Chwała Bogu

OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Rewolucja francuska w Kościele katolickim – ks. prof. Michał Poradowski

Przez przeszło dwieście lat, rewolucja francuska daremnie usiłowała rozciągnąć się także i na Kościół katolicki, a osiągnęła to dopiero w czasie Drugiego Soboru Watykańskiego (DSW). Co więcej, osiągnęła nie tylko pewne wpływy na obrady tegoż Soboru, ale także i oczywiste triumfy. Już na początku Soboru, wśród jego uczestników, wyraźnie zamanifestowały się trzy pozycje: gorących entuzjastów ideologii rewolucji francuskiej, zdecydowanych wrogów tejże, oraz osób niezdecydowanych. Tak entuzjaści, jak i wrogowie ideologii rewolucyjnej usiłowali pozyskać owych niezdecydowanych.

Ale kim byli ci “niezdecydowani”? Byli to prawie wyłącznie biskupi z krajów pozaeuropejskich, a więc azjatyckich, afrykańskich, amerykańskich, australijskich, czyli osoby, które niewiele wiedziały o historycznej roli rewolucji francuskiej, a przede wszystkim o jej zdecydowanie antychrześcijańskim charakterze.

Dlaczego jednak znaczna część biskupów z krajów europejskich z takim entuzjazmem odnosiła się do ideologii rewolucji francuskiej? Odpowiedź jest bardzo prosta: bo albo byli masonami, albo też byli zwolennikami ideologii masońskiej, bo przecież rewolucję francuską przygotowała masoneria i to głównie jeśli chodzi o samą ideologię rewolucji i jej charakter antychrześcijański. Jak wielu było masonów wśród Ojców Soboru świadczą ich przemówienia jakby żywcem brane z encyklik papieskich, które potępiały masonerię i jej ideologię. Wystarczy zajrzeć do owych encyklik papieskich, poczynając od Klemensa XII z roku 1738 aż do Piusa XII, aby stwierdzić, że opinie te dziwnie pokrywały się lub co najmniej zbliżały do błędów potępionych przez papieży we wspomnianych wyżej encyklikach. Zresztą porównanie między rewolucją francuską i Soborem przyszło niemal w początkach obrad i to ze strony entuzjastów rewolucji francuskiej, gdyż porównanie to po prostu narzucało się, zwłaszcza jeśli chodzi o przebieg początkowych obrad soborowych. Przypomnijmy, że zwołanie Stanów Generalnych przez króla Francji Ludwika XVI i z jego inicjatywy (choć można podejrzewać, że inicjatywa ta została mu przez kogoś podsunięta), oraz drobiazgowe przygotowania tematów obrad, które miały na celu unowocześnienie ustroju państwa, to wszystko zostało już w pierwszej sesji odrzucone, lub co najmniej nie brano tego pod uwagę, gdyż zgromadzeni postanowili zrobić wszystko po swojemu i z własnej inicjatywy. To samo stało się z Drugim Soborem Watykańskim, jako iż Ojcowie Soboru odrzucili materiał przygotowany przez Stolicę Apostolską i postanowili wszystko zacząć na nowo, według własnej inicjatywy, okazując w ten sposób zupełny brak szacunku dla Kurii Rzymskiej i jej pracowników, a więc postąpili zupełnie tak samo jak stało się w czasie rewolucji francuskiej. Ale nie ograniczono się tylko do owych porównań formalnych, lecz świadomie żądano, aby “duch” rewolucji francuskiej zapanował na Soborze. Wszyscy pamiętamy, jak kardynał Suenens oświadczył, że “Vaticanum II to jest rok 1789 w Kościele”, a więc porównał Drugi Sobór Watykański z rewolucją francuską, nadto dominikanin Yves Congar poszedł jeszcze dalej i porównał Sobór do rewolucji październikowej (i słusznie, gdyż rewolucja październikowa była tym dla Rosji co rewolucja francuska dla Francji). A obaj powiedzieli to z zachwytem i z wielką radością. W ten sposób prawie wszyscy uczestnicy DSW uznali jednogłośnie, że triumfuje na nim ideologia rewolucji francuskiej; jedni stwierdzili to z radością, a drudzy z ubolewaniem, ale opinia na ten temat była niemal jednomyślna.

Wkrótce okazało się, że zwolennicy ideologii rewolucji francuskiej stanowili większość, stąd też bez większych trudności narzucali swoje opinie i żądali całkowitej zmiany, tak co do ustroju prawnego Kościoła, jak też co do tradycyjnej nauki Kościoła. Usiłowano więc wszystko zmienić, ale nie zawsze w sensie udoskonalania, lecz raczej z zamiarem zrobienia wszystkiego na odwrót.

I tak, na przykład, od czasów apostolskich aż do II Soboru Watykańskiego, Kościół był zawsze monarchią i to nie jakąkolwiek, gdyż nawet Mesjasz był zapowiadany przez proroków jako król. Królowie, przybywający do Palestyny kierowani przez gwiazdę, zapytywali Heroda: gdzie się narodził przyszły król Izraela, stąd też i rzeź niewiniątek, zarządzona przez Heroda. Jezus z Nazaretu został skazany jako Bóg-człowiek, ale także jako król i sam bardzo często nauczał o Królestwie Bożym. Dlatego też Kościół od początku przyjął ustrój monarchiczny i zachował go aż do DSW, czego nie należy mieszać ze sprawą Państwa Kościelnego i jego ustroju monarchistycznego. Cały ustrój Kościoła, aż do DSW, był zawsze monarchiczny i to w sensie takim, że władza jego szła z góry, od Boga, od papieża aż do proboszcza wiejskiego, a prawo kanoniczne drobiazgowo określało odnośną jurysdykcję. Kościół był więc monarchią “par excellence” i to zupełnie niezależnie od zmiennych sytuacji politycznych, będąc już monarchią przed posiadaniem własnego Państwa, jak i też po jego utraceniu, czy też kiedy odzyskał je symbolicznie jako Citta del Vaticano. Miało to swoje ogromne konsekwencje praktyczne, jak na przykład pełnia władzy papieża, niezależność władzy biskupa w swej diecezji, czy też proboszcza w swej parafii, oczywiście zawsze według przepisów prawa kanonicznego.

Cała ta monarchiczna struktura Kościoła została zniszczona przez Drugi Sobór Watykański, a to głównie dlatego, że DSW, będąc entuzjastą ideologii rewolucji francuskiej, wprowadził do wewnątrz Kościoła ustrój demokratyczny i to demokracji nie starożytnej, a wiec ateńskiej, lecz demokracji rewolucji francuskiej, a wiec demokracji totalitarnej, bo russonianej 1). To już nie wola Boga, Chrystusa Króla, rządzi Kościołem-monarchią, przez swego wikariusza-papieża, ale “Lud Boży” przez nowoczesne struktury demokratyczne. Po DSW bowiem papieże nie mają już władzy królewskiej i we wszystkim, zgodnie z prawem kanonicznym już zdemokratyzowanym, muszą odwoływać się do najrozmaitszych instytucji demokratycznych, jak Sobory, Synody itd. i działać według “woli ludu”, jak w każdym ustroju demokratycznym. Podobnie też zmieniła się sytuacja wszystkich biskupów, gdyż zostali pozbawieni pełni władzy, którą mieli w dawnym ustroju monarchistycznym Kościoła, a obecnie zależą nie tylko od Rzymu, czyli od Stolicy Apostolskiej, lecz także od Synodów i ich postanowień, a przede wszystkim od Episkopatu i jego “demokratycznych” uchwał. To samo odnośnie proboszczów, którzy dawniej, w ustroju monarchistycznym Kościoła, mieli pełnie władzy w swych parafiach, podczas gdy obecnie ich władza została bardzo ograniczona, a to głównie przez swych własnych parafian, których muszą się radzić niemal we wszystkich sprawach i prosić o pozwolenie “rady parafialnej”. Stąd też zupełna zmiana w nowym kodeksie prawa kanonicznego.

Można dyskutować, czy ustrój poprzedni, a więc monarchistyczny, był lepszy od obecnego ustroju demokratycznego, ale nas interesuje tutaj zupełnie co innego, a mianowicie stwierdzenie, że rewolucja francuska, a według niektórych, jak widać, rewolucja październikowa czyli bolszewicka, odniosły triumf w Kościele, narzucając mu swoją ideologię polityczną, w miejsce zasad jakie dał mu sam Chrystus Pan. Łatwo jest zdać sobie sprawę z tej zasadniczej zmiany, porównując treść poprzedniego i obecnego Kodeksu Prawa Kanonicznego, i to nie tylko co do sprawy ustroju Kościoła, ale także i przede wszystkim odnośnie wszystkich zwyczajów życia chrześcijańskiego; wiele z tego co w dawnym Kodeksie Prawa Kanonicznego było zakazane, w obecnym Kodeksie jest nakazane lub co najmniej dozwolone 2). A nie są to sprawy banalne, bo za nimi znajdują się bardzo ważne zasady moralne i dogmatyczne. W dawnym ustroju monarchicznym spełniała się wola Boża, wola Chrystusa Pana, a w ustroju demokratycznym, obecnie zaprowadzonym, spełnia się wolę człowieka, wolę ludu i jego zachcianki, często całkowicie sprzeczne z wolą Boga i z nauką Chrystusa Pana. Nadto, ta “wola ludu” w praktyce sprowadza się do woli “większości głosów”, a więc decyduje liczba, a nie racja czy słuszność. Widzimy obecnie jak często, w parlamentach krajów tradycyjnie chrześcijańskich, przechodzą większością głosów ustawy całkowicie niezgodne z wolą Boga. Bóg mówi: “nie zabijaj”, a wola ludu uchwala ustawy pozwalające na zabijanie nienarodzonych. Bóg mówi przez słowa liturgii ślubnej do małżonków: “nie porzucę cię aż do śmierci”, a “wola ludu” uchwala ustawy o rozwodach. Trzeba pamiętać, że demokracja rewolucji francuskiej nie uznaje ani prawa naturalnego, ani też Dekalogu.

Wejście demokracji rewolucji francuskiej do wnętrza Kościoła spowodowało także zasadniczą zmianę roli Kościoła w społeczeństwie jako takim. Kościół monarchistyczny, rządzony przez Chrystusa Króla, służył Bogu, a obecny Kościół demokratyczny sam podkreśla w dokumentach II Soboru Watykańskiego, iż służy człowiekowi i ludzkości, a ta “ludzkość” często utożsamia się z tzw. “światem”, a przecież Chrystus Pan przestrzega nas przed “światem”, jako iż ten “świat” jest jeszcze często pod władzą szatana (wystarczy przypomnieć czasy Hitlera w Niemczech, czy też Stalina w Rosji). św. Jakub pisze: “…czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem jest nieprzyjaźnią z Bogiem?” (4,4). Niektóre idee rewolucji francuskiej wtargnęły do Kościoła już uprzednio, ale były przez autorytety kościelne zwalczane; dopiero w czasie Vaticanum II niektóre z nich zostały częściowo lub całkowicie przyjęte przez dokumenty soborowe, a wśród nich przede wszystkim sprawa poszanowania przekonań osobistych, czyli “głosu sumienia” i jego skutków, a więc uznania innych religii, nawet pogańskich, jako równych religii katolickiej. Przypomnijmy, że według biskupa Dillona był to główny postulat masonerii 3).

Cały szereg zasad i idei całkowicie obcych tradycyjnej nauce Kościoła, głoszonych przez entuzjastów rewolucji francuskiej, zaczęło przenikać do wnętrza życia religijnego Kościoła, mimo iż były one wielokrotnie przez poprzednich papieży odrzucane i napiętnowane jako heretyckie, lub co najmniej jako całkowicie niezgodne z nauką Kościoła, zwłaszcza przez ostatnich papieży przedsoborowych, a więc przez Piusa IX, Piusa X, Piusa XI i Piusa XII. Tak zwana “nowa teologia”, oparta na potępionym modernizmie, ukazuje się jeszcze przed drugą wojną światową, ale to dopiero po zwołaniu Vaticanum II i w czasie jego obrad zaczyna się proces asymilacji tych herezji wśród katolików i przesiąkanie ich do dokumentów II Soboru Watykańskiego, a zwłaszcza do ich interpretacji. Ta “nowa teologia” zrywa całkowicie z “teologią tradycyjną” Kościoła katolickiego, z nauką Kościoła niemal dwutysiącletnią, bo od czasów Chrystusa Pana i Apostołów aż do DSW. Teologia tradycyjna była i jest aż do dzisiaj oparta na tzw. “philosophia perennis”, czyli na filozofii chrześcijańskiej, wypracowanej przez Ojców Kościoła, jako podstawy teologii katolickiej, nie każda bowiem filozofia może być przydatną dla teologii katolickiej, a tylko takie filozofie, które szanują metafizykę, szukającą prawdy, jako iż właśnie z prawdą utożsamia się Chrystus Pan i Jego nauka. Nadto, aby prawda mogła być zrozumiale przedstawiona, konieczna jest odpowiednia terminologia, czyli dokładne określenie znaczenia słów i właśnie philosophia perennis jest jedyną filozofią, która dzięki nieustannej i żmudnej pracy filozofów, wypracowała konieczną terminologie. Było to dzieło wielu wieków, a skromne lecz bardzo ważne jej podstawy przygotowała już filozofia Sokratesa, Platona i Arystotelesa, dzięki czemu pierwsi Ojcowie Kościoła mogli wypracować podstawy terminologii teologicznej. Trudno tu nie wspomnieć głośnego filozofa chrześcijańskiego jakim był Boethius, który najbardziej przyczynił się do wypracowania terminologii filozoficzno-teologicznej, dzięki której powstała philosophia perennis, pozwalająca na uprzystępnienie wiernym największych tajemnic Wiary, jak np. Trójcy Przenajświętszej, czyli istnienia jednego Boga w trzech osobach, Ojca, Syna i Ducha świętego, czy też tajemnicy Chrystusa Pana jako Boga i człowieka, a więc jednej osoby, ale dwóch natur: boskiej i ludzkiej. Ta philosophia perennis pierwszych wieków została nadzwyczajnie wzbogacona i pogłębiona przez św. Tomasza z Akwinu, dając tak zwany “tomizm”, który stał się podstawą filozoficzną teologii.

Dopóki teologia chrześcijańska, a przede wszystkim teologia katolicka posługiwała się ową filozofią, a zwłaszcza tomizmem, wszystko w Wierze było jasne, zrozumiałe i poprawne, tak było w Kościele katolickim mniej więcej aż do drugiej wojny światowej, a jeśli pojawił się jakiś niedouczony teolog to Stolica Apostolska zabierała głos. Stąd też tak liczne encykliki wspomnianych już uprzednio papieży Piusów, od IX aż do XII. Przez niedouczonych teologów należy rozumieć tych, którzy odrzucili philosophia perennis, a przede wszystkim tomizm i zaczęli posługiwać się współczesnymi filozofiami, które absolutnie nie nadają się do rozważań teologicznych. Wspomniana już “nowa teologia” właśnie posługuje się owymi pseudofilozofiami współczesnymi, jak np. egzystencjonalizmem lub fenomenologią, a tym bardziej tzw. “filozofią działania” (Blondel). Wyjątkowo można by w pewnych wypadkach posługiwać się w teologii tzw. “filozofią czynu” Augusta Cieszkowskiego, ponieważ filozofia ta daje pierwszeństwo “prawdzie”, gdyż ta prawda metafizyczna dla Cieszkowskiego utożsamia się z Chrystusem Panem (zob. Cieszkowskiego Ojcze nasz).

Wszystkie współczesne pseudoteologie opierają się albo na egzystencjonalizmie, albo też na fenomenologii, stąd też nie są teologiami, lecz mają charakter wyłącznie osobistych opinii, a opinie te, jeśli chodzi o pisarzy przed II Soborem Watykańskiem, a więc jeszcze za życia papieży Piusów, zostały potępione i uznane za heretyckie. Niestety, mimo tych potępień, naucza się ich obecnie w Seminariach i na katolickich Wydziałach Teologicznych, stąd też zamęt jaki panuje obecnie w naszym życiu religijnym. Stąd też tylko powrót do philosophia perennis może położyć kres tym bałamuctwom.

Wielkim triumfem rewolucji francuskiej w Kościele katolickim jest porzucenie “teocentryzmu” i zastąpienie go “antropocentryzmem”. Cały światopogląd chrześcijański jest zbudowany na teocentryzmie i nie może istnieć światopogląd chrześcijański bez teocentryzmu, stąd też porzucenie teocentryzmu jest unicestwieniem chrześcijaństwa. Sprawa ta jednak nie jest taka prosta, gdyż wchodzi tutaj w grę także i fakt Wcielenia, a więc przyjęcia przez Słowo Boże natury człowieka. Stąd też kiedy papież Paweł VI z dumą głosił światu, oświadczając: “My również mamy kult człowieka”, wierzący katolicy odnieśli to oświadczenie do Jezusa z Nazaretu, czyli do człowieczeństwa Chrystusa Pana, który przez przyjęcie natury ludzkiej w łonie Najświętszej Dziewicy, stał się Bogiem-człowiekiem, stąd to i wyłącznie to człowieczeństwo Chrystusowe może odbierać kult religijny wśród chrześcijan, ale nigdy, w żadnym wypadku, jakiejkolwiek innej osoby, a nawet nie osoby Najświętszej Marii Panny. Kościół, w ciągu całej swej historii, zawsze rozróżniał między kultem religijnym Boga i kultem świętych, wyniesionych na ołtarze (figury, obrazy itd.). Kult Boga w Kościele katolickim zawsze był i jest uważany jako adoracja, zwany “latria”, kult zaś świętych tylko jako czczenie, a więc jako “dulia”, natomiast kult religijny Matki Bożej jako “superdulia”, a więc Kościół zawsze bardzo wyraźnie rozróżniał między kultem Boga i stworzeń boskich.

Tak więc, w czasie DSW, mimo dążności do zastąpienia tradycyjnego teocentryzmu przez antropocentryzm, istniała nadal świadomość, że “kult człowieka”, tak wychwalany przez papieża Pawła VI, nie ma nic wspólnego z antropocentryzmem ideologii rewolucji francuskiej, ale obecnie, trzydzieści lat po DSW, już nie przypomina się tajemnicy Wcielenia, lecz wprost mówi się o człowieku jako takim. Stąd też poprzedni antropocentryzm, usprawiedliwiany przez dogmat Wcielenia, został zastąpiony zwykłym i wulgarnym antropocentryzmem. Co więcej, zwolennicy Teilhard’a de Chardin, nawiązują nawet do ewolucji, uważając, że to dzięki niej małpa stała się człowiekiem. Jest to więc antropocentryzm zoologiczny, a więc jak najbardziej zgodny z ideologią rewolucji francuskiej. Tak zwana “nowa teologia” właśnie jest budowana na tym ewolucyjnym antropocentryzmie, a więc jest też całkowicie sprzeczna z teologią tradycyjną.

Ten ewolucyjny antropocentryzm, głoszony w czasie DSW, jeszcze bardziej zapanował w życiu religijnym katolików, kiedy po Soborze zaczęto przeprowadzać najrozmaitsze reformy i zmiany w liturgii Kościoła katolickiego. Cała liturgia dwutysiącletnia była liturgią teocentryczną, poczynając od stylu budowy świątyń, kościołów i kaplic, które własną strukturą były skierowane ku Bogu, ku Niebiosom, ku wieczności. Przepiękne katedry średniowiecza do dziś mówią nam o Bogu, o Trójcy Przenajświętszej, o wieczności. Bardziej jeszcze mówią do nas witraże, obrazy, rzeźby, a to dlatego, że panował wśród wiernych teocentryzm. Obecnie, po reformach posoborowych, to co nowe, czy to budowle, czy malowidła, obrazy, figury, ołtarze niewiele mówią nam o Bogu i wieczności, gdyż są już przesiąknięte antropocentryzmem. Najbardziej widać to w zmianie liturgii. Ołtarz już nie jest ukierunkowany ku Bogu, ale ku ludziom. Celebrant też jest zwrócony ku wiernym, biorącym udział w ceremonii, a nie ku Bogu. Najświętszy Sakrament dawniej znajdował się w centrum kościoła, a dziś nieraz trudno go znaleźć. Cała liturgia Mszy świętej została tak zmieniona, że nic w niej nie zostało z teocentryzmu, gdyż wszystko zostało podporządkowane antropocentryzmowi. Nieliczni świeci, którzy ocaleli w okresie nowego obrazobórstwa posoborowego, chyba ze zdumieniem patrzą na to co się w świątyni obecnie dzieje; zapewne zapytują czy owe ceremonie mają coś wspólnego z dawną Mszą świętą, czy też są to jakieś protestanckie zebrania; i nic dziwnego skoro obecna liturgia mszalna została wzięta z protestanckiej ceremonii. Tak to antropocentryzm wyrugował teocentryzm.

Największe jednak spustoszenie dokonał w tak zwanej “nowej teologii”, której “nowość” polega właśnie na całkowitym zerwaniu z teologią tradycyjną i na powrocie do wszelkich poglądów heretyckich, jakie ukazywały się w ciągu dwutysiąclecia chrześcijaństwa.

Ta “nowa teologia” daje nam nowe pojęcie Kościoła, całkowicie niezgodne z pojęciem tradycyjnym. Aż do II Soboru Watykańskiego Kościół był pojmowany przede wszystkim jako Ciało Mistyczne Chrystusa Pana, według teologii św. Pawła. Do Kościoła należały tylko i wyłącznie osoby wierzące w Chrystusa Pana, jako Boga-człowieka i w naukę Kościoła, a przyjmowani byli do Kościoła przez Chrzest św. Natomiast “nowa teologia” pojmuje Kościół jako wspólnotę wszystkich ludzi, żyjących na planecie Ziemia, a więc także i nie wierzących i nie ochrzczonych, a nawet takich, którzy o Kościele nic nie słyszeli i go nie znają, ale przez “nową teologię” są uważani jako “chrześcijanie anonimowi”. Takie pojęcie Kościoła zrujnowało misjonarstwo, bo po co misjonarze mają nawracać pogan, jeśli ci, będąc poganami, i tak należą do Kościoła i będą zbawieni?

“Nowa teologia” narzuciła także katolikom nowe pojęcia ekumenizmu, który jest pojmowany jako zjednoczenie wszystkich religii, nawet pogańskich, które, aż do II Soboru Watykańskiego uważane były jako szatańskie, a to na podstawie psalmu 95, który mówi: “ąuoniam omnes dii gentium daemonia”, czyli: bożkowie pogan są demonami.

Tę “nową teologię” naszych czasów charakteryzuje także przesadny subiektywizm, czyli szukanie pewności tylko i wyłącznie we własnej świadomości, a więc w sobie samym, a nie w świecie zewnętrznym, czyli w Objawieniu zawartym w Piśmie św. i w Tradycji, ani też w oficjalnej nauce Kościoła, głoszonej w ciągu wszystkich wieków jego istnienia. Ta “nowa teologia” nie bierze więc pod uwagę Depositum Fidei, o którym tak gorliwie przypominał św. Paweł w liście do Tymoteusza (2 Tym. l, 12). Także tradycyjna nauka Kościoła nie interesuje tej “nowej teologii”, stąd też jej najrozmaitsze dziwactwa i bałamuctwa, jak np. że wszyscy ludzie będą zbawieni, niezależnie od tego w jaki sposób żyją, a więc że nie istnieje piekło, a przecież Chrystus Pan powiedział: “Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszystkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzczony zostanie, zbawion będzie, a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (św. Mk 16, 15-16).

Ukazał się też w tej “nowej teologii” nowy personalizm, zupełnie inny niż ten tradycyjny, oparty na filozofii Boethiusa i św. Tomasza z Akwinu. Ten “nowy personalizm” to pogański kult człowieka, nawiązujący do myśli Spinozy, Kanta i Hegla, a przesiąknięty panteizmem.

Głównymi przedstawicielami tej “nowej teologii”, potępionej wielokrotnie przez ostatnich papieży przedsoborowych, są Karl Rahner, Yves Congar, Alois Grillmeier, Hans Kung, De Lubac, Semmelroth, Urs von Balthazar i Schillebeeck.

Oto niektóre triumfy rewolucji francuskiej w Kościele katolickim.

Największym jednak triumfem rewolucji francuskiej jest to, że w miejsce tradycyjnej zasady: “wszystko dla większej chwały Boga”, II Sobór Watykańskie wprowadził zasadę: “wszystko na ziemi powinno być podporządkowane człowiekowi” (Gaudium et Spes, 12, 1), czyli triumf antropocentryzmu nad teocentryzmem.
ks. prof. Michał Poradowski

Przypisy:

1) Zob. I.L. Talmon, Los origenes de la dcmocracia totalitaria.

2) Na przykład: poprzednie prawo kanoniczne zabraniało koncelebracji (c. 803), a obecne prawo kanoniczne na nią pozwala. Sprawa ta jest bardzo ważna, bo kiedy stu księży koncelebruje jest tylko jedna Msza święta, a nie sto, co bardzo interesuje dusze w czyśćcu cierpiące.

3) G.F. Dillon, Antychryst w walce z Kościołem, Fulmen, 1994.

(Ks. Michał Poradowski, Dziedzictwo rewolucji francuskiej, Wrocław 2001, ss.192-199)
Za: Organizacja Monarchistów Polskich – Oddział Lublin

Papieskie zastrzeżenia do posoborowej liturgii – wywiad z ks. Nicolą Buxem

 

ImageW ostatnich tygodniach za sprawą Benedykta XVI ponownie odżyła dyskusja nad przebiegiem posoborowej reformy liturgicznej. W homilii na Boże Ciało Papież potępił posoborową rezygnację z kultu eucharystycznego w postaci adoracji, a także napiętnował zeświecczanie Mszy św. w imię wiary bez kultu i obrzędów. Natomiast w ubiegłą niedzielę w przesłaniu na Międzynarodowy Kongres Eucharystyczny Benedykt XVI, stwierdził, że posoborowa rewizja form liturgicznych często ograniczała się do zmian wyłącznie zewnętrznych. O komentarz do papieskich słów poprosiliśmy ks. Nicolę Buxa, konsultora dwóch watykańskich kongregacji: Nauki Wiary oraz Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

Ks. N. Bux: W liturgii stracono wymiar wertykalny, podobnie zresztą, jak w etyce czy życiu społecznym. A zatem liturgia przestała być rozumiana jako prawo Boga do bycia czczonym tak, jak On sam to ustalił. I stała się naszą uzurpacją do swobodnego tworzenia kultu i sprawowania go według naszych zwyczajów. Jak mówił prorok Izajasz: zamieniliście mój kult na własny, sklecony z waszych zwyczajów. Liturgia stała się – jak pisał Papież, kiedy był jeszcze teologiem-kardynałem – swoistą formą rozrywki, spędzania wolnego czasu. Tu, jak sądzę, leży problem. Myślę, że dziś trzeba przywrócić zasadę, że liturgia nie jest dobrem, którym możemy swobodnie dysponować, gdzie możemy robić to, co się nam podoba, dodawać, co chcemy, i usuwać, co nam nie pasuje. Nie, liturgia jest publicznym aktem Kościoła, jak o tym pisze sam Sobór Watykański II w Konstytucji o liturgii, i dlatego jest regulowana przez Stolicę Apostolską, co przypomina Sobór w słynnym paragrafie 22 konstytucji: „Nikomu innemu, choćby nawet był kapłanem, nie wolno na własną rękę niczego dodawać, ujmować ani zmieniać w liturgii”. Jednakże stało się inaczej, stało się właśnie to, czego Sobór nie chciał.

A zatem odnowę liturgiczną, której chcieli Ojcowie soborowi, trzeba jeszcze przeprowadzić?

Ks. N. Bux: Oczywiście. Należy kontynuować odnowę. Bo przecież liturgia, podobnie jak Kościół, jest, jak to się mówi po łacinie, semper reformanda – zawsze potrzebuje reformy. Ale uwaga: reformy, nie rewolucji. Tymczasem wielu pojęło reformę jako rewolucję. Czyli wszystko wywracamy do góry nogami, w centrum liturgii stawiamy człowieka zamiast Boga, człowieka ze swymi uzurpacjami, pragnieniami, a także z jego – trzeba to powiedzieć – nieodpartą wolą dominacji, zapominając przy tym, że główną postacią w liturgii jest kto inny: nasz Pan, Bóg. Czcij Pana Boga twego, nie będziesz miał innego Boga poza mną – to jest pierwsze przykazanie. Papież powiedział to kiedyś bardzo mocno, że kryzys Kościoła w przeważającej mierze jest konsekwencją upadku liturgii. Jeśli bowiem sami tworzymy sobie Boga na własny obraz, wszystkie przykazania muszą legnąć w gruzach.

Czy mógłby nam ksiądz profesor podać jakiś konkretny przykład, w czym sprzeniewierzono się woli ojców soborowych?

Ks. N. Bux: Podam jeden przykład: adorację. Liturgia ze swej natury jest aktem kultu, a nie formą spędzania wolnego czasu przez jakąś grupę ludzi. Dziś we Włoszech kapłani mawiają na zakończenie Mszy: życzę miłego dnia, dobranoc… Tymczasem liturgia jako akt Kościoła powszechnego, a nie jakieś grupy, nie może się stać miłym rodzinnym spotkaniem. I tu leży problem. Natomiast adoracja oznacza, że ludzie przychodzą do kościoła, by uznać swego Pana i oddać Mu cześć. Jest to rzecz podstawowej wagi. Jeśli tego brakuje, może się zdarzyć wszystko. Na przykład fakt, że tabernakulum, na co żali się wielu świeckich, chowa się do kąta, że nie można go w ogóle znaleźć, a w miejscu centralnym stawia się tron dla kapłana. Na to Sobór nigdy nie pozwolił. Doszło do tego na zasadzie stopniowych ustępstw: najpierw usunęliśmy z centralnego miejsca Pana Boga w Najświętszym Sakramencie, a Jego miejsce zajęliśmy my, duchowni. I to w okresie, gdy my, kapłani, nie mamy się czym chwalić. Będzie lepiej, jeśli pozostaniemy z boku, jak słudzy. Szafarz sakramentu jest przecież tym, kto służy, a nie panuje.

Jest ksiądz współautorem, obok kard. Waltera Brandmüllera i abp. Agostino Marchetto, głośnej książki „Klucze Benedykta XVI w interpretacji Soboru Watykańskiego II”. Czy niedawne przesłanie Papieża na Kongres Eucharystyczny daje nam również klucz do zrozumienia Soboru?

Ks. N. Bux: Bez wątpienia. Bo klucze interpretacji, które wskazuje nam Papież, są bardzo jasne. Po pierwsze: postrzeganie Soboru w kontekście historycznym, w jedności z całą dwutysiącletnią Tradycją Kościoła, czyli słynne przemówienie Papieża o hermeneutyce z 2005 r. Drugi klucz dał nam Benedykt XVI w ubiegłym roku, ogłaszając Rok Wiary. Tym kluczem jest wiara. Vaticanum II nie da się zrozumieć bez wiary. Bo było to zgromadzenie Kościoła. Było oczywiście naznaczone ludzkimi słabościami i ograniczeniami. Ale nie można go zrozumieć bez wiary. Podobnie, jak liturgii nie da się zrozumieć bez adoracji. Adoracja nie jest bowiem jakimś dodatkiem do liturgii. Dlatego mam nadzieję, że już niebawem Benedykt XVI napisze encyklikę o liturgii, aby również kardynałowie, biskupi i kapłani byli w tym zgodni z Papieżem. Bo muszą oni tworzyć z Papieżem jedną drużynę, muszą dostosować się do tego, w jaki sposób on chce, by była sprawowana liturgia. Ja na przykład słyszałem, jak jeden z kardynałów odradzał kapłanom, by nie wprowadzali w życie motu proprio Benedykta XVI Summorum Pontificum. Czegoś takiego być nie może. Kardynałowie i biskupi muszą zrozumieć, że ich posługa jest ważna tylko wtedy, gdy jest spełniania w jedności z Biskupem Rzymu. Nie mówiąc już o zgorszeniu, jakie powodują wśród wiernych.

Rozm. F. Colagrande, rv; kb/rv

 

Uploads by vatican

Autor: vatican| 1479 filmów

Wyznanie wiary ułożone przez Papieża Pawła VI

 

1. NAUKA O BOGU W TRÓJCY JEDYNYM

a. Stworzyciel
Wierzymy w jednego Boga, Ojca, Syna i Ducha Świętego, Stwórcę rzeczy widzialnych – do jakich należy świat, w którym żyjemy – oraz niewidzialnych – jakimi są czyste duchy, które nazywamy też aniołami – Stwórcę również duszy duchowej i nieśmiertelnej każdego człowieka.

b. Pełnia bytu i miłości
Wierzymy, że ten jedyny Bóg jest absolutnie jeden tak w swej najświętszej istocie, jak i we wszystkich swych doskonałościach; w swojej wszechmocy, w swej nieskończonej mądrości, w swojej opatrzności, w swej woli i miłości. Jest On „Tym, Który Jest”, jak to sam objawił Mojżeszowi; jest Miłością, jak pouczył nas Jan Apostoł. Dwa te imiona, Byt i Miłość, wyrażają w sposób niewypowiedziany tę samą Boską prawdę o Tym, który okazał się nam i który, „mieszkając w nieprzystępnej światłości”, jest sam w sobie ponad wszelkim imieniem i ponad wszelkimi rzeczami oraz wszelkim stworzonym umysłem.

c. Tajemnica Trójcy Świętej
Sam Bóg tylko może nam udzielić prawdziwego i pełnego poznania siebie samego, objawiając się jako Ojciec, Syn i Duch Święty. Przez łaskę wezwani jesteśmy do uczestnictwa w Jego wiekuistym życiu, tu na ziemi w pomroce wiary, a po śmierci w światłości wiekuistej. Wzajemne związki tworzące odwiecznie trzy Osoby, z których każda jest jednym i tym samym bytem Bożym, stanowią błogosławione życie wewnętrzne Najświętszego Boga, które nieskończenie przewyższa to, co my po ludzku możemy pojąć. Dlatego to dzięki składamy dobroci Bożej za to, że bardzo wielu wierzących może z nami świadczyć wobec ludzi o jedności Boga, choć nie zna tajemnicy Trójcy Przenajświętszej. Wierzymy więc w Boga, który przez całą wieczność rodzi Syna, wierzymy w Syna, Słowo Boże, które odwiecznie się rodzi, wierzymy w Ducha Świętego, Osobę niestworzoną, który od Ojca i Syna pochodzi jako wiekuista Ich miłość wzajemna. W trzech Osobach Boskich, które są sobie współwieczne i równe, życie i szczęśliwość Boga absolutnie jednego występują w największej pełni i doskonałości, z największą wzniosłością i chwałą własną Tego, który jest, a nie został stworzony. Zatem „jedność w Trójcy, a Trójca w jedności winna doznawać czci”.

2. NAUKA O ZBAWCZYM WCIELENIU SŁOWA

a. Zjednoczenie osobowe
Wierzymy w Pana naszego Jezusa Chrystusa, który jest Synem Bożym. Jest On Słowem wiekuistym; zrodzonym z Ojca przed wszystkimi wiekami i współistotny z Ojcem, czyli (po gr.) homousios to Patri, przez którego wszystko się stało. Przyjął On ciało za sprawą Ducha Świętego z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem; równy więc Ojcu co do bóstwa, a mniejszy od Ojca ze względu na człowieczeństwo, całkowicie jeden, nie przez zmieszanie natur (co jest niemożliwe), lecz jednością osoby.

b. Dzieło Jezusa Chrystusa
Zamieszkał On wśród nas pełen łaski i prawdy. Obwieścił i ustanowił królestwo Boże, sprawiając, że poznaliśmy Ojca. Dał nam przykazanie, abyśmy się wzajemnie miłowali; tak jak On nas umiłował. Nauczył nas drogi błogosławieństw ewangelicznych, wedle których mamy być ubodzy w duchu i cisi, mamy znosić cierpliwie dolegliwości, pragnąć sprawiedliwości, być miłosiernymi, czystego serca, czyniącymi pokój, mamy znosić prześladowanie dla sprawiedliwości. Umęczony został pod Poncjuszem Piłatem, On, Baranek Boży, przyjmując na siebie grzechy świata, umarł za nas przybity do krzyża, przynosząc nam zbawienie przez krew odkupienia. Pogrzebany, zmartwychwstał własną mocą trzeciego dnia, wynosząc nas swym zmartwychwstaniem do uczestnictwa w życiu Bożym, które jest życiem łaski. Wstąpił do nieba, skąd ponownie przyjdzie sądzić żywych i umarłych, każdego wedle jego zasług; ci, którzy odpowiedzieli na miłość i łaskawość Boga, pójdą do żywota wiecznego, a ci, którzy aż do śmierci odrzucali je, skazani będą na ogień nigdy nie gasnący. A królestwu Jego nie będzie końca.

3. NAUKA O DUCHU UŚWIĘCICIELU

Wierzymy w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę. Który mówił przez proroków. On to zesłany został nam przez Chrystusa po Jego zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu do Ojca; On oświeca, ożywia, strzeże Kościół i rządzi nim, oczyszczając jego członki, o ile tylko nie sprzeciwiają się łasce. Dzięki Jego działaniu, które dosięga głębin duszy, człowiek, w pokorze zaczerpniętej z Chrystusa, może stać się doskonały jak Ojciec, który jest w niebiesiech.

4. NAUKA O MARYI MATCE CHRYSTUSA

Wierzymy, że Najświętsza Maryja, pozostając zawsze dziewicą, była Matką Słowa wcielonego, Boga naszego i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa, i że Ona ze względu na zasługi swojego Syna została odkupiona w doskonalszy sposób, zachowana wolną od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego i darem łaski przewyższa dalece wszelkie inne stworzenia.
Złączona ścisłym i nierozerwalnym węzłem z tajemnicą wcielenia i odkupienia, Najświętsza Maryja Panna Niepokalana po dokonaniu życia ziemskiego wyniesiona została z ciałem i duszą do chwały niebieskiej i upodobniona do swego Syna, który zmartwychwstał; dostąpiła uprzednio losu wszystkich sprawiedliwych. Wierzymy, że Najświętsza Boża Rodzicielka, nowa Ewa, Matka Kościoła, spieszy pełnić z nieba macierzyńskie zadanie wobec członków Chrystusa, aby dopomóc do zrodzenia i pomnożenia życia Bożego w duszach ludzi odkupionych.

5. NAUKA O GRZECHU PIERWORODNYM I ODKUPIENIU

a. Powszechność grzechu
Wierzymy, że w Adamie wszyscy zgrzeszyli; dlatego to natura ludzka, wspólna wszystkim ludziom, z powodu grzechu pierworodnego przezeń popełnionego doprowadzona została do stanu, w którym ponosi szkody stąd wynikłe; nie jest ona tą naturą, którą posiadali pierwsi rodzice nasi, stworzeni w świętości i sprawiedliwości, i w której człowiek wolny był od zła i śmierci. Tak więc upadła natura ludzka pozbawiona została daru łaski, którym przedtem była ozdobiona, została zraniona w swoich siłach naturalnych, poddana władztwu śmierci, która przeszła na wszystkich ludzi; z tego powodu każdy człowiek rodzi się w grzechu. Utrzymujemy więc za Soborem Trydenckim, że grzech pierworodny wraz z naturą ludzką przekazywany jest „przez zrodzenie, a nie przez naśladownictwo” i że jest on „własnym grzechem każdego”.

b. Łaska odkupienia
Wierzymy, że Pan nasz Jezus Chrystus odkupił nas przez ofiarę krzyża od grzechu pierworodnego i od wszystkich grzechów osobistych przez każdego z nas popełnionych, tak że sprawdza się zdanie Apostoła: „Gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska”.

c. Zbawienny chrzest
Wyznajemy z wiarą jeden chrzest ustanowiony przez Pana naszego Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów; że również dzieciom, które nie mogły zmazać się jeszcze grzechem osobistym, należy udzielać chrztu, aby pozbawione łaski nadprzyrodzonej przy zrodzeniu, odradzały się „z wody i Ducha Świętego do życia Boskiego w Chrystusie Jezusie”.

6. NAUKA O KOŚCIELE CHRYSTUSOWYM

a. Kościół widzialny i niewidzialny
Wierzymy w jeden, święty, katolicki i apostolski Kościół, zbudowany przez Jezusa Chrystusa na opoce, którą jest Piotr. Jest on Ciałem Mistycznym Chrystusa, społecznością widzialną; wyposażoną w organy hierarchiczne, i zarazem wspólnotą duchową, Kościołem ziemskim, Ludem Bożym pielgrzymującym tu na ziemi i Kościołem wyposażonym w dary niebieskie, zalążkiem i zaczątkiem królestwa Bożego, dzięki któremu dzieło i męka odkupienia przedłużają się w pokolenia ludzkie; pragnie on z całych sił doskonałego spełnienia przy końcu czasów w chwale niebieskiej.

b. Sakramentalna świętość Kościoła
Pan Jezus kształtuje Kościół swój przez sakramenty, które wypływają z Jego pełni. Przez nie bowiem sprawia, że członki jego uczestniczą w tajemnicy śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, pod tchnieniem Ducha Świętego, który udziela im życia i zdolności do działania. Jest więc Kościół świętym, choć w łonie swoim obejmuje grzeszników, albowiem cieszy się nie innym życiem, lecz życiem łaski; jeśli członki jego karmią się nią, uświęcają się, jeśli zaś odwracają się od niej, obciążają się grzechami i zmazami, które stoją na przeszkodzie rozszerzaniu się jego promiennej świętości. Dlatego Kościół cierpi i czyni pokutę za przestępstwa, mając władzę uwolnienia od nich swoich synów dzięki Krwi Chrystusa i z daru Ducha Świętego.

c. Władza nauczycielska
Kościół, dziedzic obietnic Bożych i córa Abrahama wedle ducha, przez owego mianowicie Izraela, którego świętych Ksiąg z miłością strzeże i którego patriarchów i proroków pobożnie czci, zbudowany na apostołach – przekazuje wiernie poprzez wieki zarówno ich słowo zawsze żywe, jak i władzę pasterską w następcy Piotra i w biskupach pozostających z nim we wspólnocie; wreszcie, ciesząc się ustawiczną opieką Ducha Świętego, pełni Kościół posłannictwo przechowywania, nauczania, wyjaśniania i rozpowszechniania prawdy, którą Bóg objawił ludziom przez proroków w pewnej mierze jeszcze przysłoniętą, a w sposób doskonały i absolutny przez Pana Jezusa.
Wierzymy w to wszystko, co zawiera się w słowie Bożym, spisanym lub przekazanym tradycją, i co Kościół podaje do wierzenia jako objawione przez Boga, czy to przez uroczyste orzeczenie, czy też w zwyczajnym powszechnym nauczaniu.
Wierzymy w nieomylność, którą cieszy się następca Piotra, gdy przemawia ex cathedra, jako pasterz i nauczyciel wszystkich chrześcijan, i którą posiada również Kolegium Biskupów, gdy wraz z nim wykonuje urząd nauczycielski.

d. Jedność i powszechność
Wierzymy, że Kościół, który Chrystus założył i za który się modli, jest niewzruszenie jeden co do wiary i kultu oraz przez wspólny węzeł świętej hierarchii. Przebogata różnorodność obrzędów liturgicznych w łonie tegoż Kościoła czy też prawowite zróżnicowanie dziedzictwa teologicznego i duchowego oraz poszczególnych dyscyplin nie tylko nie przeszkadza jego jedności, ale nawet jaśniej ją okazuje.
Uznając, iż poza organizmem Kościoła Chrystusowego znajduje się wiele elementów uświęcenia i prawdy, które jako dobra własne samego Kościoła nakłaniają do jedności katolickiej, a zarazem wierząc w działanie Ducha Świętego, który we wszystkich uczniach Chrystusa wznieca pragnienie owej jedności, mamy nadzieję, że chrześcijanie, którzy nie zażywają jeszcze pełnej wspólnoty jednego Kościoła, zjednoczą się wreszcie kiedyś w jedną owczarnię pod jednym pasterzem.

e. Narzędzie zbawienia
Wierzymy, że Kościół jest konieczny do zbawienia. Jeden bowiem Chrystus jest Pośrednikiem i drogą zbawienia, który w Ciele swoim, którym jest Kościół – staje się nam obecny. Lecz Boży plan zbawienia obejmuje wszystkich ludzi; ci bowiem, którzy bez winy nie znają Ewangelii Chrystusa i Jego Kościoła, szukają jednak Boga szczerym sercem i usiłują pod wpływem łaski wypełniać wolę Jego poznaną przez głos sumienia, należą również, w liczbie wiadomej tylko jednemu Bogu, do Jego ludu, choć sposobem niewidzialnym, i mogą osiągnąć zbawienie wieczne.

7. NAUKA O EUCHARYSTII

a. Ofiara
Wierzymy, że Msza, którą odprawia kapłan w zastępstwie Chrystusa mocą władzy, otrzymanej przez sakrament kapłaństwa, i która ofiarowana jest przez niego w imieniu Chrystusa oraz członków Jego Mistycznego Ciała, jest rzeczywiście ofiarą Kalwarii, która uobecnia się sakramentalnie na naszych ołtarzach.

b. Rzeczywista obecność
Wierzymy, że tak jak chleb i wino konsekrowane przez Pana podczas Ostatniej Wieczerzy przemieniły się w Ciało Jego i w Jego Krew, które niebawem miały być za nas na krzyżu ofiarowane, również chleb i wino konsekrowane przez kapłana przemieniają się w Ciało i Krew Chrystusa zasiadającego w chwale niebieskiej.
Wierzymy, że tajemna obecność Pana pod postacią tych rzeczy, które naszym zmysłom w dalszym ciągu okazują się takimi jak przedtem, jest prawdziwa, rzeczywista i substancjalna.
W tym więc sakramencie Chrystus nie inaczej może być obecny jak tylko przez przemianę całej substancji chleba w Jego Ciało i całej substancji wina w Jego Krew przy pozostawaniu tylko właściwości chleba i wina, które dostrzegamy naszymi zmysłami. Ta tajemnicza przemiana w sposób należyty i właściwy nazywana jest przez Kościół święty przeistoczeniem (transsubstantiatio). A wszelkie tłumaczenia teologów, które starają się nieco rozumieć tę tajemnicę, aby zgodne były z wiarą katolicką, powinny niewzruszenie utrzymywać, że niezależnie od naszej świadomości chleb i wino po konsekracji rzeczywiście przestają istnieć, tak że po niej godne uwielbienia Ciało i Krew Pana Jezusa są prawdziwie przed nami obecne pod postaciami sakramentalnymi chleba i wina, jak życzył sobie tego sam Pan, aby dać nam siebie na pokarm i aby nas zespolić w jedności swego Ciała Mistycznego. Jedyne indywidualne istnienie Chrystusa Pana w chwale niebieskiej nie uwielokrotnia się przez Sakrament, lecz staje się obecne w różnych miejscach świata, gdzie odprawia się ofiara eucharystyczna; oto mamy owo misterium wiary i bogactw eucharystycznych, które winniśmy bezwarunkowo uznać. To samo zaś istnienie pozostaje obecne po odprawionej Ofierze w Najświętszym Sakramencie; który przechowuje się w tabernakulum, jakby w jakimś żywym sercu naszych świątyń. Dlatego mamy obowiązek oddawać cześć i uwielbienie w Świętym Chlebie, na który oczy nasze spoglądają, samemu Słowu wcielonemu, którego one nie mogą oglądać, a które stało się obecne dla nas, nie opuszczając jednak niebios.

8. NAUKA O DZIAŁANIU KOŚCIOŁA W DOCZESNOŚCI

a. Postęp nadprzyrodzony i doczesny
Wierzymy również, że królestwo Boże, mające tu na ziemi początek w Kościele Chrystusowym, nie jest z tego świata którego kształt przemija, i że wzrostu tego królestwa nie można uważać za to samo co postęp kultury ludzkiej czy też wiedzy lub techniki; lecz że wzrost ten dotyczy wprost coraz głębszego poznawania niedościgłych bogactw Chrystusowych coraz usilniejszego pokładania nadziei w dobrach Wiecznych, coraz żarliwszego odpowiadania na miłość Bożą i wreszcie coraz obfitszego szerzenia się między ludźmi łaski i świętości.
Ta sama miłość skłania również Kościół do ciągłej troski o prawdziwe korzyści ludzi, gdy chodzi o dobra doczesne. Albowiem chociaż nie przestaje on przypominać swym dzieciom, że tu na ziemi nie mają trwałego miasta, to jednak pobudza je, aby wedle swych warunków życiowych oraz zasobów przyczyniały się do wzrostu swego ziemskiego państwa, aby popierały sprawiedliwość, pokój i zgodę braterską między ludźmi i aby udzielały pomocy biedniejszym i nieszczęśliwszym braciom.

b. Cele Kościoła
Usilnej troski, z jaką Kościół, oblubienica Chrystusowa, odnosi się do potrzeb ludzkich, do ich radości i oczekiwań, boleści i trudów, nie należy poczytywać za nic innego jak za gorące pragnienie towarzyszenia im, aby oświecać ich światłem Chrystusa i aby gromadzić oraz jednoczyć wszystkich w Nim, jedynym ich Zbawicielu. Nigdy zaś nie należy pojmować tej troskliwości w tym sensie, jak gdyby Kościół upodabniał się do spraw tego świata albo jakby słabnął w samym zapale, z jakim wyczekuje Pana i Jego wiekuistego królestwa.

9. NAUKA O OSTATECZNYM DOPEŁNIENIU ZBAWIENIA

a. Kościół eschatologiczny
Wierzymy w życie wieczne. Wierzymy, że dusze tych wszystkich, którzy umierają w łasce Chrystusa – czy to dusze mające jeszcze dopełnić ekspiacji przez ogień czyśćcowy, czy też te, które zaraz po rozłączeniu się z ciałem przyjmowane są przez Jezusa, jak dobry łotr, do raju – tworzą lud Boży po śmierci, która zostanie całkowicie zniszczona w dniu zmartwychwstania, kiedy owe dusze połączą się ze swymi ciałami.
Wierzymy, że mnóstwo dusz, które gromadzą się w raju z Jezusem i Maryją, tworzy Kościół niebieski, gdzie zażywając wiecznej szczęśliwości, oglądają Boga takim, jakim jest, a także w różnym stopniu i na różny sposób uczestniczą wespół z aniołami w sprawowaniu Boskiej władzy, przynależnej Chrystusowi uwielbionemu, gdy wstawiają się za nami i wspierają naszą słabość swą braterską pieczołowitością.

b. Świętych obcowanie źródłem nadziei
Wierzymy w obcowanie wszystkich wiernych chrześcijan, a mianowicie tych, którzy pielgrzymują na ziemi, którzy po zakończeniu życia doczesnego oczyszczają się, oraz tych, którzy cieszą się szczęśliwością niebieską – i że wszyscy łączą się w jeden Kościół; wierzymy również, że w tym obcowaniu mamy skierowaną ku sobie miłość Boga miłosiernego i Jego świętych, którzy zawsze nakłonione mają uszy ku słuchaniu naszych próśb, jak zapewnia nas o tym Jezus: „Proście, a otrzymacie”.

Wyznając tę wiarę i tą nadzieją ożywieni wyczekujemy zmartwychwstania umarłych i życia przyszłego wieku. Błogosławiony Bóg, Święty, Święty, Święty. Amen.”
Rzym, 30 czerwca 1968 r.

„Nie brak jednak, Czcigodni Bracia, w tej właśnie omawianej dziedzinie powodów do głębokiej troski pasterskiej i niepokoju, których również nie możemy przemilczać, świadomi obowiązku Apostolskiego urzędu.

Jest nam bowiem dobrze wiadomo, że wśród tych, co ustnie lub pisemnie rozprawiają o tej Najświętszej Tajemnicy, znajdują się i tacy, którzy szerzą tego rodzaju poglądy co do prywatnie odprawianych Mszy św., dogmatu o przeistoczeniu oraz co do kultu Eucharystycznego, iż powodują niepokój w duszach wiernych, a w umysły ich wnoszą poważny zamęt w sprawach wiary, jak gdyby każdemu wolno było puszczać w niepamięć naukę raz przez Kościół dokładnie określoną lub tak ją wyjaśniać, że właściwe znaczenie słów lub ogólnie przyjęte znaczenie pojęć ulega osłabieniu.

Nie godzi się przecież – aby rzecz zilustrować przykładami – tak wysoko stawiać tzw. „Mszę wspólnotową” by ujmować znaczenia Mszom odprawianym prywatnie, albo taki kłaść nacisk na aspekt znaku sakramentalnego, jakby symbolizm, który w Najświętszej Eucharystii wszyscy uznają, w całości wyrażał i wyczerpywał pojęcie obecności Chrystusa w tym Sakramencie; albo rozprawiać o tajemnicy przeistoczenia, nie czyniąc wcale wzmianki o zadziwiającej przemianie całej substancji chleba w Ciało, a całej substancji wina w Krew Chrystusa, o której mówi Sobór Trydencki, jakby ta przemiana polegała jedynie na „zmianie oznaczenia” (transsignificatio), i „zmianie celu” (transfinalisatio), albo wreszcie wysuwać i w praktyce stosować zdanie, wedle której w konsekrowanych Hostiach, pozostających po skończeniu ofiary Mszy św. nie ma już więcej obecności Chrystusa.

Każdy widzi, że te i tym podobne rozpowszechniane zapatrywania w niemałym stopniu naruszają wiarę w Eucharystię i jej kult.

Żeby więc przez posiew fałszywych opinii nie doznała udaremnienia wyłaniająca się pod wpływem Soboru nadzieja na nowy blask Eucharystycznej pobożności, która opromienić ma cały Kościół, postanowiliśmy przemówić do Was, Czcigodni Bracia, w tej kwestii, i na mocy powagi apostolskiej ukazać nasz na nią pogląd.”
Encyklika Mysterium fidei, 3 września 1965 r.

Jeszcze raz o klękaniu przed Bogiem – Maria Kominek OPs

Po opublikowaniu artykułu „Dlaczego nie klękamy” dostałam kilka listów, w których zwrócono mi uwagę (jak najbardziej słuszną), że pominęłam parę ważnych aspektów. Postaram się więc uzupełnić braki.

Poprzednie rozważania pisałam jako bezpośrednią odpowiedź na artykuł S. Krajskiego: „Klękajmy przed Bogiem”. Zasadniczo odnosiłam się do jego propozycji „skrzyknięcia się i pójścia razem do komunii św. na kolana”. Wyraziłam swoje wątpliwości co do skuteczności takiej metody. Zwróciłam uwagę na zewnętrzną stronę sposobu przyjmowania komunii św. Teraz spróbuję spojrzeć na sprawę pod trochę innym kątem. Co – obawiam się – zaprowadzi nas bardzo daleko…

Najpierw sprawa, która tylko pozornie odnosi się do strony zewnętrznej – usunięcie balasek z większości kościołów. Zostały gdzieniegdzie albo dlatego, że proboszcz nie chciał usunąć, albo dlatego, że konserwator zabytków nie pozwolił. Ale w ogóle brak balasek utrudnia niezmiernie mniej sprawnym ludziom klękanie. Nie mówiąc już o ludziach starszych. Pozwolę sobie zacytować fragment pewnego listu:

Otóż nikt pewnie nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego po V2 wraz ze zmianą liturgii, zmianą pozycji Ołtarza (a właściwie jego likwidacji i zamienieniu na stół) wszędzie ochoczo porąbali tzw. balaski…Ci, co klękają, narażeni są na gimnastyczne wygibasy i wypinanie się, kiedy mają wstać z niskiego stopnia… Przed reformą podchodziło się do stołu Pańskiego, nakrytego przez ministranta białą wykrochmaloną serwetą, przystępowanie do Komunii św. odbywało się uroczyście i pięknie.

Zostały tu poruszone bardzo istotne sprawy. I tak – po kolei:

Najpierw – czy na pewno nikt nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego usunięto balaski? Jest to niestety oczywiste – w ramach reformy liturgii balaski stają się niepotrzebne. Reforma bowiem zakłada, że msza święta przestaje być postrzegana jako Ofiara, lecz bardziej jako uczta liturgiczna. Uczta jako taka zakłada wspólny stół, naokoło którego znajdują się biesiadnicy. Ksiądz, jako przewodniczący liturgii jest jednym z nich – inni to wierni, ewentualnie też koncelebransi.  Zresztą ta teologia – Msza święta jako Uczta Eucharystyczna – pozwala na wprowadzenie niezliczonej ilości koncelebransów.

Warto w tym momencie zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt tej zmiany. Księża, a za nimi i wierni zaczęli używać określenia „Eucharystia” zamiast „Msza św.”. Powszechne stały się wyrażenia: Idziemy na eucharystię, witam na tej eucharystii, zapraszamy na eucharystię. [1]

Zmiana treści tego terminu została przyjęta i rozpowszechniona już na dobre. Doprowadziło to do wielu niejasności, wierni nie bardzo wiedzą jaka jest różnica między mszą św. a Eucharystią. Oczywiście te dwa terminy w pewnym stopniu się uzupełniają lub nawet pokrywają. Gdybyśmy mówili o liturgii eucharystycznej byłoby jasne, że mamy na myśli mszę św. Ale kult eucharystyczny nie ogranicza się do mszy św. Bez mszy św. nie byłoby kultu eucharystycznego, nie było by nabożeństw eucharystycznych, adoracji, czuwań. Dlaczego więc teraz uparcie unika się terminu „msza św.”, a używa się „eucharystia”? Wydaje się, że jedyna odpowiedź na to jest fakt, że termin „msza św.” kojarzy się wyłącznie z katolicyzmem. Więc chyba chodzi o to, by nie drażnić „braci odłączonych”, bowiem termin Eucharystia jest mniej drażliwy dla protestantów niż termin Ofiara Mszy Świętej.

Zwrócę uwagę na jeszcze jeden, bardzo powszechny ostatnio sposób unikania terminu „msza święta”. Często możemy usłyszeć takie słowa: Na tej eucharystii będziemy się modlić w sposób szczególny za… Co to oznacza sposób szczególny? Jak się modlić w sposób szczególny? Oczywiście celebrans ma myśli to, że msza jest zamówiona w pewnej intencji. Ale nie mówi już: Msza św. w intencji … lub Ofiara mszy św. złożona będzie w intencji… Nie! On się modli w sposób szczególny. Kiedyś próbowałam wymóc od księdza powtórne odprawienie mszy św. Zwróciłam uwagę na to, że nie dawałam ofiary po to, by on się modlił w sposób szczególny, ale by odprawił msze św. w danej intencji. Więc według sprawiedliwości należy się odprawić mszę w tej intencji. Wątpię czy się porozumieliśmy. Oczywiście mszy św. powtórnie nie odprawił.

Należy zwrócić uwagę również i na to, że ksiądz stał się „przewodniczącym liturgii”, przestał być ofiarnikiem. I chociaż element ofiary jest uwzględniony w Nowej Mszy (NOM) całość jednak bardziej przypomina Wieczerzę Pańską – na pamiątkę Wielkiego Czwartku z elementami Wielkiego Piątku. Nowa Msza różni się od protestanckiego nabożeństwa zasadniczo tylko faktem konsekracji. Nie tu miejsce na szczegółową analizę tego tematu – zresztą jest on bardzo dobrze opracowany i na różnych stronach internetowych można znaleźć wiele cennych informacji. Wspominam tylko dlatego, że padło zdanie nikt pewnie nie jest w stanie powiedzieć dlaczego usunięto balaski. Wydaje mi się, że wielu wiernych zadaje sobie to pytanie.  Więc powtarzam – usunięcie balasek jest logicznym następstwem reformy liturgicznej, tak samo zresztą jak wprowadzenie procesyjnego przyjmowania komunii św. I właśnie dodatkowe znaczenie ma zmuszanie do gimnastyki – jest to skalkulowane – nie wiele ludzi będzie chciało się narażać na wysiłek lub nawet na śmieszność (to wypinanie się, o której wspomina moja respondentka).

Przed reformą wszystko było uroczyste i piękne.Ja bym dodała do tego: i godne! Wszystko odbywało się z szacunkiem, nikt się nie śpieszył, każdy mógł podejść do komunii św. skupiony. Nas uczono iść do komunii z rękoma modlitewnie złożonymi, a po przyjęciu Pana Jezusa położyć skrzyżowane dłonie na piersi i skromnie patrząc w dół wrócić na swoje miejsce, uklęknąć i klęczeć aż do zamknięcia tabernakulum. Zamknięcie ogłaszano dzwonkami. Teraz rzadko można usłyszeć te dzwonki. Są takie kościoły gdzie w ogóle się nie używa dzwonków (na przykład u dominikanów na Służewie). Często jeden  ksiądz rozdaje komunię, drugi puryfikuje, trzeci siedzi i odpoczywa. I wielu wiernych przyjmuje komunię, potem siada i odpoczywa. Więc powtórzę myśl z poprzedniego artykułu – jak pasterze czynią – tak i owce. Gdyby pasterze inaczej postępowali – to i owce byłyby inne.

A dlaczego pasterze tak postępują? Odpowiedź na to nie jest łatwa. Jednak jeden z moich respondentów zwrócił mi uwagę na to, że nie wspomniałam o podstawowej przyczynie. Zacytuję kilka zdań z jego listu:

Dlaczego nie klękamy? – To nie jest kwestia zwyczaju, ja się z tym nie zgadzam. To jest kwestia Wiary. Wiary w Prawdziwa Obecność Chrystusa Pana w Eucharystii. Tej wiary nie ma wielu księży… Gdzie jest wiara w to, ze nawet w najmniejszej cząsteczce Hostii jest cały Prawdziwy Chrystus. Niektórzy maja czelność deptać po miejscu gdzie upadla Hostia…

Trudno nie zgodzić się z tymi słowami. Gdyby była głęboka wiara, ujawniała by się ona również w sposobie rozdawania komunii św. Faktem jest, że nagminne jest podawanie komunii św. bez ministranta z pateną, co może doprowadzić do tego, że wiele partykuł będzie leżało na podłodze i zostanie podeptanych.

Faktem jest, że gdy upadnie komunikant – nikt specjalnie się tym nie przejmuje.  Kapłan podniesie, najczęściej włoży głębiej do puszki (by ten kto to widział nie pomyślał, że dostanie „z podłogi”) i tyle. Albo wkłada się do vasculum. Jak bardzo teraz lekceważy się upadek komunikantu można się przekonać czytając różne wypowiedzi internautów. Oto cytat ze strony poradnictwa duchowego ks. jezuitów:

Pytanie: Co należy zrobić, kiedy upadnie komunikant? Dziś podczas przyjmowania Komunii św. nie zdążyłam uchwycić komunikant, spadł na posadzkę, kapłan przydepnął go, udało mi się go podnieść dopiero, kiedy przesunął stopę Włożyłam do ust…

Odpowiedź: Można komunikant po prostu podnieść i spożyć. Mogłoby być też tak, że kapłan bierze taki komunikant, który został znaleziony gdzieś w kącie, po czym zostawia go w specjalnym naczyniu z woda, by po jakimś czasie wodę wraz z rozpuszczonym komunikantem wylać do doniczki z kwiatkiem. Nie martw się tym wydarzeniem. Ciesz się z tajemnicy Wcielenia, którego częścią jest właśnie Komunia święta. (wytłuszczenia moje)

Oto mamy dokładnie to o czym mówiłam poprzednio – pasterz poprowadzi albo w dobrą stronę, albo na manowce. Pierwszy kapłan nawet nie zauważył, że przydeptał komunikant, wierząca osoba ciężko przeżyła upadek Hostii, lecz kolejny kapłan jej poradził, by się tym nie martwiła – ma się cieszyć z Tajemnicy Wcielenia. I mimochodem jakby wspomniał, że Hostie można znaleźć gdzieś w kącie. Czyżby to było tak częste? Ale przecież właśnie to przeciw Tajemnicy Wcielenia popełniono niewolne świętokradztwo. Jak tu się cieszyć. Nie należy przepraszać?

I jeszcze jedna porada innego jezuity (w imię miłości chrześcijańskiej nie podaję nazwisk):

Pytanie: Dziś, gdy przyjmowałam Komunię świętą mi również zdarzyła się taka sytuacja, że Komunikant upadł na posadzkę, ministrant nie zdążył go przyjąć na patenę. Ksiądz szybko schylił się podniósł Go, włożył do kielicha a mi udzielił innego. jest mi tak bardzo smutno i przykro z tego powodu, a może ja nie jestem godna na przyjmowanie Pana Jezusa, może to jakiś znak dla mnie??? tylko jaki??? cały wieczór myślę o tej sytuacji i aż płakać mi się chce. Proszę o modlitwę.

Odpowiedź: Nie przesadzaj. Każdemu mogło się zdarzyć. To żaden znak, co najwyżej niezręczność kapłana. Pan Jezus w takie znaki się nie bawi.[2] Tym, który chce Ci odebrać radość z Eucharystii na pewno nie jest Pan Bóg, ani Jego anioł. Nie daj sobie tej radości odebrać. Pomyśl raczej, że pokusa takich myśli pozwala Ci bardziej stanąć przy Panu, pokazać, że Mu ufasz, że wierzysz Jego miłości i żaden głupi przypadek tego Ci nie odbierze. (wytłuszczenia moje)

Otóż to – dla kapłana to jest „głupi przypadek”, a osoba, która ciężko przeżywa to, że komunikant upadł – przesadza.

Ale zwróćmy uwagę na jeszcze jeden element tej korespondencji – ani wierna, ani kapłan nie zastanawiają się nad tym, że obrażono Pana Jezusa (co prawda w sposób niezamierzony). Ona martwi się o sobie (czy Pan Jezus jej nie odrzucił), a kapłan ją (skądinąd słusznie – to nie jest znak odrzucenia) uspakaja. I wszystko było by dobrze, gdy by kapłan nie określił tego zdarzenia jako głupi przypadek, gdyby wyjaśnił, że upadek komunikanta wiąże się z naruszeniem czci, należnej Bogu. Mamy piękny przykład na indywidualizację wiary. I ze strony kapłana i ze strony wiernego.

A jak było dawniej? Dawniej miejsce, gdzie upadł komunikant zabezpieczono, tak by nikt tam nie stanął. Mógł to zrobić ministrant lub inny świecki. Potem ksiądz podniósł Hostię i partykuły (jeśli były widoczne), w końcu miejsce zwilżono i wytarto dokładnie puryfikaterzem. Z puryfikaterzem postępowano różnie – można było umieścić w sacrarium, ewentualnie opłukać trzy razy, a wodę od płukania wylać do doniczki z kwiatami.

A propos zabezpieczenia miejsca, gdzie upadł komunikant, czytałam wyjątkowo zabawną odpowiedź pewnego księdza na pytanie wiernego. Wierny pytał czy to prawda, że przed Soborem Watykańskim II miejsce gdzie upadla Hostia zabezpieczano obrysowując go.. Otóż duszpasterz radzi mu by nie wierzył we wszystko, co się mówi o liturgii przedsoborowej. Bo gdyby tak było, to dziś posadki w starych kościołach byłyby upszczone zarysami w takiej ilości, że tworzyłyby istny labirynt. A tego nie ma, więc niech nie wierzy, że robiono jakieś specjalne zabezpieczenia – podniesiono Hostię, włożono do vasculum i tyle. Niestety – odpowiadający na pytania wiernych duszpasterz nie pofatygował się nawet przeczytać w Internecie jak to przed reformą liturgiczną (a nie przed Soborem Watykańskim II) było.

Na koniec jeszcze jeden przykład braku wiary lub co najmniej braku zwykłych wiadomości teologicznych osoby odpowiadającej na pytania na portalu wiara.pl

Pytanie dotyczyło, tak jak w poprzednich przykładach, upadku Hostii na ziemię, a szczególnie upadku partykuł. Oto odpowiedź (wytłuszczenia moje):

Kościół uczy, że Pan Jezus jest pod postacią chleba, nie pod postacią okruszków. Oczywiście nie znaczy to, że mamy z tymi drobinami obchodzić się bez szacunku. Ale z całą pewnością nie musimy odczuwać wyrzutów sumienia z powodu drobin, których nie byliśmy w stanie zauważyć czy zebrać trzymając patenę. Nawet jeśli teoretycznie wiemy, ze te okruszki spadły na ziemię, nie potrafimy nic sensownego wymyślić, żeby się przed tym zabezpieczyć.

No o proszę uważnie przeczytać wypowiedź – Pan Jezus jest pod postacią chleba, a nie pod postacią okruszków! I ponoć tak naucza Kościół!

Nie wiem jak nazwać taką wypowiedź – kręceniem, manipulacją czy po prostu zwykłą głupotą. Bo jak okruszki chleba to nie chleb, to być może bochen chleba też nie chleb, krople wody to nie woda, kawałki mięsa to nie mięso itd., itd.

Ale jak okruszki chleba to nie chleb, to i okruszki Hostii, to nie Hostia – więc nie musimy mieć wyrzutów sumienia, takie jest logiczne następstwo nauki udzielanej na portalu wiara.pl. No i stwierdzenie – nie potrafimy nic sensownego wymyślić,  by zabezpieczyć się przed upadkiem okruszków. Nie potrzeba nic wymyślać – od dawna wymyślono – balaski, obrus na balaskach, podtrzymywany od spodu przez wiernych, przyjmujących Komunię świętą.

Ale czytajmy dalej: Profanacją jest celowe porzucenie Świętych Postaci, celowe lekceważące obchodzenie się z nimi, a nie to, ze mimo dokładanych starań nie zdołaliśmy wszystkich okruchów uchronić przed spadnięciem na ziemię czy przylepieniem się do dłoni czy palców.

I w tym miejscu zadajmy pytanie – czy usunięcie balasek przyczyniło się do profanacji? Niestety tak, bo usunięcie balasek nie jest przypadkowe, jest przemyślane i wkomponowane w nowa liturgię (NOM).

I tak – wiara w prawdziwą, rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii zanika. Jak w Ludzie Bożym, tak i u kapłanów. Lub raczej odwrotnie – jak u kapłanów, tak i w Ludzie Bożym. Aż tu nagle cztery lata temu w Sokółce zdarzył się cud. Cud Eucharystyczny uwidaczniający prawdziwą obecność Chrystusa Pana w Hostii Przenajświętszej. Niewątpliwie ten Cud ma na celu wzmocnić, odnowić w nas wiarę. I pokazać nam, że czas się opamiętać, czas powrócić do szacunku dla Najświętszej Eucharystii.

Na początku tych rozważań napisałam, że zaprowadzą nas one daleko. Mam na myśli, że nie możemy się ograniczyć tylko do opisywania stanu faktycznego. Musimy w końcu powiedzieć parę słów na temat jego przyczyn.  Otóż nie ulega wątpliwości, że wszystko zaczęło się od wprowadzenia Reformy Liturgicznej Pawła VI. Nowa msza (NOM) odbiega daleko od tzw. starej, czyli Trydenckiej. Zatracono charakter ofiarny mszy św., stała się ona pewnego rodzaju ucztą, bardziej zgromadzeniem wiernych wraz z kapłanem niż Ofiarą Bogu złożoną. Jak zaświadcza Jean Guitton, francuski teolog i filozof, audytor świecki Va II i co istotne w tym przypadku – osobisty przyjaciel Pawła VI – papież chciał upodobnić Nową Mszę św. jak najbardziej do liturgii protestanckiej, co mu się udało i z czego był zadowolony. I tak dochodzimy do wniosku, że gdy liturgia została sprotestantyzowana, to nie ma powodu do zdziwienia, że zanika wiara w Obecność Chrystusa Pana w Eucharystii. Wszak protestanci nie wierzą w Rzeczywistą i Prawdziwą Obecność, mszy św. nie mają, sakramentu Eucharystii nie mają.

Protestantyzacja mszy doprowadziła do protestantyzacji wiary.

Maria Kominek OPs

 

PS. W tym artykule starałam się o krotką analizę istniejącego stanu rzeczy. W sposób zamierzony nie przeprowadziłam analizy teologicznej. Jak już wspomniałam, można znaleźć wiele dobrych pozycji z bardzo dokładnie opracowaną teologią.  Moim celem jest wskazanie wiernym, którzy nie są zorientowani w teologii, jak niebezpieczne jest bezkrytyczne spojrzenie na wszystko, co się dzieje „na mszy św.” I uczulić ich na te sprawy, zaniedbanie których może doprowadzić do utraty wiary. Temat jest bardzo rozległy i nie da się wyczerpać nawet dłuższym artykułem. Więc, jeśli Pan Bóg pozwoli, powrócę do spojrzenia z jeszcze innej perspektywy.

[1] Sprawia to kilka problemów – między innymi lingwistyczne. Jak bowiem mam pisać słowo Eucharystia – z dużej czy z malej litery? Jeśli zostalibyśmy przy dawnym rozumieniu terminu – Eucharystia to Najświętszy Sakrament – jasne, że należy pisać z dużej litery. Jeśli zaś rozumiemy pod słowem eucharystia mszę św. – to należy pisać z małej litery – termin bowiem staje się rzeczownikiem pospolitym.

[2] Ciekawie czy cuda eucharystyczne, jak na przykład w Sokółce, ten kapłan też by określił jako coś w co bawi się Pan Jezus?

Dlaczego nie klękamy? – Maria Kominek OPs

 

(Zamiast komentarza do artykułu S. Krajskiego „Klękajmy przed Bogiem” – http://kukonfederacjibarskiej.wordpress.com/2012/07/15/klekajmy-przed-bogiem/)

To, że Komunię świętą należy przyjmować zawsze na kolanach nie powinno być w ogóle kwestionowane. Przed Bogiem należy się ukorzyć, klęknąć, oddać Mu chwałę. Szczególnie w momencie, gdy On przychodzi do nas, gdy zniża się do tego, by z nami się połączyć. Dlaczego więc nie klękamy, gdy przyjmujemy Komunie św.? Przecież jeszcze nie tak dawno wszędzie klękano do przyjęcia Komunii św. Chwalebny ten zwyczaj utrzymał się obecnie w bardzo niewielkiej liczbie kościołów.

Wydaje się, że jest kilka powodów. Uczono nas przez wiele, wiele lat, że należy iść do Pana z godnością i procesyjnie, bowiem w ten sposób wyrażamy swoja gotowość do podjęcia drogi chrześcijańskiej, świadczymy o tym, że jesteśmy pielgrzymami do Nieba, idziemy wspólnie, razem do Boga. Teologia ta nie jest zasadniczo błędna, choć nie uwzględnia wszystkich aspektów przystępowania do Komunii świętej.  Teologia – teologią, a praktyka – praktyką. Praktyka zaś ukazuje wszystkie mankamenty procesyjnego podchodzenia do komunii. Jest to  zasadniczo podchodzenie w kolejce, które często wygląda bardzo różnie. Ludzie klękają przed plecami poprzednika, co czasami powoduje zmieszanie w kolejce. Nie bardzo wiadomo komu oddają cześć. Gorzej jest na mszach dla dzieci – dzieci często się przepychają i rozmawiają, upominają się nieraz wzajemnie, by wypluć gumę!, odchodzą rozmawiając. Najgorzej jest jednak na mszach uroczystych, w których uczestniczy wielka liczba ludzi. I to niezależnie od tego czy są to msze polowe czy w świątyni – zawsze jest bardzo źle. Księża przepychają się przez tłum, tłum napiera na księży. Księża podają komunię tym z przodu tłumu i tym z tylu. Nie ma żadnego skupienia, żadnego momentu adoracji w czasie przyjmowania komunii. Widziałam (nie wymyślam, widziałam!) księdza, który chodził po ławkach, trzymając w jednym ręku puszkę z komunikantami. Młody i sprawny – jakoś się nie potknął, ale to nie zmienia faktu, że Panu Jezusowi szacunku żadnego nie okazano. Widziałam wielokrotnie jak upadają partykuły – przecież na mszach z taką ilością ludzi raczej nie pamięta się o patenach. A gdyby ludzie mieli podejść spokojnie do księży rozdających komunię, uklęknąć i w spokoju odejść, to nie byłoby bałaganu, nie byłoby przepychanki i co najważniejsze – nie byłoby obrazy Chrystusa Pana. Jednak nauczono nas podchodzić w kolejce (procesji) i nie zastanawiamy się nad tym. Przecież księża tak uczą – więc musi tak być dobrze.

My – wierni jesteśmy jak owce. Tak nauczał Pan Jezus i wbrew temu, co twierdzą niektórzy egzegeci, nauczał tak nie dlatego, że ówcześni ludzie znali tylko życie pasterskie i inne przykłady byłyby dla nich niezrozumiałe, ale dlatego, że owce są na tyle głupie, że bez pasterza nie dadzą rady. Jeśli pasterz jest dobry, to i stado pójdzie we właściwym kierunku. A jeśli jest zły – stado łatwo stanie się łupem wilków. Pasterz zresztą nie koniecznie musi być zły. Może być tylko bezmyślny, może jego też tak nauczono, a on jest bezrefleksyjny. I jest przekonany, że nie ma nic lepszego niż procesyjne podchodzenie do komunii.

Wszystko ostatecznie zależy od pasterzy. Znam pewnego księdza, który prosi wiernych, by przyjmowali komunię św. na kolanach, o ile nie mają przeszkód zdrowotnych. No i raczej wszyscy przyjmują na klęcząco. Ale w tym samym kościele następnego dnia mszę św. odprawia inny ksiądz i staje z puszką nic nie mówiąc – wszyscy podchodzą „na stojąco”. A to są zawsze ci sami ludzie, którzy chodzą codziennie do kościoła. I w zależności od tego kto odprawia mszę św. w inny sposób przyjmują komunię.

Pasterze… Ale od kilku lat Najwyższy Pasterz daje nam przykład – komunię św. należy przyjmować na kolana. To dlaczego tak mało wiernych klęka?  Są dwa powody. Jeden – to zwyczajnie się wstydzą. Nie chcą się wyróżniać, boją się ludzkiej opinii. Parę razy zadano mi takie pytanie: Nie boisz się, że pomyślą, że jesteś wariatką? No jakoś się nie boję, ale faktem jest, że w każdej parafii jest jakaś osoba nie w pełni sprawna umysłowo i najczęściej taka osoba regularnie przystępuje do komunii na klęcząco. Ponieważ się nie boi i nie wstydzi.

Drugi powód to zrażenie się po kilku próbach. Albo ksiądz pominął, albo kazał czekać aż wszystkim innym rozda komunię, albo po prostu odmówił. (Kiedyś, gdy odczekałam aż wszyscy przyjmą komunię na stojąco i dalej klęczałam obok księdza, on się zwrócił do mnie i zapytał: „A pani na co czeka tutaj, na komunię?” Był to młody kapłan i chyba pierwszy raz się spotkał z takim „dziwolągiem”.) Więc ludzie się zrażają i nie próbują więcej.

S. Krajski proponuje, by się skrzyknąć i razem uklęknąć przed księdzem, tak by wymusić udzielenia komunii św. na klęcząco. Może to być skuteczne, tylko skąd znaleźć tylu chętnych. Kiedyś tak zrobiliśmy, było nas chyba sześć osób. Kapłan jednak stanął obok nas i rozdawał innym (na stojąco), w końcu się jednak zlitował i nad nami. Gdyby cały pierwszy stopień był zajęty klęczącymi, może sprawa wyglądała by inaczej…

Ostatecznie nic się nie zmieni, póki kapłani nie zaczną (za przykładem Ojca Świętego) udzielać komunii św. klęczącym i wyjaśniać wiernym, że powinni Bogu oddać należną Mu chwałę. Ale po czterdziestu kilku latach ruiny nie jest łatwo odbudowywać.

Nam zostaje modlić się do Matki Bożej za kapłanów i niezależnie od opinii ludzkiej przyjmować Chrystusa Pana na kolanach.

Maria Kominek OPs

6 sierpnia 2012

Papieska reforma liturgiczna: na Mszach papieskich coraz więcej osób przyjmuje Komunię św. do ust

 

Papieska pasterka u św. Piotra w Rzymie była na powrót „premierą” godnego obchodzenia się z Sanctissimum. I nie tylko sam Papież udzielał Komunii św. wyłącznie do ust, lecz wszyscy towarzyszący mu kapłani, którym wydano uprzednio odpowiednie polecenia.

Benedykt XVI powrócił do udzielania Komunii św. w czasie liturgii papieskich wyłącznie do ust

Jest to już drugi istotny wymiar odnowy wprowadzony za obecnego pontyfikatu dotyczący przyjmowania Komunii świętej. Polega on na wzmocnieniu świadomości rzeczywistej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, a co a tym idzie sposobu obchodzenia się z Sanctissimum, wymagającego skupienia i szczególnej czci ze strony wszystkich wiernych, której Ojciec Święty upatruje najprzód w formie przyjmowania Komunii świętej z głęboką czcią i szacunkiem. Toteż Benedykt XVI powrócił do udzielania Komunii św. w czasie liturgii papieskich wyłącznie do ust.

Od 2008 roku Komunia św. udzielana przez papieża ma coraz częściej miejsce w postawie klęczącej z użyciem pateny. Papież uczynił przyjmowanie Komunii św. do ust normatywną i wyłączną formą przyjmowania Pana Jezusa na sprawowanych przez siebie Mszach św. W tym celu wydano kapłanom z Bazyliki św. Piotra udzielającym Komunii św. odpowiednie polecenia.

Papieska gwardia uwrażliwiła wiernych stojących w kolejce do Komunii św. na sposób jej przyjmowania. Pasterze musieli więc uzmysłowić tylko nielicznym nieuważnym owieczkom, które z przyzwyczajenia wyciągały jeszcze dłonie, że Ciało Pańskie można przyjąć wyłącznie do ust.

Na ów wymiar odnowy zwrócił uwagę na swoim blogu (WDPRS) [znany] amerykański ks. John Zuhlsdorf. Ponieważ liturgie papieskie są bezspornym wzorcem, mają wielkie znaczenie dla świata.

Za: katholisches.info

Tłumaczenie: Anna Kaźmierczak

Powaga doktrynalna św. Tomasza z Akwinu w Kościele katolickim

 

Powaga doktrynalna św. Tomasza z Akwinu w Kościele katolickimTeologia używa filozofii jako narzędzia spekulacji nad tym, co objawione, a nieodpowiednie narzędzie filozoficzne, błądzące w stosunku do rzeczywistości, może jedynie zatruć i zniszczyć teologię, jak to uczynił agnostycyzm u modernistów. Wspomnienie wraz z rocznicą Pascendi tej szczególnej decyzji papieskiej, opartej zresztą na poprzednich zarządzeniach Stolicy Apostolskiej, a także wyrażonej w kodeksie prawa kanonicznego z 1917 roku, zachęca do zastanowienia się nad wartością autorytetu doktrynalnego św. Tomasza.

Setna rocznica encykliki Pascendi była (także na łamach Zawsze wierni – przyp. red.) okazją przypomnienia genezy modernizmu i wyjaśnienia, co właściwie kryje się pod tą nazwą. Ponieważ zaś jedną z głównych przyczyn modernizmu jest niewiedza, dlatego pośród różnych środków zaradczych – takich jak przysięga antymodernistyczna, kryteria wyboru profesorów w seminariach i na uniwersytetach katolickich czy cenzura duchowna (wprowadzenie obowiązkowego imprimatur) – papież św. Pius X zalecił przede wszystkim odpowiednią podstawę studiów filozoficznych i teologicznych. święty papież doskonale rozumiał, że choroba modernizmu atakuje głównie umysł. Zalecił więc lekarstwo na płaszczyźnie intelektualnej, postanawiając wzmocnić dyscyplinę naukową panującą na uczelniach katolickich. Odtąd miała tam obowiązywać wyłącznie filozofia scholastyczna, czyli ta, którą – wedle zamiaru asymilacji czystego arystotelizmu przez filozofię chrześcijańską, wyrażonego przez Grzegorza IX – usystematyzował św. Tomasz z Akwinu, komentując pisma Arystotelesa.

Zalecenie św. Piusa X jest całkowicie zrozumiałe, ponieważ refleksja św. Tomasza nad Arystotelesem stanowi tylko (i aż) filozoficzną systematyzację zdrowego rozsądku. Rzeczywistość była bowiem dla obu tych filozofów punktem wyjścia w ich badaniach nad porządkiem świata, a więc nad bytem i jego właściwościami. Ponieważ zaś istota bytu i zdrowy rozsądek pozostają wciąż takie same, filozofię tę nazywa się philosophia perennis (‘filozofia wieczysta’).

Teologia używa filozofii jako narzędzia spekulacji nad tym, co objawione, a nieodpowiednie narzędzie filozoficzne, błądzące w stosunku do rzeczywistości, może jedynie zatruć i zniszczyć teologię, jak to uczynił agnostycyzm u modernistów. Wspomnienie wraz z rocznicą Pascendi tej szczególnej decyzji papieskiej, opartej zresztą na poprzednich zarządzeniach Stolicy Apostolskiej, a także wyrażonej w kodeksie prawa kanonicznego z 1917 roku, zachęca do zastanowienia się nad wartością autorytetu doktrynalnego św. Tomasza.

Warto przypomnieć, że św. Tomasz z Akwinu żył w latach 1225-1274, nauczał m.in. na Sorbonie i w Neapolu. Ten wybitny dominikanin szukał prawdy wszędzie, gdzie to było możliwe. Jego ogromne dzieło odwołuje się do największych myślicieli zarówno chrześcijańskich, jak i pogańskich. Pełnił funkcję osobistego teologa Aleksandra IV, Urbana IV i Klemensa IV. Wśród jego licznych prac największym i najbardziej znanym dziełem jest trzyczęściowa Suma teologiczna; zasłynął też jako autor tekstów liturgicznych na święto Bożego Ciała, cechujących się wyjątkową głębią duchową, opartą na najczystszej teologii katolickiej, a wyrażoną w pięknej poezji. Liczba jego dzieł i poruszanych w nich zagadnień świadczy o wszechstronności i niezwykłej wydajności jego genialnego umysłu, przenikającego prawdy Boże z bystrością i jasnością czystego ducha. Z tego powodu nazywa się św. Tomasza Doktorem Anielskim.

Autorytet naukowy najbardziej uczonego ze wszystkich świętych i najświętszego z uczonych można rozważać zarówno na płaszczyźnie filozofii, jak i teologii. Jeśli chodzi o filozofię, Tomasz posiadał “bardzo bystrą inteligencję, bardzo wierną pamięć, niewyczerpaną możność pracy, erudycję bez granic, najprzebieglejszą pomysłowość, a przy tym będąc prawego życia; szukając podkreślenia tylko prawdy i mając miłość tylko do niej, pozostaje bez wątpliwości, że został wspaniale obdarowany przez naturę do zajmowania się filozofią” (Pius XI, Studiorum ducem, 29 VI 1923). Wkład Doktora Anielskiego w rozwój myśli katolickiej został podsumowany przez Kongregację Studiów 7 VII 1914 r. w postaci 24 tez tomizmu, zawierających główne zasady i konkluzje filozofii św. Tomasza. W jego systemie nie sposób doszukać się sprzeczności z wiarą, a tam, gdzie możliwości ludzkiego umysłu okazywały się ograniczone, ta sama wiara wskazywała mu prawdziwe i konieczne konkluzje filozoficzne. Nauka św. Tomasza, oparta na poznaniu rzeczywistości i odpowiedniej metodzie, stanowi doskonałą filozofię chrześcijańską: “Rozważcie, że sposób nauczania będzie tym doskonalszy, im bliższy będzie nauczaniu św. Tomasza” (Leon XIII, list z 25 XII 1880 r.). “Co się tyczy studiów, chcemy i zalecamy usilnie, aby filozofia scholastyczna była podstawą studiów teologicznych. (…) Zalecając filozofię scholastyczną, mamy na myśli nie kogo innego, tylko św. Tomasza z Akwinu i przez niego zostawioną nam filozofię. (…) Profesorów szczególniej upominamy, aby pamiętali, że wszelkie pomijanie św. Tomasza przy studiach, zwłaszcza metafizycznych, przynosi poważny uszczerbek” (św. Pius X, Pascendi, 8 IX 1907). Aby znieść wszelkie wątpliwości, Stolica Apostolska stwierdziła: “Główne punkty filozofii św. Tomasza nie mają być uznane jako opinie, o których można dyskutować w tą czy tamtą stronę, ale uważane jako podstawy na których nauka o rzeczach naturalnych i boskich jest zbudowana” (św. Pius X, Doctoris Angelici, 29 VI 1914).

Idąc w tym samym kierunku, Benedykt XV zapisał w prawie kanonicznym obowiązek wykładania na uczelniach katolickich filozofii i teologii wedle nauki Doktora Anielskiego (Codex Iuris Canonici 1917, kan. 589 i 1366). Pius XI i Pius XII konsekwentnie kontynuowali to stanowisko. Ten ostatni, broniąc Oblubienicy Chrystusowej przed atakiem neomodernizmu w postaci la nouvelle théologie – nowej teologii, napisał o wiecznej filozofii w Humani generis: “Filozofia ta uznana i przyjęta przez Kościół broni, jako jedyna, autentycznej i prawdziwej wartości ludzkiego poznania, niewzruszonych zasad metafizyki i w końcu efektywnego poszukiwania każdej pewnej i niezmiennej prawdy. (…) Jest ona najskuteczniejsza ze wszystkich filozofii, aby zabezpieczyć podstawy wiary, jak też, aby przyjąć korzystnie i bez szkody owoce prawdziwego postępu”.

Szczególną wartość mają zalecenia Kościoła odnośnie do nauczania Akwinaty w dziedzinie teologii. Jan XXII kanonizował św. Tomasza 18 VII 1323 r., stwierdzając, że “niemożliwe jest aby jego nauczanie nie było cudowne, gdyż bardziej niż wszyscy inni doktorzy oświecił Kościół, a studiując jego naukę przez tylko jeden rok odnosi się większą korzyść niż studiując naukę innych przez całe swoje życie”. św. Pius V bullą Mirabilis Deus (11 IV 1567 r.) ogłosił Tomasza Doktorem Kościoła, podkreślając, że jego autorytet przyświecał ojcom Soboru Trydenckiego (na ołtarzu obok Pisma św. położono podczas obrad egzemplarz Sumy teologicznej). Leon XIII, wznawiając studia nad tomizmem encykliką Aeterni Patris (4 IV 1879 r.), zaznaczył, iż Akwinata zajmuje szczególne miejsce wśród Doktorów Kościoła. W poświęconym temu zagadnieniu brewe z 4 sierpnia 1880 r. świątobliwy papież dodał: “Nauka jego jest jak morze, obejmująca wszystko, co nam w dziedzinie myśli przekazała starożytność. Wszelka prawda w niej zawarta: wszystko o czym mądrze rozprawiali filozofowie pogańscy, Ojcowie i Doktorowie Kościoła, światli mężowie, którzy przed nim byli – wszystko, co Tomasz nie tylko znał, ale pogłębił, udoskonalił, zorganizował z taką jasnością i trafnością, z taką siłą logiki i artyzmem w formie, iż zdaje się, że torując drugim drogę i ułatwiając im rozwiązanie najzawilszych kwestii, odjął im jednocześnie możność nie tylko prześcignięcia go, ale i dorównania mu”. Dlatego też “oddalenie się od Tomasza w filozofii, a zwłaszcza w teologii, nie może się odbyć bez poważnej szkody” (św. Pius X, motu proprio z 29 VI 1914 r.). Kościół uznał zatem jego doktrynę za swoją, odnajdując w jego nauczaniu teologicznym całkowicie pewne objaśnienie prawd wiary. Przyznano mu z tego powodu nie tylko tytuł Doktora Anielskiego ale także Doktora Powszechnego Kościoła (Pius XI, Studiorum ducem).

Papieże nalegali aby tomizm wykładano bezpośrednio na podstawie pism św. Tomasza, zwłaszcza w oparciu o Sumę teologiczną. Oczekiwano od wykładowców, że będą raczej komentować Akwinatę, niż przedstawiać autorski program; zaraz po Magisterium Kościoła autorytetem objaśniającym objawienie miał być św. Tomasz. Chodziło również o to, aby zaoszczędzić młodym teologom lektury traktatów teologicznych często bardzo wybitnych, ale pełnych ciężko strawnej dla początkujących, czysto sylogistycznej oschłości – w przeciwieństwie do metody i stylu Tomasza, które sprawiają, że lektura jego pism jest stosunkowo łatwa. Jest absolutnie pewne, że wolą Kościoła było, aby św. Tomasz, ze względu na wybitną prawowierność jego nauczania, był podstawą wszelkich studiów teologicznych. Ponieważ jednak słychać było protesty z kręgów naukowych, papież Benedykt XV podkreślił, “że jest bezwzględnie konieczne, aby pozostały zachowane i niezmienione ustalenia zalecone z taką mądrością pod tym względem poprzez Naszych poprzedników, a zwłaszcza Leona XIII i Piusa X” (List do Ojca Hugona, 5 V 1916 r.). Wobec szerzącego się nieposłuszeństwa neomodernistów Pius XII przypomniał, że wszystkie te zalecenia nadal obowiązują. Właśnie wówczas potępiono także przedstawicieli nouvelle théologie, jak jezuici de Lubac czy Daniélou lub dominikanin Congar.

Jakie wnioski należy wyciągnąć z tej nadzwyczaj pochlebnej oceny wystawionej przez Kościół św. Tomaszowi zarówno na polu filozofii, jak i teologii?

Po pierwsze, opór wobec tych zaleceń ukazuje wyraźnie obraz nieposłuszeństwa względem Stolicy Apostolskiej wśród ludzi odpowiedzialnych za wychowanie intelektualnej elity Kościoła. Jak bowiem nazwać szmuglowanie do seminariów przez niektórych wykładowców czy seminarzystów zakazanej nouvelle théologie albo przekazywanie czegoś, co było absolutnie nie do pogodzenia z podstawami tomizmu? Dlatego właśnie św. Pius X podkreślał, że moralną przyczyną modernizmu jest pycha (chęć niepodlegania Magisterium) i nieposłuszeństwo. Modernizm nie jest chorobą czysto intelektualną, bowiem niewiedza modernisty to często niewiedza zawiniona. Zwolennicy bicia się w pierś i przepraszania za błędy swych poprzedników mają tutaj okazję dokonania jakże uzasadnionych przeprosin za grzechy zaniedbania i nieposłuszeństwa, a także za ich katastrofalne skutki dla owczarni Chrystusowej. Wszystkie uczelnie katolickie powinny dokonać rachunku sumienia i przeanalizować swoje programy nauczania. Katolickie uniwersytety katolickie i papieskie akademie teologiczne ujrzałyby wówczas, że ich nauczanie nijak się ma do zaleceń Kościoła; wręcz przeciwnie, wedle słów św. Piusa X, oddalając się od Tomasza w filozofii, a zwłaszcza w teologii, wyrządzają poważną krzywdę swym studentom i całemu Kościołowi.

Po drugie, równie szkodliwe okazuje się, w świetle niezmiennego i powszechnego głosu papieży, teologiczne aggiornamento Soboru Watykańskiego II. Pod jego wpływem miało nastąpić rzekome wyzwolenie Kościoła spod ideologizacji tomizmu – ideologizacji, która, wedle opinii m.in. ks. prof. Tischnera, prof. Swieżawskiego czy dominikanina o. Michała Palucha (dyrektora Instytutu Tomistycznego w Warszawie), miała wyrządzić krzywdę samemu św. Tomaszowi! Jest to nie tylko szalenie krzywdzący zarzut w stosunku do świętych papieży, jak Pius V czy Pius X, lecz także oznacza podważanie w praktyce autorytetu Magisterium Kościoła, pod którego osąd św. Tomasz pokornie poddał swe nauczanie. Jednak atak na tomizm prędzej czy później załamie się, gdyż wedle Leona XIII “tomizm daje się zastosować do wszystkich potrzeb nie tylko jednej epoki, ale wszystkich czasów, i podaje broń pierwszorzędną do zbijania wszystkich błędów, tyle razy zbijanych, a wciąż się odradzających pod coraz to innymi nazwami. Nauka św. Tomasza potwierdza i utwierdza się sama; zawsze traw niezwyciężona i przeraża głęboko swych przeciwników” (brewe z 4 VIII 1880 r.)

Po trzecie, uznanie niezaprzeczalnego autorytetu Tomasza jest najlepszą odtrutką dla umysłów pragnących wydostać się z sideł modernizmu. Oczywiście nie chodzi tu o wykluczenie innych dobrych teologów ani o uznanie, że w tomizmie wszystkie elementy mają taką samą ważność, nie chodzi wreszcie o zaniechanie rozwoju myśli teologicznej. Wszak św. Tomasz nie poruszył szczegółowo wszystkich kwestii, ale opierając się na Tradycji, wskazał i dał teologom grunt dla pewnego i prawdziwego postępu teologicznego. Chodzi zatem o podkreślenie konieczności utrzymania głównych zasad tomizmu oraz oparcia studiów teologicznych bezpośrednio na pismach Doktora Anielskiego, a zwłaszcza na Sumie…. św. Tomasz jest bowiem niezaprzeczalnie “regula certissima – najpewniejszą regułą” doktryny chrześcijańskiej (św. Pius V, Mirabilis Deus, 11 IV 1567 r.), co zostało potwierdzone w prawie kanonicznym Kościoła. Doktor Powszechny skupia bowiem mądrość przeszłości i przekazuje jej sedno tym, którzy pragną ją posiąść. Czytając Tomasza, czytamy Pismo św., poznajemy myśl Ojców Kościoła, naukę Doktorów średniowiecza, ale także opinie najwybitniejszych filozofów pogańskich. Nie będzie chyba nadużyciem stwierdzenie, że to sam Pan Bóg chciał, aby w XIII wieku genialny dominikanin dokonał takiej właśnie naukowej syntezy, stając się dzięki temu na zawsze drogowskazem dla przyszłych pokoleń filozofów i teologów. Według świadectwa brata Reginalda z Piperno, osobistego sekretarza św. Tomasza, Chrystus Pan powiedział mu w objawieniu pod koniec życia: “Dobrze pisałeś o Mnie, Tomaszu; jakiej pragniesz nagrody?” – na co Doktor Anielski odpowiedział: “Żadnej, jeno Ciebie, Panie!”.

Pius XI pisał w encyklice Studiorum ducem w 650. rocznicę śmierci św. Tomasza, czy raczej w 650. rocznicę jego narodzin dla nieba, że jak kiedyś w czas głodu faraon odsyłał Egipcjan do Józefa: “Ite ad Joseph – Idźcie do Józefa”, tak dzisiaj tym, co wśród zamętu pojęć szukają prawdy, powiedzieć można: “Ite ad Thomam! – Idźcie do Tomasza!”. Idź i Ty, drogi Czytelniku.

Franciszek Malkiewicz

Za: konserwatyzm.pl (” Franciszek Malkiewicz: „Powaga doktrynalna św. Tomasza z Akwinu w Kościele katolickim”")

Potrzeba nowej katolickiej kontrreformacji

 

 

 

Roberto de Mattei 2013-03-23 pch24

Kościół ma nowego papieża: pierwszego papieża spoza Europy, pierwszego papieża z Ameryki Łacińskiej, pierwszego papieża o imieniu Franciszek. Środki masowego przekazu starają się odgadnąć, na podstawie jego przeszłości jako kardynała, arcybiskupa Buenos Aires i jako zwykłego księdza, jaka będzie przyszłość Kościoła za jego pontyfikatu. Jaką przyniesie „rewolucję”?

 

Hans Küng określa tę elekcję mianem „najlepszego możliwego wyboru” („La Repubblica”, 14 marca 2013). Jednak dopiero po nominacji  współpracowników  i po pierwszych ważnych decyzjach oraz wystąpieniach można będzie przewidzieć główne linie pontyfikatu Papieża Franciszka. W przypadku każdego papieża ma bowiem zastosowanie prawda, którą wypowiedział kardynał Eneasz Silwiusz Piccolomini w 1458 r., w chwili wyboru na Stolicę Piotrową, przybierając imię Piusa II: „zapomnijcie o Eneaszu, przyjmijcie Piusa.”

 Historia nigdy nie powtarza się dokładnie tak samo, ale przeszłość pomaga zrozumieć teraźniejszość. W XVI wieku Kościół Katolicki przechodził bezprecedensowe kryzysy. Humanizm zatruł swym niemoralnym hedonizmem Kurię Rzymską, a nawet samych papieży. Reakcją na to zepsucie była pseudo-reformacja Marcina Lutra, rozwiązana przez papieża Leona X, Medyceusza, jako „spór mnichów”. Herezja zaczęła się rozszerzać, gdy w 1522 roku nieoczekiwanie papieżem po raz pierwszy został wybrany Niemiec, Adrian Florent z Utrechtu, który przyjął imię Hadriana VI.

 Krótki pontyfikat nie pozwolił mu na realizację zamierzonych projektów, szczególnie - jak pisze historyk papiestwa, Ludwig von Pastor – „gigantycznej wojny z masą nadużyć niszczących Kurię Rzymską podobnie, jak i cały Kościół”. Jednakże nawet, gdyby rządził on dłużej, zło w Kościele było już zbyt zakorzenione, by -  jak zauważa Pastor – „pojedynczy pontyfikat mógł spowodować zmianę tak wielką, jaka była konieczna. Całe zło uczynione przez kilka pokoleń można było naprawić jedynie długą i nieprzerwaną pracą.”

 Hadrian VI rozumiał skalę tego zła i odpowiedzialność ludzi Kościoła, co jasno wynika z instrukcji, którą w jego imieniu odczytano na sejmie w Norymberdze 3 stycznia 1523 r. Chodzi o dokument, jak stwierdza Ludwig von Pastor, o  nadzwyczajnej wadze, nie tylko z powodu ujawnienia reformatorskich pomysłów papieża, ale również dlatego, że jest to tekst bez precedensu w historii Kościoła. Po odrzuceniu herezji luterańskiej, ostatnią i najważniejszą część instrukcji Hadrian poświęca bowiem obronie najwyższej władzy kościelnej przed zwolennikami nowości. Fragment instrukcji przekazanej przez niego nuncjuszowi Chieregati mówi:

 ”Powiecie też, że otwarcie wyznajemy, iż Bóg przyzwala na to, by nadeszło owo prześladowanie jego Kościoła z powodu grzechów ludzi, a szczególnie grzechów kapłanów i prałatów. Jest oczywiste, że ręka Boga nie cofnęła się tak, by nie mógł On nas zbawić, jeśli jednak nas nie wysłuchuje, to przez grzech, który nas od Niego oddala. Pismo Święte jasno naucza, że źródłem grzechów ludu są grzechy kapłanów i dlatego też, jak zauważa Chryzostom, Odkupiciel nasz chcąc oczyścić chore miasto Jeruzalem, przyszedł pierw do świątyni, aby przed wszystkimi innymi potępić grzechy kapłanów, tak jak dobry lekarz, który uzdrawia źródło choroby.

 Wiemy dobrze, że również w tej Świętej Stolicy już od lat objawiało się wiele podłości: nadużycia w sprawach kościelnych, łamanie praw, aż wszystko [to] obróciło się w zło. Nie jest więc zdumiewające, że choroba przeniosła się od głowy na członki, od Papieża na dostojników. Wszyscy my, prałaci i dostojnicy kościelni, zboczyliśmy z drogi sprawiedliwości i od dawna nie było nikogo, kto by dobrze czynił. Winniśmy zatem my wszyscy oddać Bogu cześć i upokorzyć się przed Nim, każdy winien rozważyć, dlaczego upadł, i raczej poprawić swoje postępowanie niż narazić się na sąd Boży w dniu Jego gniewu. Ty zatem przyobiecaj w naszym imieniu, że zamierzamy dołożyć wszelkich naszych starań, by przede wszystkim przywieść do poprawy Dwór Rzymski, z którego być może wzięły początek wszystkie te złe czyny; zatem jak stąd wyszła choroba, stąd też rozpocznie się uzdrowienie, osiągnięcia którego uznajemy za swój obowiązek tym bardziej, że wszyscy oczekują takiej poprawy.

 Nigdyśmy nie pragnęli godności papieskiej i bardziej pragnęlibyśmy zamknąć nasze oczy w samotności życia prywatnego: chętnie byśmy odmówili tiary, a jedynie bojaźń Boża, prawomocność wyboru i groźba schizmy przekonały nas do przyjęcia urzędu najwyższego pasterza, którego nie chcemy wykonywać dla własnej ambicji ani by wzbogacić naszych bliskich, ale by przywrócić Kościołowi Świętemu, Oblubienicy Boga, jego pierwotną piękność pomagając uciśnionym, wynosić ku godnościom ludzi uczonych i prawych, i w ogóle czynić wszystko to, co przystoi dobremu pasterzowi i prawdziwemu następcy św. Piotra. Jednak niech nikt się nie dziwi, jeśli nie usuniemy natychmiast wszystkich nadużyć, gdyż choroba ukorzeniła się głęboko i rozrosła szeroko. Będziemy zatem stawiać krok za krokiem, a najpierw, odpowiednim lekarstwem, uzdrowimy to, co dotknięte najgorszymi i najgroźniejszymi chorobami, by zbyt pospiesznymi zmianami jeszcze bardziej wszystkiego nie skomplikować. Słusznie powiada Arystoteles, że każda nagła zmiana jest niebezpieczna dla państwa (…).”

 Słowa Hadriana VI pomagają nam zrozumieć, że również kryzys, który dziś dotyka Kościół, może mieć swoje przyczyny w błędach doktrynalnych i moralnych popełnianych przez ludzi Kościoła przez pół wieku, jakie nastąpiło po Soborze Watykańskim II. Kościół jest nieomylny, ale jego członkowie, również najwyższe władze kościelne mogą się mylić i powinni być gotowi uznać, także publicznie, swoje winy. Wiemy, że Hadrian VI miał odwagę dokonać takiej rewizji przeszłości. W jaki sposób nowy Papież stawi czoła autodestrukcji doktrynalnej i moralnej Kościoła i jaką postawę przyjmie wobec nowoczesnego świata przepojonego duchem do głębi antychrześcijańskim? Na te pytania odpowie jedynie przyszłość, jednakże pewne jest, że przyczyny współczesnych ciemności tkwią w niedawnej przeszłości.

 Historia mówi nam również, że następcą Hadriana VI został Juliusz Medyceusz, który przyjął imię Klemensa VII (1523-1534). Za jego czasów, 6 maja 1527 r. miało miejsce straszliwe  sacco di Roma, dokonane przez luterańskich landsknechtów cesarza Karola V – tak krwawe, że przewyższyło pod tym względem spustoszenie Rzymu dokonane w 410 r. Trudno opisać ilość i potworność popełnionych wówczas zniszczeń i profanacji. Szczególnie okrutnej wściekłości doświadczyły osoby duchowne: zakonnice gwałcono, księży i zakonników mordowano, bądź też sprzedawano w niewolę, świątynie burzono. Po masakrze zapanował głód i epidemia dżumy. Miasto zostało zdziesiątkowane. Katolicki lud uznał to wydarzenie za zasłużoną karę za własne grzechy, stąd też po sacco di Roma życie miasta zmieniło się diametralnie. Zanikł klimat relatywizmu moralnego i religijnego, a powszechna bieda nadała miastu znamię surowości i pokuty. Dopiero ta nowa atmosfera umożliwiła wielkie odrodzenie religijne, jakim była katolicka Kontrreformacja XVI wieku.

Roberto de Mattei

Papież i papiestwo

Image

Niedawno cały Kościół z zapartym tchem oczekiwał na wybór nowego papieża. Oczekiwania były tym większe, im bardziej niespodziewane wydarzenia je poprzedziły. Na niezwykłe okoliczności wyboru papieża Franciszka złożyła się przede wszystkim rezygnacja Benedykta XVI. Nowy papież w chwili wyboru był dla milionów katolików postacią raczej nieznaną. Jego wybór był dla wielu zaskoczeniem. Obserwatorzy od razu zwrócili uwagę na różnice pomiędzy osobowościami Benedykta XVI i Franciszka. W kilku sytuacjach nowy papież wyraźnie otoczenie zadziwił. Jest niewątpliwie postacią wywołującą emocje, postacią medialną.

Jeszcze na dobre nie zagospodarował się na Stolicy Piotrowej, a już przez niektórych został osądzony. Wielu ludzi nie potrafiło opanować skłonności do pośpiesznego oceniania, do zabierania głosu bez głębszego namysłu i należytej wiedzy. Na każdą wiadomość docierającą z Rzymu o papieżu Franciszku, pojawiały się od razu komentarze i krytyczne analizy. Nadeszła wiadomość o przemówieniu papieża: etatowi komentatorzy sklasyfikowali je jako przemówienie w duchu soborowym, ekumenicznym, wręcz synkretycznym. Zaczęła budziła się u niektórych niechęć i rozżalenie. Szybko padły przykre, nieprzyjazne słowa.

Na tym jednak nie koniec. Ludzie przesiąknięci duchem personalizmu często nie potrafią już rozróżnić osoby od urzędu, jaki ona piastuje. Stąd bierze się cały szereg niewłaściwych zachowań. Niechęć do osoby piastującej urząd prowadzi do osłabienia szacunku dla samego urzędu. Katolikom nie wolno negować urzędu papieskiego, ale przecież wiemy, że niektórzy praktykują swoją wiarę tak, jakby Stolica Apostolska po prostu nie istniała, albo jakby im nie była do niczego potrzebna. Najbardziej radykalnym przykładem takiego myślenia jest sedewakantyzm.

Wielu zapomina, że katolicyzm jest z natury swojej rzymski, papieski. I nie mam tu na myśli tylko katolicyzmu tzw. łacinników, czyli wiernych obrządku łacińskiego. Także katolicyzm wiernych obrządków wschodnich, w tym unitów (grekokatolików), jest rzymski. Rzymskość bowiem wyraża się przede wszystkim w stanie świadomości, w sposobie myślenia, reagowania. Nie trzeba koniecznie używać w liturgii języka łacińskiego, by myśleć po rzymsku, choć na pewno myślenie po rzymsku stałoby się niemożliwe, gdyby Kościół zachodni przestał odprawiać Mszę św., sprawować sakramenty i odmawiać brewiarz po łacinie. Jeśli rzeka wyschnie u źródła, to nie będzie jej też przy ujściu do morza.

Rzymskość to przede wszystkim umiłowanie Kościoła personifikowanego na ziemi przez papieża. Rzymskość to ultramontanizm, czyli — pisząc w skrócie — patrzenie na świat przez „rzymskie okulary” — z Rzymu, a dokładnie z bazyliki św. Piotra. Pięknym przykładem ultramontanina był Louis Veuillot, który swym oddaniem dla papieża zawstydzał niejednego liberalnego biskupa we Francji. Idąc za jego przykładem, odnajdujemy swe miejsce nie tylko po stronie christianitas (cywilizacja chrześcijańska), ale także po stronie romanitas (cywilizacja łacińska, rzymska), która tej pierwszej jest najpiękniejszym wcieleniem.

Im częściej oskarża się nas o nieuznawanie papieża, o niechęć i nieposłuszeństwo wobec niego, tym bardziej musimy dawać wyraz naszej rzymskości — romanitas, czyli naszego przywiązania do papiestwa. Uznajemy w Kościele papieża, tak jak dzieci w rodzinie uznają ojca, który oprócz wzlotów może mieć także upadki, obok zalet — wady, obok sukcesów — porażki. Niezmiennie jednak pozostaje ojcem.

Funkcja papieska w Kościele i ojcowska w rodzinie mają wiele wspólnego. Obie są wzniosłe i obie mają swe umocowanie w samym Bogu. Papież jest naszym ojcem, a wszelkie ojcostwo na ziemi jest echem ojcostwa Ojca niebieskiego i uczestnictwem w jego przymiotach: opatrzności, sprawiedliwości, władzy królewskiej. Ojcostwo jest więc jednym z najbardziej wyrazistych obrazów i podobieństw do samego Boga. Wyraża początek, budowę, kierownictwo i obronę.

Choć przez grzech pierworodny te piękne obrazy Pana Boga są w ludzkich duszach narażone na skażenie, deformację, to jednak zawsze istnieją. Nawet jeśli są ojcowie, którzy sprzeniewierzają się wzniosłej funkcji ojcostwa, to jednak jeszcze więcej mamy budujących wzorów pięknie ucieleśniających ideał ojcostwa. Dzięki temu ludzie na ziemi mogą lepiej zrozumieć, co to znaczy, że Bóg jest Ojcem; a także to, co znaczy, że papież jest ojcem. Godność ojcowska pozostanie zawsze ta sama i każdy, kto na ziemi tą godnością został obdarzony, może wrócić do ideału ojcostwa, jaki znajdujemy w Bogu.

Ojcostwo podobne jest do pięknej muzyki. Muzyka sama w sobie jest wspaniała, ale jeśli odtwórca gra ją niedbale, dźwięki będą sfałszowane. Jednak przez ten fakt dzieło muzyczne nie staje się godne krytyki, a tym bardziej jego kompozytor. Zamiast krytykować muzykę i kompozytora, trzeba wskazać odtwórcy błędy i przedstawić środki pozwalające mu na wierną i wykonaną z należytą starannością grę.

Ileż pięknych słów wypowiedział abp Marcel Lefebvre o katolickim Rzymie! W deklaracji z 21 listopada 1974 roku czytamy: „Całym sercem i duszą należymy do Rzymu katolickiego, stróża wiary katolickiej oraz Tradycji niezbędnej do jej zachowania; do wiecznego Rzymu, nauczyciela mądrości i prawdy”. Książka pt. Aby Kościół trwał ma wymowny podtytuł: Arcybiskup Marcel Lefebvre w obronie Kościoła i papiestwa. To, co abp Lefebvre robił na soborze i po jego zakończeniu, było m.in. obroną Stolicy Apostolskiej i papiestwa. Szczególnie sprzeciw Arcybiskupa wobec kolegializmu był wyrazem miłości do papiestwa. To nas, katolików wiernych Tradycji, zobowiązuje.

Tak jak w rodzinie ojciec może czasem się zachwiać, tak też i w Rzymie może pojawić się tendencja neomodernistyczna i neoprotestancka. Stało się tak, niestety, w dobie ostatniego soboru. Co robić, jeśli ojciec sprzeniewierzy się swej wzniosłej funkcji, jeśli okaże się jej niewierny i wypaczy ją? Co mają zrobić dzieci, jeśli widzą, że ich ojciec wpadł w sidła złego towarzystwa i popełnił jakieś błędy? Walczą o niego, modlą się za niego, ofiarują się za niego. Robią wszystko, aby go uratować. Muszą jego błędom powiedzieć „nie”, ale cały czas jego osobie mówią „tak”. Jeśli nie dociera do niego bezpośrednio to, co mu mówią, to otaczają go tym bardziej troskliwie modlitwami i ofiarami, ufając Bogu, że pomoże ich ojcu wrócić na dobrą drogę.

W przypadku papieża i papiestwa mamy do czynienia nie z funkcją naturalną, przyrodzoną, ale nadprzyrodzoną. A skoro jest ona nadprzyrodzona, to nieskończenie wyższa, bardziej godna czci od tego, co przyrodzone. W Kościele katolickim wymagane jest, aby szanować ład, opierający się nie na doskonałości moralnej poszczególnych osób, jak to jest w porządku aniołów, ale na obiektywnym podziale władzy, której ognisko skupia się w urzędzie głowy Kościoła. „Ty zaś musisz wiedzieć, że jesteś nazwany najwyższym nie ze względu na pełnię doskonałości, lecz ze względu na porównanie z innymi mocarzami świata. A nie myśl, że porównuję zasługi, porównuję funkcje. Niech każdy człowiek widzi w Tobie sługę Chrystusa, i to najwyższego pośród sług, co jednak — jak powiedziałem — nie przesądza o czyjejkolwiek świętości” — nauczał św. Bernard z Clairvaux papieża Eugeniusza III.

Godność papieską musimy na nowo odkryć. Trzeba nam sobie na nowo uświadomić, że papież ma najwyższą władzę na ziemi — nie kolidują z tym przywary czy nawet wady poszczególnych papieży. Święci doskonale łączyli miłość do papieży ze świadomością, że nie są oni aniołami i czasami wiedli nawet gorszący tryb życia. Nigdy jednak nie głosili wśród ludu błędów w wierze. W porównaniu z monarchami świeckimi, a tym bardziej z urzędnikami republikańskimi czy innymi „reprezentantami ludu”, poczet papieży jawi się jako orszak niemal anielski.

Oto św. Katarzyna ze Sieny przejęta kłopotami, z jakimi borykał się papież Urban VI, pisała do niego: „Ach, Ojcze Święty, nie trać cierpliwości, słuchając mnie, gdyż mówię ci o tym wszystkim ze względu na chwałę Bożą i na Twoje zbawienie. Tak właśnie powinno zawsze czynić kochające i czułe dziecko, które nie może spokojnie patrzeć na coś, co przynosi szkodę i wstyd własnemu ojcu. Troskliwe dziecko stoi zawsze przy boku ojca i uważnie rozgląda się dokoła, wiedząc, że ojciec, który rządzi liczną rodziną, nie może widzieć wszystkiego. Gdyby zatem prawowici synowie nie dbali o jego honor i majątek, byłby on często oszukiwany. Tak, Ojcze Święty, taka jest prawda. Jesteś ojcem i władcą powszechnej religii chrześcijańskiej, a my wszyscy chronimy się pod skrzydłami Waszej Świątobliwości. Masz władzę nad wszystkim, ale nie możesz wszystkiego widzieć, toteż Twoi synowie, ze szczerym uczuciem i bez służalczego lęku, powinni zadbać i zatroszczyć się o to, co przynosi Bogu chwałę, a Tobie oraz owcom zgromadzonym pod Twoim berłem — honor i zbawienie”.

O wzniosłości papieskiej funkcji świadczą określenia: Vicarius Christi in terra, Suprema jurisdictio, Suprema potestas. W jednej osobie potrójna władza: kapłana, nauczyciela i króla, czyli władza uświęcania, nauczania i rządzenia. Jej symbolem jest tiara, której trzy korony wyrażają również władzę, jakiej nad niebem, ziemią i czyśćcem udzielił papieżowi sam Bóg. Dziś już papieże nie noszą tiary, usunęli ją nawet ze swych herbów. Pozostała jeszcze — na szczęście — w herbach Stolicy Apostolskiej i Państwa Watykańskiego. Herby te różnią się od siebie ułożeniem kluczy św. Piotra. To właśnie tymi kluczami — czyli władzą otrzymaną od Boga — każdy papież, tak jak niegdyś św. Piotr, może otwierać lub zamykać wiele bram w niebie, na ziemi i w czyśćcu.

Czcić papiestwo to czcić samego św. Piotra Apostoła, ponieważ Stolica Apostolska jest Stolicą Piotrową. Papież zaś jest ojcem wszystkich ojców na ziemi. Kolejni papieże są następcami właśnie św. Piotra. Dobrze znamy tego apostoła z kart Ewangelii. Znamy również jego słabości, pomimo których to właśnie jego Pan Jezus uczynił Swoim zastępcą na ziemi. Jeśli więc św. Piotr przeżywał chwile wahań i porażek, to nie dziwmy się, że podobne sytuacje mogły się zdarzyć w życiu jego następców na stolicy biskupiej w Rzymie.

Kryzys w Kościele jest zawsze kryzysem papiestwa. Takich kryzysów podczas dwóch tysięcy lat historii Kościoła było kilka, choć ten najgroźniejszy dotknął Kościół w dobie  ostatniego soboru i w okresie posoborowym. Czy z tego powodu może osłabnąć nasza miłość do samego Kościoła i Stolicy Apostolskiej? Pomimo strasznej agonii Kościoła, jego cierpień  i wielu krwawych ran, nie przestaniemy go kochać. Co więcej, powinniśmy go kochać jeszcze bardziej niż dotychczas.

Znam rodziny, których członkowie płaczą, ponieważ ojciec stracił wiarę, załamał się, został alkoholikiem, popełnił fatalny błąd i wciągał całą rodzinę w bardzo trudną sytuację. Jakie może być pouczenie każdego kapłana dla takiej rodziny? Będzie to wezwanie do modlitwy za takiego ojca, o jego nawrócenie i opamiętanie. Kapłan wskaże z historii Kościoła przykłady cudownych nawróceń w wyniku modlitw i ofiar dzieci, żony, krewnych. Przede wszystkim będzie napominał, by rodzina za nic w świecie nie pogardzała swoim ojcem, lecz jeszcze bardziej modliła się za niego.

Jeśli ojciec jest chory, ciężko chory, to czy kiedykolwiek słyszano, aby dobra rodzina opuściła go z tego powodu, że ciężko zachorował? A nawet jeśli on sam stał się przyczyną swej choroby, to przecież chorego nie wolno opuszczać, należy się nim zaopiekować. Z drugiej strony dobro rodziny wymaga realizmu. Nie wolno widzieć, a nie wyciągać wniosków. Szacunek i miłość do chorego ojca nie polega na tym, by negować istnienie jego choroby i twierdzić, że wszystko jest w porządku.

Nietrudno sytuację wielu rodzin przez analogię odnieść do obecnego kryzysu w Kościele i papiestwie. Ciężka trucizna od niemal 50 lat zatruwa doktrynę, liturgię, kapłaństwo i wiernych Kościoła. Wszyscy tą neomodernistyczną, neoprotestancką, progresywną i liberalną trucizną jesteśmy dotknięci, od najmniejszego w Kościele do najwyższego — do Ojca Świętego w Rzymie. Jednak to nasz Kościół, to nasz ojciec. Nie mamy innego Kościoła i innego ojca na świecie! Im bardziej więc widzimy, że Ojciec Święty milczy wobec kryzysu w Kościele, albo nawet ten kryzys poprzez swoje postępowanie pogłębia, tym bardziej trzeba nam wszystko czynić, co w naszej możności, aby ratować rodzinę, jaką jest Kościół. Rodziny uratować się bez ojca nie da. Jakie są nasze możliwości? Czy jesteśmy soborem powszechnym? Czy jesteśmy może samą Opatrznością Bożą? Nie, ale Bóg naszym pragnieniom dopomożenia Ojcu Świętemu może dodać skuteczności.

Tak więc na drogowskazie naszego katolickiego życia widnieją hasła: kochać papiestwo, bronić papiestwa, oddać — jeśli będzie trzeba — życie za Kościół, a więc przede wszystkim za papiestwo. Odrodzenie może nastąpić tylko na zasadzie reformy głowy. Jeśli jednak już nie wiemy, czym ta głowa w ogóle jest, to jak mamy ją wesprzeć? Jeśli mamy niechęć to samej instytucji papiestwa, to jakże możemy być jego obrońcami? Jak wtedy przyczynić się do jego uzdrowienia? Jak przyczynić ma się syn do uzdrowienia swego ojca, jeśli ma niechęć do niego i wyrzuca go ze swego serca? Nawet jeżeli jako wierni katolickiej Tradycji jesteśmy czasami piętnowani przez hierarchów, to tym bardziej powinniśmy do Kościoła i do Ojca Świętego przylgnąć duchowo, składać w jego intencji ofiary. Środkiem, dzięki któremu możemy najpełniej realizować tę powinność, pozostaje modlitwa i pokuta.

Święta Katarzyna ze Sieny na wieści o narastającym kryzysie Kościoła i papiestwa wołała: „Oj, biada mi, biada, nieszczęsna moja dusza, przyczyna wszelkiego zła!”. W grzechach widziała przyczynę nieszczęść trapiących Kościół. Taka postawa uświadamia nam, gdzie mamy szukać pobudki do apostolatu. Oczyszczanie naszych dusz, naszych intencji, trwanie w stanie łaski uświęcającej, mogą realnie przyczynić się do wzmocnienia całego Kościoła i pomóc papieżowi w pełnieniu jego obowiązków.

Ojcu Świętemu będzie tym łatwiej walczyć ze złem, im bliżej świętości będziemy my sami. Walka z pewnością nie będzie mu oszczędzona, dlatego ważne jest, aby w tej bitwie nie był samotny. Dlatego wzywam Was do modlitwy za Ojca Świętego!

Arcybiskup Lefebvre mówił kiedyś: „Jesteśmy jak najdalsi od wahań, czy powinniśmy się modlić w intencji papieża. Przeciwnie, podwoimy raczej nasze modlitwy i błagania, by Duch Święty zechciał dać mu światło i moc potrzebne w dziele umacniania i obrony wiary”. Im trudniej dzieje się w Rzymie, tym więcej musimy modlić się osobiście oraz wspólnotowo w naszych kaplicach i kościołach.

Powtórzę, że władza papieska jest władzą nadprzyrodzoną, a w świecie nadprzyrodzonym wszystko od modlitwy zaczyna się i jest od niej zależne. Dlatego pilnujmy swoich myśli, nie zatrzymujmy się jedynie na zewnętrznych obrazach czy słowach. Jeśli z powodu obiektywnych przyczyn — a są nimi czyny najwyższej władzy przeciw niezmiennej katolickiej nauce, jak np. ekumenizm czy kolegializm — jesteśmy zmuszeni przeciwstawić się papieżowi, to taka postawa niech nas zawsze napawa bólem. A ponadto zachowujmy wobec władz duchownych szacunek należny ich wysokiemu urzędowi.

Sam Pan Jezus nauczał, że jeśli musimy odmówić posłuszeństwa zwierzchnikom, to jednak musimy ich szanować z powodu nadanej im przez Pana Boga godności (por. Mt 23, 2—3). Dlatego za przykładem św. Augustyna i św. Maksymiliana, stosujmy zasadę: miejmy nienawiść do błędu, ale kochajmy tego, który błądzi.

W odniesieniu do bliźnich powinniśmy się starać zawsze zachowywać ducha prawdziwie chrześcijańskiego, a on charakteryzuje się realizmem i obiektywizmem. Te dwie cechy znajdują swój wyraz w respektowaniu polecenia Pana Jezusa: „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni” (Łk 6, 37). Nie osądzajmy więc ludzkich intencji, bowiem zna je tylko sam Bóg. My natomiast możemy jedynie odnieść się do zewnętrznych czynów, zgodnie z Jezusowymi słowami: „Po owocach ich poznacie” (Mt 7, 16).

Czyny ludzkie muszą być więc rozważane i oceniane, także czyny ojca. Zgubnym poleceniom trzeba odmówić posłuszeństwa, ale zawsze należy to zrobić tak, by każdy jasno widział, że naszą intencją nie jest lekceważenie ojca, a jedynie obowiązek wyższego posłuszeństwa wobec samego Boga oraz naprawienie nadużyć władzy, jakie Jego ziemski Wikariusz popełnił. Jest to postawa głębokiej życzliwości, choć wyrażonej w postawie sprzeciwu.

Nie każdy, kto władcy mówi „nie”, jest rewolucjonistą. Gdy papież Paweł VI pozbywał się swej zewnętrznej oznaki nadprzyrodzonej godności — tiary — wielu katolików, boleśnie wstrząśniętych tym czynem, w duszy sprzeciwiło się temu. Czasami zdarza się, że sam król przyłącza się do rewolucji, a jego poddani bronią porzuconej korony, by mu ją oddać z powrotem, gdy on się opamięta. Życzliwość wobec błądzącego ojca zawsze jest wartością, zawsze przynosi słodkie owoce, choć czasami trzeba na nie poczekać. Surowe potępianie wszystkiego rzadko zmienia sytuację na lepsze.

Jeśli będziemy musieli odmówić posłuszeństwa — a przecież może się zdarzyć, że broniąc wiary, będziemy musieli to uczynić — dokonajmy tego aktu z wielkim bólem w sercu, z rozdartą duszą, z ogromnym smutkiem. Serca będą się karmiły w takiej sytuacji nadprzyrodzoną miłością do ojca, który oddala się od istoty swego ojcowskiego powołania. Jeśli będziemy musieli nawet publicznie postawiać mu opór, to serce nam będzie łkało z tego powodu, bo przecież to jest nasz ojciec.

W takiej sytuacji był św. Paweł, gdy musiał św. Piotrowi powiedzieć „nie”. W Liście do Galatów czytamy: „Gdy zaś Kefas przyszedł do Antiochii, wręcz mu się sprzeciwiłem, gdyż był wart nagany” (Ga 2, 11). Tak, w tamtej chwili Kefas „był wart nagany”, ale jednocześnie zawsze był wart miłości. Święty Paweł okazał mu i jedno, i drugie, upominając go z miłością należną wobec ojca.

Taka postawa jest zadaniem niezmiernie trudnym, bardzo przeciwnym naszej ułomnej naturze, ale przecież mamy ku pomocy Niepokalaną. Zatem do Niej zwracajmy się z błaganiem o siły. Ona w Fatimie dała nam wzór miłości do papieża i papiestwa. Hiacynta, której Maryja ukazała wizję papieża, z przejęciem opowiadała Franciszkowi i Łucji to, co ujrzała: „Zobaczyłam Ojca Świętego w bardzo dużym domu. Klęczał przy stoliku, miał twarz ukrytą w dłoniach i płakał. Na zewnątrz było dużo ludzi, którzy rzucali nań kamieniami, inni wykrzykiwali i wymawiali brzydkie słowa. Biedny Ojciec Święty, musimy się bardzo za niego modlić”.

Kiedyś abp Lefebvre, mając na uwadze katolicką Tradycję, prosił papieża Jana Pawła II, a my dziś prosimy papieża Franciszka: „Ojcze Święty, przez chwałę Jezusa Chrystusa, przez dobro Kościoła i zbawienie dusz, prosimy Cię żarliwie, byś jako następca św. Piotra, jako pasterz Kościoła powszechnego rzekł biskupom całego świata tylko jedno słowo, tylko jedno zdanie: «Nie przeszkadzajcie im», «Aprobujemy swobodę wykonywania tego, co wielusetletnia Tradycja czyniła dla zbawienia dusz»”.

Nie możemy zapominać, że bez względu na błędy swego widzialnego i tymczasowego zastępcy, to Chrystus Pan rządzi Kościołem. I to On ma moc i siłę, aby zwyciężyć wroga dusz. Dlatego zwracajmy się do Niego i Jego Niepokalanej Matki, trwając w modlitwie i pokucie w intencji Ojca Świętego. I parafrazując słowa św. Ambrożego, skierowane do św. Moniki, gdy ta płakała nad losem niewierzącego jeszcze wówczas Augustyna, wciąż sobie powtarzajmy: „Ojciec tylu łez nie może nie wrócić do apostolskiej Tradycji katolickiej”.

Niech szczególnie w obecnych czasach tak głębokiego kryzysu papiestwa towarzyszy nam modlitwa wyjęta z Litanii do wszystkich świętych: „Wszechmogący, wieczny Boże, zmiłuj się nad sługą Swoim, najwyższy Pasterzem naszym Franciszkiem i prowadź go wedle Swej łaskawości po drodze zbawienia wiecznego, aby za łaską Twoją pragnął tego, co się Tobie podoba, i z całą mocą wypełniał”.

ks. Karol Stehlin FSSPX