OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Artykuły i Komentarze

Wołyń 43. Bohaterowie i rezuny

W niedzielny poranek 11 lipca 1943 roku ktoś załomotał do drzwi plebanii w Porycku, małym miasteczku w powiecie włodzimierskim, na Wołyniu.

Proboszcz, ks. Bolesław Szawłowski ujrzał na progu zdyszanego mężczyznę. Przybysz był Ukraińcem z pobliskiej wioski. Przybiegł z ostrzeżeniem – jego rodacy z Ukraińskiej Powstańczej Armii szykują rzeź; uderzą w czasie Mszy św. rozpoczynającej się o godzinie 11.00. Ksiądz Szawłowski natychmiast rozesłał po miasteczku ministrantów, by kołatali do drzwi domów, przekazując straszną wieść. Ale ogromna większość mieszkańców nie uwierzyła, że ich sąsiadami są barbarzyńcy zdolni do mordu w świątyni. O godzinie 11.00 kościół wypełnił ufny, rozmodlony tłum.

Najpierw rozległ się krzyk. Mała dziewczynka wpadła do kościoła wołając, że na zewnątrz gromadzą się uzbrojeni ludzie. Zaraz potem huknął strzał – na progu stanęła zakrwawiona, chwiejąca się na nogach kobieta. Wśród wiernych wybuchła wrzawa, zaraz zagłuszona jazgotem broni maszynowej. Strumienie pocisków wpadały przez drzwi i okna, kładąc pokotem zgromadzonych.

Po chwili kanonada umilkła. W świątyni słychać było jęki rannych i przeraźliwy szloch. Wtedy rozległy się głośno wypowiedziane słowa modlitwy. Ksiądz Szawłowski, jak dotąd nietknięty, stał u ołtarza i udzielał wiernym zbiorowego rozgrzeszenia. Z zakrystii wyłonił się uzbrojony Ukrainiec. Wymierzył do kapłana. Po strzale ksiądz zachwiał się, ale dalej odmawiał modlitwę. Dopiero druga kula cisnęła nim o posadzkę.

Dwaj mordercy, z karabinami w dłoniach, urządzili obchód kościoła. Szli między ławkami, przyglądając się leżącym. Jeżeli zauważyli oznaki życia, dobijali ofiary pojedynczymi strzałami. Robili to bez pośpiechu, metodycznie, a ich działania cechowała upiorna sumienność. Potem bojówka UPA ruszyła na miasto, w poszukiwaniu pozostałych Polaków. Tych, których udało się zaskoczyć w domach, zabijano na miejscu, całymi rodzinami.

W ów straszny dzień krew lała się w dziesiątkach miejscowości Wołynia. Bandyci UPA uderzyli niemal równocześnie na 99 polskich wsi i miasteczek. W ciągu nocy i następnego dnia liczba zmasakrowanych siół wzrosła do 167. Podczas tych kilkudziesięciu godzin zamordowano co najmniej 11.000 bezbronnych ludzi.

Sprawcy

Założona w roku 1929 Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów już przed wojną prowadziła kampanię terrorystyczną przeciw państwu polskiemu.

Terroryści OUN z biegiem lat zacieśniali współpracę ze służbami specjalnymi hitlerowskich Niemiec. We wrześniu 1939 roku ochoczo wbili nóż w plecy Polakom broniącym się przed skoordynowaną agresją sąsiadów. Podczas wystąpień przeciw Wojsku Polskiemu ukraińska „piąta kolumna” wielokrotnie zebrała zasłużone baty. Ounowscy hiroje powetowali to sobie na ludności cywilnej – dziś mało kto pamięta, że do masowych rzezi w województwach południowo-wschodnich doszło już w pierwszych tygodniach wojny. Niepełne szacunki mówią o zamordowaniu wówczas przez bojówkarzy ukraińskich co najmniej 3278 Polaków.

Różnice zdań między liderami szowinistów, Stepanem Banderą i Andrijem Melnykiem, doprowadziły do rozłamu na skłócone frakcje: OUN-B (banderowcy) i OUN-M (melnykowcy). Oba skrzydła wystąpiły aktywnie w czerwcu 1941 roku, po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, atakując tu i tam wycofującą się Armię Czerwoną, a przede wszystkim przeprowadzając kolejną serię pogromów Polaków i Żydów, znów zabijając tysiące ludzi.

Niemcy wypędzili Sowietów z Ukrainy, ale nie zamierzali przyznawać jej niepodległości. Wobec tego banderowskie skrzydło OUN zeszło do podziemia. Natomiast melnykowcy dość szybko pogodzili się z III Rzeszą, wystawiając u jej boku formacje policyjne i wojskowe (Wołyński Legion Samoobrony, Ochotnicze Pułki Policyjne SS „Galizien”, wreszcie 14. Ochotniczą Dywizję Grenadierów SS „Galizien”), które wkrótce zasłyną licznymi zbrodniami.

Niemcy powołali Ukraińską Policję Pomocniczą, przy pomocy której w ciągu dwóch lat wymordowali niemal całą sześćsettysięczną społeczność żydowską Małopolski Wschodniej i Wołynia. W policji służyli sympatycy OUN, także z frakcji banderowskiej, oficjalnie skłóconej z III Rzeszą, jako że wytępienie Żydów (a w przyszłości Polaków) pokrywało się z celami organizacji. Ukraińscy wachmani licznie zasilili załogi niemieckich obozów koncentracyjnych.

Genocidum atrox

W 1943 roku banderowcy postanowili rozpocząć samodzielną akcję ludobójczą. Odezwa OUN-B jasno wskazywała wrogów: „Narodzie! Wiedz! Moskwa, Polska, Węgrzy, Żydostwo – to Twoi wrogowie. Niszcz ich!”

Narzędziem zniszczenia miało być zbrojne ramię organizacji – Ukraińska Powstańcza Armia, wspierana przez Służbę Bezpieczeństwa (Służba Bezpeky) oraz pospolite ruszenie (Samoobronni Kuszczowi Widdiły – SKW), takoż tłumy doraźnie zwerbowanego ukraińskiego chłopstwa.

Za początek ludobójstwa w wykonaniu OUN-B przyjmuje się rzeź w kolonii Parośla na Wołyniu, dokonaną w dniu 9 lutego 1943 roku. Zamordowano tam 149 mieszkańców, a także 6 jeńców rosyjskich, których rezuni przywlekli ze sobą. Przybyli potem na miejsce zdarzenia Polacy z okolicznych wiosek byli zaszokowani tym, co ujrzeli. W chatach i na podwórkach leżeli mężczyźni obdarci ze skóry, kobiety z obciętymi piersiami, zadźgane nożami niemowlęta. Wiele ofiar miało odcięte głowy, innym przed śmiercią wyłupiono oczy, odrzynano nosy i wargi…

Zbrodnia w Parośli nie była jednorazowym wybrykiem bandy degeneratów, ale elementem świadomie forsowanej strategii. Ataki fanatyków następowały raz za razem. Ich ofiarą padały zarówno pojedyncze polskie rodziny otoczone morzem ukraińskich sąsiadów, jak i skupiska liczące setki ludzi. Na porządku dziennym było odrąbywanie ofiarom głów i kończyn, najwymyślniejsze okaleczenia, wyrywanie języków, wypruwanie wnętrzności, palenie żywcem, zakopywanie żywcem, wbijanie na pal, wbijanie gwoździ w czaszkę, skalpowanie, ćwiartowanie przy pomocy siekier i pił. Maleńkie dzieci obnoszono na ostrzach wideł, albo wbijano na sztachety płotów. Kobietom ciężarnym rozpruwano brzuchy i wydzierano płody, niekiedy wkładając na ich miejsce żywego kota albo tłuczone szkło. Zwłoki ofiar bywały bezczeszczone – okaleczane, gwałcone, rzucane świniom na pożarcie. Znane były przypadki rozwieszania na ścianach wyprutych ludzkich jelit z podpisem „Polska od morza do morza”, krzyżowania niemowląt na ścianach z podpisem „polśkij oreł”, używania odciętej głowy do gry w piłkę nożną…

Banderowcy zmuszali osoby narodowości ukraińskiej, posiadające polskich współmałżonków, do ich zabijania. Dzieciom z mieszanych małżeństw dawano szansę ocalenia, każąc zabić polskiego rodzica.

Bandyci UPA zburzyli ćwierć tysiąca świątyń rzymskokatolickich, zamordowali około stu księży, zakonników i sióstr zakonnych. Z ich rąk zginęło również kilkudziesięciu duchownych prawosławnych i greckokatolickich, przeciwstawiających się mordercom. Pamiętając o tych bohaterach trzeba nadmienić, że znaczna liczba duchownych obrządków wschodnich zaangażowała się bez reszty w działalność OUN. Niektórzy z tych osobliwych kapłanów otwarcie podburzali wiernych do antypolskich wystąpień, posuwali się do bluźnierczego święcenia noży i siekier używanych podczas rzezi, a nawet sami uczestniczyli w napadach.

Rachunek krwi

W latach 1943-1945 ofiarą terroru UPA padło (przede wszystkim na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, w mniejszym stopniu na Lubelszczyźnie i na Polesiu) od 120.000 do 140.000 etnicznych Polaków, a także kilkadziesiąt tysięcy polskich Ukraińców, Żydów, Ormian, Rosjan, Czechów, Cyganów.

Nadto tysiące mieszkańców Rzeczypospolitej UPA zabiła po 1945 r., po obu stronach nowo utworzonej granicy. Część z nich straciła życie już jako obywatele sowieccy, którymi mianowano ich po anektowaniu przez Stalina polskich województw południowo-wschodnich. Dalsze setki tysięcy obywateli (głównie Polaków i polskich Żydów) zginęło przy współudziale formacji ukraińskich na żołdzie niemieckim.

Dla porównania, wedle opublikowanych w 2009 roku danych Instytutu Pamięci Narodowej, w latach 1939-1945 terror sowiecki pochłonął życie 150.000 obywateli Rzeczypospolitej. Ilu ludzi ma świadomość, że w dziele mordowania Polaków, banderowska wataha zbirów z siekierami i widłami, operująca na ograniczonym obszarze i w trzykrotnie krótszym czasie, zdołała dorównać krwawym antypolskim osiągnięciom całego imperium Stalina z jego Gułagiem, z jego dywizjami NKWD, ze Smierszem i całą resztą instrumentów terroru?

Żołnierze czy bandyci?

UPA działała przeciw Polsce, ale nie to powinno wpływać na jej ocenę.

W naszej historii mieliśmy wielu przeciwników, których wspominamy bez nienawiści, a nawet z szacunkiem, jako dzielnych wrogów, którzy wypełniali swój obowiązek wobec własnego narodu i ojczyzny. Nawet w odniesieniu do koszmarnych lat II wojny światowej, wypada inaczej ocenić poborowego wcielonego do Wehrmachtu czy Armii Czerwonej, walczącego na pierwszej linii – inaczej zaś oprawcę z Einsetzgruppen, Gestapo bądź NKWD.

Kłopot z UPA polega na tym, że jeśli pominąć zastraszony terrorem tłumek „przymusowych ochotników”, to składała się ona przede wszystkim z oprawców. Jej modus operandi był przerażający.

Zawsze, na każdym etapie działań ounowskich hirojów, większość ich ofiar stanowili bezbronni cywile. Na 60.000 polskich ofiar Rzezi Wołyńskiej (1943-1944) znaleziono tylko 262 przypadki śmierci Polaków uzbrojonych, poległych w trakcie walki. Nie inaczej było na innych obszarach, w tych i innych latach.

Obrońcy OUN i UPA mówią, że organizacje te walczyły z Sowietami. Prawda, ale jak wyglądała ta walka? W kwietniu i maju 1941 roku w woj. tarnopolskim i na Wołyniu ounowska konspiracja zamordowała 98 osób, uznanych za Sowietów i kolaborantów. Pominę fakt, że w tamtych czasach łatkę „sowieckiego agenta” dostawał każdy, kto nie zgadzał się z linią polityczną OUN. Czytelników zainteresuje pewnie, ilu z tych 98 zlikwidowanych było przedstawicielami resortów siłowych okupanta. Otóż było ich dokładnie SZEŚCIU – czterech milicjantów i dwóch żołnierzy Armii Czerwonej.

Równie ciekawymi danymi dysponujemy o okresie „powojennym” na Ukrainie Sowieckiej. Na 30.646 morderstw przypisanych ukraińskim nacjonalistom w latach 1944-1953 zginęło raptem 8340 sowieckich żołnierzy i milicjantów, za to ponad 22.000 cywilów.

Czy to zwalczając Polaków, czy Sowietów, banderowcy najlepiej czuli się w roli katów bezbronnych. Jeżeli bandytów z UPA ktoś określa mianem żołnierzy i bojowników o wolność, to czemu do tego zacnego grona nie zaliczy również ukraińskich wachmanów z Auschwitz, Bełżca, Sobiboru i Treblinki?

Polski odwet

Próbuje się „równoważyć” ludobójstwo wołyńsko-małopolskie stwierdzeniem, że ofiary były po obu stronach.

Trudno kłaść na jednej szali zgładzonych cywilów wraz z poległymi w walce rezunami z UPA, policjantami, esesmanami z dywizji „Galizien”. Tym niemniej, trzeba to powiedzieć uczciwie, zdarzały się też polskie odwety wymierzone w ludność cywilną. Zginęło w nich kilka tysięcy osób.

Każda niewinna ofiara to o jedną za dużo. Jednak w tym przypadku wypada pamiętać o proporcjach. Strona polska nie prowadziła planowej akcji eksterminacyjnej. Akty ślepej zemsty były najczęściej samowolną inicjatywą dowódców niewielkich oddziałów partyzanckich, grup cywilów bądź pojedynczych mścicieli. Ukraińskie ofiary cywilne stanowiły kilka procent wielkości ofiar polskich (a jeszcze mniej, gdy uwzględnimy dokonania ukraińskich pomocników Hitlera). To, co po stronie polskiej było patologią, w przypadku działań UPA stanowiło normę.

To prawda, niektórzy Polacy po tym, co ujrzeli na Wołyniu czy gdzie indziej, przeszli straszną przemianę. Już nie byli tymi samymi ludźmi, co niegdyś. Nie każdy, widząc dzieci zarąbane siekierą, albo obdarte ze skóry, albo wbite na pal, jest w stanie zapanować nad rodzącym się uczuciem nienawiści. Bóg to osądzi – i chyba nawet dla Niego będzie to straszliwy dylemat.

Zdradzeni

W tamtych mrocznych latach naród ukraiński miał prawdziwych bohaterów.

Kiedy banderowcy wyrzynali setkę Polaków w Ciemierzyńcach (gm. Dunajów), maleńka Stasia Wilk, uciekając wpadła na podwórko sąsiadki, Ukrainki Ireny Chruścielowej. Umazani krwią zbrodniarze podążyli za ofiarą. Na ich widok pani Chruścielowa porwała dziecko na ręce, przycisnęła je do piersi, krzycząc oprawcom w twarz: „Nie dam! Nie dam!” Rozwścieczeni „żołnierze UPA” zarąbali kobietę i dziecko.

W Antolinie (gm. Ludwipol) Ukrainiec Michał Mieszczaniuk miał żonę-Polkę, razem cieszyli się rocznym dzieciątkiem. UPA kazała Mieszczaniukowi zgładzić żonę i dzieciaka, a on odmówił. Zapłacił za to głową.

W Tutowiczach (gm. Antonówka) „ukraińscy powstańcy” zamordowali swą koleżankę, Jarynę Wołoszyn. Powód? Nie chciała zabić polskiego dziecka.

W Żabczu (gm. Czaruków) ksiądz greckokatolicki Serafin Horosiewicz ukrywał czterech Polaków. Kiedy sprawa wydała się, banderowcy zamknęli ich razem w cerkwi i spalili żywcem.

W Niżborgu Nowym (gm. Kopyczyńce) pewien Ukrainiec głośno potępił mordowanie Polaków. Potem zginął z ręki własnego syna.

Takich przypadków były tysiące. Pamięć o Ukraińcach zamordowanych przez banderowców winna stać się pomostem łączącym narody polski i ukraiński. Ale czy tzw. „rzecznicy pojednania polsko-ukraińskiego” pamiętają o pani Chruścielowej, o Wołoszyn, o Mieszczaniuku? Nie! Oni chcą jednać się z tymi, którym dzisiaj na Ukrainie stawiane są pomniki – z hirojami, co wbijali na pal, co wykłuwali oczy, co roztrzaskiwali dziecięce główki.

***

Dziś emocje rozpala konflikt polsko-żydowski. Słusznie przeciwstawiamy się insynuacjom i nieuzasadnionym roszczeniom. Jednak polski patriota musi odczuwać wstyd, widząc szacunek okazywany przez Żydów ich męczennikom. W parlamencie Izraela nie znalazł się nikt, kto by zakwestionował określanie zagłady Żydów mianem ludobójstwa; kto żądałby przekwalifikowania jej na jakąś „akcję o znamionach”. Żydowscy historycy i publicyści nie roztrząsali „dramatycznych wyborów i dylematów” wachmanów z Treblinki. Żaden izraelski polityk nie przekonywał, że nazywanie rzezi Żydów zbrodnią „wzbudza niepotrzebne emocje”; że dyplomatyczniej byłoby mówić o „tragicznych wydarzeniach w Birkenau”…

Tymczasem polskie ofiary banderowców, takoż uczciwi Ukraińcy ryzykujący niegdyś życiem za wierność Rzeczypospolitej, albo za zwykłą ludzką życzliwość okazaną polskim sąsiadom, są dziś zdradzani przez elity polityczne Kraju nad Wisłą, również przez wielu tutejszych dziejopisów i publicystów – w kwestii oceny zbrodni UPA bijących wszelkie rekordy skundlenia.

Andrzej Solak.

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2018-07-11Wołyń 1943 – holokaust z ręki sąsiadów Strona główna > Opinie Wołyń 1943 – holokaust z ręki sąsiadów By Władysława Siemaszków, Ludobójstwo, page 1294, from Henryk Słowiński collection (http://www.starwon.com.au/~korey/Wolyn%2043.htm) [Public domain], via Wikimedia Commons #WOŁYŃ 1943 #HOLOKAUST #NIENAWIŚĆ #UKRAINA #WSCHODNIA GALICJA #POLSKA #LUDOBÓJSTWO #KRESY Nigdy i nigdzie indziej w szatańskim XX stuleciu nie zalała Polaków tak potężna fala tak skondensowanej nienawiści jak na Wołyniu i we wschodniej Galicji pod koniec drugiej wojny światowej. Wiek XX był z dopustu Bożego stuleciem szatana – któż to może lepiej wiedzieć niż Polacy. Naród polski jak mało który poznał otchłanie „ciemnej doliny” (Ps 23, 4), wtrącony w miażdżące tryby obu totalitaryzmów. Jednakowoż najohydniejszą zbrodnię popełnili na Polakach nie wrogowie zewnętrzni, tylko ich najbliżsi sąsiedzi, z którymi przez całe lata mieszkali przez płot, z którymi chodzili do jednej szkoły, z którymi pracowali i bawili się, z którymi prowadzili wspólne interesy, z którymi się wiązali małżeństwem i zakładali mieszane rodziny. To był prawdziwy holokaust. Czy wypada tak nazywać ludobójstwo na Kresach? Niejednego to może oburzyć – wielu wszak uważa holokaust za wyłączną własność Żydów. I wcale nie trzeba do tego być jednym z nich – oto kilka lat temu pewien nieżyjący już hierarcha Kościoła katolickiego dał syntetyczny wykład owego stanowiska podkreślając, iż „słowo holokaust wiąże się z ich tragedią i dramatem. Oni jako jedyny naród skazani byli na zagładę za sam fakt bycia Żydami, więc nie można cierpień innych narodów stawiać na tym samym poziomie, operując słowem holokaust jako synonimem tragedii”. Sęk w tym, że Polacy na Wołyniu i we wschodniej Galicji zostali skazani na zagładę dokładnie za to samo co Żydzi – za sam fakt bycia Polakami. Różnica leży w proporcjach, ale nie o liczby przecież chodzi. To, że Polaków na Wołyniu i we wschodniej Galicji mordowano w ilościach mniej hurtowych i metodą mniej przemysłową niż Żydów dowodzi wyłącznie nieporównanie węższych możliwości technologicznych i horyzontów umysłowych morderców. Zamiar jednak był ten sam – wytępić „lacką rasę”. Po zastanowieniu jednak wydaje się, że umysł należy w ogóle wyłączyć z całej sprawy. Mamy tu wszak do czynienia z szatańskim zaślepieniem. Czyż bowiem zagłada Polaków na Wołyniu i we wschodniej Galicji, podobnie jak zagłada Żydów (a wcześniej Ormian, czy po części również Ukraińców w latach zadekretowanego przez Stalina Wielkiego Głodu, a w naszych czasach – rwandyjskich Tutsi) nie była całopalną ofiarą złożoną na ołtarzu Księcia Ciemności? Zauważmy, że grubo przekroczone zostały wszelkie granice ludzkiej natury. Dlaczego, chociażby, mordowano niemowlęta? Czyż nie rozsądniej było zachować je przy życiu, aby je wychować na ukraińskich janczarów? O, nie! Chodziło wszak o ofiarę całopalną, której składający nic nie zostawia dla siebie. Stąd właśnie nie tylko można, ale wręcz trzeba nazywać rzeź wołyńską holokaustem. Słowo to bowiem w tym kontekście nie stanowi wcale – jak się dziś równie powszechnie co błędnie mniema – synonimu tragedii, lecz adekwatne określenie sytuacji. Oto w latach ostatniej wojny światowej szatan zażądał od swych wyznawców całopalnej ofiary z Żydów i Polaków – holokaustu właśnie – i ta została mu złożona. Dlaczego pomimo posiadania broni palnej oprawcy w większości przypadków posługiwali się prymitywnymi narzędziami zbrodni: nożami, siekierami, drągami, orczykami? Tłumaczenie, że chodziło o oszczędzanie szczupłych zasobów amunicji brzmi ze wszech miar niepoważnie (lepiej już wprost powiedzieć, że ofiary jako „laccy podludzie” nie zasługiwały na kulę…). Prawdziwa przyczyna jednak wydaje się leżeć znacznie głębiej. Rzeź wołyńska nosi wszelkie znamiona mordu rytualnego, a w takim rodzaju mordowania chodzi o to, by się jak najdokładniej unurzać we krwi, by się w niej skąpać, by nią na całym ciele spływać… W zgodzie z narodową tradycją? Stąd wiec dantejskie sceny – chociaż ściślej można by rzec: sienkiewiczowskie. Czyż bowiem relacje wołyńskie nie przywodzą z miejsca na myśl scen opisanych w „Ogniem i mieczem” sześć dekad wcześniej? Przypomnijmy tylko, co przebywający w kozackiej niewoli Jan Skrzetuski oglądał na ulicach opanowanego przez czerń Korsunia, gdzie „tłuszcza ciągle rabowała domy i mordowała każdego, kto się jej wydał Lachem”. „Przez wybite okna widział pan Skrzetuski gromady pijanych chłopów, krwawych, z podwiniętymi rękawami u koszul, włóczących się od domu do domu, od sklepu do sklepu i przeszukujących wszystkie kąty, strychy, poddasza; od czasu do czasu wrzask straszliwy oznajmiał, że znaleziono szlachcica, Żyda, mężczyznę, kobietę lub dziecię. Wyciągano ofiarę na rynek i pastwiono się nad nią w sposób najstraszliwszy. Tłuszcza biła się ze sobą o resztki ciał, obmazywała sobie z rozkoszą krwią twarze i piersi, okręcała szyje dymiącymi jeszcze trzewiami. Chłopi chwytali małe Żydzięta za nogi i rozdzierali wśród szalonego śmiechu tłumów.” Ewentualny zarzut, że to tylko powieść i Sienkiewicz mógł wielu po prostu zmyślić, nie wytrzymuje krytyki. Autor „Trylogii” oparł bowiem jej fabułę o kwerendę wiarygodnych źródeł historycznych i dokumentów z epoki, a z pewnością nie mniej ciekawego materiału w tej kwestii dostarczyła mu późniejsza o wiek koliszczyzna (której dwustupięćdziesiąta rocznica właśnie mija całkiem niezauważenie), wciąż jeszcze w jego czasach żywo pamiętana. „Czy nie wiesz o tym, że na Ukrainie zaczęła się rzeź i szlachty wyrżnięcie? Pod święconymi nożami krew płynie; pop otwiera pierś, a chłop daje cięcie w bijące serce. Cały naród ginie jak w zapalonym przez Boga okręcie” – pisał Juliusz Słowacki w „Beniowskim”. W roku 1768 też doszło do hekatomby – w samym Humaniu ofiarą morderczego szału hajdamaków padło dwadzieścia tysięcy osób, a krew płynęła ulicami. Jaka tego przyczyna? Czy to genius loci tego dziwnego kraju, w którym – jak rzecz trafnie ujął Władysław Łoziński – „krew tańsza od wina, człowiek tańszy od konia (…) w którym łatwo zabić, trudno nie być zabitym”? A może jest coś specyficznego w narodzie ziemię ową od stuleci zamieszkującym? Franciszek Rawita-Gawroński w „Historii ruchów hajdamackich” nie pozostawia wątpliwości, że to „etniczne pierwiastki turańskie tkwiące w krwi ukraińskiego społeczeństwa ruskiego, a wybuchające od czasu do czasu, były jedną z ważniejszych przyczyn rzucających to społeczeństwo w objęcia bezbrzeżnej swawoli i czyniących z niego bardzo niepewny i mało przydatny materiał do pracy państwowej na długo jeszcze”. Na jak długo? Na pewno do roku 1943… Holokaust – złe słowo Ludobójstwo na Wołyniu i we wschodniej Galicji było grą o krew. Mordercom Polaków chodziło o to, by nie zostawić na ziemi, do której rościli sobie wyłączne prawo, ani kropli polskiej krwi. W mojej rodzinie znającej grozę tamtych dni do dziś opowiada się historię ukraińskiego lekarza, który otrzymał „z lasu” nakaz zabicia swej polskiej żony i zrodzonych z niej własnych dzieci. Odmówił i zginął bestialsko zakatowany wraz z nimi – jako jedna z ukraińskich ofiar holokaustu Polaków. Słowo holokaust nie ujmuje niczego tragedii narodu żydowskiego, której nikt zresztą nie zamierza kwestionować. To raczej niektóre środowiska żydowskie za wszelką cenę chciałyby zmonopolizować cierpienie. Ale są również inne środowiska żydowskie, które wzdragają się przed słowem holokaust na określenie tego, co spotkało dzieci Izraela z rąk narodowych socjalistów. Wolą nazywać rzeczy po imieniu słowem Szoa, czyli Zagłada, słusznie dopatrując się w anglojęzycznym określeniu holocaust (notabene w potocznym użyciu oznaczającym przede wszystkim katastrofę obfitującą w liczne ofiary ludzkie) profanacji całopaleń ku czci Jedynego Boga, składanych przez niezliczone pokolenia patriarchów, proroków i królów Izraela. Niestety w języku polskim słowo to, bezmyślnie mielone przy każdej okazji (a i bez okazji) zadomowiło się na dobre. A wszystko dlatego, że wiedza na temat Żydów, ich cywilizacji, kultury i mentalności jest w naszym kraju – nawet w kręgu intelektualistów – praktycznie zerowa. Jerzy Wolak Zobacz także: Przeczytaj także: Wołyń 43. Bohaterowie i rezuny Read more: http://www.pch24.pl/wolyn-1943—holokaust-z-reki-sasiadow,61552,i.html#ixzz5Ky9zk3wD )

Czy tatuaże są dozwolone?

Uzależnienie od tatuażu nie jest nowym zjawiskiem w historii ludzkości. Oszpecanie własnego ciała było spotykane w wielu prymitywnych społecznościach jako znak męstwa, osiągnięć, jako prawdziwy znak honoru.

Czy jednak współczesna praktyka stosowania tatuaży jest możliwa do porównania?

Tatuaże podlegają pod pojęcie samookaleczenia. Samookalecznie jest oczywiście dopuszczalne wtedy, gdy dokonywane jest dla dobra całego ciała, zgodnie z zasadą całości, oznaczającą iż część istnieje dla całości. To zdroworozsądkowe zrozumienie podkreślone zostaje słowami Naszego Pana:

” Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła.”

(Mt. 5, 29)

W związku z tym, nikt nie podważa możliwości poddania organów czy ciała okaleczeniu, zniekształcaniu zewnętrznego wyglądu, będących skutkiem leczenia poważnej lub zagrażającej życiu chorobie, na przykład nowotworu. Jednakże tatuaże są zniekształcaniem ciała skierowanym nie dla jakiegokolwiek dobra, czy to dla dobra ciała czy też duszy. Czy dopuszczalne jest zatem przeprowadzenie takiej kosmetycznej deformacji bez jakiegokolwiek obiektywnego celu, jedynie z tego powodu, iż ktoś po prostu chce tego dokonać?

Moralność zależy od władzy człowieka nad swoim ciałem. Zgodnie ze współczesnym myśleniem, człowiek ma absolutną władzę nad swoim ciałem i może czynić z nim wszystko czego sobie zażyczy. Nie jest to jednak nauczanie Kościoła, gdyż aczkolwiek rozporządzamy naszym ciałem, to należy ono do Wszechmogącego Boga. Nasze panowanie nad naszym ciałem jest ograniczone do używania go do celów, dla jakich zostało stworzone. Było to przedmiotem wyraźnego nauczania papieża Piusa XI, który w encyklice dotyczącej małżeństw chrześcijańskich, potępił samookaleczenie sterylizacji:

Jest to zresztą nauką chrześcijańską i także wynikiem ludzkiego rozumowania, że poszczególny człowiek częściami swego ciała tylko do tych celów rozporządza, do których przez przyrodę są przeznaczone. Nie można ich niszczyć lub kaleczyć lub w jaki inny sposób udaremniać naturalnego ich przeznaczenia, chyba że tego wymaga zdrowie ciała całego.

Casti Connubii – Encyklika Piusa XI

Na zarzuty mówiące, iż tatuaże nie powodują szkody w funkcjonowaniu ciała, należy odpowiedzieć, że każde działanie człowieka musi mieć swój cel opierający się moralności. Nie ma czegoś takiego jak czyn moralnie obojętny. Czyn, który nie jest dobry, jest z konieczności zły. Jeśli nie ma celu w robieniu tatuażu, to mamy do czynienia co najmniej z próżnością, brakiem respektu dla człowieka, żądzą przyciągnięcia ku sobie uwagi lub zaszokowania innych. Ale w każdym z tych przypadków mamy do czynienia z nieuporządkowanymi motywami. Jeśli tatuaż nie jest szlachetny bądź umiarkowany, to jest zły, gorszący i grzeszny. Ten grzech może być powszedni, jeśli tatuaż nie atakuje Boga lub religii, lub nie jest niemoralny w swojej symbolice i jeśli dokonany został w akcie próżności, sam przez się jest powszednim nieuporządkowaniem. Może jednak być grzechem śmiertelnym, jeśli tatuaż jest bluźnierczy lub zaprzeczający religii, lub zastosowany jako bezpośredni atak na Boską władzę nad ciałem człowieka.

Czasami podnoszone są zarzuty, iż nawet żarliwi katolicy mają tatuaże z symbolami krzyży czy innymi symbolami świętymi. W takich przypadkach tatuaż może być wyrażeniem wiary i zewnętrznym zademonstrowaniem świętości ciała, konsekrowanego Wszechmogącemu Bogu poprzez chrzest. Czytamy więc, że św. Jane Frances Fremiot de Chantal wycięła na swojej klatce piersiowej gorącym żelazem święte imię Jezusa Chrystusa. Jednak jest to nadzwyczajna inspiracja świętej. W naszych czasach, najczęściej te symbole są zastosowane jako forma przedrzeźniania i są bardziej symbolem desakralizacji tej świątyni Boga, którą jesteśmy, niż w celu przeciwnym. Odnoszą się najczęściej do subkultury – ateistycznej a czasem pogańskiej. Zniżają one człowieka do poziomu zwierzęcia i mają czysto utylitarne znaczenia.

W tym właśnie tkwi prawdziwe moralne podłoże tatuaży. Stosowane są one w duchu rebelii i generalnie przedstawiają jeden lub więcej aspekt tej rebelii, czasem nieczystej, ordynarnej, brutalnej, wstrętnej, przerażającej, odrażającej, jeśli nie otwarcie bluźnierczej czy diabolicznej. To jest dokładnie ta rebelia przeciw naturalnemu porządkowi, odrzucająca podporządkowanie się człowieka swojemu Stwórcy. Rebelia ta symbolizowana jest w tatuażach, przez które człowiek udaje posiadanie pełnej władzy nad swoim ciałem, oszpeca ciało, które Bóg w swej dobroci powierzył człowiekowi. To jest ta rebelia przeciwko zasadom, przeciwko skromności, rebelia przeciwko wszystkim społecznym oczekiwaniom, przeciwko społecznemu charakterowi człowieka. Właśnie w związku z tym, ten symbol opozycji wobec naturalnego porządku, został zabroniony w przykazaniach Starego Prawa:

” Nie będziecie nacinać ciała na znak żałoby po zmarłym. Nie będziecie się tatuować. Ja jestem Pan!”

Kpł. 19, 28

Jakkolwiek prawa te nie są same w sobie wiążące dla sumienia, to jednak nie były one przypadkowe. Przykazanie aby nie „uszkadzać swojego ciała” jest wymienione razem z takimi zabronionymi czynami, jak konsultowanie się z czarownikami czy wróżbitami, wróżenie ze snów, czy hańbienie swojej córki, nakłaniając ją do nierządu.

Jest zatem aktem rebelii przeciwko nadprzyrodzonemu porządkowi, gdyż tatuowanie symbolizuje człowieka trwającego w swoich prawach do czynienia cokolwiek mu się podoba, bez oddawania czci Swojemu Zbawicielowi. […] Tatuowanie symbolizuje odrzucenie świętości ciała człowieka. Jest symbolem najwyższej rozpaczy tak charakterystycznym dla współczesnego społeczeństwa mówiącego, że nasze życie cielesne jest końcem samym w sobie i nic już poza nim nie ma.

Ks. Peter R. Scott, FSSPX

Tłumaczył Lech Maziakowski /Bibuła/

A więc klęska

…Ale Żydzi pracują na kolejną falę pogromów.

Gazety izraelskie, w przeciwieństwie do polskich, nie mają wątpliwości, jak ocenić naszą ekspresową rejteradę z ustawy „antydefamacyjnej” (Sejm, Senat i podpis prezydenta w 9 godzin – takiej legislacyjnego rekordu jeszcze nie było!).

„Nie poszliśmy na kompromis, doprowadziliśmy do uchylenia [polskiego] prawa i przywróciliśmy stosunki z Polską”, pochwalił się w „Haaretzu” prowadzący poufne rozmowy z Polską Jakow Nagel – i w tym duchu mniej więcej widzą to wszyscy. Polacy próbowali wybielić swą haniebną przeszłość, wyprzeć się współudziału w holocauście, ale dostali dobrą szkołę i musieli się przyznać. Kto nie wierzy, niech przerzuci choćby same tytuły zachodnich gazet.

PiS usiłuje jednak wmówić swym wyznawcom, że to wielki sukces, obronienie naszej historii przed oszczercami i historyczne pojednanie z Izraelem. Jakoś muszą się z poniesionej klęski wykręcić i zrobić dobrą minę, oczywiście, ale doprawdy, lepiej by było przyznać po prostu uczciwie, że ustawa była bezmyślna i przyjęta bez próby przewidzenia skutków (a mądrzy ludzie ostrzegali!), a nacisk USA tak silny, że po prostu trzeba było rzucić ręcznik na ring, zanim zrobią z nas kompletnie mokrą szmatę.

Można się domyślać, że dziki pośpiech w denowelizacji ustawy o IPN (bo tak chyba należy nazwać ten akt prawny) związany był z zapowiadanym spotkaniem prezydenta USA z prezydentem Rosji – i na miejscu rządzących nie robiłbym z tego tajemnicy. Trudno, daliśmy ciała, ale tylko kapitulacja pozwoliła uniknąć kompletnego pogromu. Teraz trzeba wstać z desek, otrzepać się – alleluja i do przodu.

I, przede wszystkim, pomyśleć. Powodem, dla którego od lat zdzieram pióro, wojując z romantycznym brązownictwem polskiej historii, dla którego napisałem bolesne książki o fałszywości mitu Września 1939 i legendy Piłsudskiego, jest to, że ten kretyński nawyk brązowienia i uwznioślania popełnionych błędów, bagatelizowania, a wręcz niedostrzegania klęsk, skazuje nas na ich ciągłe powtarzanie.

No bo jeśli człowiek nie przyznaje do wiadomości, że dostał w nos, i że to źle, jeśli z godnym psychopaty uporem wmawia sobie, że obita gęba to powód do dumy, moralne zwycięstwo, przewrotny dowód naszej wyższości nad niemoralnym, “kupieckim” światem czniającym wyższe wartości – to i nie może wyciągnąć żadnych wniosków i niczego się nauczyć.

Ale zostawmy dziś to miotanie grochem o ścianę polskiej niedojrzałości i przyjrzyjmy się raczej Żydom, zwycięzcom wojny o to, czemu oni sami, narzucili nazwę “polish holocaust law”. Premier Izraela to polityk bezwzględny, dla dobra Żydów, tak, jak je rozumie, gotów nawet do zbrodni – bo czymże innym jest rozkaz rozstrzeliwanie uczestników protestów, uzbrojonych tylko w kamienie, przez snajperów? (Nawiasem mówiąc, umieraliśmy z oburzenia, gdy to samo robili snajperzy Janukowycza [czy kogoś-tam… MD], choć ci przynajmniej oszczędzali kobiety i dzieci – a dziś przedstawiciele władzy zachwycają się, że “nasze relacje z Izraelem weszły na wyższy poziom”; no ale Janukowycz był ruski, a Netanjahu jest amerykański).

Rozjechanie polskich nieudaczników to dla niego tyle co zjeść koszerną bułkę z masłem, zwłaszcza, gdy sami się podłożyli, a potem wykazali krańcową nieudolnością, brakiem broni, strategii i nawet woli walki, bo przecież uparcie chcemy wierzyć, że to wszystko tylko nieporozumienie. “Rozgrywka z nimi to nie żadna polityka, to wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse”.

Natajlahu wygrał, Polska za cenę chwilowego zaprzestania spuszczania jej bącek i kilku słodkich słówek, podpisała deklarację, otwierającą drogę do wyciśnięcia z niej miliardów za “mienie bezspadkowe” po ofiarach holocaustu. Ma się z czego cieszyć, i jeśli tego nie robi, to dlatego, że wsparcie żydowskich roszczeń jest w jego działaniach stosunkowo mało ważne, prawdziwym wyzwaniem jest zniszczenie rodzącej się potęgi Iranu i korzystne dla Izraela ułożenie balansu sił w regionie z uwzględnieniem ambicji Rosji, Turcji i Arabii Saudyjskiej.

Ale, może to nie moja sprawa, ale powiem – na miejscu Żydów wcale bym się z tego triumfu nie cieszył.

Bynajmniej. Gdybym był Żydem, to po każdym takim triumfie a la Natanjahu byłbym coraz bardziej przerażony.

Bo, jakkolwiek okropnie to zabrzmi – realizując bezwzględnie swe roszczenia (oczywiste prawa, we własnym przekonaniu)

Żydzi pracują krok po kroku jeśli nie na kolejny holocaust, to na pewno na kolejna falę pogromów.

Żydzi pracują krok po kroku jeśli nie na kolejny holocaust, to na pewno na kolejna falę pogromów.

Na miejscu samych Żydów naprawdę poważnie bym się zastanowił nad zasadniczym błędem, jaki popełnili, zeświecczając się na rzecz “religii holocaustu” i na niej wychowując swe kolejne pokolenia w duchu: jesteśmy ofiarą odwiecznej nienawiści, wszyscy są przeciwko nam, musimy nienawidzić wszystkich i być bezwzględni, bo inaczej znowu zbudują nam piece. Ta postawa sprawia, że Żydzi rzeczywiście są w świecie coraz bardziej nienawidzeni – choć upadające białe społeczeństwa, a przynajmniej ich elity, sterroryzowane polit-poprawnością boją się tę nienawiść artykułować otwarcie.

Ale one są coraz mniej wpływowe. Coraz bardziej wpływowi za to są w Europie muzułmanie, w Ameryce czarni – jedni i drudzy nienawidzący Żydów nienawiścią równie zwierzęcą, jak tak, która musiała kierować Horstem Wesselem i jego towarzyszami. I jedni i drudzy nie mający wobec nich żadnych kompleksów w związku z holocaustem. Na nich to, co nakazuje Żydom ich świecka religia, czyli ciągłe ustawianie holocaustu w centrum dziejów i czynienie zeń archetypicznej zbrodni oraz winy, której ludzkość nigdy nie odpokutuje, działa inaczej.

Uczy, że z Żydem po prostu nie da się normalnie żyć – albo go prześladujesz, albo musisz bez ustanku korzyć się i przepraszać za dawne prześladowania.

Ta nienawiść wybuchnie, wymieranie resztek europejskiej, post-chrześcijańskiej cywilizacji nie pozostawia co do tego wątpliwości. I oczywiście nie dotknie ona ludzi pokroju Natanjahu czy chciwych nowojorskich gangsterów z “holocaust industry”, tuczących się miliardami za “bezspadkowe mienie” po ofiarach, których cierpienia, gdy zbrodnia się działa, ich bezpośrednich przodków w najmniejszym stopniu nie wzruszały.

Po raz kolejny “za zbrodnie Trockich zapłacą Bronsteinowie” – tak jak już dziś za snajperów z Gazy płacą zupełnie przypadkowi Żydzi na berlińskich ulicach czy paryskich przedmieściach.

Nie miejcie do mnie pretensji – ja tylko mówię, co będzie. Kiedy dwadzieścia parę lat temu pisałem swoje opowiadania SF o Europie 2020, zalanej imigrantami i uciekinierami, sparaliżowanej politycznie i wymierającej, o pogrążonej w wojnie Ukrainie i zamordyzmie wprowadzanym przez monopolizujące internet korporacje, też nikt tego nie traktował poważnie. To sobie teraz kupcie, poczytajcie, i zobaczcie.

Ja tylko mam takie pytanie do tych wszystkich mędrków, którzy tak ochoczo wyrzucają nam, Polakom, że “mogliśmy więcej zrobić” dla Żydów, gdy ich na naszych ziemiach mordowano. Pytanie brzmi: a co wy zrobicie, kiedy zaczną ich mordować u was za kilkanaście, a może już kilka lat? Gdy wyznawcy Allaha ogłoszą, że nie tylko za bezpośrednią pomoc, ale nawet za wasze ulubione pajacowanie z kredkami albo świecami czy inne formy “solidarności” będą bezlitośnie odcinać łby? Znajdziecie wtedy w sobie odwagę? Bo jakoś jej za grosz nie widzę.

Tak tylko pytam.

Rafał Ziemkiewicz

Źródło:Bibuła.com

Michalkiewicz o nowelizacji ustawy o IPN: Obóz gorliwych patriotów połączył się z obozem zdrady i zaprzaństwa

Ze Stanisławem Michalkiewiczem o nowelizacji ustawy o IPN i jej skutkach rozmawia Tomasz Sommer

– Co się zdarzyło dzisiaj w sejmie

– Pan Premier znowelizował nowelizację ustawy IPN przy pomocy sejmu. Usunięto wszelkie przepisy karne. W ciągu 2 godzin przeprowadzono 3 czytania. W ten sposób Pan Premier uczynił zadość rozkazom kongresmenów amerykańskich i żydowskiego rządu, ale oni nie robili aż takiego takiego wrażenia na panu premierze, by pobudzić go do szybkiego czynu. Aż dopiero przedwczoraj kiedy Stowarzyszenie Amerykańskich Prawników i Adwokatów Żydowskich napisało bardzo stanowczy list przeciwko poprzedniej nowelizacji, to to pobudziło Pana Premiera do działania.

– Pan Premier zapowiada teraz, że będzie walczył cywilnie z oskarżeniami przeciwko Polsce.

Pan Premier uczynił zadość rozkazom kongresmenów amerykańskich i żydowskiego rządu … Pan Premier po to został premierem żeby przygotować rewindykacje żydowskie…

– Będzie walczył cywilnie? Kto traktuje poważnie takie zapowiedzi to sam sobie szkodzi. Chyba przed sądem morskim. To był taki sąd, którym pisarz ziemski straszył chłopów w sieńkiewiczowskich „Szkicach węglem”. Wiemy, że w „rozwiniętej demokracji” po to są sądy, by pomagać władzy, a zagraniczne sądy i to cywilne, Panu Premierowi przecież nie pomogą. Bo po co?

– Pan Premier tłumaczy, że to tylko krok wstecz, po którym przyjdą kroki do przodu…

– Pan Premier po to został premierem żeby przygotować rewindykacje żydowskie. Po to chyba został wystawiony. Kwalifikacji specjalnych nie ma, charyzmy ma tyle co zdechła ryba, ale takie zadanie ma do wykonania i wykona je w podskokach. Czyli dalsze kroki oczywiście będą i to pewnie szybko. W kierunku polskich portfeli.

– Jarosław Kaczyński był na egzekutywie PiS-u przed głosowaniem, ale na samo głosowanie się nie wybrał. Dlaczego?

– Widocznie uważał, że uczestnictwo w takim głosowaniu może szkodzić jego legendzie jako dzierżawcy monopolu na patriotyzm. Bo nikt mu nie wypomni jak głosował, bo nie głosował. Bardzo sprytne. Zmusił do głosowania swoich hunwejbinów, a twarzą zrobił Pana Premiera, który się prędzej czy później zużyje.

– Ale skoro był na egzekutywie to wiedział co się stanie?

– Biuro Polityczne musiało wcześniej podjąć decyzję. A jego sekretarzem jest poseł Kaczyński. Nie tylko wiedział, ale to przecież on zdecydował. Jakby to nie on zdecydował, to znaczy, że nie ma władzy.

– Po co PiS wprowadzał ustawę skoro z niej się wycofuje?

– Inicjatorami byli ministrowie Zbigniew Ziobro i Patryk Jaki. A minister Ziobro, zanim został znów dopuszczony do stołu, został przez Komendanta przeczołgany. Ustawa ta jest szajsem jeśli chodzi o stronę prawną, więc nie wykluczam, że to była podłożona Prawu i Sprawiedliwości świnia. Jeśli tak było, to to mu się udało i postawił w stan alarmu Żydów i szabesgojów na całym świecie. Jeśli tak było – to czapki z głów przed ministrem Ziobrą.

– Nagle nastąpiła zgoda w sejmie. I PiS i PO i .Nowoczesna zagłosowały za nowelizacją. Skąd ta zgodność?

– Jak międzynarodowe stowarzyszenie prawników i adwokatów żydowskich rozkazuje to nie ma żartów, to tu przestajemy się różnić pięknie, to tu się już nie różnimy. A rolę obozów gorącego patriotyzmu oraz zdrady i zaprzaństwa zaczniemy grać znów od jutra…

Pułapki religii praw człowieka

Arkadiusz Stelmach w 20 numerze „Do rzeczy” niepokoi się, że politycy sprawujący dziś w Polsce władzę nie tylko nie spieszą się z ustawą chroniącej życie, ale nie wypowiadają konwencji stambulskiej, są za „zrównoważonym rozwojem”, nie polemizują z lewicowymi hasłami polityki globalnej. A przecież są katolikami! Jak to wszystko „można pogodzić z przywiązaniem do głoszonej przez Jana Pawła II wartości, którą jest obrona życia od poczęcia do naturalnej śmierci”, pyta bohater wywiadu.

Czy rzeczywiście katolicyzm sprawujących władzę w Polsce różni się od katolicyzmu ogółu społeczeństwa; są oni jakąś szczególną, faryzejską grupą? Przecież tak jak wszyscy słuchają w kościele kazań, słyszą pouczenia papieża, czytają listy pasterskie Episkopatu. A może postawa ta jest odzwierciedleniem tego, co w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wydarzyło się w Kościele?

Mam wrażenie, że rozmówca „Do rzeczy” oczekuje od polityków obozu rządzącego, że będą „bardziej papiescy od papieża”. W tego rodzaju zarzutach bowiem pomija się fakt najistotniejszy: nauczanie Kościoła od czasu ostatniego Soboru uległo poważnej zmianie. Za zmianami teologicznymi, jakie zostały wówczas dokonane idą nieuchronnie przesunięcia w nauczaniu moralnym Kościoła, co dziś widać wyraźnie. Za nim idą postawy ludzi. Mimo, że Jan Paweł II głosił zawsze konieczność obrony prawnej życia nienarodzonych, jego pontyfikat naznaczony był wcielaniem w życie posoborowej „odnowy”; odległe skutki tej wielkiej operacji pogodzenia Kościoła ze światem możemy obserwować dziś w Polsce.

Zmiana ta obecna jest zarówno w konstytucjach soborowych, w nowym Katechizmie Kościoła Katolickiego, w nowym Kodeksie Prawa Kanonicznego, w wypowiedziach posoborowych papieży, kardynałów i biskupów, w praktyce duszpasterskiej, w formacji seminaryjnej. Wiele mówiło się swego czasu o „duchu Soboru”, który wymiótł z seminariów, parafii i klasztorów tysiące kleryków, księży i zakonników, ale wystarczy zauważyć jak zmienił się w ciągu posoborowych lat język Kościoła. Kościół odszedł od definicji dogmatycznych, od jasnych i zrozumiałych dla ludzi o różnym poziomie wykształcenia prawd katechizmowych, na korzyść zawiłych, niejednoznacznych określeń. Jednym z przykładów tej nowej szkoły definiowania prawd religijnych jest pojęcie „wartości chrześcijańskich”. Niby wszyscy wiemy, co ono oznacza, ale tak naprawdę jest ono ogólnikowe, płynne, każdy może umieścić pod nim własną interpretację, poszerzyć lub zawęzić zestaw „wartości”, dowolnie to uzasadniając. „Wartości” wprowadził do filozofii i etyki Max Scheller, przedstawiciel fenomenologii. Karol Wojtyła był pod urokiem fenomenologii. Tytuł jego pracy habilitacyjnej brzmi: „Ocena możliwości budowania etyki chrześcijańskiej przy założeniach systemu Maxa Schelera„. Był również jako filozof pod wpływem innego fenomenologa, urodzonego na Litwie żydowskiego myśliciela Emanuela Levinasa, znanego szczególnie jako komentator Talmudu.

Przedtem w Kościele mówiło się po prostu o „dobru”, „świętości”, o „cnotach”. Kategorie te były ścisłe, kryteria ich określania jasne. Cnoty były zdefiniowane i usystematyzowane. Wartości natomiast są cechami bytów, które zostały oderwane, usamodzielnione i próbują je zastąpić. Zestaw „wartości” nigdzie nie figuruje w nauczaniu Kościoła przed Soborem, bazowano wówczas na filozofii realistycznej św. Tomasza z Akwinu. Kościół traktujący filozofię realistyczną jako podstawę teologii musiał przemawiać w sposób jasny do rozumu ludzkiego – nie do uczuć – religia wszak to Objawienie. „To właśnie Słowo, czyli myśl, a nie życie czy miłość, jest pierwszą zasadą religii”, przypominał prof. Romano Amerio, który prawie tysiącstronicowe dzieło, „Iota unum” poświęcił analizie zmian w Kościele katolickim; ten szwajcarski filozof i teolog cieszył się uznaniem Benedykta XVI. Odejście współczesnego nauczania Kościoła od filozofii realistycznej utorowało drogę nowemu myśleniu o Bogu. Wielką fascynacją Karola Wojtyły jako filozofia i etyka była koncepcja Teiharda de Chardin, francuskiego jezuity, którego prace aż do Soboru uznawane były za heterodoksyjne. Jego nauki interpretujące Wcielenie i Odkupienie Jezusa Chrystusa zgodnie z teorią ewolucji cieszyły się jednak popularnością u intelektualistów katolickich ery soborowej. W pismach polskiego papieża, także w jego encyklikach, znajduje się wiele myśli zaczerpniętych z jego teorii Boga, który swoje „dopełnienie” znajduje rzekomo w człowieku i jest utożsamiony z wiecznym procesem przemieniającego się Kosmosu.

„Jesteśmy krajem chrześcijańskim od ponad 1050 lat”, mówi Arkadiusz Stelmach. „To chyba wystarczający czas, by nauczyć się obrony wartości. To my wydaliśmy na świat Jana Pawła II, który nie kalkulował, czy opłaca się bronić życia”. Autor zdaje się zapominać, że zmiana w Kościele czasu Soboru owocowała liberalnym podejściem do oferty świata, czego dowodem było m.in. wyraźna zachęta Jana Pawła II, by polscy katolicy nie obawiali się akcesu naszego kraju do Unii Europejskiej. Pomimo, że zarówno założenia jak i skutki globalizacji, obecność w dokumentach unijnych „praw człowieka”, z niepodważalnym prawem „wolności”, czyli czynienia z własnym ciałem wszystkiego, co tylko człowiekowi przyjdzie do głowy, nie były żadną tajemnicą. Nie kryły się za tym ambicje Jana Pawła II jako Polaka, jego przekonanie, że nasze wejście do UE jest czymś historycznie sprawiedliwym, ale przede wszystkim zmiana nastawienia Kościoła do współczesności.

Bo co naprawdę kryło się za hasłami odnowy Kościoła, uwspółcześnienia go, otwarcia się na świat? Skoro nowa teologia nie jest „oddawaniem przy pomocy zrozumiałych formuł niezmiennej prawdy, lecz – jak się to dziś uporczywie powtarza – jest transponowaniem na słowa doświadczeń i przeżyć osoby wierzącej”, a ponieważ doświadczenie jest „z natury swej subiektywne i zmienne, nie może być innej teologii, niż subiektywna i zmienna”, jak zaznacza Amerio, musiał się zmienić także cel, jaki Kościół stawia przed światem. Wcześniej Kościół wymagał, by przywódcy państw, w których większość stanowią katolicy, odpowiadali moralnie za społeczności, którym przewodzą, by dbali o realizowanie ostatecznego celu człowieka, a więc także celu ludzkich zbiorowości. By chronili religię i jej pryncypia. Dogmat ”poza Kościołem nie ma zbawienia”, nie był traktowany jako przenośnia czy obciążona dawną, „ciasną” mentalnością formuła, którą można dowolnie manipulować. Gdy na Soborze zadeklarowano otwarcie się na współczesność, na nowe prądy filozoficzne i polityczne, odstąpiono zarazem od potępień tego, co Kościół piętnował dotąd zawsze jako ewidentne zło zagrażające zbawieniu: kłamstwa i błędu. Nie został potępiony komunizm, mimo, że domagała się tego na Soborze duża grupa biskupów. Kościół rozpoczął erę „dialogu”, podpierając się postulatami ekumenizmu, wolności religijnej i kolegializmu, zakładając, że wszyscy ludzie na świecie, niezależnie od religii, chcą, dobra. Celem stało się dla Kościoła zjednoczenie ludzkości, światowy pokój. Globalizm, tak wyklinany w naszym kraju przez tradycyjnych prawicowców, którzy zawsze chętnie powołują się na polskiego papieża, jest więc autoryzowany nie tylko przez „społeczności międzynarodowe”. Otrzymał także błogosławieństwo głowy Kościoła.

Jan Paweł II oparł swoją naukę moralną dotyczącą aborcji na prawach człowieka. W Kościele odstąpiono po Soborze od słowa „grzech”, w powszechnym użyciu jest „niezbywalna godność osoby ludzkiej”. Już nie grzech przeciw Bogu, ale zło wyrządzone człowiekowi jest najgorszym wykroczeniem. Dawniej przypominano piąte przykazanie: „Nie zabijaj! – bo zabijając człowieka niewinnego obrażasz Boga, sprzeciwiasz się Bogu. Zasługujesz na piekło”. Jak bardzo zmienił się język Kościoła! Ludzie Kościoła coraz częściej bronią praw człowieka powołując się na Konstytucję. Coraz rzadziej bronią praw Boga odwołując się do kilku dogmatów wiary, które zmieściłyby się na jednej kartce papieru, i do ludzkiego rozumu. (Nowy Katechizm Kościoła Katolickiego z 1994 r. ma 643 strony).

Jeśli gromy dziś sypią się na papieża Franciszka, który na własną ręką, jako religijny satrapa, wprowadzać ma nasączoną marksizmem moralność i teologię, to zapomina się, że argentyński papież krok po kroku realizuje tylko założenia soborowe, nie dodając od siebie w zasadzie nic. Wyróżnia go większa determinacja we wcielaniu ich w życie, ma mniej skrupułów i wahań.

O tym, że nowe odniesienie Kościoła do świata nie jest wynikiem knowań garstki kardynałów, zwłaszcza niemieckich, ale dziełem nowej teologii i nowej eklezjologii pisał w swoich pracach zarówno Romano Amerio, jak włoski historyk Kościoła Roberto de Mattei, filozof Augusto del Noce, pisarz Vittorio Messori, Michael Davies i wielu poważnych ludzi nauki; w Polsce prof. Marcin Karas z UJ. Od czasu przyjęcia nowej teologii zarówno duchowieństwo jak i świeccy w Kościele muszą uporać się ze sprzecznością między tradycyjną niezmienną nauką Kościoła, która oparta jest na objawienia Boga, a tą lansowaną dziś, w której miesza się porządek naturalny i nadprzyrodzony, Objawienie, łaskę i zmienne uczucia ludzkie.

Jaki to wszystko ma związek z dzisiejszymi narzekaniami na polityków, którzy zwlekają z ustawą antyaborcyjną i zdają się akceptować globalizm?

Dzięki przyjęciu przez Kościół nowej teologii zmarginalizowany został grzech pierworodny, wszyscy ludzie na ziemi są zbawieni, niezależnie od tego, w co wierzą i jak żyją, „prawa człowieka”, „godność osoby ludzkiej” i „dialog” stały się podstawą nowej etyki i praktyki duszpasterskiej. Do tego doszedł ekumenizm, nawracanie zyskało pogardliwą nazwę „prozelityzmu”.

„Wiosna Kościoła”, oczekiwana i zapowiadana przez autorów tych zmian jednak nie nadeszła. Konsekwencją – oczywiście nie należy zapominać o sekularyzacyjnym wpływie współczesnej kultury, która potęguje kryzys – są nie tylko puste seminaria, duch anarchii w instytucjach Kościoła, ale także coraz większe zmaterializowanie rzesz katolików, przyjęcie nowych standardów życia rodzinnego. Ma ono dawać pełną satysfakcję, uszczęśliwiać, pomagać w „samorealizacji”. Coraz częściej – także wśród osób wierzących – uważa się, że nowe dziecko w rodzinie może ten ideał zniweczyć. Optymizm o. Congara, de Lubaca, Karla Rahnera, o. Chenu, ale także Karola Wojtyły, należącego do grona zwolenników wielkiego otwarcia Kościoła na współczesny świat, okazał się nieuzasadniony. Człowiek w tym świecie nie okazał się „lepszy”. Dialog zaś ze światem okazał się monologiem, w którym mówi tylko jedna strona. Wizja posoborowej „wiosny Kościoła” i zwycięstwa „cywilizacji miłości”, którą głosił polski papież okazała się utopią, oparta o idealistyczne wyobrażenia o naturze ludzkiej.

Może polscy politycy, w których rękach spoczywa los ustawy antyaborcyjnej po prostu lepiej niż inni zdają sobie z tego sprawę? Wiedzą, że między postawą katolików sprzed jeszcze pięćdziesięciu laty, a postawą dzisiejszą istnieje ogromna różnica. „Poszanowanie praw człowieka” nie zastąpi „bojaźni Bożej”, która została po Soborze wyśmiana. Ludzie, którzy zwykli sobie ułatwiać życie, iść na skróty, zyskali nowe usprawiedliwienie dla swojego wygodnictwa. Chcą by także ich „prawa”, ich „wolność” była nienaruszalna. Sprzeczności między tymi współczesnymi „wartościami” a dogmatami wiary i zasadami moralności katolickiej, która opiera się przede wszystkim na powinnościach człowieka wobec Boga, nie da się pokonać.

To nie fakt, że obecnie w Papieskiej Akademii Życia „doszło do głębokich zmian” i znaleźli się tam „ludzie, którzy reprezentują cywilizację śmierci”, jak podkreśla bohater wywiadu w „Do rzeczy”, przesądza o niedobrym klimacie wokół obrony życia. W Kościele nie dzieje się nic z dnia na dzień. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Kościół był rzeczywiście sumieniem narodu – w Polsce i w krajach takich jak Irlandia, Włochy, Malta kraje Ameryki Południowej, Brazylia, Ekwador. Katolicy podporządkowywali się mu jako autorytetowi zewnętrznemu. Dziś mamy do czynienia z gwałtowną reakcją na posoborową rewolucję. Ludzie odrzucają ”autorytet zewnętrzny”; zdanie polskiego papieża na temat nienarodzonych nie jest dla nich wiążące; chcą myśleć na własny rachunek, odpowiadać za swoje czyny wyłącznie przed swoim sumieniem. Stąd biorą się coraz głębsze antagonizmy w społeczeństwach, niedawno jeszcze jednolitych, mało zróżnicowanych, spójnych.

Czy więc pretensje do polityków, że to „przez nich giną w Polsce dzieci nienarodzone”, są uzasadnione? Czy nie są zafałszowywaniem zagadnienia, myleniem skutków z przyczyną? I czy nie zapomnieliśmy przypadkiem, że pod koniec swojego życia, gdy błędy Soboru były już jaskrawo widoczne, Jan Paweł II kilkakrotnie zwracał się do Polaków z prośbą, by modlić się za niego (nie „do niego”)? Czy wysłuchaliśmy tej prośby naszego rodaka na Stolicy Piotrowej?

Ewa Polak-Pałkiewicz

Duda w miech

W stronę całkowitej bezbronności

Wizyta prezydenta Dudy w Nowym Jorku i jego zaplanowane wystąpienie (rola prawa międzynarodowego dla pokoju) była doskonałą okazją do zaprezentowania światowej opinii publicznej – w tym amerykańskiej – polskiego stanowiska w kwestii żydowskich roszczeń dotyczących tzw. mienia bezspadkowego – roszczeń całkowicie sprzecznych z prawem międzynarodowym, a wysuwanym nie tylko wobec Polski… Była świetną okazją do wywołania kwestii żydowskiego rasizmu jako jedynej podstawy tych żądań. Klimat był tym bardziej sprzyjający, że w przeddzień tej wizyty wróg Polski, Izrael, dokonał masakry pokojowej manifestacji Palestyńczyków w Gazie. Była znakomita okazja do pointy: do czego prowadzi żydowski rasizm! (Turcja i Republika Południowej Afryki natychmiast wydaliły izraelskich ambasadorów!) W Nowym Jorku prezydent Duda całkowicie zaprzepaścił tę znakomitą okazję do obrony polskich interesów. Spotkał się natomiast z burmistrzem New Jersey – popychadłem przedsiębiorców z holocaustowego businessu – i z przedstawicielami organizacji żydowskich, i to już w pierwszym dniu swej wizyty… Wydaje się, że patriotyczna retoryka rozmaitych wystąpień Dudy w Polsce coraz bardziej rozmija się i kontrastuje z jego realnym działaniem politycznym, w którym – przynajmniej w kwestiach stosunków polsko-żydowskich, ale nie tylko – zaczyna niepokojąco upodabniać się do Kwaśniewskiego czy Komorowskiego.

Jest oczywiste, że żydowskie lobby polityczne ma większy wpływ na politykę amerykańską, niż władze polskie. Jest już dzisiaj także oczywiste, że sojusznik Stanów Zjednoczonych – Izrael jest wrogiem (po powołaniu w 2011 roku przez rząd Izraela rządowej agencji HEART do wspierania planowanej grabieży krajów Europy Wschodniej przez przedsiębiorstwo holocaust) innego sojusznika Stanów Zjednoczonych – Polski, i nie tylko Polski. Wynikają z tego ważne konsekwencje. Duda miał okazję uzmysłowić to zarówno światowej opinii publicznej, jak opinii amerykańskiej. Zwłaszcza, że w Polsce tak wiele mówi o „potrzebie edukacji” świata w temacie Polska… I co zrobił prezydent Duda, gdy miał taką wspaniałą okazję w Nowym Jorku, na forum ONZ, transmitowanym przez tak wiele mediów? Nie tylko nie zrobił nic, ale programem swej wizyty podtrzymał całkowicie fałszywy obraz sytuacji: że stosunki polsko-żydowskie (z państwem Izrael i żydowskim lobby w Ameryce) są poprawne, o ile nie – przyjazne…

Kiedy więc PiS zdefiniuje wreszcie władze Izraela i żydowskie lobby polityczne w Ameryce jako wroga Polski i ekspozyturę żydowskiego rasizmu?…

„Krótkie spięcie”, jakie miało miejsce w tych mrocznych stosunkach na początku roku (w rozbłysku światła widać lepiej!) pokazało prawdziwy stosunek żydowskiego rasizmu do Polski, a rasizm ten dominuje tak w polityce Izraela, jak w żydowskim lobby w Ameryce. Postawy żydowskich rasistów wobec Polski zmienić nie możemy, ale nie musimy żyć złudzeniami, kłamstwami i propagandą, podtrzymywać je i gruntować. Działalność prezydenta Dudy w tej materii jest utrwalaniem tych złudzeń i propagandy – i w najmniejszej nawet mierze nie jest walką o polską rację stanu. Żeby walczyć – trzeba przynajmniej zdefiniować wroga. Kiedy więc PiS zdefiniuje wreszcie władze Izraela i żydowskie lobby polityczne w Ameryce jako wroga Polski i ekspozyturę żydowskiego rasizmu?…Czy młodzież, wysłana żaglowym rejsem dookoła świata, ma wyręczać prezydenta Dudę i rząd w ich konstytucyjnych obowiązkach?…

Czy – w tej materii – wchodząc w buty swych żałosnych poprzedników, Kwaśniewskiego i Komorowskiego – Duda liczy na wygranie drugiej kadencji, zapewniając sobie poparcie rodzimej żydokomuny i jej przyległości, spodstolnej jeszcze proweniencji? Czy kontynuuje jakieś obietnice, poczynione wcześniej żydowskim rasistom, a tajone przed polską opinia publiczną (sesje wyjazdowe polskich rządów, tak PO jak PiS, w Izraelu? Czy może sądzi, że nie zauważanie słonia w menażerii jest „polityką dobrej zmiany”?… Nie będziemy dociekać. Milczenie Dudy w Nowym Jorku, zmarnowanie okazji do przedstawienia stosunków polsko-żydowskich w kontekście „przestrzegania prawa międzynarodowego”, „dziedziczenia bezspadkowego” i żydowskiego rasizmu ma swą wymowę. Wobec żydowskiego szturmu na polskie mienie – na prezydenta Dudę, rząd Morawieckiego i PiS nie można, jak widać, liczyć. To już teraz wiemy. A opozycja? Ba! Ta jest jeszcze bardziej żałosna: przy niej prezydent, rząd i większość parlamentarna do niemal „giganci patriotyzmu” na pokaz! Toteż wzmocnienia Polski in spe spodziewałbym się raczej po ruchu narodowym – o ile, rzecz jasna, oprze się próbom prowokatorskich penetracji, podejmowanym tak w kraju, jak za granicą.

Tymczasem wszystko dzisiaj wskazuje, że mimo niemal całkowitego wycofania się rządu z „reform sądownictwa” (trzy kroki naprzód, dwa i pół kroku wstecz…) Berlin postawił na swoim i „procedura art.7” wobec Polski zostanie wdrożona. I nawet jeśli Budapeszt ją zablokuje (co nie jest pewne, bo decyzją komisarzy może być zmieniony tryb postępowania!) – to rozdział „środków unijnych” wedle kryterium „przestrzegania praworządności” będzie zastosowany. Tym samym nadarza się jednak znakomita okazja, by naprawić błąd anschlussowy, akcesu do UE, i wszcząć procedurę wyjścia Polski z UE. Nie musimy być jej członkiem – możemy, jak wrogi nam, rasistowski Izrael, mieć z UE tylko luźniejszą umowę stowarzyszeniową. A przynajmniej debata na ten temat wydaje się znacznie ważniejsza, niż debata nad konstytucją zważywszy, że właśnie przynależność do UE ogranicza naszą swobodę w ewentualnej naprawie konstytucji. Jak bowiem mielibyśmy naprawiać konstytucję, gdy jej treść musiałaby pozostać zgodna z… Traktatem Lizbońskim?!

Strategia gry na zwłokę zarówno wobec żydowskiego wroga jak niemieckiego „budowniczego Europy” rozbraja tylko naród. Taka lekkomyślna strategia – brak stanowczych reakcji już dziś – grozi sytuacją, że w czasie ostatecznych rozstrzygnięć, Polska będzie całkowicie bezbronna.

Za: Marian Miszalski – strona autorska (01.06.2018)

Co powinieneś wiedzieć o Pięćdziesiątnicy

Pięćdziesiąt dni po Zmartwychwstaniu Pańskim na zebranych w wieczerniku apostołów zstąpił Duch Święty. Dokładnie tak, jak zapowiedział to Pan Jezus tuż przed Wniebowstąpieniem. Przypominamy siedem rzeczy, o których musi pamiętać katolik, gdy myśli o tym szczególnym wydarzeniu.

1. Dlaczego „Pięćdziesiątnica”?

Święto Ducha Świętego obchodzimy pięćdziesiątego dnia po Zmartwychwstaniu Pańskim. W języku liturgicznym święto Zesłania Ducha Świętego nazywa się z tego powodu „Pięćdziesiątnicą”.

Grecy mieli na to własne słowo – Pentecostes, czyli pięćdziesiątka. Łacina przejęła to słowo, używając „Pentecoste”. Pozostaje to nie bez znaczenia dla współczesnych katolików – cały anglosaski świat obchodzi bowiem święto zwane w tym języku Pentecost, choć po angielsku oczywiście nie oznacza to tego samego, co „pięćdziesiąt”. Włosi obchodzą zaś święto Pentecoste – nie zmienili łacińskiego pierwowzoru. My mamy „Pięćdziesiątnicę”.

2. Skąd wzięła się alternatywna nazwa „Zielone świątki”?

Pięćdziesiątnica przypada w Polsce w okresie najpiękniejszego, najbujniejszego rozkwitu przyrody – święto to obchodzimy bowiem zwykle na przełomie maja i czerwca. Różne regiony Polski dopracowały się nieco odmiennego obyczaju zielonoświątkowego, ale wszystkie łączyło uwypuklenie radości z długo oczekiwanego, „zielonego” okresu w roku. Wieńce w ten dzień zdobiły głowy dziewcząt, ludność wiejska w święto to urządzała też liczne zabawy, oczywiście na zielonym łonie przyrody.

W zależności od regionu Polski „Zielone Świątki” nazywane były dawniej również Sobótkami (południowa Polska) lub Palinockami (Podlasie). Co ciekawe, tradycja Zielonych Świątek przetrwała również w Dolnej Saksonii (Pfingstbaumpflanzen) oraz na zachodniej Ukrainie.

3. To jedna z trzech najważniejszych uroczystość w Roku Liturgicznym!

Trzy największe uroczystości roku kościelnego są poświęcone trzem Osobom Trójcy Przenajświętszej: Boże Narodzenie jest świętem Boga Ojca, bo świętem Ojcostwa Bożego – Ojciec Przedwieczny zsyła Syna swego Jednorodzonego na ziemię, by grzeszną ludzkość odkupił. Wielkanoc jest świętem Boga Syna, który po męce i śmierci krzyżowej uwieńczył dzieło Odkupienia chwalebnym Zmartwychwstaniem.

Zielone Świątki wreszcie są świętem trzeciej Osoby boskiej, Ducha Świętego, którego Ojciec i Syn zsyłają na świat, aby to, co Ojciec stworzył, a Syn odkupił, zostało utwierdzone i poświęcone przez Niego.

4. Przed wojną traktowano Święto Ducha Świętego jak Boże Narodzenie i Wielkanoc

Przed wojną Zielone Świątki – podobnie jak Boże Narodzenie i Wielkanoc – były świętami dwudniowymi. Drugi dzień (jako dzień wolny) usunęli komuniści. Po 1989 r. nie było woli, by do dobrych tradycji powrócić. [Jacy „komuniści”? Żydzi! – admin]

Reforma liturgii po Soborze Watykańskim II sp rawiała natomiast, że z kalendarza kościelnego zniknęła oktawa Zesłania Ducha Świętego. Dziś zawsze obchodzimy Pięćdziesiątnicę de facto 49 dni po Zmartwychwstaniu – jest to bowiem święto niedzielne – Niedziela Zesłania Ducha Świętego.

5. Jak Pismo Święte przedstawia Zesłanie Ducha Świętego?

Dla przypomnienia, w Dziejach Apostolskich czytamy: „I stał się z prędka z nieba szum, jakoby przypadającego wiatru gwałtownego, i napełnił wszystek dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im rozdzielone języki jakoby ognia, i usiadł na każdym z nich z osobna: i napełnieni są wszyscy Duchem Świętym i poczęli mówić rozmaitymi językami, jako im Duch Święty wymawiać dawał” (Dzieje Ap., II, 2-4).

Ludzie zgromadzeni przed wieczernikiem uważali początkowo, że apostołowie upoili się winem! Wyszedł do nich święty Piotr i ogłosił im Jezusa Chrystusa. Mowa ta, nawróciła naraz trzy tysiące ludzi! „Pokutę czyńcie, a niech ochrzczony będzie każdy z was w Imię Jezusa Chrystusa… a weźmiecie dar Ducha Świętego” – rzekł do nich.

6. Tego dnia narodził się Kościół

Według wielu pisarzy katolickich Pięćdziesiątnica jest niczym innym jak dniem narodzin Kościoła. Wspomniane trzy tysiące nawróconych rozmnożyły się z zadziwiającą prędkością. Nie musiało minąć pięćdziesiąt lat od dnia pięćdziesiątnicy, by w każdym zakątku znanego wówczas człowiekowi świata, usłyszano święte imię Jezusa Chrystusa.

Święty Jan Paweł II pisał, że choć Kościół narodził się na krzyżu w Wielki Piątek, trwał w ukryciu. Swoje narodziny postanowił ujawnić światu właśnie pięćdziesiąt dni później. Tego dnia – po ludzku – narodził się dla całego świata.

7. Niech zstąpi Duch Twój – wołanie w wigilię Zesłania

Wielu katolików doskonale pamięta słowa Jana Pawła II z jego pierwszej pielgrzymki do ojczyzny, wypowiedziane w Warszawie. Papież wołał wówczas: Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej Ziemi! [No i jakiś duch zstąpił i „odnowił”… – admin] Telewizje i portale internetowe pokazywały nam ten moment tysiące razy, potrafimy nawet zaintonować go, tak jak Ojciec Święty.

Ale czy pamiętamy, że słowa te – które z pewnością znacznie przyczyniły się do zmiany polskiej rzeczywistości – wypowiedziane były w wigilię Pięćdziesiątnicy właśnie? Tuż przed tymi słowami Jan Paweł II mówił: I wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja: Jan Paweł II papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia, wołam w przeddzień święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi:
Niech zstąpi Duch Twój!
Niech zstąpi Duch Twój!
I odnowi oblicze ziemi.
Tej Ziemi!
Amen.

Źródło: sanctus.pl, brewiarz.pl, S. Maria Renata, Vivere cum Ecclesia VI – Zielone Świątki, Katechizm Kościoła Katolickiego

Tajemnica duszy żydowskiej…

Dzień po dniu nowe fakty tyczące stosunków polsko-żydowskich stawiają nas na równe nogi. Szczególnie zaskoczona jest rządząca radykalna centroprawica, która była przekonana, iż oczyściła przedpole poprzez szereg ważkich gestów, począwszy od dawnej inicjatywy Lecha Kaczyńskiego w postaci finansowanej z budżetu budowy Muzeum Historii Żydów Polskich poprzez różnorakie wydarzenia „ocieplające”.

Fulop. Wypierdek.

Jedynie w kwestii reprywatyzacji nie uczyniono żadnego gestu, ale to ze względu na zasadniczo sceptyczny stosunek przywództwa rządzącej partii do koncepcji zwrotu zagrabionej przez władze komunistyczne własności przejawiany od początku III RP.

Nic jednak nie pomogło. Na atak związany z (lepiej lub gorzej pomyślaną, tu można by dyskutować) nowelizacją ustawy o IPN odpowiadano przypominaniem polskiego wkładu z ratowanie Żydów ściganych przez Niemców w okupowanej Polsce. Premier udał się w towarzystwie dziennikarzy do Muzeum Polaków Ratujących Żydów Podczas II Wojny Światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej, a w mediach przypominano dzieło Żegoty, tj. Rady Pomocy Żydom założonej przez pisarkę i działaczkę narodowo-katolicką Zofię Kossak-Szczucką.

‚Uczucia nasze względem Żydów nie uległy zmianie. Nie przestajemy uważać ich za politycznych, gospodarczych i ideowych wrogów Polski. Co więcej, zdajemy sobie sprawę z tego, iż nienawidzą nas oni więcej niż Niemców, że czynią nas odpowiedzialnymi za swoje nieszczęście. Dlaczego, na jakiej podstawie – to pozostaje tajemnicą duszy żydowskiej, niemniej jest faktem nieustannie potwierdzanym’ – Zofia Kossak-Szczucka (1942)

Aż doszło sławetnego już wpisu burmistrza Jersey City (Stevena Fulopa ) o marszałku Senatu Rzeczypospolitej Polskiej (Stanisławie Karczewskim).

Otóż w toczącej się dyskusji o pomniku polskich oficerów zamordowanych w Katyniu żydowski Amerykanin napisał o poczciwym lekarzu z Nowego Miasta nad Pilicą, iż jest on: „anti-Semite, white nationalist + holocaust denier”. Cokolwiek by nie sądzić o znaczeniach przydawanych słowom przez amerykańskiego samorządowca żydowskiego pochodzenia, to bodaj jedyne słowo, które tu się zgadza z rzeczywistością to „white”…

Dlatego też zamiast otwierać ze zdziwienia usta i ciągle nie rozumieć what is going on – warto czytać ze zrozumieniem! Wróćmy więc do naszej Kossak-Szczuckiej. Wszyscy cytują jej „Protest” z 1942, skupiając się na wezwaniu do pomocy prześladowanym Żydom. Oczywiście to wezwanie stanowiło kwintesencję jej „Protestu”, jednak było ono wypisane na tle równie ważnych stwierdzeń ujmujących istotę relacji pomiędzy Polakami a Żydami.

Jeżeli chcemy poważnie czytać i dobrze rozumieć założycielkę Żegoty, to musimy raz jeszcze przeczytać jej świadomie napisane słowa i poddać je refleksji, bo bez tego ani rusz w pojmowaniu istoty polskiego losu.

Zofia Kossak-Szczucka w swym „Proteście” napisała: „nie mamy możności czynnie przeciwdziałać mordercom niemieckim, nie możemy nic poradzić, nikogo uratować – lecz protestujemy z głębi serc przejętych litością, oburzeniem i grozą”.

Zanim jednak napisała powyższe słowa nie uniknęła słów brzmiących w kontekście „Protestu” może zaskakująco, lecz przecież nie sposób nie wziąć ich pod uwagę, także w kontekście wpisu Stevena Fulopa: „uczucia nasze względem Żydów nie uległy zmianie. Nie przestajemy uważać ich za politycznych, gospodarczych i ideowych wrogów Polski. Co więcej, zdajemy sobie sprawę z tego, iż nienawidzą nas oni więcej niż Niemców, że czynią nas odpowiedzialnymi za swoje nieszczęście. Dlaczego, na jakiej podstawie – to pozostaje tajemnicą duszy żydowskiej, niemniej jest faktem nieustannie potwierdzanym”.

Aktualne w 1942 roku i aktualne w roku 2018.

Artur Zawisza

http://mysl-polska.pl

Trump sprawił, że Polska ostatecznie przegrała II wojnę światową?

Podpisanie przez prezydenta USA Donalda Trumpa ustawy 447 to największa porażka Rzeczypospolitej Polskiej w ostatnich kilkudziesięciu latach – tak uważają dr Ewa Kurek, Witold Gadowski i Stanisław Michalkiewicz, których portal PCh24.pl poprosił o komentarz w tej sprawie.

– 9 maja 2018 roku Polska ostatecznie przegrała II Wojnę Światową. Jak inaczej to nazwać? Ustawa 447 oznacza bowiem, że Polacy będą musieli zapłacić Żydom 300 mld dolarów za to, że w czasie II Wojny Światowej Niemcy ich mordowali – mówi w rozmowie z PCh24.pl Stanisław Michalkiewicz.

– Przez cały okres prac nad ustawą 447 polskie władze i największe ośrodki opiniotwórcze milczały w tej sprawie. Jest to najlepsza ilustracja dziadostwa, w jakie Polska popada – podkreśla publicysta.

– Zdecydowana większość Polaków albo nie interesuje się nadciągającą grabieżą polskiego majątku, albo wierzy w zapewnienia rządu, że wszystko będzie dobrze i nic złego nam nie grozi. Normalny naród zdmuchnąłby takie władze niczym tornado, a nasz naród… Zostawię to bez komentarza – podsumowuje Stanisław Michalkiewicz.

– Państwo polskie powinno zatrudnić najlepszych prawników, przygotować księgi strat dla każdego centymetra kwadratowego naszej Ojczyzny i pokazywać światu, jakie ponieśliśmy straty. Bez tego będziemy skazani na żydowskie krzyki i kolejne roszczenia, do spłacenia których być może już niedługo będą nas wzywać kolejne kraje – mówi w rozmowie z PCh24.pl dr Ewa Kurek.

– Ze względu na to, że nie jestem prawnikiem, nie jestem w stanie od strony prawnej skomentować podpisanej przez prezydenta Trumpa ustawy 447. Wiem jednak jedno: jest to ustawa obcego państwa, które niektórzy uważają za sojusznika Rzeczypospolitej i to, jaka będzie jej przyszłość jest uzależniona od tego, jak zostanie ona teraz potraktowana przez polskie władze i jak rządzący na to zareagują – podkreśla historyk.

Dr Kurek zwraca uwagę na podobne działania, jakie w przeszłości prowadziły władze USA względem m.in. Austrii i Szwajcarii. – Kiedy szwajcarski rząd nie chciał ujawnić tzw. martwych kont, to wówczas Stany Zjednoczone zagroziły, że zamrożą wszystkie aktywa szwajcarskie na terenie USA i na terenie państw sojuszniczych. Rząd szwajcarski ugiął się pod tymi naciskami – przypomina i dodaje, że podobne działania ze strony USA mogą niedługo czekać Polskę.

- Pamiętajmy, że Austria była sojusznikiem Hitlera, a co za tym idzie – sprawcą II Wojny Światowej. Przypisywanie Polakom takiej samej roli jest po prostu czymś nieprawdopodobnym. Musimy przygotować jak najszybciej raport strat z II Wojny Światowej. To nie my burzyliśmy żydowskie domy, to nie my podpalaliśmy żydowskie kamienice, to nie my zagrabiliśmy ich majątek. Każdy jednak widzi, jak nasza władza zachowuje się w sprawach żydowskich i naprawdę bardzo trudno powiedzieć, jakie kroki zostaną podjęte i co zostanie zrobione – wskazuje dr Kurek.

– Od strony prawnej, powtarzam – dla mnie to wszystko jest nielogiczne! Jak obce państwo może ustanawiać prawo dla innego państwa? Na jakiej podstawie? Dlaczego próbuje je nam siłą narzucić jednocześnie deklarując, że jest naszym sojusznikiem? Na Boga! To nie my zaczęliśmy II Wojnę Światową, to nie my ją prowadziliśmy, to nie my obróciliśmy w popiół i kurz Warszawę i dziesiątki innych polskich miast i miejscowości. To nie my odpowiadamy za śmierć 3 milionów Polaków! To nie my byliśmy beneficjentami II Wojny Światowej – podkreśla historyk.

W ocenie dr Kurek państwo polskie powinno zatrudnić najlepszych prawników i przygotować księgi strat dla każdego centymetra kwadratowego naszej ojczyzny i pokazywać światu, jakie ponieśliśmy straty. – Bez tego będziemy skazani na żydowskie krzyki i kolejne roszczenia, do spłacenia których być może już niedługo będą nas wzywać kolejne kraje – alarmuje.

Zdaniem historyk, ustawa 447 to efekt działań, jakie przez kilkadziesiąt lat prowadziły polskie władze, wpisywały się w narrację żydowską i uprawiały pedagogikę wstydu. – Przez lata próbowano nas poniżyć, zbudować w nas kompleks, abyśmy oddali wszystko co mamy, tylko i wyłącznie za to, że żyjemy. Powtarzam – robiły to przede wszystkim polskie władze! Nie żydowskie, nie amerykańskie! POLSKIE! To polski rząd sponsorował filmy takie jak „Pokłosie” czy „Ida”, to Telewizja Polska zakupiła prawa do emisji serialu „Nasze Matki, Nasi Ojcowie”, to polskie placówki dyplomatyczne nie reagowały na oskarżanie Polski i Polaków o mordowanie Żydów w „polskich obozach śmierci”, to IPN organizował konferencje z Janem Tomaszem Grossem, to polskie ministerstwa dotowały milionami złotych paszkwile o Polakach – żydowskich katach – podkreśla.

– Innym klasycznym przykładem pedagogiki wstydu jest sprawa Jedwabnego. Dopiero teraz widzimy, że wstrzymana 17 lat temu przez rabina Schudricha ekshumacja miała na celu wmówienie Polakom i całemu światu, że byliśmy mordercami i powinniśmy za to zapłacić najlepiej poprzez oddanie wszystkich nieruchomości i ziemi. Pomimo tego, że wielu polskich historyków od lat walczy o przeprowadzenie ekshumacji w Jedwabnem to nadal mamy nad sobą bat w postaci urzędników ministerstwa sprawiedliwości i prokuratury, którzy blokują wszystkie inicjatywy w tej sprawie. Wniosek jest prosty: polskie władze nie słuchają historyków, tylko wolą słuchać kłamców. Niedługo okaże się, że ci drudzy powiedzą: „A teraz macie zapłacić 300 mld dolarów”, to rząd to zrobi. To jest najbardziej przerażające. Pojawia się bowiem pytanie: czy polskie władze są w stanie i czy w ogóle zechcą bronić Rzeczypospolitej i jej obywateli? Dzisiaj nie jestem w stanie na nie odpowiedzieć. Wiem jednak jedno: Polacy się budzą i zaczynają walczyć o prawdę. Polacy są coraz bardziej zdeterminowani do obrony ojczyzny i swojej własności. Jestem przekonana, że nie pozwolą rządzącym na robienie jakichkolwiek interesów z Żydami i spłacanie jakichkolwiek nieuzasadnionych roszczeń – podsumowuje dr Kurek.

– Podpisanie przez Donalda Trumpa ustawy 447 to najlepszy dowód na to, że w polityce nie liczą się żadne emocje, sentymenty i piękne słowa, tylko twarde interesy. Prezydent USA, określany jako przyjaciel Polaków nie zawahał się podpisać ustawy korzystnej dla swoich innych przyjaciół mających większe wpływy, więcej pieniędzy i większą siłę nacisku niż Polacy – mówi w rozmowie z PCh24.pl Witold Gadowski.

Zdaniem publicysty taki stan rzeczy to tylko i wyłącznie wina polskich władz, które przez lata nie potrafiły i nadal nie potrafią godnie walczyć o interesy Rzeczypospolitej i jej obywateli. – Każdego słabego się drenuje. Jeżeli Polska jest słaba i nie potrafi tego przezwyciężyć, to dlaczego inni mieliby z tego nie skorzystać? – podkreśla.

W ocenie Witolda Gadowskiego jest szansa na przezwyciężenie tego stanu rzeczy. – Polska siła rośnie, co widać w sprawie Pomnika Katyńskiego w Jersey City. Zaczynamy się jednoczyć, zaczynamy działać tak jak trzeba. Zaczynamy bronić się na gruncie prawnym i stosujemy siłę nacisku finansowego i politycznego. Zaczynamy wreszcie tak działać nie jako państwo, ale jako Polacy, jako obywatele! Mam nadzieję, że ta siła będzie rosła. Trzeba ją organizować i muszą to robić sami obywatele, bo na polityków jak widać nie ma co liczyć – zauważa.

Zdaniem publicysty Amerykanie mają wszystkie tajne informacje na temat Polski i nie zawahają się ich wykorzystać, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. – Tak jak obawiamy się Rosji, że Kreml ma o Polsce mnóstwo informacji, które czasami wykorzystuje w zależności od doraźnych interesów, to Amerykanie mają podobne informacje, które wykorzystają po cichu, bez szumu chcąc osiągnąć wyznaczone cele, w tym wypadku zarobić lekką ręką miliardy dolarów – zaznacza.

Witold Gadowski nie spodziewa się żadnych głośnych akcji ze strony środowisk żydowskich w walce o mienie bezspadkowe w Polsce. – Wszystko będzie robione spokojnie. Wiele wskazuje na to, że polskie władze same będą wszystko oddawać. Wszelkie manifestacje są niepotrzebne. Takie interesy są załatwiane po cichu, bez niepotrzebnego nagłaśniania – wskazuje.

– Ustawa 447 jest niezgodna z żadnym kodeksem prawa międzynarodowego. Jest ona de facto efektem darwinizmu politycznego i prawa silniejszego, które potem ex post próbuje się wcisnąć w logikę prawa rzymskiego – podkreśla publicysta.

Jego zdaniem teraz wiele zależy od Polonii. – Polski rząd jest nieudolny, niekompetentny i po prostu nieudaczny. Jest wprawdzie bardziej patriotyczny niż poprzednie ekipy, ale powtórzę: jest NIEUDACZNY! Musimy radzić sobie sami. Sami musimy organizować naszą siłę, sami musimy walczyć o nasze dobre imię i o naszą własność. Malutkim teścikiem była sprawa Pomnika Katyńskiego w Jarsey City, która pokazała, że Polacy mają siłę, tylko muszą się zorganizować. Nie spierać, nie kłócić, tylko działać w polskim interesie. Tylko zjednoczeni możemy zwyciężyć – podsumowuje.

Tomasz D. Kolanek
DATA: 2018-05-10 11:08
AUTOR: DR KUREK, MICHALKIEWICZ, GADOWSKI O USTAWIE 447

Ustawa 447 – triumf rasizmu

Polacy mają więc płacić żydowskim instytucjom za to, że są gorszymi ofiarami. To triumf rasizmu w sferze nie tylko prawa, ale również moralności i kultury, a co za tym idzie – cywilizacji.

Wszystkie aspekty ustawy 447 Kongresu USA mają charakter negatywny. To rażąco zła ustawa pod każdym względem – nie tylko prawnym, moralnym i politycznym, ale również cywilizacyjnym.

Jej determinantą jest teza o nierówności ofiar niemieckiego nazizmu i II wojny światowej zarówno w sferze prawa i sprawiedliwości, jak i prawdy oraz moralności – czynników kształtujących nie tylko politykę oraz relacje społeczne, ale również kulturę i cywilizację.

Ustawa mówi o zadośćuczynieniu finansowym jedynie dla ofiar holokaustu – również w sytuacji, gdy nie pozostawiły one spadkobierców – a więc o mieniu bez spadkowym.

Trzeba więc mocno podkreślać, że mówi jawnie o haraczu, gdyż roszczenia spadkobierców żydowskich – w tym wypadku z USA- zostały zaspokojone już w 1960 roku, kiedy Polska wypłaciła na ten cel 40 milionów dolarów rządowi amerykańskiemu na mocy umowy międzypaństwowej.

Bez spadkowe mienie w postaci rekompensaty finansowej miałyby przejąć organizacje żydowskie z USA i Izraela. Pytania nie tylko Polaków, ale także uczciwych Żydów – również w Izraelu i USA – wyrażające sprzeciw, są oczywiste: a co z ofiarami ludobójstwa innych narodów – np. z Polakami zamordowanymi przez Niemców czy banderowców na Wołyniu i we Wschodniej Małopolsce?

Na jakiej podstawie Kongres USA dokonał segregacji ofiar hitlerowskich Niemiec według narodowości i podzielił te ich miliony na lepszych i gorszych?

Lepszym czyli reprezentującym naród żydowski należy się wszystko – nie tylko cześć i nimb wyjątkowości, ale również bezspadkowe mienie, które dla pamięci o nich mają przejąć nieuprawnione do tego instytucje.

Cała reszta ofiar – z polskimi na czele – jest gorsza tylko dlatego, że jest innej narodowości. Skalę tego rasizmu powiększa nałożony ustawą 447 na „gorsze” ofiary – a nade wszystko na ich spadkobierców – obowiązek finansowego zadośćuczynienia lepszym ofiarom.

Polacy mają więc płacić żydowskim instytucjom za to, że są gorszymi ofiarami. To triumf rasizmu w sferze nie tylko prawa, ale również moralności i kultury, a co za tym idzie – cywilizacji.

Jest on zaprzeczeniem podstawowych elementów cywilizacji chrześcijańskiej, które Feliks Koneczny niezwykle trafnie ujął jako quincunx – prawda, dobro, piękno, zdrowie i dobrobyt. Wszystkie te kategorie współtworzą dobro wspólne, Wszystkie wykluczają wszelkie formy rasizmu.

Przyjęta przez Kongres USA ustawa 447 jest absurdem w sferze historii i polityki: wbrew prawdzie i faktom wskazuje jako winnego – który ma zapłacić za holokaust – nie Niemcy, lecz Polskę.

Wskazuje nie sprawcę, lecz ofiarę. Ten rewizjonizm historyczny jest antyaksjologicznym precedensem w historii światowej. Oparty jest bowiem nie tylko na antywartościach: niesprawiedliwości, fałszu moralnym i historycznym, odrzuceniu zasad demokracji i obowiązującego w naszej cywilizacji prawa – ale również na stojącej za ustawą potędze militarnej USA.

Stany Zjednoczone zdecydowały się temu precedensowi patronować, gdyż uległy ideologii głoszącej nie tylko wyjątkowość holokaustu, degradującą wszystkie ludobójstwa innych narodów i wywołane nimi ich cierpienia, ale również uznać wyjątkowość narodu żydowskiego i jego państwa Izrael, zwalniającą go z odpowiedzialności za zagrażającą światu zbrodniczą politykę na Bliskim Wschodzie. Istotę tej polityki wyraża najpełniej pojęcie rasizmu. Rasizmu totalnego, eksponowanego w ustawie 447 na płaszczyźnie ekonomicznej.

Oto Polacy jako naród, społeczeństwo, wspólnota obywatelska stają się w majestacie amerykańskiego prawa nie tylko gorsi, zasługujący na poniżenie, ale również na ograbienie.

Ustawa obnaża prawdziwe oblicze nie tylko roszczeniowych środowisk żydowskich, ale również Kongresu USA. Oblicze wrogie wobec Polski.

Posiadając gwarancję militarną Stanów Zjednoczonych, ustawa mówi nam wyraźnie: nie miejcie żadnych złudzeń!.

Dla polskiego społeczeństwa – zniewolonego mitem Ameryki jako imperium dobra z czasów zimnej wojny, utrzymywanego do tej pory w politycznym posłuszeństwie dla tej iluzji – to poznawczy szok.

Przeciętni polscy obywatele boją się prawdy o największym „sojuszniku” Polski.

A tymczasem prawdziwe oblicze Ameryki narzucającej światu ateistyczną cywilizację rasizmu, zostało szeroko opisane już w latach 90. przez autorów zachodnich i rosyjskich różnych opcji politycznych.

Wystarczy w tym miejscu przypomnieć Patricka Buchanana, Alaina Bluma, Plinio Corrêę de Oliveira, Naomi Klein, Aleksandra Dugina, Aleksandra Panarina. Wszystkie te analizy cywilizacyjnej roli USA we współczesnym świecie zostały w Polsce zlekceważone, a niektóre – np. Dugina – napiętnowane jako wrogie.

Warto więc w tym miejscu przypomnieć prace Aleksandra Panarina, m.in. jego książkę Pokusa globalizmu (Iskuszenije głobalizmom – 200o), gdzie autor wykazuje, że narzucana światu przez USA cywilizacja jest sprzeczna z chrześcijaństwem.

Z perspektywy tej sprzeczności jest ona antycywilizacją.

Z punktu widzenia chrześcijańskiej etyki oparta na skrajnym liberalizmie ideologia amerykańskiego globalizmu – realizowana z irracjonalną determinacją przez USA i ich sojuszników – jest według Panarina nihilistyczną i jednocześnie rasistowską utopią.

Ustanawia bowiem porządek świata w interesie bogatych przeciwko biednym. W porządku tym dominują jako instrument jego realizacji: manipulacja, fałszowanie prawdy, podwójne standardy.

— Konieczny jest powrót do moralno-religijnego fundamentalizmu. Stanie się on – prognozuje Panarin – podstawą mobilizującej kultury, dzięki której możliwa będzie w XXI wieku obrona biednych przed bogatymi.

Takie poglądy są w Polsce z góry skazane na odrzucenie, mimo iż można je wykorzystać dla naszej obrony przed realizacją ustawy 447.

Potężne lobby proamerykańskie i proizraelskie, agentura amerykańsko-izraelskiego wpływu zrobiły wszystko, aby zniewolenie amerykańskim mitem w Polsce trwało do dziś.

Wszelka krytyka panującej opcji politycznej i próba budowania alternatywy traktowane były i są nadal jako zdrada Polski, czego dowodem jest uwięzienie ponad dwa lata temu Mateusza Piskorskiego, któremu sformułowano bez dowodów prawnych zarzut, iż służył interesom Rosji i Chin.

Tymczasem udokumentowane zarzuty służenia interesom amerykańsko-izraelskim można postawić tysiącom osób z rządzącego Polską układu politycznego i jego zaplecza intelektualnego, medialnego, biznesowego.

To rzesza wyznawców – z obecną władzą na czele – tej samej ideologii, która zniewoliła amerykański establishment polityczny i będący jego emanacją Kongres USA.

To oni, a nie Amerykanie pilnują ideologicznego status quo w Polsce i nie dopuszczają do przyjęcia zgodnej z polskim interesem narodowym i naszymi normami cywilizacyjnymi polityki zagranicznej.

Oni odpowiadają za zwasalizowanie Polski wobec tandemu USA-Izrael i za wyobcowanie jej w UE, gdzie odgrywamy rolę konia trojańskiego tego tandemu.

Obecnie odpowiadają za to, że Unia Europejska nie staje po naszej stronie i nie stanie w konfrontacji z ustawą 447. — Także za to, że nie stanie po naszej stronie nade wszystko Rosja, mająca środki nacisku zarówno na USA, jak i Izrael. — Działający w Polsce bez żadnych przeszkód obóz amerykańsko-izraelski uczynił z nas bowiem jej największego w Europie wroga.

A tak niewiele trzeba było zrobić, aby teraz uzyskać przychylność Moskwy. Wystarczyło nie wychodzić przed unijny szereg w sferze militarnej i budować własną defensywną armię.

Wystarczyło odrzucić rolę podżegacza wojennego i ideologa euromajdanu w Kijowie, zostawić w spokoju pomniki czerwonoarmistów, które przypominały Moskwie, że była i być powinna gwarantem zachodniej granicy Polski.

Aby wyjść z geopolitycznej pułapki, w jakiej Polska znalazła się na życzenie własnych rządów – a także dużej części zniewolonego amerykańskim mitem społeczeństwa – i nie tylko stawić czoła ustawie 447, ale również nie dopuścić do prowokowanej przez USA i NATO wojny z Rosją na naszym terenie, trzeba potężnego zrywu Polaków.

Takiego zrywu, który w pierwszym rzędzie osłabi wpływy obozu amerykańsko-izraelskiego w Polsce, a w konsekwencji odsunie go od władzy.

Początkiem powinno być odrzucenie ustawy 447 na fundamencie cywilizacji chrześcijańskiej, a następnie wypracowanie na wybory parlamentarne programu, który nie tylko obroni nasze aktywa przed rasistowską cywilizacją, ale pozwoli zapoczątkować nasz suwerenny rozwój.

Program zabezpieczający polskie dobra naturalne – wody, lasy i złoża – przed wyprzedażą, koncesjami i dzierżawą dla zagranicznych firm jest realny. Jego gwarancją jest nasza cywilizacja

Na takiej bazie jest realne również zjednoczenie wszystkich pozasystemowych środowisk narodowo-patriotycznych.

Prof. Anna Raźny.

Źródło: KONSERWATYZM.pl , 9 maja 2018.