OJCU, SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU

Jak pył…

Armia Czerwona w 1920 roku w szaleńczym swym galopie potknęła się o jedno kruche ciało – jasnowłosego młodzieńca w komży i stule. Padając, trzymał w ręku Znak zbawienia.

W sierpniu 1920 roku na terenach Rzeczypospolitej często mówiono o Bogu. Nawałnica jeźdźców ze Wschodu w czapkach z czerwonymi gwiazdami gnała przez nasze ziemie niczym wicher, podtrzymywana i napędzana rozkazami zachęcającymi do okrucieństwa i gwałtów, wizją łatwych zwycięstw, rabunków i podboju reszty Europy. Transporty broni i amunicji słane z Zachodu nie docierały do polskiej armii, powstrzymywane przez strajkujących w porcie gdańskim niemieckich dokerów, zgodnie z zaleceniami moskiewskich agitatorów (wyjątkiem była dostawa amunicji z Węgier). Bezpośrednio przed decydującą bitwą o Warszawę nasi układni i płochliwi przyjaciele z Zachodu domagali się zmiany na stanowisku Naczelnego Wodza. Marszałek Piłsudski był dla nich zbyt radykalny, miał zbyt otwarty umysł, był zbyt przenikliwym strategiem.

Co w tym czasie robili cywilni Polacy? Czy starali się, by ich wiara była „dynamiczna”, a przeżycia religijne pełne nadzwyczajnych wydarzeń? Po prostu się modlili.

Polacy myśleli logicznie. Szykowano się do wojny, sypano okopy i zbierano amunicję. Gromadzono z datków żywność dla armii. W Polsce brakowało wszystkiego. Armia potrzebowała rzeczy najbardziej elementarnych; niepodległość trwała niecałe dwa lata.

 

 

 

Szanowano dowódców wojskowych, ale nikt nie łudził się, że są wszechmocni. Ratunku szukano w Bogu. Kołatano dzień i noc do serca Jego Matki.Dodaj

Może nasi rodacy nie potrafili powiedzieć, czy mają, czy też nie „doświadczenia” Chrystusa. Ale byli po prostu pokorni. Nie oddawali zwodzicielom swoich umysłów. Nie szukali w Kościele nadzwyczajnych przeżyć. Korzystali z sakramentów, wierząc, że są one źródłem łaski. Ufali Bogu i Jego niezmiennej nauce głoszonej przez Kościół.

Władze polskiego państwa nie postępowały tak, jakby Boga nie było, nie twierdziły obłudnie, że Polska jest państwem „neutralnym światopoglądowo”; Polacy nie zachowywali się tak, jakby religia była ich sprawą prywatną.

Tajemnica pozostaje Tajemnicą

Tak, zwycięstwo militarne Polski 15 sierpnia 1920 roku, w święto Wniebowzięcia Matki Bożej, ma swoją tajemnicę. Patrząc praktycznie i tylko po ludzku, nie mieliśmy w starciu z Moskalami dużych szans.

Sowieci posuwali się w głąb Polski niby w transie, w nastroju graniczącym z psychozą; pewność zwycięstwa dodawała im niespożytych sił. Dowódcy wysyłali do idących do boju oddziałów grupy grajków z bałałajkami, by podtrzymywać nastrój euforii i tryumfu.

Ks. Ignacy Skorupka na zdjęciu: okrągła, poważna nad wiek, ale jednak prawie dziecięca twarz. Jasne, jakby przezroczyste oczy i jasne włosy, jakiś rodzaj zamyślenia czy smutku. Ten prefekt szkół warszawskich i wyróżniający się kaznodzieja oraz notariusz Kurii Archidiecezji Warszawskiej był w 1920 roku nadzieją duchowieństwa; metropolita warszawski, kard. Aleksander Kakowski nie zezwolił mu na wstąpienie do wojska  w obawie, że utraci obiecującego kapłana. Ale ksiądz Ignacy chciał za wszelką cenę dołączyć do ochotników. Znalazł wreszcie zrozumienie u biskupa polowego Stanisława Galla (nie powiedział mu o stanowczym zakazie  metropolity). Nominowany na lotnego kapelana garnizonu praskiego przez pierwsze tygodnie służby, na początku sierpnia 1920 roku niemal bez przerwy spowiadał żołnierzy w koszarach i szpitalach. Widywano go na dworcach kolejowych, błogosławił wyruszających na front. Budził wzruszenie tych, którzy „widzieli upadającego ze zmęczenia kapłana siedzącego na stopniach wagonu i spowiadającego żołnierzy […]. Wracał zbity, spracowany w późną noc, czasem o piątej rano, do zakładu Ogniska Marii [gdzie mieszkał – EPP], kładł się na spoczynek i po półtorej, dwóch godzinach zrywał się, odprawiał Mszę dla sierot i znów podążał do swoich żołnierzy”. [Stanisław Helsztyński]

 

 

Nastrój, jak panował wśród Polaków w sierpniu 1920 roku wyrażają dwa słowa: nadzieja i trwoga. Trwoga była wynikiem trzeźwej oceny sytuacji na froncie, nadzieja karmiła się tym, że jeszcze nie wszystko stracone. Trudno było – zarówno zwykłym ludziom, jak i dowódcom wojskowym – opanować lęk, gdy znało się wiadomości z frontu, który zbliżał się tak szybko do Warszawy, i gdy chłonęło się przedostające się w głąb kraju wiadomości o torturach i mordowaniu przez bolszewików jeńców, bestialstwie wobec duchowieństwa, o gwałtach, grabieży i niszczeniu wszystkiego, co nosiło znamiona wyższej cywilizacji. Niektórzy dowódcy przeżywali załamanie, inni stopniowo tracili wiarę w zwycięstwo. Generał Rozwadowski wyróżniał się pogodą ducha i entuzjazmem.

„Losy wojny są w ręku Boga – mówił do swoich żołnierzy w Łucku, pół roku przed bitwą 15 sierpnia, marszałek Piłsudski (ten «bezbożny», posądzany tyle razy, że był ateuszem) – ale ludzie są po to, by wojnie dopomóc” . Władze odrodzonego polskiego państwa nie twierdziły, że Polska jest państwem „neutralnym światopoglądowo”.

 

 

Wojna bolszewicka to nie była zwykła wojna. Jej głębsze przyczyny wykraczały poza rachuby polityczne. Rabunek dóbr materialnych obywateli Rzeczpospolitej, ugodzona pycha sowieckich przywódców po wyprawie polskich wojsk na Kijów, nienawiść do marszałka Piłsudskiego, który swoim umysłem, talentem wojskowym i politycznym dalece przewyższał nawet wybitnych wojskowych, chęć zatknięcia czerwonej płachty nad Berlinem i Paryżem, do którego Sowieci przejść chcieli „po trupie Polski”, wreszcie – spacyfikowanie niepodległego kraju, który mógł pod bokiem Rosji bolszewickiej wyrosnąć na potęgę – to wszystko zaledwie pewne przybliżenia, nie sięgające istoty przyczyny tej wojny. Przyczyna leżała gdzie indziej. Władza bolszewicka nie była zwykłą władzą. Podporządkowanie i upokorzenie Polski katolickiej było związane z jej naturą. I z planami, jakie wobec niej lęgły się także na Zachodzie, gdzie od Rewolucji francuskiej, z roku na rok zdobywała coraz większe polityczne wpływy masoneria.

Rozumiał to dobrze ówczesny papież Benedykt XV, który wspierał odrodzenie Polski jeszcze w pierwszej fazie I wojny światowej, a potem niejednokrotnie okazywał specjalne zainteresowanie naszą walką i prosił świat katolicki o modlitwę i pomoc dla nas. Stolica Apostolska przekazała walczącej Polsce ofiary świętopietrza. Bł. Bartolomeo Longo, nawrócony członek satanistycznej sekty, fundator sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach, który uważnie śledził wydarzenia w naszym kraju, wezwał w liście otwartym katolików całego świata do modlitwy za Polskę.

Autorzy rewolucji bolszewickiej karmili się szyderstwami z wiary katolickiej i mętnymi sofizmatami podawanymi w formie atrakcyjnej dla motłochu, produkowanymi masowo przez intelektualnych idoli jeszcze w czasach oświecenia. Szał „demaskowania” wiary i Kościoła dotarł do Rosji blisko sto lat po tym, jak we Francji Ludwika XVI stał się salonową i kawiarnianą modą. Powszechna mobilizacja Polaków przeciw agresji sowietyzmu była nie tylko zwykłym odruchem obrony własnego domu –  i zarazem zaszczytnym obowiązkiem obrony państwa ze strony obywateli, którzy się z nim utożsamiali – była także odrzuceniem „zdrady” nieba na rzecz ziemi, jak nazywa Messori przyjęcie materialistycznych doktryn w XVIII wieku.

„Kobiety z towarzystwa, poważni filozofowie mieli swoje własne katedry niedowiarstwa. Na koniec zostało stwierdzone, iż chrześcijaństwo jest systemem barbarzyńskim, którego upadek powinien nastąpić jak najwcześniej w imię wolności ludzkości, postępu oświecenia, rozkoszy życia i wykwintu sztuk […] Każdy autor [antykatolickich dzieł] błogosławił swój los, który sprawił, że narodził się w pięknym wieku Diderotów i d’Alambertów, kiedy to świadectwa ludzkiej mądrości zostały ułożone w porządku alfabetycznym w Encyklopedii, tej wieży Babel nauk i rozumu”. [François-René Chateaubriand]

Niewielu w dobie rewolucji – zarówno we Francji, jak i w Rosji – miało na tyle uczciwości intelektualnej, by dostrzec związek między tą paplaniną (jaką dziś jeszcze u nas uprawiają, oprócz jawnych szyderców, także „teleewangeliści”) a uczynieniem z ludzi stada bezwolnych i bezwstydnych istot czy też okrutnych bestii zdolnych do najgorszych zbrodni. Takie były konsekwencje ogołocenia sensu ludzkiego istnienia z nadprzyrodzonego wymiaru. „Nienormalny  był niegdyś ten, kto patrzył tylko w dół; w wiekach nowożytnych  nienormalny jest ten, kto patrzy w górę” – podsumowuje szaleństwo rewolucyjnego przewrotu w głowach ludzkich Vittorio Messori.

Dlatego Dzierżyński i Marchlewski, członkowie bolszewickich władz, którzy uważali się już za polski „rząd tymczasowy” (powołany do życia w Białymstoku, potem „obradujący” w Wyszkowie, na parafii, której proboszcza powieszono), nie uważali się bynajmniej za zdrajców, agentów sowieckiej Rosji. Byliby oburzeni takim postawieniem sprawy, jak kwituje ironicznie Bohdan Urbankowski. „Oni po prostu pracowali na rzecz wymyślonego przez Marksa Państwa Przyszłości – Zukunftstaat; jeśli byli czyimiś agentami – to agentami utopii. Żyli już w tej utopii, żyli w transie, który nie pozwalał nie tylko odróżniać dobra od zła, ale nawet sukcesów od klęsk. Przez czerwone okulary nie widzi się krwi, bo wszystko widzi się w pięknym, czerwonym kolorze”[1]. 

Także i z tego powodu w 1920 roku zarówno ci Polacy, którzy chwycili za broń, jak i ci trzymający w ręku krzyż byli prawdziwymi samotnymi obrońcami Europy chrześcijańskiej – tak jak kiedyś wandejscy powstańcy – która tymczasem sama się oszukiwała, że może egzystować dalej w pokoju, wyposażając swoje konstytucje w kolejne rewolucyjne dogmaty przybrane w formę paragrafów, i z irytacją zrywając konkordaty.

Generał Weygand się nawraca

Dwudziestego ósmego lipca 1920 roku kardynałowie i biskupi polscy wystosowali petycję do Benedykta XV z prośbą o kanonizację bł. Andrzeja Boboli. Jego kult był wśród Polaków bardzo żywy. Akta procesu kanonizacyjnego zawierają opisy trzystu pięćdziesięciu łask i cudów za jego wstawiennictwem, wśród nich jedenaście wskrzeszeń zmarłych i piętnaście przypadków odzyskania wzroku. Z osobistą prośbą w tej sprawie zwrócił się do Ojca Świętego Naczelnik Państwa Józef Piłsudski. Doskonale zdawał sobie sprawę z położenia Polski nuncjusz apostolski Achilles Ratti. Na dwa lata przed wojną bolszewicką, udzielając Polsce w Chełmie specjalnego błogosławieństwa, zapowiedział: „[…] da Bóg, niedługo dźwignie się Wasza Polska – Ojczyzna, a w niej wolny i szlachetny Naród Polski nie będzie więcej prześladowany za swoje przekonania katolickie”. W sierpniu 1920 roku nuncjusz wraz z kard. Kakowskim, metropolitą Warszawy, odwiedzał rannych w szpitalach i żołnierzy w okopach, dodawał wszystkim otuchy.

 

 

Siły nieprzyjaciela pięciokrotnie przewyższały liczebność naszej złożonej w większości z ochotników armii. Polscy żołnierze 15 sierpnia pod Warszawą mieli za sobą sześćset kilometrów odwrotu. Jaka psychika zniesie taki ciąg niepowodzeń? Potrzebne było nie doraźne odparcie wroga, ale zwycięstwo radykalne, całkowita zmiana sytuacji. Potrzebna była interwencja Kogoś, kto patrzy z wysoka i widzi nie tylko krzątaninę przy działach i koniach, w okopach, przy nielicznych samolotach, czołgach i pociągach pancernych oraz nadludzkie wysiłki dowodzących i utrudzonych długotrwałym marszem ponad wszelką miarę żołnierzy. Widzi pokorę.

Dlatego zwycięstwo w wojnie bolszewickiej nie było tylko zwykłym zwycięstwem militarnym. Z tego też powodu ślady tego wspaniałego tryumfu Maryi Królowej Polski i Patronki Warszawy zacierano gorliwie od początku – i zaciera się nadal. Określenie „Cud nad Wisłą” bardzo wcześnie, tuż po roku 1920, zaczęło, na skutek wysiłków agentury sowieckiej i masońskiej, funkcjonować jako hasło o prześmiewczym wydźwięku. W tej interpretacji, narzucanej opinii publicznej, tylko „cudowi” (czytaj: czystemu przypadkowi) można zawdzięczać fakt, że Sowieci nie weszli do Warszawy – choć nieudolność wojskowego dowództwa Marszałka Piłsudskiego „biła w oczy”, zdaniem jego rusofilskich krytyków. Józef Piłsudski nigdy się do tych komentarzy oficjalnie nie odnosił. W jego otoczeniu, jak i w sferach rządowych, nie brakowało zaś ludzi, których światopogląd i ideowe przekonania nie pozwalały bronić niezaprzeczalnej prawdy: Polska w sierpniu 1920 roku była miejscem wielkiego cudu Maryjnego. (Sam Piłsudski w swojej napisanej po kilku latach książce „Rok 1920” wspomina błyskawiczną ofensywę polskiego wojska jako „sen”. „W określeniu tym było właściwie wszystko”, dopowiada Bohdan Urbankowski, „i zdziwienie łatwością zwycięstwa, i poczucie spełnienia marzeń, i – chyba głównie – poczucie dziwnej nierealności historii”).

Po Bitwie Warszawskiej generał Maxime Weygand, szef misji francuskiej w Polsce, jeszcze niedawno tak sceptyczny, powiedział o strategii Józefa Piłsudskiego, głównego twórcy militarnego zwycięstwa Polaków: „Plan Piłsudskiego był wyborny, dowództwo świetne i żołnierz bohaterski” (a przecież wiadomo, że to „żołnierz francuski jest najlepszy na świecie”!). W liście do żony dodał z satysfakcją, jak typowy Francuz: „Z punktu widzenia artystycznego była to piękna bitwa”. I dopisał: „Niech Bóg będzie błogosławiony!”. A nie jest dziś żadną tajemnicą, że był przysłany do Polski przez aliantów nie po to, by doradzać Piłsudskiemu, ale by go po prostu zastąpić. „Ta intencja była jasna od początku, choć jak świadczą wspomnienia d`Abernona, już po paru dniach pobytu w Polsce Weygand zwątpił w możliwość ocalenia Warszawy i do dowództwa się już nie pchał”, podsumowuje Urbankowski.

 

 

Intencje zaś naszej Królowej i heroicznych obrońców ojczyzny zbiegły się. Poświadcza to wizja Matki Boskiej na niebie nad Warszawą, nad ranem 14 sierpnia 1920 roku. Ukazała się otoczona hufcami rycerskimi, w znaku Matki Boskiej Łaskawej, Patronki Warszawy z wizerunku w sanktuarium ojców pijarów (obecnie jezuitów na Starym Mieście) w charakterystycznym rozwianym granatowym płaszczu, w koronie, z rozpostartymi ramionami, trzymająca w dłoniach połamane strzały. Dla żołnierzy bolszewickich widok ten był tak przerażający, że w jednej chwili zapomnieli o rozkazach i niechybnej śmierci za ich złamanie. A także o czekających ich w Warszawie bogatych łupach, o smaku rychłego – jak sądzili – zwycięstwa nad „starą Europą”. Uciekali jak wicher z pola walki, rzucając po drodze broń, konie, działa, buty. Świadczą o tym relacje okolicznej ludności, która słyszała osobiście słowa sowieckich żołnierzy – spisane i przechowywane w parafiach Wyszkowa, Ossowa, Radzymina, Kobyłki i innych podwarszawskich miejscowości.

Proszę mię pochować w albie i w ornacie…

Matka Boża, Custos Poloniae, ukazała się w tej samej chwili, gdy na polu pod Ossowem oddawał życie ks. Ignacy Skorupka. Komunikat Sztabu Generalnego Wojska Polskiego z 16 sierpnia wspomina o „bohaterskiej śmierci ks. kapelana Ignacego Skorupki […], który w stule i z krzyżem w ręku przodował atakującym oddziałom”.

Tę scenę Pius XI, w 1920 przebywający w Polsce jako nuncjusz apostolski Achilles Ratti zechciał później utrwalić na malowidle znajdującym się w jego prywatnej rezydencji w Castel Gandolfo. (Na życzenie Pawła VI  fresk ten został zasłonięty). Był jednym z dwóch zaledwie wyższych rangą dyplomatów – obok ambasadora Turcji – który nie opuścił Warszawy przed bitwą. Został z Warszawiakami, których kochał i podziwiał. Bo w obliczu śmiertelnego zagrożenia nasi rodacy sprzed stu laty nie mieli wątpliwości, że o ratunek nie należy prosić w pierwszym rzędzie międzynarodowych organizacji, nie przeróżnych „dobrodziejów ludzkości”, którzy wydobędą brzęczącą sakiewkę, gdy pomoc będzie sprzyjać ich interesom. Nie pomogą enigmatyczne ligi, unie, komitety i towarzystwa, których przedstawiciele mają usta pełne frazesów o obronie „wolności i demokracji”.

Cywile i wojskowi, duchowieństwo, kobiety i dzieci, pomimo skrajnego zmęczenia, próbując odsunąć nasuwające się udręczonej wyobraźni obrazy klęski walczyli z rozpaczą i nastrojami paniki. Umacniano okopy i zasieki, pierwszą linię obrony, wszelkie pozycje obronne, przygotowywano broń. Było jej wciąż za mało. Warszawa przed decydującą bitwą pustoszała. Ewakuowano do Poznania urzędy i poselstwa zagraniczne. Mimo apeli Benedykta XV Polska nie doczekała się zorganizowanej pomocy ze strony wielkich mocarstw. Rewolucja już zbierała żniwo w Europie. Masoneria czekała na upokorzenie katolickiej Polski.

 

 

Obywatelski Komitet Obrony Państwa dowoził na całym terytorium ogarniętym wojną żywność, ubrania dla żołnierzy i wszelką pomoc (nawet onuce i agrafki do spinania podartych mundurów), czekoladę i herbatę ze zbiórek społecznych. Nieprzerwanym strumieniem napływali ochotnicy. „Wszędzie ustawiono stoliki [Funduszu Obrony Kraju] zbierające zapisy i dary [na rzecz wojska]” – pisał we wspomnieniach Michał Kossakowski. „W gmachu uniwersytetu, gdzie oddawałem swą obrączkę i sygnet, widziałem dość spory stos zebranego w ciągu jednego dnia złota”. W przeddzień ataku na Warszawę, który miał, według planów dowódców Armii Czerwonej nastąpić 15 sierpnia ustawiano działa, wydawano ostatnie rozkazy. Spowiednicy dzień i noc udzielali posługi.

Dwa miesiące wcześniej Polacy zwrócili się do Króla Wszechświata. Wykazali, że prawidłowo oceniają ciąg przyczyn i skutków. Że wiedzą, kto wystawił dwa miliony jeźdźców. Kto ich przekonał o konieczności niszczenie Kresów Rzeczpospolitej, profanowanie świątyń i cmentarzy, bezwzględnego rozprawianie się z wszelkim pięknem i z wszelką niewinnością na całym obszarze Polski.

Dziewiętnastego czerwca 1920 roku w Warszawie Polacy publicznie oddali się Sercu Pana Jezusa. Uznali Go za Króla Polski. Wszystkie stany – duchowieństwo wraz z władzami cywilnymi i wojskowymi. Był wśród ich nuncjusz Ratti, był marszałek Piłsudski. Nieustające adoracje Najświętszego Sakramentu, procesje pokutno-błagalne – także procesja z relikwiami bł. Andrzeja Boboli – głośno odmawiany w kościołach Różaniec, oblężone dzień i noc konfesjonały, tak jak w czasach zarazy uciekanie się pod opiekę Matki Boskiej Łaskawej – to wszystko w zdumienie wprawiało przebywających w stolicy cudzoziemców, między innymi członków misji wojskowej. Generał Weygand odnotował w swoich wspomnieniach: „Podziwiałem, w owym sierpniowym 1920 roku, z jaką żarliwością naród polski padał na kolana w kościołach i szedł w procesjach po ulicach Warszawy. Ja nigdy w życiu nie widziałem takiej modlitwy” – zaznaczył w czasie wykładu w Brukseli w 1930 roku.

Lord Edgar Vincent d’Abernon, członek angielskiej misji wojskowej, który pojawił się w Warszawie na dziesięć dni przed decydującym atakiem armii bolszewickiej: „Pierwsze wrażenie, jakie odniosłem, przejeżdżając przez miasto w drodze z dworca […] było to zdziwienie, wywołane normalnym, codziennym nastrojem ludności. Na ulicach ani śladu alarmu czy paniki […]. Jedynym zjawiskiem niezwykłym były liczne procesje religijne. Z powodu nich, musieliśmy się zatrzymywać przy każdym niemal zbiegu ulic”.

(Dla porównania: małe przypomnienie wydarzeń, które miały miejsce dwadzieścia lat później. Dziewiętnastego W maju 1940 roku Paul Claudel zapisał w swoim Dzienniku: „Niedziela, 19 [maja] – Modły publiczne w Notre-Dame z udziałem wszystkich członków Rządu, procesja z relikwiarzami. Następnego dnia natarcie niemieckie, które zagrażało Paryżowi, ugina się i kieruje na Saint-Quentin i dolinę Sommy”).

Dziś, gdy jesteśmy tak bardzo zaabsorbowani akcjami humanitarnymi i militarnymi możliwościami technicznymi, tę powszechną duchową mobilizację uznalibyśmy pewnie za przesadę czy nawet gorszący defetyzm („modlić się, zamiast działać”). Ale wtedy Polacy mieli prostą wiarę. Miłość do Matki Bożej nie była czczą deklaracją. W kościele Najświętszego Zbawiciela generał Józef Haller zainicjował nowennę za swoich żołnierzy, członków Armii Ochotniczej, liczącej 105 714 żołnierzy. Wśród nich szesnasto- i siedemnastolatkowie, uczniowie i studenci z Legii Akademickiej. Haller, wychowanek sodalicji mariańskiej, tercjarz franciszkański, odpowiedzialny był za duszpasterstwo w wojsku; widywano go często leżącego krzyżem w kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej kościoła św. Krzyża i w Mińsku Mazowieckim, przed obrazem Niepokalanej (zwanym dziś Matką Boską Hallerowską). W jednym z ostatnich rozkazów napisał: „My, wolni obywatele wolnej Polski, bronimy piersiami naszych najświętszych spraw i ideałów, i dlatego z Bożego wyroku zwyciężymy […]” (12 sierpnia 1920).

Z pięciuset kapelanów wojskowych dwóch oddało życie na polu bitwy.

 

 

Podobne proroctwo wypowiedział ks. Ignacy Skorupka, kapelan 266. Pułku Piechoty Ochotniczej im. Weteranów Powstania Styczniowego – jego żołnierzami byli głównie harcerze i młodzież szkolna: „Czekają nas jeszcze ciężkie ofiary, ale niezadługo – bo piętnastego, w dzień Naszej Królowej losy odwrócą się w naszą stronę”. Było to 13 sierpnia, w czasie mszy św. polowej przez kościołem w Ząbkach. Słuchali go młodsi od niego nieraz i o kilkanaście lat żołnierze. Na trzy dni przed swoją śmiercią ksiądz Ignacy odbył spowiedź generalną u ojców kapucynów na Miodowej i sporządził testament. Napisał w nim:

Dług za wpisy szkolne spłacam swym życiem[2].

Za wpojoną miłość do Ojczyzny płacę miłością serca.

Proszę mię pochować w albie i w ornacie.

Autorzy książki o Cudzie nad Wisłą ukazują go takim, jak został przedstawiony na obrazie, który wisi wciąż w Castel Gandolfo.

„13 sierpnia rano 1. i 2. Kompania ochotniczego 236. Pułku, dowodzone przez porucznika Stanisława Matarewicza i podporucznika Mieczysława Słowikowskiego razem z kapelanem ks. Skorupką wyruszyły na front, by dołączyć do oddziałów broniących wejścia do Warszawy od strony Pragi. Ksiądz kapelan, w jednej grupie ze swoimi dawnymi uczniami, teraz towarzyszami broni, szedł w stroju duchownym, w sutannie okrytej czarną narzutką, chroniącą od pyłu i kurzu. Na szyi miał fioletową stułę. Napisał w modlitwie: „Sutanna […] wołać będzie do wszystkich, iż to sługa Boży, a więc człowiek głoszący istnienie, działanie Boga. […] Ja chcę być sługą Bożym – pragnę odpowiedzieć zamiarom Boga względem mnie”.”

Młodzież z Armii Ochotniczej w większości ledwo umiała karabin trzymać w ręku. Na odpowiednie przeszkolenie, ćwiczenia i uzbrojenie nie było czasu ani środków.  Rzeczywistość realnego starcia z wrogiem często przekraczała ich możliwości psychiczne i fizyczne. Pułki ochotnicze bywały przedmiotem drwin doświadczonych żołnierzy i irytacji dowódców, którym trudno było utrzymać dyscyplinę. Bolszewicy nie posiadali się z radości, gdy spotykali ich w polu.

Tak było również 14 sierpnia nad ranem, w pobliżu wsi Leśniakowizna pod Ossowem, dokąd kompanie ochotników dotarły po czternastogodzinnym marszu. O trzeciej trzydzieści nad ranem rozpoczęło się gwałtowne natarcie wroga. Po krótkim ogniu artyleryjskim, nastąpił atak kilku rzutów piechoty. Po około półtorej godziny widok był mało budujący: rozproszone gromady ochotników w panice i bezładzie rzucały się do ucieczki i szukały schronienia w Ossowie, nie reagując na rozkazy dowódców. Ci próbują opanować chaos i panikę, dają rozkaz kontrataku. Żołnierze Legii Akademickiej mają rozwinąć szyk w tyralierę i wrócić do walki z wojskiem Chachaniana. To wtedy ksiądz Ignacy podejmuje decyzję o włączeniu się w szeregi walczących i uzyskuje zgodę pp. Mieczysława Słowikowskiego.

 

 

Jest teraz w pierwszej linii kontratakujących, prowadzi tyralierę; krzyż w ręku kapłana wzniesiony w górę ukazuje zwycięstwo, druga ręka – kierunek natarcia. Widział, że młodzi żołnierze są załamani, że bitwa może być przez te dzieci prawie przegrana. Zaintonował „Serdeczna Matko…”, słyszano też jego okrzyk: „Za Boga i Ojczyznę!”. W chwilę potem już nie żył, przeszyty kulą. Jego ciało odnalezione po bitwie było tak skłóte bagnetami, że nie udało się zdjąć z niego zakrwawionego stroju kapłańskiego przed włożeniem go do trumny. Na sutannę w strzępach nałożono albę i ornat. Bolszewicy zdążyli zedrzeć z jego ręki zegarek, a z nóg buty.

Ofiara została przyjęta

To był przełom w przebiegu bitwy – i starć z wrogiem na wszystkich frontach Rzeczpospolitej. Wydarzenia zaczęły się toczyć jakby w „przeciwnym kierunku”. Siła, która napędzała bolszewików i zapewniała im ochronę została pokonana. To właśnie w chwili śmierci Ignacego Skorupki, jak to poświadczają wypowiedzi wziętych do niewoli Rosjan, na niebie ukazała się Matka Boża, a u Jej stóp ksiądz w sutannie, komży, z krzyżem w ręku.

Ofiara została przyjęta. Ci, którzy nadciągnęli pod Warszawę w poczuciu swej druzgocącej przewagi liczebnej i militarnej, upojeni wizją rabunku stolicy Polski, nagle, z niezrozumiałych dla ich dowódców powodów, tuż pod Warszawą, 14 sierpnia, nim jeszcze rozwiały się poranne mgły, skurczyli się, przykucnęli i rozbiegli. Paniczna ucieczka z pola bitwy, porzucanie dział i podwód, ciężkiej broni i koni były obrazem największej w dziejach militarnych świata paniki, jakiej uległy naraz setki tysięcy ludzi. Przerażonych nagłym widokiem Najświętszej Marii Łaskawej, która ukazała się w otoczeniu hufców rycerskich, odpierającej pociski nieprzyjaciela. Pociski te kierowały się ku bolszewikom. „Adam Grzymała – Siedlecki odnotował na bieżąco wypowiedzi mieszkańców pobliskich okolic [tzn. okolic Mińska Mazowieckiego – EPP] świadczące o tym, że Rosjanie – którzy jeszcze poprzedniego dnia zapraszali na świętowanie zwycięstwa do Warszawy – 17 sierpnia »od rana pędzili ku Kałuszynowi w jakimś niepojętym panicznym strachu. Drogi były zatłoczone – dodaje rozmówca Grzymały. – Od razuśmy uczuli, że musiało się stać dla nich coś przeraźliwego«”[3]

„Ofiara kapłańskiego życia, świadomie i dobrowolne złożona na ołtarzu Ojczyzny, wydała stukrotny plon. Do tej chwili Polacy uciekali przed bolszewikami, odtąd uciekali bolszewicy przed Polakami” [A. Kakowski, „Zwycięstwo 1920. Warszawa wobec agresji bolszewickiej”, Paryż 1990].

Niezwyciężona armia rozproszyła się w jednej chwili jak pył. W szaleńczym galopie potknęła się o jedno kruche ciało – jasnowłosego młodzieńca w komży i stule. Padając, trzymał  jeszcze w ręku Znak zbawienia.

 

 

(Fragment książki  Ewy Polak-Pałkiewicz „Czego chcą od nas biedni Niemcy” (Volumen 2018), nieco zmodyfikowany 14 sierpnia 2020 r.)

 

 

Najnowsze komentarze
    036967