Chwała Bogu

OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Felieton    Portal Informacyjny „Magna Polonia” (www.magnapolonia.org)    28 sierpnia 2017

Wśród narodów świata Żydzi chyba najbardziej opanowali sztukę prezentowania się światu w charakterze ofiar, no i oczywiście – sztukę odcinania od tego wizerunku kuponów. Rzeczywiście, nie da się ukryć, doznali rozmaitych tragedii, ale sami też nieźle dokazywali, kiedy tylko mogli. Weźmy choćby taki kultowy obraz, jak słynny exodus z egipskiego „domu niewoli”. Zanim ten exodus nastąpił, najpierw Żydzi musieli się w Egipcie znaleźć. A w jaki sposób? Ano, w Starym Testamencie czytamy o wyrodnych braciach, którzy sprzedali swego brata Józefa wędrownym handlarzom niewolników. W ten sposób Józef znalazł się w Egipcie, gdzie po rozmaitych perypetiach, został pierwszym ministrem faraona. Na tym stanowisku zapoczątkował serię przedsięwzięć, które dzisiaj nazwano by „politykami interwencyjnymi”. Na początek nałożył nowy podatek w postaci 20 procent zbiorów od każdego chłopa. Zakładając, że podatek ten pobierany był rzetelnie, wymagało to ogromnego aparatu biurokratycznego, który oszacowałby zbiory u każdego chłopa, a następnie wymierzył podatek. Zebrane w ten sposób zboże trzeba było magazynować, a biorąc pod uwagę ówczesne możliwości komunikacyjne, wymagało to wybudowania gęstej sieci magazynów. Te magazyny musiały być pilnowane przez żołnierzy, bo w przeciwnym razie nie uchowałoby się tam nawet ziarenko. Dla tych żołnierzy trzeba było wybudować koszary. Ten ambitny program budowlany wymagał transportu materiałów, do którego trzeba było wielu zwierząt pociągowych, no i robotników, którzy by to wszystko wybudowali. Zwierzęta pociągowe i robotnicy musieli być odciągnięci z rolnictwa, które było główną gałęzią gospodarki egipskiej. Tamtejsze rolnictwo wymagało bardzo dużego udziału pracy ręcznej również przy utrzymywaniu kanałów irygacyjnych. Kiedy jednak zwierzęta i ludzie zostali odciągnięci do programu budowlanego, prace w rolnictwie siłą rzeczy musiały wskutek tego ucierpieć. Wystarczyło 7 lat takiej gospodarki, by w Egipcie nastał głód. I co wtedy zrobił Józef? Zaczął sprzedawać zboże uprzednio odebrane chłopom w ramach podatku. Jak czytamy w Starym Testamencie, w pierwszym roku zgromadził w skarbcu faraona pieniądze z całej ziemi egipskiej. W drugim roku chłopi musieli wyprzedać inwentarz w zamian za zboże odebrane od nich w ramach Józefowego podatku. W następnym roku mogli kupić zboże już tylko za ziemię, która w ten sposób została upaństwowiona. Wreszcie w zamian za możliwość przeżycia musieli sprzedać w niewolę siebie samych. Przestali być wolnymi chłopami, stając się niewolnikami państwowymi w utworzonych przez Józefa kołchozach.

W dalszej części czytamy, jak to Józef sprowadził do Egiptu swoją rodzinę, której oczywiście przebaczył, no a ona pewnie skwapliwie wykorzystała możliwości, jakie dawało jej jego stanowisko. Minęło wiele lat i społeczność żydowska w Egipcie niezwykle się rozrosła, co zaczęło budzić niepokój faraona. Wtedy pojawił się Mojżesz, któremu Stwórca Wszechświata polecił wyprowadzić Żydów z Egiptu, żeby wzięli sobie w posiadanie ziemię „mlekiem i miodem płynącą”. Żeby przekonać do tego pomysłu niechętnego mu faraona, Stwórca Wszechświata, w ramach odpowiedzialności zbiorowej, zsyłał na Egipt kolejne plagi, z których ostatnia polegała na uśmierceniu wszystkich pierworodnych w ziemi egipskiej. Ciekawe, że aby ułatwić zadanie Aniołowi-Niszczycielowi, Żydzi musieli oznaczyć drzwi swoich domów baranią juchą. Anioł pewnie mógłby się obejść bez takiego oznakowania, natomiast dla komanda nocnych morderców było ono wskazówką konieczną – gdzie nie wchodzić. Toteż kiedy nastał ranek, Żydzi zrozumieli, że jedyny ratunek w natychmiastowej ucieczce gdzie oczy poniosą, bo zanim faraon przekona się, że te nocne morderstwa były dziełem Anioła Niszczyciela, to niejedna głowa spadnie z karku, więc lepiej takiego eksperymentu nie ryzykować tym bardziej, że wcześniej wypożyczyli od egipskich sąsiadów kosztowności, z których potem ulali nawet złotego cielca. Najwyraźniej opinie o panującym wówczas w Egipcie antysemityzmie musiały być mocno przesadzone, skoro egipscy sąsiedzi zaufali Żydom swoje precjoza. Potem, to znaczy, po ucieczce, te nastroje mogły rzeczywiście się zmienić na gorsze, ale Żydzi chyba do dnia dzisiejszego nie mogą tego zrozumieć. Najwyraźniej muszą wyznawać zasadę, że czysty typ nordycki i bez mydła jest czysty, czyli, że jeśli ktoś jest ofiarą cudzej irytacji, no to jest, nawet wtedy, gdy ta irytacja została wywołana prowokacyjnym zachowaniem ofiary. Dodatkową poszlaką która na to wskazuje, jest obchodzone wśród Żydów do dnia dzisiejszego radosne święto Purim, będące pamiątką udanego ludobójstwa, jakiego Żydzi dokonali w Persji, mordując co najmniej 75 tysięcy ludzi.

Toteż nie można się dziwić, że i teraz żydowska gazeta dla Polaków retuszuje historię, starannie wymazując udział Żydów w ludobójstwie. Właśnie panu redaktoru Wacławu Radziwinowiczu redakcyjny Judenrat z Czerskiej wydrukował artykuł o operacji polskiej NKWD w 1937 roku. Pan redaktor Radziwinowicz twierdzi, że korzystał z materiałów archiwalnych rosyjskiego stowarzyszenia Memoriał, ale to albo gówno prawda, albo też sam autor lub redakcyjny Judenrat niektóre informacje starannie mu powyskrobywał. Opisuje tam rozmaite okolicznosci i wymienia osoby w to ludobójstwo na Polakach zaangażowane, a nawet opisuje, jak to Jeżow biegał po korytarzach lefortowskiego więzienia, a nawet – jak nazywał się NKWD-dzista, który zszywał albumy ze skazanymi Polakami – ale ani słowem nie odważył się wspomnieć, jak nazywała się „dwójka”, która te albumy dla Wyszyńskiego i Jeżowa przygotowywała. Nic dziwnego – bo byli to dwaj odescy Żydowinowie, z których jeden nazywał się Aleksander Minajew-Cykanowski, a drugi – Włodzimierz Cesarski. Jak tam się nazywali naprawdę – czort z nimi – bo ważniejsze jest to, że w książce dra Tomasza Sommera, o której pan redaktor Radziwinowicz pewnie miał surowo zakazane słyszeć – jest nawet fotografia tego Minajewa-Cykanowskiego i to zaczerpnięta z archiwum tego samego Memoriału, z którego korzystać miał niby pan redaktor Wacław Radziwinowicz. Tego słonia w menażerii miał widać zakazane zauważyć. Widać, że w żydowskiej gazecie dla Polaków panuje iście stalinowska dyscyplina, podobnie jak orwelowskie obyczaje, kiedy to w Ministerstwie Prawdy przygotowywane były skorygowane zgodnie z potrzebami „etapu” wersje historii dla mikrocefalów. Najwyraźniej jakiś Sanhedryn musiał surowo przykazać („NU!”) wszystkim autorytetom moralnym, by starannie usuwali wszelkie wzmianki o udziale Żydów w ludobójstwie XX wieku. Nietrudno się domyślić dlaczego – bo ujawnienie tego, dodajmy – masowego udziału Żydów w tym ludobójstwie i to nie w charakterze ofiar, ale katów i organizatorów tej zbrodni – zniszczyłoby martyrologiczny wizerunek tego narodu.

Stanisław Michalkiewicz

Papież bez tiary – Sebastian Skowronek

Sprzedaż tiary przez Pawła VI została przyjęta ogromnym aplauzem części wiernych, uradowanych symbolicznym gestem wyrzeczenia się bogactw przez Kościół i zapowiedzią powrotu do pierwotnego ubóstwa. Arcybiskup Felici tłumaczył, że gest papieża stanowił reakcję na przedstawione mu sprawozdanie na temat nędzy i głodu panującego na świecie.

Po uroczystej ekumenicznej Mszy świętej, odprawionej 13 XI 1964 roku w bazylice św. Piotra w obrządku bizantyjskim z udziałem patriarchów prawosławnych, w symbolicznym geście Paweł VI złożył na ołtarzu papieską koronę – tiarę, którą otrzymał jako dar od wiernych Mediolanu, jego pierwszej arcybiskupiej diecezji. Została ona następnie zlicytowana na aukcji w USA i sprzedana. Pieniądze za nią otrzymane przeznaczono na cele charytatywne.

Tiara Pawła VI posiadała dość niecodzienny kształt; jej projektant twierdził, że inspiracją była dlań rakieta kosmiczna NASA

[Pic source: http://theradtrad.blogspot.com]

Decyzja ta została przyjęta ogromnym aplauzem części wiernych, uradowanych symbolicznym gestem wyrzeczenia się bogactw przez Kościół i zapowiedzią powrotu do pierwotnego ubóstwa. Arcybiskup Felici tłumaczył, że gest Pawła VI stanowił reakcję na przedstawione mu sprawozdanie na temat nędzy i głodu panującego na świecie. Warto dodać, iż w tym samym czasie w auli soborowej dyskutowany był XIII schemat – konstytucja o Kościele w świecie współczesnym.

Dla każdego, kto choć trochę orientuje się w znaczeniu symboliki katolickiej, oczywiste jest, że gest pozbycia się potrójnej korony przez Pawła VI nie był przypadkiem, ale oczywistym znakiem rezygnacji z dawnych przywilejów i przyjęciem nowej koncepcji Kościoła w świecie. Ten symboliczny akt rozszerzyli kolejni papieże, uznając, że koronacja z użyciem tiary nie będzie już konieczna! Jedyną jej pozostałością jest potrójna korona w herbie Jana Pawła II. Zrezygnowano jednocześnie z dawnej intromisji, podczas której mistrz ceremonii zapalał przed Papieżem zawieszony na długim metalowym pręcie pęk konopi i wypowiadał tradycyjne słowa przestrogi: „Sancte Pater, sic transit glotia mundi” – „Ojcze Święty, tak przemija chwała tego świata”, a następnie w otoczeniu flabelli, czyli wielkich wachlarzy z pawich i strusich piór, w otoczeniu gwardii szwajcarskiej, nowo wybrany Następca św. Piotra, ukoronowany potrójną koroną, przyjmował tytuł „Jego Świątobliwości Pana Naszego”. Koronację zastąpiono uroczystym nałożeniem paliusza z owczej białej wełny, ozdobionego sześcioma czarnymi krzyżami, który noszony jest przez Papieża na znak posługiwania Najwyższego Pasterza Kościołowi.

Papieska tiara Leona XIII

[Pic source: https://s-media-cache-ak0.pinimg.com]

Tiarą (z gr. ‘turban’, ‘zawój’) pierwotnie nazywano perskie nakrycie głowy z filcu w kształcie ściętego stożka. Bogato przyozdabiane w trzy korony, noszone było przez perskich królów jako symbol połączonych trzech królestw: Persów, Medów i Partów. Kolejno przeszło do tradycji bizantyńskiej (zwane tam było camelaucum) oraz łacińskiej jako nakrycie głowy papieża i zarazem władcy świeckiego. Tiara jest typem korony zamkniętej, której przyjęcie oznaczało pełnię suwerennej władzy, dlatego zamknięta była najpierw jedynie korona papieska i cesarska, a władcy królestw narodowych odważali się przyjąć ją dopiero po osłabieniu autorytetu cesarza, tj. ok. XIV–XV wieku. Podobną symbolikę ograniczonej władzy posiadają zresztą zakręcone biskupie pastorały, jedynie papieski powinien być prosty, dodatkowo przyozdobiony trzema krzyżami.

Tiara składała się z trzech umieszczonych jedna nad drugą królewskich koron otwartych i od tego pochodzi inna jej nazwa: triregnum. Z tyłu papieskiej korony zwisają dwie wstęgi, zwane claudş, będące początkiem i końcem płótna, z którego tworzono zawój. Historycy wyodrębniają trzy etapy kształtowania się papieskiej korony. Ta początkowo prosta, stożkowa czapka, wzorowana na camelaucum, czyli nakryciu głowy dygnitarza w cesarstwie bizantyńskim, została przyozdobiona w VIII wieku pierwszą, dolną koroną. Wtedy to zaczęto używać nazwy regnum, co było związane z faktem, iż papieże zaczęli również być władcami świeckimi w Italii.

Dalszy rozwój tiary nastąpił, gdy została symbolicznie przyozdobiona przez papieża Bonifacego VIII (1235–1303) drugą, środkową koroną. Papież ten, autor słynnej bulli Unam sanctam, w sposób jasny i klarowny przedstawił stosunek Kościoła do władzy świeckiej: „Obie władze pochodzą od Boga, jednakże ład wymaga, aby jedna była podporządkowana drugiej: wyższa jest jednak władza duchowna. To jej przystoi ustanawiać władzę świecką i napominać ją, kiedy zbłądzi…”. Niewątpliwie znakiem podkreślającym to, iż „Kościół rozporządza zarówno duchowym, jak i świeckim mieczem”, było dodanie tiarze drugiej korony.

Paweł VI przekazujący koronę Namiestnika Chrystusa na potrzeby ubogich i głodujących

[Pic source: http://www.opusdeialert.com/montini_the_marrano.htm]

Za pontyfikatu Klemensa V (1305–1314), w trudnym czasie „niewoli awiniońskiej”, dodano tiarze trzecią koronę, aby zaakcentować nadprzyrodzone pochodzenie władzy Papieża. Zwieńczeniem ewolucji korony papieskiej było umieszczenie w XVI wieku na wierzchołku tiary krzyża – symbolu władzy Chrystusa nad światem.

Z czasem zaczęto wykonywać tiary będące prawdziwymi dziełami sztuki, jak za pontyfikatów papieży żyjących w drugiej połowie XV wieku: Pawła II (1464–1471), Sykstusa IV (1471–1484), a przede wszystkim Juliusza II (1503–1513). Sławny jubiler Caradosso z Mediolanu zrobił dla ostatniego ze wspomnianych papieży tiarę o wartości 200 000 dukatów!

Tiara papieska używana była w szczególnych nieliturgicznych okolicznościach, przede wszystkim podczas podejmowania przez Papieża kluczowych decyzji, kiedy angażował cały autorytet urzędu Namiestnika św. Piotra, na przykład przy ogłaszaniu dogmatów czy pełnieniu funkcji jurysdykcyjnych, jak również w czasie ceremonialnych procesji do kościoła. Podczas pełnienia funkcji liturgicznych, podobnie jak biskupi, Papież używał mitry.

Papież Pius VI

W czasie uroczystej koronacji najstarszy rangą kardynał diakon w momencie nakładania tiary wypowiadał słowa: „Przyjmij tę tiarę ozdobioną trzema koronami i pamiętaj, że jesteś ojcem książąt i królestw, przewodnikiem całego świata i zastępcą naszego Zbawiciela, któremu niech będzie cześć i chwała na wieki wieków. Amen”. Słowa te wskazują wyraźnie na przeogromne znaczenie symboliki papieskiej korony. Otóż tiara od samego początku kojarzona była z atrybutem absolutnej władzy! Następnie począwszy od średniowiecza trójkorona na skroniach papieskich wskazywała na jego trójwładzę nad niebem, ziemią i światem podziemnym lub też nad trzema częściami świata: Europą, Azją i Afryką, zamieszkanymi przez potomków synów Noego: Sema, Jafeta i Chama. Według jeszcze innej interpretacji trzy korony oznaczają Kościół cierpiący w czyśćcu, wojujący na ziemi i tryumfujący w niebie. Spotykamy się również z takim rozumieniem współzależności trzech koron jako symbolu papieskiego urzędu: kapłana, pasterza i nauczyciela. Może też oznaczać potrójną władzę papieża: duchową nad Kościołem, władzę nad duszami pokutującymi za grzechy w czyśćcu i polityczną nad Państwem Kościelnym. Niewątpliwie ciekawostkę stanowi fakt, że przyjął się zwyczaj ukazywania Boga Ojca w tiarze o pięciu koronach. Natomiast papieży, którzy za życia zrzekli się godności, oraz świętych odmawiających jej przyjęcia przedstawiano z tiarą leżącą u stóp.

Św. Pius X na tronie papieskim

[By Giuseppe Felici (1839-1923) (Web) [Public domain], via Wikimedia Commons]

Tiara, będąc przez wieki atrybutem władzy Papieża, stanowi jeden z licznych ukształtowanych elementów składających się na wielkie bogactwo symboliki tego urzędu, szczególnie potrójna korona, wyróżniająca Papieża od każdego innego władcy, akcentująca także inny wymiar władzy, namiestnictwa sprawowanego na ziemi w imieniu Najwyższego Króla. Pozbycie się korony przez Pawła VI wprowadziło swoisty „fenomen Papieża bez tiary”. W sposób wyjątkowo jaskrawy uwidacznia się opozycja dwóch wydarzeń: rok 1870 – ogłoszenie dogmatu o nieomylności Papieża oraz rok 1964 – rezygnacja z posiadania potrójnej korony. Jak ogromną ewolucję pojmowania władzy Papieża obserwujemy! Paweł VI manifestacyjnie pokazał, że Kościół odtąd nie chce już rządzić, nawracać, karać klątwą bluźnierców i heretyków, „napominać władzę świecką”, ale że zrzeka się tego na rzecz pomocy najuboższym, na rzecz walki z głodem, o pokój na świecie, kładąc tym samym szczególny nacisk na działalność doczesną. Czy jednak to jest celem istnienia Kościoła na ziemi? Ω

Sebastian Skowronek


Przysięga koronacyjna papieży

Przysięgam nie zmieniać niczego z przekazanej mi tradycji ani niczego, co było przede mną strzeżone przez mych miłych Bogu poprzedników, ani nie naruszać, ani nie zmieniać, ani nie zezwalać na jakiekolwiek zmiany.

Przeciwnie: z gorącym umiłowaniem, jako jej [Tradycji] uczeń i dziedzic, [przysięgam] że czcią zachować przekazane mi dobro, ze wszystkich moich sił i całą moją mocą.

[Przysięgam] usunąć wszystko, co sprzeciwia się porządkowi prawa kanonicznego, gdyby tylko coś takiego się wydarzyło; bronić Świętych Kanonów i Dekretów papieskich jako Bożych nakazów otrzymanych z Nieba, ponieważ jestem w pełni świadom, że Ty, którego miejsce zajmuję przy pomocy Łaski Bożej, którego Wikariuszem jestem z Twoją pomocą, poddasz najsurowszemu osądowi przed Twoim Boskim Trybunałem wszystko, co będę głosił.

Przysięgam Bogu Wszechmogącemu i Zbawicielowi Jezusowi Chrystusowi, że zachowam wszystko, co zostało objawione poprzez Chrystusa i Jego Następców i co zostało zdefiniowane i ogłoszone w pierwszym rzędzie przez sobory oraz moich poprzedników.

Zachowam bez najmniejszej straty dyscyplinę i ryt Kościoła. Usunę z Kościoła każdego, kto ośmieliłby się działać przeciwko tej przysiędze, czy byłbym to ja sam, czy ktokolwiek inny.

Gdybym miał dokonać czegokolwiek przeciwnego [tej przysiędze] albo zezwolić, aby taki czyn mógł być dokonany, Ty nie będziesz miał nade mną litości w straszny dzień Sprawiedliwości Bożej.

Dlatego bez żadnego wyjątku, nakładamy najsurowszą ekskomunikę na każdego – czy to na Nas samych, czy to na kogokolwiek innego – kto ośmieliłby się powziąć cokolwiek nowego, co stałoby w sprzeczności z tą starożytną ewangeliczną Tradycją i czystością prawowiernej Wiary i religii chrześcijańskiej, albo kto chciałby coś zmienić poprzez swój czynny sprzeciw, lub też zgodziłby się z tymi, którzy podjęliby tak świętokradzkie przedsięwzięcie. Ω

Źródło: Liber Diurnus Romanorum Pontificium, Patrologia latina 105.54

 

Wakacyjne wspomnienie

Ostatnia próba, ostatnie powstanie

Dlaczego wybuchło Powstanie Warszawskie? Młodych Polaków świerzbiły ręce? Mieliśmy za dużo broni, ukrytej na strychach, w kanapach i pod podłogą? Chcieliśmy się mścić na mordercach naszych bliskich i przyjaciół, zabijanych tak jak zabija się muchę lub pluskwę? Marzyliśmy, byliśmy idealistami? Raz jeszcze daliśmy się przekonać, że jesteśmy obrońcami Zachodu, jak w 1920 roku, że od nas zależy przyszłość polityczna kontynentu? Pragnęliśmy nie tylko wolnej Polski, ale Europy, do której można jeździć na kolorowe wakacje, tańczyć na bulwarach w jej stolicach, pić wino w kawiarniach, nie widząc nigdzie znienawidzonego szarego munduru?

To wszystko za mało. Powstanie Warszawskie wybuchło dlatego, że Polska nie była państwem „neutralnym światopoglądowo”. Polacy w swoich najgłębszych motywacjach nie kierowali się nigdy „religią humanistyczną”, tylko wiarą katolicką. A motywacje religijne są dla człowieka podstawowe. Nawet wtedy, gdy nie wyraża tego wprost, gdy zachowuje to dla siebie. Gdy milczy, bo nie chce wyprzedawać tanio największych skarbów, a jego sumienie wypowiada się w czynach. Obrona wspólnoty, aż po ofiarę własnego życia, to obrona tego, co ją konstytuuje. Rodowodem polskiej wspólnoty jest wiara w Chrystusa. Tylko w takim państwie jak nasze, nawet pod okupacją, jego mieszkańcom nigdy nie było wszystko jedno. Gdyby było inaczej, gdyby nasz katolicyzm był płytki, gdyby był tylko sentymentem i tradycją, gdyby był pomieszany z agnostycyzmem, Polacy dogadaliby się, tak jak Francuzi, za miskę zupy i święty spokój, nawet z Niemcami Hitlera. Nikt nie chwyciłby za broń, z wyjątkiem prawdziwych szaleńców.

Z kim walczyła Polska w ciągu wieków swojej histotii? Czy nie, najczęściej, z tym samym wrogiem, z którym walczyliśmy w 1944 roku, z wrogiem naszej cywilizacji? Z tym samym, z którym zmaga się obecna ekipa polityczna, jaka znalazła się wyrokiem Opatrzności przy władzy, i wszyscy, którzy ją, w ten czy inny sposób, wspierają. To jest ta sama walka. Polska walczy zawsze o to samo. Ta walka ma tylko różne odsłony. Odbywa się w różnych kostiumach i przy użyciu odmiennej broni. W istocie chodzi o to samo. Chodzi o wroga najgroźniejszego, wroga ludzkiej duszy. Zarówno Niemcy jak i Sowieci byli nosicielami takiego wroga, wyhodowali go pracowicie i wykarmili w duszach i umysłach swoich obywateli, depcząc prawdę Ewangelii, choć większość ich rodaków była chrześcijanami. Wśród Niemców zabijających Polaków „jak pluskwy” byli nominalni katolicy.

 

0 A a po

Ta ostatnia próba, wobec której dziś jako Polacy stajemy, jest dlatego najgroźniejsza, że po drugiej stronie znajdują się nie tylko obcy, ale Polacy. W większości zapewne Polacy ochrzczeni. Kościół polski zaś – jego najwyższa hierarchia – z niepojętych powodów zdaje się nie widzieć dramatu podziału narodu, który nie jest tylko podziałem politycznym, ale przede wszystkim jest głębokim podziałem duchowym. Bowiem apostazja, czyli odrzucenie wiary, a w ślad za nią podeptanie zasad moralnych, jakie niesie chrześcijaństwo, stała się tragicznym faktem również w Polsce. Obejmuje dużą, wielotysięczną grupę ludzi, tych najaktywniej zwalczających dzisiejszy rząd, przy pomocy środków, które płyną z zagranicy, ale też zupełnie bezinteresownie, i bez jednego nawet argumentu, jaki mógłby przyjąć za dobrą monetę człowiek cywilizowany, który nie dał skolonizować swojego umysłu. Wobec tej grupy ludzi nie może mieć zastosowania hasło o „jedności”, „kompromisie”, „dogadaniu się”. Biskupi polscy – ich przeważająca liczba, bo ci nieliczni, którzy mają inne zdanie, nie są w ogóle słyszani – jakby nie zauważają faktu, że Polska jako państwo, zwłaszcza z obecną ekipą władzy, nie jest  z pewnością „neutralna światopoglądowo”. Jest państwem katolickim, jednym z ostatnich w świecie. I próbuje wprowadzić do stylu rządzenia, zarządzania dobrem wspólnym, reguły i zasady katolickie, przy niemal powszechnym sprzeciwie „partnerów dialogu politycznego”, jak to się w nowomowie określa, przede wszystkim sąsiadów po wschodniej i zachodniej granicy. Dziś ten wysiłek, wobec wszechobecnego buntu lub zupełnej obojętności wobec zasad chrześcijańskich, ma wymiar heroizmu. Kto tego nie widzi jest ślepy. A jeśli ma do tego mandat nauczania prawdy, otrzymany na mocy święceń kapłańskich i biskupich, oślepia innych.

Jeśli minister Antoni Macierewicz mówi 1 sierpnia 2017 roku, że pokolenia, które przyszły po Powstaniu Warszawskim nie muszą poświęcać życia, że „Nie musimy ryzykować własną śmiercią, ale musimy mieć odrobinę odwagi moralnej, ale mieć świadomość godności narodowej, ale mieć świadomość obowiązku państwowego, bo za to państwo, nie jako zabawkę obcych, ale za to państwo jako państwo niepodległe, suwerenne, narodowe, oparte na chrześcijańskich wartościach, setki tysięcy ludzi położyło życie”, to pragnęłoby się, by tę odwagę moralną, płynącą z wiary w prawdziwego Boga, mieli przede wszystkim nasi Pasterze.
Ta krew nas dzisiaj zobowiązuje do obrony niepodległego państwa polskiego”. Z wojskiem polskim, które wspiera suwerenną polską władzę, które broni granic niepodległego państwa, zawsze było w Rzeczypospolitej duchowieństwo, byli biskupi. Nie można było sobie wyobrazić sytuacji, gdy hierarchia Kościoła jest obojętna, „neutralna”, wobec toczonej przez Polaków batalii  w sprawie dobra wspólnego Polaków, racji stanu polskiego państwa, obrony najważniejszych dóbr duchowych, cywilizacyjnych, kulturowych, wspólnotowych. Brakuje dziś jednak jednoznacznego poparcia władz Kościoła dla tej walki polskiego rządu i Sejmu, w którym najliczniejszą reprezentację Polaków stanowią ludzie zrzeszeni wokół Prawa i Sprawiedliwości, w ogromnej większości katolicy.

Dzisiejsza rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego ma miejsce w chwili, gdy „wielki kapitał duchowy, zgromadzony kosztem niewyobrażalnego cierpienia ludności walczącej stolicy i godnej herosów postawy żołnierzy Powstania, może wreszcie zacząć przynosić upragnione owoce w postaci spokojnego rozwoju, suwerennej i sprawiedliwej Polski”, przypomina jeden z publicystów, Adrian Stankowski. Trzeba w takiej chwili zapytać: gdzie są biskupi polscy? Po której stronie w tej, pozornie pokojowej, ale przecież niezwykle dramatycznej batalii, decydującej o przyszłości naszej ojczyzny. O tym, czy ona będzie naprawdę wolna. Dlaczego nie nawołują – nie do trywialnego „pojednania – ale do nawrócenia: apostatów, a zarazem wewnętrznych wrogów polskości, nienawistników. Ludzi, którzy grożą śmiercią przedstawicielom suwerennych polskich władz i wyrażają publicznie pragnienie ich śmierci, ludzi, z których wielu zostało przecież ochrzczonych i przynależą do naszego narodu. Czy biskupi polscy nie powinni niepokoić się o stan ich dusz? Czy to wszystko, co dzieje się w Polsce można, bez straszliwego moralnego ryzyka, że wyprowadzi się ludzi wierzących, ufających hierarchii, na manowce, strywializować i sprowadzić do rangi „przepychanek politycznych”, „gier partyjnych” – z obydwu stron?


Sytuacja społeczna w naszym kraju jest analogiczna do tej z uchodźcami w Europie. Najwyżsi hierarchowie Kościoła nie przypominają o konieczności nawracania wyznawców islamu na prawdziwą wiarę, a ten obowiązek spoczywa właśnie na nich, niezależnie od ceny, jaką trzeba będzie, być może, za to zapłacić. Przecież każdy z nich, jako następca Apostołów, ma iść drogą Apostołów, nawracać narody, które nie znają Chrystusa, walczyć z pogaństwem i fałszywymi kultami. Tymczasem nie tylko nie słyszymy jak grzmią przeciwko bałwochwalcom, ale nikt nie przestrzega przed wiecznymi konsekwencjami wyznawania fałszywej wiary.

Nie należy idealizować przeszłości. Społeczności chrześcijańskie miały zawsze swoje grzechy. Człowiek na ziemi rzadko bywa aniołem. „Nawet w błogosławionych czasach rozkwitu Christianitas  aborcja, cudzołóstwa, morderstwa oraz wszelkie rodzaje zła nie były czymś wyjątkowym – świadczą o tym niekończące się kolumny pielgrzymów, przemierzających Europę w poszukiwaniu przebaczenia”, przypomina jeden z francuskich duchownych. „Jest jednak wielka różnica pomiędzy przeszłością, a obecnymi czasami, naznaczonymi przez Rewolucję. W Christianitas człowiek, który poddawał się swym instynktom, wiedział dobrze, że wstępuje na krętą drogę, która odwodzi go od Boga. Mógł to uczynić ze słabości lub świadomie, nigdy jednak nie oszukiwał sam siebie co do stanu swej duszy i wiecznego niebezpieczeństwa, na jakie się narażał. Nie uważał swojego błędu za coś dobrego…”.

Dziś błąd i prawda zostały zrównane w prawach. Z najwyższych ambon głosi się potrzebę objęcia wrogów chrześcijaństwa bezwarunkową pomocą humanitarną, jakby byli ofiarami jakiejś napaści, oddawania im terytoriów swoich państw przez Europejczyków, obdarzenia ich specjalnymi przywilejami i prawami społecznymi, a nie nawrócenia ich. Nikt nie nazywa po imieniu zbrodni popełnianych w imię fałszywej religii. Ma to fatalne skutki w postaci osłabiania wiary chrześcijan. Od czasu, gdy głoszenie ekumenizmu zastąpiło przypominanie o podstawowych prawdach wiary – o zbawieniu i grzechu, o sprawach ostatecznych, o zasadach moralnych, które nie podlegają przedawnieniu, korekcie ani stopniowaniu – wmawia się katolikom, że istnieje jakieś zupełnie nowe i nieznane dotąd rozumienie pojęcia „jedności” Kościoła, a zarazem i całej ludzkości! Że trzeba do tej jedności zmierzać niwelując wszelkie dzielące narody i wyznania różnice. Takie pojęcie jedności pozbawione jest wewnętrznej logiki. Fakt, że odszczepieńcy opuścili Kościół, lub od początku go ignorują bądź zwalczają, i założyli własne „kościoły” („kościoły siostrzane”, „bratnie religie”, „wielkie religie”) ma być skutkiem „błędu” Kościoła. Tymczasem źródło podziałów nie tkwi w Kościele, ani w chrześcijaństwie traktowanym serio, lecz w buncie wobec głoszonej przez niego prawdzie. Przede wszystkim przeciw władzy duchowej Kościoła. Tak jak nie tkwi ono – w przypadku naszego wewnętrznego konfliktu – w postawie suwerennych polskich władz, które po prostu robią, co do nich należy. Wypełniają obowiązek stanu.

Słyszy się nieraz z ust hierarchów w Polsce pod adresem Prawa i Sprawiedliwości: „Pogódźcie się z waszymi oponentami, którzy chcą odebrać wam władzę, podzielcie się z nimi władzą, prawdziwym dobrem jest kompromis”. A z Watykanu, pod adresem rządów państw Zachodu: „Wpuśćcie kolejne miliony imigrantów z Bliskiego Wschodu i Południa, poddajcie się wobec ich żądania bezprawia, fałszu ich religii i ich zasad, wobec ich przemocy i pogardy, jaką żywią dla was!”. To tak jak byśmy slyszeli: „Prawdy nie ma! Prawda już nie obowiązuje. Rozlała się jak wielka kałuża błota”.

 

0 A aa pow

Absurdem jest twierdzenie jakoby odpowiedzialność za rozłam ponosił ten, kto stał się jego ofiarą. Jedność ludzkości, zarówno jak jedność w podzielonych społeczeństwach, w Polsce, czy w Stanach Zjednoczonych, osiągnąć można tylko w jeden sposób: uznając błąd odłączenia się od Kościoła. Zrywając z nim. Nawracając się na prawdziwą wiarę. Przyjmując prawdę teologiczną o Bogu, a wraz z nią prawdę moralną – nie ma bowiem dwóch prawd teologicznych i dwóch prawd moralnych.  Prawdę o posłuszeństwie Kościołowi, ale i prawdę o szacunku dla wyłonionej w sposób praworządny władzy świeckiej, nie okupacyjnej, ale suwerennej. Nie w imię podporządkowania dla podporządkowania, ale w imię dobra wspólnego obywateli. Dobro wspólne jest kategorią chrześcijańską. Wspólnota dóbr duchowych, społecznych, kulturowych, materialnych, wspólnota pamięci historycznej to wielki skarb, olbrzymie dobro świata chrześcijańskiego. Jej pochodzenie nie jest czysto ludzkie, nie jest „polityczne”, ani „systemowe”. Człowiek wierzący nie ma prawa go zakwestionować.

Kościół minionych wieków nie szczędził wysiłków, by napominać i przyzywać do opamiętania tych, którzy podeptali jedność i odwrócili się od Kościoła. Modlił się za innowierców i prowadził wśród nich misje, gdy tylko było to możliwe. Nawet gdy graniczyło to z największym ryzykiem utraty życia przez misjonarzy. Nasz szesnastowieczny jezuita, o. Wojciech Męciński wyjechał wraz z towarzyszami do Japonii, choć zdawał sobie sprawę, że jedzie na prawie pewną śmierć. Chciał iść po śladach św. Franciszka Ksawerego. Zginął, ale w Japonii są dziś katolicy. Skąd wzięło się dzisiejsze ekumeniczne szaleństwo, które piętnuje obronę katolickiej prawdy i wręcz zakazuje wypełniania tego obowiązku przez chrześcijan?

Wszyscy, którzy dali się nabrać na głoszoną obecnie demagogię, że nawracanie to „prozelityzm”, każdy niech pozostanie przy swojej wierze, autoryzują fałszowanie historii Kościoła. Droga dla wyznawców obcych religii była tylko jedna: nawrócenie. Nigdy w historii Kościoła nikt (aż do ostatniego soboru!) nie wymagał od wiernych, by akceptowali błąd lub grzech w imię „posłuszeństwa” lub „jedności” – politycznej, ekumenicznej, w imię „neutralności”, „pokoju”, „dialogu”, „kompromisu”. Przeciwnie, Kościół nazywał i piętnował surowo każdy fałsz, który odnosił się do wiary, kultu, czy sprawowania urzędu w Kościele. Posługiwał się narzędziami, jakie przysługiwały jego władzy, potrafił potępić, ekskomunikować, surowo upomnieć władców świeckich. Kościół realistycznie patrzył na człowieka, widział jego wielkość, ale i małość. Pychę, skłonność do zdrady, sprzeniewierzenia się, chciwość. Nie gorszył się upadkami ludzi, ale pomagał im wstać. Kościół był Kościołem walczącym, jak żądał tego Chrystus.

Kościół nigdy nie utracił jedności i nie może jej utracić, bo jest Bosko – ludzki. Nie są mu potrzebne teatralne „jednania się” za cenę fałszu, komedie wspólnych „modłów” i  prowadzących donikąd „dialogów”, kajania się z rzekomych „grzechów”. One Kościół obrażają.

Dziś próbuje się szantażować Polaków – jak również inne narody Europy – przy użyciu analogicznej argumentacji, zmuszając do udowadniania, że nie są wielbłądem. Wykazując na przykład, że  m u s z ą  przyjąć uchodźców – nie precyzując przy tym, o jakie konkretne grupy przybyszów do Europy, ani czym motywowane, chodzi. A więc, że muszą, jako obywatele suwerennego państwa, okazać pełne zaufanie ludziom, którym wierzyć nie ma żadnych podstaw. Płaszczyzną odniesienia jest „braterstwo”, „jednanie” się  ma dokonać się w imię „wartości ” humanitarnych. „Humanitaryzm”, „miłość”, „solidarność” są w tym wypadku synonimem drwiny z chrześcijaństwa, ze stworzonej przez nie cywilizacji. A także burzenia porządku miłości, który ludzi wierzących obowiązuje. Oznacza on, że najpierw trzeba troszczyć się o rodzinę, o bliskich, następnie zaś o rodaków, którzy są w potrzebie. Jarosław Kaczyński i Beata Szydło zachęcają Polaków, by odbudowując państwo nie rezygnowali z używania rozumu. Stawiają w ten sposób swoich oponentów politycznych w niewygodnej sytuacji, zmuszają ich, by rozumem się posługiwali, a to boli. Są głosem elementarnego rozsądku.

Jedynie działając w ten sposób, czyli broniąc się na wszystkich płaszczyznach przed kłamstwem, nie będziemy fundować obywatelom chaosu i potencjalnego terroryzmu na ulicach. W ten sposób, mając się na baczności wobec przedstawicieli religii, która jest agresywna wobec chrześcijaństwa, zapewnimy Polakom bezpieczeństwo. A to jest obowiązkiem państwa, które rozumie całą dwuznaczność i fałsz pojęcia „państwa neutralnego światopoglądowo”.

 

0 A a pryzs

Cel i zadanie Kościoła oraz cel i rola państwa – a także rola i cel rodziny – są do pewnego stopnia analogiczne (prawosławni utożsamiają Kościół z państwem). Dzisiejsza rewolucja – lewicowa i prawicowa – próbują te cele w świadomości ludzi zatrzeć, a ponadczasowe role uczynić niezrozumiałymi. Obie rewolucje próbują udowodnić, że trzeba się „wyzwolić” z poddaństwa prawdziwemu Bogu. A zarazem, co jest logicznym następstwem tego „wyzwolenia”, unicestwiać państwo i rodzinę, zinstytucjonalizować nieład. Niszcząc to wszystko, wysadzić w powietrze naszą cywilizację. Wspólnotę ludzi uczynić atrapą, przykrywką dla interesów garstki wybranych.

Celowość naturalnych instytucji społecznych, jak rodzina, państwo jest dziś zapomnianą prawdą chrześcijańską. Człowiek, który odzyskuje wiarę w sens własnego życia, w jego wieczny, nadprzyrodzony cel, przestaje doszukiwać się tego celu w materialnym zaspokojeniu własnych potrzeb. Przestaje być barbarzyńcą. Gdy wzbudza się w człowieku tęsknotę za prawdziwym celem i sensem życia demaskuje się fałszywe bożki i fałszywe pragnienia. One przestają szczerzyć kły. Takie było zawsze zadanie misjonarzy. Dziś misje powinny być znów prowadzone w Polsce: wśród ludzi, którzy nienawidzą sprawujących władzę polityczną w wolnym polskim państwie i sieją w nim zamęt, jak niegdyś agenci rewolucji bolszewickiej. Instytucjonalizacja nieładu – także przez nieustanną krytykę suwerennej władzy politycznej  – to ostateczny cel rewolucjonistów wszystkich czasów. Doskonale zdają sobie oni sprawę z faktu, że człowiek jest społecznie uwarunkowany, otoczenie, w którym żyje, z którym obcuje – obrazy, słowa, gesty innych ludzi – wywiera na niego głęboki wpływ. „Patrząc na wszystko, ostatecznie tolerujemy wszystko, a tolerujac wszystko, ostatecznie wszystko akceptujemy”, przestrzega św. Augustyn.

Przez wszystkie wieki chrześcijaństwa Kościół litował się nad takimi ludźmi. Nauczał ich. Nie pogardzał nimi, ale i nie bał się ich. Wzywał do szanowania ładu państwowego, prawowitej władzy oraz pokoju między państwami chrześcijańskimi. Modlil się za rządzących. Nie twierdził nigdy, że prawdziwy pokój wewnątrz kraju i pomiędzy państwami może istnieć bez uznania w tych państwach prawdy o Bogu i autorytetu Boga.

Warto zadać sobie pytanie o źródła tego wszystkiego, co dzieje się w Polsce na naszych oczach. Warto w sposób poważny rozprawić się z fałszywym ekumenizmem, który nie tylko nie prowadzi do żadnej „miłości” i „jedności”, ale ewidentnie kruszy ich podstawy: osłabia wiarę, pozbawia ludzi nadziei, odbiera im cel. Wywołuje chaos w umysłach. Kompromituje miłość. Jest pożywką dla lęku przed innymi.

Przypomnienie faktów z nieodległej historii, że jeszcze w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku misjom katolickim prowadzonym w Afryce zawsze towarzyszył cywilizacyjny i kulturowy skok ludności tych obszarów, wzrost dobrobytu, istotne złagodzenie napięć społecznych, mogło by wpłynąć na ostudzenie gorączki otwarcia granic przed imigrantami. Przypomnienie przez hierarchię   c a ł e j   treści Orędzia Fatimskiego, konieczności poświęcenia Rosji Matce Bożej oraz najpoważniejszej przestrogi wyrażonej przez Nią: że Bóg nie może być już więcej obrażany, położyłoby kres wewnętrznym wojnom prowadzonym w łonie państw chrześcijańskich, takich jak Polska, czy Stany Zjednoczone, czy kraje europejskie. A przede wszystkim przypomniałoby tysiącom naszych rodaków o celu ich życia.

Rzecznikami i wyrazicielami konieczność powrotu do zasad Ewangelii w polityce są dziś mężowie stanu na naszej scenie publicznej. Dawno już nasze państwo nie dysponowało takimi zasobami intelektualnymi i moralnymi. Zerwanie z fałszem i obłudą „religii humanistycznej” i „ekumenizmu” staje się dziś jednak potrzebą chwili. Przypomnienie sobie i innym, że bogiem nie jest ani człowiek, ani społeczeństwo, ani „ludzkość”, a tym bardziej wybrana uzurpatorska grupa. Nie jest „bogiem” państwo, rodzina, ani nawet życie ludzkie. To są dary Boga, które mają pomóc człowiekowi wypełnić jego powołanie.  Zadaniem Kościoła nie jest „jednoczenie ludzkości”, lecz zbawienie każdego człowieka. Odstąpienie od mącenia ludziom w głowie mrzonkami o możliwości zbudowania ziemskiego raju bez Boga jest niezbędne dla pokoju. To podstawa, byśmy się, zarówno w naszym kraju jak i na naszym kontynencie, przestali bać. Uniesienie nad Europą wysoko sztandaru krzyża Chrystusa.

To zadanie przypada dziś Polsce. To kolejne powstanie – czyli ogromna mobilizacja i nieprawdopodobny wysiłek części społeczeństwa, ludzi świadomych powagi chwili – tym razem bezkrwawe, które zaczęło się w naszym kraju zaledwie dwa lata temu, a wcześniej, w 2010 utraciliśmy ogromną część polskiej elity państwowej. I wciąż trwa. Jego przebieg jest naznaczony dramatycznymi wydarzeniami. Oby hierarchowie Kościoła nie byli dłużej niemymi, czy nawet niechętnymi jego świadkami. Oby nie odwracali się od niego plecami.

Ta walka jest walką także duchową, nie dotyczy tylko wąsko pojmowanej dziedziny politycznej. Toczy się o każdego z nas. Każdego z ludzi wierzących, każdego z polskich patriotów – ale także i tych, którzy nie mają łaski wiary, ale rozumieją wartość wspólnoty – by mógł w swoim kraju, gdzie rządzący szanują Ewangelię, czuć się potrzebny, doceniony, ważny. Czuć, że jest u siebie.

Ewa Polak-Pałkiewicz

 

Forsowanie koncelebry to błąd prawny, teologiczny i duchowy

Po Watykanie krąży plotka. Jeden ze współpracowników papieża Franciszka zapytał go czy to prawda, że ustanowiono komisję w celu „reinterpretacji” Humanae Vitae, a on odpowiedział „to nie komisja, tylko grupa studyjna”. To nie tylko manipulacja językowa służąca ukryciu prawdy, lecz gra słów ujawniająca, w jaki sposób kult sprzeczności stanowi istotę tego pontyfikatu.  

Prałat Gilfredo Marengo, koordynator owej „grupy studyjnej” dobrze podsumowuje tę filozofię, gdy mówi, że musimy unikać „polemicznej gry typu pigułka tak – pigułka nie, podobnie jak to jest dziś, gdy mamy: Komunia dla rozwiedzionych – tak – Komunia dla rozwiedzionych – nie” (Vatican Insider, 23 marzec 2017).

Piszę o tym, by przedstawić nowy poufny materiał, skonstruowany przez inną grupę studyjną. Chodzi o „dokument roboczy” Kongregacji do spraw Duchowieństwa „O koncelebrze w Kolegiach i Seminariach Rzymu”. Krąży on nieoficjalnie po rzymskich kolegiach i seminariach. Z tekstu wynika wprost, że papież Franciszek chce wprowadzić koncelebrację eucharystyczną w kolegiach i seminariach Rzymu. Tym samym de facto, choć niebezpośrednio przyznaje, że „celebrację we wspólnocie należy zawsze przedkładać nad odprawianie indywidualne”.

Z dokumentu wyłaniają się też motywy stojące za tą decyzją. Rzym to nie tylko siedziba Świętego Piotra i serce cywilizacji chrześcijańskiej, lecz również miejsce, gdzie księża i seminarzyści z całego świata spotykają się, by nauczyć się czci dla wiary, rytów i tradycji Kościoła; a więc tego wszystkiego, co nazywano „duchem rzymskim”. Tymczasowy pobyt w Rzymie, pomagający rozwinąć miłość dla Tradycji Kościoła, oferuje dziś możliwość liturgicznej i doktrynalnej „reedukacji” dla osób pragnących zreformować Kościół według dyrektyw papieża Bergoglio. Życie w rzymskich kolegiach – jak przyznaje „dokument roboczy” – rzeczywiście „daje szansę doświadczenia w tym samym czasie intensywnego okresu stałej, integralnej formacji”.

Przesadny nacisk na koncelebrę

Koncelebracja została ustanowiona jako środek dla księdza, by stracił powoli świadomość tego kim jest on i czym jest jego misja – sprawowanie Ofiary Eucharystycznej i zbawienie dusz

 

Dokument odnosi się bezpośrednio do ostatniej papieskiej przemowy dla studiujących w Rzymie. Papież Franciszek podkreślił w niej znaczenie koncelebracji w kontekście wspólnot księży-studentów. „Przezwyciężanie indywidualizmu i doświadczanie różnorodności jako daru, szukanie jedności kapłanów, stanowiącej znak Bożej obecności w życiu wspólnotowym to niekończące się wyzwanie. Prezbiter nieutrzymujący jedności, de facto wyrzuca Boga z życia wspólnotowego. Nie daje on świadectwa obecności Stwórcy. Wyrzuca Go. Dlatego też zgromadzeni w imię Boga, szczególnie na odprawianiu Eucharystii, manifestujecie także sakramentalnie, że On jest miłością waszych serc. (Przemówienie, 1 kwietnia 2017).

W świetle tej doktryny „dokument roboczy” Kongregacji do spraw Duchowieństwa powtarza, że „Mszę koncelebrowaną preferuje się nad indywidualną celebrację” [pogrubienie znajduje się w oryginale; dotyczy to też kolejnych cytatów].

„Zatem silnie zachęca się przełożonych, by zachęcali do koncelebry, nawet kilka razy dziennie, w dużych kapłańskich wspólnotach. Dlatego można antycypować kilka koncelebr w różnych kolegiach, tak aby księża-rezydenci mogli uczestniczyć zgodnie ze swoimi osobistymi potrzebami, ustanawiając Msze dwa lub trzy razy dziennie.

W efekcie codzienne relacje, pielęgnowane nieustannie przez lata w tym samym rzymskim kolegium są ważnym doświadczeniem w drodze powołania każdego księdza. Dzięki temu wśród księży różnych diecezji i narodów tworzą się braterskie więzi i wspólnota znajdujące sakramentalny wyraz w koncelebracji Eucharystycznej.

„Niewątpliwie, opuszczenie własnej diecezji i misji duszpasterskiej na całkiem długi czas gwarantuje nie tylko przygotowanie intelektualne, lecz przede wszystkim możliwość, by w tym samym czasie doświadczyć intensywnego okresu trwającej, integralnej formacji. Dlatego też życie wspólnotowe w kolegiach kapłańskich oferuje nowe lekarstwo kapłańskiej wspólnoty.

Doświadczenie kolegium to możliwości owocnego odprawiania Eucharystii przez księży. Zatem praktyka codziennej koncelebracji Mszy w kolegiach może stać się okazją pogłębiania życia duchowego kapłanów. Jej ważne owoce to:

– wyrażenie wspólnoty między księżmi z różnych Kościołów patrykularnych, manifestowane szczególnie, gdy biskupi z różnych diecezji przewodniczą koncelebracji podczas swych wizyt w Rzymie

– szansa wysłuchania homilii innych księży

– uważnie przygotowana celebracja, nawet uroczysta, codziennej Eucharystii

– pogłębienie pobożności Eucharystycznej, którą powinien kultywować każdy ksiądz, poza samą celebracją”.

Wśród praktycznych norm, na jakie się wskazuje, możemy przeczytać, że: „rekomenduje się, by księża mogli uczestniczyć zwyczajnie w koncelebracji Eucharystycznej w godzinach ustanowionych przez kolegium, zawsze preferując wspólnotową celebrację wspólnotową nad indywidualną. W tym sensie kolegia z dużymi grupami księży mogą ustanowić celebrację Eucharystii podczas 2 lub 3 różnych godzin dnia, tak aby każdy mógł uczestniczyć zgodnie ze swoimi osobistymi, akademickimi czy pastoralnymi potrzebami”.

„Jeśli księża rezydenci w kolegium z jakiś konkretnych powodów nie mogą uczestniczyć w koncelebracji w ustalonych godzinach, muszą zawsze preferować wspólną celebrację w innej, bardziej dogodnej godzinie”.

 

Wątpliwości prawne i nie tylko

Naruszenie kanonu 902, według którego księża „mogą koncelebrować Eucharystię, z zachowaniem jednak swobody każdego do indywidualnego sprawowania Eucharystii” jest oczywiste i powtarza się w dwóch akapitach tekstu. Skutkiem tego kolegia stosujące literalnie dokument roboczy naruszą obecne powszechne prawo. Jednak poza uwagami prawnymi, istnieją też inne, natury teologicznej i duchowej.

5 marca 2012 roku przy okazji prezentacji książki prałata Guillaume Derville’a „Koncelebracja Eucharystii. Od symbolu do Rzeczywistości (Montreal 2012), kardynał Antonio Canizares, ówczesny prefekt Kongregacji Kultu Bożego, podkreślił potrzebę „większego umiaru” w koncelebracji, przyjmując za swoje słowa Benedykta XVI „w tym celu, wraz z Ojcami Synodu, zalecam kapłanom codzienną celebrację Mszy świętej, również i wtedy, gdy nie uczestniczą w niej wierni. To zalecenie jest przede wszystkim odpowiedzią na obiektywnie nieskończoną wartość każdej celebracji eucharystycznej; znajduje też uzasadnienie w jej szczególnej skuteczności duchowej, ponieważ Msza św., przeżywana z wiarą, kształtuje człowieka w najgłębszym znaczeniu tego słowa, sprzyja bowiem upodabnianiu się do Chrystusa oraz utwierdza kapłana w jego powołaniu” (Sacramentum Caritatis 80).

Katolicka doktryna widzi we Mszy Świętej bezkrwawe ponowienie Ofiary Krzyża. Zwiększenie liczby odprawianych Mszy oddaje większą chwałę Bogu i przynosi duszom ogromną korzyść. „Choć każda Msza ma sama w sobie tę samą nieskończoną wartość” – pisze ojciec Joseph de Sainte Marie – „dyspozycje ludzi do przyjmowania jej owoców są zawsze niedoskonałe i w tym sensie ograniczone. Dlatego też tak ważną rolę dla pomnożenia owoców zbawienia odgrywa liczba odprawianych Mszy. W oparciu o te podstawowe, ale wystarczające teologiczne rozumowanie, zbawcza wartość znaczącej liczby Mszy jest udowodniona także przez liturgiczną praktykę Kościoła i stanowisko Magisterium. Kościół na przestrzeni stuleci stawał się stale coraz bardziej świadomy tej owocności. Dlatego też promował praktykę zwiększania liczby Mszy i następnie zachęcał, oficjalnie, by odprawiać ich coraz więcej”. (Eucharystia zbawieniem świata, Paryż 1982, s. 457-458).

Neo-moderniści zredukowali jednak Mszę do idei zgromadzenia: im więcej księży i wiernych obecnych, tym większe jej znaczenie. Koncelebracja została ustanowiona jako środek dla księdza, by stracił powoli świadomość tego kim jest on i czym jest jego misja – sprawowanie Ofiary Eucharystycznej i zbawienie dusz. Tymczasem zmniejszenie liczby Mszy Świętych, podobnie jak i odchodzenie od prawidłowej jej koncepcji to jedna z głównych przyczyn dzisiejszego kryzysu religijnego. A teraz nawet Kongregacja do spraw Duchowieństwa, i to na wniosek papieża Franciszka, bierze udział w zniszczeniu wiary katolickiej.

Roberto de Mattei

Tłumaczenie: Marcin Jendrzejczak

 

Obrona Zachodu przed Zachodem

Czasem o tym zapominamy, ale historia nam nieustannie przypomina: Stany Zjednoczone są dla reszty świata miejscem, gdzie zaczyna się to, co wcześniej czy później nastąpi gdzie indziej. Tym razem zaczęło się jednak nie w Stanach, a w Polsce.

Zaczęła się czynna, wyrażana jednoznacznie przez nową ekipę polityczną, wspartą o elity polskiego społeczeństwa, zjednoczone wokół Prawa i Sprawiedliwości, obrona tego wszystkiego, co składa się na tożsamość europejską. Bowiem istotne powołanie i misja Polski to także obrona Zachodu, zarówno przed Wschodem, jak i – jakkolwiek paradoksalnie to brzmi – przed Zachodem (emigracyjny pisarz Tymon Terlecki podkreśla tę prawidłowość naszej historii). Dziś obrona ta weszła w fazę kluczową. Zauważył to i docenił Donald Trump.

Prezydent największego mocarstwa świata podczas przemówienia do Polaków ani razu nie wspomniał ani o prawach człowieka, ani o dobru ludzkości. Zapomniał o nieśmiertelnej triadzie: wolności, równości, braterstwie. (Chyba zapomnieliśmy, że tak może przemawiać przywódca Ameryki). Kilka razy przywołał przykład Polski upominającej się o prawa Boga. Bóg ma prawo do człowieka i gdy człowiek o tym zapomni nic dobrego z tego dla niego nie może wyniknąć – tak myśli prezydent Trump. Uświadomili to światu Polacy w 1979 roku; gdy oczy wszystkich krajów zwrócone były na nich, wyrazili pragnienie, że chcą Boga, bo należą do Boga. Tego jeszcze wówczas świat zachodni nie potrafił zrozumieć. Przeżył szok. Dziś zrozumiał i uznał rangę tej deklaracji. Wyrazicielem tego stanowiska jest prezydent Donald Trump.

Minęło wiele lat od roku 1979. Zazdrośnicy i zwykłe marionetki w rękach rosyjskich (świadome lub nie) nazywają dziś przemówienie prezydenta Stanów Zjednoczonych w Warszawie „sentymentalnym”, przyznając w ten sposób, że nie podzielają wizji politycznej człowieka, który jasno i wprost deklaruje, że nie może być mowy w świecie nie tylko o pokoju, ale wręcz o zachowaniu cywilizacji, ocaleniu kultury Zachodu, bez uchronienia chrześcijańskiej tożsamości społeczeństw, bez powrotu do wiary i jej zasad. Tak wielkie, tak głębokie są dziś zagrożenia. Sięgają ludzkiego umysłu, świata pojęć, sięgają duszy ludzkiej. Sięgają fundamentu, na którym nasza cywilizacja została zbudowana.

 

0 A a pow

Prezydent Trump wykazał też światu w Warszawie, że ocalenie cywilizacji miało już w Europie miejsce:  w Polsce, kosztem ofiar, kosztem krwi, kosztem bohaterstwa, które nie ma odpowiedników w historii Europy. Było to w roku 1920, w 1939 oraz podczas Powstania Warszawskiego. Przywódca Ameryki dał w ten sposób wykład logiki krzyża, o której liberalny świat, wykrzykujący pod niebiosa swoje „prawa”, nie był skłonny pamiętać. Doprowadziła go ta niepamięć do katastrofy. Obraz, jaki zaprezentował płonący, spowity w czarne dymy, okupowany i dewastowany przez samych Niemców Hamburg – w kontraście do gościnnej, pogodnej, świątecznej Warszawy – mówi wiele o tej katastrofie. Także o faktycznej moralnej klęsce polityków rządzących tym krajem, gdzie miał miejsce szczyt G20, a gdzie „pragmatyzm” i postmarksistowska poprawność wypiera logikę, zwykły zdrowy rozsądek i myślenie kategoriami dobra wspólnego.

Amerykański przywódca dołączył do wąskiej elity – ludzi, którzy robiąc politykę nie zapominają o pewnym motto bardzo starego zakonu: Stat crux, dum volvitur orbis. Ta świadomość powinna łączyć wszystkich chrześcijan – choć „wszystko się kręci”, czasy się zmieniają, nieustający tygiel wydarzeń szatkuje prawdę, media podają wymyślone newsy. Ale Ewangelia pozostaje ciągle ta sama, dlatego odejście od zasad i od prawdy w polityce nigdy nie będzie drogą wzwyż, ale zawsze równią pochyłą.

Donald Trump w jasny, dobitny i prosty sposób, jak to potrafią Amerykanie, przekazał Zachodowi wskazówkę: nie ma innej drogi – po błędach rewolucji francuskiej, rewolucji bolszewickiej, marksizmu i rozzuchwalonego liberalizmu – jak powrót do christianitas. Jedynej formy życia społecznego godnej człowieka, który jest dzieckiem Boga na ziemi. Bez niej nie może być mowy o wolności w żadnym państwie. Bez niej umiera rodzina. Bez niej człowiek nie jest zdolny do żadnej twórczości. Bez niej nie rozumie przeszłości i niszczy swoją tradycję. Bierze w nawias cały intelektualny, duchowy i kulturowy dorobek Zachodu. W tej wizji, która została w Warszawie zaprezentowana, a która jest wizją par excellence religijną, wizją chrześcijańską, nie ma miejsca na „prawa człowieka”, ale na jego powinności, obowiązki wobec wspólnoty, religii, kultury. Przede wszystkim wobec Boga.

Walczyć o wolną Polskę nie było Polakom łatwo. Czynili to nie dlatego, że lubią walczyć. Dlatego, że kochają Boga. Rozumieją, czym są jego dary, z których największym jest dar rozumu i wolnej woli. Bez korzystania z nich przez człowieka nie ma mowy o jakimkolwiek społecznym i państwowym ładzie. Jest swąd palących się opon, gwałty, rabunki i przekleństwa, jak te w Hamburgu. Jest nędza, alkoholizm, przemoc i niezliczone aborcje, jak te w Rosji. Jest patrzenie na siebie wilkiem i zgrzytanie zębami. Jest oddzielanie się ludzi, jednych od drugich, kordonami uzbrojonej policji, w maskach i hełmach, oraz armatkami wodnymi. Jest ruina cywilizacji, pomimo rozkwitu techniki.

 

0 A a za

Protestanckie Niemcy mają w doprowadzeniu do tej ruiny swój niemały udział. A chcieli być tylko „wolni”. Od moralnej dominacji Rzymu. Nie znosili Piotra, który ma władzę, który posiada Klucze Królestwa bez granic. Nie była w stanie znieść jego władzy również niegdysiejsza „Święta Ruś”. Tak jak rewolucyjna Francja. Na bazie wykuwanych tutaj „praw”, pełnych nienawiści do Kościoła katolickiego, wszystko co w Europie piękne, mądre, kwitnące musiało niebezpiecznie chylić się ku chaosowi. Na placu boju o ocalenie christiamitas pozostała osaczona przez wrogie mocarstwa Rzeczpospolita. 

W ciągu tysiąca lat, począwszy od Konstantyna, chrześcijaństwu powiodło się to, czego nie osiągnęło nawet Cesarstwo Rzymskie – przypomina Vittorio Messori – mianowicie udało się zjednoczyć w jedną kulturę i za pomocą jednego języka nie tylko Europę Zachodnią, lecz także Środkową i Północną. Bardzo gęsta sieć uniwersytetów, a zwłaszcza opactw, klasztorów oraz diecezji, stanowiła solidną podstawę, wokół której organizowało się życie codziennie od luzytańskich [zachodnia prowincja rzymska w Hiszpanii, obecnie Portugalia – EPP] wybrzeży Atlantyku po zamglone równiny słowiańskie. Drogami Europy wędrowali studenci i profesorowie, kupcy i pielgrzymi, którzy nie wiedzieli co to nacjonalizmy (z ich pokusami agresji, a nawet rasizmu), czy też poczucie przynależności do odmiennych kultur. Wspólna wiara w te samą Ewangelię wykraczała poza wszystkie zróżnicowanie: dla wszystkich ta sama christianitas, ta sama ziemska ojczyzna – Kościół, zmierzająca do ostatecznej ojczyzny – w Niebie. 

Donald Trump mówił 6 lipca o jedności kultury chrześcijańskiej z żarliwością i prostotą rzadko spotykaną u polityków – nie tylko tych najnowszej doby. Kiedy wspomniał o pamiętnej dla Polaków Mszy papieskiej na Placu Zwycięstwa w Warszawie, stolicy państwa wówczas komunistycznego, zależnego od Rosji, jakby mimowolnie odniósł się do zapowiedzi Fryderyka Engelsa, który był przekonany, że ostateczna konfrontacja w dziejach nastąpi między Moskwą a Rzymem. Te dwa pojęcia zyskują dodatkowy wydźwięk w roku setnej rocznicy Objawień Matki Bożej w Fatimie. W roku także rocznicy objawień w Gietrzwałdzie, polskiej wiosce, niegdyś na rubieżach bismarckowskich Prus, gdzie Matka Boża objawiła się jako Królowa. I dokładnie w miesiąc po poświęceniu Polski przez Episkopat Niepokalanemu Sercu Maryi, w Sanktuarium Fatimskim na Krzeptówkach.

Z powodu swojej międzynarodowej pozycji amerykański prezydent przemówił w Warszawie nie tylko do Polaków, ale do narodów świata. Jego głos, który odbił się echem we wszystkich zakątkach globu, był głosem nie tylko polityka, ale kogoś, kto patrzy na Europę i świat z głęboką troską, myśląc o skarbie, który ten świat zgubił. Ale może go odnaleźć, wzorując się na Polsce.

 

0 A a roc 

To zdecydowana i afirmatywna obrona tradycji Zachodu – można przeczytać w piątkowym Wall Street Journal. Jest ona  wciąż obecna w sercach i umysłach Polaków. Także dlatego, że Polska, jak żaden kraj na świecie, rozumie zagrożenie płynące ze Wschodu, z za jej wschodniej granicy. Świadomość tego faktu prezydent USA posiada w stopniu wystarczającym, by można mówić o nim jako o mężu stanu. Gdy komentatorzy zachodni przypominają słowa Donalda Trumpa, że w 1979 roku „Milion Polaków nie prosi o bogactwo, ani o przywileje, ale wypowiada trzy proste słowa: My chcemy Boga, i dzięki tej potężnej deklaracji, przypomina sobie, kim jest i co ma robić, jak trzeba żyć”, trudno nie wychwycić tu paraleli z poważnym ostrzeżeniem wobec Europy, która znalazła się na kolanach przed Związkiem Sowieckim, a które dwadzieścia lat później wypowiedział kardynał Josef Ratzinger.

Być może z oddalenia lepiej widać. Być może Polonia w Stanach dociera bez problemu do prezydenckich doradców, ma wpływ na jego poglądy na temat Polski i jej historii. Być może Melania Trump, która jest katoliczką i modli się na różańcu, widzi sprawy prawdziwiej niż niejeden ekspert z otoczenia prezydenta USA. Być może grono ekspertów jest doborowe i rozumie lepiej sytuację Europy i świata niż doradcy europejskich polityków. Być może polska dyplomacja potrafi w kluczowym momencie wyciągnąć wszystkie swoje aktywa i przeprowadzić błyskawiczną akcję, uzgadniając ze stroną amerykańską główne akcenty tak istotnego przemówienia, w taki sposób, by świat zapamiętał je na długo.

Nie wiemy. Jest jednak pewne, że to co zdarzyło się 6 lipca w Warszawie będzie miało konsekwencje o wiele dalsze i bogatsze niż przewiduje to scenariusz polityczny opracowany zarówno przez ludzi, którzy zawiadują dziś tym, co określamy mianem „Moskwy”, jak i „Rzymu”. Odwaga myślenia zawsze jest na tym świecie nagradzana. Pan Bóg dał nam talenty, byśmy nimi obracali. Polski prezydent, Pani premier, Minister Obrony, szef Prawa i Sprawiedliwości od początku sprawowania rządów przez nową ekipę przypominali – także na arenie międzynarodowej, przy każdej dosłownie okazji – o konieczności respektowania w polityce zasad moralnych, zasad Ewangelii, i zwykłych zasad ludzkiej logiki, poszanowaniu prawideł ludzkiego rozumu. Od polityki opartej na nich nie będzie odwrotu. Po 6 lipca 2017 roku nic już nie będzie w Europie i na świecie takie samo.

Ewa Polak-Pałkiewicz

Zbrodnicza natura ukraińskiego nacjonalizmu

Rosyjski historyk Aleksander Diukow, był gościem Wydawnictwa Myśl Polska w związku z wydaniem książki jego autorstwa pt. „Dlaczego walczymy z Polakami”. Antypolski program OUN w kluczowych dokumentach”. Opublikowano w niej cztery nieznane szerzej dokumentu OUN obnażające zbrodniczą naturę ukraińskiego nacjonalizmu i ilustrujące genezę ludobójstwa, do którego doszło w latach 1943-1944.

oun
Są to: broszura z 1931 roku pt. „Dlaczego walczymy z Polakami” – pochodząca z Archiwum Państwowego Obwodu Lwowskiego i opublikowana po raz pierwszy w 2003 roku we Lwowie, „Doktryna wojskowa ukraińskich nacjonalistów” z 1938 roku – pochodząca z Archiwum OUN w Kijowie i opublikowana częściowo w 2013 roku w Kijowie (w 1957 roku na emigracji), instrukcja „Walka i działalność OUN podczas wojny” z 1941 roku – pochodząca z Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy i opublikowana po raz pierwszy w 2006 roku w Kijowie oraz notatka wojennego referenta OUN-Zachód Łuki Pawłyszyna z odbytej w październiku 1942 roku konferencji wojskowej OUN-B – pochodząca z Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy i opublikowana po raz pierwszy częściowo w 2005 roku w Kijowie.

„Wszystkie dokumenty, o których mowa w niniejszej publikacji tematycznej, są przechowywane w ukraińskich archiwach i zostały już wprowadzone do obrotu naukowego przez badaczy ukraińskich; publikowane dokumenty pozostają jednak praktycznie nieznane nie tylko szerokim kręgom czytelników, lecz również wielu historykom. Ten właśnie fakt stanowi o aktualności tematu niniejszej publikacji dokumentalnej”

– napisał Aleksander Diukow.

Jak powiedział podczas spotkania z czytelnikami, które odbyło się w Muzeum Niepodległości w Warszawie, w którym udział wzięli także Bohdan Piętka (autor wstępu do książki) i Jan Engelgard (red. naczelny „Myśli Polskiej”) – dokumenty tego typu są ściśle reglamentowane przez obecne władze Ukrainy. Dostęp do nich jest utrudniony, a historycy uznani przez Kijów za wrogo nastawionych do Bandery i OUN – są zastraszani. Dokument „Doktryna wojskowa ukraińskich nacjonalistów” długo nie mógł zostać ujawniony, bo historycy na Ukrainie bali się tego dokonać.

„Egzemplarz tego nadzwyczaj ważnego dokumentu, znanego wcześniej jedynie na podstawie tendencyjnie skróconego wydania emigracyjnego, został znaleziony w zbiorach Archiwum OUN w Kijowie przez docenta Zakładu Historii Najnowszej Ukrainy na Ukraińskim Uniwersytecie Katolickim (Lwów) Ołeksandra Zajcewa. W 2013 r. O. Zajcew opublikował kluczowy fragment „Doktryny wojskowej” – rozdział „Powstanie narodowe”. Jest jednak szerzej nieznany, zwłaszcza w Polsce. Według Diukowa jest on kluczowy dla zrozumienia genezy ludobójstwa.

Jak powiedział Diukow podczas spotkania „Doktryna wojskowa ukraińskich nacjonalistów” szokuje swoją jawną krwiożerczością i makiawelizmem. Odczytał fragment tego dokumentu o tym świadczący:

„W powstaniu [narodowym przeciwko Polsce] na pierwszy plan należy wysunąć okrucieństwo i nienawiść… Nasi wrogowie przez całą historię traktowali nas bardzo okrutnie. Dopiero wówczas osiągniemy nad nimi moralną wyższość, jeśli wykażemy się względem nich jeszcze większym okrucieństwem. Lud dąży do zemsty za swoje ofiary, a podczas realizacji tej zemsty nie należy mu przeszkadzać przykazaniami o miłości bliźniego… Przeciwko wrogiemu elementowi podczas powstania należy okazać takie okrucieństwo, żeby element ten za dziesięć pokoleń bał się nie tylko wypowiadać Ukrainie wojny, lecz nawet spojrzeć w jej kierunku.

Okrucieństwo i nienawiść powinny być jednakowe zarówno wobec wrogów historycznych, jak i wobec własnych obywateli, którzy opowiadają się przeciwko powstaniu lub starają się wcielać w życie jakąś inną, odmienną od nacjonalistycznej ideologię lub koncepcję polityczną. Na początku powstania należy rozwiązać wszystkie partie polityczne, podporządkowując wszystko i wszystkich powstańczej władzy nacjonalistycznej… Idea, w imię której organizowane jest powstanie, uzasadnia i uświęca zarówno skrajny wandalizm, jak i najbardziej odrażające okrucieństwo.”

Jak podkreślił Bohdan Piętka:

„Publikowane w niniejszym opracowaniu dokumenty Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów bezsprzecznie dowodzą, że ludobójstwo wołyńsko-małopolskie nie było przypadkiem, ale na długo wcześniej stopniowo i precyzyjnie planowaną akcją. Wyłania się z nich jaskrawy obraz anatomii przyszłej zbrodni, ukraińskiego szowinizmu i skrajnego antypolonizmu. Już tylko te źródła historyczne pokazują szatańskie i groźne oblicze nacjonalizmu ukraińskiego sprzed 70-80 lat, które zasadniczo nie zmieniło się do dzisiaj”.

Podczas ożywionej dyskusji z czytelnikami padło wiele pytań dotyczących zasobów archiwalnych znajdujących się w Rosji, a dotyczących OUN-UPA. Diukow zakwestionował panujące powszechnie w Polsce przekonanie, że w Moskwie „jest wszystko”.

„W latach 60. XX wieku materiał archiwalne znajdujące się w centrali, czyli w Moskwie, rozstały przesłane do republik, i tam zostały. Dlatego dzisiaj archiwalia dotyczące OUN i UPA są w ogromnej większości w Kijowie, a np. materiały dotyczące Litwy w Wilnie. W Moskwie, o czym przekonałem się wielokrotnie, nie ma na ten temat prawie nic”

– powiedział Diukow. Stad trudności w badaniu tego problemu, gdyż archiwalia stały się zakładnikiem polityki. Podał przykład niemieckiego historyka polskiego pochodzenia, Grzegorza Rossolińskiego-Liebe, który pracował nad biografią Stepana Bandery. Kiedy podczas kwerendy w archiwach ukraińskich, nacjonaliści zorientowali się, że jego praca nie będzie dla ich idola „korzystna” – zagrozili mu śmiercią. Historyk musiał ukryć się w ambasadzie Niemiec w Kijowie. Diukow podkreślił, że jest zwolennikiem pełnej otwartości archiwów dla historyków, obojętnie czego dotyczą, także zbrodni stalinowskich.

Komentując te sytuacji Jan Engelgard powiedział:

„Współpraca Polski i Ukrainy, w tym polskiego i ukraińskiego IPN – jest fikcją. Ukraińcy przekazują stronie polskiej wyłącznie dokumenty dotyczące zbrodni NKWD a reglamentują lub zatajają dokumenty dotyczące zbrodni UPA. Tymczasem badanie historii najnowszej powinno być wolne od ciężaru polityki, a badacze polscy, ukraińscy i rosyjscy – powinni mieć wolny dostęp do archiwów. Dlatego nasze Wydawnictwo zdecydowało się, w imię prawdy historycznej, skorzystać z materiału zgromadzonego przez historyka rosyjskiego i upublicznić go w Polsce”.

- – -
Aleksander Diukow jest dyrektorem Fundacja „Istoriczeskaja pamiat” (Pamięć Historyczna), m.in. autorem wydanej w 2013 roku książki pt.„Protektorat Litwa – Tajna współpraca z hitlerowcami i niezrealizowany scenariusz utraty litewskiej niepodległości 1939–1940”.

Jan Engelgard
polski historyk, publicysta i samorządowiec.
Redaktor „Myśli Polskiej” www.mysl-polska.pl (link zewnętrzny)

Pamiętajmy: Niedziela, która spłynęła krwią Polaków

Wołyń to była walka cywilizacji. Starły się tam cywilizacje chrześcijańska, łacińska z cywilizacją bizantyjską. Część kapłanów cerkwi prawosławnej i greckokatolickiej wypowiedziało wojnę Kościołowi. Święcili na przykład narzędzia zbrodni – mówi PCh24.pl Ewa Siemaszko, badaczka ludobójstwa dokonanego na wołyńskich Polakach podczas II wojny światowej.

 Pamiętajmy: Niedziela, która spłynęła krwią Polaków

Czym była krwawa niedziela na Wołyniu? 

To był dzień w którym nacjonaliści ukraińscy jednocześnie napadli na dziewięćdziesiąt osiem miejscowości, w których mieszkali Polacy, a które znajdowały się w granicach powiatów horochowskiego i południowej części powiatu włodzimierskiego. Chcieli tam wymordować wszystkich Polaków. Wybór dnia tego mordu – 11 lipca – mógł być przypadkowy, ale być może niezupełnie – była to niedziela, a następnego dnia było prawosławne święto Piotra i Pawła i Ukraińcy mawiali potem o „akcji na Petra i Pawła”. Wielu napadów w różnych miejscach dokonywano w niedzielę.

Na kilka tygodni przed dokonaniem tej rzezi nacjonaliści ukraińscy zaczęli prowadzić działania propagandowe. Na czym one dokładnie polegały? 

Jednoczesne uderzenie na tak sporym obszarze wymagało zmobilizowania odpowiednio dużych sił. Same bojówki UPA nie dałyby sobie rady. Stąd agitowano wśród miejscowej ludności wiejskiej, by przyłączyła się do zbrodniczej akcji.

Jak ta agitacja wyglądała? Organizowano wiejskie zebrania, na których przekonywano, że należy wyrżnąć Polaków do siódmego pokolenia, wyrwać ich po prostu z korzeniami.

Nie ma więc wątpliwości, że motywem zbrodni było usunięcie Polaków jako grupy narodowościowej, która była traktowana przez nacjonalistów ukraińskich jako największy wróg niepodległości Ukrainy.

Czyli krwawa niedziela, podobnie jak cała rzeź wołyńska, była aktem ludobójczym? 

Tak, motyw narodowościowy zbrodni wołyńskiej wskazuje na charakter ludobójczy tej akcji. Oprawcy wprost mówili swoim ofiarom, że giną właśnie dlatego, że są Polakami.

Jak przekonywano ukraińską ludność wiejską do zabijania Polaków? 

Tłumaczono im na przykład, że wszystkie ich niepowodzenia, bieda są winą polskich sąsiadów, że byli przez Polaków gnębieni. Przekonywano, że wytępienie „Lachów” jest nieodzowne dla poprawy bytu i że ukraińska ziemia powinna być tylko dla Ukraińców, a „zajdów”, czyli przybyszów, przybłędów należy zniszczyć, bo to wrogowie.

Na kilka dni przed krwawą niedzielą przedstawiciele Polskiego Państwa Podziemnego negocjowali z Ukraińcami zaprzestanie mordów. 

Negocjacje te toczyły się na terenie powiatu kowelskiego, który wówczas nie był jeszcze doświadczony brutalnymi atakami UPA. Ale mordy na Polakach na Wołyniu rozpoczęły się na początku 1943 roku, więc przedstawiciele polskiego podziemia postanowili nawiązać kontakt z banderowcami i negocjować z nimi zaprzestanie krwawych działań.

Na czele polskiej delegacji stanął pełnomocnik Okręgowej Delegatury Zygmunt Rumel i przedstawiciel Okręgu Wołyńskiego AK, Krzysztof Markiewicz. Do rozmów jednak nie doszło, bo cała delegacja została bestialsko zamordowana przez UPA w okolicy wsi Kustycze.

11 lipca rozpoczyna się straszliwa rzeź. Jak ta akcja została przeprowadzona? 

Uzbrojona w broń palną UPA wraz z miejscowymi chłopami – którym za broń służyły narzędzia rolnicze – wdarli się na teren polskich kolonii i mordowali tam ludzi w ich domach, czy w obejściach.

Mordercy stanowili naprawdę liczną grupę i w dodatku działali z zaskoczenia. Polaków atakowano bowiem w nocy lub o świcie, czyli wtedy, gdy wszyscy jeszcze spali, lub dopiero co się zbudzili. Co bardziej przezorni kryli się na noc poza domami, w specjalnie przygotowanych schronach, bo atmosfera strachu przed atakiem nacjonalistów ukraińskich ciążyła w powietrzu. Mimo to, akcja UPA była niezwykle skuteczna. Obok pory rozpoczęcia ataku, na jego skuteczności zaważył też fakt, że w regionach, w których został on przeprowadzony nie było wcześniej żadnych rzezi. Ginęli co prawda poszczególni ludzie, ale nie było mowy o masowych mordach. Nie było tam zorganizowanej samoobrony ani polskich oddziałów partyzanckich.

UPA atakowała też ludzi zgromadzonych w kościołach. Mordowano tam zarówno wiernych jak i kapłanów.

O krwawej niedzieli mówimy dzisiaj jako o jednym dniu. Tymczasem mordy związane z tym wydarzeniem trwały jeszcze 12, 13 i 14 lipca. Wyłapywano wówczas Polaków, którym wcześniej udało się ukryć, lub z jakiś powód nie zostali zabici. W sumie podczas krwawej niedzieli i kolejnych dni mordów zginęło kilka tysięcy osób.

Czy są jakieś bardziej szczegółowe szacunki, co do liczby ofiar? 

Precyzyjnie tej liczby określić się nie da. Bliżej możemy oszacować liczbę osób zabitych w lipcu 1943 roku na całym Wołyniu, a był to jeden z najkrwawszych miesięcy w wykonaniu UPA. Zginęło wtedy co najmniej dziesięć tysięcy osób.

Zaznaczę jednak, że wszystkie szacunki, jeśli idzie o liczbę ofiar zbrodni na Wołyniu opierają się na odtwarzanych dzisiaj faktach, a nie jesteśmy przecież w stanie odtworzyć wszystkich wydarzeń do jakich tam doszło.

Wspomniała Pani, że data 11 lipca mogła być przypadkowa. Ale czy przypadkowo wybrano właśnie niedzielę? Wtedy Polacy byli zgromadzeni w kościołach, a więc plan masowego mordu wydawał się być łatwiejszy do zrealizowania. 

Nie sądzę, by UPA tak właśnie planowała. Na Wołyniu nie było gęstej sieci kościołów. Parafie były tam bardzo rozległe, ludzie musieli niekiedy przejść nawet kilkanaście kilometrów by uczestniczyć we Mszy świętej czy nabożeństwie. Świątynie na Wołyniu nie były zresztą ogromne, a Msze odprawiano w różnych godzinach, co oznacza, że nie chodzono na jedno nabożeństwo całymi wioskami. Nie wydaje mi się więc, by liczono, że dzięki przeprowadzeniu ataku w niedzielę, możliwe będzie zniszczenie całej parafii w ciągu kilku godzin. Oczywiście mniej trudu wymaga mord w jednym miejscu, kościele, stu osób, niż tej samej liczby na przykład w dziesięciu miejscach.

Mordy w kościołach niosą jednak ze sobą pewną symbolikę. Chodzi o starcie cywilizacji chrześcijańskiej ze Wschodem, Polaków z ukraińskimi oprawcami. 

Z całą pewnością. Wołyń to była walka cywilizacji. Starły się tam cywilizacje chrześcijańska, łacińska z cywilizacją bizantyjską.

Ciekawe jest to, że ukraińscy narodowcy – choć jedni z nich należeli do cerkwi prawosławnej a inni do greckokatolickiej – otrzymali wsparcie od duchownych. Cerkwie te wydały wojnę Kościołowi katolickiemu. Mówiąc o „wydaniu wojny” nie mam oczywiście na myśli jakiejś zorganizowanej odgórnie akcji. To poszczególni członkowie i duchowni tych wspólnot wydali tę wojnę.

Wspominaliśmy o kościołach zaatakowanych przez ukraińskich nacjonalistów podczas krwawej niedzieli. To tylko element antykatolickiego charakteru zbrodni wołyńskiej. Polaków atakowano też bowiem w różne katolickie święta, na przykład na Wielkanoc, Boże Narodzenie, Matki Bożej Gromnicznej, czy w Boże Ciało.

Zaryzykowałabym stwierdzenie, że część tych wspólnot wyznaniowych zbałamucił szatan. I nie chodziło tylko o wiernych, ale także o duchownych, z których niektórzy dopuszczali się odciążania wiernych z grzechu zabójstwa, głoszenia kazań zachęcających – w nawiązaniu do Ewangelii – by oczyścić naród ukraiński z chwastu. Ponadto często miały miejsce święcenia narzędzi zbrodni przez duchownych obu wyznań – z własnej chęci lub pod przymusem.

Ale podkreślam, że mowa tutaj o pewnej części wiernych i duchownych cerkwi prawosławnej i greckokatolickiej. By pokazać, że medal ten ma swój awers i rewers, dopowiem, że IPN prowadzi obecnie badania nad tym ilu greckokatolickich duchownych zginęło z rąk nacjonalistów ukraińskich.

Przenieśmy się teraz na chwilę w czasy nam współczesne. Czy doczekamy w końcu tego, że 11 lipca stanie się Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian? Od długiego już czasu politycy jakoś nie mogą sobie poradzić z tą datą i z upamiętnieniem mordów na Wołyniu. 

Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. W Sejmie są zarówno zwolennicy ustanowienia takiego dnia, jak i jego przeciwnicy, ale po której stronie stanie większość – trudno przewidzieć.

W najliczniejszej partii, czyli partii rządzącej, jest pewna grupa osób, której ten pomysł się nie podoba. I jeśli ta grupa sprzymierzy się z programowo niechętnymi temu pomysłowi posłami – na przykład z Ruchu Palikota – to wtedy stosowna uchwała nie zostanie podjęta.

Rozmawiał: Krzysztof Gęndłek

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2017-07-11)


11 lipca na Ukrainie. Co nasi sąsiedzi wiedzą o ludobójczych czynach swoich „bohaterów” z UPA?

Pierwszy raz obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej. W roku 2016 Sejm RP postanowił, że 11 lipca – rocznica krwawej niedzieli, czyli kulminacji akcji UPA wymierzonej w naszych rodaków na Kresach – będzie przeznaczony na szczególne upamiętnianie tragedii przodków. Wiedza na temat losów mieszkańców południowo-wschodnich województw Rzeczypospolitej wśród Polaków z roku na rok wzrasta. A jak jest na Ukrainie?

11 lipca na Ukrainie. Co nasi sąsiedzi wiedzą o ludobójczych czynach swoich „bohaterów” z UPA?

Kibicowska sektorówka przedstawiająca wizerunek Stepana Bandery z napisem „BANDERA – NASZ BOHATER” podczas meczu ukraińskich klubów piłkarskich: Karpaty Lwów vs. Szachtar Donieck (15 kwietnia 2010) fot. wikimedia.com

Nie najlepiej – wynika z danych opublikowanych przez polskieradio.pl. Ledwie 7 proc. społeczeństwa naszych sąsiadów łączy Ukraińską Powstańczą Armię z rzezią wołyńską. Wyniki badania socjologów porażają. I to pomimo faktu, że aż 83 proc. obywateli wschodnioeuropejskiego państwa uważa historię za sprawę ważną.

Jednak, zdaniem ekspertów, Ukraińcy dopiero poznają historię, a ich państwowa i narodowa świadomość jest w okresie przejściowym. To dlatego gloryfikuje się wszystkich walczących o niepodległość, nawet jeśli byli zbrodniarzami. Takie wyjaśnienia ze strony analityków nie są jednak w stanie uspokoić Polaków, szczególnie gdy docierają do nas informacje o dalszym rozwoju kultu banderyzmu i różnych form neonazizmu na Ukrainie, którym nie stawiają przeszkód teoretycznie nienacjonalistyczne władze.

Ponadto rzezią wołyńską jako wydarzeniem historycznym interesują się tylko grupki intelektualistów. Niestety dominuje wśród nich pogląd, że wydarzenia z Kresów Wschodnich Rzeczpospolitej z czasów II Wojny Światowej i okresu powojennego były konfliktem, wojną polsko-ukraińską. Zbrodnie banderowców z UPA próbuje się tłumaczyć złą postawą Warszawy względem mniejszości etnicznych przed rokiem 1939, a zaplanowaną eksterminację przeprowadzaną na Polakach przez Ukraińców zrównuje się z polskimi akcjami odwetowymi, mimo iż faktycznie ich skala była radykalnie mniejsza.

Źródło: polskieradio.pl

MWł

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2017-07-11)

Komunizm zwycięża w Niemczech

Rewolucja komunistyczna, która w Europie i Ameryce prowadzona jest według strategii zalecanej przez włoskiego komunistę Antoniego Gramsciego, dokonuje stopniowej destrukcji podstaw cywilizacji łacińskiej – bo stawką jest zniszczenie tej cywilizacji, od wieków znienawidzonej przez jej wrogów. Strategia zaproponowana przez Gramsciego główne pole bitwy rewolucyjnej wyznacza w sferze kultury – odmiennie, niż strategia bolszewicka, która składała się z trzech elementów: gwałtownej zmiany stosunków własnościowych, masowego terroru i masowego duraczenia. W strategii Gramsciego na plan pierwszy wysuwa się masowe duraczenie, z wykorzystaniem państwowego monopolu edukacyjnego, mediów i przemysłu rozrywkowego. Ważnym elementem masowego duraczenia jest zapanowanie nad językiem – przede wszystkim – językiem mówionym. Toteż ludziom narzucane są zbitki pojęciowe, którymi muszą się posługiwać, mimowolnie przyswajając sobie ładunek informacyjny, w nich zawarty. Wystarczy 50 lat takiego duraczenia, by ludzie już myśleli w sposób oczekiwany przez promotorów rewolucji. Jednym z celów uchwycenia panowania nad językiem jest pozbawienie pierwotnego znaczenia pojęć – i tak zwane „małżeństwa jednopłciowe” są znakomitą ilustracją tej metody. Zgodnie z logiką dwuwartościową, mamy do czynienia z prawdą i fałszem, z normą i dewiacją. Z tego punktu widzenia „małżeństwo jednopłciowe” jest kompletnym nonsensem, mniej więcej takim, jak „żonaty kawaler”. Nie ma takiego zwierzęcia, bo małżeństwo różni się w sposób istotny od związków jednopłciowych. Celem małżeństwa jest założenie rodziny, to znaczy – wydanie na świat potomstwa. Chociaż zdarzają się wyjątki, to zasada jest właśnie taka. Natomiast zasadniczym celem związków jednopłciowych jest świadczenie sobie nawzajem usług seksualnych – bo przecież dobór par następuje według kryterium seksualnych upodobań. W tej sytuacji nazywanie takich związków „małżeństwami” jest celowym wprowadzaniem chaosu pojęciowego, w którego następstwie nikt już nie będzie wiedział, co konkretnie jakie pojęcie oznacza. Tymczasem precyzja języka, która służy precyzyjnemu wyrażaniu myśli, jest wielkim dorobkiem cywilizacji łacińskiej, w której łonie rozwinął się taki fenomen, jak nauka, to znaczy – systematyczne poszukiwanie prawdy połączone z nieustannym weryfikowaniem uzyskanych rezultatów. Forsowanie „małżeństw jednopłciowych” oznacza nie tylko destrukcję tej precyzji, ale i destrukcję prawa, które jeszcze niedawno charakteryzowało się ścisłością, odziedziczoną po prawie rzymskim. Ustawowe przeforsowanie „małżeństw jednopłciowych” w Niemczech wydaje się dodatkowo niepokojące, bo Niemcy są politycznym kierownikiem Unii Europejskiej. Brytyjczyków najwyraźniej musiały wspierać proroctwa, że zdecydowali się wystąpić z tego ponurego kołchozu.

Stanisław Michalkiewicz

Felieton    Goniec Polski (goniec.com)    13 lipca 2017

Gender, czyli kolacja w wagonie restauracyjnym

 Jaki ma sens nałożenie przez pewną panią minister podkoszulki z napisem „Jestem Arabką” i sfotografowanie się w jej gabinecie pod godłem państwowym? Jaki jest sens gestu nałożenia uniformu z napisem „Jestem Murzynem”, przez chłopaka o białej skórze?

Niepewne miny bohaterów tej psychodramy są nieoczekiwanym komentarzem do zawartości treściowej owego show. Tylko znana pani reżyser – tym razem w koszulce z bohaterskim hasłem „Nie chodzę do kościoła”, włożonej, jak sama oświadczyła, w celu „walnięcia w skorupę konformizmu, która jest w Polsce bardzo twarda” – ma minę zwycięską. Minę, która ma informować, że istotnie w tym przebraniu jest jej do twarzy.

Dziś sytuacja się powtarza. Tyle, że przebieranka jest jeszcze bardziej spektakularna, a efekty specjalne jaskrawsze. Poseł do parlamentu zakłada ubrania kobiece, nosi makijaż, damską torebkę i fryzurę, a gromady nazbyt pewnych siebie – by nie wyglądało to sztucznie – osób, o wyglądzie, który ma sugerować nieokreśloną płeć, wkraczają na uczelnie. Do szkół, przedszkoli, by nieść tam –  jak za czasów komunistycznych partyjni agitatorzy – kaganek rewolucyjnej oświaty.

Jesteśmy oburzeni i zmaltretowani. Podczas, gdy powinniśmy się dobrze bawić widząc jak aktorzy tego spektaklu nerwowo poprawiają fryzury i makijaże. A także – miast załamywać ręce i rozdzierać szaty – powinniśmy robić swoje.

Stać spokojnie przy własnych zasadach. Wskazywać na prawdziwe źródła tego teatru. A przede wszystkim zastanawiać się, co istotnego ma przed naszymi oczyma zasłonić ten tragikomiczny popis. Od czego naprawdę ważnego chce naszą uwagę odwrócić.

I wreszcie, czas najwyższy kształcić dzieci w domach, bojkotować kulturę, która ma cechy inne niż kultura katolicka. Pamiętać, że wszystko to już było.

Tylko kolor czerwony ustąpił miejsca barwom tęczy.

Jacques - Louis David -  Napoleon koronuje sam siebie (Szkic do obrazu Koronacja Napoleona, nie wykorzystany przez malarza)

Jacques – Louis David – Napoleon koronuje sam siebie (Szkic do obrazu Koronacja Napoleona, nie wykorzystany przez malarza)

Maskarada trwa w najlepsze od czasów o wiele bardziej odległych niż PRL. Istota jej nie zmienia się ani o jotę. Jednym z pierwszych spektakli tego rodzaju – w jakże odmiennej scenerii – była koronacja Napoleona przez samego siebie 2 grudnia 1804 roku, na oczach wielotysięcznego tłumu zgromadzonego w katedrze Notre-Dame w Paryżu, specjalnie udekorowanej, a nawet przebudowanej z lekka (łuk triumfalny przy wejściu) na tę okoliczność. Napoleon, ucharakteryzowany na cesarza rzymskiego, włożył sobie koronę na głowę i oznajmił, że jest cesarzem Francuzów. („Niewiarygodna głupota, bezbożność i chamstwo Napoleona, który wyjmuje koronę z rąk papieża i sam ją sobie wkłada na głowę” – Paul Claudel w Dzienniku). Odśpiewano Te Deum. Dwór z wystudiowanym wdziękiem odegrał głębokie wzruszenie. Oficerowie się prężyli. Józefina klęczała. Papież Pius VII siedział zgnębiony jako przymusowy świadek tej ponurej ceremonii. – Zakładnik, wraz z kardynałami osadzonymi przez cesarza w Paryżu.

Reporter przy tym był: Jacques-Louis David, gorliwy propagandysta epoki Pierwszego Cesarstwa (wcześniej Rewolucji), odmalował ze wszystkimi szczegółami pompatyczny spektakl – opracowany w najdrobniejszych szczegółach przez wytrawnych reżyserów. Kosztował on, jak szacuje się dzisiaj, 20 milionów franków. Po zrabowaniu przez rewolucjonistów dóbr Kościoła i arystokracji kasa państwowa była pełna.

Rewolucja potrzebuje nie tyle wielu ideowych działaczy, przekonanych jej admiratorów, bo takich nie znajdzie, poza wyjątkami o zwichrowanej psychice – ludzie nie są niespełna rozumu, zwłaszcza w naszym kraju – co wytrwałych koniunkturalistów i dobrych aktorów. Takich, którym twarz nie drgnie. Wytrzymałych psychicznie, dyspozycyjnych w pełni. Spolegliwych wykonawców ról rozpisanych w scenariuszu.

Za czerwoną kurtyną

J.- L. David - Józefina Bonaparte podczas koronacji (fragment obrazu Koronacja Napoleona)

J.- L. David – Józefina Bonaparte podczas koronacji (fragment obrazu Koronacja Napoleona)

Na początku dwudziestego wieku młody polski ziemianin z Litwy, Mieczysław Jałowiecki odbywał staż w służbie dyplomatycznej państwa carów w Berlinie. Jego misja związana była z rolnictwem, miał w tej dziedzinie dobre wykształcenie. Jego szef, ambasador Timiriaziew, wysłał go na zjazd Niemieckiej Partii Socjalistycznej do Frankfurtu, na którym miał być omawiany traktat handlowy z Rosją. Jałowiecki wbrew swoim przypuszczeniem nie ujrzał we Frankfurcie tłumu rozagitowanych robotników wznoszących pięści, tylko spokojne, przyzwoicie ubrane, jak wspomina, audytorium, przypominające wyglądem niemieckie mieszczaństwo. Popijali piwo z wielkich kufli. Także przywódcy, choć siedzieli na podium udekorowanym czerwienią, „podobni byli raczej  do pastorów niż do przywódców proletariatu”.*)

„Z mównicy”, wspomina Jałowiecki, „przemawiał pan o semickim wyglądzie. Był to towarzysz Vollmer”. Jego wypowiedź wstrząsnęła młodym dyplomatą, ponieważ z całkowitym spokojem, w beznamiętnych słowach przekonywał, że niemieccy socjaliści muszą za wszelką cenę zniszczyć ekonomicznie bogate chłopstwo w swoim kraju, by móc przechwycić dla celów rewolucji warstwę zbiedniałej ludności wiejskiej. „Nasze zwycięstwo zależy od zubożenia ludności wiejskiej”, podkreślał. Dlatego m.in. socjaliści będą zwalczać umowę z Rosją, która byłaby zbyt korzystna i dla wielkich właścicieli ziemskich i dla chłopów. Towarzysz Vollmer nie ukrywał, że bogaty chłop niemiecki to najgorszy wróg i w parlamencie niemieccy socjaliści będą go z całą bezwzględnością tępić.

Rodzimy „wróg” to kategoria, która z trudem mieściła się w świadomości polskiego ziemianina. Oklaski na sali obrad potwierdziły najgorsze przypuszczenia. Planowana rewolucja nie miała nic wspólnego ze szczęściem kogokolwiek. Przeciwnie, zamierzała na zimno i z wyrachowaniem zdeptać ludzi, o których dobrobyt rzekomo walczyła. Gdyż  była –  i jest – tylko  narzędziem przechwycenia władzy.

„Na tej sali zrozumiałem”, wspomina Jałowiecki, „że za czerwoną kurtyną mającą symbolizować krew robotników znajduje się bezgraniczna, jałowa pustynia ideowa. Pustynia, w której człowiek ze swoim indywidualizmem ginie bezpowrotnie, zmieniając się w cząstkę bezdusznego stada pędzonego z całą bezwzględnością przez nieliczną grupę ambitnych przywódców, wywodzących się głównie z drobnomieszczańskich mętów”.

W drodze powrotnej do Berlina, autor tego wspomnienia spotkał znów towarzysza Vollmera. Tym razem w wagonie restauracyjnym pierwszej klasy.

„Zwolennik proletaryzacji wsi niemieckiej dużą uwagę poświęcił wyborowi dań, a potem wyraźnie delektował się drogim nawet jak na moją kieszeń posiłkiem, popijając perlistym Rheingoldem.

Przypatrywałem mu się bacznie. Po skończonej kolacji zamówił czarną kawę, kazał podać sobie pudełka z cygarami, z których ze znawstwem wybrał to najlepsze i przy kieliszku złocistego benedyktynu siedział jeszcze długo, bynajmniej nie czując się obco w luksusie wagonu restauracyjnego pierwszej klasy, do którego socjalizm swoją kasą partyjną utorował mu drogę”.

skanuj0002

Obco nie czują się też nigdzie emisariusze rewolucji dobry dzisiejszej. Na przykład panie feministki, które oświadczają, że w dzień Wigilii zamordują – rękami „lekarzy” – swoje nienarodzone dziecko. Czy aktywiści organizacji spod znaku tęczy. Czują się dobrze w swoich rodzinnych kręgach, z przyjaciółmi, w przytulnych domach z ogródkami, na salonach, w studiach telewizyjnych, na spotkaniach z młodzieżą uniwersytecką. Nigdzie nie czują się nie na miejscu, bo tak jak towarzysz Vollmer są po prostu dobrymi aktorami, zawodowcami recytującymi na rozkaz reżysera wyuczoną kwestię. Często w stosownym ubraniu, z odpowiednimi rekwizytami, lub nawet ucharakteryzowani na osoby innej płci – choć tak jak wszyscy ludzie wiedzą, że płeć nie podlega zmianie, bo jest cechą wrodzoną – które to elementy swoistego decorum mają tylko i wyłącznie uwiarygodnić ich werbalną rewolucyjną agitację.

J. L. David - Koronacja Napoleona (fragment)

J. L. David – Koronacja Napoleona (fragment)

O bohaterach tego teatru pisał już w latach 50. XX wieku w swoim „Dzienniku 1954″ Leopold Tyrmand. Przedstawiał tam m.in. przywódcę komunistycznej partii z afrykańskiego kraiku, który przyjechał na międzynarodowy kongres, by wygłosić płomienne przemówienie o tym, jak lud Czarnej Afryki kocha Związek Radziecki i tęskni do komunizmu. W pokoju hotelowym – który dzielił z Tyrmandem – okazało się, że kolor skóry zawdzięczał jedynie dobrze dobranej farbie, że można z nim pogadać i pośmiać się przy kieliszku wódki, bo jest tak naprawdę polskim Żydem z Nalewek.

„Kiedy feministka i lewicowa działaczka (…) tuż przed świętami Bożego Narodzenia siedząc w studiu telewizyjnym, oznajmiła, że w Wigilię dokona aborcji, wiele osób, które wtedy dowiedziały się o jej istnieniu, przeżyło niemały szok”, pisze jeden z tygodników opinii. Na spotkaniach – których nie brakuje, bo studia telewizyjne i kluby stoją otworem – pani ta, jak również jej towarzyszki-feministki – skarży się na swój ciężki kawałek chleba, narzeka, że „brakuje im już pomysłów, co jeszcze można zrobić, by Polki zrozumiały, iż są dyskryminowane, i by zechciały walczyć o prawo do aborcji”. „Wywoływanie szoku”  to jej zawód. Jest wyrobnicą prowokacji.

Cóż, z braku proletariatu, wystarczająco wygłodniałego nowych rewolucyjnych praw, osoby tego pokroju, a raczej tej profesji, dwoją się i troją, by wystarczyć za „cały proletariat”. Ich życie nie jest wcale łatwe, o czym świadczą ich zmęczone twarze: przypomina usłane niewygodami życie aktorów teatrzyku objazdowego. Ciągle w trasie, wciąż trzeba dbać o kondycję i o to, by być przekonywającym. By widzowie nie poczuli się wystrychnięci na dudka, nie zaczęli ziewać i nie wyłączyli telewizora.

Wielki lament nad przejawami „genderyzmu”, nazywanie go ideologią (choć niewątpliwie istnieje twarda neomarksistowska ideologia, oparta o filozofię G. W. Hegla, która stworzyła podstawy myślowe dla tego rodzaju teatralno – operetkowych przedsięwzięć) i szczegółowe rozpracowywanie elementów tego propagandowego bluffu, jakbyśmy mieli do czynienia z ludźmi, którzy w swej szczerości pobłądzili i trzeba ich z tej fałszywej drogi koniecznie sprowadzić, wydaje się być naiwnością. Im właśnie zależy, by dyskutować z nimi do upadłego, tak jak zależało partyjnym krzykaczom, by ich agitacja wybrzmiała wystarczająco donośnie w starciu z „wrogiem”. Żadna demagogia nie mogła być wtedy zbyt jaskrawa. (Nie łudźmy się, w tym zderzeniu ani jedna zasada, obowiązująca w kręgu kultury łacińskiej w relacjach z ludźmi, nie zostanie uszanowana. A na to nikt z nas z reguły nie jest wystarczająco przygotowany).

Tak naprawdę emisariusze rewolucji kulturowej marzą tylko o jednym: żeby nas sprowokować. Zachęcić do bezpośredniego starcia. Wtedy triumfują.

 Powtórka z „Biesów”

J.- L. David - Koronacja Napoleona (fragment)

J.- L. David – Koronacja Napoleona (fragment)

Fiodor Dostojewski w swojej genialnej książce poświęconej opisowi lęgnięcia się rewolucji w mikroskali społecznej, przenikliwie ukazał mechanizm prowokacji. Bohaterowie „Biesów” to grupka prowokatorów, którzy poczynają sobie coraz śmielej w pewnej niewielkiej społeczności. Zanim przejdą do poważniejszych działań pracują w tkance świadomości i kultury lokalnego środowiska. Ich działania są jak cios między oczy; wywołują w tej społeczności rodzaj odrętwienia. Wobec metody prowokatorów społeczność okazuje się bezbronna. Sztuczki grupy Stawrogina wymierzone są w najczulszy splot ludzkiej wrażliwości. Ranią dotkliwie najdelikatniejsze ludzkie uczucia. Są jadowitą drwiną – całkowicie nieprzewidywalną przez ludzi szlachetnych, żyjących w świecie kulturowych konwencji – drwiną niezasłużoną, nie posiadającą jakichkolwiek uzasadnień. Drwiną z tego, co większość ludzi trzyma przy życiu. Chodzi o życie duchowe, życie serca. Są siarczystym policzkiem wymierzonym temu co jest kwintesencją dobrego obyczaju, kultury, tradycji, wiary.

Zamach na te dobra duchowe jest tak absurdalny, zawiera przy tym tak wielką dawkę nienawiści – nienawiści wobec samej istoty kultury duchowej, wobec dobra, prawdy i piękna – że musi w końcu wywołać zaplanowaną reakcję władzy. Władzy, która nie rozumiejąc – a tak naprawdę doskonale wiedząc, bo najczęściej pociągając za wszystkie sznurki – co tu się dzieje, zaniepokojona jest, że zagrożony jest „porządek”. I tu rewolucjoniści wygrywają. W tym właśnie momencie ukazują się opinii społecznej jako biedni prześladowani buntownicy, samotni bohaterowie, którzy przecież nie pragnęli niczego innego jak tylko „wolności”. I dla niej gotowi są nawet cierpieć prześladowania. Nawet zginąć. Nie straszne im wilgotne lochy.

Diagnoza Dostojewskiego jest nadal aktualna. Swego czasu główny organ rewolucji kulturowej w Polsce sfotografował „Biesy” w dzisiejszych dekoracjach. Umieścił je w świecie mody, kreacji. Zachęcał, by kilka osób publicznych nałożyło na siebie pewien osobliwy strój. Trzeba było wystąpić w grupie, by rzecz była bardziej przekonywająca; wykorzystany został efekt nacisku psychologicznego – „zobaczcie, jak nas dużo, więc mamy rację”. Zamanifestowano w tej sposób postawę „przeciw homofobii”, „za tolerancją”. Na dwadzieścia haseł wydrukowanych na bawełnianych podkoszulkach dziesięć dotyczyło życia intymnego i nie nadawało się do cytowania. Inne przez swoją nonsensowność miały wywołać ów pożadany kulturowy szok i w rezultacie zamęt w umysłach, zaburzenie poczucia tożsamości. Miały opinię publiczną sprowokować.

Powtórzmy: Jaki ma sens nałożenie przez panią minister podkoszulki z napisem „Jestem Arabką” i sfotografowanie się w ministerialnym gabinecie pod godłem państwowym? Jaki jest sens gestu nałożenia uniformu z napisem „Jestem Murzynem” przez chłopaka o białej skórze? Miny bohaterów tej psychodramy – mocno niepewne -stanowią nieoczekiwany komentarz do tego show. Tylko znana pani reżyser w koszulce z bohaterskim hasłem „Nie chodzę do kościoła”, włożonej, jak sama mówiła, w celu „walnięcia w skorupę konformizmu, która jest w Polsce bardzo twarda”, ma minę zwycięską, która ma informować, że istotnie w tym przebraniu jest jej do twarzy.

J. - L. David - Koronacja Napoleona (fragment)

J. – L. David – Koronacja Napoleona (fragment)

Pomysłodawcy w swej dobrotliwości zaznaczyli – przypomnijmy, było to kilka lat temu – że nie chodzi im o to, by się wszyscy z nimi zgadzali, bo rzecz jest „kontrowersyjna”. Dzisiaj już by tak nie powiedzieli. Dzisiaj walą w bębny.

Socjologowie i politycy, którzy wymyślili tę maskaradę dobrze znają mechanizm prowokacji. Nie trzeba wcale mieć po swojej stronie większości. Chodzi tylko o to, by większość została psychicznie obezwładniona. By zachwiała się po otrzymanym ciosie. By pozbawić ją odruchu reakcji obronnej. By wyrzekła się choć jednej z zasad, którym była dotąd wierna.

Wstrętne słowo, nie nadający się do zrozumienia bełkot, ohydny gest, tak jak odrażająca woń –  ma wywołać gwałtowny protest, chęć odwetu, a potem przygnębienie, frustrację, zwieszenie głowy, albo nawet – gdy człowiek oswoi się już z tym wszystkim – wzruszenie ramion. W ten sposób zachwiane i naruszone zostaną w nas same zasady, dokonana będzie pożądana zmiana. Prowokatorzy osiągną swój cel.

A przecież prawdziwa obrona to nie bierność, ani nie jałowa dyskusja. A także nie pomstowanie. Prawdziwa obrona to jak najlepsze wypełnianie swoich powinności. Spełnianie obowiązków stanu. I nie wchodzenie w żadne relacje z prowokatorem. Nasza postawa, tak jak i nasze poglądy, nie może się zmienić tylko dlatego, że ktoś obok stroi głupie miny i wykonuje nieprzyzwoite gesty. Gotów jest nawet nałożyć błazeński strój, udawać kobietę.

Swego czasu znany Działacz Unii Wolności z Dolnego Śląska, nie bawiąc się w żadne subtelności, powiedział, że ten rodzaj manifestu politycznego jest niezbędny w nowych czasach. Nakładając podkoszulkę ze stosownym napisem mówił bez skrępowania i otwarcie – zupełnie jak towarzysz Vollmer na wiecu we Frankfurcie (i zapewne z takim samym jak on przekonaniem) – że „wielkością państwa (…) jest otwartość i tolerancja (…) na orientację seksualną”.

To nie zabawa w najśmieszniejsze wypowiedzi. I nie zwykła zamiana strojów, jak w karnawale.

To mozolna, ponura, monotonna, nie przynosząca natychmiastowych rezultatów, bo obliczona na długie lata, robota rewolucyjna. 

 Ewa Polak-Pałkiewicz__

 *) Mieczysław Jałowiecki – „Na skraju Imperium”, Czytelnik

YARPP