OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

„Rozeznanie” i „towarzyszenie”, triumf nowomowy.

To, że Kościół w minionych wiekach żył w nieustannym konflikcie i w nieustannym niebezpieczeństwie nie powinno być dla katolika niczym szokującym ani przygnębiającym. To normalna sytuacja dla Kościoła. Niebezpieczeństwo nie było z tych banalnych; było realnym niebezpieczeństwem rozpadu, jak przypomina Hilaire Belloc, przywołując następujące po sobie potężne herezje: arianizm, „wielką i uporczywą herezję Mahometa”, atak albigensów, wreszcie nadejście reformacji i herezję naszych czasów, nowożytne antychrześcijaństwo. „[Kościół] był nieustannie atakowany przez wrogów z wewnątrz i z zewnątrz. A powód jest prosty: nie jest z tego świata”.

Nie zostało w tej sprawie powiedziane jeszcze ostatnie słowo. Nawet po pięciu do głębi poruszających latach pontyfikatu obecnego papieża. Nie wiemy, jaka będzie sytuacja i stan Kościoła za rok, za kilka lat. A przecież – tak wiele przerażających wstrząsów jest już za nami.

„Ostateczne rozbicie europejskiej jedności w czasie reformacji – jeśli tak naprawdę miałoby ono być ostateczne – było jedynie zamknięciem epizodu długiego rejsu, w trakcie którego stale groziło widmo roztrzaskania się na skałach”. Antyklerykalnie nastawieni historycy Kościoła zazwyczaj ignorują tę prawidłowość w dziejach Kościoła, prezentując w ten sposób oderwanie od rzeczywistości. Dlatego na to, co dzieje się dzisiaj z Kościołem trzeba patrzeć w perspektywie historycznej, inaczej ulegniemy przygnębieniu, które nigdy nie prowadzi do dobrych wniosków i do jedynej postawy, jaka katolikowi przystoi: walczącej.
Po ostatniej, zakończonej parę dni temu Konferencji Episkopatu Polski, abp. Henryk Hoser wyjaśniał, że biskupi dyskutowali nad treścią dokumentu dotyczącego duszpasterstwa rodzin „w świetle adhortacji papieża Franciszka Amoris Laetitia„. Jak podały media hierarcha stwierdził: „Zajmujemy się tym tak długo, ponieważ jest to dokument wielowątkowy”. I dodał, że uważna lektura dokumentu pokazuje potwierdzenie nauczania poprzednich papieży. Powiedział także, że ludziom żyjącym w związkach niesakramentalnych „potrzebne jest towarzyszenie i włączanie ich do wspólnoty Kościoła po rozeznaniu ich sytuacji”.

„Sytuacja związków niesakramentalnych jest szczególna i wymaga rozeznania – także co do stwierdzenia ważności samego sakramentu małżeństwa czy też obecnej sytuacji, czy są wszystkie warunki do dopuszczenia do komunii sakramentalnej – i tego nie można dekretować jakimś jednym zapisem. Doktryna jest jasna, natomiast sytuacje poszczególnych osób są różne i trzeba stwierdzić, jakie są warunki dopuszczania do sakramentu Eucharystii”.

Trudno o bardziej dobitne zadeklarowanie, że teraz obowiązuje w Kościele etyka sytuacyjna. Czyli: „Tak, ale”. Jest to nic innego jak kontynuacja tego, co rozpoczęło się wraz z pontyfikatem Jana XXIII i wybrzmiało mocnym głosem na Soborze: Teraz Kościół odchodzi od wszelkich potępień, na rzecz „dialogu”. Odchodzi od potępienia zła komunizmu, ale i generalnie, od potępienia zła, jakie niesie w każdej epoce świat, który człowieka sprowadza tylko do bytu materialnego.

Oczywiście, żeby tę oczywistą prawdę o przyjęciu przez hierarchów etyki sytuacyjnej ukryć wprowadza się tysiące zastrzeżeń wobec „literalnego stosowania” prawa. A jednak prawo – także prawo moralne – to nie litera a sens. Trzeba go wydobyć odnosząc go do danego przypadku. Indywidualne sumienie, czyli poczucie odpowiedzialności „zachowuje oczywiście należne mu miejsce, ale trzeba je rozumieć jako coś, co podlega osądowi, a nie coś co stanowi kryterium osądu”, przypomina szwajcarski filozof i teolog, Romano Amerio. „Człowiek kieruje się głosem sumienia nie w zależności od zmiennych kolei swego losu, lecz uwzględniając to, czego wymaga prawo, ponieważ wie, że za tym kryje się wola Boga”.

W Komunikacie wydanym przez Konferencję Episkopatu czytamy:

„Trwa pogłębiona refleksja nad formami troski o małżeństwo i rodzinę w świetle adhortacji Amoris laetitia. Zachowując nauczanie Kościoła, biskupi zwracają uwagę na konieczność towarzyszenia małżeństwom, zarówno na drodze ich wierności sakramentalnej, jak i w rozeznawaniu ich sytuacji nieregularnych. Podkreślając niezastąpioną rolę sakramentu małżeństwa, dziękują małżonkom za ich świadectwo trwałej miłości i zaangażowanie w życie Kościoła”.

Niezależnie od użytej tu dużej ilości starannie dobranych słów – „niezastąpiona rola sakramentu małżeństwa” i „podziękowanie małżonkom” brzmią jak nekrolog – normalnie myślący katolik wyciągnie z tego komunikatu jeden wniosek: grzechu już nie ma. Grzech został właśnie przez hierarchię zniesiony. Doktryna moralna Kościoła katolickiego oparta o stałe, niezmienne nauczanie Kościoła, zakorzenione w Piśmie Świętym, Tradycji i dogmatach została zakwestionowana przez tych, których zadaniem jest chronić ją i przekazywać w niezmiennym stanie. Dlatego abp. Hoser już nie powołuje się na nauczanie Kościoła, ale na „nauczanie poprzednich papieży”. Nie wymienia ich, bo musiałby powiedzieć: „Wszystkich tych, którzy przyszli po śmierci Piusa XII”. Był to ostatni papież, który bronił doktryny katolickiej w całej jej integralności.

A po nim nastąpił „czas miłosierdzia”. Jan XXIII oderwał miłosierdzie od sprawiedliwości – i rozpoczął długi, prowadzący donikąd „dialog z komunizmem”; Jan Paweł II oderwał miłosierdzie od prawdy, wprowadzając do Kościoła fenomenologię i naukę Teilharda de Chardin w miejsce św. Tomasza – a Franciszek oderwał miłosierdzie od moralności.

Dlatego można dziś robić tak zaskakujące rzeczy z językiem, jako narzędziem myślenia, jak te, które wyraża kwestia: „Doktryna jest jasna, natomiast sytuacje poszczególnych osób są różne i trzeba stwierdzić, jakie są warunki dopuszczania do sakramentu Eucharystii”. Uchodzi to na sucho. Nie budzi żadnych sprzeciwów, bo jesteśmy już do kłamstw i kłamstewek przyzwyczajeni wieloletnim treningiem. Pokrętność tej myśli, jej, w dosłownym sensie antykatolickość, jest wyrazem zamętu, jaki zapanował w ludzkich umysłach.

Jak przypomina Amerio, krytykując pojęcie tzw. kreatywnego sumienia, już w latach 70. ub. wieku moralność sytuacyjna w Kościele propagowana była przez Akcję Katolicką na Zachodzie, przy aprobacie, czasem lekkim tylko zdenerwowaniu lokalnych episkopatów. „Są zatem biskupi, którzy nie chcą spoglądać na sprawy ludzkie z perspektywy wiekuistych zasad, lecz wychodzą od konkretnych sytuacji, by po ich zanalizowaniu próbować przypasować je do zasad Ewangelii”, podsumowywał Amerio. Sumienie zaczęto traktować jako charyzmat, „dzięki któremu człowiek ma nie tylko umiejętność rozeznawania, lecz nadto może przejawiać kreatywność, czyli jest w stanie wymyślić w każdej sytuacji oryginalne adekwatne rozwiązanie”, jak napisano w tekście zamieszczonym w ICI na temat metod Akcji Katolickiej w Brazylii w 1982 roku. Tego nie wymyślił Franciszek. Biskup Hoser ma rację przypominając, że obecny papież ma się na kim oprzeć – nie jest takim rewolucjonistą za jakiego powszechnie się go uważa.

Hilaire Belloc u schyłku lat trzydziestych ubiegłego wieku widział zbliżający się kryzys Kościoła. Był przekonany, że będzie on całkowicie inny od wszystkich poprzednich. Będzie związany z pewnym ogólniejszym kryzysem, utratą przez część społeczeństwa – spadkobierców naszej łacińskiej cywilizacji – zdolności logicznego, klarownego rozumowania.
„Cechą charakterystyczną nadciągającej fali – o charakterze ateistycznym – jest odrzucenie przez nią ludzkiego rozumu. Taka postawa wydawałaby się sprzeczna sama w sobie: gdyż jeśli kwestionuje się wartość ludzkiego umysłu, jeśli mówi się, że swoim rozumem nie można dojść do żadnej prawdy, wówczas nawet takie stwierdzenia nie mogą być prawdziwe. Nic nie może być prawdziwe i nie ma niczego, co warto powiedzieć. Jednak wielki atak nowożytny (który jest czymś więcej niż herezją) jest obojętny na przeczenie sobie samemu. On tylko stwierdza. Atakuje jak zwierzę, licząc jedynie na siłę. W istocie warto mimochodem zauważyć, że może to równie dobrze być przyczyną jego ostatecznej klęski; gdyż dotąd rozum zawsze pokonywał swoich przeciwników, a człowiek jest panem zwierzęcia dzięki rozumowi. W każdym razie – oto atak nowożytny w swej głównej cesze charakterystyczne, ateistycznej i materialistycznej; a będąc ateistycznym jest on z konieczności obojętny na prawdę. Gdyż Bóg jest Prawdą” (H. Belloc, Wielkie herezje).
W słowach polskiego arcybiskupa – który wziął na siebie zadanie przekazania katolikom w naszym kraju, iż Kościół hierarchiczny, biskupi (zapewne jest wśród nich nadal wielu, którzy głęboko się z tym moralnym nadużyciem nie zgadzają, pozostają jednak mniejszością, która „się nie liczy”) nie będą już przeciwstawiać się tezie, że grzech to nic takiego, że trzeba iść z postępem, z duchem czasu, który śmieje się z grzechu, uważa za pomylonych tych, którzy przywiązują do niego jakiekolwiek znaczenie – jest obecna ta niesłychana obojętność wobec Prawdy, ten zimny straszliwy ton, który dźwięczał w głosie Piłata. I to wszystko w Wielkim Poście, gdy katolicy w każdy piątek odprawiają drogę krzyżową! Niemal w przeddzień uroczystości św. Józefa Oblubieńca, patrona czystości. Zamiast jednoznacznego powołania się na nauczanie Chrystusa podsuwa się katolikom fałszywą drogę, propaguje się pokrętne rozwiązanie; zamiast klucza do wytrwania w prawdzie i cnocie, jakim jest krzyż, pokazuje się wytrych, który nosi imię: „rozeznanie”. I nazywa się tę działalność „duszpasterską”.

W Kościele wielką rolę odgrywa posłuszeństwo wobec przełożonych. Ze względu na szacunek wobec ich urzędu. Ze względu na hierarchiczny charakter Kościoła. Przełożony reprezentuje samego Boga. Jest tylko jeden wyjątek od tej reguły: gdy przełożony nakłania do grzechu. Nic i nikt nie może wtedy zmusić osoby duchownej – ani też świeckiej – do okazania posłuszeństwa. Posłuszeństwo prawdziwe w takiej sytuacji jest posłuszeństwem jedynie Bogu, okazanie Bogu bezwzględnej wierności i zaufania. Inaczej mamy do czynienia z posłuszeństwem fałszywym. Nikomu nie przynosi ono chluby.

„A jakie jest wasze zdanie na temat papieża Franciszka?”, zapytano niedawno jednego z księży Bractwa św. Piusa X. „Dla nas Franciszek nie jest ani gorszy, ani lepszy od innych soborowych czy posoborowych papieży”, padła odpowiedź. „W istocie kontynuuje on jedynie proces zainicjowany przez Jana XXIII, proces demontażu Kościoła katolickiego, który ma umożliwić zbudowanie całkowicie nowego Kościoła – przystosowanego do liberalnego ducha naszych czasów. Powiedziałbym nawet więcej: obecny papież ponosi znacznie mniejszą odpowiedzialność niż Paweł VI. To Paweł VI przewodniczył obradom soboru, zatwierdził jego dokumenty i autoryzował wszystkie późniejsze reformy. To właśnie wywołało w Kościele bardzo poważny kryzys, którego świadkami obecnie jesteśmy. Oczywiście to, co mówi i czyni Franciszek, sprawia wrażenie bardziej przełomowego niż akty jego poprzedników. Tak jednak nie jest. Po prostu dziś media posiadają znacznie większe możliwości i są w stanie bardziej nagłośnić pewne wydarzenia. W istocie jednak to, co uczynił Paweł VI, miało skutki znacznie bardziej doniosłe niż obecne działania Franciszka”.

Na temat Amoris lætitia, duchowny ten stwierdził: ”Choć wszystkie inicjatywy mające na celu doprowadzenie do poprawienia tego dokumentu i obronę nierozerwalności uświęconego przez sakrament małżeństwa katolickiego są bez wątpienia godne pochwały, źródła całego problemu poszukiwać należy gdzie indziej. Czy wie Pan, na czym się opiera Amoris lætitia? Na jednym z dokumentów II Soboru Watykańskiego, Gaudium et spes. Tak więc, jak powiedziałem już wcześniej, przyczyną tego straszliwego kryzysu w Kościele, jego >DNA<, jest Vaticanum II. Czy myśli Pan, że pojawienie się dokumentu tak szkodliwego jak Amoris lætitia byłoby możliwe, gdyby miejsce Gaudium et spes zajęła encyklika Piusa XI Casti connubii?”*

Abp Hoser w jednej kwestii powiedział prawdę: istotnie, w dokumencie, który wyszedł spod pióra Franciszka znajdujemy odniesienie się do nauczania poprzednich, soborowych i posoborowych papieży i potwierdzenie tego nauczania. Żaden jednak z tych papieży nie określił swojego nauczania nieomylnym nauczaniem Kościoła. („Nieomylność” jest zresztą pojęciem zaciekle zwalczanym przez modernizm, tak jak zwalczany jest autorytet urzędu, władzy – na rzecz kolegializmu, wspólnoty, demokracji, uśredniania, zniwelowania wszelkich różnic…). Żaden nie wydał dokumentu, który ogłoszony zostałby w sposób uroczysty i dotyczyłby jednocześnie spraw wiary i moralności. Dlatego nie obowiązują one w sumieniu katolików. Podobnie jak w istocie nie obowiązuje nauczanie Soboru, który sam siebie nazwał duszpasterskim, a nie dogmatycznym, nie obowiązuje w tych wszystkich kwestiach, które kłócą się z niezmienną doktryną Kościoła.

W 1936 roku wydawało się, że kondycja Kościoła jest świetna; modernizm został przez Piusa X zdemaskowany i napiętnowany, komunizm potępiony przez jego następcę, dyscyplina wśród duchowieństwa przywrócona, świat katolicki był skonsolidowany i skupiony przy Ojcu Świętym. A jednak Hilaire Belloc ostrzegał: To coś – jakiś duch wykorzystujący ludzką rozpacz i wściekłość – „jest u naszych bram”.

„Ostatecznie jest to oczywiście owoc pierwotnego rozbicia chrześcijaństwa w czasach reformacji”, pisał. „Zaczęło się to od zakwestionowania centralnego autorytetu, a zakończyło wmówieniem człowiekowi, że wystarczy sam sobie i ustawieniem wszędzie wielkich bałwanów, którym należy oddawać cześć jak bogom”. Pisarz zauważył rzecz dość często pomijaną w rozważaniach na temat przyczyn obecnego kryzysu: Kościół nie jest czymś niezależnym od otaczającej go rzeczywistości. Gdy mentalność świeckiego świata zostaje gruntownie przekształcona, znajduje to swoje odzwierciedlenie w realiach i życiu Kościoła.

„Nie dzieje się tak tylko po stronie komunistycznej – zauważa trzeźwo angielski pisarz – pojawia się również w organizacjach przeciwnych komunizmowi, wśród ras i narodów, gdzie zwykłą siłę umieszcza się w miejscu Boga. Tam również ustawia się bałwany, którym składa się ohydną ofiarę z ludzi. Tam także kwestionuje się sprawiedliwość i właściwy porządek rzeczy”.
Belloc podkreśla, że natura obecnej batalii – tej jaką jawiła mu się ona w 1936 roku – wymierzonej w cywilizację Zachodu jest czymś wyjątkowym w dziejach, a sytuacja Kościoła katolickiego wobec takich przeciwników nie może być dobra.
Soborowa rewolucja już nadciągała; nastąpiła ona trzydzieści lat później i polegała także na tym, że ten świat, szczerzący nieustannie zęby wobec cywilizacji chrześcijańskiej, pokazujący kły, zaczęto obłaskawiać. Nie jest tak źle, zaczęto mówić w postępowych kręgach Kościoła, w gruncie rzeczy jesteśmy sojusznikami. Chodzi nam w końcu o to samo, o człowieka! Żeby był na ziemi szczęśliwy. Na Soborze postawiono kropkę nad „i”, zadeklarowano, że między Kościołem a światem nie ma już rozłamu. Kościół odszedł od potępień w atmosferze entuzjazmu grona postępowych teologów, mediów, obserwatorów, dużej części prasy katolickiej. Co nie znaczy, że nie było głosów sprzeciwu i wyraźniej linii oporu. „Gaudium et spes” określiło, że tak jak dotąd Kościół był przeciw światu, teraz będzie szedł razem z nim. W dokumentach i wypowiedziach utrzymano ten sam katolicki styl, nawet te same słowne formuły, te same pojęcia. Podłożono pod nie inną treść. Wprowadzono kilka zastrzeżeń. Sprowadzają się one do nieśmiertelnego: „Tak, ale”, znanego z dialogu w Ogrodzie Eden. „Spójrzmy na to inaczej, a przez to głębiej”, to charakterystyczny zwrot soborowego języka. Wszystko miało być takie samo z pozoru, ale znaleziono miejsca, gdzie można dokonać wyłomu: ekumenizm – wolność religijna – kolegializm (czyli odejście od autorytetu papieża i biskupa). Rozrywano kolejne związki. Dziś już ten „stary” język maskujący intencje jest niepotrzebny. Obecny papież mówi wprost, co czyni i co zamierza uczynić, by przekształcić doktrynę – a raczej sam organizm Kościoła, bo doktryny przekształcić nie jest w stanie. Szokuje nas to dziś, przeraża, przygnębia, ale to nie zaczęło się wraz z jego pontyfikatem.

Wszystko zaczęło się tak naprawdę jeszcze przed pontyfikatem św. Piusa X.

Belloc zauważał już w latach trzydziestych ubiegłego wieku, że klasycznym przejawem nowożytnego ataku na wiarę jest to, co czyni się z ludzkim rozumem, a czego symptomem jest zniekształcanie języka pojęć, tak dotąd precyzyjnego i jasnego. „Mowa ludzka staje się nasycona wyrażeniami, które wszędzie przywołują na myśl pogardę wobec stosowania inteligencji. Jednak wiara i stosowanie inteligencji są nierozerwalnie powiązane. Stosowanie inteligencji jest główną częścią – albo raczej fundamentem – wszelkiego dociekania związanego ze sprawami najwyższymi. To właśnie dlatego, że rozum otrzymał ten boski autorytet, Kościół ogłosił tajemnicę – to znaczy przyznał, że rozum ma swoje granice. Musiało tak być, aby absolutna władza przypisywana rozumowi nie doprowadziła do wykluczenia prawd, które rozum mógłby przyjąć, ale których nie mógłby dowieść. Rozum został ograniczony przez tajemnice tylko po to, aby jeszcze bardziej zwiększyć suwerenność rozumu w jego własnej sferze”.

„Jednak istnieją pewne siły – kończy swój wywód Belloc – popierające Kościół, mogące doprowadzić ostatecznie do reakcji, dzięki której Kościół ponownie odzyska swoją władzę nad ludzkością”. Takie stwierdzenie budzą w nas niedowierzanie, bo już od tylu lat żyjemy w atmosferze, w której tak wielu ludzi Kościoła nieustannie przeprasza, że żyje, a także tyle razy za naszego życia, uroczyście, wśród dymu kadzideł, przepraszano za „grzechy Kościoła” .Wśród tak niesłychanych upokorzeń ludzie wierzący mogli utracić wiarę w to, że Kościół, tak jak Chrystus jest zwycięski, że stanowi rzeczywistość nadprzyrodzoną i nie może zachowywać się jak bankrutująca instytucja świecka, która podlicza swoje mizerne wpływy na koncie, głośno lamentuję licząc swoje straty, i tłumaczy się gęsto z nieudanych inwestycji, ze złej „polityki”.

A jednak te siły bez wątpienia istnieją. W Polsce mamy szczególny przywilej, szczególną łatwość mówienia o nich swobodnie, bez skrępowania. Wierzymy i ufamy naszej Matce, naszej Królowej, Pani Nieba i Ziemi, która jest także Matką Kościoła. Obietnica triumfu Jej Niepokalanego Serca jest bez wątpienia także zapowiedzią zwycięstwa Kościoła na ziemi. Zwycięstwa w nim tych, którzy są w nim obecni, są jego częścią, choć dziś tak często wyklęci, wyśmiani i wzgardzeni, a którzy stanowią serce Kościoła. Dochowali bowiem wierności Bogu i Jego prawu oraz Mszy świętej, w jej niezmienionej formie.

Św. Ludwik Maria Gringon de Montfort zapowiedział w swoich pismach, że pod koniec czasów pojawią się w Kościele ludzie, którzy będą godnymi następcami Apostołów Jezusa Chrystusa. Ludzie, którzy złożyli swój los w ręce Matki Najświętszej. „Lecz któż to będą owi słudzy, niewolnicy i dzieci Maryi? To będą kapłani Pańscy, co jak ogień gorejący rozpalać będę wszędzie żar miłości Bożej. Będą „jako strzały w ręku mocarnej” [Ps 127,4] Maryi, by przebić Jej nieprzyjaciół. Będą jako synowie pokolenia Lewi, którzy dobrze oczyszczeni ogniem wielkich utrapień, a ściśle zjednoczeni z Bogiem, nosić będą złoto miłości w sercu, kadzidło modlitwy w duchu i mirrę umartwienia w ciele. Dla biednych i maluczkich będą oni wszędzie dobrą wonią Chrystusową [2 Kor 2,15]; dla „wielkich” zaś tego świata, dla bogaczy i pysznych, będę wonią śmierci. Będą jakoby chmury gromonośne, które za najmniejszym powiewem Ducha Św. polecą hen, by rozsiewać słowo Boże i nieść życie wieczne, nie przywiązując się do niczego, nie dziwiąc się niczemu, nie smucąc się niczym. Grzmieć będą przeciw grzechowi, huczeć przeciwko światu, uderzą na diabła i jego wspólników i przeszyją obosiecznym mieczem słowa Bożego [Ef 6,17] na życie lub śmierć wszystkich, do których Najwyższy ich pośle.
Będą to prawdziwi apostołowie czasów ostatecznych, którym Pan Zastępów da słowo i siłę działania cudów i odnoszenia świetnych zwycięstw nad Jego nieprzyjaciółmi. Będą spoczywali bez złota i srebra, a co ważniejsza, bez troski pośród innych kapłanów i duchownych, „inter medios cleros” [Ps 68,14], a jednak będą mieli „srebrzące się skrzydła gołębicy”, by z czystą intencją chwały Bożej i zbawienia dusz pójść wszędy, dokąd Duch Św. zawoła. A wszędzie, gdzie głosić będą słowo Boże, pozostawią po sobie tylko złoto miłości, będącej dopełnieniem wszelakiego prawa [Rz 13,10]. Wiemy wreszcie, że będą to prawdziwi uczniowie Jezusa Chrystusa, idący śladami Jego ubóstwa, pokory, wzgardy dla świata, a pełni miłości bliźniego. Będą nauczali jak iść wąską drogą do Boga, w świetle czystej prawdy, tj. wedle Ewangelii, a nie według zasad świata, bez względu na osobę, nie oszczędzając nikogo, bez obawy przed kimkolwiek ze śmiertelnych choćby najpotężniejszym. Będą mieli w ustach obosieczny miecz słowa Bożego; na ramionach nieść będą zakrwawiony proporzec krzyża, w prawej ręce krucyfiks, różaniec w lewej, święte imiona Jezusa i Maryi na sercu, a skromność i umartwienie Jezusa Chrystusa zajaśnieje w całym ich postępowaniu. Takimi oto będą owi wielcy mężowie, którzy się pojawią a których Maryja ukształtuje i wyposaży na rozkaz Najwyższego, by Królestwo Jego rozprzestrzeniali nad krainą bezbożnych, bałwochwalców i mahometan. Kiedy i jak to się stanie?… Bogu to Jedynemu wiadomo. Co do nas, milczmy, módlmy się, prośmy, wyczekujmy; „Exspectans exspectavi: Z upragnieniem wyglądałem”” [Ps 40,2] (św. Ludwik Maria Grignon de Montfort: Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny).

Po ostatnim komunikacie Konferencji Episkopatu Polski widać wyraźnie, że nie mamy żadnych podstaw, by obawiać się tych fałszywych bóstw i fałszywych proroków, których się nam wciąż stawia przed oczami, i do których słuchania się nas nakłania. Są jak papierowe figurki, jak wydmuszki; wystarczy dmuchnąć, a przewrócą się.

Nieziemskie siły wiążą Polaków z Matką Najświętszą, potężną Królową Nieba i Ziemi. Obietnice Gietrzwałdu i Fatimy się wypełnią. Zaufajmy tej, która jest Demaskatorką wszystkich kłamstw o Chrystusie i Jego Kościele, wszystkich herezji, także tej najgroźniejszej, modernistycznej, która dziś roztacza swe fałszywe, zwodnicze blaski wśród hierarchów Kościoła. Zaufajmy tej, która jest Matką Odkupiciela rodzaju ludzkiego.

Ewa Polak-Pałkiewicz

*) Ks. Faust Buzzi, asystent przełożonego dystryktu włoskiego Bractwa św. Piusa X w rozmowie z „Il Giornale”

Pozostałe cytaty za:

Romano Amerio, Iota unum, Komorów 2003

Hilaire Belloc, Herezja reformacji, Kraków 2017