoż roku, prymas Wyszyński został 25 września 1953 aresztowany, wywieziony z Warszawy i uwięziony w kilku kolejnych budynkach poklasztornych, gdzie przybywał do jesieni 1955, po czym, przez następny rok, do października 1956, miejscem jego przymusowego pobytu w złagodzonych warunkach był żeński klasztor w Komańczy nad granicą polsko-czechosłowacką.

W obliczu zarysowanej wyżej sytuacji w środowiskach laikatu katolickiego (i aktywnego społecznie duchowieństwa) ukształtowały się trzy rodzaje postaw i trzy strategie działania, których jedynym wspólnym mianownikiem było uznanie nowej rzeczywistości geopolitycznej, czyli przymusowego znalezienia się Polski pod dominacją ZSSR, oraz przyjęcie płaszczyzny legalizmu. Te trzy strategie można określić mianem: (1) społecznego integralizmu katolickiego i konfrontacji ideowej z marksizmem; (2) defensywnego minimalizmu katolickiego, samoograniczającego się do obrony wolności kultu i duszpasterstwa oraz do sfery kultury; (3) aktywizmu kolaboracyjnego nie tylko na gruncie politycznym, ale i dążenia do prosocjalistycznej reorientacji doktryny katolickiej.

Pierwszą strategię próbowało realizować przez trzy lata swojego istnienia (listopad 1945 – sierpień 1948) środowisko „Tygodnika Warszawskiego”, formalnie niezależnego, lecz wydawanego pod auspicjami Kurii Metropolitalnej Warszawskiej. Skupiało ono działaczy i intelektualistów wywodzących się z różnych formacji tradycyjnej prawicy katolickiej w Polsce oraz chrześcijańskiej demokracji, stojącej na gruncie Rerum novarum i Quadragesimo anno. Redaktorem naczelnym pisma był chrześcijański demokrata, szambelan papieski, ks. Zygmunt Kaczyński (1894-1953). Najbardziej płodnym publicystą tygodnika, nadającym mu więc ton, był pisarz Jerzy Braun (1901-1975), propagator „filozofii absolutnej”, zwanej też mesjanizmem, największego XIX-wiecznego filozofa polskiego (acz piszącego po francusku), Józefa Hoene-Wrońskiego, w czasie wojny założyciel podziemnej katolickiej organizacji pod nazwą UNIA (której – szeregowym – członkiem był też Karol Wojtyła), oraz ostatni delegat legalnego rządu Rzeczypospolitej Polskiej na Kraj i autor Testamentu Polski Walczącej z 5 lipca 1945. W redakcji pisma znaleźli się także przedwojenni konserwatyści, jak Adam Grabowski (1902-1986), oraz reprezentujący ideologię nacjonalizmu chrześcijańskiego (resp. narodowo-katolicką) działacze Stronnictwa Narodowego (na którego legalizację komuniści się nie zgodzili), pośród których wybijał się już wówczas działacz młodego pokolenia Wiesław Chrzanowski (1923-2012). Co warto podkreślić, niemal wszyscy członkowie zespołu redakcyjnego byli podczas okupacji niemieckiej konspiratorami i żołnierzami Polskiego Państwa Podziemnego, a ks. Kaczyński był ministrem oświaty w rządzie emigracyjnym.

„Tygodnik Warszawski” odważnie przeciwstawiał się „psychozie klęski”4 i afirmował „postawę czynną”5 wobec sfery społeczno-politycznej. Katolicka ofensywa pisma szła w trzech kierunkach: akcentowania nierozerwalności związku narodu polskiego z Kościołem katolickim, wyrażania wiary w możliwość urzeczywistnienia „pełnego chrześcijaństwa”6, czyli realizacji zasad moralnych chrystianizmu w życiu społecznym, oraz przypominania, że chrześcijański ład społeczny był zawsze ideą przewodnią polskiej kultury narodowej, która pozostaje nadal aktualna. Piórem Brauna i innych autorów pismo głosiło otwarcie program „państwa chrześcijańskiego”7, pojętego jako zrzeszenie etyczno-prawne, zapewniające obywatelom nie tylko dobrobyt materialny, ale również rozwój duchowy, którego celem najwyższym jest Bóg (na łamach pisma drukowano też tłumaczenie pracy włoskiego teoretyka państwa chrześcijańskiego Guida Gonelli8). Dopóki pozwalała na to komunistyczna cenzura, „Tygodnik Warszawski” bezkompromisowo atakował także ideologię marksistowską jako amoralną i antyludzką oraz demistyfikował rzekomo „naukowy” charakter marksizmu9.

Działalność „Tygodnika Warszawskiego” została brutalnie przerwana przez czerwony reżim w sierpniu 1948 roku. Pismo zostało zamknięte, a jego redaktorów i wielu współpracowników aresztowano. Następnie wytoczono im proces pod zarzutem dążenia do obalenia przemocą „demokratyczno-ludowego” ustroju państwa oraz – szczególnie podłym i absurdalnym – bycia kolaborantami III Rzeszy: na sali sądowej i w opublikowanym stenogramie z przebiegu procesu nazywano ich „sojusznikami Gestapo”10. Szczególną gehennę – z powodu „hardego zachowania” – przeszedł w śledztwie, katowany 250 razy, Braun, któremu oprawcy wybili jedno oko i całe uzębienie. W procesie zakończonym w 1951 roku zapadły aż trzy wyroki dożywotniego więzienia oraz wiele innych na czas określony. Skazany na 10 lat ks. Kaczyński został dwa lata później zamordowany w więzieniu.

Strategię drugą przyjął – lecz nie od razu – krakowski „Tygodnik Powszechny”. Został on założony, jako organ Kurii Książęco-Metropolitalnej, przez abpa krakowskiego, Adama Stefana księcia-kardynała Sapiehę (1867-1951), cieszącego się ogromnym autorytetem w społeczeństwie polskim jako „Książę Niezłomny” zarówno wobec okupanta hitlerowskiego, jak i komunistów. Pierwszy numer pisma ukazał się już 24 marca 1945, a więc jeszcze przed kapitulacją Niemiec. W 1946 roku to samo środowisko uzyskało zgodę na wydawanie miesięcznika społeczno-kulturalnego „Znak”. Początkowo ster „Tygodnika Powszechnego” dzierżył faktycznie jego formalny asystent kościelny, ks. Jan Piwowarczyk (1889-1959) – chrześcijański demokrata, ale otwarcie polemizujący z marksizmem. Z pismem współpracowali także liczni konserwatyści (należy pamiętać, że Kraków – dawna stolica Królestwa Polskiego – był także od XIX wieku stolicą konserwatyzmu polskiego).

Z czasem jednak linia tygodnika została zdominowana przez grupę wywodzącą się ze środowiska, które już przed wojną akcentowało tzw. katolicyzm otwarty na świat, reprezentując zarazem swoiście elitarystyczną wizję inteligencji katolickiej. Było to środowisko zafascynowane tym, co nazywano modelem „katolicyzmu francuskiego”, mając przede wszystkim na uwadze tzw. personalizm w wersji reprezentowanej przez Jacquesa Maritaina, głoszącego też, jak wiadomo, że „nowa cywilizacja chrześcijańska” nie może opierać się na konfesjonalizacji państwa, tylko na indywidualnej aktywności katolików, działających nie jako chrześcijanie, lecz jak chrześcijanie. Była to koncepcja sprzeczna z nauczaniem Kościoła o „chrześcijańskiej konstytucji państw” i społecznym panowaniu Chrystusa Króla, a w warunkach polskich po II wojnie światowej wręcz zabójcza. Nadto, specyficznym rysem tego środowiska była niechęć do nacjonalizmu, także w wersji narodowo-katolickiej, a więc postawy dominującej w społeczeństwie polskim i w polskim katolicyzmie politycznym.

Publicystami, którzy najmocniej wyznaczali ten kierunek myślenia i działania, byli: długoletni, od ukazania się pisma aż do swojej śmierci, redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”, Jerzy Turowicz (1912-1999), oraz pierwszy redaktor naczelny „Znaku” – Stanisław Stomma (1908-2005). Manifestem tego środowiska był artykuł Stommy Maksymalne i minimalne tendencje społeczne katolików opublikowany w „Znaku” w 1946 roku11. Sens jego przesłania sprowadzał się do odrzucenia „maksymalnych tendencji” katolików chcących „urobić na własną modłę dziedziny życia społecznego”12, począwszy od ustroju państwa po życie gospodarcze. Punktem wyjścia dla tego postulatu była redukcjonistyczna definicja katolicyzmu jako wyłącznie indywidualnego życia duszy z Bogiem, w konsekwencji czego „zagadnienia ustrojowe są dla katolicyzmu rzeczą wtórną”13. Należy więc, zdaniem Stommy, zrezygnować z katolickiego programu społecznego, zawartego w dokumentach nauki społecznej Kościoła, oraz „cofnąć się na dalsze, zupełnie ostateczne pozycje”14. Znaczyło to tyle, że inteligencja katolicka powinna ograniczyć się do pracy formacyjnej w małych kręgach, pielęgnującej katolicką religię, moralność i kulturę.

„Minimalizm katolicki” Stommy spowodował zrazu nie tylko polemiki ze strony „maksymalistów”, czyli „Tygodnika Warszawskiego”, protestującego przeciwko oddaniu społeczeństwa i państwa bez walki materialistycznej ideologii15, ale wzburzył nawet część środowiska „Tygodnika Powszechnego”; ze Stommą polemizowali ostro Józef Marian Święcicki (1904-1999) oraz ks. Piwowarczyk16. Jednak coraz bardziej pogarszająca się sytuacja polityczna sprzyjała przyjęciu postawy proponowanej przez Stommę. Chociaż przedstawiciele tej grupy podkreślali, że jako katolicy nie mogą przyjąć ideologii marksistowskiej za swoją, to jednak stopniowo coraz bardziej przesuwali granice oporu oraz akceptacji narzuconego systemu społeczno-gospodarczego. Już w 1946 roku Turowicz oświadczył, że „obóz katolicki” nie stoi na stanowisku zasadniczej negacji wobec dokonujących się w Polsce przemian i zdaje sobie sprawę z tego, że era kapitalizmu minęła bezpowrotnie, a ewolucja ustroju musi iść od liberalizmu w stronę gospodarki planowej17, a w podpisanym wspólnie przez Turowicza i Stommę edytorialu Katolicy w Polsce Ludowej w numerze 50 z 1950 roku została ogłoszona jakby formalna kapitulacja, gdyż oświadczono: „Zwycięstwo marksistów jest bezapelacyjne. I katolicy ten fakt zwycięstwa uznają”18. Non possumus tego środowiska okazała się dopiero kwestia treści nekrologu Józefa Stalina, żądanej przez cenzurę, co spowodowało odebranie tygodnika jego właścicielom, a po kilkumiesięcznej przerwie w jego ukazywaniu się – przekazanie jego redakcji grupie związanej z otwarcie kolaboracyjnym Stowarzyszeniem PAX.

Właśnie to stowarzyszenie, skupiające tzw. katolików społecznie postępowych, stało się wehikułem trzeciej z wyodrębnionych tu strategii. Jej pojawienie się stanowiło efekt bardzo złożonej ewolucji, mającej nawet cechy karkołomnej wolty ideologiczno-politycznej. Rzecz w tym, że trzon środowiska PAX, z jego liderem, Bolesławem Piaseckim (1915-1979) na czele, wywodził się z przedwojennego, niezbyt licznego, ale bardzo dynamicznego Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”. Grupa ta, usytuowana na narodowo-rewolucyjnym skraju obozu narodowego, głosiła program „totalizmu katolickiego”, opartego na podporządkowaniu społeczeństwa i państwa monopartyjnej „organizacji narodu” z „wodzem” będącym zarazem głową państwa19, toteż zazwyczaj postrzegana jest jako polska odmiana faszyzmu. Mieszanka elementów tradycjonalistycznych z rewolucyjnymi, antymarksizmu i antykapitalizmu z radykalizmem społecznym i programowym etatyzmem oraz „dialektyka pięści i pistoletu” upodabniały Falangę polską do Falangi hiszpańskiej, a niewątpliwa charyzma jej lidera – osobiście do José Antonia Prima de Rivery.

W czasie II wojny światowej i pod okupacją niemiecką Piasecki – aresztowany przez Niemców, lecz zwolniony po interwencji dyplomacji włoskiej – założył konspiracyjną organizację Konfederacja Narodu, która reprezentowała maksymalistyczny i najbardziej optymistyczny program w całym polskim podziemiu, za podstawę mający założenie jednoczesnej klęski Rosji sowieckiej i Niemiec hitlerowskich, toteż zakładający utworzenie pod egidą Polski Imperium Słowiańskiego, obejmującego obszar od rzek Łaby i Sali na zachodzie po Bramę Smoleńską na przedpolach Moskwy. Utworzone przez KN tzw. Uderzeniowe Bataliony Kadrowe (później podporządkowane Armii Krajowej) wsławiły się brawurowymi akcjami zbrojnymi, walcząc zarówno z Niemcami, jak i z sowiecką i komunistyczną partyzantką. Jednak faktyczne losy wojny obróciły w nicość iluzję Imperium Słowiańskiego, a sam Piasecki w listopadzie 1944 został schwytany przez Rosjan. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa powinien zostać rozstrzelany, ale stało się zupełnie inaczej. Przesłuchiwany kilkakrotnie przez samego gen. Iwana Sierowa – głównego „doradcę” NKWD przy Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, który dokonał porwania 16 przywódców Polskiego Państwa Podziemnego – napisał dla niego memoriał i zdołał przekonać do wyłożonej tam koncepcji wciągnięcia do współpracy z komunistami środowisk katolickich, narodowych i prawicowych, opowiadających się z pobudek realizmu geopolitycznego za sojuszem z Rosją sowiecką, a przy okazji – tzw. rozładowania lasu, czyli wyprowadzania ludzi ze zbrojnego podziemia niepodległościowego. Piasecki nie mógł przy tym wiedzieć, że identyczną w treści propozycję złożył w Krakowie przedstawicielowi polskojęzycznych komunistów, Jerzemu Borejszy (właśc. Beniaminowi Goldbergowi), publicysta i polityk konserwatywny Aleksander Bocheński (1904-2001).

Piasecki został zwolniony z więzienia w lipcu 1945 i natychmiast otrzymał zgodę na założenie tygodnika „Dziś i Jutro”, na którego łamach zaczęto propagować wspomnianą koncepcję. W 1947 roku otrzymał również zezwolenie na założenie Stowarzyszenia PAX oraz wydawanie dziennika „Słowo Powszechne” – jedynej deklaratywnie katolickiej gazety codziennej w całej historii PRL, a dwa lata później również Instytutu Wydawniczego PAX oraz katolickiego Liceum św. Augustyna. Co równie ważne, Piaseckiemu i jego ludziom pozwolono zbudować potężne zaplecze gospodarczo-finansowe w postaci wielobranżowego przedsiębiorstwa, co było zupełnym ewenementem w gospodarce socjalistycznej. Całym tym koncernem polityczno-prasowo-gospodarczym Piasecki rządził jako niekwestionowany dyktator, zupełnie jak przed wojną w Falandze. Niewątpliwą zasługą Piaseckiego było uratowanie wielu ludzi przed śmiercią, wyciągnięcie ich z więzień i danie im źródła utrzymania w wydawnictwie bądź w przedsiębiorstwie, jak również drukowanie w wielosettysięcznych nakładach Pisma Świętego i wartościowej literatury katolickiej.

Jednak cena, którą Piasecki i PAX płacił za te koncesje, była ogromna. Już w grudniu 1948 „Dziś i Jutro”, piórem Konstantego Łubieńskiego (1910-1977), w artykule List otwarty do Pana Juliana Łady przekroczyło granicę kolaboracji politycznej i geopolitycznej, przechodząc na płaszczyznę kolaboracji również ideologicznej. Sporządzając bilans pierwszych lat istnienia „Polski Ludowej”, autor uznał za historyczną zasługę komunistów obalenie ustroju kapitalistycznego (czytaj: zniesienie dużej i średniej własności prywatnej) i opowiedział się w imieniu środowisku za socjalizmem jako ustrojem społeczno-gospodarczym20. Aby usprawiedliwić tę opcję za socjalizmem, Piasecki wymyślił schemat, w którym dokonał sztucznego rozdzielenia w marksizmie jego warstwy światopoglądowej – materialistycznej i ateistycznej, dla katolików niemożliwej do zaakceptowania – od warstwy społeczno-ekonomicznej, której przyznał moralną wyższość nad kapitalizmem, jednocześnie nie przewidując żadnej alternatywy dla obu. Było to zatem jaskrawo sprzeczne z podejściem na przykład prymasa Wyszyńskiego, który też surowo oceniał liberalny kapitalizm, ale stawiał go obok socjalizmu, jako dwie ideologie materialistyczne, przeciwstawiając im chrześcijańską wizję człowieka i porządku społecznego. Piaseckiemu jednak jego konstrukcja była potrzebna po to, aby dowieść, że katolicy mogą, nie wyrzekając się wiary, współpracować z marksistami w budowaniu socjalizmu. Swoim fanatycznie oddanym zwolennikom porozumiewawczo dodawał, że chociaż marksizm zwycięży w globalnej konfrontacji z kapitalizmem, to jednak jego własne błędy filozoficzne zostaną później przezwyciężone przez katolicyzm21. Z czasem w tych swoich aberracjach Piasecki posunął się nawet do ogłoszenia, że sam Duch Święty sprzyja budowaniu socjalizmu. Nie mogło to ujść uwadze Stolicy Apostolskiej i w 1955 roku Kongregacja Indeksu wpisała na index libri prohibitorum książkę Piaseckiego Zagadnienia istotne oraz tygodnik „Dziś i Jutro”. Piasecki natychmiast podporządkował się formalnie decyzji, książkę wycofał z obiegu, a tygodnik zlikwidował, zastępując go nowym tytułem „Kierunki”, ale faktycznie pozostał przy głoszonych poglądach. W sferze działań kompromitowały go także kontakty z aparatem bezpieczeństwa oraz dwuznaczna rola odegrana w szczytowym momencie konfrontacji reżimu z Kościołem, kiedy to namawiał Wyszyńskiego do przyjęcia dekretu o obsadzaniu stanowisk kościelnych.

W myśli i działalności Piaseckiego można wyodrębnić elementy realistyczne i utopijne. Realistyczne było jego przeświadczenie powzięte w 1945 roku, że „bolszewicy stąd nie wyjdą przez 50 lat”, więc trzeba znaleźć z nimi jakiś modus vivendi, żeby przetrwać, co nazywał „przezwyciężaniem zwycięzcy”. Utopijna w tej strategii była natomiast idea „wieloświatopoglądowości obozu socjalistycznego”22, a zwłaszcza idée fixe, że można doprowadzić do sytuacji, w której władzą będą się wymieniać dwie partie akceptujące społeczne zasady socjalizmu: marksistowska i katolicka.
1956-1976

W rezultacie perturbacji, jakie w Związku Sowieckim nastąpiły po śmierci Stalina (marzec 1953), oraz potępienia na XX Zjeździe Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego (luty 1956) przez jej nowego sekretarza generalnego Nikitę Chruszczowa tzw. kultu jednostki nastąpiła tzw. destalinizacja oraz „odwilż”, czyli w pierwszym rzędzie odstąpienie od masowego terroru. W bloku sowieckim owa „odwilż” miała największe reperkusje na Węgrzech – gdzie jednak zbrojny zryw wolnościowy zakończył się brutalną pacyfikacją przez Armię Czerwoną – oraz właśnie w Polsce. Chociaż i tutaj stłumione zostało krwawo powstanie robotnicze w Poznaniu w czerwcu 1956, to jednak nie doszło do takiej tragedii, jak na Węgrzech, a Polska uzyskała rzeczywiście pewien margines swobody, stopień zależności od ZSSR zmniejszył się znacznie i jego formy przybrały mniej ostentacyjny charakter. Już w kwietniu 1956 zwolniono z więzień niemal wszystkich więźniów politycznych, następnie anulowano im wyroki, a niektórzy uzyskali nawet rehabilitację. Punktem przesilenia politycznego był październik 1956, kiedy to w dramatycznych okolicznościach – ruchów wojsk sowieckich na terenie Polski – na VIII Plenum KC PZPR nastąpiła zmiana na stanowisku I sekretarza, którym został Władysław Gomułka, komunista już wcześniej wykazujący pewną niezależność wobec moskiewskiego hegemona i nawet przez pewien czas więziony. Zaakceptowany teraz przez Chruszczowa, który osobiście przybył do Warszawy, Gomułka proklamował tzw. polską drogę do socjalizmu, co oznaczało przede wszystkim: wycofanie się z kolektywizacji rolnictwa i zaakceptowanie drobnej (chłopskiej) własności rolnej; rezygnację z forsowania w kulturze tzw. socrealizmu i wydatne zwiększenie swobód kulturalnych również w życiu naukowym; wycofanie się z otwartej walki z Kościołem, przywrócenie mu niektórych form działalności duszpasterskiej, wcześniej zlikwidowanych, a także przyznanie koncesji na istnienie pewnych form działalności laikatu.

Prymas Wyszyński został zwolniony z internowania w klasztorze w Komańczy i dopuszczony do ponownego objęcia swojego urzędu arcybiskupiego. Z więzień wyszli też inni duchowni, w tym szczególnie okrutnie torturowany w śledztwie (zrywano mu między innymi paznokcie i godzinami trzymano bez ubrania w lodowatej, pełnej fekaliów celi) bp Antoni Baraniak (1904-1977). Względny dobrostan Kościoła nie trwał jednak długo. Władze komunistyczne nigdy nie zrezygnowały z agresywnej propagandy antyreligijnej i prób ateizacji narodu; w 1961 roku ostatecznie wycofano nauczanie religii ze szkół (przywrócone po 1956). Służba Bezpieczeństwa inwigilowała duchownych i katolików świeckich, budując także siatkę agenturalną wśród księży, najczęściej poprzez wykorzystywanie ich upadków moralnych. Stałym polem konfliktu była także kwestia budowy nowych kościołów dla zaspokajania potrzeb duszpasterskich. Władze nie dopuszczały przede wszystkim do wznoszenia świątyń w nowych dzielnicach mieszkaniowych i w miastach tworzonych wraz z forsowną industrializacją, takich jak Nowa Huta pod Krakowem. Właśnie tam 27 kwietnia 1960 doszło do prawdziwej bitwy ulicznej pomiędzy milicją a wiernymi broniącymi krzyża wzniesionego w miejscu, gdzie miał powstać kościół, lecz udzieloną wcześniej zgodę cofnięto. Największą wściekłość komunistów budził jednak opracowany przez prymasa Wyszyńskiego jeszcze podczas internowania i zapoczątkowany aktem Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego w Częstochowie, 26 sierpnia 1956, plan duchowej mobilizacji katolickiego społeczeństwa poprzez obchody tzw. Wielkiej Nowenny przed Millenium Chrztu Polski (966-1966). Programem tej nowenny było wprowadzanie w życie poszczególnych ślubowań odnawiających ducha narodu, a wsparciem duchowym dla nich była peregrynacja kopii cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej po wszystkich diecezjach i parafiach. Władze różnymi sposobami usiłowały przeszkodzić tym niekontrolowanym przez siebie zgromadzeniom. Kulminacją tej wrogości komunistów był rok milenijny 1966, kiedy to obraz został „aresztowany” i odwieziony do Częstochowy na Jasną Górę, z zakazem jej opuszczania, lecz wtedy po parafiach zaczęły pielgrzymować puste ramy, Ewangeliarz, lilia i świeca.

Jeśli chodzi o laikat, to beneficjentem „odwilży” po Październiku 1956 okazało się krakowskie środowisko, któremu przewodził Jerzy Turowicz. Grupa ta odzyskała „Tygodnik Powszechny” oraz miesięcznik „Znak”. Co więcej, została liczebnie wzmocniona przez warszawską grupę skupioną wokół nowego (od 1958) miesięcznika „Więź”, któremu przewodził Tadeusz Mazowiecki (1927-2013). Grupa „Więzi” wywodziła się z PAX, ale ze względu na młody wiek jej członków nie miała nacjonalistyczno-radykalnej przeszłości „pretorianów” Piaseckiego. Natomiast sam Mazowiecki, jako redaktor naczelny „Wrocławskiego Tygodnika Katolików”, splamił się brutalnym atakiem na uwięzionego i torturowanego bpa kieleckiego, Czesława Kaczmarka23. Grupa Mazowieckiego, zwana potocznie „frondą”, zbuntowała się przeciwko Piaseckiemu w 1955 roku, zarzucając mu „niedemokratyczny styl kierowania” stowarzyszeniem, przy czym pomocy w walce o przejęcie PAX szukała u władz partii komunistycznej (PZPR), ale bezskutecznie, i sama została wyeliminowana ze stowarzyszenia. Fuzja grupy Mazowieckiego ze środowiskiem „Tygodnika Powszechnego” oznaczała jednak jeszcze większy wspólny przechył na lewo, albowiem „Więź” inspirowała się personalizmem jeszcze bardziej radykalnym niż Maritaina, bo Emmanuela Mouniera i „Esprit”, nadto zaś otwarcie i szczerze opowiadała się za socjalizmem, walcząc jedynie o „humanistyczną perspektywę świata socjalistycznego”24.

„Tygodnik Powszechny” i „Więź” zdominowały pięć Klubów Inteligencji Katolickiej (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań i Toruń), na których istnienie władze dały koncesję. Co najważniejsze, środowisko to otrzymało ofertę wejścia do polityki państwowej i ją przyjęło. Oferta polegała na tym, że ci działacze katoliccy, których zaakceptowało kierownictwo Partii (komunistycznej), otrzymali tzw. miejsca mandatowe na jedynej krajowej liście wyborczej tzw. Frontu Jedności Narodu, skupiającego PZPR oraz jej „stronnictwa sojusznicze” i wyselekcjonowanych bezpartyjnych. „Wybrani” w ten sposób, a raczej mianowani, posłowie katoliccy otrzymali zezwolenie na utworzenie Koła (ale nie Klubu) Poselskiego „Znak” – odtąd stanie się to również nieformalną nazwą całego środowiska. Liczba posłów Koła nie przekraczała pięciu, z wyjątkiem kadencji 1956-1961, kiedy to przyłączyło się do niego kilku posłów niezrzeszonych. Nadto, związany ze środowiskiem pisarz Jerzy Zawieyski (1902-1969) został mianowany jednym z szesnastu członków Rady Państwa – fasadowej instytucji pełniącej formalnie obowiązki kolektywnej głowy państwa.

Swoje zaangażowanie w ściśle limitowaną działalność polityczną grupa „Znaku” uzasadniała sformułowaną ad hoc w serii artykułów Turowicza25, Stommy26 i Stefana Kisielewskiego27 (1911-1991) doktryną tzw. neopozytywizmu (należy zaznaczyć, że odniesieniem nie jest tu pozytywizm w sensie ogólnoeuropejskiego prądu umysłowego w XIX wieku, lecz tzw. pozytywizm warszawski w okresie po stłumieniu powstania styczniowego przeciwko Rosji w 1864 roku, rozumiany jako polityka ostrożna, ugodowa i realistyczna, w przeciwieństwie do romantycznego insurekcjonizmu). Neopozytywizm ten motywowany był przede wszystkim względami geopolitycznymi, tj. akceptacją faktu uzależnienia (nazywanego „sojuszem”) Polski od Rosji Sowieckiej. Polska jednak, jak to pisał Kisielewski, powinna być „nogami” na Wschodzie, a „głową” na Zachodzie, to znaczy, że pomimo politycznych, militarnych i gospodarczych więzów ze Związkiem Sowieckim duchowo i kulturalnie należy i chce należeć do zachodniej cywilizacji łacińskiej. Tym samym stosunki „Polski Ludowej” (PRL) z ZSSR powinny zostać odideologizowane i oparte wyłącznie na wspólnocie interesów. Akceptując również z powodów geopolitycznych władzę partii komunistycznej w Polsce, bo tylko ona gwarantuje Rosjanom lojalność Polski, posłowie katoliccy chcą stałego zwiększania swobód religijnych, kulturalnych i gospodarczych kraju, ale będą odgrywać rolę „perswadującej i doradzającej opozycji Jego Królewskiej Mości”28.

Program neopozytywizmu, choć minimalistyczny, okazał się i tak nazbyt wygórowany. Komuniści nie życzyli sobie żadnego „doradztwa” ani w ogóle opozycji i nie tolerowali żadnej dyskusji w sprawach, które wykraczały poza krąg kwestii ściśle kościelnych. Posłowie, którzy przekraczali tę granicę, byli z kadencji na kadencję eliminowani z list wyborczych i zastępowani posłuszniejszymi. Jako pierwszego spotkało to najbardziej „niepokornego” Kisielewskiego, który odtąd stawał się w coraz większym stopniu rozpoznawalnym w społeczeństwie i przez to bardzo popularnym opozycjonistą wobec systemu. Jego cotygodniowe felietony, zamieszczane na ostatniej stronie „Tygodnika Powszechnego”, były czytywane entuzjastycznie, ponieważ pisarz ten znalazł metodę – wzorowaną na wrogu Napoleona III, Henrim de Rochefort – wyszydzania absurdów socjalizmu w sposób tak finezyjny, że cenzura na ogół nie miała się do czego przyczepić. W 1968 roku Kisielewski zostanie nawet dotkliwie pobity w zaułkach Starego Miasta w Warszawie przez „nieznanych sprawców”. W tym samym roku, w następstwie tzw. wydarzeń marcowych, będących złożonym splotem buntu młodzieży akademickiej i środowiska literackiego przeciwko ograniczeniom swobód w kulturze z wewnątrzpartyjną rozgrywką frakcji „narodowo-komunistycznej” z „syjonistyczną”, posłowie „Znaku” zostali dość brutalnie zaatakowani z trybuny sejmowej, a Zawieyski stracił funkcję w Radzie Państwa i niedługo potem zmarł (oficjalnie wypadł z okna w szpitalu) w podejrzanych okolicznościach. Był to zarazem pierwszy przypadek zbliżenia tego środowiska do neotrockistowskiej grupy „dysydentów” usuniętych wcześniej z partii komunistycznej, odgrywających istotną rolę w „wydarzeniach marcowych”. Ostateczna klęska polityki neopozytywistycznej nastąpiła w 1976 roku, kiedy to jedyny z posłów „Znaku” od początku istnienia koła i jego przewodniczący, Stanisław Stomma, wstrzymał się od głosu podczas głosowania w Sejmie poprawek do konstytucji PRL mówiących o „wieczystym sojuszu” ze Związkiem Sowieckim oraz o „przewodniej roli partii w budowaniu socjalizmu”. „Bohaterstwo” Stommy nie było jednak aż tak wielkie, nie tylko dlatego, że nie zagłosował przeciw, ale również dlatego, że wiedział już, że i tak komuniści nie zaakceptują jego obecności w następnej kadencji, więc zakończenie kariery czymś tak haniebnym, jak poparcie tych poprawek, byłoby plamą na życiorysie nie do zmazania.

Jeszcze bardziej ujemną stroną działalności grupy „Znak” w tym okresie była permanentna nielojalność wobec prymasa Wyszyńskiego i obranej przez niego linii postępowania wobec reżimu. Wynikało to zarówno z zasadniczych rozbieżności co do pojmowania katolicyzmu i wizji Kościoła, jak i z błędnej oceny sytuacji w aspekcie pragmatycznym. Liberalni katolicy z „Tygodnika Powszechnego” i „socjaliści humanistyczni” z „Więzi” opowiadali się za „Kościołem cichej pracy”, skoncentrowanym na formacji elit, zresztą w duchu modernistycznym. Ofensywny wobec komunistycznego materializmu i laicyzmu oraz adresowany do rzesz narodu program Prymasa jawił im się jako nazbyt tradycjonalistyczny, „skostniały”, a nawet „prymitywny”, bo bazujący na religijności ludowej, nadto zaś rozbudzający nacjonalizm, którego „maritainiści” byli, jak wiadomo, zdecydowanymi wrogami. Konflikt ten zaostrzył się jeszcze w czasie trwania Soboru Watykańskiego II, kiedy to środowisko „Tygodnika Powszechnego” i „Więzi” odsłoniło już całkiem swoje progresistowskie nastawienie. Wyrażając i szerząc entuzjazm wobec „soborowej odnowy”, środowisko to domagało się natychmiastowej i jak najszerszej implementacji wszystkich „nowinek”, podczas gdy Prymas – atakowany równolegle za „wstecznictwo” przez propagandę komunistyczną – starał się przynajmniej opóźnić i złagodzić destrukcyjne skutki owej „odnowy”. Do tego ludzie „Znaku” przypisywali napięcia w stosunkach Kościoła z państwem nie złej woli komunistów, lecz nazbyt sztywnemu i nieprzejednanemu charakterowi Wyszyńskiego. Po cichu, w rozmowach prywatnych, redaktorzy „Tygodnika Powszechnego” wręcz lżyli Prymasa, a w 1963 roku Stomma posunął się do tego, że podczas pobytu w Rzymie rozpowszechniał w dykasteriach watykańskich tzw. Opinię, w której opisywał Prymasa jako przeszkodę w normalizacji stosunków między państwem a Kościołem powszechnym i polskim oraz sugerował wszczęcie ponad jego głową przez dyplomację papieską rozmów mających doprowadzić do nawiązania stosunków dyplomatycznych pomiędzy Stolicą Apostolską a PRL29.

W odróżnieniu od grupy „Znaku” dla PAX i Piaseckiego przełom październikowy stał się momentem krytycznym. Wynikało to z tego, że zbyt bliskie stosunki z czynnikami reżimowymi, nawiązane w poprzednim okresie, uwikłały grupę Piaseckiego w wewnątrzpartyjne walki frakcji partii komunistycznej, które rozgorzały po śmierci Stalina. Piasecki postawił na grupę nazywaną „Natolinem”, od nazwy pałacu pod Warszawą, w której zbierali się jej członkowie. Była to grupa działaczy pochodzenia polskiego i plebejskiego, która chciała utrzymać stalinowskie status quo, ale zająć miejsce towarzyszy pochodzenia żydowskiego, którzy dominowali w poprzednim okresie. Ci drudzy to właśnie frakcja tzw. Puławian, nazywana tak, ponieważ zbierali się w kamienicy przy ulicy Puławskiej w Warszawie. Istota sprawy tkwiła jednak w tym, że Puławianie, którzy byli w największym stopniu odpowiedzialni za terror i sowietyzację w pierwszym dziesięcioleciu, gdy tylko w Związku Sowieckim zaczęła się „odwilż”, błyskawicznie przedzierzgnęli się w partyjnych „liberałów” i „reformatorów”, stając na czele ruchu przemian. Później obie frakcje zyskały sobie dosadniejsze nazwy: „Chamów” i „Żydów”30.

Piasecki, który za sprawę najpilniejszą uznał wyeliminowanie z polityki „Puławian”, opublikował w gorących dniach października 1956 artykuł pt. Instynkt państwowy, wzywający do rozwagi, który jednak został odczytany jako wrogi wolności31. W propagandzie „Puławian” stał się natychmiast wrogiem nr 1, tak jakby za całe zło stalinizmu odpowiadał właśnie on, a nie komuniści. Przypominano także faszyzujący i antysemicki charakter organizacji, którą kierował przed wojną. W trakcie tej nagonki doszło także do uprowadzenia oraz zamordowania jego 15-letniego syna, Bohdana Piaseckiego, którego rany na ciele (odnalezionym dopiero dwa lata później) wskazywały na możliwość, że dokonano na nim mordu rytualnego. W listopadzie 1956 nastąpiła także secesja grupy działaczy PAX, którzy utworzyli Chrześcijańskie Stowarzyszenie Społeczne (ChSS) – jedyną z koncesjonowanych grup wyznaniowych w PRL, która statutowo miała charakter interkonfesyjny (dotyczyło to w szczególności prawosławnych). Istnienie PAX w ogóle było zagrożone, lecz uratował go nowy przywódca PZPR, Władysław Gomułka, który wprawdzie Puławianom zawdzięczał powrót do władzy, ale nie zapomniał im prześladowania go w minionym okresie. PAX przetrwał, a Piasecki swoją osobistą karierę uwieńczył członkostwem (od 1971) w Radzie Państwa, ale jego sen o wieloświatopoglądowości ustroju socjalistycznego i rządzeniu przez katolików na zmianę z komunistami nigdy się nie urzeczywistnił. W toku swojej dalszej działalności PAX uprawiał szczególnie szkodliwą dywersję ideologiczną na korzyść komunistów za granicą. Jego działacze, obdarowywani hojnie przywilejem paszportów, przekonywali opinię katolicką na Zachodzie, że w Polsce pod rządami komunistów położenie katolików ulega systematycznej poprawie.

„Odwilż” 1956 roku nie przyniosła natomiast najmniejszych możliwości legalnego organizowania się i działania katolikom reprezentującym tradycyjny katolicyzm, nurt narodowo-katolicki czy kierujący się nauką społeczną Kościoła. Wszystkie próby zarejestrowania klubów czy stowarzyszeń tego typu spotykały się z odmową władz. W tej sytuacji katolikom tym pozostało jedynie albo prowadzenie pracy formacyjnej w małych, nieformalnych kółkach (inwigilowanych przez Służbę Bezpieczeństwa), albo jeszcze bardziej ryzykowne tworzenie organizacji konspiracyjnych, albo skupienie się wokół prymasa Wyszyńskiego w jego Zespole Informacyjnym i oddziaływanie ideowo-wychowawcze na rzesze wiernych poprzez wygłaszanie prelekcji w pomieszczeniach parafialnych. Ten ostatni przypadek dotyczy m.in. wspomnianego już tu przy okazji prezentacji „Tygodnika Warszawskiego”, najwybitniejszego po wojnie reprezentanta myśli katolicko-narodowej, Wiesława Chrzanowskiego, zwolnionego z więzienia w 1954 roku. Już rok później w uwagach w związku z uchwałami emigracyjnego Stronnictwa Narodowego Chrzanowski postawił fundamentalną tezę ideową, iż ruch narodowy musi swoją koncepcję programową tworzyć na bazie światopoglądu katolickiego nie tylko dlatego, że katolicyzm jest religią większości narodu, ale przede wszystkim z tego powodu, że jest on po prostu Prawdą32.

Największą zasługą Chrzanowskiego było sformułowanie opartej na głębokiej analizie historycznej teorii i praktyki działania w warunkach państwa jeszcze totalitarnego i niesuwerennego, ale już tracącego swój ideologiczny zapał w dążeniu do komunistycznej quasi-eschatologii, którego aparat coraz bardziej koncentruje się jedynie na pragnieniu zachowania władzy i przywilejów „nomenklatury”. Swoją koncepcję Chrzanowski nazwał „modelem obrony czynnej” narodu i Kościoła33, przeciwstawiając go dwu innym modelom, powielającym dwa jeszcze XIX-wieczne wzory, z epoki, gdy Polska była podzielona między trzy państwa zaborcze, z których jedno (Rosja) było nadto schizmatyckie, a drugie (Prusy/Niemcy) protestanckie. Te dwa odrzucane modele to: (1) model „falowania rewolucyjnego” oraz (2) model „oddziaływania odgórnego”. Pierwszy, charakterystyczny dla ruchów lewicy rewolucyjno-demokratycznej, a później socjalistycznej, polegał na tworzeniu kadrowych organizacji konspiracyjnych, uprawiających demagogiczną agitację, niekiedy zaś także indywidualny terror, mający na celu takie „rozkołysanie” mas, które doprowadzi do wielkiego społecznego wybuchu, rozsadzającego struktury władzy, nie licząc się przy tym w ogóle z „kosztami ludzkimi” takiego poruszenia. Drugi, uprawiany przez XIX-wiecznych konserwatystów, biorących owe koszty w rachubę aż przesadnie, polegał na próbie racjonalnej perswazji wobec elity przywódczej państw zaborczych, że polityka ucisku narodowego i religijnego wobec Polaków wymaga utrzymywania permanentnego „stanu wyjątkowego”, którego koszty są zbyt wysokie również dla tych państw. Celem takiej polityki było zawarcie z władcami i elitą kierowniczą zaborców ugody, która przyniosłaby zarazem uspokojenie społeczne, korzystne dla obu stron, jak i możliwość swobodnego rozwoju życia narodowego Polaków będących poddanymi tych monarchów.

Współczesną aplikację pierwszego modelu Chrzanowski dostrzegał w rodzącej się opozycji byłych „rewizjonistów partyjnych”, którzy wypadli z obozu władzy, a obecnie chcieliby z Polski uczynić zapłon rewolucji w całym bloku sowieckim, aby ustanowić „socjalizm demokratyczny”, drugiego zaś – w opisanej wyżej doktrynie „neopozytywizmu” i taktyce koła „Znak”. Pierwszy model odrzucał z powodów zasadniczych, jako antynarodowy i śmiertelnie groźny, drugi uważał za nierealistyczny, bo nierozumiejący różnicy pomiędzy zawieraniem ugody z dość jeszcze tradycyjnymi monarchiami a próbą ugody z totalitarystami, którzy nie respektują żadnych zasad34.

Zalecany przez Chrzanowskiego model obrony czynnej powinien natomiast polegać na wytrwałym budowaniu oddolnej samoorganizacji narodu, wykorzystującej każdą szczelinę rysującą się na pękającym powoli gmachu monopartyjnego państwa, przede wszystkim zaś wychodzącym od tego obszaru, którego totalitarna władza już w pełni nie kontrolowała, czyli życia wewnątrzkościelnego. Model obrony czynnej powinien być maksymalnie pluralistyczny i „giętki”, a odrzucając jedynie dwa niebezpieczne ekstrema: konfrontację siłową oraz abdykację z aspiracji wolnościowych, winien wykorzystywać wszystkie istniejące środki nacisku na reżim i budować wszystkie możliwe formy organizowania się społeczeństwa, nie zaniedbując jednak przy tym, na rzecz akcji doraźnych, długofalowej pracy formacyjnej, prowadzonej niezmiennie na bazie katolicyzmu i myśli narodowej. Ten wzorzec Chrzanowski propagował w środowiskach patriotycznej i katolickiej młodzieży, takich jak utworzony w 1979 roku Ruch Młodej Polski.
1976-1989

Dalszą ewolucję postaw środowisk katolickich oraz pojawianie się nowych należy postrzegać w świetle trzech doniosłych kompleksów wydarzeń w następującej kolejności: (1) ujawnienia się zorganizowanej opozycji politycznej w Polsce, przed której siłową likwidacją władze powstrzymywały się ze względu na podpisane w Akcie Końcowym KBWE w Helsinkach zobowiązania dotyczące przestrzegania tzw. praw człowieka; (2) wyboru 1 października 1978 Polaka – abpa krakowskiego, Karola kardynała Wojtyły – na papieża Kościoła Powszechnego, a w konsekwencji tegoż pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do ojczyzny w czerwcu 1979, która ujawniła siłę polskiego katolicyzmu, widoczną w wielosettysięcznych rzeszach gromadzących się na „mszach papieskich” pod gołym niebem; (3) powstania, dzięki tzw. porozumieniom sierpniowym między strajkującymi w Gdańsku, Szczecinie i na Śląsku robotnikami, Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”, będącego faktycznie wielomilionowym ruchem społecznym o silnie narodowym i katolickim obliczu, acz dotyczy to raczej mas członkowskich aniżeli przywódców, a zwłaszcza odgrywających wielką i niekoniecznie pozytywną rolę tzw. doradców. W następstwie zaś tego trzeba uwzględnić złamanie tego ruchu wskutek wprowadzenia 13 grudnia 1981 stanu wojennego i aresztowania tysięcy osób, trwający kilka lat, lecz stopniowo słabnący, cywilny opór podziemia, a wreszcie zwrot wywołany tzw. pierestrojką w ZSRR, który doprowadził do nawiązania rozmów między władzami PRL i częścią opozycji.

Waga polityczna tych zdarzeń jest mniej więcej równorzędna, natomiast w aspekcie wyznaniowo-kościelnym najważniejszy był oczywiście pontyfikat Jana Pawła II. Pociągał on za sobą ogromny wzrost prestiżu Kościoła polskiego w całym świecie, postrzeganego, może przesadnie – zwłaszcza przez kręgi tradycyjne, zaniepokojone posoborowym kryzysem katolicyzmu – jako bastion ortodoksyjnej religijności, który dzielnie przetrwał napór ateistycznego komunizmu i jeszcze wzmógł swoją siłę. Z korzyścią było to również dla rozwoju jedynego w świecie komunistycznym uniwersytetu katolickiego w Lublinie (KUL), a zwłaszcza dla jednego z najwybitniejszych na świecie ośrodków filozofii tomistycznej, czyli Szkoły Lubelskiej35, z ks. prof. Mieczysławem A. Krąpcem (1921-2008) na czele. Również reżim komunistyczny musiał zmienić, przynajmniej oficjalnie, swoją taktykę wobec Kościoła. Kościół w Polsce stał się uznanym partnerem rządzących, do którego mediacji najchętniej odwoływano się w sytuacjach kryzysowych. Rządzący w PRL nie mogli już nie wpuścić do Polski papieża, który do końca PRL odbył trzy pielgrzymki do kraju, w tym jedną w stanie wojennym. Z drugiej strony nie należy zapominać ani o zamachu na papieża w 1981 roku, ani o bestialskim mordzie na kapłanie Solidarności bł. Jerzym Popiełuszce w 1984 roku, ani o tym, że ostatnich zabójstw polskich księży (Stefan Niedzielak, Stanisław Suchowolec, Sylwester Zych) dokonano jeszcze w roku 1989, w czasie rozmów Okrągłego Stołu.

Istniejące dotąd katolickie grupy koncesjonowane w różny sposób przystosowywały się do nowych wyzwań. Wypchnięte w 1976 z Sejmu środowisko „Tygodnika Powszechnego” i „Więzi” coraz bardziej otwarcie zbliżało się do opozycji, aliści fraternizując się z jej lewicowym odłamem – tzw. lewicą laicką (Jacek Kuroń, Adam Michnik i inni), której ekspozyturą był Komitet Obrony Robotników (później Komitet Samoobrony Społecznej KOR). Łatwiej więc znajdowało wspólny język z byłymi trockistami i z ateistami niż z nieliberalnymi katolikami.

Inną drogą poszła grupa dawnych współpracowników „Więzi”, z Januszem Zabłockim (1926-2014) na czele, którzy w odróżnieniu od swoich byłych kolegów dążyli do uzyskania zgody władz na reaktywowanie partii chrześcijańsko-demokratycznej. Pomimo zajmowania ugodowej postawy wobec władz celu swojego nie osiągnęli, a jedynie w 1981 roku uzyskali zgodę na utworzenie stowarzyszenia Polski Związek Katolicko-Społeczny, którego członkowie mieli 4-5 mandatów poselskich w Sejmie, oraz założenie tygodnika „Ład”.

Stowarzyszenie PAX po śmierci Bolesława Piaseckiego (1979) przeżywało permanentny kryzys, wypełniony rywalizacją pomiędzy frakcją następnego prezesa, Ryszarda Reiffa (1923-2007), który skłaniał się ku solidarnościowej opozycji i jako jedyny członek Rady Państwa głosował przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego, a zwolennikami ścisłej kolaboracji z reżimem. Związany z PAX powieściopisarz katolicki Jan Dobraczyński (1910-1994) został nawet członkiem wspierającego juntę Wojciecha Jaruzelskiego Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego. Z drugiej strony, wielu „dysydentów” PAX zasiliło szeregi opozycji niepodległościowej, począwszy od współzałożyciela (1979) Konfederacji Polski Niepodległej i wieloletniego więźnia politycznego Romualda Szeremietiewa (ur. 1945) oraz jego kolegów.
Epilog. Po 1989 roku

Ugoda zawarta wiosną 1989 roku przy tzw. Okrągłym Stole pomiędzy reżimem komunistycznym a wyselekcjonowaną częścią opozycji demokratycznej i Solidarności otworzyła drogę wiodącą ku „transformacji” systemu komunistycznego w demokratyczno-parlamentarną III Rzeczpospolitą. W rezultacie wyborów kontraktowych z 4 czerwca, czyli przyznających z góry listom niereżimowych, a w praktyce liście Solidarności, 35 procent mandatów poselskich, później zaś przejścia na stronę Solidarności dotychczasowych „stronnictw sojuszniczych” PZPR, to jest Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego, we wrześniu tego roku został utworzony rząd koalicyjny, na którego czele stanął Tadeusz Mazowiecki, aczkolwiek wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych pozostał komunista gen. Czesław Kiszczak. W nowym systemie, teoretycznie pluralistycznym politycznie, ale z zagwarantowaną uprzywilejowaną pozycją postkomunistów, zwłaszcza w życiu gospodarczym, również wielu innych działaczy katolickich ze środowiska „Tygodnika Powszechnego” i „Więzi” zostało dygnitarzami państwowymi. W żadnym wypadku nie oznaczało to jednak sukcesu katolicyzmu w życiu publicznym i ustanowienia „chrześcijańskiej konstytucji państwa”. Politycy z tego kręgu konsekwentnie sprzeciwiali się konfesjonalizacji państwa, nawet w sferze symbolicznej, jak na przykład uwieńczenia godła państwowego, czyli Orła Białego, nie tylko (przywróconą mu) koroną, ale również krzyżem. Zajmowali oni także chwiejne i dwuznaczne stanowisko w fundamentalnych kwestiach moralnych, jak ochrona życia prenatalnego, i przyczynili się do zawarcia tzw. kompromisu aborcyjnego, dozwalającego przerwanie życia w kilku wypadkach. Sam premier Mazowiecki, który na początku swojego urzędowania złożył wymowną deklarację, iż najpierw jest demokratą, a później chrześcijaninem, już w późniejszym okresie, jako członek parlamentarnej komisji konstytucyjnej, przyczynił się wydatnie do przyjęcia relatywistycznej preambuły (napisanej przez autorów z „Tygodnika Powszechnego”), która wprawdzie odwołuje się do „chrześcijańskiego dziedzictwa narodu”, ale „uniwersalne wartości” zawarte w konstytucji wyprowadza równorzędnie z wiary jednych obywateli w Boga jako źródła prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, oraz z nienazwanych „innych źródeł”, uznawanych przez obywateli niepodzielających tej wiary36. Obserwując postawy tego środowiska w ostatnich dekadach, można zauważyć, że stało się ono już po prostu częścią laickiego obozu demoliberalnego. Głoszony od zawsze przez środowisko „Tygodnika Powszechnego” katolicyzm „otwarty” otworzył się aż tak bardzo, że dzisiaj jego publicyści jawnie kontestują naukę moralną Kościoła i prawo naturalne, opowiadając się nawet za ideologią gender i jakąś formą prawnego uznania związków homoseksualnych.

Pozytywną stroną przemian było to, że nurt tradycyjny i katolicko-narodowy zyskał możność zorganizowania się politycznego. Jesienią 1989 roku została utworzona partia Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, na której czele stanął nestor tego ruchu Wiesław Chrzanowski – wkrótce także minister sprawiedliwości, a następnie (1991-1993) Marszałek Sejmu. ZChN podjął walkę o państwo katolickie, zgodnie z tradycyjną nauką Kościoła, oraz o pełną ochronę życia poczętego, napotykając zwarty mur wrogości wszystkich sił laickich oraz katolików liberalnych. Później jednak ZChN uwikłał się w koalicję rządową z partiami centrowymi i odtąd stopniowo ulegał dezintegracji. Kontynuacją jego konserwatywnego skrzydła jest obecnie partia Prawica Rzeczypospolitej, której przewodzi europoseł Marek Jurek (ur. 1960).

Fenomenem katolicyzmu ludowego jest, mające bardzo szeroki, wielomilionowy zasięg, środowisko Rodzin Radia Maryja, skupione wokół rozgłośni założonej w 1991 roku przez redemptorystę, o. Tadeusza Rydzyka CSsR (ur. 1945), oraz innych związanych z nim instytucji, jak Telewizja Trwam czy Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej. Radio Maryja jest znienawidzone przez środowiska laickie, jak również przez progresistów, oskarżających je o „skrajny tradycjonalizm” i sabotowanie „odnowy soborowej” oraz szerzenie nacjonalizmu, ksenofobii i antysemityzmu, a także domagających się nieustannie od Episkopatu zamknięcia tej rozgłośni. W rzeczywistości prawda jest inna. Radio Maryja stanowi amalgamat tradycyjnych form pobożności ludowej oraz typowego w historii Polski zrostu religijności z uczuciowym patriotyzmem i z „posoborową” właśnie wizją „nowej ewangelizacji” Jana Pawła II.

Kończąc ów skrótowy z konieczności przegląd dotyczący kultury katolickiej w Polsce współczesnej, wolnej już od prawie trzech dekad od komunizmu, ale usidlonej przez innego typu więzy, typowe dla świata demoliberalnego i postmodernistycznego, należy koniecznie wspomnieć, że po 1989 roku możliwa stała się także działalność katolickich środowisk stricte tradycjonalistycznych, broniących zarówno tradycyjnej, ortodoksyjnej liturgii, jak integralnej katolickiej doktryny, także społecznej. Stanowią one szeroki wachlarz grup, od stojących na gruncie Summorum Pontificum, jak na przykład znakomite intelektualnie środowisko pisma „Christianitas” z filozofem Pawłem Milcarkiem (ur. 1966) na czele, czy polska mutacja ruchu Tradycja – Rodzina – Własność, czyli Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi, po wiernych korzystających z posługi kapłańskiej Bractwa św. Piusa X, a nawet mikroskopijne środowisko sedewakantystów. Ruch tradycjonalistyczny przenika się też często z metapolitycznymi klubami czy portalami konserwatywnymi i monarchistycznymi. Jeśli chodzi zaś o aktywność stricte polityczną, to na razie posiada on jedynie pewne przyczółki w ugrupowaniach narodowych i narodowo-radykalnych albo takich jak ruch „Pobudka” znanego reżysera dokumentalisty Grzegorza Brauna (ur. 1967).

Jacek Bartyzel

Podstawowa literatura:

Bożena Bankowicz & Antoni Dudek, Ze studiów nad dziejami Kościoła i katolicyzmu w PRL, Wydawnictwo PiT, Kraków 1996.

Jacek Bartyzel, Stefan Kisielewski jako publicysta i „zwierzę polityczne”, [w:] Dysonanse. Twórczość Stefana Kisielewskiego (1911-1991), red. A. Hejmej, K. Hawryszków, K. Cudzich-Budziak, Wydawnictwo UJ, Kraków 2011, ss. 37-72.

Konrad Białecki, Rafał Łatka, Rafał Reczek, Elżbieta Wojcieszyk, Arcybiskup Antoni Baraniak 1904-1977, IPN, Poznań – Warszawa 2017.

Sabina Bober (red.), Komu służył PAX. Materiały z sympozjum Od PAX-u do Civitas Christiana zorganizowanego przez Katolickie Stowarzyszenie Civitas Christiana 30-31 stycznia 2008 roku, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 2008.

Andrzej Brzeziecki, Tadeusz Mazowiecki. Biografia naszego premiera, ZNAK, Kraków 2015.

Ewa K. Czaczkowska, Kardynał Wyszyński, Świat Książki, Warszawa 2009.

Antoni Dudek, Grzegorz Pytel, Bolesław Piasecki. Próba biografii politycznej, Aneks, Londyn 1990.

Jan Engelgard, Bolesław Piasecki 1939-1956, Wydawnictwo Myśl Polska, Warszawa 2015.

Andrzej Friszke, Koło posłów „Znak” w Sejmie PRL 1957-1976, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2002.

Andrzej Friszke, Oaza na Kopernika. Klub Inteligencji Katolickiej. 1956-1989, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 1997.

Roman Graczyk, Cena przetrwania? SB wobec „Tygodnika Powszechnego”, Czerwone i Czarne, Warszawa 2011.

Roman Graczyk, Katolicy-rewizjoniści: nowa „wieloświatopoglądowość”?, „Christianitas”, nr 51/2013, ss. 265-284.

Aleksander Hall, Idee polityczne Wiesława Chrzanowskiego, Wydawnictwo Arche, Gdańsk 2013.

Andrzej Jaszczuk, Ewolucja ideowa Bolesława Piaseckiego, 1932-1956, Wydawnictwo DiG, Warszawa 2005.

Grzegorz Kucharczyk, Polska myśl polityczna po roku 1939, Wydawnictwo Dębogóra, Dębogóra 2009.

Halina Lisicka, Pluralizm światopoglądowy w koncepcjach politycznych PAX, ChSS, PZKS, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 1991.

Rafał Łętocha, „Oportet vos nasci denuo”. Myśl społeczno-polityczna Jerzego Brauna, Zakład Wydawniczy Nomos, Kraków 2006.

Maciej Łętowski, Ruch i Koło Poselskie ZNAK 1957-1976, Wydawnictwo Unia Jerzy Skwara, Katowice 1998.

Lech Mażewski, Wojciech Turek (red.), Zapomniany rok 1966. W XXX rocznicę obchodów Millenium Chrztu Polski, Instytut Konserwatywny im. E. Burke’a, Gdańsk 1996.

Andrzej Micewski, Kardynał Wyszyński. Prymas i mąż stanu, Éditions du Dialogue, Paris 1982.

Andrzej Micewski, Współrządzić czy nie kłamać? Pax i Znak w Polsce 1945-1976, Libella, Paryż 1978.

Stanisław Murzański, Wśród łopotu sztandarów rewolucji. Rzecz o „katolewicy” 1945-1989, Wydawnictwo ARCANA, Kraków 1998.

Jerzy Pietrzak, Pełnia prymasostwa. Ostatnie lata Prymasa Polski kardynała Augusta Hlonda, 1945-1948, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2009.

Radosław Ptaszyński, Stommizm. Biografia polityczna Stanisława Stommy, ZNAK, Kraków 2018.

Peter Raina, Piasecki na indeksie watykańskim. Geneza sprawy, Wydawnictwo von Boroviecky, Warszawa 2002.

Ryszard Reiff, Archiwum Stowarzyszenia PAX, t. I-II, Wydawnictwo Comandor, Warszawa 2006-2007.

Tomasz Sikorski, Marcin Kulesza, Niezłomni w epoce fałszywych proroków. Środowisko „Tygodnika Warszawskiego” (1945-1948), Wydawnictwo von Boroviecky, Warszawa 2013.

Maciej Strutyński, Religia i naród. Inspiracje katolickie w myśli ruchu narodowego w Polsce współczesnej (1989-2001), Zakład Wydawniczy Nomos, Kraków 2006.

Agata Tasak, Katolicy w świecie polityki w Polsce w latach 80. Strategia Polskiego Związku Katolicko-Społecznego, „Annales Universitatis Paedagogicae Cracoviensis. Studia Politologica”, nr 9/2013, ss. 73-87.

Agata Tasak, Miejsce i rola Polskiego Związku Katolicko-Społecznego w rzeczywistości społeczno-politycznej lat osiemdziesiątych w Polsce – problem opozycyjności koncesjonowanej, „Polityka i Społeczeństwo” 2016, nr 1 (14), ss. 123-141.

Wiesław Chrzanowski. Historia – Polityka – Idee, red. R. Kostro, R. Kuraszkiewicz, M. Wysocki, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2012.

Jan Wiszniewski, Z historii prasy katolickiej w Polsce: „Tygodnik Warszawski” 1945–1948, Wydawnictwo PiT, Kraków 1998.

Janusz Zabłocki, Odwagę łączyć z rozwagą – Polski Związek Katolicko-Społeczny w latach 1980-1983, OSPiS, Lublin 2001.

Zygmunt Zieliński (red.), Prymas Tysiąclecia w państwie komunistycznym, Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne POLWEN, Radom 2003.

Artykuł niniejszy stanowi polskojęzyczną wersję wystąpienia na LV Reunión de Amigos de la Ciudad Católica “La cultura política y los católicos: del siglo XX al XXI”, zorganizowanego przez Fundación Speiro i Consejo de Estudios Hispánicos “Felipe II”, na Universidad Antonio de Nebrija w Madrycie w dniu 7 IV 2018, a następnie opublikowanego pt. Las estrategias políticas de la supervivencia de las agrupaciones católicas en un país esclavizado por el comunismo y su posterioridad) w książce pod red. prof. Miguela Ayuso La cultura política y los católicos del siglo XX al XXI (Ed. Itinerarios, Madrid 2018, ss. 165-197) oraz w dwumiesięczniku „Verbo” (Madrid 2018, nr 569-570, ss. 895-927).

Pierwodruk wersji polskiej: „Arcana”, nr 145-146/2019, ss. 88-110.

[Przypisy:]

1 Zob. G. Kucharczyk, Polska myśl polityczna po roku 1939, Wydawnictwo Dębogóra, Dębogóra 2009, s. 70.

2 Zob. P. Stachowiak, Kościół katolicki wobec przemian konstytucyjnego ustroju PRL, [w:] Silna demokracja w silnym państwie. Koncepcje reformy ustroju politycznego państwa w publicystyce politycznej XX wieku, red. J. Faryś, T. Sikorski, P. Głowiński, PWSZ, Gorzów Wielkopolski 2007, s. 335.

3 Ibidem, s. 336.

4 Zob. J. Braun, W cieniu dekadencji (Psychoza klęski w katolicyzmie francuskim), „Tygodnik Warszawski”, 30 III 1947, nr 13.

5 Zob. ks. Z. Kaczyński, O postawę czynną, „Tygodnik Warszawski”, 20 VII 1947, nr 29.

6 Zob. Nasza generalna linia, „Tygodnik Warszawski”, 19 X 1947, nr 42.

7 Zob. J. Braun, Państwo chrześcijańskie, „Tygodnik Warszawski”, 9 XI 1947, nr 45; S. Grabski, Idea chrześcijańskiego narodu, „Tygodnik Warszawski”, 14 VII 1946, nr 28; K. Studentowicz, O chrześcijański styl życia, „Tygodnik Warszawski”, 7 IX 1946, nr 36.

8 Cfr. G. Gonella, Państwo chrześcijańskie, „Tygodnik Warszawski”, 18 IV 1948, nr 16.

9 Zob. ks. Z. Kaczyński, Reformy i człowiek, „Tygodnik Warszawski”, 16 XII 1945, nr 6; J. Braun, Marksizm a społeczeństwo przyszłości, „Tygodnik Warszawski”, 11 V 1947, nr 19; Idem, Marksizm – nauka – objawienie, „Tygodnik Warszawski”, 27 VII 1947, nr 30.

10 Zob. Sojusznicy Gestapo. Proces Kwasiborskiego i innych, Książka i Wiedza, Warszawa 1951.

11 Zob. S. Stomma, Maksymalne i minimalne tendencje społeczne katolików, „Znak” 1946, nr 3, ss. 257-275.

12 Ibidem, s. 258.

13 Ibidem, s. 267.

14 Ibidem.

15 Zob. J. Braun, W cieniu dekadencji (Psychoza klęski w katolicyzmie francuskim), „Tygodnik Warszawski”, 30 III 1947, nr 13; A. Żur [W. Chrzanowski], Neopozytywizm na tle rzeczywistości, „Tygodnik Warszawski”, 22 VI 1947, nr 25.

16 Zob. J.M. Święcicki, O katolickim maksymalizmie, „Tygodnik Powszechny”, 2 II 1947, nr 5; Idem, Kwestia zasady czy taktyki?, „Tygodnik Powszechny”, 20 IV 1947, nr 19; ks. Jan Piwowarczyk, Rada nie na czasie, „Tygodnik Powszechny”, 20 IV 1947, nr 19.

17 Zob. J. Turowicz, W stronę uspołecznienia, „Znak” 1946, nr 1, ss. 63-92.

18 Zob. S. Stomma, J. Turowicz, Katolicy w Polsce Ludowej, „Tygodnik Powszechny”, 10 XII 1950, nr 50.

19 Zob. B. Piasecki, Organizacja Polski Narodowej, „Sztafeta”1934, nr 3; Duch czasów nowych a Ruch Młodych, Warszawa 1935, ss. 54-59; Zasady programu narodowo-radykalnego, Warszawa 1937, passim.

20 Zob. K. Łubieński, List otwarty do Pana Juliana Łady. Na marginesie notatki w „The Tablet”, „Dziś i Jutro”, 5 XII 1948.

21 B. Piasecki, Wytyczne [1950], cyt. za: B. Bankowicz, W labiryncie wieloświatopoglądowości. Stowarzyszenie PAX między marzeniem a rzeczywistością, [w:] B. Bankowicz, A. Dudek, Ze studiów nad dziejami Kościoła i katolicyzmu w PRL, Wydawnictwo PiT, Kraków 1996, s. 54.

22 Ibidem, s. 55.

23 Zob. T. Mazowiecki, Wnioski, „Wrocławski Tygodnik Katolicki”, 27 IX 1953, nr 5.

24 T. Mazowiecki, Pozycje i praca środowiska „Więź”, „Więź”, marzec 1961, nr 3 (35), s. 12.

25 Zob. J. Turowicz, Czy neopozytywizm? Na historycznym zakręcie, „Tygodnik Powszechny”, 25 XII 1956, nr 1.

26 Zob. S. Stomma, Idea i siła, „Tygodnik Powszechny”, 25 XII 1956, nr 1; Idem, Dlaczego kandyduję do Sejmu, „Tygodnik Powszechny”, 20 I 1957, nr 3; Idem, Pozytywizm od strony moralnej, „Tygodnik Powszechny”, 14 IV 1957, nr 15.

27 Zob. S. Kisielewski, Czy neopozytywizm?, „Tygodnik Powszechny”, 25 XII 1956, nr 1.

28 B. Bankowicz, Neopozytywizm Znaku: próba legalizmu motywowana realizmem, [w:] B. Bankowicz, A. Dudek, Ze studiów nad dziejami Kościoła i katolicyzmu w PRL, Wydawnictwo PiT, Kraków 1996, s. 44.

29 Zob. R. Graczyk, Katolicy-rewizjoniści: nowa „wieloświatopoglądowość”?, „Christianitas”, nr 51/2013, ss. 275-278; zob. także: T. Mazowiecki, A. Wielowieyski, Otwarcie na Wschód, „Więź”, listopad-grudzień 1963, nr 11/12 (67), ss. 7-13.

30 Zob. W. Jedlicki, Chamy i Żydy, „Kultura” (Paryż), 1962, nr 12 (182), ss. 3-41.

31 Zob. B. Piasecki, Instynkt państwowy, „Słowo Powszechne”, 16 X 1956, nr 248 (3162).

32 Zob. [W. Chrzanowski], Uwagi w związku z uchwałami I Centralnego Zjazdu Delegatów Stronnictwa Narodowego w 1955 r., [w:] Idem, Rzecz o obronie czynnej, Wydawnictwo Młoda Polska, [Gdańsk] 1988 /II obieg/.

33 Zob. Z. Stalmach [W. Chrzanowski], Rzecz o obronie czynnej, „Polityka Polska” 1985, nr 7, ss. 10-19.

34 Ibidem. Zob. także: Pół wieku polityki, czyli rzecz o obronie czynnej, z Wiesławem Chrzanowskim rozmawiali Piotr Mierecki i Bogusław Kiernicki, Ad Astra, Warszawa 1997.

35 Zob. Andrzej Maryniarczyk, Mieczysław Albert Krąpiec, Lubelska Szkoła Filozoficzna, [w:] Powszechna Encyklopedia Filozofii, Polskie Towarzystwo Tomasza z Akwinu, t. 6, Lublin 2005, ss. 532-550.

36 Zob. Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r.