OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Wołyń 43. Bohaterowie i rezuny

W niedzielny poranek 11 lipca 1943 roku ktoś załomotał do drzwi plebanii w Porycku, małym miasteczku w powiecie włodzimierskim, na Wołyniu.

Proboszcz, ks. Bolesław Szawłowski ujrzał na progu zdyszanego mężczyznę. Przybysz był Ukraińcem z pobliskiej wioski. Przybiegł z ostrzeżeniem – jego rodacy z Ukraińskiej Powstańczej Armii szykują rzeź; uderzą w czasie Mszy św. rozpoczynającej się o godzinie 11.00. Ksiądz Szawłowski natychmiast rozesłał po miasteczku ministrantów, by kołatali do drzwi domów, przekazując straszną wieść. Ale ogromna większość mieszkańców nie uwierzyła, że ich sąsiadami są barbarzyńcy zdolni do mordu w świątyni. O godzinie 11.00 kościół wypełnił ufny, rozmodlony tłum.

Najpierw rozległ się krzyk. Mała dziewczynka wpadła do kościoła wołając, że na zewnątrz gromadzą się uzbrojeni ludzie. Zaraz potem huknął strzał – na progu stanęła zakrwawiona, chwiejąca się na nogach kobieta. Wśród wiernych wybuchła wrzawa, zaraz zagłuszona jazgotem broni maszynowej. Strumienie pocisków wpadały przez drzwi i okna, kładąc pokotem zgromadzonych.

Po chwili kanonada umilkła. W świątyni słychać było jęki rannych i przeraźliwy szloch. Wtedy rozległy się głośno wypowiedziane słowa modlitwy. Ksiądz Szawłowski, jak dotąd nietknięty, stał u ołtarza i udzielał wiernym zbiorowego rozgrzeszenia. Z zakrystii wyłonił się uzbrojony Ukrainiec. Wymierzył do kapłana. Po strzale ksiądz zachwiał się, ale dalej odmawiał modlitwę. Dopiero druga kula cisnęła nim o posadzkę.

Dwaj mordercy, z karabinami w dłoniach, urządzili obchód kościoła. Szli między ławkami, przyglądając się leżącym. Jeżeli zauważyli oznaki życia, dobijali ofiary pojedynczymi strzałami. Robili to bez pośpiechu, metodycznie, a ich działania cechowała upiorna sumienność. Potem bojówka UPA ruszyła na miasto, w poszukiwaniu pozostałych Polaków. Tych, których udało się zaskoczyć w domach, zabijano na miejscu, całymi rodzinami.

W ów straszny dzień krew lała się w dziesiątkach miejscowości Wołynia. Bandyci UPA uderzyli niemal równocześnie na 99 polskich wsi i miasteczek. W ciągu nocy i następnego dnia liczba zmasakrowanych siół wzrosła do 167. Podczas tych kilkudziesięciu godzin zamordowano co najmniej 11.000 bezbronnych ludzi.

Sprawcy

Założona w roku 1929 Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów już przed wojną prowadziła kampanię terrorystyczną przeciw państwu polskiemu.

Terroryści OUN z biegiem lat zacieśniali współpracę ze służbami specjalnymi hitlerowskich Niemiec. We wrześniu 1939 roku ochoczo wbili nóż w plecy Polakom broniącym się przed skoordynowaną agresją sąsiadów. Podczas wystąpień przeciw Wojsku Polskiemu ukraińska „piąta kolumna” wielokrotnie zebrała zasłużone baty. Ounowscy hiroje powetowali to sobie na ludności cywilnej – dziś mało kto pamięta, że do masowych rzezi w województwach południowo-wschodnich doszło już w pierwszych tygodniach wojny. Niepełne szacunki mówią o zamordowaniu wówczas przez bojówkarzy ukraińskich co najmniej 3278 Polaków.

Różnice zdań między liderami szowinistów, Stepanem Banderą i Andrijem Melnykiem, doprowadziły do rozłamu na skłócone frakcje: OUN-B (banderowcy) i OUN-M (melnykowcy). Oba skrzydła wystąpiły aktywnie w czerwcu 1941 roku, po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, atakując tu i tam wycofującą się Armię Czerwoną, a przede wszystkim przeprowadzając kolejną serię pogromów Polaków i Żydów, znów zabijając tysiące ludzi.

Niemcy wypędzili Sowietów z Ukrainy, ale nie zamierzali przyznawać jej niepodległości. Wobec tego banderowskie skrzydło OUN zeszło do podziemia. Natomiast melnykowcy dość szybko pogodzili się z III Rzeszą, wystawiając u jej boku formacje policyjne i wojskowe (Wołyński Legion Samoobrony, Ochotnicze Pułki Policyjne SS „Galizien”, wreszcie 14. Ochotniczą Dywizję Grenadierów SS „Galizien”), które wkrótce zasłyną licznymi zbrodniami.

Niemcy powołali Ukraińską Policję Pomocniczą, przy pomocy której w ciągu dwóch lat wymordowali niemal całą sześćsettysięczną społeczność żydowską Małopolski Wschodniej i Wołynia. W policji służyli sympatycy OUN, także z frakcji banderowskiej, oficjalnie skłóconej z III Rzeszą, jako że wytępienie Żydów (a w przyszłości Polaków) pokrywało się z celami organizacji. Ukraińscy wachmani licznie zasilili załogi niemieckich obozów koncentracyjnych.

Genocidum atrox

W 1943 roku banderowcy postanowili rozpocząć samodzielną akcję ludobójczą. Odezwa OUN-B jasno wskazywała wrogów: „Narodzie! Wiedz! Moskwa, Polska, Węgrzy, Żydostwo – to Twoi wrogowie. Niszcz ich!”

Narzędziem zniszczenia miało być zbrojne ramię organizacji – Ukraińska Powstańcza Armia, wspierana przez Służbę Bezpieczeństwa (Służba Bezpeky) oraz pospolite ruszenie (Samoobronni Kuszczowi Widdiły – SKW), takoż tłumy doraźnie zwerbowanego ukraińskiego chłopstwa.

Za początek ludobójstwa w wykonaniu OUN-B przyjmuje się rzeź w kolonii Parośla na Wołyniu, dokonaną w dniu 9 lutego 1943 roku. Zamordowano tam 149 mieszkańców, a także 6 jeńców rosyjskich, których rezuni przywlekli ze sobą. Przybyli potem na miejsce zdarzenia Polacy z okolicznych wiosek byli zaszokowani tym, co ujrzeli. W chatach i na podwórkach leżeli mężczyźni obdarci ze skóry, kobiety z obciętymi piersiami, zadźgane nożami niemowlęta. Wiele ofiar miało odcięte głowy, innym przed śmiercią wyłupiono oczy, odrzynano nosy i wargi…

Zbrodnia w Parośli nie była jednorazowym wybrykiem bandy degeneratów, ale elementem świadomie forsowanej strategii. Ataki fanatyków następowały raz za razem. Ich ofiarą padały zarówno pojedyncze polskie rodziny otoczone morzem ukraińskich sąsiadów, jak i skupiska liczące setki ludzi. Na porządku dziennym było odrąbywanie ofiarom głów i kończyn, najwymyślniejsze okaleczenia, wyrywanie języków, wypruwanie wnętrzności, palenie żywcem, zakopywanie żywcem, wbijanie na pal, wbijanie gwoździ w czaszkę, skalpowanie, ćwiartowanie przy pomocy siekier i pił. Maleńkie dzieci obnoszono na ostrzach wideł, albo wbijano na sztachety płotów. Kobietom ciężarnym rozpruwano brzuchy i wydzierano płody, niekiedy wkładając na ich miejsce żywego kota albo tłuczone szkło. Zwłoki ofiar bywały bezczeszczone – okaleczane, gwałcone, rzucane świniom na pożarcie. Znane były przypadki rozwieszania na ścianach wyprutych ludzkich jelit z podpisem „Polska od morza do morza”, krzyżowania niemowląt na ścianach z podpisem „polśkij oreł”, używania odciętej głowy do gry w piłkę nożną…

Banderowcy zmuszali osoby narodowości ukraińskiej, posiadające polskich współmałżonków, do ich zabijania. Dzieciom z mieszanych małżeństw dawano szansę ocalenia, każąc zabić polskiego rodzica.

Bandyci UPA zburzyli ćwierć tysiąca świątyń rzymskokatolickich, zamordowali około stu księży, zakonników i sióstr zakonnych. Z ich rąk zginęło również kilkudziesięciu duchownych prawosławnych i greckokatolickich, przeciwstawiających się mordercom. Pamiętając o tych bohaterach trzeba nadmienić, że znaczna liczba duchownych obrządków wschodnich zaangażowała się bez reszty w działalność OUN. Niektórzy z tych osobliwych kapłanów otwarcie podburzali wiernych do antypolskich wystąpień, posuwali się do bluźnierczego święcenia noży i siekier używanych podczas rzezi, a nawet sami uczestniczyli w napadach.

Rachunek krwi

W latach 1943-1945 ofiarą terroru UPA padło (przede wszystkim na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, w mniejszym stopniu na Lubelszczyźnie i na Polesiu) od 120.000 do 140.000 etnicznych Polaków, a także kilkadziesiąt tysięcy polskich Ukraińców, Żydów, Ormian, Rosjan, Czechów, Cyganów.

Nadto tysiące mieszkańców Rzeczypospolitej UPA zabiła po 1945 r., po obu stronach nowo utworzonej granicy. Część z nich straciła życie już jako obywatele sowieccy, którymi mianowano ich po anektowaniu przez Stalina polskich województw południowo-wschodnich. Dalsze setki tysięcy obywateli (głównie Polaków i polskich Żydów) zginęło przy współudziale formacji ukraińskich na żołdzie niemieckim.

Dla porównania, wedle opublikowanych w 2009 roku danych Instytutu Pamięci Narodowej, w latach 1939-1945 terror sowiecki pochłonął życie 150.000 obywateli Rzeczypospolitej. Ilu ludzi ma świadomość, że w dziele mordowania Polaków, banderowska wataha zbirów z siekierami i widłami, operująca na ograniczonym obszarze i w trzykrotnie krótszym czasie, zdołała dorównać krwawym antypolskim osiągnięciom całego imperium Stalina z jego Gułagiem, z jego dywizjami NKWD, ze Smierszem i całą resztą instrumentów terroru?

Żołnierze czy bandyci?

UPA działała przeciw Polsce, ale nie to powinno wpływać na jej ocenę.

W naszej historii mieliśmy wielu przeciwników, których wspominamy bez nienawiści, a nawet z szacunkiem, jako dzielnych wrogów, którzy wypełniali swój obowiązek wobec własnego narodu i ojczyzny. Nawet w odniesieniu do koszmarnych lat II wojny światowej, wypada inaczej ocenić poborowego wcielonego do Wehrmachtu czy Armii Czerwonej, walczącego na pierwszej linii – inaczej zaś oprawcę z Einsetzgruppen, Gestapo bądź NKWD.

Kłopot z UPA polega na tym, że jeśli pominąć zastraszony terrorem tłumek „przymusowych ochotników”, to składała się ona przede wszystkim z oprawców. Jej modus operandi był przerażający.

Zawsze, na każdym etapie działań ounowskich hirojów, większość ich ofiar stanowili bezbronni cywile. Na 60.000 polskich ofiar Rzezi Wołyńskiej (1943-1944) znaleziono tylko 262 przypadki śmierci Polaków uzbrojonych, poległych w trakcie walki. Nie inaczej było na innych obszarach, w tych i innych latach.

Obrońcy OUN i UPA mówią, że organizacje te walczyły z Sowietami. Prawda, ale jak wyglądała ta walka? W kwietniu i maju 1941 roku w woj. tarnopolskim i na Wołyniu ounowska konspiracja zamordowała 98 osób, uznanych za Sowietów i kolaborantów. Pominę fakt, że w tamtych czasach łatkę „sowieckiego agenta” dostawał każdy, kto nie zgadzał się z linią polityczną OUN. Czytelników zainteresuje pewnie, ilu z tych 98 zlikwidowanych było przedstawicielami resortów siłowych okupanta. Otóż było ich dokładnie SZEŚCIU – czterech milicjantów i dwóch żołnierzy Armii Czerwonej.

Równie ciekawymi danymi dysponujemy o okresie „powojennym” na Ukrainie Sowieckiej. Na 30.646 morderstw przypisanych ukraińskim nacjonalistom w latach 1944-1953 zginęło raptem 8340 sowieckich żołnierzy i milicjantów, za to ponad 22.000 cywilów.

Czy to zwalczając Polaków, czy Sowietów, banderowcy najlepiej czuli się w roli katów bezbronnych. Jeżeli bandytów z UPA ktoś określa mianem żołnierzy i bojowników o wolność, to czemu do tego zacnego grona nie zaliczy również ukraińskich wachmanów z Auschwitz, Bełżca, Sobiboru i Treblinki?

Polski odwet

Próbuje się „równoważyć” ludobójstwo wołyńsko-małopolskie stwierdzeniem, że ofiary były po obu stronach.

Trudno kłaść na jednej szali zgładzonych cywilów wraz z poległymi w walce rezunami z UPA, policjantami, esesmanami z dywizji „Galizien”. Tym niemniej, trzeba to powiedzieć uczciwie, zdarzały się też polskie odwety wymierzone w ludność cywilną. Zginęło w nich kilka tysięcy osób.

Każda niewinna ofiara to o jedną za dużo. Jednak w tym przypadku wypada pamiętać o proporcjach. Strona polska nie prowadziła planowej akcji eksterminacyjnej. Akty ślepej zemsty były najczęściej samowolną inicjatywą dowódców niewielkich oddziałów partyzanckich, grup cywilów bądź pojedynczych mścicieli. Ukraińskie ofiary cywilne stanowiły kilka procent wielkości ofiar polskich (a jeszcze mniej, gdy uwzględnimy dokonania ukraińskich pomocników Hitlera). To, co po stronie polskiej było patologią, w przypadku działań UPA stanowiło normę.

To prawda, niektórzy Polacy po tym, co ujrzeli na Wołyniu czy gdzie indziej, przeszli straszną przemianę. Już nie byli tymi samymi ludźmi, co niegdyś. Nie każdy, widząc dzieci zarąbane siekierą, albo obdarte ze skóry, albo wbite na pal, jest w stanie zapanować nad rodzącym się uczuciem nienawiści. Bóg to osądzi – i chyba nawet dla Niego będzie to straszliwy dylemat.

Zdradzeni

W tamtych mrocznych latach naród ukraiński miał prawdziwych bohaterów.

Kiedy banderowcy wyrzynali setkę Polaków w Ciemierzyńcach (gm. Dunajów), maleńka Stasia Wilk, uciekając wpadła na podwórko sąsiadki, Ukrainki Ireny Chruścielowej. Umazani krwią zbrodniarze podążyli za ofiarą. Na ich widok pani Chruścielowa porwała dziecko na ręce, przycisnęła je do piersi, krzycząc oprawcom w twarz: „Nie dam! Nie dam!” Rozwścieczeni „żołnierze UPA” zarąbali kobietę i dziecko.

W Antolinie (gm. Ludwipol) Ukrainiec Michał Mieszczaniuk miał żonę-Polkę, razem cieszyli się rocznym dzieciątkiem. UPA kazała Mieszczaniukowi zgładzić żonę i dzieciaka, a on odmówił. Zapłacił za to głową.

W Tutowiczach (gm. Antonówka) „ukraińscy powstańcy” zamordowali swą koleżankę, Jarynę Wołoszyn. Powód? Nie chciała zabić polskiego dziecka.

W Żabczu (gm. Czaruków) ksiądz greckokatolicki Serafin Horosiewicz ukrywał czterech Polaków. Kiedy sprawa wydała się, banderowcy zamknęli ich razem w cerkwi i spalili żywcem.

W Niżborgu Nowym (gm. Kopyczyńce) pewien Ukrainiec głośno potępił mordowanie Polaków. Potem zginął z ręki własnego syna.

Takich przypadków były tysiące. Pamięć o Ukraińcach zamordowanych przez banderowców winna stać się pomostem łączącym narody polski i ukraiński. Ale czy tzw. „rzecznicy pojednania polsko-ukraińskiego” pamiętają o pani Chruścielowej, o Wołoszyn, o Mieszczaniuku? Nie! Oni chcą jednać się z tymi, którym dzisiaj na Ukrainie stawiane są pomniki – z hirojami, co wbijali na pal, co wykłuwali oczy, co roztrzaskiwali dziecięce główki.

***

Dziś emocje rozpala konflikt polsko-żydowski. Słusznie przeciwstawiamy się insynuacjom i nieuzasadnionym roszczeniom. Jednak polski patriota musi odczuwać wstyd, widząc szacunek okazywany przez Żydów ich męczennikom. W parlamencie Izraela nie znalazł się nikt, kto by zakwestionował określanie zagłady Żydów mianem ludobójstwa; kto żądałby przekwalifikowania jej na jakąś „akcję o znamionach”. Żydowscy historycy i publicyści nie roztrząsali „dramatycznych wyborów i dylematów” wachmanów z Treblinki. Żaden izraelski polityk nie przekonywał, że nazywanie rzezi Żydów zbrodnią „wzbudza niepotrzebne emocje”; że dyplomatyczniej byłoby mówić o „tragicznych wydarzeniach w Birkenau”…

Tymczasem polskie ofiary banderowców, takoż uczciwi Ukraińcy ryzykujący niegdyś życiem za wierność Rzeczypospolitej, albo za zwykłą ludzką życzliwość okazaną polskim sąsiadom, są dziś zdradzani przez elity polityczne Kraju nad Wisłą, również przez wielu tutejszych dziejopisów i publicystów – w kwestii oceny zbrodni UPA bijących wszelkie rekordy skundlenia.

Andrzej Solak.

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2018-07-11Wołyń 1943 – holokaust z ręki sąsiadów Strona główna > Opinie Wołyń 1943 – holokaust z ręki sąsiadów By Władysława Siemaszków, Ludobójstwo, page 1294, from Henryk Słowiński collection (http://www.starwon.com.au/~korey/Wolyn%2043.htm) [Public domain], via Wikimedia Commons #WOŁYŃ 1943 #HOLOKAUST #NIENAWIŚĆ #UKRAINA #WSCHODNIA GALICJA #POLSKA #LUDOBÓJSTWO #KRESY Nigdy i nigdzie indziej w szatańskim XX stuleciu nie zalała Polaków tak potężna fala tak skondensowanej nienawiści jak na Wołyniu i we wschodniej Galicji pod koniec drugiej wojny światowej. Wiek XX był z dopustu Bożego stuleciem szatana – któż to może lepiej wiedzieć niż Polacy. Naród polski jak mało który poznał otchłanie „ciemnej doliny” (Ps 23, 4), wtrącony w miażdżące tryby obu totalitaryzmów. Jednakowoż najohydniejszą zbrodnię popełnili na Polakach nie wrogowie zewnętrzni, tylko ich najbliżsi sąsiedzi, z którymi przez całe lata mieszkali przez płot, z którymi chodzili do jednej szkoły, z którymi pracowali i bawili się, z którymi prowadzili wspólne interesy, z którymi się wiązali małżeństwem i zakładali mieszane rodziny. To był prawdziwy holokaust. Czy wypada tak nazywać ludobójstwo na Kresach? Niejednego to może oburzyć – wielu wszak uważa holokaust za wyłączną własność Żydów. I wcale nie trzeba do tego być jednym z nich – oto kilka lat temu pewien nieżyjący już hierarcha Kościoła katolickiego dał syntetyczny wykład owego stanowiska podkreślając, iż „słowo holokaust wiąże się z ich tragedią i dramatem. Oni jako jedyny naród skazani byli na zagładę za sam fakt bycia Żydami, więc nie można cierpień innych narodów stawiać na tym samym poziomie, operując słowem holokaust jako synonimem tragedii”. Sęk w tym, że Polacy na Wołyniu i we wschodniej Galicji zostali skazani na zagładę dokładnie za to samo co Żydzi – za sam fakt bycia Polakami. Różnica leży w proporcjach, ale nie o liczby przecież chodzi. To, że Polaków na Wołyniu i we wschodniej Galicji mordowano w ilościach mniej hurtowych i metodą mniej przemysłową niż Żydów dowodzi wyłącznie nieporównanie węższych możliwości technologicznych i horyzontów umysłowych morderców. Zamiar jednak był ten sam – wytępić „lacką rasę”. Po zastanowieniu jednak wydaje się, że umysł należy w ogóle wyłączyć z całej sprawy. Mamy tu wszak do czynienia z szatańskim zaślepieniem. Czyż bowiem zagłada Polaków na Wołyniu i we wschodniej Galicji, podobnie jak zagłada Żydów (a wcześniej Ormian, czy po części również Ukraińców w latach zadekretowanego przez Stalina Wielkiego Głodu, a w naszych czasach – rwandyjskich Tutsi) nie była całopalną ofiarą złożoną na ołtarzu Księcia Ciemności? Zauważmy, że grubo przekroczone zostały wszelkie granice ludzkiej natury. Dlaczego, chociażby, mordowano niemowlęta? Czyż nie rozsądniej było zachować je przy życiu, aby je wychować na ukraińskich janczarów? O, nie! Chodziło wszak o ofiarę całopalną, której składający nic nie zostawia dla siebie. Stąd właśnie nie tylko można, ale wręcz trzeba nazywać rzeź wołyńską holokaustem. Słowo to bowiem w tym kontekście nie stanowi wcale – jak się dziś równie powszechnie co błędnie mniema – synonimu tragedii, lecz adekwatne określenie sytuacji. Oto w latach ostatniej wojny światowej szatan zażądał od swych wyznawców całopalnej ofiary z Żydów i Polaków – holokaustu właśnie – i ta została mu złożona. Dlaczego pomimo posiadania broni palnej oprawcy w większości przypadków posługiwali się prymitywnymi narzędziami zbrodni: nożami, siekierami, drągami, orczykami? Tłumaczenie, że chodziło o oszczędzanie szczupłych zasobów amunicji brzmi ze wszech miar niepoważnie (lepiej już wprost powiedzieć, że ofiary jako „laccy podludzie” nie zasługiwały na kulę…). Prawdziwa przyczyna jednak wydaje się leżeć znacznie głębiej. Rzeź wołyńska nosi wszelkie znamiona mordu rytualnego, a w takim rodzaju mordowania chodzi o to, by się jak najdokładniej unurzać we krwi, by się w niej skąpać, by nią na całym ciele spływać… W zgodzie z narodową tradycją? Stąd wiec dantejskie sceny – chociaż ściślej można by rzec: sienkiewiczowskie. Czyż bowiem relacje wołyńskie nie przywodzą z miejsca na myśl scen opisanych w „Ogniem i mieczem” sześć dekad wcześniej? Przypomnijmy tylko, co przebywający w kozackiej niewoli Jan Skrzetuski oglądał na ulicach opanowanego przez czerń Korsunia, gdzie „tłuszcza ciągle rabowała domy i mordowała każdego, kto się jej wydał Lachem”. „Przez wybite okna widział pan Skrzetuski gromady pijanych chłopów, krwawych, z podwiniętymi rękawami u koszul, włóczących się od domu do domu, od sklepu do sklepu i przeszukujących wszystkie kąty, strychy, poddasza; od czasu do czasu wrzask straszliwy oznajmiał, że znaleziono szlachcica, Żyda, mężczyznę, kobietę lub dziecię. Wyciągano ofiarę na rynek i pastwiono się nad nią w sposób najstraszliwszy. Tłuszcza biła się ze sobą o resztki ciał, obmazywała sobie z rozkoszą krwią twarze i piersi, okręcała szyje dymiącymi jeszcze trzewiami. Chłopi chwytali małe Żydzięta za nogi i rozdzierali wśród szalonego śmiechu tłumów.” Ewentualny zarzut, że to tylko powieść i Sienkiewicz mógł wielu po prostu zmyślić, nie wytrzymuje krytyki. Autor „Trylogii” oparł bowiem jej fabułę o kwerendę wiarygodnych źródeł historycznych i dokumentów z epoki, a z pewnością nie mniej ciekawego materiału w tej kwestii dostarczyła mu późniejsza o wiek koliszczyzna (której dwustupięćdziesiąta rocznica właśnie mija całkiem niezauważenie), wciąż jeszcze w jego czasach żywo pamiętana. „Czy nie wiesz o tym, że na Ukrainie zaczęła się rzeź i szlachty wyrżnięcie? Pod święconymi nożami krew płynie; pop otwiera pierś, a chłop daje cięcie w bijące serce. Cały naród ginie jak w zapalonym przez Boga okręcie” – pisał Juliusz Słowacki w „Beniowskim”. W roku 1768 też doszło do hekatomby – w samym Humaniu ofiarą morderczego szału hajdamaków padło dwadzieścia tysięcy osób, a krew płynęła ulicami. Jaka tego przyczyna? Czy to genius loci tego dziwnego kraju, w którym – jak rzecz trafnie ujął Władysław Łoziński – „krew tańsza od wina, człowiek tańszy od konia (…) w którym łatwo zabić, trudno nie być zabitym”? A może jest coś specyficznego w narodzie ziemię ową od stuleci zamieszkującym? Franciszek Rawita-Gawroński w „Historii ruchów hajdamackich” nie pozostawia wątpliwości, że to „etniczne pierwiastki turańskie tkwiące w krwi ukraińskiego społeczeństwa ruskiego, a wybuchające od czasu do czasu, były jedną z ważniejszych przyczyn rzucających to społeczeństwo w objęcia bezbrzeżnej swawoli i czyniących z niego bardzo niepewny i mało przydatny materiał do pracy państwowej na długo jeszcze”. Na jak długo? Na pewno do roku 1943… Holokaust – złe słowo Ludobójstwo na Wołyniu i we wschodniej Galicji było grą o krew. Mordercom Polaków chodziło o to, by nie zostawić na ziemi, do której rościli sobie wyłączne prawo, ani kropli polskiej krwi. W mojej rodzinie znającej grozę tamtych dni do dziś opowiada się historię ukraińskiego lekarza, który otrzymał „z lasu” nakaz zabicia swej polskiej żony i zrodzonych z niej własnych dzieci. Odmówił i zginął bestialsko zakatowany wraz z nimi – jako jedna z ukraińskich ofiar holokaustu Polaków. Słowo holokaust nie ujmuje niczego tragedii narodu żydowskiego, której nikt zresztą nie zamierza kwestionować. To raczej niektóre środowiska żydowskie za wszelką cenę chciałyby zmonopolizować cierpienie. Ale są również inne środowiska żydowskie, które wzdragają się przed słowem holokaust na określenie tego, co spotkało dzieci Izraela z rąk narodowych socjalistów. Wolą nazywać rzeczy po imieniu słowem Szoa, czyli Zagłada, słusznie dopatrując się w anglojęzycznym określeniu holocaust (notabene w potocznym użyciu oznaczającym przede wszystkim katastrofę obfitującą w liczne ofiary ludzkie) profanacji całopaleń ku czci Jedynego Boga, składanych przez niezliczone pokolenia patriarchów, proroków i królów Izraela. Niestety w języku polskim słowo to, bezmyślnie mielone przy każdej okazji (a i bez okazji) zadomowiło się na dobre. A wszystko dlatego, że wiedza na temat Żydów, ich cywilizacji, kultury i mentalności jest w naszym kraju – nawet w kręgu intelektualistów – praktycznie zerowa. Jerzy Wolak Zobacz także: Przeczytaj także: Wołyń 43. Bohaterowie i rezuny Read more: http://www.pch24.pl/wolyn-1943—holokaust-z-reki-sasiadow,61552,i.html#ixzz5Ky9zk3wD )