OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Artykuły i Komentarze

Czy tatuaże są dozwolone?

Uzależnienie od tatuażu nie jest nowym zjawiskiem w historii ludzkości. Oszpecanie własnego ciała było spotykane w wielu prymitywnych społecznościach jako znak męstwa, osiągnięć, jako prawdziwy znak honoru.

Czy jednak współczesna praktyka stosowania tatuaży jest możliwa do porównania?

Tatuaże podlegają pod pojęcie samookaleczenia. Samookalecznie jest oczywiście dopuszczalne wtedy, gdy dokonywane jest dla dobra całego ciała, zgodnie z zasadą całości, oznaczającą iż część istnieje dla całości. To zdroworozsądkowe zrozumienie podkreślone zostaje słowami Naszego Pana:

” Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła.”

(Mt. 5, 29)

W związku z tym, nikt nie podważa możliwości poddania organów czy ciała okaleczeniu, zniekształcaniu zewnętrznego wyglądu, będących skutkiem leczenia poważnej lub zagrażającej życiu chorobie, na przykład nowotworu. Jednakże tatuaże są zniekształcaniem ciała skierowanym nie dla jakiegokolwiek dobra, czy to dla dobra ciała czy też duszy. Czy dopuszczalne jest zatem przeprowadzenie takiej kosmetycznej deformacji bez jakiegokolwiek obiektywnego celu, jedynie z tego powodu, iż ktoś po prostu chce tego dokonać?

Moralność zależy od władzy człowieka nad swoim ciałem. Zgodnie ze współczesnym myśleniem, człowiek ma absolutną władzę nad swoim ciałem i może czynić z nim wszystko czego sobie zażyczy. Nie jest to jednak nauczanie Kościoła, gdyż aczkolwiek rozporządzamy naszym ciałem, to należy ono do Wszechmogącego Boga. Nasze panowanie nad naszym ciałem jest ograniczone do używania go do celów, dla jakich zostało stworzone. Było to przedmiotem wyraźnego nauczania papieża Piusa XI, który w encyklice dotyczącej małżeństw chrześcijańskich, potępił samookaleczenie sterylizacji:

Jest to zresztą nauką chrześcijańską i także wynikiem ludzkiego rozumowania, że poszczególny człowiek częściami swego ciała tylko do tych celów rozporządza, do których przez przyrodę są przeznaczone. Nie można ich niszczyć lub kaleczyć lub w jaki inny sposób udaremniać naturalnego ich przeznaczenia, chyba że tego wymaga zdrowie ciała całego.

Casti Connubii – Encyklika Piusa XI

Na zarzuty mówiące, iż tatuaże nie powodują szkody w funkcjonowaniu ciała, należy odpowiedzieć, że każde działanie człowieka musi mieć swój cel opierający się moralności. Nie ma czegoś takiego jak czyn moralnie obojętny. Czyn, który nie jest dobry, jest z konieczności zły. Jeśli nie ma celu w robieniu tatuażu, to mamy do czynienia co najmniej z próżnością, brakiem respektu dla człowieka, żądzą przyciągnięcia ku sobie uwagi lub zaszokowania innych. Ale w każdym z tych przypadków mamy do czynienia z nieuporządkowanymi motywami. Jeśli tatuaż nie jest szlachetny bądź umiarkowany, to jest zły, gorszący i grzeszny. Ten grzech może być powszedni, jeśli tatuaż nie atakuje Boga lub religii, lub nie jest niemoralny w swojej symbolice i jeśli dokonany został w akcie próżności, sam przez się jest powszednim nieuporządkowaniem. Może jednak być grzechem śmiertelnym, jeśli tatuaż jest bluźnierczy lub zaprzeczający religii, lub zastosowany jako bezpośredni atak na Boską władzę nad ciałem człowieka.

Czasami podnoszone są zarzuty, iż nawet żarliwi katolicy mają tatuaże z symbolami krzyży czy innymi symbolami świętymi. W takich przypadkach tatuaż może być wyrażeniem wiary i zewnętrznym zademonstrowaniem świętości ciała, konsekrowanego Wszechmogącemu Bogu poprzez chrzest. Czytamy więc, że św. Jane Frances Fremiot de Chantal wycięła na swojej klatce piersiowej gorącym żelazem święte imię Jezusa Chrystusa. Jednak jest to nadzwyczajna inspiracja świętej. W naszych czasach, najczęściej te symbole są zastosowane jako forma przedrzeźniania i są bardziej symbolem desakralizacji tej świątyni Boga, którą jesteśmy, niż w celu przeciwnym. Odnoszą się najczęściej do subkultury – ateistycznej a czasem pogańskiej. Zniżają one człowieka do poziomu zwierzęcia i mają czysto utylitarne znaczenia.

W tym właśnie tkwi prawdziwe moralne podłoże tatuaży. Stosowane są one w duchu rebelii i generalnie przedstawiają jeden lub więcej aspekt tej rebelii, czasem nieczystej, ordynarnej, brutalnej, wstrętnej, przerażającej, odrażającej, jeśli nie otwarcie bluźnierczej czy diabolicznej. To jest dokładnie ta rebelia przeciw naturalnemu porządkowi, odrzucająca podporządkowanie się człowieka swojemu Stwórcy. Rebelia ta symbolizowana jest w tatuażach, przez które człowiek udaje posiadanie pełnej władzy nad swoim ciałem, oszpeca ciało, które Bóg w swej dobroci powierzył człowiekowi. To jest ta rebelia przeciwko zasadom, przeciwko skromności, rebelia przeciwko wszystkim społecznym oczekiwaniom, przeciwko społecznemu charakterowi człowieka. Właśnie w związku z tym, ten symbol opozycji wobec naturalnego porządku, został zabroniony w przykazaniach Starego Prawa:

” Nie będziecie nacinać ciała na znak żałoby po zmarłym. Nie będziecie się tatuować. Ja jestem Pan!”

Kpł. 19, 28

Jakkolwiek prawa te nie są same w sobie wiążące dla sumienia, to jednak nie były one przypadkowe. Przykazanie aby nie „uszkadzać swojego ciała” jest wymienione razem z takimi zabronionymi czynami, jak konsultowanie się z czarownikami czy wróżbitami, wróżenie ze snów, czy hańbienie swojej córki, nakłaniając ją do nierządu.

Jest zatem aktem rebelii przeciwko nadprzyrodzonemu porządkowi, gdyż tatuowanie symbolizuje człowieka trwającego w swoich prawach do czynienia cokolwiek mu się podoba, bez oddawania czci Swojemu Zbawicielowi. […] Tatuowanie symbolizuje odrzucenie świętości ciała człowieka. Jest symbolem najwyższej rozpaczy tak charakterystycznym dla współczesnego społeczeństwa mówiącego, że nasze życie cielesne jest końcem samym w sobie i nic już poza nim nie ma.

Ks. Peter R. Scott, FSSPX

Tłumaczył Lech Maziakowski /Bibuła/

A więc klęska

…Ale Żydzi pracują na kolejną falę pogromów.

Gazety izraelskie, w przeciwieństwie do polskich, nie mają wątpliwości, jak ocenić naszą ekspresową rejteradę z ustawy „antydefamacyjnej” (Sejm, Senat i podpis prezydenta w 9 godzin – takiej legislacyjnego rekordu jeszcze nie było!).

„Nie poszliśmy na kompromis, doprowadziliśmy do uchylenia [polskiego] prawa i przywróciliśmy stosunki z Polską”, pochwalił się w „Haaretzu” prowadzący poufne rozmowy z Polską Jakow Nagel – i w tym duchu mniej więcej widzą to wszyscy. Polacy próbowali wybielić swą haniebną przeszłość, wyprzeć się współudziału w holocauście, ale dostali dobrą szkołę i musieli się przyznać. Kto nie wierzy, niech przerzuci choćby same tytuły zachodnich gazet.

PiS usiłuje jednak wmówić swym wyznawcom, że to wielki sukces, obronienie naszej historii przed oszczercami i historyczne pojednanie z Izraelem. Jakoś muszą się z poniesionej klęski wykręcić i zrobić dobrą minę, oczywiście, ale doprawdy, lepiej by było przyznać po prostu uczciwie, że ustawa była bezmyślna i przyjęta bez próby przewidzenia skutków (a mądrzy ludzie ostrzegali!), a nacisk USA tak silny, że po prostu trzeba było rzucić ręcznik na ring, zanim zrobią z nas kompletnie mokrą szmatę.

Można się domyślać, że dziki pośpiech w denowelizacji ustawy o IPN (bo tak chyba należy nazwać ten akt prawny) związany był z zapowiadanym spotkaniem prezydenta USA z prezydentem Rosji – i na miejscu rządzących nie robiłbym z tego tajemnicy. Trudno, daliśmy ciała, ale tylko kapitulacja pozwoliła uniknąć kompletnego pogromu. Teraz trzeba wstać z desek, otrzepać się – alleluja i do przodu.

I, przede wszystkim, pomyśleć. Powodem, dla którego od lat zdzieram pióro, wojując z romantycznym brązownictwem polskiej historii, dla którego napisałem bolesne książki o fałszywości mitu Września 1939 i legendy Piłsudskiego, jest to, że ten kretyński nawyk brązowienia i uwznioślania popełnionych błędów, bagatelizowania, a wręcz niedostrzegania klęsk, skazuje nas na ich ciągłe powtarzanie.

No bo jeśli człowiek nie przyznaje do wiadomości, że dostał w nos, i że to źle, jeśli z godnym psychopaty uporem wmawia sobie, że obita gęba to powód do dumy, moralne zwycięstwo, przewrotny dowód naszej wyższości nad niemoralnym, “kupieckim” światem czniającym wyższe wartości – to i nie może wyciągnąć żadnych wniosków i niczego się nauczyć.

Ale zostawmy dziś to miotanie grochem o ścianę polskiej niedojrzałości i przyjrzyjmy się raczej Żydom, zwycięzcom wojny o to, czemu oni sami, narzucili nazwę “polish holocaust law”. Premier Izraela to polityk bezwzględny, dla dobra Żydów, tak, jak je rozumie, gotów nawet do zbrodni – bo czymże innym jest rozkaz rozstrzeliwanie uczestników protestów, uzbrojonych tylko w kamienie, przez snajperów? (Nawiasem mówiąc, umieraliśmy z oburzenia, gdy to samo robili snajperzy Janukowycza [czy kogoś-tam… MD], choć ci przynajmniej oszczędzali kobiety i dzieci – a dziś przedstawiciele władzy zachwycają się, że “nasze relacje z Izraelem weszły na wyższy poziom”; no ale Janukowycz był ruski, a Netanjahu jest amerykański).

Rozjechanie polskich nieudaczników to dla niego tyle co zjeść koszerną bułkę z masłem, zwłaszcza, gdy sami się podłożyli, a potem wykazali krańcową nieudolnością, brakiem broni, strategii i nawet woli walki, bo przecież uparcie chcemy wierzyć, że to wszystko tylko nieporozumienie. “Rozgrywka z nimi to nie żadna polityka, to wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse”.

Natajlahu wygrał, Polska za cenę chwilowego zaprzestania spuszczania jej bącek i kilku słodkich słówek, podpisała deklarację, otwierającą drogę do wyciśnięcia z niej miliardów za “mienie bezspadkowe” po ofiarach holocaustu. Ma się z czego cieszyć, i jeśli tego nie robi, to dlatego, że wsparcie żydowskich roszczeń jest w jego działaniach stosunkowo mało ważne, prawdziwym wyzwaniem jest zniszczenie rodzącej się potęgi Iranu i korzystne dla Izraela ułożenie balansu sił w regionie z uwzględnieniem ambicji Rosji, Turcji i Arabii Saudyjskiej.

Ale, może to nie moja sprawa, ale powiem – na miejscu Żydów wcale bym się z tego triumfu nie cieszył.

Bynajmniej. Gdybym był Żydem, to po każdym takim triumfie a la Natanjahu byłbym coraz bardziej przerażony.

Bo, jakkolwiek okropnie to zabrzmi – realizując bezwzględnie swe roszczenia (oczywiste prawa, we własnym przekonaniu)

Żydzi pracują krok po kroku jeśli nie na kolejny holocaust, to na pewno na kolejna falę pogromów.

Żydzi pracują krok po kroku jeśli nie na kolejny holocaust, to na pewno na kolejna falę pogromów.

Na miejscu samych Żydów naprawdę poważnie bym się zastanowił nad zasadniczym błędem, jaki popełnili, zeświecczając się na rzecz “religii holocaustu” i na niej wychowując swe kolejne pokolenia w duchu: jesteśmy ofiarą odwiecznej nienawiści, wszyscy są przeciwko nam, musimy nienawidzić wszystkich i być bezwzględni, bo inaczej znowu zbudują nam piece. Ta postawa sprawia, że Żydzi rzeczywiście są w świecie coraz bardziej nienawidzeni – choć upadające białe społeczeństwa, a przynajmniej ich elity, sterroryzowane polit-poprawnością boją się tę nienawiść artykułować otwarcie.

Ale one są coraz mniej wpływowe. Coraz bardziej wpływowi za to są w Europie muzułmanie, w Ameryce czarni – jedni i drudzy nienawidzący Żydów nienawiścią równie zwierzęcą, jak tak, która musiała kierować Horstem Wesselem i jego towarzyszami. I jedni i drudzy nie mający wobec nich żadnych kompleksów w związku z holocaustem. Na nich to, co nakazuje Żydom ich świecka religia, czyli ciągłe ustawianie holocaustu w centrum dziejów i czynienie zeń archetypicznej zbrodni oraz winy, której ludzkość nigdy nie odpokutuje, działa inaczej.

Uczy, że z Żydem po prostu nie da się normalnie żyć – albo go prześladujesz, albo musisz bez ustanku korzyć się i przepraszać za dawne prześladowania.

Ta nienawiść wybuchnie, wymieranie resztek europejskiej, post-chrześcijańskiej cywilizacji nie pozostawia co do tego wątpliwości. I oczywiście nie dotknie ona ludzi pokroju Natanjahu czy chciwych nowojorskich gangsterów z “holocaust industry”, tuczących się miliardami za “bezspadkowe mienie” po ofiarach, których cierpienia, gdy zbrodnia się działa, ich bezpośrednich przodków w najmniejszym stopniu nie wzruszały.

Po raz kolejny “za zbrodnie Trockich zapłacą Bronsteinowie” – tak jak już dziś za snajperów z Gazy płacą zupełnie przypadkowi Żydzi na berlińskich ulicach czy paryskich przedmieściach.

Nie miejcie do mnie pretensji – ja tylko mówię, co będzie. Kiedy dwadzieścia parę lat temu pisałem swoje opowiadania SF o Europie 2020, zalanej imigrantami i uciekinierami, sparaliżowanej politycznie i wymierającej, o pogrążonej w wojnie Ukrainie i zamordyzmie wprowadzanym przez monopolizujące internet korporacje, też nikt tego nie traktował poważnie. To sobie teraz kupcie, poczytajcie, i zobaczcie.

Ja tylko mam takie pytanie do tych wszystkich mędrków, którzy tak ochoczo wyrzucają nam, Polakom, że “mogliśmy więcej zrobić” dla Żydów, gdy ich na naszych ziemiach mordowano. Pytanie brzmi: a co wy zrobicie, kiedy zaczną ich mordować u was za kilkanaście, a może już kilka lat? Gdy wyznawcy Allaha ogłoszą, że nie tylko za bezpośrednią pomoc, ale nawet za wasze ulubione pajacowanie z kredkami albo świecami czy inne formy “solidarności” będą bezlitośnie odcinać łby? Znajdziecie wtedy w sobie odwagę? Bo jakoś jej za grosz nie widzę.

Tak tylko pytam.

Rafał Ziemkiewicz

Źródło:Bibuła.com

Michalkiewicz o nowelizacji ustawy o IPN: Obóz gorliwych patriotów połączył się z obozem zdrady i zaprzaństwa

Ze Stanisławem Michalkiewiczem o nowelizacji ustawy o IPN i jej skutkach rozmawia Tomasz Sommer

– Co się zdarzyło dzisiaj w sejmie

– Pan Premier znowelizował nowelizację ustawy IPN przy pomocy sejmu. Usunięto wszelkie przepisy karne. W ciągu 2 godzin przeprowadzono 3 czytania. W ten sposób Pan Premier uczynił zadość rozkazom kongresmenów amerykańskich i żydowskiego rządu, ale oni nie robili aż takiego takiego wrażenia na panu premierze, by pobudzić go do szybkiego czynu. Aż dopiero przedwczoraj kiedy Stowarzyszenie Amerykańskich Prawników i Adwokatów Żydowskich napisało bardzo stanowczy list przeciwko poprzedniej nowelizacji, to to pobudziło Pana Premiera do działania.

– Pan Premier zapowiada teraz, że będzie walczył cywilnie z oskarżeniami przeciwko Polsce.

Pan Premier uczynił zadość rozkazom kongresmenów amerykańskich i żydowskiego rządu … Pan Premier po to został premierem żeby przygotować rewindykacje żydowskie…

– Będzie walczył cywilnie? Kto traktuje poważnie takie zapowiedzi to sam sobie szkodzi. Chyba przed sądem morskim. To był taki sąd, którym pisarz ziemski straszył chłopów w sieńkiewiczowskich „Szkicach węglem”. Wiemy, że w „rozwiniętej demokracji” po to są sądy, by pomagać władzy, a zagraniczne sądy i to cywilne, Panu Premierowi przecież nie pomogą. Bo po co?

– Pan Premier tłumaczy, że to tylko krok wstecz, po którym przyjdą kroki do przodu…

– Pan Premier po to został premierem żeby przygotować rewindykacje żydowskie. Po to chyba został wystawiony. Kwalifikacji specjalnych nie ma, charyzmy ma tyle co zdechła ryba, ale takie zadanie ma do wykonania i wykona je w podskokach. Czyli dalsze kroki oczywiście będą i to pewnie szybko. W kierunku polskich portfeli.

– Jarosław Kaczyński był na egzekutywie PiS-u przed głosowaniem, ale na samo głosowanie się nie wybrał. Dlaczego?

– Widocznie uważał, że uczestnictwo w takim głosowaniu może szkodzić jego legendzie jako dzierżawcy monopolu na patriotyzm. Bo nikt mu nie wypomni jak głosował, bo nie głosował. Bardzo sprytne. Zmusił do głosowania swoich hunwejbinów, a twarzą zrobił Pana Premiera, który się prędzej czy później zużyje.

– Ale skoro był na egzekutywie to wiedział co się stanie?

– Biuro Polityczne musiało wcześniej podjąć decyzję. A jego sekretarzem jest poseł Kaczyński. Nie tylko wiedział, ale to przecież on zdecydował. Jakby to nie on zdecydował, to znaczy, że nie ma władzy.

– Po co PiS wprowadzał ustawę skoro z niej się wycofuje?

– Inicjatorami byli ministrowie Zbigniew Ziobro i Patryk Jaki. A minister Ziobro, zanim został znów dopuszczony do stołu, został przez Komendanta przeczołgany. Ustawa ta jest szajsem jeśli chodzi o stronę prawną, więc nie wykluczam, że to była podłożona Prawu i Sprawiedliwości świnia. Jeśli tak było, to to mu się udało i postawił w stan alarmu Żydów i szabesgojów na całym świecie. Jeśli tak było – to czapki z głów przed ministrem Ziobrą.

– Nagle nastąpiła zgoda w sejmie. I PiS i PO i .Nowoczesna zagłosowały za nowelizacją. Skąd ta zgodność?

– Jak międzynarodowe stowarzyszenie prawników i adwokatów żydowskich rozkazuje to nie ma żartów, to tu przestajemy się różnić pięknie, to tu się już nie różnimy. A rolę obozów gorącego patriotyzmu oraz zdrady i zaprzaństwa zaczniemy grać znów od jutra…

Pułapki religii praw człowieka

Arkadiusz Stelmach w 20 numerze „Do rzeczy” niepokoi się, że politycy sprawujący dziś w Polsce władzę nie tylko nie spieszą się z ustawą chroniącej życie, ale nie wypowiadają konwencji stambulskiej, są za „zrównoważonym rozwojem”, nie polemizują z lewicowymi hasłami polityki globalnej. A przecież są katolikami! Jak to wszystko „można pogodzić z przywiązaniem do głoszonej przez Jana Pawła II wartości, którą jest obrona życia od poczęcia do naturalnej śmierci”, pyta bohater wywiadu.

Czy rzeczywiście katolicyzm sprawujących władzę w Polsce różni się od katolicyzmu ogółu społeczeństwa; są oni jakąś szczególną, faryzejską grupą? Przecież tak jak wszyscy słuchają w kościele kazań, słyszą pouczenia papieża, czytają listy pasterskie Episkopatu. A może postawa ta jest odzwierciedleniem tego, co w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wydarzyło się w Kościele?

Mam wrażenie, że rozmówca „Do rzeczy” oczekuje od polityków obozu rządzącego, że będą „bardziej papiescy od papieża”. W tego rodzaju zarzutach bowiem pomija się fakt najistotniejszy: nauczanie Kościoła od czasu ostatniego Soboru uległo poważnej zmianie. Za zmianami teologicznymi, jakie zostały wówczas dokonane idą nieuchronnie przesunięcia w nauczaniu moralnym Kościoła, co dziś widać wyraźnie. Za nim idą postawy ludzi. Mimo, że Jan Paweł II głosił zawsze konieczność obrony prawnej życia nienarodzonych, jego pontyfikat naznaczony był wcielaniem w życie posoborowej „odnowy”; odległe skutki tej wielkiej operacji pogodzenia Kościoła ze światem możemy obserwować dziś w Polsce.

Zmiana ta obecna jest zarówno w konstytucjach soborowych, w nowym Katechizmie Kościoła Katolickiego, w nowym Kodeksie Prawa Kanonicznego, w wypowiedziach posoborowych papieży, kardynałów i biskupów, w praktyce duszpasterskiej, w formacji seminaryjnej. Wiele mówiło się swego czasu o „duchu Soboru”, który wymiótł z seminariów, parafii i klasztorów tysiące kleryków, księży i zakonników, ale wystarczy zauważyć jak zmienił się w ciągu posoborowych lat język Kościoła. Kościół odszedł od definicji dogmatycznych, od jasnych i zrozumiałych dla ludzi o różnym poziomie wykształcenia prawd katechizmowych, na korzyść zawiłych, niejednoznacznych określeń. Jednym z przykładów tej nowej szkoły definiowania prawd religijnych jest pojęcie „wartości chrześcijańskich”. Niby wszyscy wiemy, co ono oznacza, ale tak naprawdę jest ono ogólnikowe, płynne, każdy może umieścić pod nim własną interpretację, poszerzyć lub zawęzić zestaw „wartości”, dowolnie to uzasadniając. „Wartości” wprowadził do filozofii i etyki Max Scheller, przedstawiciel fenomenologii. Karol Wojtyła był pod urokiem fenomenologii. Tytuł jego pracy habilitacyjnej brzmi: „Ocena możliwości budowania etyki chrześcijańskiej przy założeniach systemu Maxa Schelera„. Był również jako filozof pod wpływem innego fenomenologa, urodzonego na Litwie żydowskiego myśliciela Emanuela Levinasa, znanego szczególnie jako komentator Talmudu.

Przedtem w Kościele mówiło się po prostu o „dobru”, „świętości”, o „cnotach”. Kategorie te były ścisłe, kryteria ich określania jasne. Cnoty były zdefiniowane i usystematyzowane. Wartości natomiast są cechami bytów, które zostały oderwane, usamodzielnione i próbują je zastąpić. Zestaw „wartości” nigdzie nie figuruje w nauczaniu Kościoła przed Soborem, bazowano wówczas na filozofii realistycznej św. Tomasza z Akwinu. Kościół traktujący filozofię realistyczną jako podstawę teologii musiał przemawiać w sposób jasny do rozumu ludzkiego – nie do uczuć – religia wszak to Objawienie. „To właśnie Słowo, czyli myśl, a nie życie czy miłość, jest pierwszą zasadą religii”, przypominał prof. Romano Amerio, który prawie tysiącstronicowe dzieło, „Iota unum” poświęcił analizie zmian w Kościele katolickim; ten szwajcarski filozof i teolog cieszył się uznaniem Benedykta XVI. Odejście współczesnego nauczania Kościoła od filozofii realistycznej utorowało drogę nowemu myśleniu o Bogu. Wielką fascynacją Karola Wojtyły jako filozofia i etyka była koncepcja Teiharda de Chardin, francuskiego jezuity, którego prace aż do Soboru uznawane były za heterodoksyjne. Jego nauki interpretujące Wcielenie i Odkupienie Jezusa Chrystusa zgodnie z teorią ewolucji cieszyły się jednak popularnością u intelektualistów katolickich ery soborowej. W pismach polskiego papieża, także w jego encyklikach, znajduje się wiele myśli zaczerpniętych z jego teorii Boga, który swoje „dopełnienie” znajduje rzekomo w człowieku i jest utożsamiony z wiecznym procesem przemieniającego się Kosmosu.

„Jesteśmy krajem chrześcijańskim od ponad 1050 lat”, mówi Arkadiusz Stelmach. „To chyba wystarczający czas, by nauczyć się obrony wartości. To my wydaliśmy na świat Jana Pawła II, który nie kalkulował, czy opłaca się bronić życia”. Autor zdaje się zapominać, że zmiana w Kościele czasu Soboru owocowała liberalnym podejściem do oferty świata, czego dowodem było m.in. wyraźna zachęta Jana Pawła II, by polscy katolicy nie obawiali się akcesu naszego kraju do Unii Europejskiej. Pomimo, że zarówno założenia jak i skutki globalizacji, obecność w dokumentach unijnych „praw człowieka”, z niepodważalnym prawem „wolności”, czyli czynienia z własnym ciałem wszystkiego, co tylko człowiekowi przyjdzie do głowy, nie były żadną tajemnicą. Nie kryły się za tym ambicje Jana Pawła II jako Polaka, jego przekonanie, że nasze wejście do UE jest czymś historycznie sprawiedliwym, ale przede wszystkim zmiana nastawienia Kościoła do współczesności.

Bo co naprawdę kryło się za hasłami odnowy Kościoła, uwspółcześnienia go, otwarcia się na świat? Skoro nowa teologia nie jest „oddawaniem przy pomocy zrozumiałych formuł niezmiennej prawdy, lecz – jak się to dziś uporczywie powtarza – jest transponowaniem na słowa doświadczeń i przeżyć osoby wierzącej”, a ponieważ doświadczenie jest „z natury swej subiektywne i zmienne, nie może być innej teologii, niż subiektywna i zmienna”, jak zaznacza Amerio, musiał się zmienić także cel, jaki Kościół stawia przed światem. Wcześniej Kościół wymagał, by przywódcy państw, w których większość stanowią katolicy, odpowiadali moralnie za społeczności, którym przewodzą, by dbali o realizowanie ostatecznego celu człowieka, a więc także celu ludzkich zbiorowości. By chronili religię i jej pryncypia. Dogmat ”poza Kościołem nie ma zbawienia”, nie był traktowany jako przenośnia czy obciążona dawną, „ciasną” mentalnością formuła, którą można dowolnie manipulować. Gdy na Soborze zadeklarowano otwarcie się na współczesność, na nowe prądy filozoficzne i polityczne, odstąpiono zarazem od potępień tego, co Kościół piętnował dotąd zawsze jako ewidentne zło zagrażające zbawieniu: kłamstwa i błędu. Nie został potępiony komunizm, mimo, że domagała się tego na Soborze duża grupa biskupów. Kościół rozpoczął erę „dialogu”, podpierając się postulatami ekumenizmu, wolności religijnej i kolegializmu, zakładając, że wszyscy ludzie na świecie, niezależnie od religii, chcą, dobra. Celem stało się dla Kościoła zjednoczenie ludzkości, światowy pokój. Globalizm, tak wyklinany w naszym kraju przez tradycyjnych prawicowców, którzy zawsze chętnie powołują się na polskiego papieża, jest więc autoryzowany nie tylko przez „społeczności międzynarodowe”. Otrzymał także błogosławieństwo głowy Kościoła.

Jan Paweł II oparł swoją naukę moralną dotyczącą aborcji na prawach człowieka. W Kościele odstąpiono po Soborze od słowa „grzech”, w powszechnym użyciu jest „niezbywalna godność osoby ludzkiej”. Już nie grzech przeciw Bogu, ale zło wyrządzone człowiekowi jest najgorszym wykroczeniem. Dawniej przypominano piąte przykazanie: „Nie zabijaj! – bo zabijając człowieka niewinnego obrażasz Boga, sprzeciwiasz się Bogu. Zasługujesz na piekło”. Jak bardzo zmienił się język Kościoła! Ludzie Kościoła coraz częściej bronią praw człowieka powołując się na Konstytucję. Coraz rzadziej bronią praw Boga odwołując się do kilku dogmatów wiary, które zmieściłyby się na jednej kartce papieru, i do ludzkiego rozumu. (Nowy Katechizm Kościoła Katolickiego z 1994 r. ma 643 strony).

Jeśli gromy dziś sypią się na papieża Franciszka, który na własną ręką, jako religijny satrapa, wprowadzać ma nasączoną marksizmem moralność i teologię, to zapomina się, że argentyński papież krok po kroku realizuje tylko założenia soborowe, nie dodając od siebie w zasadzie nic. Wyróżnia go większa determinacja we wcielaniu ich w życie, ma mniej skrupułów i wahań.

O tym, że nowe odniesienie Kościoła do świata nie jest wynikiem knowań garstki kardynałów, zwłaszcza niemieckich, ale dziełem nowej teologii i nowej eklezjologii pisał w swoich pracach zarówno Romano Amerio, jak włoski historyk Kościoła Roberto de Mattei, filozof Augusto del Noce, pisarz Vittorio Messori, Michael Davies i wielu poważnych ludzi nauki; w Polsce prof. Marcin Karas z UJ. Od czasu przyjęcia nowej teologii zarówno duchowieństwo jak i świeccy w Kościele muszą uporać się ze sprzecznością między tradycyjną niezmienną nauką Kościoła, która oparta jest na objawienia Boga, a tą lansowaną dziś, w której miesza się porządek naturalny i nadprzyrodzony, Objawienie, łaskę i zmienne uczucia ludzkie.

Jaki to wszystko ma związek z dzisiejszymi narzekaniami na polityków, którzy zwlekają z ustawą antyaborcyjną i zdają się akceptować globalizm?

Dzięki przyjęciu przez Kościół nowej teologii zmarginalizowany został grzech pierworodny, wszyscy ludzie na ziemi są zbawieni, niezależnie od tego, w co wierzą i jak żyją, „prawa człowieka”, „godność osoby ludzkiej” i „dialog” stały się podstawą nowej etyki i praktyki duszpasterskiej. Do tego doszedł ekumenizm, nawracanie zyskało pogardliwą nazwę „prozelityzmu”.

„Wiosna Kościoła”, oczekiwana i zapowiadana przez autorów tych zmian jednak nie nadeszła. Konsekwencją – oczywiście nie należy zapominać o sekularyzacyjnym wpływie współczesnej kultury, która potęguje kryzys – są nie tylko puste seminaria, duch anarchii w instytucjach Kościoła, ale także coraz większe zmaterializowanie rzesz katolików, przyjęcie nowych standardów życia rodzinnego. Ma ono dawać pełną satysfakcję, uszczęśliwiać, pomagać w „samorealizacji”. Coraz częściej – także wśród osób wierzących – uważa się, że nowe dziecko w rodzinie może ten ideał zniweczyć. Optymizm o. Congara, de Lubaca, Karla Rahnera, o. Chenu, ale także Karola Wojtyły, należącego do grona zwolenników wielkiego otwarcia Kościoła na współczesny świat, okazał się nieuzasadniony. Człowiek w tym świecie nie okazał się „lepszy”. Dialog zaś ze światem okazał się monologiem, w którym mówi tylko jedna strona. Wizja posoborowej „wiosny Kościoła” i zwycięstwa „cywilizacji miłości”, którą głosił polski papież okazała się utopią, oparta o idealistyczne wyobrażenia o naturze ludzkiej.

Może polscy politycy, w których rękach spoczywa los ustawy antyaborcyjnej po prostu lepiej niż inni zdają sobie z tego sprawę? Wiedzą, że między postawą katolików sprzed jeszcze pięćdziesięciu laty, a postawą dzisiejszą istnieje ogromna różnica. „Poszanowanie praw człowieka” nie zastąpi „bojaźni Bożej”, która została po Soborze wyśmiana. Ludzie, którzy zwykli sobie ułatwiać życie, iść na skróty, zyskali nowe usprawiedliwienie dla swojego wygodnictwa. Chcą by także ich „prawa”, ich „wolność” była nienaruszalna. Sprzeczności między tymi współczesnymi „wartościami” a dogmatami wiary i zasadami moralności katolickiej, która opiera się przede wszystkim na powinnościach człowieka wobec Boga, nie da się pokonać.

To nie fakt, że obecnie w Papieskiej Akademii Życia „doszło do głębokich zmian” i znaleźli się tam „ludzie, którzy reprezentują cywilizację śmierci”, jak podkreśla bohater wywiadu w „Do rzeczy”, przesądza o niedobrym klimacie wokół obrony życia. W Kościele nie dzieje się nic z dnia na dzień. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Kościół był rzeczywiście sumieniem narodu – w Polsce i w krajach takich jak Irlandia, Włochy, Malta kraje Ameryki Południowej, Brazylia, Ekwador. Katolicy podporządkowywali się mu jako autorytetowi zewnętrznemu. Dziś mamy do czynienia z gwałtowną reakcją na posoborową rewolucję. Ludzie odrzucają ”autorytet zewnętrzny”; zdanie polskiego papieża na temat nienarodzonych nie jest dla nich wiążące; chcą myśleć na własny rachunek, odpowiadać za swoje czyny wyłącznie przed swoim sumieniem. Stąd biorą się coraz głębsze antagonizmy w społeczeństwach, niedawno jeszcze jednolitych, mało zróżnicowanych, spójnych.

Czy więc pretensje do polityków, że to „przez nich giną w Polsce dzieci nienarodzone”, są uzasadnione? Czy nie są zafałszowywaniem zagadnienia, myleniem skutków z przyczyną? I czy nie zapomnieliśmy przypadkiem, że pod koniec swojego życia, gdy błędy Soboru były już jaskrawo widoczne, Jan Paweł II kilkakrotnie zwracał się do Polaków z prośbą, by modlić się za niego (nie „do niego”)? Czy wysłuchaliśmy tej prośby naszego rodaka na Stolicy Piotrowej?

Ewa Polak-Pałkiewicz

Duda w miech

W stronę całkowitej bezbronności

Wizyta prezydenta Dudy w Nowym Jorku i jego zaplanowane wystąpienie (rola prawa międzynarodowego dla pokoju) była doskonałą okazją do zaprezentowania światowej opinii publicznej – w tym amerykańskiej – polskiego stanowiska w kwestii żydowskich roszczeń dotyczących tzw. mienia bezspadkowego – roszczeń całkowicie sprzecznych z prawem międzynarodowym, a wysuwanym nie tylko wobec Polski… Była świetną okazją do wywołania kwestii żydowskiego rasizmu jako jedynej podstawy tych żądań. Klimat był tym bardziej sprzyjający, że w przeddzień tej wizyty wróg Polski, Izrael, dokonał masakry pokojowej manifestacji Palestyńczyków w Gazie. Była znakomita okazja do pointy: do czego prowadzi żydowski rasizm! (Turcja i Republika Południowej Afryki natychmiast wydaliły izraelskich ambasadorów!) W Nowym Jorku prezydent Duda całkowicie zaprzepaścił tę znakomitą okazję do obrony polskich interesów. Spotkał się natomiast z burmistrzem New Jersey – popychadłem przedsiębiorców z holocaustowego businessu – i z przedstawicielami organizacji żydowskich, i to już w pierwszym dniu swej wizyty… Wydaje się, że patriotyczna retoryka rozmaitych wystąpień Dudy w Polsce coraz bardziej rozmija się i kontrastuje z jego realnym działaniem politycznym, w którym – przynajmniej w kwestiach stosunków polsko-żydowskich, ale nie tylko – zaczyna niepokojąco upodabniać się do Kwaśniewskiego czy Komorowskiego.

Jest oczywiste, że żydowskie lobby polityczne ma większy wpływ na politykę amerykańską, niż władze polskie. Jest już dzisiaj także oczywiste, że sojusznik Stanów Zjednoczonych – Izrael jest wrogiem (po powołaniu w 2011 roku przez rząd Izraela rządowej agencji HEART do wspierania planowanej grabieży krajów Europy Wschodniej przez przedsiębiorstwo holocaust) innego sojusznika Stanów Zjednoczonych – Polski, i nie tylko Polski. Wynikają z tego ważne konsekwencje. Duda miał okazję uzmysłowić to zarówno światowej opinii publicznej, jak opinii amerykańskiej. Zwłaszcza, że w Polsce tak wiele mówi o „potrzebie edukacji” świata w temacie Polska… I co zrobił prezydent Duda, gdy miał taką wspaniałą okazję w Nowym Jorku, na forum ONZ, transmitowanym przez tak wiele mediów? Nie tylko nie zrobił nic, ale programem swej wizyty podtrzymał całkowicie fałszywy obraz sytuacji: że stosunki polsko-żydowskie (z państwem Izrael i żydowskim lobby w Ameryce) są poprawne, o ile nie – przyjazne…

Kiedy więc PiS zdefiniuje wreszcie władze Izraela i żydowskie lobby polityczne w Ameryce jako wroga Polski i ekspozyturę żydowskiego rasizmu?…

„Krótkie spięcie”, jakie miało miejsce w tych mrocznych stosunkach na początku roku (w rozbłysku światła widać lepiej!) pokazało prawdziwy stosunek żydowskiego rasizmu do Polski, a rasizm ten dominuje tak w polityce Izraela, jak w żydowskim lobby w Ameryce. Postawy żydowskich rasistów wobec Polski zmienić nie możemy, ale nie musimy żyć złudzeniami, kłamstwami i propagandą, podtrzymywać je i gruntować. Działalność prezydenta Dudy w tej materii jest utrwalaniem tych złudzeń i propagandy – i w najmniejszej nawet mierze nie jest walką o polską rację stanu. Żeby walczyć – trzeba przynajmniej zdefiniować wroga. Kiedy więc PiS zdefiniuje wreszcie władze Izraela i żydowskie lobby polityczne w Ameryce jako wroga Polski i ekspozyturę żydowskiego rasizmu?…Czy młodzież, wysłana żaglowym rejsem dookoła świata, ma wyręczać prezydenta Dudę i rząd w ich konstytucyjnych obowiązkach?…

Czy – w tej materii – wchodząc w buty swych żałosnych poprzedników, Kwaśniewskiego i Komorowskiego – Duda liczy na wygranie drugiej kadencji, zapewniając sobie poparcie rodzimej żydokomuny i jej przyległości, spodstolnej jeszcze proweniencji? Czy kontynuuje jakieś obietnice, poczynione wcześniej żydowskim rasistom, a tajone przed polską opinia publiczną (sesje wyjazdowe polskich rządów, tak PO jak PiS, w Izraelu? Czy może sądzi, że nie zauważanie słonia w menażerii jest „polityką dobrej zmiany”?… Nie będziemy dociekać. Milczenie Dudy w Nowym Jorku, zmarnowanie okazji do przedstawienia stosunków polsko-żydowskich w kontekście „przestrzegania prawa międzynarodowego”, „dziedziczenia bezspadkowego” i żydowskiego rasizmu ma swą wymowę. Wobec żydowskiego szturmu na polskie mienie – na prezydenta Dudę, rząd Morawieckiego i PiS nie można, jak widać, liczyć. To już teraz wiemy. A opozycja? Ba! Ta jest jeszcze bardziej żałosna: przy niej prezydent, rząd i większość parlamentarna do niemal „giganci patriotyzmu” na pokaz! Toteż wzmocnienia Polski in spe spodziewałbym się raczej po ruchu narodowym – o ile, rzecz jasna, oprze się próbom prowokatorskich penetracji, podejmowanym tak w kraju, jak za granicą.

Tymczasem wszystko dzisiaj wskazuje, że mimo niemal całkowitego wycofania się rządu z „reform sądownictwa” (trzy kroki naprzód, dwa i pół kroku wstecz…) Berlin postawił na swoim i „procedura art.7” wobec Polski zostanie wdrożona. I nawet jeśli Budapeszt ją zablokuje (co nie jest pewne, bo decyzją komisarzy może być zmieniony tryb postępowania!) – to rozdział „środków unijnych” wedle kryterium „przestrzegania praworządności” będzie zastosowany. Tym samym nadarza się jednak znakomita okazja, by naprawić błąd anschlussowy, akcesu do UE, i wszcząć procedurę wyjścia Polski z UE. Nie musimy być jej członkiem – możemy, jak wrogi nam, rasistowski Izrael, mieć z UE tylko luźniejszą umowę stowarzyszeniową. A przynajmniej debata na ten temat wydaje się znacznie ważniejsza, niż debata nad konstytucją zważywszy, że właśnie przynależność do UE ogranicza naszą swobodę w ewentualnej naprawie konstytucji. Jak bowiem mielibyśmy naprawiać konstytucję, gdy jej treść musiałaby pozostać zgodna z… Traktatem Lizbońskim?!

Strategia gry na zwłokę zarówno wobec żydowskiego wroga jak niemieckiego „budowniczego Europy” rozbraja tylko naród. Taka lekkomyślna strategia – brak stanowczych reakcji już dziś – grozi sytuacją, że w czasie ostatecznych rozstrzygnięć, Polska będzie całkowicie bezbronna.

Za: Marian Miszalski – strona autorska (01.06.2018)

Co powinieneś wiedzieć o Pięćdziesiątnicy

Pięćdziesiąt dni po Zmartwychwstaniu Pańskim na zebranych w wieczerniku apostołów zstąpił Duch Święty. Dokładnie tak, jak zapowiedział to Pan Jezus tuż przed Wniebowstąpieniem. Przypominamy siedem rzeczy, o których musi pamiętać katolik, gdy myśli o tym szczególnym wydarzeniu.

1. Dlaczego „Pięćdziesiątnica”?

Święto Ducha Świętego obchodzimy pięćdziesiątego dnia po Zmartwychwstaniu Pańskim. W języku liturgicznym święto Zesłania Ducha Świętego nazywa się z tego powodu „Pięćdziesiątnicą”.

Grecy mieli na to własne słowo – Pentecostes, czyli pięćdziesiątka. Łacina przejęła to słowo, używając „Pentecoste”. Pozostaje to nie bez znaczenia dla współczesnych katolików – cały anglosaski świat obchodzi bowiem święto zwane w tym języku Pentecost, choć po angielsku oczywiście nie oznacza to tego samego, co „pięćdziesiąt”. Włosi obchodzą zaś święto Pentecoste – nie zmienili łacińskiego pierwowzoru. My mamy „Pięćdziesiątnicę”.

2. Skąd wzięła się alternatywna nazwa „Zielone świątki”?

Pięćdziesiątnica przypada w Polsce w okresie najpiękniejszego, najbujniejszego rozkwitu przyrody – święto to obchodzimy bowiem zwykle na przełomie maja i czerwca. Różne regiony Polski dopracowały się nieco odmiennego obyczaju zielonoświątkowego, ale wszystkie łączyło uwypuklenie radości z długo oczekiwanego, „zielonego” okresu w roku. Wieńce w ten dzień zdobiły głowy dziewcząt, ludność wiejska w święto to urządzała też liczne zabawy, oczywiście na zielonym łonie przyrody.

W zależności od regionu Polski „Zielone Świątki” nazywane były dawniej również Sobótkami (południowa Polska) lub Palinockami (Podlasie). Co ciekawe, tradycja Zielonych Świątek przetrwała również w Dolnej Saksonii (Pfingstbaumpflanzen) oraz na zachodniej Ukrainie.

3. To jedna z trzech najważniejszych uroczystość w Roku Liturgicznym!

Trzy największe uroczystości roku kościelnego są poświęcone trzem Osobom Trójcy Przenajświętszej: Boże Narodzenie jest świętem Boga Ojca, bo świętem Ojcostwa Bożego – Ojciec Przedwieczny zsyła Syna swego Jednorodzonego na ziemię, by grzeszną ludzkość odkupił. Wielkanoc jest świętem Boga Syna, który po męce i śmierci krzyżowej uwieńczył dzieło Odkupienia chwalebnym Zmartwychwstaniem.

Zielone Świątki wreszcie są świętem trzeciej Osoby boskiej, Ducha Świętego, którego Ojciec i Syn zsyłają na świat, aby to, co Ojciec stworzył, a Syn odkupił, zostało utwierdzone i poświęcone przez Niego.

4. Przed wojną traktowano Święto Ducha Świętego jak Boże Narodzenie i Wielkanoc

Przed wojną Zielone Świątki – podobnie jak Boże Narodzenie i Wielkanoc – były świętami dwudniowymi. Drugi dzień (jako dzień wolny) usunęli komuniści. Po 1989 r. nie było woli, by do dobrych tradycji powrócić. [Jacy „komuniści”? Żydzi! – admin]

Reforma liturgii po Soborze Watykańskim II sp rawiała natomiast, że z kalendarza kościelnego zniknęła oktawa Zesłania Ducha Świętego. Dziś zawsze obchodzimy Pięćdziesiątnicę de facto 49 dni po Zmartwychwstaniu – jest to bowiem święto niedzielne – Niedziela Zesłania Ducha Świętego.

5. Jak Pismo Święte przedstawia Zesłanie Ducha Świętego?

Dla przypomnienia, w Dziejach Apostolskich czytamy: „I stał się z prędka z nieba szum, jakoby przypadającego wiatru gwałtownego, i napełnił wszystek dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im rozdzielone języki jakoby ognia, i usiadł na każdym z nich z osobna: i napełnieni są wszyscy Duchem Świętym i poczęli mówić rozmaitymi językami, jako im Duch Święty wymawiać dawał” (Dzieje Ap., II, 2-4).

Ludzie zgromadzeni przed wieczernikiem uważali początkowo, że apostołowie upoili się winem! Wyszedł do nich święty Piotr i ogłosił im Jezusa Chrystusa. Mowa ta, nawróciła naraz trzy tysiące ludzi! „Pokutę czyńcie, a niech ochrzczony będzie każdy z was w Imię Jezusa Chrystusa… a weźmiecie dar Ducha Świętego” – rzekł do nich.

6. Tego dnia narodził się Kościół

Według wielu pisarzy katolickich Pięćdziesiątnica jest niczym innym jak dniem narodzin Kościoła. Wspomniane trzy tysiące nawróconych rozmnożyły się z zadziwiającą prędkością. Nie musiało minąć pięćdziesiąt lat od dnia pięćdziesiątnicy, by w każdym zakątku znanego wówczas człowiekowi świata, usłyszano święte imię Jezusa Chrystusa.

Święty Jan Paweł II pisał, że choć Kościół narodził się na krzyżu w Wielki Piątek, trwał w ukryciu. Swoje narodziny postanowił ujawnić światu właśnie pięćdziesiąt dni później. Tego dnia – po ludzku – narodził się dla całego świata.

7. Niech zstąpi Duch Twój – wołanie w wigilię Zesłania

Wielu katolików doskonale pamięta słowa Jana Pawła II z jego pierwszej pielgrzymki do ojczyzny, wypowiedziane w Warszawie. Papież wołał wówczas: Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej Ziemi! [No i jakiś duch zstąpił i „odnowił”… – admin] Telewizje i portale internetowe pokazywały nam ten moment tysiące razy, potrafimy nawet zaintonować go, tak jak Ojciec Święty.

Ale czy pamiętamy, że słowa te – które z pewnością znacznie przyczyniły się do zmiany polskiej rzeczywistości – wypowiedziane były w wigilię Pięćdziesiątnicy właśnie? Tuż przed tymi słowami Jan Paweł II mówił: I wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja: Jan Paweł II papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia, wołam w przeddzień święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi:
Niech zstąpi Duch Twój!
Niech zstąpi Duch Twój!
I odnowi oblicze ziemi.
Tej Ziemi!
Amen.

Źródło: sanctus.pl, brewiarz.pl, S. Maria Renata, Vivere cum Ecclesia VI – Zielone Świątki, Katechizm Kościoła Katolickiego

Tajemnica duszy żydowskiej…

Dzień po dniu nowe fakty tyczące stosunków polsko-żydowskich stawiają nas na równe nogi. Szczególnie zaskoczona jest rządząca radykalna centroprawica, która była przekonana, iż oczyściła przedpole poprzez szereg ważkich gestów, począwszy od dawnej inicjatywy Lecha Kaczyńskiego w postaci finansowanej z budżetu budowy Muzeum Historii Żydów Polskich poprzez różnorakie wydarzenia „ocieplające”.

Fulop. Wypierdek.

Jedynie w kwestii reprywatyzacji nie uczyniono żadnego gestu, ale to ze względu na zasadniczo sceptyczny stosunek przywództwa rządzącej partii do koncepcji zwrotu zagrabionej przez władze komunistyczne własności przejawiany od początku III RP.

Nic jednak nie pomogło. Na atak związany z (lepiej lub gorzej pomyślaną, tu można by dyskutować) nowelizacją ustawy o IPN odpowiadano przypominaniem polskiego wkładu z ratowanie Żydów ściganych przez Niemców w okupowanej Polsce. Premier udał się w towarzystwie dziennikarzy do Muzeum Polaków Ratujących Żydów Podczas II Wojny Światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej, a w mediach przypominano dzieło Żegoty, tj. Rady Pomocy Żydom założonej przez pisarkę i działaczkę narodowo-katolicką Zofię Kossak-Szczucką.

‚Uczucia nasze względem Żydów nie uległy zmianie. Nie przestajemy uważać ich za politycznych, gospodarczych i ideowych wrogów Polski. Co więcej, zdajemy sobie sprawę z tego, iż nienawidzą nas oni więcej niż Niemców, że czynią nas odpowiedzialnymi za swoje nieszczęście. Dlaczego, na jakiej podstawie – to pozostaje tajemnicą duszy żydowskiej, niemniej jest faktem nieustannie potwierdzanym’ – Zofia Kossak-Szczucka (1942)

Aż doszło sławetnego już wpisu burmistrza Jersey City (Stevena Fulopa ) o marszałku Senatu Rzeczypospolitej Polskiej (Stanisławie Karczewskim).

Otóż w toczącej się dyskusji o pomniku polskich oficerów zamordowanych w Katyniu żydowski Amerykanin napisał o poczciwym lekarzu z Nowego Miasta nad Pilicą, iż jest on: „anti-Semite, white nationalist + holocaust denier”. Cokolwiek by nie sądzić o znaczeniach przydawanych słowom przez amerykańskiego samorządowca żydowskiego pochodzenia, to bodaj jedyne słowo, które tu się zgadza z rzeczywistością to „white”…

Dlatego też zamiast otwierać ze zdziwienia usta i ciągle nie rozumieć what is going on – warto czytać ze zrozumieniem! Wróćmy więc do naszej Kossak-Szczuckiej. Wszyscy cytują jej „Protest” z 1942, skupiając się na wezwaniu do pomocy prześladowanym Żydom. Oczywiście to wezwanie stanowiło kwintesencję jej „Protestu”, jednak było ono wypisane na tle równie ważnych stwierdzeń ujmujących istotę relacji pomiędzy Polakami a Żydami.

Jeżeli chcemy poważnie czytać i dobrze rozumieć założycielkę Żegoty, to musimy raz jeszcze przeczytać jej świadomie napisane słowa i poddać je refleksji, bo bez tego ani rusz w pojmowaniu istoty polskiego losu.

Zofia Kossak-Szczucka w swym „Proteście” napisała: „nie mamy możności czynnie przeciwdziałać mordercom niemieckim, nie możemy nic poradzić, nikogo uratować – lecz protestujemy z głębi serc przejętych litością, oburzeniem i grozą”.

Zanim jednak napisała powyższe słowa nie uniknęła słów brzmiących w kontekście „Protestu” może zaskakująco, lecz przecież nie sposób nie wziąć ich pod uwagę, także w kontekście wpisu Stevena Fulopa: „uczucia nasze względem Żydów nie uległy zmianie. Nie przestajemy uważać ich za politycznych, gospodarczych i ideowych wrogów Polski. Co więcej, zdajemy sobie sprawę z tego, iż nienawidzą nas oni więcej niż Niemców, że czynią nas odpowiedzialnymi za swoje nieszczęście. Dlaczego, na jakiej podstawie – to pozostaje tajemnicą duszy żydowskiej, niemniej jest faktem nieustannie potwierdzanym”.

Aktualne w 1942 roku i aktualne w roku 2018.

Artur Zawisza

http://mysl-polska.pl

Trump sprawił, że Polska ostatecznie przegrała II wojnę światową?

Podpisanie przez prezydenta USA Donalda Trumpa ustawy 447 to największa porażka Rzeczypospolitej Polskiej w ostatnich kilkudziesięciu latach – tak uważają dr Ewa Kurek, Witold Gadowski i Stanisław Michalkiewicz, których portal PCh24.pl poprosił o komentarz w tej sprawie.

– 9 maja 2018 roku Polska ostatecznie przegrała II Wojnę Światową. Jak inaczej to nazwać? Ustawa 447 oznacza bowiem, że Polacy będą musieli zapłacić Żydom 300 mld dolarów za to, że w czasie II Wojny Światowej Niemcy ich mordowali – mówi w rozmowie z PCh24.pl Stanisław Michalkiewicz.

– Przez cały okres prac nad ustawą 447 polskie władze i największe ośrodki opiniotwórcze milczały w tej sprawie. Jest to najlepsza ilustracja dziadostwa, w jakie Polska popada – podkreśla publicysta.

– Zdecydowana większość Polaków albo nie interesuje się nadciągającą grabieżą polskiego majątku, albo wierzy w zapewnienia rządu, że wszystko będzie dobrze i nic złego nam nie grozi. Normalny naród zdmuchnąłby takie władze niczym tornado, a nasz naród… Zostawię to bez komentarza – podsumowuje Stanisław Michalkiewicz.

– Państwo polskie powinno zatrudnić najlepszych prawników, przygotować księgi strat dla każdego centymetra kwadratowego naszej Ojczyzny i pokazywać światu, jakie ponieśliśmy straty. Bez tego będziemy skazani na żydowskie krzyki i kolejne roszczenia, do spłacenia których być może już niedługo będą nas wzywać kolejne kraje – mówi w rozmowie z PCh24.pl dr Ewa Kurek.

– Ze względu na to, że nie jestem prawnikiem, nie jestem w stanie od strony prawnej skomentować podpisanej przez prezydenta Trumpa ustawy 447. Wiem jednak jedno: jest to ustawa obcego państwa, które niektórzy uważają za sojusznika Rzeczypospolitej i to, jaka będzie jej przyszłość jest uzależniona od tego, jak zostanie ona teraz potraktowana przez polskie władze i jak rządzący na to zareagują – podkreśla historyk.

Dr Kurek zwraca uwagę na podobne działania, jakie w przeszłości prowadziły władze USA względem m.in. Austrii i Szwajcarii. – Kiedy szwajcarski rząd nie chciał ujawnić tzw. martwych kont, to wówczas Stany Zjednoczone zagroziły, że zamrożą wszystkie aktywa szwajcarskie na terenie USA i na terenie państw sojuszniczych. Rząd szwajcarski ugiął się pod tymi naciskami – przypomina i dodaje, że podobne działania ze strony USA mogą niedługo czekać Polskę.

- Pamiętajmy, że Austria była sojusznikiem Hitlera, a co za tym idzie – sprawcą II Wojny Światowej. Przypisywanie Polakom takiej samej roli jest po prostu czymś nieprawdopodobnym. Musimy przygotować jak najszybciej raport strat z II Wojny Światowej. To nie my burzyliśmy żydowskie domy, to nie my podpalaliśmy żydowskie kamienice, to nie my zagrabiliśmy ich majątek. Każdy jednak widzi, jak nasza władza zachowuje się w sprawach żydowskich i naprawdę bardzo trudno powiedzieć, jakie kroki zostaną podjęte i co zostanie zrobione – wskazuje dr Kurek.

– Od strony prawnej, powtarzam – dla mnie to wszystko jest nielogiczne! Jak obce państwo może ustanawiać prawo dla innego państwa? Na jakiej podstawie? Dlaczego próbuje je nam siłą narzucić jednocześnie deklarując, że jest naszym sojusznikiem? Na Boga! To nie my zaczęliśmy II Wojnę Światową, to nie my ją prowadziliśmy, to nie my obróciliśmy w popiół i kurz Warszawę i dziesiątki innych polskich miast i miejscowości. To nie my odpowiadamy za śmierć 3 milionów Polaków! To nie my byliśmy beneficjentami II Wojny Światowej – podkreśla historyk.

W ocenie dr Kurek państwo polskie powinno zatrudnić najlepszych prawników i przygotować księgi strat dla każdego centymetra kwadratowego naszej ojczyzny i pokazywać światu, jakie ponieśliśmy straty. – Bez tego będziemy skazani na żydowskie krzyki i kolejne roszczenia, do spłacenia których być może już niedługo będą nas wzywać kolejne kraje – alarmuje.

Zdaniem historyk, ustawa 447 to efekt działań, jakie przez kilkadziesiąt lat prowadziły polskie władze, wpisywały się w narrację żydowską i uprawiały pedagogikę wstydu. – Przez lata próbowano nas poniżyć, zbudować w nas kompleks, abyśmy oddali wszystko co mamy, tylko i wyłącznie za to, że żyjemy. Powtarzam – robiły to przede wszystkim polskie władze! Nie żydowskie, nie amerykańskie! POLSKIE! To polski rząd sponsorował filmy takie jak „Pokłosie” czy „Ida”, to Telewizja Polska zakupiła prawa do emisji serialu „Nasze Matki, Nasi Ojcowie”, to polskie placówki dyplomatyczne nie reagowały na oskarżanie Polski i Polaków o mordowanie Żydów w „polskich obozach śmierci”, to IPN organizował konferencje z Janem Tomaszem Grossem, to polskie ministerstwa dotowały milionami złotych paszkwile o Polakach – żydowskich katach – podkreśla.

– Innym klasycznym przykładem pedagogiki wstydu jest sprawa Jedwabnego. Dopiero teraz widzimy, że wstrzymana 17 lat temu przez rabina Schudricha ekshumacja miała na celu wmówienie Polakom i całemu światu, że byliśmy mordercami i powinniśmy za to zapłacić najlepiej poprzez oddanie wszystkich nieruchomości i ziemi. Pomimo tego, że wielu polskich historyków od lat walczy o przeprowadzenie ekshumacji w Jedwabnem to nadal mamy nad sobą bat w postaci urzędników ministerstwa sprawiedliwości i prokuratury, którzy blokują wszystkie inicjatywy w tej sprawie. Wniosek jest prosty: polskie władze nie słuchają historyków, tylko wolą słuchać kłamców. Niedługo okaże się, że ci drudzy powiedzą: „A teraz macie zapłacić 300 mld dolarów”, to rząd to zrobi. To jest najbardziej przerażające. Pojawia się bowiem pytanie: czy polskie władze są w stanie i czy w ogóle zechcą bronić Rzeczypospolitej i jej obywateli? Dzisiaj nie jestem w stanie na nie odpowiedzieć. Wiem jednak jedno: Polacy się budzą i zaczynają walczyć o prawdę. Polacy są coraz bardziej zdeterminowani do obrony ojczyzny i swojej własności. Jestem przekonana, że nie pozwolą rządzącym na robienie jakichkolwiek interesów z Żydami i spłacanie jakichkolwiek nieuzasadnionych roszczeń – podsumowuje dr Kurek.

– Podpisanie przez Donalda Trumpa ustawy 447 to najlepszy dowód na to, że w polityce nie liczą się żadne emocje, sentymenty i piękne słowa, tylko twarde interesy. Prezydent USA, określany jako przyjaciel Polaków nie zawahał się podpisać ustawy korzystnej dla swoich innych przyjaciół mających większe wpływy, więcej pieniędzy i większą siłę nacisku niż Polacy – mówi w rozmowie z PCh24.pl Witold Gadowski.

Zdaniem publicysty taki stan rzeczy to tylko i wyłącznie wina polskich władz, które przez lata nie potrafiły i nadal nie potrafią godnie walczyć o interesy Rzeczypospolitej i jej obywateli. – Każdego słabego się drenuje. Jeżeli Polska jest słaba i nie potrafi tego przezwyciężyć, to dlaczego inni mieliby z tego nie skorzystać? – podkreśla.

W ocenie Witolda Gadowskiego jest szansa na przezwyciężenie tego stanu rzeczy. – Polska siła rośnie, co widać w sprawie Pomnika Katyńskiego w Jersey City. Zaczynamy się jednoczyć, zaczynamy działać tak jak trzeba. Zaczynamy bronić się na gruncie prawnym i stosujemy siłę nacisku finansowego i politycznego. Zaczynamy wreszcie tak działać nie jako państwo, ale jako Polacy, jako obywatele! Mam nadzieję, że ta siła będzie rosła. Trzeba ją organizować i muszą to robić sami obywatele, bo na polityków jak widać nie ma co liczyć – zauważa.

Zdaniem publicysty Amerykanie mają wszystkie tajne informacje na temat Polski i nie zawahają się ich wykorzystać, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. – Tak jak obawiamy się Rosji, że Kreml ma o Polsce mnóstwo informacji, które czasami wykorzystuje w zależności od doraźnych interesów, to Amerykanie mają podobne informacje, które wykorzystają po cichu, bez szumu chcąc osiągnąć wyznaczone cele, w tym wypadku zarobić lekką ręką miliardy dolarów – zaznacza.

Witold Gadowski nie spodziewa się żadnych głośnych akcji ze strony środowisk żydowskich w walce o mienie bezspadkowe w Polsce. – Wszystko będzie robione spokojnie. Wiele wskazuje na to, że polskie władze same będą wszystko oddawać. Wszelkie manifestacje są niepotrzebne. Takie interesy są załatwiane po cichu, bez niepotrzebnego nagłaśniania – wskazuje.

– Ustawa 447 jest niezgodna z żadnym kodeksem prawa międzynarodowego. Jest ona de facto efektem darwinizmu politycznego i prawa silniejszego, które potem ex post próbuje się wcisnąć w logikę prawa rzymskiego – podkreśla publicysta.

Jego zdaniem teraz wiele zależy od Polonii. – Polski rząd jest nieudolny, niekompetentny i po prostu nieudaczny. Jest wprawdzie bardziej patriotyczny niż poprzednie ekipy, ale powtórzę: jest NIEUDACZNY! Musimy radzić sobie sami. Sami musimy organizować naszą siłę, sami musimy walczyć o nasze dobre imię i o naszą własność. Malutkim teścikiem była sprawa Pomnika Katyńskiego w Jarsey City, która pokazała, że Polacy mają siłę, tylko muszą się zorganizować. Nie spierać, nie kłócić, tylko działać w polskim interesie. Tylko zjednoczeni możemy zwyciężyć – podsumowuje.

Tomasz D. Kolanek
DATA: 2018-05-10 11:08
AUTOR: DR KUREK, MICHALKIEWICZ, GADOWSKI O USTAWIE 447

Ustawa 447 – triumf rasizmu

Polacy mają więc płacić żydowskim instytucjom za to, że są gorszymi ofiarami. To triumf rasizmu w sferze nie tylko prawa, ale również moralności i kultury, a co za tym idzie – cywilizacji.

Wszystkie aspekty ustawy 447 Kongresu USA mają charakter negatywny. To rażąco zła ustawa pod każdym względem – nie tylko prawnym, moralnym i politycznym, ale również cywilizacyjnym.

Jej determinantą jest teza o nierówności ofiar niemieckiego nazizmu i II wojny światowej zarówno w sferze prawa i sprawiedliwości, jak i prawdy oraz moralności – czynników kształtujących nie tylko politykę oraz relacje społeczne, ale również kulturę i cywilizację.

Ustawa mówi o zadośćuczynieniu finansowym jedynie dla ofiar holokaustu – również w sytuacji, gdy nie pozostawiły one spadkobierców – a więc o mieniu bez spadkowym.

Trzeba więc mocno podkreślać, że mówi jawnie o haraczu, gdyż roszczenia spadkobierców żydowskich – w tym wypadku z USA- zostały zaspokojone już w 1960 roku, kiedy Polska wypłaciła na ten cel 40 milionów dolarów rządowi amerykańskiemu na mocy umowy międzypaństwowej.

Bez spadkowe mienie w postaci rekompensaty finansowej miałyby przejąć organizacje żydowskie z USA i Izraela. Pytania nie tylko Polaków, ale także uczciwych Żydów – również w Izraelu i USA – wyrażające sprzeciw, są oczywiste: a co z ofiarami ludobójstwa innych narodów – np. z Polakami zamordowanymi przez Niemców czy banderowców na Wołyniu i we Wschodniej Małopolsce?

Na jakiej podstawie Kongres USA dokonał segregacji ofiar hitlerowskich Niemiec według narodowości i podzielił te ich miliony na lepszych i gorszych?

Lepszym czyli reprezentującym naród żydowski należy się wszystko – nie tylko cześć i nimb wyjątkowości, ale również bezspadkowe mienie, które dla pamięci o nich mają przejąć nieuprawnione do tego instytucje.

Cała reszta ofiar – z polskimi na czele – jest gorsza tylko dlatego, że jest innej narodowości. Skalę tego rasizmu powiększa nałożony ustawą 447 na „gorsze” ofiary – a nade wszystko na ich spadkobierców – obowiązek finansowego zadośćuczynienia lepszym ofiarom.

Polacy mają więc płacić żydowskim instytucjom za to, że są gorszymi ofiarami. To triumf rasizmu w sferze nie tylko prawa, ale również moralności i kultury, a co za tym idzie – cywilizacji.

Jest on zaprzeczeniem podstawowych elementów cywilizacji chrześcijańskiej, które Feliks Koneczny niezwykle trafnie ujął jako quincunx – prawda, dobro, piękno, zdrowie i dobrobyt. Wszystkie te kategorie współtworzą dobro wspólne, Wszystkie wykluczają wszelkie formy rasizmu.

Przyjęta przez Kongres USA ustawa 447 jest absurdem w sferze historii i polityki: wbrew prawdzie i faktom wskazuje jako winnego – który ma zapłacić za holokaust – nie Niemcy, lecz Polskę.

Wskazuje nie sprawcę, lecz ofiarę. Ten rewizjonizm historyczny jest antyaksjologicznym precedensem w historii światowej. Oparty jest bowiem nie tylko na antywartościach: niesprawiedliwości, fałszu moralnym i historycznym, odrzuceniu zasad demokracji i obowiązującego w naszej cywilizacji prawa – ale również na stojącej za ustawą potędze militarnej USA.

Stany Zjednoczone zdecydowały się temu precedensowi patronować, gdyż uległy ideologii głoszącej nie tylko wyjątkowość holokaustu, degradującą wszystkie ludobójstwa innych narodów i wywołane nimi ich cierpienia, ale również uznać wyjątkowość narodu żydowskiego i jego państwa Izrael, zwalniającą go z odpowiedzialności za zagrażającą światu zbrodniczą politykę na Bliskim Wschodzie. Istotę tej polityki wyraża najpełniej pojęcie rasizmu. Rasizmu totalnego, eksponowanego w ustawie 447 na płaszczyźnie ekonomicznej.

Oto Polacy jako naród, społeczeństwo, wspólnota obywatelska stają się w majestacie amerykańskiego prawa nie tylko gorsi, zasługujący na poniżenie, ale również na ograbienie.

Ustawa obnaża prawdziwe oblicze nie tylko roszczeniowych środowisk żydowskich, ale również Kongresu USA. Oblicze wrogie wobec Polski.

Posiadając gwarancję militarną Stanów Zjednoczonych, ustawa mówi nam wyraźnie: nie miejcie żadnych złudzeń!.

Dla polskiego społeczeństwa – zniewolonego mitem Ameryki jako imperium dobra z czasów zimnej wojny, utrzymywanego do tej pory w politycznym posłuszeństwie dla tej iluzji – to poznawczy szok.

Przeciętni polscy obywatele boją się prawdy o największym „sojuszniku” Polski.

A tymczasem prawdziwe oblicze Ameryki narzucającej światu ateistyczną cywilizację rasizmu, zostało szeroko opisane już w latach 90. przez autorów zachodnich i rosyjskich różnych opcji politycznych.

Wystarczy w tym miejscu przypomnieć Patricka Buchanana, Alaina Bluma, Plinio Corrêę de Oliveira, Naomi Klein, Aleksandra Dugina, Aleksandra Panarina. Wszystkie te analizy cywilizacyjnej roli USA we współczesnym świecie zostały w Polsce zlekceważone, a niektóre – np. Dugina – napiętnowane jako wrogie.

Warto więc w tym miejscu przypomnieć prace Aleksandra Panarina, m.in. jego książkę Pokusa globalizmu (Iskuszenije głobalizmom – 200o), gdzie autor wykazuje, że narzucana światu przez USA cywilizacja jest sprzeczna z chrześcijaństwem.

Z perspektywy tej sprzeczności jest ona antycywilizacją.

Z punktu widzenia chrześcijańskiej etyki oparta na skrajnym liberalizmie ideologia amerykańskiego globalizmu – realizowana z irracjonalną determinacją przez USA i ich sojuszników – jest według Panarina nihilistyczną i jednocześnie rasistowską utopią.

Ustanawia bowiem porządek świata w interesie bogatych przeciwko biednym. W porządku tym dominują jako instrument jego realizacji: manipulacja, fałszowanie prawdy, podwójne standardy.

— Konieczny jest powrót do moralno-religijnego fundamentalizmu. Stanie się on – prognozuje Panarin – podstawą mobilizującej kultury, dzięki której możliwa będzie w XXI wieku obrona biednych przed bogatymi.

Takie poglądy są w Polsce z góry skazane na odrzucenie, mimo iż można je wykorzystać dla naszej obrony przed realizacją ustawy 447.

Potężne lobby proamerykańskie i proizraelskie, agentura amerykańsko-izraelskiego wpływu zrobiły wszystko, aby zniewolenie amerykańskim mitem w Polsce trwało do dziś.

Wszelka krytyka panującej opcji politycznej i próba budowania alternatywy traktowane były i są nadal jako zdrada Polski, czego dowodem jest uwięzienie ponad dwa lata temu Mateusza Piskorskiego, któremu sformułowano bez dowodów prawnych zarzut, iż służył interesom Rosji i Chin.

Tymczasem udokumentowane zarzuty służenia interesom amerykańsko-izraelskim można postawić tysiącom osób z rządzącego Polską układu politycznego i jego zaplecza intelektualnego, medialnego, biznesowego.

To rzesza wyznawców – z obecną władzą na czele – tej samej ideologii, która zniewoliła amerykański establishment polityczny i będący jego emanacją Kongres USA.

To oni, a nie Amerykanie pilnują ideologicznego status quo w Polsce i nie dopuszczają do przyjęcia zgodnej z polskim interesem narodowym i naszymi normami cywilizacyjnymi polityki zagranicznej.

Oni odpowiadają za zwasalizowanie Polski wobec tandemu USA-Izrael i za wyobcowanie jej w UE, gdzie odgrywamy rolę konia trojańskiego tego tandemu.

Obecnie odpowiadają za to, że Unia Europejska nie staje po naszej stronie i nie stanie w konfrontacji z ustawą 447. — Także za to, że nie stanie po naszej stronie nade wszystko Rosja, mająca środki nacisku zarówno na USA, jak i Izrael. — Działający w Polsce bez żadnych przeszkód obóz amerykańsko-izraelski uczynił z nas bowiem jej największego w Europie wroga.

A tak niewiele trzeba było zrobić, aby teraz uzyskać przychylność Moskwy. Wystarczyło nie wychodzić przed unijny szereg w sferze militarnej i budować własną defensywną armię.

Wystarczyło odrzucić rolę podżegacza wojennego i ideologa euromajdanu w Kijowie, zostawić w spokoju pomniki czerwonoarmistów, które przypominały Moskwie, że była i być powinna gwarantem zachodniej granicy Polski.

Aby wyjść z geopolitycznej pułapki, w jakiej Polska znalazła się na życzenie własnych rządów – a także dużej części zniewolonego amerykańskim mitem społeczeństwa – i nie tylko stawić czoła ustawie 447, ale również nie dopuścić do prowokowanej przez USA i NATO wojny z Rosją na naszym terenie, trzeba potężnego zrywu Polaków.

Takiego zrywu, który w pierwszym rzędzie osłabi wpływy obozu amerykańsko-izraelskiego w Polsce, a w konsekwencji odsunie go od władzy.

Początkiem powinno być odrzucenie ustawy 447 na fundamencie cywilizacji chrześcijańskiej, a następnie wypracowanie na wybory parlamentarne programu, który nie tylko obroni nasze aktywa przed rasistowską cywilizacją, ale pozwoli zapoczątkować nasz suwerenny rozwój.

Program zabezpieczający polskie dobra naturalne – wody, lasy i złoża – przed wyprzedażą, koncesjami i dzierżawą dla zagranicznych firm jest realny. Jego gwarancją jest nasza cywilizacja

Na takiej bazie jest realne również zjednoczenie wszystkich pozasystemowych środowisk narodowo-patriotycznych.

Prof. Anna Raźny.

Źródło: KONSERWATYZM.pl , 9 maja 2018.

Wiosenne nieporządki

Zagadka: co robili u nas szefowie służb Izraela? Tak jest, w ostatnich dniach wizytę w Polsce złożyli herszci: Tamir Pardo, szef Mosadu (wywiadu zagranicznego), Nadav Argaman, szef Szin Bet (wywiadu wewnętrznego), a także Gadi Eizenkot, szef sztabu armii (IDF, Israel Defence Force), oraz inni wysocy funkcjonariusze wojska i bezpieki państwa położonego w Palestynie. Według doniesień medialnych odwiedzili nas „przy okazji” tzw. Marszu Żywych, który poprowadzili wspólnie prezydenci Riwlin i Duda.

Choć ten ostatni robił raczej wrażenie gościa – gdy ten pierwszy wykorzystał okazję, by po raz kolejny oficjalnie napluć Polakom w twarz i przedstawić ich światu jako morderców i złodziei. Prez. belwederski Duda nie po raz pierwszy zamanifestował swoją pełną gotowość i determinację, by czołgać się w dowolnym kierunku wskazanym przez starszych i mądrzejszych. Co zresztą nie odstaje bynajmniej od zasadniczej linii władzy warszawskiej – i nie należy łudzić się, że na zbyt dalekie koncesje nie pozwoli belwederskiemu prezydentowi stojący niezłomnie na straży polskiego interesu żoliborski prezes-premier-naczelnik.

Kogo jeszcze zaskoczyła decyzja ws. degradacji Jaruzelskiego, Kiszczaka et consortes, niechaj przypomni sobie, że ledwie pół roku temu Duda z Kaczyńskim wspólnie zakomunikowali nam, że aneksu do raportu o likwidacji WSI narodowi jednak nie pokażą. Przy okazji sam Kaczyński ujawnił, że dokument ten czytał (na jakiej podstawie prawnej, nie wiadomo) i że w jego najgłębszym przekonaniu „lepiej będzie, jeśli nie zostanie on opublikowany”, bo na razie „nie ma takiej konieczności”. Zagadką pozostaje, czy świeża decyzja Dudy zmienia postać rzeczy i teraz może „konieczność” już zachodzi czy wręcz przeciwnie – należy ją przyjąć jako oznakę tego, że „tak jest lepiej”? Prawda o zamachu smoleńskim już praktycznie odłożona została ad acta – a celebrowanie kwietniowej rocznicy posłużyło do oswajania wiernego elektoratu z myślą, że tej prawdy nie poznamy „być może nigdy”. Jednocześnie warszawska dyplomacja ochoczo zgłosiła Rzeczpospolitą do roli zakładnika polityki mocarstw zachodnich, które wszak nie będą z kreaturami formatu Szczerskiego czy Czaputowicza konsultować, kiedy i w jakim stopniu spodoba im się eskalować napięcie wojenne na Bliskim Wschodzie.

Fałszywe flagi aż furkoczą na wiosennym wietrze – w sprawie zamachu w Salisbury (wszak jako koronny dowód rosyjskiego sprawstwa podawano wykrycie owego strasznego „nowiczoka”, który jakoś jednak nie okazał się w tym przypadku śmiertelny), czy w syryjskiej Dumie (gdzie podstawowe pytanie o motyw i ew. korzyść z chemicznego mordowania bezbronnych dzieci od początku każe powątpiewać w wersję oficjalną Londynu i Waszyngtonu). Ale Warszawa z pełnym zaufaniem do Anglosasów przyzwala na wpychanie nas w ten konflikt jako strony już de facto wojującej. Wszak już od dawna nasze F-16 i nasi „specjalsi” stacjonują w tamtych stronach – pozostając do dyspozycji naszych „strategicznych sojuszników”. Polska zatem – powtórzmy, bo to istotny punkt w akcie oskarżenia aktualnego układu władzy – pozostaje zakładnikiem cudzej polityki zarówno w sprawach zagranicznych, jak i wewnętrznych. Zauważmy bowiem, że rozpoczęta w zimie i do dziś trwająca, szczególnie gwałtowna kampania wojny propagandowej Żydów z Polakami prowadzona jest w znacznej mierze na naszym własnym terenie – za pomocą narzędzi oddziaływania politycznego i medialnego wykreowanych i utrzymywanych za polskie pieniądze.

Dla nikogo przytomnego nie może już ulegać wątpliwości jawnie antypolski i faktycznie eksterytorialny charakter takich ośrodków jak „Polin”, Muzeum Historii Żydów Polskich – tam na nasz koszt prowadzi się szeroko zakrojone działania, które z polską racją stanu i interesem narodowym nie mają i nigdy nie miały niczego wspólnego. Ale przecież przywódcy „dobrej zmiany” i liderzy opinii „prawicowej” nadal stawiają sobie z punkt honoru robienie dobrej miny do złej gry. Czego spektakularny przykład mieliśmy właśnie w ostatnich dniach, kiedy to po owym bezczelnym występie prez. Rivlina w Auschwitz-Birkenau w otulinie propagandowej „dobrej zmiany” niektórzy na głowie stawali, by wmawiać sobie i innym, że nic złego się nie wydarzyło, że zniesławiające nas insynuacje w ogóle nie padły. Cała ta niespójna narracja sypie się już jednak gruntownie i może być „w zaparte” podtrzymywana jedynie dzięki determinacji funkcjonariuszy frontu ideologicznego p.o. redaktorów i komentatorów, którzy zachowują cenzorską władzę moderowania przekazu w centralnych mediach. Najwyraźniej jednak na wysokich szczeblach egzekutywy politycznej przekonująca wiarygodność przekazu propagandowego nie jest już priorytetem. Najwyraźniej przeszliśmy już do następnego etapu –transferu aktywów politycznych i inwestycji infrastrukturalnych. Innymi słowy: etap realnej instalacji żydowskiej suwerenności wyspowej na polskim odcinku Międzymorza (bo wszak na Ukrainie i w Rumunii są już u siebie i specjalnie tego nie kryją – patrz akcja ze zbieraniem szczątków śmigłowca w Karpatach już w 2010 r.).

Na tym nowym etapie najwyraźniej przewidziano jakieś inne środki, które zagwarantują pacyfikację nastrojów tubylczych malkontentów – niezależnie od tego, kto dalej wierzy, a kto już nie daje się nabrać na „dialog i pojednanie” z Żydami. Być może bliski jest czas zastosowania środków przymusu bezpośredniego i być może temu właśnie zawdzięczamy obecność w Polsce tak doborowej bandyckiej stawki, jak wyżej wymienieni. Słowo „bandyckiej” nie jest przecież nie na miejscu wobec facetów od mokrej roboty osobiście odpowiadających za politykę, której stałym instrumentem jest karabin wymierzony w nieletnich Palestyńczyków. I otóż takich ludzi coś sprowadziło w nasze skromne progi. Sz. Czytelnik pojmuje oczywiście w lot, że ów Marsz Żywych w Oświęcimiu to zaledwie przykrywką, „zalegendowaniem” ich pobytu. Mowa o ludziach, którym zwyczajna pragmatyka służbowa, a przede wszystkim żelazne reguły bezpieczeństwa państwa nie pozwalają w ogóle pokazywać się razem nawet we własnym kraju, a co dopiero za granicą. Jeśli podjęli mimo wszystko taką eskapadę, to oznacza to ni mniej, ni więcej, że w ostatnich dniach przeprowadzona została na terytorium Polski jakaś kombinacja operacyjna, której doniosłość wymagała osobistego nadzoru, a może wręcz udziału w procesie decyzyjnym najwyższych przełożonych.

Cóż to być mogło? Zwykłą odprawę na tak wysokim szczeblu mogli sobie urządzić u siebie – jeśli przyjechali do nas, to musiało to być podyktowane koniecznością przejścia na „ręczne sterowanie” w kontakcie z agenturą (tutejszą, polskojęzyczną agenturą, której z jakichś względów nie można było sprowadzić do Jerozolimy), lub/i koniecznością przeprowadzenia wizji lokalnej – osobistej wizytacji miejsc, obiektów, które wytypowano jako kluczowe w jakiejś nadchodzącej operacji. A cóż to za operacja? Jasna sprawa: MOST 2 – transfer części aktywów państwa żydowskiego z Palestyny w bezpieczne rejony, nad którymi służby i armia żydowska sprawować muszą suwerenną kontrolę. Gdzie szukać takiego miejsca, gdzie bezpiecznie i do czasu dyskretnie będzie można dyslokować część żywotnie istotnych kadr (elit państwowych), broni (głowic atomowych) i baz danych (serwery) – oczywiście nad Wisłą. Gdzie konkretnie? Oto zagadka – konkurs, do udziału w którym niniejszym zapraszam Sz. Czytelników. Może gdzieś w Państwa okolicy uruchomiono już dawno jakąś wielką inwestycję, do której zwykli śmiertelnicy nie mają dostępu – ze względów bezpieczeństwa, ma się rozumieć? Może gdzieś tam już od dawna kopią jakiś tunel donikąd albo leją tysiącami ton beton w niewiadomego przeznaczenia monstrualną dziurę w ziemi? Ot, choćby coś takiego jak Centralny Port Komunikacyjny w Baranowie/Stanisławowie – pasowałby jak ulał. Ale może Państwo wpadną na inny trop. Proszę o nadsyłanie zdjęć i opisów – nagrodą dla autorów najciekawszych typowań będą tanie loty z dowolnie wybranego miasta wojewódzkiego w Polin do Tel-Awiwu ;-)

Grzegorz Braun

Za: PolskaNiepodległa.pl (2018-04-30) — [Org. tytuł: «TYLKO U NAS! Grzegorz Braun: Wiosenne nieporządki»]