OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Bóg płaci swoją walutą – Ewa Polak-Pałkiewicz

Gdyby nie śmierć ojca Maksymiliana Kolbe, polskiego franciszkanina, w bunkrze głodowym obozu koncentracyjnego Auschwitz, być może wielu ludzi Zachodu – Holendrów, Belgów, Norwegów – nie wiedziałoby, kim jest Bóg. Zaczynała się już bowiem epoka neopogaństwa.

Być może wśród tych, którzy nie wiedzieliby, kim Bóg jest, byłoby szczególnie wielu Niemców. Jest wszakże pewne, że ojciec Maksymilian w celi śmierci wzbudził w niektórych spośród tych wielu Niemców, przekonanych dotąd o potędze swojej rasy, niewymowny strach. Zamordowano go z powodu tego strachu. Nie była to bowiem śmierć naturalna. Ojciec Kolbe nie umarł z głodu, tak jak zostało to zaplanowane.

Esesman nie przyszedł zamordować go zastrzykiem fenolu „z litości”, jak się to dziś niekiedy naiwnie interpretuje. Po dwóch tygodniach, odkąd ojciec Kolbe został wtrącony do głodowego bunkra razem z innymi skazańcami, nadal żył, choć nie przysługiwał mu najmniejszy okruch chleba i kropla wody. Powietrza w tej ciasnej celi było także bardzo niewiele. Żył jednak.

Niemcy nie chcieli w obozie śmierci człowieka, którego Bóg trzyma przy życiu. Wbrew ich wyrokowi, wbrew ich woli. Wbrew nadzwyczaj sprawnie działającej – aż dotąd bez przeszkód – machinie śmierci, którą wprawili w ruch. Przemyślanej w najdrobniejszym szczególe. Wbrew całej wiedzy medycznej i naukowej, jaką dysponowali. Ach, jakże ci Niemcy cenili naukę i jej dowody.

A tymczasem ojciec Kolbe wciąż nie umierał. Ten, który na pytanie obozowego nadzorcy, kim jest, miał jedną tylko odpowiedź: „Jestem kapłanem katolickim”. W tym miejscu, gdzie „Bóg umarł”, inspiratorom i organizatorom przemysłu śmierci zaczęła świtać w głowie nieprawdopodobna, szalona myśl, że można żyć Bogiem. Bogiem samym. Bez kropli wody. Bez powietrza. Tego nie byli w stanie znieść.

I gdy towarzysze ojca Maksymiliana z więziennego lochu, skazani na śmierć z powodu ucieczki jednego z więźniów, umierali w niewyobrażalnych męczarniach, przez czternaście dni sierpnia 1941 roku z głodowego bunkra dochodziły na zewnątrz dźwięki hymnów śpiewanych na cześć Boga silnym męskim głosem polskiego zakonnika. Nieustająca modlitwa, wielbienie Pana Wszechrzeczy, podniosłe słowa Różańca. Tego nie można było wytrzymać.

„Polska będzie wolna i sprawiedliwa!”

Zupełnie nieliczni z elitarnego grona przywódców wojskowych Niemiec wiedzieli już wtedy zapewne, że Bóg podtrzymuje w sposób niepojęty dla człowieka życie tych, których chce zachować. Marta Robin (1902-1981), Francuzka, żyła przez kilkadziesiąt lat wyłącznie Komunią św. Również współczesna im rodaczka ich z Bawarii, córka wiejskiego krawca, Teresa Neumann (1898-1962), dziś Służebnica Boża, której proces beatyfikacyjny jest w toku (podobnie jak Marty Robin), przez kilkadziesiąt lat nie przyjmowała żadnych pokarmów ani wody. Była jedyną osobą w państwie Hitlera, której nie przysługiwały kartki na żywność. Fürher panicznie bał się tej prostej kobiety. Esesmani nie zbliżali się nawet do jej wioski, choć prowadzono tam sumienne obserwacje i słano donosy.

Propaganda III Rzeszy robiła wiele, by ją ośmieszyć i zniesławić, bowiem jej stygmaty, mistyczne przeżycia i skuteczność modlitw za innych przysparzały jej niebywałej popularności. Pielgrzymowano do jej domu. Historyk, dziennikarz i publicysta o antyhitlerowskich przekonaniach Fritz Gerlich kilkakrotnie, w latach 20. i 30. ub. wielu  odwiedzał Teresę Neumann; prowadził nawet coś w rodzaju badań naukowych nad jej fenomenem, początkowo bowiem uważał, że cała ta historia to oszustwo. W końcu wydał entuzjastyczną, broniącą ją broszurę („Walka o wiarygodność Teresy Neumann”). Odstąpił od kalwinizmu i przyjął wiarę katolicką, przypieczętowując nawrócenie ślubem ze swoją żoną w kościele kapucynów w Eichstarr. Stał się odważnym krytykiem Hitlera. W wydawanym przez siebie w Monachium tygodniku „Der Gerade Weg” przestrzegał przed polityką Hitlera i przewidywał bankructwo III Rzeszy. W 1933 r. zaatakowano redakcję tygodnika, rozkradziono jej mienie. Gerlich został pobity i aresztowany, a po roku zamordowany przez esesmana strzałem w głowę w swojej celi w KL Dachau.

Oprawcy z Dachau, Auschwitz i innych obozów śmierci, nie wiedzieli dlaczego prawa natury w ewidentny sposób zostają niekiedy zawieszono i ich rodaczka z Bawarii może przez kilkadziesiąt lat nie pić i nie przyjmować żadnego pokarmu poza Komunią św. Teresa w każdy piątek przeżywała Mękę Pańską, jej ciało broczyło krwią. Obozowi kaci nie mieli pojęcia, że ci, których Bóg utrzymuje przy życiu wbrew prawom natury, to ci, którzy Bogu całkowicie zaufali. Ci, którzy w Niego naprawdę wierzą. Oni nie przejmują się zbytnio tym, co akurat dzieje się z ich ciałem. Jak coś takiego mogło pomieścić się w głowie uczniom Darwina i Rosenberga, ludziom zajętym bez reszty pilnowaniem, by przemysł śmierci działał bez usterek i przestojów?

Teresa Neumann, odwiedzana w swojej wiosce po zakończeniu wojny m.in. przez Polaków z Armii Andersa, którzy obawiali się wracać do kraju, przepowiedziała, że Polska ocaleje, nawet gdyby doszło do III wojny światowej, bowiem przez naszą ziemię będzie pielgrzymować Matka Boska Częstochowska, która weźmie ją pod swoją opiekę. „Wy, Polacy, macie do nas, Niemców żal, bośmy was skrzywdzili”, mówiła. „Macie rację, ale przez to wyście już wszystko odpokutowali. Na nas, Niemców, przyjdzie jeszcze pokuta, wy możecie czuć się spokojni. Za wami wstawiła się Czarna Madonna, która będzie chodzić po ziemiach polskich. Wam się już nic złego nie stanie”. Powiedziała także: „W języku polskim będą głoszone najmądrzejsze prawa i najsprawiedliwsze ustawy”.

Człowiek „wiecznie umierający”

Ojca Maksymiliana Marię Kolbe przedstawia się niekiedy jako herosa, człowieka sukcesu, któremu udawało się wszystko czego się tknął. Założyciel Rycerstwa Niepokalanej (łac. Militia Immaculatae), miesięcznika „Rycerz Niepokalanej” (w 1939 r. pismo miało milionowy nakład) i Radia Niepokalanów oraz gwardian najliczniejszego klasztoru na świecie  – w Niepokalanowie – a potem kolejnego w Japonii, mógł już za życia czuć się bohaterem. Rycerstwo Niepokalanej założył przebywając na studiach w Rzymie, krótko po ujrzeniu bluźnierczej procesji z czarnymi sztandarami, która szła głównymi ulicami Rzymu w styczniu 1917 roku; wznoszono – jak dziś w Polsce, podczas demonstracji rozjuszonych kobiet – napastliwe hasła i groźby wobec papieża i duchowieństwa. Przeżycie to było wstrząsem dla młodego franciszkanina i naznaczyło całą późniejszą jego drogę. Za Patronkę Stowarzyszenia M.I. wybrał Maryję; miało ono zajmować się apostolstwem.

W rzeczywistości jednak ojciec Maksymilian miewał w swoim życiu mnóstwo przeciwności. Był bardzo wątłego zdrowia, po przebytej gruźlicy zostało mu jedno płuco. Dwóch jego braci zmarło we wczesnym dzieciństwie, trzeci, również franciszkanin, jako trzydziestolatek. „Prawdą jest, że całe jego życie było długą udręką: skutki gruźlicy uczyniły z niego człowieka nieustannie umierającego, któremu lekarze dawali zaledwie trzy miesiące życia. Pierwsze pięć lat istnienia M.I. naznaczone były drwiną kolegów, co powodowało duchową samotność, bycie niezrozumianym i nieakceptowanym przez nikogo. Podobnie sześć lat spędzonych w Japonii: opuszczenie i zdrada przez własnych braci, nieufność i wrogość pewnych członków duchowieństwa, brak środków, czasem nawet tych koniecznych do życia”, pisze jeden ze współczesnych kontynuatorów dzieła św. Maksymiliana, ks. Karol Stehlin FSSPX.

Św. Maksymilian Maria Kolbe – lata 30. XX w.

Jednak Rycerstwo się rozwijało. Rozwijał się klasztor i jego dzieła. „Jakże wielki sukces, gdy w czerwcu 1939 roku Niepokalanów liczył 13 księży, 762 braci i ponad setką seminarzystów, i dysponował dobrą prasą jako narzędziem apostolatu, niespotykanym nigdzie indziej w świecie!”

Ojciec Maksymilian miał także niepospolity talent w dziedzinie nauk ścisłych, błyszczał w matematyce i fizyce, i wielkie zamiłowanie do techniki; w 1915 roku złożył w urzędzie patentowym projekt pojazdu międzyplanetarnego, tzw. Eteroplanu . W Niepokalanowie uruchomił własną elektrownię oraz dalekopis; na rok przed wojną zaczął budować telewizję, studio filmowe i lotnisko. Gdy nie mógł zdobyć pozwolenia na uruchomienie radiostacji, został krótkofalowcem z przynależnością do Polskiego Związku Krótkofalowców. Taki był początek Radia Niepokalanów, które niebawem można było odbierać w całej Polsce. „Wojna przyniosła konfiskatę Niepokalanowa przez wojska niemieckie, mobilizację prawie wszystkich braci i uwięzienie ostatnich czterdziestu dwóch, zesłanych do obozów koncentracyjnych… Jakże ciężka próba – można by rzec, że w ciągu jednego dnia całe dzieło ojca Kolbe legło w gruzy… Dla niego było jednak oczywiste, że najcięższe próby są również chwilami największych łask”.

„U mnie wszystko dobrze”

Z ostatniego listu o. Maksymiliana do matki: „Moja kochana Mamo, pod koniec miesiąca maja przyjechałem z transportem do obozu w Oświęcimiu. U mnie jest wszystko dobrze. Kochana Mamo, bądź spokojna o mnie i o moje zdrowie, gdyż dobry Bóg jest na każdym miejscu i z wielką miłością pamięta o wszystkich i o wszystkim. Byłoby dobrze przed moim następnym listem nie pisać do mnie, ponieważ nie wiem, jak długo tu pozostanę. Z serdecznymi pozdrowieniami i pocałunkami – Kolbe Rajmund”.

Więźniowie zapamiętali go jako człowieka pełnego wewnętrznego pokoju. „…sprawiał, że mieliśmy więcej ufności w Bogu i osłabiał nasz lęk przed śmiercią«…  Pamiętam jak mówił: »Ja nie boję się śmierci, boję się grzechu«… Zachęcał nas, aby nie bać się śmierci i aby mieć na sercu zbawienie naszych dusz. Mówił, że jeśli nie będziemy obawiać się niczego, oprócz grzechu, modląc się do Chrystusa i szukając wstawiennictwa Maryi, poznamy pokój. Potem ukazywał nam Chrystusa, jako jedyne pewne oparcie i jedyną pomoc, na którą mogliśmy liczyć. Widzieliśmy jak on sam oddawał całe swoje życie w ręce Boga: całkowicie się mu powierzał, miłując Chrystusa i Matkę Bożą ponad wszystko…wydawało się, że nie ma większej siły od tej, która od niego emanowała” (Aleksander Dziuba, więzień Auschwitz).

„28 maja 1941 o. Maksymilian został wywieziony z Pawiaka w Warszawie do niemieckiego obozu zagłady KL Auschwitz, gdzie 14 sierpnia 1941 poniósł śmierć głodową, dobity  zastrzykiem trucizny”. Tak relacjonuje się dziś to wydarzenie. Ale czy można jednocześnie umrzeć z powodu zagłodzenia i z powodu otrzymania zastrzyku z trucizną? I po co trucizna, kiedy umiera się z głodu?

Wydarzenia w bunkrze głodowym opisała kilka lat po wojnie pisarka Maria Winowska. Reporterska książka najstaranniej zbierająca fakty – „Le Fou de Notre-Dame” (Szaleniec Niepokalanej) – wyszła w Paryżu w 1950 roku. „Nie autor, lecz temat tłumaczy fantastyczne wprost powodzenie tej książki, wydanej w dwunastu nakładach, przetłumaczonej na jedenaście języków, uwieńczonej nagrodą Akademii Francuskiej”, mówiła kilka lat później autorka, znakomita romanistka i działaczka emigracyjna, doktor teologii i filozofii, późniejsza zaufana współpracowniczka Prymasa Wyszyńskiego, współredagująca listy Prymasa do Episkopatów Europy, mieszkająca na stale w Paryżu. Wydanie amerykańskie zatytułowane „The death camp proved Him real” (Obóz śmierci udowodnił, że On istnieje), nawiązuje do wyzwania, jakie Winowskiej rzucił człowiek, który cztery lata spędził w Dachau; powiedział, że uwierzy w Boga, gdy ona pokaże mu świętego w obozie. Gdy Franciszkanie z Niepokalanowa wydawali polską wersję książki cenzura mocno ją pocięła. Maria Winowska nie miała jednak prawa dotrzeć nawet z tak okrojoną wersją do polskich czytelników; komuniści wykradali egzemplarze „Szaleńca Niepokalanej” z bibliotek, ograbiono z nich nawet bibliotekę klasztorną w Niepokalanowie.

Jakby był w ekstazie

„Głośno się modlił, tak że i jego współtowarzysze mogli słyszeć i modlić się razem z nim…Współwięźniowie narzekali i w rozpaczy krzyczeli, a nawet przeklinali, lecz po jego słowach pogodzili się ze swym strasznym losem… P. Borgowiec wchodził co dzień do celi, by wyciągać trupy. Skazańcy leżeli, jeden tylko o. Maksymilian stał lub klęczał wpośród nich. Wzrok miał tak przenikliwy, że SS-mani znieść go nie mogli i krzyczeli: Schau auf die Erde, nicht auf uns! W ziemię patrz, nie na nas!

Niektórzy skazańcy wijąc się w nieludzkich bólach błagali o kroplę wody; nigdy on. Pewnego razu jeden ze zbirów zawołał: – So einen wie diesen Pfaffen haben wir nie gesehen. Das muss ein aussergewohönlicher Mensch sein! Takiego jak ten klecha, nie widzieliśmy nigdy; to musi być jakiś nadzwyczajny człowiek!

Dodajmy szczegół drastyczny, który może urazi delikatne uszy. Tym ci gorzej dla pięknoduchów! P. Borgowiec zeznaje, że nie potrzebował wynosić wiadra higienicznego, gdyż było stale puste.
Płyną dni. Oto wigilia Wniebowzięcia. W celi śmierci leży na posadzce trzech konających, bez przytomności. O. Maksymilian siedzi na posadzce oparty o ścianę i oczy ma otwarte, przytomne.
Za długo trwa zbirom to konanie. Dziś właśnie kat obozowy Bock otrzymał rozkaz wykończenia niedobitków. Wchodzi, trzymając w ręku strzykawkę z kwasem fenolowym. O. Maksymilian z uśmiechem podaje mu ramię” (Maria Winowska, Szaleniec Niepokalanej).

I jeszcze jedna relacja: „Umierał bez świadków… Ale Niepokalana nie pozwoliła, by tak zupełnie ukrytą pozostała śmierć Jej gorliwego sługi. Oto w kilka chwil po zastrzyku i wyjściu Niemców z bunkra śmierci wszedł tam więzień obozowy i pisarz bunkra, by wynieść ciała zmarłych i oczyścić celę śmierci. »Gdy miałem ciało o. Kolbego wynieść z celi – zeznaje pod przysięgą – i drzwi otworzyłem, podpadło mi, że o. Kolbe siedział na posadzce oparty o ścianę i miał oczy otwarte. Jego ciało było czyściutkie i promieniowało. Każdemu podpadłaby ta pozycja i każdy sądziłby, że to jakiś święty. Jego twarz oblana była blaskiem pogody. Ciała innych więźniów zastałem leżące na posadzce, zbrudzone i o zrozpaczonych rysach. Pogodna, czysta twarz o. Maksymiliana promieniowała«„ (Zdzisław J. Kijas OFMConv).

„Jeden o. Maksymilian tak wyglądał, jakby był w ekstazie”, dodaje Maria Winowska, powołując się na relację Bruno Borgowca.

Kościół, który nie chciał spłonąć

Co łączy fakt przyznania najwyższego niemieckiego lauru filmowego dla szkalującego Polaków serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”, wyprodukowanego nie tak dawno przez naszych zachodnich sąsiadów, zamalowaną jesienią 1959 roku na czarno wieżę kościoła św. Augustyna w Warszawie na Nowolipkach i wybieg dla modelek zorganizowany przed ołtarzem tej świątyni na jesieni 2013 roku?

Kościół św. Augustyna znajdował się w czasie ostatniej wojny na terenie warszawskiego getta. Jako jedyny obiekt na tym obszarze nie został przez Niemców zniszczony. Całe getto spłonęło, kościół ocalał. Wszystko wokół zostało obrócone w pył, kościół pozostał nietknięty wraz z otaczającą go kępą wspaniałych drzew. Dlatego, że Bóg tak chciał.

Kościół św. Augustyna wśród ruin warszawskiego getta, 1945 r. (za: Wikipedia.org)

Choć wersja oficjalna tego nie potwierdza, jednak istnieje przekonanie, że ciało o. Maksymiliana Marii Kolbego także nie chciało spłonąć w piecu krematoryjnym, mimo ponawianych prób. Niemcy musieli je zakopać na terenie obozu. Gdzie znajduje się grób świętego, który nie umierał, choć go głodzono w bunkrze śmierci?

Po pięćdziesięciu latach kolejny symbol opieki Bożej nad Polską – kościół św. Augustyna w Warszawie – próbowano zniszczyć, tym razem od wewnątrz. Ale to nie jest jeden z wielu kościołów, potwierdza to jego historia. W czasie wojny dwaj księża z tej parafii zostali zamordowani przez Niemców za pomoc Żydom. Proboszcza, ks. Franciszka Garncarka zamordowano 20 grudnia 1943 r., wikarego, ks. Leona Więckowicza, aresztowanego 3 grudnia 1942 r. i zamęczono w obozie Gross-Rosen w sierpniu 1944 roku.

Nad wejściem kościoła św. Augustyna pozostała do dziś w nienaruszonym kształcie tablica fundacyjna, a na niej słowa: „Bogu w Trójcy świętej Jedynemu na cześć i chwałę, wiernym Jego wyznawcom na wzmocnienie i pociechę” oraz upamiętnienie jego fundatorki Aleksandry z Potockich Augustynowej Potockiej, z datą konsekracji: 1896 r.

W pierwszych latach wojny kościół służył katolikom z przyległych ulic, potem ochrzczonym mieszkańcom getta. Gdy świątynia została przez Niemców zamknięta, Żydzi z getta urządzili w niej teatr, który działał od lipca 1941 roku. Nazwano go: Nowy Teatr Kameralny, kierował nim Andrzej Marek (Marek Arnsztejn), który wystawił tu sztuki m.in. „Potęga pieniądza”, „Moje żony mnie zdradzają”, „Finał małżeństwa”.

Wtedy właśnie, gdy rozpoczynał w kościele św. Augustyna swoją działalność teatr żydowski przyciągając frywolnymi tytułami publiczność, w celi bunkra głodowego w Auschwitz ojciec Maksymilian Kolbe wznosił pieśni wielbiące Boga i śpiewał na cześć Najświętszej Maryi Panny.

Po zagładzie getta Niemcy upatrzyli sobie kościół na magazyn rzeczy zrabowanych Żydom, potem urządzili tu stajnię. Podczas powstania warszawskiego na wieży kościoła okupanci zainstalowali punkt obserwacyjny i gniazdo niemieckiej broni maszynowej. 13 sierpnia 1944 roku w pobliżu kościoła (od ulicy Dzielnej) dokonano ostatniej egzekucji na więźniach Pawiaka. Zamordowano dziewięćdziesiąt osiem osób – mężczyzn, kobiet i dzieci. Po Powstaniu Niemcy podpalili dach świątyni z zamiarem jej zniszczenia. Kościół nie został jednak uszkodzony, spłonęła tylko sygnaturka, organy i drzwi. Niemcy działali w pośpiechu, planowane wysadzenie kościoła nie doszło do skutku.

Dlaczego kościół św. Augustyna ocalał? To pytanie zadawało wielu ludzi, katolików i żydów. Być może stawiali je i Niemcy. Jego ocalenie ma sens nie tylko symboliczny. Mówi ono, że rachuby Boga nie są rachubami ludzi. Ludzie nie mogą czynić tego, co im się podoba, co by chcieli, jeśli Bóg tego nie chce. Majestatyczny kościół z siedemdziesięciometrową wieżą, pozostał w morzu ruin, dumny i wyniosły.

8 listopada 2013 roku, pod nieobecność księdza proboszcza odbył się tutaj pokaz mody. Wiadomo, nie ma lepszego miejsca, by zaprezentować półgołe modelki. „Wybieg” przed ołtarzem, teatru ciąg dalszy. Modelki pojawiły się ze świecami w dłoni, niektóre w krótkich szortach. „Zadziwiający, jak na miejsce, był wybór muzyki z filmów »Dziecko Resemary« czy »Tajemnice Brokeback Mountain«”, pisano w komentarzach. „Zaskoczyła również kolekcja…” Zaproszono mnóstwo osób. Choć nie wpuszczono fotoreporterów zdjęcia z imprezy przedostają się na światło dzienne. Ale jakoś brakuje entuzjazmu, nikt nie klaszcze. Modelki chowają się po kątach. Nawet najbardziej oddani miłośnicy tego typu wydarzeń czują niesmak. Autor kolekcji jakiś spłoszony. Niepokój, wstyd, zażenowanie. Co się stało?

Przypadek, że doszło do czegoś takiego w polskiej świątyni? Co mogło być powodem profanacji? A spektakle w kościołach? Koncerty, widowiska, konkursy, nagrody, tańce (oczywiście liturgiczne), popisy, występy, anegdoty… Przed ołtarzem, na którym Chrystus codziennie umiera. Przy tabernakulum, w którym mieszka prawdziwy Bóg. Tak jak w Paryżu, gdzie inauguracją „powrotu do życia”, jak to zapowiedziano, katedry Notre Dame okazał się koncert, nie Msza św., jakby chodziło o salę widowiskową.

Czy nikt z organizatorów tego rodzaju widowisk i koncertów nie drży przed Bogiem, obrażanym w Jego domu? Czy nikt już nie pamięta słów, które padły owego ranka na placu apelowym w niemieckim obozie śmierci, z tak niewypowiedzianą godnością z ust polskiego więźnia… W chwili tak wyjątkowej, gdy Bóg spojrzał z miłością na wychudzoną postać w pasiaku: Jestem kapłanem katolickim. Jestem kapłanem

I nawet kompletnie zbity z tropu esesman, który jeszcze przed chwilą nazywał go „polską świnią”, zmuszony był nagle użyć w tym miejscu niewyobrażalnej wobec polskiego więźnia formy „Sie” („Pan”) oraz zakończyć z nim rozmowę słowem „Gut” („Dobrze”). Zgodził się bez komentarzy na prośbę ojca Kolbego, bo Bóg tego chciał.

„…księża pracujący w par. św. Augustyna wraz z Kurią Warszawską wyrażają ubolewanie, iż doszło do tego rodzaju wydarzenia, przepraszają wszystkich, którzy mieli prawo poczuć się tym wydarzeniem urażeni oraz oświadczają, że zdecydowanie są przeciwni organizowaniu takich prezentacji w kościołach i innych miejscach sakralnych”, brzmiał komunikat Kurii Warszawskiej. Pokaz mody odbył się niemal w rocznicę innego wydarzenia, które zwróciło na kościół św. Augustyna oczy całej Warszawy

„Zamalować tę wieżę!”

W sobotę 7 października 1959 roku, w święto Matki Boskiej Różańcowej kościół św. Augustyna stał się obiektem nadzwyczajnego zainteresowania. W tym samym roku Maria Winowska wydaje w Paryżu w języku polskim książkę o ojcu Kolbe, który chciał zdobyć cały świat dla Niepokalanej.

Zgodnie z relacjami świadków, gdy zapadł wieczór, na tle pokrytej blachą miedzianą kuli znajdującej się u podstawy krzyża wieńczącego wieżę świątyni przy ul. Nowolipki ukazała się świetlista postać. Niewiasta w jasnej długiej sukni i płaszczu z rozłożonymi rękami, spoglądająca w dół, opierająca stopy na kuli i depcząca węża. Nad jej głową aureola nazywana w niektórych relacjach koroną. Ludzie oblegający świątynię nie mieli wątpliwości, kim jest ta postać. Nazwali Ją Matką Boską Muranowską – Współczującą, Miłosierną Opiekunką Polski.

Zjawisko powtórzyło się w poniedziałek. Odtąd widziano postać Maryi przez dwadzieścia kolejnych dni, aż do końca miesiąca. Kościół został otoczony przez tysiące ludzi, którzy przybywali z całej Warszawy i z okolic. Pojawił się też natychmiast niemal równie liczny tłum milicjantów i tajniaków, którzy wmieszali się w zgromadzonych strasząc represjami, wygadując na Kościół, dezinformując. Ludzi wciąż przybywało. Służba Bezpieczeństwa przechwytywała korespondencję prywatną osób, które oglądały zjawisko i w przekazywały bliskim szczegóły. Wielu przypuszcza, że to znak nadchodzącego końca świata. Powtarza się w tych relacjach informacja, że choć Maryja pojawiała się 70 metrów nad ziemią, widzieli Ją jakby z bliska, obserwując nawet ruchy warg, ale nie słysząc słów. Tłum gęstniał, śpiewano „Boże coś Polskę” i „My chcemy Boga”.

O „Cudzie na Nowolipkach” wiedziała cała Warszawa i duża część Mazowsza i Podlasia. Czerwona prasa piętnowała tłumy, pisano o dewotkach, fanatyzmie, zbiorowej halucynacji, wstydzie i lotach w kosmos. Księży, którzy ośmielili się przybyć z wiernymi zastraszano.

Milicja zamykała sąsiednie ulice, sprowadzono reflektory, które miały znieść efekt „fosforyzującej blachy na kuli wieży”, jak przekonywano. Ludziom robiącym zdjęcia odbierano aparaty i klisze (nawet milicjantom, którzy po kryjomu robili zdjęcia).

Fotoreporterowi Tadeuszowi Rolke z tygodnika „Stolica” udaremniono zebranie materiału dokumentacyjnego, o który prosił zainteresowany wydarzeniem francuski magazyn „Paris Match”. Jeżeli było to tylko złudzenie, jak głosiły oficjalne komunikaty, sugestia zbiorowa, refleksy świetle na błyszczącej kuli, to dlaczego zakazano robienia zdjęć, skąd wzięły się limuzyny ambasadorów podjeżdżające pod kościół? Po co te tłumy funkcjonariuszy i orszak smutnych panów? Skąd ten paniczny strach? I dlaczego, mimo, że kuria metropolitalna wydała komunikat, że nie ma żadnych symptomów zjawiska ponadnaturalnego, władze przystąpiły energicznie do przemalowywania kuli? Czyniono to wielokrotnie, wciąż od nowa, ponieważ światło na wieży nieustannie rzucało żywy blask. Ostatnia warstwa była czarna i wyglądała jak smoła. Jednak przez cały miesiąc różańcowy Warszawiacy i pielgrzymi widzieli Matkę Boską na szczycie wieży muranowskiej świątyni.

Cud na Nowolipkach – kadr z filmu dokumentalnego wg scenariusza dr Witolda Dąbrowskiego

„To nie był dobry czas na cuda”, mówi ks. Walenty Królak, proboszcz parafii św. Augustyna, który znalazł się wśród wspominających tamte wydarzenia mieszkańców Muranowa (m.in. aktorki Anny Chodakowskiej) w filmie dokumentalnym wg scenariusza Witolda Dąbrowskiego. Ten historyk, pracownik IPN dotarł do dokumentacji SB z tamtych dni. „Matkę Bożą na szczycie wieży widziały nie tylko »dewotki«, ale także wielu milicjantów, esbeków i wojskowych. Zobaczyli i… uwierzyli”. Zatrzymano 766 osób (52 księży, zakonników i zakonnic), ponad 600 aresztowano. 20 osób otrzymało wyroki, a 270 wysokie grzywny „za zakłócanie porządku publicznego” Wśród nich byli również wojskowi.

„Mieszkając niedaleko, bardzo często przychodziłam w godzinach wieczornych pod kościół i zawsze widziałam wyraźną postać Matki Bożej. Korzystając z lornetki mogłam zauważyć, że Maryja była w długich, świetlistych szatach. Objawienia miały miejsce w czasie, gdy władze komunistyczne nasiliły ateizację Polaków i usuwały świeżo przywróconą religię oraz krzyże ze szkół. Matka Boża umocniła naszą wiarę, co pozwoliło żyć w duchu prawdy i przezwyciężać zło, które starało się zapanować nad krajem – wspomina po latach Elżbieta Knych.

Także inne osoby wskazują na duchowe owoce związane z wydarzeniami sprzed pół wieku. – Matka Boża okazała mi pomoc, gdy rodziłam dziecko. Mimo iż syn urodził się w niedotlenieniu porodowym i przez 45 minut był przywracany do życia, to wszystko odbyło się szczęśliwie dzięki Matce Bożej. Lekarz ratujący moje dziecko należał do Żywego Różańca przy parafii św. Augustyna. Za pośrednictwem Niepokalanej otrzymałam wiele innych łask – wspomina w swoim świadectwie Helena Kozicka”.

Objawienia skończyły się wraz z końcem miesiąca różańcowego. Witold Dąbrowski, zebrał w książce „Cud na Nowolipkach” prawie tysiąc listów świadków, które zawierają opis cudownego ukazania się Matki Bożej, a także raporty SB, opisy represji, nazwiska zatrzymanych.

Kłania się średniowiecze

„Podobnych świadectw parafia posiada kilkadziesiąt – podkreśla także ks. prał. Walenty Królak  – Świadectwa ciągle zbieramy”. Komuniści byli przerażeni. W miesiącu różańcowym z dnia na dzień pod kościołem gęstniał tłum, który śpiewał pieśni i odmawiał różaniec. Ludzi przeganiano i legitymowano, ogłaszając przez megafon, że gromadzenie się jest nielegalne. Autobusy i tramwaje miały zakaz zatrzymywania się przy ul. Nowolipki. Czerwona prasa natrząsała się z pielgrzymów. (“Kurier Polski” z 3 listopada 1959 roku: “Ludzie, gdzie my żyjemy? W połowie XX wieku na warszawskiej ulicy kłania się nam średniowiecze”).

I jak to często bywa, Kościół nie potwierdził cudu, ale w istocie potwierdziły go w najwyższym stopniu zaniepokojone i zirytowane, że nie mogą zapanować nad sytuacją, komunistyczne władze stolicy. Kilkuset osobom w trybie administracyjnym wlepiono grzywny 300 złotych – z zamianą na czternaście dni odsiadki w areszcie.

Zamalowanie kuli na wieży kościoła czarną farbą nie zniechęciło ludzi, którzy widzieli Matkę Bożą i wciąż oblegali świątynię. Smolistą farbę usunięto ze szlachetnej miedzianej blachy dopiero w 1995 roku.

W kościele przy Nowolipkach szczególnym kultem otaczany jest obraz Matki Bożej Częstochowskiej. Dar biskupa Karola Niemiry, który był tu proboszczem w latach 1929 -1933. (Później był biskupem pomocniczym Pińska, skąd przez władze komunistyczne został wypędzony). Kultem otacza się tu także figurę Matki Bożej, która wznosi się przed kościołem od w 1913 r. Nieuszkodzona przetrwała całą wojnę, próbę zniszczenia kościoła przez Niemców i powstanie warszawskie. Tu ludzie przychodzili i przychodzą modlić się nawet w nocy.

„Narodziny św. Jana. – Urodził się, kiedy dnia zaczyna ubywać. Chrystus – kiedy dnia zaczyna przybywać. Ażeby urósł, ja zmaleć muszę (św. Augustyn)”, zapisał Paul Claudel w „Dzienniku”. Tak, istotnie, kłania się średniowiecze, nawet bardzo wczesne; św. Augustyn żył w latach 354 – 430.

 „W głębi ducha znacie mnie”

Skąd wziął się ten błąd, zwany też zdradą Żydów? Francuski pisarz nie waha się: „Zbrodnią Izraela było skąpstwo. Zachowując dla siebie łaskę Boga, słowo Boże, niczym wody Morza Martwego. Czym jest pieniądz, jeśli nie skamieniałym miłosierdziem? Chlebem, który zmienił się w kamień. Dic ut fiant panes lapides isti”.

A czym jest zdaniem pisarza Eucharystia? „Nasz Pan daje nam w Eucharystii nie tylko swoją rzeczywistość akcydentalną, ciała i krwi, ale swoją substancję, to, przez co jest tym, czym jest,  s w o j e   ciało i  s w o j ą  krew. Pod osłoną naszej fizjologii zwraca się do naszej istoty. – Cudowne bogactwo i cudowna szczodrobliwość Boga, nie tylko ogólna, lecz dla nas przeznaczona”. Jest to powód, dla którego w kościele nie ma miejsca na żadne widowisko. Nie ma miejsca na teatr. Nie ma miejsca na koncert, nawet muzyki poważnej, na pokaz mody, rewię czy tańce.

Niemcy zabijając Żydów za ich żydowskość i Polaków, którzy ratowali Żydów, za ich katolicyzm – nieodłączny od polskości – powiedzieli, że nie życzą sobie świata, w którym Bogiem jest Jezus Chrystus. Życzą sobie świata, gdzie bogiem jest siła, bogactwo, przemoc i okrucieństwo. To wszystko, co określali jako niezbędne, by w XX wieku zatriumfowało państwo oparte na wartości germańskiej rasy i krwi. Bo panami są oni. Bóg nie jest Panem. W ten sposób nie tylko ignorowali chrześcijaństwo, ale wypowiedzieli mu wojnę. Chrystus nie był dla nich Bogiem – tak samo jak dla Żydów. Nie dawał żadnej nadziei na ziemskie królestwo, na pełnię władzy. Nie gwarantował żadnego sukcesu. Żadnego powodzenia w biznesie. Był Kimś słabym.

„»Niechże teraz zejdzie z krzyża!« Niechże się z tego wyłabuda, jeśli potrafi! – mówią uczeni. Niech się wydostanie z tej pułapki. Niech wyzwoli się z dylematu, na którym myśmy Go rozpięli; przygwoździliśmy Mu cztery kończyny niby zwierzęciu na wiwisekcji: On nie ma już sposobu, żeby cokolwiek ukryć; sami dobrze widzicie, to był tylko człowiek” (Paul Claudel)

Św. Maksymilian Maria Kolbe, ten prosty pokorny zakonnik był mistrzem w zrozumieniu krzyża, niedościgłym talentem. Pomimo tysięcy przeszkód i udręk, które towarzyszyły jego życiu mógłby powtórzyć za abp F. J. Sheenem, że „powołaniem człowieka nie jest pesymizm, który skamle, że życie jest zbyt krótkie, ponieważ nie pozwala ukończyć planu pięcioletniego. Powołaniem człowieka jest radość i optymizm, że życie jest na tyle długie, aby zrealizować w nim część planu na wieczność. Dusze ludzi to nie patyki, które mają być wrzucone do ogromnego, kosmicznego ogniska tylko po to, aby podsycić płomień do następnego pokolenia. Każdy człowiek został wydobyty z wielkiego kamieniołomu ludzkości, a następnie uformowany jako żywy pomnik i dopasowany do świątyni Boga ręką Niebiańskiego Architekta, któremu na imię Miłość. Celem życia człowieka jest bowiem zjednoczenie z Bogiem”.  Dla tego celu Bóg wybrał najdziwniejszą i najbardziej niepraktyczną drogą, jaką tylko można sobie wyobrazić, budzącą wstręt i odrazę u żydów, przerażenie u pogan, jaką jest krzyż.

Św. Maksymilian wiedział, że w piekle Oświęcimia jego czyn wzbudzi u jednych zdumienie i odrazę, u innych współczucie i podziw, ale być może dla kogoś stanie się jedynym i decydującym argumentem za tym, że Bóg jest. „Ach, jakże niepraktycznie postąpił, gdy podbił zatwardziałe serca ludzi, ponosząc klęskę!”, mówi o Chrystusie abp. Sheen. „Jak bardzo niepraktycznie było zbawić samolubny świat Miłością, która doznała porażki! Nic więc dziwnego, że kiedy On wisiał skulony na szubienicy krzyża niczym ranny orzeł, kobiety i mężczyźni o praktycznych umysłach stanęli blisko i wzywali Go, aby zszedł na dół…»Zejdź, a uwierzymy«. On jednak nie zszedł z krzyża. Dlaczego? Ponieważ wtedy zachowałby się praktycznie, postąpiłby po ludzku”. Żydzi i Niemcy kiwaliby z aplauzem głowami. Klaskaliby. Jak w teatrze. Jak na imprezie. Jak na wiecu. „Nie zszedł z Krzyża, ponieważ gdyby to zrobił, nigdy by nas nie zbawił! Niepraktyczne postępowanie jest jednak rzeczą Boga. Rzeczą Boga jest wisieć na krzyżu!”

„Rozdział 7 Ewangelii św. Jana zadziwia życiem i realizmem. Ze swoimi pokrętnościami, nagłymi skokami myślowymi, sprzecznościami (chcą Go zabić – nie chcą Go zabić) przypomina stenogram. Widzimy, jak w obliczu nagonki Pan nasz broni się metodami ludzi genialnych, nie tylko logiką, lecz fajerwerkami poglądów całkowicie nowych i piorunującymi natarciami. Żydzi oskarżają z wściekłością formułując argumenty zawsze według jednego i tego samego szablonu: nie odbył studiów, nie ma dyplomu urzędowego, godzi w tradycję.

Odpowiedzią Chrystusa jest oczywistość, że pochodzi On od Boga. To Jego nauka właśnie stanowi dlań rękojmię. Zwracając się do tego, co jest w nich najgłębszego, woła: Sami wiecie doskonale! W głębi ducha znacie mnie, wiecie skąd przychodzę, i wiecie, że ten jest prawdziwy, który mnie posłał, i że zapoznajecie mnie!  – Obrzezanie, które uzdrawia częściowo: organ żądzy, pozbawiony swej skóry, a który przez krew otrzymał pieczęć zakonu – dla Żydów sytuacja jest poważna. Chodzi o ich pozycję, o ich skórę. Jeśli w obecności ludu darują Jezusowi życie, to znaczy, że uznali Go za Chrystusa. Będzie to akt oficjalny…” (Paul Claudel).

Smak obrzydliwie mdły

Sens wszystkich procesów pokazowych w historii, sens skazywania przez trybunały więźniów stalinowskich, Żołnierzy Wyklętych, jest analogiczny: musi koniecznie odbyć się sąd. Świadkowie nie mogą powiedzieć prawdy, muszą kłamać. Prawda musi być osądzona, skazana i rozstrzelana (lub powieszona). Albo zagłodzona, jak to czyniono w Auschwitz, by jedynym jej śladem był popiół, który można rozrzucić jak nawóz. Musi powstać akt oficjalny. (Tak samo jest ze zniesławieniami. Muszą otrzymać pieczątkę władzy. Wymówienie z pracy. Zakaz pisania. Wyrzucenie ofiary poza społeczny nawias. Napiętnowanie jej. Publiczne odebranie czci).

Tylko, co uczynić później z pustym Grobem? Co uczynić z ciałem świętego, które nie chce spłonąć w krematorium? Co uczynić z kościołem, który nie chce się zawalić, choć podłożono proch i zapalono ląd? Jedynym wyjściem wydaje się profanacja.

Przez długi czas nie wiedziano, jak postąpić z Kościołem. Od której strony go zaatakować. Teraz wiedzą. Daleko idące zmiany w liturgii – zwłaszcza na Zachodzie – dopełniły tragicznego w zamyśle i skutkach planu, jakim stało się wprowadzenie po ostatnim Soborze do wnętrza Kościoła pomieszania sacrum i profanum. Efekt? „Si sal evanuerit, In quo salietu? Smak obrzydliwie mdły to rezultat nieobecności idei nadprzyrodzonej”, mówi Claudel.*)

Figura Matki Bożej przed kościołem św. Augustyna w Warszawie

System, który stworzył sam siebie

Skąd się wziął protestantyzm? Ten fałszywy przyjaciel Kościoła (od czasu ostatniego Soboru roszczący sobie specjalne prawa). Na czym polega jego sukces w rozbiciu i rozwodnieniu chrześcijaństwa? Nawet samego katolicyzmu, co dziś zwłaszcza widoczne jest wyraźnie. Paul Claudel sprowadza te pytania do jednego: dlaczego Judasz się powiesił? I taką daje odpowiedź:

Iudas laqueo se suspendit. (…Judasz poszedł i powiesił się…(Mt 27,5)) – Judasz jest wyobrażeniem nieprzyjaciela Boga, tego, który podtrzymywał znajomość z Jezusem, nachodził Go i zgłębiał w tym jedynie celu, żeby uknuć Jego ruinę, złożyć o Nim fałszywe świadectwo, posłużyć za przewodnika Jego wrogom, wskazać miejsce i godzinę, gdzie zastaną Jego Kościół uśpiony…”

Tak jak dziś, dodajmy, gdy zaatakowano Kościół na wszystkich możliwych płaszczyznach (liturgia, nauczanie, teologia, duszpasterstwo) korzystając z jego uśpienia. Zastrzyk usypiający zrobiono podstępnie, w trakcie Soboru. Trucizna wciąż działa, choć jej skutki zdają się wreszcie wyczerpywać.

„…Fałszywy szacunek i fałszywa miłość tego łotra (Renan).**) Dusi się własnym postronkiem. Ten sznurek chwytliwy sam przez się owinięty wokół jego szyi, przecina mu życie i oddech. Nie ma już żadnego punkt oparcia, zawisł w powietrzu, jest ofiarą własnego ciężaru, zależy już tylko od samego siebie, na sobie polega. Jest  z a w i e s z o n y , ocalił definitywnie własną niezawisłość, ktokolwiek zechce go popchnąć nada mu ruch wahadłowy, tak iż w nieskończoność będzie się kołysał w prawo i w lewo, jedyna jego więź z rzeczywistością to system, który stworzył” (1932 r.)

Zupełnie tak jak Luter. I tak jak kołysał się Hegel – i wszyscy jego uczniowie i następcy. Twórcy i wyznawcy systemów, które miały zastąpić Ewangelię i dogmaty wiary.***) Tymczasem zrodziły tylko potwory – Hitlera, Stalina i rewolucję.

Duch Kościoła nie jest duchem obrony, lecz podboju****)

A jednak „Jezus pojawia się ianuis clausis [przez drzwi zamknięte]: to drzwi zmysłów, lecz również doczesności, przeszłości i przyszłości. Nagle – in medio nostri – jest tu, jest gospodarzem tych sił, dzięki którym istniejemy” ( Paul Claudel 1926 r.)

Kościół nie był dla Claudela czymś na kształt ciężkiej zbroi, pozwalającej mu stąpać po ziemi tylko powoli i z godnością, twardym krokiem. Był jak skrzydła u ramion.

„…Toteż nasze uczynki nie są bezużyteczne. Bóg płaci swoją walutą, to znaczy wiecznością. Albo raczej powiedzmy, że z obu stron istnieje dar bezinteresowny, jedna strona prowokuje drugą prześcigając się w hojności. Co zaś do protestantów, żydów i pogan, oni również, chcą czy nie chcą, otrzymają zapłatę taką, na jaką zasłużą, w większości wypadków na tym świecie. Recepereunt mercedes suam. To, co posiali na ziemi, zbiorą na ziemi”.

Śmierć św. Maksymiliana Kolbego zadana przez oprawców Hitlera, którzy widzieli, że sługa Boży nie umiera, tylko jaśnieje cały od miłości Boga, potwierdza, że życie dla Boga jest życiem prawdziwym.

Claudel: „Przedkładać Boga nad nasze ciało walcząc ze zmysłowością; przedkładać Boga nad naszą duszę, walcząc z pychą…”.  

A zatem, w obliczu tak wielkiego odstępstwa od wiary, wśród którego żyjemy dziś – katolicy w Polsce i na całym świecie – nie powinna nas inspirować tylko obrona nienarodzonych, obrona rodziny, obrona dzieci, młodzieży przed genderyzmem, jakkolwiek chwalebna, bo to wszystko można sprowadzić do obrony prawa naturalnego – ale zwycięska wiara w jedynego prawdziwego Boga, Jezusa Chrystusa i Jego Kościoła. Znajomość Boga. Znajomość prawd wiary w ich pełnym blasku. Prawda o duszy nieśmiertelnej. Wszystkie niezmienne dogmaty naszej wiary. Nie dać się umieścić w wąskich ramkach naszkicowanych przez kogoś na prędce, jak w przedstawieniu w jakimś wielkim przedszkolu, w którym gramy niechciane role – oto cel. Nie dać duszy systemowi, który sam się stworzył i jak Judasz jest niezawisły od nikogo. Skoro dana nam jest wiara w Trójcę Świętą., skoro możemy poprzez ten dogmat poznawać prawdziwego Boga, nie możemy ograniczyć się do aktywizmu i tańczenia jak nam zagrają. Oni nam genderyzmem, my im udowadnianiem, solennym i naukowym, że istnieje coś takiego jak kobieta i mężczyzna? To komedia, na którą patrzą zza kulis jej reżyserzy, twórcy religii człowieka, i zacierają ręce. Ach, jak zabawnie podrygujemy w takt muzyki, którą oni skomponowali specjalnie dla nas!

Czy Bóg nie obroni nas, gdy będziemy Mu naprawdę wierni? Gdy zadbamy o Jego kult. Gdy wyrzucimy z naszych świątyń wszystko to, co się sprzeciwia Bogu. Całą tę tandetę myślową i estetyczną. Całą nadętą pseudoteologię Vaticanum secundum. Szmirę łzawych piosenek w stylu disco polo czy rozkołysanego dancingu na plaży. Skażoną protestanckim teatrem liturgię. Gdy pokażemy, że przykazania Boże to nasze prawa. Że zrywamy z etyką sytuacyjną. Depczemy kompromis. Dopiero wtedy system, w który próbujemy niewprawną ręką rzucać kamieniami, zadusi się własnym postronkiem.

Paul Claudel

Czy św. Maksymilian swoją decyzją, że umrze za współwięźnia bronił godności człowieka? Czy zamierzał udowodnić coś Niemcom? Że się ich nie boi? Czy o to mu chodziło? Czy nie chodziło o akt czystej miłości Boga, zaufania Bogu niezależnie od wszelkich okoliczności? Akt ze wszech miar wolny, poświadczenie, że życie znaleźć można jedynie w Bogu. Bogiem nie jest wojna. Nienawiść da się przezwyciężyć. Hitler nie jest bóstwem. Pieniądz może być tylko nędznym bożkiem. Śmierć można przeżyć. Drugi człowiek jest bratem, zawsze. I on także nie jest nigdy bogiem. Tak mówił  swoim życiem i śmiercią św. Maksymilian Kolbe. Tak mówiła Teresa Neumann, która w sprawie Polski wypowiedziała trzy proroctwa.

„Obrona laicka, obrona republikańska. Po trzydziestu latach prześladowań to podniecające słyszeć, jak oni mówią tylko o obronie. Pozycja piekła jest obronna” (Paul Claudel).

Dlatego właśnie, że jest obronna, Niemcy w czasach Hitlera, podobnie jak Sowieci – a dziś międzynarodowa zgraja propagandystów Nowej Lewicy – nigdy nie mają dość szkalowania naszego narodu. Bronią się, bo czują się bezsilni. Bezsilni w obliczu wiary, która rodzi świętych i bohaterów. I która w Polsce nie znika, nie rozpływa się, mimo niezliczonych prób jej zniszczenia, łącznie z tymi ostatnimi – sabatami czarownic na ulicach i przed kościołami.

Czują się zagrożeni, czują się słabi, bo widzą, że ich potęga, ich gospodarka (rakiety, bogactwa, sztabki złota, imperia, koncerny i złotouste kłamstwo) to papierowy tygrys, to kupa śmieci. Dlatego kąsają. Jest jednak inna potęga. Potęga, przed którą drżą.

–  Schau auf die Erde, nicht auf uns! – wołają dziś do nas z bezsilną złością realizatorzy i zachwyceni widzowie obsypanego nagrodami serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”, w którym Polacy są podobni do bydląt. Po siedemdziesięciu latach, jakie minęły od wojny Niemcy wciąż nie mają spokoju. A my, o ile tylko będziemy spoglądali ku górze, naprawdę nie musimy się martwić. Pozycja piekła zawsze jest tylko obronna.

Ewa Polak-Pałkiewicz

_______________

Maria Winowska, Szaleniec Niepokalanej, Niepokalanów 1996

Paul Claudel, Dziennik 1904 – 1955, tłumaczenie Julian Rogoziński,  I W PAX 1977 

Witold Dąbrowski, Cud na Nowolipkach. Objawienie w kościele św. Augustyna w Warszawie, Warszawa 2012).

________

*) Claudel katolik nie znosił mieszanek katolicko-protestanckich. Wobec protestantyzmu (różnych wyznań) odczuwał obcość. Jako ambasador Francji w Stanach Zjednoczonych musiał uczestniczyć w oficjalnych uroczystościach religijnych. Po jednej z nich zanotował w Dzienniku: „Znów musiałem ku mojemu głębokiemu niesmakowi, uczestniczyć w episkopalnej farsie, ponieważ odbywał się ingres nowego prezydenta. Obrzydliwy humbug i obłuda. Podczas nabożeństwa przeczytałem artykuły wiary tej sekty (artykuły z roku 1801) i skonstatowałem, że pod nieuczciwymi sztuczkami słownymi tai się jak najzwyklejszy kalwinizm. Ażeby wytłumaczyć sobie pustkę, jałowość, pychę, nędzę intelektualną charakteru i ducha protestanckiego, trzeba uczestniczyć w jednym z tych nabożeństw, które ujawniają życie duchowe wszystkich tych uczestników”.

**) Ernest Renan –  francuski pisarz religijny, historyk religii, pozytywista, sceptyk, który z nauki uczynił religię. Badacz judaizmu i początków chrześcijaństwa. Agnostyk. Zwolennik teorii Darwina. Autor książki Żywot Jezusa, którą Pius XI określił jako bluźnierczą.

***) „Niewiarygodny absurd poglądu, który wyznawało jednak tylu głębokich filozofów i wielkich umysłów XIX stulecia, Hegel, Renan, a i dziś jeszcze ten nieszczęsny Thomas Hardy: Bóg w stanie formacji, który jeszcze nie jest, ale który w końcu będzie całkiem. Chociaż powstrzymują się starannie od definicji owego terminu Bóg (dla którego znaleziono zresztą bogaty futerał synonimów), czymże jest ów Bóg podporządkowany czasowi i który z dniem każdym jest czymś trochę więcej, niż był dnia poprzedniego? Bóg jest Bytem doskonałym. Jak może więc być trochę więcej Bogiem i trochę mniej Bogiem? Skąd czerpie zasadę swojego rozwoju, tylko ze swojej woli czy spoza swojej woli? I gdzie znajduje dla niej materię, w sobie czy poza sobą? Tyleż sprzeczności w terminach. To jeden z owych bezkształtnych potworów, jeden z owych idolów chaotycznie posklejanych, które czcił wiek XIX. Czymże jest jakiś Bóg podporządkowany czasowi?” (P. Claudel, Dziennik).

****) Claudel w Lettre a Figaro, 1914 r.

Najnowsze komentarze
    039312