Chwała Bogu

OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Kościół, który został postawiony na głowie – wywiad z ks. Dawidem Pagliaranim FSSPX

Czcigodny Księże, przed końcem bieżącego roku będzie miało miejsce wiele ważnych wydarzeń, takich jak synod nt. Amazonii czy reforma Kurii Rzymskiej. Przyniosą one doniosłe konsekwencje dla życia Kościoła. Jak, zdaniem Księdza, sytuują się one na tle pontyfikatu papieża Franciszek?

Ks. Dawid Pagliarani FSSPX, przełożony generalny Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X

Coraz więcej katolików odnosi wrażenie, że Kościół stanął na progu nowej katastrofy. Jeśli cofniemy się nieco w czasie, [dostrzeżemy, że] II Sobór Watykański mógł się odbyć, ponieważ był rezultatem rozkładu, jaki dotknął Kościół w latach przed jego zwołaniem: w krytycznym momencie tama pękła pod naporem sił, które działały już od pewnego czasu. Właśnie w ten sposób zwyciężają wielkie rewolucje, gdyż legislatorzy tylko aprobują i sankcjonują to, co już wcześniej, przynajmniej częściowo, stało się faktem.

I tak reforma liturgiczna była tylko rezultatem eksperymentów działającego w okresie międzywojennym ruchu liturgicznego, który zdołał pozyskać dla swych postulatów część duchowieństwa. Współcześnie, podczas tego pontyfikatu, dokument Amoris lætitia usankcjonował praktykę, która niestety już wcześniej była obecna w Kościele, szczególnie jeśli chodzi o możliwość przyjmowania Komunii przez osoby żyjące w stanie jawnego grzechu. Jak się wydaje, sytuacja dojrzała dziś do przeprowadzenia kolejnych reform o dalekosiężnych skutkach.

Czy mógłby Ksiądz sprecyzować swój pogląd na temat ekshortacji apostolskiej Amoris lætitia trzy lata po jej publikacji?

Amoris lætitia jest w historii Kościoła ostatnich lat tym, czym są Hiroszima czy Nagasaki w historii współczesnej Japonii. Patrząc po ludzku, spustoszenia spowodowane tym dokumentem są niemożliwe do naprawienia. Jego wydanie było bez wątpienia najbardziej rewolucyjnym z dotychczasowych czynów papieża Franciszka, a zarazem wzbudzającym największe kontrowersje – także poza środowiskiem Tradycji – ponieważ bezpośrednio dotyka kwestii moralności małżeńskiej, co umożliwiło wielu duchownym oraz świeckim dostrzeżenie poważnych błędów, jakie zawiera. Ten fatalny dokument został mylnie uznany za dzieło kogoś ekscentrycznego i lubiącego prowokować, a tak niektórzy postrzegają obecnego papieża. Nie jest to właściwy obraz rzeczy i jest czymś niewłaściwym stosowanie tak daleko idących uproszczeń.

Zdaje się Ksiądz sugerować, że Amoris lætitia jest nieuniknionym skutkiem czegoś daleko wykraczającego poza osobowość obecnego papieża. Dlaczego stroni Ksiądz od określenia go jako człowieka oryginalnego?

Amoris laetitia to jeden z tych skutków, które prędzej czy później musiały zaistnieć jako rezultat zasad, przyjętych przez sobór. Kardynał Walter Kasper przyznał i podkreślił, że nowa eklezjologia koresponduje z nowym pojmowaniem rodziny chrześcijańskiej1.

W rzeczy samej sobór był przede wszystkim eklezjologiczny, tzn. w swoich dokumentach przedstawił nową koncepcję Kościoła. Kościół założony przez Pana Jezusa już nie ma być po prostu Kościołem katolickim, ale czymś szerszym: ma zawierać inne wyznania chrześcijańskie. W tym ujęciu wspólnoty prawosławne czy protestanckie posiadają „eklezjalność” na mocy sakramentu chrztu. Innymi słowy, wielką nowością eklezjologii soboru jest możliwość przynależności do Kościoła założonego przez Pana Jezusa na różne sposoby i w różnym stopniu. Stąd też współczesne pojęcie „pełnej” lub „niepełnej” jedności, [jedności] ze „zmienną geometrią”, jak można by rzec. Kościół stał się strukturalnie otwarty i elastyczny. Nowy sposób przynależności do Kościoła, elastyczny i różnorodny, według którego wszyscy chrześcijanie są zjednoczeni w Kościele Chrystusowym, leży u podstaw ekumenicznego chaosu.

Nie sądźmy jednak, że te teologiczne nowinki są czymś czysto abstrakcyjnym – mają one wpływ na codzienne życie wiernych. Wszystkie błędy dogmatyczne, które oddziałują na Kościół, prędzej czy później wywrą wpływ również na rodzinę chrześcijańską, albowiem jedność małżonków chrześcijańskich jest odbiciem jedności Chrystusa i Jego Kościoła. Kościołowi ekumenicznemu, elastycznemu i panchrześcijańskiemu odpowiada pojęcie rodziny, w której zobowiązania małżeńskie utraciły swoje dawne znaczenie, w której więzy między małżonkami, między kobietą a mężczyzną, nie są już postrzegane ani definiowane w ten sam sposób: one również stają się elastyczne.

Papież postępujący według zasad II Soboru Watykańskiego

Czy mógłby Ksiądz sprecyzować swoją myśl?

Konkretnie rzecz ujmując: tak jak „panchrześcijański” Kościół Chrystusowy, choć poza jednością katolicką, miałby zawierać dobre i pozytywne elementy, tak samo miałyby istnieć dla wiernych dobre i pozytywne elementy poza małżeństwem sakramentalnym, np. w małżeństwie cywilnym, a także w jakimkolwiek innym związku. Tak jak nie ma już rozróżnienia między „prawdziwym” Kościołem a „fałszywymi” kościołami – gdyż kościoły niekatolickie są dobre, tyle że mniej doskonałe – tak samo wszystkie związki stają się dobre, albowiem zawsze jest w nich coś dobrego, choćby sama miłość.

Oznacza to, że w „dobrym” małżeństwie cywilnym – szczególnie jeśli zostało ono zawarte między osobami wierzącymi – można znaleźć niektóre elementy chrześcijańskiego małżeństwa sakramentalnego. Nie chodzi wcale o to, aby traktować małżeństwa sakramentalne i cywilne jako sobie równe; jednak związek cywilny nie jest zły sam w sobie, a jedynie mniej dobry! Dotychczas mówiliśmy o uczynkach dobrych i złych, o życiu w łasce lub w grzechu śmiertelnym; obecnie są jedynie uczynki dobre i mniej dobre. Podsumowując, Kościołowi ekumenicznemu odpowiada ekumeniczna rodzina, tzn. rodzina zrekonstruowana (w Polsce używa się także określenia „rodzina patchworkowa” – przyp. red. WTK) lub podlegająca rekonstrukcji, według potrzeb i wrażliwości.

Przed II Soborem Watykańskim Kościół nauczał, że niekatolickie wyznania chrześcijańskie nie należą do prawdziwego Kościoła, a więc nie są częścią Kościoła Jezusa Chrystusa. Doktryna zawarta w Konstytucji dogmatycznej o Kościele Lumen gentium (nr 8) otwiera drogę do uznania ich za częściowe realizacje Kościoła Chrystusowego. Konsekwencje tych błędów są nieobliczalne i z czasem tylko się potęgują.

Amoris lætitia jest więc nieuniknionym rezultatem nowej eklezjologii głoszonej przez Lumen gentium, a także niemądrego otwarcia się na świat, zalecanego przez Konstytucję duszpasterską o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spes2. I istotnie, wraz z Amoris lætitia małżeństwo chrześcijańskie staje się coraz bardziej takim, jakim go rodzi i profanuje współczesność.

Dlatego nauczanie papieża Franciszka – obiektywnie rzecz biorąc wprowadzające zamieszanie – nie jest jakąś dziwaczną aberracją, ale logiczną konsekwencją zasad proklamowanych przez sobór. Papież po prostu wyciąga z nich ostateczne – na obecnym etapie – konsekwencje…

Czy ta nowa doktryna o Kościele znalazła wyraz w jakiejś konkretnej koncepcji teologicznej?

Po soborze pojęcie „Ludu Bożego” zastąpiło pojęcie „Mistycznego Ciała Chrystusa”. Jest ono obecne w wielu miejscach nowego Kodeksu prawa kanonicznego, opublikowanego w 1983 r. Jednak w 1985 r. nastąpiło pewne przesunięcie. Okazało się, że termin „Lud Boży” jest niewygodny, ponieważ umożliwiał skręt w kierunku teologii wyzwolenia i marksizmu. Został on zastąpiony innym pojęciem, również wywodzącym się z soboru – eklezjologią wspólnoty. Pozwala ono [na forsowanie tezy o] elastycznej przynależności do Kościoła, [głoszącej] że wszyscy chrześcijanie są zjednoczeni w tym samym Kościele Chrystusowym, ale w różnią się stopniem tego zjednoczenia. Znaczy to, że dialog ekumeniczny stał się niczym konwersacja w wieży Babel, jak to miało miejsce w Asyżu w 1986 r. Jest jak ukochany przez papieża Franciszka wielościan: „Bryła geometryczna, która ma wiele różnych ścian. Wielościan odzwierciedla zbieg wszystkich różności, które zachowują w nim swoją oryginalność. Nic się nie rozpuszcza, nic nie zostaje zniszczone, żadna z części nie dominuje nad innymi”3.

Czy widzi Ksiądz ten sam eklezjologiczny fundament w reformach zapowiedzianych przez instrumentum laboris najbliższego synodu nt. Amazonii bądź w projekcie reformy Kurii Rzymskiej?

Wszystko sprowadza się, bezpośrednio lub pośrednio, do fałszywego pojęcia Kościoła. Zauważmy raz jeszcze, że papież Franciszek jedynie wyciąga ostateczne konkluzje z zasad głoszonych przez sobór. Mówiąc konkretnie, reformy forsowane przez papieża zakładają istnienie Kościoła wsłuchującego się, Kościoła synodalnego, Kościoła uwrażliwionego na kulturę ludów, na ich oczekiwania i wymagania, zwłaszcza dotyczące spraw ludzkich i naturalnych, właściwych dla naszych czasów i wciąż zmieniających się. Wiara, liturgia i rządy Kościoła muszą się do tego wszystkiego dostosować i być tego rezultatem.

Wiecznie wsłuchujący się Kościół synodalny stanowi najnowszy etap ewolucji Kościoła kolegialnego, promowanego przez II Sobór Watykański. Oto konkretny przykład: wedle instrumentum laboris Kościół winien przyjąć i uznać za własne takie elementy, jak lokalne tradycje związane z kultem duchów oraz tradycyjną medycynę amazońską, które przypominają tzw. egzorcyzmy. Ponieważ te tubylcze zwyczaje są zakorzenione w terytorium, które ma swoją historię, zatem owo „terytorium jest miejscem teologicznym, szczególnym źródłem Bożego objawienia”. Oto dlaczego należy uznać bogactwo tych rodzimych kultur, albowiem „nieszczere otwarcie się na bliźniego, a także postawa korporacyjna, ograniczająca zbawienie jedynie do własnej wiary, niszczą tę właśnie wiarę”. Odnosi się wrażenie, że zamiast walczyć z pogaństwem obecna hierarchia chce przyjąć i wcielić jego wartości. Organizatorzy przyszłego synodu nazywają je „znakami czasu” – to wyrażenie tak drogie Janowi XXIII – które należy traktować jako znaki dane przez Ducha Świętego.

Kościół Chrystusowy nie jest forum

A jeśli chodzi o Kurię?

Projekt reformy Kurii zakłada z kolei taki Kościół, który o wiele bardziej przypomina dzieło ludzkie niż społeczność Bożą, hierarchiczną, będącą depozytariuszem nadprzyrodzonego Objawienia, korzystającą z nieomylnego charyzmatu zachowania i głoszenia ludziom odwiecznej prawdy aż do końca czasów. Jak wprost wskazuje tekst projektu, chodzi o „uwspółcześnienie (aggiornamento) Kurii […] w oparciu o eklezjologię II Soboru Watykańskiego”. Dlatego nie budzą zaskoczenia słowa autorstwa grupy kardynałów zajmujących się tą reformą: „Kuria działa jako pewnego rodzaju platforma i forum komunikacji między Kościołami partykularnymi i konferencjami biskupów. Kuria zbiera doświadczenia Kościoła powszechnego i w oparciu o nie dodaje zachęty Kościołom partykularnym i konferencjom biskupów […] To życie jedności udzielone Kościołowi jest obliczem synodalności […] Lud wiernych, kolegium biskupie, biskup Rzymu słuchają się wzajemnie, wsłuchując się także w Ducha Świętego […] Ta reforma jest ustanowiona w duchu «zdrowej decentralizacji» […] Kościół synodalny to «Lud Boży, który wspólnie kroczy» […] Ta posługa Kurii względem misji biskupów i communio [‘jedności’] nie polega na czujności czy kontroli ani na podejmowaniu decyzji przez wyższy autorytet […]”4.

Platforma, forum, synodalność, decentralizacja… wszystko to jedynie potwierdza eklezjologiczny rodowód wszystkich współczesnych błędów. W tym bezkształtnym zlepku nie ma już żadnego autorytetu. To niszczenie Kościoła takiego, jakim go założył Pan Jezus. Zakładając swój Kościół Chrystus nie otworzył forum komunikacji ani platformy wymiany; powierzył On Piotrowi i swoim apostołom zadanie pasania Jego trzody oraz powołał ich do tego, żeby byli kolumnami prawdy i świętości, prowadzącymi dusze do nieba.

Jak można scharakteryzować ten błąd eklezjologiczny odnośnie do boskiego ustroju Kościoła, założonego przez Jezusa Chrystusa?

To pytanie dotyczy obszernej kwestii, ale abp Lefebvre udzielił nam na nie częściowej odpowiedzi. Mówił, że struktura nowej Mszy odpowiadała Kościołowi demokratycznemu, który nie jest już hierarchiczny ani monarchiczny. Kościół synodalny, o którym marzy papież Franciszek, ma zdecydowanie demokratyczny charakter. On sam powiedział, jak go sobie wyobraża: jako odwróconą piramidę. Czyż można było jaśniej pokazać, jak rozumie synodalność? Synodalność to Kościół, który został postawiony na głowie. Jednakże podkreślmy raz jeszcze: to tylko naturalny wzrost nasion, zasadzonych na soborze.

Czy nie uważa Ksiądz, że próbuje się na siłę sprowadzić obecną rzeczywistość do zasad II Soboru Watykańskiego, który miał miejsce ponad pół wieku temu?

Niech odpowiedzi na to pytanie udzieli jeden z najbliższych współpracowników papieża Franciszka – kardynał [Oskar Rodríguez] Maradiaga, arcybiskup Tegucigalpy (stolicy Hondurasu – przyp. red. WTK) i koordynator C6 – doradczej grupy kardynałów. Powiedział on: „Po II Soborze Watykańskim następuje zmiana metod i treści ewangelizacji oraz edukacji chrześcijańskiej. Zmienia się liturgia […] Zmienia się perspektywa misjonarska: misjonarz powinien ustanowić dialog ewangelizacyjny […] Zmienia się działanie społeczne; nie chodzi już tylko o miłość i rozwój różnych form pomocy, ale także o walkę na rzecz sprawiedliwości, prawa ludzkie i wyzwolenie […] Wszystko zmienia się w Kościele wedle odnowionego modelu duszpasterskiego”. Aby ukazać, w jakim duchu są dokonywane te zmiany, dodał: „Papież chce doprowadzić odnowę Kościoła do punktu, w którym stanie się ona nieodwracalna. Wiatrem, który popycha żagle Kościoła na pełne morze jego głębokiej i zupełnej odnowy, jest miłosierdzie”5.

Jednak podniosło się przeciw planowanym reformom wiele głosów i można się spodziewać, że nie ucichną również w najbliższych miesiącach. Jak ocenia Ksiądz te reakcje?

Można się tylko cieszyć z podobnych reakcji i stopniowego uświadamiania sobie przez wielu wiernych i kilku purpuratów, że Kościół zbliża się do nowej katastrofy. Reakcje te są cenne, bowiem świadczą o tym, że głos, który promuje wspomniane błędy, nie może być głosem Chrystusa ani Magisterium Kościoła. Jest to bardzo ważne i, pomimo tragicznego kontekstu, pokrzepiające. Nasze Bractwo ma obowiązek uważnie śledzić te reakcje, a równocześnie starać się unikać mylnych postaw, które nie mogą przynieść żadnego efektu.

Soborowy pluralizm obezwładnia opozycję

Co Ksiądz przez to rozumie?

Po pierwsze należy zauważyć, że te reakcje przypominają rzucanie grochem o ścianę i trzeba mieć odwagę, żeby spytać, dlaczego tak się dzieje. Przykładowo czterech kardynałów wyraziło swoje dubia odnośnie do Amoris lætitia. Ich czyn został przez wielu zauważony i powitany jako początek akcji, która przyniesie trwałe skutki – a jednak milczenie Watykanu pozostawiło tę krytykę bez odpowiedzi. W międzyczasie dwóch ze wspomnianych kardynałów zmarło, zaś papież Franciszek przeszedł do kolejnych projektów reformy, o których przed chwilą rozmawialiśmy. W ten sposób uwaga [zainteresowanych] została skierowana na nowe tematy, siłą rzeczy pozostawiając bitwę o Amoris lætitia na drugim planie, jakby zapomnianą, a treść tej ekshortacji najwyraźniej została de facto przyjęta.

Aby zrozumieć milczenie papieża nie możemy zapominać, że Kościół wywodzący się z soboru jest pluralistyczny. To Kościół, który nie opiera się już na wiecznej i objawionej prawdzie, nauczanej odgórnie przez autorytet. Mamy do czynienia z Kościołem, który „wsłuchuje się”, a zatem słucha głosów, które mogą się od siebie różnić. Dla porównania: w ustroju demokratycznym zawsze jest miejsce, przynajmniej pozornie, dla opozycji. Należy ona w pewnym sensie do systemu, ponieważ pokazuje, że można dyskutować, posiadać odmienną opinię, że jest miejsce dla wszystkich. Coś takiego może oczywiście wspierać dialog demokratyczny, ale nie przywróci panowania absolutnej i powszechnej prawdy oraz odwiecznego prawa moralnego. Zatem błąd może być swobodnie głoszony obok rzeczywistej, ale strukturalnie nieskutecznej opozycji, niezdolnej do zastąpienia błędu prawdą. Należy więc w ogóle zerwać z systemem pluralistycznym, a źródłem tego systemu jest II Sobór Watykański.

Co zdaniem Księdza powinni uczynić ci duchowni oraz wierni świeccy, którym zależy na przyszłości Kościoła?

Po pierwsze, powinni mieć świadomość [problemu] oraz odwagę, by uznać, że istnieje ciągłość między nauką soboru i papieży epoki posoborowej a obecnym pontyfikatem. Cytowanie na przykład magisterium „świętego” Jana Pawła II w celu przeciwstawienia go nowinkom papieża Franciszka jest bardzo złym pomysłem, z góry skazanym na porażkę. Dobry lekarz nie może się zadowolić nałożeniem na ranę kilku szwów, zanim jej gruntownie nie oczyści. Nie gardzimy tymi wysiłkami, ale sama miłość bliźniego zobowiązuje nas do jasnego wskazania, gdzie leży źródło problemów.

Podając konkretny przykład tej wewnętrznej sprzeczności wystarczy przywołać osobę kardynała Müllera. Jest on obecnie, spośród różnych innych postaci, najbardziej zaciekłym krytykiem Amoris lætitia, instrumentum laboris i projektu reformy Kurii. Używa bardzo mocnych określeń; mówi nawet o „zerwaniu z Tradycją”. A przecież ten kardynał, który znajduje obecnie dość siły, aby publicznie piętnować owe błędy, jest tym samym, który chciał zmusić Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X – w jedności ze swymi poprzednikami i następcami w Kongregacji Nauki Wiary – do zaakceptowania całego soboru i posoborowego Magisterium! Abstrahując od sprawy Bractwa i jego stanowiska, krytyka wyrażana przez kard. Müllera, która skupia się na objawach nie doszukując się ich przyczyn, jest wysoce szkodliwa i nielogiczna.

Miłosierdzie „przekazywania tego, co się otrzymało”

Często zarzuca się Bractwu, że potrafi jedynie krytykować. Co proponuje ono pozytywnego?

Bractwo nie krytykuje w sposób systematyczny czy a priori. Nie jest ono zawodowym mizantropem. Cieszy się ono swobodą wypowiedzi, która pozwala mu mówić otwarcie, bez obawy, że straci korzyści, których nie posiada… Wolność ta jest w obecnych czasach niezbędna.

Przede wszystkim Bractwo żywi miłość do Kościoła i do dusz. Obecny kryzys nie jest tylko kryzysem doktrynalnym. Kolejne seminaria są zamykane, kościoły pustoszeją, dramatycznie spada uczestnictwo w życiu sakramentalnym. Nie możemy wobec tego stać z założonymi rękoma i mówić sobie: „Wszystko to dowodzi, że Tradycja ma rację!”. Tradycja ma obowiązek przychodzenia z pomocą duszom przy pomocy środków, których jej udziela Boża Opatrzność. Nie jesteśmy motywowani pyszną dumą, lecz ponaglani miłością, która pragnie „przekazać to, cośmy otrzymali” (por. 1 Kor 15, 3). Oto, co pragniemy pokornie czynić poprzez nasz codzienny apostolat – jednak jest on nieodłączny od piętnowania zła, które trapi Kościół. Tylko w ten sposób możemy choćby częściowo uchronić trzodę porzuconą i rozproszoną przez złych pasterzy.

Czego Bractwo oczekuje od duchownych i świeckich, którzy zaczynają jasno postrzegać obecną sytuację? Co robić, aby ich postawa zaowocowała pozytywnie i skutecznie?

Muszą oni mieć odwagę uznać, że nawet odpowiednie stanowisko doktrynalne nie wystarczy, jeśli nie będzie mu towarzyszyć życie duszpasterskie, duchowe i liturgiczne spójne z zasadami, których chce się bronić, ponieważ sobór zapoczątkował nowy nurt życia chrześcijańskiego, spójny z jego nową doktryną.

Jeśli już się przyzna wszystkie prawa prawdziwej nauce katolickiej, trzeba podjąć autentyczne życie katolickie spójne z tym, co się wyznaje. Bez tego taka czy inna deklaracja pozostanie jedynie wydarzeniem medialnym, pamiętanym przez kilka miesięcy, a może tylko parę tygodni… Mówiąc konkretnie, trzeba przylgnąć wyłącznie do Mszy św. trydenckiej i przyjąć wszystko to, co się z tym krokiem wiąże; trzeba przylgnąć do Mszy katolickiej i wyciągnąć z tego wszystkie konsekwencje; trzeba przylgnąć do Mszy nieekumenicznej, Mszy wszech czasów i z tej Mszy czerpać łaski potrzebne do odnowienia życia świeckich wiernych, zakonów, seminariów, a zwłaszcza do odrodzenia się ideału kapłaństwa katolickiego. Nie chodzi o przywrócenie Mszy trydenckiej dlatego, że jest ona teoretycznie najlepszą opcją. Chodzi o jej powszechne przywrócenie, życie nią i obronę jej aż do męczeństwa, ponieważ jedynie Krzyż Pana Jezusa może wyprowadzić Kościół z katastrofalnej sytuacji, w której się znalazł.

Portæ inferi non prævalebunt adversus eam!

„Bramy piekielne nie przemogą go!”

Menzingen, 12 września 2019 r., w święto Najświętszego Imienia Maryi

Od liberalizmu do personalizmu, detronizacja Chrystusa Króla – Ks. John Jenkins FSSPX

Szanowni Państwo, drodzy Wierni,

W roku obecnym obchodzimy ważną rocznicę, pięćdziesięciolecie zakończenia II Soboru Watykańskiego. Wszystkie rocznice są okazją do refleksji nad znaczeniem pewnych wydarzeń, nad ich wypływem oraz skutkami, jakie wywarły. Podczas niniejszej konferencji chciałbym powiedzieć pokrótce o jednym z doktrynalnych fundamentów Vaticanum II, czy nawet idei przewodniej promulgowanych przez niego dokumentów. Aby właściwie zrozumieć sobór, musimy przede wszystkim poznać fundamentalne doktryny, które stanowiły dla niego inspirację oraz siłę napędową.

Nie od rzeczy będzie przypomnienie w tym miejscu, że około czterdzieści lat przed soborem, w roku 1925, promulgowana została encyklika Quas primas – O społecznym panowaniu Chrystusa, potwierdzająca to, co powiedział św. Paweł w Liście do Koryntian (1Kor 15,25): „Trzeba bowiem, żeby królował”. Zaledwie dwadzieścia lat przed soborem, Pius XII raz jeszcze powtórzył tę doktrynę, stwierdzając: „Ratunek i zbawienie dla współczesnego człowieka znajduje się tylko w czci dla Chrystusa jako Króla, w uznaniu uprawnień wynikających z władzy, jaką On sprawuje, oraz w doprowadzeniu do powrotu poszczególnych ludzi i całej ludzkiej społeczności do chrześcijańskiego prawa prawdy i miłości” (Summi pontifucatus, 1939). Leon XIII w swej encyklice Diuturnum illud podkreślał, że „spokój i pomyślność trwały dopóty, dopóki pomiędzy władzą duchowną a świecką panowała zgodna przyjaźń”. Od samych początków chrześcijaństwa, od chrztu Konstantyna aż po czasy poprzedzające II Sobór Watykański, papieże zawsze pracowali na rzecz społecznego panowania naszego Pana Jezusa Chrystusa, którego najpełniejszym wyrazem jest publiczne uznanie prawdziwości wiary katolickiej.

Po soborze jednak jesteśmy świadkami nie tylko dramatycznej zmiany, nie tylko pewnych trudności w głoszeniu praw Boga i Kościoła – które w całej historii napotykało na rozmaite przeciwności – na naszych oczach dokonuje się całkowity zwrot. Podczas, gdy do tej pory papieże potępiali tak zwane „prawa człowieka” jako poroniony płód rewolucji, obecnie jesteśmy świadkami, jak samo papiestwo stało się narzędziem propagandy głoszącej idee masońskiej rewolucji francuskiej. Podczas, gdy uprzednio papieże zawsze walczyli o wiarę chrześcijańską, która ukształtowała katolicką Europę, obecnie angażują oni swój autorytet w promowanie utopijnej wizji Europy, która odmawia uznania praw Kościoła.

Co więcej, Stolica Apostolska sama domaga się zaprzestania uznawania katolicyzmu za jedyną prawdziwą religię. W konsekwencji tak zwanych „reform” Vaticanum II katolicki kanton Valais w Szwajcarii usunął ze swej konstytucji wszelkie wzmianki o religii katolickiej – a uczynił to w wyniku nacisków ze strony nuncjusza papieskiego w Berne. Podobnie Kolumbia, reformując w roku 1991 swa konstytucję, usunęła z niej zapis uznający katolicyzm za jedyną prawdziwą religię – znów na naleganie ze strony Watykanu, wbrew woli narodu oraz rządu. Włochy, kraj, w którym znajduje się sam Rzym, zniosły przywileje Kościoła w roku 1984, również wskutek nacisków ze strony Watykanu, w imię Dignitatis humanae.

W trakcie minionych pięćdziesięciu lat byliśmy świadkami nie tylko detronizacji Chrystusa Pana w konstytucjach państw do tej pory katolickich, ale nawet detronizacji samego papieża. 13 listopada 1964 roku Paweł VI zdjął papieską tiarę, symbol duchowej i świeckiej władzy papieża, której historia sięga co najmniej VII wieku. Od tego czasu żaden inny papież nie założył jej już, co ma symboliczne znaczenie dla nowego rozumienia władzy i godności.

Owe minionych pięćdziesiąt lat były świadkami głębokich zmian nie tylko w liturgii i Mszy, ale nawet w najbardziej fundamentalnych instytucjach Kościoła – nawet w sakramencie małżeństwa, tak niezbędnym dla budowania społeczeństwa chrześcijańskiego. Reforma Kodeksu Prawa Kanonicznego w roku 1983 wprowadziła nowe zasady, prowadzące do całkowicie nowego rozumienia małżeństwa, a katastrofalny rezultat, jaki miało to dla życia Kościoła, widoczny jest dla każdego. W roku 1968, wkrótce po zakończeniu obrad soboru, Kościół katolicki w Stanach Zjednoczonych ogłosił 450 dekretów stwierdzających nieważność małżeństwa – w większości przypadków w sprawach dotyczących konwertytów – podczas gdy w roku 1997 dekretów takich ogłoszono już 73 tysiące – i dotyczyły one w większości zadeklarowanych katolików.

Kiedy patrzy się głębię i rozmiar zmian w wewnętrznym życiu Kościoła, a zwłaszcza w relacjach Kościoła ze światem, nasuwa się w sposób naturalny pytanie: skąd pochodziła inspiracja do tych zmian? Reforma prawa kanonicznego, która doprowadziła do nowego pojmowania małżeństwa oraz laicyzacja państw niegdyś katolickich wywodzą się z jednej wspólnej zasady, wspólnego błędu, który zatruł umysły duchowieństwa – a doktryna ta nosi nazwę personalizmu.

Doktryna personalizmu

Personalizm, jak na to wskazuje sama nazwa, jest systemem filozoficznym, stawiającym człowieka w centrum wszelkich filozoficznych rozważań. Personalizm upatruje najwyższą rzeczywistość i wartość w osobie, która nadaje znaczenie całej rzeczywistości i stanowi jej najwyższą wartość. Tak więc termin personalizm może być w sposób uprawniony odnoszony do szerokiego zakresu szkół filozoficznych. Z historycznego punktu widzenia jest to raczej kierunek reakcyjny, będący opozycją wobec ekstremalnych form totalitaryzmu, którego świadkiem było minione stulecie, czyli komunizmu i faszyzmu. Jako taki jest on często mglistym i eklektycznym nurtem, który nie posiada prawdziwie uniwersalnego punktu odniesienia, a ze względu na podkreślanie przed personalistów podmiotowości osoby i związków z fenomenologią oraz egzystencjalizmem, niektóre główne nurty personalizmu wymykają się jakiejkolwiek klasyfikacji.

Zwłaszcza jeden filozof personalistyczny wywarł szczególnie przemożny wpływ na II Sobór Watykański. Sam Paweł VI, papież który promulgował i wdrażał w życie dokumenty soborowe, nazywał go swym „mistrzem intelektualnym”. Był on również jednym z autorów tekstu Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, a także bliskim przyjacielem Saula Alinsky’ego, znanego agitatora z Chicago. Człowiekiem tym był Jacques Maritain, autor książki Humanizm integralny, która wywarła ogromny wpływ na samego Pawła VI oraz autorów dokumentów soborowych. Jego wpływ dostrzec można w całości tekstów Vaticanum II, nawet w takich szczegółach jak naiwna koncepcja postępu rodzaju ludzkiego.

W hołdzie dla jego wpływu Paweł VI poświęcił Maritainowi swą mowę wygłoszoną na zamknięcie soboru, „Orędzie do ludzi myśli i nauki”.

By zrozumieć błędy Maritaina i powód, dla którego jego utopijna wizja nowego chrześcijaństwa stała się wizją Vaticanum II, musimy powiedzieć nieco więcej o jego życiu i postaciach, które wywarły wpływ na jego poglądy. Później chciałbym pokazać, w jaki sposób ów konkretny nurt personalizmu stał się motorem zmian w doktrynie, a nawet w jaki sposób dzięki niemu rewolucja francuska wkroczyła do Kościoła.

Życie Maritaina

Jacques Maritain urodził się w roku 1882 w Paryżu, jako syn wybitnego prawnika, którego matka Genevieve Favre była córką jednego z architektów III Republiki. Urodził się poza Kościołem i dorastał w liberalnym, protestanckim środowisku. Podczas studiów na Sorbonie spotkał swą przyszłą żonę, Raissę, żydowską emigrantkę z Rosji. Jako studenci odczuwali oboje głód prawdy, jednak francuski scjentyzm tego czasu nie oferował im odpowiedzi na najbardziej fundamentalne pytania. Pewne wyobrażenie o poczuciu bezsensu, jakie przepełniało wówczas jego samego i jego przyszłą żonę dać nam może fakt, że oboje ślubowali popełnić samobójstwo, jeśli nie będą potrafili znaleźć sensu życia pełniejszego niż ten, jaki oferował im empiryzm.

Opatrznościowo Maritain poznał wówczas francuskiego pisarza Charlesa Peguy i pod jego wpływem zaczął uczęszczać na wykłady Henri Bergsona. Filozofia Bergsona wywarła na niego wielki wpływ, zwłaszcza idee siły witalnej, ewolucji ku doskonałości i podkreślanie znaczenia osoby. Później, pod wpływem katolickiego pisarza Leona Bloya, Maritain nawrócił się i w roku 1906 stał się członkiem Kościoła katolickiego. Zarówno on sam jak i jego żona pozostawali pod silnym wpływem filozofii św. Tomasza z Akwinu.

Bezpośrednio po konwersji Maritaina i jego żonę słusznie zaliczyć można było do jednych z najgorliwszych obrońców Kościoła. W pierwszych dwudziestu latach po nawróceniu bronił on żarliwie „filozofii wieczystej”, podobnie jak to czynili jego koledzy-filozofowie i zarazem przyjaciele: ks. Clerrisac i ks. Reginald Garrigou-Lagrange. Interesował się również zagadnieniami politycznymi, związując z Akcją Francuską, ruchem, który choć w sposób niedoskonały, dążył do przywrócenia monarchii i uzdrowienia życia publicznego we Francji.

W roku 1926 miało jednak miejsce tragiczne wydarzenie, które przeobraziło Maritaina z krzyżowca walczącego z ateistycznym światem współczesnym w zwolennika ideałów masońskich. W grudniu 1926 roku, wskutek kalumnii i podszeptów ze strony ludzi, którzy pragnęli zawrzeć nieroztropny pokój z Republiką Francuską, papież Pius XI potępił Action Francaise. Wydarzenie to zmieniło autora znakomitej książki „Trzej reformatorzy” w reformatora właśnie, reformatora Kościoła, dążącego do zaszczepienia mu masońskich idei Republiki Francuskiej.

Ponieważ nie mamy w tej chwili czasu, by przedstawiać w sposób szczegółowy całą ewolucję myśli Maritaina, przyjrzymy się głównym jego błędom, stanowiącym zasadniczą przesłankę dla jego usiłowań pogodzenia Kościoła ze światem współczesnym.

Błędy Maritaina

Fundamentalne błędy Maritaina znaleźć można w jego książce „Humanizm integralny”, opublikowanej we Francji w roku 1936, a wkrótce przetłumaczonej również na inne języki. W książce tej Maritain rozpoczyna refleksje nad idealnym państwem chrześcijańskim, poddając krytyce zwłaszcza to, co przez długi czas traktowane było jako uosobienie ładu chrześcijańskiego, tj. Święte Cesarstwo Rzymskie. Posunął się nawet do przedstawienia nowego ideału, nowego chrześcijaństwa i nowego ładu chrześcijańskiego, którego urzeczywistnianie napotykało do tej pory na tak wielkie trudności. Wedle swych własnych słów, pragnął:

„(…) nowego chrześcijaństwa, odpowiadającego dzisiejszemu systemowi politycznemu] czy postępowi cywilizacji, którego siłą życiową będzie chrześcijanin i który odpowiadać będzie historycznemu klimatowi epoki, na której progu żyjemy” (Humanizm integralny, wyd. ang., s. 126.

Aby zbudować filozoficzne i teologiczne podstawy tego nowego ładu, Maritain wprowadza fundamentalne rozróżnienie, pochodzące według niego od św. Tomasza, które jednak według niego nigdy nie zostało zrozumiane. W dalszej części tej konferencji wykażemy fałszywość tego twierdzenia.

Maritain twierdzi, że istnieje fundamentalna różnica pomiędzy tym, co nazywamy jednostką, a tym co nazywamy osobą. Dla Maritaina państwo nie ma władzy nad osobami, ale jedynie nad jednostkami, a to ze względu na doczesny cel swej władzy. Jako jednostka istota ludzka jest członkiem państwa, jednak jako osoba przekracza porządek naturalny, jest więc w istocie od państwa niezależna. To właśnie owo rozróżnienie stanowi fundament tego, co zwane jest w dzisiejszym Kościele personalizmem, opiera się on na twierdzeniu, że osoba jest czymś transcendentnym, przekraczającym jednostkę, czy też raczej tym, co nadaje istocie ludzkiej jej autonomię, doskonałość i godność.

Maritain utrzymuje, że dwa sprzeczne ze sobą błędy jego wieku, komunizm i faszyzm, ignorują to rozróżnienie – a stąd prowadzą do totalitaryzmu, w którym państwo stara się rozciągnąć kontrolę nad osobami, a nie tylko jednostkami. Kiedy państwo usiłuje narzucić swój wpływ, a zwłaszcza gdy stara się zmusić osoby do działania wbrew ich wolnej woli – a nawet kierować je ku zbawieniu – staje się wówczas nieludzkie, bezosobowe i totalitarne.

Dlatego też dla Maritaina tak zwany „ład uświęcający”, w którym namaszczony władca miał pomagać ludziom na ich drodze do zbawienia, uznać należy obecnie za całkowicie przestarzały i anachroniczny – musi on więc zostać wyrzucony na śmietnik historii jako smutny relikt przeszłości. W ten sposób Maritain degraduje minionych piętnaście wieków chrześcijaństwa do rangi niedojrzałego tworu, będącego skutkiem niezrozumienia fundamentalnej natury osoby ludzkiej. Uznawał ów „ład uświęcający” nie tylko za anachronizm, ale nawet za „niebezpieczną pokusę” dla katolików – zwłaszcza dla walczących z komunistami katolików hiszpańskich. Do katolików pragnących uczestniczyć w narodzinach tej nowej świeckiej liberalnej epoki, pisał:

„Chrześcijańska Europa musi uwolnić się od wyobrażeń i fantazji o Sacrum Imperium, które było w przeszłości skutecznym i koniecznym etapem w rozwoju historii, obecnie jednak jest stało się jedynie fantazją, która mogłaby posłużyć jedynie temu, by prawda po raz kolejny służyła kłamstwu, maskowaniu pozorami chrześcijaństwa form doczesnego reżimu, stała się ona bowiem obca duchowi chrześcijańskiemu” (ibid. 203-204).

Maritain pisał to w roku 1936, kiedy świat znajdował się na krawędzi katastrofy II wojny światowej. A jednak, podobnie jak heretycy schyłku średniowiecza, prorokował że nadejście „historycznej katastrofy o zasięgu światowym” poprzedzi świetlaną Trzecią Erę, czy też według jego własnych słów „nową epokę”, nowe panowanie Ducha, będące koniecznym warunkiem dla zapanowania na ziemi integralnego humanizmu. Oczekiwał więc „nowej Pięćdziesiątnicy”, która otworzy świat na nowy humanizm integralny i nowe chrześcijaństwo.

Maritain odrzucał nie tylko sankcjonowanie systemu politycznego przez Kościół, ale również wszelkie roszczenia, jakie Chrystus czy Jego Kościół mógłby mieć do społeczności ludzkiej. Pisał o „faktycznej emancypacji porządku publicznego spod kurateli hierarchii kościelnej, jako o koniecznym etapie rozwoju historycznego”.

Dlatego też dla Maritaina, by człowiek stał się prawdziwie człowiekiem, by był nim w sposób integralny, Kościół musi być oddzielony od państwa, a Chrystus nie może panować w społeczeństwie, ponieważ nakłada to ograniczenia na osoby, państwo zaś może sprawować swą władzę jedynie względem jednostek. Chrystus musi zostać zdetronizowany, ponieważ Jego władza odnosi się nie do jednostek, ale do osób.

Błędy Maritaina w dokumentach soborowych

Nawet przy pobieżnej lekturze tekstów Vaticanum II nie sposób nie dostrzec zbieżności idei głoszonych przez Maritaina z zasadami wyrażanymi przez dokumenty takie jak Gaudium et spes. Rozpoczyna ona nawet swe rozważania nad misją Kościoła wizją zapożyczoną od Maritaina, mówiąc o nowym etapie w historii ludzkości, który musi znaleźć odzwierciedlenie w rozwoju religijnym. Cytując sam sobór:

„Dziś rodzaj ludzki przeżywa nowy okres swojej historii, w którym głębokie i szybkie przemiany rozprzestrzeniają się stopniowo na cały świat. Wywołane inteligencją człowieka i jego twórczymi zabiegami, oddziaływają ze swej strony na samego człowieka, na jego sądy i pragnienia indywidualne i zbiorowe, na jego sposób myślenia i działania zarówno w odniesieniu do rzeczy, jak i do ludzi. Tak więc możemy już mówić o prawdziwej przemianie społecznej i kulturalnej, która wywiera swój wpływ również na życie religijne”. (GS, 4)

Wpływ Maritaina odczuwalny jest nawet obecnie, zwłaszcza w krytyce dawnego miejsca Kościoła w społeczeństwie. Koncepcję zaczerpniętą od Maritaina, wedle której Kościół w jakiś sposób zatracił swą prawdziwą misję i swe prawdziwe miejsce w świecie, odnaleźć można również w słowach, jakie wypowiedział Benedykt XVI w mowie do Kurii kilka tygodni po rozpoczęciu swego pontyfikatu:

„II Sobór Waty­kański, uznając i przyjmu­jąc za własną w deklaracji o wolności religijnej Digni­tatis humanae podstawową za­sadę współczesnego państwa, wydobył w ten sposób na światło dzienne najgłębsze dzie­dzictwo Kościoła”.

Podobnie jak w przypadku Maritaina, papież stwierdza tu, że od czasów Konstantyna Kościół w jakiś sposób błądził, czy też utracił swe dziedzictwo, które odkryć na nowo musiał dopiero II Sobór Watykański. Zgodnie z tą linią rozumowania dziedzictwo Kościoła uosabia obecnie współczesne państwo ateistyczne. Jak za chwilę zobaczymy, konsekwencje tych idei doprowadziły Maritaina do końcowego wniosku, że ideały wolności, równości i braterstwa, idee masonerii i rewolucji francuskiej, są w istocie bardziej chrześcijańskie niż koncepcja państwa katolickiego.

Podobnie jak XVI-wieczni protestanci, którzy odrzucali Tradycję Kościoła tam, gdzie sprzeczna była ona z ich doktrynami i naukami, tak też nowe chrześcijaństwo, modernistyczna wizja Kościoła, odrzuca Tradycję w jej wymiarze praktycznym. Odrzuca tradycyjną wizję Kościoła i nauczanie o jego miejscu w społeczeństwie, jako uświęciciela i źródło inspiracji dla społeczeństwa świeckiego. Stąd też, podobnie jak protestanci odrzucali religijne praktyki Kościoła, tak też personaliści pozostający pod wpływem Maritaina odczuwają konieczność usuwania wszelkich pozostałości po byłych przywilejach, jakimi cieszył się Kościół w społeczeństwie. Podobnie jak rewolucja protestancka niszczyła posągi, ołtarze i obrazy, które przypominały o prawdach doktryny katolickiej, tak też nowe chrześcijaństwo musi usuwać wszelkie pozostałości po średniowiecznym ładzie społecznym, jako pamiątki po Sacrum Imperium.

To właśnie te idee doprowadziły nie tylko do krytyki samej koncepcji państwa wyznaniowego, ale nawet do sformułowania tezy, że aby być chrześcijańskim, państwo nie powinno wyznawać żadnej religii.

Błędy personalizmu odnośnie sakramentu małżeństwa

Jan Paweł II nazywał nowy Kodeks Prawa Kanonicznego, promulgowany w roku 1983 „ostatnim dokumentem II Soboru Watykańskiego” rozumiejąc przez to, że reformował on prawa Kościoła w duchu Vaticanum II. Wpływ personalizmu na nowy Kodeks jest powszechnie uznawany przez wszystkich współczesnych kanonistów. Cytując msgr Cornac Burke’a, sędziego Roty Rzymskiej (najwyższego sądu Kościoła):

„Wpływ idei personalistycznych widoczny jest zwłaszcza w Kodeksie Prawa Kanonicznego promulgowanym w roku 1983. W rozdziale dotyczącym małżeństwa, już pierwszy kanon, odnoszący się do natury i celu małżeństwa, stwierdza: «Małżeńskie przymierze, przez które mężczyzna i kobieta tworzą ze sobą wspólnotę całego życia, skierowaną ze swej natury do dobra małżonków oraz zrodzenia i wychowania potomstwa, zostało między ochrzczonymi podniesione przez Chrystusa Pana do godności sakramentu»” (1055).

Należy tu zauważyć, że ta definicja małżeństwa zawiera poważne błędy. Po pierwsze stwierdza ona, że małżeństwo jest ze swej natury ukierunkowane na dobro małżonków, jako na cel zasadniczy, zaś prokreacja i wychowanie potomstwa wspominane są na drugim miejscu. Jednak natura ludzka nie jest skonstruowana w taki sposób. Powodem, dla którego mężczyzna i kobieta łączą się w małżeństwie jest przede wszystkim dobro całego rodzaju ludzkiego, czyli potomstwo. Dobro małżonków jest raczej środkiem do tego celu – gdyż, jak możecie sobie wyobrazić, trudno jest wychowywać dzieci, gdy obie strony nie udzielają sobie wzajemnego wsparcia.

Św. Tomasz stwierdza, że sama różnica między płciami, tj. ich różne miejsce w małżeństwie, wynika z faktu biologicznego, z tego, że tylko kobieta zdolna jest zrodzić dzieci. Tak więc z samej natury rzeczy wspólnota małżeńska jest nie tylko rzeczą dobrą, ale wręcz konieczną dla rodzaju ludzkiego jako całości. Błędem jest więc twierdzić, że małżeństwo jest – jak chcą personaliści – „spełnianiem się przez dar z siebie samego” [można by tu dodać, że wielu ludzi, którzy nigdy nie byli w związku małżeńskim, nie tylko osiągnęło „samospełnienie” ale nawet zbawienie swych dusz]. Wzajemna pomoc, jaką zapewnia małżeństwo, nie jest celem samym w sobie, podobnie jak nie jest ona celem samym w sobie w jakimkolwiek innym przypadku – z samej definicji pomoc służyć musi osiągnięciu jakiegoś innego celu, jest więc jedynie środkiem. Małżeństwo jest ze swej definicji społecznością – i jak każda społeczność istnieje nie dla siebie samego, ale dla realizacji jakichś celów.

Zakładając – posługując się językiem personalistów – że „człowiek odnajduje się najpełniej poprzez dar z samego siebie”, można by zadać pytanie, ilu małżonków jest w stanie złożyć w całości samego siebie w darze w dniu ślubu. W przeważającej większości nowożeńcy są całkowicie nieświadomi tego wszystkiego, co pociąga za sobą małżeństwo. Małżeństwo jest w rzeczywistości dla większości ludzi wielką przygodą, pełną wszelkiego rodzaju nieprzewidywalnych sytuacji, przygodą która może zostać zwieńczona sukcesem jedynie poprzez życie ukierunkowane na jego cel, czyli dobro rodziny oraz dzieci. Tylko wówczas, gdy małżonkowie mają cały czas na względzie wspólne dobro całości – co pociąga za sobą konieczność ofiar z obu stron – małżeństwo może przetrwać dłużej niż pierwszy okres uniesień.

Praktycznymi konsekwencjami personalistycznej definicji małżeństwa jest wzrost liczby dekretów stwierdzających jego nieważność, często pod pretekstem „braku dojrzałości” stron. W rzeczywistości mało kto jest w stanie zrozumieć w pełni, co oznacza „wspólnota całego życia”, by posłużyć się językiem nowego Kodeksu. Często pary kochają się po prostu i w pewien niejasny sposób pragną spędzić resztę życia razem, jak chciała natura. W rzeczywistości to nie „przymierze” ale często naturalny instynkt rządzi pierwszymi latami narzeczeństwa i małżeństwa. Częstokroć dopiero po pojawieniu się dzieci małżonkowie zaczynają naprawdę rozumieć bogactwo życia, jakie wybrali i wzajemną potrzebę pomocy.

Jednak w oparciu o nowy Kodeks Prawa Kanonicznego trybunał kościelny często wydaje dekrety stwierdzające nieważność małżeństwa powołując się na niedojrzałość lub niezdolność do „zawarcia przymierza na całe życie”. Podczas, gdy do tej pory jako rzecz normalną postrzegano, że małżonkowie mogą napotykać na trudności, gdy zaczną rozumieć swe obowiązki i że prawo powinno pomagać im pozostać razem przez wzgląd na dobro dzieci, obecnie prawo posługuje się każdym pretekstem, by zniszczyć małżeństwo. Samo prawo, zgodnie z personalistycznym odwróceniem celów małżeństwa, działa przeciwko wspólnemu dobru małżeństwa, jak również przeciwko samym małżonkom.

Trzeba tu pamiętać, że każdy dekret stwierdzający nieważność małżeństwa nie jest jedynie statystyką, ale duchową tragedią pozostawiającą po sobie wielkie emocjonalne blizny tak u małżonków, jak i u dzieci. Praktycznymi konsekwencjami personalizmu jest więc osłabienie związku, będącego fundamentem społeczeństwa chrześcijańskiego, niewypowiedziane krzywdy wyrządzane samym małżonkom oraz zagrożenie dla katolickiego wychowania dzieci.

Odparcie błędów Maritaina

Uważam, że na miejscu będzie przedstawienie teraz krótkiego odparcia błędów Maritaina, gdyż jak widzieliśmy, reprezentowana przez niego odmiana personalizmu jest prawdziwą duchową trucizną. Mamy czas jedynie na przedstawienie krótkiego ich zarysu, a część z nich jest natury raczej filozoficznej.

Fundamentalna teza Maritaina, którą rozwija on w licznych książkach głosi, że istnieje rzeczywista różnica pomiędzy tym, co rozumiemy jako jednostka, a tym, co rozumiemy jako osoba. Istota ludzka jest zarówno jednostką jak i osobą, podczas gdy zwierzę na przykład jest jedynie jednostką. Według Maritaina to osoba jest podmiotem praw, mogącym zasłużyć na życie wieczne – dlatego właśnie człowiek może zbawić swoją duszę, pies natomiast nie. Stwierdza, że rozróżnienie to znaleźć można u św. Tomasza z Akwinu i w jego myśli politycznej.

Z twierdzeniem tym jest tylko jeden problem. Jest ono po prostu fałszywe, a ponadto nie sposób doszukać się go nigdzie w pismach św. Tomasza. Św. Tomasz podaje w sposób dość jasny definicję osoby, którą zaczerpnął od Boecjusza: „byt jednostkowy o naturze rozumnej”. Co więcej, nie ma rzeczywistej różnicy między indywidualnym człowiekiem a osobą ludzką – jest to po prostu jedna i ta sama rzeczywistość. Istniejemy jako osoby, jesteśmy indywidualnymi istotami ludzkimi oraz osobami przez ten sam akt istnienia. Nie jest tak, że jesteśmy najpierw „jednostkami”, a potem w jakiś sposób stajemy się osobami. Państwo nie składa się z masy jednostek o ludzkiej naturze, ale z osób, z istot ludzkich. Każda istota ludzka jest z definicji osobą. Nawet, gdybyśmy hipotetycznie dopuścili istnienie takiego rozróżnienia, nie istniałoby ono w rzeczywistości.

Co więcej, św. Tomasz, w swym traktacie o Trójcy Świętej podkreśla, że cechą osobowości, wynikającą z tego, że jest ona jednostkowa, jest fakt, że jest ona nieprzekazywalna. Innymi słowy, nie może być ona nadana komu innemu. Osobowość jest jednostkowa, ponieważ nie jest ona czymś, co może być dzielone, jest niejako „odizolowana” od innych, ponieważ jest indywidualna i nieprzekazywalna.

Można by też zauważyć, że gdybyśmy mieli zastosować to maritainowskie rozróżnienie do naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa, musielibyśmy powiedzieć, że Chrystus Pan był dwoma różnymi rzeczywistościami w tym samym czasie: osobą i równocześnie jednostką. Przez jeden akt istnienia Chrystus stawałby się człowiekiem, a następnie przez kolejny – Osobą. Jest to bardzo starożytna herezja, znana pod nazwą nestorianizmu. Nestoriusz, biskup Konstantynopola, który potępiony został podczas soboru w Efezie twierdził, że Najświętsza Maryja Panna nie może być nazywana prawdziwie Matką Boga, ale jedynie Matką Jezusa. Według niego była Ona odpowiedzialna za istnienie indywidualnej natury ludzkiej Jezusa, nie dała jednak życia Osobie Boskiej. Jest to jednak oczywiście błąd. Najświętsza Dziewica zrodziła Osobę, a nie jednostkę. Dała życie Osobie, która jest Synem Bożym.

Nestorianizm był rodzajem wstrząsu wtórnego po herezji ariańskiej i w pewien sposób był z nią spokrewniony. Arianizm doprowadził w IV wieku do całkowitego niemal wyniszczenia Kościoła. Ariusz, pod pretekstem zwiększenia wpływu Kościoła dzięki dostosowaniu Jezusa do pogańskiego Panteonu, doprowadził do całkowitego niemal zaniku wpływu Kościoła na społeczeństwo. Te same owoce przypisać można temu, co moglibyśmy nazwać maritainizmem – systematyczne niszczenie Kościoła od środka i całkowite unicestwienie wpływu Kościoła na społeczeństwo świeckie. Dostosowywanie nowego chrześcijaństwa do zasad masońskiego państwa demokratycznego prowadzi ostatecznie do zniszczenia samego Kościoła.

Chaos dogmatyczny i moralny będący owocem arianizmu bardzo przypomina czasy, w których żyjemy obecnie i jeśli przyjrzymy się przyczynom tego stanu rzeczy, takim jak owo fałszywe rozróżnienie filozoficzne między osobą a jednostką, dostrzec możemy prawdę tkwiącą w powiedzeniu: błędy pojawiają się zawsze, zawsze jednak są to te same błędy.

Rewolucja poprzez Ewangelię

Jedną z konsekwencji tego fałszywego rozróżnienia między osobą a jednostką jest fakt, że całe życie publiczne staje się oderwane od religii, a z kolei religia staje się zmaterializowana. Zgodnie z tą nową wizją osoby są autonomiczne, wolne i nie związane w jakikolwiek sposób, co przypisuje się godności nadawanej im według Ewangelii dzięki wierze. Z drugiej strony społeczeństwo jest zbiorem jednostek, który na przestrzeni historii przybierał rozmaite formy. Podobnie jak moderniści, którzy oddzielali „Chrystusa historii” od „Chrystusa wiary”, nowe chrześcijaństwo rozdzielać będzie historyczne formy Christianitas od współczesnego modelu społeczeństwa i czynić wiarę sprawą prywatną, a nie publiczną. Jednak ponieważ w rzeczywistości osoba i jednostka nie są od siebie różne, osobista godność nadawana przez Chrystusa przypisywana jest każdej jednostce bez wyjątku i rozumiana w czysto materialny sposób.

To właśnie owo materialistyczne i personalistyczne rozumienie Ewangelii toruje drogę całkowicie rewolucyjnemu postrzeganiu chrześcijaństwa. Nowe chrześcijaństwo to nie co innego, jak rewolucja 1789 roku w Kościele katolickim, co przyznał swego czasu kard. Ratzinger, obecny Benedykt XVI:

„Wystarczy nam tutaj zaznaczyć, że tekst gra rolę anty-Syllabusa w takim stopniu, w jakim stanowi próbę oficjalnego pojednania Kościoła ze światem takim, jakim stał się od 1789 roku” (Principles of Catholic Theology, 1987, ss. 381-382).

Wolność

W Piśmie Świętym czytamy miedzy innymi, jak św. Paweł zwraca się do Galatów: „Wy zatem, bracia, powołani zostaliście do wolności” (Gal 5,13). Św. Tomasz wyjaśnia, że stan wolności, o którym mówi Apostoł, jest stanem wiary, wolnością od Starego Prawa, które Żydzi chcieli narzucić konwertytom. Jak jednak wyjaśnia św. Paweł, w Chrystusie „Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: «Abba, Ojcze!»” (Rz 8,15).

Należy zauważyć, że te słowa Apostoła nie miały sensu politycznego w tym sensie, że nie wzywały do emancypacji ludu i niewolników. W innym liście Apostoł stwierdza: „Niewolnicy, bądźcie we wszystkim posłuszni doczesnym panom, nie służąc tylko dla oka”. Wolność ta jest więc raczej wolnością od niewoli grzechu, wolnością czystego sumienia, wolnością Ducha Chrystusowego (2Kor 3,17). Społeczne konsekwencje ewangelicznej wolności są natury pośredniej: jest nią wezwanie wszystkich narodów, wolnych i niewolników, bogatych i ubogich, panów i sług, do wypełniania obowiązków, do praktykowania posłuszeństwa oraz do wzmacniania praw i uprawnionych różnic naturalnych oraz historycznych, jakie istnieją pomiędzy ludźmi. Prawidłowo rozumiane społeczeństwo chrześcijańskie nie niszczy naturalnej hierarchii istniejącej między ludźmi, podobnie jak łaska nie niszczy natury, ale raczej buduje na niej i ją udoskonala.

Jeśli jednak będziemy rozumieli tę wolność w błędnym i materialistycznym sensie, w sensie personalistycznym, będzie ona oznaczała jedynie niezależność, nową świadomość nowych praw i zniesienie wszelkiego podporządkowania jednego człowieka wobec innych – jako sprzecznego z godnością osoby ludzkiej. Władza publiczna byłaby więc tolerowana jedynie w takim zakresie, w jakim byłaby wyrazem ludzkiej godności lub stanowiła w jakiś sposób wyraz ludzkiego consensusu. Jest to wolność rewolucji francuskiej, fundament antychrześcijańskiego społeczeństwa.

A jednak owo fałszywe rozróżnienie wprowadzone przez Maritaina pozwala nam połączyć te dwie rzeczy. Jako osoba, człowiek posiada pewną godność i wolny jest od wszelkiego publicznego przymusu, a jako jednostka stanowi element nowego chrześcijańskiego państwa jedynie o tyle, o ile państwo to uznaje wolność religijną. Według nowego chrześcijaństwa państwo jest chrześcijańskie jedynie wówczas, jeśli gwarantuje wolność religijną.

Równość

Św. Paweł pisał również w Liście do Galatów: „Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie” (Gal 3, 28). Św. Tomasz jasno tłumaczy ten ustęp stwierdzając, że nic nie może przeszkadzać człowiekowi w przyjęciu wiary w Chrystusa i oczyszczeniu z grzechów przez chrzest. Chrześcijaństwo jest religią uniwersalną, nie ograniczającą się do konkretnej rasy, jak to było w przypadku Starego Przymierza.

A jednak św. Paweł nie niszczy w ten sposób naturalnych nierówności istniejących między ludźmi. W rzeczywistości nawet w porządku łaski istnieje pewna hierarchia: „Chwała zaś, cześć i pokój spotka każdego, kto czyni dobrze – najpierw Żyda, a potem Greka” (Rz 2,10). Istnieje naturalna różnica między mężem a żoną, i to do tego stopnia, że ich duchowe obowiązki w sakramencie małżeństwa pozostają różne i nierówne (Ef 5). Podobnie rady, jakie daje Apostoł ojcom i synom, sługom i panom, są różne – w zależności od ich stanu życia. Równość nie jest czymś naturalnym lecz nadprzyrodzonym, polega na równości synów Bożych dzięki łasce. Jednak nawet ta nadprzyrodzona równość posiada stopnie, w zależności od doskonałości miłości, z jaką wykonujemy uczynki zbawienia. Nawet w niebie nie będziemy równi, chwała każdego będzie proporcjonalna do jego wierności łasce. Łaska ta jednak dostępna jest dla wszystkich – na tym właśnie polega równość, jaką daje nam Ewangelia.

Jeśli jednak przyjmujemy, że osoby są równe wobec Boga w sensie materialistycznym i personalistycznym i że zasługują one na życie wieczne przez swe wolne przylgnięcie do wiary, logiczną konsekwencją tego musi być, że aby państwo mogło być uważane za „chrześcijańskie” w nowym sensie tego słowa, musi ono szanować wszelkie wolne przylgnięcie do jakiejkolwiek wiary. Państwo nie może wynosić jednego aktu wiary ponad inny, ale powinno traktować je na równi – unikając dyskryminacji. Dlatego nowe chrześcijaństwo oznacza również nowe państwo chrześcijańskie, w którym Kościół domaga się wolności nie tylko dla siebie, ale dla wszystkich religii, ponieważ wszystkie one są wyrazem dążeń ludzkości do poznania Boga.

Braterstwo

Św. Paweł pisze w swym Liście do Rzymian: „Miłość niech będzie bez obłudy! Miejcie wstręt do złego, podążajcie za dobrem! W miłości braterskiej nawzajem bądźcie życzliwi! W okazywaniu czci jedni drugich wyprzedzajcie!” (Rz 12,10). Św. Tomasz wyjaśnia, że dzięki cnocie miłości kochamy bliźnich tak, jako miłowani jesteśmy przez Boga. Jest to miłość nadprzyrodzona, przekraczająca wszystko (1Kor 13), ponieważ jej źródłem jest sam Bóg. Jednak fakt, że ma ona swe źródło w Bogu, oznacza równocześnie, że szanuje ona ustanowione przez Niego naturalne różnice. Miłość jest cnotą często właśnie dlatego, ze przezwycięża naturalne antypatie wynikające z różnic w kulturze i wykształceniu.

Jednakże nowe chrześcijaństwo, chrześcijaństwo personalistyczne, mówi o powszechnym braterstwie osób podkreślając, że każda istota ludzka jest autonomiczna i wolna. W tym humanistycznym rozumieniu miłość polega na identyfikowaniu się z ubogimi, upodabnianiu się do robotników, angażowaniu się w różne społeczne inicjatywy wedle stale zmieniających się mód kreowanych przez media. Zapomina ono, że choć powinniśmy kochać ubogich, jak nam nakazał sam Chrystus, pewne jest jednak również, że „ubogich zawsze mieć będziecie miedzy sobą” (Mt 26,11). Próby stworzenia nowego chrześcijaństwa, budowanego na fałszywej braterskiej miłości, prowadzą do ignorowania samego celu miłości, jakim jest zjednoczenie z Bogiem.

Konkluzja

Należy zauważyć, że pod przemożnym wpływem Maritaina znajdowali się również intelektualiści będący architektami Unii Europejskiej. Na ironię zakrawa fakt, że większość intelektualistów, którzy stworzyli Unię Europejską, była w istocie katolikami. Pod szczególnie silnym wpływem Maritaina znajdował się Robert Schuman. Istnieje konkretny powód, dla którego Unia jest tak dogłębnie niechrześcijańska – nie jest tak jednak bynajmniej dlatego, że wśród jej założycieli nie było katolików, ale dlatego, że katolicy owi zainfekowani byli ideą nowego chrześcijaństwa, nową wizją Kościoła i społeczeństwa chrześcijańskiego, nową wizją zaszczepioną im przez personalizm Maritaina.

Co ciekawe, nie wszyscy katolicy XX wieku byli tak zauroczeni Maritainem. Wielu krytykowało jego nową wizję chrześcijaństwa. Po drugiej stronie Atlantyku argentyński ksiądz Julio Meinvielle otwarcie potępiał głoszone przez niego tezy. 1 grudnia 1959 roku Etienne Gilson pisał do Antona Pegisa:

„Jacques Maritain uważany jest za heretyka. Dawno już zostałby potępiony – ze względu na [głoszony przez niego] progresiwizm i laicyzm – gdyby nie fakt, że był ambasadorem Francji przy Stolicy Apostolskiej (…) Nigdy nie zostanie potępiony! Jednak progresywizm i laicyzm są heretyckie. Humanizm integralny jest książką niebezpieczną”.

Rzeczywiście, dzięki temu, że Maritain był ambasadorem Francji przy Stolicy Apostolskiej, jego pisma uniknęły jakiejkolwiek oficjalnej krytyki. Jednak jakim kosztem dla Kościoła i całego świata!

Ks. Julio Meinveille w swej książce De Lamennais a Maritain traktuje utopię Maritaina jako kontynuację ideologii Sillonu, potępionego już przez Piusa X. Na miejscu będzie tu przytoczenie fragmentu encykliki Piusa X Notre charge apostolique:

„(…) nie jest możliwe zbudowanie społeczeństwa w inny sposób, niż zbudował je Bóg. Nie jest możliwe zbudowanie społeczeństwa, jeśli Kościół nie położy jego fundamentów i nie będzie kierował jego budową. Cywilizacji nie trzeba już odkrywać, ani budować nowego społeczeństwa w obłokach. Ona była i jest – to cywilizacja chrześcijańska i katolickie społeczeństwo. Chodzi jedynie o ich ustanowienie i nieustanne odnawianie na naturalnych i nadprzyrodzonych podwalinach, przeciwko ciągle odradzającym się atakom szkodliwych utopii, buntów i bezbożności”.

Tak więc, drodzy przyjaciele, dołączmy do naszych modlitw o dobro całego Kościoła również życzenie tego świętego Papieża, by odnowić wszystko w Chrystusie. Dziękuję bardzo za uwagę i zapewniając o moich modlitwach zachęcam wszystkich do pracy na rzecz odbudowy katolickiego ładu społecznego.

Ks. John Jenkins FSSPX

tłum. Scriptor

Za: Scriptorium – z blogosfery Tradycji katolickiej (16/12/2016)

Wzrokiem naturalisty

Z jednej strony słyszymy, że jest tak dobrze, że już dobrzej być nie może, że Umiłowani Przywódcy elastycznym, śmiałym i wesołym krokiem prowadzą Ludzkość ku świetlanej przyszłości, ale z drugiej strony dobiegają niepokojące wieści, a to o globalnym ociepleniu, które nam zagraża, a to o deficycie wody pitnej, który spędza sen z powiek nawet pani Kindze Rusin, a to o kryzysie w jakim – oczywiście tu i ówdzie – pogrąża się współczesny świat, a przynajmniej – niektóre jego części. Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Na to pytanie pada wiele odpowiedzi, które mają jednak tę wadę, że niekiedy bardzo różnią się między sobą. Na przykład pan prof. Erhlich z Pennsylwanii utrzymuje, że to wszystko dlatego, że jest za dużo ludzi, że gdyby tak ludzkość zredukować do najwyżej jednego miliarda, to znowu byłoby dobrze, jak nie przymierzając w Polsce za Gierka. Pan prof. Erhlich uczestniczył nawet w sympozjonie pod tytułem „Przeciw zagładzie” zorganizowanym przez papieską Akademię Nauk. Pomysł, by przeciwdziałać zagładzie przy pomocy zagłady około 6,5 miliarda ludzi jest – owszem – bardzo odważny, ale i on ma pewne słabe punkty. Po pierwsze – od kogo zaczynamy? Przecież nawet na najdłuższej drodze trzeba postawić pierwszy krok, więc odpowiedź na to proste pytanie jest konieczna. Konieczna – ale widocznie nie łatwa, bo nawet pan prof. Erhlich swoją egzystencję musi uważać za konieczną, skoro dożył ponad 80 lat, więc najwyraźniej nie zamierza zaczynać tej redukcji od siebie. Najwyraźniej musi uważać, że poświęcić się dla Ludzkości powinien ktoś inny, ale tym bardziej wraca pytanie: kto, czyli – od kogo zaczynamy zbawienną redukcję? Wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler uważał, że należy rozpocząć ją od Żydów, ale dzisiaj już wiadomo, że to była straszliwa pomyłka. No dobrze, od Żydów zaczynać nie można – ale w takim razie – od kogo? Z kolei pani filozofowa Magdalena Środzina uważa, że przed globalnym ociepleniem i w ogóle – zapaścią klimatyczną – mogą uratować świat muzułmańscy imigranci, którzy – podobnie zresztą jak Żydzi – nie jedzą wieprzowiny, a hodowla świń fatalnie oddziałuje na klimat. Gdyby zatem Polska przyjęła muzułmańskich imigrantów w ilości zalecanej przez Naszą Złotą Panią, to zaraz klimat by się poprawił, a skoro klimat by się poprawił, to ludziom żyłoby się lepiej, ludziom żyłoby się weselej, niczym w Rosji za Stalina. Wymagałoby to oczywiście zholokaustowania świń, ale czegóż się nie robi dla dobra Ludzkości? „Kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku” – zauważył Voltaire. Inni wreszcie uważają, że wszystkiemu winna masoneria, która jakoby pragnęła poprawić świat, ale niezupełnie jej to wychodzi, podobnie jak nie wychodziło to Malapucyuszowi Chałosowi, bohaterowi jednego z opowiadań Stanisława Lema w „Cyberiadzie”. Podobne pragnienia żywią komuniści i ich łagodniejsza odmiana w postaci socjaldemokratów, którzy z kolei uważają, że wszystkiemu winne są narody. Jeśli zlikwidować narody, to na świecie zapanuje pokój, niczym na cmentarzu. Ten pogląd zyskał aprobatę tak zwanych „ojców założycieli” Unii Europejskiej: Jana Monneta i Roberta Schumana, których bezlitośnie demaskuje francuski polityk Filip de Villiers w solidnie udokumentowanej książce „Gdy opadły maski”. Okazuje się, że Jan Monnet był nie tyle może świadomym amerykańskim agentem, co współpracował z amerykańskim wywiadem „bez swojej wiedzy i zgody”, chociaż nie protestował, gdy podstawieni przez agentów tzw. „murzyni” napisali mu jego „Wspomnienia”. Z kolei Robert Schuman był rodzajem oportunistycznego dekownika, co to angażował się w ruch oporu w każdej zakrystii – oczywiście w przerwach między posiłkami i modlitwami – dzięki czemu może nawet dostąpić zaszczytu wyniesienia na ołtarze w charakterze politycznie poprawnego świątka. W tej sytuacji tylko patrzeć, jak na ołtarze zostanie wyniesiony Lech Wałęsa, ale mniejsza o to, bo ważniejsze jest, że przez Europę i Północną Amerykę przewala się komunistyczna rewolucja, której celem, a właściwie – jednym z celów – jest przekształcenie historycznych europejskich narodów w tak zwany „nawóz historii”, Oczywiście narodów europejskich, bo lewantyńskich – już nie, a zwłaszcza – narodu żydowskiego. Jak widzimy – nie jest łatwo naprawić świat i pewnie dlatego, chociaż oczywiście jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej – ale jednocześnie świat nękany jest kryzysami. Ponieważ po II Soborze Watykańskim Kościół zapragnął dotrzymać kroku światu, to nic dziwnego, że kryzys dotknął również jego.

Zamiast życia wiecznego – życie długie

Jedną, chyba nawet najważniejszą przyczyną tego kryzysu jest postępujący zanik potrzeby życia wiecznego wśród społeczności europejskich i północnoamerykańskich, zwłaszcza wśród warstw aspirujących do bycia „wyższymi”. Zamiast życia wiecznego, ludzie ci pragną życia długiego, a naprzeciw temu pragnieniu wychodzi medycyna, oferując – na razie jeszcze nieśmiało, ale to tylko skromne początki – części zamienne, pobierane z ludzi zdrowych. Tak pisał o tym Antoni Słonimski w wierszu „Gołąb ostatni”: „Porwały mnie plemiona zdziczałych tubylców, zbrojnych w maczugi światła, strzały laserowe, ponaddźwiękowe dzidy, kobaltowe proce, paraboliczne bębny, flety bioplazmy, wtórujące podskokom sztucznych serc lub krwawych, wydartych z piersi trupów jeszcze nie ostygłych.” Skoro tedy największa wartość, jaką oferowało chrześcijaństwo, w postaci życia wiecznego, została wzgardzona, to nic już nie staje na przeszkodzie, by rozwinął się technologiczny kanibalizm, który wychodzi naprzeciw potrzebie życia długiego.

Ale nie tylko o długość życia chodzi. O ile dawniej – powiedzmy to po chamsku – Kościół sprzedawał nadzieję, to obecnie popyt na ten towar coraz bardziej maleje, a rośnie na życie nie tylko długie, ale i umożliwiające nażarcie się świata. Całego oczywiście zeżreć się nie da, ale trzeba próbować zeżreć jak najwięcej. Naprzeciw tej potrzebie wychodzą cudowne diety i cudowne terapie, które w niezwykłych ilościach oferowane są przez rozmaitych cudownych uzdrowicieli – oczywiście nie za darmo. Ludzie bowiem, którzy utracili wiarę w życie wieczne, w coś jednak potrzebują wierzyć, więc gotowi są uwierzyć we wszystko, nawet w „Wielką Lechię”, nie mówiąc już o cudownych dietach, czy terapiach. Toteż nic dziwnego, że po II Soborze Watykańskim – jak to przenikliwie zauważył Mikołaj Gomez Davila – Kościół utraciwszy nadzieję, że ludzie będą postępować zgodnie z jego nauczaniem, zaczął nauczać tego, co ludzie robią. A co ludzie robią?

Zdrowie i seks

Każdy organizm ma do spełnienia dwa zadania: musi dostarczyć sobie energii, a więc – odżywiać się – oraz musi zapewnić ciągłość gatunku, do którego należy. Stara angielska modlitwa przed jedzeniem brzmiała następująco: „Jedni mają mięso, a nie mogą jeść. Inni go nie mają i cierpią głodu męki. A my mamy mięso i możemy jeść. Niech więc Bogu będą za to dzięki.” Możemy jeść… A kiedy możemy jeść? Wtedy, gdy jesteśmy zdrowi. Toteż zdrowie nie tylko jest warunkiem niezbędnym, by nażreć się świata, ale też jest jedną z dwóch spraw autentycznych. Wiadomo, że każdy może zachorować, podobnie jak wiadomo, że każdy może umrzeć. Zatem choroba i śmierć, w odróżnieniu od innych zdarzeń życiowych, które wcale nie musząc już być autentyczne, zachowują swoją autentyczność. Widać to między innymi w telewizyjnych serialach, które, pod pozorem rozrywki, dostarczają widzom wskazówek jak żyć i co jest ważne. Otóż w każdym serialu jedną ze spraw poważnych, przydających życiu dramatyzmu, jest choroba, nie mówiąc już o śmierci.

Drugą taką sprawą, którą człowiek przeżywa autentycznie, jest seks. Nawet nie miłość, chyba że jest to miłość własna, czyli skrajny egoizm, który w innym człowieku widzi tylko narzędzie dla osiągnięcia własnej przyjemności. Dlatego też, przy pozorach intencji zagwarantowania „dobrostanu”, coraz większą konkietę robi hedonizm, będący pożywką dla rozmaitych zboczeń, z sodomią i gomorią na czele. Tak bywało i dawniej – ale takie postawy były raczej wyjątkowe i ukrywane, podczas gdy obecnie mamy do czynienia z intensywną ich propagandą, a nawet zapowiedziami karania każdej krytycznej wypowiedzi na ich temat. Ten hedonizm pozostaje w oczywistej sprzeczności z krzewionym przez chrześcijaństwo altruizmem, który wymaga poświęcenia własnej wygody, własnej przyjemności, własnego interesu, a nawet własnego życia. Ale socjalizm zawsze nakierowany był na rozbudzanie w ludziach rozmaitych form pożądania, na czele z pożądaniem cudzej własności, które było motorem wszystkich rewolucji. Dlatego ze zdumieniem wypada odnotować uwagę papieża Franciszka, jakoby w dzisiejszych czasach ducha Chrystusowego najlepiej wyrażali komuniści. Ze zdumieniem – bo już na pierwszy rzut oka widać różnicę; Chrystus mówił: daj, podczas gdy komuniści mówią: bierz!

Przemysł rozrywkowy

Spadek zainteresowania życiem wiecznym i wzrost zainteresowania zdrowiem i seksem sprawił, że również w Kościele pojawiła się skłonność do zastępowania wiary rozmaitymi socjotechnikami. Wychodzą one naprzeciw bardzo żywym, zwłaszcza wśród ludzi młodych, skłonnościom do zabawy, czyli tak zwanego „imprezowania”. Warto zwrócić uwagę, że pretekstem do „imprezowania” może być cokolwiek, może być wszystko, a więc zarówno pielgrzymki do miejsc cudownych, jak i festiwale „Jurka Owsiaka”. Nie jest więc wykluczone, że miłośnicy „imprezowania” nie pominą żadnej ku niemu okazji – zarówno pobożnej, jak i bezbożnej. Tymczasem wielu przedstawicieli duchowieństwa to zamiłowanie do imprezowania utożsamia z sukcesem duszpasterskim – bo statystyki dają pozór dla takiego mniemania. Wiąże się to z nadskakiwaniem „młodym”, co robią również eunuchoidalne rządy Europy Zachodniej, a w rezultacie „młodość” z kategorii biologicznej stopniowo awansuje do kategorii etycznej. A młodzi – jak to młodzi; chętnie przyjmują nadskakiwanie, natomiast wymagania – raczej niechętnie. Toteż słusznie Prymas Wyszyński zżymał się, gdy podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski w 1979 roku, publiczność papieża oklaskiwała. Jeśli oklaskują, to mogą też gwizdać – jak to na imprezach.

Pewność, czy rozterka?

Ludzie nawet i dzisiaj oczekują do Kościoła pewności. Tymczasem Kościół sprawia niekiedy wrażenie, jakby sam nie był do końca pewny tego, co głosi. Trudno powiedzieć, czy jest to rezultat rozwijania się w Kościele kultu Świętego Spokoju, czy też forsowanej po II Soborze Watykańskim tak zwanej „kolegialności”, która jest po prostu rodzajem ograniczonej demokracji tyle, że nazwanej eklezjastycznym żargonem. Ale w demokracji, nawet jeśli nazwać ją „kolegialnością”, coraz więcej spraw rozstrzyga się przez głosowanie. Jednak głosowanie nie jest w stanie dostarczyć nikomu informacji o tym, jak jest – a tylko – jakie opinie mieli członkowie głosującego gremium. W rezultacie trudno bez zastrzeżeń przyjmować prawdy ustalane w drodze głosowania, bo każdy zdaje sobie sprawę, że przy innym układzie sił, ustalona prawda mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Do tego dochodzi kult Świętego Spokoju, którego teologia jest prosta, jak budowa cepa: byle tylko nikogo nie urazić. Toteż nic dziwnego, że na tym gruncie pojawiają się takie kwiatki, jak watykański dokument stwierdzający, iż „w przeszłości” zdarzały się niewłaściwe interpretacje Ewangelii w duchu niekorzystnym dla Żydów. Skoro jednak takie niewłaściwe interpretacje zdarzały się „w przeszłości”, to skąd możemy mieć pewność, że obecne są już „właściwe”? Warto przy tym dodać, że interpretowanie Ewangelii jest podstawową funkcją Magisterium Kościoła, którego nauczanie cieszy się walorem nieomylności z uwagi na asystencję Ducha Świętego. Jeśli jednak sama Stolica Apostolska stwierdza, że „w przeszłości” różnie bywało, to takie nauczanie nie dostarcza nikomu pewności, tylko pogłębia rozterki. A ludzie mają dosyć rozterek i bez Kościoła, więc jeśli on też zacznie dostarczać rozterek, to właściwie do czego ma być potrzebny?

Zgodnie z prawem Parkinsona

Jak wiadomo, Parkinson twierdził, że gdy organizacja utworzona dla realizowania jakiegoś celu, nadmiernie się rozrośnie, to po przekroczeniu pewnego progu nie zajmuje się już działalnością zewnętrzną, czyli osiąganiem celów, dla których powstała, tylko koncentruje się na sobie samej. Pewne objawy w Kościele wskazują, że tak może się dziać. Coraz więcej uwagi Kościół poświęca problemom, którymi żyje duchowieństwo, na sprawy celibatu księży, roli kobiet, problemu homoseksualizmu, czy obecnie – pedofilii. Zwracał na to uwagę jeszcze za pierwszej komuny Stefan Kisielewski. Oto – powiadał – żyjemy w ustroju, który milionom ludzi łamie moralne kręgosłupy, zmusza do codziennego zakłamania – a tymczasem „Tygodnik Powszechny” zajmuje się eleganckimi, ale oderwanymi od tej codzienności problemami, jak właśnie – rola kobiet w Kościele, czy celibat księży. Dzisiaj komuna już takiego zakłamania, jak wtedy, od nikogo nie żąda, bo forsowany jest inny rodzaj zakłamania – ale Kościół hierarchiczny, zajęty wpatrywaniem się we własny pępek, przestaje to dostrzegać. W rezultacie mamy potężny kryzys przywództwa, bo duchowieństwo, w coraz większym stopniu zajęte sobą, do żadnego przywództwa nie ma już głowy. Myślę, że ostatnim wielkim przywódcą, który znakomicie sprostał roli, jaką wyznaczył mu Bóg i historia, był Stefan kardynał Wyszyński. To niedobrze.

Stanisław Michalkiewicz

Felieton • Portal Informacyjny „Magna Polonia” (www.magnapolonia.org) • 27 sierpnia 2019

Naród bez (członka i …) głowy.

Polska przez wieki była największym skupiskiem diaspory żydowskiej na świecie. I jak nigdzie indziej uzyskała ona tu największe przywileje i żyła w otoczeniu niezwykle tolerancyjnego i łagodnego narodu. Wyrzuceni z całej Europy Zachodniej znaleźli tu Żydzi swoje miejsce odpoczynku, swoje Polin. Konsekwencje tego, my Polacy, odczuwamy dziś w sposób wyjątkowo bolesny, ale najgorsze jeszcze przed nami. Nie da się napisać historii Polski bez uwzględnienia w niej roli Żydów, co więcej, nie można zrozumieć naszej rzeczywistości, udając, że ich w niej nie ma. Oni są!

Druga wojna światowa była tragedią. Była tragedią dla narodu polskiego i taką była dla narodu żydowskiego. Dla narodu polskiego była to tragedia większa niż dla narodu żydowskiego. Naród polski stracił w niej swoją inteligencję, a właściwie jej zaczątek budowany w okresie II RP. Masy, jako takie, przetrwały, chociaż one też cierpiały i ich danina krwi była większa. W przypadku Żydów było odwrotnie. Inteligencja przetrwała, a masy, w odróżnieniu od polskich, zostały całkowicie unicestwione.

W kategoriach jednostki wartościowanie czyjegoś życia na podstawie przynależności do takiej czy innej warstwy czy klasy społecznej byłoby niemoralne i naganne. Tu chodzi o ludzką godność. W Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych brzmi to tak: We hold these truths to be self-evident: that all men are created equal and endowed by their Creator with certain inalienable rights, that amnog these are life, liberty and the pursuit of happiness. To można przetłumaczyć mniej więcej tak: Te prawdy uważamy za oczywiste: że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi i obdarzeni przez Stwórcę pewnymi niezbywalnymi prawami, wśród których są życie, wolność i dążenie do szczęścia.

Jednak w przypadku narodów jest trochę inaczej. Tak zwane elity odpowiadają za losy danego narodu czy państwa. Jeśli ulegną likwidacji, to ich odbudowa wymaga czasu. Masy odbudowują się już w następnym pokoleniu.

Nie ulega wątpliwości, że elity wywodzą się z mas. Jest to jednak proces długotrwały. One nie powstają z pokolenia na pokolenie. W II RP był już zaczątek tych elit, ale druga wojna światowa przerwała ich odradzanie się. Natomiast elity żydowskie przetrwały wojnę i wzmocnione zasięgiem przybyłym wraz z Armią Czerwoną zdominowały życie PRL-u. Trudno więc zgodzić się z tym, że tzw. plan Balcerowicza był próbą uzdrowienia polskiej gospodarki, raczej był zamiarem jej zlikwidowania i to się udało. To kolejny etap na drodze do tworzenia Judeopolonii.

MSO_1

Krzysztof Baliński w swojej książce „Ministerstwo Spraw Obcych czyli polskie sprawy w cudze ręce?” pisze:

»Po wyborach z 4 czerwca Sachs ponownie udał się do Polski, gdzie dziennikarz „Gazety Wyborczej” Grzegorz Lindenberg zorganizował mu i jego asystentowi Davidowi Liptonowi kolejne spotkania. Sachs tak wspomina: „Kiedy wkrótce po wyborach wróciłem do Polski, młody dynamiczny działacz Grzegorz Lindenberg zorganizował nasze, tj. Liptona i moje, trzy kolejne spotkania z głównymi strategami ruchu «Solidarności»: Bronisławem Geremkiem, Jackiem Kuroniem i Adamem Michnikiem”.

Sachs zobaczył się najpierw z Geremkiem. Oczywiście ten nie miał bladego wyobrażenia o zagadnieniach ekonomicznych. Spotkanie zakończyło się stwierdzeniem Geremka: „Myślę że ma pan rację”. Następnie Sachs udał się do Kuronia. Prof. Witold Kieżun tak opisuje spotkanie w swej książce Patologia Transformacji: „Kuroń palił papierosa za papierosem i od razu wyciągnął butelkę”. Następnie Sachs zaczął mu opowiadać o „niezbędnych” reformach, jakie czekają Polskę. Kuroń oczywiście nic z tego nie zrozumiał, ale co chwila znajdując się w alkoholowo-nikotynowym amoku walił ręką w stół i powtarzał: „Tak , rozumiem”. Ostatecznie podpity Kuroń stwierdził, że brzmi to fascynująco i że trzeba to zapisać. Natychmiast Sachs z razem z Liptonem i Lindenbergiem udali się do siedziby „Wyborczej”. Było około 23:30. Od razu przystąpiono do pospiesznego zapisywania programu transformacji ustrojowej. Kuroń chciał, żeby był gotowy już na następny dzień. Potwierdza to Naomi Klein w Doktrynie szoku: „Sachs i Lipton napisali plan polskiej terapii szokowej w ciągu jednej nocy. Miał piętnaście stron i, jak twierdził Sachs, był to, jak sądzę, pierwszy raz, gdy ktoś napisał całościowy plan przejścia z gospodarki socjalistycznej do wolnego rynku”. Po napisaniu planu, który zostanie nazwany „Planem Balcerowicza”, oboje udali się do Michnika.

Tak więc plan polskiej transformacji ustrojowej napisany przez Sachsa z polecenia Sorosa i jego „zaufanych ludzi” powstał w ciągu jednej nocy na życzenie pijanego Kuronia i w siedzibie „Wyborczej”. Sachs w swojej książce wspomina, że rząd amerykański ostrzegał przywódców „Solidarności”, że on i Soros są groźnymi osobami i że mogą jedynie zaszkodzić polskiej transformacji: „Po wydarzeniach tego dnia wielu ludzi w Waszyngtonie próbowało tłumaczyć nowym polskim władzom, że jestem człowiekiem niebezpiecznym. Co najmniej jeden Polak dobrze notowany w Waszyngtonie radził premierowi, żeby mnie wydalił z Polski, zanim naprawdę zaszkodzę polskim reformom”.

W takim razie kogo reprezentował Soros, jeśli rząd amerykański ostrzegał przed nim Polaków? Czy aby nie organizacje żydowskie? Jasno więc z powyższego wynika, że Balcerowicz był nie tylko wykonawcą planu, przez który straciliśmy setki fabryk i przedsiębiorstw, ale planu transferu polskiego mienia do Nowego Jorku. I że to Soros jest odpowiedzialny za plan transformacji gospodarczej Polski, który Polskę w dalszym ciągu niszczy.«

Polska po rozbiorach i powstaniu listopadowym doświadczyła czegoś, co opisano jako Wielką Emigrację. Po prostu polskie elity wyemigrowały do Paryża. I od tego momentu Polacy stali się narodem bez głowy.

Bernhard Struck w książce „Nie Zachód, nie Wschód; Francja i Polska w oczach niemieckich podróżnych w latach 1750-1850”, Wydawnictwo Neriton, Muzeum Historii Polski, Warszawa 2012, pisze tak:

»Epokę reform w drugiej połowie XVIII w. aż po trzeci rozbiór Polski można w oparciu o pojęcia Bitterliego określić jako okres intensywnych stosunków i wymiany kulturalnej, a nawet jako splot kultur. Podróżni tacy jak Johann Bernoulli, Joachim Schulz, Johann Philipp von Carosi, Therese Hubner i inni utrzymywali kontakty osobiste i naukowe, i opisywali je. Prowadzili dialog z polskimi uczonymi, naukowcami, literatami, politykami, światłymi przedstawicielami szlachty, a w niektórych przypadkach z samym królem. Ich relacje i przekaz wiedzy o Polsce był wkładem w polsko-niemiecki transfer kulturalny. Taka forma stosunków kulturalnych w obrębie europejskiej republiki uczonych nie różniła się w istotny sposób aż do ok. 1800 r., pomijając kilka wyjątków, od sytuacji wielu podróżnych udających się w tym samym czasie do Paryża.

Jednak inaczej niż w przypadku Francji i wielorakich kontaktów niemieckich podróżnych z uczonymi, artystami i politykami w Paryżu, których opisy przewijają się w całym badanym okresie, podobnie jak zresztą i w innych epokach, stosunki kulturalne i dialog niemiecko-polski sukcesywnie zanikały. Ostatni rozbiór Polski i pierwsza fala emigracji polskich elit politycznych i kulturalnych po 1795 r. wpłynęła na zmniejszenie się liczby ewentualnych rozmówców czy partnerów. Ostatecznie stosunki te uległy zerwaniu po fali Wielkiej Emigracji, która nastąpiła po upadku powstania listopadowego. Bez elit towarzyskich i kulturalnych, wystarczy przypomnieć opisywaną ponurą atmosferę w Warszawie po 1830 r., wzajemna wymiana i splot kultur były na poziomie podróżujących, kulturalnych i literackich elit trudne do zrealizowania. Tym samym w odniesieniu do Polski sytuacja wzajemnego dialogu zmieniła się fundamentalnie. Aby posłużyć się językiem kolonialnego dyskursu, po 1831 r. nie rozmawiano już z mieszkańcami odwiedzanego kraju, lecz jedynie relacjonowano o nim samym. Polska – podobnie jak z punktu widzenia kolonizatora – przedstawiana była od zewnątrz, nie będąc już prezentowana z perspektywy kontaktów, jakie mogliby nawiązać zagraniczni goście. Znamienne jest, że ci spośród odwiedzających, którzy posługiwali się w latach 30. i 40. negatywną retoryką wobec Polski i polskiej kultury, nie wspominali w swych relacjach o żadnych partnerach dialogu, społecznych czy naukowych środowiskach w Polsce. Zamiast tego dominował podział na „my” i „oni”, który sprawiał, że w narracji brak było indywidualizacji charakteryzującej opisy sprzed 1800 r. Ten podstawowy wzorzec jednostronnie prowadzonego dyskursu, a zatem hegemonicznego dyskursu kulturalnego i spojrzenia wręcz kolonialnego, można odnieść do kontekstu wewnątrzeuropejskiego, a mianowicie do relacji niemiecko-polskich i relacji podróżniczych o Polsce. Dopiero połączenie narodowego i hegemoniczno-kolonialnego dyskursu umożliwiło, inaczej niż w odniesieniu do Francji, posługiwanie się przez podróżnych od połowy lat 30. negatywną i deprecjonującą retoryką.«

Żydzi szybko dostrzegli tę lukę tj. brak polskich elit. Ale była jeszcze polska szlachta, która ze swoim majątkiem i ziemią mogła stanowić pewną przeszkodę w realizacji ich celów. J.I. Kraszewski, jako redaktor kronenbergowskiej “Gazety Codziennej” miał okazję poznać ich. I opisał to w swojej powieści “Żyd”, której fragment cytuje Teodor Jeske-Choiński w książce „Historia Żydów w Polsce”:

»W powietrzu czuć proch (chodzi o powstanie styczniowe), ale dla nas to nic złego. Naturalnie ofiary będą, ale trzeba się będzie wyślizgiwać, aby nas koła tej wielkiej machiny, druzgocącej wszystko, nie pochwyciły. Ostatecznie jednak dla nas wygrana, ktokolwiek z nich wygra. Albo jeden, albo drugi da nam po skończonej awanturze równouprawnienie. Choćby potrzeba było z naszej strony jakichś ofiar pieniężnych, my się zawsze najmniej zrujnujemy, ocalejemy majątkowo, bo nasze kapitały ukryte dobrze, są mniej dostępne od mienia szlacheckiego, od ziemi, widocznej dla każdego. Byliśmy długo w pogardzie i poniewierce; korzystajmy z okazji. Zamiast bawić się w patriotyzm, asymilację itp. mrzonki, myślmy przede wszystkim o sobie. Chłop polski nas nie lubi, wiemy o tym, ale chłop jest głupi – nie boimy się go. O szlachtę nam głównie idzie. Wmiesza się ona przez sam punkt honoru w awanturę, pójdzie do lasu, na krwawe pola, za co ją rząd ukarze, zniszczy, wytępi, wydusi, wywłaszczy, a wówczas dla nas droga otwarta.

“A wówczas dla nas droga otwarta”… Jaka droga?…

„W każdym narodzie musi się wyrobić – rezonowali dalej bogacze żydowscy – ponad masy jakaś inteligencja i rodzaj arystokracji. My jesteśmy materiałem gotowym, my zawładniemy krajem, a panujemy już przez giełdy i przez wielką część prasy nad polową Europy. Ale naszym właściwym królestwem, naszą stolicą, naszym Jeruzalem będzie Polska. My będziemy jej arystokracją, my tu rządzić będziemy. Kraj ten należy do nas, jest nasz…”

Oto jaką drogę widzieli przed sobą, do jakiego celu dążyli żydowscy asymilatorzy już około r. 1862. Zaledwie zdążyli wyjść z ghetta, zdjąć z siebie chałat, oświecić się po wierzchu, dorobić się wielkiej mamony, a już zachciało się im być inteligencją i arystokracją polską, już nazywali Warszawę swoją Jerozolimą, a ziemię polską swoją własnością. Parobkami, helotami mieli być u nich Polacy. Kultura europejska nie wytrzebiła z ich mózgu megalomanii talmudyzmu. Żydami, wrogami innowierców zostali.«

Kraszewski napisał powieść “Żyd” w1866 roku. Można więc śmiało powiedzieć, że świadomość żydowska po powstaniu styczniowym już dojrzała do podjęcia kroków do stworzenia w Królestwie Polskim Judeopolonii. A może to była pierwsza próba? Marian Miszalski w książce „Ukryta wojna cicha kapitulacja? (Polityka polska wobec żydowskiego rasizmu)” wymienia 5 prób stworzenia Judeopolonii:

-pierwsza, to projekt niemiecko-żydowski z 1914 roku.

-druga, to projekt Grunbauma z 1919 roku, polegający na próbie utworzenia państwa polsko-żydowskiego. Projekt ten poległ w Sejmie Ustawodawczym. Była to próba żydowska.

-trzecia próba, ta karykaturalna z 1945 roku (niesuwerenne państwo żydowsko-polskie w sowieckiej Polsce). Był to pomysł rosyjsko-żydowski.

-czwarta próba, to również próba rosyjsko-żydowska: spisek „okrągłego stołu”. Jaruzelski – eksponent sowieckiej racji stanu, „strona społeczna, to agentura bezpieczniacka ulokowana w „Solidarności” i żydowscy pupile Geremka i Michnika.

-piąta próba za 65 czy 300 miliardów dolarów. To jest próba wyłącznie żydowska, która jest realizowana przy pomocy rządu Izraela, lobby żydowskiego w Ameryce i „piątej kolumny” w Polsce.

Tak to widzi Marian Miszalski. Jeśli więc uznanie powstania styczniowego za taką próbę jest przedwczesne, to uznanie rewolucji 1905 roku już chyba nie! Cytowany wcześniej Jeske-Choiński pisze również:

Dokąd Żydzi zdążali podczas rewolucji, niech opowie Julian Unszlicht, który jako polski pisarz żydowskiego pochodzenia, zna lepiej od „gojów” tajemnice swoich współplemieńców. Pisze on pomiędzy innymi: „Ubiegła rewolucja w Królestwie była rewolucją żydowską, mającą na celu utrwalić hegemonię Izraela nad Polską i zrealizować utopijny ideał »Judeo-Polski«, Syjon na gruzach Polski. – Wiekami całymi żydostwo ze wszech stron spływało w granice Rzeczypospolitej na oścież dla obcych otwarte. Rzeczpospolita nie umiała wzbudzić dla siebie poszanowania ze strony żydostwa, które, biorąc jej tolerancyjność za oznakę słabości, nauczyło się Polskę lekceważyć, nie chcąc nawet jej języka uznać za swój. Żargon niemiecki, jak obecnie żargon rosyjski litwactwa – to żywe dokumenty stwierdzające przywiązanie żydostwa do tych państw, które nie tylko Polskę ciemiężą, ale i samo żydostwo sposobami wytępić usiłowały. Polska ujarzmiona stała się ojczyzną żydostwa całego świata, drugą Palestyną, w której nie miało ono potrzeby liczyć się z interesami ludności rdzennej. W warunkach wyjątkowych Polski przy rosnącym ucisku obcym i pozornym zmiażdżeniu przezeń aspiracji politycznych narodu polskiego, proces odpadania żydostwa od polskości mógł się tylko potęgować, prowadząc w prostej linii do fantastycznej idei Judeo-Polski, odrodzenia »narodowego« żydostwa w ujarzmionej Polsce pod egidą państwowości rosyjskiej. – Pierwszy etap został przebieżony: żydostwo powstaje jako zwarta masa przeciwko narodowi, który w ciągu tylu wieków udzielał mu gościny i przytułku, sądząc, że w zamian za to zdobędzie względy gromiącej go Rosji. Lecz w tej sytuacji walka żydostwa z polskością, mimo poparcia rządu rosyjskiego zakończyłaby się rychło klęską żydostwa, gdyby ono dla swych dążeń nie znalazło punktu oparcia w samym społeczeństwie polskim. Warunkiem nieodzownym istnienia w Polsce jako odrębnej całości tak osobliwej grupy jak żydostwo, było rozerwanie przezeń społeczeństwa polskiego na dwie wrogie części i przykucie jednej z nich – polskiego ludu pracującego – do swego dziejowego rydwanu, toczącego się ku nieznanym losom Izraela po »trupie Polski«.

Siła proletariatu polskiego miała zarazem służyć do wywarcia presji na rząd, by zdobyć na nim ustępstwa, których koszta poniesie Polska, a korzyści zagarnie żydostwo. Do tak niesłychanego eksperymentu dał się użyć socjalizm w Polsce. – Socjalizm polski nie umiał stawić czoła parciu nacjonalizmu żydowskiego, gdyż element żydowski, który się w nim licznie zagnieździł, nie dopuszczał do żadnej krytyki działalności politycznej żydostwa, natomiast zmuszał go ustawicznie do walki z reakcją polską, nie za jej ugodowość, bo to odpowiadało dążeniom centralistycznym nacjonalizmu żydowskiego, lecz za jej antysemityzm, któremu żer obfity dawały wybryki antypolskie socjal-litwactwa. W tych warunkach nastąpił wybuch szalonego, nieokiełznanego niczym antagonizmu. – Izrael stał się nieubłaganym, bezlitosnym sędzią wszystkich prawdziwych czy urojonych przewinień Polski, z lubością opluwał jej przeszłość, jej męczeństwo, jej prawo do wolnego życia. – Żydostwo stało się panem sytuacji w rewolucji. Coraz natarczywiej żądało od socjalistów polskich, by się wyparli swej narodowości, swych ideałów, a z proletariatu polskiego uczynili hołotę nacjonalizmu żydowskiego”.

Najmniej znana powieść Henryka Sienkiewicza to „Wiry”. Jej akcja toczy się w okresie rewolucji 1905 roku. Jest to romans i po części powieść polityczna, choć realistyczny obraz 1905 roku jest w niej skromny. Nie mniej jednak niektóre fragmenty brzmią nad wyraz aktualnie:

Nasi socjaliści zabrali się do przebudowy nowego domu, zapomniawszy, że żyjemy stłoczeni tylko w kilku izbach, a w innych mieszkają obcy, którzy na to nie pozwolą. A raczej owszem! Te kilka izb pozwolą zwalić, ale nie dadzą ich odbudować.

-To lepiej cały dom wysadzić dynamitem – wtrącił Świdwicki.

Ale uwagę tę pominięto milczeniem, po czym Groński rzekł:

-Jedna rzecz mnie wprost zdumiewa, a mianowicie to, że konserwatyści zwracają się z największą zaciekłością nie przeciw rewolucjonistom, ale przeciw patriotom narodowym, którzy rewolucji nie chcą i którzy jedynie mają dość siły, by do niej nie dopuścić. Rozumiem, że to robi obca biurokracja, ale dlaczego wtórują jej w tym nasi patres conscripti?

bp

Również Bolesław Prus napisał powieść „Dzieci” poświęconą rewolucji 1905 roku i również mało znaną. Obie chyba za PRL-u nie były wydawane, co zrozumiałe. Bo czyż można było wydrukować coś takiego:

„-Mamy wrażenie, że poza naszymi warchołami i ewentualnymi zabójcami stoi ktoś inny, komu bardzo zależy na tym, ażeby w kraju upadł przemysł, rolnictwo, wszelki dobrobyt i ażeby stan wojenny trwał Bóg wie jak długo.

-Proszę pana – ciągnął – zarząd fabryki nie tylko u nas dba o interesy akcjonariuszów, to samo jest wszędzie… Bywało źle… działy się niegodziwości… temu nie będę przeczył… Ale kiedy robotnicy pierwszy raz urządzili strajk, kiedy postawili żądania, aby im powiększyć płacę, zmniejszyć liczbę godzin pracy, urządzić łaźnię i ochronkę, opiekę na wypadek choroby, grzecznie traktować ich i tak dalej, i tak dalej, wszyscy począwszy od dyrektora, skończywszy na obecnym tu słudze pańskim – przyznaliśmy im rację i poparliśmy ich w radzie zarządzającej… Więcej panu powiem; w sekrecie zacieraliśmy ręce i szeptaliśmy między sobą: chwała Bogu, że nareszcie i w fabrykach skończą się obrzydliwe, pańszczyźniane stosunki.

-Tak, ruch ten zapowiadał się bardzo dobrze – wtrącił Świrski.

-A ciągnie się jak najgorzej – pochwycił sekretarz. – Bardzo prędko przekonaliśmy się, że robotnikom, a raczej menerom, nie chodzi o poprawę stosunków, ale o wywołanie zamętu… My pierwsze warunki robotników przyjęliśmy i gotowi byliśmy je wykonywać, ale oni tylko zaczęli stawiać coraz to nowe, coraz niemożliwsze żądania, ale jeszcze pracowali niedbale, psuli materiały, kradli, zmuszali trzymać w fabrykach takie jednostki, które kwalifikują się w najlepszym razie do wyrzucenia, w najgorszym do kryminału… A gdy oświadczyliśmy, że dalszych ustępstw fabryka nie może robić, skazano nas na śmierć.

-Cóż oni na przykład panu zarzucają?… – spytał Świrski.

-Nigdy pan nie uwierzy!… – zawołał sekretarz. – Mam zginąć za to, że kiedyś cieszyłem się zaufaniem robotników, że zachęcałem ich do uczenia się, do zawiązywania stowarzyszeń… że wreszcie w ostatnich czasach wyjaśniałem robotnikom niepraktyczność ich postępowania… A prawda!… Parę razy odezwałem się, że niepolskie to ręce i niepolskie serca kierują ruchem, który może skończyć się ogólną nędzą i upadkiem naszego narodu na korzyść nie wiadomo czyją…”

To, co może nie do końca udało się podczas rewolucji 1905 roku, udało się po 1989 roku. Soros zaaplikował nam „Plan Balcerowicza”, a następnie zaczął realizować ideę społeczeństwa otwartego, czyli wszelkie możliwe zboczenia i internacjonalistyczne społeczeństwo.

„Kuroń chciał, żeby był gotowy już na następny dzień. Potwierdza to Naomi Klein w Doktrynie szoku: „Sachs i Lipton napisali plan polskiej terapii szokowej w ciągu jednej nocy. Miał piętnaście stron i, jak twierdził Sachs, był to, jak sądzę, pierwszy raz, gdy ktoś napisał całościowy plan przejścia z gospodarki socjalistycznej do wolnego rynku”.

Tyle tylko, że nie był to plan przejścia z gospodarki socjalistycznej do wolnego rynku, tylko plan zlikwidowania gospodarki polskiej. Na piętnastu stronach to można napisać plan destrukcji. Destrukcja wymaga znacznie mniejszego wysiłku niż konstrukcja. Żeby napisać plan przejścia polskiej gospodarki od socjalizmu do wolnego rynku, to trzeba by było dokonać inwentaryzacji tj. opisania tego, co jest rentowne i warte zachowania i tego, co jest nieopłacalne i niewarte zachowania. W PRL-u były przedsiębiorstwa warte zachowania i takie, które były nierentowne, i które należało zlikwidować. Jednak tego typu inwentaryzacja trwałaby co najmniej kilka miesięcy, jeśli nie lat i byłaby opisana na kilkuset stronach, jeśli nie na tysiącach.

Published by Wiesław Liźniewicz

Kontakt: wzl@interia.pl View all posts by Wiesław Liźniewicz
Published July 12, 2019
źródło: https://bb-i.blog/2019/07/12/narod-bez-glowy/

Nauka wspiera dogmaty o Niepokalanym Poczęciu i Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny

Czy nauka może dać wsparcie dla tak ważnych dla katolika dogmatów, jak Niepokalane Poczęcie i Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny? Okazuje się, że… tak. Takiego przynajmniej zdania jest Elizabeth Scalia – oblatka benedyktyńska, blogerka, autorka artykułów i książek, w tym wydanych po polsku: Obcy bogowie. Ukryte bożki życia codziennego.

Nauka wspiera dogmaty o Niepokalanym Poczęciu i Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny

Wniebowzięcie, Francesco Botticini, XV wiek

Autorka uczęszczając na wykłady z anatomii i fizjologii, choć zachwycała się budową i funkcjonowaniem ciała ludzkiego, stwierdziła w „Our Sunday Visitor”, że „nic, co przedstawiano na wykładzie, nie wywołało u niej głośnej reakcji aż do chwili, gdy przedmiotem studiów stał się proces mikrochimeryzmu.

Gdy tylko profesor zaczął mówić o tym procesie, odezwał się mój katolicki dzwonek:

– Ależ to całkowicie tłumaczy Wniebowzięcie! – wypaliłam na głos pośród moich zaskoczonych kolegów i koleżanek ze studiów. Profesor popatrzył na mnie przez chwilę zaintrygowany i powiedział: – Ok-eeej, w każdym razie, w mikrochimeryzmie chodzi o to…”

‚Maryja była prawdziwym tabernakulum, w którym Bóg faktycznie nieustannie mieszkał’

Dalej autorka zauważa, że mikrochimeryzm „tak głęboko wyjaśnia i usprawiedliwia nasz dogmat, że powinien być włączony do naszej katechezy mariologicznej”, gdyż pozwala to nam docenić fakt, „jak nauka i religia potrafią się uzupełniać i dopełniać nawzajem, i zachwycać w oniemiałym z wrażenia podziwie, że nasz Kościół wyjaśnił tę rzeczywistość bez pomocy mikroskopu dawno temu”.

Czym jest proces mikrochimeryzmu? To „proces, który powoduje, że odrobina komórek żyje w ciele żywiciela, ale są one zupełnie odrębne od niego”. Nie tak dawno media, także w Polsce, obiegła wiadomość, że według naukowców dziecko zostawia w ciele matki „mikroskopijną cząstkę samego siebie”. Co zresztą niesie ze sobą intrygujące implikacje, gdyż „wszystkie te komórki pozostają w niej na zawsze”, a więc także komórki nienarodzonego dziecka, które zostało zabite w wyniku aborcji.

Jakie ma to znaczenie w przypadku Maryi? E. Scalia pisze o tym, że wcześniej po prostu przyjmowała dogmat o Wniebowzięciu i nie próbowała się nawet nad nim zastanawiać, bo przekraczało to jej możliwości. Kiedy dowiedziała się o mikrochimeryzmie „nagle to wszystko nabrało sensu: niewielka ilość komórek Jezusa Chrystusa pozostała w Maryi na całe Jej życie”. Katolicy mają w ograniczonym stopniu takie doświadczenie, kiedy przyjmują Eucharystię, natomiast „Maryja była prawdziwym tabernakulum, w którym Bóg faktycznie nieustannie mieszkał”.

Przytaczając Psalm 16,10 Scalia podkreśla, że ciało Chrystusa nie doznało zepsucia w grobie, a „z tego wynika, że ciało Jego Matki, zawierając ślady komórkowe Boga (a cząstka Boga jest Bogiem całkowicie)” również nie mogło ulec rozkładowi. I tutaj nauka idzie ręka w rękę z teologią, gdyż wynika z tego logicznie, że „ciało Najświętszej Panny, zawierając wewnątrz Chrystusa, nie mogło pozostać na ziemi; oczywiście musiało przyłączyć się do Chrystusa w wymiarze niebiańskim”.

Co więcej, zdaniem autorki, tłumaczy to także inny „bardzo piękny dogmat” katolicki odnoszący się do Maryi, a mianowicie dogmat o Niepokalanym Poczęciu. Przecież skoro wcielenie miało się dokonać przez Maryję, to „naczynie”, które miało do tego celu posłużyć „musiało być z konieczności czyste”. Jak wyjaśnia autorka: „Kiedy argumentujemy, że Maryi jako Arce Nowego Przymierza, miano oszczędzić zmazy grzechu pierworodnego, wiedza o tym, że Chrystus nie tylko skorzystał z Jej ciała, ale miał nieustannie w nim mieszkać, jedynie jeszcze bardziej wspiera tę dobrze uzasadnioną wiarę”. Tak oto wiara i rozum splatają się w „piękną całość”.

Jan J. Franczak

Świętowanie błędu w „Roku Wiary”KS. KEVIN VAILLANCOURT

Ryzykując splagiatowanie wypowiedzi prezydenta Roosevelta po zbombardowaniu Pearl Harbor w 1941 roku, muszę stwierdzić, że był taki straszny dzień, który dotknął wszystkich katolików i który musi zostać na zawsze zapamiętany ze względu na całe zło, jakie sobą przedstawia: 11 października 1962 roku. To dzień, który pozostanie w niesławie u katolików lojalnych wobec swej Wiary i tradycji, gdyż jest to dzień otwarcia pierwszej sesji „Soboru Watykańskiego Drugiego”. Wszystkie nadzieje i marzenia modernistów urzeczywistniły się w tym dniu i od tej pory katolicy ponoszą jego bolesne konsekwencje.

Latrocinium Vaticanum II. Zbójecki Sobór Watykański II.

Aby naszkicować nieszczęsne początki tego fałszywego soboru w ostatnim numerze naszego periodyku zestawiłem pochodzące z licznych źródeł informacje. Tamten artykuł kończył się tymi słowami:

„Kierunek soboru został wyznaczony przez Jana XXIII, gdy wyraził się o nim, że nie jest zainteresowany dogmatycznym potępieniem błędu, lecz raczej pozytywnym wyrażeniem starych prawd we współczesnym i zrozumiałym języku. Kluczowym słowem kierującym soborowymi obradami miało być aggiornamento czyli «uwspółcześnienie» doktryn Kościoła rzymskokatolickiego”.

Aggiornamento było wówczas słowem dnia. Teraz, gdy od tamtego wydarzenia minęły lata naznaczone niewielkim oporem katolików wobec tych błędów – i to nawet ze strony wielu tych o rzekomo tradycyjnym nastawieniu – hasło, które streszcza wszystkie błędne nauki modernistów na tamtym soborze i po nim, brzmi: Nowa Ewangelizacja. Tym, co zostało uwspółcześnione w katolickiej wierze jest nowy duch Ewangelii oznaczający skoncentrowanie naszych myśli i przekonań na człowieku oraz to, że „każdy człowiek jest kochany na wieczność i powołany do miłości” (Michelle Boras, What is the New Evangelization?, 2012, str. 11). Modernistyczna nauka o człowieczeństwie i tym, „co dzieje się z osobą ludzką, gdy zmysł Boga zostaje zaćmiony” (op. cit., str. 11) przenika każdy aspekt tego skażonego nauczania poczynając od liturgii a kończąc na moralności i prawie. Gloryfikowany jest człowiek i jego dzieła, przy niewielkim odniesieniu do Boga i Jego wspomagającej łaski. Niektóre modlitwy Novus Ordo Missae specjalnie wyrażają tę koncepcję w modlitwach „Offertorium”: oto chleb ziemi, owoc winnej latorośli, dzieło rąk ludzkich, o których przyjęcie prosi się – lub niemal żąda – Boga.

Modernistyczna koncepcja „odczuwania Boga” ma niewiele wspólnego z prawdziwą wiedzą o Nim i zjednoczeniem z Nim oraz Jego nauczaniem za pośrednictwem Jego Kościoła. Wygląda raczej na to, że jakaś forma wschodniego mistycyzmu, z jego skupionymi na człowieku ideałami, zalała współczesne życie duchowe do tego stopnia, że Bóg jest jedynie „odczuwany” i nie może być poznany takim, jakim Sam się nam objawił. A dodatkowo, nie tylko, że doszło przez to do skażenia natury życia duchowego od wieków bezpiecznie kierującego katolików, ale pojawiła się nowa filozofia, która została już bez ogródek zasadniczo potępiona przed Vaticanum II, czyniąc przez to prawie niemożliwym pogodzenie „starych dróg” z „nowymi”. Dokumenty Vaticanum II wymieniają teologiczne i duszpasterskie wskazówki służące rozwinięciu na całym świecie tej skoncentrowanej na człowieku religii i stały się podstawowym kompendium dla współczesnych nauk katechetycznych dla kleru, współczesnych zakonników i oszukanych ludzi świeckich. Krótko mówiąc, 11 października 1962 roku był dniem, w którym narodziła się nowa religia uzurpująca sobie miano katolickiej, wraz z budynkami naszego Kościoła, Jego formą hierarchicznej struktury i Jego wyjątkowym liturgicznym i powszechnym językiem – zdegenerowanymi zgodnie z dalekosiężnymi celami modernistów, przed czym ostrzegał nas Papież św. Pius X.

Świętowanie Nowej Ewangelizacji

Joseph Ratzinger – modernistyczny herezjarcha.

Z okazji inauguracji Roku Wiary 11 października 2012 w pięćdziesięciolecie otwarcia pierwszej sesji Vaticanum II obchodzono na całym świecie różne uroczystości. Ten Rok (a raczej trzynaście miesięcy) będzie okresem – jak zauważa arcybiskup Fisichella – doświadczenia sposobności do refleksji nad Vaticanum II, który „pozostawił tak głęboki ślad w życiu Kościoła dwudziestego wieku i do zbadania wpływu, jaki jego nauczanie miało podczas minionych dziesięcioleci i będzie mieć w nadchodzących latach zaangażowania Kościoła w Nową Ewangelizację. W gruncie rzeczy, sam Sobór miał być w zamierzeniu szczególnym momentem nowej ewangelizacji” (Zenit, 9 października 2012).

W moim rozumieniu, najważniejszy „wpływ” Vaticanum II polegał na wezwaniu katolików do „poszukiwania oblicza Chrystusa” w całym Jego człowieczeństwie, aby lepiej docenić ludzkość i wielką godność naszego stworzenia. Jak to przedstawiono w Lumen gentium, Gaudium et spes i innych współczesnych pracach źródłowych, skoro Chrystus przyjął naszą ludzką naturę, stając się człowiekiem i Bogiem aby żyć pośród nas, zbawienie przychodzi do ludzi przez zjednoczenie z Chrystusem człowiekiem. Jest to znane jako teologia wcielenia. W istocie, ta współczesna doktryna zakłada, że gdy Chrystus przyjął ludzkie ciało zbawienie wszystkich ludzi jest zagwarantowane, jako że są zjednoczeni z Chrystusem przez Jego człowieczeństwo. Wiara w Niego i Jego Kościół – jak się nam wmawia – są drugorzędne w modernistycznym nauczaniu o zbawieniu. Nauka ta ma niewiele wspólnego ze „starą teologią”, ponieważ znajduje drogi do zbawienia we wszystkich religiach. Naleganie św. Pawła, byśmy umarli dla siebie po to, by móc wznieść się do Boga, zajmuje niewiele miejsca w tym współczesnym systemie. Samo dążenie do „odczuwania Boga” w naszym człowieczeństwie zdaje się być wystarczającym.

Lecz w jakim źródle mamy poszukiwać tego „odczuwania Boga”? Co więcej, kto ma być naszym przewodnikiem, by nasze poszukiwanie nie zawiodło nas na obce i zgubne ścieżki? Krótko mówiąc, źródłem wszystkiego, czego potrzebujemy do tej ewangelizacji jest „Słowo Boże”, nazwa nadawana Biblii (jak mówią nam niekatolicy) albo doświadczeniu odczuwanemu podczas uważnego przeglądania samego Pisma Świętego albo „dobremu kościołowi” doświadczanemu w „eucharystii” albo książkom, konferencjom i spotkaniom duchowym sprawiającym, że do naszych serc i dusz spływa pokój i radość poprzez „Ducha”, który nas wszystkich prowadzi. Ewangelizacja dokonuje się w naszych czasach – jak się nam mówi – przez niesienie wszystkim ludziom „dobrej nowiny” Ewangelii (którą jest pokój, radość i miłość) o jakiej naucza nas „Słowo”. „Odczucie Boga” zatem, narodzi się u jednych, a odrodzi u innych i świat doświadczy „ożywienia wiary, by stała się podstawą nowego humanizmu, który będzie potrafił tworzyć kulturę i rodzić zaangażowanie społeczne” (Benedykt XVI, Homilia Te Deum, 31 grudnia 2011).

Jak widzimy, Nowa Ewangelizacja jako podstawowy obowiązek wyznacza katolikom ludzkie, naturalne dobre uczynki. Najważniejszym apostolskim wysiłkiem jest ugruntowanie wśród wszystkich ludzi cnót społecznych i sprawiedliwości społecznej, podczas gdy zbawienie dusz – najważniejsze pragnienie Serca Jezusa Chrystusa – jest zwykłą refleksją. Wiemy, że Apostołowie zostali posłani przez Chrystusa do wszelkiego stworzenia, aby każdego przywieść do Chrztu i zbawienia sprawiając, aby „cnoty społeczne” wyłoniły się w naturalny sposób z posłuszeństwa wobec Boga i Jego Kościoła. W rzeczywistości, w Nowej Ewangelizacji jest bardzo niewielkie ukierunkowanie na Kościół, co oznacza, że dzisiejsi katolicy nie są uczeni by podążać za Kościołem, być Kościołowi posłusznymi, kochać Kościół. Został on nam dany przez Chrystusa jako instytucja prowadząca do zbawienia, a nie jedynie jako przystań, z której pokój, radość i miłość miałyby się wszędzie rozprzestrzeniać bez uprzedniego zasadzenia nasion wiary. Wiara dla modernisty nie jest nawróceniem serca opartym na prawdach Objawienia. Ich „wiara” jest raczej „ślepym uczuciem religijnym, które się wydobywa z głębin podświadomości pod wpływem potrzeby serca i skłonności woli kierowanej pobudkami moralnymi” (z Przysięgi antymodernistycznej). W rzeczywistości „wiara jest prawdziwym uznaniem przez rozum prawdy poznanej ze słuchania, uznaniem, którym uważamy za prawdę to, co Bóg osobowy, Stwórca i Pan nasz powiedział, potwierdził i objawił, a uważamy dla powagi samego Boga, Prawdy najwyższej”. Innymi słowy, jesteśmy przekonani, że Bóg i Jego obecność wśród nas jest realna, a nie jedynie „wyczuwalna”.

Zamiast tego, Rok Wiary ma być okresem utwierdzania „Dobrej Nowiny” Ewangelii bez jakiejkolwiek wzmianki o tym, że Ewangelia nie może istnieć wśród ludzi jako środek zbawienia w oderwaniu od Kościoła i Jego interpretacji treści i ducha, w jakim Ewangelia ma być głoszona między ludźmi. Lecz w takim razie, jest to nowy kościół z nową ewangelizacją, a współcześni katolicy nie muszą się obawiać popadnięcia w błąd integrując się z tym kościołem dopóki pokój, radość i miłość wynikają z ich uczynków. A zatem nieomylne przywództwo Ducha Świętego w Kościele zostało odsunięte na bok i jest zastępowane przez emocjonalizm i samokierowanie się „Słowem”. W takim działaniu realizowany jest cel ugruntowania wśród katolików „ekumenicznego” ducha, dostrzegania „prawdy” w każdej religii i tego, że zbawienie przysługuje wszystkim, ponieważ wszyscy posiadają jakieś elementy „prawdy”. To dlatego biskup Fiscichella (cytowany powyżej) odnajduje „moc” w Vaticanum II. Tą „siłą” „jest przedstawianie chrześcijanom kolejnego argumentu, że są częścią jednego kościoła, który nie zna granic…”. Tę myśl znajdujemy również w dokumencie Amerykańskiej Konferencji Katolickich Biskupów wydanym z okazji Roku Wiary i zatytułowanym Go And Make Disciples (Idźcie i nauczajcie). W 18 akapicie tego dokumentu czytamy:

„Owocami ewangelizacji jest odmienione życie i odmieniony świat – świętość i sprawiedliwość, duchowość i pokój. Ważność przyjęcia przez nas Ewangelii nie wywodzi się tylko z tego, co czujemy albo, co wiemy; pochodzi również z tego jak służymy innym, szczególnie najbiedniejszym, najbardziej zmarginalizowanym, najbardziej zranionym, najbardziej bezbronnym i najmniej kochanym. Ewangelizacja, która pozostaje wewnątrz nas samych nie jest ewangelizacją Dobrej Nowiny Jezusa Chrystusa”.

Wychwalane są tu wyłącznie cnoty społeczne, a nie działania na rzecz zbawienia dusz ludzkich poprzez odwiedzenie ich od błędu i doprowadzenie do prawdy jaką znajdujemy w Kościele rzymskokatolickim.

Rok świętowania Vaticanum II

To co powyżej omówiłem jest krótką wersją znaczenia „nowej ewangelizacji” i „ducha Vaticanum II”. Zgodnie z planem, ten „Święty Rok” ma być spędzony na dawaniu świadectwa tej wierze jak również uczczeniu tego wszystkiego, co Vaticanum II „wniósł” do ludzkiej radości, pokoju i miłości. W nadchodzącym roku naszym zadaniem będzie donośne głoszenie doktrynalnych i moralnych błędów Vaticanum II po to, aby współcześni katolicy dostrzegli w nim, nie czas świętowania, lecz opłakiwania tego, co spotkało Kościół Chrystusowy na ziemi. Musimy poświęcić się działaniom przeciwnym „Nowej Ewangelizacji”, tak abyśmy mogli doprowadzić do zakończenia tego kataklizmu – jak Bóg pozwoli…

Poniżej znajduje się krótki przegląd tego, do czego w imieniu Kościoła doprowadzono wśród katolików, aby utwierdzić tak wielu z nich – dobrowolnie lub nie – w nowej religii. Oto niektóre z głównych doktrynalnych błędów Vaticanum II i przykłady zaszczepienia jego „ducha”:

1. Cywilne prawo do wolności religijnej.

„Poza tym [sobór] oświadcza, że prawo do wolności religijnej jest rzeczywiście zakorzenione w samej godności osoby ludzkiej… To prawo osoby ludzkiej do wolności religijnej powinno być w taki sposób uznane w prawnym ustroju społeczeństwa, aby stanowiło prawo cywilne” (Deklaracja o wolności religijnej Dignitatis humanae, nr 2).

Tymczasem prawidłowe nauczanie Kościoła znajduje się w następującym fragmencie encykliki Papieża Piusa IX Quanta cura (1864):

„Na podstawie tego całkowicie fałszywego pojęcia o władzy w społeczeństwie nie cofają się przed popieraniem owego błędnego poglądu, ze wszech miar zgubnego dla Kościoła katolickiego i narażającego dusze ludzkie na utratę zbawienia, a przez świętej pamięci Grzegorza XVI, Naszego Poprzednika, nazwanego szalonym pomysłem, a mianowicie, że «wolność sumienia i kultu jest własnym prawem każdego człowieka, które powinno być ogłoszone i sformułowane w ustawie w każdym właściwie ukonstytuowanym społeczeństwie…». Dlatego wszystkie i każde z osobna zda­nie przewrotne i naukę, poszczególnie wymienione w tym Liście, powagą Naszą Apostolską odrzuca­my, piętnujemy i potępiamy, jako też żądamy i roz­kazujemy, iżby takowe od wszystkich katolickiego Kościoła dzieci uznane były za odrzucone, napiętnowane i potępione”.

2. Heretyckie i schizmatyckie sekty są środkami zbawienia.

Z dokumentu Vaticanum II:

„Same te Kościoły i odłączone Wspólnoty, choć w naszym przekonaniu podlegają brakom, wcale nie są pozbawione znaczenia i wagi w tajemnicy zbawienia. Duch Chrystusa nie wzbrania się przecież posługiwać nimi jako środkami zbawienia, których moc pochodzi z samej pełni łaski i prawdy, powierzonej Kościołowi katolickiemu” (Dekret o ekumenizmie, nr 3).

Jest to sprzeczne z nauką, która była wielokrotnie głoszona wszystkim katolikom od ich najmłodszych lat. Wystarczy pojedynczy przykład z nauczania prawdziwej doktryny przez Magisterium Kościoła a będzie nim następujący fragment z Soboru Florenckiego który odbył się pod Papieżem Eugeniuszem IV (1442):

„Zawsze wierzy i wyznaje święty Kościół rzymski, że nikt z pozostających poza Kościołem katolickim, nie tylko poganie, ale i żydzi, heretycy i schizmatycy, zbawienia wiecznego nie osiągną, ale pójdą w ogień wieczny zgotowany diabłu i jego aniołom, jeżeli się przed śmiercią z tym Kościołem nie połączą…”.

3. Nabożeństwa liturgiczne protestantów są źródłem życia łaski i mogą udzielać dostępu do wspólnoty zbawienia.

„Nasi bracia odłączeni sprawują wiele chrześcijańskich obrzędów, które – zależnie od różnych warunków każdego Kościoła lub Wspólnoty – niewątpliwie mogą w rozmaity sposób wzbudzić rzeczywiste życie łaski i którym trzeba przyznać zdolność otwierania wstępu do społeczności zbawienia” (Dekret o ekumenizmie, nr 3).

Co się tyczy słów: „obrzędy, które … niewątpliwie mogą w rozmaity sposób wzbudzić rzeczywiste życie łaski” dobry katolik zauważy, że zważywszy iż przeważająca większość „naszych braci odłączonych” należy do sekt, w których nie ma kapłaństwa, Mszy ani też rozgrzeszenia i których podstawowa forma kultu jest obiektywnie świętokradzka, to jak wobec tego można domniemywać, że ich liturgiczne praktyki mogą nieść choćby najdrobniejszą korzyść ich uczestnikom?

Jeśli chodzi o twierdzenie, że różne liturgiczne praktyki oddzielonych społeczności nazywanych przez św. Piotra „zgubnymi odszczepieństwami” (II Piotr 2, 1) mogą udzielić dostępu do wspólnoty zbawienia – to jego nieprawowierność jest zbyt rażąca by wymagała analizy. Tylko w nielicznych przypadkach może istnieć jakikolwiek pozór prawdy w tym stwierdzeniu – a mianowicie ważnie ochrzczone niemowlęta i paru wschodnich odszczepieńców, którzy mogą otrzymać ważną Komunię Świętą w dobrej wierze.

4. Wskazane są teologiczne spotkania i dyskusje na równej stopie między katolikami a niekatolikami.

„Katolicy należycie przygotowani muszą zdobyć lepszą znajomość doktryny i historii, życia duchowego i kultowego, psychologii religijnej oraz kultury właściwej braciom. Do osiągnięcia tego wielce są pomocne zebrania, z udziałem obu stron, dla omówienia głównie kwestii teologicznych, gdzie by każdy występował jako równy wśród równych, byle tylko ich uczestnicy, pozostający pod nadzorem biskupów byli naprawdę rzeczoznawcami” (Dekret o ekumenizmie, nr 9).

Takie nauczanie zostało wyraźnie potępione w encyklice Mortalium animos Papieża Piusa XI w 1928 roku:

„Jeżeli zresztą spotkać można wielu niekatolików, którzy w pięknych słowach głoszą braterską wspólność w Chrystusie, to przecież nie ma ani jednego, któremu przez myśl by przeszło poddać się posłusznie w nauce i kierownictwie Namiestnikowi Jezusa Chrystusa. W międzyczasie oświadczają, że chcą wprawdzie rokować z Kościołem Rzymskim, lecz z zastrzeżeniem równości wzajemnych praw, tzn. jako równouprawnieni. Gdyby jednak mogli rokować, to bez wątpienia w rokowaniach dążyliby do takiej umowy, która umożliwiłaby im trwanie przy tych zapatrywaniach, z powodu których błąkają się jeszcze ciągle poza jedyną owczarnią Chrystusa.

W tych warunkach oczywiście ani Stolica Apostolska nie może uczestniczyć w ich zjazdach, ani też nie wolno wiernym zabierać głosu lub wspomagać podobne poczynania…”.

Ojciec Święty nauczał również, że: „Z tego jasno wynika, że od religii, przez Boga nam objawionej, odstępuje zupełnie ten, ktokolwiek podobne idee i usiłowania popiera”. Podsumowuje to, w kilku słowach, potępienie tego, co przynależy do „Nowej Ewangelizacji” i „ducha Vaticanum II”.

Istnieje jeszcze o wiele więcej błędów doktrynalnych, które mogłyby i powinny zostać przeanalizowane gdyby nie brak miejsca i czasu. To, co zostało omówione jest wystarczające do wykazania, że współczesnego kościoła „Nowej Ewangelizacji” nie należy utożsamiać z Kościołem rzymskokatolickim. Dodajmy teraz do tego szybkiego przeglądu kilka z poważnych błędów liturgicznych, które są również odpowiedzialne za przeobrażenie wiary milionów ludzi, jako że sposób, w jaki ktoś się modli określa sposób, w jaki będzie on wierzyć.

1. Święta Ofiara Mszy została na nowo zdefiniowana jako „eucharystia” i odnowienie Ostatniej Wieczerzy.

„Jest więc bardzo ważne, aby sprawowanie Mszy świętej, czyli Wieczerzy Pańskiej, zostało tak uporządkowane, by wyświęceni szafarze, jak i wierni, uczestnicząc w niej zgodnie ze swoim miejscem we wspólnocie Kościoła (ze swoją godnością), czerpali stąd coraz obfitsze owoce” (Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego, 1975, rozdz. 1).

Podczas Ostatniej Wieczerzy Pan Jezus udzielił Apostołom władzy przemieniania chleba i wina w Jego Ciało i Krew, mówiąc im, że to co oni później sami będą czynić jako akt ofiarniczy Nowego Prawa będzie na Jego pamiątkę oraz Jego Męki i Śmierci. Św. Paweł przypomina im o tej prawdzie mówiąc: „Albowiem ilekroć będziecie ten chleb jedli, i kielich pili, śmierć Pańską będziecie opowiadać, aż przyjdzie” (I Kor. 11, 26). Wieki później, Sobór Trydencki potwierdził to nauczanie w orzeczeniu przeciwko Lutrowi i reformatorom z anatemą: „Jeśli ktoś twierdzi, że we Mszy św. nie składa się Bogu prawdziwej i właściwej ofiary, albo że składanie ofiary nie jest niczym innym, jak podawaniem nam Chrystusa do spożycia – niech będzie wyklęty” (Sesja XXII, kanon 1).

2. Słowa konsekracji wina podczas Mszy zostały zdeformowane tak, aby wspierać koncepcję powszechnego zbawienia wszystkich ludzi.

W pierwotnym przekładzie Novus Ordo Missae Pawła VI, Międzynarodowa Komisja ds. Języka Angielskiego w Liturgii (ICEL) przetłumaczyła wyrażenie qui pro vobis et pro multis effundetur in remissionem peccatorum jako, „która będzie wylana za was i za wszystkich ludzi, na odpuszczenie grzechów” (Słowo „ludzie” [(ang.) – "men"] zostało później pominięte z powodu skarg, że może to być rozumiane jako odnoszące się tylko do mężczyzn). Ta zmiana formy Sakramentu Świętej Eucharystii w łacińskim rycie zniekształciła słowa samego Chrystusa, zupełnie zmieniając sens przekazu, jak również czyniąc jej użycie dla przeistoczenia nieważnym.

Nauczanie Kościoła dotyczące poprawnej formy używanej w Sakramencie Świętej Eucharystii jest zupełnie klarowne: Słowa Konsekracji, będące formą tego Sakramentu są następujące: „HOC EST ENIM CORPUS MEUM” oraz „HIC EST ENIM CALIX SANGUINIS MEI, NOVI ET AETERNI TESTAMENTI: MYSTERIUM FIDEI: QUI PRO VOBIS ET PRO MULTIS EFFUNDETUR IN REMIS­SIONEM PECCATORUM”.

Gdyby kapłan skrócił albo zmienił formę konsekracji Ciała i Krwi, w taki sposób, że po zmianie sformułowania słowa nie oznaczałyby tego samego, to Sakrament nie doszedłby do skutku. Gdyby – z drugiej strony – miał coś dodać albo pominąć, co nie zmieniłoby znaczenia, to Sakrament byłby ważny, ale kapłan popełniłby ciężki grzech. (De defectibus, rozdz. 5, Defekt formy).

Katechizm Soboru Trydenckiego zwraca uwagę: „Słusznie się więc stało, iż się nie mówi za wszystkich, ponieważ na tym miejscu o pożytkach tylko męki rzecz była, który to pożytek samym wybranym przyniosła. I do tej rzeczy ściągają się one Apostolskie słowa: Chrystus raz ofiarowany jest, na zgładzenie grzechów wielu ludzi. Także owo co u Jana św. Chrystus mówił: Ja zaś za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których mi dałeś, albowiem Twoi są”.

3. Praktyka udzielania „eucharystii” niekatolikom została dozwolona. „Kanon 844 – Udzielanie sakramentów”.

„§ 2. Ilekroć domaga się tego konieczność lub zaleca prawdziwy pożytek duchowy… wolno wiernym, dla których fizycznie lub moralnie jest niemożliwe udanie się do szafarza katolickiego, przyjąć sakramenty pokuty, Eucharystii i namaszczenia chorych od szafarzy niekatolickich tego Kościoła, w którym są ważne wymienione sakramenty”.

„§ 4. …szafarze katoliccy mogą godziwie udzielać wymienionych sakramentów także pozostałym chrześcijanom, nie mającym pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim, którzy nie mogą się udać do szafarza swojej wspólnoty i sami o nie proszą, jeśli odnośnie do tych sakramentów wyrażają wiarę katolicką i do ich przyjęcia są odpowiednio przygotowani”.

Oficjalny komentarz wydany z upoważnienia Canon Law Society of America i opublikowany przez wydawnictwo Paulist Press w 1985 roku, wyjaśnia w punkcie 4: „Pewnych wytycznych w tej kwestii dostarcza Dekret o ekumenizmie Vaticanum II, który wyodrębnia wśród zachodnich kościołów i wspólnot kościelnych wspólnotę anglikańską, jako zajmującą «szczególne miejsce wśród tych wspólnot, w których po części wciąż istnieją katolickie tradycje i instytucje» (UR 13)”.

Porównajmy to z tradycyjnym „starym” Kodeksem, kanon 731:

„Zakazane jest udzielanie sakramentów Kościoła heretykom i schizmatykom, nawet jeżeli błądzą w dobrej wierze i proszą o nie, o ile najpierw nie odwołali swoich błędów i nie pojednali się z Kościołem”.

I jeszcze kilka uwag…

Spotkanie w Asyżu, 27. 10. 2011.

• Dwa ekumeniczne nabożeństwa modlitewne w Asyżu muszą również przyciągnąć naszą uwagę. Na obu tych spotkaniach odbywających się w murach dawnego klasztoru św. Franciszka widzieliśmy przedstawicieli niemal wszystkich religii istniejących na ziemi występujących jak równorzędni partnerzy, wszystko w imię „pokoju”. Takie postępowanie stanowi grzech przeciwko wierze i według „starych” przepisów jest podstawą do ekskomuniki. Ponieważ sprawy wiary są niezmienne, gdyż pochodzą od Boga, to jak w tej sytuacji „nowa ewangelizacja” może zmienić coś, co należy do Prawa Bożego i nadal uważać to za coś, w czym mogą uczestniczyć katolicy?

• Ostatnia „kanonizacja” ekumenisty Josémaríi Escrivy, założyciela Opus Dei, jest kolejnym znakiem rozpoznawczym „nowej ewangelizacji”. Ta organizacja – w założeniach i praktyce podobna do ruchu Sillon, który Papież św. Pius X potępił w 1910 roku i nakazał rozwiązać – dąży do przebudowy społeczeństwa, nie zgodnie z zasadami Chrystusa Króla, lecz według ekumenicznego szablonu panreligijnej wiary. Jak taka organizacja i jej założyciel może być uważany jako godny do naśladowania dla naszego zbawienia?

• Nawet Różaniec znalazł się ostatnio w centrum uwagi „nowej ewangelizacji” wraz z ogłoszeniem pięciu nowych „tajemnic Różańca”, których odmawianie „sugeruje się” we czwartki. W dokumencie ogłaszającym nowe „tajemnice światła”, Różaniec jest postawiony na równi z proklamacją o Maryi w heretyckim dokumencie, Lumen gentium. Tym sposobem, ta potężna broń przeciw błędowi i herezji jest stawiana za wzór jako symboliczne narzędzie reprezentujące „nową ewangelizację”.

Jeśli „Rok Święty” ogłoszony, aby zrelacjonować to wszystko, czego Vaticanum II dokonał, powoduje brnięcie dalej w tym samym kierunku zamiast przyczynić się do dokonania uczciwej refleksji na temat poważnego uszczerbku na wierze milionów ludzi, jaki spowodował ten „sobór”, to okres ten będzie „święty” o tyle, o ile skłoni ludzi do odrzucenia nowości nowej religii i działania na rzecz przywrócenia Prawdziwej Wiary. (1)

Ks. Kevin Vaillancourt

––––––––––

Artykuł powyższy ukazał się w czasopiśmie „The Catholic Voice” z listopada 2012 r., OLG Press, 3914 N. Lidgerwood St., Spokane, Washington 99201-1731 USA.

Pedofilia: brudny sekret Talmudu – Ted Pike

Od niemal wieku, zdominowany przez Żydów przemysł filmowy Hollywood i duże media w widoczny sposób wpływają na chrześcijańską Amerykę poza biblijnymi moralnością i wartościami.

Jednak w buncie hippisów w początku lat sześćdziesiątych, żydowskie media znalazły możliwości, aby przyspieszyć upadek moralny Ameryki. Zachęcając do narkotyków i pornografii przekonały Amerykę, że „wolna miłość” i wspólne życie poza małżeństwem są społecznie akceptowalne. Z zadziwiającą szybkością film, telewizja i media drukowane pomogły stworzyć pokolenie seksualnych libertynów. Pod koniec lat sześćdziesiątych, przyspieszyło to przejście ewolucji seksualnej do następnego etapu, homoseksualizmu.

Teraz, ponad 40 lat później, nawet homoseksualizm stracił swoją atrakcyjność dla wielu dzieci i wnuków pokolenia hippisów. Pedofilia (seks z młodymi chłopcami i dziewczętami oraz pornografia dziecięca) jest jest najnowszą podziemną obsesją przechodzącą przez Amerykę i świat.

Jesienią ubiegłego roku, zwracałem uwagę narodu na siłę lobby pedofilów w Kongresie; senator Edward Kennedy, długo wspierany przez homoseksualistów by poparł federalną ustawę anty-nienawiści, zdradził ich sprzyjając wyraźnie silniejszym i bardziej korzystnym pedofilom.

Zgniłe korzenie

Na jakich moralnych podstawach opierają się Żydzi w mediach, by mogli świadomie rozpalić i rozniecić płomienie seksualnego inferno, który nadal pustoszy nasze kiedyś chrześcijańskie społeczeństwo?

Praktycznie wszyscy potentaci medialni, który założyli Hollywood i trzy wielkie sieci telewizyjne byli imigrantami lub ich dziećmi, głównie z ortodoksyjnych wspólnot żydowskich w Europie Wschodniej.

Pod koniec XIX wieku, większość europejskich Żydów była ludźmi księgi. Ale ich księgą nie była Biblia. Był to Talmud babiloński. Do dziś Talmud pozostaje najwyższym moralnym, etycznym i prawnym autorytetem judaizmu.

Czy Talmud dzieli podstawy zdrowej wartości moralnych z chrześcijaństwem? Raczej nie. Zamiast tego, Talmud jest marnym podłożem systemu religijnego, który odszedł daleko; jest to ten kod faryzejskiej niewiary, co Chrystus opisał jako „pełny wszelkiego plugastwa” (Mt 23,27). Szokująco, najbardziej szanowana instytucja judaizmu rzeczywiście popiera takie grzechy jak kłamstwo, łamanie przysięgi, jak i morderstwo pośrednie. I nawet sankcjonuje jeden z największych grzechów ze wszystkich: molestowanie dzieci.

Trzyletnie panny młode

Kiedy Chrystus oskarżył faryzeuszy, że są duchowymi dziećmi szatana, w pełni zdawał sobie sprawę do czego byli zdolni. Żyjący w II wieku Symeon ben Yohai, jeden z największych rabinów judaizmu i twórca kabały, usankcjonował pedofilie – pozwalając na molestowanie dziewczynek nawet w wieku poniżej trzech lat! Ogłosił, że „neoficie, który jest w wieku poniżej 3 lat i 1 dzień wolno poślubić kapłana.” Późniejsi rabini odnoszą się do zatwierdzenia pedofilii ben Yohai jako „halakah” lub obowiązujące prawo żydowskie. Czy współcześni Żydzi wyparli się ben Yohai, adwokata gwałtów na dzieciach? Raczej nie. Dzisiaj w rodzinnym mieście ben Yohai – Meron, Izrael, dziesiątki tysięcy ortodoksyjnych i ultra-ortodoksyjnych Żydów zbierają się corocznie na dni i noce, by śpiewać i tańczyć ku czci jego pamięci.

Talmud obfituje w odniesienia do pedofilii. Zajmują one znaczną część traktatów Kethuboth i Yebamoth i są entuzjastycznie popierane przez definitywne opracowania prawne Talmudu, Traktat Sanhedryn.

Faryzeusze popierali seks z dziećmi

Rabini z Talmudu są znani z prawnych kruczków i wykrętnych debat. Ale mają rzadkie porozumienie o ich prawie do molestowania 3- letnich dziewcząt. W przeciwieństwie do wielu gorąco dyskutowanych kwestii, rzadko występuje sprzeciw wobec dominującej opinii (wyrażonej w wielu jasnych fragmentach), że pedofilia jest nie tylko normalna, ale również zgodna z pismami! To tak, jakby rabini znaleźli egzaltowaną prawdę, której majestat ucisza debatę.

Ponieważ autorytety talmudyczne, którym jest tak znane sankcjonowanie pedofilii, i ponieważ pedofilia jako „halakah” jest tak wyraźnie podkreślana, nawet tłumacze wydania Soncino Talmudu (1936) nie odważyli się wstawić przypisu sugerującego najmniejszą krytykę. Dodali tylko komentarz: „Małżeństwo, oczywiście, wtedy było zawierane w znacznie młodszym wieku niż teraz.”

W rzeczywistości, przypis 5 do Sanhedryn 60b odrzuca prawo rabina talmudycznego nie zgadzania się z poparciem pedofilii przez ben Yohai: „Jak mogą [rabini], w przeciwieństwie do opinii Simeona ben Yohai, który ma wsparcie w pismach, zakazywać małżeństwo z małymi neofitami?”

Z Babilonu

To w Babilonie po wygnaniu za rządów Nabuchodonozora w 597 pne, główni mędrcy judaizmu prawdopodobnie zaczęli oddawać się pedofilii. Babilon był zdumiewająco niemoralną stolicą starożytnego świata. Przez 1600 lat kwitła w niej największa na świecie populacja Żydów.

Jako przykład ich zła, kapłani babilońscy mówili, że obowiązek religijny mężczyzny obejmował regularny seks z prostytutkami świątyni. Powszechnie tolerowano bestialstwo. Więc Babilończyków nie interesowało, czy rabin żenił się z 3-letnią dziewczynką.

Ale po wygnaniu Żydów w XI wieku AD, najczęściej na zachodnie ziemie chrześcijańskie, gojowska tolerancja żydowskiej pedofilii nagle się zakończyła.

Nadal trwa szokująca sprzeczność: jeśli Żydzi chcą czcić transcendentną mądrość i moralne wskazówki faryzeuszy i ich Talmud, muszą akceptować prawo ich największych starożytnych mędrców do naruszania dzieci. Do tej pory żaden synod judaizmu nie odrzucił swoich nikczemnych praktyk.

Seks z „nieletnim” dozwolony

Co dokładnie mówili ci mędrcy?

Faryzeusze uzasadniali gwałt na dziecku, tłumacząc, że 9-letni chłopiec nie był „mężczyzną.” W ten sposób zwalniali go z Prawa Mojżeszowego: „Nie będziesz leżał z mężczyzna jak się leży z kobietą; jest to obrzydliwość” (Kpł 18:22) Jeden fragment Talmudu zezwala kobiecie, która molestowała młodego syna ożenić się z arcykapłanem. Stwierdza: „Wszyscy zgadzają się, że kontakt z chłopcem w wieku 9 lat i 1 dnia jest prawdziwym związkiem, podczas gdy dla osoby w wieku poniżej 8 lat nie jest.” Ponieważ chłopiec w wieku 9 lat jest niedojrzały płciowo, nie może „przerzucać winy” moralnie i prawnie na aktywnego sprawcę,.

Kobieta może molestować chłopca bez stawiania pytania o moralność: ” … obcowanie z małym chłopcem, nie jest traktowane jako akt seksualny.” Talmud mówi też, „chłopiec w wieku 9 lat i 1 dnia, który zamieszkuje z żoną swego zmarłego brata nabywa ją (jako żonę).” Talmud wyraźnie uczy, że kobieta ma prawo poślubić i mieć seks z 9-letnim chłopcem.

Seks w wieku 3 lat i 1 dnia

W przeciwieństwie do dictum Symeona ben Yohai, że seks z dziewczynką jest dozwolony w wieku poniżej 3 lat, ogólne nauczanie Talmudu jest takie, że rabin musi poczekać 1 dzień po trzecich urodzinach. Można ją wziąć do małżeństwa po prostu poprzez gwałt.

Rabin Joseph powiedział: Chodźcie i słuchajcie! Dziewczynę w wieku 3 lat i 1 dzień można zdobyć do małżeństwa przez spółkowanie, i jeśli brat jej zmarłego męża żyje z nią, staje się jego.(Sanh. 55b)

Dziewczyna w wieku 3 lat i 1 dzień może być poślubionej przez wspólne pożycie. (Yeb. 57b)

Dziewczyna w wieku 3 lat i 1 dzień może zostać nabyta do małżeństwa przez współżycie, i jeśli brat jej zmarłego męża żyje z nią, staje się jego. (Sanh. 69a, 69b, Yeb. 60b)

Nauczano: Rabin Symeon b. Yohai stwierdził: neofitce, która jest w wieku poniżej 3 lat i 1 dzień wolno poślubić kapłana, gdyż jest powiedziane, że wszystkie kobiety dzieci, które nie poznały mężczyzny przez leżenie z nim, utrzymują się przy życiu, i Fineasz (który był kapłanem, przypis mówi) na pewno był z nimi. (Yeb. 60b)

[Talmud mówi, że takie dziewczyny w wieku 3 lata i 1 dzień]. . . nadają się do współżycia. . . Ale wszystkie kobiety dzieci, które nie poznały mężczyzny przez leżenie z nim, należy stwierdzić, że Pismo mówi o tym kto jest zdolny do współżycia. (przypis do Yeb. 60b)

Przykład Fineasza, kapłana, który sam poślubił nieletnią dziewczynę w wieku 3 lat, przez Talmud uważany jest za dowód, że takie dzieci „nadają się do współżycia.”

Talmud uczy, iż molestowanie 9-letniego chłopca przez dorosłą kobietę nie jest „aktem seksualnym” i nie „rzuca na nią winy,” ponieważ chłopiec nie jest naprawdę „człowiekiem.” Ale używa przeciwnej logiki wobec sankcji za gwałt na dziewczynie w wieku 3 lat i 1 dzień: Takie dzieci są traktowane jako „kobiety” dojrzałe płciowo oraz w pełni spełniają wymagania małżeństwa.

Przypisy 2 i 4 do Sanhedrynu 55a Talmudu jasno mówią, że kiedy rabini uznają chłopca i dziewczynkę za dojrzałe płciowo i gotowe do małżeństwa. „W wieku 9 lat chłopiec osiąga dojrzałość seksualną… Dojrzałość seksualna kobiety osiągana jest w wieku 3 lat.”

Żadnych praw dla dzieci ofiar

Faryzeusze z pewnością znali uraz odczuwany przez molestowane dzieci. Aby utrudnić dochodzenie odszkodowań, Talmud mówi, że ofiara gwałtu musi czekać do osiągnięcia wieku zanim byłaby możliwość odszkodowania. Musi udowodnić, że żyła i będzie żyć jako oddana Żydówka, i musi zaprotestować przeciwko utracie dziewictwa o tej samej godzinie kiedy osiąga wiek. „Kiedy tylko osiągnęła wiek i przez godzinę nie protestowała, więcej nie może protestować.”

Talmud broni tych surowych środków jako niezbędnych, by zapobiec możliwości buntu gojowskiej dziecka-panny młodej przed judaizmem i wypłacania przyznanego jej odszkodowania jako pogance – bluźnierstwo nie do pomyślenia! Ale prawa dziewczynki naprawdę nie mają z tym większego związku, gdyż „Kiedy dorosły mężczyzna ma stosunek z małą dziewczynką, to nic, gdy dziewczyna jest młodsza (trzy lata i jeden dzień) to jest tak jak włożyć palec w oko.” Przypis mówi, że „jak łzy przychodzą do oczu znowu i znowu, tak dziewictwo wróci do dziewczynki młodszej niż 3 lata.”

W większości przypadków, Talmud potwierdza niewinność męskich i żeńskich ofiar pedofilii. Obrońcy Talmudu twierdzą, że to potwierdza niesamowite moralne zaawansowanie Talmudu i życzliwość wobec dzieci, mówią, że to pozytywnie kontrastuje z „prymitywnymi” społeczeństwami, w których dziecko mogłoby zostać ukamienowane wraz z dorosłym sprawcą.

Faktycznie, rabini dla samoobrony, zamierzali udowodnić niewinność obu stron zaangażowanych w pedofilię: dziecko, ale co ważniejsze, pedofila. Zabierali małemu chłopcu prawo do „zrzucenia winy” na napastnika i żądali współudziału w seksie z małą dziewczynką. Tym samym, nie zapewniając żadnych znaczących szkód moralnych lub odwoławczych dla dziecka, Talmud wyraźnie pokazuje, po czyjej stoi stronie: rabina gwałciciela.

Powszechna pedofilia

Gwałt na dzieciach praktykowany był w najwyższych kręgach judaizmu. Ilustruje to Yeb. 60b:

Na ziemi Izraela było pewne miasto, w którym zostało zakwestionowana prawowitość mieszkańców i rabin wysłał rabina Romanos, który prowadził śledztwo i znalazł w nim córkę neofity, która była w wieku poniżej trzech lat i jeden dzień, i rabin uznał ją zdolną do zamieszkania z kapłanem.

Przypis mówi, że była „małżonką kapłana,” a rabin po prostu pozwolił jej żyć z mężem, zachowując w ten sposób „halakah,” oraz dyktat Simeona ben Yohai: „Neofitka w wieku poniżej 3 lat i 1 dnia może poślubić kapłana.”

Te dzieci-panny młode miały z własnej woli uprawiać seks. Yeb. 12b potwierdza, że każdej dziewczynie w wieku poniżej 11 lat i 1 dnia zakazuje się stosowania antykoncepcji, ale „musi kontynuować współżycie seksualne w zwykły sposób.”

W Sanhedrynie 76b udziela się błogosławieństwa mężczyźnie, który wyżeni swoje dzieci zanim osiągną dojrzałość płciową, a przekleństwo dla tych, którzy czekają dłużej. Faktycznie niedokonanie tego do czasu, kiedy córka osiąga wiek 12 lat i 6 miesięcy, jak mówi Talmud, jest tak złe jakby ktoś „zwrócił zgubioną rzecz Cuthean” (Goj) – czyn, z powodu którego „Pan go nie oszczędzi.” Fragment ten mówi: „… jest zasługą wyżenić dzieci kiedy są małoletnie.”

Mózg się lasuje z powodu krzywd wyrządzonych niezliczonej ilości dziewcząt, które były wykorzystywane seksualnie w judaizmie w okresie rozkwitu pedofilii. Takie wykorzystywanie dzieci, zdecydowanie praktykowane w II wieku, trwało nadal, przynajmniej w Babilonie, przez kolejnych 900 lat.

Fascynacja seksem

Czytając uważnie Talmud, jest się przytłoczonym powtarzającą się fascynacją seksem, zwłaszcza przez wybitnych rabinów. Można przedstawić dziesiątki ilustracji w celu zilustrowania radości faryzeuszy, aby dyskutować o seksie i spierać się w jego najdrobniejszych szczegółach.

Rabini aprobując seks z dziećmi niewątpliwie praktykowali to co głosili. Ale do chwili obecnej czci się ich słowa. Simeon ben Yohai jest szanowany przez ortodoksyjnych Żydów, jako jeden z największych mędrców i duchowych świateł, jakie widział świat. Członek najwcześniejszego „Tannaim” najbardziej wpływowych rabinów w tworzeniu Talmudu, stanowi większy autorytet dla pobożnych Żydów niż Mojżesz.

Dzisiaj, otwarci pedofile Talmudu i obrońcy gwałtu na dzieciach bez wątpienia mieliby trudności w więzieniu za molestowanie dziecka. Ale tutaj jest to, co wybitny żydowski uczony, Dagobert Runes (który jest w pełni świadomy wszystkich tych fragmentów), mówi o takich „brudnych staruchach” i ich wypaczonych naukach:

Nie ma żadnej prawdy w chrześcijańskich i innych strukturach wobec faryzeuszy, którzy reprezentowali najlepsze tradycje swojego narodu i ludzkiej moralności.

Czy nie są bardziej odpowiednie słowa Chrystusa?

Biada wam, uczeni w piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo podobni jesteście do grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa. Tak i wy z zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, lecz wewnątrz pełni jesteście obłudy i nieprawości. (Mt. 23:27,28)

Pastor Ted Pike – 11.10.2006

Z książki Teda Pike’a „Israel: Our Duty, Our Dilemma” [Izrael: nasz obowiązek, nasz dylemat]

Tłumaczenie Ola Gordon

Tęczowego holokaustu nie będzie

Kto by pomyślał, że w centrum amerykańskich wartości jest promocja sodomii i gomorii? Myślę, że na taką wiadomość wszyscy Ojcowie Założyciele poprzewracali się w grobach, ale cóż robić; czasy się zmieniają i tak zwana „wolność prawdziwa” musiała w końcu zawitać i do Ameryki. Nie wszyscy jeszcze wiedzą, co to jest, ta cała „wolność prawdziwa”, więc wyjaśniam, że dawno temu Sławomir Mrożek napisał sztukę „Na pełnym morzu”, gdzie ta kwestia została w prostych żołnierskich słowach wyjaśniona. Otóż wolność prawdziwa jest tam, gdzie nie ma zwyczajnej wolności.

Wydawałoby się że coś takiego może zdarzyć się wszędzie, tylko nie w Ameryce, gdzie tamtejsi twardziele bez przerwy informują się nawzajem, że to „wolny kraj” – jakby chcieli w ten sposób zagłuszyć jakieś wzruszające wątpliwości. A jednak wolność prawdziwa zawitała i tam, o czym poinformował nas nie kto inny, tylko sama pani Żorżeta, więc nie wypada zaprzeczać. Pani Żorżeta z jakichś zagadkowych przyczyn uważa, że wolność prawdziwą trzeba będzie zaprowadzić i u nas i nie zawaha się w tej sprawie „podnosić głosu”, a wiadomo, że kiedy pani Żorżeta podnosi głos, to wtedy zgina się każde kolano; zarówno w obozie „dobrej zmiany”, jak i w obozie zdrady i zaprzaństwa, nie mówiąc już o farbowanych lisach z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, którzy dla miłego grosza gotowi są zlać się z każdym, kto obieca im możliwość dalszego pasożytowania na historycznym narodzie polskim. Ten historyczny naród właśnie dożywa swoich dni nie tylko dlatego, że Nasz Najważniejszy Sojusznik nakazał pani Żorżecie podnieść głos w sprawie ochrony sodomitów i gomorytów przed „dyskryminacją”, ale również, a może nawet przede wszystkim dlatego, że już wkrótce sprawa roszczeń żydowskich powróci „i będzie wracać, aż coś się z tym zrobi”. Jak wiadomo, dyplomacja, nawet ta w wydaniu pani Żorżety nie służy wyrażaniu myśli, tylko ich ukrywaniu. Zresztą żeby wyrazić jakąś myśl, to najpierw musi się ona gdzieś narodzić, ale nie drążmy już tej sprawy, tylko rozbierzmy sobie z uwagą deklarację, że sprawa roszczeń żydowskich będzie wracała, „aż coś się z tym zrobi”. Coś – czyli konkretnie – co? Pani Żorżeta twierdzi, że nie wie, ale to pewnie tylko taka kokieteria, bo jak sekretarz stanu, pan Pompeo podniesie głos, to od razu będziemy wszystko wiedzieli. Konkretnie to, że Polska wszystkim tym roszczeniom zadośćuczyni. A czy zrobi to obóz „dobrej zmiany”, czy obóz zdrady i zaprzaństwa – o to mniejsza. Zresztą gdyby nawet i jeden i drugi się wahał, co oczywiście jest niepodobieństwem, to przecież pan Robert Biedroń w zamian za protekcję sodomii i gomorii i pan Czarzasty w zamian za wiadomą obietnicę, albo nawet doraźny napiwek, podobnie jak w przypadku tajnego więzienia w Starych Kiejkutach, wszystko zrobią w podskokach. Żeby jednak opinia publiczna w Polsce miała jakąś satysfakcję, to pani Żorżeta już zapowiedziała makagigi w postaci zniesienia wiz. W tej sytuacji będziemy mogli przenieść się do Ameryki, żeby w kraju nad Wisłą zrobić miejsce Żydom. Oczywiście nie wszyscy, bo jakaś część będzie musiała tu zostać w charakterze szabesgojów, którym lichwiarze będą pożyczać pieniądze na procent, a oni – wzorem pana Kazimierza Marcinkiewicza, który ugina się już od nadmiaru szczęścia – będą wymachiwali rękami i wołali: „yes! yes, yes!” – całkiem, jak w Ameryce. W takiej sytuacji nie trzeba będzie jeździć do Ameryki, bo w Polsce będzie dokładnie tak, jak w USA; tak samo Żydzi będą kręcili tymi wszystkimi Umiłowanymi Przywódcami, tak samo wszyscy będą u nich pozadłużani, tak samo będą kupowali bimber wyprodukowany przez firmę Seagrams, której właściciel, a zarazem prezes światowego Kongresu Żydów, pan Bronfman, przez całe lata dyrygował tymi wszystkimi prezydentami i posłużył się nimi do wyszlamowania Szwajcarii, tak samo będą oglądali telewizję, z której dowiedzą się, ile to Polska zawdzięcza Żydom, tak samo będą obowiązkowo uczyli się o holokauście i w rocznicę powstania w getcie będą przebierać się za żonkile w kształcie Gwiazdy Dawida i uczestniczyć w ekumenicznych, ekspiacyjnych nabożeństwach, których liturgia zostanie drobiazgowo ustalona podczas „dialogu z judaizmem”.

Dlatego też niepotrzebnie się niecierpliwią niektórzy sodomici, jak na przykład pan doktor z Białegostoku, który nie dość, że jest gojem, to jeszcze gejem. Po rozruchach towarzyszących tęczowemu marszowi równości tak się wystraszył, że „już się pakuje”. Ciekawe, dokąd chce wyjechać i na co liczy? Gdyby jeszcze był Żydem, to mógłby opowiadać, jak to ledwo zdążył ocaleć z holokaustu, a już białostoccy naziści kazali mu „wypierdalać”, a wtedy na otarcie łez daliby mu klinikę aborcyjną z sodomickim personelem i w ogóle – urządziłby się na resztą życia, jak nie przymierzając komisarze w Komisji Europejskiej. Tak w każdym razie było do tej pory, kiedy to w drugiej połowie lat 50-tych najwięksi stalinowscy oprawcy prezentowali się na Zachodzie, przede wszystkim w Ameryce, jako ofiary „polskiego antysemityzmu” i na otarcie łez dostawali wszystko, czego tylko zażądali. Podobnie było i w 1968 roku, podczas tak zwanego „małego holokaustu”, kiedy to partyjniacy z rozgramianej właśnie przez „Chamów” frakcji „Żydów” przenosili się z cudnego raju, którym w latach dobrego fartu zarządzali, do lepszego świata – znowu jako ofiary „polskiego antysemityzmu”, który od tamtej pory stał się trwałym elementem polskiego narodowego wizerunku. Ale pan doktor Żydem nie jest, tylko „gejem”, więc kiedy już się spakuje i wyjedzie, to jaką zaprezentuje tam martyrologię? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie ma problemu i na przykład, gdyby powiedział, że jakiś efeb odrzucił jego zaloty, bo okazał się nacjonalistą, to z pewnością wzbudziłby współczucie środowiska i kto wie – może by mu jakiś sodomita zaproponował wspólny nocleg – ale już kliniki nikt by mu chyba nie zaoferował. Zresztą w tą martyrologią też nie ma co przesadzać, bo wiadomo, że ofiarami są Żydzi, a cała reszta musi nie tylko przyjąć to do wiadomości, ale i powstrzymać się przed próbami jakichś martyrologicznych licytacji. Z Żydami nie jest tak łatwo, jak z warszawskimi powstańcami, którzy podpiszą, co im się tam podsunie, nawet świstek, że wtedy chodziło o wyzwolenie sodomitów z cęgów reżymu – ale Żydzi na takie sentymenty nabrać się nie dadzą i z żadnymi tęczowymi męczennikami na pluszowych krzyżach nie będą się dzielić dochodami ze swego monopolu. Owszem, mogą nakręcić panią Żorżetę, żeby się z nimi ostentacyjnie solidaryzowała, bo to nikomu nic nie szkodzi, ale w momencie, gdy w grę wchodzi szmal, to żarty się kończą, podobnie jak i amikoszoneria, po której tutejsi sodomici tyle sobie obiecują.

Felieton • tygodnik „Najwyższy Czas!” • 6 sierpnia 2019
Stanisław Michalkiewicz

Rzeź Woli – największe ludobójstwo II Wojny Światowej

Jeśli ktoś nazywa Powstanie Warszawskie „obłędem” ma całkowitą rację – to co się wówczas działo przez 63 dni na ulicach stolicy było przede wszystkim morderczym OBŁĘDEM w wykonaniu Niemców! To Niemcy zrujnowali Warszawę! To Niemcy wymordowali 200 tys. Polaków! To Niemcy nie mieli skrupułów, aby polskim dzieciom podrzynać gardła! I w końcu: to Niemcy dokonali rzezi Woli – jednego z najpotworniejszych w dziejach ludzkości ludobójstw.

Zabić wszystkich Polaków!

Wieczorem 1 sierpnia 1944 roku w Wilczym Szańcu doszło do spotkania Adolfa Hitlera z Heinrichem Himmlerem. Fuhrer był mocno poddenerwowany, ponieważ dotarły do niego informacje o wybuchu Powstania Warszawskiego. Z kolei jego najbliższy współpracownik „zacierał ręce”. Nastał bowiem moment, w którym mógłby rozpocząć jedną z najważniejszych misji w swoim życiu – raz na zawsze pozbyć się przeklętych, polskich „podludzi”.

Po tym jak Himmlerowi udało się uspokoić Hitlera, ten pierwszy miał ze stoickim spokojem powiedzieć, że sytuacja może faktycznie nie jest najlepsza, że może i nie jest to najbardziej dogodny moment, ale lepszej okazji Rzesza i jej żołnierze już mieć nie będą. Na co? Na „ostateczne rozwiązanie kwestii Warszawy”.

– Warszawa, stolica, głowa, inteligencja tego byłego 16-17-milionowego narodu Polaków będzie zniszczona, tego narodu, który od 700 lat blokuje nam Wschód i od czasu pierwszej bitwy pod Tannenbergiem leży nam w drodze – miał wykrzykiwać Himmler, który znany był ze swego stoickiego spokoju. To on wytłumaczył Fuhrerowi, że wybuch powstania to najlepszy moment na dokonanie rzezi Polaków a następnie zrównanie Warszawy z ziemią i dlatego wszystkie dostępne siły muszą zostać rzucone właśnie na polską stolicę.

To właśnie wtedy – 1 sierpnia 1944 roku w Wilczym Szańcu – najpotężniejsi spośród niemieckich nazistów zdecydowali, że trzeba myśleć o przyszłości, która nie jest zbyt różowa dla obecnych Niemców, ale może być bardzo obiecująca dla ich przyszłego pokolenia.

Ta rozmowa, ta przemowa Himmlera do Hitlera wyjaśnia, dlaczego zdarzyła się rzeź Woli i dlaczego Niemcy przegrywając II Wojnę Światową marnowali mnóstwo sił i środków na niszczenie Warszawy i mordowanie jej mieszkańców. Chodziło o przyszłość! Przyszłość bez Polaków. Himmler miał powiedzieć, że nawet jeśli nie uda się fizycznie zniszczyć narodu polskiego, to zostanie mu przetrącony kręgosłup. Pamiętać bowiem należy, że ówczesna Warszawa była rezerwuarem inteligencji i miejscem, w którym w dużym stopniu kondensował się duch narodu, jego serce i jego rozum.

W Warszawie mieszkali ludzie niezwykle ważni dla przyszłości Polski – wielcy duchowni, przedstawiciele inteligencji, świata kultury etc. Ich likwidacja, zdaniem Himmlera, ostatecznie osłabiłaby wolę przetrwania narodu polskiego i położyła wieczną skazę na jego duszy.

Ludobójstwo – nowa gałąź niemieckiego przemysłu

Wielu z nas, kiedy mówi o ludobójstwie dokonanym przez Niemców na mieszkańcach warszawskiej Woli, w sposób naturalny łączy je z Powstaniem Warszawskim. Rozpoczynają się walki, Warszawa powstaje przeciwko Niemcom. Wermacht i SS w pierwszych kilku dniach są zepchnięci do defensywy i muszą się bronić. Następuje rzeź Woli, a potem powstanie toczy się dalej. Jest to fałszywe spojrzenie na tę tragedię.

Ludobójstwo na Woli nie miało żadnego związku z walkami powstańczymi! Niemcy dokonali mordu na Polakach w dzielnicy Warszawy, w której nie toczyły się żadne walki!

To nie była wymiana ognia. To nie było dzieło przypadku, po którym można by powiedzieć, że w trakcie walk pocisk z ciężkiego moździerza przypadkowo uderzył w kamienicę zabijając mieszkańców Woli, że warszawiacy z Woli zginęli w trakcie walk bądź Niemcy zlikwidowali cywilów, którzy im przeszkadzali. NIE! Największe zbrodnie, największa rzeź została dokonana tam, gdzie panował spokój, ponieważ nie toczyły się tam działania zbrojne!

Zanim Niemcy doszli do głównych barykad na ulicy Wolskiej i Górczewskiej wpierw wymordowali ludność na terenie nie objętym Powstaniem Warszawskim. Wiele lat po tych wydarzeniach należy to wciąż przypominać kolejnym pokoleniom!

Za masakrę odpowiadał Heinz Reinefarth – zbrodniarz i karierowicz, który z niemożliwym do opisania zapałem wypełniał wszystkie rozkazy swoich przełożonych. Reinefarth nie kalkulował – kazano mu zabić wszystkich, więc robił co mógł, aby tak się stało, ponieważ liczył, że dzięki temu zyska pochwały i awanse.

Nieco, ale tylko nieco inne podejście zaprezentował Gunther Rohr – zwyrodnialec odpowiedzialny za rzeź innej warszawskiej dzielnicy – Ochoty. Jego oddziały nie wymordowały wszystkich mieszkańców, ponieważ w tym wypadku zwyciężyły „kalkulacje”. Rohr bał się, że w wypadku przegranej wojny zostanie pociągnięty do odpowiedzialności i dlatego licznik zamordowanych przez jego podwładnych mieszkańców Ochoty zatrzymał się „jedynie” na 10 tysiącach osób zamordowanych w wyjątkowo zwyrodniały sposób.

Na tym właśnie polega różnica między rzezią Ochoty a rzezią Woli. Ta pierwsza była paroksyzmem zwyrodnialców, którzy rabowali, łupili i gwałcili. Ta druga z kolei zasługuje na miano dokonanej na zimno zbrodni przemysłowej.

Powyższe porównanie nie zostało przywołane po to, żeby kogoś usprawiedliwiać a kogoś potępiać. NIE! Reinefarth i Rohr byli krwawymi zbrodniarzami i nic tego nie zmieni!

Zabawa w morderstwo

Dla Niemców mordowanie mieszkańców Woli było „zabawą”, o czym sami tak pisali.

„Upychano” w domach jak największą ilość kobiet, mężczyzn i dzieci, po czym ryglowano wszystkie możliwe wyjścia, a następnie budynek podpalano.

Ustawiano kobiety, mężczyzn i dzieci pod ścianą, a następnie rzucano w nich granatem. Ci którzy przeżyli mieli do wyboru dwa „rozwiązania”: poderżnięcie gardła bądź strzał w tył głowy.

Niejednokrotnie ustawiano w rzędzie dzieci jedno za drugim a następnie strzelano do pierwszego albo ostatniego, żeby sprawdzić, ile ciał jest w stanie przebić kula z niemieckiego karabinu.

Można znaleźć tysiące śladów „oddolnego” i „spontanicznego” sadyzmu wobec polskich ofiar. Co jest jednak najbardziej uderzające? Pod koniec pierwszego dnia ludobójstwa – wieczorem 5 sierpnia – Niemcy postanowili przeprowadzić masowe rozstrzeliwanie wszystkich mieszkańców Woli. Po dzielnicy jeździli na motorach kurierzy z tymże rozkazem zawierającym wytyczne. Zwyrodnialcy rozstrzeliwujący mieszkańców Woli żądali okazania im tego rozkazu na piśmie. Na Miłość Boską! Normalny człowiek przymuszany do robienia czegoś okropnego szuka pretekstu, żeby to przerwać. Tu zaś było inaczej! Niemcy żądali potwierdzenia rozkazu, bo chcieli dalej mordować Polaków!

Właśnie dlatego na Woli mieliśmy do czynienia z nieprawdopodobną koncentracją okrucieństwa.

Odkłamać wczoraj i dziś!

Od wielu lat jesteśmy świadkami procesu mającego na celu totalne zafałszowanie historii II Wojny Światowej. Przedstawia się ten konflikt jako wojnę z ideologią nazistowską całkowicie pomijając jej etniczne aspekty.

Rzeź Woli całkowicie obala tego typu kłamstwa wmawiane światu od dziesięcioleci. W przypadku Woli widać wyraźnie, jak ogromną rolę w zbrodniczym przemyśle Niemców odgrywał właśnie element etniczny, czyli pogarda dla Polaków – podludzi ze Wschodu.

Wystarczy porównać Powstanie Warszawskie z tzw. Powstaniem w Paryżu. Źródła podają, że na tzw. wyzwolenie Paryża składał się „szereg działań zbrojnych w Paryżu w okresie od 19 do 25 sierpnia 1944 roku pomiędzy francuskim ruchem oporu oraz wspierającymi go wojskami armii sił Wolnych Francuzów de Gaulle’a oraz amerykańskiej 3 Armii gen. Pattona przeciw okupującym miasto wojskom niemieckim”. W rzeczywistości była to co najwyżej totalnie niezorganizowana ruchawka, którą Niemcy mogli stłumić w ciągu kilku, kilkunastu godzin zadając przy tym Francuzom ogromne straty i rujnując Paryż.

Rozkaz takiej treści został też wydany. Stacjonujący we Francji Niemcy mieli dokonać bardzo brutalnego stłumienia wszelkich przejawów buntu łącznie ze zniszczeniem Paryża i zamordowaniem jego mieszkańców. Tak się jednak nie stało, ponieważ osoba, która ów rozkaz otrzymała, Dietrich von Choltitz nie wykonał go. Istnieje wiele relacji dowodzących, że gdyby przyszło mu stłumić Powstanie Warszawskie i zrównać stolicę z ziemią, to niemiałby co do tego najmniejszych oporów. Dlaczego jednak nie zniszczył Paryża? Ponieważ, jak sam mówił, jak mógłby zniszczyć miasto świateł – Paryż – światową metropolię? Czym innym byłoby unicestwienie Warszawy – miasta zamieszkanego przez podludzi. Ale Paryża?

Liczby, liczby są bezpieczne…

Ludobójstwo na warszawskiej Woli pochłonęło życie około 60 tys. osób. Liczba ofiar cywilnych w całym okresie powstania warszawskiego to około 200 tysięcy, czyli liczba ofiar rzezi Woli to 1/3 wszystkich cywilów zabitych i zamordowanych w czasie 63 dni powstania.

Rzeź Woli to największy, jednorazowy mord na ludności cywilnej w całej historii II Wojny Światowej. Nigdy w żadnym miejscu nie zamordowano tylu niewinnych ludzi w tak krótkim czasie.

Nie wytrzymują tu żadne porównania, nawet Holocaust. Nie ma w dziejach zagłady Żydów takiego nasilenia okrucieństwa i śmierci jak podczas rzezi Woli. Największym jednorazowym aktem mordowania Żydów był 3 listopada 1943 roku. Niemcy nadali tej akcji kryptonim Dożynki, kiedy w ciągu dwóch dni wymordowano wszystkich Żydów na Majdanku w liczbie około 18 tys. Wola to 60 tys. w ciągu trzech dni. O tym trzeba pamiętać.

____________

Źródło: Piotr Gursztyn „Rzeź Woli. Zbrodnia nierozliczona”
DATA: 2019-08-05 09:56
AUTOR: TOMASZ D. KOLANEK
Za; https://www.pch24.pl/rzez-woli—najwieksze-ludobojstwo-ii-wojny-swiatowej-twt,69951,i.html#.XUfrsCJp48Q.twitter

Zobacz:

„Ze zdumieniem dowiedzieliśmy się, że niedawna antypolska konferencja w Paryżu miała nazwę “Nowa polska szkoła historii Holocaustu”. Na podkreślenie zasługuje słowo “polska”. To już nie izraelska, czy amerykańska, ale polska szkoła. Przy tej okazji dowiedzieliśmy się, że jednym z organizatorów tej konferencji było działające w ramach Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk “Centrum Badań nad Zagładą Żydów”. Centrum działa od roku 2003 (www.holocaustresearch.pl/) i z jego szeregów wywodzą się główni prelegenci z Paryża. Jak widać, nie jest ważne, że w czasie II Wojny Światowej wymordowano więcej etnicznych Polaków niż Żydów z Polski. W Polskiej Akademii Nauk nie utworzono Centrum Badań nad zagładą Polaków, lecz Żydów. Nie wygląda na to, aby państwo polskie miało jakiś plan, a choćby zamiar przeciwdziałania antypolskiej kampanii.”

Watykanista Antonio Socci: mamy najpoważniejszy kryzys w ciągu 2000 lat historii Kościoła

Watykanista Antonio Socci w mocnych słowach wypowiadział się o kryzysie we współczesnym Kościele. Surowo skrytykował między innymi Instrumentum Laboris – dokument roboczy przed jesiennym Synodem Amazońskim. Zwrócił też uwagę na istotną rolę Benedykta XVI, także w obecnych czasach.

Antonio Socci w swym artykule krytycznie wypowiada się o ideologicznym zaangażowaniu niektórych przedstawicieli Watykanu, którego przejawem jest dokument Instrumentum Laboris przed Synodem Amazońskim. Krytykuje ich nadmierne zaangażowanie w sprawy brazylijskiego społeczeństwa.

Jak twierdzi Antonio Socci, brazylijski premier Jair Bolsonaro stał się obok Matteo Salviniego i Donalda Trumpa wrogiem władz kościelnych. Politycy ci reprezentują bowiem zachodnią cywilizację wierną swej tradycji i tożsamości.

Antonio Socci powołuje się także na słowa konserwatywnego myśliciela José Antonio Urety twierdzącego, że Instrumentum Laboris stanowi otwarcie na oścież bram Magisterium na teologię indiańską i ekoteologię, stanowiącymi rozwinięcie teologii wyzwolenia. „Po upadku Związku Sowieckiego i klęsce realnego socjalizmu, rzecznicy teologii wyzwolenia w stylu marksistowskim przypisali historyczną rolę siły rewolucyjnej ludom tubylczym i przyrodzie” – pisał José Antonio Ureta.

Mocne słowa kardynała Walter Brandmüllera

Antonio Socci zauważa również, że „kardynał Walter Brandmüller – osobisty przyjaciel Benedykta XVI – jest wybitnym historykiem Kościoła, a jednak nie wahał się użyć najmocniejszych słów, by wypowiedzieć się otwarcie przeciwko temu Instrumentum laboris: heretyckie i apostazja”. Podkreśla również, że kardynał Brandmüller odrzucił agresywną jego zdaniem ingerencję w świeckie sprawy brazylijskiego społeczeństwa, potępił też „teologiczne absurdy dokumentu” i „antyracjonalne odrzucenie zachodniej kultury”.

W opinii cytowanego przez Antonio Socciego hierarchy „[…] watykańskie Instrumentum obciąża synod biskupów i ostatecznie papieża poważnym naruszeniem depositum fidei, co w konsekwencji oznacza samozniszczenie Kościoła albo zamianę Corpus Christi mysticum w świecką organizację pozarządową, mającą pełnomocnictwo ekologiczno-społeczno-psychiczne”.

Kardynał Brandmüller stwierdził również, że Instrumentum Laboris „stanowi atak na fundamenty Wiary i w sposób, który dotąd uważano za niemożliwy. Dlatego musi być odrzucone z całą stanowczością”. Według Antonio Socciego stanowisko kardynała Brandmüllera jest podzielane przez Benedykta XVI, który wiele lat występował przeciwko teologii wyzwolenia.

Benedykt XVI dostrzega kryzys

Watykanista podkreśla też, że „mimo licznych nacisków” na Benedykta XVI nie odrzucił on zarzutów czterech kardynałów autorów dubiów (chodzi o wątpliwości dotyczące zwłaszcza dopuszczenia niektórych rozwiedzionych w nowych związkach do Komunii świętej, które wyrazili kardynałowie: Walter Brandmüller, Leo Raymond Burke, Carlo Caffarra i Joachim Meisner).

Benedykt XVI nie odrzucił też „zarzutów abp. Carla Marii Viganò, autora historycznego świadectwa dotyczącego watykańskich skandali. Opublikował natomiast własne refleksje „podejmujące szczególnie kwestię skandali – które przedstawia refleksje w zgodzie z punktem widzenia wcześniej wspomnianych kardynałów – autorów dubiów, a także wnosi własny wkład […]”.

Według Antonio Socciego „możemy także powiedzieć, że dokument Ratzingera już antycypował watykański dokument na temat Amazonii. W rzeczywistości potępia każdą próbę zastąpienia Kościoła Chrystusa tworzeniem innego Kościoła według naszego własnego projektu, ponieważ jest to kościół, który – zamiast troszczyć się o zbawienie człowieka – zajmuje się polityką, gospodarką i ekologią (według światowych ideologii) […]”.

Antonio Socci przekonuje, że między Benedyktem XVI a Franciszkiem nie istnieje harmonia poglądów. Według Watykanisty Franciszek pilnował, by nie rozpowszechniać dokumentu Benedykta o nadużyciach w Kościele podczas lutowego szczytu poświęconego tej tematyce. Tymczasem to właśnie z tej okazji Benedykt napisał swój dokument.

Znaczenie Benedykta XVI obecnie

Według Antonio Socciego Benedykt XVI pilnuje, by Kościół nie wykroczył poza granice ortodoksji, a jednocześnie dodaje otuchy katolikom wiernym przerażonych kryzysem – w tym kardynałom i biskupom. Musi on „zachęcać ich do obrony wiary Kościoła, jednocześnie unikając wywołania nieodwołalnych rozłamów”.

Antonio Socci cytuje też słowa Benedykta XVI z jego ostatniej audiencji 27 lutego 2013 roku: „Zawsze oznacza również na zawsze” – nie ma już powrotu do życia prywatnego. Moja decyzja o rezygnacji z pełnienia urzędu tego nie anuluje” . Benedykt XVI według Socciego nie stwierdził nigdy, jakoby nie miał już nic wspólnego z papiestwem.

Antonio Socci cytuje także słowa sekretarza Benedykta XVI, arcybiskupa Georga Gaensweina, jakie padły podczas historycznej na Uniwersytecie Gregoriańskim:

„przed i po swojej rezygnacji Benedykt rozumiał i rozumie swoje zadanie jako uczestnictwo w takiej posłudze Piotrowej. Opuścił tron papieski, a jednak, podejmując ten krok 11 lutego 2013 roku, wcale nie porzucił tej posługi. Zamiast tego dopełnił osobisty urząd kolegialnym i synodalnym wymiarem, jako jakby wspólną posługą. […] Oto dlaczego Benedykt XVI nie zrezygnował ze swojego imienia, czy białej sutanny. Oto dlaczego prawidłowym zwrotem, z którego pomocą należy się do niego zwracać nawet dzisiaj, jest Wasza Świątobliwość. […] Nie porzucił on urzędu św. Piotra – czego zrobienie byłoby dla niego całkowicie niemożliwe po nieodwołalnym przyjęciu urzędu w kwietniu 2005 roku”.

„Są tacy, którzy wierzą, że na mocy tajemniczego zamysłu Bożej Opatrzności Kościół jest poddawany bardzo ciężkiej próbie, że to jego Wielki Piątek, ale że obecność Benedykta gwarantuje, że nawa Kościoła się nie rozbije” – twierdzi Antonio Socci. „Z pewnością Benedykt ma kluczowe znaczenie w dzisiejszym Kościele. I pewnego dnia wszystko stanie się jasne” – dodaje.

Pierwszy raz opublikowano w Libero 1 lipca 2019 roku.

Antonio Socci

Źródło: ChurchMilitant.com

Tłum. z j. angielskiego: Jan J. Franczak

Opracowanie: mjend

Na marginesie tekstu Socciego pamiętajmy, że obecny kryzys nie jest pierwszym, z jakim musi zmierzyć się Kościół. Dawniej dochodziło bowiem do kryzysu ariańskiego, wielkiej schizmy zachodniej, czy kryzysu renesansowego papiestwa. Jednak ze wszystkich tych przypadków Kościół wychodził obronną ręką. Nic w tym dziwnego. Wszak w mocy pozostają słowa Pana Jezusa wypowiedziane do świętego Piotra:

„Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą”. [Mt 16,18]. Módlmy się zatem za papieża Franciszka, a także za Benedykta XVI, hierarchów i duchownych. Pamiętajmy też o ogromnej roli, jaką do odegrania w naszych czasach mają świeccy.

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2019-07-29)