OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Miesięczne archiwum: Kwiecień 2016

Od nas, wszystkich Polaków zależeć może przyszłość Kościoła – Krystian Kratiuk o “Synodzie papieża Franciszka”

“Podczas synodu w 2014 roku doszło do podważenia nauczania Chrystusa w kwestii nierozerwalności małżeństwa. W dobie kryzysu rodziny i kryzysu wewnątrz Kościoła, niektórzy biskupi, głównie z Europy Zachodniej, a w szczególności Niemcy, chcieli podważyć słowa Jezusa: “Co Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela”

W Domu Polonii odbyło się spotkanie zorganizowane przez Polonia Christiana oraz wydawnictwo Prohibita poświęcone książce Krystiana Kratiuka “Synod papieża Franciszka”. Prowadził je Paweł Ozdoba, dziennikarz portalu PCh24.pl.

Książka jest zapisem wydarzeń, o których gdy się odbywały, nie było zbyt głośno. Powstała by utrwalić na papierze niewyobrażalne wprost wypowiedzi, które staną się zapewne natchnieniem dla następnych pokoleń historyków Kościoła piszących o największych kryzysach wiary katolickiej.

Krystian Kratiuk w czasie spotkania zwrócił uwagę na różne zjawiska, które mają wpływ na obecny kryzys rodziny – promocja związków homoseksualnych i innych form rodziny, lawinowo wzrastająca liczba rozwodów, liczone w dziesiątkach na całym świecie milionów aborcje, negowanie przyrodzonej płci. W tym kontekście synod był potrzebny, biskupi powinni o tych zagrożeniach dyskutować.

Odbyły się dwie sesje synodu do spraw rodziny: w październiku 2014 roku i rok później, w październiku 2015 roku.

“Niestety podczas synodu w 2014 roku doszło do podważenia nauczania Chrystusa w kwestii nierozerwalności małżeństwa. Nie ma możliwości rozwodu w Kościele katolickim. W dobie kryzysu rodziny i kryzysu wewnątrz Kościoła, niektórzy biskupi, głównie z Europy Zachodniej, a w szczególności Niemcy, chcieli podważyć słowa Jezusa: “Co Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela”.

– zauważył autor książki “Synod papieża Franciszka”.

Kardynał Walter Kasper, niegdyś szef Papieskiej Rady do spraw Popierania Jedności Chrześcijan, postulował, by rozwodników żyjących w nowych związkach dopuszczać do sakramentu komunii świętej, co było wcześniej zakazane i co potwierdził w swoim nauczaniu Jan Paweł II. Taki był początek, wkrótce na synodzie do spraw rodziny zaczęto rozmawiać także o dewiacjach.

“Pierwszy synod przypominał obrady parlamentu, ale nie były to obrady na wysokim poziomie”.

– mówił Krystian Kratiuk.-

“Padały różne insynuacje, wyzwiska. Grupa kardynałów przygotowała przed synodem książkę obalającą argumenty biskupów niemieckich – a były to argumenty społeczne, teologiczne, moralne, historyczne (książka została wydana w Polsce przez wydawnictwo Św Wojciecha). Miała ona trafić do wszystkich uczestników synodu, jednak sekretarz generalny synodu, kiedy dowiedział się o tym, postanowił nie wpuścić tej książki do Watykanu. W efekcie z argumentami biskupów wiernych nauczaniu Chrystusa można było zapoznać się na 2-3 dni przed zakończeniem dwutygodniowego synodu”.

Jak wyjaśnił Kratiuk, dokument końcowy synodu z 2014 roku powstał poprzez głosowanie. W wersji roboczej tekstu znalazły się paragrafy m.in. dopuszczające rozwodników do komunii świętej, ciepłe słowa o związkach homoseksualnych, doszukujące się w nich pierwiastków dobra. Poddano ten dokument pod głosowanie. Zgodnie z przyjętymi zasadami, decydowało 2/3 głosów. Do przyjęcia tych paragrafów zabrakło odpowiednio 4, 7 i 12 głosów spośród 265 biskupów.

A więc ponad połowa biskupów głosowała, aby takie paragrafy znalazły się w tym dokumencie, a więc de facto legalizacja rozwodów, wbrew literalnie zapisanym w ewangelii słowom Pana Jezusa oraz legalizacja związków homoseksualnych. Zabrakło kilku głosów, mimo tego te zapisy, jako aneks, znalazły się w końcowym dokumencie synodu z 2014 roku.”

– podkreślił Kratiuk. –

“Stało się to na specjalne życzenie papieża Franciszka”.

Jak zauważył Kratiuk, okres między synodami przypominał kampanię wyborczą, biskupi synodalni z Europy Zachodniej i Ameryki Łacińskiej, choć głównie Niemcy, udzielali wywiadów, z których wynikało, że nauczanie Chrystusa musi być zmienione, bo nie przystaje do dzisiejszych czasów. Skoro ludzie się rozwodzą, trzeba być miłosiernym dla nich i dopuścić ich do komunii świętej. Konserwatywni kardynałowie i biskupi, czyli ci, którzy pozostali wierni Chrystusowemu nauczaniu, twierdzili, że na to zgody nie będzie. Zaczęto nawet mówić w mediach o groźbie rozłamu, schizmy w Kościele. Przez rok trwała więc kampania zachęty do legalizacji grzechu i kontr-kampania przypominająca nauczanie Chrystusa.

Na synod drugi, który odbył się w dniach 4-25 października 2015 roku (trwał 3 tygodnie), zostało zaproszonych 350 osób, z czego ponad 70 na osobiste życzenie Ojca Świętego. Spośród tych ostatnich, były to głównie osoby popierające rozwiązania zgłoszone przez kardynała Waltera Kaspera. Katolicy zdobyli się w międzyczasie na bezprecedensową akcję zbierania podpisów pod prośbą do Ojca Świętego o potwierdzenie katolickiego nauczania w sprawie nierozwiązalności małżeństwa, jednak nie otrzymali na swoją prośbę żadnej odpowiedzi. A dokument końcowy synodu nr 2 tak został skonstruowany, że zarówno tradycjonaliści, jak i “postępowcy” byli z niego zadowoleni. Jednak synod biskupów to ciało doradcze, a głos decydujący należy do papieża. To adhortacja papieska jest dokumentem, który stanowi podsumowanie Synodu Biskupów i zestawienie wniosków, jakie wypływają z synodu.

Autor książki “Synod papieża Franciszka” podkreślił:

“Jako Polacy możemy być w tej całej dramatycznej rozgrywce dumni. Nasz episkopat w całości bronił bardzo twardo, bardzo stanowczo nauczania Pana Jezusa w tej sprawie. Biskup Gądecki wiózł ze sobą na ten synod stanowisko wszystkich polskich biskupów, całego episkopatu, z którego nikt się nie wyłamał. To było jedyne europejskie państwo, które mogło się tym poszczycić. Obserwatorzy, watykaniści, ludzie mediów, a także biskupi podkreślali wielokrotnie w rozmowach, że jeżeli polski Kościół pęknie, to pęknie cały Kościół”.

Warto przypomnieć, że Konferencję Episkopatu Polski na tym XIV Zwyczajnym Zgromadzeniu Ogólnym Synodu Biskupów, który był poświęcony sprawom rodziny reprezentowali: arcybiskupi Stanisław Gądecki i Henryk Hoser oraz biskup Jan Wątroba (przewodniczący Rady ds. Rodziny).

Kilka dni temu, 8 kwietnia 2016 r. w Watykanie odbyła się prezentacja posynodalnej adhortacji apostolskiej papieża Franciszka „Amoris laetitia” (Radość miłości). Stanowi ona podsumowanie dwóch zgromadzeń Synodu Biskupów poświęconych rodzinie, które odbyły się w październiku 2014 i 2015 r.

Zapytany o ocenę tego dokumentu Krystian Kratiuk stwierdził:

“W tych punktach, które nas podczas dzisiejszej dyskusji interesują, papież zacytował w całości dokument synodu nr 2. Efekt tego jest taki, jak po synodzie, czyli biskupi polscy mówią, że nic się w nauczaniu Kościoła nie zmieniło, a biskupi niemieccy mówią, że będą udzielać komunii świętej katolikom żyjącym po rozwodzie w nowych związkach. Rzecznik Episkopatu Polski zapytany o tą adhortację odpowiedział, że jest ona pisana językiem niejasnym. “

Na potwierdzenie swoich słów, że interpretacje tego dokumentu są bardzo różne, Kratiuk zacytował fragment artykułu z “Tygodnika Powszechnego”, w którym jest zawarta odmienna od wersji polskich biskupów interpretacja adhortacji papieża Franciszka: “Franciszek wyraźnie stwierdza, iż to nie on, ani synod, ani biskup, czy nawet spowiednik powinien rozstrzygać, czy dana osoba – choćby rozwiedziona i żyjąca w powtórnym związku – może w pełni uczestniczyć w Eucharystii – lecz tylko ona sama”.

Kratiuk zaznaczył: “Interpretacja “Tygodnika Powszechnego” adhortacji “Amoris Laetitia” papieża Franciszka znosi spowiedź świętą. Według niej, to ja sam będę decydował o tym, czy mogę do spowiedzi świętej przystąpić. Spowiedź święta nie jest mi do niczego potrzebna, bowiem żaden spowiednik, biskup, synod ani papież nie może wiedzieć, co jest dla mnie dobre, czy jestem w stanie łaski czy nie. (..) Interpretatorów takich, jak w “Tygodniku Powszechnym” jest na Zachodzie bardzo wielu”. – podkreślił.

To początek dyskusji wokół książki “Synod papieża Franciszka”.
O konsekwencjach Soboru Watykańskiego II, ukąszeniu heglowskim, Ratzingerianach i Kasperianach, przyszłości Kościoła, książce Antoni Socciego, – na filmie poniżej.

Na zakończenie Krystian Kratiuk powiedział:

“Duchowa pustynia, którą staje się zachód, przyjmuje w tej chwili zmobilizowanych, bardzo religijnych ludzi zupełnie innej wiary. Czy te rzesze zbliżające się do Europy okażą się szatańskimi szwadronami? Tego nie wiemy.

Od nas, od wszystkich Polaków zależeć może przyszłość Kościoła, a więc i przyszłość świata. Na tej duchowej pustyni Polska jawi się jako perła. Co ósmy kapłan katolicki na świecie jest Polakiem. Oczywiście polski Kościół również jest w kryzysie, ale wyobraźcie sobie, w jak wielkim kryzysie jest Kościół europejski i kościół powszechny, jeśli polski Kościół jest liderem? Tylko od nas, od naszych modlitw i uczynków zależy jak może wyglądać świat jutro. Pamiętajmy w modlitwach o naszych biskupach, kapłani potrzebują naszej modlitwy. Potrzebują także naszej pomocy materialnej. Na każdym poziomie, i duchowym, i materialnym, i społecznym, i politycznym bardzo wiele jest w naszych rękach. Jeśli Pan Bóg umiłował Polskę szczególnie, będzie chciał ją wywyższyć, jeśli pozostanie Mu wierna. Pozostańmy Mu wierni.”

„Radość miłości” przeciw Bożej bojaźni – Ewa Polak-Pałkiewicz

 

Tytuły niektórych rozdziałów dokumentu brzmią podniośle, a nawet poetycko: „Świat uczuć”, „Uzdrowienie zazdrości”, „Czułość i przytulenie”, „Hojność serca”, „Towarzyszyć, rozpoznać i włączyć to, co kruche”, „Gdy śmierć wbija swoje żądło”. Literacki sztafarz, eseistyczna forma – wzniosłe niedomówienia, efektowne dwuznaczności, pełne namaszczenia ogólniki, wymowne westchnienia – to nowy styl dokumentów papieskich.

Feliks Koneczny, historyk i filozof dziejów, twórca teorii cywilizacji przywoływał jako jeden z trzech głównych fundamentów cywilizacji łacińsko-chrześcijańskiej małżeństwo monogamiczne. Gdy cywilizacja przestaje je chronić, nic nie jest w stanie powstrzymać jej upadku. Dokument papieski Amoris laetitia  (Radość miłości), podsumowanie ubiegłorocznego Synodu o Rodzinie, oznajmia wiernym Kościoła katolickiego, że nie ma już o co walczyć.

Adhortacja papieża Franciszka mimowolnie pokazuje, że tym, czego najbardziej brakuje, nie tylko współczesnym katolikom, ale samemu Kościołowi, jest wiara w Trójcę Świętą.

Rzecz uderzająca, im więcej lat mija od ostatniego Soboru tym większe są portrety papieży wieszane na ścianach sal konferencyjnych episkopatów, tym dłuższe encykliki i adhortacje. Autor adhortacji apostolskiej Amoris laetitia potrzebował bardzo wielu słów, by obudować nimi jądro swojego przesłania: Szóste i Dziewiąte Przykazanie możecie już, kochani, spokojnie pomijać. W imię miłości i rodziny.

Dlatego czołowy komentator religijny prawicowych mediów mógł napisać na głównym polskim portalu dla katolickiej inteligencji młodego pokolenia, zaraz po opublikowaniu adhortacji: „Tylko pamiętajcie, to trzeba rozumieć tak, że wszystko zostało po staremu. Na tym polega właśnie >hermeneutyka ciągłości<. Trzeba udawać, że nic się nie stało. Nie tylko nic nikomu nie mówić, ale też samemu, w głębi duszy nie dziwić się i nie oburzać. Inaczej zaszkodzicie Kościołowi”.  Czytaj dalej

Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana Wszechświata

Król PolskiJubileuszowy Akt Przyjęcia
Jezusa Chrystusa za Króla i Pana

Podczas 372. Zebrania Plenarnego Konferencji Episkopatu Polski, które miało miejsce w dniach 14-16 kwietnia 2016 r. w Gnieźnie i Poznaniu, zatwierdzono treść Aktu Intronizacyjnego, który zostanie uroczyście dokonany w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach w sobotę przed uroczystością Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Oto jego treść:

Nieśmiertelny Królu Wieków, Panie Jezu Chryste, nasz Boże i Zbawicielu! W Roku Jubileuszowym 1050-lecia Chrztu Polski, w roku Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia, oto my, Polacy, stajemy przed Tobą [wraz ze swymi władzami duchownymi i świeckimi], by uznać Twoje Panowanie, poddać się Twemu Prawu, zawierzyć i poświęcić Tobie naszą Ojczyznę i cały Naród.

Wyznajemy wobec nieba i ziemi, że Twego królowania nam potrzeba. Wyznajemy, że Ty jeden masz do nas święte i nigdy nie wygasłe prawa. Dlatego z pokorą chyląc swe czoła przed Tobą, Królem Wszechświata, uznajemy Twe Panowanie nad Polską i całym naszym Narodem, żyjącym w Ojczyźnie i w świecie.

Pragnąc uwielbić majestat Twej potęgi i chwały, z wielką wiarą i miłością wołamy: Króluj nam Chryste!

- W naszych sercach – Króluj nam Chryste!

- W naszych rodzinach – Króluj nam Chryste!

- W naszych parafiach – Króluj nam Chryste!

- W naszych szkołach i uczelniach – Króluj nam Chryste!

- W środkach społecznej komunikacji – Króluj nam Chryste!

- W naszych urzędach, miejscach pracy, służby i odpoczynku – Króluj nam Chryste!

- W naszych miastach i wioskach – Króluj nam Chryste!

- W całym Narodzie i Państwie Polskim – Króluj nam Chryste!

Błogosławimy Cię i dziękujemy Ci Panie Jezu Chryste:

- Za niezgłębioną Miłość Twojego Najświętszego Serca – Chryste nasz Królu, dziękujemy!

- Za łaskę chrztu świętego i przymierze z naszym Narodem zawarte przed wie-kami – Chryste nasz Królu, dziękujemy!

- Za macierzyńską i królewską obecność Maryi w naszych dziejach – Chryste nasz Królu, dziękujemy!

- Za Twoje wielkie Miłosierdzie okazywane nam stale – Chryste nasz Królu, dziękujemy!

- Za Twą wierność mimo naszych zdrad i słabości – Chryste nasz Królu, dziękujemy!

Świadomi naszych win i zniewag zadanych Twemu Sercu przepraszamy za wszelkie nasze grzechy, a zwłaszcza za odwracanie się od wiary świętej, za brak miłości względem Ciebie i bliźnich. Przepraszamy Cię za narodowe grzechy społeczne, za wszelkie wady, nałogi i zniewolenia. Wyrzekamy się złego ducha i wszystkich jego spraw.

Pokornie poddajemy się Twemu Panowaniu i Twemu Prawu. Zobowiązujemy się porządkować całe nasze życie osobiste, rodzinne i narodowe według Twego prawa:     – Przyrzekamy bronić Twej świętej czci, głosić Twą królewską chwałę – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!

- Przyrzekamy pełnić Twoją wolę i strzec prawości naszych sumień – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!

- Przyrzekamy troszczyć się o świętość naszych rodzin i chrześcijańskie wychowanie dzieci – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!

- Przyrzekamy budować Twoje królestwo i bronić go w naszym narodzie – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!

- Przyrzekamy czynnie angażować się w życie Kościoła i strzec jego praw - Chryste nasz Królu, przyrzekamy!

Jedyny Władco państw, narodów i całego stworzenia, Królu królów i Panie panujących! Zawierzamy Ci Państwo Polskie i rządzących Polską. Spraw, aby wszystkie podmioty władzy sprawowały rządy sprawiedliwie i stanowiły prawa zgodne z Prawami Twoimi.

Chryste Królu, z ufnością zawierzamy Twemu Miłosierdziu wszystko, co Polskę stanowi, a zwłaszcza tych członków Narodu, którzy nie podążają Twymi drogami. Obdarz ich swą łaską, oświeć mocą Ducha Świętego i wszystkich nas doprowadź do wiecznej jedności z Ojcem.

W imię miłości bratniej zawierzamy Tobie wszystkie narody świata, a zwłaszcza te, które stały się sprawcami naszego polskiego krzyża. Spraw, by rozpoznały w Tobie swego prawowitego Pana i Króla i wykorzystały czas dany im przez Ojca na dobrowolne poddanie się Twojemu panowaniu.

Panie Jezu Chryste, Królu naszych serc, racz uczynić serca nasze na wzór Najświętszego Serca Twego.

Niech Twój Święty Duch zstąpi i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi. Niech wspiera nas w realizacji zobowiązań płynących z tego narodowego aktu, chroni od zła i dokonuje naszego uświęcenia.

W Niepokalanym Sercu Maryi składamy nasze postanowienia i zobowiązania. Matczynej opiece Królowej Polski i wstawiennictwu świętych. Patronów naszej Ojczyzny wszyscy się powierzamy.

Króluj nam Chryste! Króluj w naszej Ojczyźnie, króluj w każdym narodzie – na większą chwałę Przenajświętszej Trójcy i dla zbawienia ludzi. Spraw, aby naszą Ojczyznę i świat cały objęło Twe Królestwo: królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju.

 

 

* * *

 

Oto Polska w 1050. rocznicę swego Chrztu
uroczyście uznała królowanie Jezusa Chrystusa.

 

 

 

 

Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu, jak była na początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.

 

Stanisław Michalkiewicz: Moc, czy tylko narkoza?

Podczas posiedzenia Zgromadzenia Narodowego w Poznaniu z okazji 1050 rocznicy Chrztu Polski, okolicznościowe przemówienie wygłosił pan prezydent Andrzej Duda, wskazując między innymi, że „Drzemie w nas olbrzymia moc, której źródłem jest właśnie wspólna tożsamość narodowa, chrześcijańska; moc, która kilkakroć w ostatnich stuleciach ujawniała się w naszej historii, moc, która pomagała nam przetrwać najgorsze doświadczenia…”. Ja oczywiście wiem, że przy okazji tak podniosłych rocznic, wypada poruszyć patetyczną strunę, ale amicus Plato sed magis amica veritas, co się wykłada, że wprawdzie Platon jest przyjacielem, ale jeszcze większą przyjaciółką jest prawda.

Wypada zatem postawić pytanie, czy stwierdzenie pana prezydenta Dudy, o wspólnej tożsamości narodowej i chrześcijańskiej, jako o źródle mocy i to w dodatku „olbrzymiej”, nie rozmija się aby z prawdą? Żeby bowiem mówić o jednolitej tożsamości, musi być jakiś, powszechnie akceptowany ideał. Obawiam się, że tego niestety już nie ma, w związku z czym nie można już mówić o jednolitym narodzie polskim. Prawda jest zatem taka, że historyczny naród polski od 1944 roku zmuszony jest dzielić terytorium państwowe z polskojęzyczną wspólnotą rozbójniczą, która nie tylko reprodukuje się w kolejnych pokoleniach moskiewskich psiaków, ale już raz, to znaczy 13 grudnia 1981 roku, zbrojnie wystąpiła przeciwko niepodległościowym aspiracjom historycznego polskiego narodu, a obecnie próbuje realizować scenariusz zmierzający do poddania Polski po raz kolejny obcej okupacji za cenę zagwarantowania wspólnocie rozbójniczej przez okupanta możliwości dalszego pasożytowania na historycznym narodzie polskim.

Początki wspólnoty rozbójniczej tkwią w mrokach okupacji niemieckiej i sowieckiej. Kiedy we wrześniu 1939 roku władze rozpadającego się państwa polskiego nakazały otwarcie więzień, opuściły je masy kryminalistów, którzy niemal natychmiast powrócili do swoich ulubionych zajęć, to znaczy – rabunku. Ponieważ Niemcy raczej rzadko zaglądali na wieś, ludność wiejska w Generalnej Guberni została wydana na łup bandytyzmu. Wspomina o tym w swoich pamiętnikach Adam hr. Ronikier, podczas okupacji prezes Rady Głównej Opiekuńczej – drugiej po PCK polskiej organizacji oficjalnie działającej w Generalnym Gubernatorstwie. Na terenie okupacji sowieckiej kryminaliści, podobnie jak znaczna część ludności żydowskiej, zasilili sowieckie organy władzy, w charakterze milicjantów i konfidentów. Kiedy rozpoczęła się wojna niemiecko-sowiecka, ludność żydowska jeśli nie uciekła z Armią Czerwoną w głąb Rosji, została izolowana od ludności polskiej i w znacznej części wymordowana. Los kryminalistów na Kresach był zgoła odmienny. Albo zasilili niemieckie formacje pomocnicze, albo działali w bandach rabunkowych, albo i jedno i drugie.

Sytuacja się zmieniła, kiedy Sowieci utworzyli Sztab Partyzancki i zaczęli za linię frontu przerzucać dywersantów. Działające na własną rękę bandy rabunkowe otrzymały propozycje nie do odrzucenia. W zamian za przyjęcie narzuconych dowódców i politruków otrzymały polityczną „kryszę” i od tej pory każda próba zwalczania bandytyzmu przez AK wzbudzała sowiecki klangor, jakoby polskie podziemie dopuszczało się „bratobójczych mordów”. Skargi te trafiały przez oblicze sojuszników naszego sojusznika, którzy z kolej naciskali na rząd w Londynie. W rezultacie komunistyczne bandy uzyskały status kombatantów, chociaż oprócz wywiadowczego penetrowania polskiego podziemia na rzecz NKWD, nadal zajmowały się rabunkiem. Świadczą o tym ich własne dzienniki bojowe, w których czytamy m.in. jak to w następstwie „akcji bojowej” zdobyto trofea w postaci „bielizny damskiej i pościelowej”. Na pewno tę bieliznę zdobywali na żandarmach, esesmanach i gestapowcach. W miarę zajmowania polskiego terytorium przez Sowieciarzy, bojownicy Armii Ludowej zasilali aparat terroru i aparat władzy, zwłaszcza na niższych szczeblach, bo na wyższych Stalin wolał umieszczać Żydów – absolwentów komunizmu z ulicy Gęsiej, czy Smoczej, których też nie trzeba było uczyć pasożytowania na narodzie polskim, dodatkowo jeszcze znienawidzonym i pogardzanym. To towarzystwo spod ciemnej gwiazdy porozdzielało między siebie dygnitarstwa, poawansowało się na generałów i dyrektorów, słowem – utworzyło „elitę”, którą Sowieci przyprawili historycznemu narodowi polskiemu w miejsce wymordowanej, zdegradowanej i rozpędzonej elity organicznej. Po likwidacji elity organicznej, wspólnota rozbójnicza rozpoczęła odcinanie historycznego narodu polskiego również od duchowieństwa katolickiego, w którym Sowieci upatrywali elitę zastępczą. Towarzyszyła temu intensywna ateizacja, zmierzająca do wykorzenienia wszelkich śladów chrześcijańskiej przeszłości i chrześcijańskich składników tożsamości.

Jak wspomniałem, polskojęzyczna wspólnota rozbójnicza reprodukuje się w kolejnych pokoleniach moskiewskich psiaków, które – chociaż już niekoniecznie przyznają się do bandyckiego rodowodu, a niekiedy w ogóle o nim nie wiedzą – jednak instynktownie zwracają się przeciwko chrześcijańskiej tradycji i okazują ostentacyjne lekceważenie wszelkim chrześcijańskim składnikom narodowej tożsamości. Ciekawa rzecz, że otrzymują potężne wsparcie ze strony środowisk żydowskich, żywotnie zainteresowanych w doprowadzeniu historycznego narodu polskiego do stanu bezbronności, żeby tym łatwiej poddać go bezlitosnej eksploatacji. Nie jest to wsparcie bezinteresowne – bo środowiska żydowskie liczą na to, iż polskojęzyczna wspólnota rozbójnicza chętnie podejmie się dla nich zadania utrzymywania w ryzach mniej wartościowego narodu tubylczego w zamian za pozwolenie na dalsze pasożytowanie na nim. W dodatku ci, na których przywództwo historyczny naród polski mógłby i powinien liczyć tym bardziej, że do tego przywództwa pretendują, albo nie potrafią stanąć na wysokości zadania – niekiedy ze względu na agenturalną przeszłość – albo – co gorsza – wodzą naród na manowce idiotycznych „dialogów z judaszyzmem”. W rezultacie historyczny naród polski w obliczu świetnie zorganizowanego i świadomego swoich celów wroga cierpi na chroniczny kryzys przywództwa. W tej sytuacji pytanie, czy rzeczywiście „drzemie” w nas „olbrzymia moc”, nabiera niepokojącej aktualności, bo nie jest wykluczone, iż krzepiące stwierdzenia są tylko rodzajem narkotyku, pozwalającego łatwiej znieść dojmujący ból istnienia i ukryć melancholijne westchnienia bezradności. Bo kiedy rocznicowe uroczystości się zakończą, powrót do rzeczywistości może okazać się tym bardziej bolesny.

Stanisław Michalkiewicz

/michalkiewicz.pl/

JAK OBRONIĆ SIEBIE I POLSKĘ PRZED POTOPEM KŁAMSTWA, NIENAWIŚCI I POGARDY?

Wypędzanie Polaków z Polski i z ziemskiego świata dokonuje się na różne sposoby. Nieludzka i bezbożna władza na nieludzkiej ziemi wymusza emigrację, wykorzenienie, bezdomność, aż po ustawowe dzieciobójstwo. Projekt Polski bez Polaków świadomych swojej wiary, kultury, tradycji, wolności, własności i prawa do życia ma swoich rzeczników i wykonawców w kraju i za granicą. Bóg Stwórca i Zbawca daje nam miejsce w niebie i na ziemi. Jezus mówi: Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem (J 14,6) oraz Beze Mnie nic nie możecie uczynić (J 15,5). A św. Paweł pisze w liście do Rzymian: Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam (Rz 8,31).

23 kwietnia obchodzimy uroczystość św. Wojciecha biskupa i męczennika pełnego wiary, która daje zwycięstwo nad światem (zob. Prefacja o św. Wojciechu), głównego patrona Polski i ładu hierarchicznego w ojczyźnie, bo Gniezno, gdzie złożono jego ciało, stało się siedzibą pierwszej metropolii w Polsce.

W Ewangelii mszalnej mówi Jezus o ziarnie pszenicy, które wpadłszy w ziemię, obumiera po to, by przynieść obfity plon. Takie jest znaczenie cierpienia z miłości do Boga, aż po męczeństwo za wiarę.

W tym dniu obchodzimy również co roku u św. Stanisława Kostki w Warszawie imieniny błogosławionego męczennika ks. Jerzego, który słowem i świadectwem rzucał w polską ziemię ziarno prawdy, aż sam stał się do ziarna podobny, jak Chrystus. Plonem ofiary ks. Jerzego jest ład społeczny oparty na prawie bożym.

Jest więc ks. Jerzy patronem Intronizacji Jezusa Chrystusa na Króla Polski, co powinno się dokonać jako akt posłuszeństwa władzy państwowej przy współudziale hierarchii Kościoła wobec Chrystusa Króla, którego panowanie jest powszechne i wieczne, ale sposób sprawowania władzy zależy od postawy poddanych. Mamy wzory do naśladowania i widzimy owoce ludzkiego życia spełnionego w miłości i prawdzie. Siewcy nienawiści i kłamstwa są czynnikiem podziału i wojny przeciwko Bogu i ludziom, bo niszczą wiarę i rozum, szkodzą osobistemu i wspólnemu dobru w wymiarze ciała i ducha. Ludzkie sposoby i siły poddane metodom negocjacji, kompromisu i ustępstw nie wystarczą dla zwycięstwa życia nad śmiercią. Przegraną jest kompromis śmierci z życiem obecny w ustawie ograniczającej zabijanie dzieci poczętych.

W liście-testamencie z 4 marca, krotko przed odejściem do Boga 1 kwietnia, śp. Artur Górski upominał się o udział przedstawicieli władz państwowych w zamierzonej przez władze kościelne tegorocznej Intronizacji, której sens polega nie na ukoronowaniu Chrystusa, bo On Królem jest, ale wprowadzeniu Go na tron Polski jako państwa.

Obie daty są znaczące: 4 marca – św. Kazimierza królewicza, 1 kwietnia – 360. rocznica Intronizacji Matki Bożej jako Królowej Polski mocą ślubów lwowskich króla Jana Kazimierza. Władza państwowa jest prawomocna i dobroczynna tylko wtedy, gdy uznaje władzę Boga obecną i zobowiązującą w osobie Chrystusa Króla.

W Roku Miłosierdzia i 1050-lecia Chrztu Polski pragniemy potwierdzić i przyjąć dar łaski dla ocalenia Polski w drodze do wiecznego domu Ojca. W wiecznym domu Boga Ojca jest mieszkań wiele, jak mówi Ewangelia czytana w piątek 22 kwietnia (J 14, 1-6). W doczesnym domu bożym, którym może stać się Polska, z chwilą Intronizacji, znajdą się mieszkania dla wszystkich powołanych do istnienia ludzi. Jezus przygotował nam miejsce w domu Ojca. Od nas teraz zależy, czy zechcemy je zająć. Podobnie Jezus Chrystus, jako uznany przez nas Król Polski, pragnie przygotować nam miejsce w doczesnej ojczyźnie.

Kiedy Bóg jest z nami? Gdy my jesteśmy z Nim. Tak wiele zależy od naszej wiary, wierności i dobrej woli. Bóg jest wierny sobie i swoim obietnicom. Nasza wierność zależy od posłuszeństwa i współdziałania z Bogiem, czego wzór i przykład dają nam święci.

Sługa Boży ksiądz Prymas Tysiąclecia powiedział na Jasnej Górze 3 maja 1973 r.: Aby obronić się przeciwko każdemu potopowi, trzeba żywej i bohaterskiej wiary. A z niej – jako czynnik niezbędny, odżywiający się wiarą – wynika i dołączyć się musi do naszego wychowania duch ofiary i służby braterskiej. Nie można urządzać życia społecznego i publicznego tylko z pomocą etatów urzędniczych, skali płac i takich czy innych organizacji politycznych. W życiu każdego Polaka, który chce naprawdę budować w bezpieczeństwie i pokoju własną ojczyznę, musi istnieć przede wszystkim duch ofiary i braterskiej służby.

Ten duch zawiera się w przykazaniu miłości, o którym mówi Jezus w Ewangelii czytanej w piątą niedzielę Wielkanocy 24 kwietnia: Daję wam przykazanie nowe, abyście się wzajemnie miłowali, tak, jak Ja was umiłowałem (J 13,34).

Wzorem, mocą i źródłem miłości jest Chrystus Król, który wprowadza panowanie miłości, wówczas gdy my tego chcemy, bo szanuje naszą wolność. Ostateczny wybór miłości w niebie albo nienawiści w piekle jest poprzedzony wieloma wyborami osobistymi, społecznymi i państwowymi. Trzeba więc odrzucić księcia tego świata – szatana wraz z jego sługami, a wybrać Chrystusa – teraz i na zawsze.

Ks. Stanisław Małkowski

 

 

 

Dlaczego chcą nas mordować?

 Do Europy zanurzonej po uszy w problemach z pluszu i waty cukrowej, takich jak problem podziału kolejnych środków europejskich, finansowa przyszłość Grecji, czy dyskryminacja homozwiązków, przez mnożące się i poszerzające szczeliny zaczął ostatnio wpływać wartkim strumieniem potok autentycznych problemów, z którymi ludzkość usiłuje ze zmiennym szczęściem poradzić sobie od zawsze, a których Europa zachodnia od kilku dekad już zdaje się nie pamiętać. Te problemy to wojna, nędza, głód i zaraza.

Dotychczas, zamknięci w swoich domach na kredyt, kurczowo trzymający się z trudem wywalczonych posad, pozycji życiowych i majątkowego statusu obserwowaliśmy te zjawiska dziejące się gdzieś w dalekich krajach zza szklanego czy plazmowego ekranu naszego telewizora, przyglądając im się to ze zgrozą, to z zaciekawieniem, zupełnie tak, jak w programach przyrodniczych ogląda się atak drapieżnika na stado antylop gnu (filmy odpowiednio przycięte tak, żeby oddać dramaturgię chwili, ale jednocześnie nie epatować krwią i wypruwanym z ciała ofiary mięsem). Dziś w sposób brutalny przekonujemy się na powrót o tym, że ten świat nie tylko istnieje, ale że my, Europejczycy, stanowimy jego integralną część, a wszelkie jego bolączki były kiedyś i, prędzej, czy później, będą ponownie także naszymi. Co więcej, odkrywamy, że przedstawiciele tego zewnętrznego świata nie są zainteresowani przyjęciem naszych reguł życia, zaczyna do nas docierać, że to nas obwiniają za swój los, kiedy krzyczą coś o odwecie na chwilę przed śmiercią. Naszego wkładu w rozwój ludzkości zdają się nie dostrzegać, z pogardą ignorują nasze normy, więcej, zainteresowani są zniszczeniem ich i zastąpieniem ich własnymi. By wcielić ten zamiar w życie gotowi są na mord, gotowi są poświęcić swoje życie. Dowiedli tego nie raz. Nazywamy ich terrorystami, bo polują na nas i nasz spokój ducha. Z naszego oglądu sytuacji wynika, że nienawidzą nas i wszystkiego, co nasze. Dlaczego?

Spokojnie, to tylko zemsta

Bliski Wschód jest regionem zdominowanym w dużej mierze przez dwie kultury – kulturę religijną i kulturę tradycji regionalnej. Dominującą w regionie religią jest islam – w różnych wydaniach. On w dużej mierze determinuje zasady życia, codziennego postępowania ludzi i zbitki wyznawanych przez nich uniwersalnych wartości. Uzupełnieniem zasad islamskich jest regionalna tradycja. Istnieje szereg istotnych zasad regulujących życie bliskowschodnich muzułmanów, które pochodzą nie tyle ze źródeł prawa muzułmańskiego, co właśnie z tradycji. Przykładem takiego działania jest ubiór mieszkanek Zatoki Perskiej. Czarne abaje, którymi z reguły bywają okryte są właśnie przejawem zwyczaju, nie przepisów religijnych. Innym przykładem tradycyjnej praktyki regionalnej jest zwyczaj obrzezania kobiet, który będąc praktykowanym w wielu krajach muzułmańskich, błędnie kojarzony jest wyłącznie z islamem. Praktyka ta jest powszechna m.in. w Etiopii wśród ludności chrześcijańskiej od wieków. Jeszcze innym przejawem kultury tradycyjnej jest bardzo silna do dziś tradycja plemienna. Ważnym elementem tejże tradycji – obok wielu innych ją tworzących – jest kwestia odwetu, zemsty plemiennej, wendetty. Kluczową kwestią w tym przypadku jest pojęcie honoru – honoru klanu, rodziny, plemienia. Na honorze buduje się silną, szanowaną społeczność, a jego utrata  jest hańbą. Honor utracić można nie pomściwszy zadanej krzywdy. Krzywda jest pomszczona, o ile winowajcy, względnie jego rodzinie ofiara, bądź jej rodzina wyrządziła krzywdę podobną lub bardziej dotkliwą do tej, jaką zadano ofierze. Niekiedy możliwe jest wykupienie krzywdy. Jeśli nie jest to możliwe, honor bywa ratowany poprzez rozlew krwi. Jeśli członek jednej rodziny znieważył inną rodzinę zabijając (np. potrącając na ulicy samochodem) któregoś z jej członków, to honor może być uratowany poprzez odebranie życia winowajcy lub, jeśli to niemożliwe (winowajca się ukrywa), komuś z jego rodziny (w pierwszej kolejności – jego prawnemu opiekunowi). Lub kilku osobom. W szczególnych przypadkach takie działanie ponownie spotkać się może z działaniem wzajemnym rodziny winowajcy, która teraz stała się rodziną ofiary. Tego typu spirala wendetty może ciągnąc się przez dziesiątki lat, a najgorsze, że dotyka z reguły bliskich sobie ludzi, często sąsiadów. Bywa, że aby jej uniknąć, to rodzina winowajcy bierze sprawy w swoje ręce. Kończy się niemniej dramatycznie. Ojciec zabija syna, brat siostrę, etc. Tego typu prawo plemienne obecne jest do dziś w wielu krajach muzułmańskich i bywa silniejsze od prawa stanowionego oficjalnie w tych krajach. Przejawem tego są łagodne wyroki (w przypadkach, kiedy w ogóle wszczęte jest śledztwo, co zresztą dotyczy tych krajów muzułmańskich, gdzie prawo zemsty nie stanowi części stanowionego prawa państwowego) dla osób, które popełniły morderstwo kierując się właśnie zasadami zemsty plemiennej. Na Bliskim Wschodzie (nie dotyczy to tylko krajów arabskich) istnieje silne przyzwolenie społeczne dla tego typu działań.

Jak islam odnosi się do zemsty i zasad sprawiedliwości plemiennej? Przyjrzyjmy się źródłom. Co do zasady, istnieją w islamie dwa podstawowe źródła prawa stosowane przez wszystkie szkoły prawa muzułmańskiego. Są nimi Koran, jako źródło podstawowe i składająca się z tzw. hadisów sunna, czyli praktyka postępowania gminy muzułmańskiej w czasach Mahometa. Koran porusza z reguły sprawy dogmatyczne, sunna z reguły sprawy praktyczne. W Koranie czytamy, że należy płacić podatek na ubogich, z sunny dowiadujemy się w jakiej wysokości i jak często. Poniżej znajduje się kilka sur koranicznych, odnoszących się wprost do zemsty oraz jeden z hadisów (wypowiedzi przypisywanych Mahometowi, bądź komuś z jego otoczenia na tematy istotne dla funkcjonowania muzułmańskiej ummy), na podstawie których w wielu muzułmańskich krajach wprowadza się zasadę zemsty do systemów prawnych (ściśle mówiąc, wszędzie tam, gdzie przy tworzeniu państwowych ustrojów prawnych ludzie zachodu, względnie ludzie działający pod ich silnym wpływem nie mieli decydującego słowa przy wypracowywaniu ustrojowych rozwiązań prawnych).

Jedynym źródłem polskiego tekstu Koranu jest tłumaczenie ś.p. prof. Bielawskiego, które raz po raz znajduję narzędziem ułomnym, pełnym niestety błędów tłumaczeniowych, w najlepszym wypadku zabawnych, w najgorszym wprowadzających w błąd czytelnika w kluczowych, dogmatycznych kwestiach. Dobrze, że tłumaczenie to w ogóle pojawiło się na rynku, ale jego czas, jak się zdaje już przeminął i istnieje, w obliczu bieżących wydarzeń, pilna potrzeba jego aktualizacji. Nie dysponując, póki co, innym tłumaczeniem, zamieszczam tłumaczenie prof. Bielawskiego ze stosownym komentarzem, w razie potrzeby.

Sura (2:178):

O wy, którzy wierzycie! Zostało wam przepisane prawo talionu [Qisas – przyp. KJ] w przypadku zabójstwa: „Człowiek wolny za człowieka wolnego, niewolnik za niewolnika, kobieta za kobietę”. A wobec tego, komu będzie nieco wybaczone przez jego brata, należy zastosować postępowanie według uznanego zwyczaju i wyznaczyć mu odszkodowanie w najodpowiedniejszy sposób. To jest ulga i miłosierdzie od waszego Pana. A ten, kto potem popełni jeszcze przestępstwo, otrzyma karę bolesną.

 

Sura (2:179):

W talionie [qisas – przyp. KJ] jest dla was życie, o wy, obdarzeni rozumem! Być może, będziecie bogobojni!

 

Sura (2:194):

Miesiąc święty za miesiąc święty. Rzeczy święte podlegają talionowi [Niejasne tłumaczenie. Proponuję tłumaczenie w formie: Miesiąc święty za miesiąc święty, a za czyny zakazane [należy się] qisas [będzie o tej instytucji prawnej mowa poniżej] – przyp. KJ]. A jeśli kto odnosi się wrogo do was, to i wy odnoście się wrogo do niego, podobnie, jak on odnosi się wrogo do was. I bójcie się Boga! I wiedzcie, że Bóg jest z bogobojnymi!

 

Sura (5:45):

Przepisaliśmy im w niej [mowa o Torze – przyp. KJ]: „życie za życie, oko za oko, nos za nos, ucho za ucho, ząb za ząb, a za rany obowiązuje prawo talionu [a za rany na ciele, qisas – przyp. KJ]. Ale kto z ceny krwi uczyni jałmużnę, otrzyma przebaczenie”. A którzy nie sądzą według tego, co zesłał Bóg, są ludźmi niesprawiedliwymi [chodzi o to, że Bóg zesłał żydom Torę, której ci nie rozumieją, nie słuchają jej przykazań lub którą zafałszowali, a w której jest napisane „oko za oko (…)”, którego to przykazania należy przestrzegać, jako pochodzącego od samego Boga – przyp. KJ]

  

Sura (16:126):

Jeśli karzecie, to karzcie tak, jakbyście sami byli karani. [Błędne tłumaczenie na język polski. Powinno być: „Jeśli karzecie, to karzcie tak, jak was karano” – przyp. KJ]. Lecz jeśli jesteście cierpliwi, bądźcie nimi, bo to jest lepsze!

 

Sura (42:40):

Zapłatą za zło jest zło jemu podobne. Ale kto przebaczy i naprawi, to znajdzie zapłatę u Boga. Zaprawdę on nie miłuje niesprawiedliwych!

 

Sura (42:41):

A na tych, którzy szukają pomocy po doznaniu niesprawiedliwości – nie ma żadnego sposobu [Błędne tłumaczenie w wersji polskiej. Powinno być: Zaprawdę, ktokolwiek mści się za zło, którego doznał, dla niego nie ma powodu [żeby go winić] – przyp. KJ]

 

Sura (42:42):

Ale sposób jest na tych, którzy są niesprawiedliwi dla ludzi i którzy bezprawnie są buntownikami na ziemi. Takich czeka kara bolesna!

 

Sura (42:43):

Lecz ten, kto jest cierpliwy i kto przebacza – zaprawdę umie okazać zdecydowanie w działaniu!

 

Hadis (wypowiedź przypisywana Mahometowi, świadectwo Amra Bin Shu’aiba):

Wierny nie może zostać zabitym za niewiernego. Kto zabije wiernego umyślnie, winien zostać przekazanym krewnym tego, który został zabity. Jeśli taka będzie ich wola, zabiją go, ale jeśli zechcą, mogą przyjąć diyya [krwawe pieniądze – przyp. KJ] [tłum. KJ]. (Sunan Abu Dawood 4506 www.sunnah.com )
Tak więc Islam wniósł do znanego wcześniej prawa sprawiedliwości plemiennej pewną modyfikację. Wprowadził mianowicie zasadę, że szlachetne uczucie, jakim jest miłosierdzie i litość będzie mile widzianym przez Allaha postępowaniem wiernych. Każdy z nich oczekuje przecież od Allaha odpuszczenia własnych grzechów. Tym niemniej, zemsta nie jest w żaden sposób napiętnowana. Prawo do zemsty za szkodę (względnie, prawo do odszkodowania) jest niezbywalnym prawem każdego muzułmanina. W islamie przykazanie miłości bliźniego swego, jak siebie samego i nadstawiania drugiego policzka nie istnieje (nie inaczej jest choćby w judaizmie). W imię zemsty natomiast można w świetle prawa religijnego i tradycyjnego pozbawić życia, także wiele osób. Można życie darować (zwłaszcza wykupić); jest to szlachetne i podoba się Allahowi, ale wcale nie jest konieczne.

Powyższe zasady znajdują swoje odzwierciedlenie po dziś dzień w codziennej praktyce państw muzułmańskich. Dla przykładu ważnym elementem saudyjskiego porządku prawnego, zwłaszcza w części, którą my przyjęliśmy nazywać prawem karnym stanowi instytucja qisas, czyli postępowania zgodnego z zasadą „oko za oko, ząb za ząb” w jak najbardziej dosłownym znaczeniu tej frazy. To qisas jest jednym z trzech przypadków, kiedy muzułmanin może zgodnie z prawem zabić drugiego muzułmanina (obok cudzołóstwa i porzucenia wiary). Za śmierć, zgodnie z qisas karze się śmiercią, o ile strona poszkodowana nie postanowi inaczej (tj. nie przebaczy sprawcy, albo nie odstąpi od ukarania w zamian za diyya, czyli tzw. krwawe pieniądze). Podobnie, zgodnie z qisas, za szkodę na ciele przewiduje się wyrządzenie podobnej szkody na ciele winowajcy (np. ucięcie ręki za ucięcie ręki, oślepienie za oślepienie, etc.). Zainteresowany czytelnik z pewnością znajdzie w sieci przykłady skutecznego wykonania wyroków bazujących na qisas, uwzględniających obcięcie ręki, wyłupienie oczu czy wyłamanie zęba. Zgodnie z tą zasadą członkowie Państwa Muzułmańskiego pozbawili życia jordańskiego pilota (nota bene gorliwego muzułmanina) zestrzelonego w trakcie wykonywanej misji, poprzez spalenie go żywcem, argumentując, że w taki sam sposób pozbawiał on życia bombardowanych muzułmanów.

Istnieje pewne pole pomiędzy wezwaniem do zemsty a przebaczeniem, które wypełniają poszczególne nurty religii muzułmańskiej. Nieco inaczej zapatrują się na tę kwestię twórcy i kontynuatorzy myśli zebranych w kanony czterech szkół sunnickiego prawa muzułmańskiego, inaczej reprezentanci szkoły szyickiej. Mamy więc do czynienia z różnymi odcieniami, jednak tej samej barwy. Znaleźć możemy tysiąc różnic interpretacyjnych w źródłowych tekstach każdej ze szkół koranicznych, mają one jednak jeden wspólny mianownik – dają wiernemu w pełni zgodne z zasadami jego religii prawo do zemsty. Gdyby to muzułmanie pisali Kartę Praw Podstawowych, prawo do zemsty z pewnością by się w niej znalazło.

Tak więc prawo do zemsty jest niezbywalnym prawem każdego muzułmanina. Mścić się można i istnieje na to boskie przyzwolenie; w niektórych okolicznościach mścić się należy. Ale czy muzułmanie mają powody do zemsty? Przyjrzyjmy się pokrótce historii ostatnich kilku dekad jednego z krajów muzułmańskich.

Irackie piekło

Irak w latach 60-tych i 70-tych był jednym z najbardziej rozwiniętych krajów na Bliskim Wschodzie. Ukazuje to wiele statystyk. Stopień analfabetyzmu wśród kobiet w tamtym okresie kształtował się na poziomie 20% (rewelacyjna statystyka, dziś w Egipcie nie umie pisać i czytać ok. 25% społeczeństwa, czyli ponad 20 milionów ludzi). Uniwersytet Bagdadzki był uznawany za jeden z najbardziej prestiżowych na Bliskim Wschodzie. Nieporównywalny z niczym w okolicy był poziom opieki medycznej w kraju. Gospodarka kwitła w związku z rosnącymi na światowych rynkach cenami ropy naftowej, której w Iraku było i jest pod dostatkiem.

Dzisiejszy Irak jest cieniem samego siebie sprzed lat. Doprowadziły do tego z górą trzy dekady tragicznych w skutkach błędnych decyzji politycznych i ekonomicznych podejmowanych przez rządzących tak Irakiem, jak i najważniejszymi państwami zachodnimi.

Lata 80-te to dla Iraku okres krwawej, okrutnej wojny z Iranem, która kosztowała życie ofiar liczonych co najmniej w setkach tysięcy i ruinę ekonomiczną kraju. Irak, jak wiadomo hojnie subsydiowany był w czasie wojny przez tzw. „zachód”, a zwłaszcza USA, które irackimi rękami chciały zniszczyć w zarodku irańską rewolucję szyicką. Być może Saddam dopiął by swego, gdyby nie fakt, że Amerykanie wprost i nie-wprost, subsydiowali w czasie wojny także Iran, dbając najwyraźniej o to, by konflikt nie wygasł przedwcześnie. Amerykańskie wsparcie  nie zakończyło się także wtedy, gdy iracka broń chemiczna wykorzystana została przeciwko buntującej się kurdyjskiej mniejszości na północy Iraku, co kosztowało życie kilku tysięcy cywili w miejscowości Halabdża.

Niecałe dwa lata po zakończeniu wojny z Iranem, Saddam podjął kolejną złą decyzję napadając na Kuwejt. W następstwie doprowadził do kontrakcji koalicji państw zachodnich znanej pod nazwą „Pustynna Burza”, która w krótkim okresie doprowadziła do zniszczenia konwencjonalnego i niekonwencjonalnego arsenału Saddama. Państwa zachodnie doskonale zdawały sobie sprawę z obecności i rozmieszczenia broni masowego rażenia w Iraku. Niezastąpionym źródłem wiedzy w tym zakresie były zapewne faktury i inne dokumenty sprzedażowe, jakie z całą pewnością przechowane zostały w ich archiwach. Szacuje się, że operacja Pustynna Burza kosztowała życie przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy ludzi (działania zbrojne i ich bezpośrednie następstwa), do czego należałoby dodać ofiary wykorzystanej w trakcie ataku broni (np. pociski wykonane z tzw. „zubożonego uranu”), czy zniszczonej na miejscu części chemicznego i biologicznego arsenału armii irackiej.

Amerykańskie zwycięstwo nie doprowadziło do obalenia Saddama. Został on utrzymany przy władzy, a wycofujące się z Iraku amerykańskie wojsko przyglądało się początkowej fazie krwawo tłumionego przez Saddama powstania irackich szyitów na południu kraju. W zamian decyzją ONZ wprowadzono w Iraku szereg drastycznych sankcji ekonomicznych, w tym zwłaszcza embargo na handel z Irakiem, dotyczący szerokiej gamy towarów. Embargo, trwające 13 lat było dla Irakijczyków ekonomicznym dramatem. Średnia płaca w 1989 r. w Iraku kształtowała się na poziomie 3500 USD, podczas gdy w 1994 r. spadła do ok. 450 USD (spadek o ponad 80%; to tak jakby dziś w Polsce osoba zarabiająca miesięcznie 2500 PLN netto miała pogodzić się w przeciągu kilku lat z uposażeniem rzędu trzystu paru złotych na rękę). Ponadto, embargo było katastrofą humanitarną. Według szacunku UNICEF w trakcie trwania embarga przynajmniej pół miliona dzieci w wieku do 5 lat straciło życie (braki obłożonych embargiem szczepionek, lekarstw, środków opieki, etc.). W związku z zaistniałą sytuacją przynajmniej troje wysokiej rangi dyplomatów ONZ odpowiedzialnych na różnym poziomie za sprawy irackie podało się do dymisji. Przed swoim odejściem Denis Halliday, dyplomata z ponad trzydziestoletnim doświadczeniem pracy w ONZ (piastujący w chwili odejścia stanowisko zastępcy sekretarza generalnego ONZ) wydał oświadczenie, w którym uzasadniał swoją dymisję tym, że sankcje nałożone przez ONZ na Irak w jego opinii miały charakter „ludobójczy”. Jego następca, Hans von Sponeck swoje odejście uzasadniał tym, że postanowienia embarga stanowić miały „pogwałcenie Konwencji Genewskiej”. W ich kroki krótko później poszła Jutta Burghardt, szefowa World Food Program in Iraq. Kolejne dymisje być może byłyby kwestią czasu, gdyby nie kolejna inwazja zachodu na Irak w 2003 r.

Kolejna inwazja przyniosła Irakowi jeszcze jedną niewyobrażalną dawkę cierpienia, nieporównywalną chyba z niczym, czego doświadczył dotychczas Irak w swojej nowożytnej historii. Zgodnie z danymi raportu „Body Count” organizacji Physicians for Social Responsibility działania wojsk sojuszniczych i ich konsekwencje na terenie Iraku, Afganistanu i Pakistanu kosztowały od czasu inwazji życie ok 1,3 mln osób z zastrzeżeniem, że jest to szacunek bardzo ostrożny, a rzeczywista liczba ofiar prawdopodobnie oscyluje wokół 2 milionów osób.

Warto przy tym pamiętać, że inwazja z 2003 r. odbyła się z pogwałceniem międzynarodowego prawa w oparciu o całkowicie nieprawdziwe przesłanki, takie jak związki reżimu Saddama Husajna z Al-Kaidą i organizatorami zamachu na WTC, czy obecność broni masowego rażenia w Iraku. Colin Powell napisał w swoich wspomnieniach, że jego wystąpienie na forum ONZ, na którym przedstawiał on rzekome dowody na obecność broni masowego rażenia w Iraku „na zawsze będzie plamą w jego życiorysie” („forever will be a blot on my record”).

Wojna wycisnęła swoje piętno także na środowisku naturalnym Iraku. Płonące tygodniami szyby naftowe, wykorzystana w trakcie walki broń chemiczna (np. biały fosfor, zubożony uran), destrukcja in situ w czasie pierwszej wojny w Zatoce arsenałów chemicznych doprowadziły ziemie Mezopotamii uznawane za kolebkę ludzkości na skraj katastrofy ekologicznej. W jej wyniku zaistniał szereg problemów natury medycznej, które nie były dotychczas w tej okolicy rozpoznane. Dramatycznie podniósł się poziom zachorowań na raka. Zgodnie z raportem „Laid to waste. Depleted Uranium contaminated military scrap in Iraq” („Pozostawione na zatracenie. Wojskowy złom skażony zubożonym uranem w Iraku” – www.paxvoorvrede.nl; jest to tylko jeden z raportów ukazujących różne oblicza stanu środowiska naturalnego w Iraku po zakończeniu obydwu inwazji na ten kraj) holenderskiej organizacji Pax For Peace wydanym pod auspicjami norweskiego MSZ, występowanie raka piersi pomiędzy 1995 a 2008r. zwiększyło się w Iraku trzykrotnie, raka płuc ponad dwukrotnie, podobnie jak raka pęcherza moczowego, mózgu blisko trzykrotnie, białaczki – o ponad połowę. Niepokojący wzrost wykazuje liczba poronień i urodzeń straszliwie zdeformowanych dzieci. Dotyczy to zwłaszcza terenów szczególnie zaciętych walk – takich jak Basra na południu kraju, Falludża na zachód od Bagdadu, czy samego Bagdadu.

Upokorzenie rodzi bestialstwo

Irak po wojnie to kraj pogrążony w chaosie. Od ponad dekady echa samobójczych ataków, porwań, napadów i zabójstw w biały dzień nie milkną na ulicach Bagdadu, kosztując życie od kilku do kilkudziesięciu osób niemal każdego dnia. To właśnie te lata codziennego bestialstwa dziejącego się na ulicach jednej z najważniejszych do niedawna bliskowschodnich stolic, dumnego miasta założonego w VIII stuleciu przez Al-Mansura, niegdyś stolicy kalifatu sięgającego od Hiszpanii po Hindukusz, doprowadziły do ukształtowania całej generacji młodych kondotierów dżihadu trudniących się pozbawianiem życia na różne sposoby „białych ludzi” – „krzyżowców” – i ich sojuszników. To właśnie takie warunki stanowiły podglebie dla stworzenia Państwa Muzułmańskiego, dla wytworzenia jego grupy przywódczej z Abu Bakrem al-Baghdadim na czele oraz tysięcy młodych bandytów, którzy na jedno ich skinienie gotowi są do każdego bestialstwa. Którzy walkę z niewiernymi uczynili sensem swojego życia. Którzy nie znają lepszego pomysłu na śmierć, niż śmierć szahida. Religia daje im wroga. Ropa daje im broń do ręki. Ale kształtuje ich i popycha do działania chęć zemsty. Chęć zemsty, która bierze się z lat cierpień i upokorzeń, które myśmy (tu mam na myśli także nas, Polaków i nasz udział w inwazji na Irak) im zgotowali.

Konflikt w Iraku i w innych częściach Bliskiego Wschodu nie jest bynajmniej walką dobra ze złem. Niestety, my nie jesteśmy Christianitas. My nie jesteśmy „the good guys”. Przeciwnie, skala zła, jakiego się dopuściliśmy jest nie do opisania. Czy uzasadnia ono nienawiść? Czy uzasadnia ono bestialstwo? Co zrobiłbym, gdyby wróg spopielił moją rodzinę białym fosforem? Albo gdyby jakiś głupi żołnierz dał się sfilmować, jak zabija rannego jeńca leżącego na podłodze jednego z kościołów w oblężonym mieście (zupełnie jak ten amerykański żołnierz, który dał się złapać na zabójstwie rannego jeńca leżącego na podłodze meczetu w oblężonej Falludży, co akurat uchwycił i przeniósł do sieci amerykański reporter – Kevin Sites; filmik wciąż można znaleźć w sieci). Bezkarnie, śmiejąc się w twarz (ustalono tożsamość zabójcy jeńca z Falludży. Nie został on pociągnięty do odpowiedzialności)? Gdyby wtedy ktoś wcisnął mi do ręki karabin mówiąc „idź i strzelaj”, to czy poszedłbym i strzelał? Nie wiem. Niech Bóg mnie broni przed taką sytuacją.

Przyszłość, jaka rysuje się przed nami nie napawa optymizmem. Wzrost antyzachodnich nastrojów na Bliskim Wschodzie dopiero chyba nabiera tempa wraz z tym, jak w warunkach wojennych dorasta generacja młodych Irakijczyków, Syryjczyków, Afgańczyków, czy Libijczyków. Trzeba zrozumieć, że ich złość, a zwłaszcza chęć zemsty, wynika bezpośrednio z ich prawa, a jest skutkiem działań krajów zachodnich na ich ziemiach. Należy to przyjąć do wiadomości i, chłodno kalkulując, wyciągnąć stosowne wnioski na przyszłość. Zwłaszcza, że obserwujemy zjawisko o wiele bardziej niepokojące, czyli proces zmierzchania cywilizacji zachodniej, przykryty tylko cieniutkim prześcieradłem resztek dawnej spuścizny intelektualnej. Europa choć jeszcze żywa, sama kładzie się na katafalku. Paryż, jej perła, bejrutyzuje się. Czy owładniętej szałem zabijania bliskowschodniej młodzieży uda się staruszce wyszarpnąć spod głowy haftowaną poduszkę i pomścić swoje krzywdy? Zobaczymy. Ile ropy, tyle czasu.

Ksawery Jankowski

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2016-04-19 )

 



 


 

 

 

 

 

 

Judaizm przeciwko Mojżeszowi. Gnostycki mesjanizm Sabataja Cewi – Hugon Hajducki

Trwa duchowa wojna pomiędzy Bogiem a Lucyferem. W trakcie tych zmagań książę ciemności niejednokrotnie zło nazywa dobrem, a nienawiść ukrywa w słowach głoszących miłość, tolerancję i pokój.

Zapowiedziane przez św. Jana zbiorowe nawrócenie Żydów jest od dawna wypatrywanym znakiem, potwierdzającym nadejście czasów ostatecznych i rychłą paruzję Chrystusa. Jest to jedna z wielkich tajemnic dotyczących losów całego świata. W jakich jednak okolicznościach nastąpi nawrócenie Żydów? W którym momencie porzucą oni swoje zgubne poglądy o nadejściu narodowego mesjasza, który przyjdzie tylko po to, by stworzyć kolejne ziemskie imperium? Czy będzie to związane z pojawieniem się kolejnego fałszywego mesjasza żydowskiego? Pytania, na które trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi, można by mnożyć. Czytaj dalej

Oświadczenie Organizacji Monarchistów Polskich

1050 lat temu książę Polan – Mieszko I, syn Siemomysła – przyjął chrzest, wstępując (wraz ze swą świtą, a pośrednio i w dłuższej perspektywie czasowej – także z całym państwem i narodem) w szeregi wiernych Kościoła Rzymskiego.

W jaki sposób możemy zapatrywać się dziś na to wydarzenie, mając komfort spoglądania na bolesną, ale na ogół przecież chwalebną historię naszej Ojczyzny, jakże mocno związaną z religią chrześcijańską? Gest Mieszka I jest rozpatrywany na wielu płaszczyznach. Banalne stały się już te interpretacje, które przypisują mu wymiar li tylko polityczny, sugerujące, że był jedynie wyrazem wyrachowania, obliczonego na włączenie Polski do grona państw nowoczesnych (podług ówczesnych standardów). Pamiętajmy jednak, że na płaszczyźnie wewnętrznej porzucenie wiary przodków mogło być (i pewnie było) sporym problemem, jak też trudną decyzją. Trudną zarówno w sferze osobistej (bo nigdy nie jest łatwo zmieniać rzecz tak ważną jak religia), jak i politycznej (z uwagi na ryzyko buntu ludności i wszelkich kłopotów związanych z zaprowadzaniem nowego wyznania).

Świadomy katolik rzymski może dziś oczywiście powtórzyć za Janem Mosdorfem: Jesteśmy katolikami nie tylko dlatego, że Polska jest katolicka, bo gdyby nawet była muzułmańska, prawda nie przestałaby być prawdą, tylko trudniejszy i boleśniejszy byłby dla nas, Polaków, dostęp do niej. Jesteśmy katolikami nie tylko dlatego, że doktryna katolicka lepiej rozstrzyga trudności, a dyscyplina – konflikty, ani dlatego, że imponuje nam organizacja hierarchiczna Kościoła, zwycięska przez stulecia, ani dlatego wreszcie, że Kościół ocalił i przekazał nam w spuściźnie wszystko to, co w cywilizacji antycznej było jeszcze zdrowe i nie spodlone, ale dlatego, że wierzymy, iż jest Kościołem ustanowionym przez Boga.

To wszystko prawda – i prawda ta niewątpliwie brzmi dobitnie. Niewykluczone, że Mieszko i jego otoczenie przynajmniej przeczuwali tę prawdę, choć może pojmowali ją na swój, prosty i jeszcze barbarzyński sposób (na przykład taki, że Bóg chrześcijan zdaje się silniejszy od bogów czczonych dotychczas). Wypada jednak wspomnieć także o innej kwestii.

Otóż religia – również tak uniwersalistyczna jak chrystianizm – objawia swój autentyczny, głęboki sens dopiero wtedy, gdy jest ściśle związana nie tylko z życiem osobistym, ale i społecznym. To znaczy: gdy jest związana (o ile to możliwe) z przyjętymi obyczajami, tradycjami i prawami, gdy odwołuje się do rozumianych przez społeczność pojęć i symboli, gdy nie jest abstrakcją nanoszoną na teren oczyszczony z przeszłości, ale czymś, co wrasta w otoczenie i momentalnie zaczyna też z niego wyrastać.

Możemy tu przywołać słowa św. Justyna Męczennika: Każda prawda, gdziekolwiek znaleziona, należy do nas – chrześcijan. Zauważmy więc, że to chrześcijaństwo, które przybyło do Polski 1050 lat temu, było już zespolone z podbudową w postaci kultury oraz filozofii greckiej i rzymskiej. Podbudowa ta sięgała też kultury starożytnego Izraela (w oczywisty sposób: poprzez Biblię i całą historię Zbawienia), a w sposób pośredni także dorobku Egiptu czy nawet Sumerów (nawet jeśli ówcześni nie do końca już to sobie uświadamiali). Były w owym chrześcijaństwie zawarte także żywioły plemion germańskich, celtyckich i słowiańskich, żywioły rodzącego się średniowiecza – opartego na rycerstwie, kapłaństwie i porządku feudalnym. 

Mieszko nie przyjmował zatem religii oderwanej od rzeczywistości, abstrakcyjnej czy sztucznej – ale raczej wchodził w wielki krąg kulturowy, w którym zawierało się w jakiś sposób niemal wszystko to, co należało do znanej historii Europy – i nie tylko Europy. Naturalnie można w tym miejscu zapytać o to, czy podobny proces wchłaniania objął także pogaństwo słowiańskie wyznawane przez Polan.

Nie do końca znamy te procesy. Z jednej strony, możemy się domyślać, że lud przez dobrych kilka pokoleń mógł być nieufny – ba, nieufni mogli być nawet możni, szczególnie jeśli obstawanie przy „rodzimej wierze” było dla nich także elementem oręża politycznego. Z drugiej strony, nic nie wskazuje na jakiś brutalny, ciężki konflikt religijny (pomijając krótkotrwałą reakcję pogańską, która jednak po części była wywołana przyczynami politycznymi i ekonomicznymi).

Z pewnością duża część przedchrześcijańskich rytuałów, obyczajów, pojęć, symboli i sposobów myślenia wrosła w nasze, polskie chrześcijaństwo – analogicznie do tego, co wcześniej lub później działo się w Irlandii, Bawarii, Etiopii, Indiach, Peru czy Meksyku. Inną kwestią jest to, że najprawdopodobniej nasze pogaństwo nie wykształciło tak rozbudowanych form i struktur (np. literatury) jak choćby „rodzima wiara” Skandynawów. Co więcej, nie miało też w sobie zaczynu filozofii czy teologii, inaczej niż myśl grecka czy wedyjska. Trzeba się z tym pogodzić i niedorzeczne są pretensje współczesnych apologetów „rodzimowierstwa” o rzekome zniszczenie dorobku rdzennej kultury. Z czym w istocie moglibyśmy porównać późniejszy dorobek (także na terenie Polski) myśli chrześcijańskiej – myśli filozoficznej, teologicznej, logicznej, społecznej i wszelkiej innej?

I dlatego też po 1050 latach jako monarchiści, legitymiści, katolicy rzymscy – możemy tylko dziękować księciu, który zdecydował się na ów znaczący gest, w swej istocie błogosławiony dla naszego kraju na wszelkich płaszczyznach. I to właśnie czynimy, wyrażając – na przekór temu wszystkiemu, co widać we współczesnym świecie – nadzieję, że ta chrześcijańska tożsamość przetrwa i nabierze znów mocy.

prof. dr hab. Jacek Bartyzel

Rada Naczelna Organizacji Monarchistów Polskich

Adrian Nikiel
Przemysław Olszewski
Adam Tomasz Witczak
Łukasz Szymański

10 kwietnia AD 2016

 

 

Hańba Smoleńska

Już VI lat przyszło nam żyć z myślą, że może uda się wyjaśnić przebieg tej straszliwej zbrodni, którą dla celów, jakie tej tragedii  stawiano, umiejscowiono na lotnisku w Smoleńsku.

Próbował zmierzyć się z tym problemem Zespół Parlamentarny, pod przewodnictwem obecnego Ministra Obrony Narodowej, Pana Antoniego Macierewicza, który pewnie nie zdaje sobie sprawy, że zmałpowany po czasach PRL-u tytuł – narodowej- zobowiązuje do czegoś więcej, niż zapraszanie obcych wojsk na terytorium Polski. Już to wielokrotnie przerabialiśmy, z wiadomym skutkiem. Zespół ten, chyba nieprzypadkowo, nie otrzymał odpowiednich uprawnień śledczych, a więc marnował czas i bałamucił propagandowo Polaków, udając, że coś bada i wyjaśnia.Efekty tego są raczej mizerne, żeby nie powiedzieć  żadne. Zaświtała jednak  nadzieja na „zmianę” tej sytuacji, kiedy znękany Naród, oddał władzę większościową  w ręce PiS – u, który obiecywał, na comiesięcznych manifestacjach, że tę zbrodnię, zwaną wcześniej katastrofą, następnie po kilkuletnim namyśle, zamachem,ale nadal koniecznie „Smoleńskim”. J.Kaczyński, używał  określenia, że prawda może, czy jest, porażająca. Ale jaka to prawda, Panie Prezesie? Czy my nie powinniśmy jej znać, a choćby rodziny zamordowanych?

Minęły miesiące, kiedy wiarygodność i uczciwość PiS-u została  poddana próbie, bo przecież powołanie jakiejś „podkomisji” nie spełnia tego zadania, jakie choćby mogłaby spełnić komisja parlamentarna, ze wszystkimi uprawnieniami procesowymi. Co stoi temu na przeszkodzie- nie wiadomo, kogo teraz o to pytać, kiedy nikt nie myśli poważnie o wyjaśnieniu tej tragedii i ukaraniu winnych.

Znów przetoczą się przez Polskę rocznicowe obchody, msze,marsze, i inne uroczystości ponownie zniewolonego Narodu, któremu tą zbrodnią wypowiedziano wojnę.Pozostaje pytanie – kto? Widać, że jeszcze na odpowiedź  przyjdzie nam długo czekać, niestety.A kiedy się już pojawi,  będzie  dla nas za późno, i pewnie właśnie o to chodzi.

Wydawać by się mogło, ze sprawa jest dziecinnie prosta, wystarczy uważnie przyjrzeć się jednemu z wielu zdjęć. Widać wyraźnie, że jest to tylny statecznik, uprzednio rozczłonkowany i rzucony z góry w krzaki.Przy odrobinie wyobraźni można założyć, zdaniem inscenizatorów, że ten ciężki kawałek metalu pędził z prędkością ponad 200 km/godz, upadł w krzaki /nie uszkadzając żadnego/i jeszcze zdążył, tak jak wiele innych elementów samolotu,

pokropić się dość równomiernie błotem. To dopiero trzeba być naiwnym, żeby tak niechlujnie wykonaną inscenizację uznać za zdarzenie realne. To właśnie jest hańba, że dajemy sobie wmówić coś, czego tam nie było, i powtarzanie tego choćby tysiące razy, nic tu nie zmieni, obraz nie kłamie, w odróżnieniu od wszystkich komisji i ekspertów.

Pozostaje nam jedynie modlić się za dusze pomordowanych, i prosić Boga, aby był dla nas miłosierny i oszczędził nam takich tragedii, a naszym wrogom, dzieciom szatana, pokrzyżował  zbrodnicze plany.

 

aa

AKT ODDANIA MATCE BOŻEJ – USTANOWIENIE MARYI KRÓLOWĄ POLSKI

Lwowskie śluby Jana II Kazimierza króla Polski

1 kwietnia 1656r


Tablica pamiątkowa z tekstem ślubów w sali rycerskiej katedry na Jasnej Górze.

HISTORIA

Bogusław Bajor

Dlaczego nie nazywasz Mnie Królową Polski?

Maryjo, Królowo Polski, jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam – słowa Apelu Jasnogórskiego zawierają prawdę, coraz trudniejszą do przełknięcia także dla wielu współczesnych katolików, że Boża Rodzicielka jest naszą Monarchinią. To karygodne zawłaszczanie Matki Jezusa przez Polaków – dowodzą, nie wiedząc lub nie chcąc wiedzieć, że tytuł Królowej Polski został objawiony w… nadtyrreńskim Neapolu pewnemu włoskiemu jezuicie.

W połowie XVI wieku polsko‑łaciński poeta Grzegorz z Sambora pisał, używając literackiej przenośni, o Matce Bożej jako Królowej Polski i Polaków. Tytuł ten rozpowszechnił się w następnym stuleciu (po cudownej obronie Jasnej Góry, ściśle wiązanej ze wstawiennictwem Najświętszej Dziewicy) przede wszystkim za sprawą króla Jana Kazimierza, który 1 kwietnia 1656 roku przed cudownym obrazem Matki Bożej Łaskawej w katedrze lwowskiej na klęczkach oddał Rzeczpospolitą szczególnej opiece Maryi, nazywając ją Królową Polski. W istocie jednak odnoszący się do Matki Zbawiciela oficjalny tytuł Królowej Polski nie jest wymysłem Polaków, a tym mniej przejawem – tak obśmiewanej przez wielu „oświeconych polakosceptyków” – naszej rzekomej megalomanii. Nie zrodził się on bowiem w umyśle żadnego człowieka, lecz objawiony sędziwemu jezuicie z Neapolu padł z ust samej… Najświętszej Dziewicy. Sprawa to iście sensacyjna, bo ani wcześniej, ani nigdy potem, nie zdarzyło się, by jakiemukolwiek narodowi dana została taka łaska. Owszem, liczne królestwa, państwa i narody ogłaszały Maryję swą Królową, ale nigdy nie zostało to ogłoszone – expressis verbis – przez Nią samą. Sprawa była jeszcze o tyle bardziej intrygująca, że proklamacja Maryi jako Królowej Polski została ogłoszona światu nie przez naszego rodaka, ale przez Włocha. Stąd też ewentualny zarzut, że Polacy w swej pysze wymyślili całą historię, jest całkowicie chybiony.

Świadek życia i śmierci św. Stanisława Kostki

Juliusz (Gulio) Mancinelli urodził się 13 października 1537 roku w miejscowości Macerata, dwieście kilometrów na północny wschód od Rzymu. Choć był cenionym mistrzem nowicjatu rzymskich jezuitów – tego samego, w którym przebywał i zmarł św. Stanisław Kostka – dosyć pewnym wydaje się, że to nasz osiemnastoletni zaledwie rodak odgrywał rolę jego przewodnika duchowego, a nie na odwrót. Ojciec Mancinelli, świadek życia młodego Polaka, podobnie jak inni rzymscy jezuici pozostawał pod wielkim wrażeniem jego śmierci. Zatrzymajmy się na moment przy tym zdarzeniu…

1 sierpnia 1568 roku św. Piotr Kanizjusz głosił w Rzymie konferencję dla jezuickich nowicjuszy. Niemiecki prowincjał mówił o nagłej śmierci. Nauczał, że każdy miesiąc należy spędzić tak, jakby był ostatnim w życiu. Słuchający tych nauk młody, ale już słynny z wielkiej gorliwości, Stanisław Kostka odezwał się:

– Dla wszystkich ta nauka męża świętego jest przestrogą i zachętą, ale dla mnie jest ona wyraźnym głosem Bożym. Umrę bowiem jeszcze w tym miesiącu.

Zupełnie jeszcze zdrowy Stanisław przepowiedział tym samym swą rychłą śmierć – nie upłynęło bowiem trzydzieści dni, gdy oddał ducha o północy w wigilię święta Wniebowzięcia Matki Bożej. Umierał pogodnie, choć z ust sączyła mu się krew. Przed śmiercią mówił o ufności w miłosierdzie Boże. W pewnym momencie jego twarz rozjaśniła się tajemniczym blaskiem. Kiedy współbracia zaczęli się dopytywać, czego sobie życzy, ten odpowiedział, że przyszła po niego Matka Boża. Współbracia dopiero wtedy zorientowali się, że już umarł, gdy nie zareagował na podsunięty mu obrazek Maryi.

Zobaczyć polską ziemię!

Ojciec Juliusz Mancinelli słynął z pobożnego, świątobliwego życia – miał opinię proroka i cudotwórcy. Zakładał wiele dzieł miłosierdzia, a wszędzie, gdzie się pojawiał jako misjonarz – w Dalmacji, Bośni, Konstantynopolu czy w Afryce – notowano ogromną ilość nawróceń.

W latach 1585-1586 przebywał w Polsce – w Kamieńcu Podolskim i Jarosławiu. Słynący bowiem z żarliwej czci dla Najświętszego Sakramentu oraz Najświętszej Maryi Panny włoski jezuita miał pewną duchową „przypadłość”, za którą my, Polacy, powinniśmy wznosić nieustanne modły o jego beatyfikację i kanonizację! Odznaczał się on bowiem ogromnym nabożeństwem do naszych świętych, zwłaszcza do dwóch świętych Stanisławów: Biskupa i Męczennika, a także wspomnianego już św. Stanisława Kostki. Gorąco modlił się za Polskę.

Powróciwszy do Neapolu, marzył, aby móc znów ujrzeć polską ziemię i oddać jej hołd jako Matce Świętych, aby nawiedzić grób świętego biskupa i męczennika Stanisława, patrona św. Stanisława Kostki.

Chciał też włoski jezuita podziękować w katedrze krakowskiej za liczne łaski, jakie mu wyświadczyła Maryja i prosić Ją o dalszą pomoc. Nie sądził jednak, by mogło się to stać – był już wszak w podeszłym wieku – niemniej często zanosił modły do Boga, prosząc, by mu jeszcze umożliwił taką wyprawę. I Pan go wysłuchał. Po dwudziestu pięciu latach ojciec Juliusz powrócił na nasze ziemie. Pieszo! A jakie okoliczności skłoniły go do tej podróży!

Jemu tę łaskę zawdzięczasz…

14 sierpnia 1608 roku niemal siedemdziesięciojednoletni zakonnik modlił się w swoim klasztorze przy jezuickim kościele Gesu Nuovo w Neapolu. Wspomniał, iż w uroczystość Wniebowzięcia minie czterdziesta rocznica śmierci polskiego współbrata, którego kochał i starał się naśladować. Wśród wielu cnót świętego małego Polaka – jak go nazywano – jaśniała niezwykłym blaskiem jego miłość i cześć dla Królowej Nieba, a tę właśnie cnotę ojciec Juliusz szczególnie sobie upodobał i starał się ją praktykować. Usilnie szerzył kult Królowej Wniebowziętej, zwłaszcza po choro­bie, z której cudem go podźwignęła.

Zatopiony w modlitwie starzec ujrzał nagle okrytą purpurowym płaszczem Dziewicę z Dzieciątkiem na ręku wyłaniającą się z obłoku. U Jej stóp klęczał piękny młodzieniec w aureoli. Poznał go natychmiast – to przecież ukochany współbrat, narodzony dla Nieba czterdzieści lat wcześniej.

– Wniebowzięta! O Królowo Wniebowzięta módl się za nami! – wyszeptał wzruszony zakonnik i upadł na kolana.

Tymczasem Matka Boża zapytała:

– Dlaczego nie nazywasz Mnie Królową Polski? Ja to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie.

Usłyszawszy te słowa Najświętszej Dziewicy, Juliusz wykrzyknął:

– Królowo Polski Wniebowzięta módl się za Polskę!

Matka Boża spojrzała z wielką miłością na klęczącego u Jej stóp Stanisława Kostkę, a następnie na starego zakonnika i rzekła:

– Juliuszu, jemu tę łaskę zawdzięczasz!

Po skończonej wizji stary jezuita zwrócił się do swych współbraci następującymi słowy:

– Matka Boża wielkie rzeczy dla Polaków zamierza, po czym dodał:

– Królowo Polski, módl się za nami.

Niebawem, po zbadaniu sprawy i za pozwoleniem przełożonych ojciec Mancinelli poinformował o całym zdarzeniu swego polskiego przyjaciela, również jezuitę, Mikołaja Łęczyckiego. Poprosił go, by tę dobrą nowinę oznajmił królowi Zygmuntowi III Wazie. Stąd poznał ją ks. Piotr Skarga i cały zakon jezuitów, którzy wkrótce rozpowszechnili radosną wieść, że sama Bogarodzica kazała się nazywać Królową Polski.

Jestem Matką tego narodu

W roku 1610 ojciec Juliusz wiedziony wewnętrznym poruszeniem udał się w pieszą pielgrzymkę do Polski, chcąc nawiedzić grób św. Stanisława. Długą drogę z Neapolu do Krakowa podjął w wieku siedemdziesięciu trzech lat – wyczyn zaiste imponujący!

Pierwsze swe kroki w Krakowie skierował do katedry wawelskiej (niektóre źródła podają, że został powitany przez króla i jego dworzan). Konający niemal ze zmęczenia staruszek udał się do Konfesji św. Stanisława, przed którą, ujrzawszy trumnę naszego głównego patrona, padł krzyżem i modlił się za Królestwo Polskie, a potem odprawił tam Mszę Świętą w dziękczynieniu za świętość Stanisława Kostki.

Nagle podczas sprawowania Najświętszej Ofiary za pomyślność naszej ojczyzny włoski jezuita wpadł w ekstazę i ujrzał Maryję w królewskim majestacie. I znów usłyszał Jej głos:

– Ja jestem Królową Polski. Jestem Matką tego narodu, który jest Mi bardzo drogi, więc wstawiaj się do Mnie za nim i o pomyślność tej ziemi błagaj nieustannie, a Ja ci zawsze będę, jakom jest teraz, miłościwą.

…ujrzysz mnie za rok w chwale Niebios

Siedem lat po powrocie z Polski, w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, ojciec Juliusz Mancinelli patrzył z okna swej celi klasztornej na piękną Zatokę Neapolitańską. Modlił się, pragnąc ciągle oddawać jeszcze większą cześć Maryi.

I oto znowu z gorejącego obłoku, który pojawił się na niebie, wyłoniła się piękna postać Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus na rękach. U Jej stóp – tak jak poprzednio – klęczał młodzieniec w aureoli… Maryja zwróciła się do sędziwego jezuity:

– Juliuszu, synu mój! Za cześć, jaką masz do Mnie Wniebowziętej, ujrzysz Mnie za rok w chwale niebios. Tu jednak, na ziemi, nazywaj Mnie zawsze Królową Polski.

Stary jezuita zdołał tylko wyszeptać:

– Królowo Polski, módl się za nami.

Widzenie zakończyło się, ale w duszy zakonnika długo jeszcze panowała niebiańska radość.

Miesiąc potem kurier z Neapolu przywiózł ojcu Mikołajowi Łęczyckiemu do Wilna list od ojca Juliusza Mancinellego, w którym pisał: Ja rychło odejdę, ale ufam, że przez ręce Wielebności sprawię, iż po moim zgonie w sercach i na ustach polskich mych współbraci żyć będzie w chwale Królowa Polski Wniebowzięta.

Stało się wedle słów Królowej. Dokładnie rok po ostatnim objawieniu i pięćdziesiąt lat po śmierci św. Stanisława Kostki, w roku 1618, w uroczystość Wniebowzięcia Maryja wzięła do Nieba swego wiernego sługę.

Niemal natychmiast za sprawą Polaków rozpoczął się proces beatyfikacyjny ojca Juliusza. Do Polski dotarła relikwia – część głowy, oraz portret włoskiego jezuity.

Nie wszyscy jednak byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy i z czasem zebrane dokumenty „utknęły” gdzieś między Neapolem a Rzymem. Sprawa się odwlekła, a późniejsza kasata zakonu jezuitów w roku 1773 wstrzymała proces beatyfikacyjny. Taka sytuacja trwa do dnia dzisiejszego i niestety, podobnie jak w przypadku naszego wielkiego kaznodziei – ks. Piotra Skargi – na razie nie ma widoków na rychłe wznowienie procesu.

Czyżby współcześni jezuici nie byli już zainteresowani promocją obu wielkich synów duchowych św. Ignacego?

Polskie echa objawień

Na podstawie objawień danych włoskiemu jezuicie, 1 kwietnia 1656 roku, król Jan Kazimierz ogłosił w katedrze lwowskiej Najświętszą Maryję Pannę Królową Narodu i Państwa Polskiego. Monarcha, za panowania którego Rzeczpospolita zmagała się z Moskwą i Szwecją, nie wspominając nawet o wewnętrznej rebelii Chmielnickiego, napisał list do Ojca Świętego Aleksandra VII z błaganiem o pomoc. Papież odpowiedział, odwołując się do objawień ojca Mancinellego:Dlaczego zwracasz się o pomoc do mnie, a nie zwracasz się do tej, która sama chciała być Waszą królową? Maryja Was wyratuje, toć to Polski Pani. Jej się poświęćcie, Jej oficjalnie ofiarujcie, Ją Królową ogłoście, przecież sama tego chciała.

List ten uzmysłowił polskiemu królowi, że jedyna nadzieja w Maryi – Królowej Polski. Powziął więc Jan Kazimierz postanowienie, że gdy jakikolwiek skrawek Rzeczypospolitej wolny będzie od wrogów, uda się tam, by dokonać ślubów z ogłoszeniem publicznym, że Matka Boża jest Królową Polski. Kiedy w marcu 1656 roku Szwedzi wycofali się ze Lwowa, król w tamtejszej katedrze przed obrazem Matki Bożej Łaskawej złożył obiecane śluby i koronował wizerunek Matki Bożej, ogłaszając Ją oficjalnie Królową Polski.

Objawienia ojca Juliusza Mancinellego wywołały w naszym narodzie potężny odzew. Pod ich wpływem w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny roku 1628 Kraków uczcił swą Królową poprzez umieszczenie na wieży Kościoła Mariackiego pozłacanej korony (obecna korona pochodzi z roku 1666, zamontowano ją tam w dziesiątą rocznicę Ślubów Lwowskich). Podwawelski gród dał tym samym zewnętrzny wyraz wierze w królowanie Matki Bożej nad polskim narodem. Krakowianie uczcili też chwalebną śmierć ojca Juliusza.

Niedługo po jego odejściu do wieczności Królową Polski zaczęli nazywać Maryję paulini z Jasnej Góry. Już w roku 1642 ojciec Dionizy Łobżyński stwierdził, że Maryja jest Królową Polski, Patronką bitnego narodu, Patronką naszą, Królową Jasnogórską, Królową niebieską, Panią naszą dziedziczną.

W polskich kościołach zawisły wizerunki Matki Bożej z z Orłem Białym na piersiach – jest ich co najmniej kilkanaście. Na podstawie objawień ojca Mancinellego powstał też obraz Matki Bożej Ostrobramskiej, na którym Maryja ma dwie korony – jako Królowa Świata i Królowa Polski.

Źródło: http://www.duchprawdy.com/lwowskie_sluby_jana_kaziemierza_1656.htm