Chwała Bogu

OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Pytel odpowiada Patynowskiej: Stadiony nie nadają się na liturgię

20130706_jns_mz_15Powstaje pytanie, dlaczego historyk sztuki dokonuje tego rodzaju manipulacji, po co dopuszcza się fałszu?

7 lipca br. w portalu Fronda.pl ukazał się tekst pióra pani red. Marii Patynowskiej zatytułowany „Rekolekcje na stadionie jako realizacja Soboru Watykańskiego II”. Nie sposób pozostawić go bez komentarza, tym więcej, że autorka stara się dodać wiarygodności zawartym w nim tezom powołując się na swoje wykształcenie jako historyka sztuki.

Na początku czytelnik dowiaduje się, że pani red. Patynowska, po długim i zapewne bolesnym procesie dojrzewania w niej pewnych przekonań, doszła do wniosku – oczywiście „jako historyk sztuki” – „że stadiony bardzo nadają się na kościoły”, a ostatnim aktem tego procesu przemiany świadomości był udział w rekolekcjach ks. Johna Bashobory. Czytaj dalej

Nowa ewangelizacja to nie spektakl, a ciche ofiarowanie – Arkadiusz Robaczewski

 

Ojciec John Basobora na Stadionie Narodowym, przyznam, nie rozpalił moich emocji, ani przed spotkaniem, ani w jego trakcie (przebywałem w tym czasie w domu), ani też nie wywołuje emocji po całym zdarzeniu. Z okazji ewangelizacji stadionowej przez jednych byłem zachęcany do gestów oburzenia, które mogłyby uchodzić za święte przez innych do takich samych usilnie prowokowany. Nie powiodło się ani jednym, ani drugim. Do stadionowej ewangelizacji mam odniesienie obojętne.

Zrodziło tylko owo wydarzenie  kilka refleksji:

Wiem, że Bóg i Jego działanie jest Tajemnicą. Wiem też, że działa zawsze w sposób szczególny w czasie każdej Mszy św., także podczas tych, sprawowanych z dala od stadionów i innych wielkich wydarzeń. Podczas Mszy, które nigdzie nie są reklamowane, dokonuje się również największy Cud – urzeczywistnia się Ofiara naszego Odkupienia. Jeśli ktoś szuka innych cudów i znaków, może rzeczywiście ich potrzebować, bo traci albo już niepostrzeżenie stracił wiarę w Cud Mszy św; stracił też zaufanie Bogu, o obie te straty nietrudno przecież w dzisiejszym świecie. Rozumiem, że ktoś taki, mniej lub bardziej świadomy swego stanu, potrzebuje niezwykłości, dawki niecodziennych emocji, by swą gasnącą wiarę w ten sposób podtrzymać. Rozumiem i nie protestuję. Nie przeczę też, że Pan Bóg, Jezus Chrystus i Duch Święty działają w szczególny sposób przez poszczególne osoby, w tym, być może, przez ks. Boshoraboę. Czytaj dalej

Bóg jest Ojcem!

Stan duchowej rebelii, w jakim znajdują się ludzie i całe społeczności, jest skierowany przede wszystkim przeciwko obowiązkowi posłuszeństwa wobec Boga. Ludzie, negując naturalny dla stworzeń stan zależności od Stwórcy, sprowadzają sami na siebie bałagan, chaos i nieszczęścia. Widać to zarówno w skali globalnej — w życiu społecznym, politycznym, ekonomicznym — jak i w mikroskali, w życiu indywidualnym — na poziomie intelektualnym, duchowym, rodzinnym i emocjonalnym. Czytaj dalej

Judaizacja nowego rytu Mszy – ks. prof. Michał Poradowski

Judaizacja Chrześcijaństwa polega przede wszystkim na wyeliminowaniu dogmatu Trójcy Przenajświętszej, a przynajmniej na jego interpretacji kabalistycznej, a jest to widoczne już w samych początkach Kościoła, i łatwo nam to zrozumieć, gdyż należeli do niego w pierwszych wiekach głównie nawróceni na Chrześcijaństwo żydzi (w nowej mszy mamy usunięte wszystkie odniesienia do Trójcy świętej za wyjątkiem ostatniego błogosławieństwa, które abp.H.Bugnini również pragnął zupełnie wyeliminować – red.) (…) Widzimy że już za czasów apostolskich niektórzy żydzi ochrzczeni, być może, że w dobrej wierze, usiłowali judaizować wiarę chrześcijańską- o czym wspominają teksty z Dziejów Apostolskich i z Listów Apostołów, a z biegiem czasów szerzyli najrozmaitsze herezje, z których najbardziej judaistycznymi były arianizm i protestantyzm.

Otóż ostatnio, to jest po Drugim Soborze Watykańskim, być może na skutek zbliżenia i współżycia przez ekumenizm z protestantami, niektóre dogmaty naszej wiary zostały ponownie zaatakowane przez judaizm, a wśród nich przede wszystkim samo centrum całego naszego życia religijnego, jakim jest Msza święta. Nie jest to herezja nowa, gdyż już wielokrotnie w ciągu całej historii Kościoła do niej powracano, ale obecnie stała się bardzo niebezpieczna, gdyż przenika nawet do hierarchii kościelnej, będąc jakby wskrzeszeniem błędów Lutra i Cranmera. Luter bowiem i arcybiskup anglikański Cranmer szczególniej oddawali się szerzeniu owej herezji, którą bez przesady, można i należy nazywać “herezją śmiertelną”, gdyż zabija ona najważniejszy dogmat katolickiej wiary: rzeczywistą obecność Chrystusa Pana w Eucharystii.

Msza święta bowiem – według tradycyjnej nauki Kościoła -jest ustanowiona przez samego Chrystusa Pana, podczas Ostatniej Wieczerzy, a na jej istotę składają się różne elementy, gdyż będąc Niekrwawą Ofiarą Eucharystyczną i “wielką tajemnicą wiary”, jest powtarzaniem Ofiary Krzyżowej, łącznie z Eucharystyczną Ofiarą Ostatniej Wieczerzy. Chrystus Pan bowiem wybrał dla swej Męki, przez którą odkupił cały rodzaj ludzki i cały “świat”, dni, które w historii Izraela, przypominały jej najważniejsze wydarzenie, a więc tzw. Paschę, czyli ostatnią wieczerzę-biesiadę przed wyjściem żydów z Egiptu, “ziemi niewoli”. To przez ten fakt, Ostatnia Wieczerza także była ową wieczerzą-biesiadą, zwłaszcza dla uczestniczących w niej dwunastu Apostołów, stając się przez to jednym ze składników późniejszej Mszy świętej, ale tylko jednym z wielu i to najmniej ważnym w porównaniu z dwoma innymi, a mianowicie z Ofiarą Krwawą na Krzyżu i z Ofiarą Niekrwawą w wieczerniku, czyli z ustanowieniem Eucharystii.

Otóż wspomniana współczesna judaizacja Mszy świętej polega na tym, że uważa się Mszę świętą tylko i jedynie za powtarzanie owej uczty-biesiady paschalnej z czasów Mojżesza, całkowicie pomijając wszelkie wspomnienie Ofiary Krzyżowej i Ostatniej Wieczerzy, jako aktu ustanowienia Eucharystii przez Chrystusa Pana, czyli przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Jezusa Chrystusa.

I tak, na przykład, w Chile, już od wielu lat jeden za znanych sędziów, członek sądu najwyższego, z okazji Wielkiego Tygodnia, z uporem pisze w prasie, że Ostatnia Wieczerza jest tylko i wyłącznie spełnieniem obowiązku Jezusa i Jego uczniów celebrowania historycznej Paschy żydowskiej, czyli wydarzenia historycznego wyjścia żydów z niewoli egipskiej, argumentując, że wszystko inne – a więc Przeistoczenie i Męka na Krzyżu, czyli akt Od-kupienia i ustanowienia Eucharystii – nie ma żadnego znaczenia, ani uzasadnienia, gdyż są to tylko wymysły autorów Ewangelii.

Że takie stanowisko zajmuje ortodoksyjny żyd chilijski, jest czymś zrozumiałym, ale że takie samo stanowisko zajmują niektórzy chrześcijanie, uważający się za katolików i to prawie we wszystkich krajach tradycyjnie katolickich, to jut zupełnie inna sprawa. Taką judaistyczną postawę zajął Luter i jego zwolennik arcybiskup Cranmer. Bo to właśnie Luter zniszczył w protestantyzmie Mszę świętą, jako akt istotnie związany razem z Ostatnią Wieczerzą (a więc z ustanowieniem Eucharystii przez Chrystusa Pana) i z Ofiarą na Krzyżu, uważając, że Ostatnia Wieczerza, celebrowana przez Chrystusa Pana, była tylko i wyłącznie zwykłym i tradycyjnym spełnieniem starych zwyczajów obchodzenia Paschy z czasów Mojżesza i niczym więcej. (Luter twierdził, że w Mszy św. od momentu Offertorium “wszystko już śmierdzi ofiarą”. W nowej Mszy zupełnie usunieto wspaniałe modlitwy Ofertorium, pełne woni katolickiej teologii ofiary, wprowadzając w ich miejsce modlitwę pochodzącą z żydowskich ksiąg liturgicznych na okoliczność błogosławieństwa pokarmu: błogosławiony jesteś Panie Boże, bo dzięki Twej hojności – przyp.red.) Natomiast Cranmer, idąc śladami Lutra i będąc konsekwentnym, ale jednocześnie przebiegłym, pozostawia cały ceremoniał Kościoła katolickiego, aby przekonać swych zwolenników i utrzymać ich w złudzeniu, że owe msze anglikańskie są takie same jak katolickie, a więc że się nic nie zmieniło. Aby jednak podkreślić, że owe msze anglikańskie nie są ofiarami składanymi Bogu, a tylko owym wspomnieniem Paschy Mojżesza, zniósł ołtarze i zastąpił je stołami. Wywołało to jednak protesty ze strony wiernych, więc, po pewnym czasie powrócono do ołtarzy i dzisiejsze “msze” anglikańskie bardziej przypominają dawne Msze Katolickie, niż obecny NOM, gdyż niestety, niedawne reformy liturgiczne w Kościele katolickim, przyjęły zwyczaj protestancki “stołu”, a nie “ołtarza”, co pozwala zwolennikom judaizmu podkreślać składnik “wieczerzy-biesiady”, bo dla biesiady i jedzenia wystarczy stół, ale dla “ofiary” potrzebny jest “ołtarz”, a fakt, że ten dzisiejszy “stół-ołtarz” zawiera relikwie świętych nie wpływa na mentalność uczestników, którzy pod wpływem judaizmu skłonni są uważać Mszę świętą tylko za “wieczerzę-biesiadę”. Stąd też logiczny nacisk, aby wszyscy uczestnicy przystępowali do Komunii świętej, gdyż tylko w ten sposób mogą brać udział w “wieczerzy-biesiadzie”, a skoro nie ma Przeistoczenia, to Eucharystia nabiera charakteru tylko polskiego opłatka, wypiekanego z okazji świąt Bożego Narodzenia.

To gromadne przyjmowanie Komunii świętej, bez uprzedniej spowiedzi, stało się już nagminnym zwyczajem w wielu krajach, który jeszcze bardziej podkreśla charakter Mszy świętej jako tylko “wieczerzy-biesiady”, ale jednocześnie właśnie przez to przyczynia się do judaizacji Mszy świętej, czyli do urobienia poglądu, że jest ona tylko i wyłącznie wspomnieniem Ostatniej Wieczerzy już pozbawionej swej istoty, a więc już bez łączności z Ofiarą na Krzyżu i bez Przeistoczenia, a więc ta judaizacja Mszy świętej pozbawia ją de facto swej istoty, sprowadzając j ą wyłącznie tylko do pamiątki Paschy z czasów Mojżesza. Tak to, główny dogmat wiary katolickiej, przez tę judaizację, został poważnie zagrożony. (…) “Stoły” nadają Mszy świętej charakter jakiegoś świeckiego “zgromadzenia wiernych”, podobnego do jakiegokolwiek zgromadzenia świeckich, gdyż, wobec ołtarza ludzie zachowują postawę religijną, a wobec stołu całkiem świecką, bezreligijną. Zachowanie się tych osób na owych zgromadzeniach wiernych więcej przypomina synagogę niż świątynię, bo wszyscy rozmawiają, witają się swobodnie i zachowują się tak, jakby nie było w Tabernaculum Eucharystii, jako rzeczywistej obecności Chrystusa Pana, skoro Msza święta już jest dla nich tylko wspomnieniem Paschy Mojżesza, a nie Ostatniej Wieczerzy. Sama Msza święta przestaje być “świętą”, skoro jest tylko wspomnieniem jakiegoś wydarzenia z życia Izraela, a nie z życia Chrystusa Pana. Już sam fakt, że Eucharystia materialnie przestała być centrum świątyni, gdyż ją przeniesiono w jakiś kącik na boku, a jeśli czasami jeszcze pozostała w centrum, to kapłan celebruje tyłem do Tabernaculum, co także sprawia wrażenie lekceważenia rzeczywistej obecności Chrystusa Pana w Eucharystii. Tylko więc powrót do dawnych zwyczajów odprawiania Mszy świętej twarzą do ołtarza, w którym przebywa Chrystus Pan w Tabernaculum, może położyć kres tej judaizacji Mszy świętej.

Przecież samo słowo “Pascha” ma zupełnie inne znaczenie w tradycjach żydowskich, a inne w chrześcijańskich. Dla żydów jest to tylko “wieczerza-biesiada” przed wyjściem z Egiptu, w czasach Mojżesza, a dla chrześcijan jest to przede wszystkim Ofiara na Krzyżu, odkupią] ąca całą ludzkość i wspomnienie Ostatniej Wieczerzy, w czasie której Chrystus Pan ustanawia Eucharystię, a więc Mszę świętą, a także i wspomnienie Zmartwychwstania, a wspomnienie Paschy żydowskiej jest tylko marginesowe i pośrednie, bo tylko poprzez Ostatnią Wieczerzę, a nie wprost jako wydarzenie historyczne w życiu Izraela.

ks. prof. Michał Poradowski

 

ZOB. TAKŻE:

O biskupach, chwiejności i frajerstwie

Przed rokiem 1992, w którym Stolica Święta opublikowała Katechizm Kościoła Katolickiego, V przykazanie kościelne brzmiało: „W czasach zakazanych zabaw hucznych nie urządzać”. Kiedy przypadały owe „czasy zakazane”? Jak poucza nas sapieżyński Katechizm Religii Katolickiej wydany w Krakowie w 1945 r. „Czasy zakazane trwają od pierwszej niedzieli Adwentu do Bożego Narodzenia włącznie i od środy Popielcowej do Wielkiejnocy włącznie”. Ani jednego słowa o wszystkich piątkach roku! Piątkowa wstrzemięźliwość od mięsa – owszem, bo to regulowało przykazanie III, w którym prawodawca polecał „posty nakazane zachowywać”, ale o zabawach ani słowa Czytaj dalej

Piąteczek u KEPskich

 

 

Dowiedzieliśmy się przedwczoraj, że polscy biskupi ograniczyli czas zakazany do Wielkiego Postu. Objęte nim dotąd piątki zostały z przyczyn praktycznych “uwolnione” ze względów praktycznych: często przenosi się na nie uroczystości rodzinne lub szkolne. Konserwatywna część polskiego internetu wyraźnie posmutniała. Tymczasem widzę tu jedynie konsekwencję procesów istniejących, wręcz hulających od przynajmniej kilkudziesięciu lat.

Pierwszym, zupełnie lekceważonym zagadnieniem jest kwestia wolnych sobót, o której pisałem jakiś czas temu:

w dawnych czasach przedłużano sobie cotygodniowy odpoczynek. Historja zapamiętała to w różnych kontekstach. W Polsce – pejoratywnie, pod hasłem „szewskiego poniedziałku”, a więc dnia, w którym kontynuowano picie na umór. Ale Anglosasi znają go jako „święty poniedziałek”, tradycyjny dzień absencyj, znany i tolerowany przynajmniej od czasów industrializacji.

Czy jest jakaś różnica między weekendem składającym się z soboty i niedzieli a weekendem obejmującym niedzielę i poniedziałek ?

Myślę, że tak. Układ aktualnie stosowany powoduje, że to sobota stała się ulubionym dniem tygodnia większości ludzi. Bowiem jest to pierwszy dzień odpoczynku, podczas gdy niedziela to już oczekiwanie na powrót do kieratu. Sporo ludzi spędza weekend w następujący sposób: w piątek wieczorem impreza (bynajmniej niezgodna z pokutną naturą piątku, którą powinniśmy szanować!), w sobotę – odsypianie szaleństwa, w niedzielę: załatwianie spraw zalegających przez cały tydzień. Albo nieco inaczej: w piątek spotkanie ze znajomymi, bo dzięki temu można później udać się na odpoczynek. Tu trudniej o grzech, ale wciąż dość łatwo o niezachowanie postu piątkowego. Prawda, że gdyby weekend obejmował nie szabat, lecz święty poniedziałek, nie doszłoby do wielu grzechów ?

Ale drugą podstawą wspierającą procesy laicyzacyjne jest sama religja posoborowa. Jej antropocentryczny wymiar (“wspólnotowość” widoczna choćby w nowych rytach sakramentów i w samej Mszy) spycha Boga na dalszy plan. Skoro nie jest On najważniejszy nawet w trakcie liturgji, to tem mniejsza szansa, iż będzie najważniejszy poza nią, w codziennem życiu.

KEPscy nie wpoili w naszą naturę pokory wobec Boga ani ducha pokuty. Te aspekty katolicyzmu są niemal nieobecne u współczesnych ludzi, w tem u niżej podpisanego. Ale receptą na tę diagnozę nie jest kapitulacja, lecz walka. Oczekiwałbym zatem od biskupów starań o przywrócenie piątkowi jego właściwego wymiaru. Tymczasem nic takiego się nie dzieje. Od przynajmniej dwudziestu pięciu lat nie mówiło się w kościołach o konieczności powstrzymania się od zabaw w ten dzień. Analogicznie jest z postem bezmięsnym. Wielu praktykujących katolików nie wie o istnieniu takiego obowiązku, a zatem nie przestrzega go. Mogę przyjąć zakład o butelkę dobrej whisky, że KEPscy przed 2020 r. zniosą posty piątkowe kierując się “względami praktycznymi”.

Ktoś może zapytać: czy te przepisy są w ogóle istotne? “Nikt ci nie broni pościć, nikt cię nie wyciąga do dyskoteki, nikt za ciebie nie wypije pięciu piw”. Przed wiadomym (anty)Soborem powoływaliśmy się chętnie na św. Tomasza z Akwinu, wskazującego, że dwa byty idealne, a więc państwo i Kościół, powinny współpracować w jednym, najistotniejszym celu, którym jest doprowadzanie dusz do zbawienia. Herezja wolności religijnej w państwach katolickich przeciwstawia się udziałowi państwa w tej misji, do czego już się jakoś dostosowaliśmy w ostatnim półwieczu. Jednak teraz pojawia się jej jakby dopełnienie: również i Kościół porzuca, redukuje swą misję wspierania człowieka w jego dążeniu do nieba.

Demon Soboru Watykańskiego II coraz głośniej podpowiada swoim wyznawcom aksjomat nowej religji. W wersji konserwatywnej brzmi on: “wszyscy dobrzy ludzie pójdą do nieba”, a w wersji liberalnej: “wszyscy pójdą do nieba”. Skoro tak, to można spokojnie zaorać upierdliwych tradycjonalistów i potem odpocząć po ciężkiej pracy … Choćby i w darkroomie …

Krusejder

Za: Młot na posoborowie (23 czerwca 2013)

 

Komunikat z 362. Zebrania Plenarnego Konferencji Episkopatu Polski

Wieliczka – Kraków, 23.06.2013 r.

W dniach 21 i 22 czerwca 2013 r. odbyło się w Wieliczce zebranie plenarne Konferencji Episkopatu Polski. Obradami kierował Przewodniczący Konferencji, abp Józef Michalik.

[...]

2. Biskupi przyjęli nowelizację IV przykazania kościelnego. W miejsce dotychczasowego zapisu, który brzmi: “Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w okresach pokuty powstrzymywać się od udziału w zabawach” przyjęto nowe brzmienie: “Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w czasie Wielkiego Postu powstrzymywać się od udziału w zabawach”. Oznacza to, że okres formalnego zakazu zabaw został ograniczony do Wielkiego Postu. Nie zmienia to jednak w niczym dotychczasowego charakteru każdego piątku jako dnia pokutnego, w którym katolicy powinni “modlić się, wykonywać uczynki pobożności i miłości, podejmować akty umartwienia siebie  przez wierniejsze wypełnianie własnych obowiązków, zwłaszcza zaś zachowywać wstrzemięźliwość” (por. kan. 1249-1250). Wyjątkiem są jedynie przypadające wtedy uroczystości. Jeśli więc w piątek katolik chciałby odstąpić ze słusznej przyczyny od pokutnego przeżywania tego dnia, winien uzyskać odpowiednią dyspensę.

[...]

Podpisali:
Pasterze Kościoła katolickiego w Polsce

Wieliczka – Kraków, 23.06.2013 r.

Całość: Konferencja Episkopatu Polski

KOMENTARZ BIBUŁY: Po radykalnej nowelizacji IV przykazania kościelnego, Autorzy piszą: “Nie zmienia to jednak w niczym dotychczasowego charakteru każdego piątku jako dnia pokutnego“. W niczym nie zmienia? Naprawdę “w niczym”? Czy Autorzy żarty sobie urządzają z poważnej sprawy?

Nie wiemy jakie konkretnie podpisy widnieją pod tym dokumentem (“Podpisali: Pasterze Kościoła katolickiego w Polsce“), zatem dla potomności przypominany obecny skład KEP, aby pamiętać kogo z nazwiska kojarzyć z destrukcją Kościoła w XX-XXI wieku:

Prezydium
przewodniczący – abp Józef Michalik
wiceprzewodniczący – abp Stanisław Gądecki
sekretarz generalny – bp Wojciech Polak

Rada Stała
przewodniczący – abp Józef Michalik
wiceprzewodniczący – abp Stanisław Gądecki
prymas Polski – abp Józef Kowalczyk
kardynałowie metropolici – kard. Stanisław Dziwisz, kard. Kazimierz Nycz
sekretarz generalny – bp Wojciech Polak
6 biskupów diecezjalnych – abp Stanisław Budzik, abp Andrzej Dzięga, abp Marian Gołębiewski, abp Marek Jędraszewski, bp Edward Dajczak, bp Kazimierz Ryczan
2 biskupów pomocniczych  – bp Adam Lepa, bp Józef Kupny[3]

Komisje
Nauki Wiary – przewodniczący bp Andrzej Czaja
Wychowania Katolickiego – przewodniczący bp Marek Mendyk
ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów – przewodniczący bp Adam Bałabuch
ds. Duchowieństwa – przewodniczący kard. Stanisław Dziwisz
ds. Duszpasterstwa – przewodniczący abp Stanisław Gądecki
ds. Misji – przewodniczący bp Jerzy Mazur
Charytatywna – przewodniczący bp Jan Zając
ds. Instytutów Życia Konsekrowanego, Stowarzyszeń Życia Apostolskiego – przewodniczący bp Kazimierz Gurda
Mieszana – Biskupi, Wyżsi Przełożeni Zakonni – przewodniczący abp Wacław Depo
ds. Polonii i Polaków Zagranicą – przewodniczący bp Wiesław Lechowicz
Rewizyjna – przewodniczący abp Wiktor Skworc

Rady
ds. Rodziny – przewodniczący bp Kazimierz Górny
Naukowa – przewodniczący bp Andrzej Dziuba
ds. Ekumenizmu – przewodniczący bp Krzysztof Nitkiewicz
ds. Dialogu Religijnego – przewodniczący bp Mieczysław Cisło
ds. Apostolstwa Świeckich – przewodniczący abp Marian Gołębiewski
ds. Społecznych – przewodniczący bp Józef Kupny
ds. Duszpasterstwa Młodzieży – przewodniczący bp Henryk Tomasik
ds. Kultury i Ochrony Dziedzictwa Kulturalnego – przewodniczący bp Wiesław Mering
ds. Środków Społecznego Przekazu – przewodniczący abp Wacław Depo
ds. Migracji, Turystyki, Pielgrzymek – przewodniczący bp Edward Janiak
Prawna – przewodniczący abp Andrzej Dzięga
Ekonomiczna – przewodniczący kard. Kazimierz Nycz

Zespoły
ds. Kontaktów z Konferencją Episkopatu Francji – przewodniczący bp Zbigniew Kiernikowski
ds. Kontaktów z Konferencją Episkopatu Litwy – przewodniczący bp Jerzy Mazur
ds. Kontaktów z Konferencją Episkopatu Niemiec – przewodniczący abp Wiktor Skworc
ds. Kontaktów z Przedstawicielami Kościoła greckokatolickiego na Ukrainie – przewodniczący bp Marian Rojek
ds. Kontaktów z Polską Radą Ekumeniczną – przewodniczący bp Krzysztof Nitkiewicz
Pomocy Kościołowi na Wschodzie – przewodniczący bp Antoni Dydycz
ds. Rozmów z Rosyjskim Kościołem Prawosławnym – przewodniczący bp Wojciech Polak
ds. Stypendiów Naukowych i Językowych – przewodniczący bp Andrzej Dziuba
ds. Dialogu – przewodniczący podzespołów bp Marian Rojek, bp Mieczysław Cisło, bp Krzysztof Nitkiewicz, bp Marian Kruszyłowicz, bp Teofil Wilski
ds. Apostolstwa Trzeźwości – przewodniczący bp Tadeusz Bronakowski
Programowy ds. Telewizyjnych Transmisji Mszy św. – przewodniczący bp Adam Lepa
ds. Społecznych Aspektów Intronizacji Chrystusa Króla – przewodniczący abp Marian Gołębiewski
ds. Duszpasterstwa Służby Zdrowia – przewodniczący bp Stefan Regmunt
Ekspertów ds. Bioetycznych – przewodniczący: abp Henryk Hoser
ds. Sanktuariów – przewodniczący bp Jan Zając
Biskupów ds. Duszpasterskiej Troski o Radio Maryja – przewodniczący bp Andrzej Suski
ds. Nowej Ewangelizacji – przewodniczący bp Grzegorz Ryś
ds. Nowelizacji Regulaminu KEP – abp Stanisław Budzik, bp Piotr Libera, bp Artur Miziński

Rzecznik prasowy
ks. Józef Kloch

Czego chcą od nas biedni Niemcy? Cz.I

 Jeżeli ktoś ze swoich sukcesów – ze swojej historii, ze swojego dorobku cywilizacyjnego, ze swojej polityki  – jest  zadowolony, potrafi dawać temu wyraz.  Emanuje spokojem i pogodą ducha, która udziela się także innym. Nie zazdrości. Potrafi mówić o swoich błędach bez skrępowania.  Przeprasza za swoje dawne zbrodnie, o ile je popełnił, bez obłudy przyznając się do nich. Jest wielkoduszny. Chce żeby inni cieszyli się razem z nim z jego osiągnięć. Jest pełen wdzięku. Czytaj dalej

Czego chcą od nas biedni Niemcy? cz.II

Mamy powody, by protestować. Ostatnia produkcja telewizyjna naszych zachodnich sąsiadów „Matki i ojcowie” jest filmem antypolskim. Reakcją oficjalną powinny zająć się władze polityczne. Świat naukowy powinien robić wszystko, by prawda o udziale Polaków w ratowaniu nie tylko własnej Ojczyzny, ale obywateli pochodzenia żydowskiego, była ukazana jak najpełniej. Opinia publiczna na szczęście mobilizuje się do odpierania kłamstw.

Czytaj dalej

Czego chcą od nas biedni Niemcy? Cz.III (dokończenie)

Posted on 19.04.2013 by Ewa Polak-Pałkiewicz

„W Niemczech funkcjonuje stereotyp Polaka antysemity”, obwieszcza w jednym z tygodników opinii wydawanych w Polsce prof. Hans Henning Hahn,  historyk z uniwersytetu w Oldenburgu. „Nie dotyczy on wyłącznie polskiego ruchu oporu, tylko wszystkich Polaków i jest popularny również w innych krajach”.

Profesor Hahn dodaje, że jest on „oczywiście nieprawdziwy”, ale zarazem „dość silnie ugruntowany”.

Dalszy wywód rozmówcy tygodnika upewnia, że źródła i dzieje tego stereotypu są czymś na kształt niezbadanego żywiołu, który po prostu rodzi się i trwa, nie podlegając w zasadzie modyfikacjom. I nie ma na niego rady. Nauka jest wobec niego bezsilna, „stereotypy są nieracjonalne”. Czytaj dalej

Chodzi tylko o wiarę

 

  Prawdziwy kryzys, jaki przechodzi świat, nie ma nic wspólnego z ekonomią. To kryzys wiary. I ten niełatwy moment rezygnacji papieża kładzie snop światła na ten fakt”.

 

Tych słów nie wypowiedział żaden z biskupów Bractwa Świętego Piusa X.

 

Ich autorem jest niedawny szef jednej z watykańskich agend (obecnie rozwiązanej, w związku z abdykacją papieża, Rady ds. Nowej Ewangelizacji), abp. Bruno Fisichella.

 

Ogromny wstrząs, jakim była abdykacja następcy św. Piotra spowodował, że niektórzy ludzie Kościoła mówią otwarcie i wprost o tym, o czym milczano od czasów soboru.

 

Słowo kryzys nie miało prawa pojawić się w żadnych oficjalnych wypowiedziach, na żadnych sympozjach, czy seminaryjnych wykładach. Oficjalnie panowała wiosna, podczas, gdy naprawdę w Kościele szalały śnieżne burze i wichury wyrywające drzewa z korzeniami.

 

O kryzysie nikt nie chciał słyszeć. Bractwo św. Piusa X oskarżane było o czarnowidztwo, diagnozy przedstawiane przez jego kapłanów uważane były za opinie odosobnione, podyktowane zamknięciem i  izolacją w Kościele.

 

Wyjątkiem był Benedykt XVI. On nie usiłował nie dostrzegać alarmujących sygnałów o stanie wiary.

 

„Więcej – kontynuuje abp. Fisichella – efektem kryzysu wewnątrz Kościoła jest brak wiary w społeczeństwach. Jakąż ponosimy odpowiedzialność!”.

 

Słowa te są tak szokujące  – nie ze względu na ich oryginalność, bo odkrywcze nie są, tylko na fakt, że padają z ust watykańskiego hierarchy – że czasopismo, które je opublikowało (katolicki tygodnik) zdecydowało się zareklamować tekst, w którym padają: „Potrzeba papieża radości”. Czyli – reakcja całkowicie zgodna z dogorywającą właśnie konwencją nieustającej wiosny Kościoła, festiwalu młodości, baloników z podobiznami papieża, wiwatujących tłumów, skocznych piosenek zaczynających się od słów: „Hej, Jezu…”, dowcipów rzucanych z ambon i innych, zupełnie nie śmiesznych, a niezmiernie przygnębiających objawów pogubienia.

 

Jeden z komentatorów, wobec faktu, że za dwa dni  rozpoczyna się konklawe, i – jak gazeta głosi – „jest w kim wybierać”, zapewnia beztrosko: „A osobowości są fascynujące – poligloci, muzycy, a nawet pilot”.

 

Ten styl mówienia o Kościele jakby był akademią ciekawych osobowości, wesołym miasteczkiem, czy wybiegiem dla modelek, które można podziwiać wśród sztucznie pompowanej do głów radości, nie  jest tylko wykwitem nowych obyczajów.

 

Zakorzenił się m.in. dzięki oficjalnemu przyjęciu – przed pięćdziesięciu laty – zbliżenia się Kościoła do świata, w rezultacie – do świeckiej kultury. Rezonowanie całym tym świeckim hałasem i sztucznością, przyniosło Kościołowi dramatyczne wymieszanie ze świeckością  – i błędem obecnym w świeckiej filozofii – tego, co święte, i co powinno być odizolowane od sfery profanum, najściślej chronione. Tego co jest największym skarbem Kościoła. Prawdy o Bogu.

 

Dlaczego było to możliwe? Przecież Kościół nigdy nie ulegał modom i ideologiom. Walczył z  każdą herezją. Miał zawsze  tę samą odpowiedź dla próżności, światowości, przemijalności. Odrzucał je. Wskazywał na niebo. Ukazywał wieczność.

 

Wyłom nastąpił, gdy w wyniku błędów popełnionych podczas soboru odrzucono filozofię św. Tomasza jako podstawę teologii, podstawą myślenia o Bogu. Filozofia realistyczna, filozofia bytu została praktycznie wyłączona. Uznano, że trzeba zrobić miejsce bardziej nowoczesnym teoriom filozoficznym: heglizmowi, fenomenologii.

 

Tradycyjną definicję prawdy – a mianowicie, że jest nią zgodność rzeczy i intelektu – zastąpiono definicją subiektywną, w myśl której prawdziwe jest to, co zakłada zgodność rzeczywistego sądu z życiem.

 

Ta teza jest ściśle modernistyczna. Aż do soboru, była przez Kościół potępiana.

 

Pokusa świata stała się ciałem.  Prawda stała się w ustach coraz liczniejszej rzeszy ludzi w Kościele, ulegających tej nachalnie modernistycznej atmosferze, czymś zmiennym, czymś co „staje się” – bo życie niesie zmienność, świat jest w ciągłym ruchu i intelekt powinien to respektować, dostosowując się do owej zmienności. Tak jak i wszelki postęp (np. w nauce), który rozwija się, tworzy, obejmuje coraz to nowe obszary. Prawda nie może być więc niczym ustalonym raz na zawsze, w sposób trwały. Nie może być definiowana według bytu, lecz według działania.

 

Doskonałą pożywką dla tego rodzaju myślenia jest ewolucjonizm, który stopniowo stawał się coraz bardziej akceptowany przez teologów dotkniętych modernistycznym skażeniem. Skoro życie wciąż ewoluuje, skoro działanie świata i człowieka wciąż podlega zmienności, prawda „nie może stać w miejscu”!

 

Aleksander Gierymski - Wnętrze bazyliki św. Marka w Wenecji

Aleksander Gierymski – Wnętrze bazyliki św. Marka w Wenecji

 

Taki był początek i najgłębszy sens owej ciężkiej choroby, w wyniku której umiera dziś wiara. W Kościele i poza nim. Umysł ludzki bowiem zawsze buntuje się przeciw kłamstwu. Instynktownie omija je, ucieka przed nim i wreszcie obojętnieje zupełnie na wymiar nadprzyrodzony, gdy zamiast prawdy – tam, gdzie powinien ją otrzymać -  otrzymuje jej zaprzeczenie lub gdy musi akceptować sprzeczności, które są nie do pogodzenia.

 

Święty papież Pius X charakteryzował w następujący sposób modernistów: „z gruntu wywracają niezmienne określenie prawdy”.

 

Jak zauważył wielki dominikański teolog i filozof o. Reginald Garrigou – Lagrange, autorzy modernistycznych zmian w nauczaniu Kościoła  – a zaznaczały się one jeszcze na wiele lat przed soborem (w seminariach, na wykładach, w książkach i pismach naukowych) – nie porzucali nauczania św. Tomasza, „oni po prostu nigdy go nie uznawali ani nie rozumieli”.

 

Zamiast prawdziwości dogmatów, czy ustalonych przez Magisterium tez teologicznych, zaczęto mówić o  ich „aktualności”.

 

Do ludzi spragnionych nowinek i żyjących sensacjami dnia, docierano sloganami, zdolnymi zainspirować tylko bardzo powierzchowne umysły, np: „teologia, która nie jest już aktualna, nie jest już prawdziwa”.

 

W ten sposób wykreślano z nauczania Kościoła wszystko, co się światu, z jego płycizną i pychą, nie podobało: naukę o grzechu, prawdę o grzechu pierworodnym, nauczanie o wieczności kar piekielnych. A nade wszystko – o rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii.  (Tłumacząc to tak jak się tłumaczy, gdy chce się zbyć natręta, a nie ukazać istotę rzeczy, np: „nauczanie o wieczności kar piekielnych, jak się wydaje, nie jest już aktualne, zatem nie jest prawdziwe…”).

 

O. Garrigou – Lagrange  zauważa, że w ujęciu modernistów „akt chrześcijańskiej wiary nie jest rozumiany jako nadprzyrodzone i pozbawione błędu przylgnięcie do prawd objawionych >propter auctoritatem Dei revelantis< (>ze względu na autorytet objawiającego Boga<), lecz jako pogląd na temat ogólnego kształtu rzeczywistości. Jest to postrzeganie tego, co możliwe i  bardziej prawdopodobne, ale czego nie da się udowodnić. Wiara staje się zespołem prawdopodobnych opinii…”

 

W tej sytuacji problemy z wiarą musiały stać się problemami całego świata chrześcijańskiego, nie wyłączając ludzi Kościoła.

 

Jeżeli dziś tak często podkreśla się, że pontyfikat Benedykta XVI – wbrew zapowiedziom – nie był kontynuacją poprzedniego pontyfikatu (w Polsce zauważył to np. abp. Sławoj Leszek. Głodź), to właśnie dlatego, że ostatni papież miał umysł trzeźwy i zdawał sobie sprawę ze stanu rzeczy. Wiedział, że kryzys, jaki nęka Kościół trzeba precyzyjnie określić, trzeba go nazwać. Kryzys Kościoła jest kryzysem wiary. (A nie efektem działania „lobby homoseksualistów” w łonie Kościoła, jak nam się nieustannie wmawia).

 

Ale jaka jest przyczyna upadku wiary?

 

Gdyby Benedykt XVI ją znał oparłby się na swoich teologach, by upadek ten zażegnać. On tymczasem rozpoczął rozmowy z Bractwem św. Piusa X na tematy doktrynalne. Z jedyną formacją w Kościele (choć znajdującą się poza strukturami kanonicznymi), która nie odrzuciła filozofii św. Tomasza!

 

Papież, jak można dziś sądzić, potrzebował Bractwa do wyjaśnienia przyczyn upadku wiary. Fakt, że Benedykt XVI przystał na taką a nie inną formułę rozmów – przypomnijmy, bez żadnych warunków wstępnych, bez ograniczeń formalnych – w której teologowie Bractwa dokonali przeglądu stanu wiary w Kościele w oparciu o konfrontację niezmiennego Magisterium z posoborowymi zmianami, wskazuje, że Benedykt XVI de facto przyznał: „Mam kłopot z upadkiem wiary, widzę ten dramat w wymiarze powszechnym, pomóżcie mi ten problem rozwiązać”.

 

Czy każdy z nas nie ma dziś podobnego problemu? Czy nie widzimy wokół siebie, nawet w środowiskach, wydawałoby się, najbardziej jak tylko to możliwe katolickich, coraz większej liczby ludzi, o których powiedzielibyśmy, że są „całkowicie pozbawieni serca”? Błędy w nauczaniu na temat prawdy mają straszliwe konsekwencje.  Czyż w Ewangelii nie ma zapowiedzi, że przyjdą czasy, gdy „oziębnie miłość wielu” i że ludzie będą bezbronni wobec kłamstwa, że zostaną zwiedzeni błędnymi naukami?

 

Między życiem i myśleniem poza prawdą, a brakiem miłości istnieje ścisły związek.

 

Z decyzji Benedykta XVI, nawiązania rozmów doktrynalnych z Bractwem św. Piusa X,  można wyczytać przekonanie papieża, że gdyby filozoficzna wykładnia wiary biskupów i kapłanów Bractwa nie wyjaśniała przyczyny upadku wiary, do rozmów by nie doszło. One były bardziej potrzebne Benedyktowi XVI niż Bractwu – z którym nie prowadzono przecież żadnego dialogu ekumenicznego.

 

A brak dialogu oznacza, że papież uznał je za wewnętrzną strukturę Kościoła.

 

Bractwo nigdy nie przyjęło nauczania Kościoła narzucanego przez sobór i posoborowego stylu, coraz silniejszego upodobnienia się do świata.

 

Dziś żaden poważny teolog, żaden liczący się w świecie naukowym watykanista nie powie, że przyczyny obecnego upadku wiary znajdują się w zupełnie innej sferze niż cały ten niesłychany doktrynalny i teologiczny zamęt, który rozpoczął się od ostatniego soboru (przypomnijmy, soboru, który nie był soborem dogmatycznym tylko pastoralnym, co nie znaczy bynajmniej, że można go zanegować, czy zlekceważyć wiele jego niezwykle pozytywnych dokonań). Jego pierwszym i podstawowym owocem byłą zmiana języka teologicznego. Starym pojęciom nadano nową treść. Język Kościoła stał się niejasny, dwuznaczność osiągnęła status oficjalnego stylu nauczania.

 

I choć rozmowy, zakończone w ub. roku, nie przyniosły definitywnego rozwiązania w postaci zmiany sytuacji kanonicznej Bractwa, Benedykt XVI stworzył warunki do pełnego uznania tej struktury w Kościele. Wydaje się także, że głębszy i bardziej podstawowy cel rozmów – poważna naukowa diagnoza stanu Kościoła – pozwoli wielu ludziom Kościoła uporządkować hierarchię ważności problemów, przed jakimi staje Kościół –  u progu konklawe, a potem nowego pontyfikatu.

 

Przyszły papież zapewne nie będzie „papieżem entuzjazmu, papieżem radości”, jak chciałyby środowiska próbujące prawdziwe problemy Kościoła sprowadzić do radzenia sobie z psychologią tłumu, dla którego Głowa Kościoła jest niczym więcej jak maskotką. Zacząć trzeba od fundamentu. Od prawdy. Od prawdziwej filozofii. Od tego, Kim jest Bóg, który się objawił.

 

Katolicy na całym świecie będą mieli wówczas szansę – z pomocą duchowieństwa nieskażonego błędami modernizmu i dzięki życiu sakramentalnemu – wyjść ze sceptycyzmu,  z pogardy wobec scholastyki i metafizyki, z indywidualizmu, z relatywizmu, z tego wszystkiego, co powoduje osłabienie wiary…A przede wszystkim z infantylizmu, w jaki nieuchronnie, niczym w ciężką chroniczną chorobę duszy, wpędziło ich rozpoczęte na soborze  „otwarcie”  Kościoła na świat.

 

Świat, który – warto to przypomnieć – w latach 60. XX  przeżywał początek fascynacji kolejną rewolucją – neomarsistowską.

Ewa Polak-Pałkiewicz

 

______________________________________

 

Korzystałam z opracowania „Dokąd zmierza >nowa teologia< ?” o. Reginald Garrigou – Lagrange OP  za „La nouvelle teologie ou va – t – elle?” w „Angelicum” 23 (1946r.) Tłum. Łukasz Paczuski.