OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Miesięczne archiwum: Marzec 2016

Czy Zachód ma jeszcze cokolwiek do zaoferowania poza kreowaniem fikcji?

graf. red.Dzisiaj Zachód utrzymujący swoją przewagę nad resztą świata za pomocą kreowania długu, przemocą wojskową oraz przy pomocy sterowania globalnym obiegiem informacji nie ma już niczego do zaoferowania. Przede wszystkim sobie, w tym znaczeniu, że zwija się i czeka go upadek, a na pewno istotne ograniczenie potencjału. O tym, co Zachód ma do zaoferowania światu, to lepiej nie myśleć. Nie ma tego wiele, jak również to głównie fikcja albo łzy. Zachód współcześnie już sam zagubił własne cele, które pozwoliły mu przetrwać i uczyniły go wielkim i wspaniałym. To, co kiedyś było formalnym motorem rozwoju Zachodu – religia, dzisiaj jest odstawione w niebyt, a nie ma żadnej alternatywy, która chociaż by maskowała powszechną i totalną chciwość.

Niestety, na dzień dzisiejszy, jak mielibyśmy zdefiniować co tak na prawdę napędza Zachód? Musielibyśmy odpowiedzieć, że to chciwość. Właśnie ona powoduje powierzchowność relacji, formę bez treści, przemoc, a nade wszystko – niesłychanie wygodną dla Zachodu fikcję, którą może kontrolować.

Fikcja ekonomiczna

Fikcja ekonomiczna to jedno wielkie oszustwo polegające na tym, że możliwy jest do utrzymania w długim okresie czasu model funkcjonowania społeczno-gospodarczego oparty na ciągłym przyroście długu. Zarówno w wydaniu publicznym jak i prywatnym – pompowanie rzeczywistości długiem, który ma być spłacany w przyszłych okresach to jedno wielkie nadużycie. Wymyślone głównie po to, żeby posiadacze kapitału mogli bezpiecznie przez długi okres czasu bogacić się na tyle, żeby wzrost wartości aktywów, mógł być realnie dokonywany już tylko w sferze fikcji ekonomicznej.

Czym innym jak nie fikcją ekonomiczną są współczesne rynki globalne, na których wolumen obrotu przekracza wielokrotnie realny poziom produkcji w prawdziwej gospodarce? Poza tym wszystko jest i tak przeważnie finansowane kredytem, jedynie jak coś się nie uda i upadnie, to okazuje się, że na spłatę długów już się nie da pożyczyć w wirtualnej gospodarce, rodziny muszą sprzedawać domy, likwidować zakłady pracy, wszystko po to, żeby zaspokoić żarłoczne rynki.

Generalne oderwanie ekonomii na Zachodzie od świata realnego, to największy błąd kapitalizmu. Autorzy tego „cudu” zapewne liczyli na to, że błyskawiczny rozwój technologii zniweluje nierówności w redystrybucji papierków bez pokrycia. Ponieważ za każdą nową technologię, trzeba po prostu zapłacić więcej, więc pieniądze wygenerowane na bańkach ekonomicznych – teoretycznie miałyby gdzie się zmaterializować. Niestety nie udało się, technologia przestała się szybko rozwijać wraz ze wstrzymaniem wydatków zimnowojennych przez zwalczające się konkurencyjne supermocarstwa.

W konsekwencji wszyscy mamy problem, ponieważ cały Zachód a z nim praktycznie cały świat wisi na konsekwencjach spłaty lub braku spłaty długów. To wcale nie jest śmieszne, wystarczy sobie wyobrazić sytuację, w której nie mielibyśmy, z czego wypłacić zobowiązań, którymi ktoś chce pokryć swoje potrzeby emerytalne itp. Globalizacja rynków to niestety także i globalizacja ryzyka. Konsekwencje mogą być – w zasadzie prawie na pewno – będą, niestety opłakane.

Fikcja polityczna

Fikcja polityczna to fikcja standardów, właściwie rzekomych standardów, które trzeba twardo spełnić, żeby w ogóle nieć możliwość politycznego zbliżenia z Zachodem. Standardy – standardami, jednak nie obowiązują równo wobec wszystkich, są selektywne, oparte na hipokryzji i weryfikowane przez cynizm.

Zachód ustanawiając dla innych standardy np. demokratyczne, czy też – także i ekologiczne, powoduje, że jego przewagi są afirmowane w wyniku procesów, które te kraje muszą przeprowadzić, żeby w ogóle się przybliżyć do szansy spełnienia narzuconych standardów. Problem polega na tym, że Zachód do swoich obecnych wartości dochodził przez ostatnie 200-300 lat, mając po drodze liczne przypadki po prostu niegodne do powtórzenia, dzięki którym jednak wspaniale się wzbogacił. Tymczasem obecnie Zachód usiłuje zachowywać się jak dziewica, wymagając od wszystkich żeby byli grzeczni i ułożeni, a jeżeli chcą zarobić pieniądze, to co najwyżej mogą udać się – za pozwoleniem – na Zachód „na zmywak”. To bardzo brutalne, ale coś takiego jak wspólnota polityczna zachodu nie istnieje, owszem ona istniała do końca Zimnej Wojny, do póki była spajana przez wizję istnienia wspólnego zagrożenia. Potem okręty pożeglowały w różne strony, doprowadzając do pełni fikcji w kontekście wspólnoty politycznej, która nie wykracza poza papierowe traktaty i deklaracje.

Jeżeli chodzi o wartości, które teoretycznie powinny być wspólne i stanowić podstawę dla tworzenia i pielęgnowania wspólnoty politycznej, to chyba wszystkie przepadły, ponieważ już w okresie zimnej wojny były ze strony Zachodu głównie czystym PR-em.

Odejście od religii – nie zostało zastąpione niczym, co byłoby uniwersalne, albo przynajmniej usiłowało nim być. Konsensualne systemy prawne ulegają ewolucji, jeszcze w latach 80-tych tzw. eutanazję traktowano, jako morderstwo, a dzisiaj? Co będzie za dwadzieścia lat?

Fikcja wspólnych interesów

Mówienie o wspólnych interesach Zachodu, kończy się tam, gdzie zaczyna się podział łupów. Zachód od zawsze budował swoją rentę gospodarczą w oparciu o łupy, tj. własność cudzą, którą pozyskał ze znacznym dyskontem. Szczytem hańby były chyba tzw. wojny opiumowe, niestety, właśnie w ten sposób Zachód widział realizowanie swoich interesów – zawsze cudzym kosztem.

Podobnie było na początku transformacji krajów byłego bloku wschodniego, które zrezygnowały z rozwijania własnego przemysłu, zaprzepaściły dziesiątki lat rozwoju kultury technicznej, skazały pokolenie na bezrobocie, poczucie zbędności i problemy typowe dla społeczeństw postindustrialnych. Zachód nie pomógł tak, jak to sobie wyobrażano, ponieważ stworzenie szklanego sufitu w krajach aspirujących, okazało się dla niego o wiele bardziej korzystne niż realne partnerstwo, odznaczające stworzenie przez Zachód sobie konkurencji.

W warunkach globalizacji to już w ogóle nie ma, o czym mówić. Korporacje załatwiły sprawę za polityków, w sposób tak totalny, że należy się cieszyć, że nie wywołały przy okazji jakiejś strasznej wojny. Chciwość i zachłanność, co roku biją kolejne rekordy. Jeżeli nie będzie koncepcji, – w jaki sposób ucywilizować większość wielkich korporacji, dysponujących często zasobami większymi od średniej wielkości państw, to polityka przegra na tym polu właśnie z chciwością. Zachód wytworzył mechanizmy funkcjonowania gospodarki w prawie pełnym oderwaniu od kontroli publicznej – tutaj nie może być mowy o żadnej wspólnocie interesów, pomiędzy krajami kontrolującymi korporacje, a tymi, które pracują na ich rentę kapitałową. Jeżeli ktoś nie rozumie, o co chodzi, niech się zastanowi, jakie bankierzy ponieśli kary, za kryzys z 2008 roku?

Fikcja wspólnoty cywilizacyjnej

Jednakże największą fikcją jest wytworzona przez Zachód fikcja wspólnoty cywilizacyjnej państw Zachodu, równolegle zderzana z polityką multikulturalizmu niektórych państw. Konsekwencją zderzenia jest brak spójności. Za brak spójności płaci się zniknięciem z kart historii.

W zasadzie całość wspólnoty cywilizacyjnej Zachodu to dzisiaj czysty PR, jeżeli już coś jest kojarzone – powszechnie – wspólnie, to są to archetypy amerykańskiej kultury masowej, bardzo skutecznie multiplikowane na cały świat. Być może wąskie elity pozostają w związku z rdzeniem grecko-rzymsko-oświeceniowym, jednakże proszę zwrócić uwagę na kwestię zasadniczą, – kiedy powstało ostatnie nowe państwo na szeroko rozumianym Zachodzie? I czego było efektem? Problem polega na tym, że powstało 300 lat temu i było efektem brutalnego kolonializmu. To musi powodować smutną refleksję.

***

Wnioski są trudne, zwłaszcza w kontekście poszukiwania elementów wspólnych, które mogłyby posłużyć za coś więcej niż czystą fikcję – jesteśmy w pustym pokoju bez klamek. Za rozwojem technologicznym nie poszedł rozwój społeczny. 1968 rok na Zachodzie, to koniec klasycznego społeczeństwa. 1989 rok to koniec gwałtownego rozwoju technologicznego. 2008 rok to koniec fikcji rozwoju gospodarki wirtualnej, teraz nikt nie da się nabrać z wyjątkiem absolutnych idiotów. Do tego dochodzi odwrót od religii, kryzys wartości. Konsumpcjonizm to ślepa uliczka, ponieważ nie ma zasobów wystarczających dla wszystkich, chyba że wprowadzimy Komunizm.

Przy tym wszystkim trzeba jeszcze mieć świadomość, że nie wszyscy na Zachodzie mają równy głos w dyskusji, co do jego przyszłości. Niektórych, zwłaszcza z nowych krajów – dzieli bariera języka, bariera dostępu do elit, żeby w ogóle mogli zabrać głos. Na to wszystko nakłada się powierzchowność przekazu kulturowego Zachodu, którą tak banalnie obnażają i Rosja i Chiny! Przyszłość jest silnie niepewna, nie ma żadnych gwarancji niczego w świecie bez wartości.

AUTOR: 

Nie został wskrzeszony – zmartwychwstał! – Plinio Corrêa de Oliveira

Zmartwychwstanie reprezentuje wieczny i ostateczny triumf naszego Pana Jezusa Chrystusa, całkowitą klęskę Jego przeciwników i jest największym argumentem naszej wiary. Św. Paweł powiedział, że gdyby Chrystus nie zmartwychwstał, próżna byłaby nasza wiara. To na nadprzyrodzonym fakcie Zmartwychwstania opierają się fundamenty naszej wiary. Poświęćmy zatem tak ważnej sprawie nasze dzisiejsze rozważania.

Nie został wskrzeszony - zmartwychwstał!

*  *  *

Chrystus, nasz Pan, nie został wskrzeszony: zmartwychwstał. Łazarz został wskrzeszony z martwych. Ktoś inny, czyli Pan Jezus, wezwał go z otchłani śmierci do życia. Naszego Boskiego Odkupiciela nikt nie wskrzeszał: On zmartwychwstał własną mocą. Nie potrzebował, aby ktokolwiek wezwał Go do życia. Wziął je sobie ponownie, gdy tego zechciał.

Wszystko to, co odnosi się do naszego Pana, ma swoje analogiczne zastosowanie w Świętym Kościele Katolickim. Często w historii Kościoła widzimy, że ilekroć zdawał się on być nieodwołalnie zgubiony, a wszystkie symptomy zbliżającej się katastrofy zdawały się podminowywać jego organizm, zawsze następowały wydarzenia, które go podtrzymywały przy życiu wbrew wszelkim oczekiwaniom jego wrogów. Co ciekawe, czasami to nie przyjaciele Świętego Kościoła przychodzą mu z pomocą, tylko właśnie jego wrogowie. Czyż właśnie w tak pełnej niepokoju epoce, jaką dla katolicyzmu były czasy Napoleona, nie miał miejsca przedziwny epizod obrad konklawe, które wybrało Piusa VII pod ochroną wojsk rosyjskich, schizmatyckich przecież i podporządkowanych schizmatyckiemu władcy? W Rosji praktykowanie religii katolickiej było skrępowane wieloma zakazami na tysiąc sposobów. Wojska tego kraju zapewniały tymczasem we Włoszech wolny wybór papieża, właśnie w momencie, gdy wakat na tronie Piotrowym przyniósłby Świętemu Kościołowi, z punktu widzenia ludzkiego, takie szkody, z których być może nigdy nie mógłby się już podnieść.

Takie są cudowne środki, do jakich ucieka się Opatrzność, aby pokazać, że to Ona sprawuje najwyższą władzę nad wszystkimi rzeczami. Jednakże nie myślmy, że Kościół zawdzięcza swoje ocalenie Konstantynowi, Karolowi Wielkiemu, Janowi Austriackiemu czy wojskom rosyjskim. Bowiem nawet wtedy, gdy zdaje się on być zupełnie opuszczony, a nawet wówczas, gdy zdaje się brakować mu tych najbardziej niezbędnych zwycięskich środków ziemskiego porządku, bądźmy pewni, że Święty Kościół nie zginie. Tak jak Pan nasz Jezus Chrystus, podniesie się On własnymi siłami, siłami Boskimi. I im bardziej niewytłumaczalne, z ludzkiego punktu widzenia, pozorne zmartwychwstanie Kościoła – pozorne zaznaczmy, ponieważ śmierć Kościoła nigdy nie będzie rzeczywista, w przeciwieństwie do śmierci naszego Pana – tym chwalebniejsze będzie zwycięstwo.

Zatem w tych ciemnych i pełnych zamętu dniach – ufajmy. Lecz ufajmy nie w potęgę takiego czy innego mocarstwa, tego czy innego człowieka, ten czy inny kierunek ideologiczny, aby dokonać reintegracji wszystkich rzeczy w Królestwie Chrystusa, lecz w Opatrzność Bożą, która zmusi ponownie morze do rozstąpienia się, poruszy góry i zatrzęsie całą ziemią. Stałoby się tak, gdyby było to konieczne do wypełnienia się Boskiej obietnicy: „bramy piekielne go nie przemogą”.

*  *  *

Tego spokojnego przekonania o potędze Kościoła, spokojnego spokojem wynikającym z nadprzyrodzonego ducha, a nie z jakiejś obojętności czy gnuśności, możemy nabrać stojąc u stóp Matki Bożej. Tylko ona zachowała nienaruszoną wiarę, gdy wszystkie okoliczności zdawały się wskazywać na całkowitą klęskę Jej Boskiego Syna. Po zdjęciu z krzyża Ciała Chrystusa, przelaniu przez oprawców nie tylko ostatniej kropli krwi, lecz także i wody, po przekonaniu się o Jego śmierci, nie tylko poprzez świadectwo rzymskich legionistów, lecz także samych wiernych uczniów, którzy przystąpili do przygotowywania pogrzebu, po zamknięciu grobu ogromnym kamieniem, mającym być pieczęcią nie do przebycia, wszystko wydawało się stracone. Lecz Przenajświętsza Maryja Panna wierzyła i ufała. Jej wiara pozostała tak pewna, tak pełna spokoju, tak zwyczajna w tych dniach największego smutku, jak w każdej innej chwili Jej życia. Ona wiedziała, że On zmartwychwstanie. Żadna wątpliwość, nawet najmniejsza, nie zmąciła spokoju Jej ducha. To u Jej stóp zatem powinniśmy błagać aby uzyskać tę stałość wiary. I tym duchem powinno kierować się nasze najwyższe pragnienie rozwoju życia duchowego. Pośredniczka wszystkich łask, wzór wszelkich cnót, Matka Boża dla pozyskania tego nie odmówi nam żadnej łaski, o którą Ją poprosimy.

*  *  *

Wielu komentowało i… uśmiechało się mówiąc o niechęci św. Tomasza do uznania Zmartwychwstania. Być może jest w tych komentarzach nieco przesady. Ale raczej pewne jest, że dzisiaj mamy przed oczami przykłady braku wiary o wiele bardziej uporczywe niż ten, który charakteryzował Apostoła. Rzeczywiście, św. Tomasz powiedział, że musi dotknąć własnymi rękami naszego Pana, aby w Niego uwierzyć. Lecz widząc Go uwierzył, jeszcze zanim Go dotknął. Święty Augustyn widzi w początkowym oporze Apostoła zrządzenie opatrznościowe. Mówi święty Doktor z Hippony, że cały świat zawisł na palcu świętego Tomasza i że cała jego wielka skrupulatność w sprawach wiary służy za gwarancję wszystkim duszom trwożliwym we wszystkich epokach, że Zmartwychwstanie naprawdę było faktem obiektywnym, a nie wytworem rozgorączkowanej wyobraźni. W każdym razie, faktem jest, że św. Tomasz uwierzył w to, co zobaczył. A ilu jest w naszych czasach tych, co widzą i nie wierzą?

Mamy przykład tej uporczywej niewiary w tym, co mówi się na temat cudów mających miejsce w Lourdes, a także o przypadku Teresy Neumann z Ronersreuth czy Fatimie. Wiemy, że chodzi tu o ewidentne cuda. W Lourdes istnieje gabinet zaświadczeń medycznych, w którym rejestruje się wyłącznie nagłe wyleczenia prawdziwych chorób, nie jakichś urojeń, mogących być wyleczonymi za pomocą sugestii. Dowody wymagane jako potwierdzenie autentyczności choroby, to po pierwsze badanie lekarskie pacjenta, przeprowadzone zanim wejdzie on do cudownej wody, po drugie zanim się tam uda, przedstawienie dokumentów lekarskich dotyczących danego przypadku, radiografii, analiz laboratoryjnych, etc. W całym tym procesie wstępnym mogą wziąć udział dowolni lekarze, będący przejazdem w Lourdes, i mogą oni zażądać przeprowadzenia osobistego badania chorego, wyników prześwietleń i badań laboratoryjnych, które ma przy sobie. Wreszcie po stwierdzeniu przypadku wyleczenia musi on zostać poddany obserwacji w takim samym procesie, jakiemu poddane było badanie choroby. Jest ono uważane rzeczywiście za cudowne, gdy po dłuższym czasie nie nastąpi nawrót choroby. Tutaj mamy do czynienia z faktami. Sugestia? Aby wyeliminować jakąkolwiek wątpliwość w tym względzie, wskazuje się na przypadki uzdrowień, które odnotowano u małych dzieci, jeszcze nieświadomych ze względu na ich młody wiek i niemożność ulegania sugestiom. Jaka jest odpowiedź na to wszystko? Kto znajdzie w sobie tyle szlachetności, aby uczynić jak św. Tomasz, w obliczu pewnej prawdy upaść na kolana i obwieścić ją otwarcie?

Wydaje się, że Pan Jezus zwielokrotnia cuda w miarę, jak wzrasta bezbożność. Przykład Teresy Neumann, Lourdes, Fatimy, co jeszcze? Ilu ludzi wie o tych przypadkach? I kto ma odwagę przystąpić do poważnych, bezstronnych i pewnych badań, zanim zaneguje te cuda?

*  *  *

Podziw wzbudza sposób, w jaki Chrystus Pan przeniknął do zamkniętej sali, w której zgromadzeni byli Apostołowie i ukazał się tam ich oczom. Poprzez ten cud nasz Pan udowodnił, że dla Niego nie ma nieprzekraczalnych barier.

Żyjemy w epoce, w której wiele się mówi o „apostolacie przenikania”. Pragnienie pracy apostolskiej przekonało wielu świeckich apostołów o konieczności przenikania do nieodpowiednich, a nawet wręcz szkodliwych środowisk, aby zanieść tam promieniujące światło naszego Pana Jezusa Chrystusa i nawrócić dusze. Tradycja katolicka idzie w przeciwnym kierunku: żaden apostoł, nie licząc absolutnie wyjątkowych, a więc i rzadkich sytuacji, nie ma prawa wchodzić do środowisk, w których jego dusza może ponieść jakiś uszczerbek. Lecz powstaje pytanie: któż więc ma ratować owe dusze, które przebywają w środowiskach, gdzie nigdy nie sięgają wpływy katolickie, gdzie nigdy nie przenika żadne słowo, żaden przykład, żadna iskierka nadprzyrodzonego? Są już potępieni za życia? Czy już teraz przypada im w udziale piekło?

Podobnie jak nie ma murów materialnych mogących stawić opór naszemu Panu, bowiem On przenika je wszystkie nawet ich nie niszcząc, tak również nie ma barier, które powstrzymywałyby działanie łaski. Tam, gdzie walczący apostoł, z powodu obowiązku moralnego, nie może wejść, tam przenika jednak, na tysiąc sposobów, jakie tylko zna Bóg, Jego łaska. Czy to poprzez kazanie usłyszane w radio, czy dobrą książkę, która zupełnie przypadkiem dostaje się w czyjeś ręce, czy zwykły wizerunek święty, który można zobaczyć przechodząc ulicą obok czyjegoś domu. Tym wszystkim i tysiącem innych narzędzi może posłużyć się łaska Boża. I właśnie po to, aby przeniknęła ona do takich środowisk, istnieją: modlitwa, umartwienie, życie duchowe, tysiąc razy bardziej przydatne niż nieostrożne wejście tam apostoła. Złagodzą one gniew Boży. Przechylają szalę na stronę miłosierdzia. Bowiem to one przenikają do środowisk, uważanych przez wielu za odporne na działanie Boga. A hagiografia katolicka daje nam tego niezliczone przykłady. Czyż nie było przypadku wspaniałego nawrócenia, dokonanego na bezbożnym chłopaku, nagle poruszonym dobrymi uczuciami, gdy ten w czasie karnawału założył na siebie dla żartu habit św. Franciszka? To sam wybryk jego fantazji go nawrócił. Mądrość Boża może nawet wykorzystać czyjeś kpiny dla dokonania nawróceń. Lecz o te nawrócenia należy się starać. Możemy je wywalczyć bez żadnego ryzyka dla naszej duszy, łącząc nasze życie duchowe, nasze modlitwy i ofiary z nieskończonymi zasługami naszego Pana Jezusa Chrystusa. Moim zdaniem natomiast nie ma lepszego ani bardziej skutecznego apostolatu przenikania niż ten, który realizują mniszki zakonów kontemplacyjnych, zamknięte nakazem swojej Reguły Zakonnej w czterech ścianach klasztoru. Benedyktynki, kamedułki, karmelitanki, dominikanki, wizytki, klaryski, sakramentki: oto prawdziwe bohaterki apostolatu przenikania.

– A. M. D. G.

Plinio Corrêa de Oliveira

 

 

Czy wolno jeszcze nawracać żydów?

Nakaz misyjny Jezusa Chrystusa obowiązuje stale i wszystkich Jego wyznawców. Nikt zatem z niego zwolnić nas nie może. Co więcej, byłoby nieszczęściem, gdyby nawiązywanie dialogu religijnego miało zastępować dynamizm misyjny Kościoła albo go osłabiać – mówi w rozmowie z PCh24.pl ks. prof. Waldemar Chrostowski.

Księże Profesorze, czy wolno nam jeszcze nawracać żydów? Czy opublikowany kilka miesięcy temu w Watykanie dokument z okazji 50. rocznicy powstania deklaracji Nostra aetate, rzeczywiście „kończy” misję Kościoła wobec nich?

W watykańskim dokumencie mówi się o nieplanowaniu zinstytucjonalizowanej formy nawracania wyznawców judaizmu. Jakkolwiek takie przedsięwzięcia były podejmowane w bliższej i dalszej przeszłości, jednak ich rezultaty były mizerne, a czasami wręcz odwrotne do zamierzonych. To jednak wcale nie oznacza końca misji Kościoła wobec żydów, lecz kładzie nacisk na dawanie naszego osobistego świadectwa o Jezusie Chrystusie. To świadectwo, odzwierciedlone w przekonaniach, którym dajemy publicznie wyraz, oraz w życiu i postępowaniu wyznawców Chrystusa, może skutecznie skłonić żydów do pytania, kim jest Jezus i jaka jest Jego rola w planie zbawienia zapoczątkowanym wraz z wybraniem Abrahama i jego potomstwa.

W Kościele na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci dostrzegamy ogromną zmianę semantyczną w stosunku do wyznawców judaizmu, ale i w ogóle do narodu żydowskiego. Z czego ta zmiana wynika? Czy rzeczywiście jest potrzebna?

Zmiana w patrzeniu i nastawieniu Kościoła wobec wyznawców judaizmu wynika przede wszystkim z trzech okoliczności. Pierwsza to zagłada milionów Żydów, dokonana przez niemieckich narodowych socjalistów w Europie karmionej od prawie dwóch tysięcy lat Ewangelią i ideałami chrześcijaństwa. Niezależnie od źródeł i natury narodowego socjalizmu, jest to w jakimś stopniu również porażka chrześcijaństwa, bo większość oprawców ma przecież chrześcijańskie korzenie. Wprawdzie się od nich odcięło i je zwalczało, ale nie zwalnia to od pytania: dlaczego?

Po drugie, powstanie i okrzepnięcie państwa Izraela. Skoro brak żydowskiej państwowości był przez kilkanaście wieków postrzegany przez chrześcijan jako kara za odmowę uznania Jezusa Chrystusa, to jak należy postrzegać i interpretować radykalnie nową sytuację, która zaistniała w maju 1948 roku i trwa?

Po trzecie i najważniejsze, nasze relacje z religią żydowską są inne niż z jakąkolwiek inną religią, bo w pewien sposób są one wewnętrzne. Ważne wyzwanie teologiczne, któremu trzeba sprostać, polega na wyjaśnieniu, na czym ta specyficzna więź polega i co z niej wynika.

Jednym z podstawowych nieporozumień dzisiejszego stosunku świata zewnętrznego do katolicyzmu, wydaje się być właśnie stosunek do nawracania. Konieczność ta wynika przecież bezpośrednio z wezwania Pana Jezusa. Co więcej, katolicy traktują nawracanie jako akt miłości – dajemy szansę na poznanie Chrystusa. Czy dialog międzyreligijny przybliża nas do wypełnienia misji Kościoła, do „uczenia wszystkich narodów”? Czy znane są jakieś naoczne efekty ogłoszenia pięć dekad temu Nostra aetate, np. czy wiadomo, by ktoś się dzięki tej deklaracji nawrócił?

Nakaz misyjny Jezusa Chrystusa obowiązuje stale i wszystkich Jego wyznawców. Nikt zatem z niego zwolnić nas nie może. Co więcej, byłoby nieszczęściem, gdyby nawiązywanie dialogu religijnego miało zastępować dynamizm misyjny Kościoła albo go osłabiać. Faktem jest, że takie zjawiska mają miejsce. Nie znam nikogo, kto dzięki Nostra aetate przeszedł z judaizmu na chrześcijaństwo, natomiast znam kilka osób, które, zaczynając w Kościele od dialogowania, przeszły na judaizm.

Mechanizmy tej przemiany są złożone, a problemem nie jest dialog jako taki, lecz wypaczone i chore formy jego pojmowania i realizacji. Wynikają one także i stąd, że mianem dialogu określa się przedsięwzięcia z dziedziny politycznej poprawności przenoszone na grunt religijny i teologiczny. Forsują one żydowski punkt widzenia, co stanowi karykaturę dialogu religijnego i znacznie osłabia zainteresowanie nim wykazywane przez wyznawców Chrystusa. Aktem miłości jest nie tyle nawracanie żydów, ponieważ w gruncie rzeczy ono się instytucjonalnie nie odbywa, lecz nawiązywanie z nimi przyjaznych kontaktów, przezwyciężających obustronną wrogość i stereotypy, oraz dawanie przekonującego świadectwa wiary w Boga i zawierzenia  Bogu, w świecie, który nie zna Boga i coraz bardziej żyje i zachowuje się tak, jakby Bóg nie istniał.

W Polsce stosunki katolicy-żydzi naznaczone są szczególnym piętnem politycznej poprawności. Wynika to z oczywistych względów historycznych, ale także z licznych nieporozumień interpretacyjnych w sprawie słów Jana Pawła II o „starszych braciach w wierze”.

Na ten temat wypowiadałem się niezliczoną ilość razy, natrafiając na silne sprzeciwy nawet w Kościele. Szczególnie dotkliwa i nieprzejednana była postawa arcybiskupa Józefa Życińskiego, który prostowanie nieporozumień i właściwy przekład słów wypowiedzianych przez Ojca Świętego 13 kwietnia 1986 roku w synagodze rzymskiej, opatrzył w gazecie Michnika tytułem „daleko od Jana Pawła II”. Przypomnę krótko to, co wiele razy powtarzałem. Jan Paweł II powiedział: „Jesteście naszymi braćmi umiłowanymi i – można powiedzieć – w pewien sposób naszymi starszymi braćmi”. Ale w oficjalnym przekładzie na polski pominięto wyrażenie „w pewien sposób” i wyszło karkołomne przeinaczenie.

Ujęta poprawnie, sprawa wygląda tak: w pewien sposób wyznawcy judaizmu rabinicznego, bo do nich zwraca się Jan Paweł II, są naszymi starszymi braćmi, ale, w pewien sposób, nie są. Wyjaśnianie tej biegunowości jest zadaniem teologów, a jej zaprzeczanie ociera się o herezję, z którą zmagali się już Ojcowie Kościoła i pisarze wczesnochrześcijańscy. Wskazywałem więc na potrzebę wewnątrz katolickiego „dialogu o dialogu”, którego trzon stanowiłaby refleksja nad (niezafałszowanymi!) słowami Ojca Świętego – na próżno! Mimo to sądzę, że obecnie świadomość wiernych, a także teologów w tym przedmiocie jest głębsza i pełniejsza, aczkolwiek wciąż wiele pozostaje do zrobienia. Zwolennicy „Kościoła otwartego”, czego doświadczyłem, posuwają się do zakulisowych intryg i kłamstw, by wyeliminować każdego, kto nie przystaje do kanonów politycznej poprawności i zmonopolizować kościelne kontakty z wyznawcami judaizmu.

Nawracanie jest podstawowym działaniem ludzi Kościoła. Czy jednak obowiązek ten spoczywa wyłącznie na barkach duchownych? Czy dziś, w obliczu migracji do Europy wyznawców islamu oraz gwałtownej sekularyzacji Zachodu, również i świeccy nie powinni przypomnieć sobie o konieczności dawania świadectwa wiary, a przez to – nawracania na świętą wiarę Chrystusową?

Stawiając w ten sposób pytanie, Pan w gruncie rzeczy już na nie odpowiedział. Obowiązek wypełniania misyjnego nakazu Jezusa Chrystusa spoczywa na wszystkich Jego wyznawcach, bo wszyscy – duchowni i świeccy, mężczyźni i kobiety – stanowimy Kościół. Sądzę, że bezprecedensowa w swoich rozmiarach migracja wyznawców islamu to nie przypadek, ale starannie i odgórnie zaplanowana akcja polityczna, która ma co najmniej dwojaki cel: „oczyszczenie” Bliskiego Wschodu z ludzi młodych, w tym także z chrześcijan, oraz gwałtowną zmianę mapy demograficznej jednoczącej się Europy, która już nigdy nie będzie taka sama, jak dotąd. Jedno i drugie to ogromne wyzwanie dla europejskich chrześcijan, czyli głośne wołanie o opamiętanie i przeciwdziałanie istniejącej od pewnego czasu zmasowanej i zaplanowanej destrukcji chrześcijańskich korzeni i tożsamości Europy.

Lecz abyśmy mogli pozyskać innych dla wiary w Chrystusa, najpierw sami musimy prawdziwie się nawrócić i dawać jej  wiarygodne świadectwo. Bez tego za kilkadziesiąt lat Europa może przypominać Azję Mniejszą i Afrykę północną, gdzie kiedyś kwitło chrześcijaństwo, a obecnie stąpamy po gruzach kościołów i chrześcijańskich miast.

Rozmawiał Krystian Kratiuk

Ksiądz profesor Waldemar Chrostowski  – teolog, biblista, konsultor Rady Episkopatu Polski ds. Dialogu Religijnego, profesor zwyczajny Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, przewodniczący Stowarzyszenia Biblistów Polskich, zaangażowany w dialog katolicko-żydowski. Były współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Członek Komitetu Nauk Teologicznych Polskiej Akademii Nauk. Autor ponad 2000 publikacji naukowych i popularnonaukowych

 

Wielkanoc 2016

My – Chrześcijanie !

Nic  nam  się nie stanie,

Choćby  do naszego domu

Jutro  zajrzał   wróg.

My się go nie boimy !

Kiedy staniemy w prawdzie -

Wierząc w Zmartwychwstałego,

Który otworzył nam drogę

Do zbawienia wiecznego…

Wielka jest nasza siła !

Bo On czuwa nad nami,

Kiedy szatan idzie z dobytymi mieczami

Oczekując naszej krwawej ofiary.

Staniemy do boju !

I opłuczemy krwią nasze szaty

Niosąc chrześcijańskie sztandary

A na nich miłość i dobroć,

Która nie zna miary.

Tak nas nauczał Jezus !

Dzisiaj Zmartwychwstały,

By zło dobrem zwyciężać

Dla Jego boskiej chwały.

Prawda to przedwieczna

Bez początku i końca,

Prawda nieskończona

Na życie wieczne zmieniona…

Alleluja,  Alleluja, Alleluja !

 

Marian  Retelski  – NY 2016

Kto jest realistą, czyli nowy faryzeizm – Ewa Polak-Pałkiewicz

Obserwuję dziś zadziwiającą popularność powiedzenia: „Król jest nagi”. Wielość kontekstów, w jakich przytaczany jest ten cytat z opowiastki Andersena o nowych szatach cesarza świadczy, że bardzo wiele sytuacji, z którymi mamy w Polsce do czynienia postrzeganych jest jako sytuacje sztuczne, nieprawdziwe. Zaaranżowane ze swoistym mistrzostwem w niejasnym celu. Taką sztuczną sytuacją jest zaostrzający się spór – pozornie prawny, w istocie polityczny – wokół Trybunału Konstytucyjnego. Strona opozycyjna wraz z sędzią Rzeplińskim zmierza wprost do celu, by Trybunał decydował o tym, co w Polsce jest, a co nie jest ustawą. W ten sposób manifestuje się przekonanie, że Trybunał powinien  znajdować się ponad prawem i w dowolnym momencie wezwać organy państwa do nieposłuszeństwa. I tak z instutucji chroniącej konstytucję czyni się klawisz do naciskania, używany w czasie wywołanej sztucznie awarii.

Jest to nader skuteczny sposób godzenia we własne państwo, prosta maszynka do niszczenia państwa.

Żeby dojść do ładu z osobami, które takie działania przeprowadzają, ale także aprobują je i popierają, nawet biernie, trzeba włożyć wiele pracy w porządkowanie podstawowych pojęć dotyczących państwa. W tej dziedzinie panuje bowiem wyjątkowy zamęt. Próbuje to porządkowanie przeprowadzać zarówno pan prezydent, szef rządu, pani Beata Szydło, jak minister Obrony Narodowej, Antoni Macierewicz.

Na posiedzeniu sejmowej Komisji Obrony Narodowej 16 marca 2016 szef MON wyjaśniał dlaczego wznowione zostały badania dotyczące katastrofy smoleńskiej. Ujawnił rzecz szokującą, że podczas rządów Platformy Obywatelskiej ukryto wiele podstawowych faktów na temat jej przebiegu.

Mówiąc do posłów o propagandzie wymierzonej dziś w działania zmierzające do ustalanie przyczyn katastrofy przez zespół z cenzusami naukowymi, minister Macierewicz zaznaczył, że sytuacja, z jaką polski rząd ma dziś do czynienia jest niespotykana:

„Coś, co wydaje się absolutną oczywistością po tych sześciu latach, dla państwa jest powodem do rozpętywania znowu nienawiści, wobec próby wyjaśnienia tej największej tragedii w dziejach niepodległej Polski. (…) Tamta tragedia zjednoczyła wszystkich Polaków w ciągu kilkunastu godzin. Czy naprawdę próba dojścia do prawdy nie może zjednoczyć nas raz jeszcze?” – pytał. Tę brudną propagandę i zarazem zachowanie opozycji nazwał czymś „bolesnym i trudnym do przyjęcia”. Jako urzędnik państwowy zmuszony do przedstawienia całej listy zaniedbań poprzedniej ekipy rządzącej w sprawie ustalenia przyczyn katastrofy, zaznaczył, że będzie to musiało być wyjaśnione w trybie postępowania karnego.

Zmuszony – tak, z racji swojej służby publicznej. Zmuszony też do publicznego nazywania moralnego zła złem, podłości podłością, kłamstwa kłamstwem, znieważania Polaków znieważaniem. Ktoś to wszystko bowiem w Polsce musi wypowiedzieć – jasno, dobitnie i dogłębnie, w sposób zrozumiały dla wszystkich; ktoś musi to wziąć na siebie. Tego domaga się zasada sprawiedliwości. A przecież ludzi, którzy są bardzo mocno, żywotnie zainteresowani, by właśnie nie powiedziano nic lub wybełkotano coś niewyraźnie, jest w Polsce więcej niż można sądzić. O wiele więcej. Dlatego minister Antoni Macierewicz jest zmuszony mówić twarde słowa, prosto w oczy winnych zaniedbań w wyjaśnianiu tragicznych dla państwa polskiego wydarzeń. Także dlatego, że w Polsce unikają jak ognia nazywania rzeczy po imieniu ci, którzy są do tego powołani.

Saturnin Świerzyński - w katedrze na Wawelu 1877

Saturnin Świerzyński – w katedrze na Wawelu 1877

Ci, którzy są upoważnieni do mówienia prawdy nie przez ludzkie instancje. Oni milczą. Nawołują do zgody. Apelują o dialog. Dziś coraz mocniej, coraz częściej. Czy nie jest to faryzeizm? „Polacy, pogódźcie się!”, słychać z niejednej ambony, „pokój jest najważniejszy, módlmy się o kompromis”. Kompromis ze złem, z kłamstwem, z pogardą dla polskości, z chęcią wysadzenia w powietrze albo sprzedania własnego państwa? W ten sposób właśnie mówi się Polakom, polskim katolikom – w roku Jubileuszy Chrztu Polski! – że prawdy nie ma. Albo, że jest ona niepoznawalna i że oni sami są tylko „nawozem historii.”, tak jak mówili  przez całe lata komuniści. I że nie da się oddzielić moralnego zła, brudu moralnego od dobra, od prawdy, od uczciwej postawy. Że zbrodnia nigdy nie może zostać nazwana jej prawdziwym imieniem, bo nie leży to „w niczyim interesie”. Lepiej ją ukryć, pochować, zatrzasnąć wieko jej tajemnicy. Tak jak katyńską prawdę, którą przechowywały w swoich sercach rodziny katyńskie, którą pielęgnował śp. ks. Stefan Niedzielak i zapłacił za to życiem.

Podobieństwo ze sprawą wieloletniego milczenia o Katyniu w czasach Polski Ludowej wręcz się dziś narzuca. O uznaniu prawdy o zbrodni katyńskiej, o tym, że zostało zamordowanych z zimną krwią prawie dwadzieścia tysięcy polskich oficerów przez Sowietów, także, przez długie lata nie można było w Polsce Ludowej nawet wspominać – i wielu uważało, że tak już musi być, że trzeba się z tym pogodzić, że prawdy nie ma co bronić, że „się nie opłaca”. Nie mówiąc o godnym uczczeniu pamięci zgładzonych na rosyjskiej ziemi Polaków.

Dziś obserwujemy ponownie z przerażeniem jak w kraju, który przyjął tysiąc pięćdziesiąt lat temu chrzest, zaprzecza się idei chrześcijańskiej. Zaprzecza się idei politycznej, moralnej i religijnej, która stanęła u początków naszej państwowości i pozwalała przez minione tysiąclecie tworzyć i trwać naszemu państwu. To, co widzimy na salach sejmowych, podczas demonstracji na ulicach, podczas wielu manifestacji pogardy wobec ludzi tworzących dziś wreszcie suwerenne władze państwa, ludzi mężnych i odważnych, gotowych poświęcić wiele dla ratowania państwa i dla obrony honoru Polski, to właśnie jest zaprzeczenie tych podstawowych dla naszego bytu idei. A w rezultacie – zaprzeczenie całej kulturze, która te idee stworzyła. Podczas wystąpienia ministra Antoniego Macierewicza w sejmie posłowie z opozycji ostentacyjnie się nudzili. Przez swoje niechlujne pozy, złośliwe uśmieszki, ziewanie, kiwanie się na krzesłach i wiele  innych oznak skrajnego lekceważenia demonstrowali pogardę dla państwa. To nie jest nawet manifestacja pogaństwa. Ten aktywny, przemyślany w każdym szczególe sprzeciw, jaki obserwujemy w Polsce wobec działań rządu, sejmu, prezydenta, dążących wszelkimi siłami do uporządkowania spraw państwa w myśl podstawowych zasad moralnych i politycznych, to wykwit postawy antychrześcijańskiej, antypolskiej, przeciwnej moralności, którą wyznajemy tu od dziesięciu stuleci.

To jest coś nowego, nieznanego wcześniej wśród Polaków na taką skalę, poza tą garstką – zawsze jednak tylko garstką – historycznych zdrajców, wyrachowanych apostatów, wcześniej czy później surowo napiętnowanych przez społeczność i w niesławie porzucających kraj.

Zdrada, odrzucenie lojalności, wyrzeczenie się zasad nie występują nigdy bez wyparcia się Boga. Żeby miały miejsce musi najpierw zostać zanegowane pierwsze przykazanie. Pierwsze i najważniejsze. „Nie będziesz miał Bogów cudzych przede Mną”.

Św. Kazimierz Królewicz

Św. Kazimierz Królewicz

 

Polacy byli w czasach Mieszka I gotowi do przyjęcia chrześcijaństwa, zasady polityczne i moralne, jakie ono przyniosło nie stały w sprzeczności z ich sposobem życia, z ich naturalnym stanem, naturalnymi odruchami, zwyczajami i tradycjami – wyłączając zasadę wielożeństwa. Polacy byli łagodni, gościnni, pozbawieni odruchu zemsty, zawsze gotowi do wybaczenia, nigdy nie zajmowali się podbojami, nie tolerowali niewolnictwa, dobrze traktowali jeńców. Dziś jest inaczej. Część Polaków odrzuca świadomie, aktywnie, z premedytacją zasady, jakie społeczność Polaków, wcześniej Słowian, od prehistorii wyznawała. Warto odpowiedzieć sobie na pytanie, skąd wzięli się ci ludzie? Co ich ukształtowało? Jaki proces odbył się w ich głowach, żeby – przecież w większości na pewno ochrzczeni – zaprezentowali się dziś jako rasowi barbarzyńcy, niszczciele. Jaka idea religijna, moralna, polityczna popchnęła ich w tym kierunku?

Adam Mickiewicz przewidywał, że zgodnie z logiką dziejów naszego kraju „Polska jest przeznaczona”, by wydać kiedyś ze swojego wnętrza – tak jak Izrael wydal Judasza – arcytyp zdrajcy politycznego. Zdrajcy, który będzie winien największej do pomyślenia zdrady dobra wspólnego, tkwiącego w dziejach tego państwa, zdrady motywowanej jedynie ciężkim uwikłaniem własnej duszy w ciemność. Te czasy dziś chyba właśnie nadeszły.

Widać dziś czym kończy się utrata czci Boga, pogarda dla Jego przykazań.

Pamiętając, jaki los spotkał Judasza, pamiętając o katastrofie, która spadła na Izrael po zamordowaniu Zbawiciela, wspominając Poranek Wielkanocny, nie trwóżmy się jednak, ale oczekujmy zwycięstwa. Jako katolicy jesteśmy realistami, nie marzycielami.

Jest jeszcze jeden sposób zaprzeczania prawdzie praktykowany dzisiaj (można go też nazwać klasycznym przykładem braku realizmu) – to specyficzna poprawność polityczna w niektórych mediach (nie, nie chodzi wcale o te wysługujące się PO, ale o te z nazwy katolickie, albo prawicowe, konserwatywne). Manifestuje się on na przykład w sposobie zadawania pytań politykom w najważniejszych dla państwa kwestiach – tak jakby chodziło o sianie pietruszki. Sposób przekazu zawsze zmienia przekaz, to jedna z fundamentalnych zasad manipulacji. Można dziś z łatwością, z katolicyzmem i prawicowością na ustach, wywracać rozumienie hierarchii spraw w państwie, można z łatwością dezinformować, demoralizować i anarchizować życie społeczne. Zamiast poważnych informacji, dojrzałych komentarzy – wśród objawów niezbędnej rewerencji wobec rządzących, która jest znakiem kultury europejskiej, czyli łacińskiej i chrześcijańskiej – zamiast wreszcie gruntownego dzieła porządkowania pojęć mamy do czynienia z bezładną paplaniną, która przynosi wrażenie miałkości, błahości, banalności wszystkiego, czym zajmują się dziś politycy Prawa i Sprawiedliwości, polski rząd, pan prezydent. Omijanie istoty rzeczy, ukazywanie zawsze spraw trzeciorzędnych jako głównych – oto metoda. W Ewangelii jest to także dobrze opisane jako sposób godzenia w prawdę. Tak manifestuje się brak realizmu, u innych zaś budzi się przyzwyczajenie, by absolutnie nie przejmować się sprawami kraju, nie solidaryzować się z władzami wybranymi przez większość, traktować je jako zaledwie przejściowych administratorów, a nie wypełniających misję polityczną, która dotyczy każdego Polaka. W efekcie – pogardzać racją stanu. Bujać w obłokach, pogrążać się w nierzeczywistości. Tak jest wygodniej. To nic nie kosztuje.

Ci, którzy aranżują taki obraz polityki prowadzonej przez obecne władze zapominają jednak, że ich działalność doskonale ujawnia ich intencje. Tak jak faryzeusze oskarżając nieustannie Jezusa, że jada z celnikami, że uzdrawia w szabat, że pozwala, by lekkomyślna kobieta wylewała na jego stopy bardzo kosztowny olejek, wyjawiali swoje ukryte intencje. W istocie nie mogli w żaden sposób pogodzić się z tym, że Jezus swoim nauczaniem i sposobem życia demaskuje ich hipokryzję. Byli przerażeni, że oto prawda o nich ukazuje się w całej swej okazałości, naga i szpetna. I o Nim – w nieodpartej potędze i sile. Że jest Ktoś, kto przynosi do ludzkich serc ład, wspaniały ład płynący z prawdy. Kto odpuszcza grzechy, kto ustanawia prawo miłości rozbijając wzniesione przez nich mury tysięcy formułek oddzielających definitywnie człowieka od Boga. Rozróżna i porządkuje, łagodnie i dogłębnie, wszystkie pojęcia.

„Jakiż to świat, niedobry świat. Dlaczego nie ma innego świata!” Tak, państwo, które istniało „tylko teoretycznie” ma dziś szansę, powracając znów do chrześcijańskich zasad, by stać się potęgą polityczną i moralną w Europie. To straszna perspektywa dla pewnej grupy ludzi. Nie małej, niestety. Ich intencje i oczekiwania wyraża dość dobrze werdykt Komisji zwanej Wenecką.

Michał Wiewiórski - Zimowy pejzaż

Michał Wiewiórski – Zimowy pejzaż

Pragnienie gwałtownej ucieczki ze świata, który nie niesie poczucia bezpieczeństwa – a nie niesie, skoro gdzieś zaniknęła wiedza, Kto jest jego Autorem, skąd wzięliśmy się tutaj i po co właściwie istniejemy, co jest naszym celem – może manifestować się na różne sposoby. U młodych dziewcząt manifestuje się często na przykład anoreksją (ucieczką od poczucia utraty bezpieczeństwa w wyimagonowaną „kontrolę nad sytuacją”). U innych, aktywnością w strukturach KOD-u (ucieczką w aktywizm przed subiektywnym poczuciem poniesionej klęski moralnej, albo wymyślonego przez media zagrożenia). To subiektywne poczucie zagrożenia jest bardzo łatwo dziś rozniecić, bowiem utracone zostało przez wielu Polaków poczucie wspólnoty i jej sens. Prezydent Andrzej Duda uczynił jednym z głównych zadań swojej prezydentury odbudowę wspólnoty Polaków, jakże dalekowzrocznie.

Według Adama Mickiewicza Rosję i Niemcy zbliżało zawsze, na wszystkich etapach historii, zamiłowanie do oderwanych idei. Polacy są realistami – w przeciwieństwie na przykład do Niemców, których państwo jest w tej chwili kompletnie wyizolowane w Europie, bo próbuje uprawiać demokrację bez opozycji, „nie widzi” tego, co naprawdę ważnego dzieje się w Polsce, nie wyciąga żadnych wniosków z tego, że Polska jest państwem, które nie składa się tylko z opcji lewicowej, ale że jest tu także obóz prawicowo-narodowy. „To jest właśnie typowy przykład braku realizmu. Dostrzegam dużo złej woli po stronie niemieckiej”, stwierdził niedawno prof. Zdzisław Krasnodębski, wymieniając w Polskim Radio te poważne błędy popełniane przez naszych sąsiadów.

Jan Matejko - Hołd carów Szujskich

Jan Matejko – Hołd carów Szujskich

Czy ów brak realizmu, zapytać można, to nie jest także rażący brak kryteriów w oparciu o które możemy rzeczywiście rozumieć naszą historię? Czy uskarżanie się na „brak demokracji” w Polsce przez różne mało poważne międzynarodowe i rodzime gremia oraz dziennikarzy z ustami pełnymi żenujących lewackich sloganów nie bierze się także – a może przede wszystkim – z niedostatku kryteriów, który nie pozwala ocenić sprawiedliwie przeszłości? A skoro nie rozumie się przeszłości nie można mieć pojęcia o własnej tożsamości. Kryteria oceny nie mogą abstrachować od uznania faktów podstawowych. Chrzest naszego państwa jest takim faktem podstawowym o największej historycznej doniosłości. I on do czegoś nas zobowiązuje, w myśleniu o nas samych, w działaniu, w wyznaczaniu celu.

Dlatego także powinniśmy – jako państwo – w dzisiejszej sytuacji postawić warunki wszystkim, których u nas gościmy. Twarde, poważne warunki; Polska nie jest miejscem na popisy publicznego błazeństwa. W Polsce nie powinniśmy z honorami przyjmować bałwochwalców. To nie może podobać się Panu Bogu, w imię którego przyjęliśmy chrzest. Musimy szanować siebie i naszą przeszłość.

Czy Polacy wychowani na Mickiewiczu, Słowackim, Sienkiewiczu muszą godzić się na popisy błazeństwa w Kościele? Na groteskowe udawanie, że nie obowiązują przykazania? Że nie ma grzechu? Że nie istnieje błąd innowierców? Że dogmaty wiary to już przeszłość? Że wszystko jest już od dawna sprowadzone do jednego poziomu, idealnie płaskie, „zdemokratyzowane”? Że ofiara Boga krzyżu to tylko taka przenośnia, albo wyraz „solidarności z człowiekiem”, który jest tak wielki i tak wspaniały, że Bóg chętnie przelewa za niego własną krew?

Nie możemy godzić się na taką kulturę. Nie możemy przyjąć bełkotu, w imię Tysiąclecia, jakiego jesteśmy spadkobiercami. Bojaźń Boża, respekt dla Pana Boga nie pozwala na to. Ktoś musi powiedzieć: „Król jest nagi”.

Święci polscy w roku Jubileuszu Chrztu Polski, potężni patronowie Polski upominają się – tak jak to się stało 4 marca tego roku na autostradzie w pobliżu Lewina Brzeskiego – o powagę w oddawaniu czci Bogu, o pamięć o pierwszym i najważniejszym Przykazaniu. O poszanowanie prawdy, w jej wymiarze religijnym, filozoficznym, historycznym.

„Nie będziesz krzywoprzysięgał  w imię moje i nie zbeszcześcisz imienia Boga twego. Ja Pan. Nie będziesz rzucał potwarzy na bliżniego twego ani go gwałtem nie uciśniesz; nie pozostanie zapłata najemnika twego u ciebie aż do rana. Nie będziesz złożeczył głuchemu ani przed ślepym nie będziesz kładł zwady, ale się bedziesz bał Pana, Boga twego, bom ja jest Pan. Nie będziesz czynił nieprawości ani niesprawiedliwie sądzić nie będziesz. Nie patrz na osobę ubogiego ani nie czcij oblicza możnego, sprawiedliwie sądź bliźniego twego. Nie będziesz potwarcą ani podszczuwaczem między ludem. Nie będziesz nastawał na krew bliźniego twego. Ja Pan. Nie miej w nienawiści brata twego w sercu twoim, ale go jawnie karć, abyś nie miał grzechu dla niego. Nie szukaj pomsty ani pamiętać będziesz krzywdy od sąsiadów twoich. Będziesz miłował przyjaciela twego, jak samego siebie. Ja Pan. Praw moich strzeżcie. Ja bowiem jestem Pan, Bóg wasz” (Kpł 19, 1-2, 11-19,25) (Z Lekcji na środę po Niedzieli Męki Pańskiej).

Chrzest Polski spowodował, że przestaliśmy być plemieniem. Zyskaliśmy państwowość, staliśmy się podmiotem polityki. Obrona państwa dziś, tak mocno zaatakowanego przez siły zewnętrzne i wewnętrzne, to obrona chrześcijaństwa w życiu tego państwa, bezkompromisowy powrót do zasad, od których nie ma odwołania.

„Dziś w Europie nie można mówić prawdy” – przemówienie Orbana

„Dziś w Europie nie można mówić prawdy” - CAŁE PRZEMÓWIENIE ORBANA - niezalezna.pl

foto: Ewa Stankiewicz/Gazeta Polska

Jak informowaliśmy w treści relacji z Wielkiego Wyjazdu na Węgry, przed Muzeum Narodowym (Nemzeti Múzeum) premier Viktor Orban wygłosił przemówienie. Polityk odniósł się krytycznie do polityki Unii Europejskiej wobec imigrantów.  W przemówieniu padły mocne słowa. Specjalnie dla czytelników portalu niezalezna.pl publikujemy pełną treść przemówienia premiera Węgier.

- Europa nie jest dziś wolna. Wolność zaczyna się od prawdy. Dziś w Europie nie można mówić prawdy. Dziś w Europie nie wolno mówić o tym, że mamy wędrówkę ludów, a nie napływ migrantów. Dziś nie można mówić, że mamy napływ innych społeczeństw, które nam zagrażają (…) zagrażają tradycji chrześcijańskiej. Ale dziś obywatele Europy budzą się i rozumieją, że ich przyszłość jest zagrożona – mówił premier Orban.

 W dalszej części przemówienia nawiązywał do polsko-węgierskiej przyjaźni.

- My Węgrzy i Polacy wiemy, że działać można tylko będąc odważnym – stwierdził Viktor Orban.

Poniżej publikujemy pełną treść przemówienia Viktora Orbana (pisownia oryginalna):

„Bądź pozdrowiona węgierska wolność, w dniu twych urodzin!”

Panie i Panowie! Rodacy! Węgrzy na całym świecie!

Z uszytą przez żonę kokardą na swoim sercu, z tomikiem poezji w kieszeni, z myślami o strasznych wrażeniach z rewolucji w głowie witał Sándor Petőfi 15 marca w swoim dzienniku. „Bądź pozdrowiona węgierska wolność, w dniu twych urodzin!” Dziś po 168 latach z radością i wiosennym optymizmem, z wielkimy nadziejami i podniesioną duszą świętujemy w całym Basenie Karpat. Od Beregszász po Szabadkę, od Rimaszombat po Kézdivásárhely. Każdy Węgier, z jednym sercem, jedną duszą, jedną wolą.

Węgierskie serca radują się również tym, że jak w decydujących bitwach powstania węgierskiego, obecnie też jest z nami legion polski. Witam rozentuzjazmowanych potomków generała Bema. Witamy przedstawicieli wielkiego narodu polskiego. Jak zawsze podczas wspólnej tysiącletniej historii,tak teraz też jesteśmy z Wami w walce, którą prowadzicie za wolność i niepodległość Waszej ojczyzny! Razem z Wami zawiadamiamy Brukselę: więcej szacunku dla Polaków, więcej szacunku dla Polski! Bóg Was tu przyprowadził! xxx polsko-węgierskiej wspólnoty losów, jest to, że 60 lat temu nasza druga chwalebna rewolucja w ’56 urodziła się pomiędzy pomnikiem Bema a placem Kossutha. Powstała z wielką siłą chwalebnych przodków i na wieczór wyrwała wielkiego generalissimus Sowjetów.

Szanowni Państwo! Szanowni Świętujący!

Węgier występuje w obronie swojej prawdy, kiedy trzeba. Jak musi, nawet walczy. Nie szuka bez powodu problemów. Wie, że lepiej zachować spokój, niż wyciągać szable. Dlatego, rzadko bierzemy się za rewolucję. Podczas 170 lat dwa razy tak postąpiliśmy. Mieliśmy powody. Czuliśmy, że nie wytrzymamy dalej. Europa zachowała nasze rewolucje z 1848 i 1956 wśród chwały świata.

Chwała bohaterom! Szacunek dla odważnych! Historycy zapisali rewolucję z 1918-19, ale nie na stronach chwalebnych, lecz w leksykonie o bolszewickim zamieszaniu z którego wybuchła rewolucja anty-węgierska dla celów i interesów obcych. My Węgrzy mamy dwie tradycje rewolucyjne. Jedna prowadzi od 1848, przez 1956 i zmiany ustroju do nowej Konstytucji i obecnego porządku konstytucyjnego. Druga wywodzi się od jakobinów, przez 1919 do komunizmu powojennego. Dzisiejszy porządek urządzili spadkobiercy rewolucji z 1848 i 1956.
Ta tradycja kieruje dzisiejszym światem polityki, gospodarką i życiem intelektualnym narodu. Równość przed prawem, odpowiedzialne ministerstwa, bank narodowy, wspólny podział obciążenia, wolność, odpowiedzialność, szacunek ludzkiej godności, zjednoczenie narodu. Bądźmy za to wdzięczni, że tak się stało. Soli Deo gloria!

Szanowni Państwo!

Nawet wyniosłość święta nie pozwala nam zapomnieć, że tradycja 1919 nadal żyje z nami, na szczęście już tylko osłabiona, ale jeszcze tu się snuje. Jeżeli nie dostanie wsparcia z zagranicy, to uschnie w węgierskiej ziemii, która nie przyjmuje internacjonalizmu. Tak jest dobrze.

Szanowni Państwo!

Porządny, wychowujący dzieci i pracujący obywatel raczej nie zostaje rewolucjonistą. Osoba myśląca i pewna siebie wie, że z zamieszania rzadko wynikają dobre rzeczy. Osoba pogodna i pragnąca rozwoju wie, że nie można na raz robić dwa kroki, bo się potknie o własne nogi. Jednak właśnie tacy mieszczanie z Pesztu zostali zwolennikami rewolucji i maszerowali w pierwszych rzędach, tuż za młodymi studentami.
To oni dali większość rewolucji i walk wolnościowych, za honor Węgrów zapłaciliśmy ich krwią. Każda rewolucja jest taka, jak ci, którzy ją robią. Naszą rewolucję robili porządni mieszczanie, oficerowie, prawnicy, pisarze, lekarze, inżynierowie, rzemieślnicy, chłopi i robotnicy o narodowych uczuciach.

Nie ma śladu nieudanych wizji nieudanych filozofów czy intelektualistów. Rewolucjoniści z 1848 z kamieni po zburzonym absolutyźmie nie chcieli zbudować świątyni nowej tyranii. Pieśni węgierskiej rewolucji nie pisano na ostrze gilotyny ani na struny szubienicy. Nasze pieśni nie śpiewa tłum linczujący, przemieniony w kata, poematy nie są poświęcone zemście ani krwi. Pełnym godności momentem rewolucji z 1848, kiedy znów rozkwitały rany węgierskiego narodu. Żądano uzyskanie i odzyskanie praw konstytucyjnych, zabranych narodowi.

Szanowni Państwo!

A wy co robicie? – pyta się Sándor Petőfi w ostatnim liście do Jánosa Aranya trzy tygodnie przed swoją śmiercią. Pyta się też nas. A wy co robicie? Co robicie z dziedzictwem? Czy Węgrzy są godni swego wielkiego imienia? Czy znacie prawo dawnych Węgrów, że to co czynicie, musicie mierzyć nie tylko miarą pożyteczności, lecz też miarą absolutu, ponieważ te czyny muszą zająć swoje miejsce w wieczności.

Szanowni Świętujący!

Dziedzictwo jest, Węgrzy żyją, Buda stoi. Jesteśmy kim byliśmy, będziemy kim jesteśmy. Znają nas, jesteśmy szanowani przez mądre narody. Zachowujemy dawne prawa. Czy odniesiemy sukces, czy powstanie niezależna, poszanowana na świecie ojczyzna, o którą walczyli w 1848, jeszcze nie wiemy. Wiemy, że gwiazdy Europy są chwiejne, więc czekają nas próby. Obecne czasy zadają nam pytanie, czy mamy być niewolnikami,czy wolni? Los Węgrów jest powiązany z narodami Europy, dziś żaden naród nie może być wolny, jeżeli Europa nie jest wolna. Europa jest bezsilna, jest jak więdnący kwiat zjadany przez tajne robactwo. 168 lat po wiośnie ludów, nasza wspólna ojczyzna, Europa, nie jest wolna.

Szanowni Świętujący!

Europa nie jest wolna, wolność zaczyna się wypowiedzeniem prawdy. Dziś w Europie zakazane jest powiedzieć prawdę. Kaganiec jest kagańcem, nawet z jedwabiu. Jest zakazane powiedzieć, że dziś nie przybywają uchodźcy, lecz Europie zagraża wędrówka ludów. Jest zakazane powiedzieć, że dziesięciomilionowe tłumy czekają w gotowości, żeby ruszyć w naszym kierunku. Jest zakazane powiedzieć, że migracja przynosi przestępstwo i terror do naszych krajów.

Jest zakazane powiedzieć, że tłumy innej cywilizacji są zagrożeniem dla naszego stylu życia, kultury, zwyczajów, tradycji chrześcijańskich. Jest zakazane powiedzieć, że ci co wcześniej przybyli zamiast integracji zbudowali własny świat, z własnymi prawami, ideami, które rozwierają tysiącletnie ramy Europy. Jest zakazane powiedzieć, że to nie łańcuch przypadkowych i nieumyślnych konsekwencji, lecz zaplanowana akcja, tłum ludzi prowadzonych na nas.

Jest zakazane powiedzieć, że w Brukseli dziś pracują nad tym, żeby jak najszybciej przywieźli i zasiedlili u nas obcych. Jest zakazane powiedzieć, że celem zasiedlenia jest przerysowanie wzorów religijnych i kulturalnych Europy i przebudowanie etnicznych podstaw, usuwając ostatnie bariery internacjonalizmu, czyli państwa narodowe. Jest zakazane powiedzieć, że Bruksela zabiera kawałki naszej narodowej suwerenności, że w Brukseli pracują nad planem Stanych Zjednoczonych Europy, do czego nikt, nigdy ich nie uprawnił. Dzisiejszy przeciwnicy wolności są inni niż dawni władcy, czy władcy systemu sowjeckiego. Innymi metodami zmuszają do poddania się. Dziś nie zamykają w więzieniach, nie zabierają do łagrów, nie okupują czołgami państwa przywiązane do własnej wolności. Dziś wystarczą ataki prasy światowej, stygmatyzacja, straszenie i szantaż. Czy raczej wystarzczyło. Do tej pory.
Narody Europy obudziły się, uporządkowują się i niedługo wstaną. Narody Europy zrozumiały, że chodzi o ich przyszłość. Nie tylko dobrobyt i wygodne życie, praca, ale nasze bezpieczeństwo i pokój jest zagrożony. Śpiące w dobrobycie narody Europy wreszcie zrozumiały, że zagrożone są zasady, na których Europa została zbudowana.
Europa to chrześcijaństwo, wspólne życie wolnych i niezależnych narodów, równouprawnienie kobiet i mężczyzn, wyścig fair, solidarność, honor, pokora, sprawiedliwość i miłosierdzie. To niebezpieczeństwo nie atakuje nas jak wojny i katastrofy nagle. Wędrówka ludów to cicha woda, która wytrwale rwie brzegi. Pokazuje się, jako sprawa humanitarna, lecz jej prawdziwa natura, to zajęcie przestrzeni. To co dla nich jest zajęciem przestrzeni, dla nas jest utratą przestrzeni.

Wojownicy praw człowieka czują potrzebę, aby nas pouczać i oskarżać. Ponoć jesteśmy wykluczający i wrodzy. Prawda jest taka, że nasza historia, to historia przyjmowań i łączenia kultur. Kto zgłaszał się jako nowy członek rodziny, sojusznik, czy przybysz uciekający aby przeżyć, tego wpuściliśmy i znalazł u nas nową ojczyznę. Kto przybył, aby zmienić nasz kraj, uformować nasz naród na własną modłę, kto przybył z agresją i wbrew naszej woli, zawsze spotkał sprzeciw.

Kto uratował prezydenta Adrzeja Dudę

4 marca 2016: groźny – choć na szczęście nie w skutkach – incydent samochodu Prezydenta Polski. W kalendarzu liturgicznym przypada tego dnia wspomnienie św. Kazimierza Królewicza (1458 -1484), syna Kazimierza Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki, księżniczki habsburskiej. Kto dziś pamięta, że św. Kazimierz jest jednym z historycznych patronów Polski i szczególnym orędownikiem tych, którzy poświęcają się służbie publicznej?

W tym dniu, jak można sądzić, w roku Jubileuszu Chrztu Polski, jeden z najbardziej czczonych i kochanych niegdyś świętych – znany zresztą także bardzo dobrze na Zachodzie Europy – zechciał Polakom przypomnieć o sobie. A ze sprawą bezpieczeństwa na polskich drogach miał on w swoim krótkim życiu wiele wspólnego.

Gdyby nie przytomność umysłu kierowcy, mówimy dziś… Gdyby nie ułamek sekundy…  W tym mikrokosmosie zdarzeń, które miały miejsce w czasie tak krótkim, że ledwo można zarejestrować sekwencje niektórych z nich, utrwalonych – przypadkiem? – na taśmie filmowej, musiało przydarzyć się coś niezwykłego.

Ale przecież czymś nieskończenie bardziej istotnym i nawet – bardziej realnym, bo dotykającym Rzeczywistości nieprzemijającej, niematerialnej  – jest codzienna modlitwa Polaków, która od czasu wyborów prezydenckich otacza Andrzeja Dudę. I modlitwa przed Bogiem polskich świętych za naszych rządzących. Św. Andrzej Bobola, męczennik, jest jednym z trzech głównych patronów Polski i patronem Andrzeja Dudy. Jego opieka, wstawiennictwo, moc ukazują się dziś w Polsce, tak jak w dniach jego beatyfikacji i kanonizacji, z niebywałą siłą.

Daniel Schultz - Św. Kazimierz Królewicz (obraz z kościoła św. Kazimierza w Krakowie)

Daniel Schultz – Św. Kazimierz Królewicz (obraz z kościoła św. Kazimierza w Krakowie)

Św. Kazimierz Królewicz to młody władca wielkiego formatu. Czczono go w dawnej Polsce nie tylko z powodu osobistej świętości i pobożności. Wyróżniał się jako sprawujący rządy. Ten świetnie wykształcony, pełen rozwagi i zmysłu państwowego, sprawiedliwy i szlachetny królewski syn w sprawach publicznych zajmował zawsze postawę bezkompromisową. Jest jednym z grona świętych politycznych, ludzi umiejących docenić rangę obowiązków stanu, wypełniających je z największą starannością. Pragnął, jak pisze prof. Koneczny „przystępować do polityki religijnie, według wskazań moralności katolickiej”. Mawiano, że życie jego powinno być uwiecznione nie tylko w żywotach świętych, ale w księdze historii. To on poprawił w Królestwie bezpieczeństwo na drogach – w czasie swojego krótkiego panowania w Koronie – położył kres rozbojom szerzącym się przy głównych traktach. Miał wtedy dwadzieścia trzy lata.

Kult świętego Kazimierza przetrwał w Polsce i na Litwie ponad trzysta lat. Pociągał zarówno ludzi prostych, jak przedstawicieli wyższych sfer.
― Dzisiaj wizerunek świętego Kazimierza kojarzy się przede wszystkim z cnotą czystości dziewiczej, pobożnością, opieką nad chorymi i ubogimi. W tamtych czasach (…) święty Kazimierz był przede wszystkim obrońcą, czcili jego waleczność  ― mówi Sigita Maslauskaitė-Mažylienė, historyk sztuki z Wilna, na łamach „Kuriera Wileńskiego” ― W Wielkim Księstwie Litewskim w XVII wieku o wstawiennictwo świętego Kazimierza proszono podczas zagrożenia, konfliktów zbrojnych czy epidemii dżumy.

― W ciągu wielu lat władze carskie świadomie likwidowały kult „bezkrwawego męczennika” – podkreśla autorka książki o historii wizerunku św. Kazimierza. – Czcić świętego Kazimierza zabraniano, ponieważ słynął z tego, że pomagał w walce z Rosjanami. Na przykład, kościół św. Kazimierza w Wilnie, w ramach represji carskich, został skonfiskowany katolikom, a po Powstaniu Styczniowym przebudowany na cerkiew. W 1917 roku świątynia została zwrócona dla wiernych, jednak już po II Wojnie Światowej została ponownie skonfiskowana. Tym razem przez władze sowieckie. W 1966 roku w kościele urządzono muzeum ateizmu z posągiem Lenina na miejscu głównego ołtarza. Tak pozostawało do roku 1988 – przypomina litewska historyk sztuki.

Wiele wskazuje na to, że doświadczyliśmy właśnie jego wstawiennictwa i jeden z podłych czynów, godzących w Głowę Państwa, który miał zostać popełniony na polskiej autostradzie, na terenie Śląska (z którym św. Kazimierz także jest silnie związany) został trzy dni temu przez Patrona Polski i Litwy udaremniony. Jako trzynastoletni chłopak Kazimierz przewodził wyprawie wojennej (prowadził dwunastotysięczną armię) przeciw pewnemu Korwinowi, by odwojować dla Rzeczpospolitej Śląsk. (Chodziło o Macieja Korwina, króla węgierskiego, który zamieniał w pustynię te bogate ziemie). Bo Kazimierz był młodzieńcem ambitnym, rwącym się do czynu. Największym pragnieniem jego życia była poprowadzenie polskiego rycerstwa na wyprawę krzyżową. Udaremniła je przedwczesna śmierć.

Nienawiść do sprawujących władzę

Przeciwnicy Polski tak chętnie, żeby strywializować historię naszego państwa, wprowadzają do publicystyki kategorie, które mają dezawuować wybitnych Polaków, którzy na naszej historii wywarli niezatarte piętno: „Polaka romantyka”, „Polaka głupka”, „Polaka odrealnionego”, „Polaka wyzutego z pragmatyzmu”. Stopniowo ironia ustępuje miejsca jawnemu potępieniu. Dziś powstaje kategoria nowa. Nazywa się takiego Polaka po prostu „obłąkanym” (por. książka P. Zychowicza Obłęd 44), albo „pełnym nienawiści”. Takiemu, zwłaszcza, gdy sprawuje on najwyższy urząd w państwie „należy się śmierć”, i to najlepiej „w męczarniach” – jak głoszą internetowe wpisy na stronie antyrządowej organizacji KOD. Szczególnie, gdy jest on nie tylko ważnym politykiem, ale prawdziwym przywódcą Polaków. Kimś takim bez wątpienia jest prezydent Andrzej Duda. Ludziom o zniewolonych umysłach podsunąć można dziś wyjątkowo łatwo wyobrażenie najniższych motywacji, jakie kierują rzekomo tymi Polakami, w których rękach spoczywa los państwa. Doprowadzono do perfekcji całe technologie medialne, które mają Polakom „obrzydzać” rządzących. Świadomość, że tak jest, i że nie mamy na to antidotum, choć bywa przygnębiająca, nie może osłabiać nadziei na odbudowę państwa.

Nie zapominajmy bowiem na czym polega siła Polski. Fenomen polskiego państwa Jagiellonów, prawdziwego imperium w sercu Europy schyłku średniowiecza i okresu renesansu, polegał właśnie na tym, że zbudowano potęgę polityczną w zasadzie bez użycia przemocy; zbudowano ją na wierze w Trójcę Świętą.

To jest dla dzisiejszej mentalności racjonalistycznej i utylitarnej oraz tej, która tropi wszędzie zło i spisek, trudne do wyobrażenia. Niemożliwe do przyjęcia. Tymczasem, jak mawiał ks. Piotr Skarga, spowiednik i kaznodzieja królewski, wielki misjonarz polskich Kresów: „Nie dlatego kochamy Ojczyznę naszą, Polskę, że nas żywi, ale dlatego, że jest postanowienia Bożego”.

Leon Wyczółkowski - Wawel

Leon Wyczółkowski – Wawel

Ludzie brudni szukają brudu. I znajdują wszędzie brud. Z tego bierze się moda na fikcyjną historię, wymyśloną niczym okrutna bajka, historyczny komiks, i na prostacką intrygę, na nierzeczywisty obraz wydarzeń w naszym kraju, zwłaszcza po wygranych przez Andrzeja Dudę i przez Prawo i Sprawiedliwość wyborach. Ta ponura moda trafiająca do ludzi słabo wykształconych traktuje motywacje sumienia u sprawujących władzę jako coś nie do pomyślenia. Tak zawsze reagował motłoch podburzany przez zaborców, albo przez siły rewolucyjne – przeciwko „panom”, przeciwko rządzącym. Wyobraźnia motłochu szalała, podsycana przez zręcznych mącicieli umysłów, chłonęła jak gąbka najbardziej niestworzone scenariusze. Im bardziej wariacka była interpretacja czynów tych, których zamierzano zdezawuować, tym bardziej podniecała, tym łatwiej się szerzyła. Dziś mamy do czynienia z tym samym zjawiskiem. W myśleniu rewolucyjnym przyjmuje się jako zasadę, że religijne czy etyczne, czyli „wyższe” motywacje ludzi na wysokich stanowiskach państwowych – czy kogokolwiek wyżej w hierarchii – muszą być zawsze fikcją, bo w tych sferach króluje obłuda. Dlatego będą oni w oczach motłochu zawsze gorszym gatunkiem ludzi, zasługujących na karę, na potępienie. Przypisuje im się motywacje oparte jedynie o grę namiętności, o prymitywne instynkty. Grzebie się w życiorysach, by wykryć patologie w rodzinie, węszy się choroby, dewiacje, ułomności. Tak postępują ludzie, których z Polską nie łączy nic, którzy nie znają i nie rozumieją polskiej historii, dla których „polskość to nienormalność’, albo poważne zagrożenie. Takie podejście znakomicie współgra z neomarksistowskim rozumieniem rzeczywistości, z myśleniem Gramsciego, z teorią krytyczną Horkheimera i Adorno, szeroko rozpowszechnianą w kręgach nowej lewicy, podchwyconą i celebrowaną przez większość mediów.

Tego rodzaju założenia odrzucają elementarną logikę, jaką przyjmuje w Polsce człowiek wierzący – zmysł katolicki, sensus catholicus. Tymczasem, bez kryteriów katolickich nie jesteśmy w stanie zinterpretować historii Polski, ani zrozumieć sensu wydarzeń współczesnych. Także tego ostatniego,  dziś jeszcze niewyjaśnionego wydarzenia na autostradzie A4 w pobliżu Lewina Brzeskiego.

Dlaczego zginął św. Andrzej Bobola?

Dlaczego został zamordowany w tak bestialski sposób? Skąd tak nieprawdopodobny szał nienawiści wobec człowieka, który szedł piechotą od wioski do wioski po poleskich błotnistych drogach, utrudzony ponad wszelkie wyobrażenie, nieuzbrojony, przyobleczony w czarną sutannę, szarą od kurzu, i niestrudzenie nawracał?

Kamila Chojnacka - Św. Andrzej Bobola, Patron Polski (obraz wspólczesny z kaplicy FSSPX w Zaczerniu)

Kamila Chojnacka – Św. Andrzej Bobola, Patron Polski (obraz współczesny z kaplicy FSSPX w Zaczerniu)

Nawracał na wiarę w Chrystusa wolną od błędu schizmy, wolną od zależności od świeckiego władcy. Nawracał całe wioski i miasteczka – nieraz w ciągu jednego dnia. Słowa o Chrystusie wypowiadane „z niewysłowioną słodyczą”, jak pisze prof. Koneczny, trafiały do umysłu prostych, pozbawionych pychy ludzi. To nie były ucieszne przedstawienia, scenki, rozrywka dla pospólstwa, prowokacje artystyczne, którą posługuje się dziś tak często świat modernistyczny – każąc na przykład zjadać Pismo Święte, by wypełnić nim żołądek, jak to się dzieje podczas religijnych happeningów dla młodzieży. Nauki św. Andrzeja Boboli przysparzały mu wszędzie prawdziwych przyjaciół. Owocowały wiarą w Trójcę Świętą.

Prawosławni byli przerażeni. Religią państwową nie udawało się nikogo uwieść, ale prostych ludzi można było łatwo zastraszyć i przekupić, by przeciągnąć ich do Cerkwii. Święty Andrzej Bobola, misjonarz czasów kontrreformacji, gdy społeczność katolicka Rzeczypospolitej zagrożona była zarówno przez schizmę, jak i protestantyzm (arianizm i kalwinizm rozpowszechniony wśród społecznych elit), był jednym z tych wielkich polskich jezuitów, którzy odwojowali dla Kościoła Kresy. Niewątpliwie najwybitniejszym.

To ten nieustraszony żołnierz Chrystusa, był autorem ślubów króla Jana Kazimierza w katedrze lwowskiej. Przekonanie, że władza królewska nad Rzecząpospolitą powinna należeć w pierwszym rzędzie do Matki Boga, Maryi Niepokalanej, że trzeba podzielić się z Nią swoim monarszym tytułem, na chwałę Boga i dla dobra ludu, ściągnęło na św. Andrzeja Bobolę furię szatana.

Dziś św. Andrzej Bobola przez swoich niektórych wpływowych współbraci z Polski określany jest mianem „świętego ekumenicznego”. Nie widzą absurdu w tym określeniu. Nie jest im w stanie przejść przez usta prawda o przyczynie jego męczeństwa. Że został zabity i torturowany za prawdę.

„Wiarę świętą chrześcijańską, powszechną, mocno i statecznie trzymaj”

Tak pisał hetman Stefan Żółkiewski do syna w swym testamencie. „Dla niej krwi rozlać i żywota położyć nie żałuj. Odpłata u Pana Boga za to, kto dobrą chęcią, dobrym sercem służy Rzeczypospolitej.… I poganie rozumieli, że śmierć dla ojczyzny słodka, nuż jeszcze dla wiary świętej trafi się okazja położyć żywot – i u ludzi sławna i u Boga odpłatna”. Został po hetmanie Żółkiewskim pierścień z napisem: mancypium Mariae… Miał szczególne nabożeństwo do Najświętszej Marii Panny i do świętych patronów polskich. W jednej z bitew z Tatarami (pod Udyczem) dał wojsku hasło: Boga Rodzica, a w bitwie pod Smoleńskiem: Św. Kazimierz.

Kiedy mu gratulowano wielkiego zwycięstwa pod Kłuszynem, odparł: moje zasługi w tym bardzo małe. Mdłymi ramiony tak wielkiego ciężaru nie podobna podźwignąć. Cudownej, miłościwej łasce Bożej wszystko ma być poczytane. Miewał zawsze żołnierzy mniej – i znacznie mniej – niż nieprzyjaciel. Mawiał też wtedy do żołnierzy: o mocy nieprzyjacielskiej też wiem, ale mocniejszy na niebie Bóg” (Feliks Koneczny, Święci w dziejach narodu polskiego).

Raz jeszcze powróćmy do św. Kazimierza i do faktu, że prezydentowi Polski nic się nie stało podczas niebezpiecznego wypadku w dniu, w którym

św. Kazimierz Królewicz - Statua  na frontonie kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej w Józefowie  (fot. Paweł Kula)

św. Kazimierz Królewicz – Statua na frontonie kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej w Józefowie (fot. Paweł Kula)

Kościół obchodzi jego wspomnienie. Syn Kazimierza Jagiellończyka wychowany na Wawelu przez ks. Jana Długosza – a kształcony w dyscyplinach świeckich także przez włoskiego humanistę Fillipo Buonaccorsiego – Kallimacha (który nota bene zachwycony był jego zdolnościami, głównie talentem wymowy), był wzorem chrześcijańskich cnót: roztropności, czystości i miłosierdzia, jak czytamy w Mszale rzymskim. Gorliwie czcił Matkę Bożą. Zmarł w wieku 26 lat 4 marca 1484 roku; jego kult zaczął się szerzyć niezwykle szybko w Polsce i na Litwie; już przy jego trumnie wydarzyło się weiele cudów. Gdy z okazji jego kanonizacji (w 1602 r.) otwarto grób w katedrze wileńskiej, znaleziono całkowicie nienaruszone ciało Kazimierza, mimo, że wilgotność w podziemiach była tak wielka, że cegły pokrywały krople wody. Było to po 118 latach od jego śmierci. W trumnie, u wezgłowia znaleziono spisany na pergaminie ulubiony jego hymn Omni die dic Mariae (Każdego dnia sław Maryję). Rycerze Polski i Litwy zaświadczali, że podczas wojny litewsko-moskiewskiej, gdy ruszyli z odsieczą ku Połockowi, św. Kazimierz ukazał się na chmurze i wskazał bród umożliwiający szybkie i bezpieczne przejście przez Dźwinę. Umiał nawet po śmierci dbać o wskazywanie tej właściwej, bezpiecznej drogi. Dlatego przez setki lat uznawany był za jednego z głównych patronów Polski i Litwy.

I jeszcze taki wymowny w dzisiejszym kontekście szczegół. Przez prawie dwa lata (1481-83) Kazimierz był namiestnikiem ojca w królestwie. Przysługiwał mu tytuł secundogentis Regis Poloniae;  jego rezydencja znajdowała się w Radomiu (jest patronem tego miasta). Jego roztropna postawa w czasie tych niedługich rządów przyniosła poddanym wzrost poczucia bezpieczeństwa, także dlatego, że zaangażował się w uporządkowanie zawikłanych spraw prawnych. Brał osobisty udział w sprawowaniu władzy sądowniczej, co było niebagatelną zaletą wobec licznych zaległości w rozstrzyganiu spraw przez sąd królewski. Czy nie powinien być więc uważany także za szczególnego patrona tych osób publicznych w państwie, które dążą do uporządkowania statusu prawnego instytucji tak skompromitowanej jak Trybunał Konstytucyjny?

Czego wymaga od nas Bóg? Bóg wymaga, by wierzyć w Niego i kochać Go. Miłość jest nie oddzielna od wiary. Miłość jest trudna.

„Będziesz miłował Boga! – mówi bowiem Bóg do człowieka – nie przez jakiś czas, ale zawsze, w każdej chwili; od dojścia do rozumu, aż do ostatniego tchu życia. Ta miłość będzie stałym, ciągłym usposobieniem twojego serca” (o. N. Grou).

„Będziesz miłował Boga tak, jak Go miłował człowiek w stanie niewinności, jak Go miłować powinien przez łaskę chrztu świętego, to jest miłością wlaną, a zatem nadprzyrodzoną, i starać się będziesz o zachowanie łaski uświęcającej, do której ta miłość jest przywiązana… Bóg wszystkim daje swą łaskę, a z łaską i miłość; jeżeli człowiek, doszedłszy do rozumu, nie ma jednej i drugiej, to zawsze jest w tym jego własna wina.”

Michał Wiewiórski - Dęby w Rogalinie

Michał Wiewiórski – Dęby w Rogalinie

Bohaterowie polskiej historii, dobrzy i mądrzy władcy, święci i męczennicy mówią nam jednak, że miłość Boga jest możliwa i że przynosi szczęście. Szczęście osobiste człowiekowi, jakiego nie zna i znać nie może świat. I szczęście narodom, które rządzone są przez ludzi kochających Boga. „Spoglądając na siebie, powinniśmy mówić: Nic nie mogę. Spoglądając na Boga, który będzie naszym Kierownikiem i Podporą, mówimy: Wszystko mogę przy Jego łasce i wszystkiego dokażę”.

Pan Bóg działa w każdym

Z ks. Bogusławem Jaworowskim, misjonarzem Świętej Rodziny, rozmawia Karolina Goździewska

W jakiej kondycji duchowej są Polacy?

– Doświadczenie duszpasterskie pokazuje, że wiele osób deklarujących się jako wierzący katolicy pogubiło się w rozumieniu, co to jest chrześcijaństwo. Uznają, że Bóg jest, ale nie idzie za tym jakaś głębsza refleksja. Wiarę sprowadzają do rytuałów i obrzędów. Wielu odeszło od życia sakramentalnego, co wynika z braku jego zrozumienia i lekceważenia. Zatracili to, co stanowi fenomen chrześcijaństwa. Zatracili to, co zachwycało pierwszych chrześcijan – „Bóg jest i ma dla mnie cudowny plan życia wiecznego”, a moje życie ziemskie jest tylko po to, bym mógł osiągnąć udział w Jego wiecznym życiu na zawsze. Świadomość, że Bóg stworzył rodzaj ludzki, a więc i mnie, tylko po to, by mi dać udział w swoim Boskim życiu, sprawiała, że pierwsi chrześcijanie temu pragnieniu podporządkowywali całe swoje życie. Chrześcijaństwo było stylem ich życia i je wypełniało.

Co zatraciliśmy?

– To, co stanowi fenomen chrześcijaństwa – wizję świata objawioną przez Boga. Chrześcijanie zrozumieli, że do Boga Stwórcy można dojść przez rozum, natomiast samym rozumem nie dojdzie się do celowości, a więc w jakim celu Bóg stworzył świat i rodzaj ludzki. Ponadto samym rozumem nie dojdzie się do ojcowskiego serca. Te prawdy otrzymaliśmy z objawienia. To Bóg objawia się jako kochający Ojciec i nadaje sens całej egzystencji zarówno świata, jak i człowieka. Świat, w którym żyjemy, niestety to zatracił. Cywilizacja zdominowana przez „materialistów” lansuje styl życia konsumpcyjno-hedonistyczny, żyje tak, jakby Bóg nie istniał. Powszechne jest przekonanie, że to jest dla mnie dobre, co jest przyjemne. Bóg jednak istnieje i co pewien czas ludziom o tym przypomina, lecz nie wszyscy chcą Go usłyszeć.

Jak wrócić do istoty wiary?

– Budując fundament życia na Bogu, mieć czas na wspólną rodzinną modlitwę. W USA i Kanadzie są domy, w których powstały kaplice, gdzie rodzina wspólnie się modli. Poznałem takie rodziny, w których 17-letnia córka patrzy z zachwytem na tatę i mówi, że chce mieć takiego męża jak on, a 24-letni syn przygarnia ramionami ojca i mówi: „Tato, dziękuję ci za takie wychowanie”. Trzeba chrześcijaństwem żyć, rozumieć i kochać po chrześcijańsku. Żyć tak, by druga osoba była ze mną szczęśliwa, a nie z ciągłymi roszczeniami, rób wszystko, by mi było z tobą miło i fajnie. „Fajnie” to może być w kinie i na dyskotece, w życiu trzeba kochać. Wydaje się, że większość ludzi odczuwa w sercu ideał miłości, ale zamiast wrócić do Źródła, chce zmienić drugą osobę, swojego współmałżonka. Tymczasem to siebie trzeba zmienić, swój sposób myślenia. W Nowym Testamencie nazywamy to metanoją, zwróceniem się do Boga i przewartościowaniem świata. Życie tym, co zostało mi dane przez Boga, cieszenie się z realizacji życiowego powołania jako mąż, żona, siostra, brat czy marynarz.

Ale tego człowiek uczy się od najmłodszych lat.

– Dlatego będzie to bardzo trudne. Ludzie są bardzo poranieni. Brakuje wzorców. Jest ogromna liczba dzieci, które nie widzą w domu ojca wyznającego miłość matce. A dla dziecka nie ma nic piękniejszego niż widok rodziców wyznających sobie miłość, a właśnie to jest najcenniejsze, co mogą dać swoim dzieciom. Okazuje się, że w takich rodzinach dzieci rozwijają się dobrze, nie ma dziwnych „neurotycznych zespołów”. Jakieś problemy zawsze będą, ale nie takie jak dziś katastroficznie poranione dziecięce serce wołające do świata: „Pomóżcie, błagam, pomóżcie!!!”.

Braki to skutek deficytu miłości?

– Może nie zawsze, ale najczęściej. Dzisiaj ludzie boją się słowa „miłość”. Dzisiaj w świeckich mediach stwierdzenia „miłość rodzicielska”, „macierzyńska” czy „ojcowska” prawie nie istnieją. Jest natomiast nowomowa: więzi, relacje, uczucia itp. Tym zastępuje się miłość rodzicielską.

Czym jest miłość?

– Nieustannym pragnieniem dobra i szczęścia dla tego, kogo kocham, bezinteresownym dawaniem siebie drugiemu. Poświęceniem siebie i czasu dla dobra drugiego człowieka. Forma wyrazu miłości zawsze zależy jednak od relacji. Tę samą miłość w inny sposób okazuje się matce, ojcu, dziecku, mężowi, a w inny koledze męża. Ponieważ nie można w taki sam sposób okazywać miłości żonie i jej koleżance.

W miłości nie ma lęku. A dziś wśród Polaków widać wiele obaw. Niebezpodstawnie Jan Paweł II tuż po wyborze prosił, byśmy się nie lękali.

– W przestrzeni publicznej doświadczamy dużo agresji. Do absurdu rozbudzona została strona konsumpcyjna człowieka. Chciwość jako jedna z najbardziej wrednych namiętności zdominowała życie społeczne. Już nie tylko korporacje wyniszczają ludzi, dorabiając się fortun na krzywdzie ludzkiej, na cierpieniu czy niewolniczej pracy. To przekłada się na życie rodzinne. Do granic absurdu rozbudzona jest też pycha – chora miłość własna. To rodzi chorą rywalizację i nieustanną zazdrość. Doświadczamy tego w miejscach pracy, gdzie ludzie potrafią robić sobie bardzo brzydkie rzeczy. Ujawnia się to zwłaszcza w walce o stanowiska. Ludzie skarżą się na dwulicowość.

Jest na to antidotum?

– Promowanie dobrego, uczciwego, chrześcijańskiego wzorca życia od najmłodszych lat. Człowiek wzrasta i uczy się kochać, obserwując wzorzec miłości. Jeżeli dziecko od małego nie ma obowiązków, nie ma świadomości, że musi się dzielić i pomagać drugiemu człowiekowi, jeżeli tylko konsumuje, to na pewnym etapie ta konsumpcja go zdominuje, aż w końcu nie będzie miał nad nią żadnej kontroli.

Zna Ojciec przypadki, kiedy jednak udało się ludziom wyjść z tego błędnego koła?

– Oczywiście, ale to się dokonuje pod wpływem bodźców zewnętrznych. Często są to krzyż, cierpienie. Nieraz jest to spotkanie ciekawych ludzi. Zapala wówczas jakaś fascynacja, pojawia się myśl: „Przecież ja też tak bym mógł”. Mam takich przyjaciół, którzy zostali wyciągnięci z różnego rodzaju dziadostwa, oddając życie na służbę Panu Bogu.

Pan Bóg działa w każdym. On kocha nas bardziej niż nasze matki. Chce naszego zbawienia i dlatego sobie nie odpuszcza człowieka. Każdego, nawet największego grzesznika Bóg kocha i jeżeli będzie mógł, to posłuży się różnymi sytuacjami, by do niego dotrzeć.

Bóg daje nam jednak wolną wolę…

– Tak, ale szanując wolną wolę, podsuwa takie sytuacje, że człowiek zaczyna widzieć więcej. Niekiedy czuje bezsens wszystkiego, co robił, jakąś studnię, przepaść i wówczas rozpoczyna się intensywna walka duchowa. W pewnym momencie chce coś zmienić na lepsze. Niekiedy pojawia się także inny głos, który może prowadzić do całkowitej autodestrukcji, aż do śmierci włącznie. Niektórzy zatracają wtedy elementarne poczucie pragnienia życia, unicestwiają siebie, prowadząc do samobójstwa w różny sposób, a inni walcząc, próbują coś z tym zrobić, pokonują to i zwyciężają.

Walka duchowa to realna walka tu i teraz?

– Jesteśmy na froncie. Ta walka dokonuje się każdego dnia w naszym sercu. Żyjemy na przecięciu czterech światów – świata ducha i materii i świata dobra i zła. One się krzyżują w naszym sercu jak krzyż. Na mocy stworzenia żyje w nas zwierzę – ożywiona materia, i żyje w nas „anioł”, duch, którego otrzymaliśmy przez tchnienie Boga. Drugi podział do serca człowieka wprowadził grzech, są to świat dobra i świat zła, i to przecięło się jak krzyż. Żyjemy na przecięciu tego krzyża, w środku tej cienkiej granicy. To my naszą wolną wolą decydujemy, czy bardziej żyjemy w ciele, czy idziemy w stronę ducha, czy bardziej spełniamy uczynki ciemności, czy uczynki światła.

Walka często wiąże się z krzyżem, ale Jezus mówi: „Brzemię moje jest lekkie”. Z Bogiem można cierpieć z radością?

– Spotkałem ludzi cierpiących, ale szczęśliwych. Wszystko zależy, co nadaje sens naszemu życiu. Jeżeli Słowo Boże staje się treścią życia, to wtedy wszystko wygląda inaczej, nawet krzyż dźwigany razem z Chrystusem. Ponad 20 lat temu matka opowiedziała mi o śmierci swojego 9-letniego synka. Umarł na białaczkę. Informacja o chorobie początkowo wywołała w niej bunt przeciwko Panu Bogu. „Proszę ojca, był taki moment, że przytulona do krzyża zrozumiałam, że Matka Boża też patrzyła na śmierć swego Syna. Przecież Ona mnie przyjęła do swojego Serca, kiedy umierał Jej Syn. On prosił Ją, by była moją Matką. Wówczas powiedziałam: ’Matuchno, przecież Ty najlepiej rozumiesz moje serce. Pomóż mi, bym mogła przez to przejść i przygotować moje dziecko na spotkanie z Twoim Synem’” – opowiadała. Dzieliła się, że od tego momentu jakiś dziwny pokój wstąpił w jej serce. Zaczęła przygotowywać syna na śmierć, czytając Pismo Święte, żywoty świętych. Od tego czasu mały zaczął bardzo szybko dojrzewać. Zadawał bardzo głębokie pytania, jak np. „A dlaczego ja, mamusiu?”. Bardzo bolały.

Wśród czytanych treści znalazła się informacja, że jeżeli człowiek kochający Pana Boga odda Panu Jezusowi moment swojej śmierci w intencji zbawienia innych ludzi, to po taką duszę wychodzi cały orszak niebieski – Pan Jezus, Matka Najświętsza i Aniołowie. Chłopczyk oddał Panu Jezusowi swoją śmierć. Gdy umierał, obudził czuwającą przy łóżku matkę. Jego twarz i oczy jaśniały nieziemskim blaskiem. „Mamuniu, Oni idą. Tak jak czytałaś: Pan Jezus, Matka Najświętsza, Aniołowie. Mamuniu, ty Ich nie widzisz, Oni tu są. Mamusiu, jaką Ona ma cudowną suknię, idę do Nich. Wyciągnął rączki i zmarł”.

Kobieta kilka tygodni po śmierci syna pomimo cierpienia była szczęśliwa, bo wiedziała, w czyich rękach jest jej dziecko. Podkreślała, że dla niej była to wielka łaska, że mogła widzieć taką śmierć dziecka. Jako matka widziała śmierć dziecka w świetle wiary. Poznała sens krzyża, a jak poznamy sens czegoś, to wszystko inaczej smakuje.

Gdy cierpimy, trudno nam jednak dostrzec sens bólu.

– Pan Bóg czasem przemawia przez krzyż i cierpienie, ratując człowieka. Cierpienie niekoniecznie dotyka wielkich grzeszników. My się dopiero kiedyś dowiemy, jakie miało ono znaczenie. Czasem inni potrzebują naszego cierpienia, by zmienić swoje życie, by szukać odpowiedzi na najgłębsze, egzystencjalne pytania. Świat może się odmienić tylko przez działanie Ducha Świętego. Wiara chrześcijańska jest rozumna, kiedy człowiek rozumie, zaczyna funkcjonować inaczej. Nie idziemy za uczuciami, bo te prowadzą do błędów, które mogą być katastrofalne.

Dzisiaj media lansują model życia oparty na uczuciach i emocjach, ale w życiu nie chodzi o miło i fajnie, ale o głębsze zrozumienie siebie i swojego ostatecznego celu.

Ojciec jako młody człowiek też miał światowe priorytety. Co pomogło Ojcu wrócić na Boże drogi?

– Pan Bóg i modlitwa bliskich, zrozumienie czegoś więcej przyszło nagle. Jako ludzie jesteśmy niewolnikami niektórych swoich pragnień, które są w sercu jak pasożyty. W pewnym momencie spotkałem siostrę zakonną, która prosiła: „Módl się, by Pan Bóg zabrał z twojego serca wszystkie pragnienia, które nie pochodzą od Niego. Realizując te, które zostaną, będziesz wypełniał wolę Bożą – Boże pragnienia”. Staram się to robić do dzisiaj.

Młodym dziś nie zawsze jest po drodze z Panem Bogiem. Jak to zmienić?

– Problem jest zawsze w wychowaniu. Człowiek musi sam wybrać Boga, przewartościować swoje życie. Jeśli w domu była wiara, to jest bardzo duża szansa, że po młodzieńczych emocjach wybierze jako dobro wiarę, którą rodzice mu przekazali. Zdarza się jednak, że młodzi ludzie zawierają małżeństwo, postanawiają ze sobą spędzić życie, ale nie mają nic wspólnego z chrześcijaństwem. Są ochrzczeni, ale wartości chrześcijańskie pozostają dla nich martwe. W pewnym momencie jednak jedno z nich doznaje nawrócenia i zaczyna wprowadzać nowe normy do umowy małżeńskiej. Drugi człowiek, który nie ma nic wspólnego z Kościołem, nagle ma zburzony cały porządek życia. A osoba nawrócona chce go wziąć pod sztancę wiary, a on jest na całkowicie innym poziomie. Tego nie da się przeskoczyć, jeśli on nie przejdzie procesu dojrzewania jak ta osoba, która się nawróciła. Dlatego nieraz trzeba wyhamować. Ten człowiek potrzebuje czasu, trzeba go omodlić. I tak samo jest z dziećmi, gdy od początku nie są prowadzone, tak jak powinny być.

I co tym nawróconym matkom czy ojcom radzić?

– Jeżeli staną w prawdzie, wtedy Pan Bóg może bardzo wiele zrobić. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć dorosłym już dzieciom: „Ja ci, dziecko, nie przekazałam wiary, to moja wina, ale ja tego nie rozumiałam. Teraz to rozumiem”. Czasem taka uczciwość pomaga. Trzeba błogosławić dzieci, modlić się za nie. Oczywiście od młodszych rodzice mają prawo wymagać modlitwy i uczestnictwa w Eucharystii.

Dziękuję za rozmowę.

Karolina Goździewska

Za: Nasz Dziennik, 16 lutego 2016