OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Stanisław Michalkiewicz: Demokratyczna wersja totalniactwa

 

Głównymi narzędziami duraczenia stała się piekielna triada w postaci państwowego monopolu edukacyjnego, dzięki któremu jeden „wariat na swobodzie” może za jednym pociągnięciem pióra duraczyć całe pokolenia, które nawet nie przeczuwają, że ktoś bez znieczulenia operuje im mózgi – niezależnych mediów głównego nurtu, w których zoperowane uprzednio karne kadry deprawują intelektualnie telewidzów, radiosłuchaczy i czytelników, przesłaniając rzeczywistość potiomkinowską rzeczywistością podstawioną, no i wreszcie – przemysłu rozrywkowego, który dostarcza swoim klientom prefabrykowanych marzeń i wzorców do naśladowania. 

.

Demokratyczna wersja totalniactwa

.

Kiedyś sobie ubogi suchotnik zamarzył. Padły państwa olbrzymie, aby tak się stało.” – napisał Jan Lechoń w zakończeniu wiersza na pogrzeb Juliusza Słowackiego na Wawelu. Juliusz Słowacki rzeczywiście był suchotnikiem i w dodatku – ubogim, a „zamarzył sobie” odrodzenie Polski z niewoli zaborców. I rzeczywiście – przynajmniej jedno zaborcze państwo – Cesarstwo Austriackie na skutek przegranej wojny „padło”, to znaczy – przestało istnieć, a na jego miejscu pojawiła się republikańska Austria i wiele innych państw, tak zwanych „narodowych”, między innymi – Polska. Nawiasem mówiąc, pojawienie się po I wojnie światowej w Środkowej Europie niepodległych państw, zostało 81 lat później uznane za przyczynę II wojny światowej. Tak w każdym razie ujął to prezydent Rosji Włodzimierz Putin w przemówieniu wygłoszonym 1 września 2009 roku na Westerplatte. Za przyczynę II wojny światowej uznał on traktat wersalski, który „upokorzył dwa wielkie narody” to znaczy – niemiecki i rosyjski. W jaki sposób „upokorzył”? Ano właśnie w taki, że w obszarze leżącym między nimi zatwierdził istnienie niepodległego państwa polskiego. Prezydent Putin taktownie tego wątku już nie rozwijał, ale przecież i sami możemy dojść do wniosku, że skoro istnienie w obszarze między Niemcami i Rosją niepodległego państwa polskiego stanowi „upokorzenie” dla obydwu „wielkich narodów” i przyczynę wojny, to w interesie europejskiego, a nawet światowego pokoju należy takie przyczyny jak najszybciej eliminować.

Toteż wkrótce po deklaracji prezydenta Obamy z 17 września 2009 roku, po ratyfikacji traktatu lizbońskiego przez prezydenta Kaczyńskiego i po proklamowaniu w listopadzie 2010 roku strategicznego partnerstwa NATO-Rosja, zaistniały polityczne warunki do polsko-rosyjskiego pojednania. Toteż w następstwie „dyplomacji ikonowej” stosowna deklaracja została podpisana w sierpniu 2012 roku przez Patriarchę Moskwy i Wszechrusi Cyryla oraz JE abpa Józefa Michalika, który w udzielonym przy tej okazji wywiadzie zauważył, że „na tym etapie nie mogliśmy tego nie zrobić”. Warto w związku z tym przypomnieć, że pojednanie jest aktem dwustronnym; nie wystarczy, że Polacy pojednają się z Rosjanami. Konieczne jest, by również Rosjanie pojednali się z Polakami. A nie trzeba specjalnie znać Rosjan, by wiedzieć, że z Polakami pojednają się oni na swoich warunkach, a właściwie na jednym – że Polacy zgodzą się na status „bliskiej zagranicy”. Wtedy istnienie państwa polskiego nie będzie już „upokarzające” ani dla jednego, ani dla drugiego strategicznego partnera, gdyż zarówno uznanie statusu „bliskiej zagranicy” z jednej strony, a „pogłębienie integracji” z drugiej strony sprawi, że pokój w Europie spocznie na solidniejszych fundamentach. Oczywiście w takiej sytuacji o żadnej niepodległości Polski mowy być nie może – ale czyż ambicji politycznych narodów mniej wartościowych nie należy poświęcać na ołtarzu europejskiego pokoju?

Wracając do ubogich suchotników, to warto zauważyć, że Juliusz Słowacki nie był suchotnikiem jedynym. W wieku XX pojawił się kolejny ubogi suchotnik w osobie Antoniego Gramsciego, który „zamarzył sobie” przeprowadzenie rewolucji komunistycznej. Aliści po cięgach, jakie niemiecka socjaldemokracja dostała w roku 1919, entuzjazm do gwałtownej rewolucji komunistycznej na wzór bolszewicki w Europie Zachodniej gwałtownie opadł, co Gramsciego szalenie martwiło. Do tego stopnia, że rozmyślając, jak by tu mimo wszystko do rewolucji komunistycznej doprowadzić, doszedł do wniosku, że Marks się pomylił, a jego spiżowa formuła, jakoby „byt” określał „świadomość” na pewno nie jest uniwersalna, a prawdopodobnie w ogóle fałszywa. Cóż bowiem tak naprawdę człowieka „alienuje”, czyli zniewala – czy zewnętrzna przemoc, czy kultura „burżuazyjna”? I Gramsci doszedł do wniosku, że główną przyczyną alienacji jest burżuazyjna kultura, bo dostarcza ona człowiekowi kategorii, przy pomocy których on myśli, ocenia, porównuje i wybiera. Zatem jeśli nawet chciałby się przeciwko tej kulturze zbuntować – a na tym przecież polega rewolucja – to czyni to przy pomocy owych kategorii, co sprawia, iż jego bunt jest daremny, bezskuteczny. Jeśli tedy rewolucja komunistyczna ma się jednak dokonać, to zdaniem Gramsciego, do kultury burżuazyjnej należy wprowadzić „ducha rozłamu”, to znaczy – „burżuazyjne” kategorie kulturowe należy nasycić komunistyczną treścią i w ten sposób rewolucja sama się dokona nawet nie wiadomo kiedy. To znaczy – oczywiście nie „sama”; samo nic na tym świecie się nie robi. Nie chodzi o to żeby „sama”, tylko o to, by ludzie, którzy w następstwie tej rewolucji mieliby zostać wyzwoleni z „alienacji”, nie zorientowali się, że są obiektem jakiejś rewolucyjnej operacji. Inaczej mówiąc – trzeba ich tak znarkotyzować, by do końca operacji się nie przebudzili, a potem i tak nie będą już o niczym pamiętać.

Marzenia Gramsciego początkowo nie wywołały rezonansu, ale kiedy w 1968 roku wybuchła na Zachodzie młodzieżowa rewolta, to jej przywódcy odkryli Gramsciego na nowo, nazwali to „kontrkulturą” i zapowiedzieli „długi marsz przez instytucje”, by dzięki ich opanowaniu wykorzystać ich możliwości do podstępnego przerabiania ludzi normalnych na tzw. „ludzi sowieckich”. Człowiek sowiecki tym się różni od normalnego, że wyrzeka się wolnej woli, a więc tego, co w rozumieniu chrześcijańskim przesądza o „podobieństwie bożym” w człowieku. Ta rezygnacja z wolnej woli wcale nie musi być świadoma i dobrowolna. Przeciwnie; im mniej rozeznania, tym lepiej. Liczy się skutek w postaci zoperowania. Janusz Szpotański w „Carycy i zwierciadle” tak charakteryzuje tę metodę która, nazywa „duraczeniem”: „Na czarne białe mówić nada, bo to przemawia do Zapada. Nada ich przekonywać mudro, że wojna – mir, że chlew, to źródło, a okupacja – wyzwolenie. I będą cieszyć się szalenie. A kiedy zwolna, po troszeczku w tej dialektyce się wyćwiczą, to moją staną się zdobyczą. Poniał ty mienia, jołop Greczko?” – tłumaczyła Caryca Leonida marszałowi Greczce, dlaczego ta metoda jest lepsza i skuteczniejsza od „bombardirowania atomnymi kartaczami” zachodniej Europy („Atomnych nielzia nam kartaczy! Nam nada tolko oduraczyć!”). Nawiasem mówiąc, Carycy chodziło również o stronę ekonomiczną przedsięwzięcia: „Niszczyć swą zdobycz? Kakij smysł!

Głównymi narzędziami duraczenia stała się piekielna triada w postaci państwowego monopolu edukacyjnego, dzięki któremu jeden „wariat na swobodzie” może za jednym pociągnięciem pióra duraczyć całe pokolenia, które nawet nie przeczuwają, że ktoś bez znieczulenia operuje im mózgi – niezależnych mediów głównego nurtu, w których zoperowane uprzednio karne kadry deprawują intelektualnie telewidzów, radiosłuchaczy i czytelników, przesłaniając rzeczywistość potiomkinowską rzeczywistością podstawioną, no i wreszcie – przemysłu rozrywkowego, który dostarcza swoim klientom prefabrykowanych marzeń i wzorców do naśladowania. Jak zauważył Stanisław Lem, „nawet konklawe można doprowadzić do ludożerstwa, byle postępować cierpliwie i metodycznie” i temu podporządkowana jest nowa strategia komunistycznej rewolucji. Oczywiście w tle są również narzędzia terroru; „długi marsz przez instytucje” zakończył się bowiem całkowitym sukcesem, w następstwie czego marksizm kulturowy a la Gramsci przeobraził się z intelektualnej propozycji w normy obowiązującego prawa, za którym stoi przemoc państwa.

Bo wprawdzie strategia się zmieniła, ale cel pozostał ten sam. Mówi o nim kultowa piosenka komunistów: „Przeszłości ślad dłoń nasza zmiata.” Tym „śladem przeszłości” jest nic innego, jak łacińska cywilizacja, od samego początku znienawidzona przez Żydów, a później – również przez socjalistów, wśród których udział Żydów zawsze był nieproporcjonalnie duży. Dlaczego cywilizacji łacińskiej nienawidzą Żydzi? Bo cywilizacja żydowska jest od łacińskiej odmienna w każdym z trzech głównych elementów: greckiego stosunku do prawdy, zasadach prawa rzymskiego i etyce chrześcijańskiej, jako podstawie systemu prawnego państwa. Szczególnie znienawidzonym elementem jest chrześcijaństwo, ponieważ chrześcijański uniwersalizm podważa, jeśli wręcz nie unieważnia żydowskich uroszczeń do wyjątkowości w całym Kosmosie, które, jak wiadomo, są najważniejszym elementem plemiennej tożsamości.

Dlatego też żydowska taktyka wobec chrześcijaństwa ma charakter dwutorowy; z jednej strony frontalny tak w postaci agresywnego ateizmu, jak czynili to bolszewicy, a co dzisiaj , w ramach zmiany strategii, przybiera postać walki o „tolerancję” rozumianą jednakże nie jako cierpliwe znoszenie jakichś patologii, tylko jako obowiązek ich akceptacji. Nietrudno się domyślić, że obowiązek akceptacji patologii podważa wszelką etykę, a chrześcijańską w szczególności. Dlatego, o ile w strategii bolszewickiej, jednym z istotnych narzędzi rewolucji było ekscytowanie przez inspiratorów rewolucji zawiści na tle ekonomicznym w tak zwanych szerokich masach, to w ramach nowej strategii winduje się na piedestał wszelką gorszość natury ludzkiej, domagając się dla niej „szacunku”, a nawet wymuszając rodzaj kultu, jak w przypadku sodomitów. Oczywiście sodomici, feministki i im podobni są tylko rodzajem proletariatu zastępczego, którym rewolucjoniści posługują się w charakterze mięsa armatniego, przy pomocy którego mają nadzieję obalić bastiony kultury burżuazyjnej, a które potem przepuszczą przez totalniacką maszynkę do mięsa.

Rzecz w tym, że dotychczasowy, tradycyjny proletariusz, czyli pracownik najemny, okazał się dla rewolucjonistów sojusznikiem fałszywym. Czegóż bowiem pragnie taki tradycyjny proletariusz? By przestać być proletariuszem! „Szmaciak chce władzy nie dla śmichu lecz dla bogactwa, dla przepychu. Chce mieć tytuły, forsę, włości i w nosie przyszłość ma Ludzkości!” Co gorsza, kiedy już proletariuszem być przestanie, to staje się nieprzejednanym wrogiem rewolucjonistów i rewolucji – „że mu zdobycze zabrać mogą” – na co zresztą mają ochotę, więc ta obawa wcale nie jest bezpodstawna. Tymczasem sodomita sodomitą być nie przestanie, podobnie jak kobieta, wszystko jedno – biedna, czy bogata, kobietą być nie przestaje – więc trzeba tylko ja przekonać, że jest oprymowana przez męskie szowinistyczne świnie, przed którymi potrafią je obronić tylko rewolucjoniści. Dzięki temu nadal mają proletariat, który mogą niby to „wyzwalać” z „alienacji”, a tak naprawdę – używać w charakterze mięsa armatniego.

Drugim torem żydowskiej taktyki wobec chrześcijaństwa jest przenikanie do jego struktur organizacyjnych na zasadzie: jeśli nie możesz ich pokonać – przyłącz się do nich. Oczywiście nie po to, by im pomagać, tylko – by doprowadzić ich do stanu bezbronności. Narzędziem tej metody walki jest lansowanie „judeochrześcijaństwa”, a więc czegoś, czego podobnie jak „centralizmu demokratycznego” za pierwszej komuny – nigdy nie było, nie ma i nie będzie. Judeochrześcijaństwo ma zasugerować chrześcijanom, że między judaizmem, a chrześcijaństwem właściwie nie ma żadnych, a już zwłaszcza – nieusuwalnych sprzeczności. Tymczasem jest ich cały legion, ale wystarczy już jedna podstawowa: Chrystus. Chrześcijanie, czyli christianos, to po prostu „chrystusowcy”, podobnie jak hitlerowcy, czy stalinowcy. Jakże tedy „chrystusowcy” mogą flirtować z doktryną, według której Chrystus to perfidny oszust, który za karę gotuje się we wrzących ekskrementach?

Oczywiście na tym etapie judeochrześcijaństwo jeszcze się maskuje, niby to poszukując synkretycznej formuły, przy pomocy której można by poróżnione domy pogodzić. Taką właśnie formułą jest lansowana przez „judeochrześcijan” czyli – powiedzmy wprost – żydowskich dywersantów w Kościele katolickim – koncepcja, według której zmartwychwstanie Chrystusa nie było faktem historycznym, a tylko emocjonalnym pragnieniem Jego uczniów. Genialną intuicją przeczuł to św. Paweł, który swoich rodaków przejrzał na wylot i trzy metry wgłąb ziemi. Dlatego przestrzegł – i ten głos niesie się gromem przez tysiąclecia – że „jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, próżna jest nasza wiara!”. Krótko mówiąc – judeochrześcijaństwo jest rodzajem silnej trucizny, której celem jest rozpuszczenie chrześcijaństwa, by zniknęło, niczym sól w ukropie.

Drugim wrogiem cywilizacji łacińskiej są socjaliści. Jako totalniacy, dążą do zbudowania państwa, które nie toleruje żadnej władzy poza własną. Dlatego zwalczają zarówno własność prywatną – bo wszak jest ona „władztwem nad rzeczą” autonomicznym również względem państwa – dlatego zwalczają Kościół katolicki – bo jest on hierarchiczną strukturą, a więc strukturą władzy autonomiczną względem państwa, a także rodzinę – bo i ta jest strukturą władzy, w dodatku względem państwa nie tylko autonomiczną, ale i pierwotną.

Wszystko to zmierza do destrukcji cywilizacji łacińskiej. Jak widzimy, z jednej strony mamy opracowaną w szczegółach strategię, metodycznie realizowaną przez zdyscyplinowane grona wykonawców. Tymczasem po stronie obrońców łacińskiej cywilizacji panuje kryzys przywództwa, który skutkuje poczuciem bezradności wobec wroga. Uczestniczyłem przed kilkoma miesiącami w dyskusji z udziałem pewnego hierarchy kościelnego, któremu działacz katolicki, notabene „judeochrześcijanin”, czynił wyrzuty, że „kaprale” a więc katolicy świeccy, błąkają się w kółko nie mogąc połączyć się z „generałami”. Odczytałem to jako rodzaj przymówki o finansową kroplówkę, ale niezależnie od tego diagnoza nie była wcale odległa od rzeczywistości. Toteż kiedy można było zabrać głos, pozostałem przy tej militarnej metaforyce i zauważyłem, że nawet gdyby „kaprale” jakimś cudem połączyli się z „generałami”, to nawet w takiej sytuacji mogliby nadal krążyć w kółko, bo żeby armia mogą maszerować do zwycięstwa, musi najpierw zidentyfikować wroga, a następnie wyjść mu naprzeciw, by stawić mu czoło. Wiemy, co się dzieje, że jesteśmy obiektem napaści, zatem – kto jest naszym wrogiem? Sala zamarła w oczekiwaniu, bo hierarcha natychmiast odpowiedział, że wróg jest znany. To jest szatan! Ano, obawiam się, że takie rozpoznanie dowodzi tylko zaawansowanego kultu Świętego Spokoju. Bo jeśli nawet szatan, to przecież działa poprzez ludzi. Tych sługusów szatana jednak z jakichś tajemniczych powodów nie można nazwać po imieniu. Nie da się ukryć; dobrze to nie wygląda.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl/

Komentarz – marian 44

Spiżowe słowa pana Stanisława, znakomita diagnoza i ocena naszej rzeczywistości. Każdy, komu leżą na sercu sprawy naszej ojczyzny i Kościoła Św.powinien się z nią zapoznać i głeboko ją przemyśleć.

Najnowsze komentarze
    031236