OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Różne

„Niezłomni”, a nie „Wyklęci”! Słowa mają zasadnicze znaczenie.

„Niezłomni„, a nie „Wyklęci”! Słowa mają zasadnicze znaczenie. Kształtują naszą rzeczywistość, nasze wyobrażenia o niej.

Wyklęci. Przeklęci, obłożeni klątwą, wykluczeni. Nigdy nie zgodzili się na podporządkowanie ukochanej Ojczyzny sowieckiemu najeźdźcy. Zatwardziali antykomuniści i patrioci. Poszli za głosem serca, by żyć w zgodzie z sumieniem swoim i tych, którzy kiedykolwiek przelewali krew za niepodległość Polski.

Ich los był tragiczny. W kraju zmęczonym kilkuletnią wojną, pod naporem skutecznej propagandy, sprawiającej, że ich ofiara nie była tak oczywista, bezwzględnie tropieni przez Urząd Bezpieczeństwa, zdradzani, poniżani, szkalowani, męczeni, bestialsko mordowani, chowani w masowych, bezimiennych grobach – trwali z bronią w ręku prawie 20 lat od zakończenia wojny.

Kiedy w obławie MO i SB ginęli ostatni z nich, świat bawił się przy piosenkach Elvisa Presley’a, Jurij Gagarin krążył wokół planety, Roman Polański odbierał gratulacje za „Nóż w wodzie”, Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie wykuwał swoją pozycję, a polskie dzieci po raz pierwszy oglądały w telewizji dobranockę.

Gdzie w tej kolorowej rzeczywistości miejsce na „leśnych bandytów”, którzy psuli bajkowy porządek PRL? Wykluczeni. Usunięci ze społeczeństwa. Skazani na złowrogą infamię i wieczne zapomnienie. Wyklęci. Tak właśnie musieli się czuć. Byli poza. Nie pasowali.

Dziś, kiedy pamięć o tych bohaterskich Polakach powoli przebija się do naszej świadomości, warto zadać sobie pytanie, czy używanie sformułowania „wyklęty” jest adekwatne do ich czynów i postaw? Czy to stygmatyzujące słowo nie jest na rękę tym, którzy w połowie lat 40-tych XX wieku przeklęli polskich żołnierzy, bo ci nigdy nie złożyli broni? Czy określanie tak licznej grupy patriotów, którzy powinni stać się wzorem dla nas, dla naszej młodzieży rzeczywiście przywraca im właściwe miejsce? Bo jeśli oni są „wyklęci”, to jacy są ci, którzy na taki heroiczny czyn nigdy się nie zdobyli i zamiast życia w leśnej partyzantce wybrali służbę w strukturach nowo powstałej PRL? Niewyklęci? Lepsi? Zgodni z prawem? Właściwi?

W 1996 Jerzy Ślaski wydał książkę zatytułowaną „Żołnierze wyklęci”. Sam był jednym z takich żołnierzy. To słowo, obarczone tak negatywnym ładunkiem bez wątpienia oddawało uczucia zbrojnego podziemia antykomunistycznego i niepodległościowego. Ci ludzie zostali przez PRL wyklęci i czuli się wyklęci. Osamotnieni. Zepchnięci na margines, do lasów. Jak zaszczute wilki u Herberta.

Ale czy my, ich potomkowie, ich rodacy powinniśmy w dalszym ciągu podtrzymywać, a tym samym legitymizować haniebną decyzję marionetkowego rządu PRL, aby ich wykluczyć, wyrugować, sponiewierać? Czy nie powinniśmy przywrócić im właściwej rangi, zasłużonej pozycji, która będzie miała odzwierciedlenie także w warstwie lingwistycznej?

Słowa mają zasadnicze znaczenie. Kształtują naszą rzeczywistość, nasze wyobrażenia o niej. Jeśli ktoś był wyklęty, to może ten, który przeklinał, miał rację? Któż to wie. Powinniśmy określać tych żołnierzy w sposób, który automatycznie pokaże, jak wyglądały strony konfliktu. Kto był kim. Co było służbą Ojczyźnie, a co służbą najeźdźcy.

Musieliśmy czekać sześćdziesiąt lat, by upamiętnić dzień Żołnierzy Wyklętych w naszym kalendarzu. To nie dziwi, gdyż przekleństwo zapomnienia i systemowej niesprawiedliwości rzucone na „wyklętych” dotykało ich rodzin, błogosławiąc jednocześnie ich katów.

Jak się dziś okazuje, to dzieci funkcjonariuszy UB, SB, MO, LWP i innych opresyjnych formacji PRL cieszą się dziś dostatnim życiem w gronie elit III RP.

Dzieci „wyklętych” bohaterów nie ma. Dlaczego?

Nie będę oryginalny, bo to określenie pojawia się często przy okazji dyskusji o „wyklętych”. I jest ze wszech miar zasadne. Pokazuje, kto był kim i jak należy patrzeć na drugą stronę. Nie ma niejasności. Nie są potrzebne tłumaczenia, opis kontekstu, rys historyczny. Nazwa mówi wszystko.
Niezłomni.

Żołnierze Niezłomni.

autor: Tomasz Rakowski

źródło: https://wpolityce.pl/polityka/152110-niezlomni-a-nie-wykleci-slowa-maja-zasadnicze-znaczenie-ksztaltuja-nasza-rzeczywistosc-nasze-wyobrazenia-o-niej

Naczelnik Państwa przygotowuje grunt

Zagadkowe, uporczywe milczenie nie tylko pana prezydenta Dudy, nie tylko pana premiera Morawieckiego, ale i Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego w sprawie amerykańskiej ustawy nr 1226, a jednocześnie wszczynanie przez pana premiera Morawieckiego kolejnej odsłony wojny polsko-żydowskiej, nasuwa podejrzenia, że jesteśmy świadkami przerażającej i wstrętnej intrygi, której celem jest oddanie Polski po żydowską okupację przy jednoczesnym wywołaniu wrażenia, że nasi Umiłowani Przywódcy nie tylko starali się, jak mogli, by Polskę przed tym paroksyzmem uchronić, ba – walczyli jak lwy – ale w końcu ulegli przemocy. Rzecz w tym, że pan premier Morawiecki podczas swego pobytu w Niemczech wcale nie musiał wdawać się w głupią i upokarzającą licytację z Żydami i Niemcami, kto był większą ofiarą i większym zbrodniarzem. Na pytanie „ocalałego” filuta, co to powoływał się na matkę, też zresztą „ocalałą”, pan premier mógł odpowiedzieć wymijająco, że w tej sprawie wszystko już zostało z polskiej strony powiedziane i on nie ma już nic do dodania i w ten sposób zamknąć dyskusję – a jeśli filut byłby zbyt natarczywy, mógł go zapewnić, że strona polska spróbuje wyjaśnić tę sprawę, zaczynając od sprawdzenia, czy w ogóle miał matkę, a potem – krok po kroku coraz dalej – pan premier dostarczył Żydom pretekstu do wznowienia klangoru. Oczywiście to tylko preludium, bo w marcu chluśnie na Polskę cały kubeł oszczerstw, wylewanych przez środowiska przemysłu holokaustu. Tworzą je ludzie o mentalności hien, w związku z czym podejrzewam, ze ich trzonem mogą być żydowscy emigranci z Polski w drugim już pokoleniu. Rzecz w tym, że po wojnie sześciodniowej w 1967 roku, podczas której ZSRR, za pośrednictwem Izraela, dostał od Amerykanów lanie w swoje arabskie dupsko, komuchy w rodzaju Mieczysława Moczara, który tak naprawdę nazywał się Mikołaj Diomko, na czele PZPR-owskiej frakcji „partyzantów”, będącej kolejną edycją „Chamów”, postanowiły rozprawić się z „Żydami”, z którymi miały na pieńku od roku 1955, kiedy to Chruszczow odkrył, że Stalin nie zamordował wszystkich swoich ofiar własnymi rękami i trzeba było odpowiedzieć na kłopotliwe pytanie, kto mu w tym pomagał. W Polsce to pytanie też padło i wtedy obdarzeni szybszy refleksem towarzysze pochodzenia żydowskiego, jednym susem przeszli do obozu liberałów („zgoda, ja mogę być leberał, tylko wy o tem mnie powiedzcie”) i nieubłaganym palcem wskazali na tubylczych gojów – że to oni. Goje – jak to goje – nawet nie zaprzeczali, tylko z oburzeniem przypomnieli, ze jeśli mordowali i łamali kości, to przecież na rozkaz swoich ukorzenionych przełożonych! Wtedy tamci oskarżyli ich o „antysemityzm” i tak pojawiły się w PZPR dwie frakcje” „Żydów” i „Chamów”. Korzystając tedy ze sprzyjającej koniunktury, w roku 1968 „partyzanci”, będący kontynuacją „Chamów”, przystąpili do rozprawy z „Żydami”, to znaczy – z „syjonistami”, wypychając ich „do Syjamu”. Wielu „syjonistów” skwapliwie skorzystało z okazji do wyrwania się z cudnego raju, zwłaszcza, że można było wywieźć wszystko, co wcześniej zostały wyrwane „reakcyjnej hydrze” bardzo często razem z paznokciami. Bo wśród „marcowych” emigrantów bardzo wielu miało ręce unurzane do łokci we krwi polskich patriotów. Oczywiście na Zachodzie nie wypadało przechwalać się udziałem w komunistycznym aparacie terroru, więc im bardziej taki jeden z drugim emigrant był ubabrany w niewinnej polskiej krwi, tym gorliwiej prezentował się jako ofiara „polskiego antysemityzmu” i tym głośniejszy podnosił klangor. I tak zostało aż do dnia dzisiejszego, bo potomstwo ubeckich zbrodniarzy też się zorientowało, z której strony chleb jest posmarowany. W tej sytuacji wdawanie się w dyskusje z Żydami mija się z celem, bo – po pierwsze – nie chodzi o żadną „historyczną prawdę”, tylko o interes, który ma tę specyfikę, że wymaga przyprawienia narodowi polskiemu odrażającego wizerunku narodu morderców, a po drugie – że Żydzi w dziedzinie ustalania prawdy, uważają się za monopolistów i zazdrośnie tego monopolu strzegą, więc z zasady nie dopuszczają do żadnej dyskusji – a doskonałą ilustracją metody zastosowanej już przy ukamienowaniu św. Szczepana, jest penalizacja tzw. „kłamstwa oświęcimskiego”, a więc – wersji historii zatwierdzonej do wierzenia przez organizacje przemysłu holokaustu. W tej sytuacji jedyną rozsądną reakcją na żydowski klangor, jest puszczanie go mimo uszu, a gdyby oskarżenia Polski i Polaków o spowodowanie holokaustu przekraczały granice tupetu i bezczelności, to najwyżej można by go skwitować stwierdzeniem, że może szkoda, że to nieprawda. Tymczasem pan premier Morawiecki postąpił odwrotnie, co wzbudza podejrzenia, że zależało mu na eskalacji klangoru. Ale pan premier Morawiecki świeci światłem odbitym od Naczelnika Państwa, a to by znaczyło, że na eskalacji klangoru zależy też i jemu. A dlaczego? Ano dlatego, że sprawa oddania Polski pod żydowską okupację mogła zostać postanowiona jeszcze w roku 2015, kiedy to za sprawą Naszego Najważniejszego Sojusznika, PiS objął zewnętrzne znamiona władzy w naszym bantustanie – ale fakt ten do ostatniej chwili powinien pozostać tajemnicą dla polskiej opinii publicznej. To podejrzenie jest dodatkowo wzmocnione przez deklaracje pana ministra Joachima Brudzińskiego, który po opublikowaniu przez stację TVN nagranej prawie rok wcześniej „relacji”, a prawdopodobnie inscenizacji obchodów urodzin Hitlera w jakichś krzakach pod Wodzisławem Śląskim zapowiedział delegalizację ugrupowań narodowych. Teraz zaś, z jego inicjatywy, utworzony został zespół do zwalczania „faszyzmu” pod egidą Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, co do której nie mam żadnych złudzeń, że jest zdolna do wszystkiego, a do zwalczania wszelkiej politycznej konkurencji w szczególności. Ale polityczna konkurencja to tylko pretekst – bo pod takim właśnie pretekstem rząd PiS będzie oczyszczał przedpole dla żydowskiej okupacji Polski. I jeśli nawet doszłoby do zmiany na stanowisku premiera, w ramach której pana Mateusza Morawieckiego zastąpiłby na tym stanowisku nasz najnowszy przyjaciel, pan Jony Daniels, to nie musiałby już niczego dodawać, ani niczego nowego powoływać. Naczelnik Państwa zaś wytłumaczyłby swoim wyznawcom, że – po pierwsze – został ofiarą przemocy, a po drugie – że lepiej, żeby to on instalował tu żydowską okupację, niż mieliby to robić przedstawiciele obozu zdrady i zaprzaństwa. Tak właśnie z powodzeniem została podana do wierzenia ratyfikacja traktatu lizbońskiego, więc dlaczego nie powtórzyć jeszcze raz tego samego? Nie bez kozery powiadają, że głupotę ludzką można porównać tylko do cierpliwości Boskiej.

Stanisław Michalkiewicz

Boże Narodzenie 2017

Cicha noc
Zagrzmiała kolędą,
Ciemna noc
Zajaśniała gwiazdą,
Moc struchlała na wieść
O narodzeniu Jezusa,
Syna Boga.
I już nic od tej pory
Nie było takie same,
Zmienił się nasz świat -
Mamy jego Króla!
Bez tronu, bez korony,
Bez wojska i sług
A jedynym Jego orężem
Jest prawda i miłość,
Do człowieka
Za którego odda życie
Zapewniając mu zbawienie…
Witaj nam Jezu !
Synu Jednorodzony
Witaj !
Warszawa 24 grudnia 2017r.
Marian Retelski

I   L I S T O P A D A

Chodź, pójdziemy na cmentarz,

Dawno tam nie byliśmy.

Może właśnie tam, uda nam się

Spojrzeć na siebie z innej strony

I uświadomić sobie ten moment,

W którym klepsydra przesypie

Ostatnie ziarenko naszego życia.

I stanie się rzecz najważniejsza!

Zrozumiemy, że wtedy

Nic już nie będzie ważne,

Ani to co mamy,

Ani kto nas żegna.

Tak, jak przyszliśmy sami,

Sami odejdziemy z pustymi rękami

Dołączając do tego korowodu,

Który kroczy przed nami.

I znów przyjdzie ktoś,

Zapali znicz, położy kwiaty,

Wyprostuje pochylony krzyż,

Mając przed sobą drogę,

Którą my przeszliśmy, a która będzie

Dla niego nowa i nieznana…

Czy nasz milczący grób będzie

Dla niego dostateczną wskazówką?

Czy nasze prochy będą coś więcej znaczyć?

Nigdy już nie poznamy

Odpowiedzi na te pytania.

Więc chodźmy na cmentarz

Nie bojąc się miejsc,

Gdzie nastąpiły ostateczne rozstania.

 

New York-1999

Marian Retelski

Żydowski słoń, a sprawa polska

Wśród narodów świata Żydzi chyba najbardziej opanowali sztukę prezentowania się światu w charakterze ofiar, no i oczywiście – sztukę odcinania od tego wizerunku kuponów. Rzeczywiście, nie da się ukryć, doznali rozmaitych tragedii, ale sami też nieźle dokazywali, kiedy tylko mogli. Weźmy choćby taki kultowy obraz, jak słynny exodus z egipskiego „domu niewoli”. Zanim ten exodus nastąpił, najpierw Żydzi musieli się w Egipcie znaleźć. A w jaki sposób? Ano, w Starym Testamencie czytamy o wyrodnych braciach, którzy sprzedali swego brata Józefa wędrownym handlarzom niewolników. W ten sposób Józef znalazł się w Egipcie, gdzie po rozmaitych perypetiach, został pierwszym ministrem faraona. Na tym stanowisku zapoczątkował serię przedsięwzięć, które dzisiaj nazwano by „politykami interwencyjnymi”. Na początek nałożył nowy podatek w postaci 20 procent zbiorów od każdego chłopa. Zakładając, że podatek ten pobierany był rzetelnie, wymagało to ogromnego aparatu biurokratycznego, który oszacowałby zbiory u każdego chłopa, a następnie wymierzył podatek. Zebrane w ten sposób zboże trzeba było magazynować, a biorąc pod uwagę ówczesne możliwości komunikacyjne, wymagało to wybudowania gęstej sieci magazynów. Te magazyny musiały być pilnowane przez żołnierzy, bo w przeciwnym razie nie uchowałoby się tam nawet ziarenko. Dla tych żołnierzy trzeba było wybudować koszary. Ten ambitny program budowlany wymagał transportu materiałów, do którego trzeba było wielu zwierząt pociągowych, no i robotników, którzy by to wszystko wybudowali. Zwierzęta pociągowe i robotnicy musieli być odciągnięci z rolnictwa, które było główną gałęzią gospodarki egipskiej. Tamtejsze rolnictwo wymagało bardzo dużego udziału pracy ręcznej również przy utrzymywaniu kanałów irygacyjnych. Kiedy jednak zwierzęta i ludzie zostali odciągnięci do programu budowlanego, prace w rolnictwie siłą rzeczy musiały wskutek tego ucierpieć. Wystarczyło 7 lat takiej gospodarki, by w Egipcie nastał głód. I co wtedy zrobił Józef? Zaczął sprzedawać zboże uprzednio odebrane chłopom w ramach podatku. Jak czytamy w Starym Testamencie, w pierwszym roku zgromadził w skarbcu faraona pieniądze z całej ziemi egipskiej. W drugim roku chłopi musieli wyprzedać inwentarz w zamian za zboże odebrane od nich w ramach Józefowego podatku. W następnym roku mogli kupić zboże już tylko za ziemię, która w ten sposób została upaństwowiona. Wreszcie w zamian za możliwość przeżycia musieli sprzedać w niewolę siebie samych. Przestali być wolnymi chłopami, stając się niewolnikami państwowymi w utworzonych przez Józefa kołchozach.

W dalszej części czytamy, jak to Józef sprowadził do Egiptu swoją rodzinę, której oczywiście przebaczył, no a ona pewnie skwapliwie wykorzystała możliwości, jakie dawało jej jego stanowisko. Minęło wiele lat i społeczność żydowska w Egipcie niezwykle się rozrosła, co zaczęło budzić niepokój faraona. Wtedy pojawił się Mojżesz, któremu Stwórca Wszechświata polecił wyprowadzić Żydów z Egiptu, żeby wzięli sobie w posiadanie ziemię „mlekiem i miodem płynącą”. Żeby przekonać do tego pomysłu niechętnego mu faraona, Stwórca Wszechświata, w ramach odpowiedzialności zbiorowej, zsyłał na Egipt kolejne plagi, z których ostatnia polegała na uśmierceniu wszystkich pierworodnych w ziemi egipskiej. Ciekawe, że aby ułatwić zadanie Aniołowi-Niszczycielowi, Żydzi musieli oznaczyć drzwi swoich domów baranią juchą. Anioł pewnie mógłby się obejść bez takiego oznakowania, natomiast dla komanda nocnych morderców było ono wskazówką konieczną – gdzie nie wchodzić. Toteż kiedy nastał ranek, Żydzi zrozumieli, że jedyny ratunek w natychmiastowej ucieczce gdzie oczy poniosą, bo zanim faraon przekona się, że te nocne morderstwa były dziełem Anioła Niszczyciela, to niejedna głowa spadnie z karku, więc lepiej takiego eksperymentu nie ryzykować tym bardziej, że wcześniej wypożyczyli od egipskich sąsiadów kosztowności, z których potem ulali nawet złotego cielca. Najwyraźniej opinie o panującym wówczas w Egipcie antysemityzmie musiały być mocno przesadzone, skoro egipscy sąsiedzi zaufali Żydom swoje precjoza. Potem, to znaczy, po ucieczce, te nastroje mogły rzeczywiście się zmienić na gorsze, ale Żydzi chyba do dnia dzisiejszego nie mogą tego zrozumieć. Najwyraźniej muszą wyznawać zasadę, że czysty typ nordycki i bez mydła jest czysty, czyli, że jeśli ktoś jest ofiarą cudzej irytacji, no to jest, nawet wtedy, gdy ta irytacja została wywołana prowokacyjnym zachowaniem ofiary. Dodatkową poszlaką która na to wskazuje, jest obchodzone wśród Żydów do dnia dzisiejszego radosne święto Purim, będące pamiątką udanego ludobójstwa, jakiego Żydzi dokonali w Persji, mordując co najmniej 75 tysięcy ludzi.

Toteż nie można się dziwić, że i teraz żydowska gazeta dla Polaków retuszuje historię, starannie wymazując udział Żydów w ludobójstwie. Właśnie panu redaktoru Wacławu Radziwinowiczu redakcyjny Judenrat z Czerskiej wydrukował artykuł o operacji polskiej NKWD w 1937 roku. Pan redaktor Radziwinowicz twierdzi, że korzystał z materiałów archiwalnych rosyjskiego stowarzyszenia Memoriał, ale to albo gówno prawda, albo też sam autor lub redakcyjny Judenrat niektóre informacje starannie mu powyskrobywał. Opisuje tam rozmaite okolicznosci i wymienia osoby w to ludobójstwo na Polakach zaangażowane, a nawet opisuje, jak to Jeżow biegał po korytarzach lefortowskiego więzienia, a nawet – jak nazywał się NKWD-dzista, który zszywał albumy ze skazanymi Polakami – ale ani słowem nie odważył się wspomnieć, jak nazywała się „dwójka”, która te albumy dla Wyszyńskiego i Jeżowa przygotowywała. Nic dziwnego – bo byli to dwaj odescy Żydowinowie, z których jeden nazywał się Aleksander Minajew-Cykanowski, a drugi – Włodzimierz Cesarski. Jak tam się nazywali naprawdę – czort z nimi – bo ważniejsze jest to, że w książce dra Tomasza Sommera, o której pan redaktor Radziwinowicz pewnie miał surowo zakazane słyszeć – jest nawet fotografia tego Minajewa-Cykanowskiego i to zaczerpnięta z archiwum tego samego Memoriału, z którego korzystać miał niby pan redaktor Wacław Radziwinowicz. Tego słonia w menażerii miał widać zakazane zauważyć. Widać, że w żydowskiej gazecie dla Polaków panuje iście stalinowska dyscyplina, podobnie jak orwelowskie obyczaje, kiedy to w Ministerstwie Prawdy przygotowywane były skorygowane zgodnie z potrzebami „etapu” wersje historii dla mikrocefalów. Najwyraźniej jakiś Sanhedryn musiał surowo przykazać („NU!”) wszystkim autorytetom moralnym, by starannie usuwali wszelkie wzmianki o udziale Żydów w ludobójstwie XX wieku. Nietrudno się domyślić dlaczego – bo ujawnienie tego, dodajmy – masowego udziału Żydów w tym ludobójstwie i to nie w charakterze ofiar, ale katów i organizatorów tej zbrodni – zniszczyłoby martyrologiczny wizerunek tego narodu.

Stanisław Michalkiewicz

Wakacyjne wspomnienie

WIOSNA NA CMENTARZU

Wiosna na cmentarzu
Kpi sobie, przedrzeźnia się z nami,
Budzi do życia, pięknieje,
Kiedy my w zamyśleniu, zadumaniu,
Ze ściśniętym sercem
Stąpamy po alejkach,
Wśród grobów naszych bliskich,
Którzy spoczęli tu na wieki.
Prawo natury, życia i śmierci,
Które pozostawia nam
Tylko pamięć i wspomnienie,
I groźne memento mori…
Dwa światy, a my w środku bytu,
Życia i śmierci, powolnego odchodzenia,
Wiosna, kwiaty i radosne śpiewy ptaków,
Kamienne płyty grobowców,
Na których kwiaty próbują nam przypomnieć
Że życie toczy się nadal, dla nas,
Ale już nie naszych bliskich.
Stąd nie można uciec,
Można tylko schować się pod kamienną płytą,
I tylko wiosna pamięta
Przychodząc sama, aby rozweselić
Ten ponury grobowy sen.
Sen zmarłych trwa wiecznie,
A my w tym czasie -
Tymczasem chcemy się cieszyć,
Naturalnym życiem, zawsze za krótkim,
Według odwiecznego rytmu natury,
Który pomaga nam zrozumieć
Istotę, życia i śmierci,
Bycia i odchodzenia na wieki
W zimie, w lecie, na jesieni,
I wiosennym rozkwicie do życia
TU – dla życia – TAM.
Marian Retelski
Warszawa,kwiecień 2017

Polska pochwała podłości

Przyjazd żołnierzy amerykańskich 3 Pancernej Brygadowej Grupy Bojowej z Fort Carson w stanie Kolorado uznany został przez polski establishment polityczny i wspierające go media – nie wyłączając katolickich, z „Naszym Dziennikiem” na czele – za największy od wejścia w struktury NATO sukces w polityce obronnej Polski. Wprawdzie wcześniej ogłoszono, iż takim sukcesem jest rozpoczęcie budowy amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Redzikowie, ale widocznie rolą obecnego rządu jest osiąganie kolejnych „największych” sukcesów w uzależnianiu polskiego bezpieczeństwa od interesów USA.

Tak więc odpowiednio do rangi ostatniego sukcesu grupę niespełna 4 tysięcy żołnierzy amerykańskich z Fort Carson witała 14 stycznia b.r. sama pani premier B. Szydło i minister A. Macierewicz. Tego samego dnia odbyły się w szesnastu miastach Polski „pikniki z sojusznikami”, na których witano i odpowiednio honorowano delegatów „najwspanialszej armii świata”. Specjalizujący się w amerykańsko-natowskiej propagandzie „Nasz Dziennik” [nr 11-5764] podał nawet program z godziną i miejscem tych szesnastu pikników, wychodząc naprzeciw swym czytelnikom, zainfekowanym na dobre wirusem nie tyle zwykłej amerykanofilii, ile fałszywego mitu Ameryki. Całość jak z filmu o epoce kolonialnej z Polską w roli odkrywanego przez „cywilizowany” Zachód afrykańskiego – zacofanego i słabego – kraiku, któremu wystarczą za jego terytorium na „sojusznicze ćwiczenia” przysłowiowe koraliki.

W takim stylu satyryczno-groteskowym można byłoby też zinterpretować przemówienia szefowej polskiego rządu i ministra obrony narodowej. Jednakże nie pozwala na to majestat Rzeczypospolitej oraz waga problemu: przyszłość  Polski i jej narodu. Pani premier wygłosiła hymn na cześć amerykańskiej armii, życząc jej żołnierzom, aby „czuli się w Polsce jak w domu”. To życzenie można bardzo szeroko interpretować: m.in. jako zapowiedź nieokreślonego czasowo pobytu i kasację statusu gości/intruzów.

To także zaproszenie do takiego zachowania uzbrojonych osobników, które przysługuje tylko domownikom: nade wszystko w  kwestii decydowania o losach domu. O wiele bardziej kontrowersyjna okazała się jednak pochwała, jaką wygłosiła polska premier pod adresem siejącej w świecie śmierć i zniszczenie amerykańskiej armii:

„dzisiaj to wielki dzień, kiedy możemy na polskiej ziemi, tutaj w Żaganiu przywitać żołnierzy amerykańskich – reprezentantów najlepszej, najsilniejszej, najwspanialszej armii świata”[1].

Tej apoteozie towarzyszyło przeczące prawdzie cyniczne  stwierdzenie, że stacjonowanie amerykańskich wojsk w Polsce to strategia pokoju, podjęta na szczycie NATO w Warszawie: „To jest ta strategia-strategia wzmacniania bezpieczeństwa Polski i bezpieczeństwa regionu; myślenia w kategoriach pokoju, budowania pokoju na świecie”.

Trzeba dużo złej woli i złej siły, aby zbrodniczej armii amerykańskiej przypisać działanie na rzecz pokoju. Aby zapomnieć o jej milionach ofiar w Wietnamie, Serbii, Afganistanie, Iraku, Libii, Syrii, Jemenie. Aby zapomnieć o ludobójstwie chrześcijan na Bliskim Wschodzie objętym działaniami „najwspanialszej armii świata”, o milionach uchodźców z  państw, którym przyniosła ona wyłącznie krwawą rewolucję bądź permanentną wojnę.  Aby  zapomnieć o setkach tysięcy sierot, kalek, nędzarzy, których działania tej armii pozbawiły dorobku życia. Aby zapomnieć o barbarzyńskim zniszczeniu prawosławnych cerkwi w Serbii, chrześcijańskich świątyń i klasztorów na Bliskim Wschodzie, starożytnych zabytków w Babilonie.

Trudno też uwierzyć w to, aby premier polskiego rządu uważała za najwspanialsze osiągniecie tej armii jej technikę prowadzenia wojen w państwach dalekich od granic USA – „collateral damage” czyli  mordowanie ich ludności na odległość, przy pomocy sił powietrznych[2].

W wymiarze moralnym nie są ważne żadne podteksty i motywacje, którymi niektórzy patrioci usiłują usprawiedliwiać panią premier. W wymiarze moralnym mówimy o wartościach i antywartościach. W tym wymiarze była to pochwała podłości. Tej pochwały nic i nikt nie jest w stanie usprawiedliwić, nawet usłużny „Nasz Dziennik”, który promuje od kilku tygodni amerykańską brygadę jako umocnienie bezpieczeństwa Polski i w ramach tej promocji już w trzy dni po sławetnym powitaniu [Nr 12 – 5765] ogłosił Żagań „pancerną stolicą”.

Przemówienie A. Macierewicza było jedynie powtórzeniem ideowej i aksjologicznej treści wystąpienia pani premier. Wyróżniała je tylko  forma inwokacji i paradygmat myślowy z czasów zimnej wojny,  przeciwstawiający Związkowi Radzieckiemu jako imperium zła Stany Zjednoczone jako imperium dobra. Pan minister popisał się też archaiczną wiedzą korowca o Rosji z epoki antykomunizmu, twierdząc, że Polska pragnie z żołnierzami amerykańskimi bronić „cywilizacji przed zagrożeniami ze Wschodu”. Jednym słowem pragnie bronić cywilizacji genderowej przed wartościami chrześcijańskimi, na których od ćwierćwiecza Rosja buduje swoją tożsamość, stając się ostoją konserwatyzmu. Kompletny brak wiedzy na ten temat  – taki, że trudno z nim dyskutować.

Natomiast niech nikt nie mówi, że w wygłoszonych mowach w Żaganiu przemawiano językiem dyplomacji.  Jest to język wasali, którzy wmawiają światu, że antywartości „najwspanialszej armii świata” są pozytywne i mówią głośno, że je podzielają. Co gorsza, chcą ich realizacji na terenie Polski. W tym wszystkim dziwi dodatkowo kobiecy aspekt wygłoszonego przez polską premier powitania.

Zgodnie z klasyczną etyką, w osobową godność człowieka wpisane są bowiem inklinacje – naturalne skłonności – na które powinny być uwrażliwione szczególnie kobiety. Owe skłonności to: inklinacja do zachowani życia, do przekazywania życia oraz rozwoju osobowego na fundamencie wolności. Kobieta – premier winna więc nade wszystko bronić życia, promować pokój i uczynić Polskę jego liderem. Póki co, pani premier i jej partia – przy akceptacji opozycji –  czynią z Polski promotora wojny.

- – -
[1] fakty.interia.pl_14.01.2017..14.01.2017.

[2] https://en.m.wikipedia.org/wiki/Collateral_damage (link zewnętrzny)

Anna Raźny
Profesor Anna Raźny, rusycystka, politolog i polityk, dyrektor Instytutu Rosji i Europy Wschodniej Uniwersytetu Jagiellońskiego.