OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Różne

Żydowski słoń, a sprawa polska

Wśród narodów świata Żydzi chyba najbardziej opanowali sztukę prezentowania się światu w charakterze ofiar, no i oczywiście – sztukę odcinania od tego wizerunku kuponów. Rzeczywiście, nie da się ukryć, doznali rozmaitych tragedii, ale sami też nieźle dokazywali, kiedy tylko mogli. Weźmy choćby taki kultowy obraz, jak słynny exodus z egipskiego „domu niewoli”. Zanim ten exodus nastąpił, najpierw Żydzi musieli się w Egipcie znaleźć. A w jaki sposób? Ano, w Starym Testamencie czytamy o wyrodnych braciach, którzy sprzedali swego brata Józefa wędrownym handlarzom niewolników. W ten sposób Józef znalazł się w Egipcie, gdzie po rozmaitych perypetiach, został pierwszym ministrem faraona. Na tym stanowisku zapoczątkował serię przedsięwzięć, które dzisiaj nazwano by „politykami interwencyjnymi”. Na początek nałożył nowy podatek w postaci 20 procent zbiorów od każdego chłopa. Zakładając, że podatek ten pobierany był rzetelnie, wymagało to ogromnego aparatu biurokratycznego, który oszacowałby zbiory u każdego chłopa, a następnie wymierzył podatek. Zebrane w ten sposób zboże trzeba było magazynować, a biorąc pod uwagę ówczesne możliwości komunikacyjne, wymagało to wybudowania gęstej sieci magazynów. Te magazyny musiały być pilnowane przez żołnierzy, bo w przeciwnym razie nie uchowałoby się tam nawet ziarenko. Dla tych żołnierzy trzeba było wybudować koszary. Ten ambitny program budowlany wymagał transportu materiałów, do którego trzeba było wielu zwierząt pociągowych, no i robotników, którzy by to wszystko wybudowali. Zwierzęta pociągowe i robotnicy musieli być odciągnięci z rolnictwa, które było główną gałęzią gospodarki egipskiej. Tamtejsze rolnictwo wymagało bardzo dużego udziału pracy ręcznej również przy utrzymywaniu kanałów irygacyjnych. Kiedy jednak zwierzęta i ludzie zostali odciągnięci do programu budowlanego, prace w rolnictwie siłą rzeczy musiały wskutek tego ucierpieć. Wystarczyło 7 lat takiej gospodarki, by w Egipcie nastał głód. I co wtedy zrobił Józef? Zaczął sprzedawać zboże uprzednio odebrane chłopom w ramach podatku. Jak czytamy w Starym Testamencie, w pierwszym roku zgromadził w skarbcu faraona pieniądze z całej ziemi egipskiej. W drugim roku chłopi musieli wyprzedać inwentarz w zamian za zboże odebrane od nich w ramach Józefowego podatku. W następnym roku mogli kupić zboże już tylko za ziemię, która w ten sposób została upaństwowiona. Wreszcie w zamian za możliwość przeżycia musieli sprzedać w niewolę siebie samych. Przestali być wolnymi chłopami, stając się niewolnikami państwowymi w utworzonych przez Józefa kołchozach.

W dalszej części czytamy, jak to Józef sprowadził do Egiptu swoją rodzinę, której oczywiście przebaczył, no a ona pewnie skwapliwie wykorzystała możliwości, jakie dawało jej jego stanowisko. Minęło wiele lat i społeczność żydowska w Egipcie niezwykle się rozrosła, co zaczęło budzić niepokój faraona. Wtedy pojawił się Mojżesz, któremu Stwórca Wszechświata polecił wyprowadzić Żydów z Egiptu, żeby wzięli sobie w posiadanie ziemię „mlekiem i miodem płynącą”. Żeby przekonać do tego pomysłu niechętnego mu faraona, Stwórca Wszechświata, w ramach odpowiedzialności zbiorowej, zsyłał na Egipt kolejne plagi, z których ostatnia polegała na uśmierceniu wszystkich pierworodnych w ziemi egipskiej. Ciekawe, że aby ułatwić zadanie Aniołowi-Niszczycielowi, Żydzi musieli oznaczyć drzwi swoich domów baranią juchą. Anioł pewnie mógłby się obejść bez takiego oznakowania, natomiast dla komanda nocnych morderców było ono wskazówką konieczną – gdzie nie wchodzić. Toteż kiedy nastał ranek, Żydzi zrozumieli, że jedyny ratunek w natychmiastowej ucieczce gdzie oczy poniosą, bo zanim faraon przekona się, że te nocne morderstwa były dziełem Anioła Niszczyciela, to niejedna głowa spadnie z karku, więc lepiej takiego eksperymentu nie ryzykować tym bardziej, że wcześniej wypożyczyli od egipskich sąsiadów kosztowności, z których potem ulali nawet złotego cielca. Najwyraźniej opinie o panującym wówczas w Egipcie antysemityzmie musiały być mocno przesadzone, skoro egipscy sąsiedzi zaufali Żydom swoje precjoza. Potem, to znaczy, po ucieczce, te nastroje mogły rzeczywiście się zmienić na gorsze, ale Żydzi chyba do dnia dzisiejszego nie mogą tego zrozumieć. Najwyraźniej muszą wyznawać zasadę, że czysty typ nordycki i bez mydła jest czysty, czyli, że jeśli ktoś jest ofiarą cudzej irytacji, no to jest, nawet wtedy, gdy ta irytacja została wywołana prowokacyjnym zachowaniem ofiary. Dodatkową poszlaką która na to wskazuje, jest obchodzone wśród Żydów do dnia dzisiejszego radosne święto Purim, będące pamiątką udanego ludobójstwa, jakiego Żydzi dokonali w Persji, mordując co najmniej 75 tysięcy ludzi.

Toteż nie można się dziwić, że i teraz żydowska gazeta dla Polaków retuszuje historię, starannie wymazując udział Żydów w ludobójstwie. Właśnie panu redaktoru Wacławu Radziwinowiczu redakcyjny Judenrat z Czerskiej wydrukował artykuł o operacji polskiej NKWD w 1937 roku. Pan redaktor Radziwinowicz twierdzi, że korzystał z materiałów archiwalnych rosyjskiego stowarzyszenia Memoriał, ale to albo gówno prawda, albo też sam autor lub redakcyjny Judenrat niektóre informacje starannie mu powyskrobywał. Opisuje tam rozmaite okolicznosci i wymienia osoby w to ludobójstwo na Polakach zaangażowane, a nawet opisuje, jak to Jeżow biegał po korytarzach lefortowskiego więzienia, a nawet – jak nazywał się NKWD-dzista, który zszywał albumy ze skazanymi Polakami – ale ani słowem nie odważył się wspomnieć, jak nazywała się „dwójka”, która te albumy dla Wyszyńskiego i Jeżowa przygotowywała. Nic dziwnego – bo byli to dwaj odescy Żydowinowie, z których jeden nazywał się Aleksander Minajew-Cykanowski, a drugi – Włodzimierz Cesarski. Jak tam się nazywali naprawdę – czort z nimi – bo ważniejsze jest to, że w książce dra Tomasza Sommera, o której pan redaktor Radziwinowicz pewnie miał surowo zakazane słyszeć – jest nawet fotografia tego Minajewa-Cykanowskiego i to zaczerpnięta z archiwum tego samego Memoriału, z którego korzystać miał niby pan redaktor Wacław Radziwinowicz. Tego słonia w menażerii miał widać zakazane zauważyć. Widać, że w żydowskiej gazecie dla Polaków panuje iście stalinowska dyscyplina, podobnie jak orwelowskie obyczaje, kiedy to w Ministerstwie Prawdy przygotowywane były skorygowane zgodnie z potrzebami „etapu” wersje historii dla mikrocefalów. Najwyraźniej jakiś Sanhedryn musiał surowo przykazać („NU!”) wszystkim autorytetom moralnym, by starannie usuwali wszelkie wzmianki o udziale Żydów w ludobójstwie XX wieku. Nietrudno się domyślić dlaczego – bo ujawnienie tego, dodajmy – masowego udziału Żydów w tym ludobójstwie i to nie w charakterze ofiar, ale katów i organizatorów tej zbrodni – zniszczyłoby martyrologiczny wizerunek tego narodu.

Stanisław Michalkiewicz

Wakacyjne wspomnienie

WIOSNA NA CMENTARZU

Wiosna na cmentarzu
Kpi sobie, przedrzeźnia się z nami,
Budzi do życia, pięknieje,
Kiedy my w zamyśleniu, zadumaniu,
Ze ściśniętym sercem
Stąpamy po alejkach,
Wśród grobów naszych bliskich,
Którzy spoczęli tu na wieki.
Prawo natury, życia i śmierci,
Które pozostawia nam
Tylko pamięć i wspomnienie,
I groźne memento mori…
Dwa światy, a my w środku bytu,
Życia i śmierci, powolnego odchodzenia,
Wiosna, kwiaty i radosne śpiewy ptaków,
Kamienne płyty grobowców,
Na których kwiaty próbują nam przypomnieć
Że życie toczy się nadal, dla nas,
Ale już nie naszych bliskich.
Stąd nie można uciec,
Można tylko schować się pod kamienną płytą,
I tylko wiosna pamięta
Przychodząc sama, aby rozweselić
Ten ponury grobowy sen.
Sen zmarłych trwa wiecznie,
A my w tym czasie -
Tymczasem chcemy się cieszyć,
Naturalnym życiem, zawsze za krótkim,
Według odwiecznego rytmu natury,
Który pomaga nam zrozumieć
Istotę, życia i śmierci,
Bycia i odchodzenia na wieki
W zimie, w lecie, na jesieni,
I wiosennym rozkwicie do życia
TU – dla życia – TAM.
Marian Retelski
Warszawa,kwiecień 2017

Polska pochwała podłości

Przyjazd żołnierzy amerykańskich 3 Pancernej Brygadowej Grupy Bojowej z Fort Carson w stanie Kolorado uznany został przez polski establishment polityczny i wspierające go media – nie wyłączając katolickich, z „Naszym Dziennikiem” na czele – za największy od wejścia w struktury NATO sukces w polityce obronnej Polski. Wprawdzie wcześniej ogłoszono, iż takim sukcesem jest rozpoczęcie budowy amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Redzikowie, ale widocznie rolą obecnego rządu jest osiąganie kolejnych „największych” sukcesów w uzależnianiu polskiego bezpieczeństwa od interesów USA.

Tak więc odpowiednio do rangi ostatniego sukcesu grupę niespełna 4 tysięcy żołnierzy amerykańskich z Fort Carson witała 14 stycznia b.r. sama pani premier B. Szydło i minister A. Macierewicz. Tego samego dnia odbyły się w szesnastu miastach Polski „pikniki z sojusznikami”, na których witano i odpowiednio honorowano delegatów „najwspanialszej armii świata”. Specjalizujący się w amerykańsko-natowskiej propagandzie „Nasz Dziennik” [nr 11-5764] podał nawet program z godziną i miejscem tych szesnastu pikników, wychodząc naprzeciw swym czytelnikom, zainfekowanym na dobre wirusem nie tyle zwykłej amerykanofilii, ile fałszywego mitu Ameryki. Całość jak z filmu o epoce kolonialnej z Polską w roli odkrywanego przez „cywilizowany” Zachód afrykańskiego – zacofanego i słabego – kraiku, któremu wystarczą za jego terytorium na „sojusznicze ćwiczenia” przysłowiowe koraliki.

W takim stylu satyryczno-groteskowym można byłoby też zinterpretować przemówienia szefowej polskiego rządu i ministra obrony narodowej. Jednakże nie pozwala na to majestat Rzeczypospolitej oraz waga problemu: przyszłość  Polski i jej narodu. Pani premier wygłosiła hymn na cześć amerykańskiej armii, życząc jej żołnierzom, aby „czuli się w Polsce jak w domu”. To życzenie można bardzo szeroko interpretować: m.in. jako zapowiedź nieokreślonego czasowo pobytu i kasację statusu gości/intruzów.

To także zaproszenie do takiego zachowania uzbrojonych osobników, które przysługuje tylko domownikom: nade wszystko w  kwestii decydowania o losach domu. O wiele bardziej kontrowersyjna okazała się jednak pochwała, jaką wygłosiła polska premier pod adresem siejącej w świecie śmierć i zniszczenie amerykańskiej armii:

„dzisiaj to wielki dzień, kiedy możemy na polskiej ziemi, tutaj w Żaganiu przywitać żołnierzy amerykańskich – reprezentantów najlepszej, najsilniejszej, najwspanialszej armii świata”[1].

Tej apoteozie towarzyszyło przeczące prawdzie cyniczne  stwierdzenie, że stacjonowanie amerykańskich wojsk w Polsce to strategia pokoju, podjęta na szczycie NATO w Warszawie: „To jest ta strategia-strategia wzmacniania bezpieczeństwa Polski i bezpieczeństwa regionu; myślenia w kategoriach pokoju, budowania pokoju na świecie”.

Trzeba dużo złej woli i złej siły, aby zbrodniczej armii amerykańskiej przypisać działanie na rzecz pokoju. Aby zapomnieć o jej milionach ofiar w Wietnamie, Serbii, Afganistanie, Iraku, Libii, Syrii, Jemenie. Aby zapomnieć o ludobójstwie chrześcijan na Bliskim Wschodzie objętym działaniami „najwspanialszej armii świata”, o milionach uchodźców z  państw, którym przyniosła ona wyłącznie krwawą rewolucję bądź permanentną wojnę.  Aby  zapomnieć o setkach tysięcy sierot, kalek, nędzarzy, których działania tej armii pozbawiły dorobku życia. Aby zapomnieć o barbarzyńskim zniszczeniu prawosławnych cerkwi w Serbii, chrześcijańskich świątyń i klasztorów na Bliskim Wschodzie, starożytnych zabytków w Babilonie.

Trudno też uwierzyć w to, aby premier polskiego rządu uważała za najwspanialsze osiągniecie tej armii jej technikę prowadzenia wojen w państwach dalekich od granic USA – „collateral damage” czyli  mordowanie ich ludności na odległość, przy pomocy sił powietrznych[2].

W wymiarze moralnym nie są ważne żadne podteksty i motywacje, którymi niektórzy patrioci usiłują usprawiedliwiać panią premier. W wymiarze moralnym mówimy o wartościach i antywartościach. W tym wymiarze była to pochwała podłości. Tej pochwały nic i nikt nie jest w stanie usprawiedliwić, nawet usłużny „Nasz Dziennik”, który promuje od kilku tygodni amerykańską brygadę jako umocnienie bezpieczeństwa Polski i w ramach tej promocji już w trzy dni po sławetnym powitaniu [Nr 12 – 5765] ogłosił Żagań „pancerną stolicą”.

Przemówienie A. Macierewicza było jedynie powtórzeniem ideowej i aksjologicznej treści wystąpienia pani premier. Wyróżniała je tylko  forma inwokacji i paradygmat myślowy z czasów zimnej wojny,  przeciwstawiający Związkowi Radzieckiemu jako imperium zła Stany Zjednoczone jako imperium dobra. Pan minister popisał się też archaiczną wiedzą korowca o Rosji z epoki antykomunizmu, twierdząc, że Polska pragnie z żołnierzami amerykańskimi bronić „cywilizacji przed zagrożeniami ze Wschodu”. Jednym słowem pragnie bronić cywilizacji genderowej przed wartościami chrześcijańskimi, na których od ćwierćwiecza Rosja buduje swoją tożsamość, stając się ostoją konserwatyzmu. Kompletny brak wiedzy na ten temat  – taki, że trudno z nim dyskutować.

Natomiast niech nikt nie mówi, że w wygłoszonych mowach w Żaganiu przemawiano językiem dyplomacji.  Jest to język wasali, którzy wmawiają światu, że antywartości „najwspanialszej armii świata” są pozytywne i mówią głośno, że je podzielają. Co gorsza, chcą ich realizacji na terenie Polski. W tym wszystkim dziwi dodatkowo kobiecy aspekt wygłoszonego przez polską premier powitania.

Zgodnie z klasyczną etyką, w osobową godność człowieka wpisane są bowiem inklinacje – naturalne skłonności – na które powinny być uwrażliwione szczególnie kobiety. Owe skłonności to: inklinacja do zachowani życia, do przekazywania życia oraz rozwoju osobowego na fundamencie wolności. Kobieta – premier winna więc nade wszystko bronić życia, promować pokój i uczynić Polskę jego liderem. Póki co, pani premier i jej partia – przy akceptacji opozycji –  czynią z Polski promotora wojny.

- – -
[1] fakty.interia.pl_14.01.2017..14.01.2017.

[2] https://en.m.wikipedia.org/wiki/Collateral_damage (link zewnętrzny)

Anna Raźny
Profesor Anna Raźny, rusycystka, politolog i polityk, dyrektor Instytutu Rosji i Europy Wschodniej Uniwersytetu Jagiellońskiego.

DO SIEGO ROKU !!!

STARY  A  JUŻ   NOWY
Jeszcze resztki ostatniego dnia
Goni wiatr po ulicy,
Zamiata nimi jak miotła,
Której przeszkadzają zużyte strzępy
Słów, zdarzeń i niespełnionych marzeń,
Które przeskakują z małpią zwinnością
Z gałęzi na gałąź Nowego 2017 Roku,
Aby nic nie zgubić  ze „Starego”
I by coś z nich zostało
Na dobry początek świeżego roku.
Marzyć, marzyć jak najwięcej
Nie oglądając się już za siebie
Drepcząc ścieżką obok drogi
Być  tu, by jutro tam,
W rytmie poloneza
Z wybranką u boku
I uśmiechem na twarzy,
Bo dzieje się nam
Nowy dzień, Nowego 2017 Roku !!!
Szczęśliwego – DAJ  BOŻE.
Marian Retelski NY 2017

W I T A J

W I T A J
Witaj Jezu,witaj Jezu ukochany,
Z dawna  przez nas dziś czekany !
Mamy  teraz dla Ciebie
Wszystko co potrzeba,
Bo Ty idziesz, idziesz do nas,
Prosto z Nieba.
I choć jesteś naszym Królem -
Synem Boga,
Nie czekają na Ciebie słudzy i pałace
Tylko prości ludzie, nowiną przejęci,
Grzeszni,  nie jak Twoi święci,
Lecz żarliwie w modlitwie topiący swe dusze,
Z miłości, serca mając swe otwarte
By przyjąć Ciebie w dostojności wielkiej,
Jako swego władcę i oswobodziciela.
Wiemy, że kochasz nas jak pasterz swe owieczki,
Których nie możesz zostawić w potrzebie,
Bo chcesz, by postępowały tak, aby znaleźć się w Niebie…
Wiesz dobrze, jak trudna jest dla nas Twoja nauka,
A Ty miłosiernie nam wszystko wybaczasz,
Bo miłość i tylko miłość się liczy
Dla której Ty do nas przychodzisz,
Od Boga i Bogiem naszym jesteś.
Marian Retelski – Boże Narodzenie 2016

Prawdziwi bohaterowie tych dni

 

Światowe Dni Młodzieży w Polsce to prawdziwy, trudny wręcz do oszacowania sukces ekipy politycznej sprawującej w naszym kraju władzę. To, co najbardziej budujące i budzące nadzieję podczas tych dni zawdzięczamy właśnie im.

Trzeba oddać sprawiedliwość Panu Prezydentowi, Pani Premier, z zwłaszcza Panu Ministrowi Antoniemu Macierewiczowi, który w bezpośredniej rozmowie prowadzonej z Głową Kościoła w języku hiszpańskim – nie sprawiającym szefowi MON najmniejszych trudności – wykonałł niezwykle doniosłe zadanie, poinformowanie Papieża o tym, co polskim władzom wiadomo na temat katastrofy smoleńskiej. Było to znakomite wykorzystanie sytuacji, która przecież nie była autorstwa obecnych władz, to nie one aranżowały ŚDM; one ją „odziedziczyły”. Był to słowem popis politycznej klasy, kultury, znakomitego politycznego refleksu i odpowiedzialności za państwo.

Wszyscy ci, którzy projektowali ŚDM w Polsce jako eskapadę polityczną w szatach religijnych, z własnym programem, mogli poczuć się wystrychnięci na dudka.

Polscy politycy nie koncentrowali się na „przeżyciach”, „doświadczeniu wiary”, „radości bycia z drugim człowiekiem” i innych czułościach, od których powtarzania i cytowania zęby bolą, i od wysławiania których nie mogli się uwolnić prawie wszyscy komentatorzy (trzeba przyznać, że język sprawozdawców był wyjątkowo ubogi w rzeczowniki, za to bogaty w przymiotniki, a rozliczne  „refleksje na gorąco” niczym się od siebie nie różniły), ale na konkretach, od których zależy coś tak dalekiego od wzruszeń i „dzielenia się wiarą i miłością”, jak los Polski, życie Polaków.

0000000 AAAAAAAA aaaaa Raków

Polityka, tak jak walka zbrojna, to męskie zajęcie. W sytuacji, gdy prezentowany jest nam – szczególnie niestety ostatnio przy religijnych okazjach – festiwal zniewieściałości, gdy nad wydarzeniami ostatniego tygodnia unosił się wyraźnie duch hippisowskiego „róbmy miłość, a nie wojnę”, gdy Głowę Kościoła witano dziarskim krakowiakiem i sentymantalnym tangiem, a pożegnano  (gdy wsiadał już do samolotu) przebojem zadeklarowanego homoseksualisty i deprawatora młodych ludzi, ofiary AIDS, trzeba umieć docenić jej klasyczną prostotę i surowość. Polityczne i dyplomatyczne akty i gesty przedstawicieli naszych władz dalekie były od efekciarstwa. Działały jak zimny prysznic wobec niektórych nazbyt rozpoetyzowanych „animatorów wydarzeń religijnych” na pograniczu popkultury, teatru i misterium religijnego.

Tak robi się politykę w tej części świata, której na imię Polska. Tak się pokazuje, że jest się człowiekiem wiary. Bo wiara niesie także kulturę, odwagę cywilną, siłę przekonań, moralną jednoznaczność, roztropność. Opiekę nad tymi, którzy są nam powierzeni, których trzeba chronić. Zapewnienie bezpieczeństwa każdemu gościowi spoza kraju. Bycie na miejscu, gdy przyjeżdża Głowa Kościoła. Takt i kurtuazję wobec niego. Odpowiedzialne wypełnianie obowiązków stanuu.

Powstańcy warszawscy także nie bawili się w „przeżycia” i „doświadczenia”. Zamiast „celebrować wspólnotę”, co dziś jest narzuconą kulturową figurą, wybrali konkret: chwycili za broń. Postanowili przegnać Niemców, wyprzedzić działania Sowietów, którzy zamierzali zatknąć czerwoną flagę na gruzach – bo i tak Warszawa byłaby zniszczona po ich przejściu – Warszawy. Powstańcy bronili swojego miasta przed sowieckim zniewoleniem, po heroicznej walce podczas całej, kilkuletniej okupacji niemieckiej.

Czy są jakieś analogie z sytuacją dzisiejszą?

Tak, są. Tak samo jak wtedy dowództwo wojskowe AK, tak dziś politycy niepodległej Rzeczypospolitej nie przyjmują fałszywych reguł gry. Nie pląsają w korowodach tanecznych przed Mszą św., która jest czymś najświętszym, w czym uczestniczyć może człowiek na ziemi, ofiarą przebłagalną, jaką Syn Boży składa Bogu Ojcu. Nie roztkliwiają się nad propozycją wybuchowych mieszanek „multi-kuli”, nie zmieniają twardych zasad wobec zorganizowanych grup terrorystycznych zwanych uchodźcami. Prezentują wysoką kulturę katolicką. W każdym słowie wypowiedzianym oficjalnie przez Pana prezydenta Andrzeja Dudę i Panią premier Beatą Szydło podczas wizyty Papieża Franciszka bronili oni reguł niezmiennych, które są obiektywne, bo dane od Boga: pamiętać o hierarchii miłości w ojczyźnie, nie nadużywać miłosierdzia, bo miłosierdzie bez sprawiedliwości jest fikcją, sprawować swoją władzę, daną od Boga, w poczuciu odpowiedzialności przed Bogiem i ludźmi. Wypełniać obowiązki stanu bez żadnej taryfy ulgowej.

Nikt z rządzących nie zasłaniał się tego gorącego lata trudnościami związanymi z zagrożeniem terroryzmem, ani z urlopem, czy ze skrajnym zmęczeniem – które przecież jest faktem, po kilku miesiącach nieprzerwanej, morderczej pracy nad porządkowaniem i odbudową państwa – ale też nigdy nie jest dostrzegalne przez postronnych. Nikt nie uchybił w najmniejszym nawet szczególe godności urzędu sprawowanego przez Jorge Mario Bergoglio. Polskie władze zabłysnęły przed światem kompetencją, inteligencją, wyobraźnią, sprawnością, talentami dyplomatycznymi. Służby bezpieczeństwa i wojsko zatrzymały dwustu podejrzanych osobników na granicy, przechwyciły samolot obcego państwa nad Krakowem, który wylądował w „areszcie”; nie „dialogowano” też z mężczyzną, który usiłował przemycić na Błonia ładunek wybuchowy; jest on za kratkami.

Przestrzelona flaga polska nad powstańczą Warszawą

Przestrzelona flaga polska nad powstańczą Warszawą

O wielu akcjach polskich służb minionego tygodnia dowiemy się zapewne w stosownym czasie, o innych być może nie dowiemy się nigdy. Faktem jest, że wszyscy, także nieżyczliwi, mogli się w tych dniach przekonać, że państwo polskie jest w dobrych rękach. Działa nie tylko z rozmachem i sprawnością, ale nawet z pewną fantazja, podejmując najtrudniejsze wyzwania, oszczędzając wszystkim uczestnikom międzynarodowych mityngów (mówi się o ich ponad milionowej rzeszy, co pokazuje skalę problemu bezpieczeństwa) niepotrzebnej nerwowości.

Wielu ludzi  sprawujących obecnie władzę w Polsce ma harcerską przeszłości i dlatego w najwyższych urzędach jest trochę tak, jak w zapiskach Kazimiery Iłłakowiczowny z międzywojnia: „My wszyscy, urzędnicy pierwszych dni Polski, braliśmy ogromnie żywy udział w kształtowaniu form, jakie nadawano poszczególnym częściom wewnętrznym urzędów. Byliśmy pełni pomysłów i zapału, jak np. skauci bywają w obozach, które trzeba od A do Z postawić i zagospodarować. To bardzo przywiązuje”. A do zadań, które czekały i aż przytłaczały swoim ogromem „nikt z nas, którzyśmy tam [do MSZ-u – EPP]weszli w 1918 roku, nie był i nie mógł być przygotowany”.

Warszawa 1944, chłopcy noszący wodę do szpitala na Solcu

Warszawa 1944, chłopcy noszący wodę do szpitala na Solcu

I rzeczywiście Polska może być dziś wzorem dla innych krajów. ŚDM były swego rodzaju testem państwowej dojrzałości i siły intelektualnej elit władzy, bo na tym głównie opiera się dobra organizacja przedsięwzięcia tak szczególnego jak ŚDM. Państwa europejskie mogą katolikom sprawującym w Polsce władzę pozazdrościć swobody i politycznej wyobraźni. To właśnie ci Polacy uczą międzynarodowe rzesze, co znaczy być człowiekiem wierzącym w Trójcę Świętą. W erze, gdy europejskie kraje wpadają w przedziwne konwulsje niemożności i naiwności, albo prezentują hamletyczne rozdarcie, gdy ich przedstawiciele plączą się w słowach, którymi usiłują usprawiedliwić przemoc wobec własnych obywateli, gdy nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa nikomu, kto tam przebywa, gdy nie wyciągają żadnych wniosków z politycznych zbrodni popełnianych na ich terytorium, z tragedii setek ludzi, na jakie bezradnie patrzą kierowane przez nich służby, jest to niezwykły wyłom. To jest zwycięstwo. Pokazuje ono, że nie „uczucia”, ale przede wszystkim rozum charakteryzuje człowieka wierzącego, katolika. I na nic nie przyda się „entuzjazm”, „zarażanie entuzjazmem” itp, gdy rozumu zabraknie. A także męstwo i maksimum wymagania od siebie, pracowitość i poświęcenia dla większej sprawy. Tą większą sprawą jest zachowanie niepodległości w wyjątkowo trudnej sytuacji geopolitycznej, przekazanie światu prawdy o katastrofie smoleńskiej i zapewnienie bezpieczeństwa społeczeństwu. To nie mało.

Warszawa, kwiecień 2010, Krzyż Smoleński postawiony przez warszawskich harcerzy.

Warszawa, kwiecień 2010, Krzyż Smoleński postawiony przez warszawskich harcerzy.

W rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego trzeba naszym rządzącym umieć za to podziękować, bo kontynuują tę samą tradycję myślenia o dobru wspólnym, jaka przyświecała powstańcom warszawskim. Ponieśli wielkie trudy. Zasłużyli na wdzięczność. Nasza modlitwa należy się przede wszystkim im. Dopiero w dalszej kolejności Czcigodnemu Gościowi z Watykanu oraz roztańczonej i rozśpiewanej, sympatycznej młodzieży z całego świata, która nas odwiedziła.

Człowiek nie potrzebuje hołdów, nie należą mu się, tak streścić można pełne umiaru zachowanie najwyższych polskich władz państwowych z dni 26 – 31 lipca. To Bóg jest Królem. To Jezusowi Chrystusowi należy się cala władza i hołd. Wezwania do aktywizmu w Kościele nie zagłuszą tej prawdy. To Matka Najświętsza, Niepokalana jest Królową. Jej Niepokalane Serce zatriumfuje, tak jak zapowiedziała prawie sto lat temu w Fatimie. Dojdzie do nawrócenia pogan, protestantów i schizmatyków. Poważnie traktujący – także w niesprzyjających warunkach – swoją wiarę, bezkompromisowi Polacy ten triumf być może przyspieszają.

Mylenie głębokich treści wiary katolickiej z łatwo wzniecanym uczuciem z powodu obecności obok tak wielu rówieśników, z karnawałem, turystyką, awangardowym teatrem, kulturą, cywilizacją, „wiarą w lepszą przyszłość” nie ma w Polsce wielkiej przyszłości.

YARPP

Marcin Darmas: Rozmowa z Francuzem

Rozmowa z Francuzem na temat laickości zawsze kończy się zawodem. Będzie on kluczył, będzie drążył, piętrzył sylogizmy, demonstrował historię i budował gmaszyska oświecenia z dużej i małej litery… Niestety, niewiele z tego będzie wynikać. Polak nie zrozumie, uważa potomek Karola Wielkiego, bo jeszcze nie doszedł do pewnego etapu rozwoju społecznego i politycznego. Poza tym, istnieje coś takiego jak jedyna droga rozwoju Francji, głoszona i podawana we wszystkich możliwych sosach wyjątkowość; choć „l’exception française” niewątpliwie przeżywa obecnie kryzys, pęka jak fastryga i właściwie bez trzasku…

Nieocenione okazują się tutaj rowerowe spostrzeżenia Bobkowskiego, otwieram „Szkice…” na chybił trafił: „Mówią: vous êtes malheureux (jesteście nieszczęśliwi), z tą samą łatwością, z jaką się spluwa” albo „Potrafią mówić godzinami o sprawach codziennego życia, które jest dla nich jedynym istotnym zagadnieniem. Dziś lubi się ich, jutro nienawidzi, pojutrze znowu skokietują jakąś błyskotką lub łatwością podejścia do tego, co uważa się za PROBLEM.” Czasami myślę, że ową błyskotką jest laickość, wymyślona, ot, aby sproblematyzować, bądź strukturyzować społeczne więzi, albo po prostu – dekonstruować. Durkheim uważał religię za fakt społeczny, uczą tego na socjologii na pierwszym roku studiów…

Po takiej rozmowie utwierdzamy się w przekonaniu, że w języku francuskim przechodzą najbardziej piramidalne bajdurzenia w sposób gładki i elegancki. Schyłek wpływu francuszczyzny w dyplomacji zapowiadał ukonkretnienie poprzez angielski. Przypominają mi się słowa uczonego: „marzę we własnym języku, do obliczeń matematycznych zawsze używam angielskiego, po francusku zaś najlepiej dywagować.”

Definicje i rzeczywistość

W 1807 roku John Adams powiedział, że w języku angielskim nie ma bardziej niezrozumiałego słowa niż republikanizm. Takim słowem w język francuskim jest laïcité – laickość. W tekście prawnym fundującym ową laickość z 9 grudnia 1905 roku trudno odgadnąć intencję legislatora już w artykule drugim: „Republika nie uznaje, nie zatrudnia ani nie finansuje żadnego kultu”. Dalej czytamy kilkustopniową tautologię: „Władza publiczna (la puissance publique) zezwala na publiczny obrządek prosząc (leur demande) o niezakłócanie porządku publicznego. Jednocześnie władza zobowiązuje się do ochrony obrządku”. Z jednej strony Republika Francuska nie uznaje, z drugiej strony minister spraw wewnętrznych jest odpowiedzialny za kult religijny i ma w swoich prerogatywach ochraniać go w całym heksagonie i departamentach zamorskich. Dalej, Republika prosi o niezakłócanie a jednocześnie zezwala na minarety na przedmieściach i wykrzyczane z głośników modły pięć razy dziennie.

Według Gilles’a Keppela, specjalisty religii muzułmańskiej na terenie Francji, Republika odpuszczając istotne połacie swojego terytorium otworzyła drogę do odrodzenia salafizmu. „Powrót do korzeni” odbywa się wśród dzieci drugiego i trzeciego pokolenia emigrantów, którzy budowali prosperity Francji lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Laicka szkoła, której nie wolno nauczać religii w godzinach lekcyjnych, paradoksalnie, stała się podglebiem wzrostu wyznawców islamu. Rozruchy na przedmieściach, te z 2005 roku choćby, polegające głównie na niszczeniu mienia (samochodów i witryn sklepowych), ku zaskoczeniu całego świata, Francuzów nie dziwi w ogóle. Szacuje się, że rocznie płonie we Francji około 20 tyś. samochodów rocznie. W jakim stopniu ta młodzież podpisuje się pod etosem Etat-nation? Zerowym. Szerzy się antysemityzm, a kobiety traktują bardziej „po islamsku” niż „po republikańsku”.

Niemniej w oficjalnym dyskursie publicznym słowem kluczowym, aby pojąć laickość jest separacja. Separacja państwa od religii. Historii od teraźniejszości. Emile Poulat pisze w Wolności i laickości. O wojnie dwóch Francji wobec reguł modernizmu: „Jesteśmy wszyscy, we Francji, dziećmi separacji (…) Religia stała się sprawą sumienia, opinii oraz poglądów. Reguła laickości zastąpiła regułę katolickości.”

Trzeba jednak powiedzieć, że laickość Francji przemieszana jest często z ateizmem, zaś urzędy, strzegąc laickości państwa, są wielokrotnie nieświadomie instrumentem propagandy bezwyznaniowej. Jest we Francji nastrój rewolucyjny, nastrój zakwestionowania ładu dany teraźniejszości przez przeszłość. „W 2011 roku ─ ironizuje Finkielkraut w „Smutnej tożsamości” ─ rozdano we wszystkich szkołach Unii Europejskiej kalendarze: wyszczególniono święta wszystkich religii, oprócz wiary katolickiej. Szybko podniosło się larum i błąd naprawiono. Ale, jestem przekonany, że niebawem, aby nikogo nie urazić, święta Bożego Narodzenia zostaną przemianowane na Święta Końca Roku, albo bardziej poetycznie ─ Święta Wejścia w Okres Zimowy”.

Efekty w liczbach

Według sondażu opublikowanego w magazynie „Le Monde des religions” stosunek wierzących do niewierzących zmniejsza się z roku na rok.

W 1966 r. we Francji było ok. 600 święceń kapłańskich, w 1972 r. 200, a w 1978 r. – już tylko 130. Obecnie, według service national des vocations (Krajowy Urząd ds. powołań), wyświęcono na terenie Republiki tylko 89 księży. Księgi kościelne również odnotowują znaczące zmiany praktyk religijnych. W 1999 r. odnotowano 394 910 chrztów, dziesięć lat później – 216 286. Ślubów kościelnych było 121 513 w 1999 r., w 2009 r. – już tylko 77 664. Obecnie 34% Francuzów uważa się za ateistów, 30% kluczy i szuka deklarując agnostycyzm. Niemniej wierzących jest nadal najwięcej: 36%.

Ostrożnie analizuje liczby Danièle Hervieu-Léger, badaczka EHESS, Wyższej Szkoły Nauk Społecznych: sondaże pokazują wzrost nie ateizmu, twierdzi, lecz indyferentyzmu we wszystkich społeczeństwach świata. Według Hervieu-Léger „twardy” ateista winien się organizować, głosić swoje poglądy w sposób instytucjonalny i uporządkowany. Ruchy takie należy dziś do absolutnego marginesu.

W stronę transhumanizmu

Współczesny człowiek świadomie odłącza się̨ od normalnego biegu życiowych zdarzeń. Reguły świata społecznego zna, ale ich nie uznaje. Cechuje go pogłębiające się désinteressement dla spraw wspólnoty i sensu świata widzialnego i niewidzialnego. Separuje się, ucieka. A, jak pisze Henri Laborit, „uciec można na wiele sposobów. Niektórzy używają narkotyków. Inni uciekają w psychozę. Są tacy, którzy wybierają samobójstwo. Dla innych ucieczką jest samotne żeglowanie. Ale jest jeszcze być może jeden sposób: uciec w inny świat”. Tą ucieczką jest dla bohaterów powieści ateistycznych par excellence jest świat wewnętrzny. „Po powrocie do domu Michel rozebrał się do naga i położył – czytamy w „Cząstkach elementarnych” Houellebecqa – Przez następne trzy tygodnie jego ruchy ograniczały się do minimum. Można sobie wyobrazić, że ryba, wystawiając od czasu do czasu łeb z wody, dostrzega przez kilka sekund ów powietrzny świat, zupełnie inny – rajski. Oczywiście musi zaraz powrócić do świata wodorostów, gdzie ryby się pożerają. Ale przez kilka sekund wyczuwa istnienie innego świata, doskonałego – naszego świata” A dalej: „od świata odgradzało go kilka centymetrów pustki, tworzącej wokół coś w rodzaju pancerza czy zbroi.” W takich chwilach, w osobliwym zawieszeniu rzeczywistości „zastanawiał się, w jaki sposób społeczeństwo przetrwa bez religii? Już w przypadku jednostki wydawało się to trudne”. Snuł także rozważania dotyczące przyszłości biologicznej rasy ludzkiej.

Laickie zwątpienie prowadzi Houellebecqa na ścieżki transhumanizmu. Na ogół zajmuje się nim literatura science-fiction. Pamiętajmy jednak, że Houellebecq jest adoratorem literatury Lovecrafta. Nie ma tutaj przypadku. Motyw transhumanistyczny pojawia się u Houellebecqa niezwykle często, najpełniej jednak w „Możliwości wyspy”. Mamy tutaj do czynienia z czymś w rodzaju luźnej interakcji, dialogu rozciągniętego w setkach lat, między Danielem 1, cynicznym i bezdusznym komikiem reprezentującym schyłek naszej cywilizacji, a jego klonami z przyszłości. Houellebecq-naturalista przedstawia w „Możliwości wysypy” prawdziwą sektę: realitów, założonych przez kierowcę wyścigowego Clauda Vorilhona. Realici wierzą, że ludzkość została stworzona przez przybyszy z kosmosu, anglicznych elohim. Kosmici do własnego „dzieła” kiedyś wrócą, wyznawcy oczekują powtórnego przyjścia. U francuskiego pisarza ruch elohimicki jest splątany w poważny program naukowy przez Slotana Miskiewicza.

W swoimi artykule „Transumanizm w Możliwości wyspy Michela Houellebecqa” Kamil Popowicz porównuje Miskiewicza do Raya Kurzweila, naukowca i wynalazcy, ale również guru singularsytów, odłamu transhumanistów: „kiedy przeszło dwadzieścia lat temu zdiagnozowanego u niego cukrzycę, a tradycyjne kuracje zawiodły, Kurzweil postanowił sam opracować dla siebie program leczenia. Do zadania podszedł, według własnych słów, jak wynalazca i, dosłownie, przeprogramował swoją biochemię” – pisze Popowicz. Kurzweil rozpoczął przeprogramowanie od farmakologii: przyjmuje dziennie ok. 250 pigułek i dodatkowo szprycuje się dożylnie licznymi odżywkami. Cukrzyca ponoć ustąpiła. Co więcej, Kurzweil twierdzi, że jego kuracja pozwoli mu dożyć 150 lat. To wystarczający czas, aby postęp medyczny i technologiczny wypracował sposoby na kolejne 150 lat. A kto wie – może zafiksuje nieśmiertelność. W jaki sposób? Ta myśl została zawarta w „Możliwości wyspy”. Nanotechnologia, neurologia, kognitywistyka i genetyka powinny szybko umożliwić digitalizację umysłu i świadomości. Te dane zaś zostaną przechowane i wgrywane w młody i prężny organizm. Mamy tutaj do czynienia z informatyczną logiką software’u i hardware’u. Powieściowy Miskiewicz wierzy w scanning umysłu po biologicznej śmierci, następnie uploading na odpowiedni nośnik, a na końcu – downloading do nowego ciała, fizycznego klona. Według Kurzweila sztuczna inteligencja wykrystalizuje się w pełni w roku 2029. Pojęciem centralnym w jego transhumanistycznym myśleniu jest singularity, czyli osobliwość, którą do woli będzie można zgrywać i wgrywać. Ciało się już nie liczy, ważne są dane zdeponowane w jaźni, sami jesteśmy przecież tylko agregatem cząstek elementarnych: „nie sądzę – mówi Miśkiewicz – żeby moralność tak naprawdę miała znaczenie, kiedy podmiot jest śmiertelny”. Można zatem mordować, tak, jak w „Możliwości wyspy”, skoro technologia pozwala nam zatrzymać ową singularity nietkniętą.

Warto zaznaczyć, że idea wiecznie wędrującej przez wieki osobliwości ma swój uniwersytet, Singularity University, którego założycielem i rektorem jest, rzecz jasna, sam Ray Kurzweil, a jednym z fundatorów szef wyszukiwarki internetowej Google – Larry Page…

Pascal

Wyświechtany jest „zakład Pascala”. Więcej, jest, moim zdaniem, źle interpretowany. Pascal nie chciał mówić, że opłaca się wiara ze względu na korzyści mogące spotkać człowieka po śmierci. Francuski myśliciel swój zakład stawia w doczesności. Lepsze życie, bardziej ułożone i pogodzone z przeciwnościami i nieuchronnym, to życie w wierze. Bez wiary pozostają beznadzieja, antydepresanty i paliatywy. Świadczy o tym laicka Francja…

Marcin Darmas

Artykuł pochodzi z 16. numeru „Teologii Politycznej Co Tydzień”

Hańba Smoleńska

Już VI lat przyszło nam żyć z myślą, że może uda się wyjaśnić przebieg tej straszliwej zbrodni, którą dla celów, jakie tej tragedii  stawiano, umiejscowiono na lotnisku w Smoleńsku.

Próbował zmierzyć się z tym problemem Zespół Parlamentarny, pod przewodnictwem obecnego Ministra Obrony Narodowej, Pana Antoniego Macierewicza, który pewnie nie zdaje sobie sprawy, że zmałpowany po czasach PRL-u tytuł – narodowej- zobowiązuje do czegoś więcej, niż zapraszanie obcych wojsk na terytorium Polski. Już to wielokrotnie przerabialiśmy, z wiadomym skutkiem. Zespół ten, chyba nieprzypadkowo, nie otrzymał odpowiednich uprawnień śledczych, a więc marnował czas i bałamucił propagandowo Polaków, udając, że coś bada i wyjaśnia.Efekty tego są raczej mizerne, żeby nie powiedzieć  żadne. Zaświtała jednak  nadzieja na „zmianę” tej sytuacji, kiedy znękany Naród, oddał władzę większościową  w ręce PiS – u, który obiecywał, na comiesięcznych manifestacjach, że tę zbrodnię, zwaną wcześniej katastrofą, następnie po kilkuletnim namyśle, zamachem,ale nadal koniecznie „Smoleńskim”. J.Kaczyński, używał  określenia, że prawda może, czy jest, porażająca. Ale jaka to prawda, Panie Prezesie? Czy my nie powinniśmy jej znać, a choćby rodziny zamordowanych?

Minęły miesiące, kiedy wiarygodność i uczciwość PiS-u została  poddana próbie, bo przecież powołanie jakiejś „podkomisji” nie spełnia tego zadania, jakie choćby mogłaby spełnić komisja parlamentarna, ze wszystkimi uprawnieniami procesowymi. Co stoi temu na przeszkodzie- nie wiadomo, kogo teraz o to pytać, kiedy nikt nie myśli poważnie o wyjaśnieniu tej tragedii i ukaraniu winnych.

Znów przetoczą się przez Polskę rocznicowe obchody, msze,marsze, i inne uroczystości ponownie zniewolonego Narodu, któremu tą zbrodnią wypowiedziano wojnę.Pozostaje pytanie – kto? Widać, że jeszcze na odpowiedź  przyjdzie nam długo czekać, niestety.A kiedy się już pojawi,  będzie  dla nas za późno, i pewnie właśnie o to chodzi.

Wydawać by się mogło, ze sprawa jest dziecinnie prosta, wystarczy uważnie przyjrzeć się jednemu z wielu zdjęć. Widać wyraźnie, że jest to tylny statecznik, uprzednio rozczłonkowany i rzucony z góry w krzaki.Przy odrobinie wyobraźni można założyć, zdaniem inscenizatorów, że ten ciężki kawałek metalu pędził z prędkością ponad 200 km/godz, upadł w krzaki /nie uszkadzając żadnego/i jeszcze zdążył, tak jak wiele innych elementów samolotu,

pokropić się dość równomiernie błotem. To dopiero trzeba być naiwnym, żeby tak niechlujnie wykonaną inscenizację uznać za zdarzenie realne. To właśnie jest hańba, że dajemy sobie wmówić coś, czego tam nie było, i powtarzanie tego choćby tysiące razy, nic tu nie zmieni, obraz nie kłamie, w odróżnieniu od wszystkich komisji i ekspertów.

Pozostaje nam jedynie modlić się za dusze pomordowanych, i prosić Boga, aby był dla nas miłosierny i oszczędził nam takich tragedii, a naszym wrogom, dzieciom szatana, pokrzyżował  zbrodnicze plany.

 

aa