OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Znaki zostały nam dane

Po wypowiedziach zimnego ruskiego czekisty Putina, jak to Polska kolaborowała z Hitlerem – bo dzisiaj takie czasy, że kolaboracja z Hitlerem stała się synonimem zła absolutnego, podczas gdy kolaboracja ze Stalinem – tylko patrzeć jak stanie się rodzajem liścia do wieńca sławy – w środowiskach dyplomatycznych naszego bantustanu zapanowało ogromne wzburzenie. O ile bowiem Hitler mordował nie tylko Polaków, czy Rosjan, ale przede wszystkim wyjął spod prawa Żydów, o tyle Stalin, przynajmniej do czasu, Żydami się posługiwał, a nawet wysługiwał, w czym oni z wielką skwapliwością uczestniczyli i nie tylko brali udział w planowaniu poszczególnych etapów ludobójstwa (Cesarski i Cymanowski, dwaj odescy Żydzi układali Jeżowowi tzw. „albumy”, czyli listy Polaków przeznaczonych do rozstrzelania), ale również czynnie w nim uczestniczyli. Tak np. Naftali Aronowicz Frenkiel, który dokonał żywota w randze generała NKWD, był autorem wynalazku zwanego „systemem kotłów”, którego ludobójczą sprawność można porównać z wynalazkiem komór gazowych. Warto przypomnieć, że certyfikat uniewinniający Związek Radziecki od zarzutu kolaboracji z Hitlerem i wspólnego rozpętania II wojny światowej wystawił nie kto inny, jak izraelski prezydent Peres, w 2012 roku odsłaniając w towarzystwie rosyjskiego prezydenta Putina w Izraelu pomnik Armii Czerwonej podkreślając wyzwolicielską misję tej armii. Okazało się, że „w trakcie II wojny światowej Związek Radziecki ocalił świat od poddania się” – zauważył prezydent Peres. Że przy tej okazji świat, a konkretnie – jego część – musiała poddać się Armii Czerwonej i Stalinowi, to drobiazg niewątpliwy tym bardziej, że Żydzi w imieniu Stalina nadzorowali tam i partię i bezpiekę. Kto wie, czy gdyby Hitler nie miał antyżydowskiego bzika, to w Żydach nie znalazłby najgorliwszych wykonawców swoich ludobójczych pomysłów? Nacjonalizm, a właściwie rasizm żydowski jest prosty, jak budowa cepa: wszystko, co służy Żydom jest dobre, nawet jeśli wymaga to wymordowania, czy ujarzmienia narodów mniej wartościowych.

Ale mniejsza już o to, bo jeszcze kolega Tomasz Terlikowski, który jako jeden z pierwszych przyłączył się do poszczutych na mnie psów gończych, napiętnuje mnie jako wroga chrześcijaństwa, które jest „wszczepione w Izrael, a nie odwrotnie” i w rezultacie nie tylko zostanę skazany przez niezawisły sąd, ale w dodatku pójdę do piekła, gdzie zresztą odesłał mnie już pan Jaś Kapela. A w piekle – jak to w piekle; nie tylko przez cały czas będzie bolało, ale w dodatku trzeba będzie na okrągło słuchać kompozycji Nergala, co, jak wiadomo, gorsze jest od śmierci. W tej sytuacji warto zastanowić się, czemu to zimny rosyjski czekista Putin przypomniał sobie o antysemickiej postawie ambasadora Lipskiego i polskiej kolaboracji z Hitlerem? Nie ma przypadków, są tylko znaki – mawiał ś.p. ksiądz Bronisław Bozowski – zatem co to konkretnie oznacza? Warto to pytanie postawić tym bardziej, że Książę-Małżonek, czyli pan Radosław Sikorski przechwala się, że za jego czasów, to znaczy – gdy był ministrem spraw zagranicznych naszego bantustanu, Putin „honorował Polskę” a teraz oskarża ją o kolaborację z Hitlerem. Pan Radosław Sikorski sprawia wrażenie, jakby tamtą rewerencję przypisywał sobie, to znaczy – swoim talentom politycznym. Nie bardzo chce mi się w to wierzyć, bo przypominam sobie wizytę pana Radosława Sikorskiego w Moskwie. Siedział tam przy stole naprzeciw zimnego czekisty Putina i robił bardzo groźne miny – a tymczasem Putinowi nie drgnęła nawet brew. „Ale mają wychowanie wojskowe” – jak powiedziałby przesłuchujący dobrego wojaka Szwejka wachmistrz z Putimia. A wydawałoby się, że pan Radosław Sikorski jest już na tyle dużym chłopczykiem, że powinien słyszeć o tak zwanej „mądrości etapu”. Polega ona właśnie na tym, że zimny rosyjski czekista Putin raz Polskę „honoruje”, a innym razem nie tylko nie honoruje, tylko oskarża o kolaborację z Hitlerem.

A co decyduje o tym, że mądrość etapu się zmienia? Decyduje o tym zmiana etapu. Najwyraźniej za kadencji ministra Sikorskiego mieliśmy inny etap, a teraz mamy inny. Wydaje się, że zmiana etapu nie zależy od tego, kto w Warszawie zajmuje gabinet ministra spraw zagranicznych, tylko od czegoś zupełnie innego. Przypomnę tylko, że kiedy pan Radosław Sikorski został ministrem spraw zagranicznych, to wywołało to lekkie zaniepokojenie różnych środowisk, które jeszcze nie były pewne, z jakiego klucza nowy minister będzie ćwierkał. Toteż w „Gazecie Wyborczej” ukazał się uspokajający komunikat, że niezależnie od tego, kto akurat zajmuje gabinet ministra, ministerstwem kieruje ekipa skompletowana przez profesora Geremka – być może właśnie według kryteriów rasowych. W tej sytuacji władza ministra może nie przekraczać progu jego gabinetu, a korytarze mogą już być eksterytorialne. Skoro tak, to ta władza tym bardziej nie może dosięgać odległej Moskwy, gdzie na Kremlu rezyduje zimny rosyjski czekista Putin.

A w takim razie co wpływa na zmianę etapu, skoro nie poczynania, ani groźne miny tubylczego ministra? Warto zwrócić uwagę na tak zwane okoliczności. Otóż w czasach ministra Sikorskiego amerykański Kongres nie uchwalił był jeszcze ustawy nr 447 JUST, chociaż oczywiście żydowskie organizacje przemysłu holokaustu podnosiły w tej sprawie klangory. Ale w czasach ministra Sikorskiego Polska była jeszcze pod kuratelą strategicznych partnerów, to znaczy – Niemiec i Rosji, w ramach lizbońskiego porządku politycznego, którego istotnym elementem było strategiczne partnerstwo NATO-Rosja. Kiedy jednak nasz bantustan w roku 2014 ponownie przeszedł pod kuratelę amerykańską, o żadnym strategicznym partnerstwie NATO-Rosja nie było już mowy. To właśnie był jeden z ważnych elementów zmiany etapu, która wymagała całkiem innych mądrości. Toteż nowa ekipa, zainstalowana w Polsce w roku 2015 postawiła na Stany Zjednoczone. Nie byłoby to nic złego, ani ryzykownego, gdyby nie okoliczność, że w Stanach Zjednoczonych lobby żydowskie ma duży wpływ na tamtejsze życie polityczne, czego przykładem jest choćby aktualny prezydent Donald Trump. Nie ma takiej rzeczy, jakiej by nie zrobił gwoli udelektowania bezcennego Izraela, a mimo to, albo właśnie dlatego, tamtejsza żydokomuna nieustannie kopie pod nim dołki w nadziei, że będzie skakał przed nią z gałęzi na gałąź jeszcze żwawiej. W dodatku europejska polityka prezydenta Trumpa doprowadziła do eskalacji napięcia w stosunkach z Niemcami i Francją, które przekłada się oczywiście na sytuację wokół naszego bantustanu, który jest coraz bardziej izolowany i dosłownie zdany na humory amerykańskich dygnitarzy i to wcale nie najważniejszych, tylko takich, jak np. pani Żorżeta Mosbacher. W tej sytuacji nie można wykluczyć, że kiedy tylko padnie rozkaz, by Polska zadośćuczyniła żydowskim roszczeniom majątkowym, środowiska żydowskie będą chciały ustalić jakiś modus vivendi z Niemcami i ich strategicznym partnerem – Rosją. Trudno powiedzieć, czy ceną za to dogadanie się będzie rozbiór Polski, to znaczy – że Żydzi zgodzą się na ostateczne zjednoczenie Niemiec, zadowalając się Judeopolonią ze wschodniej części Polski i zachodniej części Ukrainy. Taka Judeopolonia stanowiłaby znakomitą strefę buforową, o jakiej jeszcze w 1987 roku mówił sowiecki minister spraw zagranicznych Edward Szewardnadze – żeby między zjednoczonymi Niemcami a Związkiem Radzieckim została ustanowiona strefa buforowa. Teraz Zwiazku Radzieckiego już nie ma, ale – jak zwał, tak zwał – Rosja robi wszystko, by wchłonąć Białoruś, a to bardzo przybliża nie tylko Rosję do Polski, ale również – koncepcję strefy buforowej. Jeśli środowiska żydowskie zaaprobowałyby takie rozwiązanie, to nie ulega wątpliwości („nie ulega wątpliwości, ja mawiała stara niania, lepiej…” – no mniejsza z tym), że prędzej czy później, i raczej prędzej, niż później, pogodziłby się z nimi również Nasz Najważniejszy Sojusznik – być może w zamian za jakieś koncesje ze strony Rosji w innych zakątkach świata. Zatem znak w postaci pojawienia się rosyjskich oskarżeń Polski o kolaborację z Hitlerem już został nam dany, ale nasi dygnitarze ograniczają się do wymyślania ruskim urzędnikom, bo czyż mają jakąś alternatywę?

Bo nie jest to bynajmniej znak jedyny. Zgodnie z zasadą omne trinum perfectum, co się wykłada, że wszystko, co potrójne, jest doskonałe, mamy jeszcze dwa dodatkowe znaki. Oto pan red. Jacek Żakowski twierdzi, że najdalej w marcu, przy okazji ogłoszenia przez sekretarza stanu USA sprawozdania z istnienia świata, zostanie też ogłoszone zaległe sprawozdanie dla Kongresu dotyczące tego, jak Polska i inne bantustany zadośćuczyniają żydowskim roszczeniom majątkowym odnoszącym się do tzw. własności bezdziedzicznej. Pan red. Żakowski nie ukrywa, że z ogłoszeniem tego sprawozdania wiąże nadzieje na obniżenie notowań pana prezydenta Dudy i to przed wyborami prezydenckimi. Czy tak będzie – tego oczywiście nie wiem, bo równie prawdopodobne jest przesunięcie „horyzontu roku wyborczego”, o którym wspominał pan Tomasz Yazdgerdi w rozmowie z panem ambasadorem Chodorowiczem, aż po zakończenie wyborów prezydenckich w naszym bantustanie – ale w tym kontekście nieco lepiej rozumiemy zaskakującą kandydaturę pana Szymona Hołowni, którego pilotuje pan Michał Kobosko, do niedawna funkcjonariusz Rady Atlantyckiej w Waszyngtonie.

Kolejnym znakiem jest erupcja świątecznych, wściekłych ataków na duchowieństwo katolickie w Polsce i to nawet już nie ze względu na pedofilię, która budzi nieprzezwyciężoną odrazę w środowiskach wrażliwców moralnych, tylko za sprzeniewierzenie się rozkazom w sprawie ekologii. Największym winowajcą okazał się JE arcybiskup Marek Jędraszewski, który podobno nie wierzy w podane do wierzenia zbawienne prawdy, a zwłaszcza – w pannę Gretę Thunberg, w którą żarliwie wierzą wszyscy mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po zapachu. Toteż pani Janina Ochojska nie tylko doniosła pannie Grecie o skandalicznym braku wiary i to u arcybiskupa, ale w dodatku bardzo się jej podlizała i zapewniła, że obydwie mają jeszcze „wiele do zrobienia”. A co takiego konkretnie? Rąbka tajemnicy uchyliła niedawno pani reżyserowa, pochodząca, jak wiadomo, z bardzo porządnej, resortowej rodziny. Otóż pani reżyserowa wyznała, że nosiła się z zamiarem założenia nowego kościoła, bo ten istniejący to Scheiss – ale na przeszkodzie stanął brak czasu. Myślę jednak, że kiedy panna Greta wyda stosowne rozkazy, to brakiem czasu już wykręcać się nie będzie można i nowy kościół, oczywiście postępowy aż do bólu i ze względu na „korzenie” – oczywiście „judeochrześcijański” – powstanie z dnia na dzień, bo stare kiejkuty chyba też się zmobilizują, niczym przy powstawaniu „Nowoczesnej”. Ciekawe, czy do nowego kościoła dołączy pan red. Tomasz Terlikowski, bo jestem pewien, że akces, zwłaszcza wyznawców tak wybitnych, zostanie wynagrodzony jakimiś konkretnymi dowodami błogosławieństwa Bożego – bo myślę, że kandydatura pana Szymona jest właśnie obliczona na tę okoliczność. Któż lepiej poprowadzi mniej wartościowy naród tubylczy na drogę Le…, to znaczy pardon – jakiego tam znowu „Lenina”, który nie tylko jest bardzo starym nieboszczykiem, ale do kościoła, nawet judeochrześcijańskiego, pasuje jak siodło do krowy – tylko na drogę nieubłaganego postępu, którą niestrudzenie podąża nasz umiłowany papież Franciszek, wywołując zgrzytanie zębów tubylczego, reakcyjnego kleru. Oczywiście ten cały „kościół”, to tylko takie makagigi, „opium dla ludu”, obliczone na odcięcie historycznego narodu polskiej nawet od takiej namiastki warstwy przywódczej, żeby tym łatwiej go zoperować, kiedy już przyjdzie czas żydowskiej okupacji.

Stanisław Michalkiewicz

Artykuł    tygodnik „Najwyższy Czas!”    7 stycznia 2020